E-book
16.38
drukowana A5
48.08
Grota była moim Niebem

Bezpłatny fragment - Grota była moim Niebem


Objętość:
260 str.
ISBN:
978-83-8104-946-7
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 48.08

Ku pamięci mego drogiego towarzysza …

Ku pamięci naszych rodziców …

Dla naszych dzieci i naszych wnuków.

J.G.

25 marca 1957

Niepokalanej Matce Pana i Jego Kościoła

w sto pięćdziesiątą rocznicę objawień

jako wyraz wdzięczności

Tłumacz

Sprawy Boże mają zawsze przeciw sobie wszystkie ludzkie prawdopodobieństwa, i wystarczy mieć w swoim życiu pół godziny głębokiej ciszy, żeby pojąć, zrozumieć, że tak było …

Ta różnica wiedzy i mocy, która dzieli małą wieśniaczkę — od pierwszego uczonego, lub od największej osobistości na ziemi — jest tak mała w oczach Nieskończonego, że On jej nie spostrzega wcale.

E. Hello

Bóg chciał biedy dla swego umiłowanego Syna, a Nasza Pani dla Bernardety — Czy „loch” („le Cachot”) w Lourdes nie jest przedłużeniem szopki w Betlejem?

J.E.P. — M. Theas

Biskup Tarbes i Lourdes

Przedmowa

Szanowna Pani,

na pewno nie jest Pani pierwszą, która nam opowiada o Bernardecie i o Lourdes, i nikt nie zna dokładnej liczby tych, którzy przed Panią to robili. Lecz my czytamy zawsze z radością historię tych cudownych faktów, jeśli nam się o nich mówi tak, jak to czyni Pani: z talentem, prawdziwie i całą duszą.

Znamy dobrze talent Pani. W powieściach czy w hagiografii opowiadania Pani rozwijają się harmonijnym wdziękiem i otwierają nam ludzkie serce oraz heroizm Świętych na świetlane i głębokie perspektywy.

Prawdę do napisania tej książki zdobyła Pani mozolną pracą. Plik akt — „Sprawy Bernardety” jest olbrzymi i oto wkrótce — sto lat jego powiększania się. Pani go zbadała i streściła tą metodą, tą intuicją, tą jasną pewnością, której teraz wymagamy od historyków. Lecz talent i praca nie wystarczyłyby pisarzowi, którego dusza jego nie byłaby bardzo wysoko, by zrozumieć Lourdes. Bez wiary, bez tego, co nadprzyrodzone historia Bernardety pozostaje zagadką, urąganiem wiedzy, skandalem dla logiki, olbrzymim skutkiem bez przyczyny. Pani, właśnie Pani, ma oczy otwarte na prawdziwe światło i serce Pani zadrżało z wrażenia wszystkimi emocjami i ono sprawiło, że narodziła się ta epopeja, rozpoczęta naiwnym opowiadaniem dziewczynki, i dzisiaj jeszcze wstrząsa światem.

Książka Pani, skromna i przejrzysta, stawia nas wobec faktów i przenika czarem Lourdes, jak jakieś perfumy (czar ten trudny jest do analizowania — jak bowiem badać drobiazgowo coś, co jest niewidzialne) lecz czarem, który prawie wszyscy wierzący pielgrzymi odczuwają przy Grocie. Człowiek zostaje tam ogarnięty falą wspomnień maryjnej wizyty, autentyczną świętością dziewczynki i porywającą żarliwością rozmodlonych rzesz.

Lourdes jest przede wszystkim miejscem wybranym przez Najświętszą Maryję Pannę dla ukazania się każdemu z nas. Jak się nie wzruszyć tą Matczyną wizytą? Tutaj, to nieprzeźroczyste sklepienie, zakrywające niebo przed ziemią, otworzyło się. Maryja zapewnia nas o swej czuwającej opiece. Nie jest to dla nas objawieniem. Wiedzieliśmy już, że Ona miała oczy zwrócone na nas. Ale jak się jest szczęśliwym, gdy się to stwierdzi. Małe dziecię uściskane przez swoją matkę nie spodziewało się tego uścisku, by przekonać się, że jest kochane; jednak z powodu tych czułości nie jest mniejsza jego radość. Podobnie uczyła nas wiara o miłości Maryi do nas; lecz jakaż jest odległość między rozumowaniem a pieszczotą! Jakimż szczęściem jest znalezienie się tam, gdzie postawiła swe stopy, oddychanie powietrzem przenikniętym wonią Jej obecności! W czasach Starego Testamentu ukazanie się Jahwe napawało przerażeniem i ktokolwiek dotknął się góry Synaj — umierał. Dzisiaj odwiedzający nas goście z Nieba przynoszą nam życie; nie ma już więcej grzmotów i błyskawic, ale macierzyński uśmiech i deszcz łask oraz cudów.

Lourdes to także pamiątka Bernardety. To Święta kanonizowana, tak. Jednak mimo tej pełnej chwały konsekracji, pozostaje tak nam bliska, tak zwyczajna i tak skromna, że nie myślimy o nadawaniu jej tego oficjalnego tytułu: „Święta”. Wszyscy mówią nadal o niej „Bernardette”, jak gdyby jej zdobiąca ją aureola nie oddalała ją od naszej braterskości uczuciowej. Zwiedzając „loch”, gdzie mieszkała rodzina Soubirous, kościół, gdzie Bernardeta przyjęła swoją pierwszą Komunię Świętą, łąki, gdzie zajmowała się swoimi owieczkami, a przede wszystkim Grotę, gdzie przeżyła ekstazę, wszędzie znajdujemy małą dziewczynkę w kapturku i stawiamy ją w autentycznych ramach jej tak krótkiego i tak pięknego życia. Miejsca, gdzie żyli święci, przybliżają nas do Nieba.

W końcu Lourdes — jest ono nadal żarliwością pielgrzymów, podniosłą jednomyślnością rzesz. Psychologowie nie wytłumaczyli tego fenomenu, uniesienia wynikającego ze zgodności serc, udzielania się entuzjazmu. Jednak tutaj wierzący poznają tę siłę, której nie można się oprzeć, ten przypływ morza, który nas unosi i zagarnia. Lourdes, miasto Maryi, miasto nasze małej Bernardety jest jednym z tych wyniosłych miejsc, gdzie tchnie Duch.

W tej pięknej książce podaje nam Pani odblask tych wszystkich świateł, echo tych wszystkich harmonii. Niezliczeni pielgrzymi do Lourdes będą ponownie przeżywali dzięki Pani najpiękniejsze godziny w swoim życiu; inni czytając, będą mieć pocieszające wzmocnienie, chociaż nie mieli jeszcze tego szczęścia, by uklęknąć tam, gdzie mała dziewczynka zobaczyła tajemniczą i uśmiechniętą „Panią”. Ja cieszę się, że będąc pierwszym z czytelników Pani, wyrażam w imieniu wszystkich wdzięczność należną Pani pracy i Pani talentowi.

A. de Parvillez, S.J.

Wstęp
Lourdes

W odległości „rzutu kamieniem” od Groty przyjmowanie gości jest gratisowe.

Rozciąga się dziesięć tysięcy hektarów… Cisza. Modlitwa. Wzajemna pomoc i skupienie.

Radość, również radość promieniująca, wspomagająca, przekonywująca.

„Zamiar, który leży mi na sercu i który odpowiada chrześcijaństwu” napisał J. E. Ksiądz Biskup Thêas. Zamiar ten zrealizował J. E. Ksiądz Biskup Rodhain.

Miasto-Pomocy w Lourdes; jak musi się Bernardeta pochylać nad nim i przygarniać te pawilony tak skromne, tak wesołe, tak jasne… Ona zna nasze nędzne mieszkania, ona znała swoje…

Jego Świątobliwość Pius XII ufundował pierwszy pawilon. Dawni jeńcy wojenni mają swój dom, oznaczony niezapomnianymi cyframi ich stalagów.

Pawilony — Owczarnie Pasterza.

Była i inna owczarnia, w Bartrès, gdzie „Bernardetka” pasła swoje barany w styczniu 1858 roku, w wigilię Objawień… Znajdujemy tam dokładną kopię tego schronu pod strzechą, ze starym belkowaniem. Wszystko dokładnie zrekonstruowane.

To nie jest kaplica. To tylko postój przystanek. Nie ma żadnej statuy, ani żadnej dekoracji. Sam kamień. Wzięta jedna płytka łupku leży oparta na podstawie w drugim końcu wklęsłości skały. Po bokach dwie duże świece. Tylko krzyż wisi na grubym łańcuchu. W cieniu sylwetki, rozpostarte…

Nad miastem unosi się dźwięk dzwonów, przekazuje swe Ave… To są dzwony, piękne dzwony spiżowe. Ostatni z nich dodano 25 marca 1954 r. Został odlany z brązu, zebranego przez Ligę Katolickich Kobiet Francuskich. Z zebranego złomu największym i najcięższym, niemającym odpowiednika na naszych wagach ziemskich, jest popiersie Emila Combes, ofiarowane przez jego wnuczkę… Wreszcie przychodzi nam na myśl Renan, Psichari…

Dzięki dużym przestrzeniom Miasto-Pomoc tonie w widoku nie do zapomnienia. U stóp Kalwarii obok mieszkań księży kapelanów Biskupi Theas i Rodhain zbudowali w niebieskawej skale „pawilon-biuro”.

Tu się niczego nie sprzedaje. Biuro informacji, wzajemnej pomocy… Spotkań… Wymiany wrażeń… Wzajemnego zaufania… Duch Ewangelii… Zmartwienia, które się rozumie w połowie słów, w spojrzeniu…

Odprężenie, błogosławiony postój, po którym mężnie zabierze się do dźwigania ciężaru każdego dnia, ponieważ Lourdes, Grota, Bernardeta przemawiają do każdego z nas językiem, który — sam — może przemówić… Nam wystarczy tylko słuchać…

Część pierwsza
Lourdes 1844—1866

Lourdes

Pewna twarz i jej krajobrazowe tło

Krajobraz nie jest dziełem człowieka i żadna ludzka ręka nie utkała i nie namalowała płótna tła, które się rozciąga, wspaniałe, na całym znanym terenie horyzontu. Tymczasem twarz jest jedną z naszych okolic i spotyka się ją nad brzegiem górskiego potoku w Pirenejach lub na łąkach okolonych topolami, dokąd wysyła się dzieci, aby pasły barany.

Rysy wyraźnie zaznaczone, twarz dość szeroka i lekko owalna, tworząca harmonijną całość: oczy koloru dojrzałego kasztana, szeroko otwarte, długie jedwabiste rzęsy, brwi łukowate. Nie ma niczego pretensjonalnego w tych rysach, wyrażających charakter i słodycz.

Bernardeta Soubirous

Ta dziewczynka jest mała i wątła. Mimo czternastu lat jest słabo rozwinięta fizycznie z braku świeżego powietrza i niedożywienia — zobaczymy to dalej — żyjąca w nędznym mieszkaniu wraz ze swymi rodzicami. Rodzina Soubirous była biedna i liczna. Bardzo wcześnie Bernardeta miała silne ataki astmy, a straszna epidemia cholery w 1854 r., którą się zaraziła i z powodu której mało nie umarła, opóźniła jej rozwój fizyczny.

Bernardeta nie jest dzieckiem smutnym: wesoła, impulsywna — mamy tego zabawne dowody — „łodyżka” albo raczej dwie „łodyżki” złośliwe, trochę także kokietka, czasami jest podobna do wszystkich małych dziewczynek. Przez to okazuje się nam bliższą i kochamy ją jeszcze bardziej.

Nie umie jeszcze czytać. W rodzinie Soubirous jest do robienia wiele innych rzeczy! Ale jest inteligentna i posiada zdrowy rozsądek, właściwy tutejszym wieśniakom: wiadomo, czego się chce, wiadomo, do czego się dąży, a uczonym, filozofom i racjonalistom „nie pozwala się wmówić sobie czegoś w tej dziedzinie”.

Ten bardzo zrównoważony lud trzyma mocno obydwie nogi na swej ziemi, z której jest dumny, posiada mocną wiarę i umie wznosić swoje oczy wyżej niż jego piękne góry. Jego poglądy otrzymują jasne światło i nie znają fałszerstw.

Brązowe włosy małej Bernardety są na środku rozdzielone i przykryte chustką bawełnianą, związaną z boku.

W niedziele i święta nie zdejmując chusteczki nakłada kapturek, zwykle biały lub czerwony. Widziałam w naszych miasteczkach te kolory, obramowane lekkimi paskami czarnego aksamitu — jest jej w tym bardzo do twarzy. Kapturów już się teraz nie używa. Przechowuje się je jeszcze w dużych szafach — białe lub czerwone — dawne pamiątki po babci.

Kapiszon taki czasami opada z dwóch stron na ramiona jak pelerynka, dochodząca aż do spódniczki. Jeśli jest silny wiatr łatwo się go zapina pod brodą i mała dziewczynka w Pirenejach wygląda wówczas jak urocza beginka [swego rodzaju zakonnica — SK].

Kobiety, matki i wdowy, wkładają „pelerynę”, która dostosowuje się do ich ruchów i nadaje poruszaniu się bardzo skromny i majestatyczny wygląd. Żaden inny ubiór, nawet mający najpiękniejsze kształty, nie może jej dorównać.

Bernardeta — nic, co jej dotyczy, nie powinno nam być obojętne — otrzymała ten kapiszon, piękny prezent, utkany z białej wełny owiec z Bigorre. Jego wymiary: 80 cm długości, 65 cm szerokości; jest obszyty paskiem popielato-niebieskim.

Obecnie można go widzieć — drogocenna relikwia — w Lourdes w Muzeum Naszej Pani. Antoninka, młodsza siostra Bernardety zaświadczyła, że ich matka Ludwika kupiła go w pewien zimowy dzień dla zmarzniętego i cierpiącego dziecka na placu przed kościołem u biednej „przekupki”.

Bernardeta, mała dziewczynka, wychowana w biedzie i w niedostatku… Kryształowa dusza, zachowana przed jakimkolwiek złem, nosząca Boże znamię tej czystości serca i ciała, która promieniowała z jej spojrzenia, z jej zachowania się i z całej jej wątłej postaci.

Pielgrzymi albo ci, którzy się wcześniej z nią spotkali lub tylko raz ją widzieli, później będą twierdzić:

„Widziałem jej spojrzenie — i… od tego czasu nie jestem tym samym”.

Pewna zakonnica się zwierzała:

„Bernardeta tylko raz na mnie spojrzała…”, na łożu śmierci przypomni sobie wrażenie czegoś nadprzyrodzonego, które ją wtedy otuliło.

W różnych okolicznościach obiektyw mógł bez większego przygotowania uchwycić Bernardetę; uważam ten fakt za godny uwagi, gdyż w roku 1850 były dopiero początki sztuki fotograficznej.

Jaka wdzięczność należy się temu nieznajomemu, który obchodząc wioski, dźwigał ciężki i niewygodny aparat, kruche szklane klisze, grubą zasłonę i ogromną jak prześcieradło czarną zasłonę, spoza której, kręcąc się jak jakiś magik, robił zdjęcia…

Film i telewizja szalenie przekroczyły te pierwsze rezultaty, które jednak oznaczały już postęp w stosunku do daguerrotype [obrazu otrzymanego najdawniejszą techniką fotograficzną na posrebrzanych płytach miedzianych], mającego uprzywilejowaną możliwość natychmiastowego odbicia się na kliszy pozytywu, ale w konsekwencji wykonującego tylko jedną kliszę. Jeśli ta klisza — mająca metaliczny wygląd i chroniona szklaną szybką — „doznała wstrząsu”, prześwietlenia, portret w kilku minutach został zniszczony… Ile pamiątek w ten sposób znikło… Nieznane dramaty…

To, prawdę mówiąc, jawi się prawie jak historia z innego świata…

A jednak czy z tłumami ludzi i krajobrazami kinematoskopu oraz filmowymi powieściami nie powinniśmy cofnąć się myślą do Leonarda da Vinci, który w ciemnym pokoju wybijał w ścianie małą dziurkę, a na przeciwległej ścianie tworzył się jakby ekran i zostały rzucone w żywych snopach światła, drgające właściwymi kolorami istoty i przedmioty na polu tego pierwszego obiektywu.

Każdy z tych portretów Bernardety przedstawia ją nam bez żadnej sztuczności. Oryginał znajdujący się w Muzeum w Lourdes był reprodukowany w nieskończoność: w postawie siedzącej, ręce złożone, twarz spokojna, wzrok skierowany prosto, a po objawieniach poważny i głęboki.

Potem dziesięć fotografii zrobionych wówczas, gdy Bernardeta była pensjonariuszką w Hospicjum w Lourdes. Są one własnością Archiwum św. Gildarda w Nevers.

W pierwszych latach reprodukcje jej fotografii sprzedawano masowo. Ona, widząca Maryję, zupełnie o tym nie wiedziała. Pewnego dnia jedna z jej towarzyszek powiedziała jej o tym. Zdziwiona zaczęła się przede wszystkim śmiać, mówiąc:

„Sprzedają mnie za dwa grosze, to jest wszystko, co wartam…”.

Te dziesięć zdjęć, z których pewne były zrobione tak, że nawet się nie spostrzegła, ukazuje nam takie spojrzenie, że nie mamy nic więcej do zrobienia, by próbować je zapamiętać, jak tylko strzec ich w sobie z zamkniętymi oczyma.

Jest to spojrzenie dziecka naszych Pirenejów, wybranego przez Maryję Pannę. Bernardeta żyła uśmiechnięta, wesoła na łonie swojej rodziny, sióstr i koleżanek w Lourdes; tak samo w Nevers, gdzie była nowicjuszką w lipcu 1866 r. Pomaga trochę wszędzie, ona, która wstępując do klasztoru zapytała, czy w czasie rekreacji można było bawić się w skakankę…! Będzie pomagać w kuchni, w infirmerii, w zakrystii. Zawsze chora, będzie znosić straszne bóle bez słowa skargi. W wieku zaledwie trzydziestu czterech lat ma kości rozmiękczone, a kolano zmusza ją do poruszania się na wózku, lecz zawsze jest wszędzie, gdzie jej potrzebują.

O. Marceli Bouix z Towarzystwa Jezusa (jezuita) powiedział, że przez trzy tajemnice powierzone Bernardecie, Maryja zarezerwowała sobie wnętrze tej duszy.

Początki Lourdes

W ciągu historii często prawda i legenda łączą się i zlewają razem.

Tarbis, królowa Etiopii, mniej więcej w latach 1230 — 1250 przed Chrystusem, oczarowana wspaniałością i awanturniczym życiem Mojżesza, nie waha się oddać mu, wraz ze swoją ręką, swego królestwa.

Mojżesz jest już zaręczony z córką Jetry, która go oczekuje, mądra i wierna przy swoim ojcu. Mojżesz nie przyjmuje tego podwójnego daru królewskiego i poślubia Seforę.

Głęboko urażona, piękna Etiopka w towarzystwie swej siostry opuszcza na zawsze kraj swoich przodków. Podróż najeżona tysiącem trudności trwała bez wątpienia dłużej niż rok.

Pewnego wieczoru karawana dociera do spokojnego i chłodnawego miejsca, nad którym dominuje łańcuch gór; jego kształty są samą harmonią. Dumna księżniczka w obliczu tego piękna krajobrazu, czuje jak jej serce, które uważała za zniszczone, uspokaja się… Rzeka wije się wzdłuż doliny… To jest Adour…

Tarbis chce tam rozbić swój złotopurpurowy namiot. Wydaje rozkaz i świta jest jej posłuszna: buduje miasto, które będzie nosiło jej imię: Tarbe, Tarbes.

Dla jej siostry Lapurdy, na bardzo bliskim miejscu, przewyższającym pięknem i przestrzenią Tarbes, jest wznoszone: Lapardum… Lourdes. Pierwszymi mieszkańcami tego regionu byli Soliaci i Baskowie.

Po zdobyciu Galii zwycięzcy Rzymianie doszli do gór południowych, a Krassus zdobył Lourdes. Sam został zabity, a pirenejskie miasto znalazło się pod rzymskim jarzmem aż do około czterechsetnego roku. Przeżywa ono wokół swych murów nowe najazdy barbarzyńców. Zdobyli je Wizygoci.

W całej tej okolicy znajdują się autentyczne resztki epoki rzymskiej, np. w Sulos obóz Cezara; pod Bathébrère — droga rzymska; w Sarsan — groby, później ekshumowane. W Lourdes, Château-Fort [twierdza] i nad „Gabé” („le gave”) — le Pont-Vieux ze swymi dwoma łukami, przez który Bernardeta często przechodziła udając się do Groty.

Bez zmiany pierwotnego charakteru ich konstrukcji le Château-Fort i le Pont zostały odrestaurowane i powiększone, od kiedy tłumy przybywały do Lourdes, a kwadratowa baszta osłaniała pierwotny zamek.

Od roku 732, po upadku Poitiers, generał Mirat, uczeń Mahometa, panuje nad tą całą okolicą.

W roku 778 Karol Wielki, udając się do Hiszpanii, zatrzymuje się w Lourdes ze swoim wojskiem i rozpoczyna oblężenie Château, zajętego przez Maurów i ich wodza, którego nikt nigdy nie zwyciężył. Mirat nazwał fortecę Mirambel, co oznacza Mirabel, piękny widok i to nie jest zapomnieniem etymologii, gdyż z jego wysokich strzelnic widać najbardziej rozległe horyzonty, najbardziej urozmaicone we Francji.

Mirat złożył uroczystą przysięgę przed swoimi oficerami: „Podczas mego życia nie oddam się żadnemu śmiertelnikowi”. W owych czasach walczono otwarcie i obydwie strony szanowały się wzajemnie. Brawury nie odmierzano i Karol Wielki mógł tylko podziwiać wytrwały opór tych wojowników wydanych na pastwę głodu.

W jeden wieczór przylatuje orzeł z gór, zniża się nad jeziorem, niosąc w dziobie ogromną rybę, którą spuszcza na wewnętrzny dziedziniec zamku.

Nagle Miratowi przychodzi genialny pomysł — na srebrnej tacy posyła Karolowi Wielkiemu najlepszy kawałek ryby ze słowami:

„Jak długo mój żywiciel będzie mi przynosił takie ryby, nie jestem narażony na ryzyko głodowej śmierci”.

Czy Karol Wielki wycofał się z oblężenia zamku?

Porice, kapelan jego wojska, był równocześnie Biskupem Puy i znakomitym dyplomatą. Chcąc walczyć uczciwie, prosi o audiencję u Mirata i przemawia do dzikiego barbarzyńcy nowym językiem:

„Dzielny Książę, poprzysiągłeś nie poddać się nigdy śmiertelnemu człowiekowi. To piękne i chwalebne! Zachowując cały swój honor, czy nie mógłbyś się poddać pewnej Nieśmiertelnej Pani?… Nasza potężna Królowa, Pani Maryja, posiada swój tron w mieście Puy, a ja jestem Jej uniżonym sługą…”.

Mirat, zwolniony ze swej przysięgi, oddał się Pannie Maryi. Nawrócił się razem ze swoimi oficerami i rycerzami. Postawił jednak warunek, żeby on, jego potomkowie i jego posiadłości podlegały tylko Naszej Pani.

Ze swą drużyną i wojskiem Mirat (po chrzcie świętym Lorus — od Lourdes) idzie złożyć hołd swojej Władczyni. Dowódcy i żołnierze mieli przywiązane do lanc snopy traw i zrobiwszy z nich „dywan”, położyli u stóp figury.

Herb miasta potwierdza legendę o orle i rybie.

„Ciężka brama z trzema otwartymi wieżami wzniesiona na srebrnej skale; środkowa wieża jest wyższa od pozostałych i zwieńczona orłem z rozpostartymi skrzydłami, o pozłacanych szponach, trzymającym w dziobie srebrzystego pstrąga”.

Nasza-Pani z Puy ma swą kopię w Château-Fort w Lourdes. Od Średniowiecza ma tytuł „Nasza-Pani Francji”. Ludwik XI i jego córka, wielka św. Joanna Francuska, mieli do Niej szczególne nabożeństwo. Całe chrześcijaństwo udawało się tam z okazji pielgrzymek i jubileuszy. Hrabiowie z Bigorre składali z kolei w ciągu wieków hołd „Naszej-Pani w Puy”.

Była to cudowna statua przywieziona do Francji przez zakonników w VII wieku, postawiona i czczona na skale w górach Cévennes. Zniszczona w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej, została odnowiona według spisanych dokumentów. Jest to ciekawe dzieło surowo rzeźbiona w drzewie cedrowym. Dziewica w siedzącej postaci, trzyma na rękach Dziecię. Jezus w Jej ramionach — na wzór egipskich bóstw. Otoczona jest draperiami, obwieszonych ozdobami i klejnotami. Uczeni stwierdzili, że statua ta jest dziełem pierwszych chrześcijan w Libanie, którzy byli pod natchnieniem stylu figur Izydy.


Stare Lourdes zachowało nienaruszenie swój malowniczy charakter i swoje dawne zwyczaje. W roku 1829 ofiarowały jeszcze dziewczęta z Lourdes „Naszej Pani z Puy” snopy ziół zebrane z pól ostatniego hrabiego Bigorre.

W okresie objawień Château-Fort, w którym kwaterowało wiele różnych wojsk, był koszarami kompanii strzelców z Vincennes.

Aktualnie stał się regionalnym muzeum.

Przez jedną ze strzelnic w murze widzimy starą dzielnicę z dawnymi szarymi dachami, przecinające się ciasne uliczki, dziwaczne gołębniki.

Widzimy młyn de Boly, w którym urodziła się Bernardeta i straszną ruderę, le Cachot, („Loch”), którego próg przekraczała raniutko, by udać się do Groty, ulicą des Petits-Fossés; ślepą ulicę bez powietrza i bez słońca.

Nad Pont-Vieux, cmentarz, Dolina Rajska. Na lewo, le Marcadal, potem plac targowy de Foire, drogę do Barèges, Cauterets, Saint-Sauveur.

Następnie zaś oto na prawo Pont-Vieux, przejrzysty strumień Merlasse; nad ludzkim Forêt i nad nim przełęcz i górę Espelugues — jest to już wysoka góra.

Ten piękny las w Lourdes góruje nad ziemią Massabielle. Massabielle: stara masa, skalista masa stara. Jej jedna skała, odłączona od góry, wysuwa się śmiało jak ostroga nad Gabé…

Jest to położenie jedyne, uprzywilejowane…

Château-Fort, na którym powiewały w ciągu wieków sztandary rzymskie, saraceńskie, angielskie, opierał się tylu różnym inwazjom, nawet protestantyzmowi, stał się teraz państwowym więzieniem i miał od roku 1858 przewodniczyć najcudowniejszej przygodzie duchowej stulecia.

Tam fotografia oferuje nam jeszcze dokument nieoceniony. Skała Masabielska została sfotografowana w roku 1858 na początku Objawień: zupełnie ogołocona, ze swoimi trzema grotami, z których najgłębsza i najwyższa stanie się Grotą.


Spływająca w dolinie Merlasse, rzeka o tej samej nazwie, przybiera wód, zwiększa się i gubi w odnodze rzeki Gave, która porusza tartak i młyn de Savy. Zaraz przepływając koło olch i topoli rzeka niejako dotyka skały Masabielskiej, okrąża ją i wypływa na zachodzie w miejscu, gdzie kończy się wielka łąka Pana M. Lafitte, a między dwoma rzędami topoli wpada z hukiem do „Gabé”.

Dlatego skała Masabielska, jak wysunięta ostroga (widzieliśmy ją), jest niemożliwa do zdobycia suchą nogą. Skała dzika, odosobniona, góruje nad całą okolicą.

Jej największe wgłębienie, Grota, ma 8 metrów w głąb i 12 metrów szerokości; wysokości — niewiele więcej niż 3 metry.

Skały, mieszane bloki marmuru, łupku, mchu, bluszczu, zaplątanych drzewek… Dzika róża zwisająca ze skały, zarośla karłowate…

Pan Estrade i Bernardeta

W miejscu, w którym kończy się łąka M. Lafitte, trzy lub cztery wielkie bloki skalne, do połowy wydrążone przez rzekę, tworzą jakby przeszkodę, jeśli się ma zamiar zbliżyć do skały.

Od tych kamiennych bloków aż do wejścia do Groty Pan Jan Chrzciciel Estrade, świadek autentyczny — o którym będzie jeszcze mowa — zmierzył odległość, która wynosi 15 metrów długości i 12 metrów szerokości.


Tam właśnie spotkamy Bernardetę 11 lutego 1858 roku, jej młodszą siostrą Antoninkę i ich sąsiadkę Janiną Abadie.

Pan Estrade mieszkał w 1858 roku wraz ze swoją młodszą siostrą w tym samym domu — blisko kościoła — w którym Pan Jacomet, komisarz policji. On to był głównym urzędnikiem w sprawach płacenia pośrednich podatków. Nie był niedowiarkiem, lecz przywiązywał małe znaczenie historiom przekazywanym przez Pannę Emmanuelę Estrade:

„Mówi się, że pewna mała dziewczynka z miasta została zaszczycona ukazaniem się jej Najświętszej Panny w jednej grocie nad Gave.

— Doprawdy! Bardzo poetyczne!”, odpowiedział, uśmiechając się Pan Jan Chrzciciel Estrade, nie przerywając pisania w swoich administracyjnych registrach.


Później, w roku 1860 i 1890 W. Ojciec Sempé i kard. Langénieux usilnie nalegali, żeby komisarz zdecydował się napisać swoje świadectwo.

Odpowiadał skromnie:

„Nie umiem pisać. Potrzebny byłby talent literata, wielkiego mistrza”.

Kardynał sprostował:

„Nie prosimy Pana jako pisarza. Prosimy Pana jako uczciwego człowieka. To wystarczy”.

Wobec tego Pan Estrade wziął swe posłuszne pióro i napisał:

Objawienia w Lourdes
Wewnętrzne wspomnienia świadka

Ostatnie linie zasługują na przepisanie:

„O Matko, włosy moje już posiwiały i jestem blisko grobu… Kiedy w ostatniej godzinie pojawię się przed Twoim dostojnym wspaniałym Synem, racz być moją Opiekunką i wspomnij, że w dniach Twoich Objawień widziałaś mnie, na kolanach i wierzącego, pod świętym sklepieniem Twojej Groty w Lourdes…”.

W dalszym ciągu tego opisu chcemy podejmować, idąc za nim, z wiarą, która go ożywiała, z sercem, które go prowadziło, wyjaśnienia, które on będzie dawał autentycznym faktom, a które on i jego siostra sprawdzali dzień po dniu. Nie zapomnimy, że on znał, mieszkając przy wyjściu z ulicy de Barèges, przy placu Marcadal, naszego krewnego Pana Jana Franciszka Barioge, Naczelnika Poczty, który został wykorzystany razem ze swoimi pocztowymi zaprzęgami do zatarasowania groty w czerwcu roku 1858, i wtedy to śmiało odmówił wykonania tego rozkazu, ryzykując utratę swojej posady.

Lata dzieciństwa

To, co nie jest szlachetne

To, co jest bez znaczenia według świata

Bóg wybrał, aby zawstydzić mocnych i władców.

Św. Paweł — List do Koryntian

Młyn de Boly

Te młyny w Pirenejach, w miejscowościach pełnych świeżości, są wszystkie zbudowane mniej więcej jednakowo; składają się z dwóch lub trzech skromnych domów, pokrytych dachówką z łupku. Na dole mają dwa hole z podłogą z ubitej gliny, jakąś kuchnię. Na piętrze jedną lub dwie izby i obszerny strych jako skład na worki z mąką.


Wielkie koło młyńskie znajduje się wewnątrz w pozycji poziomej pod „izbą, w której są kamienie młyńskie”. Tutaj, w Boly, strumień Laparca, płynie z pagórka tej samej nazwy, w kaskadach z hukiem na skrzydła koła i wypływa po przeciwnej stronie.

Nieustanny szum bystrej wody, zgrzyt młyńskich kamieni, skrzydła koła przyspieszające ruch, wybijają jak wahadło zegara, rytm codziennego życia w młynie.

Topole, piękne, proste i szlachetne, jak modlitwa, stoją na straży jaru, z którego wypływa ten rwący strumień. Ich wierzchołki są zawsze poruszane najmniejszym nawet najsłabszym wiatrem i szeleszczą jakby śpiewały. Znajdziemy je wszędzie z ich ulistnieniem srebrzystym i delikatnym w najmniejszej dolinie i nad brzegiem rzek.

Pirenejski krajobraz ze swoimi czystymi rysami, z łąkami niby z zielonego aksamitu, z łanami zbóż falującymi za najmniejszym podmuchem wiatru często podziwiała Bernardetę. Nigdy nie wyrazi się jego słodyczy i piękności.


W tym dniu, 7 lutego 1844, strumień Laparca nadal wylewał swe wzburzone wody. A tymczasem śluza była zamknięta. Wielkie koło trwało majestatycznie w bezruchu, a młyńskie kamienie w miejscu swego zatrzymania się.

Była niedziela, dzień, w którym powinna ustać wszelka praca. Prawdziwi chrześcijanie nie zapominali o tym. Jednak dwa lata później, w roku 1846 Matka Boża, ukazawszy się małym pastuszkom w La Salette, musiała im przypomnieć to dobitnie.


Nie była to niedziela, jak inne. Kto mógł wiedzieć, że przygotowywała najcudowniejszą przygodę duchową tego stulecia…

We młynie de Boly, tego dnia żona młynarza, Luiza Soubirous nie miała jeszcze ukończonych 18 lat, weszła do izby po prawej stronie piętra, aby urodzić piękną, dobrze zbudowaną, pełną życia, ale trochę słabą dziewczynkę.

Ten młyn częściowo odrestaurowany można jeszcze zobaczyć w Lourdes. Jak nam pokazują fotografie z tamtego czasu ma niedopasowane drzwi, chwiejący się, drewniany krużganek i bez szyb w jednym oknie. Wygląda na bardzo zniszczony. Jest rzeczywiście taki.


Te dwie sylaby Bo-ly nie posiadają naszego brzmienia. Boly było nazwiskiem pewnego angielskiego lekarza, który więcej niż dwa wieki temu zarządzał młynami zgrupowanymi przy strumieniu Laparca.

Niewątpliwie, Boly musiał poślubić dziewczynę z tych stron, gdyż już w okresie Bernardety, właściciel tych młynów nazywał się Boly-Abadie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 48.08