Gra Życia

Bezpłatny fragment - Gra Życia

Jedynie miłość rozumie tajemnice: innych obdarować i samemu przy tym stać się bogatym.


Objętość:
154 str.
ISBN:
978-83-8104-173-7

1

Anglia, 1796


W ciepły, pogodny dzień października Księżna Elizabeth chętnie oddała się ulubionemu zajęciu — jeździe konnej. Podczas gdy synowie się uczyli, postanowiła wyjść na świeższe powietrze. Jej mąż próbował wybić z głowy tenże pomysł, ale wiedział, że kiedy się uprze nic nie zdziała. Obydwoje się ogromnie ucieszyli, dowiadując się o następnej ciąży już w piątym miesiącu jej. Jako mąż starał się jak mógł, ale wyperswadować żonie pomysły uchodziły płazem. Jak tylko usłyszał gdzie idzie postanowił, że bardziej przypilnuje niż przedtem.

Dochodząc do stajni dołączył do żony, po uszykowaniu konia jak to on miał w swoim zwyczaju posadził ją na grzbiecie Iwana, kasztana czystej krwi na którym lubiła jeździć. Chwilę po tym wsiadł na swojego w siodło i ruszyli powoli ścieżką. Patrząc na żonę myślał jak dostojnie i pięknie wygląda z znaczną widoczną ciążą. Marzył o córce, kochał synów a do szczęścia im potrzebna była córka. Elizabeth dałaby radość ubierając córkę w suknie, on sam nauczyłby tańczyć. Ubrana w zielony strój do jazdy konnej w damskim siodle napawała się szczęściem uśmiechając się promiennie od czasu do czasu do męża. Oczy błyszczały w niewielu już promieniach słońca padając na jej twarz. Byli w sobie do szaleństwa zakochani jak za pierwszym wejrzeniem, pierwszym spotkaniu. Po objechaniu okolic Elizabeth dostała skurczy, byli już nie daleko stajni, lecz skurcze się nasilały a wody płodowe odchodziły plamiąc strój i siodło. Z chwili na moment szybko się okazało, że nie zdąży zanieść żony do domu.

Ściągnął żonę z konia i ułożył ją na sianie. Stajenny zamknął konie w boksach, a gospodyni słysząc szybko przyniosła ręczniki.

Następowały kolejne skurcze trzymając za rękę aż kłykcie zbielały. Zaraz po następnym skurczu parła i powoli wychodziła już główka.

— Jeszcze raz głęboki wdech i przeć — mówiła starsza gospodyni odbierając dziecko swej pani.

Parła jeszcze dwa razy, a dziecko zakwiliło przechodząc w donośny płacz. William przeciął pępowinę i pękał z dumy.

— Mamy córeczkę — powiedział wzruszony do żony zmęczonej porodem — Jakie imię? — oddając dziecko Elisabeth.

— Isabelle Nord — przytulając do siebie dzieciątko — proszę wziąć ją do domu. Zanieś mnie kochanie. Proszę.

— Wezmę cię do domu, chłopcy się ucieszą — powiedział książę biorąc żonę z siana składając lekki pocałunek na skropionym czole żony od potu.

Po ułożeniu żony w sypialni wraz z córką została, a potem poszedł do pokoi lekcyjnych przekazać dobrą nowinę.

— Tak, wasza wysokość.

— Chłopcy macie siostrę — powiedział uradowany ojciec.

— Możemy iść zobaczyć? — zapytał najstarszy Bastien.

— Pani Janet, proszę zrobić przerwę teraz, chłopcy za 15 minut wrócą — odrzekł książę — chłopcy powoli.

Wchodząc do sypialni jak myszki usiedli na łóżku po obu stronach matki i przyglądali się małej Isabelle, która raz po raz kwiliła.

— Czy będzie głośna? -zapytał Anthony.

— Podobnie jak wy.

— Mogę wziąć na ręce? — spytał nieśmiało Bastien.

— Podejdź bliżej — odpowiedziała k ładząc synowi na ręce mała Belle.

— Jest lżejsza niż bracia i ucichła, widzisz tato -powiedział ucieszony.

— Widzę, jest prześliczna skarbie podobnie jak ty, daj siostrę, jak skończycie możecie później odwiedzić mamę i siostrę.

— Chłopcy niechętnie poszli, a mała Bella spała w ramionach ojca.

— Do twarzy ci z córką — powiedziała Elza do męża czule się uśmiechając.

— Malutka śpi, odpocznij, będę nie daleko — mówiąc to kładł małą córeczkę do łóżka obok żony — dziękuję kochanie.

— Ja też dziękuje, to ty mi dałeś te cuda.

Prze szczęśliwy zawiadomił swoją matkę o narodzinach wnuczki. Jeszcze tego samego dnia chłopcy poszli do rodziców i małej siostrzyczki. Na następny dzień odebrał telegram o rychłym przyjeździe i zobaczeniu wnuczki przez babcię. Kazał od razu przygotować posiłek, a służba aby zaczęła sprzątać i wykonywać swoje obowiązki nie za głośno. Nie chciał obudzić małej, przychodził cztery razy dziennie do żony i jej pomagał. Starał się bardziej niż przy chłopcach. Elizabeth przyglądała się jak nią zajmuje się i czuła się bezkreśnie szczęśliwa. Stworzyli rodzinę o której tyle marzyli i tyle rozmawiali. Jako rodzice czuli dumę, wiedziała że William będzie dobrym i opiekuńczym ojcem, ma wielkie serce do nich ale zawsze starał się chronić rodzinę jak potrafi. Sama nie oddała by żadnego ze swych dzieci. Lada dzień po nadaniu telegramu przybyły Matki rodziców małej Isabelle. Po ujrzeniu małej wprost nie mogły się nacieszyć. Gratulowały obydwóm tego szczęścia, chłopcy od czasu do czasu pilnowali kiedy rodzice spożywali posiłek i wtedy gdy mama nakarmiła małą siostrę a tata załatwiał pilne sprawy poza domem.

Dzieci rosły, Sebastian stawał się podobny do ojca, był najwyższy z braci dziedzicząc wzrost po ojcu i kolor włosów zmieniła się na brąz o mocnych i głębokich rysach. Charakter także; był kopią ojca. Przekomarzał się z Anthonym, będący niższy od niego i podobny urodą do matki, która była z pochodzenia francuską. Krystian zaś mający figlarne spojrzenie i charakter bardziej zadziorny wdawał się w bójki z Anthonym. Bastien ich tylko rozdzielał. Nawet mała Isabelle rosła na żywą i krnąbrną dziewczynkę o brązowych ciemnych włosach, uroczej twarzyczce, niebiesko — zielonych oczach jak u ojca. Im starsza ujawniał się jej charakter nie dystyngowanej spokojnej jak by chciała matka lecz czasami nieznośnej i upartej dziewuszki budzącej sympatię wokół hipnotyzując czasami chłopców spojrzeniem nawet jeśli nie było one niewinne.

Wraz z ojcem w wieku czterech i pół latek jeździła z ojcem konno, chodziła do stajni. Matka zaszczepiła w niej chęć do tańca i muzyki. Często siadywały do pianina i grały, czasami w pobliżu na sofie siedział William wsłuchując się w takt muzyki, która płynęła będąc z nimi podczas lunchu. Elizabeth czasami zostawiała ją przy nim, a z mężem tańczyła nieco. Widząc jak bardzo się stara pozwalała jej grać a sama siadywała koło męża i patrzyła. Złościło ją, że zabiera córkę do stajni; choć rzadko chorowała. Sama jeździła także zabierała chłopców i robili im wycieczki ucząc jazdy konnej w terenie.

W czasie słonecznych, ciepłych dni wyjeżdżali w teren i pozwalali dzieciom się bawić i uczyć na świeżym powietrzu. Pilnowali bardzo ich nauki i rozwoju często godząc się na kompromisy trzymając się także twardych utartych reguł. Chcieli by dom był dla nich ostoją, w której znajdą nie tylko ich ale i wsparcie ofiarując im zawsze czas, który dużo poświęcali swoim dzieciom a potem wnukom. Choć po synach nigdy nie wiedzieli czego spodziewać. Mieli tylko nadzieję, że będą w życiu sobie radzić.

Zawsze Bastien starał się jakkolwiek odpowiadać za braci, ale nie potrafił ich czasem zrozumieć. Różnił się swoim opanowaniem i spokojem i logicznie tłumaczył braci, choć młodszy z nich, Christian nie cierpiał reguł i jego figlarne oczy zdradzały pewne psikusy, na które czasami przymykali oczy. Wraz z Anthonym robił psikusy. Dwóch chłopców jeden czarne jak heban i niebieskich oczach, drugi wesołe zielone i włosach rudawy brąz było głośno w domu przez nich. Choć różnili się od siebie to nie mogli być daleko od siebie, jak jedno lub dwóch gdziekolwiek było musiała tam być reszta. Bracia ciągnęli wszędzie gdzie Isabelle weszła lub uciekła. Rodzice próbowali ich powstrzymać ale nie dziwili się temu, sami byli jak ogień i woda ale uzupełniali się oraz ciągnęło ich razem tam gdziekolwiek szli nie mając przed sobą tajemnic.

Z czasem rodzeństwo się zżyło, chłopcy różnili się sobą a Isabelle ulubienicą towarzystwa i wesołym usposobieniu nawet w troskach. Isabelle miała mocną więź z najstarszym bratem, uwielbiała gdy ją usypiał opowiadając podobnie jak ojciec. Z pozostałymi braćmi spędzała czas, uczą się tego co oni. Matka była troskliwa aż sprawiało to, że chętnie spędzała czas w gabinecie ojca, który raz po raz pokazywał jej książki i nauczył czytać. Miała tam swój kącik, gdzie czytała już za dużo książek jak na swój wiek. Była z niej dziewuszka w wieku pięciu lat uwielbiająca jazdę konną z ojcem przez co stawała się podobna do niego niż do matki z którą uczyła się jak być dobra gospodynią w domu i dobrą żoną, choć tego nie całkiem rozumiała.

Chcą uchronić córkę William postanowił wybrać jej męża, po tym jak zakochał się w narzeczonej innego i ją poślubił. Rozmawiał z żoną, doradzała mu ale uparcie do tego dążył. Stwierdził, że ją to uchroni przed tym jak sam na siebie ściągnął nieprzyjemne skutki.

Od początku jak ujrzał Elizabeth próbował się pohamować ale nie umiał tego zrobić z sercem i tak ją uwiódł. Zabiegał o nią u jej ojca i nareszcie poślubił. Wybrał córce panicza, syna księcia równego stanem starszym o pięć lat.

2

Cztery dni później


Urządzono przyjęcie do którego wszystko starannie przygotowano. Zjawili się goście w tym rodzina obu oraz część śmietanki towarzyskiej. W trakcie ogłoszono że młodemu paniczowi zostaje przyrzeczona Isabelle. Młody panicz Daniel Hannaball, syn diuka Prestona i Reginy Hannaball niezbyt podobało się to przedstawienie. Tak to wyglądało. Skonsternowany popatrzył na swoją przyszłą żonę pokręcił głową, ale zrobił dobra minę do sytuacji. Isabelle uciekła od niego chowając się za matką. Nieśmiało patrzyła to na ojca, to na ojca Daniela lub Daniela.

— Isabelle, chodź do mnie usiądź — powiedział łagodnie Will.

— Nie, nie chcę go, jestem za mała aby wyjść za niego — stwierdziła patrząc na Daniela będąc jeszcze obok matki.

— Isabelle, dopiero go poznasz jaki jest, tylko usiądź proszę.- mówił jej ojciec nie wiedząc co już zrobić widząc nie chęć córki do kawalera.

— Zrobiła to, nic nie mogła poradzić, że nie może usiedzieć na miejscu jak on. Widząc spojrzenia innych starała się, ale i tak oczy patrzyły w stronę drzwi; a Daniel widząc to co robi był niezadowolony. Patrzyli na rodziców jakby chcieli od siebie uciec.

— Będziemy tu dwa tygodnie jeśli pozwolicie, poznają się bliżej — stwierdził Preston.

— Zostańcie, myślę, że się polubią ale nie od razu to będzie się działo — powiedział patrząc na obydwóch mając coraz mniejszą nadzieje.

— Aż dwa tygodnie, dlaczego ojcze? — zapytał Daniel nie ukrywając irytacji.

— Spokojnie, potem będziemy w domu — odpowiedział zmartwiony Preston.

Widząc zmartwienie mężów na twarzach starających się ukryć to próbowały rozluźnić atmosferę, a tylko pogorszyły. Natychmiast zerwała się z miejsca Isabelle wyrywając się rodzicom. Daniel był już bliżej braci, Isabelle uciekła do swojego pokoju, a za nią matka wołając ją aby otworzyła drzwi. Isabelle zdążyła nauczyć się zaklinowania drzwi. Rozpłakała się usiadła w kącie i łkała. W końcu usnęła ale przebudziło ją pukanie. Więc jak odeszli odblokowała i uciekła do stajni.

— Will, zaklinowała drzwi i nie chce wyjść — powiedziała z niepokojem Elza.

— To mamy problem. Isabelle się przestraszyła i nie będzie chciała wyjść — odparł zmartwiony już całkowicie William czując jakby go halsztuk dusił.

— To ładne ziółko mamy z siostry — odparł Bastien oparty o framugę.

— Co się dzieje? Daniel też zniknął, nie mówmy gościom; chodźmy poszukać. Żony zostaną.

— Przepraszam, nie wiedziałem że się przestraszy — powiedział Will.

Czuł się strapiony zachowaniem córki.

— Nie przepraszaj, skąd mieliśmy wiedzieć, że tak wyjdzie. Mój syn też jest niezbyt zadowolony z tego.- odpowiedział pocieszając go Preston.

— Isabelle wyglądała jakby miała się rozpłakać, tylko pogorszyłyśmy — powiedziała zaniepokojona Regina — idźcie poszukać, będziemy tutaj.

Tyle co wyszli dowiedzieli się, że Isabelle uciekła z pokoju. Tym razem już zdenerwowani kazał szukać ich w domu, a sami poszli do stajni sprawdzić. Widok w stajni jaki zobaczyli aż zmroził krew w żyłach.

Daniel był na samej górze stogu, który który sięgał do prawie samego sufitu. Isabelle skulona za kasztanowym ogierem w boksie, który nic jej nie zrobił; nie ruszał się kiedy łkała wciąż będąc za nim.

— Synku, zejdź na dół — mówił Preston wyciągając ręce do syna, który przecząco kiwał głową — proszę, spadniesz i się połamiesz.

— Isabelle, chodź do mnie. Córcia, proszę cię, chodź do taty.

— Nie, ten pan mnie weźmie i nie będzie was. Chcę do brata.

Koń nawet nie drgnął zagradzając mu dojście do córki.

— Idźcie po syna natychmiast- rozkazał władczo podwładnemu.

Po pojawieniu się najstarszego, od razu wziął ją i wyszli. Miała brudną sukienkę, która z początku była blady róż.

— Idźcie do domu, jeśli chcesz to z bratem — powiedział prawie rozpłakany ojciec widząc jak Isabelle mocno trzyma brata.

— Chodź też, nie zabierzemy jej wam. Nie spodziewałeś się takiej reakcji.- powiedział zmartwiony Preston trzymając syna u boku.

— I co narobiłem? Przez to prawie koń jej nie nic nie zrobił, tylko wprowadzę Ivana- wprowadził konia i poszedł do domu.

Czuł się bardziej zatroskany niż przedtem. Nie poprawiło się mu po tym jak znalazł córkę. Teraz zaczął już wątpić w swój ojcowski instynkt. Pojawiając się w sali Elizabeth domyśliła się, że Isabelle weszła do boksu konia, ale jeszcze nie widziała go tak zmartwionego. Dowiadując się o tym co zaszło, powiedziała, że pomoże przekonać córkę do Daniela. Serce jej się łamało, ale nie chciała żeby tak się troskał. Wiedziała, że Isabelle się przestraszyła i próbowała pocieszyć męża.

Nie cała godzinę później goście rozeszli się do pokoi, a sami zajrzeli do pokojów dziecięcych. Nie znaleźli córki w pokoju, ale Bastien już zdążył uśpić siostrę. Została u niego pokoju. William siedział i patrzył na śpiącego syna i córkę zastanawiał się co poszło nie tak. Pokoje surowo urządzone tylko zabawki i książki miały swoje inne miejsca. Łóżka i stoliki były podobne. Następne dni zatroskanie malało, ale nie znikało. Lepiej zaczęli się dogadywać, a ojcowie stwierdzili że będzie coraz lepiej.

Spotykali się co jakiś czas, ale Isabelle już nie tak chętnie szła do ojca. Chodziła obok ale gdy przychodzili do towarzystwa Księcia z Danielem uciekała do matki, bracia spędzali więcej czasu z ojcem. Elizabeth z mężem nie spodziewali się nagłej wizyty jej byłego narzeczonego. Nagle uderzyło ją jak bardzo stał się zawistny. Nie zapowiadało się pomyślnie dla nich i ich rodziny. Spotykając go w salonie jego twarz wręcz biła szyderczym uśmiechem.

— Witam, widzę, że sobie ułożyłaś szczęśliwie życie. Macie śliczną córkę oraz przystojnych synów- stwierdził skupiając wzrok na małej.

Jego surowe niebieskie oczy zmieniły się na niebezpiecznie zimne uważnie przyglądając się jej. Elizabeth znała ten wzrok, szybko musiała odwrócić jego uwagę. To nie wróżyło nic, po nim mogła się spodziewać wszystkiego.

— Witam, dziękuję. Jaki powód wizyty teraz znajdziesz? — zapytała oschle Elizabeth widząc jak mąż przesuwa się bliżej synów i córki.

— Odbiło się echem o narodzinach waszej Isabelle, ze mną także mogłaś mieć córkę — powiedział kąśliwie do Williama Eric- co by było gdyby któreś zniknęło?

— Znalazłbym cię i kazał oddać dziecko — odparł ponuro William biorąc synów za ręce a Isabelle na ręce. — popamiętałbyś mnie.

— Szkoda by było was jej zabierać, ale żona Irmina chętnie by zyskała córkę mojej byłej narzeczonej.

— Zapomnij, od tamtej pory jestem wierny rodzinie. Żadne z nas nie ma ochoty na romans, jest nam niepotrzebny w życiu.

— Tak samo jak przedtem Irminie, którą porzuciłeś aby wziąć mi Elizabeth. Ze mną też by było jej dobrze.

Irytujący uśmieszek posłał Williamowi.

— Nie, Elizabeth za nic nie oddam a już na pewno żadne z dzieci. Irmina nie była na poważnie, błaha miłostka. Wyjdź stąd.

— Nie ładnie tak wyganiać gościa.– powiedział ironicznie Eric.

— Nie dam sobie odebrać żony i dzieci. Żegnam.- powiedział William stojąc obok żony z dziećmi które chowały się za nimi obydwoma.

Elizabeth wiedziała, że wróci; ale obawiała się, że weźmie ich córkę i nakłamie jej o nich. Słońce zamieniło się w deszcz, a dzieci się martwiły, że nie wyjdą popołudniu; nie umiały sobie znaleźć miejsca. Z większą uwagą doglądali z czasem dzieci mając nadzieję, że Eric już się nie pojawi. To były tylko pozory, które im stworzyli przez długi czas. Opiekuńczość Sebastiana wobec siostry bardziej uderzała braci pomimo tego zżyli się przez lata, a potem gdy jedno zniknie powoduje uspokojenie się reszty na długi czas.

3

Dwa lata później


Przyjechał Eric z Irminą. Wysiedli pewni siebie na co patrzyli z niepokojem Will z Elizabeth. Żona podzieliła się z nim obawami, sam miał domysły, że to zrobią. A te sierpniowego dnia przed urodzinami Isabelle lało z nieba deszczem. Po krótkiej wizycie nie zauważyli zniknięcia ich najmłodszego z dzieci. Irmina zachłannie trzymała torbę małej a Eric trzymał wyrywającą się i płaczącą Isabelle. Po tym William rzucił się za nimi ale nie zdążył bo już odjechali z jego dzieckiem nie wiadomo gdzie. Martwili się strasznie, pytali ale nikt nie wiedział skąd przyjechali. Synowie wciąż się pytali gdzie jest siostra. Czuł, że zawiódł żonę i siebie, choć ona go starała się pocieszyć sama dając radę ze zniknięciem jedynej córki. Widział, że miała nadzieję ale łzy, które czasami leciały po policzkach trafiały do niego samego powodując pogłębienie własnego rozczarowania i zawodu wobec rodziny. Musiał się podnieść i nie wiedział co zrobi jeśli znowu ją spotka. Miał synów jeszcze.

Najstarszy zamknął się w sobie a pozostałych dwóch nawet nie chciało już słuchać więcej. Tak charakter wszystkich trzech się zmienił na spokojniejszy niż był nie mając siostry obok, z którą tak chętnie spędzali czas. Stali się bardziej cichy, a Christian częściej siedział z nosem w książkach, nie był tak żywym dzieckiem to zaniepokoiło rodziców choć wiedzieli powód nawet własnego smutku. Nawet Anthony uciekł do książek. Zaszło wiele zmian, lecz w większości bracia zauważyli, że bez niej już nie ma tyle uśmiechów w domu. Miłość jaką mieli podzielili na synów mając nadzieję, że ona wróci. Choć poszukiwania nie dawały efektów jak tylko zawód a nadzieja umykała przez palce jak czas.

W tym czasie Isabelle z roku na rok była w szkółce żeńskiej i tęskniła widząc jak inne co jakiś były z rodzicami, ona słuchała kłamstw i kąśliwych uwag od Irminy a Eric zmuszał ją do rozmowy. Szła do pokoju, a w nim cichutko popłakiwała próbują sobie przypomnieć jak lub co robili jej prawdziwi rodzice. Znosiła drwiące docinki od innych dziewcząt pokazując surowe obliczę i nosiła twarz uniesioną. Nie pozwalała sobie na to aby okazać skruchę lub łzy w oczach. Uczyła się to znosić ukrywając uczucia, że ją zabolało. Łzy płynęły rzadko; tak że nikt nie widział choć trzy panie uczące lub zajmujące się innymi obowiązkami widziały, że psychicznie to odczuwa. Wiedziały kim jest ale nie mogły wydać nawet widząc, że ją szukają nawet tam. Próbowały zapanować nad atmosferą ale Isabelle zyskała przezwisko „” dziecka, nie z tego łoża „”. Rzewnie płakała w czasie świąt Bożego Narodzenia i urodzin, kiedy od zniknięcia nie świętowała mając tylko złośliwe uwagi. Strasznie ją to bolało, ale nieprzestała wierzyć, że coś się zmieni. Zmieli jej imię na Emilia aby zakryć, że nie jej ich córką. Postarali się aby jej rodzice nic nie wiedzieli, zmylali ich tropy. Wiedzieli, że bardzo przeżywają i szukają bezskutecznie. Sprawdzali adresy, ludzi ale nic nie pomogło w poszukiwaniach. Kończyło się niepowodzeniem, choć nadzieja żony księcia musiała im starczyć. Coraz bardziej urodziwa i opanowana stawała się niedostępna i zamknięta w sobie o bezwzględnym spojrzeniu na świat z znajomością kilku języków. Pomimo dobrych wyników choćby w najwyższym stopniu wciąż byli niezadowoleni, to było rzadkością, bowiem ujawniał się w niej książęcy charakter rodziców biologicznych. W końcu sama próbowała też szukać ich ale kończyło się fiaskiem. Będąc w końcu w domu choć krótko włamała się do biurka Erica, za co została wyrzucona stamtąd. Irmina chytrze ukrywała to co naprawdę należało do niej kłamiąc jej w żywe oczy; nie chcąc aby dowiedziała się prawdy i mieć kogoś kto dobrze umie się zająć sprawami domowymi pod jej wygodę.


Czternaście lat później


Po otrzymaniu wiadomości od pewnej kobiety, która pracowała w domu Rowney'ów William myślami wrócił do okoliczności zajścia zniknięcia i pomyślał, że to pomyłka. Ta kobieta go zapewniała ale Emilia opisana w liście odpowiadała opisowi Isabelle. Zaniepokojona żona podeszła do niego od tyłu fotela Willa i patrzyła ze zdumieniem na treść listu. W jednym momencie gasnąca nadzieja odżyła, ten wygląd i znamię na ramieniu, które miała od dziecka. Prawie wzruszona nie wyrwała listu mężowi. Z wrażenia opadła na mężowskie kolana. Może jednak wróci, pomyślała. Mąż skrzywił się widząc reakcję żony a wiedział, że ma dobrą intuicję. Czyżby to Isabelle, zadawała sobie to pytanie mając mieszane uczucia.

— Will, od kogo list? W tym jest rysunek podobizny …. — zamarła trzymając kawałek papierka na którym widniał rysopis Emilii -te oczy, twarz, włosy jak u ciebie. Ten medalion, który daliśmy do wygrawerowania na piąte urodziny. To ona.

— To Emilia, nie Isabelle — odparł zmarkotniały Will– chciałbym chociaż wiedzieć co się z nią dzieje — patrzył na żonę mając tęsknotę do swojej jedynej rodzonej córki.

— Panie, pewna panna chce się zobaczyć z państwem, nalega — powiedział George — mówi, że ma nie wiele czasu a chce koniecznie czegoś się dowiedzieć.

Wiliam odłożył dokumenty i poszli do salonu. Widząc tam siedzącą dziewczynę, zastygli w pół kroku. Była łudząco podobna wręcz sami nie wiedzieli czy to ich mała córeczka. Podeszli bliżej, widząc ich dygnęła witając się z szacunkiem, oni również. Patrzyli na siebie przez chwilę, Emilia zmieniła na moment spojrzenie widząc tęsknotę w oczach pana domu; zrozumiała ją. Lecz pani domu miała rysy, które coś jej przypominały kiedy patrzyła w własne lustro. Pokazała im pakunek nędznie zwinięty rozpoczynając rozmowę.

— Chciałam się dowiedzieć coś o tej dziewczynce, teraz już pewnie wyrosła. Może państwo coś mi powiedzą, znalazłam to w moich rzeczach.

— W takim razie pokaż.

Biorąc od niej pakunek zobaczyli to co bardzo dobrze pamiętali: sukienka i baletki, rzeczy, które miała założone w dzień zniknięcia Isabelle.

— Kochanie, zobacz, poznajesz to?

Widząc wzrok księcia i księżnej znała te uczucia wspomnień i zawodu przez łzy, które mieli teraz na twarzach wymalowane.

— Pewnie nic nie mówią — powiedziała zrezygnowana Emilia od razu łapiąc ich wzrok niezadowolenia. Mówił on coś innego.

— To rzeczy naszej córki w dniu zniknięcia gdyby nie ty to bym już tego nie zobaczyła. Twoje imię?

— Emilia choć służące podobnie jak ja mówiły po cichu Isabelle. Ale im nie wierzyłam.

— Mogę zobaczyć medalion?

— Proszę, i tak miałam oddać do pakunek bo nie mogę nosić go w domu.

Podając mu pamiętała ja kies ostrze zrobiło rysę na wewnętrznej stronie dłoni jak u niego. Eric tego nie miał, a kończyła się u środkowego palca. Ktoś miał szorstkie ręce, tylko nie wiedziała kto. Te włosy i budowa ciała, kiedy biegł do bramy. Nagle wspomnienia ożyły a ona dostała zimnego potu na plecach. Przyjrzała się choć nie powinna tęczówce oczu, Elizabeth załapała, że te oczy to kolor jego tęczówek podczas zabawy z dziećmi i nie tylko.

— Jacy są rodzice? — spytała przejęta Elizabeth.

— Rzadko ich widuje, będąc w szkole raz na rok a tak nie mają czasu. Ci u których jestem nie traktują mnie jak córkę tylko obcą osobę. Podejrzewam, że nie jestem ich córką, ja tam nie pasuje.- odpowiedziała nieco z goryczą.

— Wspomnienie? Jak ma na imię ten? — spytał badawczo William.

— Eric, proszę pana. Ona, Irmina. Nie chciałam zając aż tyle czasu, przepraszam. Muszę już iść, będą znów niezadowoleni.

— Przyjdź jeszcze, proszę.

— Jeśli będę mogła.

Pierwsza chciała zatrzymać dłużej, dowiedzieć się ale rozprysło się jak bańka mydlana. Widząc nerwowy wzrok na zegar, reagowała o wiele bardziej inaczej niż do obcej osoby.

— Czyli już nie pojawisz się?

— Tego sama nie jestem pewna — powiedziała zawiedziona Elizabeth.

Wsiadając na konia, nie chciała odjeżdżać bez pożegnania ale widzieć niezadowolenie od strony Erica i Irminy ostudziło jej zapał. Ten zapach w domu przypominał jej szarlotkę.

— Do widzenia Isabelle– powiedział cicho William widząc następnie przestrach tego co ona wie spóźniając się.

Był bliski zamknięcia drzwi patrząc jak odjeżdża, teraz już wiedział. Nie Emilia, to Isabelle. Powróciło do niego wspomnienie, a on stał i nic nie zrobił. Teraz to wiedział i nic nie zrobił znowu. Po zamknięciu drzwi zauważyli synów stojących na schodach. Patrzyli ja oniemiali i ze złością na rodziców. Synowie stali na schodach ledwo będąc na nogach trzymali się barierki.

— Dlaczego ją puściliście? To była Isabelle, tak samo jeździ konno. Wiem, że to ona.- zaczął Bastien.

Prawie się rozpłakał, widząc to zajście sam by pobiegł i zatrzymał.

— Właśnie, Bastien ma rację. To była siostra. — podsumował niezadowolony Anthony.

— Nie, synku. To Emilia, nie Isabelle.- powiedziała matka.

— Ten Eric i Irmina nie mieli dzieci i żadne się im nie urodziło. To kłamstwo. Zmienili imię. To była siostra.

Znów chciało się mu płakać.

— Może to prawda — powiedział William.

— To jest prawda, rozpoznałbym siostrę — powiedział ze złością zrozpaczony Anthony — Gdzie mieszka?

— U … Rowney'ów, Will pamiętasz ich dwie wizyty? To na pewno Isabelle tylko że traktują ją jak służbę. Nigdy nie byli zadowoleni z tego jak u nich pracują choćby nie wiem jak starali — odrzekła Elizabeth — jest nadzieja, kochanie.

Przytuliła go, on chowając do kieszeni medalion i ją także uściskał ukrywając twarz w jej włosach.

— Nie, nie ma — powiedział surowo i odszedł do gabinetu.

Tymczasem u Rowney'ów. W holu wejściowym na drugim stopniu stała Irmina a u stóp wściekły Eric w surowym wręcz pozbawionym kolorów holu.

— Gdzieś ty była do diaska? — zapytał surowo.

— Jeździć konno– odpowiedziała zaczynając kłamstwo.

Irmina już się domyślała gdzie była, próbowała zwrócić uwagę męża na to co trzyma Emilia.

— Masz zakaz, po coś tam była?

— I tak nic się nie dowiedziałam. Będę jeździć konno.

Wpadła w furię odpychając od siebie ręce, które próbowały ją uciszyć.

— Zupełnie jak jej ojciec rozpuścił ją, matka była zbyt uległa.- odparła złośliwie Irmina widząc, że i tak nie ukryją tego faktu przed nią.

— Jaki ojciec, po co te kłamstwa skoro i tak nie możecie mieć dzieci. Mówcie.

— William i Elizabeth Nord, ty niewdzięczne dziewuszysko.

Wtedy Eric szarpnął ją w stronę drzwi wyrzucając na schody wejściowe. Widząca to służba bała się przeciwstawić panu ale żal było im panienki.

— Znikasz stąd, rachunek ci prześlę a zabierasz to co masz na sobie i w rękach. Już nie wrócisz tu na dobre.

Użył siły tak mocno że poobdzierała się na kolanach i rękach. Po tym uciekła jak najdalej. Po dwóch dniach znalazła schronienie w domku opuszczonym gdzie ich służba w tajemnicy przywiozła jej rzeczy. Chciała pójść porozmawiać ale była zapłakana i brudna. Wiedziała, że będzie mieć kłopoty a im tego ie przyniesie. Przyjęło ją starsze małżeństwo prowadzące piekarnię w nie za dużym mieście.

W tym czasie Bastien i Anthony zjawili się u Rowney'ów, mając przykre wiadomości. Od razu powiadomili rodziców z czego William kazał od razu ją szukać.

Szukali przez dwa tygodnie, pytali się ludzi, którzy ją widzieli. W tym czasie znalazła schronienie u państwa Beckers, którzy prowadzili piekarnię. Pomagała im piec w zamian za dach. Po tygodniach dowiedział się Bastien gdzie się znajduje. Przyszedł następnego dnia przed południem nie wiedząc jaka będzie jego lub Isabelle reakcja. Przeszedł przez ulicę i zapukał w drzwi ale nikt mu nie otworzył. Następnie podszedł do piekarni obserwując tam ludzi, kiedy już zrzedło ich podszedł do starszej pani i przywitał się.

— Witam, Czy jest Emilia? — zapytał przechodząc do setna pytania.

— Witam, jest zaraz ….- popatrzyła się na niego widząc podobieństwo- poproszę. Przepraszam, o co chodzi? Emilia, dziecko przyjdź do nas.

— Dzień dobry, coś się stało? — spytała z uśmiechem na twarzy.

— Ten pan o ciebie pyta.

— A pan to kto? Że tak się spytam bezpośrednio.

— Syn Elizabeth i Williama Nord. Może mnie widziałaś u nich?

— Nie widziałam nikogo poza nimi wtedy.

Był łudząco podobny, aż poczuła dezorientację. Wyglądał jak ojciec sądząc jeśli mówi prawdę.

— Chcę porozmawiać, proszę o chwilę rozmowy teraz.

Widział, że nie chcę z nim rozmawiać ale musiał się dowiedzieć.

— Ja nie mogę teraz wyjść bo tak prosisz panie.

— Jestem twoim bratem, porozmawiaj ze mną proszę.

Czuł się zawiedziony, myślał że go pamięta a nie przypominała sobie go z dzieciństwa. Chciało się mu płakać, miał nadzieję, że nareszcie znalazł ukochaną siostrzyczkę. Zamiast tego widział już kobietę, która szybko przeszła z dzieciństwa na pannę. Nie myślał, że tak bardzo się zmieni. Była łagodna a widział surowość w jej twarzy.

— To proszę na zewnątrz, sir.

Na zewnątrz usiedli na ławce, rozmowę rozpoczął przechodząc do tego co chciał dowiedzieć się koniecznie.

— Dlaczego cię wyrzucili? Skąd te zadrapania na rękach?

— Dowiedziałam się co ukrywali, nie byłam na ich zawołanie. Spóźniłam się.

Prawie miała łzy w oczach przypominając sobie tą sytuację. Zamiast łez miała tą samą surowość i bezwzględność w spojrzeniu.

— Dlaczego nie przyszłaś? Czyżby wpojono ci, że jesteś tylko kłopotem i je sprawiasz?

— Tak, byłam dla nich kłopotem cały czas, różniłam się ot tak.

— Każdy jest różny pod wieloma względami. Nie akceptowali cię taką, prawda? Wolisz pomagać w piekarni teraz.- odparł z rezygnacją — Miałem siostrę, Isabelle. Była oczkiem wszystkich zwłaszcza ojca i matki. Kiedy zniknęła nawet my znaczy ja, Anthony i Krystian także odczuliśmy stratę. Lubiliśmy kiedy nam przerywała i chciała także to samo co my czasami robić. Uwielbiała konie i przesiadywanie z książką u ojca w gabinecie gdzie miała swój kącik pod jego okiem.

— Skąd pewność, że to ja?

— A która już oszołomiła tych kawalerów? Rozchmurz się. Jesteś

podobna do nich znaczy rodziców.

— No nie wiem.

— Zdał sobie ojciec tego, że kiedy odjechałaś powinnaś zostać w domu.

— Czyli wspomnienia o chłopcu dziesięcioletnim i stajni nie były tylko moją wyobraźnią? Śniło się mi czasami, że coś tam się stało.

— Czyli to ty?

— To nie możliwe. Mogę zobaczyć rękę?

— Tak.

Wyciągnął dłoń, podwinęła troszkę mu rękaw odsłaniając małą rankę, którą miał od nadgarstka do palca.

— Coś ci to przypomina? — zapytał widząc jakby zatrzymała się na moment w czasie.

— Bastien? To od pękniętego kałamarza?

— Tak –uśmiechnął się szczęśliwy — siostra, to ja; twój najstarszy brat.

Chciało się mu ją przytulić i zakręcić z radości. Pamiętała jego jednak.

— Lepiej wrócę z powrotem.

— Odprowadzę cię, poczekaj.

Musiał ją zabrać do domu koniecznie, udowodni, że siostra wróci tak jak mówił. W piekarni mąż pani Beckers obserwował ich, wtedy podeszła Emilia i powiedziała mu, że to jej brat i weźmie do domu.

— Czy to pan Bastien Nord?

— Tak, sir.

Skoro to pewne dziecko wracaj z nim do domu a jakby co odwiedź lub napisz jak tam będziesz. Spakuj się, jak naprawdę ma na imię?

— Isabelle, proszę pana.- powiedział Bastien.

— Dziękuję wam.

— A my tobie za pomoc i towarzystwo. Ty nie sprawiasz kłopotów, pamiętaj.

Po tym spakowała rzeczy, które miała i pożegnała się z nimi. Bastien był szczęśliwy widząc jej uśmiech jak przedtem. Słońce popołudniu przygrzewało przyjemnie.

— Gotowa zobaczyć resztę rodziny?

— Tak –odparła nie pewnie.

— Jazda w siodle? Męskie czy damskie?

— Męskie.

— Widząc taką amazonkę nawet ojciec się nie powstydził po tylu latach. Tam też jeździłaś?

— Czasami mniej, czasami więcej. To prowadź.

Wręcz majestatycznie i władczo jak styl matki, pomyślał. Inni zwracali na nich uwagę ale jechali przed siebie nie patrząc na to. Po drodze spotkali Rowney'ów, nagle poczuła jak wielki cień na nią pada i przygnębienie ukazało się na twarzy. Patrzyli surowo z pogardą, jakby w jednym momencie była małą dziewczynką z powrotem ze strachem, że krzykną. Chciała jak najdalej znaleźć się od razu.

— Co się dzieje?

— Nic.

— Wielkie to nic, Isabelle. Potem porozmawiamy.

4

Isabelle tylko się uśmiechnęła lekko czując, że zbliżają się do domu. Sam dom od wejścia świadczył o statusie, wielka brama a za nią niewielki ogród z altaną i potokiem. Teren dobrze zagospodarowany. Wejście frontowe z szerokimi trzema stopniami z których brzegów na bokach wylewały się kaskady barwnych kwiatów na ziemię. Przedtem tego nie było, pomyślała blado przypominając sobie jak było. Patrząc na jasny dom widziała jak obserwuje z gabinetu Pan domu. Nawet fontanna była na środku gdzie powozy musiały ją okrążać aby podjechać pod rezydencję jak ujęła to Isabelle i także wyjechać. Oddali konie stajennym koło wejścia głównego. W środku holu wejściowego stał stół okrągły z ogromnym bukietem kwiatów w pięknym lawendowym wazonie. Bastien od razu zaprowadził do gabinetu, który został urządzony po męsku; mosiężne dębowe biurko z okazałym fotelem obity w skórę tak jak kanapa i krzesła w tym pomieszczeniu. Stolik koło kanapy a niedaleko barek. Koło biurka pięć regałów zapełnionych książkami.

— Dzień dobry, nareszcie jesteś w domu. Isabelle, tak? — powiedział trzymając córkę w ramionach tuląc do siebie.- Ile to minęło?

— Dzień dobry, tak. Jakieś 14 lat. Trochę się zmieniło.

— Ty też, byłaś taka mała a teraz trzymam dorosłą dziewczynę. Gdyby nie pewne podobieństwo i twoja wizyta nie był tego taki pewien. Wypiękniałaś, prawda synu?

— Tak, istotnie. A medalion, ojcze?

— No tak, mam w kieszeni go cały czas. Proszę. Idź po matkę, pewnie chciała już się dowiedzieć od ciebie.

— Dziękuję — powiedziała nieśmiało widząc jak postawny mężczyzna, nie wierzyła jeszcze to jej ojciec delikatnie zapina bursztyn w złotej oprawie. Zrobiła lekki krok do przodu.

— Spokojnie, wciąż się złościsz o Daniela?

- Nie, a właściwie troszkę. To ten, który uciekł na najwyższy snopek w stajni?

— Tak, nie pamiętasz za bardzo.

Pamiętał to zajście, usiadł a Isabelle objęła ojca rękami czując jakby wróciło do niej te poczucie bezpieczeństwa. Dla obu było to szczęście, pomyślał William.

— Bardzo przeżyliśmy twoje zniknięcie stąd.

— Też tęskniłam. Nie było tak dobrze.

— Isabelle? Córcia? -wołanie Elizabeth w kierunku gabinetu.- Mam was.

— Jak zawsze, kochanie.

— Ale się stęskniłam. Jak ci tam było? Jak traktowali Eric i Irmina?

— Nie tak jak tutaj. Gorzej ale dało się przeżyć. — odparła będąc w objęciach matki.

Potem pojawili się Anthony i Christian a Bastien rozsiadł się na kanapie. Widząc ich miny zaśmiała się z nich.

— Raczej nie zwracali na mnie uwagi, zyskałam przezwisko nie przyjemne dla uszu, zostawili mnie w szkółce żeńskiej w większości i w święta po części mnie tam zostawiali a tak znosiłam przytyki i ciągłe dogryzanie.

— Traktowali z góry, co ci powiedzieli na temat rodziców? — spytał Anthony.

— Że oddali dobrowolnie, nie chcieli, lepiej żebym była w szkółce żeńskiej nawet zmienili mi dlatego imię.

Widząc jak zareagowali rodzice zrobiło jej się przykro. Nie wiedziała sama co tak naprawdę podczas tej wizyty się stało.

— Co się stało gdy do was przyszli?

— Pierwszy przyszedł Eric i zwrócił uwagę na ciebie, a druga wizyta to porwanie ciebie kiedy chłopcy wyszli i to pod naszym nosem. Wybiegłem ale już ledwo cię widziałem w okienku zapłakaną.- powiedział ciężko Ojciec.

— Więc tak było. To też kłamali, nie chcieliście oddać im żadnego ze swoich dzieci tak?

— Tak, Bella.

— Czyli cały czas kłamali, a w część nawet nie chciałam wierzyć.

— To dobrze. Odpowiedz co ci powiedzieli jak cię wyrzucili albo przed. Słyszeliśmy inną wersję podajże.

— Jak wróciłam od was, spóźniłam się a tego bardzo nie lubią. Byli nie zadowoleni, że znów jeździłam konno mając pakunek w ręce. Irmina to zauważyła a potem Eric. Wtedy powiedzieli, że jestem rozpuszczona jak ojciec a nie lepsza od matki. — uciekła wzrokiem w okno- kiedy mnie wyrzucił szarpiąc za rękę upadłam i po odzierałam kolana i ręce oraz uszkodziłam szkatułkę na schodach frontowych. Zabieraj to co masz w rękach i nic więcej. Tak to brzmiało. Potem ich służba mi oddała resztę, ponoć Irmina chciała spalić je.

— Nie prawda, nie jesteś rozpuszczona. Popełniłem pewien błąd co odpowiada na moją korzyść, chciałem stworzyć rodzinę z waszą matką. Irmina by was nie kochała ale pogardzała.

— Dobrze, że powiedziałaś inaczej bym nie wiedział. Ile świąt byłaś w szkółce? — zapytał Krystian z troską.

— Jak skończyłam dziesięć lat do teraz. Nie obchodziłam urodzin. Wtedy specjalnie i mocniej dogryzano, że jestem dzieckiem nie chcianym.

— Chcieliśmy waszą czwórkę ale nigdy nie byliśmy w stanie zorientować się co zrobią.

— Rozumiem — położyła rękę na rękach matki. — nie nadawali się rodziców, było to widoczne po zachowaniu.

— Dobrze, że nie wierzyłaś. Nigdy byśmy żadnego nie oddali.

— Może zjemy?

— Chętnie, a tak ogółem to niewiele się zmieniliście, chłopcy wyrośli a ojcu nieco posiwiał włos.

— To rozumiem dlaczego w drodze taka ponura byłaś w jednym momencie. Chodźcie do jadalni. — podał rękę matce i siostrze.

— Słusznie, zgłodniałem. -potwierdził William.

Na stole w jadalni wszystko gotowe, tylko zabierać się do skosztowania. Każdy wziął na talerz, tylko, że od tamtej pory nie widziała tyle na stole. Tyle tego dnia się wydarzyło; znalezienie przez brata i przyjazd do domu po prostu mogła tylko patrzeć i ani kęsa nie zjadła.

— Witamy z powrotem, panienko. Jak samopoczucie? — powiedziała była niania Isabelle.

— Witam, dziękuję. W porządku na razie. — odpowiedziała speszona, matka położyła dłoń na jej ramieniu.

— Twój pokój niewiele się zmienił, a niedługo ci kupimy suknie, pewnie tam miałaś niewiele- mówiła z troską Elisabeth do córki — Przystało żebyś miała pokojówkę, poznasz Jane. Jeśli chcesz możesz zmienić coś w pokoju. Tam pewnie sama się zajmowałaś pokojem.

Po posiłku nie oderwanie ciągłe rozmowy. Po łzach był śmiech. Isabelle chętnie słuchała opowieści o tym co się działo pod jej nie obecność. Potem widziała pokój a następnie bibliotekę. Ogromny pokój z dziewięcioma regałami a między nimi dwa duże okna a wpadające promienie odbijały się od grzbietów książek mające różne barwy kolorów. Fotele oraz stolik z mahoniowego drewna z dodatkowymi wiecznymi piórami i pustą na zapełnienie papeterią. Podobała się jej biblioteka, a salon urządzony przez Elisabeth wyglądał pięknie. Barwy przeplatane ze złotymi akcentami i pięknym kominkiem, który sprawiał, że przemiło się w salonie przebywało.

— Wciąż jeździsz konno? — spytał Anthony.

— I to szaleńczo — potwierdził Bastien a Isabelle się uśmiechnęła — żebyś tylko widział.

— To może zobaczymy jak bardzo — powiedział zadziornie uśmiechając się.

— Synku, kark tylko złamiesz. Panna nie powinna tak szaleć konno.

— Wiem, ale wtedy czułam się sobą po wykonanych obowiązkach.

— Elizabeth, to moja krew.- powiedział śmiejąc się widząc skwaszoną minę żony- Sama wychodziłaś podobnie jak ona jako dziecko.

— Lepiej się położę już.- nagle wspomnienia uderzyły tak bardzo, że poczuła się zmęczona.

— O której wstawałaś? Wyglądasz na zmęczoną — zauważył William.

— O czwartej lub czwartej-trzydzieści rano, pomagałam w piekarni państwu Beckers.

— Odpocznij i to porządnie. Życzę spokojnej nocy.- powiedział ojciec całując córkę w czoło.

— Panowie porozmawiają, pójdę z tobą. Kochanie, nie siedźcie za długo.

— Dobrze, Elizabeth wiesz?

— Wiem — uśmiechnęła się i wyszła — gdzie znaleźć wiesz.

Po kąpieli ubrana w koszulę jak stwierdziła niezbyt skromną. Poszła do garderoby i narzuciła na siebie szlafrok. Przeglądała swoje rzeczy i stwierdziła, że żadne już nie nadają się do ubrania. Po przejrzeniu poszła do sypialni, łóżko było o wiele większe niż dotąd w którym spała. Zaczęła się zastanawiać jaki ten Daniel teraz jest. Na pewno dorósł i zwodzi inne, pomyślała. Zamknęła oczy i sam sen przyszedł.

Rano Jane przyniosła jej filiżankę gorącej czekolady i suknie w modrakowym odcieniu. Czym prędzej zrobiła toaletę i ubrała się. Schodząc na śniadanie spotkała matkę, Elizabeth. Obie wchodząc do jadalni zauważyły zmianę w młodszych od ojca.

— Dzień dobry, chcieliśmy towarzyszyć wam do posiłku. Jak się spało? — powiedział Krystian zadowolony jak nigdy przedtem.

— Dzień dobry, dziękuję dobrze.

— Może posiedzimy w ogrodzie? — spytała matka.

Ciepły wiatr wpadał do jadalni, a słońce jeszcze tak nie grzało.

— Chcielibyśmy inaczej spędzić czas –odpowiedzieli chórem młodzi.

— Przyjadą państwo Hannaball.-zapowiedział ojciec uciszając szepty dzieci — Bądźcie na miejscu. Dokończcie śniadanie.

5

Niezbyt zadowolenie, że mają być w pobliżu domu rozeszli się do swoich zajęć. Isabelle miała taką ochotę n przejażdżkę ale ani ojciec, ani matka nie pozwolili jej wyjść. Zajęła się studiowaniem zawartości biblioteki rodziców. Tęskno patrzyła okno na zielone ostępy poza domem ciągnące się za zakrętem. Były w przeciwną stronę do niewielkiego lasu. Próbowała skupić się na wybranej książce ale wybrała inną i straciła poczucie czasu. Ktoś dotknął jej ramienia aż podskoczyła ze strachu. Książka omal nie wypadła jej z rąk będąc na ostatniej stronie.

— Witam Isabelle, kiedy się my widzieli? — odezwał się Daniel uśmiechając się nie poznając jej.

— Witam, dawno kiedyś ktoś uciekł na snopek siana — odpowiedziała zauważając, że przygląda się jej badawczo — przepraszam, ty to Daniel? Straciłam poczucie czasu.

— Tak, zauważyłem. Ciekawa lektura? Po francusku? Przyglądam się ci od godziny, nie pamiętam abyś miała tak ujmująco zielone oczy i zgrabną figurę — powiedział omiatając jej figurę i całą postać na tyle, że poczuła jak rumieni się.

— Po włosku. Przynajmniej to się zmieniło a u ciebie wciąż to samo?

— Niewiele choć wydawałeś się otępiony i niższy.

Odparła sama sobie w duchu, że naprawdę stał się z niego mężczyzna o szaroniebieskich oczach i pełnych ustach. Sama jego postać była wprost do podziwu po tylu latach ten uśmiech zaczął ją urzekać. Oprzytomniała dopiero gdy odchrząknął. Czuła, że coraz bardziej się rumieni studiując jego twarz.

— Rozpraszam cię, przyszła żono? -spytał z pewnym siebie uśmiechem błyskając zębami.

— Ależ skąd? Niemożliwe — odpowiedziała udając urażoną.

— To może zejdziemy na dół? — spytał podając jej ramię.

— Oczywiście, tylko odłożę na miejsce — podeszła do regału kładąc książkę czuła jego wzrok na sobie — mógłbyś się tak nie przyglądać?

— Słucham, ależ nie mogę oderwać wzroku od tego jak się zmieniłaś przez te lata. Nadal mnie nie lubisz? — stwierdził stojąc naprzeciwko niej nie zauważając, że ręce zbłądziły na jej talię i przesuwał ku ramionom a potem twarzy.

— Czyżby piorun cię trafił? — czuła jakby ciało odezwało się na jego dotyk- Czy wszystko w porządku z tobą w ogóle? Owszem nie lubię cię nadal.

— Ach tak. Musimy to zmienić. Zatańcz ze mną. Ostatnio kiedy się widzieliśmy uciekaliśmy od siebie.

— Musimy zejść na dół — przypomniała czując jego rękę przyciskającą do niego nią samą.- całkiem możliwe że nadal uciekam.

— Mogą zaczekać, zatańcz ze mną — ponaglał pogłębiając zaborczy ucisk kiedy próbowała się cofnąć — Już nie uciekniesz przed tym co ma być.

— Nie tak sobie ciebie wyobrażałam –powiedziała dumnie patrząc mu w oczy.

— A jak? — kierował nią w tańcu lekko — że będę gburem, lalusiem czy egocentryczny?

Spojrzenia stawały się intensywne im dłużej patrzyli na siebie.

— Dziwny gburowaty laluś o ….

— Dokończ, proszę — powiedział czując jak serce zaczyna mu walić młotem i naglącą potrzebę pocałowania jej — jaki? O czym myślący?

— Myślący potrzebą bez rozumu widzący kobietę — choć w myślach przyznała że jest pociągający — chciałeś tańczyć albo lepiej pójdę już. Czy inne tak działają na ciebie? Czyżbyś był wybredny?

— Naturalnie, że nie. Ale ze mnie arogant, odwracasz całą uwagę i skupić się nie mogę. Inne tak nie działają, nie tak jak ty teraz.

— Chwycił ją mocniej niż chciał w talii i prowadził, myśląc jakie zmiany zaszły przez te lata. Kiedy próbowała się wyrwać już, ocucił się i zauważył, że jego narzeczona wychodzi. Czym prędzej ją dogonił na schodach i przytrzymał aby nie spadła.

— Przepraszam, poczekaj.

Zaczął ją błagalnie prosić.

— Przepraszasz za reakcję samego siebie na mnie kiedy miotasz się między rozumem a nagłą potrzebą ciała.

— Wiem, myśl co chcesz ale inaczej reaguje na inne niż na ciebie. Inne takie nie są.

— Ty mnie pożerasz wzrokiem, a w myślach robisz jeszcze co innego i właśnie to widzę.

Ojcowie widząc zajście stali tak aby ich nie zauważyli.

— Coś z tego będzie. Daniel na żadną inną tak nie reaguje.-szepnął Preston.

— Oby, lepiej żeby jej nie zranił –odszepnął William.

Po cichu przeszli do gabinetu, a młodzi wciąż niemo próbowali się dogadzać. Isabelle uciekła, a Daniel stał jak idiota na schodach.

— Idziesz? -czekała u stóp schodów- Młokosie, długo trzeba na ciebie czekać?

— Długo już nie poczekasz więcej.

Czuł się naprawdę dziwnie przy niej. Do twarzy jej w tym kolorze było ale ta twarz, uciekał myślami. Weszli do gabinetu widząc konspiracyjne spojrzenia ojców.

— Witam, mości książę — dygnęła na przywitanie z szacunkiem.

— Witam, ależ wyrosłaś. Teraz rozumiem dumę. Dobrze, że wróciłaś inaczej mój syn nie ożeniłby się. Żadna nie trafia w jego gust. Trudno go zadowolić.

— Widocznie jest wybredny co do kobiet. Sama nie wiem czy nadaję się na żonę dla niego widząc jak patrzy i zachowuje.

— Przekonamy się o tym później, jak spędzicie trochę czasu ze sobą w towarzystwie. — odparł surowo William — Słuszna uwaga rzucona przez Isabelle.

— Oczywiście, wasza wysokość — odparł Daniel nie odrywając wzroku od jego córki- Pańska córka jest o wiele bardziej odpowiednia niż pozostałe kobiety. Przyznam bez skrupułów widząc jak wypiękniała.

— Młody książę, zdaję sobie sprawę z tego ale twoje zachowanie mnie nie pokoi. Prawie wywołałeś skandal w towarzystwie. A tutaj patrzysz jakbyś zaraz miał mi wziąć córkę przy nas i na zawsze.

— Wiem, zachowałem się jak nie odpowiedzialny smarkacz- przyznał ze skruchą widząc powagę i surowość w oczach przyszłego teścia.- pańska córka zdążyła mnie omotać swoim widokiem, jednym spojrzeniem.

— Pójdziecie na bal u lady Mor tram. Masz się nią zająć nie wchodząc do łóżka. Zrozumiano?

Isabelle poczuła się jak rzucona lwu na pożarcie, w dodatku zaczął sobie ten lew ostrzyc na nią zęby.

— Tak zrozumiałem. Możemy odejść?

— Tak.

6

Po tym się rozeszli, a Isabelle miała rozterki od samego spojrzenia mu w oczy. Siedziała na ławeczce w ogrodzie i rozmyślała. Dwa dni później po zakupach dostała bukiety róż z liścikiem.

¸¸Piękna jak róża, kusząca jak orchidea. Wkrótce mnie znów zobaczysz


Twój Daniel””

Cóż, za śmiałe karesy sobie pozwala, pomyślała widząc kwiaty. Pokojówka widząc reakcję swej pani nie odzywała się tylko przygotowała jej strój po jeździe konnej.

Wyjazd do Londynu, przygotowanie odpowiednich strojów i reszty zajęły jej myśli. Następnie wraz z pokojówką i bratem ruszyli do domu brata, mieszkał na Berkeley Square dziesięć. Podróż przeciągła się w dwa dni a jej zaczęły śnić się koszmary. Marzyła o kąpieli i snu.

Dom choć duży wydawał się większy z zagospodarowanym ogrodem bardzo schludnie. Wnętrze zbyt ciemne jak dla samego mężczyzny wyglądał jak ciemna jaskinia. Na szczęście sypialnia wyglądała jakby okna były dwa razy większe i wpadało dużo światła. Wyglądała praktycznie, tylko łóżko, stolik a obok garderoba i niewielka łazienka. Popołudniowa pora wykorzystana na oglądanie reszty pomieszczeń, urządzone po męsku i z gustem. W salonie choć nie wielkim czuła się zagubiona i samotna.

— Coś możesz zmienić.

— Jesteś tego pewien? To twój salon.- odparła bratu nieśmiało.

— Tak, trochę pewności ci brakuje, za szybko zmieniłaś miejsce — stwierdził patrząc na jej na pół przestraszone oczy.- zabiorę cię na deser i spacer po parku, co ty na to?

— Chętnie.

— Tylko pochowam niektóre dokumenty co wyciągnąłem.

Po chwili już byli na zewnątrz i poszli tam gdzie powiedział jej w domu. W parku dużo z nią rozmawiał, następnie pospieszyli się do domu a tam już dość gorączkowo przygotowywali się do wyjścia. Punktualnie zjawił się Daniel i z Sebastianem czekali na dole. Nie poznali jej w pierwszym momencie, ubrana w srebrno-niebieską suknię z lekkimi bufkami na ramionach. Podkreślała jej figurę opinając górę a dolna część sprawiała wrażenie spływającej mgły tańcząc wokół jej kostek prześwitując jej jasnymi pantofelkami. Włosy upięte w sploty na głowie, jeden splot puszczony na ramię podkreślał jej szyję i niewielki i drobny wisiorek.

— Może jednak przyjmiesz to ode mnie? -spytał zaskoczony jej strojem narzeczony.

— Mam tylko ten wisiorek, naprawdę pasuję do niej.

— Proszę, przyjmij to.- podał jej pudełko a w nim naszyjnik z trzema oczkami szafirami i diamentu pośrodku.

— Och, lepiej nie.

— To zostaw w domu — odparł zawiedziony.

— Rozepnij zamek i zapnij mi go na szyi — pokazała mu pudełko.

Ucieszony zapiął jej prezent i wyszli. Gdy dotarli została przedstawiona kilku damom. Od razu część kawalerów zaczęła rozmawiać z Sebastianem, to z którymś raz po raz tańczyła i uśmiechała. Czuła się jakby ktoś ja rzucił na żer widząc jak narzeczony rzuca wściekły wzrok na każdego kto do niej się odezwie lub rozmawia.

— Przepraszam, ta dama obiecała mi taniec.-skłamał próbując dojść do obleganej swej narzeczonej.

Mężczyźni popatrzyli na niego, a on znacząco na nich i odsunęli się mu z drogi.

Biorąc Isabelle do tańca nie mógł się powstrzymać spojrzeć na nią. Uśmiechała się i zręcznie kokietowała jakże to jego wkurzało. Teraz będzie jego, myślał. Zaczęli tańczyć walca, teraz zrozumiała ostrzeżenia matki dlaczego to niebezpieczny taniec. Miała wrażenie, że unosi się na wietrze, kiedy partner prowadzi. Przyglądał się jej jak rumienią się policzki a oczy zaczynają błyszczeć. Jakby dotykał jej bez materiału.

— Dlaczego to robisz? Czyżby ten hrabia Cezar zwrócił twoją uwagę? — zapytał z lekką ironią.- pięknie wyglądasz.

— Nie wiem o co chodzi. Jest przystojny ale strasznie kąśliwy charakter — odpowiedziała wiedząc o co chodzi dodała z czarującym uśmiechem- Ty również należycie wyglądasz, Danielu.

— To prawda. Ale nie podoba się mi jak na ciebie patrzy.

Czuł się jak sam diabeł chcąc Isabelle wziąć na własność, całować aż straci przytomność, poniesie się rozkoszy. Isabelle spojrzała mu w oczy ale on także czuł jak powietrze gęstnieje. Daniel mocno trzymał dłoń narzeczonej, po czym uścisnął jej dłoń lekko gdy muzyka ucichła. Podał ramię i spojrzał na jej brata, który po ty także ruszył na kolację sceptycznie ich obserwując rozmawiając z Margaret Gladis.

— Śmiele rzec, że wiesz jakie są obyczaje przy stole.

— Postaram sama się nie ośmieszyć ale ciebie również- skwitowała.

— Już nie mogłabyś mnie ośmieszyć — stwierdził mówiąc to głębokim i niskim głosem.

— Ależ jak się ośmielę to nic nie poradzisz — odpowiedziała mu na jego słowa zaczepką uwodzicielskim głosem.

Daniel tylko uniósł brwi na tą zaczepkę. Reszta gości kłębiła się w holu w drodze do jadalni. Usiedli obok jej brata, który bardzo spostrzegawczy im się przyglądał.

— Gdzie nauczyłaś takich manier? — spytał Bastien.

— W szkółce żeńskiej ale raczej w teorii a tutaj w praktyce.- odpowiedziała z uśmiechem.

— Jesteśmy pod wrażeniem.

Po prawie nie przespanej nocy wstała skoro świt uśmiechając się widząc swoje odbicie w lustrze. Ale czy aby on myślał poważnie, niezbyt możliwe. Wygląda na takiego, któremu kobieta potrzebna nie do życia ale do łóżka a to czasami dwie różne rzeczy. Przyglądając się niektórym to się łączy jak nie rozerwalna więź łączące kobietę i mężczyznę aż prze szczęśliwie. Też by chciała żeby ktoś ją pokochał i lubił taką jaką jest. Nie uważała się za nazbyt piękną dziewczynę choć przez krótki moment chciała w to uwierzyć. Mężczyźni potrafią omamić tak samo jak kobiety, oszukać i zabrać to co w człowieku najlepsze. Strasznie boi się się odrzucenia i złamanego serca choć tyle osób już spowodowała, że tak mała w siebie wierzyła.

Za dnia poświęcała czas temu co najbardziej lubiła, jeździe konnej. Choć trochę to zajmowała czasu oddawała się temu chętniej niż obowiązkom domowym, które z przyzwyczajenia robiła a brat pozwolił.

7

Szykując konia dla siebie spotkała Hrabiego. Nie zwracając uwagi na niego wręcz zaczęła spokojnie ubierać go. Gdy włożyła derę a potem sięgnęła siodło, hrabia pomógł jej włożyć.

— Najmocniej przepraszam jestem Cezar, proszę mi tylko powiedzieć to pomogę- powiedział przyglądając się jej profilowi.

— Dziękuje ale poradzę sobie sama. Jestem siostrą księcia, mam także ten sam tytuł co on.

— Więc księżna? Co za rzadkość widywania takiej kobiety w stajni, jeśli już to większość przesiaduje w ogrodach lub domach pijąc herbatę — stwierdził z zainteresowaniem.

— Wiem ale przesiadywanie w domu zostawiam innym kobietom- skwitowała Isabelle.

Cóż za uroda, pomyślał. Gdzie ona się ukrywała, żadna tak nie przyciąga uwagę męskiej płci.

— Pan również zajmuje się końmi? — zapytała się — Rozumiem że hrabia nie liczący sobie zbyt wielu korzyści ze statusu obecnego.

— Owszem, przepadam. Jestem hrabią i są inne korzyści ze statusu obecnego.

— Tak, faktycznie. Ja już odjeżdżam.

— Jak ci na imię? Pani, proszę.

Już nie słyszała, odjechała na tyle że nawet nie obejrzała się za siebie i pognała przed siebie. Tak minęło jej całe popołudnie. Z uśmiechem wracała do stajni tak promiennym że stajenny i gosposia domu brata uśmiechnęli się również.

W stajni ponownie spotkała hrabiego ale nie chciała już rozmawiać lecz pospieszyła do domu. Nawet nie zdążył się odezwać a już odeszła zostawiając stajennemu konia, który zaczął go rozbierać.

W domu od razu pospieszyła do pokoju i czekała na nią już kąpiel wraz uszykowanymi rzeczami. Po tym zawołana została, aby zeszła na dół.

— W jadalni czekał brat z kolacją.

— Jak przejażdżka?

— Bardzo dobrze. Kim jest ten hrabia co pracuje w stajni?

— Poszliśmy o zakład, przegrał go i za to musi dwa tygodnie pracować w stajni u mnie. Rozmawiałaś z nim?

— Tak ale się nie przedstawiłam z imienia.

— Na pewno zwróciłaś jego uwagę. Uważaj na niego.- powiedział nakładając sobie na talerz jeden ze specjałów, które kazał przygotować.

— Pamiętam że jestem zaręczona. — przypomniała sobie, dzięki czemu uśmiech zbladł do uśmieszku.

— Jak podobał się ci bal? Byłaś widocznie tak zaabsorbowana że sam się dziwiłem że posiadasz takie zdolności w towarzystwie.

— Nie licząc, że byłam gromiona przez Daniela.

— Widocznie zazdrość mu się objawia.

— Szkoda że nie widziałeś min ojców i jego zachowania podczas gdy spotkaliśmy się nimi w gabinecie.

— Umieram z ciekawości, opowiadaj — zaciekawiony zaczął czuć się bardziej odpowiedzialny za siostrę.

— Więc straciłam rachubę czasu i kończyłam książkę, a on mnie wystraszył. Po tym przeciągał zejście do gabinetu i na schodach

przepraszał za swoje zachowanie tak był omotany według niego mną. W gabinecie sam do tego się przyznał.- powiedziała pomijając pewne fakty.

— Interesujące zajście. — skwitował Bastien.- Chciałbym wydać kolację tutaj dla przyjaciół, zdaję sobie, że są to mężczyźni w tym ten Daniel, może zaproszę pannę Penelopę Darlington i Margaret Gladis. Abyś nie była samotna w tym męskim otoczeniu. — zaproponował.

— Jeśli tak uważasz, twój dom ty decydujesz.

— Za dwa miesiące jest bal maskowy. Ten Cezar będzie także obecny.

— Ależ tu się dzieje.-powiedziała czując jakby siły już jej odeszły nie patrząc na brata.

— Tak bardzo wiele. Ile liczy osób twoja grupa znajomych?

— Ze mną sześć. Zaproszę te panny może umilą twój pobyt w Londynie.

— Dziękuję za troskę ale z żadną nie zawarłam znajomości głębszej uwagi i nie wiem czy warto. Dziewczyny nie chętnie mnie traktowały w szkółce. Nie chce się zbłaźnić.

— Rozumiem ale musisz. Twój narzeczony ma dwie siostry, Tianę -najmłodsza i Liliana — starsza między Lucasem a Matthias.

— Tak słyszałam.- odparła zamyślona.

— Chcą cię niezwłocznie odwiedzić. Co myślisz? Może znajdziecie wspólny język? Wiem nie lubisz siedzieć w domu ale takie życie mają tutaj kobiety.

— Ty decydujesz. Dziękuje za kolacje, pójdę do siebie.

Zaczynała mieć znów rozterki nad za mąż pójściem choć wiedziała że czeka ją to w życiu i pewnie urodzi dzieci. Nigdy sobie aż tak nie wyobrażała dalej życia nawet w szkółce, gdzie chłodno ją traktowano. Układała w myślach wszystko, nawet nie pojmując jak można zajmować się plotkami skoro to mężczyźni więcej plotkują podobnie do starszych matron. A inne panny najgorsze jakie spotkała dotychczas poprzez paplaninę o modzie kończąc na obgadywaniu ludzi począwszy od zera. Siedziała na łóżko i przez te rozmyślania nie zauważyła że ktoś puka do drzwi.

— Połóż się już, jutro tez jest dzień. -powiedział Bastien sprawdzając co u siostry.- Radzisz sobie lepiej niż ci wydaje się.- usiadł i posiedział z nią póki nie zasnęła.

Następnego dnia o poranku zeszła na dół już ubrana. Rano przejażdżka konna a potem śniadanie. Następnie przyzwyczajała się do londyńskich zwyczajów, które jak uznała są nużące. Tak następne dni płynęły, to odwiedziny sióstr Daniela ją zaskoczyły. Liliana, starsza od Tiany to brunetka o porcelanowej cerze i brązowych oczach, szczupła oraz niezbyt wymagająca niż młodsza. Tiana, żywa dziewczyna i rozbieganych zielonych oczach i wzroście odpowiadający siostrze oraz brązowych włosach.

— Niewiele mówił o tobie ale nic dziwnego że nie chce za dużo mówić — powiedziała Liliana uśmiechając się do Isabelle.

— Tak? Ze mną raczej prawie nie rozmawia — potwierdziła Isabelle.

— Och, tak miło cię poznać więc zostaniesz żoną Daniela? Ma dziwne przyzwyczajenia.

— Naprawdę? Na przykład?

— Dokumenty rozstawia wszędzie gdzie się da w gabinecie u siebie w domu, a w pokoju przesadnie dba o ład, nie lubi bałaganu w swojej sypialni. Jest wybredny prawie do wszystkiego.

— Jeśli już to ładne z niego ziółko, mam nadzieję że się nie przestraszyłaś tego co powiedziała Tiana, ma 18 lat i dopiero co weszła do towarzystwa -odparła Liliana będąc spokojniejsza niż jej krnąbrna siostra.

— Nie wręcz zaniepokojona nim samym.

— Kupił dom trzy lata temu dla was ale jeszcze nas nawet nie zaprosił tylko ojca i matkę.

— Miałaś nie wypaplać, Tiana naucz się trzymania języka za zębami bo czasami to zaszkodzi ci naprawdę i wpadniesz w kłopoty.

— Ma rację, lepiej część wiadomości zachować dla siebie.

— Masz rodzeństwo?

— Tak, trzech braci. Proszę — podała filiżankę z herbatą jednej z sióstr narzeczonego.

— Dziękuję, co myślisz o Londynie?

— Nie przepadam za miastem.

— Ja też, nie ma takich rozrywek jak poza miastem — odparła Tiana.

— Fakt ale tutaj zbiera się całe towarzystwo na przyjęcia i bale chodząc do opery oraz koncerty, niektóre rodziny są muzykalne wręcz. Sama gram na pianinie.

— A ty na czym?

— Pianino i skrzypce.

— To może ściągnę skrzypce i zagramy razem? Może przyjdziesz odwiedzić?

Ojciec wręcz zadowolony chodzi kiedy słyszy od Daniela co u ciebie słychać dowiadując się od twojego brata. Przyjaźni się z dwoma.

— Może pójdziemy na spacer? -zaproponowała Tiana nie mogąc usiedzieć w miejscu.

— A wiecie który to dom? Chętnie zobaczę jak wygląda.

— Tak, zaprowadzimy cię.

Popołudniu po obiedzie wyszły na spacer idąc cztery przecznice dalej zobaczyła dość duży jasny dom i przyglądająca się im postać z gabinetu.

Prawie nie dowierzał, jak siostry mogły pokazać jej gdzie mieszka. Obserwując je czekał aż zrobią następny krok. Czy przyjdą? Sam nie wiedział co robić skoro ukrywa się tutaj u siebie przed samą Isabelle. Kupił ten dom z myślą o żonie i dzieciach, nie spodziewając się że któregoś dnia go odwiedzi. Myślał że dopiero po ślubie zobaczy dom i ogród o który tak zaczął dbać; teraz idą w jego stronę widząc ciekawość samej narzeczonej. Czym prędzej zszedł na dół by ich powitać. Tak bardzo chciał zobaczyć ją, że wolał zaczekać z tym do zakończenia robót ogrodowych.

— Dzień dobry, miło was widzieć — powiedział zwracając się głównie do narzeczonej, co oglądała wnętrze holu w którym stał stół z marmuru a na nim kwiaty w wazonie.

— Dzień dobry, wreszcie zobaczymy co tak skrzętnie ukrywasz? — przywitała się widząc wzrok brat patrzącego na narzeczoną.

— Raczej siebie samego ukrywa — odparła śmiało Isabelle.- tylko przed czym?

— Masz rację, siebie.

— To pokażesz go? Co się dzieje z ogrodem?

Ogrodnicy robią wszystko żeby wyglądał prawie jak francuski ogród.

— Dlaczego nie po angielsku? — spytała zaciekawiona Isabelle z błyskiem w oku.

— Chciałem sprawić przyjemność przyszłej żonie.- odpowiedział w myślach dobierając słowa do sytuacji.

— To chociaż dom co ty na to, bracie? — spytała radośnie Tiana.

— To zapraszam.- podał rękę Isabelle i oprowadził narzeczoną i siostry po domu.

— Chciałbym wiedzieć czy coś byś dodała do niektórych pomieszczeń. Nie wiem nawet czy grywasz na jakim kol wiek instrumencie?

— To dlaczego nie zapytałeś? — odpowiedziała z szelmowskim uśmiechem czując się swoja w tym domu.

— To jakie instrumenty? — zapytał wręcz oczarowany uśmiechem.

— Pianino i skrzypce.

— A biblioteka?

— Jak wygląda? Zaprowadzisz nas?

— Proszę za mną.

W bibliotece przypomniał się Isabelle widok gdy zobaczyła bibliotekę w domu rodziców. Światło słońca wpadało przez okna powodując grę barw spojrzawszy pod pewnym kątem. Sam uznał, że widok smugi światła padającego na jej profil wywołało w nim podniecenie. Mógłby tak patrzeć, jak czyta książkę w fotelu tak jak wtedy gdy ją widział po tylu latach.

— Dobre tytuły — stwierdziły Liliana z Isabelle.

— Czytałyście?

— Znaczna większość, masz innych częściach kraju ma się rozumieć pod względem historii? — odpowiedziała Isabelle.- i inne kraje?

— Tak, jest tutaj — odpowiedział widząc że trafił w dziesiątkę dobierając książki.

— Powinnam wracać, niedługo kolacja, goście przyjdą — powiedziała Isabelle patrząc na zegarek, który dostała od pewnej kobiety w zamian za pomoc.

— Odprowadzę do wyjścia — przyznał nie chętnie Daniel chcąc zatrzymać Isabelle w domu dłużej.- Ładny zegarek, dość nie typowy drobiazg u kobiety, prawda?

— Tak, bracie ale warto go mieć nie tracąc czas na spóźnianie się.

— Dziękujemy i żegnam.

— Poczekaj, mam sprawę którą muszę z tobą załatwić.

— To odwiedzisz.

Gdy odchodziły znów czuł się jak ostatni idiota. Pragnął jej, teraz to wiedział.

8

Siostry już to pewnie zauważyły. Sam także dostał zaproszenie na tą kolację ale odmówił. Teraz musi się wprosić. Nie może uciekać skoro kupił go dla niej to nawet będzie pomieszkiwać w domu rodzinnym. Dom był na nią.

Szybko poszedł się ogarnąć i przebrał się aby wyglądać nie na nie niechluja.

Zjawiając się u nich w domu już reszta gości właśnie siadała do stołu, sam przyznał że przydałby się mu zegarek. Nie tylko jemu rachuba czasu umyka.

— Odmówiłeś a jednak przyszedłeś, chodź do stołu. Będziesz musiał usiąść naprzeciwko — stwierdził Bastien.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.