Przedmowa
Są książki, które opowiadają historię. Są też takie, które otwierają wieś, dom, kuchnię, zakrystię i ludzką pamięć jak szufladę pełną rzeczy odkładanych przez lata „na później”, „na wszelki wypadek”, „żeby nie wracać”. „Gospodynie” należy do tej drugiej kategorii. To powieść, która nie tyle prowadzi czytelnika przez fabułę, ile wciąga go w gęstą tkankę lokalnego świata: świata pozornie zwyczajnego, rozpoznawalnego, złożonego z herbaty nalewanej do szklanek, krzeseł ustawionych pod ścianą świetlicy, z codziennych żalów, sąsiedzkich półsłówek i praktykowanych od pokoleń przemilczeń. A jednak pod tą zwyczajnością pulsuje coś ciemnego, trudnego do nazwania, ale niemożliwego do zignorowania.
Siłą tej książki jest to, że nie daje się zamknąć w jednym gatunku. Z zewnątrz przypomina kryminał: jest tajemnica, jest narastające podejrzenie, jest ciąg zgonów, które przestają wyglądać na przypadek. Ale równie mocno jest to powieść obyczajowa, a może nawet społeczna kronika przemocy rozproszonej, codziennej, nieoczywistej, tej, która nie zawsze zostawia ślady na ciele, lecz prawie zawsze zostawia je w psychice. To także książka o wspólnocie — nie w sensie sielskim, lecz realnym. Wieś nie jest tu pocztówką ani skansenem, lecz żywym organizmem, w którym każdy zna każdego, każdy coś widział, każdy czegoś się domyślał, a jednak latami wszystko mogło trwać w pozornej równowadze.
Autor tej opowieści bardzo dobrze rozumie jedną z najtrudniejszych prawd socjologicznych: że małe społeczności nie działają wyłącznie według prostego podziału na winnych i niewinnych. Funkcjonują raczej w polu zależności, lęków, przysług, zobowiązań, wstydu, religijnych nawyków i emocjonalnych długów. To właśnie dlatego „Gospodynie” czyta się z tak rosnącym napięciem. Nie dlatego jedynie, że chcemy się dowiedzieć „co się naprawdę wydarzyło”, ale dlatego, że z każdą kolejną stroną coraz mocniej rozumiemy, iż prawda — nawet gdy jest prawie oczywista — rzadko bywa czymś prostym, a jeszcze rzadziej czymś możliwym do wypowiedzenia bez konsekwencji.
Jednym z największych osiągnięć tej książki jest język. Został on pomyślany nie jako dekoracja, lecz jako narzędzie poznania. Gwara, wiejskie skróty myślowe, prostota zdań, rubaszność, dosadność, lokalne rytmy mowy — to wszystko nie służy folkloryzowaniu świata przedstawionego, ale przywracaniu mu prawdy. Te kobiety mówią tak, jak żyły: bez literackiego wygładzenia, bez psychologicznej pozy, bez miejskiej elegancji. Ich język jest chropowaty, czasem brutalny, czasem zaskakująco poetycki, bardzo często śmieszny w sposób podszyty grozą. Dzięki temu każda z bohaterek ma odrębny głos, własną temperaturę emocjonalną, własny rodzaj obrony przed pamięcią. A przecież o to właśnie chodzi w dobrej literaturze polifonicznej: by każda postać mówiła nie tylko o sobie, ale też sobą.
Warto podkreślić, że „Gospodynie” nie osądza swoich bohaterek z zewnątrz. To szczególnie cenne. Łatwo byłoby napisać książkę, która patrzy na wiejskie wdowy z ironią, wyższością albo antropologicznym chłodem. Tymczasem tutaj mamy do czynienia z czymś znacznie dojrzalszym: z próbą zrozumienia. Nie ma tu taniego moralizowania ani prostego podziału na ofiary i potwory. Są ludzie uwikłani w role, zależności, religijne autorytety, wstyd i potrzebę miłości. Są kobiety, które przez lata przystosowywały się do warunków, jakie narzuciło im życie, i które dziś, opowiadając o sobie, jednocześnie się odkrywają i zasłaniają. To napięcie między wyznaniem a unikaniem, między pamięcią a obroną, jest jednym z najciekawszych psychologicznie aspektów tej powieści.
Szczególne wrażenie robi sposób, w jaki książka pokazuje mechanizmy przemocy. Nie tej widowiskowej, medialnej, jednoznacznie potępianej, ale tej zwyczajnej, wpisanej w rytm codzienności, rozproszonej między obiadem, rachunkiem, spojrzeniem, milczeniem, komentarzem przy stole, sposobem zwracania się do drugiego człowieka. To literatura, która rozumie, że przemoc rzadko zaczyna się od zbrodni. Częściej zaczyna się od przyzwolenia na upokorzenie, od społecznego lekceważenia krzywdy, od oswajania bólu jako „tak po prostu już jest”. W tym sensie „Gospodynie” są także opowieścią o kulturze milczenia — o tym, jak wspólnota potrafi jednocześnie wiedzieć i nie wiedzieć, widzieć i nie reagować, współczuć i pozostawać bierną.
Osobny zachwyt budzi konstrukcja napięcia. To książka, która nie potrzebuje pościgów, laboratoryjnych ekspertyz ani sensacyjnych zwrotów w klasycznym znaczeniu tego słowa. Jej suspens powstaje z powtórzeń, rytmu, niedopowiedzeń i drobnych szczegółów, które wracają w coraz bardziej niepokojącej konfiguracji. Czytelnik nie dostaje jednej wielkiej zagadki, lecz serię relacji, które zaczynają układać się w ukryty wzór. I właśnie ten wzór — coraz wyraźniejszy, coraz trudniejszy do zignorowania — działa mocniej niż najbardziej efektowna intryga kryminalna. To napięcie intelektualne, moralne i emocjonalne zarazem. Napięcie, które nie odpuszcza.
Wielką zaletą książki jest także humor. Trzeba to powiedzieć wyraźnie: w tak mrocznej materii humor jest ryzykowny, łatwo go pomylić z kpiną albo niestosownością. A jednak tutaj działa znakomicie, ponieważ wyrasta z samego życia. Wieś, zwłaszcza wieś doświadczona, nie opowiada o cierpieniu językiem pomnikowym. Ludzie, którzy przeszli wiele, bardzo często bronią się żartem, skrótem, ironią, rubasznością. Ten rodzaj czarnego humoru obecny w „Gospodyniach” nie osłabia dramatu, przeciwnie — pogłębia go. Pokazuje, jak blisko siebie leżą śmiech i rozpacz, groteska i trauma, banał i tragedia. To literatura, która rozumie, że człowiek może opowiadać o najgorszym z pozornym spokojem i że czasem właśnie wtedy słychać najwięcej.
Nie sposób pominąć także wymiaru religijnego tej książki. Nie chodzi tu jednak o prostą krytykę instytucji ani o publicystyczny gest przeciwko wierze. „Gospodynie” są znacznie bardziej subtelne i przez to bardziej niepokojące. Pokazują, jak religia w małej społeczności staje się nie tylko systemem przekonań, ale także językiem emocji, strukturą zależności, sposobem organizowania codzienności i władzy. Kościół nie jest tu abstrakcyjną instytucją — jest konkretnym miejscem, konkretnym autorytetem, konkretnym człowiekiem, który zna wszystkich, rozumie więcej niż inni i z tej wiedzy czyni narzędzie wpływu. To niezwykle trafna obserwacja społeczna. Zwłaszcza dlatego, że książka nie poprzestaje na publicystycznym oskarżeniu, lecz bada coś głębszego: potrzebę oddania siebie w ręce kogoś, kto „wie lepiej”, kto „weźmie na siebie”, kto „załatwi”, kto nada cierpieniu sens.
W tym sensie „Gospodynie” są również książką o uwodzeniu przez opiekę. To motyw psychologicznie bardzo trudny i bardzo prawdziwy. Człowiek skrzywdzony nie zawsze szuka wolności. Często najpierw szuka ulgi. Nie szuka prawdy — szuka człowieka, przy którym będzie mu choć trochę lżej. A gdy ta ulga przychodzi, bywa gotów nie pytać o cenę. Ta książka rozumie ten mechanizm aż do bólu. Rozumie, że zależność może mieć twarz czułości, że przemoc może przychodzić w języku pomocy, że władza bywa najskuteczniejsza wtedy, gdy udaje troskę. To jedna z najbardziej przenikliwych warstw tej opowieści.
Czytając „Gospodynie”, trudno nie myśleć o polskiej prowincji szerzej — nie tylko o jednej wsi pod Bydgoszczą, ale o setkach podobnych miejsc, w których życie toczy się w cieniu tych samych mechanizmów: społecznego wstydu, męskiej dominacji, ekonomicznego lęku, religijnej zależności, kobiecego dźwigania świata na swoich plecach. Ale równocześnie książka nie daje się sprowadzić do socjologicznej tezy. To nie jest reportaż ukryty pod kostiumem powieści. To literatura — pełna głosów, obrazów, zapachów, rytmów, intensywnie cielesna i emocjonalna. Literatura, która ma odwagę patrzeć na rzeczywistość bez upiększeń, ale też bez pogardy.
To książka dla czytelników, którzy lubią, gdy opowieść pracuje w nich długo po odłożeniu tomu na stolik. Dla tych, którzy cenią napięcie, ale nie potrzebują taniej sensacji. Dla tych, którzy rozumieją, że najgroźniejsze tajemnice nie kryją się w ciemnych zaułkach wielkich miast, lecz przy kuchennych stołach, na schodach kościoła, przy furcie plebanii, w zbyt długo milczących rodzinach. I wreszcie dla tych, którzy wierzą, że dobra literatura potrafi jednocześnie wciągać, niepokoić i odsłaniać mechanizmy społeczne, o których zwykle mówi się zbyt cicho albo wcale.
„Gospodynie” to powieść gęsta, odważna i bardzo potrzebna. Mądra nie dlatego, że wszystko wyjaśnia, lecz dlatego, że wie, ile w ludzkim życiu pozostaje niejasne. Poruszająca nie dlatego, że epatuje dramatem, lecz dlatego, że pozwala wybrzmieć głosom, których zazwyczaj się nie słucha. I wreszcie — znakomita literacko, bo potrafi połączyć to, co najtrudniejsze: mocną fabułę, wyraziste postaci, społeczną diagnozę i psychologiczną prawdę.
To książka, którą się czyta z rosnącym napięciem, ale jeszcze dłużej się o niej myśli. A to zawsze jest znak, że literatura zrobiła to, co do niej należy — weszła pod skórę, została tam i nie chce wyjść.
PROLOG
Spotkanie organizacyjne
Żeby dojechać do Łochowa, trzeba w Bydgoszczy skręcić na Białe Błota i jechać prosto, aż miasto się skończy. Nie skończy się nagle — Bydgoszcz nie jest typem miasta, które się kończy. Bydgoszcz wypływa. Bloki ustępują kamieniczkom, kamieniczki — domom jednorodzinnym, domy jednorodzinne — zabudowie, której nikt rozsądny nie potrafiłby przypisać jednego stylu architektonicznego. I gdzieś pomiędzy ostatnim rondem a pierwszym polem rzepaku, w miejscu, gdzie droga robi leniwy zakręt i Kanał Bydgoski podchodzi tak blisko, że z samochodu widać kaczki — tam zaczyna się Łochowo.
Pierwsza wzmianka o wsi pojawia się w dokumentach z tysiąc czterysta osiemdziesiątego piątego roku, gdy niejaki Maciej z Łochowa sprzedał pół łana roli klasztorowi w Koronowie za sumę, której dziś nikt nie potrafi przeliczyć na złotówki. Od tamtego Macieja minęło pięć wieków i kilka wojen, a Łochowo trwa. Nie kwitnie — trwa. Na Kujawach trwanie jest ważniejsze od kwitnienia. Kwitną kwiaty i głupcy. Mądrzy ludzie trwają.
Wieś rozciąga się wzdłuż drogi i kanału jak człowiek, który położył się na tapczanie i nie zamierza wstać. Od południa — pola. Od północy — pola. Od zachodu — las, ciemny, sosnowy, pachnie żywicą i grzybami od maja do listopada. Od wschodu — Bydgoszcz, która co roku podchodzi bliżej, wykupuje działki, stawia kostki z wielkim oknami i osiedla zamknięte, których mieszkańcy jeżdżą do miasta na co dzień, a z Łochowem łączy ich wyłącznie adres pocztowy i kogut sąsiada, który pieje o czwartej rano i na którego złożyli już trzy skargi do gminy.
Łochowo w roku, którego ta historia dotyczy, liczyło trzy tysiące dwieście czternaścioro mieszkańców. Mniej więcej. Trudno policzyć dokładnie, bo jedni się przeprowadzają, drudzy się rodzą, trzeci umierają, a czwarci żyją tu od lat, ale nigdy się nie zameldowali, więc oficjalnie nie istnieją — choć sąsiedzi widzą ich codziennie i codziennie z nimi rozmawiają.
Domy przy głównej drodze są z czerwonej cegły — pruskiej, solidnej, grubej na dwie cegły, stawianej w czasach, gdy ta ziemia należała do Prus i gdy Niemcy budowali tak, jakby każdy dom miał wytrzymać do końca świata. Wytrzymały — do końca Niemiec, co na jedno wychodzi. Teraz mieszkają w nich Polacy, którzy co kilka lat tynkują je na biało albo na żółto, ale pod tynkiem cegła jest czerwona, cierpliwa, pruska, i będzie tu stała, gdy tynk odpadnie. A tynk na Kujawach zawsze odpadnie. To kwestia czasu.
Między domami z cegły stoją nowsze budynki — z lat siedemdziesiątych, z wielkiej płyty, albo z lat dziewięćdziesiątych, z pustaka, albo z dwutysięcznych, z betonu komórkowego i styropianu. Każda epoka zostawiła w Łochowie swój ślad, jak warstwy geologiczne w przekroju ziemi. Archeolog przyszłości, który odkopałby tę wieś za tysiąc lat, mógłby po samych domach odtworzyć historię Polski — od pruskiego porządku przez PRL-owską bylejakość po wolnorynkowy chaos, w którym każdy buduje, co chce, jak chce i gdzie chce, a potem się dziwi, że okna sąsiada wychodzą na jego sypialnię.
Kościół pw. Matki Boskiej Pocieszenia stoi na niewielkim wzniesieniu w centrum wsi, przy skrzyżowaniu drogi głównej z boczną, prowadzącą do Białych Błot. Jest neogotycki, z czerwonej cegły — ten sam pruski materiał co domy, bo Prusacy, co trzeba im oddać, mieli zmysł estetyczny i nie lubili mieszać faktur. Wieża kościelna jest widoczna z daleka — z pól, z kanału, z drogi na Bydgoszcz. Jak latarnia morska, tyle że zamiast statkom świeci duszom, i jak latarnia morska — nie zapobiega wszystkim katastrofom.
Cmentarz otacza kościół od trzech stron. Stare groby — jeszcze z niemieckimi nazwiskami wyblakłymi na piaskowcu — mieszają się z nowymi, na których sztuczne kwiaty w kolorze krwistej czerwieni i plastikowe znicze z Biedronki stoją obok marmurowych płyt z wygrawerowanymi twarzami zmarłych. Cmentarz w Łochowie jest zadbany — lepiej zadbany niż niejeden ogródek, bo na Kujawach obowiązuje żelazna zasada: o żywych się nie dba, ale o umarłych trzeba. Żywy człowiek jakoś se poradzi. Umarły — nie, więc trzeba mu pomóc.
Na cmentarzu w Łochowie jest dwadzieścia grobów, które łączy jedna cecha wspólna, choć nikt jej oficjalnie nie spisał i nikt o niej głośno nie mówi. Dwadzieścia grobów mężczyzn, którzy umarli w ciągu ostatnich trzydziestu lat — w różnym wieku, z różnych przyczyn, w różnych okolicznościach — a których żony żyją do dziś i spotykają się co czwartek o siedemnastej w świetlicy wiejskiej przy ulicy Jałowcowej. Statystyk, który by się tym zainteresował, uznałby to za anomalię demograficzną wartą zbadania. Ale żaden statystyk się tym nie zainteresował, bo Łochowo nie jest miejscem, którym interesują się statystycy. Łochowo jest miejscem, w którym ludzie żyją, umierają i milczą — i robią to od pięciu wieków.
Plebania przylega do kościoła od strony południowej, oddzielona od niego wąskim przejściem, przez które zimą przeciąga wiatr tak, że proboszcz, idąc z domu na mszę, musi przytrzymywać komżę, żeby mu jej nie zerwało. Dom jest parterowy, murowany z tej samej pruskiej cegły, z dachem pokrytym dachówką karpiówką, którą proboszcz Kudwlik wymienił na własny koszt w roku dwa tysiące piątym, bo stara przeciekała i kapało mu na łóżko. Przy furtce rośnie bez — ogromny, stary, rozłożysty, kwitnący w maju tak obficie, że cała plebania pachnie mdłą słodyczą, od której goście dostają katar, a proboszcz nie, bo się przyzwyczaił.
Przed plebanią jest ławka — drewniana, zielona, z oparciem — postawiona przez Kudwlika w roku, w którym objął parafię, czyli w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim. Na tej ławce proboszcz siada wieczorami, gdy pogoda pozwala, i patrzy na drogę. Pije herbatę z dużego kubka — białego, ze stłuczonym uchem, klejonego dwa razy. I patrzy. Na ludzi, którzy idą do sklepu, wracają z pola, prowadzą dzieci do szkoły, pędzą krowy na pastwisko. Patrzy i zapamiętuje. Kto z kim szedł. Kto z kim rozmawiał. Kto na kogo nie patrzył — bo to, na kogo ludzie nie patrzą, mówi więcej niż to, na kogo patrzą.
Proboszcz Stanisław Kudwlik, lat sześćdziesiąt parę — nikt nie wie dokładnie ile, bo proboszcz nie obchodzi urodzin, twierdząc, że „ksiądz ma imieniny, nie urodziny, bo ważniejszy jest patron niż matka, choć matce też trzeba dziękować” — jest w Łochowie od trzydziestu lat. Przyjechał z diecezji pelplińskiej, z miasteczka, którego nazwy nikt w Łochowie nie zapamiętał, bo nie było powodu zapamiętywać. Przyjechał młody — trzydziestokilkuletni, szczupły, ciemnowłosy, z energią, która w pierwszych tygodniach przeraziła parafian przyzwyczajonych do poprzedniego proboszcza, ociężałego osiemdziesięciolatka, który ostatnie lata życia spędził głównie na drzemaniu w konfesjonale.
Kudwlik nie drzemał. Kudwlik chodził.
Chodził po wsi — od domu do domu, od obejścia do obejścia. Chodził po polach, po łąkach nad kanałem, po lesie. Chodził i rozmawiał. Pytał o zdrowie, o zbiory, o dzieci, o bydło, o dach, który przecieka, o krowę, która nie daje mleka, o męża, który pije, o żonę, która płacze. Pytał i słuchał. Słuchał tak, jak nikt w Łochowie nie słuchał — cierpliwie, uważnie, z oczami utkwionymi w rozmówcy jak dwa niebieskie guziki wciśnięte w szeroką, rumianą twarz.
Bo twarz Kudwlika trzeba opisać, żeby zrozumieć resztę tej historii.
Była to twarz, której się ufało. Nie piękna — na piękno proboszcz nie mógł liczyć z tą swoją budową, bo był, jak mówili parafianie, „zrobiony do roboty, nie do oglądania.” Twarz szeroka, koścista, z nosem solidnym jak fundament, z policzkami, które z wiekiem nabierały coraz głębszego odcienia czerwieni — nie chorobliwej, ale takiej zdrowej, jaką mają ludzie, którzy dużo chodzą na powietrzu i nie boją się wiatru. Brwi gęste, siwe od lat, jak dwa żywopłoty nad oczami. I te oczy — jasnoniebieskie, przejrzyste, o których Halina Bartoszewska powiedziała kiedyś, że „wyglądają jak dwa kawałki nieba wycięte nożyczkami i wklejone w gębę.” Halina miała rację. Oczy Kudwlika były tak jasne, że wyglądały na prawie przezroczyste — jak szkło, przez które widać drugą stronę. Ale drugą stronę czego? To pytanie, na które odpowiedź zna tylko sam Kudwlik. I może Pan Bóg. Choć nie ma pewności, w jakiej kolejności.
Przez trzydzieści lat proboszcz Kudwlik ochrzcił ponad sześćset dzieci, pobłogosławił sto kilkadziesiąt małżeństw, pochował — tutaj pauza, bo te liczby są ważne — pochował dwustu siedemnastu parafian, w tym dwudziestu mężów kobiet, które co czwartek o siedemnastej zbierają się w świetlicy przy Jałowcowej. Pochował ich osobiście — każdego z osobna, z kazaniem, z kropidłem, z garścią ziemi rzuconej na trumnę. I przy każdym pogrzebie stał potem przy grobie dłużej niż wymagał obrzęd, z ręką na ramieniu wdowy, i mówił cichym, głębokim głosem: „Będzie dobrze. Ja tu jestem.”
I był.
Świetlica wiejska przy ulicy Jałowcowej mieści się w budynku, który w różnych epokach pełnił różne funkcje — jak większość budynków w Łochowie, i jak większość budynków na Kujawach, i w zasadzie jak większość budynków w Polsce. Przed wojną był tu sklep kolonialny prowadzony przez Niemca nazwiskiem Brandt, który w trzydziestym dziewiątym roku wyjechał do Rzeszy i nie wrócił, choć ponoć pisał listy jeszcze w pięćdziesiątym drugim — do kogo pisał, nie wiadomo, bo listy przychodziły na adres sklepu, a w sklepie już była spółdzielnia, i listy leżały nieotwarte w szufladzie, dopóki szuflada nie zgniła.
Po wojnie budynek przerobiono na świetlicę — postawiono scenę z desek, powieszono portret Bieruta, potem Gomułki, potem Gierka, potem Jaruzelskiego, potem zdjęto portrety i powieszono krzyż, potem zdjęto krzyż i powieszono zegar z logo mleczarni „Łaciate”, potem ktoś na zebraniu wiejskim zaproponował, żeby powiesić i krzyż, i zegar, bo „jedno drugiemu nie przeszkadza” — i tak zostało. Krzyż wisi na ścianie wschodniej, zegar na zachodniej, i kto wchodzi do świetlicy, musi wybrać, na co patrzy. Większość kobiet patrzy na zegar, bo czas jest bardziej namacalny niż wiara. Ale niektóre patrzą na krzyż. Te, które patrzą na krzyż, mają zwykle więcej do opowiedzenia.
Podłoga jest z desek, ciemnych, wytartych tysiącami kroków. Pachnie pastą — tą starą, żółtą, w metalowej puszce, którą Halina Bartoszewska kupuje w hurtowni w Bydgoszczy, bo w Biedronce takiej nie mają, a Halina uważa, że nowoczesne pasty „śmierdzą jak perfumy i nie trzymają” i że „podłoga ma pachnieć podłogą, a nie damskim rajstopom.” Nikt w świetlicy nie kłóci się z Haliną o pastę do podłóg. Nikt w świetlicy nie kłóci się z Haliną o cokolwiek. Jest pewien rodzaj autorytetu, który wynika nie z mądrości czy siły, ale z samej obecności — z tego, że ktoś jest najdłużej, pamięta najwięcej i mówi najgłośniej. Halina Bartoszewska ma wszystkie trzy cechy. Ma siedemdziesiąt dwa lata, pamięta czasy, gdy droga przez Łochowo była żwirowa, a w kanale można było łowić szczupaki gołymi rękami, i mówi głosem, który słychać na drugim końcu świetlicy bez mikrofonu, choć mikrofon stoi na scenie, zakurzony i niepodłączony od czasu, gdy na Andrzejki dwa tysiące siedemnastego zespół „Fala” z Solca Kujawskiego grał tu disco polo i pękł głośnik.
Koło Gospodyń Wiejskich „Łochowianki” zostało zarejestrowane w Krajowym Rejestrze Kół Gospodyń Wiejskich w roku dwa tysiące osiemnastym, zgodnie z ustawą z dnia dziewiątego listopada tegoż roku. Ale istniało wcześniej — nieformalnie, bez rejestracji, bez statutu, bez numeru NIP. Istniało od zawsze, w tej formie, w jakiej istnieją wszystkie wspólnoty kobiet na polskiej wsi — jako grupa, która zbiera się, bo trzeba się zbierać, bo inaczej człowiek zwariuje.
Formalnie celem Koła jest „kultywowanie tradycji ludowych, wspieranie rozwoju przedsiębiorczości na obszarach wiejskich oraz działanie na rzecz poprawy sytuacji kobiet w środowisku wiejskim.” Tak jest napisane w statucie, który Halina Bartoszewska dyktowała Bożenie Wiśniewskiej, bo Bożena ma najładniejszy charakter pisma i nie robi błędów ortograficznych — jedyna z dwudziestu kobiet, która skończyła liceum. Bożena pisała, Halina dyktowała, a proboszcz Kudwlik stał za nimi i mówił, które słowa brzmią ładnie, a które „urzędniczo” i trzeba je zmienić. „Kultywowanie” zostawił. „Przedsiębiorczość” chciał wykreślić, bo „brzmi jak bank, a my nie jesteśmy bankiem,” ale Halina się uparła i „przedsiębiorczość” została. Kudwlik ustąpił. Kudwlik zawsze ustępował w sprawach nieważnych — miał tę cechę, że potrafił oddawać małe bitwy, żeby wygrywać wielkie wojny. Choć to porównanie militarne nie oddaje w pełni jego strategii. Kudwlik nie prowadził wojen. Kudwlik prowadził duszpasterstwo. Tyle że różnica między jednym a drugim — na kujawskiej wsi, w ostatnich trzydziestu latach — jest mniejsza, niż by się mogło wydawać.
W rzeczywistości celem spotkań jest to samo, co od pokoleń: herbata, ciasto i rozmowa. Herbata jest z termosu — tego samego zielonego, wojskowego termosu, który Halina kupiła na pchlim targu i który trzyma temperaturę jak niepodległość, bo jest radziecki i Rosjanie potrafili robić dwie rzeczy dobrze — termosy i czołgi. Ciasto jest drożdżowe — najczęściej piecze je Genowefa Maciejewska, bo Genowefa ma ręce do ciasta i ciasto wie o tym, bo pod jej palcami rośnie jak na drożdżach (co jest tautologią, ale na Kujawach tautologia jest formą precyzji). Czasem zamiast ciasta jest nalewka — wiśniowa, od Róży Michalskiej, która robi najlepszą nalewkę w trzech powiatach i odmawia podania przepisu, bo „przepis to jest jak tajemnica spowiedzi — kto wygada, tego Pan Bóg pokarze.”
O nalewce Róży krąży w Łochowie legenda, że wypijasz kieliszek i ci lżej, wypijasz drugi i ci wesoło, wypijasz trzeci i mówisz prawdę. Nikt nie pije czwartego. Nie dlatego, że nalewka jest mocna. Dlatego, że po trzecim kieliszku prawdy jest już za dużo i czwarty mógłby spowodować, że ktoś powie coś, czego nie da się cofnąć. A w Łochowie — jak w każdej wsi, jak w każdej społeczności, która żyje blisko, ciasno i bez możliwości ucieczki — słowa, których nie da się cofnąć, są groźniejsze niż czyjeś pięści.
Spotkania odbywają się w czwartki o siedemnastej. Dlaczego w czwartki? Bo poniedziałek to za wcześnie po niedzieli, wtorek to dzień targowy w Bydgoszczy, środa to dzień sprzątania kościoła, piątek to post, sobota to przygotowanie do niedzieli, a niedziela to niedziela — Pan Bóg odpoczywa i człowiek powinien. Zostaje czwartek. Czwartek jest dniem neutralnym, niezobowiązującym, dniem, w którym nic się nie zaczyna i nic się nie kończy. Idealny dzień na spotkanie kobiet, które mają do opowiedzenia rzeczy, które nie powinny się zacząć i nie powinny się skończyć tak, jak się skończyły.
Kobiety przychodzą punktualnie. Na Kujawach punktualność jest formą szacunku — nie dla czasu, bo czas na wsi jest pojęciem płynnym, ale dla siebie nawzajem. Przyjść punktualnie znaczy powiedzieć: „Jesteś ważna na tyle, żebym się pospieszyła.” Spóźnić się znaczy powiedzieć: „Mam coś ważniejszego.” A w Łochowie — zwłaszcza w tym towarzystwie, zwłaszcza w te czwartki — nic ważniejszego nie ma.
Siadają zawsze w tym samym porządku. Halina przy stole prezydialnym, z termosem po prawej i cukiernicą po lewej. Genowefa Maciejewska obok niej — po prawej, bo Genowefa jest głucha na lewe ucho i musi siedzieć tak, żeby prawym łapać, co Halina mówi. Danuta Krawczyk przy oknie — zawsze przy oknie, bo Danuta jest nerwowa i potrzebuje widzieć drogę, jakby wiecznie czekała na kogoś, kto przyjdzie albo nie przyjdzie. Bożena Wiśniewska w kącie, pod krzyżem — najcichsza, najbledsza, ze wzrokiem wbitym w podłogę albo w kubek, jakby szukała tam czegoś, czego nigdy nie znajdzie. Irena Szymańska zawsze na wprost Haliny — Irena lubi patrzeć ludziom w oczy, bo twierdzi, że „oczy nie kłamią, chociaż gęba kłamie na potęgę.” Reszta — gdzie popadnie, choć nawet to „gdzie popadnie” ma swoją geografię: te, które mają więcej do powiedzenia, siadają bliżej środka, te, które wolą słuchać — na obrzeżach, przy ścianach, w cieniu.
I jest jeszcze jedno krzesło. Puste. Stoi przy drzwiach, lekko odsunięte od reszty, jakby czekało na kogoś, kto jeszcze nie przyszedł albo kto dopiero przyjdzie. Nikt na nim nie siada. Nikt o nim nie mówi. Ale każda z kobiet, wchodząc do świetlicy, zerka na to krzesło — szybko, ukradkiem, jak się zerka na coś, o czym chce się zapomnieć, ale nie może.
To krzesło proboszcza. Kudwlik przychodzi na spotkania „Łochowianek” nieregularnie — raz na miesiąc, raz na dwa, czasem częściej, gdy ma powód. Nigdy nie uprzedza. Po prostu otwiera drzwi, staje w progu ze swoim uśmiechem — szerokim, rumianym, ciepłym jak piec kaflowy — i mówi: „Nie przeszkadzam, baby, tylko wpadłem se.” I siada na tym krześle. I słucha. Niebieskie oczy chodzą od twarzy do twarzy, od kubka do kubka, od słowa do słowa, i zapamiętują. Kudwlik ma pamięć, jakiej nie ma nikt w Łochowie — pamięta, co kto powiedział, kiedy, do kogo i jakim tonem. Pamięta daty urodzin, imienin, ślubów, pogrzebów. Pamięta choroby i lekarstwa, klasy dzieci w szkole, imiona psów i kur. Pamięta, kto kogo nie lubi, kto komu jest winien pieniądze, kto z kim spał — to ostatnie wie z konfesjonału, a tajemnica spowiedzi jest święta, choć w Łochowie mówią, że „co proboszcz wie, to Pan Bóg mu wybaczy, ale ludzie — nie.”
Dzisiaj krzesło jest puste. Kudwlika nie ma. Kobiety zerknęły na krzesło, gdy wchodziły, i odwróciły wzrok. Niektórym ulżyło. Niektórym nie.
Jest czwartek, czternasty września. Siedemnasta zero trzy. Halina Bartoszewska stoi przy stole prezydialnym i nalewa herbatę z termosu. Herbata jest ciemna jak gnojówka — Halina powtarza to porównanie co tydzień i co tydzień się z niego śmieje, a kobiety uśmiechają się cierpliwie, bo na Kujawach powtarzanie żartów nie jest oznaką starości, lecz tradycji. Ciasto drożdżowe stoi na talerzu przykryte ściereczką — piekła Genowefa, jak zwykle, z kruszonką i jabłkami z własnego sadu, i pachnie tak, że nawet Danuta Krawczyk, która od lat twierdzi, że nie ma apetytu, odcina sobie kawałek i je go małymi kęsami, patrząc przez okno na drogę, po której nikt nie jedzie.
Nalewki dziś nie ma. Róża Michalska, gdy ją pytano, czy przyniesie, pokręciła głową i powiedziała: „Dziś nie pora na nalewkę. Dziś trzeba mieć czystą głowę.” Nikt nie pytał dlaczego. Róża jest z tych kobiet, które wiedzą rzeczy, zanim one się wydarzą — nie dlatego, że są jasnowidzami, ale dlatego, że słuchają uważniej niż inni i patrzą tam, gdzie inni odwracają wzrok.
Kobiety siadają. Krzesła skrzypią. Podłoga skrzypi. Wszystko w tej świetlicy skrzypi — jakby budynek komentował każdy ruch, każde słowo, każde milczenie. Za oknami Łochowo robi się szare — wrzesień skraca dni szybciej, niż ludzie się do tego przyzwyczajają. Latarnie na Jałowcowej zapalają się automatycznie o szesnastej czterdzieści pięć, ale jedna — ta trzecia od skrzyżowania — nie działa od roku, bo żarówka się przepaliła, a gmina obiecała wymienić i nie wymieniła, co nikogo nie dziwi, bo gmina obiecuje tak samo naturalnie jak oddycha, i z podobnym efektem.
Halina stawia termos. Prostuje się. Poprawia okulary — grube, w brązowych oprawkach, z Rossmana za trzydzieści dziewięć złotych — i patrzy po twarzach kobiet. Są różne — stare i mniej stare, chude i tęgie, gładkie i pomarszczone, spalone słońcem i blade od siedzenia w domu. Ale mają jedną wspólną cechę, którą widzi tylko ten, kto patrzy uważnie: w każdej z tych twarzy, gdzieś za oczami, gdzieś w kącikach ust, gdzieś w sposobie, w jaki brwi się marszczą lub nie marszczą — jest coś, co wygląda jak ulga. Nie radość. Nie spokój. Ulga. Ulga ludzi, którzy długo dźwigali coś ciężkiego i w pewnym momencie to coś zniknęło — spadło, pękło, umarło — i teraz stoją z pustymi rękami i nie wiedzą, co z nimi zrobić.
Halina odchrząkuje.
Normalnie mówi tak: „No to, baby, co nowego w starych sprawach?” I normalnie kobiety odpowiadają po kolei — kto co upiekł, kto co zasadził, kto miał wizytę u lekarza, kto pokłócił się z synową, kto dostał rachunek za gaz, który jest za wysoki, kto widział lisa na polu, kto znalazł grzyby w lesie, kto nie może spać, kto nie chce jeść, kto tęskni — choć to ostatnie mówi się rzadko, bo tęsknota na Kujawach jest jak bielizna — każdy ją ma, ale nie każdy pokazuje.
Ale dzisiaj Halina mówi inaczej. Dzisiaj Halina zrobiła coś, czego nie robiła od dwudziestu trzech lat przewodniczenia Kołu — przygotowała się. Rano pojechała do Bydgoszczy autobusem linii pięćdziesiąt dwa (odjeżdżającym z przystanku przy kościele o szóstej czterdzieści, bo wcześniejszego nie ma, a późniejszy to już za późno). W Bydgoszczy kupiła nowy zeszyt — twardy, w kratkę, z zieloną okładką. Na pierwszej stronie napisała datę. Pod datą napisała dwadzieścia imion — jedno pod drugim, starannym, szkolnym pismem, w którym każda litera stoi osobno, jakby bała się dotknąć sąsiedniej.
Dwadzieścia imion. Dwadzieścia kobiet. Dwadzieścia wdów.
Zeszyt leży teraz na stole, zamknięty, pod ręką Haliny, jak broń, która jeszcze nie jest potrzebna, ale może będzie.
Halina patrzy po twarzach. Cisza. Potem mówi:
— Baby, posłuchajcie. Dzwoniła do mnie pani z Bydgoszczy. Pani redaktor. Nie powiem nazwiska, bo nie pamiętam, takie długie, na „szewska” czy „jewska,” nie ważne. Pisze książkę. O wsiach. O ludziach. O nas, mówi. O Kołach Gospodyń. Chce wiedzieć, jak żyjemy, jak żyłyśmy, co nam się przydarzyło. Mówi, że ludzi to interesuje. Że w mieście ludzie nie wiedzą, jak to jest na wsi, i chcą wiedzieć.
Halina robi pauzę. Patrzy na Genowefę — Genowefa kiwa głową, powoli, ciężko, jak krowa, która zastanawia się, czy warto wstać. Patrzy na Danutę — Danuta patrzy przez okno i kręci w palcach chusteczkę. Patrzy na Bożenę — Bożena nie podnosi wzroku znad kubka.
— To se opowiemy — mówi Halina i jej głos twardnieje, nabiera tego kujawskiego metalu, który brzmi jak uderzenie młotka w kowadło. — Każda po kolei. Niech se ludzie wiedzą, jak to jest być wdową w Łochowie.
Cisza. Ale inna niż wcześniej — gęstsza, cięższa, naładowana. Marianna Lewandowska, ta od owczarków, kręci się na krześle, jakby je nagle uwierało. Stanisława Adamska zaciska usta tak mocno, że wargi jej bieleją. Róża Michalska — ta, co nie przyniosła nalewki — patrzy na Halinę wzrokiem, w którym jest pytanie, ostrzeżenie i rezygnacja jednocześnie.
— Halina — odzywa się Róża cicho, tak cicho, że kobiety siedzące najdalej muszą się pochylić, żeby usłyszeć. — Halina, a jesteś pewna, że to dobry pomysł? Bo jak się zaczyna opowiadać, to się potem nie da przestać.
Halina patrzy na Różę. Przez chwilę — może sekundę, może dwie, ale w tej świetlicy sekundy trwają jak godziny — między dwiema kobietami toczy się rozmowa, która nie potrzebuje słów. Rozmowa oczu, zmarszczek, zaciśniętych szczęk. Rozmowa kobiet, które wiedzą to samo, boją się tego samego i nie powiedzą tego samego — ale muszą zdecydować, czy powiedzą cokolwiek.
Halina decyduje za wszystkie.
— Pewna jestem — mówi. — I nie gadaj mi, Rożka, o przestawaniu. Trzeba opowiedzieć. Trzeba, żeby ktoś wiedział. Bo my tu siedzim co tydzień, pijemy herbatę, jemy ciasto i gadamy o niczym, a każda z nas nosi w środku takie coś, co ją gniecie i gniecie, i gniecie. I ja mam siedemdziesiąt dwa lata, baby, i nie będę tego nosiła do grobu, bo grób i tak jest ciężki, a ja nie dam rady go udźwignąć, jak jeszcze to włożę do trumny razem ze sobą.
Genowefa Maciejewska odchrząkuje — głośno, potężnie, jak ktoś, kto chce zmienić temat albo potwierdzić go ostatecznie.
— Prawdę mówi Halina — stwierdza Genowefa i jej głos jest jak grzmot, choć mówi spokojnie. — Dość tego milczenia. Tyle lat milczymy. A po co? Dla kogo? Chłopy nasze w ziemi leżom i nie słyszom. A my tu siedzimy i udajemy, że wszystko było normalne. A nic nie było normalne, baby. Nic.
Danuta Krawczyk przy oknie zaczyna cicho płakać. Płacze bez łez — sucho, duszenie, jak ktoś, kto płacze od tak dawna, że łzy się skończyły i zostały tylko odruchy. Bożena Wiśniewska kładzie jej rękę na ramieniu — delikatnie, ledwo dotykając, jakby bała się, że Danuta się rozsypie.
Halina otwiera zeszyt. Zielona okładka, kratka, dwadzieścia imion.
— Ja pójdę pierwsza — mówi. — Bo jestem najstarsza i najdłużej wdową. Dwadzieścia trzy lata w listopadzie będzie.
Bierze oddech. Patrzy na puste krzesło przy drzwiach. Kudwlika nie ma. Ale jego nieobecność jest tak samo wyraźna jak jego obecność — jak dziura po gwoździu w ścianie, która mówi więcej o gwoździu niż sam gwóźdź. Każda z kobiet wie, że Kudwlik nie przyszedł. Każda z kobiet wie, że Kudwlik wie o tym spotkaniu — bo Kudwlik wie o wszystkim, co dzieje się w Łochowie, tak jak Kanał Bydgoski wie o każdej kropli deszczu, która do niego wpada. Nie przyszedł. Może dlatego, że nie chciał. Może dlatego, że chciał, żeby opowiedziały. Może — i ta myśl jest najcięższa, choć żadna z kobiet jej nie wypowiada — może dlatego, że wie, iż cokolwiek powiedzą, niczego to nie zmieni.
Bo w Łochowie nic się nie zmienia. Ludzie żyją, umierają i milczą. Od pięciu wieków.
Ale dziś — w czwartek czternastego września, o siedemnastej dwanaście, w świetlicy pachnącej pastą do podłóg i drożdżowym ciastem Genowefy — milczenie się kończy.
Halina zaczyna mówić.
Dwadzieścia kobiet. Dwadzieścia historii. Jeden proboszcz.
I jedno puste krzesło przy drzwiach.
ROZDZIAŁ 1: Halina
Świetlica przy Jałowcowej pachnie tak, jak pachną wszystkie świetlice wiejskie na Kujawach — stęchlizną, pastą do podłóg i czymś słodkim, co się wbija w ściany po latach pieczenia ciast na każdą możliwą okazję. Chrzciny, stypy, rocznice, dożynki. Ściany pamiętają wszystko. Mają tę samą właściwość co kobiety, które się tu zbierają — chłoną, trzymają i nigdy do końca nie oddają.
Jest czwartek, siedemnasta zero pięć. Halina Bartoszewska, lat siedemdziesiąt dwa, siedzi na krześle przy stole prezydialnym, choć nikt tego stołu tak nie nazywa. To zwykły stół z płyty wiórowej, przykryty ceratą w słoneczniki, z obciętym rogiem, bo kiedyś Władek Maciejewski, mąż Genowefy, pijany rzucił nim o ścianę i róg odleciał. Ale Władek nie żyje od lat, więc nikt o tym rogu nie wspomina, a cerata go i tak zakrywa.
Halina nalewa herbatę z termosu. Termos jest zielony, wojskowy, kupiony na pchlim targu w Bydgoszczy za pięć złotych w roku, którego nikt nie pamięta. Herbata jest mocna, ciemna jak gnojówka — tak mówi sama Halina i śmieje się z tego porównania każdego czwartku, jakby je wymyśliła na nowo. Kobiety się nie śmieją, ale uśmiechają — cierpliwie, nawykowe, jak się uśmiechają ludzie, którzy słyszeli ten sam żart sto razy i wiedzą, że usłyszą go sto następnych.
— No to, baby — mówi Halina i stawia kubek na ceracie — siednijcie, bo nogi mi cierpnom od patrzenia, jak stoicie.
Siadają. Dwadzieścia krzeseł, dwadzieścia kobiet. Wszystkie bez wyjątku — wdowy. To nie jest przypadek i nie jest statystyka. Na Kujawach mężczyźni umierają wcześniej niż kobiety — to fakt demograficzny potwierdzony przez każdy urząd stanu cywilnego od Inowrocławia po Toruń. Piją więcej, jedzą tłuściej, jeżdżą szybciej, a do lekarza idą dopiero wtedy, kiedy noga odpadnie. Ale w Łochowie — i tu zaczyna się historia, która domaga się opowiedzenia — mężczyźni nie tyle umierali wcześniej, co umierali dziwniej. I tego właśnie dotyczą czwartkowe spotkania Koła Gospodyń Wiejskich „Łochowianki,” choć żadna z członkiń nie ujęłaby tego w ten sposób.
Halina podnosi rękę. Uciszają się.
— Pani z Bydgoszczy, ta co pisać chce, dzwoniła do mnie rano. Mówi, że ludzi to interesuje, jak żyjemy i jak żyłyśmy. No to se opowiemy. Każda po kolei. Niech se wiedzom, jak to jest być wdową w Łochowie. — Halina poprawia okulary. Okulary są grube, w brązowych oprawkach, kupione w Rossmanie za trzydzieści dziewięć złotych, bo Halina nie widzi sensu w płaceniu więcej za coś, przez co i tak świat wygląda niewyraźnie. — Ja pójdę pierwsza, bo jestem najstarsza i bo — tu uśmiech, ale nie do końca wesoły — bo najdłużej jestem wdową. Dwadzieścia trzy lata w listopadzie będzie.
Kobiety milczą. Kilka kiwa głowami. Bożena Wiśniewska, najcichsza z nich, patrzy w kubek z herbatą, jakby tam szukała odpowiedzi na pytania, których nikt jeszcze nie zadał.
Halina zaczyna.
— Tadzik. Tadeusz Bartoszewski. Ale nikt go tak nie nazywał, bo Tadeusz to brzmi jak marszałek albo prezydent, a on ani marszałkiem, ani prezydentem nie był. Był Tadzikiem. I będzie Tadzikiem aż do końca świata, i na Sądzie Ostatecznym Pan Bóg powie „Tadzik, podejdź” i Tadzik podejdzie, bo na Tadeusza by nie zareagował.
Halina mówi z akcentem kujawskim — tym twardym, ściśniętym, jakby słowa musiały się przeciskać przez zaciśnięte zęby, zanim dostaną pozwolenie na wyjście. Na Kujawach nie mówi się „powiedział” — mówi się „godał.” Nie mówi się „spadł” — mówi się „zleciał” albo „ciapnął się.” Nie mówi się „umarł” — mówi się „poszedł” albo „wyciągnął się” albo — gdy rozmówca nie lubił zmarłego — „zdechł.” Halina o Tadziku mówi, że „poszedł,” co oznacza, że go jednak lubiła. Przynajmniej trochę. Przynajmniej czasami.
— Poznałam go na zabawie w Białych Błotach, w sześćdziesiątym dziewiątym, bodaj w maju. Nie, w czerwcu, bo już było ciepło i ja miałam tę sukienkę kwiecistą, co mi mama uszyła z firany. Nie śmiejcie się, baby, bo połowa z was chodziła w firankach i dobrze o tym wie. Tadzik stał pod ścianą i pił piwo z butelki, bo kufli nie było, albo były, ale on wolał z butelki, bo mówił, że kufel to dla inteligencji, a on inteligencją nie jest i nie zamierza udawać.
Halina pauzuje, pije herbatę. Oblizuje usta.
— Przystojny nie był. Nie powiem, że był, bo bym skłamała, a kłamać tutaj nie będę, bo po co. Miał nos taki — tu Halina pokazuje palcami coś, co przypomina kartofel — i uszy jak uchwyty od garnka. Ale miał ręce. Takie duże, suche, ciepłe ręce. I jak mnie wziął do tańca — a tańczyć nie umiał, deptał mi po nogach jak koń — to trzymał mnie tymi rękami tak pewnie, jakby trzymał coś, czego za nic nie chce puścić. I pomyślałam sobie: Halina, ten jeden cię nie puści. I miałam rację. Nie puścił. Przez trzydzieści lat mnie trzymał i nie puścił. Trzymał tak, że czasem nie mogłam oddychać.
Łochowo leży sześć kilometrów na północny zachód od Bydgoszczy, przy drodze na Białe Błota, w miejscu, gdzie Kanał Bydgoski robi leniwy zakręt i pola rzepaku zaczynają się mieszać z działkami budowlanymi. Wieś jest stara — pierwsza wzmianka w dokumentach pochodzi z piętnastego wieku — ale nie wygląda na starą. Wygląda na niezdecydowaną. Domy z czerwonej cegły, pamiętające jeszcze pruskich urzędników, stoją obok bliźniaków z lat dziewięćdziesiątych i nowoczesnych kostek z oknami na pół ściany, w których mieszkają ludzie z Bydgoszczy, co uciekli z miasta, żeby mieć spokój, a teraz narzekają, że kogut pieje o czwartej rano.
Kościół p.w. Matki Boskiej Pocieszenia stoi w centrum wsi, na niewielkim wzniesieniu, otoczony lipami i starymi nagrobkami. Plebania przylega do kościoła od południa — murowany dom z rozrośniętym bzem przy furtce, z werandą, na której latem proboszcz Kudwlik pije herbatę i patrzy na drogę. Patrzy na ludzi, którzy idą, i na ludzi, którzy wracają. Zapamiętuje.
Ale o Kudwliku jeszcze nie teraz. Jeszcze za wcześnie.
— Tadzik pił — ciągnie Halina, a głos jej twardnieje, jakby nakładała na niego kolejną warstwę politury. — Pił jak każdy chłop we wsi, nie więcej i nie mniej. Rano wódki nie ruszał, bo to by był alkoholik, a Tadzik alkoholikiem nie był — tak mówił i tak uważał do końca. Pił od obiadu. Piwo, dwa, trzy. Potem wódkę. Potem jeszcze wódkę. I wieczorem siadał przy stole i gadał.
Halina pochyla się do przodu. Okulary zsuwają jej się na czubek nosa i wygląda teraz jak nauczycielka, która zaraz powie coś ważnego.
— Gadał, baby. To był jego talent i to była jego broń. Nie bił mnie nigdy. Ręki na mnie nie podniósł ani razu — i to muszę mu oddać, bo wiem, jak jest u niejednej z was, i nie patrzcie tak na mnie, bo wiecie, że wiem. Tadzik nie bił. Ale gadał. I to, co gadał, bolało gorzej niż pięść, bo pięść zostawia siniaka na tydzień, a słowo zostaje na zawsze.
Halina prostuje się na krześle. Patrzy w sufit, jakby tam, między plamami wilgoci i starą lampą jarzeniową, szukała dokładnych słów, które pamiętała od trzydziestu lat.
— Mówił tak: „Halina, tyś głupia jest jak kobyła. Kobyła przynajmniej robi, co jej każom, a ty nawet tego nie umisz.” Mówił tak przy dzieciach. Przy sąsiadach. Przy kim popadnie. A najbardziej lubił mówić tak: „Trzeba ci było brać Staszka Kowalaka, to byś teraz miała warsztat w Bydgoszczy, a nie chałupę z dziurawym dachem i chłopa, co ci się nie opłaca.”
Halina milknie na chwilę. Cisza w świetlicy jest gęsta, napięta. Kobiety nie komentują. Znają ten rodzaj ciszy — to cisza rozpoznania. Każda z nich słyszała coś podobnego. Nie te same słowa, ale tę samą melodię — melodię upokorzenia, która brzmi tak samo we wszystkich domach, we wszystkich wsiach, we wszystkich językach. Tylko słowa się zmieniają. Melodia zostaje.
— Staszek Kowalak — Halina uśmiecha się krzywo — istotnie dorobił się. Ma warsztat samochodowy przy Fordońskiej, mercedesa, dom pod Bydgoszczą z basenem, mówili. Ale Staszek Kowalak też nie żyje — wylew go trafił w dwa tysiące osiemnastym, w styczniu, na parkingu przed Kauflandem. I jego mercedesa teraz jeździ syn, co go rozbił po trzech miesiącach. Więc nie wiadomo, co by było lepsze — Tadzik z drabiny czy Staszek z parkingu. Tak czy tak — wdowa.
Kilka kobiet się uśmiecha. Czarny humor na Kujawach jest jak czarnoziem — żyzny, gęsty i wszechobecny.
— Ten dzień — mówi Halina i jej głos się zmienia, staje się niższy, wolniejszy, jakby szła po cienkim lodzie i każde słowo mogło go złamać — ten dzień pamiętam tak, jakby był wczoraj. Ale nie dlatego, że Tadzik umarł. Pamiętam go dlatego, że to był jedyny dzień w moim życiu, kiedy wszystko szło dobrze. Od rana. Jakby ktoś wyreżyserował.
Halina zagląda do kubka. Herbata ostygła. Nie dolewa.
— Rano wstałam o piątej, jak zawsze. Tadzik jeszcze spał, chrapał jak ta piła motorowa. Poszłam do obory, wydoiłam krowę — mieliśmy wtedy jedną, Mańkę, taką łaciatą, spokojną, co to dziecko by ją wydoiło, taka cierpliwa była. Potem nakurzyłam w piecu, bo listopad był i zimno, choć nie mroźno — taka wilgoć taka paskudna, co wchodzi w kości i siedzi.
Halina mówi dalej, a jej opowieść nabiera precyzji chirurgicznej. Pamięta godziny, zapachy, dźwięki. Pamięta, co gotowała — zupę szczawiową, na rosole z kury, ze śmietaną i jajkiem, bo Tadzik lubił szczawiową i tego dnia, wyjątkowo, Halina chciała mu zrobić coś, co lubił. Dlaczego wyjątkowo? Halina tego nie wyjaśnia i nikt nie pyta. Pamięta, co leciało w radiu — prognoza pogody, zapowiadali deszcz na wieczór, i lektorka miała taki głos, jakby sama się bała tego deszczu. Pamięta, że Tadzik wstał koło dziesiątej, zjadł chleb ze smalcem, wypił herbatę — bez cukru, bo cukier się skończył, a do sklepu było daleko i Tadzik mówił, że po cukier to baba idzie, nie chłop.
— Koło południa Tadzik powiedział, że idzie do stodoły, bo króliki nie mają siana. Mieliśmy króliki — szare, takie wielkie, na mięso. Tadzik je hodował, bo mówił, że królik to jedyne zwierzę, co go słucha. Siano było na górze, na poddaszu, trzeba było wleźć po drabinie.
Halina zatrzymuje się. Patrzy na swoje ręce — duże, spracowane, z paznokciami obciętymi krótko, z żyłami jak sznurki pod skórą.
— Drabina była stara. Drewniana, sosnowa, stała w stodole odkąd pamiętam — jeszcze po teściu została. Tadzik mówił, że ją wymieni, ale mówił to od piętnastu lat i nie wymienił, bo Tadzik dużo mówił, a mało robił. Szczebli było dziesięć, może dwanaście — nie liczę dobrze, bo po co liczyć szczeble drabiny, po której nikt już nie wejdzie.
— I tu się zatrzymam — mówi Halina — bo muszę powiedzieć o dniu wcześniej. O tym, co było w sobotę, dzień przed.
Sobota. Dzień przed śmiercią Tadzika. Halina pamięta ją równie dokładnie — może nawet dokładniej, bo to, co się wydarzyło w sobotę, nadało niedzieli jej szczególny kształt.
— W sobotę, koło trzeciej po południu, przyszedł proboszcz Kudwlik.
Halina wypowiada to nazwisko z czymś, co trudno nazwać jednym słowem. Nie jest to szacunek — choć jest w tym trochę szacunku. Nie jest to strach — choć jest w tym coś, co strachu przypomina cień. Nie jest to czułość — ale jest w tym ciepło, to niewątpliwe. Najbliższe słowo to „przyzwyczajenie” — takie, jakie ma człowiek do leku, który bierze od lat i bez którego nie wyobraża sobie życia, choć zdaje sobie sprawę, że lek ten ma skutki uboczne, o których nikt nie mówi głośno.
— Przyszedł se, jak to on, na spacer po obejściu. Mówił, że chodzi po wsi i ogląda, co by się nadało na jasełka, bo za miesiąc Boże Narodzenie i trzeba zacząć szykować. W zeszłym roku jasełka były u Nowaków, w stodole, ale Nowakowa powiedziała, że nie da rady, bo ją krzyż boli, i proboszcz szukał innego miejsca.
Kudwlik — Halina opisuje go mimochodem, jakby rysowała portret pędzlem zmoczonym w wodzie zamiast w farbie — był „tęgi, ale nie gruby. Gruby to ten, co se leży i je. Proboszcz był tęgi, bo dużo chodził. Takie barki miał szerokie, ręce mocne, a oczy…” Tu Halina robi pauzę. „Oczy miał niebieskie, takie jasne, jakby ktoś wlał do nich niebo ze ściereczki. I jak patrzył na człowieka, to patrzył tak, że człowiek czuł, że jest widziany. Nie oglądany — widziany. A to jest różnica.”
Kudwlik chodził po stodole. Oglądał belki, sprawdzał dach, mierzył krokami podłogę. Halina chodziła za nim i tłumaczyła, że stodoła jest stara, ale solidna — pruska robota, mury na cegłę grube, dach wprawdzie trochę przecieka, ale tylko przy silnym wietrze od zachodu.
— I wtedy proboszcz podszedł do drabiny — mówi Halina. — Stała przy ścianie, oparta, jak zawsze. Proboszcz ją obejrzał, pokiwał głową i mówi: „Halinko, a ta drabina to wytrzyma? Bo jakby tu dzieci miały chodzić na jasełki, to se ktoś wejdzie, a ja bym nie chciał, żeby wypadek był.” I wlazł na nią. Na tę drabinę. Wszedł na trzeci szczebel od dołu, na piąty, na siódmy. Aż na górę wlazł. „Trzyma,” mówi. „Ale trzeci od góry to się rusza. Trzeba by naprawić.”
Halina mówi to spokojnie, bez podtekstu, bez mrugnięcia. Ale w świetlicy coś się zmienia — jedna z kobiet, Róża Michalska, najbardziej nerwowa z całego towarzystwa, przestaje mieszać herbatę i kładzie łyżeczkę na stole tak delikatnie, jakby kładzenie łyżeczki wymagało najwyższej koncentracji.
— Proboszcz zszedł, otrzepał ręce i mówi, że stodoła się nada, ale trzeba posprzątać i drabinę naprawić albo zabrać, bo niebezpieczna. Potem poszedł. A ja pomyślałam — trzeba Tadzikowi powiedzieć, żeby naprawił ten szczebel.
Pauza.
— Nie powiedziałam.
Dlaczego nie powiedziała? Halina odpowiada pytaniem na pytanie, tak jak odpowiadają ludzie na Kujawach — pytaniem, które nie jest pytaniem, tylko ogrodzeniem, za które rozmówca nie ma prawa wejść.
— A kiedy ja miałam mówić? Tadzik wrócił wieczorem pijany, gadał swoje, że głupia jestem, że Kowalak by lepiej trafił, że życie zmarnowane. Jak miałam mu mówić o drabinie, jak on mnie nie słuchał? Jak mnie nigdy nie słuchał?
Halina głośno wciąga powietrze i wydycha je wolno, jak ktoś, kto przygotowuje się do nurkowania.
— Dobrze, to wracam do niedzieli. Do tego dnia.
Niedziela. Tadzik szedł do stodoły. Halina stała w kuchni i mieszała zupę szczawiową. W radiu lektorka opowiadała o niżu znad Atlantyku, który miał przynieść deszcz i ochłodzenie. Halina słuchała jednym uchem. Drugim słuchała kroków Tadzika na podwórzu — ciężkich, nierównych, bo Tadzik zdążył już wypić dwa piwa i szedł tym swoim charakterystycznym chodem, który Halina znała tak dobrze, że mogła po nim określić, ile wypił. Dwa piwa — lekkie kołysanie. Cztery — zygzak. Butelka wódki — linia prosta, ale bardzo wolna, bo Tadzik po butelce wódki koncentrował się na chodzeniu tak mocno, że paradoksalnie szedł prościej niż na trzeźwo.
— Słyszałam, jak otworzył drzwi od stodoły. Trzasnęły, jak zawsze, bo zawiasy były zardzewiałe, tak samo jak wszystko w tym domu — zardzewiałe i nie naprawione, bo nie było komu naprawiać, bo ten, co miał naprawiać, wolał gadać.
Potem cisza. Przez chwilę Halina słyszała tylko bulgotanie zupy i lektorkę w radiu, która przeszła z pogody na wiadomości sportowe — Zawisza Bydgoszcz przegrała z kimś tam, Halina nie pamięta z kim, bo nigdy jej piłka nie obchodziła, a zwłaszcza nie obchodziła jej wtedy, w tamtej chwili, która — jak się okazało — była ostatnią chwilą normalności w jej życiu.
— I wtedy usłyszałam łomot.
Halina mówi to słowo — „łomot” — tak, jakby je wymiotowała. Głośno, sucho, z wysiłkiem.
— Nie huk. Nie trzask. Łomot. Taki, jakby ktoś zrzucił ze stołu worek kartofli. Głuchy, mokry taki, ciężki. I potem — nic. Cisza. Nawet króliki umilkły, a króliki zawsze szurgały, drapały, coś tam robiły. A tu — cisza.
Halina wytarła ręce o fartuch — pamięta, że ręce miała mokre od zupy — i wyszła na podwórze. Przeszła dwadzieścia kroków do stodoły. Drzwi były otwarte.
— Leżał na klepisku. Na plecach. Jedna noga podwinięta pod drugą, tak nienaturalnie, jak żywy człowiek by sobie nie ułożył. Oczy otwarte. I patrzy na mnie. Znaczy — nie patrzy, bo już nie żył, to potem lekarz powiedział, że kark złamany, natychmiastowa, nie cierpiał. Ale w tamtej chwili wydawało mi się, że patrzy. I że chce coś powiedzieć. Może to: „Widzisz, Halina, miałaś naprawić tę drabinę.” A może to: „Widzisz, Halina, sam se to zrobiłem.” Nie wiem. Nigdy się nie dowiem.
Halina podnosi kubek, pije zimną herbatę, krzywiąc się.
— Wyglądoł jak te lalki, co dzieci zostawiajom na polu po żniwach — taki wywalony, nijaki. Już nie Tadzik. Już nie chłop. Już nic. Leżała obok niego ta drabina, złamana, trzeci szczebel od góry — pęknięty na pół, jakby go ktoś… jakby sam pękł. Bo drewno pęka, nie? Stare drewno pęka.
Halina nie kończy tego zdania tak, jakby je zaczęła. Urywa, zmienia kierunek, jak ktoś, kto idzie ścieżką i nagle widzi, że ścieżka prowadzi nad urwisko.
— Pogotowie przyjechało po czterdziestu minutach. Z Bydgoszczy jechali, bo w Łochowie pogotowia nie ma. Lekarz spojrzał, pokręcił głową. Policja też przyjechała. Spisali. Pijany, stara drabina, upadek — wypadek. Zamknięte. Nikt nie pytał o ten szczebel. Nikt nie oglądał. A nawet jakby oglądał, to co by zobaczył? Stare drewno, spróchniałe — pęka. Normalna rzecz. Normalna, normalna śmierć, normalna wdowa, normalny pogrzeb. Zamknięte.
Pogrzeb Tadzika Bartoszewskiego odbył się we wtorek, dwa dni po śmierci. Kościół pw. Matki Boskiej Pocieszenia, msza o jedenastej. Proboszcz Kudwlik celebrował osobiście — „bo tak się robi, jak ktoś z parafii odchodzi, proboszcz se nie wyręcza.” Halina pamięta kazanie. Kudwlik mówił o kruchości życia, o drabinie Jakubowej — „tej z Biblii, co prowadziła do nieba” — i o tym, że „Pan Bóg czasem zabiera człowieka tak szybko, jakby nie chciał, żeby cierpiał. I to jest łaska.” Halina przy tych słowach płakała. Nie wie dlaczego — nie płakała, gdy znalazła Tadzika na klepisku. Nie płakała, gdy przyjechało pogotowie. Nie płakała, gdy ubierała go do trumny — białą koszulę, tę jedyną, co miał, i garnitur z wesela córki, trochę ciasny, bo Tadzik przez lata utyf, ale trupy się nie skarżą na za ciasne garnitury. Płakała dopiero w kościele, przy słowach Kudwlika, jakby te słowa otworzyły w niej coś, co dotąd było zamknięte na kłódkę.
— Po pogrzebie proboszcz podszedł do mnie na cmentarzu i chwycił mnie za rękę. Tymi swoimi rękami, ciepłymi, suchymi. I mówi: „Halinko, teraz będzie ciężko. Ale ja tu jestem. Przyjdź do mnie, jak będzie ci ciężko, to porozmawiamy.”
I Halina przychodziła. Najpierw raz w tygodniu. Potem dwa razy. Potem — „jak mi się zachciało, bo samotność, baby, to jest taka bestia, co siedzi w kącie i czeka, aż zaśniesz, i wtedy wchodzi ci do głowy i gryzie od środka.”
Tu Halina robi coś, czego kobiety w świetlicy najwyraźniej się nie spodziewały. Prostuje się, odstawia kubek, splata ręce na kolanach i mówi tonem, który nie jest już tonem opowieści, ale tonem wyznania. Tonem, który zna każdy, kto siedział w konfesjonale — po którejkolwiek stronie kratki.
— Nie byłam mu dobrą żoną. Co tu gadać, co się wygadywać, baby, wy wszystkie wiecie, jak to jest. Trzydzieści lat z chłopem, co cię nie widzi. Co patrzy na ciebie i widzi meble. Co je twoje jedzenie i mówi, że pies by lepiej ugotował. Co śpi obok ciebie i chrapi, i śmierdzi wódką, i nie dotyka cię — nie dlatego, że nie chce, ale dlatego, że zapomniał, że jesteś ciałem, a nie rzeczą. Trzydzieści lat, baby.
Halina pauzuje. Oddycha.
— Zdarzało się, że byłam z innym. Tak. Nie powiem z kim — bo to moja sprawa, moja spowiedź, moja tajemnica. Z kim — to wie tylko proboszcz Kudwlik, bo jemu powiedziałam na spowiedzi, klęczałam w konfesjonale i powiedziałam wszystko, jak było. Kiedy, gdzie, ile razy, jak się czułam. I on słuchał. Nie przerywał. Nie potępiał. I na końcu powiedział: „Halino, Pan Bóg rozumie samotność. Pan Bóg sam był samotny w Getsemani. Ja ci odpuszczam.”
Halina milknie. Podnosi oczy na kobiety. W jej wzroku jest coś, co można nazwać wyzwaniem — cichym, ostrożnym, ale wyraźnym.
— I odpuścił. I potem przychodził. Pytał, czy mi lżej. Pytał, czy samotność nie gryzie za mocno. Przynosił ciasto — piekł sam, sernik z rodzynkami, nikt tak nie piekł — i siadał przy moim stole, tam gdzie Tadzik siedział, i rozmawiał ze mną. Nie gadał — rozmawiał. Jest różnica, baby. Tadzik gadał. Gadał bez przerwy, bez sensu, bez celu. Proboszcz — rozmawiał. Pytał i słuchał. Słuchał tak, jakby moje słowa były ważne. Jakby ja — Halina Bartoszewska, głupia kobyła z Łochowa — była kimś, kogo warto słuchać.
Halina składa ręce jak do modlitwy, ale się nie modli. Trzyma je tak przez chwilę, a potem rozkłada i kładzie płasko na ceracie w słoneczniki.
— I tak mi pomagał dźwigać tę samotność. I dźwiga do dziś. Bo samotność, baby, to jest ciężar, którego jeden człowiek nie uniesie. Trzeba dwóch.
Cisza. Żadna z kobiet nie komentuje. Halina sięga po termos i nalewa sobie świeżą herbatę — ciemną, gęstą, parującą. Na ścianie świetlicy wisi zegar z logo mleczarni „Łaciate” — wskazówki pokazują siedemnastą czterdzieści pięć. Za oknami ciemnieje. Łochowo o tej porze roku zapada w mrok wcześnie, a latarni na Jałowcowej jest pięć — za mało, żeby oświetlić cokolwiek porządnie, za dużo, żeby powiedzieć, że jest ciemno.
Halina pije herbatę i patrzy przed siebie. Opowiedziała swoją historię. Opowiedziała ją tak, jak się opowiada historie w Łochowie — i na całych Kujawach — z pozorną prostotą, za którą kryje się konstrukcja tak precyzyjna jak mechanizm zegarowy. Każde słowo na swoim miejscu. Każda pauza odmierzona. Każdy szczegół — zupa szczawiowa, prognoza pogody, łomot, otwarte oczy Tadzika, drabina Jakubowa w kazaniu Kudwlika — jak kamień w mozaice, która dopiero z daleka układa się w obraz.
A obraz jest taki: proboszcz Stanisław Kudwlik, dzień przed śmiercią Tadzika, wszedł do stodoły. Wspiął się na drabinę. Sprawdził, że trzeci szczebel od góry się rusza. I poszedł. A następnego dnia Tadzik wszedł na tę samą drabinę, stanął na trzecim szczeblu od góry, szczebel pękł i Tadzik spadł na klepisko i złamał kark.
I Halina o tym wie. I kobiety o tym wiedzą. I nikt o tym nie powie. Bo co tu mówić? Drewno pęka. Stare, spróchniałe drewno — pęka. To normalna rzecz.
Halina stawia kubek.
— No — mówi — to która następna?
Na stole zostaje plama po herbacie — ciemna, okrągła, jak pieczęć. Genowefa Maciejewska, ta ogromna, barczysta kobieta z rękami jak bochenki chleba, odchrząkuje i mówi:
— No to ja, co tam.
Ale to już inna historia.
ROZDZIAŁ 2: Genowefa
Genowefa Maciejewska wstaje z krzesła i krzesło odetchnęło. Tak przynajmniej twierdzi Irena Szymańska, która siedzi obok i która potem, przy nalewce u siebie w domu, opowie mężowej siostrze, że „jak Genosia wstała, to krzesło se odprężyło, jakby mu kto kamień z grzbietu zdjął.” Irena lubi przesadzać, ale w tym wypadku nie przesadza wcale. Genowefa Maciejewska waży sto siedem kilogramów — nie dlatego, że dużo je, choć je niemało, ale dlatego, że jest zbudowana jak szafa gdańska, którą ktoś postawił na dwie szerokie nogi i kazał jej chodzić. Ma barki szersze niż niejeden chłop we wsi, ręce jak bochenki chleba żytniego — ciemne, popękane, z paznokciami obciętymi krótko, bo długie przeszkadzają w robocie, a Genowefa od sześćdziesięciu pięciu lat robi i nie zamierza przestać. Ma twarz szeroką, płaską, z nosem, który złamała w dzieciństwie, gdy spadła z jabłoni u dziadka w Osielsku, i który zrósł się krzywo, co nadaje jej wyraz wiecznego niedowierzania — jakby ktoś właśnie powiedział jej coś głupiego i Genowefa rozważała, czy odpowiedzieć, czy machnąć ręką.
Machnięcie ręką — to jest gest, który definiuje Genowefę. Macha na wszystko: na pogodę, na politykę, na ból kolana, na rachunek za gaz, na przeszłość. Macha tak, jakby odganiała muchy, a muchy to wszystko, co nie jest teraźniejsze, namacalne i do zjedzenia. Genowefa żyje teraźniejszością z taką intensywnością, jakby przeszłość była krajem, z którego uciekła i do którego nie zamierza wracać. Ale dziś — w czwartek, w świetlicy pachnącej pastą i drożdżowym ciastem, które sama upiekła dwie godziny temu — dziś musi wrócić. I widać po niej, że to wie, i widać po niej, że to kosztuje.
Staje przy stole. Nie siada — Genowefa mówi na stojąco, bo „jak siedzę, to mi się gada za wolno, a jak stoję, to muszę się spieszyć, bo nogi bolom, i wtedy mówię co trzeba i nie gadam od rzeczy.” To jej filozofia — nie tylko mówienia, ale życia. Nie gadać od rzeczy. Nie tracić czasu. Nie płakać nad tym, co się stało, bo łzy są drogie, a Genowefa całe życie liczyła każdy grosz.
— No to — mówi i patrzy po twarzach kobiet, jakby je przeliczała — to ja teraz, co?
Halina kiwa głową.
— Ty, Genosiu. Twoja kolej.
Genowefa bierze oddech — głęboki, jak przed nurkowaniem, jak przed skokiem, jak przed czymś, po czym nie ma powrotu. I mówi.
— Władek. Władysław Maciejewski. Ale Władysława to go matka ochrzciła i więcej nikt tak nie godał. Dla wszystkich był Władek. Albo — tu Genowefa pauzuje, a jej usta zaciskają się na ułamek sekundy — albo „ten Maciejewski.”
„Ten Maciejewski” — w Łochowie to określenie znaczyło więcej niż samo nazwisko. W polskiej wsi — na Kujawach, na Mazowszu, w Wielkopolsce, wszędzie — istnieje specjalna kategoria językowa dla mężczyzn, o których się mówi z rodzajnikiem „ten.” „Ten Kowalski.” „Ten Nowak.” „Ten Maciejewski.” Rodzajnik „ten” nie jest neutralny. Jest oskarżeniem. Mówi się „ten,” gdy mężczyzna zrobił coś, o czym wszyscy wiedzą i nikt nie mówi. Gdy pije za dużo — „ten” Kowalski. Gdy bije żonę — „ten” Nowak. Gdy jedno i drugie — „ten” Maciejewski.
— Poznałam go w sześćdziesiątym ósmym, na dożynkach w Łochowie. Miałam osiemnaście lat. On dwadzieścia dwa. Przystojny? Był przystojny, co ja będę kłamać — wysoki, barczysty, czarne włosy, oczy ciemne jak ta herbata, co ją Halina parzy. Tańczył dobrze, co na Kujawach znaczy, że nie deptał po nogach i trzymał rytm. I miał ręce — duże, twarde, takie ręce, co to jak cię chwycą, to czujesz, że cię ktoś trzyma. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, do czego te ręce będą służyć. Matka mnie ostrzegała. „Genosiu,” mówiła, „ten Maciejewski to jest taki, co mu oczy się świecą jak psu na kość. Uważaj, żebyś nie była tą kością.” Nie posłuchałam. Która dziewczyna słucha matki? Żadna. I dlatego potem jest tak, jak jest.
Genowefa mówi tonem sprawozdawczyni — rzeczowo, sucho, bez upiększeń. Nie szuka współczucia. Nie szuka zrozumienia. Mówi, bo Halina powiedziała, że trzeba mówić, a Genowefa — choć nigdy by się do tego nie przyznała — ufa Halinie bardziej niż komukolwiek na świecie. Bardziej niż matce, która nie żyje. Bardziej niż dzieciom, które się wyniosły — syn do Gdańska, córka do Wrocławia, druga córka do Anglii. Bardziej niż Bogu, którego Genowefa szanuje, ale nie rozumie, bo Bóg, który pozwala na to, na co pozwolił w jej domu, jest Bogiem niezrozumiałym.
— Ślub wzięliśmy w sześćdziesiątym dziewiątym, w styczniu, w kościele tu, u nas. Jeszcze stary proboszcz był, ten przed Kudwlikiem, co to spał na kazaniach i pacierza nie pamiętał. Ślub był cichy, skromny — wesele u teściów, w domu, piętnaście osób, bigos, wódka, tort z cukierni w Bydgoszczy, bo teściowa nie piekła, twierdziła, że piekarnia to robota dla tych, co nie mają nic lepszego do roboty. Teściowa — ale to inna historia, nie będę dziś o teściowej, bo bym nie skończyła do rana.
Kobiety się uśmiechają. Teściowa Genowefy — Pelagia Maciejewska, zmarła w osiemdziesiątym siódmym na raka trzustki — jest w Łochowie legendą porównywalną z legendą Kanału Bydgoskiego: długa, kręta, zimna i nie do przejścia bez łódki.
— Zamieszkaliśmy u teściów, bo tak się robiło. Izba i kuchnia. Kibel na dworze. Łazienka? Miska z wodą i ręcznik, i nie marudź, bo ludzie po wojnie to nawet tego nie mieli. Nie narzekałam, bo po co narzekać — narzekanie to jest jak kopanie studni łyżką: wysiłek jest, a wody nie ma.
Genowefa sięga po kubek z herbatą, pije duszkiem, stawia. Na jej twarzy — na tej szerokiej, płaskiej, krzywonosej twarzy — pojawia się coś, co nie jest uśmiechem i nie jest grymasem. Jest czymś pomiędzy. Wyrazem człowieka, który przygotowuje się do powiedzenia czegoś, co będzie bolało — nie słuchaczy, ale jego samego.
— Władek zaczął bić mnie w trzecim miesiącu po ślubie.
Cisza. Nie ta uprzejma cisza, którą ludzie wypełniają pokasływaniem i szuraniem butami. Cisza twarda, gęsta, nieprzenikniona — cisza, która ma ciężar i temperaturę, i która osiada na ramionach jak mokry kożuch. Danuta Krawczyk przestaje kręcić chusteczkę. Bożena Wiśniewska podnosi wzrok znad kubka — pierwszy raz tego wieczoru. Irena Szymańska — ta elegantka z rudymi włosami — wbija paznokcie w udo pod stołem, bo wie, co zaraz usłyszy, i wie, że nie chce tego słyszeć, ale musi, bo na tym polega bycie tu, w tej świetlicy, w ten czwartek.
Każda z nich wie. Każda wiedziała wtedy — dwadzieścia lat temu, trzydzieści lat temu, wczoraj. Wiedziały, bo wieś wie wszystko. Wieś widzi sine oczy zakryte okularami przeciwsłonecznymi w listopadzie. Wieś słyszy krzyki przez ścianę o drugiej w nocy. Wieś liczy dni, kiedy Genowefa nie wychodzi z domu — dziesięć, piętnaście, raz dwadzieścia trzy — i mówi „pewnie grypa” i nie pyta dalej, bo pytanie dalej oznaczałoby, że trzeba coś zrobić, a robienie czegoś jest trudniejsze niż milczenie.
Socjologowie nazywają to „zmową milczenia” albo „syndromem bystander” — efektem biernego świadka, opisanym po raz pierwszy w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku, po morderstwie Kitty Genovese w Nowym Jorku, gdzie trzydzieścioro ośmioro sąsiadów słyszało krzyki i żaden nie zadzwonił na policję. Na kujawskiej wsi nie trzeba Nowego Jorku, żeby ten efekt działał. Działa od pokoleń, wbudowany w kulturę jak belki stropowe w dom — niewidoczny, nośny, niezbędny. Dom bez belek się zawali. Wieś bez milczenia — też.
Genowefa nie oskarża. Nie patrzy na kobiety z pretensją. Mówi dalej, tym samym tonem, jakby opowiadała o pogodzie albo o cenie kartofli na targu w Bydgoszczy.
— Nie pięścią. Na początku nie pięścią. Pięść przyszła później, jak już było wiadomo, że nikt nie słyszy i nikt nie patrzy, i nikt nie przyjdzie. Na początku brał co popadnie — kabel od żelazka, taki szary, gruby, z taką wtyczką ciężką na końcu. Rączkę od szczotki. Pasek od spodni. Raz — i tu Genowefa robi coś, czego kobiety się nie spodziewały: uśmiecha się, ale tym uśmiechem, który jest gorszy od płaczu — raz łyżkę durszlakową, tę z dziurkami. Bił płaską stroną po plecach i potem miałam takie kółeczka, wgniecione w skórę, jak ta pieczątka. Wzorki. Jak na Wielkanoc, co się jajka stempluje. Tydzień schodziły, te kółeczka. Czasem dwa.
Halina Bartoszewska zamyka oczy. Otwiera je. Nie komentuje. Halina wie, że komentarz — jakikolwiek komentarz — byłby teraz nietaktem gorszym niż milczenie. Genowefa nie chce komentarzy. Genowefa chce mówić. Chce wyrzucić z siebie to, co nosi od lat — jak wyrzuca się kamienie z pola przed oraniem, jeden po drugim, ciężkie, uparte, wrastające w ziemię.
— Dzieci się rodziły i Władek ich nie bił. Tego mu nie odmówię — dzieci nie tykał. Biła się Genowefa, bo Genowefa zawiniła — nie tak ugotowała, nie tak powiedziała, nie tak spojrzała, nie tak oddychała. Za głośno oddychała, mówił, i za głośno żuła, i za głośno chodziła, i za głośno istniała. Moje istnienie go drażniło, baby. Rozumiecie to? Sam mnie wziął, sam ślub brał, sam mnie do łóżka kładł, sam mi te dzieci zrobił, a potem moje istnienie go drażniło, jakbym była muchą, co se lata po izbie i bzyka, i nie da się jej zabić, i nie da się jej wygonić, i jest, jest, jest.
Genowefa nabiera powietrza. Pierś jej się unosi i opada jak miech kowalski.
— Nosiłam długie rękawy. Latem, baby. W sierpniu, jak trzydzieści pięć stopni, jak powietrze stoi i pies leży pod płotem i nie rusza się, bo za gorąco, to ja szłam w bluzie z długim rękawem, zapiętej pod szyję, bo na szyi też były ślady. Ludzie patrzyli. Nie pytali. „Genosia chyba choruje,” mówili, „bo se tak ubiera.” Nie chorowałam. Byłam bita. Ale „bita” to jest słowo, które w Łochowie wypowiada się ciszej niż „rak.” Raka się przynajmniej leczy. Bicie — nie.
Irena Szymańska podnosi rękę, jakby była w szkole. Genowefa patrzy na nią.
— Co, Irena?
— A policja? — pyta Irena, choć zna odpowiedź, bo wszyscy w Łochowie znają odpowiedź.
Genowefa macha ręką — tym swoim gestem, odganiającym, lekceważącym, obronnym.
— Policja. Raz zadzwoniłam. Raz, w osiemdziesiątym trzecim, jak Władek tak mnie sprał, że nie widziałam na lewe oko trzy dni. Przyjechali z Białych Błot, dwóch młodych, w mundurach, czyściutcy, z notesami. Stanęli w progu, Władek ich wpuścił, grzeczny jak baranek, uśmiechnięty. „Panowie, a co to za wizyta?” Ja stoję z tym okiem, opuchnięta, sina, w tej bluzce z długim rękawem. Jeden policjant patrzy na mnie, patrzy na Władka i mówi: „Pani dzwoniła na komisariat?” Mówię: „Dzwoniłam.” Mówi: „A co się stało?” Mówię: „Mąż mnie pobił.” On patrzy na Władka. Władek rozkłada ręce, uśmiecha się i mówi: „Panowie, żona se upiła, upadła na futrynę i teraz wymyśla. Zna ją pan — baba jest, pogada i przeprosi.” Policjant patrzy na mnie. „Pani piła?” Mówię: „Nie piłam.” Władek mówi: „Piła, piła, pół butelki wina, mogę pokazać butelkę.” I pokazuje — butelkę bułgarskiego wina, pustą, co to ją sam wypił dwa dni wcześniej, ale skąd policjant ma wiedzieć.
Genowefa przerywa. Pije herbatę. Ręce jej nie drżą — Genowefa nie jest kobietą, której drżą ręce. Genowefa jest kobietą, której ręce są tak przyzwyczajone do ciężaru, że drżenie byłoby luksusem.
— Policjant zapisał w notesie, pokiwał głową i mówi do Władka: „Panie, proszę se żonę pilnować, żeby nie piła, bo jak następnym razem zadzwoni, to będziemy musieli interweniować. A interwencja to protokół, a protokół to sąd, a sąd to kłopoty.” I wyszli. Wsiedli do samochodu i odjechali. A Władek zamknął drzwi, odwrócił się do mnie i powiedział — spokojnie, cicho, bez krzyku, bo Władek nigdy nie krzyczał, gdy bił, krzyczał tylko, gdy nie bił: „Genosiu, jak jeszcze raz zadzwonisz, to cię tak urządzę, że żaden policjant cię nie rozpozna.”
W świetlicy ktoś wypuszcza powietrze z płuc — głośno, sycząco, jak z przebitej opony. To Marianna Lewandowska, ta od owczarków. Marianna pamięta tamten dzień. Mieszkała wtedy trzy domy dalej i widziała radiowóz przed domem Maciejewskich. Widziała, jak policjanci wchodzili i jak wychodzili. Widziała ich twarze — młode, gładkie, obojętne. Nie pytała Genowefy, co się stało. Nigdy nie pytała. Nikt nie pytał.
— Od tamtego czasu nie dzwoniłam — mówi Genowefa. — I nie powiedziałam nikomu. Dwadzieścia lat nosiłam to w sobie jak ten kamień w nerce — wiesz, że jest, czujesz, że boli, ale dopóki nie rusza, to żyjesz. A jak ruszy — to krzyczysz, ale nikt nie słyszy, bo ściany są grube, pruska robota, cegła na dwie warstwy, nic nie przepuszcza.
Genowefa mówi dalej — o dniach, tygodniach, miesiącach i latach, które zlały się w jedną masę, jak ciasto, które się zbyt długo wyrabia. Mówi o porannych kawach, które piła, słuchając kroków Władka na korytarzu i czekając — „bo zawsze czekałam, baby, czy dziś będzie bił, czy nie, i to czekanie było gorsze od bicia, bo bicie trwa minuty, a czekanie trwa cały dzień.” Mówi o nocach, w których leżała obok niego i słuchała jego oddechu — ciężkiego, wódczanego, nieregularnego — i myślała o rzeczach, o których żona nie powinna myśleć. „Myślałam, czy by się dało podusić poduszką,” mówi Genowefa tonem tak spokojnym, jakby mówiła o duszeniu kapusty. „Ale Władek był silny i by się obudził. I byłoby gorzej.”
Mówi o dzieciach — o Marku, który w osiemdziesiątym ósmym wyjechał na studia do Gdańska i nie wrócił, bo „po co wracać do domu, w którym ojciec bije matkę, a matka udaje, że nie bije?” O Katarzynie, która wyszła za mąż za Anglika i mieszka w Birmingham i dzwoni raz w miesiącu, w niedzielę, i pyta „Mamo, jak się czujesz?” a Genowefa mówi „Dobrze, córciu” i odkłada słuchawkę, bo co ma powiedzieć — że czuje się jak ktoś, komu amputowali życie i zostawili tylko oddychanie? O Ewie, najmłodszej, która mieszka we Wrocławiu i nie dzwoni wcale, bo Ewa z całej trójki widziała najwięcej i pamięta najdokładniej, i nienawidzi ojca tak głęboko, że nienawiść rozlała się na matkę, bo „matka mogła odejść, a nie odeszła.”
— Mogłam odejść — mówi Genowefa i teraz, po raz pierwszy, jej głos się zmienia. Twardnieje jeszcze bardziej, jakby w środku zamiast krtani miała kowadło. — Nie odeszłam. Dlaczego? Bo dokąd, baby? Rodzice nie żyli. Dom był jego — po teściach. Pieniędzy nie miałam — Władek brał wszystko, co zarobiłam w spółdzielni, mówił, że baba pieniędzy nie potrzebuje, bo po co babie pieniądze, baba nie pije, nie pali, nie chodzi do miasta, więc po co. I miał rację, w pewnym sensie — nie piłam, nie paliłam, nie chodziłam do miasta. Chodziłam do kościoła. I chodziłam do proboszcza.
Tu jest moment, w którym w świetlicy coś się przesuwa. Nic widocznego — żadna z kobiet nie zmienia pozycji, nie odchrząkuje, nie patrzy na sąsiadkę. Ale coś się przesuwa — w powietrzu, w ciszy, w napięciu, które od początku opowieści Genowefy narastało jak woda w Kanale Bydgoskim przed wiosennym wezbraniem. Słowo „proboszcz” padło i cisza się zmieniła. Zrobiła się bardziej słyszalna, jakby sama nasłuchiwała.
Genowefa nie zauważa. Albo zauważa i nie daje tego po sobie poznać — co jest bardziej prawdopodobne, bo Genowefa jest kobietą, która przeżyła trzydzieści lat z człowiekiem bijącym ją łyżką durszlakową, i żeby to przeżyć, trzeba umieć nie dawać po sobie poznać.
— Proboszcz Kudwlik przyszedł do Łochowa w dziewięćdziesiątym trzecim. Władek żył wtedy jeszcze osiem lat. I przez te osiem lat proboszcz był jedynym człowiekiem na tym świecie, który wiedział, co się dzieje w moim domu.
Genowefa pauzuje. Patrzy w kubek z herbatą, jakby tam — na dnie, w fusach, w brązowej mazi — były zapisane słowa, które próbuje znaleźć.
— Pierwszy raz poszłam do niego na spowiedź. Normalną spowiedź, w konfesjonale, w sobotę przed niedzielną mszą. Klęczałam i mówiłam zwykłe grzechy — że przeklinałam, że w niedzielę prałam zamiast iść na mszę, że pozazdrościłam sąsiadce nowego płaszcza. I już miałam wstać, a proboszcz mówi — przez tę kratkę, cicho, spokojnie, ale tak, że każde słowo słyszałam wyraźnie jak dzwonek na Podniesienie — mówi: „Halino…” Nie, mówi: „Genowefo, a te siniaki na szyi to od czego?”
Genowefa podnosi głowę. Patrzy na kobiety.
— Wiecie, co to jest, jak ktoś pierwszy raz pyta? Nie mówi „co się stało” tak, jakby pytał o pogodę. Nie mówi „wszystko w porządku?” tak, żebyś odpowiedziała „tak” i dał ci spokój. Tylko pyta konkretnie, wprost, patrząc ci w oczy przez tę kratkę konfesjonału, tymi swoimi niebieskimi oczami, co to wyglądają jak dwa kawałki nieba: „A te siniaki na szyi to od czego?” I nie możesz skłamać. Bo to jest konfesjonał. Bo to jest spowiedź. Bo to jest jedyne miejsce na ziemi, gdzie kłamstwo jest grzechem nie tylko wobec człowieka, ale wobec Boga. I ja — Genowefa Maciejewska, co to kłamała dwadzieścia lat, przed rodziną, przed sąsiadami, przed policją, przed dziećmi, przed samą sobą — ja w tym konfesjonale nie mogłam skłamać.
— Powiedziałam: „Mąż mnie bije, proszę księdza.”
Genowefa powtarza to zdanie — „mąż mnie bije, proszę księdza” — i wypowiada je tak, jakby mówiła je po raz pierwszy. Z tym samym drżeniem w głosie — jedynym drżeniem, na jakie sobie pozwala, krótkim, szybko tłumionym, jak płomień zapałki, który gasną między palcami.
— I proboszcz milczał. Długo. Tak długo, że myślałam, że zasnął, bo ten stary, co był przed nim, to zasypiał w konfesjonale na środku spowiedzi i trzeba go było budzić. Ale Kudwlik nie spał. Słuchał. I po tej ciszy — długiej, ciemnej, konfesjonałowej ciszy — powiedział: „Genowefo, przyjdź do mnie na plebanię. Jutro. Po obiedzie. Porozmawiamy.”
I Genowefa przyszła. Następnego dnia, po obiedzie, o drugiej. Władek był w pracy — jeździł wtedy ciężarówką, woził żwir z żwirowni pod Nakłem, wyjeżdżał rano, wracał wieczorem, a czasem nie wracał, bo zajeżdżał do knajpy w Nakle i pił, aż go barman wyrzucił. To były dobre dni — te, kiedy Władek nie wracał. Genowefa mogła wtedy oddychać pełną piersią, dosłownie, bo żebra, które Władek kopnął jej dwa tygodnie wcześniej, bolały przy każdym głębszym wdechu, ale gdy Władka nie było, ból jakoś słabł, jakby ciało wiedziało, że jest bezpieczne, i pozwalało sobie na luksus nienaciskania alarmu.
— Przyszłam na plebanię. Proboszcz otworzył drzwi. Patrzył na mnie i nic nie mówił. Potem się odsunął, żebym weszła. Posadziła mnie w kuchni — miał taką kuchnię dużą, jasną, z oknem na ogród, z bzem tym, co rośnie przy furtce i pachnie na wiosnę tak, że aż mdli. Postawił herbatę. Usiadł naprzeciwko. I powiedział: „Opowiadaj. Wszystko. Od początku.”
I Genowefa opowiadała. Godzinę. Dwie. Trzy. Opowiadała o kablu od żelazka i o łyżce durszlakowej. O nocach, w których czekała na uderzenie, które nie przychodziło, i o nocach, w których przychodziło. O dzieciach, które słyszały przez ścianę i udawały, że nie słyszą, bo dzieci uczą się udawania szybciej niż tabliczki mnożenia. O policjantach z Białych Błot, co przyjechali i odjechali. O matce, która umarła, nie wiedząc — albo wiedząc i nie mówiąc, co jest jeszcze gorsze. O sąsiadach, którzy widzieli i mówili „pewnie grypa.” O sobie samej — o kobiecie, która patrzyła w lustro i nie rozpoznawała twarzy, bo twarz, którą widziała, była twarzą kogoś, kto się poddał, a Genowefa nie chciała się poddać, ale nie wiedziała, jak walczyć.
— Proboszcz słuchał — mówi Genowefa. — Nie przerywał. Nie mówił „módl się” ani „ofiaruj cierpienie Bogu” ani żadnych takich. Słuchał. I kiedy skończyłam — a skończyłam dopiero, jak herbata ostygła i za oknem się ściemniło — powiedział tylko jedno zdanie.
Genowefa pauzuje. Kobiety czekają. Cisza jest tak gęsta, że słychać zegar z logo mleczarni „Łaciate” — tyka, tyka, tyka — i muchy, które mimo września krążą pod sufitem, bo w świetlicy jest ciepło od kaloryfera, który grzeje za mocno, bo termostat się zepsuł i nikt go nie naprawił.
— Powiedział: „Genowefo, Pan Bóg widzi twoje cierpienie. I ja je widzę. I obiecuję ci, że kiedyś to się skończy. Bo wszystko się kończy.”
Wszystko się kończy. Te trzy słowa — banalne, oklepane, takie, jakie mówi się przy kawie, przy grobie, przy łóżku chorego — te trzy słowa w ustach proboszcza Kudwlika brzmiały inaczej. Genowefa nie potrafi wyjaśnić jak. Próbuje — mówi, że to był „ton,” że to było „spojrzenie,” że to było „coś w powietrzu, jakby ktoś otworzył okno i wpuścił wiatr, który wyniósł cały smród.” Ale wie, że słowa nie oddają tego, co poczuła w tamtej chwili — w kuchni na plebanii, z zimną herbatą i bzem za oknem. Poczuła, że ktoś złożył jej obietnicę. Nie obietnicę modlitwy, nie obietnicę pocieszenia — obietnicę końca. Konkretnego, namacalnego, pewnego końca. I ta obietnica trzymała ją przy życiu przez następne osiem lat.
— Chodziłam do niego — mówi Genowefa. — Co tydzień. Czasem dwa razy. Władek nic nie wiedział, bo Władek nie interesował się, dokąd chodzę, dopóki obiad był na stole o piątej. Szłam na plebanię i siadałam w tej kuchni, i piłam herbatę, i rozmawialiśmy. O wszystkim. O Bogu i o życiu. O dzieciach i o pogodzie. O tym, że pszenica w tym roku kiepska i że kanał śmierdzi, bo znowu coś wylali. Normalnie rozmawialiśmy, jak dwoje normalnych ludzi, i to było — baby, posłuchajcie, bo to jest ważne — to było jedyne normalne w moim życiu. Jedyne.
Genowefa pije herbatę. Odstawia kubek. Patrzy na kubek i mówi do kubka, nie do kobiet, jakby kubek był łatwiejszym słuchaczem:
— Proboszcz mówił, że Pan Bóg dał ludziom cierpliwość, żeby mogli czekać na sprawiedliwość. I że sprawiedliwość przychodzi. Zawsze. Może nie dziś. Może nie jutro. Ale przychodzi. I że on — proboszcz — pomoże mi czekać.
Władysław Maciejewski zginął dwudziestego trzeciego lipca dwa tysiące pierwszego roku. Było lato. Gorące, suche lato, jakich na Kujawach nie było od lat — trawa żółta, ziemia popękana, Kanał Bydgoski niski jak nigdy. Genowefa pamięta każdy szczegół tego dnia — tak jak Halina pamięta swój, z chirurgiczną precyzją, jakby pamięć o dniu śmierci męża była wyostrzona przez coś silniejszego niż żal. Przez coś, co nie ma nazwy, albo ma nazwę, ale się jej nie wypowiada.
— Rano Władek wstał o szóstej. Nie pracował już wtedy, bo zwolnili go z żwirowni za picie — pił w kabinie ciężarówki i raz wjechał w płot u Kowalczyków pod Nakłem, to go wylali. Nie pracował i siedział w domu, i to było najgorsze, bo jak pracował, to chociaż wychodził, a jak nie pracował, to był cały dzień, cały czas, oddychał mi w kark od rana do nocy.
Tego ranka Władek był spokojny. Pił kawę. Nie mówił. Genowefa gotowała obiad — rosół z makaronem, taki zwykły, niedzielny prawie, choć był poniedziałek. Władek wyszedł na podwórko i przez chwilę Genowefa myślała, że poszedł do sąsiada, do Józefa Czerskiego, bo z Czerskim czasem gadali — o niczym, o piłce, o trawie, o tym, że droga jest dziurawa i gmina nic nie robi.
I tu Genowefa mówi coś, co sprawia, że Róża Michalska — ta, co nie przyniosła nalewki, ta, co mówiła, że „jak się zaczyna opowiadać, to się potem nie da przestać” — Róża Michalska blednie. Nie bardzo, nie dramatycznie, ale zauważalnie — jak kartka papieru, na którą padło mniej światła.
— Rano, przed tym jak Władek wstał, przyszedł listonosz. Znaczy — ja myślałam, że listonosz, ale listonosz przychodzi o dziesiątej, a to było o siódmej. List leżał w skrzynce. Koperta biała, bez nadawcy. W środku kartka — taka mała, wyrwana z notesu. Drukowane litery, jak z maszyny. Takiej do pisania, na klawisze. I napisane było tak — pamiętam każde słowo: „Czerski przestawia kopce graniczne na twojej miedzy. Idź sprawdź, jak nie wierzysz.”
Genowefa patrzy na kobiety. Oczy ma zmrużone, jakby patrzyła pod słońce, choć w świetlicy jest szaro i jarzeniówka na suficie mruga co dwadzieścia sekund, bo starter się kończy.
— Władek czytać za dobrze nie umiał, ale litery znał, drukowane zwłaszcza. Przeczytał ten list i zrobił się czerwony na gębie, a jak Władek się robił czerwony, to znaczyło, że za chwilę będzie bił — mnie albo kogoś innego, bo Władek miał w sobie taką wściekłość, co to musiała gdzieś wyjść, jak para z garnka, bo inaczej by go rozsadziło.
Władek wziął list, schował do kieszeni i wyszedł. Genowefa widziała przez okno, jak szedł w stronę miedzy — tej na zachód, za stodołą, gdzie pole Maciejewskich graniczyło z polem Czerskich. Szedł szybko, ciężko, z zaciśniętymi pięściami. Genowefa nie poszła za nim. Wróciła do rosołu.
— A po kwadranse usłyszałam krzyk.
To, co wydarzyło się na miedzy między polem Maciejewskich a polem Czerskich dwudziestego trzeciego lipca dwa tysiące pierwszego roku, policja z Białych Błot zrekonstruowała na podstawie zeznań Józefa Czerskiego, Genowefy Maciejewskiej i dwóch świadków — Tadeusza Nowaka, który kosił trawę na sąsiednim polu, i Janiny Kowalskiej, która wieszała pranie w ogrodzie i widziała część zdarzenia przez płot.
Władysław Maciejewski podszedł do miedzy i zobaczył, że kopce graniczne — te kamienie i drewniane paliki, które na kujawskiej wsi od pokoleń wyznaczają granice pól i które są świętsze niż niejedna relikwia — rzeczywiście wyglądają na przesunięte. Czy były przesunięte naprawdę, czy tylko wyglądały — tego nie ustalono, bo biegły geodeta, wezwany tydzień później, stwierdził, że „różnica, jeśli istnieje, mieści się w granicach błędu pomiarowego,” co na Kujawach nie znaczy nic, bo na Kujawach nie ma błędów pomiarowych — jest moje pole i twoje pole, i kopiec stoi tam, gdzie stoi, i jak ktoś go ruszył, to jest złodziej i koniec dyskusji.
Władek Maciejewski nie dyskutował. Władek poszedł do Czerskiego.
Józef Czerski — mężczyzna sześćdziesięcioletni, spokojny, pracowity, o którym w Łochowie mówiono, że „muchy by nie skrzywdził, ale jak go kto podejdzie, to się przekona” — kosił akurat łąkę za swoim polem. Kosił ręcznie, zwykłą kosą, bo Czerski nie ufał kosiarkom mechanicznym, twierdząc, że „maszyna nie wie, gdzie trawa, a gdzie kwiat, i jedzie po wszystkim jak ta zaraza.” Miał kosę w ręku, gdy Władek Maciejewski podszedł do niego i bez słowa — tak zeznał Czerski, i tak potwierdzili świadkowie — bez jednego słowa pchnął go oburącz w pierś.
Czerski się zachwiał. Nie upadł — był mniejszy od Władka, ale twardy, żylasty, z nogami wbitymi w ziemię jak korzenie. Cofnął się o dwa kroki. Władek pchnął go znowu. I znowu. I wtedy Czerski — jak zeznał później, „nie myśląc, bo jak kto cię pcha, to nie myślisz, tylko reagujesz” — machnął kosą.
Machnął raz. W bok, na wysokości pasa. Ostrze trafiło Władka pod żebra — po lewej stronie, głęboko, na piętnaście centymetrów, jak potem ustalił patolog z Bydgoszczy. Przecięło żebra siódme i ósme, przeszło przez przeponę, dotarło do śledziony. Władek stał jeszcze przez trzy sekundy — Tadeusz Nowak, który widział wszystko z odległości pięćdziesięciu metrów, mówił potem, że „stał jak ten słup i patrzył w dół, jakby nie wierzył” — a potem upadł. Na bok, na miedzę, na te kopce graniczne, o które się zaczęło. Krew leciała szybko — ciemna, gęsta, dużo. Czerski rzucił kosę i pobiegł do domu zadzwonić po pogotowie. Pogotowie jechało z Bydgoszczy dwadzieścia pięć minut. Władek Maciejewski wykrwawił się po dwunastu.
Genowefa opowiada to wszystko spokojnie — tak spokojnie, że Danuta Krawczyk, która płacze przy każdej historii, nie płacze przy tej. Bo w głosie Genowefy nie ma nic, co wzywałoby do łez. Jest suchość. Jest precyzja. Jest coś, co psychologowie nazywają „dysocjacją” — odłączeniem emocji od faktów, mechanizmem obronnym, który pozwala ludziom mówić o najgorszych rzeczach tonem prognozy pogody. Genowefa się zdysocjowała dawno temu — gdzieś pomiędzy trzecim a trzechsetnym uderzeniem kablem od żelazka. I nie wróciła.
— Przyjechała policja. Ci sami z Białych Błot, może nie ci sami, ale wyglądali tak samo — młodzi, w mundurach, z notesami. Spisali. Czerskiego zabrali. Mnie przesłuchali. „Pani widziała?” „Nie widziałam, słyszałam krzyk.” „Pani wie, o co poszło?” „O miedzę.” „Pani mąż był agresywny?” I tu, baby — tu Genowefa patrzy na kobiety i w jej oczach pojawia się coś, co wygląda jak rozbawienie, choć jest ciemniejsze od rozbawienia — tu mogłam powiedzieć. Mogłam powiedzieć: „Tak, mój mąż był agresywny. Bił mnie przez trzydzieści lat. Kablem, szczotką, łyżką durszlakową. Mam blizny. Chcecie zobaczyć?” Mogłam powiedzieć. Nie powiedziałam. Powiedziałam: „Nie, panie władzo. Spokojny był. Spokojny chłop.”
Dlaczego? Genowefa wie dlaczego. Wie i mówi to wprost, bez ogródek, bez tej warstwy politury, którą Halina nakłada na swoje opowieści:
— Bo martwy Władek był lepszym Władkiem niż żywy. Martwy mnie nie bił. Martwy nie gadał. Martwy leżał na miedzy i się wykrwawiał, i był cichy, i spokojny, i nijaki, i to był najlepszy Władek, jakiego znałam. I nie chciałam, żeby policja grzebała w moim życiu i żeby sąsiedzi gadali, i żeby dzieci się dowiedziały — bo dzieci wiedziały, oczywiście, że wiedziały, ale wiedziały po cichu, i było im z tym lżej niż gdyby wiedziały na głos.
Józef Czerski został skazany na trzy lata w zawieszeniu. Sąd w Bydgoszczy uznał, że działał w obronie własnej, choć „z przekroczeniem granic” — bo kosa to nie pięść i nie da się machnąć kosą „proporcjonalnie.” Czerski wrócił do Łochowa, do swojego pola, do swojej łąki. Nie rozmawiał z Genowefą — nigdy. Nie patrzył w jej stronę. Genowefa nie patrzyła w jego. Miedza między ich polami zarosła trawą i nikt jej nie kosił. Stała się niczyją ziemią — pasem zieleni, który oddzielał dwa milczenia.
Ale Genowefa nie skończyła. Jest jeszcze jedna rzecz — ta, która ciąży najbardziej, która siedzi na dnie opowieści jak kamień na dnie studni. Genowefa wie, że musi to powiedzieć, bo po to tu stoi — nie po to, żeby opowiedzieć o Władku i o kosie, i o krwi na miedzy, bo to wszystko wie cała wieś. Stoi po to, żeby powiedzieć resztę.
— Ten list — mówi Genowefa, a jej głos opada o pół tonu, jak gdyby schodziła po schodach do piwnicy. — Ten list, co go Władek dostał rano. Drukowane litery, jak z maszyny. „Czerski przestawia kopce.” Kto go napisał?
Genowefa patrzy po twarzach. Kobiety milczą.
— Władek czytać za dobrze nie umiał, ale ja umiem. I ja ten list widziałam. I ja wiem, jak wyglądają litery z maszyny do pisania. Bo w Łochowie maszyna do pisania była w dwóch miejscach: w szkole — w sekretariacie — i na plebanii. W sekretariacie szkolnym maszyna była „Łucznik,” taka stara, z lat siedemdziesiątych, co to litera „a” była pęknięta na pół i każde „a” wyglądało jak mała trójka. Na liście litera „a” była cała. Bez pęknięcia. Równa, czysta. Jak z plebanii.
Genowefa milknie. Nie kończy myśli. Nie mówi wprost: proboszcz napisał ten list. Nie mówi: proboszcz wysłał Władka na miedzę, wiedząc, że Władek jest agresywny, wiedząc, że Czerski kosi łąkę, wiedząc, że dwóch mężczyzn na spornej miedzy plus kosa to równanie z jednym rozwiązaniem. Nie mówi tego, bo na Kujawach pewnych rzeczy się nie mówi — nie dlatego, że się ich nie wie, ale dlatego, że powiedzenie ich na głos zmienia porządek świata, a porządek świata na kujawskiej wsi jest jedyną rzeczą, która trzyma ludzi przy życiu.
— Ale co ja gadam — mówi Genowefa i macha ręką, tym swoim gestem, odganiającym, lekceważącym. — Pewnie ktoś inny. Maszyn do pisania było pewnie więcej. Skąd ja wiem.
I wtedy przychodzi wyznanie. To, które musi przyjść. To, które — jak czytelnik tej historii zauważy — jest w każdej opowieści, w każdym rozdziale, w każdym monologu każdej z dwudziestu kobiet. Wyznanie, które brzmi jak formuła liturgiczna, jak responsorium, jak refren pieśni, której melodia jest zawsze ta sama, a słowa zmieniają się tylko nieznacznie.
Genowefa bierze oddech. Stawia kubek. Patrzy prosto przed siebie, ponad głowami kobiet, w ścianę, na której wisi krzyż — drewniany, prosty, z Chrystusem, którego twarz zatarła się od lat patrzenia i którego oczy — kiedyś niebieskie, malowane farbą olejną — wyblakły do koloru mleka.
— Nie byłam mu wierną żoną, baby. Co tu gadać, co się kryć — nie byłam. Zdarzało się, że byłam z innym. Z kim — tego tu nie powiem. Z kim — to wie tylko proboszcz Kudwlik, bo mu powiedziałam na spowiedzi, klęczałam w tym konfesjonale i powiedziałam wszystko, jak było. I on słuchał. I nie potępiał. I mówił, że rozumie, bo człowiek w bólu szuka pocieszenia, a pocieszenie ma różne twarze, i nie wszystkie twarze są grzechem, choć Kościół mówi, że są, ale proboszcz mówił, że Kościół to jest instytucja, a Pan Bóg to jest osoba, i że Pan Bóg osobę rozumie lepiej niż instytucja.
Genowefa milknie. Oddycha. I dodaje — ciszej, prawie szeptem, tak że Genowefa, ta głucha na lewe ucho, i tak by nie usłyszała, gdyby nie fakt, że te słowa nie są skierowane do nikogo konkretnego, lecz do powietrza, do ścian, do przeszłości:
— I proboszcz mi odpuścił. I potem — po śmierci Władka — przychodził. Pytał, czy mi lżej. I było mi lżej, baby. Było mi tak lżej, jakby ktoś zdjął mi z pleców te trzydzieści lat i wyrzucił je do kanału, i kanał je zabrał, i popłynęły, i nie wróciły.
Genowefa siada. Krzesło skrzypi. Genowefa waży sto siedem kilogramów, ale w tej chwili wygląda lżej — jakby opowieść zabrała z niej kilka kilo, a może kilkanaście, a może wszystkie te lata, które nosiła w sobie jak worek kartofli, od domu do pola, od pola do domu, dzień po dniu, noc po nocy.
Halina Bartoszewska kiwa głową. Nie mówi nic. Zapisuje coś w zielonym zeszycie — datę, imię, jedno zdanie. Jakie zdanie — nie widać z daleka. Ale Róża Michalska, która siedzi najbliżej, potem powie, że Halina napisała: „Genowefa. Maszyna do pisania.”
Na stole leży ciasto drożdżowe — nadgryzione, pokruszone, z jabłkami, które brązowieją na powietrzu. Genowefa piekła je dwie godziny temu — w kuchni, w której kiedyś Władek bił ją łyżką durszlakową, a teraz rośnie pelargonia na parapecie i wisi firanka w kwiatki, i jest cisza, i jest spokój, i jest nalewka wiśniowa na półce, do której Genowefa nabyła prawo dopiero wtedy, gdy Władek wylądował na miedzy z kosą w żebrach.
W świetlicy pachnie drożdżami, herbatą i pastą do podłóg. Zegar z logo mleczarni „Łaciate” pokazuje osiemnastą dwadzieścia. Puste krzesło przy drzwiach stoi tak, jak stało — odsunięte, samotne, czekające.
Kudwlika nie ma.
Ale na werandzie plebanii — sześćset metrów od świetlicy, za kościołem, za cmentarzem, za bzem, który o tej porze roku już nie pachnie, bo wrzesień zjadł mu kwiaty — na werandzie pali się światło. I ktoś siedzi na ławce. Z kubkiem herbaty. Z oczami jak dwa niebieskie guziki. I patrzy w stronę Jałowcowej.
Halina zamyka zeszyt.
— Kto następna?
Danuta Krawczyk przestaje kręcić chusteczkę. Patrzy przez okno. Na drodze nikogo nie ma. Nigdy nie ma.
— Ja — mówi Danuta. — Ja opowiem.
Ale to jest następny czwartek. A do następnego czwartku jest siedem dni, i siedem nocy, i siedemset siedemdziesiąt siedem myśli, które każda z kobiet będzie miała, leżąc w łóżku, w ciemności, w domu, w którym kiedyś żył mężczyzna, a teraz jest tylko cisza, pelargonia i nalewka na półce.
I gdzieś — daleko albo blisko, w konfesjonale albo w kuchni, w liście albo w szczeblu drabiny — proboszcz Kudwlik, który wie wszystko, bo ludzie mu powiedzieli, i który pamięta wszystko, bo taka jest jego natura, i który pomaga, bo takie jest jego powołanie. Pomaga na swój sposób. Na sposób, którego nikt nie nazywa. Na sposób, który działa.
Bo w Łochowie wszystko się kończy.
Proboszcz obiecał.
ROZDZIAŁ 3: Danuta
Danuta Krawczyk nie wstaje. Zostaje na krześle przy oknie — tym samym krześle, na którym siedzi od trzech lat, od kiedy zaczęła przychodzić na spotkania Koła, zawsze przy oknie, zawsze z tą samą chusteczką w palcach, zawsze z tym samym wyrazem twarzy, który jest jednocześnie obecnością i nieobecnością, jakby Danuta była tu ciałem, ale duchem gdzieś indziej — nad kanałem, na moście, w miejscu, o którym zaraz opowie.
Ma pięćdziesiąt osiem lat, ale wygląda na więcej. Nie dlatego, że się postarzała — raczej dlatego, że nigdy nie wyglądała młodo. Są ludzie, którzy rodzą się starzy — z twarzą, która od początku nosi w sobie zmarszczki przyszłości, jakby skóra wiedziała, co przyjdzie, i zawczasu się przygotowywała. Danuta jest taka. Twarz wąska, koścista, z oczami w kolorze jesiennej wody — nie brązowymi, nie zielonymi, ale czymś pomiędzy, barwą, która zmienia się w zależności od światła i nastroju, i która dziś, w jarzeniowym blasku świetlicy, wygląda na szarą. Włosy ma siwe, ścięte krótko, przylegające do czaszki jak hełm — nie z wyboru estetycznego, ale z praktyczności, bo Danuta nie ma czasu ani cierpliwości na czesanie, suszenie, układanie. „Włosy to jest ta część ciała, co wymaga najwięcej uwagi i daje najmniej pożytku,” powiedziała kiedyś Irenie Szymańskiej, a Irena — ta elegantka z farbowanymi na rudo włosami — obraziła się na dwa tygodnie.
Danuta kręci chusteczkę. Kręci ją zawsze — w palcach, wokół palców, między palcami — ruchem automatycznym, nieświadomym, jak ktoś, kto odmawia różaniec bez paciorków i zastępuje je tkaniną. Chusteczka jest biała, bawełniana, z haftem na rogu — inicjały R.K. Ryszard Krawczyk. Mąż. Chusteczka jego, jedyna rzecz, którą Danuta zabrała z jego szuflady po pogrzebie. Resztę — ubrania, buty, zegarek, obrączkę — oddała na Caritas. Ale chusteczkę zatrzymała, bo chusteczka pachniała nim jeszcze przez dwa miesiące po śmierci, a potem przestała pachnieć, ale Danuta dalej ją nosiła, bo przyzwyczajenie jest silniejsze niż zapach.
— Danusiu — mówi Halina łagodnie, łagodniej niż zwykle, bo Halina wie, że z Danutą trzeba łagodnie, jak z ptakiem, który siedzi na parapecie i odleci, jeśli za głośno zamkniesz okno. — Danusiu, jak jesteś gotowa, to mów.
Danuta kiwa głową. Nie patrzy na Halinę. Patrzy przez okno, na drogę, na latarnię — tę trzecią od skrzyżowania, która nie działa — i na ciemność za latarnią, gdzie Łochowo przechodzi w pola, a pola w niebo, a niebo w nic.
— Jestem gotowa — mówi Danuta, choć jej głos sugeruje coś wręcz przeciwnego. Głos ma cienki, niepewny, jakby każde słowo musiało najpierw uzyskać pozwolenie, zanim wyjdzie z ust. — Jestem gotowa. Tylko nie wiem, od czego zacząć.
— Od początku, Danusiu — mówi Genowefa z drugiego końca stołu, tym swoim grzmotowym głosem, który nawet gdy jest łagodny, brzmi jak odległa burza. — Zawsze od początku.
Danuta kiwa głową ponownie. Bierze oddech. I zaczyna — ale nie od początku. Zaczyna od końca.
— Znaleźli go szóstego marca. W kanale. Przy moście koło młyna — tego starego młyna, co to z niego zostały tylko fundamenty i kawałek ściany, i gdzie dzieci się bawią latem, choć im zabraniają, bo niebezpiecznie. W kanale, twarzą w dół. Płaszcz miał rozłożony na wodzie jak takie skrzydła, jakby chciał lecieć, ale w złą stronę. W dół zamiast w górę.
Danuta mówi i kręci chusteczkę. Kręci szybciej niż zwykle — palce pracują nerwowo, biała bawełna owija się i rozwija, owija i rozwija, jak bielizna w pralce, która nie może się zatrzymać.
— W kieszeniach miał kamienie.
To zdanie Danuta wypowiada inaczej niż reszta — ciszej, wolniej, z pauzą przed słowem „kamienie,” jakby to słowo było cięższe od innych i wymagało dodatkowego wysiłku, żeby je wypchnąć z gardła.
— Kamienie takie z drogi, okrągłe, gładkie, jeden na drugim, ułożone. Nie byle jak wrzucone, nie garścią. Ułożone. W lewej kieszeni trzy. W prawej trzy. I dwa w kieszeni wewnętrznej, przy sercu. Osiem kamieni. Policja je potem zważyła — dwa kilo trzysta gramów razem. Tyle ważył kamień, który ciągnął mojego Ryszarda na dno.
Kanał Bydgoski w okolicach Łochowa ma głębokość od metra dwudziestu do dwóch metrów, w zależności od pory roku i poziomu wody. W marcu — po roztopach — jest głębszy. Ryszard Krawczyk miał metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Mógł stanąć na dnie i głowę mieć nad wodą. Mógł, ale nie stanął. Bo kamienie, i bo — jak ustalił patolog — w jego krwi było zero przecinek osiem promila alkoholu, co odpowiada trzem dużym piwom albo czterem małym wódkom. Nie tyle, żeby nie trafić na most, ale dość, żeby nie trafić z mostu z powrotem na brzeg.
— Policja powiedziała: samobójstwo — mówi Danuta. — Zostawił kartkę.
Kartka. Tu zaczyna się ta część historii, przy której Danuta kręci chusteczkę najszybciej, a jej oczy — te jesienno-wodne, szarozielone oczy — zaczynają błyszczeć nie od łez, ale od czegoś innego. Od napięcia. Od pytania, które nosi w sobie od lat i które nigdy nie dostało odpowiedzi, bo nikt go nie zadał — a Danuta sama nie potrafiła, bo na Kujawach kobiety nie zadają pytań, na które nie chcą usłyszeć odpowiedzi.
— Kartka leżała na kuchennym stole. Pod cukiernicą, tą białą, z Ćmielowa, co to ją dostaliśmy na wesele od ciotki Władzi. Złożona na pół. Napisane było: „Nie mogę tak dalej.”
Cztery słowa. „Nie mogę tak dalej.” Danuta powtarza je dwa razy, trzy razy, jakby próbowała usłyszeć w nich głos Ryszarda — ten cichy, spokojny, monotonny głos mechanika, który całe życie mówił mało, a jak mówił, to konkretnie, bez ozdobników, bez emocji, jakby składał raport z naprawy silnika, a nie wyrażał uczucia.
— Policjant — ten młody, z Białych Błot, co to wyglądał jak ministrant, co mu się zarost nie chciał rosnąć — wziął tę kartkę, włożył do foliowej torebki i powiedział: „Pani Krawczyk, to jest list pożegnalny. Przykro mi.” I tyle. Kartka poszła do akt. Akta poszły do szuflady. Szuflada się zamknęła. Sprawa zamknięta. Samobójstwo. Kropka.
Danuta milknie. Pije herbatę — zimną, bo stoi w kubku od godziny, ale Danuta nie lubi gorącej herbaty, bo gorąca parzy język, a Danuta potrzebuje języka, żeby mówić, choć zwykle nie mówi, choć zwykle milczy, choć zwykle siedzi przy oknie i kręci chusteczkę i patrzy na drogę i jest tu, ale nie jest.
— Ale ja tę kartkę widziałam, baby, zanim policja ją zabrała. Ja ją widziałam i ja ją czytałam. I ja wam powiem jedną rzecz, co jej nikomu nie powiedziałam — ani policji, ani dzieciom, ani siostrze, ani nikomu. Nikomu przez dwanaście lat.
Cisza w świetlicy ma teraz kolor — jest ciemna, granatowa, jak woda w kanale o zmroku. Kobiety nie oddychają. Albo oddychają tak cicho, że nie słychać. Halina Bartoszewska trzyma długopis nad zielonym zeszytem, ale nie pisze — czeka.
— To nie był jego charakter pisma.
Ryszard Krawczyk miał charakter pisma, jaki mają ludzie, którzy skończyli zawodówkę i całe życie pracowali rękami — pochyły, nierówny, z literami ciasno ściśniętymi, jakby na kartce brakowało miejsca. Pisał jak kura pazurem — tak mówił sam o sobie, z tym swoim cichym uśmiechem, który był jedyną formą humoru, na jaką sobie pozwalał. Litery mu się zlewały, „r” wyglądało jak „n,” „a” jak „u,” podpis był kluczką nie do odczytania. Danuta znała ten charakter pisma tak, jak żona zna oddech męża w nocy — na pamięć, bez patrzenia, instynktownie.
— Na kartce litery były równe. Ładne. Postawione prosto, jedna obok drugiej, jak żołnierze na defiladzie. „Nie mogę tak dalej.” Cztery słowa. Żadne „r” nie wyglądało jak „n.” Żadne „a” jak „u.” Ładnie, czysto, wyraźnie. Jak nie on.
Danuta patrzy na kobiety. Patrzy po kolei, na każdą z osobna — na Halinę, na Genowefę, na Irenę, na Bożenę, na Mariannę, na wszystkie dwadzieścia par oczu, które patrzą na nią z wyrazem, który jest jednocześnie zrozumieniem i przestrachem.
— Jak nie on — powtarza Danuta. — Ale policja nie sprawdzała. Nie porównywała. Nie pytała, czy to jego pismo. Wzięli kartkę, włożyli do torebki, zamknęli sprawę. Bo po co sprawdzać? Chłop pił, chłop miał problemy, chłop skoczył do kanału z kamieniami w kieszeniach. Normalna sprawa. Samobójstwo. Wdowa dostanie rentę. Następna sprawa, proszę.
Danuta milknie i przez chwilę w świetlicy słychać tylko zegar z logo mleczarni „Łaciate” — tyka, tyka, tyka — i wiatr za oknem, który niesie ze sobą zapach jesieni, mokrej ziemi, gnijących liści i czegoś jeszcze, czegoś wodnego, kanałowego, co w Łochowie jest zawsze, o każdej porze roku, bo kanał jest jak kręgosłup tej wsi — wszystko się wokół niego kręci, nawet śmierć.
Ryszard Krawczyk urodził się w Łochowie w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym, jako syn Jana Krawczyka, traktorzysty, i Heleny z domu Wiśniewskiej, krawcowej. Dom, w którym się wychował, stał przy kanale — sto metrów od wody, z oknem kuchennym wychodzącym na ścieżkę biegnącą wzdłuż brzegu. Ryszard wychował się z widokiem na kanał i z kanałem w uszach — szemraniem wody, kwakaniem żab, pluskiem ryb, które wyskakiwały nad powierzchnię wieczorami. Kanał był jego placem zabaw, jego krajobrazem, jego kompasem. Gdy Danuta go poznała — na zabawie w remizie strażackiej w Białych Błotach, w osiemdziesiątym szóstym — Ryszard mówił o kanale tak, jakby mówił o członku rodziny. „Kanał jest jak brat,” mówił. „Zawsze jest. Nie osądza. Płynie.”
— Poznałam go w październiku, w osiemdziesiątym szóstym — mówi Danuta i jej głos zmienia się, staje się cieplejszy, miększy, jakby samo wspomnienie tamtego wieczoru działało jak gorąca herbata od środka. — Miałam dwadzieścia dwa lata. On dwadzieścia pięć. Pracował w zakładach naprawczych w Bydgoszczy — naprawiał maszyny, silniki, wszystko co się kręciło i miało się kręcić dalej. Ręce miał zawsze czarne od smaru, pod paznokciami, w liniach dłoni, w tych bruzdach — jak mapa, taką miał dłoń. Mapa dróg, po których jeździły jego palce, od śruby do śruby, od silnika do silnika.
Danuta uśmiecha się. To rzadki widok — Danuta Krawczyk uśmiechająca się. Kobiety patrzą na ten uśmiech jak na wschód słońca w grudniu — krótki, zaskakujący, niemożliwy do zatrzymania.
— Nie był przystojny. Nie był brzydki. Był… nikły. Taki, co go w tłumie nie zauważysz. Wzrost średni, budowa średnia, twarz średnia. Nos normalny, oczy normalne — brązowe, takie zwykłe brązowe, jak orzech. Gdyby go opisywała policja w komunikacie, to by napisała: „mężczyzna, lat dwadzieścia pięć, bez znaków szczególnych.” Bez znaków szczególnych — to był mój Ryszard. I właśnie to mnie w nim ciągnęło. Bo znaki szczególne to kłopoty, baby. Im mężczyzna bardziej szczególny, tym bardziej kłopotliwy. A ja kłopotów nie chciałam. Chciałam ciszy.
I ciszę dostała. Ryszard Krawczyk był człowiekiem tak cichym, że sąsiedzi czasem zapominali o jego istnieniu. Szedł do pracy rano — cicho. Wracał wieczorem — cicho. Jadł obiad — cicho. Oglądał telewizję — cicho, bo ściszał do minimum i czytał napisy na dole ekranu, choć nikt nigdy nie widział, żeby czytał cokolwiek innego. Nie pił — albo pił tak mało, że nikt nie liczył. Nie palił. Nie grał w karty. Nie chodził na ryby, choć kanał był sto metrów od domu. Nie chodził do knajpy. Chodził do kościoła.
— Do kościoła chodził częściej niż ja — mówi Danuta i w jej głosie pojawia się nuta, która brzmi jak zdumienie, nawet po tylu latach. — Mszę niedzielną — zawsze. Mszę wieczorną w tygodniu — często. Nabożeństwa majowe — wszystkie. Różaniec w październiku — każdy dzień. Adorację w pierwsze piątki — bez wyjątku. Mówił, że w kościele jest spokój, którego nie ma nigdzie indziej. Że Bóg nie hałasuje. Że Bóg jest cichy i dlatego mu ufa.
I tu Danuta zatrzymuje się. Kręci chusteczkę. Patrzy przez okno. Na drodze nadal nikogo nie ma, ale Danuta patrzy tak intensywnie, jakby widziała kogoś, kogo inni nie widzą — postać idącą poboczem, w ciemności, w stronę mostu.
— Ryszard się zmienił. Ostatnie miesiące przed śmiercią — zmienił się.
Zaczęło się jesienią, rok przed śmiercią, w październiku albo w listopadzie — Danuta nie pamięta dokładnie, bo zmiany były stopniowe, jak zmiana pór roku, jak ciemność, która wchodzi pod koniec dnia — nie nagle, nie z trzaskiem, lecz centymetr po centymetrze, aż człowiek podnosi głowę i widzi, że jest noc. Ryszard przestał spać. Nie od razu — najpierw zaczął budzić się o trzeciej, czwartej w nocy. Chodził po domu. Danuta słyszała jego kroki — lekkie, ostrożne, stąpanie na palcach, jak złodziej we własnym domu. Otwierał lodówkę, zamykał lodówkę. Odkręcał kran, zakręcał kran. Szedł do okna i stał — stał godzinami, patrząc na kanał, na wodę, która w nocy wygląda jak smoła, czarna, gęsta, bezruchoma.
— Pytałam: „Rysiu, co ci jest?” Mówił: „Nic.” Pytałam: „Rysiu, czemu nie śpisz?” Mówił: „Bo nie mogę.” Pytałam: „Rysiu, może do lekarza?” Mówił: „Nie trzeba.” I zamykał się. Zamykał jak ta szuflada, co ją policja potem zamknęła z jego aktami. Ciach — i zamknięte. I nie otworzysz, bo klucza nie masz.
Ale jednego wieczoru — Danuta pamięta datę, bo to był jej imieninowy wieczór, dwudziesty szósty października — Ryszard powiedział coś, co nie było „nic” i nie było „nie trzeba.” Siedzieli w kuchni, jedli kolację — chleb z masłem i pomidorem, bo Ryszard nie jadł mięsa na kolację, twierdząc, że „mięso na noc to ciężkie sny” — i Danuta zapytała po raz setny: „Rysiu, co ci jest?” I Ryszard odłożył nóż, popatrzył na nią, popatrzył tym swoim zwykłym, orzechowym, niczym-nieszczególnym wzrokiem, i powiedział:
— Ja wiem, co ten ksiądz robi. I wiem, z kim.
Danuta powtarza te słowa w świetlicy i w świetlicy robi się zimno. Nie fizycznie — kaloryfer grzeje jak grzał, jarzeniówka mruga jak mrugała, herbata stygnie jak stygła. Ale zimno jest inne — wewnętrzne, kostne, takie, jakiego nie ogrzejesz piecem ani swetrem. Zimno, które wchodzi przez uszy, przez słowa, przez zrozumienie.
Halina Bartoszewska nieruchomieje. Długopis w jej ręce zatrzymuje się nad zeszytem. Genowefa Maciejewska patrzy na swoje ręce — na te bochenki chleba żytniego, popękane, z krótkimi paznokciami — jakby tam szukała czegoś, czego nie znajdzie. Bożena Wiśniewska w kącie pod krzyżem wciąga powietrze tak gwałtownie, że brzmi to jak szloch, choć nie jest szlochem. Jest zaskoczeniem. Albo nie — jest potwierdzeniem.
— Pytałam: „Rysiu, o czym ty mówisz?” Powiedział: „O Kudwliku.” Pytałam: „Co robi Kudwlik?” A Ryszard popatrzył na mnie — baby, to było takie spojrzenie, jakby patrzył na mnie pierwszy raz, jakby do tej pory widział kogoś innego, a teraz patrzył i widział mnie naprawdę, i to, co widział, bolało go bardziej niż cokolwiek — i powiedział: „Danuta, ty naprawdę nie wiesz?”
Nie wiedziała. Albo wiedziała i nie chciała wiedzieć, co na Kujawach jest tym samym, bo wiedza, której się nie uznaje, jest jak drzewo, które rośnie w lesie i nikt go nie widzi — stoi, ale nie istnieje.
— I nic więcej nie powiedział. Wstał od stołu, odniósł talerz do zlewu, umył — bo Ryszard zawsze zmywał po sobie, jedyny chłop w Łochowie, co zmywał, to mu trzeba oddać — i poszedł do pokoju. I więcej o tym nie mówił. Nigdy.
Danuta opowiada dalej — o tygodniach, które nastąpiły po tamtym wieczorze. Ryszard zamknął się w sobie tak szczelnie, jak szczelne są pruskie mury domów w Łochowie — na dwie cegły, bez szpar, bez rys, bez pęknięć. Chodził do pracy, wracał, jadł, nie spał. Przestał chodzić do kościoła — nagle, z dnia na dzień, jak ktoś, kto wyłącza światło. W niedzielę Danuta ubierała się na mszę, a Ryszard siedział w kuchni i patrzył w okno.
— Pytałam: „Rysiu, nie idziesz?” Mówił: „Nie.” Pytałam: „Dlaczego?” Mówił: „Bo nie mogę tam siedzieć i patrzeć na niego.” Pytałam: „Na kogo?” Mówił: „Na Kudwlika.”
Danuta poszła do kościoła sama. Siedziała w ławce — trzeciej od ołtarza, po lewej stronie, tam, gdzie siedziała zawsze — i patrzyła na Kudwlika. Na jego szeroką twarz. Na niebieskie oczy. Na ręce — duże, pucołowate, które podnosiły hostię i łamały ją na pół z ruchem tak delikatnym, jakby łamał skrzydło motyla. I próbowała zobaczyć to, co widział Ryszard. Nie zobaczyła. Widziała proboszcza. Takiego samego jak zawsze — rumianego, uśmiechniętego, z głosem głębokim jak studnia, z oczami jasnymi jak niebo. Proboszcza, który po mszy ściskał rękę każdemu parafianinowi, pytał o zdrowie, o dzieci, o krowę, o dach. Proboszcza, który znał każdego i którego znał każdy.
— Nie widziałam tego, co Ryszard widział — mówi Danuta. — I teraz się zastanawiam, baby, czy to dlatego, że tego nie było, czy dlatego, że nie chciałam widzieć. Bo niewidzenie jest łatwiejsze niż widzenie. Widzenie boli. Widzenie wymaga, żebyś zrobiła coś z tym, co widzisz. A niewidzenie pozwala ci dalej jeść chleb z masłem i pomidorem i udawać, że wszystko jest normalne.
Ryszard Krawczyk zniknął piątego marca, wieczorem. Danuta pamięta, bo tego dnia gotowała grochówkę — gęstą, z wędzonką, z majerankiem, taką, jaką gotuje się na Kujawach od pokoleń, według przepisu, który nie jest zapisany nigdzie, bo jest w rękach i w nosie, i w języku, i przechodzi z matki na córkę jak kolor oczu. Ryszard wrócił z pracy o czwartej — wcześniej niż zwykle, bo w zakładach skrócili zmianę z powodu awarii ogrzewania. Wszedł do kuchni. Stał w progu. Patrzył na Danutę, która mieszała grochówkę.
— I powiedział — mówi Danuta, a jej głos jest teraz tak cichy, że kobiety muszą się pochylić, żeby usłyszeć, jak pochyla się człowiek nad wodą, żeby zobaczyć dno — powiedział: „Danuta, ja muszę iść.”
— Pytałam: „Gdzie?”
— Powiedział: „Na spacer.”
— Pytałam: „Teraz? Ciemno jest.”
— Powiedział: „Właśnie.”
I wyszedł. Bez kurtki — to Danuta pamięta, bo kurtka wisiała na wieszaku przy drzwiach, ta zielona, wojskowa, kupiona na bazarze w Bydgoszczy za dwadzieścia złotych, i Danuta krzyknęła za nim: „Rysiu, kurtkę weź, zimno!” Ale Ryszard nie wrócił po kurtkę. Nie wrócił wcale.
— Czekałam do dziesiątej. Potem do dwunastej. Potem do drugiej w nocy. Potem zasnęłam, bo człowiek jest słaby, baby, i nawet strach zasypia, jak jest wystarczająco zmęczony. Rano wstałam i jego nie było. I kurtkę dalej wisiała. I na stole — pod cukiernicą, tą z Ćmielowa — leżała kartka.
„Nie mogę tak dalej.”
Danuta zadzwoniła na policję o siódmej rano. Policja przyjechała o dziewiątej — „bo rano mają odprawę, pani Krawczyk, i nie mogą tak od razu, niech pani zrozumie.” Przyjechali ci sami z Białych Błot — albo inni, ale tacy sami, w mundurach, z notesami, z twarzami, które wyrażają profesjonalne współczucie, to znaczy żadne. Zapisali. Wzięli kartkę. Pojechali szukać.
Znaleźli go po trzech godzinach. W kanale. Przy moście koło młyna. Twarzą w dół. W płaszczu rozłożonym na wodzie. Z kamieniami w kieszeniach.
— Ryszard nie umiał pływać — mówi Danuta i to zdanie brzmi absurdalnie, bo po co umieć pływać, jeśli skacze się do kanału z kamieniami w kieszeniach, ale Danuta mówi to z powodu, który okaże się istotny. — Nie umiał pływać i bał się wody. Całe życie. Mieszkał sto metrów od kanału i nigdy — przenigdy, baby — nigdy w nim nie był. Ani nogi nie zamoczył. Mówił, że woda jest obca, że nie rozumie wody, że woda ciągnie. Dzieci — mamy dwóch synów, Tomka i Pawła — dzieci jak były małe, to Ryszard nie pozwalał im chodzić nad kanał. Awantura była, jak Tomek raz przyniósł do domu rybę złowioną w kanale — Ryszard rybę wyrzucił, Tomka zamknął w pokoju i powiedział: „Nad kanał nie wolno. Kanał zabija.”
Danuta patrzy na chusteczkę w swoich palcach. R.K. Ryszard Krawczyk.
— I ten człowiek — ten człowiek, co to bał się wody jak ognia, co to nawet w wannie siedział niespokojnie, bo mu się zdawało, że woda rośnie — ten człowiek miał pójść nad kanał, w nocy, sam, poukładać sobie kamienie w kieszeniach, jak te jajka do koszyczka wielkanocnego, i skoczyć? Powiedzcie mi, baby — czy to jest normalne?
Nikt nie odpowiada. Bo odpowiedź jest oczywista i zarazem niemożliwa do wypowiedzenia. Oczywista — bo nie, to nie jest normalne. Niemożliwa — bo jeśli nie jest normalne, to trzeba zapytać, co było, a pytanie „co było” prowadzi w miejsce, do którego nikt w Łochowie nie chce iść.
— Ale policja powiedziała: samobójstwo. Kartka, kamienie, alkohol. Zamknięte. I ja się z tym zgodziłam, bo co miałam robić? Powiedzieć, że to nie jego pismo? To by sprawdzili, porównali, i co? I co by wyszło? Że ktoś napisał tę kartkę za niego. A kto? I dlaczego? I wtedy trzeba by szukać, i pytać, i grzebać, i otwierać te drzwi, co to za nimi jest coś, czego nie chcę widzieć. Nie chciałam, baby. Nie chciałam.
Danuta mówi dalej — o pogrzebie, który był szósty w kolejności we wsi w tym roku (dwa tysiące dwunasty był „rokiem pogrzebów,” jak mówili w Łochowie — umarło ośmiu parafian, w tym trzech mężów obecnych na tych spotkaniach wdów, ale o dwóch pozostałych opowiedzą inne kobiety, w inne czwartki). Pogrzeb Ryszarda Krawczyka odbył się w kościele pw. Matki Boskiej Pocieszenia, proboszcz Kudwlik celebrował osobiście — „jak zawsze, jak przy każdym, bo tak się robi.”
— Kazanie mówił piękne. O wodzie. O tym, że woda jest symbolem życia — chrzest, Jordan, morze, które Mojżesz rozstąpił. I o tym, że woda jest też symbolem śmierci — potop, który zabrał grzeszników. I że Ryszard „odszedł do wody, z której przyszedł, bo człowiek jest z wody i do wody wraca.” I cytował Psalm — ten o wodach głębokich: „Wołam do Ciebie, Panie, z głębin wód. Usłysz mój głos.”
Danuta przerywa. Coś przebiega przez jej twarz — cień, grymas, skurcz — jak ryba, która mignęła pod powierzchnią i znikła.
— I płakał, baby. Proboszcz płakał. Na kazaniu. Łzy mu leciały po policzkach, po tych rumianych policzkach, i kapały na komżę, i nie wycierał ich, bo miał ręce zajęte — trzymał kielich. I po mszy podszedł do mnie i wziął mnie za rękę, tymi swoimi rękami — ciepłymi, baby, zawsze ciepłymi, jak od pieca — i powiedział: „Danutko, ja wiem, jak ci ciężko. Ryszard był dobrym człowiekiem. Za dobrym na ten świat.”
Danuta pauzuje.
— „Za dobrym na ten świat.” Tak powiedział. I ja wtedy pomyślałam — i baby, to jest ta myśl, co ją noszę od dwunastu lat i co mnie gniecie jak te kamienie Ryszarda w kieszeniach — pomyślałam: „A skąd proboszcz wie, jaki Ryszard był? Bo Ryszard do niego nie chodził. Od tamtego października, od kiedy powiedział „wiem, co ten ksiądz robi,” Ryszard na plebanię nie poszedł ani razu. Ani raz. A wcześniej? Wcześniej chodził — na mszę, na nabożeństwa, na adorację, ale nie na plebanię. Nie na pogaduszki. Nie na herbatę. Ryszard był religijny, ale nie był… zażyły. Z proboszczem nie był zażyły. A proboszcz płacze na pogrzebie i mówi „za dobry na ten świat,” jakby go znał. Jakby go znał lepiej, niż ja go znałam.”
Tu Danuta robi coś, czego kobiety się nie spodziewają. Przestaje kręcić chusteczkę. Kładzie ją na stole — biała bawełna, inicjały R.K. — i kładzie na niej obie dłonie, płasko, jakby chciała ją wygładzić, albo jakby chciała się upewnić, że jest prawdziwa.
— Ryszard wiedział coś o Kudwliku — mówi Danuta i jej głos nie jest już cienki ani niepewny. Jest twardy. Twardszy niż głos Haliny, twardszy niż głos Genowefy, twardy jak te kamienie w kieszeniach płaszcza. — Wiedział i dlatego nie mógł spać. Wiedział i dlatego przestał chodzić do kościoła. Wiedział i dlatego — tu Danuta patrzy na kobiety, po kolei, na każdą — dlatego mówił: „Nie mogę tak dalej.”
Cisza.
— Ale kartki nie napisał. Ja to wiem. Jego ręka nie napisała tych słów. I kamieni nie ułożył — bo kto, baby, kto tak układa kamienie w kieszeniach? Jeden na drugim, równo, jak w procesji? Kto tak robi? Człowiek, co chce się utopić, bierze garść żwiru i wpycha do kieszeni. Albo bierze cegłę. Albo nic nie bierze, bo woda wystarczy. Ale osiem kamieni, okrągłych, gładkich, ułożonych jak paciorki różańca — to nie jest gest samobójcy. To jest gest kogoś, kto układa. Kogoś, kto ma cierpliwość. Kogoś, kto to planował.
Marianna Lewandowska — ta od owczarków, ta, której mąż zginął od psich kłów — odsuwa krzesło. Nie wstaje, ale odsuwa, jakby potrzebowała więcej miejsca, więcej powietrza, więcej odległości od tego, co słyszy. Łucja Wojciechowska zamyka oczy. Czesława Kubiak kręci głową — powoli, w lewo, w prawo, w lewo — nie w geście zaprzeczenia, ale w geście człowieka, który próbuje otrząsnąć się z czegoś, co do niego dociera zbyt szybko i zbyt głęboko.
A potem — bo każda z tych historii ma swoje „a potem,” swój epilog, swoją kodę, która brzmi tak samo i inaczej zarazem — a potem Danuta mówi o sobie. O swoim grzechu. O tajemnicy, która jest tajemnicą tylko z nazwy, bo w Łochowie tajemnice są jak cmentarne kwiaty — każdy je widzi, nikt o nich nie mówi, ale wszyscy wiedzą, że pod nimi leży ktoś, kogo nie ma.
Danuta podnosi chusteczkę ze stołu. Owija ją wokół palców. R.K. — inicjały znikają w fałdach bawełny.
— Nie byłam mu wierną żoną — mówi Danuta i w jej głosie jest coś, co brzmi jak wyuczony żal — żal powtarzany tyle razy, że stał się formą, rytuałem, jak modlitwa, którą mówisz codziennie i której już nie czujesz, ale mówisz, bo tak trzeba. — Zdradzałam go. Nie raz, nie dwa. Przez lata. Z kim — tego tu nie powiem, bo to moja spowiedź i moja tajemnica. Z kim — to powiedziałam proboszczowi Kudwlikowi, w konfesjonale, klęcząc, z twarzą przy tej kratce, co to przez nią widać tylko cień i oczy. I proboszcz słuchał. I nie osądzał. I westchnął — takim głębokim westchnieniem, jakby brał na siebie mój grzech, jakby mój grzech był kamieniem, a on go wkładał do swojej kieszeni — i powiedział…
Danuta milknie. Przymyka oczy. I cytuje — z pamięcią tak precyzyjną, że słowa brzmią jak nagranie, jak echo głosu sprzed lat, zamrożone w czasie:
— Powiedział: „Danutko, grzech jest jak ten kanał. Ciągnie, ciągnie, aż człowieka wciągnie. Ale ja cię wyciągnę. Bo od tego tu jestem.”
Grzech jest jak ten kanał. Ciągnie, ciągnie, aż człowieka wciągnie.
Te słowa zostają w świetlicy jak dym po zgaszonym ogniu — niewidoczne, ale wyczuwalne, osadzające się na skórze, na ubraniach, na ścianach. Kobiety siedzą w ciszy, która nie jest już ciszą oczekiwania, ale ciszą po czymś — ciszą powypadkową, ciszą ludzi, którzy widzieli zderzenie i jeszcze nie wiedzą, czy są świadkami, czy uczestnikami.
Bo Danuta powiedziała coś, czego nie powiedziała wprost, ale co jest tak wyraźne jak napis na murze: proboszcz Kudwlik znał metaforę kanału, który ciągnie i wciągnie. Znał ją, bo jej używał — w konfesjonale, na plebanii, w rozmowach z kobietami, które przychodziły do niego po pocieszenie. I Ryszard Krawczyk, który „wiedział, co ten ksiądz robi,” utonął w kanale — w tym samym kanale, który Kudwlik uczynił metaforą grzechu. Przypadek? Na Kujawach nie wierzą w przypadki. Na Kujawach wierzą w Boga, w pogodę i w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny.
Danuta składa chusteczkę. Prostuje ją. Kładzie na kolanach. Patrzy przez okno.
— Po pogrzebie proboszcz przychodził — mówi, a jej głos wraca do tego cienkiego, niepewnego rejestru, w którym zwykle się porusza. — Przychodził co tydzień. Przynosił ciasto — sernik z rodzynkami, ten swój, co go sam piekł. Siadał w kuchni, przy stole, na krześle, na którym Ryszard siedział. Pił herbatę z kubka, z którego Ryszard pił. I rozmawiał ze mną. Pytał, czy mi lżej. Pytał, czy dam radę. Pytał, czy samotność nie jest za ciężka.
Danuta patrzy na Halinę. Halina patrzy na Danutę. Między nimi przebiega coś — impuls, rozpoznanie, porozumienie — bo obie wiedzą, że ich historie mają ten sam kształt. Inny mężczyzna, inna śmierć, inny kanał czy drabina — ale ten sam proboszcz na krześle zmarłego, z sernikiem i pytaniem „czy ci lżej?”
— I było mi lżej — mówi Danuta. — Było mi lżej, baby. I to jest mój grzech najgorszy. Nie zdrada. Nie kłamstwo. To, że mi było lżej.
Halina zapisuje coś w zielonym zeszycie. Zamyka go. Kładzie dłoń na okładce — ochronnie, jakby zeszyt był żywą istotą, która mogłaby uciec.
Na zegarze z logo mleczarni „Łaciate” jest osiemnasta czterdzieści pięć. Za oknami ciemność — pełna, kujawska, jesienna ciemność, w której nie widać nic poza latarniami (tymi, które działają) i odblaskiem wody w kanale, który błyszczy czasem, gdy chmury się rozstąpią i księżyc rzuci na powierzchnię pasmo światła, blade, chłodne, nijakie.
Danuta wstaje. Pierwszy raz tego wieczoru wstaje z krzesła przy oknie. Jest drobna — metr pięćdziesiąt osiem, pięćdziesiąt dwa kilogramy — i przy masywnej Genowefie wygląda jak zapałka przy polanie. Ale stoi prosto. Chusteczka w dłoni. Inicjały R.K. Oczy suche.
— To tyle — mówi. — To moje. Następna.
I siada. I wraca do okna. I znów patrzy na drogę, po której nikt nie jedzie i nikt nie idzie, ale Danuta patrzy, bo czekanie jest jedyną rzeczą, którą umie, i bo może kiedyś — za rok, za dziesięć, za sto — ktoś przyjdzie tą drogą i przyniesie odpowiedź na pytanie, które Ryszard Krawczyk zadał w październikowy wieczór, przy chlebie z masłem i pomidorem, i które pozostało bez odpowiedzi: „Danuta, ty naprawdę nie wiesz?”
Wie. Teraz wie. Ale wiedza, która przychodzi po dwunastu latach, jest jak woda w kanale — zimna, ciemna i za głęboka, żeby w niej stanąć.
Halina odchrząkuje.
— Kto następna?
Na plebanii — sześćset metrów od świetlicy, za kościołem, za cmentarzem, za bzem — pali się światło. Ktoś siedzi na werandzie z kubkiem herbaty. Kubek biały, z klejonym uchem. Oczy niebieskie jak guziki. Patrzy w stronę Jałowcowej.
A Kanał Bydgoski płynie — cicho, cierpliwie, w ciemności — jak płynął od dwustu lat. Ciągnie, ciągnie, aż człowieka wciągnie.
Tak mówił proboszcz.
I proboszcz miał rację.
ROZDZIAŁ 4: Irena
Irena Szymańska wstaje tak, jakby wchodziła na scenę — i w pewnym sensie wchodzi. Prostuje plecy, odgarnia włosy — farbowane na rudy, ten odcień, który w Łochowie nosi tylko ona i który w zależności od światła wygląda albo jak miedź, albo jak liść klonu w październiku, albo jak rdza na starym płocie, w zależności od tego, kto patrzy i z jakim nastawieniem. Poprawia kolczyki — srebrne, wiszące, z małym turkusowym kamyczkiem, kupione na jarmarku w Toruniu trzy lata temu, jedyna ozdoba, na jaką Irena sobie pozwala, bo reszta biżuterii poszła do lombardu w Bydgoszczy w dziewięćdziesiątym ósmym, gdy Henryk stracił pracę na pół roku i trzeba było za coś żyć.
Ma sześćdziesiąt jeden lat i nie wygląda na ani jeden z nich. Nie dlatego, że się młodo wygląda — na Kujawach nikt nie wygląda młodo po pięćdziesiątce, bo klimat, wiatr, robota i życie rzeźbią twarze skuteczniej niż jakikolwiek chirurg. Irena nie wygląda na swoje lata dlatego, że ma w sobie coś, co kobiety na wsi nazywają „fantazją” — słowem, które w gwarze kujawskiej oznacza jednocześnie elegancję, pewność siebie i odrobinę bezczelności, tę dokładną ilość bezczelności, która pozwala kobiecie wejść do sklepu w Łochowie w kolczykach z turkusem i nie przejmować się spojrzeniami. Na Kujawach — i w ogóle na polskiej wsi — kobieta, która się stroi, jest podejrzana. Podejrzana o próżność, o wywyższanie się, o to, że „myśli, że jest lepsza.” Irena myśli, że jest lepsza. Wie, że jest lepsza. I nie przeprasza za to.
— No, baby — mówi Irena i siada z powrotem, ale siada inaczej niż siedziała — na przodzie krzesła, z plecami prostymi, z rękami złożonymi na stole, jak do rozmowy kwalifikacyjnej albo jak do przesłuchania, w zależności od perspektywy. — Moja kolej, to moja kolej. Tylko uprzedzam — moja historia jest o grzybach. I o mężczyźnie, który zjadł nie te, co trzeba.
Mówi to z uśmiechem. Uśmiech Ireny Szymańskiej jest rzeczą, o której trzeba napisać osobno, bo jest to uśmiech złożony z warstw jak ciasto francuskie — na wierzchu uprzejmość, pod spodem ironia, pod ironią coś twardego, ciemnego, co nie ma nazwy, a co Irena nosi w sobie od dnia, w którym Henryk Szymański zjadł swoją ostatnią kolację. Uśmiech kobiety, która wie więcej, niż mówi, i mówi więcej, niż powinna, i jest z tego powodu jednocześnie podziwiana i nienawidzona — bo w Łochowie, jak w każdej zamkniętej społeczności, kobieta, która mówi za dużo, jest niebezpieczna. Ale kobieta, która mówi za dużo z uśmiechem, jest niebezpieczna podwójnie.
— Henryk. Henryk Szymański, leśniczy. Znaczy — oficjalnie nie leśniczy, bo leśniczy to jest stanowisko w Lasach Państwowych, a Henryk pracował w nadleśnictwie Bydgoszcz jako podleśniczy, co to jest jedna ranga niżej i co Henryka bolało jak ząb trzonowy, bo Henryk uważał, że na leśniczego zasługuje bardziej niż ten, co go dostał — Walczak z Maksymilianowa, o którym Henryk mówił „debil z debili, co to nie odróżni sosny od świerka, ale szwagra w dyrekcji ma, i to mu wystarczy.” Henryk dużo mówił o Walczaku. Zbyt dużo. Jak mężczyzna mówi za dużo o innym mężczyźnie, to zwykle nie chodzi o tego drugiego mężczyznę — chodzi o niego samego. Chodzi o ambicję, która nie znalazła ujścia. O dumę, która nie znalazła potwierdzenia. O życie, które miało wyglądać inaczej, a wygląda tak, jak wygląda — szaro, kujawsko, nijako.
Irena mówi o mężu z tonem, który jest jednocześnie czuły i bezlitosny — jakby kroiła cebulę: ostrym nożem, szybko, z łzami, ale bez wahania.
— Poznałam go w siedemdziesiątym dziewiątym, w lipcu, na grzybobraniu. Nie śmiejcie się, baby — na grzybobraniu. Moja matka, Janina Kubicka, organizowała co roku wycieczkę do lasu pod Koronowem, zbierać prawdziwki, bo tam rosły takie prawdziwki, baby, jak pięść duże, ciemne, twarde, pachniały tak, że pies by zemdlał. I na tym grzybobraniu był Henryk — młody, dwadzieścia sześć lat, w mundurze leśnego, z torbą przez ramię, w kapeluszu z piórkiem. Nie z bażanciego piórka, jak myślicie — z sójczego. Sójki miał pod dostatkiem w swoim obwodzie i mówił, że sójka to jest najsprytniejszy ptak w lesie, bo potrafi naśladować głosy innych ptaków, i że on — Henryk — jest jak sójka, bo też potrafi być kim trzeba, kiedy trzeba.
Irena pauzuje. Patrzy na kubek z herbatą, ale nie pije. Herbata jest gorąca — Irena zawsze dolewa sobie świeżej z termosu, bo zimna herbata to według niej „plucie w twarz Bogu i Kujawom,” co jest stwierdzeniem teologicznie dyskusyjnym, ale w tej świetlicy nikt nie dyskutuje z Ireną o teologii. Nikt nie dyskutuje z Ireną o niczym, bo Irena ma język jak brzytwa i pamięć jak baza danych — pamięta, kto co powiedział, kiedy, do kogo, w jakim tonie, i w razie potrzeby cytuje z precyzją magnetofonu. „Irena to jest nasz sąd ostateczny,” powiedziała kiedyś Halina, i Halina miała rację, choć sama by się do tego nie przyznała.
— Wzięliśmy ślub w osiemdziesiątym, w marcu. Wesele na sto osób, w remizie w Białych Błotach, bo nasza świetlica była za mała, a Henryk chciał dużo gości, bo Henryk lubił, jak jest dużo ludzi, bo wtedy mógł z każdym porozmawiać, i każdemu powiedzieć co innego, i każdemu pokazać inną twarz. Sójka. Pamiętacie — sójka naśladuje głosy. Henryk naśladował ludzi.
Małżeństwo Ireny i Henryka Szymańskich trwało dwadzieścia cztery lata — od osiemdziesiątego do dwa tysiące czwartego — i przez te dwadzieścia cztery lata Irena widziała męża średnio cztery godziny na dobę. Resztę czasu Henryk spędzał w lesie — ten las, ten sosnowy, ciemny, ciągnący się od Łochowa po Koronowo, las, który pachnie żywicą i grzybami i w którym cisza jest tak gęsta, że słychać, jak mrówka wchodzi na igłę sosnową.
— Henryk żył w lesie, baby. Nie mieszkał — żył. Wychodził o piątej rano, wracał po ciemku. Chodził po swoim obwodzie jak po własnym pokoju — znał każde drzewo, każdą polanę, każdy potok. Wiedział, gdzie lisa ma norę, gdzie sarna przechodzi o świcie, gdzie dzik się kąpie w błocie po deszczu. Wiedział, który dąb ma trzysta lat, a który dwieście. Wiedział, gdzie rosną pierwsze konwalie w maju i gdzie ostatnie grzyby w listopadzie. Wiedział wszystko o lesie. O mnie nie wiedział nic.
Irena mówi to bez goryczy — albo z goryczą tak starą, że stała się naturalna, jak kwaśność szczawiu, jak gorycz piołunu, jak smak czegoś, co się jada od lat i do czego podniebienie się przyzwyczaiło.
— Nie pytał, co robiłam cały dzień. Nie pytał, co gotowałam, choć jadł to, co gotowałam, i nie narzekał, bo Henryk nie narzekał na jedzenie — jadł wszystko, szybko, w skupieniu, jak zwierzę, które nie wie, kiedy będzie następny posiłek. Nie pytał, jak się czuję. Nie pytał, czy mnie coś boli. Nie pytał, czy mi smutno, czy mi wesoło, czy mi obojętnie. Bo Henrykowi było obojętne, jak mi jest. Byłam jak te meble, co stoją w pokoju — wiesz, że są, ale na nich nie siadasz, bo masz wygodniejsze miejsce. A jego wygodniejszym miejscem był las.
Danuta Krawczyk przy oknie kręci chusteczkę — szybciej, nerwowo — bo to, co mówi Irena, dotyka w niej czegoś, co nie ma nazwy. Ta samotność we dwoje, to bycie obok kogoś, kto jest daleko — Danuta to zna. Zna to z własnego małżeństwa, z tych wieczorów, gdy Ryszard siedział przy oknie i patrzył na kanał, a ona stała za nim i próbowała zobaczyć to, co on widzi, i nie mogła, bo jego okno było skierowane do wewnątrz, nie na zewnątrz.
— Dzieci nie mieliśmy — mówi Irena i to jest zdanie, które w Łochowie, jak w każdej wsi, niesie ze sobą cały ekosystem domysłów, szeptów i milczących wyroków. Kobieta bez dzieci na wsi jest jak drzewo bez owoców — stoi, rośnie, daje cień, ale ludzie na nie patrzą i kręcą głowami. „Pewnie nie może,” mówią. Albo: „Pewnie on nie może.” Albo — najciszej, bo to jest zdanie najgorsze: „Pewnie nie chcą.” Bo na Kujawach niechcenie dzieci jest grzechem cięższym niż niewiara, bo niewiara jest sprawą między tobą a Bogiem, ale niechcenie dzieci jest sprawą między tobą a wsią, a wieś jest bliżej niż Bóg i sądzi szybciej.
— Nie mogłam — mówi Irena, uprzedzając pytanie, którego nikt nie zadał, ale które wisiało w powietrzu jak dym z komina. — Nie mogłam i tyle. Henryk nie rozmawiał o tym. Nigdy. Nie poszedł do lekarza, nie poszedł ze mną do specjalisty, nie zrobił żadnego badania. Powiedział raz — raz jedyny, w osiemdziesiątym piątym, gdy mu wspomniałam o klinice w Bydgoszczy: „Irena, jak Pan Bóg dał las bez dziecka, to znaczy, że las wystarczy.” I tyle. I zamknął temat. I nigdy do niego nie wrócił.
Irena opowiada o życiu z Henrykiem tak, jak opowiada się o podróży pociągiem, w którym nie ma okien — jedziesz, jedziesz, ale nie wiesz, co jest za ścianą wagonu, bo nie widzisz. Widzisz tylko wnętrze — wąskie, ciasne, monotonne. I jedynym urozmaiceniem jest stukot kół, który ci mówi, że się ruszasz, choć nie wiesz dokąd.
— Henryk nie bił mnie. Nie poniżał mnie. Nie krzyczał na mnie. Nie robił żadnej z tych rzeczy, co to Genowefa opowiadała, i za to mu dziękuję, bo mogło być gorzej — wiem, że mogło, bo widziałam, jak jest gorzej, baby, wystarczy przez ścianę posłuchać. Henryk nie robił mi krzywdy. Henryk nie robił mi nic. I to „nic” — baby, posłuchajcie — to „nic” jest czasem gorsze niż krzywda. Bo krzywdę czujesz. Boli, krwawi, sinieje. Ale „nic” — „nic” jest jak powietrze. Oddychasz nim i nie zauważasz, że cię dusi, dopóki nie zemdlejesz.
Irena pije herbatę. Gorącą, świeżą, parującą.
— Byłam jak te meble, baby. Jak meble, co nikt na nich nie siada. Stałam w domu, gotowałam, prałam, sprzątałam, chodziłam do sklepu, wracałam. Rano wstawałam, wieczorem kładłam się. Henryk przychodził, jadł, zasypiał. Budzik dzwonił o czwartej trzydzieści. Henryk wstawał. Szedł do lasu. Ja zostawałam. Dzień po dniu. Rok po roku. Dwadzieścia lat po dwudziestu.
Genowefa Maciejewska odchrząkuje. Patrzy na Irenę i mówi — cicho, co jest rzadkością, bo Genowefa cicho mówi raz na dekadę:
— Irena, ale szukałaś se ratunku?
Irena patrzy na Genowefę. Uśmiecha się — tym swoim warstwowym uśmiechem.
— Szukałam, Genosiu. Szukałam.
Ratunek miał twarz szeroką, rumianą, z oczami jak dwa niebieskie guziki. Ale o tym później. Najpierw — grzyby.