E-book
23.63
drukowana A5
78.38
Górnicy

Bezpłatny fragment - Górnicy

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
219 str.
ISBN:
978-83-8455-058-8
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 78.38

PRZEDMOWA

Książka, którą trzymacie w rękach, to nie jest zwykły kryminał. To reportaż z frontu nowej wojny — wojny, która toczy się nie na polach bitew, ale w serwerowniach, na giełdach kryptowalut, w mrocznych zakamarkach internetu i w sercach ludzi gotowych poświęcić wszystko — włącznie z cudzym życiem — dla pieniędzy.

Gdy w 2009 roku nieznany programista pod pseudonimem Satoshi Nakamoto stworzył Bitcoin, obiecywał rewolucję. Miała to być waluta wolności — zdecentralizowana, niezależna od rządów i banków, dostępna dla każdego. Technologia blockchain miała demokratyzować finanse, dając władzę z powrotem w ręce zwykłych ludzi.

I w pewnym sensie tak się stało. Bitcoin dał możliwości milionom. Ale dał je też tym, którzy wykorzystali nową technologię do starych, okrutnych celów — chciwości, wyzysku, przemocy.

„Górnicy” to opowieść o tej ciemnej stronie rewolucji cyfrowej. To historia ludzi, którzy zobaczyli w kryptowalutach nie narzędzie wolności, ale narzędzie władzy. Ludzi, którzy zbudowali imperia oparte na kradzieży, oszustwie i morderstwie. I ludzi, którzy próbowali ich powstrzymać — często za cenę własnego życia, zdrowia i szczęścia.

Ta książka powstała na podstawie rzeczywistych wydarzeń. Przez ostatnie piętnaście lat, w Polsce i na całym świecie, farmy kryptowalutowe były miejscami niezliczonych przestępstw — od drobnych kradzieży energii elektrycznej, przez masowe oszustwa podatkowe, po handel ludźmi i morderstwa. Tysiące ludzi — głównie z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii — zostały zwabione obietnicą dobrze płatnej pracy, by znaleźć się w warunkach niewolnictwa. Setki zginęły — w pożarach, wypadkach, a czasem zostały zamordowane, gdy stały się „problemem”.

Organy ścigania na całym świecie walczyły z tym zjawiskiem. Czasem wygrywały. Częściej przegrywały, bo przestępcy byli o krok przed prawem, wykorzystując anonimowość kryptowalut, luki prawne i korupcję w systemie.

Postacie w tej książce są fikcyjne, ale ich cechy, motywacje i działania są uniwersalne. Karol Grdyka — bezwzględny przedsiębiorca, dla którego zysk jest ważniejszy od ludzkiego życia — to typ, który pojawia się w każdej epoce, w każdym kraju. Czy to baron narkotykowy, czy magnat technologiczny, mechanizm jest ten sam: wykorzystaj słabszych, zbuduj imperium, kup ochronę od systemu.

Renata Wrzeciąg — inteligentna, manipulacyjna, pozbawiona empatii — reprezentuje typ psychopaty funkcjonującego w społeczeństwie. Ludzi takich spotykamy codziennie — w korporacjach, w polityce, czasem w własnych rodzinach. Nie wszyscy mordują fizycznie, ale wszyscy niszczą emocjonalnie, wykorzystując i porzucając.

Michał Wrzeciąg — słaby, uległy, gotowy zrobić wszystko dla akceptacji silniejszych — to obraz większości z nas w sytuacjach ekstremalnych. Ile razy powiemy „nie”, gdy szef każe nam zrobić coś nieetycznego? Ile razy przeciwstawimy się złu, gdy oznacza to utratę pracy, pieniędzy, bezpieczeństwa?

Biskup Gaweł Trzepacz uosabia korupcję instytucji, które miały nas chronić — Kościoła, rządu, wymiaru sprawiedliwości. Pokazuje, jak łatwo ideały giną, gdy pojawiają się pieniądze. „Dla większego dobra” — ile zbrodni popełniono pod tym sztandarem?

A inspektor Kryspin Kiszka? On reprezentuje tych nielicznych, którzy się nie poddają. Którzy wierzą, że prawda i sprawiedliwość znaczą coś więcej niż wygoda i pieniądze. Którzy płacą osobistą cenę — rozpadłe małżeństwa, zniszczone zdrowie, samotność — ale walczą dalej. Bo ktoś musi.

Ta książka to także opowieść o ofiarach. O Oksanie, Irynie, Katerynie i wszystkich innych kobietach, których nazwisk często nie znamy. Przyjechały do Polski z nadzieją — na lepsze życie, na edukację dla dzieci, na leczenie dla rodziców. I zostały zdradzane, wykorzystane, zamordowane. Ich ciała wyrzucano do szybów jak śmieci. Ale ich historie zasługują na pamięć.

Dlaczego warto przeczytać tę książkę? Bo pokazuje mechanizmy, które działają dziś, w Polsce i na świecie. Pokazuje, jak nowe technologie — które miały nas wyzwolić — mogą nas zniewolić, gdy wpadną w niewłaściwe ręce. Pokazuje, że za każdym bitcoinem, za każdą transakcją blockchain, może kryć się ciemna historia — kradzież, oszustwo, przemoc.

Ale pokazuje też, że walka ma sens. Że czasem — nie zawsze, ale czasem — dobro wygrywa. Że istnieją ludzie, którzy nie sprzedadzą się za żadne pieniądze. I że prawda, choć często spóźniona, w końcu wychodzi na jaw.

„Górnicy” to książka potrzebna. W czasach, gdy kryptowaluty stają się mainstreamem, gdy rządy wprowadzają cyfrowe waluty, gdy blockchain ma rewolucjonizować wszystko — od finansów po służbę zdrowia — musimy pamiętać o ciemnej stronie. Musimy pamiętać o ludziach, którzy zginęli, budując tę rewolucję. I musimy walczyć, by ich śmierć nie poszła na marne.

To nie jest lekka lektura. To nie jest książka, którą przeczytacie na plaży, dla rozrywki. To jest przejażdżka przez piekło ludzkiej chciwości, przez najgorsze instynkty naszego gatunku. Ale to też jest opowieść o nadziei — że możemy być lepsi, że możemy walczyć, że możemy wygrać.

Zapraszam was w tę podróż. Ostrzegam — będzie ciężka. Ale obiecuję — będzie warta.

Bo prawda zawsze jest warta poznania.

Nawet gdy boli.


Autor

Warszawa, 2025

ROZDZIAŁ 1

PRĄD ZE ZŁOTEJ ŻYŁY

Konin, 15 marca 2005 roku. Temperatura minus trzy stopnie Celsjusza.

Inspektor Kryspin Kiszka zgasił silnik służbowej Škody Octavii i przez chwilę siedział nieruchomo, obserwując betonowy moloch po dawnym PGR-ze. Budynek wyglądał jak martwy — wybitę szyby, odrapane tynki, resztki czerwonej cegły wystawały jak otwarte rany. Idealnie pasował do krajobrazowego smutku Wielkopolski przemysłowej, gdzie po transformacji ustrojowej większość zakładów rozpadała się w malowniczych ruinach. Tylko że ten budynek żył. Kiszka to wyczuwał — dwadzieścia lat w policji nauczyło go rozpoznawać fałsz.

Z tylnego siedzenia samochodu wysiadł młody technik z zakładu energetycznego, Paweł Szczerba, niosąc w ręku miernik uniwersalny Fluke i laptop Dell z nalepką „Własność ENEA”. Chłopak miał może dwadzieścia pięć lat, świeżo po politechnice, i tak naprawdę nie miał pojęcia, w co się pakuje.

„Panie inspektorze, pan myśli, że to poważna sprawa?” zapytał Szczerba, otulając się ciaśniej obszarpaną kurtką firmową.

„Zobaczysz za chwilę” odpowiedział Kiszka, zapalając papierosa. „W zeszłym miesiącu wasza spółka zgłosiła anomalie w sektorze B-7. Spadki napięcia, przeciążenia linii wysokiego napięcia. A w tym budynku według dokumentów urzędu miasta nie ma żadnej zarejestrowanej działalności gospodarczej od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku.”

„To może ktoś po prostu mieszka nielegalnie? Bezdomni?”

Kiszka zaciągnął się głęboko i wypuścił dym przez nos. „Bezdomni nie pobierają trzydziestu megawatów miesięcznie, kolego.”

Liczba wyraźnie zrobiła wrażenie na Szczerbie. Nawet niewprawione oko potrafiło przeliczyć to na setki tysięcy złotych rocznie — energii pobieranej nielegalnie, omijając jakiekolwiek liczniki, jakiekolwiek rachunki.

Ruszyli w stronę budynku. Śnieg sprzed tygodnia zalegał jeszcze w kałużach przy wejściu, pokryty czarną breją miejskiego brudu. Kiszka zauważył świeże ślady opon — jakiś cięższy samochód, może dostawczak, parkował tu niedawno. Główne drzwi były zabite deskami, ale boczne wejście, prowadzące do starego magazynu pasz, było uchylone.

„Zostań za mną” polecił Kiszka, instynktownie sprawdzając, czy ma przy sobie pałkę teleskopową.

W środku było znacznie cieplej niż na zewnątrz. To pierwszy sygnał ostrzegawczy. Budynki opuszczone od dziesięciu lat nie generują ciepła. Kiszka włączył latarkę. Korytarz prowadził w głąb budynku, ściany pokryte były graffiti sprzed lat, ale podłoga była czysta — ktoś tu regularnie sprzątał. Z głębi dobiegał dziwny, jednostajny szum, jak brzęczenie gigantycznego ula.

„Słyszysz to?” szepnął Szczerba.

„Idź sprawdź transformator w piwnicy” rozkazał Kiszka. „Znajdź punkt podłączenia. Ja sprawdzę, co tu się dzieje.”

Technik skinął głową i skręcił w lewo, gdzie schody prowadziły w dół. Kiszka ruszył prosto, w stronę narastającego hałasu. Minął dwie sale — puste, wypalone meble biurowe zalegały w kącie. Trzecie pomieszczenie miało zamknięte drzwi — metalowe, nowe, zupełnie nie pasujące do reszty budynku. Przy framudze widniał nowoczesny zamek szyfrowy.

Inspektor przystanął. Złożył rękę w pięść i zapukał głośno.

„Policja! Otwierać!”

Szum ucichł niemal natychmiast. Po chwili Kiszka usłyszał kroki — ciężkie, męskie. Zamek kliknął i drzwi uchyliły się na dziesięć centymetrów. W szczelinie ukazała się twarz mężczyzny po czterdziestce — ogorzała, poorana zmarszczkami, z gęstą czarną brodą i podejrzliwymi oczami.

„Czego?” warknął mężczyzna.

„Inspektor Kryspin Kiszka, Komenda Powiatowa Policji w Koninie. Proszę otworzyć drzwi i okazać dokumenty. Prowadzę kontrolę w związku z nielegalnym poborem energii elektrycznej.”

Mężczyzna przez moment mierzył go wzrokiem, jakby kalkulował opcje. Potem westchnął, cofnął się i otworzył drzwi szerzej.

To, co Kiszka zobaczył, na zawsze zmieniło bieg jego kariery.

Hala była ogromna — pewnie cztery sta metrów kwadratowych, wysoka na jakieś pięć metrów. Pod sufitem ciągnęły się prowizoryczne instalacje wentylacyjne, rury z pcv wyglądały jak mechaniczne jelita. A na całej powierzchni, ustawione w idealnych rzędach na metalowych regałach, stały komputery. Setki komputerów. To nie były normalne pecety biurowe — każda jednostka składała się z otwartej obudowy, w której płonęły niebieskie i czerwone diody. Kolorowe kable oplątały wnętrza jak pnącza technologicznej dżungli. Wentylatory obracały się z oszałamiającą prędkością, generując ten pulsujący szum, który słyszał wcześniej.

„Jezus Maria” wymamrotał Kiszka.

„To legalna działalność” powiedział mężczyzna, ale w jego głosie zabrzmiała niepewność.

„Legalna? Nie ma pan zarejestrowanej działalności gospodarczej w tym budynku. Nie ma pan pozwolenia użytkowania. Z tego co widzę, nie ma pan też jakiegokolwiek licznika energii.”

Inspektor podszedł bliżej do najbliższego regału. Na monitorze wyświetlały się niezrozumiałe ciągi cyfr i liter, migające w regularnych odstępach. W górnej części ekranu widniał napis: „MiningPool — SHA-256 — Hashrate: 1.34 TH/s”.

„Co to w ogóle jest?” zapytał Kiszka.

Mężczyzna spojrzał na niego z mieszaniną pogardy i rezygnacji. „Kopalnia bitcoina. Wydobywamy kryptowaluty.”

„Krypto… co?”

„Cyfrowe pieniądze. Bitcoin. Słyszał pan o Internecie, panie inspektorze?”

Kiszka zignorował sarkazm. W dwa tysiące piątym roku Bitcoin był jeszcze dzieckiem — większość społeczeństwa nie słyszała o kryptowalutach, blockchain był pojęciem znanym garstce informatyków i libertarian z forów internetowych. Ale Kiszka miał dobre rozeznanie — jeśli ktoś budował taką infrastrukturę w opuszczonym budynku, nielegalnie podłączając się do sieci energetycznej, to nie było to hobby.

„Jak się pan nazywa?”

„Wrzeciąg. Michał Wrzeciąg.”

„Proszę okazać dowód osobisty.”

Wrzeciąg sięgnął do kieszeni i wyjął zniszczony portfel. Jego dowód potwierdzał tożsamość — urodzony w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku w Bełchatowie. W rubryce zawód widniał wpis: górnik.

„Górnik?” Kiszka uniósł brew.

„Byłem. W Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów, odkrywka pole Szczerców. Dwadzieścia lat pod ziemią, a potem, jak zaczęli redukować załogę, wyrzucili mnie na bruk. Odprawa śmieszna, emerytura jeszcze daleko. Musiałem coś wymyślić.”

„I wymyślił pan kradzież energii na masową skalę?”

Wrzeciąg zacisnął szczękę. „To nie kradzież. To konieczność. System zostawił nas bez niczego. Całe życie dałem tej kopalni, zniszczone płuca, zdrowie do dupy, a oni dali mi wypowiedzenie i kopę w tyłek. Więc znalazłem nową kopalnię. Cyfrową.”

W tym momencie do środka wpadł zdyszany Szczerba. „Panie inspektorze! Oni… oni się podłączyli bezpośrednio do linii dwudziestu kilowoltów! To jest absolutnie nielegalne i śmiertelnie niebezpieczne! Transformator poniżej budynku jest nielegalny, zamontowany prawdopodobnie w zeszłym roku, nie ma żadnych zabezpieczeń! To cud, że cały budynek jeszcze nie wybuchł!”

Kiszka odwrócił się do Wrzeciąga. „Ma pan świadomość, że grozi panu do pięciu lat więzienia za sabotaż energetyczny i nielegalne podłączenie do sieci?”

„Mam.” Wrzeciąg skrzyżował ręce na piersi. „Ale my tu nie jesteśmy sami. To nie jest moja operacja. Ja tylko… zarządzam halą.”

„To czyja?”

Cisza. Wrzeciąg spojrzał na drzwi w głębi hali — te same metalowe, te same nowoczesne. Kiszka instynktownie poczuł, że to klucz do sprawy.

„Co jest za tymi drzwiami?”

„Magazyn sprzętu. Części zamienne.”

„Otworzyć.”

„Nie mam kluczy. To sektor zamknięty.”

Kiszka podszedł do drzwi i spróbował klamki. Zamknięte. Przyłożył ucho do metalu — z drugiej strony dobiegał inny odgłos, niższy, jak warkot generatora diesel.

„Ostatni raz pytam: kto za tym stoi? Kto finansuje tę operację?”

Wrzeciąg odchrząknął, jakby chciał coś powiedzieć, ale wtedy zabrzęczał jego telefon komórkowy — stara Nokia 3310. Spojrzał na wyświetlacz i zbladł.

„Muszę odebrać.”

„Nie ma mowy. To przesłuchanie.”

„To ważne.”

„Powiedziałem nie.”

Wrzeciąg jednak odebrał. „Słucham?” Jego twarz stężała. „Tak, są tutaj. Policja i gość z energetyki.” Słuchał przez chwilę. „Rozumiem. Tak jest.” Rozłączył się i spojrzał na Kiszkę z czymś na kształt ulgi. „Przyjdzie pan Grdyka. Za dwadzieścia minut. On wszystko panu wyjaśni.”

„Kto to jest Grdyka?”

„Dyrektor. Dyrektor Dyrekcji Polskich Kopalni.”

Nazwa brzmiała oficjalnie, może nawet państwowo. Kiszka znał większość firm energetycznych i górniczych w regionie — nigdy nie słyszał o takiej instytucji.

„Nigdy o nich nie słyszałem.”

„Bo to nowa firma. Założona w dwa tysiące trzecim. Zajmujemy się… alternatywnymi metodami wydobycia.”

„Wydobycia czego?”

„Wartości.” Wrzeciąg uśmiechnął się po raz pierwszy, ale to nie był miły uśmiech. „Cyfrowej wartości.”

Kiszka rozejrzał się ponownie po hali. Teraz, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do migoczących świateł, dostrzegł więcej szczegółów. W rogu pomieszczenia stały pudła po kartach graficznych — widniały na nich loga NVIDIA i ATI. Obok leżały puste opakowania po zasilaczach — każdy po osiemset watów. Szybkie mnożenie: jeśli każda jednostka pobiera jakieś czterysta watów, a jest ich… policzył rzędy… jakieś dwieście pięćdziesiąt, to daje sto kilowatów ciągłego poboru mocy. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez trzydzieści dni w miesiącu.

„Ile pan zarabia miesięcznie na tym?” zapytał wprost.

Wrzeciąg wzruszył ramionami. „Ja? Ja dostaję tysiąc pięćset złotych za nadzór. Reszta idzie do góry.”

„Do Grdyki?”

„I innych.”

„Jakich innych?”

Zanim Wrzeciąg zdążył odpowiedzieć, rozległ się dźwięk silnika na zewnątrz. Potężny, chromatyczny ryk diesel, który nie pasował do okolicznej nędzy. Kiszka podszedł do okna — przez brudną szybę zobaczył czarnego mercedesa klasy S, świeżo umytego, lśniącego w bladym marcowym słońcu. Z auta wysiadł mężczyzna w długim wełnianym płaszczu, może pięćdziesięcioletni, z przyczesanymi siwymi włosami i oprawkami okularów za pewnie półtora tysiąca złotych. Wyglądał jak dyrektor banku, nie jak właściciel nielegalnej kopalni kryptowalut.

„Pan Grdyka” szepnął Wrzeciąg z mieszaniną strachu i podziwu.

Karol Grdyka wszedł do hali jak do własnego gabinetu — pewny siebie, wyprostowany, z ledwie zauważalnym uśmiechem. Jego buty — włoskie, pewnie Prada — stuknęły o betonową podłogę. Wyciągnął rękę do Kiszki.

„Inspektor Kiszka, jak rozumiem? Karol Grdyka, prezes Dyrekcji Polskich Kopalni. Bardzo mi miło.”

Kiszka ścisnął dłoń — mocny, profesjonalny uścisk. „Nie bardzo rozumiem, panie Grdyka, czym się pan zajmuje, ale to, co widzę tutaj, to ewidentne łamanie prawa. Nielegalne podłączenie do sieci energetycznej, brak rejestracji działalności, prawdopodobnie uchylanie się od podatków…”

„Inspektor, inspektor.” Grdyka podniósł uspokajającą dłoń. „Rozumiem pana zaniepokojenie. Ale zapewniam, że wszystko, co tutaj pan widzi, jest legalne. Może nie do końca… formalnie uregulowane, to prawda. Jesteśmy w trakcie składania dokumentów rejestracyjnych. Wie pan, jak to jest w polskiej administracji — wszystko trwa. Biurokracja.”

„Kradzież energii wartości kilkuset tysięcy złotych rocznie to nie biurokracja, to przestępstwo.”

„Kradzież?” Grdyka uśmiechnął się szeroko. „Ależ panie inspektorze, my nie kradniemy. My… wypożyczamy. Tymczasowo. Jeszcze w tym miesiącu podpiszemy umowę z ENEA na dostawę energii przemysłowej. Wszystko zgodnie z prawem. Prawda, Paweł?”

Grdyka spojrzał na młodego technika, który aż się skulił pod tym wzrokiem.

„Ja… ja nie jestem upoważniony do…” zaczął Szczerba.

„Oczywiście, że nie jesteś. Ale twój szef, pan Witold Kowal, jest. I już rozmawialiśmy. Wszystko jest w trakcie finalizacji.”

Kiszka poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Znał Witolda Kowala — kierownika działu dystrybucji w ENEA region Konin. Jeśli Grdyka naprawdę miał z nim kontakty, sprawa robiła się polityczna.

„Nawet jeśli tak, to obecna działalność jest nielegalna. Będę musiał sporządzić protokół.”

„Oczywiście, proszę bardzo. Sporządź pan protokół. My wszystko wyjaśnimy w odpowiednich instancjach.” Grdyka sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął wizytówkę. „To mój numer bezpośredni. Gdyby miał pan jakiekolwiek pytania, proszę dzwonić. Zawsze chętnie współpracuję z organami ścigania. Jesteśmy przecież po tej samej stronie — porządku i prawa.”

Sposób, w jaki Grdyka to powiedział, sprawił, że Kiszkę przeszły ciarki. Nie było w tym słowach ani grama szczerości — tylko chłodna kalkulacja.

„Mam jeszcze jedno pytanie” powiedział inspektor. „Co jest za tamtymi drzwiami?”

Grdyka nawet nie spojrzał we wskazanym kierunku. „Magazyn sprzętu. Części zamienne, zapasy kart graficznych, materiały eksploatacyjne. Nic interesującego.”

„Chciałbym zobaczyć.”

„Obawiam się, że to niemożliwe. To pomieszczenie jest objęte tajemnicą handlową. Bez nakazu sądowego nie mogę panu udostępnić dostępu.”

„Tajemnica handlowa? W nielegalnej kopalni?”

„W legalnym przedsiębiorstwie technologicznym, które tymczasowo zmaga się z niedociągnięciami formalnymi” poprawił Grdyka, a w jego głosie pojawiła się stal. „Inspektor Kiszka, pan robi swoją robotę, ja to szanuję. Ale proszę nie utrudniać mi prowadzenia mojej. To jest przyszłość — kryptowaluty, blockchain, zdecentralizowane finansowanie. Polska może być w tym liderem albo może przespać rewolucję, jak przespała tyle innych. Ja oferuję miejsca pracy, rozwój technologiczny, zyski, które zostaną w kraju. Pan oferuje protokoły i zamykanie firm.”

„Oferuję praworządność.”

„Prawo jest narzędziem, nie celem” odparł Grdyka. „A narzędzia trzeba umieć używać z głową.”

To była groźba. Delikatna, opakowana w elokwencję, ale groźba. Kiszka miał dosyć doświadczenia, by to rozpoznać.

„Sporządzę protokół” powtórzył. „I złożę zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.”

„Proszę bardzo. Moi prawnicy się tym zajmą.”

Grdyka skinął głową Wrzeciągowi i ruszył w stronę wyjścia. Przy drzwiach zatrzymał się i odwrócił.

„Aha, inspektor. Wie pan, kto jest patronem naszej działalności?”

„Słucham?”

„Biskup Gaweł Trzepacz. Kuźnia Gniewkowska. Bardzo szanowany duchowny, przyjaciel obecnego wojewody. To on błogosławił naszą pierwszą halę w Bełchatowie. Powiedział wtedy coś pięknego, z Księgi Przysłów: „Leniwy pragnie, a nic nie ma, ale dusza pracowitych będzie nasycona”. Proverbia, trzynaście, cztery. My tu jesteśmy pracowici, panie inspektorze. Bardzo pracowici.”

I wyszedł.

Kiszka stał przez moment w milczeniu. Szczerba wyglądał, jakby miał się rozpłakać.

„Co teraz?” zapytał technik.

„Teraz sporządzamy protokół. Fotografujemy wszystko. I sprawdzamy te drzwi.”

„Ale pan Grdyka powiedział…”

„Gówno mnie obchodzi, co powiedział Grdyka.”

Kiszka podszedł do zamkniętych drzwi w głębi hali. Przyłożył do nich rękę — metal był ciepły, wręcz gorący. Z drugiej strony wyraźnie dobiegał odgłos maszyn.

„Wrzeciąg, ostatni raz: co tam jest?”

Były górnik siedział na krześle przy jednym z komputerów, palił papierosa i wyglądał na zrezygnowanego. „Ja panu nie powiem. Nie jestem samobójcą.”

„To ja powiem” odezwał się nagle kobiecy głos.

Kiszka odwrócił się błyskawicznie. W drzwiach wejściowych stała kobieta — może trzydziestoletnia, ubrana w obcisłe jeansy i skórzaną kurtkę, długie czarne włosy rozpuszczone na ramionach. Była atrakcyjna w taki sposób, który krzyczał „problem”. Uśmiechała się prowokacyjnie.

„Renata Wrzeciąg” przedstawiła się. „Żona Michała. A za tymi drzwiami, panie inspektorze, jest to, czego naprawdę nie powinien pan zobaczyć.”

„Renata, kurwa, zamknij się!” ryknął Wrzeciąg, zrywając się z krzesła.

„Albo co? Znowu mnie uderzysz? Przy policji?” Kobieta zaśmiała się. Podeszła do Kiszki, stanęła nieprzyzwoicie blisko. „Wie pan, co tam jest? Serwery. Ale nie do kopania kryptowalut. Do prania pieniędzy. Grdyka prowadzi giełdę — wymienia brudną gotówkę na bitcoiny dla… dajmy na to, różnych przedsiębiorczych ludzi. Narkotyki, prostytucja, przemyt. Wszystko ląduje w blockchain. Czyste, nieśledzone.”

„Renata, zamknij mordę!” Wrzeciąg ruszył w jej stronę, ale Kiszka zastąpił mu drogę.

„Pańska żona składa zeznanie. Niech pan nie przeszkadza.”

Renata położyła dłoń na ramieniu inspektora — zbyt poufale, zbyt długo. „Mogę panu pokazać więcej, inspektorze. Dużo więcej. Ale pod warunkiem.”

„Jakim?”

„Że mnie pan ochroni. Grdyka to potwór. Ma ludzi wszędzie — w urzędach, w prokuraturze, w kościele. Ja chcę wyjść z tego gówna. A pan wygląda mi na uczciwego człowieka.”

Kiszka odsunął jej rękę. „Jeśli ma pani informacje, proszę złożyć zeznania na komisariacie.”

„Na komisariacie będę martwa przed świtem.” Renata pochyliła się i szepnęła mu do ucha: „W tym budynku zniknęły trzy kobiety w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy. Pracownice z Ukrainy. Nikt ich nie szuka, bo oficjalnie ich tu nie było. Nie było umów, nie było dokumentów. Ale ja je znałam. I wiem, gdzie są.”

Kiszka poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. „Gdzie?”

„W starym szybie. Koło Bełchatowa. Tam, gdzie Grdyka ma główną halę. W szybie nieczynnej kopalni.”

„Skąd pani wie?”

„Bo widziałam, jak jedną z nich zabierali. Myśleli, że śpię w samochodzie. Ale nie spałam. Widziałam.”

„Kto zabierał?”

Renata spojrzała na męża. „On. I inni. Z rozkazu Grdyki.”

Wrzeciąg zrobił się biały jak ściana. „Ona kłamie! To chora suka, mydli ludziom oczy, żeby…”

„Żebym co, Michaś? Żebym cię nie wsypała? Za późno.”

Kiszka wyciągnął kajdanki. „Michał Wrzeciąg, zatrzymuję pana pod zarzutem nielegalnego poboru energii. Ma pan prawo do…”

„Nie, nie, nie!” Wrzeciąg cofnął się. „To nie tak! Ja tylko wykonywałem rozkazy! To Grdyka! On wszystkim kieruje! Ja tylko…”

„Będzie pan miał okazję to wyjaśnić.”

W tym momencie rozległ się huk. Metalowe drzwi w głębi hali otworzyły się z impetem i wyszło z nich dwóch mężczyzn w czarnych kombinezonach — ochrona, prawdopodobnie nielegalnie uzbrojona. Kiszka instynktownie sięgnął do pałki.

„Wszyscy zostają na miejscu!” krzyknął.

Jeden z ochroniarzy — łysy, z blizną przez pół twarzy — uśmiechnął się. „Inspektor Kiszka, prawda? Pan Grdyka kazał przekazać, że zaproszenie do zwiedzania pomieszczenia wycofane. I że bardzo dziękuje za wizytę. Możecie państwo już iść.”

„To ja decyduję, kiedy mogę iść.”

„Nie, to my decydujemy.”

Łysy otworzył marynarkę na tyle, by Kiszka zobaczył pistolet w kabura — prawdopodobnie Glock dziewiętnastka. Nielegalna broń, ciężkie przestępstwo. Ale też wyraźna deklaracja siły.

Kiszka szybko ocenił sytuację. Był sam, z młodym technikiem, który wyglądał, jakby miał zasłabnąć. Dwóch ochroniarzy, prawdopodobnie uzbrojonych. Wrzeciąg nieprzewidywalny. Renata — niewiadoma. Jeśli to eskaluje, ktoś może zginąć.

„Dobrze” powiedział wolno. „Wychodzę. Ale wrócę. Z nakazem. I z oddziałem prewencji.”

„Proszę bardzo. Czekamy.”

Kiszka złapał Szczerbę za ramię i wyprowadził go z hali. Renata ruszyła za nimi.

„Zabierze mnie pan?” zapytała.

„Nie.”

„Ale ja chcę zeznawać!”

„Przyjdzie pani jutro na komisariat. O dziesiątej. I przyniesie dowody.”

„On mnie zabije!”

„To nie mój problem. Jeszcze.”

Wsiadł do samochodu i odjechał, patrząc we wsteczne lusterko. Renata stała na środku drogi, patrząc za nim. Wrzeciąg szarpał się z ochroniarzami. Cały budynek pulsował niebieskim światłem migoczących serwerów.

„Panie inspektorze” odezwał się Szczerba drżącym głosem. „Co to było?”

„To, kolego, była góra lodowa” odparł Kiszka, zapalając kolejnego papierosa. „I my właśnie zobaczyliśmy tylko jej czubek.”

Nie wiedział jeszcze wtedy, jak bardzo się mylił. To, co zobaczył w tej hali, było zaledwie przedsionkiem piekła. Prawdziwa kopalnia — kopalnia zwłok, zbrodni i zepsucia — czekała gdzieś w głębi. W starym szybie. Pod ziemią, gdzie słońce nigdy nie sięga, a krzyk nie dociera na powierzchnię.

Wrócił na komisariat o osiemnastej. Sporządził protokół, złożył zawiadomienie do prokuratury. I zadzwonił do kolegi z wydziału kryminalnego w Łodzi.

„Marian, sprawdź mi coś. Karol Grdyka, Dyrekcja Polskich Kopalni. Potrzebuję wszystkiego — KRS, konta bankowe, powiązania, skazania. Wszystko.”

„To pilne?”

„Bardzo.”

Odpowiedź przyszła po trzech godzinach. Krótka, treściwa i przerażająca:

„Kryśko, uważaj. Ten facet ma plecy aż do Warszawy. I ciała w szafie. Dużo ciał.”

Kiszka odłożył słuchawkę i wyjrzał przez okno. Konin rozświetlał się nocnymi lampami. Gdzieś tam, w opuszczonych budynkach, w starych kopalniach, w ciemnych halach, trwało wydobycie. Nie węgla. Nie złota.

Zła.

I on właśnie wszedł w sam środek tego wnętrza.

ROZDZIAŁ 2

KSIĘGOWOŚĆ W BITCOINACH

Bełchatów, 12 kwietnia 2007 roku. Temperatura dwadzieścia jeden stopni Celsjusza.

Joanna Malik miała trzydzieści dwa lata, tytuł magistra ekonomii ze specjalizacją w rachunkowości kryminalnej i absolutnie żadnych złudzeń co do natury ludzkiej. Dziesięć lat w Urzędzie Skarbowym w Bełchatowie nauczyło ją, że każdy kłamie w zeznaniach podatkowych — różnica jest tylko w skali. Małe kłamstwa — zaniżone przychody o kilkaset złotych, fikcyjne faktury za paliwo — były codziennością. Ale to, na co patrzyła teraz na ekranie swojego komputera Dell, przekraczało wszelkie dotychczasowe doświadczenia.

Siedemnaście osób fizycznych. Wszyscy byli górnicy Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów, zwolnieni w latach dwa tysiące trzeci do dwa tysiące pięć. Wszyscy mieszkający w promieniu dwudziestu kilometrów od miasta. I wszyscy — absolutnie wszyscy — deklarujący zerowe dochody przez ostatnie dwa lata.

Zero złotych przychodu.

A jednocześnie — i tu zaczynało się prawdziwe szaleństwo — każdy z nich w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy kupił samochód. Nie jakiś stary grat, ale nowiutkie BMW, Audi, mercedesy. Gotówką. Bez kredytów, bez leasingów. Joanna sprawdziła rejestr CEPiK — łączna wartość zakupionych pojazdów przekraczała dwa miliony złotych.

Ludzie bez dochodów kupują mercedesy za gotówkę. Matematyka się nie zgadzała. A Joanna Malik była kobietą, dla której matematyka była religią.

Zapukała do drzwi gabinetu swojego szefa, Tadeusza Wolskiego, naczelnika Urzędu Skarbowego w Bełchatowie. Wolski miał pięćdziesiąt osiem lat, pięć lat do emerytury i dokładnie zero zapału do komplikowania sobie życia.

„Joasiu, co tam?” mruknął, nie odrywając wzroku od krzyżówki w „Przeglądzie Sportowym”.

„Mamy problem, panie naczelniku. Grupa siedemnastu osób z podejrzeniem zorganizowanego oszustwa podatkowego. Deklarują zero dochodów, a żyją jak arabscy szejkowie.”

Wolski westchnął i odłożył gazetę. „Joasiu, kochana. Ty jesteś młoda, ambitna, masz wizję. Ja szanuję to. Ale tych ludzi…” spojrzał na wydruk, który położyła przed nim, „…ja znam. To byli górnicy. Kopalni Bełchatów. Ciężko pracujący ludzie.”

„Którzy teraz nie pracują wcale. I mają fortuny.”

„Może mają oszczędności? Odprawy?”

„Odprawy dawno wydane. Sprawdzałam. A ich konta bankowe wyglądają jak szwajcarskie numery — miliony obrotów, ale wszystko gotówką. Wpłaty, wypłaty, żadnych przelewów, żadnych śladów.”

Wolski potarł czoło. „I co ty chcesz zrobić?”

„Kontrolę kompleksową. Wszystkich siedemnastu. Jednocześnie. Przesłuchania, konfrontacja z dokumentami, dostęp do kont bankowych. Standardowa procedura przy podejrzeniu prania pieniędzy.”

„Prania pieniędzy?” Wolski aż się wzdrygnął. „Joasiu, to są poważne oskarżenia. Do tego potrzebujemy zgody prokuratury, współpracy z policją…”

„Mam kontakt z inspektorem Kiszką z Konina. On prowadzi śledztwo związane z nielegalnymi farmami kryptowalutowymi. Te same osoby pojawiają się w jego dokumentach.”

To było kłamstwo — Joanna nigdy nie rozmawiała z Kiszką. Ale słyszała o nim. W środowisku urzędników krążyły plotki o inspektorze, który wdał się w wojnę z Karolem Grdyką i jego imperium. Wojnę, którą prawdopodobnie przegrywał, ale przynajmniej walczył.

„Kryptowaluty?” Wolski wyglądał, jakby usłyszał słowo w obcym języku. „Co to w ogóle jest?”

„Cyfrowe pieniądze, panie naczelniku. Bitcoin, Ethereum. Generowane przez komputery w procesie zwanym kopaniem. Mining. Stąd nazwa — górnicy. Tylko że ci kopią nie węgiel, ale kod.”

„To legalne?”

„Samo kopanie — tak. Ale handel nimi, inwestowanie, wydobycie jako działalność gospodarcza — to wszystko podlega opodatkowaniu. A oni nic nie deklarują. Oficjalnie nie istnieją w systemie podatkowym. Ale jeżdżą mercedesami.”

Wolski westchnął ciężko. „Dobra. Daj mi tydzień. Sprawdzę to z góry. Może prokuratura się zainteresuje.”

Joanna wiedziała, co oznacza „sprawdzę z góry”. Oznaczało to telefony, konsultacje, polityczne manewry. I ostatecznie — umorzenie sprawy. Ale skinęła głową i wyszła.

Postanowiła działać na własną rękę.


Tego samego wieczoru Joanna siedziała w swoim mieszkaniu na trzecim piętrze bloku przy ulicy Energetyków, przeglądając dokumenty. Rozłożyła przed sobą mapy — fizyczną mapę Bełchatowa i okolic oraz mapę powiązań. Na kartce A3 narysowała schemat: w centrum — Karol Grdyka. Wokół niego — siedemnaście nazwisk byłych górników. Linie łączyły ich z różnymi firmami — wszystkie zarejestrowane w latach dwa tysiące pięć do dwa tysiące siedem, wszystkie o nieklarownym profilu działalności.

„Dyrekcja Polskich Kopalni Sp. z o.o.” — spółka matka. Prezes: Karol Grdyka. Siedziba: Konin, ale filie w Bełchatowie, Turku, Kole. Przedmiot działalności: „przetwarzanie danych, usługi informatyczne, działalność consultingowa”. Kapitał zakładowy: pięćdziesiąt tysięcy złotych. Przychody w dwa tysiące szóstym roku: zero złotych.

Zero złotych przychodu w firmie, która kupiła w tym samym roku sprzęt komputerowy za milion dwieście tysięcy złotych.

Joanna zakreśliła to czerwonym flamastrem.

Kolejna firma: „BitKopalnia Technologie Sp. z o.o.” Prezes: Michał Wrzeciąg. Ten sam Wrzeciąg, który pojawiał się w raportach policji z Konina. Przedmiot działalności: „wydobycie surowców naturalnych”. Żaden urząd nie zakwestionował, że firma zajmująca się kopaniem bitcoinów zadeklarowała profil górniczy. To było albo genialne, albo bezczelne. Pewnie jedno i drugie.

Trzecia firma: „Blockchain Holdings S.A.” Prezes: Renata Wrzeciąg, żona Michała. Przedmiot działalności: „działalność holdingowa”. Kapitał zakładowy: sto tysięcy złotych. Akcjonariusze: cztery osoby fizyczne — wszystkie były górnice z KWB Bełchatów.

Wzorzec był czytelny. Grdyka budował imperium firm-krzaków, wszystkie powiązane, wszystkie z minimalnymi kapitałami, wszystkie deklarujące śmieszne przychody. A jednocześnie te firmy kupowały sprzęt za miliony, płaciły w gotówce, obsługiwały obroty wartości dziesiątek milionów złotych rocznie.

Gdzieś te pieniądze były. I Joanna zamierzała je znaleźć.


Następnego dnia rano, nie czekając na zgodę Wolskiego, Joanna pojechała do banku — PKO BP oddział Bełchatów. Jako urzędnik skarbowy miała prawo do wglądu w niektóre dokumenty bankowe w ramach kontroli. Potrzebowała tylko formalnej zgody kierownika oddziału.

Kierownik, Bogdan Kwiatkowski, był starym wyjadaczem — pracował w bankowości od czasów PRL-u, przetrwał transformację, prywatyzację, fuzje. Wiedział, jak grać.

„Pani Joanno” powiedział z uśmiechem, który nie sięgał oczu, „zawsze miło panią widzieć. Ale tym razem obawiam się, że nie mogę pomóc.”

„Dlaczego?”

„Bo pan Grdyka jest klientem strategicznym banku. VIP-em. I wszelkie zapytania dotyczące jego kont lub kont firm powiązanych muszą przejść przez centralę w Warszawie. Taka procedura.”

„Od kiedy?”

„Od zeszłego miesiąca. Dostaliśmy pismo okólne.”

„Mogę je zobaczyć?”

„Obawiam się, że to dokument wewnętrzny.”

Joanna nachyliła się przez biurko. „Panie Bogdanie, z całym szacunkiem, ale pan wie, że to śmierdzi. Pan wie, że Grdyka robi coś nielegalnego. I pan go przykrywa.”

Kwiatkowski stracił uśmiech. „Pani Joanno, ja mam czterdzieści lat stażu i pięć lat do emerytury. Nie zamierzam tego ryzykować dla…” urwał.

„Dla czego? Dla praworządności?”

„Dla iluzji praworządności” dokończył. „Wie pani, co mi powiedział dyrektor regionalny, gdy pytałem o to pismo? Powiedział: Grdyka ma przyjaciół na górze. Tak wysoko, że my ich nawet nie widzimy. Więc, pani Joanno, ja pani radzę — niech pani odpuści. Dla własnego dobra.”

Joanna wstała. „Dziękuję za szczerość.”

Wychodząc z banku, poczuła, jak narasta w niej wściekłość. Nie złość — wściekłość. Ta czysta, gorąca emocja, która albo paraliżuje, albo mobilizuje. Joanna należała do drugiej kategorii.

Postanowiła zrobić coś głupiego.


Wieczorem pojechała do Turku, miasteczka dwadzieścia kilometrów od Bełchatowa. Według dokumentów, które znalazła, Grdyka miał tam jedną z hal produkcyjnych — oficjalnie „centrum przetwarzania danych”. Adres: ulica Łąkowa dwanaście, stary budynek po zakładach produkujących części do maszyn rolniczych.

Budynek wyglądał opuszczony — wybite szyby, rdzewiejące bramy, zarośnięty dziedziniec. Ale Joanna zauważyła coś, co przeciętny obserwator by pominął: kable. Grube, przemysłowe kable elektryczne, ciągnące się od transformatora na słupie wprost do budynku. Nowe, świeżo położone.

Zaparkowała pół kilometra dalej i wróciła pieszo. Było już prawie dwadzieścia druga, zmierzch. Przeszła przez dziurę w ogrodzeniu. Podeszła do okna na parterze — zakratowanego, ale z szybą na tyle brudną, że można było zajrzeć do środka.

To, co zobaczyła, zapierało dech.

Hala była gigantyczna — może tysiąc metrów kwadratowych. I każdy centymetr był wypełniony sprzętem. Rzędy regałów metalowych, na nich setki, może tysiące otwartych obudów komputerowych. Migoczące niebieskie i zielone diody rozświetlały wnętrze jak choinka. Wentylatory obracały się z wściekłą prędkością, generując szum, który Joanna słyszała nawet przez szybę.

I ludzie. Było tam przynajmniej dziesięciu pracowników — w kombinezonach, w słuchawkach ochronnych, przemieszczających się między regałami. Wymieniali karty graficzne, sprawdzali połączenia, notowali coś w tabletach.

To była fabryka. Fabryka pieniędzy.

Joanna wyciągnęła telefon — stary Sony Ericsson z aparatem dwumegapikselowym — i zrobiła kilka zdjęć przez szybę. Jakość była kiepska, ale wystarczająca jako dowód.

„Co pani tu robi?”

Głos za jej plecami sprawił, że o mało nie upuściła telefonu. Odwróciła się błyskawicznie. Stał tam mężczyzna — wysoki, może po czterdziestce, w eleganckiej marynarce, z kołnierzem duchownym.

Ksiądz.

„Ja… przepraszam, zgubiłam się” wydukała Joanna.

Mężczyzna uśmiechnął się łagodnie. Zbyt łagodnie. „Nikt się tu nie gubi przypadkiem, dziecko. To prywatny teren. Ale skoro już tu pani jest, może zechce pani wejść do środka? Na herbatę?”

„Nie, dziękuję, właśnie wychodziłam…”

„Ależ nalegam.” Ksiądz złapał ją za ramię — mocno, zdecydowanie. „Jestem biskup Gaweł Trzepacz. Duszpasterz tego przedsięwzięcia. I chciałbym zamienić z panią słowo.”

Joanna poczuła, jak serce wali jej w piersi. Biskup. Grdyka miał biskupa w swojej organizacji.

„Naprawdę muszę już iść…”

„Fili, ne timeas” powiedział biskup cicho, prowadząc ją w stronę bocznego wejścia. „Córko, nie bój się. Przecież nie życzymy pani niczego złego.”

Znaleźli się w małym pomieszczeniu biurowym — prawdopodobnie dawnym zapleczu administracyjnym. Stało tu kilka krzeseł, biurko, na ścianie wisiał krucyfiks. Biskup wskazał jej krzesło.

„Proszę usiąść.”

„Wolałabym stać.”

„Jak pani sobie życzy.” Biskup usiadł za biurkiem, splatając ręce. „Wie pani, kto tu pracuje? To byli górnicy. Ludzie, których państwo zostawiło na lodzie. Dwadzieścia, trzydzieści lat ciężkiej pracy pod ziemią, a potem — wypowiedzenie i nędzna odprawa. Mieli umierać w biedzie? Pan Grdyka dał im szansę. Nowe życie. Godność.”

„Nowe życie w nielegalnym przedsiębiorstwie?”

Biskup uniósł brew. „Nielegalne? Proszę pani, wszystko tutaj jest zgodne z prawem. Może nie z literą — przyznaję — ale z duchem. „Sprawiedliwość i tylko sprawiedliwość naśladuj”, Księga Powtórzonego Prawa, szesnaście, dwadzieścia. Prawo jest tylko narzędziem. Sprawiedliwość jest celem.”

„Oszustwo podatkowe to nie sprawiedliwość.”

„A pani uważa za sprawiedliwe, że państwo zabiera połowę dochodów tych ludzi? Oni już zapłacili podatek — podatek krwi, zdrowia, płuc zniszczonych pyłem węglowym. Teraz chcą tylko godnie żyć.”

Joanna poczuła, że traci grunt pod nogami. To nie był zwykły ksiądz. To był ktoś, kto opanował sztukę manipulacji do perfekcji.

„Kim pani jest?” zapytał nagle biskup.

„Turystką.”

„Kłamstwo. Widać po pani telefonie. Robiła pani zdjęcia. Dziennikarka? Policja? Urząd skarbowy?”

Joanna milczała.

„Urząd skarbowy” stwierdził biskup. „Widzę to po pani teczce. I pewnie jest pani bardzo oddana swojej pracy. Bardzo… gorliwa. Ale wie pani, co spotyka gorliwych? „Kto kopie dół, sam w niego wpadnie”, Księga Koheleta, dziesięć, osiem.”

„To groźba?”

„To ostrzeżenie. Przyjacielskie.” Biskup wstał i podszedł do okna. „Pani Joanno Malik — tak, wiem, jak się pani nazywa, mam swoich ludzi — pani jest młoda. Ma pani całe życie przed sobą. Karierę, może rodzinę. Nie warto tego ryzykować dla… czego? Dla kilku zapisów w księgach rachunkowych?”

„Dla prawdy.”

Biskup zaśmiał się. „Prawda. Pilate quoque dixit: quid est veritas? Piłat także zapytał: czym jest prawda? I nikt mu nie odpowiedział, bo prawda jest relatywna. Dla pani prawdą są paragrafy. Dla mnie — zbawienie dusz. Dla pana Grdyki — przetrwanie. Kto ma rację?”

„Prawo.”

„Prawo się zmienia. Dzisiaj coś jest nielegalne, jutro legalne. Wie pani, że w Stanach Zjednoczonych bitcoin jest już uznawany za legalny środek płatniczy? Że wielkie firmy inwestują w niego miliardy? Polska jest tylko spóźniona. A my… my jesteśmy pionierami.”

Joanna wstała. „Skończyliśmy.”

„Skończyliśmy, gdy ja powiem, że skończyliśmy” powiedział biskup, a w jego głosie pojawiła się stal. „Proszę zostawić telefon.”

„Nie.”

„Niech pani nie komplikuje.”

Drzwi otworzyły się i wszedł ochroniarz — ten sam typ co w Koninie, łysy, z blizną. Joanna cofnęła się.

„To bezprawne zatrzymanie!”

„To ochrona własności. Pani weszła na teren prywatny bez pozwolenia. Popełniła pani przestępstwo. Ale jestem łaskawy. Odda pani telefon, wymaże zdjęcia, i pojedzie pani do domu. Jutro zapomni pani o tym, co tu widziała. A my zapomnimy o pani.”

Joanna spojrzała na ochroniarza, na biskupa, na drzwi. Nie miała wyjścia.

Wyciągnęła telefon i podała go ochroniarzowi. Ten sprawnie wykasował wszystkie zdjęcia z ostatnich dwóch godzin.

„Mądrze” powiedział biskup. „A teraz niech pani jedzie do domu. I niech się pani modli. Za swoją duszę. Bo Bóg widzi wszystko. I osądzi nas wszystkich. In novissimo die.”


Joanna wróciła do domu o północy, trzęsąc się z wściekłości i strachu. Przez godzinę siedziała w wannie z gorącą wodą, próbując uspokoić nerwy. Potem, już w piżamie, usiadła przy komputerze i zaczęła pisać. Raport. Szczegółowy, udokumentowany raport o wszystkim, co znalazła. Nazwiska, firmy, powiązania, adresy. Wszystko.

O trzeciej nad ranem skończyła. Dwadzieścia siedem stron, czcionka Times New Roman dwanaście. Wydrukowała trzy kopie. Jedną zostawiła u siebie, drugą schowała w sejfie w urzędzie, trzecią…

Trzecią postanowiła wysłać do inspektora Kiszki.


Nazajutrz, piątek trzynastego kwietnia, Joanna przyszła do pracy z postanowieniem. Zadzwoni do Kiszki, przekaże mu raport, poprosi o pomoc. Razem mogą zbudować sprawę przeciwko Grdyce. Razem mogą wygrać.

Tylko że gdy weszła do swojego gabinetu, na biurku leżała koperta. Bez znaczka, bez nadawcy. W środku było zdjęcie.

Joanna na nim — wychodząca z budynku w Turku. A obok, na marginesie, dopisane czerwonym flamastrem: „Następnym razem nie będzie ostrzeżenia.”

I coś jeszcze. Mała rzecz, niemal symboliczna. Klucze do jej samochodu. Tych samych kluczy, które miała wczoraj w torebce.

Ktoś włamał się do jej mieszkania. Wszedł, przeszukał, zabrał klucze. I odłożył je tutaj.

Wiadomość była jasna: widzimy cię. Wszędzie.

Joanna usiadła ciężko na krześle. Ręce jej drżały. Przez moment rozważała pójście na policję, zgłoszenie włamania. Ale co powie? Że biskup i gangster ją zastraszają? Kto jej uwierzy?

Do gabinetu wszedł Wolski. Wyglądał na zakłopotanego.

„Joasiu, musimy porozmawiać.”

„Tak?”

„Dostałem telefon. Z góry. Z Łodzi, z izby skarbowej. Twoja kontrola… te siedemnaście osób… sprawa jest zamknięta.”

„Co?”

„Prokurator umorzył postępowanie przygotowawcze. Brak podstaw. Ludzie mieli oszczędności, spłacone kredyty. Wszystko się zgadza.”

„To kłamstwo!”

„To oficjalne stanowisko prokuratury.” Wolski położył teczkę na biurku. „I jest jeszcze coś. Zostałaś przeniesiona.”

„Przeniesiona? Gdzie?”

„Do delegatury w Pajęcznie. Od przyszłego poniedziałku.”

Pajęczno. Miasteczko z trzema tysiącami mieszkańców, gdzie największym podatnikiem był sklep spożywczy. Degradacja w najczystszej postaci.

„To zemsta.”

„To procedura kadrowa” poprawił Wolski, ale nie patrzył jej w oczy. „Joasiu, przykro mi. Naprawdę. Ale ty… ty sobie to sama zgotowałaś. Powiedziałem ci — odpuść. A ty zaczęłaś wojnę, której nie możesz wygrać.”

„Więc mam się poddać?”

„Masz przeżyć.” Wolski westchnął. „Masz trzydzieści dwa lata. Całą karierę przed sobą. Jedź do Pajęczna, odsiedź rok, dwa. Sprawa ucichnie. Wrócisz. Tak to działa.”

„A jeśli nie chcę, żeby tak to działało?”

„To twój wybór. Ale pamiętaj — oni mają długie ręce. I nie odpuszczą.”

Wolski wyszedł. Joanna została sama. Spojrzała na raport, który przygotowała. Dwadzieścia siedem stron prawdy, która nikogo nie obchodziła.

Wzięła komórkę i wybrała numer. Dzwoniła do informacji policji w Koninie.

„Chciałabym rozmawiać z inspektorem Kryszynem Kiszką.”

„Moment, łączę.”

Po chwili usłyszała męski głos — zmęczony, sceptyczny.

„Kiszka, słucham.”

„Inspektorze, nazywam się Joanna Malik. Jestem kontrolerem skarbowym z Bełchatowa. Prowadzę śledztwo w sprawie Karola Grdyki. I mam dla pana informacje.”

Cisza.

„Pani Joanno” powiedział w końcu Kiszka, „czy pani ma świadomość, z kim się pani zadaje?”

„Tak.”

„I nadal chce pani rozmawiać?”

„Tak.”

„To proszę przyjechać do Konina. Jutro. Nieoficjalnie. I niech pani nikogo nie informuje.”

„Dobrze.”

„I pani Joanno?”

„Tak?”

„Niech pani uważa. Grdyka zabija. Jeszcze tego nie udowodniłem, ale jestem pewien. A ludzie, którzy mu pomagają — biskupi, urzędnicy, biznesmeni — mają krew na rękach.”

„Rozumiem.”

Rozłączyła się. Przez chwilę siedziała w ciszy. Potem otworzyła szufladę biurka i wyjęła stamtąd małą buteleczkę wódki — prezent od współpracownika na ostatnie urodziny, nigdy nie otwarty. Odkręciła, wypiła łyk. Paliło w gardle.

„Za prawdę” szepnęła do siebie.

Nie wiedziała jeszcze, że prawda ma cenę. I że cena ta będzie wyższa, niż kiedykolwiek sobie wyobrażała.


Tego samego wieczora, na jachcie zacumowanym w przystani żeglarskiej nad jeziorem Pątnowskim koło Konina, trwało przyjęcie. Ekskluzywne, tylko dla wybranych. Goście — biznesmeni, urzędnicy, jeden poseł, dwóch księży — siedzieli na pokładzie, popijając szkocką whisky i kosztując kawior. Muzyka — smooth jazz — płynęła z głośników Bose.

Gospodynią była Renata Wrzeciąg. Miała na sobie białą sukienkę od Diora, włosy upięte w elegancki kok, a w dłoni kieliszek szampana Moët & Chandon. Wyglądała jak milionerka. I czuła się jak milionerka.

„Panowie” powiedziała, stukając widelcem w kieliszek, „chciałabym wznieść toast. Za nasz sukces. Za Bitcoin. Za przyszłość.”

„Za przyszłość!” powtórzyli goście.

Wśród nich, w ciemnym rogu pokładu, stał Karol Grdyka. Nie pił. Obserwował. I kalkulował.

„Mamy problem” powiedział cicho do stojącego obok biskupa Trzepacha.

„Malik?”

„Tak. Nie odpuści. Jest typem idealistki. Niebezpieczna.”

„Powinniśmy ją usunąć?”

„Jeszcze nie. Najpierw spróbujemy inaczej. Ale przygotuj opcję.”

Biskup skinął głową. „Fiat voluntas tua. Niech się stanie wola twoja.”

Grdyka uśmiechnął się. „Moja wola jest prosta. Bitcoin rośnie. Za rok będzie wart tysiąc dolarów. Za pięć lat — dziesięć tysięcy. A my jesteśmy na początku. Nic i nikt nas nie powstrzyma.”

„Amen” powiedział biskup.

W oddali, na drugim końcu jeziora, w małym domku na skraju lasu, Joanna Malik pakowała torbę. Jutro pojedzie do Konina. Spotka się z Kiszką. I zacznie walkę.

Nie wiedziała jeszcze, że pierwsza ofiara — dziewczyna z Ukrainy, dwudziestoletnia Oksana Koval — leżała już na dnie starego szybu koło Bełchatowa. Zawinięta w czarny worek, z kamieniem u nóg.

Nie wiedziała, że będzie następna na liście.

Ale to odkryje wkrótce.

ROZDZIAŁ 3

GHOST COMPANY

Bytom, Górny Śląsk, 23 listopada 2009 roku. Temperatura minus pięć stopni Celsjusza.

Inspektor Kryspin Kiszka stał przed bramą byłej Kopalni Rozbark i czuł, jak przeszłość tego miejsca wnika w jego kości. Szyb został zamknięty w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku — koniec ery, koniec epoki. Tysiące górników straciło pracę, a Bytom, niegdyś stolica polskiego górnictwa, powoli zamieniał się w miasto-widmo. Puste kamienice, zrujnowane budynki poprzemysłowe, bezrobocie sięgające trzydziestu procent. Idealne miejsce dla kogoś takiego jak Karol Grdyka.

Obok inspektora stał komendant Wydziału do Walki z Przestępczością Gospodarczą KWP Katowice, podinspektor Marcin Nowicki — czterdziestolatek z doświadczeniem w ściganiu zorganizowanych grup przestępczych, twardy jak węgiel, który przez lata kopano w tych stronach.

„Pewien jesteś, że to tutaj?” zapytał Nowicki, zapalając kolejnego papierosa.

„Informator nie kłamie” odparł Kiszka. „Joanna Malik przekazała mi dokumenty. Grdyka zarejestrował tu firmę — BitPodziemie Sp. z o.o. — w maju dwa tysiące dziewiątego. Oficjalnie zajmują się magazynowaniem sprzętu elektronicznego. Nieoficjalnie…”

„Nieoficjalnie prowadzą największą farmę krypto w Polsce” dokończył Nowicki. „Z wykorzystaniem nielegalnych pracowników.”

Za nimi stał radiowóz i dwóch funkcjonariuszy w mundurach. W samochodzie czekał tłumacz języka ukraińskiego — młoda kobieta, Olha Bondar, córka emigrantów, która zgodziła się pomóc policji. Kiszka miał przeczucie, że będzie potrzebna.

Podeszli do bramy. Była zamknięta na kłódkę — nową, przemysłową, pewnie za pięćset złotych. Ktoś bardzo dbał o to, żeby nikt tu nie wszedł. Nowicki skinął na jednego z mundurowych, który przyniósł z radiowozu rozwieracz hydrauliczny. Po dwóch minutach kłódka pękła z metalicznym trzaskiem.

„Policja! Otwierać!”

Odpowiedziała im cisza. Kiszka pchnął bramę — zaskrzypiała na zardzewiałych zawiasach i ustąpiła. Weszli na teren byłej kopalni.

Krajobraz wyglądał jak kadry z filmu postapokaliptycznego. Zardzewiałe szyny kolejowe, po których kiedyś jeździły wagoniki z węglem. Połamane wieże wyciągowe, sterczące jak szkielety gigantycznych zwierząt. Budynki administracyjne z wybitymi szybami, ścianami pokrytymi graffiti i mchem. A w centrum — główna hala wydobywcza, masywna konstrukcja z czerwonej cegły, wysoka na jakieś dwadzieścia metrów.

I stamtąd dobiegał ten charakterystyczny dźwięk. Szum. Pulsujący, mechaniczny szum wentylatorów.

„Są tutaj” szepnął Kiszka.

Ruszyli w stronę hali. Główne drzwi były zabite deskami, ale boczne wejście — te same metalowe drzwi, jakie Kiszka widział już w Koninie i Turku — stało uchylone. Ciepłe powietrze wydobywało się stamtąd jak z paszczy smoka.

Nowicki wszedł pierwszy, z ręką na kabura. Kiszka tuż za nim. To, co zobaczyli, przekroczyło wszelkie oczekiwania.

Hala była gigantyczna — może dwa tysiące metrów kwadratowych. Całe wnętrze wypełniały regały metalowe, ustawione w idealnych rzędach, jak w hipermarkecie. Ale zamiast towarów — komputery. Tysiące komputerów. Każdy regał miał pięć półek, na każdej półce stało dziesięć jednostek obliczeniowych. Otwarte obudowy, kable plątające się jak wnętrzności, karty graficzne migające kolorowymi diodami. Wentylatory obracały się z taką prędkością, że wydawały się niemal niewidzialne — tylko szum świadczył o ich istnieniu.

I ludzie. Dwudziestu, może trzydziestu pracowników. Większość wyglądała na Ukraińców — młodzi mężczyźni, dwadzieścia-trzydzieści lat, w brudnych ubraniach roboczych. Poruszali się między regałami jak mrówki, wymieniali sprzęt, sprawdzali połączenia, notowali coś w zeszytach.

„Policja! Wszyscy zostają na miejscu!” ryknął Nowicki.

Reakcja była natychmiastowa — połowa pracowników rzuciła się do ucieczki. Mundurowi złapali dwóch przy tylnym wyjściu. Reszta rozproszyła się po hali, chowając się między regałami.

„Nie uciekać! To kontrola, nikt nie będzie karany!” krzyknął Kiszka po polsku, a potem skinął na Olhę, by przetłumaczyła.

Tłumaczka powtórzyła to po ukraińsku. Powoli, jeden po drugim, mężczyźni zaczęli wychodzić ze swoich kryjówek. Wyglądali na przerażonych.

„Dokumenty! Wszyscy pokazują dokumenty!” polecił Nowicki.

To, co stało się potem, było jak scena z surrealistycznego filmu. Z trzydziestu pracowników tylko pięciu miało polskie dowody osobiste. Reszta — Ukraińcy, dwóch Białorusinów, jeden Mołdawianin — pokazywali paszporty, czasem już nieważne. Nikt nie miał zezwoleń na pracę. Nikt nie miał żadnych umów. Pracowali nielegalnie, na czarno, w warunkach, które można było określić tylko jako niewolnicze.

Kiszka podszedł do jednego z młodych Ukraińców — może dwudziestopięcioletniego chłopaka z zapadniętymi policzkami i podkrążonymi oczami.

„Jak się nazywasz?” zapytał przez tłumaczkę.

„Andrij. Andrij Kovalenko.”

„Skąd jesteś?”

„Z Kijowa.”

„Jak długo tu pracujesz?”

Chłopak spojrzał na podłogę. „Osiem miesięcy.”

„Kto cię zatrudnił?”

„Pan Wrzeciąg. Michał. Znalazł nas w Kijowie. Obiecał robotę w Polsce, dobre pieniądze. Tysiąc euro miesięcznie.”

„Dostajesz tysiąc euro?”

„Nie. Dostaję trzysta. Mówi, że reszta to koszty — transport, mieszkanie, jedzenie.”

„Gdzie mieszkasz?”

Andrij wskazał na tylną część hali. Kiszka podszedł — za regałami był prowizoryczny obóz. Materace na podłodze, brudne koce, prowizoryczna kuchnia z kuchenką gazową. Śmierdział pot, wilgoć i rozpacz.

„Jezus Maria” wymamrotał Nowicki. „To obóz pracy.”

„Ile was tu śpi?” zapytał Kiszka.

„Dwadzieścia osiem. W nocy pracuje druga zmiana — szesnaście osób. Oni śpią teraz w innym budynku.”

„Macie umowy?”

„Nie.”

„Ubezpieczenie?”

„Nie.”

„BHP? Jakieś szkolenia?”

Andrij spojrzał na niego, jakby mówił w obcym języku. „BHP?”

Kiszka odwrócił się do Nowickiego. „To jest handel ludźmi. Artykuł sto osiemdziesiąt dziewięć kodeksu karnego. Od trzech do piętnastu lat.”

„Wiem.” Nowicki rozejrzał się po hali. „Ale gdzie jest właściciel? Gdzie jest Grdyka?”

Jakby na zawołanie, w głębi hali rozległ się trzask. Metalowe drzwi — te same, które Kiszka widział w każdej farmie — otworzyły się gwałtownie i wyszło z nich czterech mężczyzn. Trzech to ochroniarze, uzbrojeni — Kiszka rozpoznał lufę pistoletu maszynowego PM-84 Glauberyt u jednego z nich. Czwarty to był Michał Wrzeciąg. Starszy, bardziej zmęczony niż cztery lata temu, ale wciąż ten sam człowiek.

„Co tu się, kurwa, dzieje?!” wrzasnął Wrzeciąg.

„Policja. Nalot. Proszę odłożyć broń” powiedział spokojnie Nowicki, ale jego ręka spoczęła na kaburze.

Ochroniarz z PM-em zawahał się. Przez moment wydawało się, że sytuacja może eksplodować. Ale wtedy rozległ się kolejny głos — spokojny, opanowany, z lekkim akcentem ironii.

„Panowie, panowie. Proszę zachować spokój.”

Karol Grdyka wszedł do hali jak na scenę teatralną. Miał na sobie długi płaszcz kaszmirowy, pewnie za pięć tysięcy złotych, włoskie buty i okulary przeciwsłoneczne — mimo że była połowa listopada i słońce ledwo przebijało się przez chmury. Za nim, ku zaskoczeniu Kiszki, szedł biskup Gaweł Trzepacz w pełnym ornacie, z krzyżem na piersi.

„Inspektor Kiszka” powiedział Grdyka z uśmiechem. „Jakież to miłe zaskoczenie. I podinspektor Nowicki, jeśli się nie mylę? Słyszałem o panu. Podobno bardzo skuteczny policjant.”

„Karol Grdyka, zatrzymuję pana pod zarzutem handlu ludźmi, nielegalnego zatrudnienia cudzoziemców, prowadzenia działalności gospodarczej bez rejestracji…” zaczął Nowicki.

„Bez rejestracji?” Grdyka roześmiał się. „Panie podinspektorze, ja mam wszystkie dokumenty. BitPodziemie Sp. z o.o., zarejestrowana w KRS w maju tego roku. Przedmiot działalności — przetwarzanie danych. Wszystko zgodnie z prawem.”

„A ci ludzie? Nielegalni pracownicy?”

„Wolontariusze.”

„Słucham?”

Grdyka wyciągnął teczkę z dokumentami. „To jest program edukacyjny, prowadzony pod patronatem Kościoła. Młodzi mężczyźni z Ukrainy i innych krajów Europy Wschodniej przyjeżdżają do Polski, by nauczyć się zawodu — specjalisty IT. Zapewniamy im zakwaterowanie, wyżywienie i szkolenie. W zamian oni pomagają nam w bieżącej działalności. Wszyscy podpisali umowy wolontariackie.”

„To kłamstwo!” krzyknął Andrij po ukraińsku. Olha przetłumaczyła.

Grdyka spojrzał na chłopaka z czymś na kształt współczucia. „Andriju, rozumiem, że jesteś zmęczony. Ale proszę nie komplikować sytuacji. Podpisałeś umowę dobrowolnie. Nikt cię tu nie trzyma siłą.”

„Zabraliście mi paszport!”

„Przechowujemy go w bezpiecznym miejscu. Dla twojego dobra. Wiesz, ile kradzieży jest w Bytomiu?”

Kiszka poczuł, jak wściekłość narasta w nim jak lawina. „Panie Grdyka, to jest oczywiste przestępstwo. Ci ludzie nie mają umów, nie mają ubezpieczeń…”

„Mają umowy wolontariackie. Zarejestrowane w Urzędzie Wojewódzkim. Prawda, Ekscelencjo?”

Biskup Trzepacz skinął głową. „Veritas. To prawda. Nasz program edukacyjny, „Nowe Góry — Nowe Możliwości”, jest zarejestrowany jako inicjatywa charytatywna Kurii Diecezjalnej. Ci młodzi ludzie uczą się zawodu, który da im przyszłość. „Naucz głodnego łowić ryby, a nie będzie głodował”, mówi przysłowie. My uczymy ich łowić cyfrowe ryby.”

„To nie ryby, to Bitcoin” warknął Nowicki. „I oni pracują po szesnaście godzin na dobę!”

„Osiem” poprawił Grdyka. „Dwie zmiany po osiem godzin. Zgodnie z prawem.”

„Mieszkają w warunkach nieludzkich!”

„Tymczasowych. Budujemy dla nich dormitorium. Prawda, Michał?”

Wrzeciąg skinął głową, chociaż wyglądał na zdenerwowanego. „Prawda. Będzie gotowe w marcu.”

Kiszka podszedł bliżej do Grdyki. „Gra pan w gierki. Ale ja to widzę. Wszyscy to widzą. Pan wykorzystuje tych ludzi jak niewolników.”

„Niewolników?” Grdyka uniósł brew. „Inspektor, proszę uważać na słowa. To są wolni ludzie, którzy dobrowolnie zgłosili się do programu. Gdyby chcieli odejść, mogą. Drzwi są otwarte.”

„Zabraliście im paszporty!”

„Przechowujemy je.”

„To nielegalne!”

„To ostrożność.”

Nowicki sygnał po radiowęzeł. „Wzywam wsparcie. Chcę przeszukać cały obiekt. I zatrzymać wszystkich odpowiedzialnych.”

„Proszę bardzo” powiedział Grdyka z uśmiechem. „Ale będzie pan potrzebował nakazu. A ja wątpię, czy pan go ma.”

Nowicki zacisnął szczękę. Miał nakaz przeszukania — ale dotyczył innego obiektu, farmy w Gliwicach. Informacja, którą dostali od Joanny Malik, była świeża, nie zdążyli uzyskać nakazu na Bytom.

„Możemy zatrzymać pracowników do wyjaśnienia” powiedział Kiszka.

„Oczywiście. Ale oni nie mówią po polsku. Będą potrzebowali tłumaczy. I prawników. A nasi prawnicy są już w drodze.” Grdyka spojrzał na zegarek — złoty Rolex, pewnie za dwadzieścia tysięcy. „Powinni być za dziesięć minut.”

To była szachowa partia. I Grdyka był trzy posunięcia do przodu.

Kiszka odwrócił się do Andrija. „Chcesz wyjść stąd? Policja może cię ochronić.”

Chłopak spojrzał na Grdykę, potem na Wrzeciąga. Strach był widoczny w jego oczach.

„Ja… nie wiem…”

„Andriju” powiedział łagodnie biskup Trzepacz po ukraińsku — mówił w tym języku płynnie, ku zaskoczeniu Kiszki. „Nikt nie chce cię skrzywdzić. Ale jeśli pójdziesz z policją, stracisz robotę. I pieniądze. A twoja rodzina w Kijowie — matka, tak? — potrzebuje tych pieniędzy. Choruje, prawda? Na serce?”

Andrij zbladł. „Skąd pan wie…”

„Wiemy wszystko o naszych wolontariuszach. Dbamy o nich. A ty, jeśli zostaniesz, dostaniesz bonus. Tysiąc złotych ekstra. Na leczenie matki.”

To była manipulacja na najwyższym poziomie. Kiszka widział, jak chłopak się łamie.

„Ja… zostanę” wyszeptał w końcu Andrij.

„Mądra decyzja” powiedział Grdyka.

Kiszka poczuł, jak bezsilność wdziera mu się do kości. Odwrócił się do pozostałych pracowników. „Ktokolwiek chce złożyć zeznania, niech pójdzie z nami. Gwarantujemy ochronę.”

Nikt się nie ruszył. Trzydziestu mężczyzn stało w milczeniu, patrząc w podłogę.

„Nemo propheta in patria” powiedział cicho biskup. „Nikt nie jest prorokiem we własnej ojczyźnie. Ci ludzie znają prawdę. Znają swoje szczęście. A pan, inspektorze, próbuje im je odebrać.”

„Ich szczęście to niewolnictwo?”

„Ich szczęście to praca, dach nad głową i nadzieja na lepsze jutro. Co pan im oferuje? Deportację? Wrócicie do Ukrainy, gdzie zarobią dwieście dolarów miesięcznie? Tutaj mają trzy razy więcej.”

„Tutaj są wykorzystywani!”

„Tutaj są potrzebni” poprawił biskup. „I kochani. „Przyjąłem was, obcych, i dałem wam schronienie”, Ewangelia według Mateusza, dwadzieścia pięć, trzydzieści pięć. My realizujemy ewangeliczne przykazanie.”

Kiszka miał dość. „Ekscelencjo, z całym szacunkiem, ale to nie miłość bliźniego, to wyzysk.”

„A kto jest bliźnim, inspektorze? Ten, kto pomaga, czy ten, kto osądza?”

Nowicki przerwał tę teologiczną debatę. „Dobrze. Skoro nikt nie chce składać zeznań, zrobimy to inaczej. Sprawdzę każdy dokument. Każdą umowę. Każdy metr kwadratowy tego miejsca. I jeśli znajdę choćby jedno naruszenie…”

„Nie znajdzie pan” przerwał mu Grdyka. „Bo wszystko jest legalne. Może nie do końca etyczne w pana mniemaniu, ale legalne. I wie pan co? To wystarczy.”

W tym momencie do hali weszło czterech mężczyzn w garniturach — prawnicy. Jeden z nich, starszy, siwobrody, podszedł do Nowickiego i podał mu wizytówkę.

„Adwokat Zbigniew Kowal, kancelaria Kowal i Wspólnicy. Reprezentuję BitPodziemie Sp. z o.o. Rozumiem, że prowadzą panowie kontrolę bez nakazu?”

„Mamy nakaz” warknął Nowicki.

„Mogę zobaczyć?”

Nowicki zawahał się. „Nakaz dotyczy innego obiektu, ale w ramach…”

„W ramach prawa, bez nakazu nie mogą panowie przeszukiwać prywatnej własności. Proszę natychmiast opuścić teren.”

„To jest śledztwo w toku!”

„Bez nakazu to jest naruszenie miru domowego. Mogę wezwać policję.”

„My jesteśmy policją!”

„To jest paradoks, prawda?” Adwokat uśmiechnął się. „Ale prawo jest po mojej stronie.”

Nowicki spojrzał na Kiszkę. Obaj wiedzieli, że przegrali tę rundę.

„Wychodzimy” powiedział w końcu podinspektor. „Ale wrócę. Z nakazem. I wtedy…”

„Wtedy znajdzie pan jeszcze bardziej uporządkowane dokumenty” dokończył Grdyka. „Bo my się nie boimy kontroli. Wręcz przeciwnie — zapraszamy.”

Kiszka podszedł jeszcze raz do Andrija. „Jeśli zmienisz zdanie, zadzwoń.” Podał mu swoją wizytówkę.

Chłopak wziął ją, ale Wrzeciąg natychmiast wyrwał mu kartonik z ręki. „Nie będzie potrzebował.”


Pół godziny później Kiszka i Nowicki siedzieli w radiowozie przed terenem kopalni, paląc papierosy w milczeniu.

„Rozjebali nas” powiedział w końcu Nowicki.

„Widziałeś to?” Kiszka wskazał na budynek w głębi terenu — mniejszy, ceglany, z zakratowanymi oknami. „Tam było światło. Ale nikt nas tam nie wpuścił.”

„Myślisz, że tam jest coś więcej?”

„Jestem pewien. Grdyka za bardzo się starał, żebyśmy tam nie poszli.”

Nowicki zaciągnął się głęboko. „Potrzebujemy informatora. Kogoś od środka.”

„Albo ciała.”

Nowicki spojrzał na niego. „Co masz na myśli?”

„Renata Wrzeciąg mówiła o zaginięciach. Kobiety, pracownice farm. Znikają bez śladu. Jeśli znajdziemy ciało, możemy zbudować sprawę o morderstwo. A wtedy…”

„Wtedy Grdyka nie będzie mógł się wykręcić” dokończył Nowicki. „Ale gdzie szukać?”

„W starym szybie. Koło Bełchatowa. Tam podobno wyrzucają… odpady.”

„Ludzkie odpady?”

„Tak mi się wydaje.”

Nowicki zgasił papierosa. „Załatwię pozwolenie na przeszukanie. Ale to potrwa. Miesiąc, może dwa. Musisz mieć cierpliwość.”

„Nie mam czasu na cierpliwość. Ludzie giną.”

„Inspektor, rozumiem frustrację. Ale bez dowodów jesteśmy bezsilni. Grdyka ma plecy — polityków, biznesmenów, Kościół. My mamy tylko prawo. I musimy grać według reguł.”

„A jeśli reguły są ustawione przeciwko nam?”

„To zmieniamy reguły.” Nowicki uruchomił silnik. „Ale najpierw musimy przeżyć.”


Tego samego wieczora, w luksusowym apartamencie Grdyki w centrum Katowic — penthouse z widokiem na całe miasto — odbywało się spotkanie.

Grdyka, Wrzeciąg, biskup Trzepacz i jeszcze jedna osoba — kobieta. Renata Wrzeciąg. Wyglądała olśniewająco w czarnej sukience Versace, z kieliszkiem wina w ręce. Siedziała na skórzanej kanapie, założywszy nogę na nogę, i obserwowała mężczyzn z rozbawieniem.

„Kiszka staje się problemem” powiedział Grdyka.

„Zawsze był problemem” odparła Renata. „Ale teraz ma wsparcie. Nowicki to poważny gracz.”

„Możemy ich kupić?”

„Nowickiego nie. Kiszki też nie. Oni są… idealistami.” Wypowiedziała to słowo z pogardą.

„To ich usuniemy.”

Biskup podniósł rękę. „Panie Karolu, proszę uważać. Zabicie policjanta to całkiem inna kategoria. To ściągnie na nas prawdziwą nawałnicę.”

„Nie mówię o zabijaniu. Mówię o… neutralizacji. Kompromitacji.” Grdyka spojrzał na Renatę. „Masz jakiś pomysł?”

Kobieta uśmiechnęła się. „Zawsze mam pomysły. Kiszka jest samotny, rozwiedziony, pije. Łatwo byłoby go postawić w… kompromitującej sytuacji. Na przykład z nieletnią dziewczyną. Albo z narkotykami w samochodzie.”

„To jest możliwe?”

„Wszystko jest możliwe. Pytanie — ile jesteś gotów zapłacić?”

„Ile trzeba.”

Renata skinęła głową. „Zajmę się tym.”

Wrzeciąg, który do tej pory milczał, nagle wybuchł. „Renata, co ty, kurwa, robisz? To policja! Nie możemy…”

„Nie możemy co, Michaś?” Renata spojrzała na męża z pogardą. „Nie możemy się bronić? Oni chcą nas zniszczyć. Nas wszystkich. Tobie to pasuje?”

„Nie chcę iść do więzienia!”

„To nie idź. Zrób, co ci każą, i siedź cicho.”

Wrzeciąg zacisnął pięści, ale nie odpowiedział. Grdyka obserwował tę scenę z zainteresowaniem.

„Renata ma rację” powiedział w końcu. „Musimy działać wyprzedzająco. Kiszka i Nowicki są zagrożeniem. Ale możemy ich zneutralizować bez przemocy. Wystarczy… kreatywność.”

Biskup westchnął. „Memento mori. Pamiętajcie o śmierci. Każde działanie ma konsekwencje. Także w wieczności.”

„Ekscelencjo” powiedziała Renata z uśmiechem, „z całym szacunkiem, ale ja nie wierzę w wieczność. Wierzę w tu i teraz. A tu i teraz musimy przetrwać.”

„Bóg widzi wszystko.”

„To niech patrzy. Ja robię swoje.”

Grdyka podniósł kieliszek. „Za przetrwanie. I za Bitcoin, który właśnie przekroczył sto dolarów za sztukę. Za rok będzie pięćset. Za trzy lata — pięć tysięcy. Jesteśmy na początku rewolucji. I nic nas nie powstrzyma.”

Wszyscy wznieśli toast. Nawet biskup.


W tym samym czasie, w małym pokoju hotelowym w Bytomiu, Kiszka siedział przy laptopie i analizował dokumenty, które dostał od Joanny Malik. Setki stron raportów, wyciągów bankowych, schematów powiązań. Obraz, który się wyłaniał, był przerażający.

Grdyka zbudował imperium. Nie z kamienia i stali, ale z kodu i manipulacji. Dziesiątki firm-krzaków, setki pracowników-widm, miliony złotych przepływające przez mroczne kanały. I wszystko to pod przykrywką legalności.

Ale gdzieś tam, w tym gąszczu, była prawda. Dowód. Ciało.

Kiszka wiedział, że musi je znaleźć. Zanim będzie za późno.

Jego telefon zawibrował. SMS od nieznanego numeru:

„Inspektor. Andrij z Bytomia. Muszę z panem rozmawiać. Ale nie przez telefon. Jutro, o 18:00, parking za dworcem PKP w Bytomiu. Sam. Proszę.”

Kiszka spojrzał na wiadomość. To mogła być pułapka. Albo przełom.

Odpisał: „Będę.”

Następnego dnia, o godzinie osiemnastej, Kiszka stał na parkingu. Padał śnieg. Andrij nie przyszedł.

Zamiast niego przyszła policja. Z nakazem zatrzymania Kiszki. Za posiadanie narkotyków — pół kilograma amfetaminy, znalezionej w bagażniku jego służbowego samochodu.

Gdy zakuwano go w kajdanki, Kiszka zobaczył w oddali postać obserwującą scenę. Renata Wrzeciąg. Uśmiechała się.

„Skurwysyny” wyszeptał.

Rewolucja pożerała swoich idealistów. I Kiszka właśnie stał się kolejną ofiarą.

ROZDZIAŁ 4

SPALONA ZIEMIA

Konin, 8 marca 2011 roku. Temperatura siedem stopni Celsjusza.

Andrzej Wilczyński miał czterdzieści dwa lata, dwadzieścia lat stażu w energetyce i absolutną pewność, że widział już wszystko. Pracował jako starszy elektromonter w ENEA Operator, odpowiadał za konserwację stacji transformatorowych w rejonie Konina. Zwykła, rutynowa robota — sprawdzanie transformatorów, wymiana bezpieczników, kontrola obciążenia sieci. Nudna, ale stabilna. Do emerytury zostało mu osiemnaście lat.

Tego dnia dostał zgłoszenie o anomaliach w podstacji GPZ Konin-Zachód. Spadki napięcia, przegrzewanie się transformatora T-3, nietypowe odczyty na licznikach. Wsiadł do służbowego Fiata Ducato i pojechał sprawdzić.

Podstacja mieściła się na obrzeżach miasta, w przemysłowej dzielnicy pełnej magazynów i opuszczonych hal. Ogrodzenie z siatki, brama na kłódkę, betonowy bunkier z transformatorem 110/15 kV. Standardowa instalacja, obsługująca kilka zakładów i osiedle mieszkaniowe po drugiej stronie drogi.

Andrzej otworzył bramę swoim kluczem i wszedł do środka. Już z daleka zobaczył, że coś jest nie tak. Z transformatora unosił się dym — cienki, ledwo widoczny, ale jednak dym. Przyspieszył kroku.

Transformator wyglądał, jakby przeżył wojnę. Obudowa była nadpalona, farba olejna odłaziła płatami, z kilku miejsc sączył się olej izolacyjny — ciemny, lepki płyn, który w kontakcie z powietrzem tworzył toksyczne opary. Temperatura obudowy, zmierzona pirometrem, wynosiła dziewięćdziesiąt osiem stopni Celsjusza. Normalnie powinna oscylować wokół czterdziestu.

„Kurwa mać” wymamrotał Andrzej.

Sprawdził liczniki obciążenia. To, co zobaczył, sprawiło, że aż cofnął się o krok. Transformator był przeciążony o dwieście procent. Zamiast przewidzianych półtora megawata, pobierał cztery i pół. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez ostatnie sześć miesięcy.

To było niemożliwe. Żaden transformator nie przetrwa takiego obciążenia tak długo. Powinien eksplodować, spłonąć, zamienić się w kawał złomu. A ten jakoś działał — ledwo, ale działał.

Andrzej wyciągnął telefon i zadzwonił do dyspozytora.

„Marian? Wilczyński. Mam problem z GPZ Konin-Zachód. Transformator jest kompletnie spalony. Trzeba go wyłączyć i wymienić.”

„Teraz?” Głos dyspozytora brzmiał na zdenerwowanego. „Andrzej, to jest główna podstacja dla całego sektora. Jak wyłączysz, zostawi pięćset gospodarstw domowych bez prądu.”

„Wiem. Ale jeśli nie wyłączę, ten transformator wybuchnie. I wtedy będzie dużo gorzej.”

„Daj mi godzinę. Muszę to skonsultować z góry.”

„Marian, tu nie ma czasu na konsultacje. To jest zagrożenie życia.”

„Godzina, Andrzej. Nie ruszaj niczego.”

Dyspozytora rozłączył się. Andrzej stał przez chwilę, patrząc na dymią transformator. Wiedział, że powinien go wyłączyć natychmiast. Ale wiedział też, że jeśli to zrobi bez zgody, dostanie po dupie. Taka była hierarchia.

Postanowił sprawdzić, skąd pochodzi przeciążenie. Wyszedł z podstacji i ruszył wzdłuż linii średniego napięcia, śledząc kable. Prowadziły w stronę starej hali magazynowej, może pięćset metrów dalej. Budynek wyglądał na opuszczony — brudne ściany, połamane rynny, zarosłe chwastami podwórze.

Ale z wentylatorów na dachu unosił się par. I dobiegał stamtąd znajomy szum.

Andrzej podszedł bliżej. Przy tylnym wejściu zobaczył coś, co sprawiło, że zamarł. Grube kable — przemysłowe, trójfazowe, pewnie o przekroju sto dwadzieścia milimetrów kwadratowych — ciągnęły się bezpośrednio ze słupa wysokiego napięcia do budynku. Ktoś podłączył się nielegalnie do sieci, omijając liczniki, omijając zabezpieczenia. Ktoś wysysał energię jak wampir.

„To te jebane farmy” powiedział do siebie.

Andrzej słyszał o nich. Wszyscy w branży słyszeli. Nielegalne kopalnie kryptowalut, podłączające się do sieci jak pasożyty, niszczące transformatory, powodujące awarie. Spółka próbowała z nimi walczyć, ale to była gra w kotka i myszkę. Zamykali jedną farmę, pojawiały się trzy nowe.

Wyciągnął telefon i zrobił kilka zdjęć. Potem zadzwonił ponownie do dyspozytora.

„Marian, mam źródło problemu. Nielegalne podłączenie do sieci, hala przy ulicy Przemysłowej trzydzieści dwa. Ktoś kradnie cztery megawaty.”

„Jezus Maria. To trzeba zgłosić na policję.”

„Już dzwonię.”

Ale zanim zdążył wybrać numer, z hali wyszło dwóch mężczyzn. Jeden to był młody, może dwudziestokilkuletni chłopak w roboczych ubraniach. Drugi — starszy, po pięćdziesiątce, w skórzanej kurtce — wyglądał na szefa.

„Mogę w czymś pomóc?” zapytał starszy, podchodząc do Andrzeja.

„Andrzej Wilczyński, ENEA Operator. Panowie są nielegalnie podłączeni do sieci energetycznej. Niszczą państwo transformator i narażają życie ludzi.”

„Nielegalnie?” Mężczyzna uniósł brwi. „Ależ skąd. Mamy umowę z ENEA.”

„Nie mają panowie żadnej umowy. Sprawdziłem bazę.”

„To musi być pomyłka administracyjna. Proszę, niech pan wejdzie, pokażę dokumenty.”

Andrzej zawahał się. Każda komórka jego ciała krzyczała, że to pułapka. Ale był elektromonterem, nie policjantem. I był ciekaw.

„Dobrze. Ale zostawiam otwarte połączenie z dyspozytornią” powiedział, choć to było kłamstwo.

Weszli do hali. To, co Andrzej zobaczył, zapierało dech. Setki komputerów, tysiące kabli, wentylatory wielkości kół samochodowych. Hałas był ogłuszający — jak w silnikowni statku. Temperatura musiała przekraczać trzydzieści pięć stopni, mimo że na zewnątrz było siedem.

„Co to jest?” zapytał, choć znał odpowiedź.

„Centrum przetwarzania danych” odparł mężczyzna. „Zajmujemy się obliczeniami dla firm zagranicznych. Renderowanie grafiki, symulacje naukowe, tego typu rzeczy.”

„To są farmy kryptowalut.”

„Kryptowaluty to jedno z zastosowań.”

„I ile państwo tu pobieracie energii?”

„Trudno powiedzieć. Kilka megawatów.”

„Cztery i pół megawata. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Bez liczników. To jest kradzież na wielką skalę.”

Mężczyzna westchnął. „Panie Andrzeju, rozumiem pana zdenerwowanie. Ale proszę zrozumieć naszą sytuację. My tworzymy miejsca pracy. Dwadzieścia osób tutaj pracuje. Płacimy podatki… no, prawie wszystkie. Przyczyniamy się do rozwoju gospodarki.”

„Niszcząc infrastrukturę energetyczną.”

„To nie jest nasza wina, że infrastruktura jest przestarzała. Powinniście zmodernizować transformatory.”

Andrzej poczuł, jak wściekłość narasta w nim jak ciśnienie w kotle. „Słuchaj no, kolego. Ten transformator kosztuje pół miliona złotych. Spaliliście go w pół roku. Kto za to zapłaci?”

„No… my możemy się dołożyć.”

„Dołożyć się? Wy powinniście siedzieć w pierdlu!”

W tym momencie w głębi hali rozległ się trzask, a potem huk. Jeden z komputerów eksplodował — iskry wystrzeliły w powietrze, czarny dym zaczął się unosić. Pracownicy zerwali się z miejsc, ktoś krzyczał po ukraińsku.

„Kurwa, fire!” wrzasnął młody chłopak.

Ale to nie był zwykły pożar sprzętu. To była reakcja łańcuchowa. Przeciążony transformator, przegrzana instalacja elektryczna w hali, setki komputerów pracujących na pełnych obrotach — wszystko to stworzyło idealny przepis na katastrofę.

Drugi komputer stanął w płomieniach. Potem trzeci. Ogień rozchodził się jak żywa istota, pożerając kable, plastik, olej z zasilaczy.

„Wyłączcie prąd!” krzyknął Andrzej.

„Nie możemy! Główny wyłącznik jest w tylnym pomieszczeniu!”

„To biegnijcie tam!”

Ale było już za późno. Płomienie dotarły do magazynu z kartami graficznymi — pudła z elektroniką zapłonęły jak pochodnie. Dym stał się tak gęsty, że Andrzej zaczął kasłać. Oczy go piekły, w ustach czuł smak spalenizny i toksycznych oparów.

„Wszyscy na zewnątrz!” wrzasnął.

Pracownicy rzucili się do wyjścia. Andrzej pomagał jednemu z młodszych, który potknął się i upadł. Wyciągnął go na dwór, akurat gdy cała hala stanęła w ogniu.

Stali na parkingu, zakaszlując, patrząc jak ich życiowe dzieło zamienia się w popiół. Ktoś zadzwonił po straż pożarną.

„Mój Boże” wyszeptał starszy mężczyzna. „To koniec. Wszystko stracone.”

„Nie wszystko” powiedział cicho Andrzej. „Życie zostało.”

Ale mylił się. Nie wszystkie życia zostały.


Straż pożarna przyjechała po piętnastu minutach. Trzy wozy, dwunastu strażaków, woda z hydrantów. Ale hala była już stracona — konstrukcja dachu zawalała się z hukiem, ściany pękały od żaru. Strażacy skupili się na zabezpieczeniu sąsiednich budynków.

Komendant zastępu, brygadier Tomasz Kowalski, podszedł do Andrzeja.

„Pan był w środku?”

„Tak. Sprawdzałem nielegalnego podłączenie do sieci. Wybuchło.”

„Są ranni?”

„Nie wiem. Wszyscy wyszli, ale…”

„Ale?”

„Ale nie liczyłem.”

Kowalski skinął jednemu ze strażaków. „Sprawdź, czy wszyscy pracownicy są na zewnątrz. Lista obecności, odprawa, jak trzeba.”

Młody strażak podszedł do grupki pracowników — było ich siedemnastu. Zapytał szefa.

„Ilu państwo zatrudniają?”

„Dziewiętnastu.”

„A jest was siedemnastu.”

Starszy mężczyzna zbladł. „O kurwa. Andrij i Petro. Byli w tylnym magazynie.”

„Kiedy ostatni raz ich pan widział?”

„Przed pożarem. Wysłałem ich po części zamienne.”

Kowalski natychmiast zareagował. „Dwie osoby w środku! Zakładamy aparaty oddechowe, wchodzimy!”

Czterech strażaków, w pełnym rynsztunku z butlami tlenowymi, ruszyło do płonącego budynku. Andrzej patrzył, jak znikają w dymieniu i płomieniach. Modlił się w duchu, choć nie był człowiekiem wierzącym.

Po dziesięciu minutach, które wydawały się wiecznością, strażacy wyszli. Nieśli dwa ciała. Owinięte w foliowe koce termiczne, ale Andrzej wiedział. Wiedział po sposobie, w jaki je nieśli — delikatnie, bez pośpiechu. Nie było sensu się śpieszyć.

Andrij i Petro byli martwi.


Inspektor Kryspin Kiszka przyjechał na miejsce pożaru o dwudziestej drugiej. Był już po całym procesie: zatrzymanie, przesłuchanie, zarzuty posiadania narkotyków. Ale dzięki interwencji Nowickiego i ekspertyzie, która wykazała, że amfetamina została podrzucona, zarzuty zostały cofnięte. Kiszka był wolny — ale zniszczony psychicznie. Wiedział, że Grdyka może go zniszczyć w każdej chwili.

Mimo to przyjechał. Bo to była jego wojna.

Miejsce pożaru wyglądało jak strefa działań wojennych. Zgliszcza, dym, zapach spalenizny i chemikaliów. Dwóch zabitych. Siedemnastu świadków. I właściciel farmy — który okazał się być człowiekiem Grdyki.

Kiszka podszedł do Kowalskiego.

„Co się stało?”

„Pożar farmy kryptowalut. Przeciążona instalacja, brak zabezpieczeń przeciwpożarowych. Klasyczny przypadek ignorancji przepisów BHP.”

„Ofiary?”

„Dwóch pracowników. Ukraińcy, obaj po dwadzieścia kilka lat. Uwięzieni w tylnym magazynie, nie zdążyli uciec. Prawdopodobnie zatrucie tlenkiem węgla, potem poparzenia. Straszna śmierć.”

Kiszka zacisnął szczękę. „Kto jest właścicielem?”

„Firma BitKopalnia Technologie. Prezes Michał Wrzeciąg.”

„Kurwa.” Kiszka wyciągnął telefon. „Muszę to zgłosić prokuraturze. To jest nieumyślne spowodowanie śmierci, może nawet zabójstwo.”

„Inspektor” odezwał się Andrzej Wilczyński, podchodząc do nich. „Ja to wszystko widziałem. Byłem w środku tuż przed pożarem. Mogę zeznawać.”

„Kto pan jest?”

„Elektromonter z ENEA. To ja odkryłem nielegalne podłączenie.”

Kiszka poczuł, jak nadzieja kiełkuje w jego sercu. Świadek. Technik energetyczny, niezależny, bez powiązań z Grdyką. To mogła być złota żyła.

„Proszę pana. Musi pan wszystko opisać. Szczegółowo. To może być kluczowy dowód.”

Andrzej skinął głową. „Zrobię to. Ci ludzie zasługują na sprawiedliwość.”


Nazajutrz, w prokuraturze rejonowej w Koninie, Kiszka złożył obszerne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Prokurator, Robert Jasiński — mężczyzna po czterdziestce, z opinią twardego ale uczciwego — wysłuchał go w milczeniu.

„Inspektor, rozumiem pana motywację. Ale to jest skomplikowana sprawa. Musimy udowodnić, że właściciel farmy świadomie narażał życie pracowników.”

„On nie miał żadnych zabezpieczeń przeciwpożarowych! Żadnych gaśnic, systemów gaśniczych, dróg ewakuacyjnych. To rażące naruszenie przepisów.”

„Ale czy świadome?”

„Oczywiście, że świadome! Wrzeciąg prowadzi to od lat. Wie dokładnie, co robi.”

Jasiński westchnął. „Wszczęcie śledztwo. Ale, inspektor, musi pan wiedzieć — Wrzeciąg ma dobrych prawników. I wpływy. To nie będzie łatwa sprawa.”

„Żadna sprawa przeciwko Grdyce nie jest łatwa” odparł gorzko Kiszka. „Ale musimy próbować.”


W tym samym czasie, w Bełchatowie, w kurii biskupiej, odbywało się spotkanie. Biskup Gaweł Trzepacz siedział za masywnym biurkiem z dębowego drewna, przed nim stał Michał Wrzeciąg — blady, roztrzęsiony, łamiący ręce.

„Ekscelencjo, to był wypadek. Ja nie chciałem…”

„Nikt nie mówi, że chciałeś” przerwał mu łagodnie biskup. „Ale faktycznie jest, że dwóch ludzi zginęło. I to obciąża twoje sumienie. „Kto zabija mieczem, od miecza zginie”, Apokalipsa, trzynaście, dziesięć.”

„Co mam zrobić?”

„Modlić się. I zaufać Panu Bogu. A także panem Grdyce. On zadba o resztę.”

„Ale policja… prokurator…”

„Sunt lacrimae rerum. Są łzy dla rzeczy tego świata. Ale są też ludzie, którzy potrafią osuszyć te łzy. Za odpowiednią cenę.”

Wrzeciąg spojrzał na biskupa. „Chce Ekscelencja powiedzieć…”

„Chcę powiedzieć, że pan Grdyka jest hojnym człowiekiem. I że sprawiedliwość w Polsce, niestety, nie zawsze jest ślepa. Czasem przegląda przez palce. Szczególnie gdy palce są złotem pozłacane.”

„To korupcja.”

„To pragmatyzm.” Biskup wstał i podszedł do okna, patrząc na rozległe pola wokół Bełchatowa. „Michale, czy ty rozumiesz, co tu budujemy? To nie są tylko farmy komputerów. To jest wizja nowego świata. Świata, w którym władza nie będzie w rękach bankierów i polityków, ale ludzi takich jak my. Bitcoin to rewolucja. Tak jak kiedyś rewolucją był druk, telegraf, internet. A rewolucje wymagają ofiar.”

„Te ofiary to ludzie.”

„Wszyscy jesteśmy ludźmi. I wszyscy kiedyś umrzemy. Pytanie tylko, czy umrzemy dla czegoś większego, czy bez sensu. Ci dwaj chłopcy z Ukrainy umarli, budując przyszłość.”

„Oni umarli, bo ja byłem nieostrożny!”

Biskup odwrócił się, a w jego oczach błysnęło coś twardego. „Michale. Przestań się użalać nad sobą. To jest słabość. A słabość zabija. Jeśli chcesz przetrwać, musisz być silny. Rozumiesz?”

Wrzeciąg skinął głową, choć nie był pewien, czy naprawdę rozumie.

„Dobrze. A teraz idź. I nie rozmawiaj z policją. Wszystko przekaż prawnikom. Oni wiedzą, co robią.”


Trzy dni później, wieczorem, Kiszka siedział w swoim mieszkaniu, przeglądając akta sprawy. Ekspertyza techniczna potwierdziła: instalacja elektryczna w hali była nielegalna, przeciążona, śmiertelnie niebezpieczna. Nie było żadnych gaśnic, żadnych systemów alarmowych, żadnych instrukcji ewakuacyjnych. Wrzeciąg łamał minimum dwadzieścia różnych przepisów BHP.

To powinno być wystarczające.

Ale Kiszka wiedział, że w Polsce rzadko coś jest wystarczające.

Jego telefon zawibrował. SMS od nieznanego numeru:

„Inspektor. Proszę przestać. Ostatnie ostrzeżenie. Następnym razem nie będzie pan sam.”

Kiszka spojrzał na wiadomość. Nie odpowiedział. Usunął ją.

Pięć minut później ktoś zapukał do jego drzwi. Ostrożnie podszedł, sprawdził przez wizjer. Stała tam kobieta — młoda, może dwudziestoparoletnia, w krótkiej sukience mimo zimnej pogody. Prawdopodobnie prostytutka.

„Tak?” zapytał przez drzwi.

„Pan inspektor Kiszka? Mam dla pana wiadomość.”

„Jaką?”

„Muszę wejść. To ważne.”

Wszystkie dzwonki alarmowe w głowie Kiszki zaświeciły się na czerwono. „Proszę zostawić wiadomość pod drzwiami.”

„Ale…”

„Pod drzwiami. Albo w skrzynce pocztowej.”

Kobieta zawahała się, potem wzruszyła ramionami. „Jak pan woli.” Odwróciła się i zeszła po schodach.

Kiszka czekał dziesięć minut, potem ostrożnie otworzył drzwi. Pod wycieraczką leżała koperta. W środku — zdjęcie. Renata Wrzeciąg, naga, w łóżku z mężczyzną. Twarz mężczyzny była niewyraźna, ale Kiszka rozpoznał tatuaż na ramieniu.

To był prokurator Jasiński.

I kartka z napisem: „On też należy do nas.”

Kiszka zamknął drzwi i oparł się o nie. Czuł, jak świat wali mu się na głowę. Jasiński — człowiek, któremu ufał — był skorumpowany. Może szantażowany. A może po prostu kupiony.

Czy w tym systemie jest ktokolwiek uczciwy?


Następnego ranka Kiszka pojechał do Andrzeja Wilczyńskiego. Elektromonter mieszkał w bloku na osiedlu Chorzeń, trzecie piętro, dwupokojowe mieszkanie. Żona otworzyła drzwi — kobieta po czterdziestce, z siwymi pasmami we włosach i zmęczonym spojrzeniem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 78.38