Podziękowania dla szczególnie… Powiedziałem zwłaszcza.
Prolog
Zło kurwa może czaić się wszędzie i trzeba być przygotowanym. Moja dusza i ciało zostały umieszczone w rękach złych duchów, dlatego myślę o posiadaniu licencji na broń palną. Nie mogę zamknąć oczu, bo kiedy to zrobię, widzę absolutnie szalone rzeczy. Czuję się odłączony od rzeczywistości, jakbym istniał w ekstremalnie naprężonej czerwonej strukturze. Nie mogę sobie przypomnieć, jak wygląda świat. Poza tym ktoś rozrywa ciszę, a zegarki wywołują we mnie lęk.
Ściany oddychają, ciemność pulsuje żółcią, przez co noc jest bardzo słoneczna. Dosłownie przed chwileczką, będąc w kuchni, zobaczyłem niewidzialną dłoń. Za pomocą nowych związków frazeologicznych próbuję określić jej położenie. Niewątpliwie jest to pozycja horyzontalna.
Zbudowany jestem z wściekłości, ciepłej krwi i gnijącego mięsa. Nie rozmawiam już z mężczyznami, nie rozmawiam z dziewczynkami, nie spotykam się z kolegami, nie spotykam się z koleżankami. Nie chodzę do szkoły, nie chodzę na studia. Nie umiem słuchać, nie potrafię mówić. Nie uczęszczam do kościoła, nie robię zakupów. Nie słucham muzyki, nie oglądam programów telewizyjnych. W mojej spermie plemniki pływają w trumienkach z be-em-ka. Wszystkie ciemne strony życia dręczą mnie. Kurwa mać.
Tego dnia przez moje skorodowane neurony miała wreszcie popłynąć — tylko przez moment, jak się później okazało — krystaliczna myśl. Myśl Absolutna, niczym nieskażona, czysta. Ale zanim rozpędzone dopaminą wielosłowne szepty udusiły się w krzyku, sine palce zacisnęły się na krtani, a uwolniony wreszcie od kulturowego gorsetu zwieracz wyrzucił z ciała kilka nędznych baniek gówna, uwalniając jednocześnie Nieskalaną Myśl, tradycyjnie jak co ranek skrupulatnie przyszykowywałem się do przyjęcia Mojej Świętej Komunii.
Ogień, woda, proch. Pogański rytuał gwałtu z wielokrotnym orgazmem. Skupiony na mechanicznym wykonywaniu tych samych od niepamiętnych czasów czynności, zmęczony codziennym rytualnym składaniem ofiary oraz zachłannością boga, drżącymi palcami trzymam poczerniałą od płomienia świecy łyżkę.
Fioletowo-żółte, pokryte żywymi strupami przedramię szarpie cuglami. Palce miarowo zaciskają się i rozprężają. Sprute kolcami niebieskawe niteczki żyłek budzą się niechętnie. Leniwie wręcz podnoszą główki. Ich zarys ledwie widać pod lichą kołderką ze skóry. Potrzebne są zaklęcia i tajemne szepty. Czasami pomagają.
Pompka w dłoniach Parkinsona stwarza ryzyko, ale wchodzę. Stal o barwie rdzy z łatwością rozrywa skórę w kolorze pergaminu. O dziwo ta zmurszała otoczka żylastej padliny stawia jeszcze opór. Zgwałcona stalowym kutasem wielokrotnego użytku krwawi w milczeniu, wije się, umyka, broni się dzielnie. W końcu postrzępiony bagnet triumfalnie zagłębia się w mięsie.
Moje przestraszone maleństwa pochowały się jeszcze głębiej. Moje wy żyłeczki kochane. My razem przecież, jak noc i jak dzień. Kici, kici, nie bój się tatusia koteczku pierdolony, o tutaj jesteś… jaka ładna żyłeczka. Chodź do mnie…
Zrościk jeden, delikatnie… w prawo… i głębiej. No nie, kurwa. Za mocno, wyjebało się. Ale… Chwila! Jest!!! Chwała panu, alleluja! Cud! Cudowna przemiana Parkinsona w precyzyjnego robota bezbłędnie sterującego mechanizmem szkieletowo mięśniowym ręki. Czule, delikatnie, z należną miłością i szacunkiem.
Ale, ale, ale, ale. Kurwa! Nie!!! Z koniuszka języka spada na zagłębienie w łokciu kilka kropel śliny. W TO miejsce. Właśnie teraz, na pół sekundy przed czułą aborcją kolejnej porcji mózgu. Koniec sojuszu fizjologii z ruchami nieświadomymi, których źródła topią się w odmętach id.
Wyzwolona boskim impulsem precyzja kapryśnie gaśnie. Usteczka układają się w podkóweczkę, łezka w oczku się kręci — koniec seansu hipnozy. Powraca rechocząco-trzęsąca się kurwipijka. Baty trzeszczą, trzewia posokę grzeją, z pieców źrenic dym bucha. Kurwa poezja, niczym z supermarketu, o cynamonowym aromacie ze śliwkowym, identycznym z naturalnym.
Raz, dwa, trzy… Co jest po trzy…? Potem leciutko w lewo… Tak jest dobrze. I tak i rak, i siak. Jestem… jestem...jestem… Teraz cicho...ciii… Teraz naciskamy delikatnie tłoczek...bardzo delikatnie, cichutko… i… Walić! Teraz! Obuchem! Młotem! Raz a dobrze! Poszło!!!! W pizdu!!! Jest!!! Wydech, lekki uśmiech… i…
Czy połączenie faktów z rzeczywistością jest harmonijne? Czy poprzez zdefiniowanie granic rzeczywistości zapobiegnie się jej dekonstrukcji? Czy procedura precyzowania niewątpliwych walorów aktualnej sytuacji w zakresie szeroko rozumianej estetyki może wykazać jasno, wyraźnie, w sposób wręcz jaskrawy odwieczny konflikt starego z nowym? Kurwy i świętej? Obietnicy i braku? Nadziei i rozczarowania? A może wgląd jest niewystarczający?
— Pali się, snifuje, żre. Ale najlepiej walić w żyłę. Wiesz, o czym mówię? Ty wiesz. Ale ty wiesz, dlaczego najlepiej walić w żyłę jest? Bo jest wtedy wyjebany w kosmos jest orgazm. Ty jesteś kosmosem i ty rodzisz supernową.
Dlatego walę w żyłę. Jak się walnie, to się fachowo mówi, że wystąpił krótkotrwały okres silnej euforii. Albo, i tu mnie kurwa słuchaj uważnie, nie wystąpił. Bo jakiś chuj w dupę jebany, harcownik, lolo pizduś, pedał jebany z różowego roweryku dla dziewczynek, ecie pecie, tiu, tiu, tiu, wyjebana kurwa, lolcia zaszczaj i zasraj pizdę swojej matki, w mordę cwel jebany, pierdolony, uszy masz? Słuchaj! Sprzedał ci kurwa gówno. Słyszysz kurwa?!
W pizdu ma wykazywać! Wykazywać kurwa działanie pobudzające! A ja kurwa przyjebałem i nie wykazało nic! A miało wykazywać pobudzenie ośrodkowego kurwa układu nerwowego. Mego układu! Ja kocham swój układ! Mój układ nerwowy! Nie kurwa Twój, nie twojej jebanej matki i murzyńskiej pedalskiej ciotki, skurwysynu z Itaki. Tylko mój układ nerwowy miał zostać pobudzony!!!
Rozumiesz kurwiszonku?! I ma też uwalniać! Neuroprzekaźniki! A nie uwolniło się nic! Nic kurwa! To niedobrze. To bardzo niedobrze kurwa jest. Ja ci przekazuję kesz, a ty mi neuro przekazujesz.
Ja jestem podły dzisiaj, bo dokonałeś na mojej osobie neuro aborcji. I ty masz kesz, a ja kurwa nie mam kurwa pierdolonej manny.
Byliśmy jak bracia. Bracia Pif Paf, Zyg Zag, a teraz kurwa, teraz to ja ciebie pif paf i zyg zag!!! Podaję ci przepiękny zbiór informacji czysto teoretycznych, ale też czysto praktycznych, niezwykle przydatnych. Informacji pożytecznych. Słyszysz?! Z zakończeń nerwowych kurwa! Wiesz co to zakończenia?! Nerwowe?! Zakończenia są piękne. Ślub z kosą, albo pizgasz się na mydełku, albo nadziewasz na kolesia z klamką!!! Co wolisz?! Do wyboru i koloru.
I jeszcze jedno! To mnie strasznie boli. I to bardzo, kurwa mnie boli to. Ja nie lubię. Ja nie lubię, jak mnie boli. Jak mnie kurwa boli, to wiesz, co się dzieje? Nienawidzę i to mnie boli najbardziej, jak mi wychwytu zwrotnego, mi osobiście, rozumiesz? Wychwytu zwrotnego nie blokuje. Wiesz, co to jest wychwyt?!
Język zesztywniał i gorąca fala pokryła szronem moje powieki. Milion wściekłych os zatopiło żądła w mózgu, a krew w żyłach zaczęła napierdalać z szybkością dźwięku. Usiadłem. Minął katar. Wdech… Wydech… Powoli… Powoli i delikatnie chwyciłem słuchawkę telefonu.
— Ty...To jest kurwa niezłe, to jest.
Milczę przez dłuższy czas głęboko, powoli oddychając.
Wdech… Wydech… Powoli… Powoli…
— Nie bierz gadki do siebie. Wiesz, jak to jest, jak dostaniesz nie to, co chciałeś. A jest dobrze. Bardzo dobrze jest. O jak jest dobrze… Jutro! Jak zwykle! Tam gdzie zwykle! Jak jest dobrze, jak ciepło… A nawet bardzo dobrze.
Wdech… Wydech… Powoli… Powoli… W głosie po drugiej stronie nie było złości.
— Wybacz, zapomniałem powiedzieć, że dzisiaj spadł bardzo czysty śnieg.
— Nie ma sprawy, naprawdę, to ja przepraszam, nie gadaj już, nie mów nic. Bądź cicho. Psy, psy, psy, psy. One nie szczekają, tylko węszą, O tak, bardzo węszą, o tak, nosem węszą przy ziemi, nosy wielkie mają, wiesz, jak to psy. Paszli won psy! Ha, ha, ha! Myślą, że ja nie wiem, że one węszą. Wszystko wiem!!! Wiem!!! Wiem!!! Wiem!!! To nara!!! Hej!!! Siema!!! Cześć, cześć!!! Muszę się ogarnąć. A śnieg bardzo czysty, bardzo. Bardzo!!! Dzięki!!! Dzięki!!! Dzięki!!! No nara!!! No cze...cze…
Wdech… Wydech… Powoli… Powoli…
Oparłem się o ścianę i zamknąłem oczy. Czułem się wyśmienicie. Powoli paląc papierosa, delektowałem się długim, dwugodzinnym amfetaminowym szczęściem.
To się stało bez wstępu, bez żadnego kurwa znaku, gestu. Szron na powiekach. Mokre włosy odgarniam niezdarnie z czoła.
Wdech. Wydech.
Upadam. Już wiem, że myśliwy zaczął polowanie. Zostałem postrzelony, krwawię z nosa i uszu.
Wdech, wydech, wdech, wydech.
Uciekać, uciekać. Pewnie już wszyscy wiedzą. Słyszę ich oddechy za ścianą, stoją pod drzwiami. Uciekać! Oknem! Tam też stoją. Powoli przewracam się na bok. Krwawię coraz mocniej. Do szału doprowadzają mnie ich szepty. Mogliby wreszcie przestać się tak czaić.
Wdech. Wydech.
Już lepiej, przeszło. Został tylko szum.
Wdech, wydech.
Kolejna fala, powoli, nie spiesząc się, wspięła się po chudych łydkach, weszła mięciutko na kolanka, popieściła uda, lędźwie, brzuch, oplotła elektryczną obręczą płuca i gardło, a na koniec pocałowała w sine usta.
Wdech.
I właśnie w tej właśnie sekundzie zaczęła płynąć, i płynęła przez kolejnych kilkadziesiąt sekund przez moje skorodowane neurony Myśl. Czysta, absolutna, nieskażona.
Wydech.
A kiedy zostałem otulony mięciutką kołderką po sam czubek nosa, a moje ciało skrępowane mgłą bezwładnie zanurzyło się w tej imitacji wód płodowych, wydało mi się, że poznałem odpowiedzi na wszystkie pytania.
Wdech.
Wszyscy odeszli, a mnie wreszcie ogarnęła cisza. Cisza, za którą tak bardzo tęskniłem. W trzeciej sekundzie tej cudownej ciszy jeszcze mocniej zacisnąłem sine palce na krtani. Umilkły dymiące groby. Życie wciąż płynęło leniwą strużką. Ocierało się o nogi spieszących się ludzi, omijało ich buty i tylko czasami przed kimś się zatrzymało.
Rozdział 1
Nie ma tunelu, nie ma spadania, podążania ku światłu. Nie ma obecności boskiej emanacji jaśniejącej gwiezdną miłością. Nie ma nic. W tym „nic”, w tym „gdzieś” jestem ja. Ale w tym „gdzieś” pojęcia obecności lub nieobecność są nie do zdefiniowania. Podobnie jak czas. W masce błazna skaczemy razem po linach przeszłości i przyszłości.
Pojawiam się w różnych przestrzeniach, zdarzeniach. Widzę to, co się wydarzyło, dzieje się, lub stanie się w przyszłości. Przepływają obok mnie, a może to ja płynę obok strumieni wydarzeń, alternatywnych wersji życia. Widzę wszystkie ścieżki, wszystkie ewentualności. Widzę wszystko. Płynę pomiędzy przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Każda decyzja, każdy wybór wydaje się być kluczem do niewyobrażalnej liczby możliwości. Łatwo zgubić się w tym wirze, snując się przez światy.
Moje ciało odnaleziono po czterech dniach. Martwe, a jednak jakże żywe. Miliardy moich bakterii, notorycznie eksterminowanych chemicznymi nalotami, czując się wreszcie wyzwolonymi, w zemście za lata poniewierki, ze zrozumiałą satysfakcją rozpoczęły konsumpcję tkanek miękkich. Odpowiednie służby powiadomił sąsiad z naprzeciwka, który pogrążony w nieustannym alkoholowym śnie, poczuł znajomy odór gnijącego ciała. W jego pijanym mózgu otwarły się jakieś drzwiczki, zza których wyczołgało się wspomnienie żulerskiej śmierci na melinie.
Przyjechało ich dwóch. Mały i chudy. Duży i gruby. Zasapani. Niewyspani. Wkurwieni. Spoceni. Śmierdzący setkami wypalonych papierosów i aldehydem octowym. Stoją, kręcą się, przyglądają, niczego nie dotykają. Kurwa jak tu cuchnie, co się dziwisz, kto mówi, że się dziwię, jak się nie dziwię się, oni zawsze tak kończą, trzeba wezwać.
Wzywają, przyjeżdżają, wchodzi załoga, lekarz ze szczękościskiem, od dziewiętnastu godzin na nogach, chrupiący tabletki efedryny jak landrynki, przykłada do nadgniłej skóry na klatce piersiowej stetoskop, podnosi powieki, stwierdza zgon, od czego pyta tych dwóch, ślepy jesteś, jak od czego, naturalny kurwa zgon odpowiada lekarz, śmieje się, jeszcze pięć godzin i wreszcie się wyśpię, mówi, a teraz trzeba go zapakować, chcecie sekcję, nie chcecie, jaka sekcja kurwa, wiadomo, o co chodzi, dobra, to my lecimy, mam dzisiaj kolację ze swoją mówi Chudy, chyba coś zamoczę, ty to masz dobrze, mówi Gruby, oj tam od razu dobrze odpowiada Chudy, wkurwia mnie na maksa, dodaje.
Ci z ambulansu chowają ciało kogoś, kto był mną, moje jedyne ciało do worka, moje zielono-niebieskie ze wzdętym już brzuchem, cuchnące ciało w czarnym worku, moje kochane bakterie zażarcie świętują wolność, będzie piękny, ciepły słoneczny dzień, ona wkurwiona, bo zgodziła się zapłacić za pogrzeb, za księdza, nie przyszła, nikt nie przyszedł, klecha — coraz cichszym głosem nucący modlitwę, przerwał nagle w pół słowa, głupio trochę gadać tylko do siebie. I do boga, bo przecież on wszystko słyszy, wszystko widzi, wszystko wie, postał jeszcze i poszedł.
Nie miałem przyjaciela, który by do mnie napisał, abym przyjechał i wyruszył razem z nim w podróż transatlantykiem dookoła świata. W czterdzieści dni. I nocy. Chętnie bym się zgodził, wsiadłbym w autobus i pojechał w upale, z płaczącymi bachorami. Zamiast tego wsiadłem do pociągu. Chciałem pojechać dokądkolwiek. Po prostu chciałem jechać. Być w ruchu. Opuścić miejsce, w którym byłem całe swoje krótkie życie. Opuścić obcych mi ludzi. I któregoś ranka kiedy otworzyłem oczy, wiedziałem, że to jest właśnie ten dzień. I wstałem, umyłem się, ubrałem, zjadłem ostatnie moje śniadanie, spakowałem się i wyszedłem bez słowa.
W innym strumieniu czasu, w tej samej chwili, w innym świecie, nie wsiadam do pociągu. Również budzę się, myję, ubieram, jem śniadanie, ale tego ranka zostaję w swoim pokoju z czerwonymi kotarami, w tym, w którym mało co nie zginąłem, będąc dzieckiem, w tym jakże swojskim, mieszczańskim mieszkaniu, w tym bloku stojącym na rogu ulic, na skraju osiedla, w małym miasteczku na skraju wszystkiego. Nic znaczącego nie robię, nie mam żadnych przeczuć, przebłysku intuicji, czegokolwiek. Wszystko jest nijakie. Nic nieznaczące. Ale dokładnie w tej nieznaczącej chwili rodzisz się Ty.
Wiele lat później, już w innym mieście, mijamy się, nasze ciała ocierają się w autobusach, na ulicy, w kolejkach. Jakieś zdawkowe przepraszam, sorry, nie chciałem. Nie chciałam. Wciąż się potykamy o siebie. Przeznaczeni sobie. Mijają lata, dojrzewają kwaśne winogrona, lato, słodkie wiśnie, jesień, zima. Lato, jesień, zima. Lato, jesień, zima. Mieszkam blisko twojej szkoły. Codziennie rano przechodzisz obok balkonu, na który czasami wychodzę, aby zapalić papierosa. Może nawet cię zauważyłem? Może pomyślałem — niezła laska. A może ty zwróciłaś uwagę na faceta trzęsącego się z zimna, zachłannie zaciągającego się papierosem? Co bym zrobił, gdybym wiedział, że w tłumie piszczących, pryszczatych nastolatek jest kobieta, która urodzi moją córkę? Moją córkę morderczynię? Nie mam pojęcia. Los tak chciał. Albo bóg. On zawsze pragnie krwi. Jakiejkolwiek.
I kiedy po raz pierwszy słyszę twój głos, budzi się we mnie to, co na poziomie najgłębszym z możliwych jest na wskroś dzikie i pierwotne. Ściskając moją dłoń — miło mi było ciebie poznać — oznaczyłaś mnie, a ja oznaczyłem ciebie. Zostałem właśnie twoją własnością, a ty właśnie zostałaś przypisana do mnie. To dzikie i pierwotne łaknie ciebie. Kilka tygodni później powiesz mi, ochrypła od krzyku, że też…
W świecie, w którym nie wsiadłem do pociągu, tworzymy nowe życie. Jest pięknym dzieckiem, dziewczynką, kobietą. Ale nasze życie naznaczone jest zdradami. Dlatego moja córka, wiele lat później, nie wiedząc o mnie nic, spotkała zrodzonego z innej kobiety mojego syna. Taki los. Bóg tak chciał. Bóg pragnący krwi.
I kiedy po raz pierwszy mój syn słyszał głos mojej córki, obudziło się w nim to, co na poziomie najgłębszym z możliwych jest na wskroś dzikie i pierwotne. Ściskając jej dłoń, został jej własnością, a ona została jego. Kilka tygodni później moja córka, ochrypła od krzyku, wyznała mojemu synowi, że ona też.
W tym innym świecie, w którym zamiast wsiąść do pociągu, zostałem w pokoju z czerwonymi kotarami, mój syn i moja córka, dając nowe życie, miłość po grób, napisali na nowo stary, powtarzający się dramat. Dziecko — genetyczna drwina z miłości, ciepły uśmiech szatana z mózgiem na wierzchu. Moja córka, nucąc — tragiczny los, okrutna śmierć w udziale im przypadła — przyłożyła poduszkę, króla zjadł kot, pazia zjadł pies, kilkanaście sekund, wystarczyło, lecz żeby ci, nie było żal, dziecino ma kochana, królewna z marcepana, stwierdzono niepoczytalność. Bóg dostał swoje igrzyska. I krew.
Ale ten ja, który wsiadł do pociągu, ten ja, który teraz żyje moim przeżytym życiem, nie będzie miał ani syna, ani córki. Nie będzie kwaśnych winogron, słodkich, pachnących dymem wiśni. Ten ja będzie niósł śmierć, nie życie.
Wybija nogą rytm innej piosenki o miłości. Tej prawdziwej, hej dziewczyno spójrz na misia, on przypomni, przypomni chłopca ci, ciało drga, zachłannie połyka monotonnie przesuwające się słupy, nieszczęśliwego białego misia, usypiające pola, który w oczach, ma tylko szare łzy, zielone, niebieskie, kolory, spod półprzymkniętych powiek refleksy, biały miś, biały miś dla dziewczyny, wdziera się rytm do środka, panoszy się, rezonuje, którą kocham i będę kochał wciąż, nie kocham żadnej, a tak bardzo chciałbym, nawet tej nie kocham, do której jadę teraz powiedzieć, że wyjeżdżam, nie na długo, ale przyjadę, lecz dziewczyna, lecz dziewczyna jest już z innym, zrozumiem jeśli nie poczeka, a ja kocham i będę kochał wciąż, ale muszę, już od dawna to planowałem, duszę się w tych małych uliczkach małego miasta, wtapiam się w krajobraz, nie chcę stać się częścią krajobrazu, lecz dziewczyna lecz dziewczyna jest już z innym, zrozumiem jeśli nie poczeka, a ja kocham i będę kochał wciąż, ale muszę już od dawna.
Budzi mnie nagłe szarpnięcie. Zgrzyt rdzawych hamulców tworzy cudowną dysharmonię z elektronicznym rytmem muzyki. Tony żelastwa suną jeszcze przez chwilę, by stanąć z szarpnięciem i głośnym sykiem. „On przypomni, przypomni chłopca ci, Nieszczęśliwego białego misia, Który w oczach ma tylko szare łzy” — to słowa wirusy. Wwiercają się w mózg i zostają już na zawsze.
Jest, czeka, wygląda tak, jakby chciała to pożegnanie mieć jak najszybciej za sobą. W kwietniowym słońcu jej biała, zdrowa skóra paruje mlekiem i aromatem kwiatów. Uśmiecha się delikatnie, niezdarnie próbuje mnie objąć. Odwzajemniam. Krótko. Mój mózg śpiewa „hej dziewczyno, spójrz na misia”. Zarzucam plecak.
— Chodź, przejdziemy się trochę.
Milczenie pałęta się wokół nóg. Ja — jestem już Tam, na tym statku, który rozpływa się w linii widnokręgu. Ona — kotwica, ciało, czuły barometr — kurczowo trzymając spoconą ręką moją dłoń, porusza się z tą charakterystyczną ociężałością powtarzanego po raz tysięczny ruchu.
— A więc jedziesz, sam, nie wiesz, kiedy wrócisz, a w ogóle to wiesz w ogóle, gdzie jedziesz i co będziesz robił?
Mój mózg śpiewa „spójrz na misia”. Wiem, nie wiem. Co będę robił, a czego nie będę? Jakie to ma znaczenie? Chcę zamknąć oczy, skoczyć i lecieć. Chcę usłyszeć ten na wpół dziki rechot zerwanego z łańcucha, poczuć naprężone pod koszulą muskuły, mocne nogi rwące się do biegu. Byle przed siebie, byle dalej. Szybciej. Jeszcze szybciej. Mocniej. Jeszcze mocniej.
— Tak — kiwam głową, nie próbując nawet wyjaśnić, tego co czuję.
— A więc? Gdzie?
— Przecież już mówiłem gdzie. Jadę do Wielkiego Miasta. A potem nie wiem gdzie, ale mówiłem, że wrócę najpóźniej za trzy miesiące.
Jej dłoń mięknie, wysuwa się z mojej.
— A ja? Pomyślałeś o mnie? O nas? Co ja będę robić? Czemu nie mogę z tobą jechać?
— Rozmawialiśmy o tym…
Patrzę na to, co się dzieje, co się już wydarzyło. Patrzę i wiem. Widzę siebie i ją w obrazie żywym, na wskroś trójwymiarowym. Jak w kinie. Udawałem, że jest mi smutno.
— Odprowadzisz mnie na pociąg?
Nie odpowiada, ale zawracamy i zgodnie idziemy w kierunku stacji. Ja szybciej, ona wolniej. Mój mózg śpiewa „hej dziewczyno”.
Nigdy się już nie spotkamy, szybko o niej zapomnę. Tak bardzo będę nie pamiętał, że kiedy pojawi się w moich myślach, zdziwię się, że mogłem ją zapomnieć. I po chwili zapomnę znowu. A ona będzie pamiętać i czekać. Kobiety zawsze pamiętają i zawsze czekają. Kiedy zniknę, a potem się odnajdę, nie przyjdzie do mnie. Będzie czekać, aż ja zrobię pierwszy krok, tak jak obiecałem. Ale ja pójdę w innym kierunku.
Czekanie stało się sensem jej życia. Podobnie jak rozczarowania. Kolekcjonowała je i pielęgnowała niczym najpiękniejsze kwiaty w ogrodzie. A kiedy była już stara, rozczarowania straciły na znaczeniu i zwiędły. Ona również zwiędła, a wraz z nią zwiędła pamięć.
Przychodziła w to miejsce, gdzie niegdyś się pożegnaliśmy, chcąc spotkać nie tyle mnie, ile poczuć wyżerający nozdrza odór impregnatu drewnianych podkładów kolejowych i ziemię pod stopami z plamami polnych kwiatów, ale ten świat został pocięty szkłem, betonem, stalą hartowaną i niehartowaną.
Kuśtykała w benzynowych oparach ruchliwych dróg, nasłuchując zgrzytu hamulców starych pociągów, zatrzymując się posłusznie na skrzyżowaniach gdy zapalało się czerwone światło i drepcząc kiedy lśniło zielone. Patrzyła z uwagą na swoje odbicie w szklanych taflach teraźniejszości i zastanawiała się, w jakim celu przyszła w to miejsce. A w dniu, w którym wróciła jej pamięć, młodzieńcza miłość i tęsknota — uklękła i umarła tak cicho, jak ciche było całe jej życie. W każdym innym życiu czeka na kogoś, w każdym innym życiu pielęgnuje kwiaty, klęka i umiera. W każdym innym życiu wszyscy o niej zapominają. Jest Królową ciszy i niepamięci.
Wielki Dworzec Wielkiego Miasta, centrum wszystkiego. Sześcienna forma utkana z nitek stali, szkła i smrodu. Arterie korytarzy pulsujące za dnia milionem oddechów, prawie puste nocą, wypełnione jedynie dusznymi pragnieniami. Wielka machina — krzyczy, biegnie, skacze, zasysa, wypluwa. Machina do podróżowania, dobrze naoliwiona maszyna, oszałamia, spektakl światła i dźwięku machin, ludzi, ludzi maszyn. Mami, otumania. Stoję. Chłonę. Niemy. Zachwycony. Żyję. Czuję. Ludzie maszyny biegną. Ludzie maszyny idą. Ludzie maszyny stoją. Ludzie maszyny są wszędzie. Wśród ludzi maszyn są inni ludzie. Osobni.
Nienawidziłem struktury, uporządkowania, które nadaje sens i odpowiednie atrybuty systemom, gdzie wszystko ma swoje miejsce, właściwą formę i treść. Ideę istnienia odnajdywałem w chaosie. W świecie bez struktur widziałem piękno, a w szaleństwie boskość, bo byłem podobny do boga. Gotowy do przekraczania granic, norm, widząc świat w zupełnie nowym świetle. Kiedy inni zapatrzeni byli w proste linie, kształty i formy, ja widziałem pulsujące emocje i niczym nieskrępowane myśli.
Poza schematami, z dala od ograniczeń, nie potrzebowałem ram, które by mnie trzymały. Pragnąłem być jak burza, która oczyszcza powietrze z przewidywalności. Stałem pośród ludzi maszyn i byłem ponad tym. Ponad trywialną strukturą zaplanowanego, a więc przewidywalnego życia. Byłem bogiem chaosu i chaos wnosiłem w ich uporządkowane, nudne życie.
I teraz właśnie pływam godzinami w szarym labiryncie korytarzy, w szumie rozmów, zgrzycie pociągów, w tej hipnotycznej kaskadzie dźwięków. Nie zauważam, że to wszystko powoli gaśnie, a kiedy neonowe świetlówki bombardują blaskiem, jedynym dźwiękiem jest echo moich butów uderzających o wypolerowany beton. Siadam, opieram się plecami o ścianę — zimny dotyk betonu czule pieści moje plecy. Podziwiam podobnie szarą ścianę po przeciwnej stronie — w pozornie gładkiej tafli znajduję rysy i pęknięcia. Pływam w kałuży pełnej kolorowych ryb, przez złotą bramę trafiam do zupełnie nowego świata — nieskończonego labiryntu wypełnionego echami i pomrukami. Nie ma ścian ani podłóg, tylko pustka wypełniona szeptami i rozmowami, i krzykiem...krzykiem tuż nad moim uchem.
Jestem wszechwiedzący i wszechwidzący. Widzę tych dwóch jurnych, prężnych, w mundurach, naładowanych pociskami z testosteronem, o twardych, naprężonych mięśniach, z niezachwianą wiarą w nieśmiertelność i pewność, że są magami, wielkimi czarodziejami rzeczywistości, a ona jak uległa suka, liże ze strachu ich dłonie, płaszcząc się w gotowości na każdy rozkaz Pana. Przyglądam się im z innej przestrzeni, innego czasu. Stoją wyprostowani, z rękoma opartymi na białych pałkach. Ich twarze są takie dumne — hardość wykuta w świetle dworcowych jarzeniówek.
Pięć lat później twarz jednego z nich będzie wykuwać się w świetle jarzeniówek prosektoryjnych. Pobiegnie za złodziejem samochodu. Biegnąc, będzie marzył o medalu za schwytanie, o uściskach dłoni komendanta, o swojej dziewczynie, której wilgotne, sarnie oczy staną się jeszcze bardziej wilgotne, kiedy w malutkim mieszkanku na dziewiątym piętrze, w malutkiej sypialni klęknie przed nim, rozpinając zamek od spodni, wysuwając powoli wilgotny, mięciutki język. Jak cię kurwa chuju jebany dorwę, tak ci wpierdolę, jebany ty kurwa chuju w mordę.
Chuj jebany Iwan uciekając, też marzył. O tym, że nie chce wrócić do polskiego więzienia, w którym regularnie pokazywano mu, kto jest panem i jakie miejsce w hierarchii zajmuje on — ruskaja sabaka, bladź. O tym, że w pizdu poszło się jebać tysiąc marek niemieckich za zlecenie, kurwa, przez tego jebanego chuja psa poszło się jebać i co ja teraz powiem, kurwa ja pierdolę? Marzył o swojej dziewczynie, która miała wilgotne, sarnie oczy, a kiedy klękała przed nim w małym mieszkanku na siódmym piętrze i wysuwała mięciutki języczek, stawały się jeszcze bardziej wilgotne. Dlatego też, z tej wściekłości, nie odwracając się za siebie i w ogóle nie celując, wyciągnął P-64 i nacisnął spust. Gdyby nie potknął się o rozwiązaną sznurówkę, pocisk dziewięć milimetrów Makarowa roztrzaskałby ceglany mur najbliższej kamienicy, a tak roztrzaskał mózg goniącego go policjanta. Przypadek. Los. Bóg tak chciał.
Drugi policjant pobiegł za swoim partnerem. Po tym jak usłyszał strzał, zatrzymał się. Nie chciał widzieć, ale musiał. Podszedł, nachylił się i natychmiast zapragnął zapomnieć to wszystko, co zobaczył. Ale zapominanie jest szalenie trudną rzeczą, szczególnie jeśli chce się zapomnieć życie. Życia nie można zapomnieć. Zmęczony pamiętaniem i niepamiętaniem wsadził do ust lufę służbowej broni.
Ale to stało się później, wiele lat później. Teraz nachylają się nade mną — dwaj bracia w wierze. Ich religią jest siła i kurwa moc.
— Dokumenty, dowód osobisty, wstań, jak mówisz do mnie, ćpałeś coś, jesteś pijany, na chuj tu śpisz, co jest kurwa, patrz, jak do mnie mówisz, co nic nie mówisz, pytam się ja ciebie, kurwa głuchy jesteś debilu, idziemy, no rusz się, może jesteś poszukiwany, musimy to kurwa sprawdzić, ruchy młody, ruchy — słowa toczą się jak kamienie po skalistym zboczu, nie dając chwili wytchnienia. Nawet nie próbuję odpowiadać.
Bóg tak chciał, bóg chciał, abym spotkał tych dwóch, aby mnie zaprowadzili i wsadzili do małej celi dworcowego komisariatu, z kałużą szczyn w rogu i ścianami, na których wyryto milion historii życia. Byli tam Oni — szczupli, androgyniczni, długowłosi niczym Prorocy. Uśmiechnięci, z tą tępą pobłażliwością malującą się na twarzy, tak bardzo charakterystyczną dla tych, którzy posiedli Wiedzę i poznali Owoce Nie Tego Świata. Będąc tu, gdzie teraz jestem, wiem, że zlepieni z lęku, drżącymi rękoma nakładali codziennie maski. Zlepieni z lęku śmiali się trochę za głośno, pili wino — trochę za dużo i łapczywie łaknęli słów objawienia, powtarzając je jak mantrę, poślinionymi palcami kartkując Biblię o pomarszczonej, czarnej okładce.
Obwąchujemy się jak nieufne psy, sierść mamy nastroszoną, ale po chwili delikatnie zaczynamy merdać ogonkami.
— Za co cię zgarnęli? — on odzywa się pierwszy, ona patrzy zaciekawiona z głową przechyloną na bok, jak malutki ptaszek. Oboje mają na sobie sztywne od brudu niebieskie dżinsy i luźne koszule, umalowane w jakieś wzory, hasła, kwiaty i pacyfy. Na szyi drewniane naszyjniki, na przegubach koraliki. Oboje prawie w tym samym czasie odgarniają z czoła opadające na oczy włosy.
— Zasnąłem, bo dopiero dzisiaj przyjechałem i się przypieprzyli.
— Nie możesz spać, nie na peronie, ani w korytarzach. Takich od razu zgarniają. Z daleka jesteś? Skąd? — tym razem to ona pyta. Ma lekko zachrypnięty głos, oczami wyobraźni widzę, jak bierze do ust papierosa i mocno się zaciąga.
Nie wiem, co odpowiedzieć. Nazwy miejsc skąd pochodzimy, definiują nas na poziomie plemiennym. Określają poniekąd, czy zasługujemy na kolejne pięć minut spokojnego oddychania, czy też nasz mózg przełączy się w tryb, walcz, albo uciekaj, wyczuwając pozaplemienne zagrożenie. Ale rozumiałem, że musimy przejść ten etap wzajemnego wąchania mózgów. Musiałem więc wyjaśnić skąd jestem — czyli gdzie spędziłem ostatnie lata mego życia — samo słowo „spędziłem” ma w sobie ten pierwiastek beznadziejnej stałości, powolności ruchu każdego dnia, a pragnąłem — i to też próbowałem im powiedzieć, tam, w tej zasranej i zaszczanej celi dworcowego komisariatu — pragnąłem szaleństwa, chciałem poczuć życie, chciałem wszystko naraz, aż do zrzygania. Chciałem poznawać i płonąć. Może dlatego, że przeczuwałem, że życie jest w gruncie rzeczy smutne. Ale tylko powiedziałem, skąd przyjechałem.
— To początek twojej drogi? — on przysuwa się do mnie.
Nie miał świadomości bycia pompatycznym.
— Tak, wczoraj zacząłem. A wy? Długo już w trasie? Długo tu jesteście?
— Zgarnęli nas za sępienie — oboje się uśmiechają. — Podobno takie coś jest to przestępstwem, ale my nie uznajemy własności. Uważamy, że każde dobro jest wspólne i należy do nas wszystkich.
— Taaak? — specjalnie przeciągam samogłoskę.
— Oczywiście, to zrozumiałe, że myślisz inaczej — on nachyla się nade mną, a ona uśmiecha się i wzrusza ramionami.
— Zaczyna się! Uwaga! Pan profesor zaczyna wykład. Proszę wstać, proszę siadać.
— Nic się nie zaczyna, muszę koledze wyjaśnić, kim jesteśmy.
— Aha — odpowiadam.
— Jesteśmy hipisami.
— Coś słyszałem, że tępią was gitowcy i skini. I że jesteście za wolną miłością, dragi i takie tam.
— Głosimy miłość, opowiadamy się za światem bez przemocy, wojen, karabinów, strzelania, bomb, uważamy, że człowiek powinien żyć w harmonii z naturą, czerpać z niej. Odrzucamy materializm, mieszczaństwo, społeczne konwenanse. Chcemy świata, gdzie będzie panowała miłość, muzyka i pokój. Najważniejsze to być sobą, a jestem sobą, zgłębiam słowo boże, bo Jezus Chrystus był pierwszym na świecie hipisem, on głosił te wszystkie rzeczy, które teraz my głosimy i za które jesteśmy tępieni. Każdy człowiek jest dla mnie bratem i siostrą.
— A niektóre siostry są bardzo siostrzane, prawda mój kochany? — ona trąca go łokciem w bok.
— Monogamia to mieszczański przeżytek opresyjnego systemu — zmienia ton na pouczający.
— Masz rację kochany — śmieje się głośno. — Przypomnę ci, to kiedy niektórzy twoi znajomi będą chcieli mnie pomacać. Możesz być pewny, że ja ci powiem wtedy najdroższy, że jesteś przeżytek opresyjny i przeżytek mieszczański.
— Wiesz co? W ogóle nic nie rozumiesz.
— Oczywiście, jakżeby inaczej. Co ja mogę wiedzieć — mruga do mnie. — A ty bracie masz kogoś?
— Czy ja mam kogoś?
— To trudne do zrozumienia? — wciąż się śmieje. — Tak, czy z kimś chodzisz?
— No nie, chyba już nie, była zła, że wyjechałem — tłumaczę się, czerwieniąc.
— Czemu razem nie pojechaliście?
Milczę.
— Dobra, nie naciskam, jakbyś coś chciał, to pamiętaj, że monogamia to u nas to jest taki mieszczański opresyjny przeżytek opresyjnego systemu, rozumiesz, nie? — mruga do mnie po raz drugi. — Ja jestem Małgosia, a to jest Jaś i naprawdę tak mamy na imię — wciąż się śmieje.
Przedstawiam się i ściskam ich dłonie. Ona przytrzymuje moją nieco dłużej, on nie patrzy mi w oczy. Jest wściekły.
Wypuszczają nas, idźcie kurwa w chuj brudasy pierdolone mówi tych dwóch — jeszcze żywych, a już martwych. Szczękają zamki krat. Wychodzimy. Trochę razem, trochę oddzielnie. Jeszcze przed chwilą połączeni wspólną przestrzenią, słowami, śmiechem teraz idziemy w milczeniu szarymi betonowymi korytarzami.
Jesteśmy tylko zmęczonymi cieniami na scenie rozświetlonej brudnym światłem jarzeniówek. Przemykamy chyłkiem galerią ciot. Suną w naszą stronę — podnieceni, z lekkim obłędem w oczach. Na cienkich nadgarstkach ułożonych w formie szyi łabędzia dźwięczą srebrne zegarki i bransoletki. Delikatna symfonia obietnicy kloacznego spełnienia — jakie nowe, śliczne ciałka, co robicie tak wcześnie rano chłopcy w takim złym miejscu, nie bójcie się, tylko popatrzę na ciebie chłopcze, przecież widzisz, że nic ci nie zrobię, dam ci, co tylko zechcesz, zobacz, coś ci pokażę, chodź do mnie — wabi ściśnięty pożądaniem szept. Uciekamy, chwytamy się za ręce i znowu się śmiejemy.
Świt pełznie na horyzoncie i za chwilę puste korytarze wypełniają się ludźmi. Znajdujemy miejsce pod schodami, w kącie przy ścianie. Siadamy i po chwili, tak niewinni — tak wszystkiemu co się wydarzy winni, zasypiamy snem spełnionego dziecka, snem pełnym snów.
Chłopcze o blond włosach i ufnych niebieskich oczach. Patrzę na twoją gładką, bez rys, zmarszczek, uśmiechniętą twarz. Takiego cię zapamiętałem. Dużo później zrozumiałeś, że wszystko to, w co wierzyłeś, było nieprawdą. Wspólnota? Wolna miłość? Walka z systemem? Mrzonka. Bóg? Nie odpowiedział na żadną z twoich modlitw. Milczał, kiedy modliłeś się żarliwe. Milczał, kiedy ogień trawił twój dom. Milczał, kiedy odrętwiały z bólu spałeś na zgliszczach. Ale wciąż ufny, o twarzy pełnej rys i pęknięć. Jak czarna okładka twojej Biblii. Mimo to modliłeś się i płodziłeś potomstwo, szepcząc do jej ucha, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący, a ona zaciskała oczy, powstrzymując łzy. Słuchała twoich słów i rodziła, tak jak w piśmie nakazano. Jak pan nakazał, w bólu, cierpieniu.
W każdym życiu każdy Ty muskasz długimi palcami cieniutkie kartki pisma, by potem pieścić jędrną skórę innych kobiet. Wszystkie mają długie włosy w kolorze złota, są takie sprężyste i takie plastyczne — podobne do młodej kotki. W każdym życiu twoje długie palce i szczupłe białe dłonie pokrywają się brązowymi plamami i w każdym życiu konasz, zżarty przez swoje własne komórki. Pochłaniają cię radośnie i twórczo rozsiewając się w każdym zakątku twojego starczego ciała. Bóg nie słyszał twych błagań. Może twoja wiara była za mała? Może, zamiast latać, powinieneś się czołgać po ognistym, pustynnym piachu, skamląc o łyk wody? Nawet wtedy, gdy wosk topił się na twoich skrzydłach i upadałeś, tylko śmiałeś się głośno. I znowu cię nie było.
Ale to wszystko potem, w przyszłości dla nas nieznanej. Bo teraz, śpiąc na betonowej posadzce dworca, zwinięci w kłębek, śnimy sny niewinne, nieskalane, takie dobre, takie ładne. My wszyscy jesteśmy tacy dobrzy, tacy ładni. Doskonali. Zawsze niewinni.
Budzimy się głodni i niedospani. Młode sępy wyruszają na łowy. Bije z nas młodzieńcza ufność i wiara, wypełnia miłość. Zło tego miejsca czai się gdzieś obok, próbując dotykać nas sczerniałymi konarami żebraczych paluchów, ale my jesteśmy odporni na mrok. Z lekkością wędrujemy, pośród tłumu wypowiadając słowa pełne, soczyste i pachnące. Czarna okładka pisma promieniuje wręcz żarem, kiedy chłopiec o blond lokach muska długimi palcami jej cieniutkie kartki, wydobywając odpowiednie frazy, pieszcząc językiem, rozkoszując się ich melodią. Jakże mu zazdroszczę. Jakże pragnę grać podobną muzykę. Jakie to piękne. Tak ufać i tak kochać. Bezgranicznie. Na wieki, wieków, kurwa amen.
Staram się być taki jak on, przemieniam się w niego, naśladuję. Kradnę go. Jemu to się podoba. Kocha siebie. Kocha innych ludzi. Wszystkich ludzi. Tak jak piszą w książce o czarnych okładkach. A ona przygląda mi się uważnie. Kupiliśmy za wyżebrane pieniądze żarcie. Jemy teraz bułki z serkiem homogenizowanym i popijamy kefirem, wygrzewając nasze różowe, młode ciałka na wysuszonej ławce na skwerku obok Dworca należącego do królestwa półcieni: żuli, bezdomnych, alfonsów, kurw, bandytów, złodziei, tajniaków, pedałów, miłych staruszków czyhających na młodziutkich chłopców, młodziutkich dziewczynek czyhających na miłych staruszków.
A my, poprzez odmienny wygląd nieprzystający do etosu tego miejsca i zdecydowaną odmowę na hasło „kierowniku szanowny królu złoty pożyczy pan kochanieńki jednego papieroska”, wypowiedzieliśmy cichą wojnę wspólnocie. Ta postanawia chwilowo zaakceptować nasze istnienie, uznając, że skoro tak jawnie się im sprzeciwiamy i naruszamy zasady skwerku, musimy być debilami. A ci jak wiadomo są niebezpieczni, i nie wiadomo, co im strzeli do łba. I na razie nas obserwują.
Obserwują nas dziwki stare i dziwki młode wyznające silną wiarę w magiczną moc przyciągania mężczyzn jaskrawo pomalowanymi ustami i kabaretkami. Obserwują żule i bezdomni. I ci, co mają dom, ale chcą doświadczać spektrum tego wszystkiego, co pochodzi ze świata ukrytego pod cieniutką skórką cywilizowanego miasta. Obserwują nas otyłe kobiety z kręconymi żółtymi włosami czujnie strzegące składanych łóżek polowych. I mężczyźni z dumą noszący na rozłożystych, kołyszących się plecach skórzane czarne kurtki. Cały świat nas obserwuje.
— Pojedziemy na zlot, więc musimy zebrać kasę — mówi Jaś, wycierając przedramieniem wąsy z kefiru.
— Na co? Zlot? Jaki zlot?
— No zlot. Zlot hipisów bracie. Co roku się organizujemy i spotykamy innych braci. A w szczególe to wszystko robi stary Profet z ekipą.
— Kto? Profet? Kim on jest? Co to w ogóle stary za dziwna ksywa? Gusia podasz mi tą bułkę?
Lubiłem skrót jej imienia. Jej chyba też się podobało.
— Nie pytaj, nie wiem brachu. Wszyscy tak na niego mówią.
— Ale po grzyba mamy tam jechać?
— Mój Jasiu zawsze chciał tam jechać — wyciągnęła dłoń z bułką w moją stronę. — Jeszcze tam nie byliśmy, ale słyszeliśmy opowieści ludzi, że fantastyczna atmosfera, fajne miejsce i ludzie z klimatu. Mam nadzieję, że pojedziesz z nami.
— No dobrze, ale ten Profet, to kim jest ten cały gość. Jakiś szef? — pytam, zapalając radomskiego, wywołując poruszenie wśród mieszkańców skwerku. Moje bogactwo kłuje ich wyraźnie w oczy. Formują się w kilka grupek. Zapewne obmyślają chytry plan kradzieży mojej paczki radomskich, w której została zawrotna ilość dziesięciu papierosów. Za to dziwki stojące w pobliżu krzywią się ostentacyjnie. One palą luksusowe carmeny.
— Trochę wiem, niewiele, tyle, co słyszałem, co inni mówią i nie wiadomo, co w tym wszystkim jest prawdą, a co nie. Mówią, że od dziecka był inny, bo miał jakieś wizje i rozmawiał z bogiem. A jego stary nieźle chlał i Profet dostawał regularnie wpierdol kablem od żelazka. Gusia a podasz mi kefir?
Oboje to usłyszeliśmy — użył mego zdrobnienia.
— Może od tego bicia coś mu w głowie się poprzestawiało i dlatego miał te swoje wizje? Nie wie nikt. W każdym bądź razie z czasem młody wyrósł, i to tak, że jak kiedyś stary chciał mu tradycyjnie spuścić wpierdol, to młody się postawił. No i role się odwróciły. Ludzie mówili, że stary ze wstydu poszedł w długą. Inni, że nigdzie nie polazł, tylko młody zakopał go gdzieś w polu. Czy to prawda? Chuj wie. Ale dziwne, że Profet zajął się rzeźbieniem Chrystusów i szatanów też, bo tam, gdzie bóg tam i szatan i szatanica jest, prawda Gusiu? — Jaś się zaśmiał, szturchając Małgosię.
— Prawda, prawda.
— Mówią, że podobno jak tak kiedyś rzeźbił, to bóg mu się znowu objawił i powiedział, żeby przestał rzeźbić jego syna, bo to do niczego niepodobne i z tego rzeźbienia nic nie będzie. Kazał kupić ziemię, wybudować dom i głosić słowo boże. Profet szukał tej ziemi i szukał, i szukał, aż bóg — Jaś w międzyczasie poczęstował się radomskim i radośnie wydmuchał stożek dymu kącikiem ust — się zdenerwował na gościa, że tak długo szuka i powiedział, żeby przestał lecieć w chuja. Na co Profet powiedział, że nie leci, bo i tak wszystko jest w rękach boga. I podobno bóg, kiedy to usłyszał, przyznał mu rację i powiedział, że daleko nie będzie szukać, bo sąsiad sprzedaje ziemię. I rzeczywiście Profet kupił od niego kawałek ziemi, zbudował dom i zaczął głosić, a że gadał z sensem, to tak się to jakoś rozwinęło.
— No, no, niezła historia, wygląda na to, że koleś co chwila miał jakieś wizje. A jak został hipisem?
— Hipisem się nie zostaje. To się czuje… No dobra. Wiem, o co pytasz. Podobno kiedyś odwiedził go jakiś stary hipis, inni mówią, że podobno Profet był w Stanach i tam kogoś poznał, wrócił i tak mu zostało. Tak naprawdę nie wie nikt, jak to się stanęło. W każdym bądź razie mieszka sobie w tych górach, głosi słowo, za co nie lubią go czerwoni i regularnie milicja, a potem nasza nowa policja, robiła mu naloty, ale ostatnio jakoś dają mu, słyszałem spokój, i nikt mu już chałupy nie przewraca do góry nogami. On zresztą w politykę nie wchodzi i się nie miesza.
— Kierowniku złoty, poratuje panie szanowny jednym papieroskiem kochany — wysłannik piekieł żulerskich bezszelestnie pojawił się obok Jasia.
— A nasza Małgosia podkochuje się w Profecie — Jaś śmieje się, Małgosia czerwieni się i szturcha Jasia, a ten wyciąga z mojej paczki fajkę i cuchnącemu żulowi podaje pachnącego papierosa. Widzę jak idealna forma zamknięta w białej bibułce, natychmiast traci swoją estetykę pod brutalnym naciskiem tłustych, czarnych, nabrzmiałych paluchów.
— Przestań, nawet z nim nie rozmawiałam — czerwona Gusia odwraca się do nas plecami.
Nie mogę patrzeć, jak pomarańczowy filtr niknie w zaropiałych, nabrzmiałych wargach.
— Spotkałaś się z nim? — pytam, aby czymś się zająć. Nie wiem, dlaczego poczułem obrzydzenie.
— Kiedyś, widziałam go z daleka.
— Niech bozia ma cię synku w swojej opiece, że człowieka poratował, królu złoty — skrzeczy żul.
— Na wieki wieków amen człowieku. Z daleka widać najlepiej — dodaje Jaś.
Pojedziemy tam brudnymi piętrowymi pociągami, bez biletów, śpiąc na twardych siedzeniach obitych czerwoną dermą, uciekając przed konduktorami i sokistami. Sępiąc na jedzenie, obok rozpadających się, śmierdzących szczynami budynków stacji kolejowych. Chowając się w krzakach przed polującymi na brudasów skinami.
Pojedziemy tam odrapanymi samochodami, uciekając przed skomlącymi kierowcami jaka ładna panienka, jak nie macie pieniążków, to może panienka rączką zrobi i da buzi, co panience szkodzi. Albo gnieżdżąc się w ciasnych kabinach starów i jelczy, przesyconych oparami ropy, z postrzępionym kocem w kratę na skóropodobnej osłonie silnika. Trzęsąc się niemiłosiernie na dziurawych drogach. Kierowcy częstowali nas klubowymi, my częstowaliśmy ich winem. To było takie niewinne.
Idąc kilometrami asfaltowych dróg, zakładając na poranione stopy śmierdzące bandaże. Idąc kilometrami polnych dróg, przyklejając na poranione stopy jakieś liście. Śpiąc w stogach siana, pod drzewami, w stodołach, na strychach drewnianych ruin umierających pośrodku niczego. Byliśmy pijani zapachem porannej łąki, nurzając się na bezdechu, w beztrosce, wdychaliśmy opary benzyny z dużych fiatów, polonezów, lśniących mercedesów i volkswagenów.
Podążaliśmy do celu w kurzu, oblepieni szczęściem, słońcem, deszczem, winem. Spotykaliśmy innych hipisów — właziliśmy na siebie, rozpoznając się z daleka, jakby ubiór był naszym kodem — szyfrem. Wtedy siadaliśmy w kręgu — gdziekolwiek byliśmy — i dzieliliśmy się tłustą mielonką, kefirami, białymi bułkami, opowieściami, radomskimi i extra mocnymi. Gasiliśmy słowa, pijąc tanie wina, a na podniebieniach osadzała nam się siarka. Aż do świtu. To było takie niewinne.
Kiedy padało, wystawialiśmy nasze ciała na smagające pejcze wody, staliśmy niemi, przytuleni mokrymi policzkami szczęśliwi, wśród gwizdów, nawoływań i śmiechów. Kiedy świeciło słońce, byliśmy leniwi jak koty. Szliśmy, rozsiewając słowa pośród betonowych struktur miast i koślawych bali wsi. Milknąc nagle, albo drąc się. Tatuowaliśmy nasze ciała agrafką i tuszem z długopisu. Pacyfki i pentagramy. Na zaróżowionych, wątłych ramionach sine, koślawe linie były podobne do nas. Niewyraźne, w drodze donikąd, nie wiadomo po co. To było takie niewinne.
A ona coraz częściej, coraz dłużej wołała mnie swoimi oczami, a kiedy jej odpowiadałem, uciekała spłoszona. Ale przecież to było takie oczywiste — gong zabrzmiał i rozpoczęliśmy pierwszy akt dramatu — tego samego, odgrywanego od lat. I kiedy zostaliśmy we dwójkę, zaczęliśmy rozmowę milcząc, a kiedy wszystko sobie powiedzieliśmy, położyła się na mnie, dłonią podciągnęła swoją koszulkę i moje usta zaczęły ssać jej piersi. Małe, jędrne — na wpół dziewczęce, na wpół kobiece, rozkwitające w ustach sutki. To było takie niewinne.
Próbowała mnie pochłonąć, uznając, że należę do niej. Gotowa w każdej chwili odgryźć mi głowę, wbić sztylet w gardło. To było takie niewinne. Poddałem się temu. Kiedy skończyliśmy tańczyć, odwróciła się, aby szybko ubrać się, szybko wstać i szybko wyjść z namiotu. Byliśmy tacy niewinni. Kiedy Jasio wrócił z miasta, taszcząc w marynarskim worku chleb, marmoladę, mielonkę i kilka cudem zdobytych piw w podskokach ruszyła w jego stroną. Radosna, nasycona, pachnąca aromatami naszych ciał mocno go przytuliła. To było takie niewinne.
Patrzyłem na nich — uśmiechając się, jakby nic się nie stało. Patrzyłem, jak przytula się do niego jeszcze mocniej, jakby chciała i mnie i siebie przekonać, że nie ma o czym mówić, a najlepiej zapomnijmy o tym, przecież monogamia jest mieszczańskim przeżytkiem opresyjnego systemu. I znowu szliśmy, szczęśliwi, pośród gwizdów, nawoływań i śmiechów, ale czasami milkła, a wtedy spoglądała prosto w moje oczy — głęboko, aż do dna. To było takie niewinne.
Dojechaliśmy do miasteczka o pomarszczonych twarzach kilku murowanych domów, o skórze z kruszejących cegieł, z pożółkłymi firankami w brudnych i krzywych oknach, na parapetach umierały plastikowe kwiaty. Tego miasteczka, gdzie w cieniu dyszących z pragnienia lip, poukrywały się domy z poczerniałych bali. Tego miejsca, gdzie żółty piasek parzył podeszwy stóp, a promienie słońca migotały w kurzu kocich łbów, by zniknąć w mroku drzwi jak zgaszona zapalniczka. Tam splatały się w warkocze szepty, tajemnicze mantry, snuły opowieści o każdej kropli deszczu.
Leżymy zmęczeni, papierosy palone w tym upale smakują jak tlące się stogi siana. Usta szukając wytchnienia, przytulają się do chłodnych, zielonych szyjek butelek, ale spienione, gorzkie piwo nie gasi pragnienia. Po prostu trwamy, jakby dojście do celu sprawiło, że straciliśmy sens. Z każdą chwilą przybywa coraz więcej ludzi. Śmieją się, chodzą, leżą, palą, piją, smucą się, patrzą, milczą,
rozmawiają, dotykają się, śmieją, rozbierają, jedzą. Pojawia się gitara, czyjeś dłonie niezgrabnie usiłują wydobyć z drewnianego pudła kilka akordów. Uderzenia o struny są tak tępe, że w mojej wyobraźni stalowe druty pękają pod wpływem niezgrabnych uderzeń.
Głos brzmiący jakby minutę temu przebył przyspieszoną mutację, desperacko próbuje trafić w odpowiednią intonację — czerwony jak cegła. Tłum na sekundę cichnie, a po chwili rezonuje wspólną mantrę — hymn. Piskliwy tenor wykonawcy zlewa się z chóralnym rozgrzany jak piec, jeszcze głośniej — muszę ją mieć, spojrzenia na bok i uśmiechy, dziewczyny też się drą — niektóre rzucają harde spojrzenia wokół, niektóre się czerwienią, młode pawie, posiwiałe byczki, testosteron rozgrzany słońcem i podbity alkoholem, muszę ją mieć. To jak pacierz, wersety pisma wtajemniczonej wspólnoty. Dobrze być jest jej malutką częścią.
Wreszcie wstajemy i w milczeniu rozkładamy namiot obok dużego dębu rosnącego na skraju lasu, przy polnej drodze. Kręci nam się w głowach od upału, kilogramów wypalonych radomskich, ciepłego piwa. Siadamy spoceni. Muska mnie delikatnie dłonią, nasze uda stykają się ze sobą. Czuję, jak delikatnie napręża mięśnie. Lepię się od potu i pożądania. Głodu i pragnienia. Duszę się żarem. Zamykam oczy i słuchając kolejnych wrzaskliwych hymnów pokolenia, udaję, że śpię. Słyszę w głowie mantrę: nie wiem, jak mam to zrobić, ona zawstydza mnie. Pod zamkniętymi powiekami tańczą kolorowe kropeczki, malutkie robaczki. Czuję, jak delikatnie przysuwa udo do mego.
— Chyba się przejdę — mówię, podnosząc się nagle. Mam dość tej gry.
— Ktoś idzie ze mną? — pytam, wiedząc, że pójdę sam.
— Idź człowieku, poznawaj ludzi, podrywaj dziewczyny, zakochuj się i kochaj, my tu zostaniemy — odpowiada Jaś.
— Tylko wróć na kolację — uśmiecha się Małgosia.
— Wedle rozkazu moja Pani — przesadnie się kłaniam, udając, że zamaszystym gestem zdejmuję kapelusz.
— Jeśli nie wrócisz na czas, zostaniesz srogo ukarany nędzniku — odpowiada, obniżając tembr głosu.
— Ej, a co to za ton? — prycha Jaś.
— Wprost wynikający z mieszczańskiego opresyjnego systemu, w jakim się wychowałam, mój ty najdroższy i jedyny na świecie. Po prostu z ofiary przeistoczyłam się w kata i…
Idę i już nie słyszę ich przekomarzania. Zanurzam się w tłum. Wędrując korytarzami z ludzkich ciał, przeciskam się, wiję, czasami na kogoś wpadam, ktoś wpada na mnie. Ciągłe ocieranie o inne ciała pali moją skórę. Nie wiem, czy szukam, czy uciekam. A jeśli uciekam, to od czego? A może od kogo? Czy ktoś mnie woła, czy ktoś mnie kusi? Czy ktoś mi zagraża? Twarze, które mijam, zlewają się w jednorodną plamę. Ktoś mnie prosi o papierosa.
Wyjmuję wymiętą paczkę ekstra mocnych z kieszeni, wyciągam, pytam niemo: masz zapałki? Nie mam — odpowiada głosem. — Czy mógłbyś? W myślach kiwam głową, wypowiadając słowa, że mógłbym, oczywiście, że mógłbym, osłaniam dłonią malutki płomyk, dzięki bracie za wsparcie mówi. Mijam zapomnienie i nadzieję. Radość i gniew. Plączą się zdania, drzewa dyszą od upału. Moja podróż zdaje się nie mieć końca, ale nagle przystaję.
Nosem wciągam głęboko powietrze nasycone żarem i czuję zapach z dzieciństwa. Subtelna woń zdołała jakimś cudem przebić się przez solidny mur z odoru niemytych ciał. Dawno zapomniany aromat otwiera w mojej pamięci drzwi do pokoju wypełnionego po brzegi tekturowymi walizkami ze wspomnień. Leżą porozrzucane na strychu, tam, gdzie chowa się niepotrzebne rzeczy, na zakurzonej podłodze, a nad tym wszystkim unosi się cudowny zapach skondensowanego słodzonego mleka z czerwonej magicznej puszki.
— Czy wiesz, że cukier krzepi — słyszę szept człowieka o długich kruczych włosach i pociągłej twarzy, z malutkimi, czarnymi źrenicami, siedzącego przy drzewie. Szczupłe, drżące palce trzymają poczerniałą łyżkę, by powolnym ruchem zanurzyć ją w ambrozji w kolorze écru. Wypełniona po brzegi nektarem bogów wędruje oszczędnym ruchem do ust i jak się domyślam, wypełnia słodkością wszystkie żyły. Czuję tę rozkosz wręcz fizycznie. Przyglądam się człowiekowi trzymającemu magiczną czerwoną puszkę. Jego promieniejące miłością czarne oczy o źrenicach małych jak gwiazdy ociekają lepką, miodową słodkością.
— Chcesz? — wyciąga w moją stronę smukłą dłoń, a z jego oczu płynie jeszcze więcej gorącej, mlecznej czekolady. — Proszę, poczęstuj się. To, co jest moje, należy od teraz do ciebie.
Kiwam głową, wyciągam dłonie i ostrożnie przyjmuję dar. Ta niezrozumiała, bijąca od niego poświata napawa mnie lękiem. Nie rozumiem tego blasku, nie pojmuję, czego jestem świadkiem, ale to mnie fascynuje. I on to widzi. Zobaczył to swoimi gorejącymi, malutkimi źrenicami.
— Smakuje ci?
— Przypomina dzieciństwo — odpowiadam. — To było święto kiedy jakimś cudem udało się kupić taką puszkę — dodaję.
— To prawda, święto — przytakuje i zamyka powoli oczy, zawieszony trochę tu, trochę tam — w słodkim śnie.
— To było zwycięstwo — podnosi z trudem powieki. — Ono jest w naszych rękach, a chwile, które je przynoszą, mają moc zmieniania naszego życia — milknie, zamyka oczy ponownie i jego głowa razem z tułowiem opada powoli do przodu, a cały ruch trwający kilka długich sekund zatrzymuje się nagle w punkcie, w którym z mięśni powinien wydobyć się dym spalanych z wysiłku włókien. Obserwuję z zachwytem to zastygnięcie w przestrzeni. Z letargu budzi mnie nagłe drgnięcie jego ciała i powolny powrót do wyjściowej pozycji.
— Zdania mają moc, słowa odwagi mają wielką mistyczną moc, które skłaniają nas do podejmowania wielkich wyzwań i przekraczania własnych granic. A czy ty przekraczasz własne granice? Przekraczasz zdania determinacji, które napędzają do dążenia prosto do celu pomimo tych wszystkich przeciwności — pytanie płynie w moim kierunku i dociera jako szept.
Chcę odpowiedzieć, że tak, że przekraczam, że z determinacją, ale jego powieki na powrót zamykają twarz, a uśmiech chowa się w otwartych ustach. Znowu wyruszył z krótką wizytą do swego słodkiego snu. Ciało powoli podąża za umysłem, przechylając się tym razem do tyłu. Z opadającą na plecy głową wygląda jakby pił wszystkie chmury z nieba. Jego usta, delikatnie zakrzywione w uśmiechu, wydają się połykać skłębione opary. Wokół nas wciąż unosi się delikatny zapach słodkiego mleka z czerwonej, cudownej puszki.
— Przekraczasz? Afirmujesz? Wierzysz w słowa, które wzmacniają wiarę i możliwości? Czy czujesz? Czujesz to? — otwiera nagle oczy i jego malutkie jak gwiazdy źrenice przewiercają mnie na wylot. Kurczę się pod ich ciężarem. Jego ciało powoli opada do kolejnej trudnej pozycji. Bierze krótką przerwę od rzeczywistości, jakby brał haust rześkiego powietrza. Jego obecność jest teraz pełna spokoju, jakby wszystko wokół niego wyciszyło się jednocześnie.
— To zdania empatii, które budują więzi z innymi ludźmi i tworzą wspólnotę. To zdania wybaczenia, które uwalniają nas od ciężaru urazy i otwierają drogę do nowych możliwości. To zdania wdzięczności, które uczą nas doceniać to, co mamy i cieszyć się drobnymi przyjemnościami życia. To zdania miłości, które leczą rany i sprawiają, że czujemy się kochani i cenieni. To zdania samodyscypliny, które pomagają nam utrzymać zdrowe nawyki i osiągać sukcesy.
— To zdania uznania, które budują naszą pewność siebie i podnoszą naszą wartość. To zdania przebaczenia, które pozwalają nam uwolnić się od przeszłości i skupić się na teraźniejszości. To zdania dzielenia się, które sprawiają, że nasze życie staje się bogatsze i pełniejsze. To zdania odwagi, miłości, wytrwałości, wdzięczności, wybaczenia, samodyscypliny, uznania, empatii, pozytywnej afirmacji. To zdania, które noszą w sobie moc przemiany i prowadzą nas ku zwycięstwu. Niech te zdania będą naszym przewodnikiem, naszym wsparciem i motywacją do osiągania sukcesów i pełnego, spełnionego życia — otworzył oczy i usiłując się podnieść, mówił, mówił, mówił, ale coraz ciszej, ciszej, aż wreszcie zamilkł.
Tonę w jego oczach, tonę w źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy. To czysta moc, a w środku niej wibruje poczucie harmonii. Patrząc w jego oczy, czuję, że jestem jednym z elementów cudownej symfonii. Odczuwam wewnętrzny spokój i poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu. To jest przypomnienie, że w całym tym zamieszaniu istnieje pewien porządek, który możemy odnaleźć, jeśli tylko spojrzymy uważnie.
Jestem w wielu strumieniach czasu, przenikają przeze mnie wielorakie aspekty życia, wciąż te same narodziny, wciąż te same śmierci, ale w każdej z tych ścieżek, jest on — człowiek ze źrenicami czarnymi jak smoła, z odrobinką rosy. Jego początek skrywa mgła, a koniec tonie w nieskończoności. Zostawiłem go śpiącego. Nawet nie zauważyłem kiedy mrok wniknął w światło, a ja wciąż czuję na podniebieniu słodycz.
Rankiem odwiedzam go ponownie. W bladym świetle porannego słońca wygląda zwyczajnie, pospolitość maluje na jego twarzy proste linie, grube mimiczne kreski. Pali nerwowo papierosa miętosząc w ustach pomarańczowy filtr.
— Nie wiesz może, po jaką cholerę przyjechali tu wszyscy ci ludzie?
— Z tego co wiem, przyjechali na zlot hipisów. Podobno jakiś główny hipis Profet to wszystko organizuje.
Rozgląda się, jakby czekał na sygnał do biegu. Trochę podobny jest do małego spoconego kundelka. Co chwila wyciąga głowę. Węszy, przewierca oczami tłum.
— Nie wiesz po co?
— Nie mam pojęcia. Przyjechałem tu ze znajomymi, oni to zaproponowali. Poznaliśmy się niedawno i jakoś tak… W sumie jest tu ciekawie.
— Ciekawie...przynajmniej ty wiesz, że nie wiesz, po co tu i dlaczego jesteś. Chwała ci chłopaku, że nie ściemniasz. A tego całego Profeta znasz?
— W ogóle, moja znajoma podobno widziała go z daleka i jest nim zachwycona.
— A ty?
— Ja? Nie, raczej nie. To znaczy, nie chodzi o to, że ja nie jestem, ale, że ja go nie znam. Tyle wiem, co mówił Jaś no i Małgosia. To ci moi znajomi.
Parska śmiechem. — Nie robisz sobie ze mnie jaj? Naprawdę tak mają na imię?
— Tak — śmieję się razem z nim. — Naprawdę.
— No więc oni dużo mówią o hipisach, mają długie włosy i sami są hipisami i w ogóle…
— A ty?
— Wiesz — siadam obok niego — ja lubię chyba być trochę z boku. To w sumie jest ciekawe…
— Tak...ciekawe…
Patrzę na niego spod półprzymkniętych powiek i zastanawiam się gdzie, się podziały jego źrenice czarne jak smoła z odrobiną rosy. Z czarnego grundiga postawionego na spróchniałym pieńku uderza w spopielone żarem powietrze riff, rozbijając je na miliony płonących pocisków. Czuję pieszczotliwy dotyk rozgrzanej ziemi pod stopami i zapach letnich kwiatów. You need cooling, baby I’m not fooling. Ktoś go zawołał.
— Zaraz wrócę, poczekaj tu na mnie.
Wstał i dopiero teraz zauważyłem, że jest dość wysoki, ale jakby przeszkadzał mu ten wzrost — zgarbiony poszedł w stronę zniszczonego namiotu. Wszedł i zasznurował za sobą płachty. Robi się coraz większy gwar. Budzą się ci, co przyjechali wczoraj, wciąż przybywają nowi, płyną złodzieje i stara arystokracja z długimi, wypielęgnowanymi włosami, w starych błyszczących błękitem levisach z Pewexu, czarne błyskawice księżowskich sutann przeszywają tłum z dobrym słowem na wszystko, bóg cię kocha miłością wszechmocną, zaufaj panu i ufają panu młode chwiejne ciałka w glanach, z ledwie zarysowanymi biodrami, dziecięcymi pępuszkami, drobnymi cycuszkami i irokezami na głowie, stoją zasłuchane w słowa o miłości, by uciec ze śmiechem i wdziękiem młodego dzikiego kota. Słońce wypala na siatkówce oka pomarańczowe kleksy.
Wrócił. Namalowany jakby na nowo. Finezyjnymi pociągnięciami piórka delikatnie umoczonego w atramencie. Wrócił ze źrenicami czarnymi jak smoła z odrobinką rosy. Przywdziany w światło magii, z uśmiechem Buddy, Jahwe, Wisznu, Mahometa po orgazmie. Spojrzał na mnie, malutkiego, spragnionego spod opadających powiek.
— Chcesz — zapytał szeptem. Kojący dźwięk zsynchronizowanej z całym wszechświatem czułości. Wyciąga w moją stronę — tak jak wcześniej — szczupłą dłoń z czerwoną puszką, a z jego oczu płynie bardzo powoli gorąca, mleczna czekolada. Słyszę, jak w tym potoku pluska cichutko miłość.
— Tak — odpowiadam. Biorę puszkę i siadam obok.
— Co to było?
— Co?
— To, świetny kawałek — pokazuję palcem na grundiga.
Przechyla głowę, powoli, tak bardzo powoli, że czas zwalnia, aby dotrzymać mu kroku.
— A to…
Zawiesza się w przestrzeni i czasie, zamyka oczy. Zjadam jego mleko, łyżeczka za łyżeczką, oswajając się z jego magią, tą cudowną powolnością — jakże inną od pędzącego wokół świata, hałasu, dźwięków.
— To była — podnosi głowę, odchyla ją i patrząc w spalone słońcem niebo, szepcąc:
— Piosenka o miłości. Dużo miłości, o tak, cała rzeka miłości.
Głowa powoli opada, aż brodą dotyka klatki piersiowej.
— Tak… dużo miłość. Daj — wyciąga powoli rękę w stronę puszki. Wsuwam mu ją w dłoń i czekam, aż cofnie ramię, ale ono utknęło w przestrzeni. Ani drgnie. Jakby ta część ciała nie należała do niego. Trwa to tak absurdalnie długo, że wyciągam swoją dłoń i delikatnie trącam jego.
— Przyjdź tutaj wieczorem — szepce, nie cofając ramienia. Tutaj, dokładnie w to miejsce. Jak już będzie ciemno. Organizuję małe, zamknięte przyjęcie dla przyjaciół.
Jego ramię wreszcie wraca do ciała z dalekiej podróży.
— Idź już. Chcę zostać sam. No, na co czekasz — z delikatnie drapieżnego uśmiechu płynie fontanna słodyczy.
— A, i jeszcze jedno, bez Jasia i bez Małgosi. Przyjdziesz, prawda? Podnosi głowę, a jego źrenice czarne jak smoła z odrobinką rosy uśmiechają się miłością całego wszechświata.
Będąc tu gdzie jestem, i tu gdzie nie jestem, widząc to, co widzę, doskonale wiem, co się wydarzy. To już się zapisało. Przyjdę, przychodzę w każdym moim przeżytym życiu, będąc innym bytem. Tak jakby to było zapisane w każdej z ksiąg pogrubioną czcionką. W każdym z tych mądrych rozdziałów o przeznaczeniu jest werset „i przyszedł do niego”. Taki kurwa mały paradoks. A można to wykreślić? Kto jest scenarzystą, reżyserem? Kto wymyślił tę powtarzalność, przeklętą cykliczność. Smętne bolero rozpisane na dwa instrumenty — grzebień z kawałkiem papieru i dziecięce tamburyno.
Wróciłem do siebie. Pod naszym dębem wyrosło już małe miasteczko. Sklecone naprędce chwiejące się namioty, plątanina linek, kończyn, śmiechów, ust smakujących tanie wina, ciepłe piwa, ust smakujących ust, przewracają się, leżą, kochają się, milczą, palą papierosy.
— Szukałam cię, szukaliśmy cię — podchodzi do mnie tym kocim płynnym krokiem, staje bardzo blisko. Jej udo ociera się o moje.
— Gdzie byłeś tak z samego rana — pyta głośno jednocześnie muskając moją dłoń.
— Tam — macham ręką w bok. — Kogoś poznałem fajnego.
— Szukaliśmy Cię, fajna była?
— Fajna? — w pierwszej chwili nie zrozumiałem, o czym mówi.
Przysuwa się. Jest tak blisko, że gdyby w tym momencie pojawił się Jaś, trudno byłoby mu wytłumaczyć tę bliskość.
— Pytam, czy ta dziewczyna, u której byłeś, podoba ci się.
— A nie, nie, nie. To znajomy. Taki jeden.
— Chcemy iść wieczorem do Profeta — odpowiada, jakby nie słyszała tego, co mówię, ale zobaczyłem, że poczuła ulgę.
— Idziesz z nami? Takie małe spotkanko w kameralnym gronie, tylko dla niektórych, Jaś dostał zaproszenie — teraz już patrzy w moje oczy. — Będzie naprawdę bardzo, bardzo fajnie — mówi przesadnie, akcentując każdy wyraz i przeciągając samogłoski.
Patrzę w jej oczy. Przysuwa się i delikatnie całuje i gryzie kąciki ust.
— Chodź…
— A on?
— Chodź szybciutko, no już!
Bierze mnie za rękę i przepychamy się przez tłum. Wchodzimy w chłodny, cichy las. Przystajemy, zachłannie się całujemy. — Może nawet wezmę do buzi — odwraca twarz i delikatnie oblizuje usta.
— Do buzi? To znaczy, że…
Nie pozwoliła mi dokończyć zdania. Klęknęła. A potem się położyła. A ja ją pokryłem.
Nie wiedziałem, że byliśmy tacy piękni i tacy niewinni. Tacy pełni słońca weszliśmy w chłodny, mroczny las.
— Chyba nie będę mógł z wami iść — leżeliśmy na jakichś gałęziach, miałem wrażenie, że wszystko to, co znajdowało się w promieniu jednego metra, każde żywe stworzenie, postanowiło mnie podrapać i pokąsać. Podniosła głowę z mego ramienia i pochyliła się nade mną. Jej oddech przesiąknięty był zapachem spermy.
— Jak to? Co ty mówisz? Dlaczego?? Zaskoczyła mnie jej rosnąca z każdą sekundą wściekłość.
— Ten znajomy, o którym ci mówiłem, też coś organizuje i mnie zaprosił.
— Sratatata, pewnie idziesz się pierdolić z jakąś siksą. Mało co? Ja ci nie pasuję, co? No?! Co ze mną nie tak? Wal się! Chuj złamany. Wstała, zapinając dżinsy.
— Nie krzycz, czego? Pieprzysz głupoty. Nie będę się z nikim pierdolił, po prostu koleś, u którego wczoraj byłem zaprosił mnie na imprezę i tyle.
Patrzy na mnie. Uważnie, czujnie. Analizuje każdy grymas na mojej twarzy. Czuję jak w moje leżące ciało, wchodzą wszystkie gałęzie lasu.
— Co to w ogóle za typ? Wiesz? Kim on w ogóle jest?
— Za bardzo to nie… miał mleko
Patrzy na mnie zaskoczona.
— Co miał? Mleko?! Jakie znowu mleko?!
— Nieważne — macham ręką i usiłuję się podnieść, ale bolą mnie kolana i słabo mi to wychodzi.
— Nie wiem, o co ci chodzi, serio. Umawiasz się z kolesiem, który ma mleko? Nie wierzę…
Uśmiecham się. — Za dużo wyjaśniania, ale tak, zaprosił mnie, będzie kilka osób.
Siada obok mnie.
— Naprawdę umówiłeś się z nim? Z nikim innym?
— No tak, przecież ci mówię i przecież ci tłumaczę. Zresztą wy też idziecie, a ja nie spotykam się z żadną małolatką, chociaż tyle ich jest i tyle się za mną ogląda, że…
— Spadaj głupku.
Dostaję pieszczotliwy cios łokciem w bok, po czym wyciąga rękę i głaszcze mnie po włosach. Nie uśmiecha się, patrzy uważnie, jakby chciała coś dostrzec.
— Trudno, ale musisz mi coś obiecać. Obiecaj mi. Dobrze?
Patrzę na nią spod wpół przymkniętych powiek. Ma pięknie zarysowaną linię twarzy. I dopiero teraz zauważam, że jej usta układają się w ten charakterystyczny sposób, że dolna warga jest leciutko wysunięta do przodu.
— Ale cokolwiek chcesz.
Ona milczy, a mi udaje się wreszcie wstać.
— Obiecaj, że nikim nie będziesz… no wiesz co…
— Obiecuję. Nie obchodzą mnie żadne małolaty. Przyciągam jej głowę do swoich bioder i rozpinam spodnie.
— Liczysz się tylko ty…
Otwiera buzię.
— No ja myślę głupku — mówi niewyraźnie.
Pełni słońca wyszliśmy z chłodnego, mrocznego lasu.
Światło dnia powoli krystalizuje się w gęstniejący z każdą chwilą mrok. Idę powoli, muszę uważać na korzenie drzew, wykroty i linki od namiotów. Pijackie śpiewy mieszają się z rozmowami, śmiechem, życiem. Trwa karnawał. Nie ma tu miejsca na śmierć. Wszyscy są młodzi. Wszyscy są piękni. Wszyscy są radośni. Nie ma tu miejsca na śmierć, a jednak dzisiaj umrę i narodzę się na nowo. Jeszcze tego nie wiem, ponieważ wbrew temu, co mówią uduchowieni mędrcy, Wszechświat nie wysyła tajemnych znaków. To bajkopisarze wymyślają tanie fajerwerki. Dramaty rozgrywają się w ciszy, łzy kochają intymność.
Wokół ogniska, w kręgu siedzi pokaźna grupa osób. Jestem trochę zaskoczony — myślałem, że będzie to małe spotkanie. Stoję niezdecydowany, gdy człowiek o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy zauważa mnie i gestem przywołuje.
— Siadaj, siadaj człowieku z nami, rozgość się, smakuj życie, proś, a będzie ci dane — mówi z uśmiechem. — Posuńcie się trochę — dodaje i ludzie skupieni wokół ogniska robią mi miejsce. Siadam, mając po drugiej stronie długowłosego w wytartych dżinsach, dżinsowej kurtce i ciężkich, wysokich, skórzanych, brudnych butach. Strąki włosów i broda upodabniają go do Chrystusa z monidła.
— Chcesz? — wyciąga w moją stronę ciemnozieloną butelkę z piwem. — Zdróweczko! — dotykamy się butelkami.
— Profciu, przedstawisz nowego kolegę?
— Dzięki — biorę piwo i krztuszę się, piję.
— Profciu? To ty jesteś ten Profet? Ten, który to wszystko zorganizował?
— To jest Benio Krogulec — przedstawia Chrystusa z monidła człowiek o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy, jakby nie słysząc mego pytania.
— Benio, mój drogi, maluje obrazy i jest dość cenionym i sławnym malarzem, sławnym na cały nasz piękny rozwijający się prężnie kapitalistycznie kraj. Maluje kobiety głównie, bo Beniu kocha kobiety, wszystkie kobiety kocha, wolna miłość to dar od boga, prawda Beniu i jelenie też malujesz, prawda, jelenie stojące na łące w świetle zachodzącego albo wschodzącego słońca wpatrujące się w dal, albo w myśliwego, który wpatruje się w jelenia, prawdę mówiąc to jeden wielki chuj za przeproszeniem kto w kogo się wpatruje. To też dar od boga, oczywiście, że nie chuj, tylko talent, ale skoro o tym mowa, to chuj też jest darem od boga, i oczywiście i cipka razem z chujem i oddzielnie, albowiem wszystko jest darem od boga. Słońca, jelenie, wschody i zachody, słońce i księżyc, chujki i cipki. Czyż nie mówię prawdy?
Jestem zaskoczony tym rwącym strumyczkiem słów. Nie ma w nim tej plastyczności, tego płynnego ołowiu, słyszę tylko szybkie serie samogłosek i głośne strzały sylab.
— Hej — odwracam się w stronę Chrystusa z monidła i ściskam jego rękę. — Serio jesteś takim sławnym malarzem? — pytam, częstując go jednocześnie radomskim. Wyłuskuje jednego z pogniecionej, brązowej paczki, przykleja do wargi, ale nie podpala.
— Bardzo sławnym. Jak moje obrazy z kobietami i jeleniami — śmieje się głośno i kończy piwo, wyrzucając butelkę za siebie.
— Ale zaraz, zaraz, czekaj — odwracam się w stronę człowieka o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy. — Ty serio jesteś tym gościem? Tym Profetem? Podobno miałeś zorganizować jakąś imprezkę u siebie w domu — przyglądam się uważnie.
— Tak, tak, to ja. Ja jestem tym sławnym Profetem. Witaj przyjacielu — śmieje się.
— Czemu nie jesteś tam, a tu?
— Czemu nie jestem tam, a jestem tu?
Pochyla się w moją stronę.
— Widzisz człowieku, sam szukam odpowiedzi na to pytanie od wielu lat, czemu jestem tu, dlaczego nie tam.
— Zagrasz coś? — kilka osób coraz głośniej zachęca długowłosego, bezzębnego starca w bandamce na głowie siedzącego trochę dalej od ognia, w półmroku. — No weź, zagraj, nie daj się prosić.
Starzec nic nie mówi, ale bierze do ręki gitarę.
— Tylko bardzo cię proszę mój miły, tylko nie czerwony, jak cegła, tylko nie to — zwraca się do starca człowiek o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy.
— Wybacz, ale kiedy to słyszę, mam odruch wymiotny — dodaje.
— Tak! Wszystkim nam chce się rzygać, jak słyszymy czerwony jak cegła, rzygamy tym, rzygamy, rzygaaaamyy. Rzygamy cegłami — podchwytuje tłum i każdy najlepiej jak potrafi, naśladuje wymioty. Starzec rozchyla wargi w bezzębnym uśmiechu. — Profciu mój drogi bracie, jak sobie życzysz, też tym rzygam, ale wiesz, że czasami muszę.
— No, wiem…
Starzec uderza kilka razy w struny, pieszczotliwie, nadaje ręce rytm, głęboki zachrypnięty głos zaczyna śpiewać: Powiedział Pan, powiedział Pan…
— Niezły jest, prawda? — Profet odwraca się w moją stronę.
Kiwam głową. — Jak na staruszka całkiem nieźle wymiata.
— To pozory. Nie jest wcale taki stary.
— Ile ma lat?
— To młody facet ze starą duszą.
Człowiek o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy przysuwa się do mego ucha.
— Ale zdradzę ci tajemnicę, tylko musisz mi obiecać, że to pozostanie między nami. Obiecujesz?
— No jasne.
— Czuję w kościach, że jego ciało już wkrótce odejdzie z tego świata. Nawet wiem dokładnie kiedy.
Patrzę na starca w bandamce i wiem, że on też o tym wie.
— To jak? My tu gadu, gadu, a towar wietrzeje. Robimy temat? — pyta Chrystus z monidła.
— Oczywiście — mówi człowiek o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy. — Hej, hej człowieki, jak się bawicie?
Śpiewające głosy i dźwięk gitary powoli wtopiły się w szept wiatru i skrzypienie drzew. Świat zaczął się rozwijać w innym rytmie, a ja zobaczyłem przez mgnienie sekundy węzeł łączący mnie, siedzącego przy ognisku, człowieka o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy, zwanym Profetem i kogoś, kto przypominał Chrystusa z monidła.
Wszechwiedzący Ja — wszystko wie i wszystko widzi. Widzi jego śmierć, w zapomnieniu, paradoksalnie przeraźliwie trzeźwego — czego nie mógł sobie w tych ostatnich sekundach życia darować, bo marzył marzeniem, wydawało mu się banalnym wręcz do spełnienia, o mitycznym złotym strzale, ale złorzecząc sobie i boga częstując chujami w parze z pizdami, kurwami i najgorszymi plagami świata, umierał zupełnie zwyczajnie na szpitalnym łóżku, nie jak artysta, w swoim drewnianym, skrzywionym ze starości na wszystkie strony świata drewnianym domu, na materacu, na którym wiele lat wcześniej, mając skórę twardą i spieczoną, szepcząc, bardzo cię kocham kochanie moje, ciało mi płonie, kocham cię, wniknął cieleśnie i umysłowo w siedemnastoletnią córkę lekarzy, na białym prześcieradle, specjalnie wypranym, nie ważne, że pogniecionym, ale pachnącym proszkiem ixi — tym erzacem sypanym na rozgrzaną patelnię — wniknął i namalował ją na nowo grubą kreską i subtelnymi pociągnięciami wypełnił kolorami.
Siedemnastoletnia córka ludzi, którzy ułożyli swojemu dziecku plan na życie, ale w tym planie zabrakło ich córki, powiedziała po wszystkim tym obcym ludziom, że od tej pory mają ją postrzegać jako istotę należącą ciałem i duchem do malarza i zrywając definitywnie z patriarchalnymi wzorcami, z mieszczańskimi konwencjami przyznaje sobie równe szanse i prawa do samorealizacji, pozwalając jednocześnie na odkrycie własnej tożsamości i wyrażanie siebie w autentyczny sposób, między innymi poprzez trzymanie pędzla malarza w buzi, kiedy tylko będzie miała na to ochotę. Jej ojciec uważał wszystkie kobiety za święte, zaś kurwy za mityczne stworzenia zamieszkujące inne planety, a usłyszawszy, że jego malutka córeczka lizała z religijnym namaszczeniem jakiegoś w chuj brudnego kutasa po prostu umarł.
Wszechwiedzący Ja — wszystko wie i wszystko widzi. Widzi w drobnych szczegółach jego śmierć — jedną z tych błahych śmierci, które bliskim wydają się wydarzeniem potężnym, wpływającym na losy świata. Wszechwiedzący Ja — wszystko wie i wszystko widzi. Zobaczy za chwilę swoją śmierć i powtórne narodzenie. W każdym czasie, w każdej przestrzeni umieram i zmartwychwstaję. W jakiej księdze zapisany jest ten rozdział? W jakim zwoju, scenariuszu? Dlaczego nie można tego wykreślić? Pierdolone Da capo al fine.
— Hej człowieku, dobrze, ale mogłoby być lepiej — tłum pokrzykuje.
— Mam na to radę ludzie. Uwaga! — człowiek o źrenicach czarnych jak smoła z kropelką rosy podnosi ręce do góry.
Tłum cichnie. Uśmiechnięte twarze wpatrują się w Profeta. Z leżącej przed nim torby wyciąga podłużne pudełko i otwiera je bardzo powoli. W wyściełanym aksamitnym materiałem pudełeczku skrzy się w świetle ogniska szklana strzykawka z nasadzoną igłą, kilka plastikowych strzykawek i ciemnobrązowa buteleczka. Wpatruję się jak zahipnotyzowany.
— Wybaczcie, ale nie wystarczy sprzętu dla wszystkich, będziecie musieli się podzielić. Jeśli ktoś się boi, może teraz odejść, albo niech zamilczy na wieki — Profet przemawia, udając powagę i modulując głos.
— Niech się dzieje wola twoja — krzyczy starzec w bandamce i gra kilka akordów. Rozlegają się śmiechy i gwizdy.
Spoglądam, ale nie widzę. Moje oczy rejestrują obraz, przesyłają klatka po klatce do mózgu, ale tutaj jest jakaś awaria, ta ukształtowana w kulistą masę breja neuronów i komórek glejowych zawiesiła się w czasie.
— Oto towar świeży i mocny, bierzcie i radujcie się — krzyczy, napełniając strzykawki i podając je dalej.
Chrystus z monidła przyjmuje strzykawkę, podwija lewy rękaw bluzy.
— Trochę tu ciemno — narzeka.
— Światło jest w Tobie — odpowiada Profet. — Światło jest w każdym z nas — krzyczy, a tłum odpowiada śmiechem.
Kolejne osoby przyjmują z rąk Profeta strzykawki.
— A ty człowieku? Chcesz?
— Ja…
— Tak, ty.
— Cóż, ja też, chcę — słowa same wychodzą z moich ust.
— Brałeś kiedyś cokolwiek? Prochy, trawa, klej?
— Nie, nic, zupełnie
— To będziesz miał mocne wejście na scenę — uśmiecha się. — Hej ludzie, mamy tutaj debiut! Brawa dla odważnych!
Rozlegają się niemrawe okrzyki, starzec z bandamką na głowie podnosi opuszczoną głowę i krzyczy: — W życiu piękne są tylko chwile!
— Wybacz im, są już w innym świecie
— Jak to…
— Za chwileczkę poznasz odpowiedzi na wszystkie pytania, cichooo — przykłada palec do ust. — Za chwileczkę! Rozluźnij się. Chłoń…
Bierze delikatnie moją dłoń, podwija rękaw koszuli i studiuje uważnie przedramię — szczupłe i blade.
— Popompuj trochę — mówi.
— Co?
— Zaciskaj i puszczaj pięść — tłumaczy wyjmując buteleczkę i szklaną strzykawkę z pudełeczka.
— Pół centa, nie? Wystarczy? — zwraca się do zgiętego w pół Chrystusa z monidła.
— I to jak — odpowiada tamten. — Rzeczywiście jest mocny. Jesteś pewny, że nic mu nie będzie?
— Jestem — człowiek o źrenicach czarnych jak smoła uśmiecha się delikatnie.
Napełnia strzykawkę ciemnobrązowym płynem. W świetle ogniska wygląda to tak, jakby mrok wypełnił szklaną pustkę. Patrzy pod światło na niewielką ilość płynu. Delikatnie naciska tłoczek i na końcu igły pojawia się ciemna kropelka. Zbliża usta i zlizuje.
— Daj rękę.
Nachyla się nad przedramieniem. — Zaciśnij pięść.
Zaciskam. Po kilku sekundach pojawiają się niebieskawe linie żył.
— Gotowy?
Patrzę w czarne oczy, odwracam się i spoglądam w twarz Chrystusa z monidła. W świetle ognia widzę wyrzeźbione z mroku, wystające kości policzkowe.
Cieniutka igła gładko przebija skórę. Czuję niewielkie ukłucie.
— Jestem — mówi człowiek o źrenicach czarnych jak smoła.
Delikatnie odciąga tłoczek.
Moja krew miesza się z czarnym płynem.
— Puść pięść.
Puszczam.
— Gotowy?
Kiwam głową. Powoli naciska tłoczek. Będąc tu, gdzie jestem, pomiędzy światami, nie będąc żywym, nie będąc umarłym — tęsknię. Czuję niemal wszystko to, co czułem wtedy. Widząc siebie — zastygłego w pół drogi do nieokreślonego ruchu, widząc, z jakim z trudem podnoszę głowę, żeby zwymiotować — będąc przy tym najszczęśliwszym człowiekiem we wszechświecie, wstrząsany falami orgazmów — tęsknię.
Zanim wszystko to, co było w szklanej strzykawce, znalazło się w moim ciele, już czułem, jak zmienia się wszechświat, jak miliony pochodni podpalają moje synapsy — i one płoną płomieniem jasnym i wysokim. Zanim człowiek o źrenicach czarnych jak smoła wyjął delikatnie, wręcz pieszczotliwie igłę z mego ciała i nie mniej delikatnie, z namaszczeniem, pomógł zgiąć mi przedramię, pojąłem, że znalazłem to, czego szukałem przez całe swoje życie. Zrozumiałem, że jestem małą, ale znaczącą cząstką wszechświata, cząstką złączoną w harmonii nie tylko z tym światem, ale z każdym innym. Byłem miłością. Pływałem w wodach płodowych płonącego kosmosu. W moich żyłach z nadświetlną szybkością płynęły triumfalne hordy heroinowych rycerzy z łopoczącym sztandarem zwycięstwa.
Łapczywie łapiąc powietrze, zgiąłem się wpół, padłem na twarz i umarłem — czułem, jak moje serce bijące z szybkością stu pięćdziesięciu sześciu uderzeń na minutę zatrzymuje się skurczone w ekstazie orgazmu na kilka sekund, by po chwili ruszyć na nowo w spokojnym już, wręcz sennym hipnotycznym rytmie — odurzone miłością. I tym momencie zmartwychwstałem — w nowym ciele — w ciele boga. Boga pławiącego się w rzygach. Rzygającego Boga Miłości i Jedności.
— Wszystko w porządku? — człowiek o źrenicach czarnych jak smoła nachylił się nade mną.
— Jestem bogiem — szepnąłem i wydawało mi się, że odpowiadam na kolejne pytanie, ale to tylko mój umysł wytwarzał odpowiedź. Z otchłani wyrwało mnie szarpnięcie.
— Hej, ale cię pierdolnęło, Bogiem? Cudownie, ale cię kurwa sieknęło — Chrystus z monidła nachyla się nade mną.
Odwracam się od niego i chlustam w ciemność żółcią pełną miłości. Wycieram powoli usta rękawem i zastygam w pół ruchu. Moje ciało jest takie wiotkie, cudownie rozpływa się w kosmosie. Zamykam oczy i poddaję się, jednocząc się ze wszechświatem. Fale orgazmów nie są już tak intensywne, ale wciąż czuję to pulsowanie. Moje myśli są jasne i przejrzyste, o czymkolwiek pomyślę, widzę to, w czystej postaci. Wszystko układam w swoim umyśle na swoim miejscu, w odpowiednich przegródkach i na półeczkach. Głaszczę i przytulam. Pocieszam. Mówię, że kocham. Że teraz będzie już inaczej, ponieważ jestem Miłością.
Chlustam ponownie żółcią. Otwieram oczy. Widzę człowieka o źrenicach czarnych jak smoła zaciskającego na przedramieniu pasek. Trzyma w zębach strzykawkę, uderzając dłonią w przedramię. Powoli wyjmuję radomskiego, podpalam, zaciągam się. Opuszczam rękę. Czuję, że niedopałek parzy mi palce. Papieros sam się spalił. Człowiek o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy siedzi zgięty w pół. Zamykam oczy, dając się utulić kołysaniu kosmosu. Pod zamkniętymi powiekami tańczą pomarańczowe fraktale. Pomaga jednostajny ruch ręką, rozdrapując skórę aż do krwi. Moje ciało zaczyna swędzieć. Każde pociągnięcie dłoni jest niczym letni deszcz na rozgrzaną skórę. Wnika do nerwów, rozpala kolejne synapsy.
Otwieram oczy. Człowiek o twarzy Chrystusa z monidła przewraca się na bok — jego twarz, pełna miłości, spogląda na mnie z uśmiechem. Znowu chlustam żółcią — nie zdążyłem się wychylić i wszystko ląduje na moich spodniach. Chrystus z monidła wyciąga dłoń — zjednoczeni ze wszechświatem rozumiemy się bez słów — wsuwam pomiędzy jego palce palącego się papierosa. Sam nie pamiętam kiedy go zapaliłem. Zastygam w nirwanie. W bezruchu kieruję całym wszechświatem, widzę swoją szczęśliwą przyszłość, panowanie nad tym wszystkim, co przyjdzie do mnie. To takie proste. Jestem zwycięzcą. Chyba zasypiam.
Małgosia nachyla się nade mną, podnosząc palcami powieki. — Kurwa, człowieku, Ja pierdolę…
Jej słowa nikną z opadającymi powiekami i gubią się w pomarańczowych fraktalach.
— Kurwa, co ty zrobiłeś najlepszego, idioto pierdolnięty — wrzeszczy mi nad uchem.
Otwieram, a tak bardzo mi się nie chce, ważące dwieście kilogramów każda, powieki i uśmiecham się.
— Cichoo… — szepcę — Wiem, co robię, spokojnie, tu jest tak dobrze, wiesz?
Nie mogę utrzymać ciężaru i zamykam z cichym pluskiem oczy, a moje fraktale porywają mnie, unoszą delikatnie i opuszczają. Zanurzam się w ciepłym parującym czymś, co jest moim łóżeczkiem, kołderką i kobietą, jej smakiem, aromatem. Pływam w kolorach i dźwiękach, mając ciało i zastygłe, i płynne — nie poruszam się, nie potrzebuję się ruszać, bo moje myśli poruszają całym wszechświatem, a ja jestem w jego centrum.
— Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa! Co ty najlepszego odpierdoliłeś, pogrzało cię?!!
Zza czekoladowego muru ociekającego słodkim pomarańczowym syropem dobiega płacz. Siada obok. Otwieram oczy. Człowiek o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy patrzy w moje oczy — oczy o źrenicach czarnych jak smoła. Tonie w moich oczach, a ja tonę w jego. Teraz rozumiem tę moc i poczucie harmonii. Pojmuję spokój i poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu.
— Wszystko tak cudownie lśni, wiesz? — niezdarnie próbuję objąć Małgosię.
— Zostaw mnie! Nie dotykaj — wrzeszczy. — Spierdalaj!
Nie rozumiem, dlaczego tak krzyczy, przecież nic się nie stało, nic jej nie zrobiłem. W ciszę pomiędzy nami wchodzi ostrze riffu, a potem krzyk: You need coolin’, baby, I’m not foolin, I’m gonna send you back to schoolin, Way down inside honey, you need it, I’m gonna give you my love, I’m gonna give you my love, Wanna Whole Lotta Love....chłonę każdym porem ciała orgiastyczny krzyk i nagle rozumiem, że to, co jeszcze przed sekundą chciałem jej powiedzieć, że ja to przecież ja, a pomiędzy nami nic się nie zmieniło — byłoby nieprawdą. Już nie jestem tym kimś, kim byłem jeszcze dwie godziny temu. Jeszcze nie wiem, kim się stałem, ale noszę w sobie tajemnicę, coś, co należy tylko do mnie, noszę w sobie moje nowo narodzone Ja. Jestem wyżej od niej. Wysoko. Ona tam nie sięga. Większość tam sięga i nigdy nie dosięgnie.
Z moich zwojów mózgowych oblepionych setkami kilogramów dopaminy wychodzą słowa, ale rozpływają się we mgle pulsującej orgazmami przestrzeni i wydaje mi się, że mówię — w istocie milczę zachwycony kosmosem. Nie słyszę już jej płaczu. Zachwycam się gwiazdami i wymiotuję resztkami żółci.
Leżę pomiędzy jej udami, liżąc ją delikatnie, najdelikatniej. Blask już nieco przygasł, ale jeszcze lśnię. Uśmiecham się do niej, do siebie, do świata, kosmosu. Uśmiecham się do jej włosów — o barwie płonącej miedzi, gęstych, opadających kaskadami na małe piersi. Uśmiecham się do smukłych nóg — wyznaczających granicę mojego miejsca. Tu i teraz. Do niczego nie dążymy, niczego nie oczekujemy. Mogę ją tak całować godzinami, ona może tak godzinami leżeć — przypatrując mi się spod półprzymkniętych powiek. Kiedy przysypiam, delikatnie trąca mnie udem i szepce: — Nie przestawaj. Wybudzony z pomarańczowych fraktali, zanurzam się w jej parującym, słodkim wnętrzu.
Kilka godzin temu nasze spojrzenia dotknęły się na mgnienie trzech sekund, by zgubić się na czas nieokreślony. Potem podeszła do mnie przysypiającego, lśniącego i śniącego w kącie drewnianej chaty. Usiadła naprzeciw, przyglądając się uważnie, jakbym był obcym gatunkiem, który zupełnie przez przypadek zjawił się na tej planecie. Kiedy podniosłem ciężkie powieki, jej duże zielone uśmiechnięte oczy badały każdy skrawek mojej twarzy, a pełne, zmysłowe usta lekko się uśmiechały.
— Maja.
— Pszczółka
— To oklepane. Spodziewałam się po Tobie czegoś bardziej oryginalnego. I nie mów, że będziesz moim Guciem i masz duże żądło.
— Masz rację. Hej, nie jestem Guciem — wyciągnąłem do niej rękę. Miała przyjemnie chłodną dłoń.
— O człowieku, o boże, nie wiedziałam, ale jesteś aż tak nagrzany, domyślałam się, że się naćpałeś, ale chyba najlepiej z tych wszystkich. Powiesz mi, o czym śnisz?
Nie puszcza mojej dłoni.
— Fraktale.
— Człowieku, nie wiem, o czym mówisz. Co to jest? Opowiadaj.
Wciąż trzyma moją dłoń. Zamykam oczy i delikatnie się uśmiecham.
Siada obok po turecku.
— Hej, opowiesz mi, jak to jest? Człowieku?
Przysypiam słodki sen na kilka sekund. Nie otwierając oczu, mówię:
— Nie wiem, co powiedzieć. Nie wiem, jak mam to powiedzieć. Po prostu cudownie.
— Tylko cudownie? Spróbuj coś więcej człowieku.
— Nie potrafię powiedzieć.
— No weź. Spróbuj.
Uśmiecham się.
— No dobrze. To najlepszy orgazm, jaki miałem…
— Może miałeś kiepskie orgazmy człowieku i kiepskie kobiety — śmieje się, przechylając głowę i odgarniając rude loki spływające na szczupłe, blade ramiona usiane piegami. Ma na sobie koszulkę na ramiączkach z namalowaną pacyfą.
— Może...masz pewnie rację. Były tylko dwie, więc mam dość kiepski punkt odniesienia…
— Boże, ale jesteś uroczo naćpany… — słyszę jej śmiech. Podoba mi się ta kaskada dźwięków.
— A ty kim jesteś?
Zapadam się w słodki sen.
Kim była? Skąd się wzięła? Czy powiedziała mi to później, a może wcześniej? Ale według jakiego punktu odniesienia w czasie? Sekwencja zdarzeń kompletnie zignorowała Królową Linearność. Wcześniej, potem, teraz. To nie ma znaczenia. Lewituję w przestrzeni i czasie.
Moje powieki są takie ciężkie, a kiedy wreszcie poddaję się i pozwalam im opaść, od razu zanurzam się w świat fraktali i jej milczenia utkanego z bladych słów. Te dźwięki tworzą niemy film w kolorze sepii.
W tym samochodzie było tak niezwykle, znałam go, cichutko grała muzyka z radia, o miłości, o tej szczęśliwej i tej nieszczęśliwej, jest godzina druga w nocy, a może nad ranem, nocnym markom dedykujemy, kochać to nie znaczy zawsze to samo, głos spikera taki przyjemny taki ciepły, jak jego oczy, a kiedy przyjdzie na Ciebie czas, lampki radia rozświetlały jego twarz, a przyjdzie czas na Ciebie, jego usta rozchylone w uśmiechu, jego dłonie w półmroku, porwie Cię wtedy wysoko tak, jego silne męskie dłonie, szorstkie, duże męskie dłonie, do góry Cię uniesie, zaciśnięte w pięści, jego plecy, twarde męskie plecy, lecz nagle możesz zacząć spadać w dół, głucho brzmiące pod uderzeniami jej małych kobiecych piąstek…
— No już, wypierdalaj stąd kurwo — powiedział zasapany, gdy skończyła się piosenka o miłości. Stała nocą na ulicy, pośrodku niczego z zaciśniętymi kobiecymi piąstkami, z zaciśniętymi kobiecymi ustami, z zaciśniętymi kobiecymi udami.
Wydawało jej się, że kiedy pamięć o tym, co się wydarzyło w tle piosenki o miłości — to zapętlenie grające w umyśle da capo al fine pięć akordów — zawierzy bogu, to bóg ją poprowadzi przez ciemności i wyprowadzi z doliny ciemności. Nadstaw drugi policzek, pierwsi to ostatni, ostatni to pierwsi — szeptał nocami bóg. Ale nic się nie zmieniło i wciąż szła przez ciemność i przez doliny. Była trochę zła na niego (bojąc się być bardziej złą, aby jeszcze więcej nie grzeszyć), że jest taki enigmatyczny w swych wypowiedziach i nie chce jej wyjaśnić, dlaczego akurat ją to spotkało, jaki ciężki grzech popełniła do kurwy nędzy, słyszysz mnie kurwa boże!
Na złość więc bogu, aby nie słyszeć jego szeptów (przecież to, co mówi, jakież to głupie, czyżby to był naprawdę bóg, a może jakiś kretyn — myślała) postanowiła nie spać. Wówczas, tak jak przewidywała, bóg zamilkł — zapewne obrażony, że nie chciała go słuchać. Teraz była noc, bogiem byłem ja, a ona siedziała przede mną, trzymając moje dłonie — dłonie boga, i spijała z moich ust każde słowo.
A ja chciałem jej powiedzieć, że niczego od niej nie pragnę. Chciałem jej powiedzieć, że po prostu rzeczy się dzieją i stają, ja poddawałem się stawaniu. Sam się stawałem. Stwarzałem. Byłem bogiem. Miałem moc i to chciałem jej przekazać — ofiarować, nie wiedząc o niej nic — całą miłość, która wylewała się ze mnie. Chciałem jej powiedzieć, że wszechświat nam sprzyja. Że wszystko jest harmonią, kosmosem, jednością.
— Teraz cię dotknę — moja dłoń zawisła w drodze do jej policzka i zasnęła. Czekała na mój dotyk z zamkniętymi oczami. Kiedy się obudziłem, delikatnie dotykałem jej opuszkami palców. Nie wiem, co się stało pomiędzy, ale za każdym razem gdy zasypiałem, a ona mnie budziła, byłem bliżej niej.
— Nie przestawaj — a ja na nowo zanurzałem się w jej parującym, słodkim wnętrzu.
Przez kilka nocy, parnych, z powietrzem gęstym jak zupa, a może to były dni? Pomarańczowe fraktale, zawsze lśniący, jaśniejący, przesłodki — czekoladka mleczna z dzieciństwa, przychodziłem do niej. I kładąc się pomiędzy jej udami, śniłem swoje życie, a ona delikatnie szturchając mnie to jednym, to drugim udem szeptała — nie przestawaj — aż podczas jednej z takich parnych nocy w jej szept zachrypnięty od krzyku wkradła się słodka słodycz, fałszywy półton, dysharmonia w wibracji kosmosu. — Ja też chcę…
Ale chwilę potem wszechświat dalej grał swoją cudowną, przesłodką melodię
— Naprawdę? Chcesz?
To cudownie będzie mieć kogoś, z kim będę współodczuwał szczęście.
— Ale powiedz, że nic mi nie będzie?
— A czy ja wyglądam na kogoś, komu dzieje się coś złego? No sama powiedz?
— Nie gadaj tyle...nie przestawaj…
— Cóż, popyt przewyższył podaż i z przykrością muszę oznajmić, że w mojej cudownej buteleczce zobaczyłem, dzisiaj rano, oczywiście po zaaplikowaniu mojej codziennej porcji, dno. A wiesz co to dno? Dno kurwa oznacza, że nie ma. Nic. Mój drogi przyjacielu bardzo chętnie korzystałeś z mojej gościny, ale teraz musisz się trochę postarać, aby magiczny płyn na powrót popłynął radośnie naszymi i również twoimi żyłami i, jak słyszę, żyłami twojej przyjaciółeczki — jego małe, niczym główki od szpilek, źrenice lśniły tym cudownym hipnotycznym mrokiem.
— Ale kurwa jak — było mi trochę zimno, trochę gorąco, trochę szaro, trochę brudno. Wszystko było trochę niepełne.
— Poczęstuj się, widzę, że ktoś tutaj nie jest w formie — w jego dłoni pojawiła się puszka zagęszczonego słodzonego mleka.
— Chyba się trochę wjebałeś — malarz kobiet i jeleni wydmuchnął w stronę nieba stożek gęstego dymu. — Szybko ci młody poszło.
Mleko smakowało wyśmienicie. Mój organizm domagał się cukru. Dużo cukru.
— Nic mi nie jest, źle tylko spałem.
— Oczywiście. Beniowi się z deka popierdoliło. Prawda Beniu? Przecież nikt nie mówi, że coś ci jest. A więc mój przyjacielu musisz pojechać na zielone.
— Na co?
— Zielone.
— Jakie zielone?
— Na pole, na zielone.
— Ale po co mam jechać na jakieś zielone pole?! To ma być pole pszenicy?!!
— Maku. Człowieku. Zielonego maku. Skąd ci ta pszenica weszła do łba? — Malarz kobiet i jeleni ryczał ze śmiechu zgięty w pół.
— Maku — powtórzyłem, wpatrując się tępo w malarza. Byłem chyba mocno przeziębiony i marzyłem jedynie, aby się położyć i porządnie wyspać. Nawet dotyk Mai smakował jak druciana szczotka.
— Nie, nie, nie mój drogi. Masz rację. Jedź na pole pszenicy. Znajdź trzy magiczne kłoski. Zerwij je o świcie i nie zapomnij splunąć trzy razy za lewę ramię. A kiedy je zerwiesz, wrócisz tutaj, nie oglądają się za sobą i zrobimy produkcję kompocika z pszenicy. Jak pscółki.
— Pscółki, ha! Kurwa, człowieku, dobry jesteś, ale numer odjebałeś. Przejdziesz do legendy. Nie! Ty już jesteś legendą. Wszystkie ćpuny tego kraju będą śpiewać pieśni. Jadę na pole, hej, ho! Pole pszenicy, hej ho. Będę zbierać kłoski, hej, ho, a potem gotował magiczny kompocik, hej, ho, żniwa, hej, ho, a potem hej ho dozynki, wszystko do zyłki. Wiem! — krzyknął. — Człowieku! Namaluję ci obraz. Widzisz to? Idziesz w stronę zachodzącego słońca w polu pszenicy z taką kosą na ramieniu, pompka to byłoby dosłownie za bardzo, co nie? — spojrzał na mnie przekrwionymi, zmrużonymi od śmiechu oczyma. — Nie mogę kurwa, zaraz się zeszczam.
Benio dalej zgięty w pół nie mógł przestać się śmiać.
— Odpuść — źrenice czarne jak smoła w jednej chwili ucięły śmiech.
— Pójdę z tobą — Maja przytuliła się do mnie.
— Dzięki, ale mi kurwa zimno — objąłem się ramionami, spoglądając w czyste, błękitne czerwcowe niebo.
— A teraz uważnie posłuchaj, co masz zrobić, żeby było dobrze.
— Pójdę z nimi — Benio wstał z ziemi. — Nauczę i pokażę. Nie chcę, aby spierdolili mi grzanie.
W innym czasie, w innym świecie, powierzając jednak bogu — mimo jego milczenia — swoje życie, urodziła w bólu, jak prawdziwa kobieta, dwie córki. Jej życie było trochę nudne, trochę przeciętne, trochę szczęśliwe. Mężczyźni szybko się przy niej nudzili — mieli wrażenie, że kobieta, z którą są, ich nie słyszy.
W tym czasie, w tym świecie, poszła ze mną zbierać mleczka z niedojrzałych, zielonych pękatych główek maku. Siedzieliśmy potem w kucki wszyscy razem w namiocie, zahipnotyzowani patrząc jak szaman Benio, powoli, metodycznie, w mistycznym skupieniu wyczarował z białego soku, zbieranego na poczerniałą od ognia łyżkę, mlecznobiałą boskość.
Kiedy skończył, brązowa buteleczka była na powrót pełna. Człowiek o źrenicach czarnych jak smoła wyjął z plecaka kilka szeleszczących opakowań. Rozerwał jedno z nich i wyjął plastikową strzykawkę — „dziesiątkę”. Napełnił ją całą.
— Masz, trzymaj, to twoje. Możesz świętować ze swoją dziewczyną.
— I jeszcze kolki, piątki — trzymaj — rzucił w moją stronę malutkie opakowania igieł.
W innym czasie, w innym świecie jej dni były tak monotonne i mierzalne jak powolne uderzenia starzejącego się serca. W tym świecie postanowiliśmy jak Lennon i Yoko nie wychodzić z łóżka. Zamknęliśmy się w namiocie, a bicie jej serca było szybkie i pełne dzikości. Mieliśmy mielonki, dwie puszki słodkiego mleka skondensowanego, spierzchnięte usta pełne miłości, zdrowe, silne, pozbawione zrostów żyły i pięć centów boskiej, słodkiej miłości. Mieliśmy wszystko.
— Oo patrz, widzisz? Patrz, mówię! Nie będę musiała zaciskać nawet paska, widzisz? Widzisz jakie ładne, no powiedz, że są ładne.
Miała cudownie wyprofilowane, sprężyste żyły oplatające niczym świeży bluszcz jej drobne przedramiona. Celebrowaliśmy sekundy, pieściliśmy czas, całując się i liżąc jak szczeniaki.
— Śliczniutkie. Bardzo. Kocham twoje cudowne żyłki. Ja pierwszy sobie podam, dobrze?
— Czemu ty pierwszy, ja chcę być pierwsza, Ja! Ja! Podskakiwała na siedząco, sepleniąc jak mała dziewczynka. — Ja chce być pielwsa! Ty niedobly, ty. Udała, że się dąsa.
— Muszę zobaczyć, jaki jest mocny — przemilczałem fakt, że kilka godzin wcześniej przygrzałem, schowany za drzewem. I dolałem wody, żeby wyrównać.
— Muszę ocenić czy jest mocny i jak jest mocny, wtedy dam ci tyle, żeby było dobrze. Zgoda? Tak?
— No dobzie, plosze pana — wsadziła palec do buzi. — Niech pan jus nie gada tylko sobie robi dobze, ale potem mas mi zlobić dobze, dobze? I tam i tu, tu, tu — szczupły palec powędrował pomiędzy nogi.
Zaśmiałem się — Z największą rozkoszą, ale myślę, że nie będzie ci się chciało.
— Oj myślę, że będzie…
— Włączysz coś?
— Jasne. — Sięgnęła dłonią w stronę magnetofonu.
— Trochę się boję, wiesz? Jak to…
— Ciiii — przytknąłem palec do jej ust. Zaraz wszystko będziesz wiedziała…
You need cooling, Baby I’m not fooling, I’m gonna send ya… Odciągnąłem powoli tłoczek strzykawki. Zmieniłem igłę. Pompkę położyłem obok. Podwinąłem lewy rękaw flanelowej koszuli. Zacisnąłem kilka razy pięść. Trasę najgrubszej żyły znaczyły ukłucia. Drobne ranki otoczone były różnobarwnymi siniakami. Równolegle obok biegła druga. Trochę cieńsza, czysta. Delikatnie się wkłułem. Popatrzyłem jej w oczy. Uśmiechnęła się. Ja też. Cieszyłem się, że podzielę się z nią Tą miłością i będziemy razem w tym szczęściu. Wszedłem igłą głębiej, odciągnąłem delikatnie tłoczek — czerwona fala z impetem wypełniła wolną przestrzeń strzykawki.
— Jestem — szepnąłem i delikatnie nacisnąłem tłoczek. Zanim doszedł do końca, eksplodował we mnie płonący ocean czekoladowej benzyny, pokrywając gorącym szronem całe ciało.
Powoli wyjąłem igłę. Zgiąłem przedramię i osunąłem się na materac.
— Wszystko w porządku? — gładziła mnie po twarzy, odgarniając mokre włosy z czoła.
— Bezbrzeżnie tak. — A co to za słowo — parsknęła śmiechem.
— Kurwa, jak ja to kocham…
Zamknąłem oczy i po chwili porwały mnie do tańca pomarańczowe fraktale.
— Hej, teraz ja. Pamiętasz?
— Tak — nie otwierając oczu, wyłączyłem magnetofon i przerzuciłem kasetę na drugą stronę. Delikatne wibracje talerzy i pierwsze dźwięki gitary poczułem na całym ciele. Byłem tam. W samym centrum pustyni i palącego słońca.
— Podaj mi pompkę.
This is the end, beautiful friend, this is the end, my only friend — czysty głos wniknął do środka i rezonował echem. Moja dłoń zatrzymała się w przestrzeni i cały wszechświat również się zatrzymał. And All the children are insane, all the children are insane. Hipnotyczne dźwięki wchłaniały się we mnie. Opuściłem dłoń i świat ruszył. Wypłukałem strzykawkę i na nowo ją napełniłem. Pół centymetra sześciennego ciemnobrązowego magicznego eliksiru z maku. The killer awoke before dawn, he put his boots on, he took a face from the ancient gallery, and he walked on down the hall.
— Gotowa do podróży?
— Tak — szepnęła.
— Najpierw mnie pocałuj.
Usta miały gorzki smak papierosów. Wysunęła przedramię. Delikatnie wkłułem się w zgięciu ręki. Błyszcząca stal rozerwała skórę i gładko weszła w żyłę. This is the end, beautiful friend, this is the end, my only friend. Nacisnąłem tłoczek. Jej duże źrenice wybuchnęły, a głowa jak u pacynki opadła na pierś. But layout never follow me. Powoli wyjąłem igłę z przedramienia, uciskając jednocześnie rankę. Przepłukałem sprzęt i schowałem. Bezwładnie osunęła się na materac, by po chwili podnieść głowę.
— Najmocniej na świecie cię ja bardzo przepraszam… będę wymiotować…
Otworzyłem namiot, doczołgała się do otworu, wysunęła głowę i chlusnęła żółcią. Dyszała jak po ostrym pieprzeniu.
— Najmocniej na świecie, naprawdę, uwierz mi, że bardzo… — kolejna porcja wyleciała z jej ciała.
— Może skup się na jednym, co?
— Spierdalaj — uśmiechnęła się do mnie. Jej malutkie źrenice błyszczały mrokiem. — Coś teraz powiem, nie obraź się i w ogóle, ale… — zgięta w pół po raz trzeci wyrzuciła z siebie porcję wymiotów — ....ale te twoje lizanie i orgazmy, teraz po tym. Po tym to możesz sobie wsadzić je w dupę — zaśmiała się, wymiotując i nic sobie z tego nie robiąc.
— Wybacz, bredzę, ale nigdy nie było mi tak dobrze...nigdy...przytul mnie i pocałuj. Pochyliłem się i objąłem ustami jej usta. Bardzo powoli smakowaliśmy siebie, przysypiając po drodze i budząc się zaskoczeni, że zmieniliśmy pozycję, nie pamiętając o tym. Pływaliśmy w czasie. We fraktalach. W dźwiękach. W kosmosie. W wodach płodowych wszechświata. Byliśmy bratem i siostrą — celebrując kazirodczy związek. Byliśmy początkiem i końcem. Byliśmy bogiem w dwójce jedynym. A kiedy nastał świt i leżeliśmy nago spleceni rękoma, nogami, włosami, ustami, oddechem, nasieniem — pochyliła się nade mną.
— Obudziłeś demona — szepnęła.
— Wiem.
— Skąd?
— Bo mój też nie śpi.
— Wiesz, czego chcę?
— Chcę tego samego co ty.
— Na co więc czekasz?
Usiadłem. Wyjąłem buteleczkę. Na strzykawkę delikatnie nasadziłem igłę.
— Włączysz coś?
Odwróciła się i nacisnęła czarny klawisz w grundigu. This is the end, beautiful friend, this is the end, my only friend…
— Znowu?
— Nie chce mi się szukać czegoś nowego, a poza tym, lubię patrzeć, jak przygotowujesz dla mnie...działkę… jak to dziwnie brzmi...trochę patologicznie, nie sądzisz? Bo przecież nie jesteśmy patologią — zaśmiała się. — A poza tym to pasuje do klimatu.
— Pół centa będzie dobrze.
— Chcę więcej. I nawet nie próbuj mnie przekonać, że pół centa mi wystarczy. Chcę więcej
— Siedem kresek
— Zgadzam się.
Dźwięki gitary otworzyły przestrzeń, bas, tamburyno i ten głos...This is the end, beautiful friend, this is the end, my only friend. Napełniłem strzykawkę, dokładnie siedem kresek. Patrzyła bardzo uważnie, śledziła każdy mój gest. Theremin ranger on the edge of Town, ride the kings highway… Bez słowa wyciągnęła przedramię z zaciśniętą pięścią, jej cudowne żyły jakby tylko czekały na tę chwilę. Driver, wherry are you kating us?. The killer awoke before dawn…
Dotknąłem opuszkiem palca błękitnej wypukłości.
— Podam ci tutaj, obok.
— Podaj…
Come on, baby, takę a chamce with us, come on, baby, takę a chamce with us
Stalowa igła weszła w ciało, jakby od dawna była jego częścią. Odciągnąłem tłoczek, krew pojawiła się w pustej przestrzeni.
— Gotowa na kolejną podróż? Fuk me baby, fucz, fucz yamah, who, who, yamah, fucz, yamah, Cymon, yamah
Alright, kil…
Kiwnęła głową. Zanim doszedłem do końca, na jej twarzy zagościł uśmiech.
— Tak, właśnie tak, o tak, o tak… zamknęła oczy. Wyjąłem powoli igłę, przytknęła palce do ranki i osunęła się na materac.
Przepłukałem sprzęt, wkłułem się, odciągnąłem, nacisnąłem i płonąca fala czekoladowej benzyny porwała mnie, powaliła na materac
Przysunąłem się bliżej niej. Pachniała kwaśnym potem, miłością, życiem. Objęła mnie ramieniem, przysuwając twarz do twarzy. Poczułem słaby oddech na policzku. Poczułem jej mocne słowa. Usłyszałem to.
— Kocham Cię…
— Ja ciebie też — i zanurzyłem się w tańcu pomarańczowych fraktali.
To były jej ostatnie słowa w życiu. Kiedy się ocknąłem nad ranem, te niewypowiedziane zostały w gardle zalanym krwią i flegmą z żołądka. Troszeczkę zakwitło na powleczonych sinym zmierzchem karminowych ustach. Tylko w filmach i w literaturze śmierć jest widowiskowo rozwleczoną w czasie, pełną pasjonujących zwrotów podróżą. Nie, nie ma w tym centa prawdy. Puściły wszystkie zwieracze i jej jeszcze ciepłe, jeszcze wiotkie, jeszcze sprężyste ciało pływało w kałuży gnoju, szczyn krwi i żółci. Wyłączyłem magnetofon. No fasety or surprise. Przytulony do zimnego, cuchnącego ciała odliczałem czas, a ona wciąż nie żyła. Po dwóch godzinach, kiedy nic się nie zmieniło, rozpiąłem namiot i wyszedłem.
Może nie ma końców. Może jest tylko ciągły bieg w niekończącym się labiryncie zdarzeń i wspomnień. Może nigdy nie zrozumiem, dlaczego wszystko musiało się wydarzyć właśnie tak. Ale teraz, w tej chwili, cisza otula mnie niczym kołdra, a ja w końcu mogę zamknąć oczy.
Rozdział 2
Jestem sprzedawcą Laleczki. Jeśli lubisz młodych, uległych chłopców, to dobrze trafiłeś. Laleczka robi wszystko to, na co masz ochotę. Oczywiście, co się rozumie, za odpowiednio wysokie wynagrodzenie. Szczegóły spotkania i kwotę uzgadniasz ze mną. Atutem Laleczki jest jego mięciutka, pluszowa heroinowa uległość.
Kompot zakonserwował urodę Laleczki w dniu, w którym skończył czternaście lat i spotkał miłość swojego życia. Teraz Laleczka ma siedemnaście i mimo twarzy, na której radośnie kwitną liszaje — produkt zgodnej i harmonijnej współpracy paciorkowców i gronkowców — wciąż wygląda jak wyrośnięte dziecko z blond loczkami, z dużymi oczami i wiecznie otwartymi ustami. Całości dopełniają szerokie biodra i niedokończona mutacja głosu. Czyli prezentuje się jednym słowem jeszcze całkiem nieźle. Z Laleczką można zrobić prawie wszystko. Jest bardzo uległy, a jego napięcie mięśniowe jest bliskie zeru, a to, tych wszystkich pedziów cholernie podnieca. Na Pizgalaku wiedzą, że jest małolat, który robi na ostro.
To dlatego Laleczka potrzebuje przyjaciela, który będzie się nim nie tylko opiekował, ale dbał również o jego bezpieczeństwo. Nie mogę pozwolić, aby moją Laleczkę ktoś skrzywdził — niektóre pojeby lubią naprawdę ostrą jazdę — ponieważ jest on moją osobistą żyłą złota, dzięki której płynie w naszych kanałach ciemnobrązowy, wartki strumień polskiej heroiny. Twardo też egzekwuję kasę. Są tacy, co potrzebują przypomnienia, że Laleczka nie daje dupy za darmoszkę. Jestem jeszcze silny i dysponuję odpowiednim zapasem żyletek. To zdecydowanie lepsze narzędzie perswazji w porównaniu do noża. Jeśli zostałbym zatrzymany, a o to z moim wyglądem jest naprawdę nietrudno, musiałbym się nieźle tłumaczyć. A z żyletek nie muszę. Zawsze mogę powiedzieć, że właśnie je kupiłem, bo chcę się ogolić.
Czasami pedzie mają ochotę na mnie. Patrzą mi kurwa głęboko w oczy i mówią tym przesterowanym głosem, uśmiechając się i oblizując usta. Tyle się już znamy, wiesz, kim jestem, i ja widzę, kim ty jesteś, przecież widzę, że to cię podnieca, prawda kochany, prawda, prawda, nie zaprzeczaj. Gdyby nie podniecało, nie patrzyłbyś tak na mnie kochany jak patrzysz, widzę to w twoich oczkach, cudowne masz oczy i takie ładne usteczka, a oczki mój drogi nie kłamią, one nie kłamią nigdy, spójrz na moje oczki, też śliczne, widzisz jak płoną, nie tylko one płoną, przysuń się bliżej, przecież znasz mnie, nie zrobię ci nic, co nie zrobię sobie, spójrz tylko, jaki jesteś silny, taki męski, czujesz to, prawda?
To ich kurewsko podnieca. Ślinią się, fantazjując na temat bliżej nieokreślonej przyszłość i mitycznego „kiedyś”. Słucham ich słów, przepływają obok mnie, nie rezonują. Nie reaguję, nie uśmiecham się, nie odpowiadam. Po prostu odwracam się i odchodzę, albo, jeśli jest to, „przed” mówię, że za pierdolenie Laleczki należy się pięćdziesiąt tysięcy.
Wygrzewam swoje poszarzałe starcze ciało na tej samej wysuszonej ławce, na Skwerku przy Dworcu, na której jeszcze kilka miesięcy temu jadłem bułki z serkiem homogenizowanym i kefirem, z tą różnicą, że teraz w pełni należę do królestwa półcieni. Czekam na Laleczkę, który kilka godzin temu poszedł kupić na bajzel towar.
— Poznajesz mnie kierowniku złoty?
— Nie mam kasy, nie mam fajek też nie, nie poratuję cię, nie.
— Długo na ciebie patrzałem, kierowniku, no.
Odwracam się i od razu go poznaję. Pamiętam jego spuchnięte, czarne palce gniotące z lubością białego papierosa. Wysłannik piekieł. Teraz śmierdzę podobnie jak on. Siada obok.
— Bujasz się z tym pedziem, co nie?
Milczę.
— Wtedy jak twój koleżka, ten z długimi włosami, kurde w mordę felek, no ten, co dał mi fajka, to potem jego kobitka, wiesz, co nie, wcisnęła mi kilka groszy i powiedziała, że to od ciebie.
Odwracam głowę i patrzę na niego. Przypominam sobie, ale obrazy przypływają do mnie z zewnątrz, jakbym oglądał jakiś film, komedię romantyczną o młodych ludziach stojących u progu życia i potykających się o ten próg i lecących na mordę na ziemię.
— Nie wiedziałem, że dała ci jakąś kasę.
— Przyszłem do was po fajki i mnie wtedy dał, co nie i ona dała hajsu trochę.
— No. Pamiętam, że dał ci fajka…
— No to ja szacunek mam do takich ludzi, człowieku, no. Chcę powiedzieć ci, żebyś kurde no, w mordę felek uważał.
— Na co mam uważać?
Drapię się po łydce, chciałbym, aby Laleczka już wrócił, bo trochę zaczyna mnie skręcać.
— Niektórym tutaj co nie, nie podoba się no — zakreśla ruch ręką wokół — co robisz i jak robisz i no z kim. Wiesz no, kurde w mordę felek, są nowe czasy, precz z komuną, nowe porządki, miasto, co nie. Z nikim się nie dzielisz, no. Ten, co przedtem, no wiesz, przed tobą, co nie, bujał się z Laleczką, też nie chciał się dzielić i podobno dostał, mówią złoty młot.
— Złoty strzał.
— Może być kurwa w mordę felek i strzał. Mówi się tu i tam trochę, no, że ktoś mu może i pomógł, co nie. Może i tak. Może i nie. Lepiej nie wnikać.
— Dzięki.
— No, to jak coś, to no…
— No.
Ściskam jego opuchniętą dłoń.
— A dorzucisz coś, no?
Wyciągam z kieszeni pogniecioną pięćsetkę.
— Sztama człowieku. Andrzejek jestem jakby co, co nie?
Widzę go z daleka. W tłumie normalnie idących ludzi ktoś, kto co chwila przystaje z zamkniętymi oczami, przyjmując przy tym dziwne pozycje, wyginając się na wszystkie strony, wygląda tak, jakby rozwinął sztandar z napisem „Tak kurwa! Właśnie naćpałem się kompotu!” Jeszcze tylko przejście dla pieszych, spacer żółwia po trawniku i wreszcie staje przede mną. Z półotwartych ust ścieka strużka śliny, ledwo unosi powieki. Pewnie się dojebał klonami.
— No widzę, że łaskawy pan wreszcie przylazł i coś ma, co?
— No mam, mam.
Laleczka opiera się rękoma o ławę, a jego ciało momentalnie zastyga, jakby właśnie zakończyło przygotowania do snu.
— No właśnie mówię, że widać, że masz. Jakoś długo cię nie było. Zrywałeś makówki? Laleczka!
Podnosi powoli głowę i usiłuje otworzyć oczy.
— No wiesz, ja tak możesz do mnie mówić, się tak bardzo staram, a jeszcze wyrzuty mi ty robisz — normalny głos przechodzi w szept. Siada obok, powoli, bardzo powoli. Wreszcie udało mu się podnieść powieki. Źrenice ma jak czarne, lśniące główki od szpilek.
— To na co ty kurwa człowieku czekasz? Na oklaski? Dawaj! Rusz dupę!
— Zaraz chwileczkę, co się tak niecierpliwisz. Gdzie ja to mam…
Sięga ręką do brudnej plastikowej torby skradzionej ze sklepu, wypełnionej po same brzegi cuchnącymi ubraniami, bandażami, jakimiś papierami, resztkami jedzenia. Powstrzymuje się ostatkiem sił, żeby nie pierdolnąć go pięścią prosto w te jego pierdolone małe źrenice. Powolność jego ruchów doprowadza mnie na skraj.
— No wyjmij wreszcie kurwa to, znajdź, z czym masz ja pierdole problem! — nie wytrzymuję i zaczynam wrzeszczeć.
— Mam, mam, już mam, już cicho, nie krzycz już tak na mnie, zaczynam się ciebie poważnie obawiać, ludzi przestraszysz, jeszcze nas zwiną przez ciebie psy, niedobry jesteś dla mnie — z plastikowej torby Laleczka wyciąga wreszcie pompkę. Podaje mi strzykawkę piątkę, w której jest tylko jeden cent towaru.
— Nie kurwa, bez jaj! Ile kurwa? W chuja lecisz? Gdzie reszta? Miałeś kupić piątkę i dwa i pół centa dla mnie. Ja pierdolę, zajebię cię kiedyś! Gdzie jest reszta!
Laleczka ma łzy w oczach. Zsuwa się z ławki na chodnik.
— Napadli na mnie i mi zabrali, rozumiesz? — płacze. — Byłem w strasznym niebezpieczeństwie, napadli na mnie bardzo groźni bandyci, a ty mnie w ogóle nie wierzysz. I jeszcze na mnie krzyczysz. Mało nie umarłem.
— Umarłeś? Ja pierdolę! Laleczka, kurwa, to my jesteśmy bandyci! Kto cię napadł i gdzie i dlaczego jak cię napadli ci groźni bandyci, to dlaczego do chuja nie zabrali ci wszystkiego, tylko zostawili ci jednego centa? To jacyś dobrzy byli bandyci? A może im kurwa obciągnąłeś, żeby zostawili ci centa? Co chuju?
— Nie będę z tobą rozmawiał w taki sposób. W ogóle mnie nie szanujesz i mną pomiatasz.
— Laleczka, będziesz się kurwił od świtu do nocy, ale w zębach mi wszystko przyniesiesz, co zajebałeś, zrozumiałeś? Słyszysz, kurwa?!
Nie, nie słyszy. Przysnął szczęśliwy, siedząc na chodniku z tlącym się papierosem pomiędzy brudnymi palcami.
Wstaję z ławki i podchodzę do Andrzejka.
— No słyszałem, słyszałem. Z kurwami zawsze są jakieś problemy, kurde felek.
— Przypilnujesz go, żeby nigdzie nie polazł. Zaraz wracam, za chwilę.
— Niet problema kierowniku złoty.
— A jak ten luj się obudzi i będzie chciał gdzieś kurwa iść, to weź, mu lutnij, albo coś.
— Się rozumie kierowniku.
— Idę
— Sajonara.
Przeciskam się podziemnymi korytarzami do zaprzyjaźnionego lizo kibelka. Od mojego ostatniego pobytu Dworzec bardzo się zmienił. W korytarzach, szarych niegdyś, powleczonych betonem, wyrosły owoce świeżego kapitalizmu — kolorowe stoiska, na których obok kawy arabiki stoją proszki do prania i gumy do żucia. Królestwo odchodów -lizo kibelek — należy do Babci Gieni. Za każdym razem kiedy odwiedzam jej przybytek, wrzucam do metalowej miseczki minimum sto złotych, dlatego Babcia Gienia patrzy na mnie łaskawym okiem. Tym łaskawszym, że Babcia Gienia, cierpiąca zapewne na pewien rodzaj natręctwa czystości zlewa ściany i podłogi litrami lizolu, co sprawia, że większość kiedy otwiera drzwi, natychmiast je zamyka odurzona smrodem chemikaliów. Mnie to nie przeszkadza, co więcej, cenię intymność i świadomość, że nikt nie będzie w sąsiedniej kabinie srał czy szczał, kiedy będę sobie podawał.
— Dzień dobry Pani Gieniu, jak zdróweczko szanownej Pani?
— A jakie tam dzieciaku dzień dobry, dobry to był, teraz to tylko patrzeć jak człowiekowi śmierć w oczy zajrzy, nic tylko się powiesić, drogi panie, widział to ktoś, żeby takie ceny były, że człowieka na nic nie stać, no na chleb nawet, kto to widział panie, słyszałeś dziecko, co ten żydowski pomiot Balcerak zrobił, boga w sercu nie ma tak pomiatać starymi ludziami. Ja ci powiem, że za Gierka, chociaż on też żyd był to i banany były i pomarańcze też, a teraz to nie wiadomo co jest.
— Pani Gieniu, mogę?
— A idź se, idź, niszcz zdrowie, co mnie do tego, gdybyś był moim synem, to bym ci wlała kablem od prodiża w dupę i wyleciałyby ci z głowy te głupoty, po co to, komu potrzebne, miałam, ja taki prodiż pamiętam, tylko mi tego ejca nie przynieś, bo pogonię w diabły, no sio mi, idzie czy nie, bo zimno leci.
Zamykam się w małej kabinie. Wyjmuję ostrożnie z kieszeni pompkę.
— Jeden kurwa centymetr sześcienny, ja pierdolę, co za chuj — szepcę do siebie. Taka ilość wystarczy, aby lepiej się ciut lepiej poczuć, a za dwie godziny trzeba będzie znowu kombinować. Podwijam prawy rękaw. Nie wiem dlaczego, ale ostatnio wolę podawać sobie lewą ręką. Nawet Laleczka zapytał, czy jestem mańkutem. Moje przedramiona zaznaczone są szlakami wkłuć. Szukam odpowiedniego miejsca, ale jak na złość nie widać żadnego kanału. Wkładam pompkę pomiędzy zęby, zdejmuję but, pochylam się. Widzę jakieś żyły. Wstaję z sedesu. Stawiam stopę na brudnej desce. Widzę ją teraz wyraźnie. Małą, wypukłą. Delikatnie się wkłuwam. Nie odciągam tłoczka, kropelka krwi pojawia się u nasady igły. Naciskam tłoczek. Zamykam oczy. W moim ciele rozpala się małe ognisko i po kilkunastu sekundach gaśnie.
— Kurwa jego mać jebana, co za chuj, kurwa napadali go bandyci, już ja go kurwa napadnę — wściekły szept rozbija się o białe kafelki.
Wychodzę z kabiny. Pani Gienia nawet mnie nie zauważa, słuchając radia z „jamnika”.
— Do widzenia Pani Gieniu.
— A do widzenia, do widzenia, zostawił po sobie porządek? Nic tam nie muszę wycierać?
— Wszystko jest czyściutkie Pani Gieniu.
— I tak zaraz zleje lizolem, do widzenia i pamiętaj z ejcem mi tutaj nie przyłaź.
— Nie będę Pani Gieniu.
Wróciłem na skwerek, Laleczka spał zwinięty na ławce. Andrzejek podniósł dłoń. Podszedłem do niego.
— Widzę, że jest chujnia kurde felek, nie?
— Z grzybnią. Wymyślił, że bandyci go kurwa napadli, a skroił mnie na żywca, chuj jebany.
Andrzejek przygląda mi się uważnie.
— Nie ma szacunku do ciebie, co?
— Nie ma kurwa.
— Nie nauczyłeś kurwy szacuneczku.
Wracam.
— Zapierdalaj na bajzel, ale już! — kopię przysypiającego na ławce Laleczkę.
— Dlaczego mnie budzisz i bijesz, znowu jesteś dla mnie taki niedobry — Laleczka podnosi się. Ma łzy w oczach, a z nosa zwisają mu gluty. Jest tak naćpany, że robi mi się niedobrze.
— Zapierdalasz chuju na bajzel. Zapierdalasz i nie wracasz tutaj bez piątki towaru. A jak nie, to kurwa, to na ulicy radzisz sobie sam.
Patrzy na mnie przerażony.
— Nie pójdę, przecież nie mam kasy…
— A chuj mnie to obchodzi, nie trzeba było mnie kroić, a miałeś taki sprytny plan, i co kurwa nie wypalił co? Wyjaśnij mi, co trzeba mieć we łbie, żeby wymyślić taki kit i uwierzyć, że zadziała? Wypierdalaj, ale już.
Chwytam go za włosy i podnoszę z ławki. Próbuje się bronić, ale jest na to za słaby. Odwracam go tyłem do siebie i kopię. — Won, kurwa, marsz, ajnc cwaj, sraj!
Idzie chwiejąc się na boki, pochylony, z głową wtuloną w ramiona. Kiedy znika w podziemnym przejściu, podchodzi do mnie Andrzejek.
— Wróci?
— Chuj wie, nie mam pojęcia.
— Zrobił cię na okrągło.
— Chuj z tym.
Andrzejek wyciąga z kieszeni brudną, zatłuszczoną paczkę papierosów. Jest tak zasyfiona, że nie widzę marki.
— Jarasz?
— Jaram.
Siedzimy na ławce. Mam wrażenie, że to już się wydarzyło, dwóch śmierdzących żuli, palących śmierdzące papierosy. Byłem już na tej ławce, paląc śmierdzące papierosy. Na tej samej ławce, na której Jaś wymyślił, że pojedziemy na zlot. Na tej samej ławce, na której Małgosia zaczerwieniła się, kiedy Jaś wspomniał o Profecie. To wszystko, co wydarzyło się wtedy, wydarzyło się w innym życiu. W życiu, które należało do zupełnie kogoś odmiennego, od tego kim jestem teraz.
Profet — człowiek o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy, człowiek, który mnie naznaczył, człowiek, który pokazał mi smak raju. Po tym jak wyszedłem z namiotu, zostawiając w środku zimne ciało Mai z pompką sterczącą w przedramieniu, poszedłem tam, gdzie spodziewałem się znaleźć jego namiot. W wyobraźni stworzyłem obraz, na którym byli wszyscy siedzący przy ognisku. Benio, Starzec brzdąkający na gitarze i inni.
Ale na polanie był tylko zimny, czarny popiół ogniska, wokół którego walały się metalowe puszki po mielonce, kondomy i jakieś papiery. Placki ubitej, pożółkłej trawy wyznaczały granice namiotów. Pomyślałem, że to miło, że wszyscy ci uduchowieni, walczący z systemem, zgnuśniałym mieszczaństwem i chuj wie, czym hipisi podobnie jak ja szczają, srają i brudzą. Z tym że ja jestem od nich lepszy, bo zabiłem człowieka. Ale z drugiej strony, jeśli pomyślimy o tym inaczej, to sama się zabiła. Nikt jej kurwa nie kazał. Poszedłem w stronę chaty, ale już czułem, że i tam nikogo nie ma. Pełna słońca i muzyki ziemia pokryła się szaroburą kołdrą zwyczajnej codzienności.
— Nie ma go, wyjechał, nie wiem kiedy wróci — powiedział jakiś starzeć rąbiący drewno obok domu.
— Mogę dostać trochę wody?
— Nie ma.
Starzec nawet nie odwrócił się w moją stronę, cały czas rąbiąc. Wróciłem do namiotu. Do plecaka zapakowałem resztki jedzenia, wyjąłem z portfela Mai pięć banknotów po tysiąc złotych, zostawiając jakieś drobne, ostatni raz spojrzałem na pożółkłe i zaczynające rozkładać się już ciało i wyszedłem. Postanowiłem wrócić tam, gdzie zacząłem swoją podróż — na Dworzec, ale przedtem musiałem zaopatrzyć się w spory zapas.
Nie wiem ile dni, ile nocy koczowałem na polu, zbierając w nocy na łyżkę biały sok z niedojrzałych, cudownie zielonych główek makówek, robiąc z połowy tego co zebrałem solidną porcję, którą następnie grzałem. Kładłem się na ziemi, pływając w pomarańczowych fraktalach i gwiazdach. Cały kosmos należał do mnie. Budziłem się, szedłem w pole i grzałem kolejną porcję. I pewnie siedziałbym tam dopóty, dopóki nie ściąłbym wszystkich główek, ale któregoś dnia zaskakująco przytomnie pomyślałem, że przecież ktoś przypadkiem, przechodząc, może znaleźć ciało Mai, a wówczas byłbym pierwszym podejrzanym, pomimo że przecież nic nie zrobiłem. Spakowałem wszystko do plecaka i polazłem w stronę najbliższej drogi na stopa. Byle dalej od tego miejsca.
Jechałem brudnymi pociągami, bez biletów, śpiąc na twardych siedzeniach obitych czerwoną dermą, grzejąc w obsranych kiblach, czekając potem w rozpadających się, śmierdzących szczynami budynkach stacji kolejowych. Jechałem odrapanymi samochodami, gnieżdżąc się w ciasnych kabinach starów i jelczy, przesyconych oparami ropy, z postrzępionym kocem w kratę na skóropodobnej osłonie silnika, trzęsąc się niemiłosiernie na dziurawych drogach, przysypiając i lewitując w pomarańczowych fraktalach. Idąc kilometrami asfaltowych i polnych dróg, kucając gdzieś pod drzewami, próbując bezskutecznie się wysrać, śpiąc w stodołach, na strychach drewnianych ruin umierających pośrodku niczego.
Stałem się człowiekiem o źrenicach czarnych jak smoła z odrobinką rosy, zanurzając się raz po raz w płonącej benzynie, oblepiony heroinowym szczęściem, heroinowym słońcem, heroinową nocą. Nikogo nie chciałem spotykać, żadnych kręgów, wspólnych śpiewów, dzielenia się jedzeniem. Byłem tylko ja i topniejące dramatycznie z każdym dniem zapasy. Kiedy padało, chowałem się. Kiedy świeciło, kryłem się przed słońcem — moje oczy o małych źrenicach nienawidziły światła. A kiedy po kilku dniach dotarłem do rogatek miasta, znalazłem ustronne miejsce i przygrzałem wszystko to, co miałem. Ostatnie, co pamiętam, zanurzając się w płonącym oceanie czekoladowej benzyny, to majacząca w oddali iglica Pałacu.
Ocknąłem się na jakiejś ławce w pobliżu Teatru. Jak tam dotarłem, nie wiem. W tle, niedaleko, widziałem Pałac i Dworzec — znajome punkty. Wszędzie wokół rozkopana ziemia, wzgórki ziemi ogrodzone prowizorycznymi płotami, z resztkami plakatów wyborczych, krzaki, śmieci, słońce, pożółkła trawa, zapach rozgrzanego asfaltu, upał, warkot samochodów, klaksony, zgrzyt tramwajów, ludzki gwar. Świat gnał w szalonym biegu, naprzód, byle przed siebie, byle do celu, do mety. Podniosłem się, wygrzebałem z kieszeni pogniecionego, brudnego papierosa, podpaliłem, głęboko się zaciągnąłem i wtedy go usłyszałem.
— Zostaw mnie, nie tak się umawialiśmy, zostaw, to boli, proszę, zostaw, czemu to robisz, ratunku, pomocy…
Całe zdanie wypowiedziane zostało bez żadnej intonacji, akcentu, na jednym długim bezdechu. Głos dochodził z krzaków, za ławką, na której siedziałem. Wstałem i podszedłem. Nie wiem, co jeden robił drugiemu, ale ten mniejszy klęczał przed większym i grubym i płakał. Kiedy nasze oczy spotkały się, zobaczyłem jego źrenice — czarne, malutkie kropeczki w bladoniebieskiej sadzawce z heroinowego gówna.
— Pomóż — wyszeptał bezdźwięcznie.
— Co tam pierdolisz cweliku jebaniutki — zaśmiał się większy. Schyliłem się po kawek cegły. Usłyszał hałas, ale nie zdążył się nawet odwrócić. Uderzyłem centralnie w potylicę. Upadł bezgłośnie. Blondynek spoglądał to na mnie, to na leżącego, jakby nie dowierzając temu, co się wydarzyło.
— Ale nie zabiłeś go, prawda?
— Nie wiem kurwa, sprawdź, jak jesteś taki ciekawy, ale na twoim miejscy spierdalałbym stąd jak najdalej.
— Nie, nie, nie nie dotknę go, nie, nie, nie — odsunął się szybko na kolanach z widocznym wstrętem.
— Czego chciał od ciebie ten gość?
Opuścił głowę.
— Dziękuje, że mi pomogłeś, ale muszę już iść.
— Dobra, nie moja sprawa. Robisz, co chcesz, ale widzę, że jesteś nagrzany w trzy dupy, a ja zaraz będę na skręcie. Musisz mi załatwić towar. Teraz, zaraz.
Patrzy na mnie.
— Pokaż ręce.
Podwijam rękawy. Podnosi się wolno.
— Dobra, załatwię, ale nie mam kasy, a ja też chcę mieć działkę, więc musisz mi kupić.
Zaczyna płakać.
— Chciał mnie skrzywdzić.
— Cicho już. Nie maż się. Nic się nie stało. No już. Cicho — mówię. — Oczywiście, że kupię.
Podchodzę do leżącego. Odwracam na wznak. Nijaka nalana, spocona, gęba, wymięta koszula wystaje ze spodni, rozpięty rozporek. Przewracam go z powrotem. Wsadzam rękę do tylnej kieszeni. Wyjmuję portfel. W środku kasa. Liczę. Trzydzieści sześć tysięcy pięćset złotych. Chowam do kieszeni. Bilon wyrzucam. W portfelu są bilety, rachunki, wizytówki i zdjęcia. Żona. Dwójka dzieci. Może siedmioletni chłopiec i starsza dziewczynka. Rzucam portfel i wdeptuje w ziemię. Zdejmuję zegarek, pasek od spodni i czarne, błyszczące skórzane pantofle. Zegarek chowam. Blondynek wyciera zasmarkany nos i nie spuszcza ze mnie wzroku.
— Zobacz czy będą dobre.
Ociera łzy i na jego krostopatej twarzy pojawia się uśmiech.
— To naprawdę dla mnie?
— Dłużej marudź, to się zaraz obudzi.
Chłopak zdejmuje z nóg podarte trampki i nakłada błyszczące lakierki z czubem. Oczy mu się świecą. Wygląda kretyńsko w uwalonych ziemią czerwonych dżinsach, żółtej, poplamionej koszulce i czarnych lakierach z ostrymi czubami.
— O boże, są takie śliczniutkie — krzyczy cienkim głosem. — Dziękuje, dziękuje, dziękuje, kochany jesteś — i robi taki gest, jakby chciał mnie objąć i wycałować.
— Ej!
— Przepraszam, nie chciałem — kuli się.
— Dobra zbieramy się, chcesz mu podziękować? — wskazuję na leżącego, wykonując ruch nogą, jakbym chciał go kopnąć.
Kręci głową. Wychodzimy z krzaków. Idziemy w stronę Dworca.
— Po ile chodzi cent?
— To zależy u kogo i ile kupujesz, ale z sześć, z siedem tysi.
— Wyjdzie pięć centów. Trzy dla mnie, dwa dla ciebie.
— Miało być sprawiedliwie — brzmi tak, jakby miał się rozpłakać, a ja nie wiem, czy mówi poważnie, czy żartuje.
— Dostałeś buty i cię obroniłem, zapomniałeś kurwa?
— Faktycznie, przepraszam cię solennie, masz rację.
— Solennie?
— Tak, bardzo solennie. Uratowałeś mnie.
— To gdzie idziemy?
— Na bajzel.
— Daleko to?
— Nie, zaraz będziemy.
Ominęliśmy Dworzec i po dwudziestu minutach marszu stanęliśmy u wrót bajzlu. A wtedy blondynek odwrócił się, wyciągnął rękę i przedstawił się:
— Mówią na mnie Laleczka, jeśli chcesz, mogę dla ciebie zarabiać, a ty mnie będziesz chronić.
Wyciągnął dłoń, a ja po chwili wahania ją uścisnąłem.
Akurat patrzyłem na wylewające się z podziemnego przejścia tłumy, kiedy w ciżbie zamajaczyła znajoma postać. Laleczka z trudem przecisnął się przez zwartą masę i pokuśtykał w moją stronę. Już po sposobie, w jakim szedł, widziałem, że przygrzał. Czyli chłopak postarał się i jakimś cudem udało mu się, w takim stanie załatwić towar. Byłem pod wrażeniem.
— Widzę, że sobie nieźle poradziłeś.
— Jest mi bardzo przykro, że nie wierzyłeś we mnie. Oczywiście, tylko sobie wyobrażam, że mnie przeprosisz, ale mógłbyś…
— Przestań pierdolić, przejdź do konkretów.
Laleczka zawiesił się na chwilę, po czym wsadził dłoń do kieszeni i wyjął pomiętą paczkę aresów. Wyjął jednego, włożył do ust i zamknął powieki.
— Masz ognia?
Cały ten teatr był specjalnie przygotowanym preludium.
— Widzę, że chcesz mnie znowu wkurwić
— No jest temat — Laleczka zaciągnął się mocno, wydmuchał dym kącikiem ust i wytarł przedramieniem wiszące już od jakiegoś czasu fluki z nosa. Zielonkawa, błyszcząca maź zaiskrzyła się kolorami tęczy na brudnym ręku.
— Jaki?
Oparł się biodrami o ławkę, a głowa opadała mu jak u szmacianej lalki.
— Jaki kurwa jest temat, nie śpi, halo pobudka. Widzę, że masz towar, co jeszcze?
— Tak, mam, dużo towaru — Laleczka ocknął się. — Zajebistego towaru i zajebiście bogatego pedzia.
— Bogatego pedzia? Gdzie kurwa? Chyba w twoim zrytym baniaku.
— Nigdy we mnie nie wierzyłeś, a ja cię kocham. Podniósł powoli rękę i pomachał dłonią. Z ławki nieopodal podniósł się mały człowieczek i drobnych truchtem podszedł do nas.
— Witam szanownego pana uniżenie — wykonał gest, jakby zdejmował niewidoczny kapelusz. — Ten oto młody człowiek wielce zainteresował mnie swoją skromną osobą i zakomunikował mnie, że wielce szanowny pan jest opiekunem tego oto młodzieńca, co wzbudziło mój podziw oraz szacunek. Na moje, przyznam szczerze dość zasadnicze zainteresowanie, odpowiedział, że lojalnie, iż wszystkie ustalenia dotyczące naszego bonne réunion poczynić mam z panem, cóż niniejszym czynię, dostępując zaszczytu obcowania również i teraz z panem.
Mały człowieczek trzymał dłonie w taki sposób, jakby miętosił w rękach niewidzialny kapelusz, patrzył przy tym na mnie wzrokiem, w którym za firanką pozornej uległości i uniżoności skrzył się cudownym światłem mrok. Nie wiem jakimi ścieżkami wędrowały moje myśli po skorodowanych kompotem neuronach, ale od razu nazwałem małego człowieczka Pan Lawendowy. Nie podobało mi się, że tak dużo mówił.
— Czy Laleczka powiedział ci, że mnie ojebał?
— Rzeczywiście wspomniał, że pomiędzy panami wydarzył się un incydent désagréable.
— Więc najpierw Laleczka mi daje to, co zajebał, a potem możemy ustalać szczegóły tego błena renienia.
— To całkowicie zrozumiałe, że oczekuje pan zadośćuczynienia. Pozwolę sobie mieć prośbę do pana, aby przybliżył się pan do mnie na taką odległość, abym mógł panu ofiarować wyraz mojej dobrej woli.
Pan Lawendowy wsunął dłoń do obszernych spodni i leciutko się uśmiechnął.
— Nasie pas puer.
Kim kurwa był ten facet? Laleczka przysypiał oparty o ławkę, śniąc heroinowe sny w heroinowym kokonie, a Andrzejek spał już najebany na ławce. Nikt nie mógł się za mną wstawić.
— Chcesz mnie zajebać?
— Tutaj? Wśród tych wszystkich ludzi? Soyons sérieux…
— Serłje, seraje, chuj z tym, kurwa.
Podszedłem powoli do Pana Lawendowego i kiedy byłem blisko, ten równie powoli wyjął rękę z kieszeni. Zobaczyłem, że w zwiniętej pięści trzyma strzykawkę.
— To mój prezent jako wyraz dobrej woli wobec pana i tego oto młodzieńca.
To była dziesiątka, calutka, po brzegi, aż z niej kapało, wypełniona płynem o cudownej barwie, świadczącej o niezwykłej mocy, bardzo ciemnej herbaty.
— Z tego, co zdążyłem zauważyć, to towar jest git.
— Wybaczę szanownemu panu tą malutką niezręczność, albowiem nie jest pan świadomy, iż jako człowiek ceniący jakość osobiście uczestniczę w produkcji owego specyfiku o jakże dźwięcznie brzmiącej nazwie kompot.
— Pan? Udzieliła mi się wykwintna kurwa forma konwersacji.
— Cóż, pan jest jeszcze młody, życie przed panem, ale w moim wieku, człowiek już wie, że należy patrzeć głębiej i dalej.
Łapie mnie już delikatny skręt i mam już dość pierdolenia Pana Lawendowego. Odpowiadam tylko, że zaraz wracam i idę szybko do ulubionego lizo kibelka.
— Dobry wieczór Pani Gieniu.
— A jaki to dobry wieczór, skaranie boskie z tymi żydami w rządzie. Pan wie, co wymyślili?
— No nie za bardzo pani Gieniu.
— A może to i dobrze. Mówię Panu, że bóg pokara tych wszystkich żydów, co boga w sercu nie mają.
— Można pani Gieniu?
— A niech idzie i się truje, tylko ejca niech nie przyniesie i wszystko powyciera po sobie, i tak lizolem zleje, ale niech o porządek dba…
Nie słucham już Pani Gieni zamknięty w małej kabinie. Z dziesiątki przelewam do swojej pompki trzy centy, nasadzam igłę, muszę kupić nową, ta jest już stępiona, pompuję tym razem lewą rękę, widać niebieskawe, blade szlaki, ryzykuję, wkłuwam się w jeden z nich, odciągam tłoczek, nie ma krwi, kurwa, cofam trochę igłę, wchodzę głębiej, natrafiam na zrost, kurwa jak boli, cofam, idę ciut w lewo i wchodzę, jest, pojawiła się kropelka krwi u nasady igły, naciskam delikatnie tłoczek, i zanim wszystko znalazło się w moich żyłach, w środku mnie wszystko wybucha i płonie gorącym ogniem ocean czekoladowej benzyny, spazmatycznie łapię oddech, jest mi tak dobrze, kiedy czuję kolejne uderzenia fal oceanu, że trwałbym tutaj, pływając w kosmosie pomarańczowych fraktali.
— No już, niech wyłazi już, słyszy?
— Już już Pani Gieniu — ledwo poznaję swój zachrypnięty głos.
— Otwieram drzwi kabiny i leciutko się zataczam.
— Mój boże jak tak można, jak tak można, niech idzie już, bo patrzać nie mogę — Pani Gienia jest bliska płaczu.
Zostawiam w blaszanej misce dwieście złotych, wyrzucam do kosza starą, zużytą pompkę zawiniętą w papier toaletowy i powoli wytaczam się na pełne ludzi, rozmów, śmiechu korytarze Dworca. Idąc, zostawiam za sobą ślad milczenia.
— Rozumiem, że jest pan już w odpowiednim stanie, aby móc kontynuować nasze ustalenia.
Delektuję się smakiem papierosa. Zaciągam się głęboko, wypuszczam dym nosem. Czuję pulsowanie kosmosu w sobie i mam przeczucie, że już kiedyś taka rozmowa się odbyła.
— Tak — mój głos ledwie przeciska się przez rozluźnione struny głosowe.
— Mam więc przyjemność zaprosić panów do siebie, z pełnym wiktem i opierunkiem na całą noc, z tym małym zastrzeżeniem, że w uwagi na swoje zobowiązania chciałbym z panami rozstać się rano, oczekując panów wizyty kolejnego wieczoru. Moim pragnieniem jest spędzić miłe chwile seul również i z panem.
Lawendowy patrzy uważnie.
— Nie — tylko tyle mogę z siebie wydusić.
Pan Lawendowy nie może ukryć rozczarowania, że tylko Laleczka będzie do jego dyspozycji. Leciutko drgnął mu mięsień na policzku.
— Rozumiem, cóż, pozostaje mi tylko uszanować z pokorą pana decyzję. Część wynagrodzenia już pan otrzymał, sumę pięćdziesięciu tysięcy otrzyma Pan, kiedy dotrzemy na miejsce, do mojego domu. Chciałbym doprecyzować, abyśmy się dobrze zrozumieli, że zarówno ustalona kwota pieniężna jak i środki niematerialne stanowią zgodę na moje preferencje.
— Jakie?
— Czy sformułowanie kinbaku jest panu znane?
Wszechświat wciąż pulsował, a ja nie mogłem się zdecydować, czy zanurzyć się w ocenie pomarańczowych fraktali, czy słuchać tego pierdolenia.
— To boli?
— W stanie, w którym znajduje się pana przyjaciel, ten próg bólu nie będzie miał znaczenia.
— No to gites, pasuje.
— Zatem pozostało nam przypieczętować nasze ustalenia uściskiem dłoni, jak na prawdziwych dżentelmenów przystało.
Nie wiem, czy Pan Lawendowy mówi poważnie, czy po prostu cała ta sytuacja go bawi. Dwóch naćpanych narkomanów, pedzio i jego alfons, ustala szczegóły seksualnej randki ze starszym, miłym panem, miłośnikiem kinbaku, cokolwiek to znaczy — myślę.
— Czy powiedziałem może coś, co pana może uraziło?
— Absolutnie nie proszę pana — przedrzeźniam Lawendowego. Jestem wielce zobowiązany szanownemu panu do usług.
Widzę spod półprzymkniętych powiek, jak staruszkowi zaciskają się szczęki.
— Je ne suis pas d’accord, traktuję pana z całym należnym szacunkiem i tego również oczekuję od pana, ale nie przedłużajmy już tej bezsensownej wymiany zdań, czas ucieka, zapraszam zatem obu panów do siebie, oczywiście pojedziemy tam moim samochodem. Zatem?
Kiwam głową i podchodzę do Laleczki. Siedzi skulony na ławce.
— Laleczka, ruchy, wstawaj, jedziemy, no już, już, szybko.
Laleczka podnosi głowę, z trudem otwiera oczy, a z otwartych ust płynie strużka śliny.
— Już?
— Tak, podnoś dupę, jedziemy do klienta.
Laleczka z trudem wstaje i zaczynam się obawiać czy Pan Lawendowy, widząc, w jakim stanie jest jego chłopiec, nie zrezygnuje.
— Ale przygrzejemy jeszcze?
— Jak dojedziemy, tak, przygrzejemy.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
— A mamy co?
— Bardzo dużo mamy i bardzo dobrego mamy dużo towaru.
— To dobrze, kochany jesteś, to ja jadę.
Wstał z ławki i nie oglądając się na nikogo, powłócząc nogami, poszedł przed siebie. Dogoniłem go, wziąłem pod rękę i niemo zapytałem Lawendowego, w którym kierunku mamy iść. Machnął dłonią. Laleczka, bezwolny manekin posłusznie podążał za mną. Na szczęście nie musieliśmy daleko iść. Wystarczyło tylko przejść przez ulicę i skręcić w małą uliczkę obok hotelu. Tam, wśród innych podobnych samochodów stał czerwony, poobijany fiat uno.
— To są jakieś jaja. Myślałem, że człowiek taki jak pan jeździ autem innej marki. Takiej bardziej wysublimowanej.
— Widzisz młodzieńcze, ten samochód nie rzuca się w oczy, a ja nie mam w zwyczaju manifestowania publicznie swego statusu, robią to tylko ludzie pospolici, bez wyobraźni.
— To ma sens.
Wsiedliśmy do auta. Pan Lawendowy włączył silnik, wrzucił jedynkę i ruszył.
— Czy nie będzie wam przeszkadzało, jak włączę radio? Lubię posłuchać sobie o tej porze „Trójki”, jest taka sensualna.
— Dobra, słuchaj sobie.
Wnętrze auta wypełnił hipnotyczny rytm bębnów, basu i głęboki głos — all I ver wanted, all I ver eden. Zamknąłem oczy i od razu zanurzyłem się w płonącym oceanie benzynowej czekolady. Może pewnego dnia obudzę się i będzie tylko pustynia i czerwone niebo? Worda are cery necessarium, thet can only do harm.
Laleczka ma trudności ze znalezieniem kanału. Widzę, że zaczyna się denerwować. Na obu bladych, brudnych przedramionach nie widać żadnego dobrego do wkłucia.
— Ściśnij kurwa mocniej ten pasek, siły kurwa nie masz? — mówię, studiując uważnie fakturę ręki Laleczki.
— Nie krzycz na mnie kurde. No ściskam, ale sam widzisz, że nic tu nie ma — odpowiada płaczliwie Laleczka.
Nie jest dobrze. Kiedy Laleczka zaczyna kląć, to znaczy, że za chwilę może wpaść w histerię. Jakiś czas temu pojechaliśmy z frajerem do jego domu pod miasto. Wszystko odbyło się elegancko, frajer dał kasę, my zamknęliśmy się w toalecie i zaczęła się jazda. Po pół godziny kłucia się w przedramiona, dłonie i stopy tępą igłą (Laleczka, aby ubrania nie krępowały mu ruchów, rozebrał się do bielizny) nagle wstał i krzyknął:
— Mam to w dupie, oo!
Niepotrzebnie wtedy nawrzeszczałem na niego: — Mówiłem ci kurwa debilu jeden, złamasie, żebyś kupił sobie nowy sprzęt, co, apteki były zamknięte? Nie, kurwa oczywiście, że nie były, były otwarte, ale ty jak zwykle kurwa zapomniałeś, bo przecież ty zawsze czegoś kurwa zapominasz, zawsze zapominałeś, a kompot na dodatek wyżarł ci te kurwa chujowe resztki mózgu debilu.
Laleczka zaczął szlochać, otworzył drzwi toalety i prawie nagi wybiegł z domu. Pobiegłem za nim, a kiedy przystanął i odwrócił się, znokautowałem go prawy prostym. Na szczęście to wszystko działo się w nocy, ale i tak pedzio był nieźle wystraszony całą sytuacją. Poprosiłem go, żeby pomógł mi zaciągnąć go do środka. Ochoczo wziął się do roboty, bojąc się, że mimo nocy jednak ktoś z sąsiadów może zobaczyć, że przed jego domem leży nagi mężczyzna.
A przecież nie mógł sobie na to pozwolić, gdyż, jak napomknął potem w niezobowiązującym porannym pierdoleniu przy kawie, piastował jakieś w chuj wysokie stanowisko w chuj wysokim urzędzie i uchodził wśród swoich nielicznych znajomych i współpracowników za osobę wyznającą katolicką naukę społeczną kościoła. Nie zapytałem, jak synchronizował ową naukę z zamiłowaniem do sadystycznego pierdolenia uległych, młodych chłopców o szczupłej budowie ciała.
Wciągnęliśmy wtedy Laleczkę do środka. Leżał rozwalony w korytarzu, we krwi, z siniakiem pod okiem, z nosa zwisał mu glut. Zacisnąłem pasek od spodni na chudym bicepsie, w zgięciu łokcia wyczułem palcami jakąś wypukłość, w ciemno, na żywca — chuj, co będzie, to będzie — wkłułem się, o kurwa trafiłem za pierwszym podejściem i podałem nieprzytomnemu Laleczce trzy centy.
Dwie sekundy po tym jak wyjąłem igłę z jego przedramienia, podniósł się, usiadł z kretyńskim uśmiechem na twarzy i wypowiedział chyba pierwszy raz w życiu słowo kurwa i padł z powrotem. Frajer patrzył na to wszystko z przerażeniem, ale i chorą fascynacją. Bałem się, że wypierdoli nas z chaty, ale kiedy Laleczka padł i powiedziałem — jest twój, zalśnił cały z zadowolenia i poprosił, abym poszedł już do swego pokoju.
— Puść, to bez sensu. Pokaż łapę — mówię, miętoląc w ustach niezapalonego papierosa.
Laleczka wyciąga brudną dłoń przed siebie. Ściskam jego nadgarstek.
— Sss, nie tak mocno — prawie ma łzy w oczach.
— Nie wkurwiaj mnie. Trzymaj tak i pompuj.
Na wierzchu dłoni pokazuje się kilka żyłek.
— Może w tą — macha głową pokazując oczami.
— Spróbuję. Gdzie masz sprzęt?
Podaje mi powoli pompkę z nasadzoną już igłą. Jest tak tępa, że można nią szydełkować.
— Kurwa, Laleczka, nie mam siły, ile razy mam ci mówić, żebyś nowe kolki kupił? Tak wiem, zapomniałeś. Dam ci swoją.
Wyciągam prawie nową, tylko raz używaną. Odlewam do pompki Laleczki dwa centy. Nakładam igłę. Delikatnie się wkłuwam. Laleczka wstrzymuje oddech. Boi się nawet mrugnąć.
— To kurwa cud — mamroczę pod nosem.
U nasady igły pojawia się kropelka. Powoli, delikatnie naciskam tłoczek. Po trzech sekundach szczęśliwy Laleczka osuwa się na białe kafelki.
Biorę ledwo przytomnego Laleczkę pod rękę i wychodzimy z łazienki. Pan Lawendowy czeka cierpliwie w pokoju, na stole stoją talerze z jedzeniem. Przygotował nam białą kiełbasę z musztardą, posmarował masłem bułki i zaparzył herbaty z cytryną. Po trzech kęsach mam dość kiełbasy, ale gorąca herbatę wypijam całą. Pan Lawendowy wie, że ćpuny lubią cukier, herbata jest jak ulepek. Po kolacji Pan Lawendowy znacząco chrząka.
— Skoro już się Pan posilił, zakładam, że w tej materii Pańskie potrzeby zostały w pełni zaspokojone. W sąsiednim pokoju znajdzie Pan wszystko to, co potrzebne jest do komfortowego spędzenia nocy. Zgodnie z umową widzimy się rano.
Pan Lawendowy wstaje i wyciąga rękę. Ściskamy sobie dłonie, o dziwo dłoń ma twardą a uścisk mocny, bardzo mocny.
— Cokolwiek Pan usłyszy, pragnę zapewnić, że Pański przyjaciel jest w dobrych rękach i nie stanie mu się żadna krzywda. Także absolutnie nie wolno Panu, cokolwiek Pan usłyszy i będzie się Panu wydawało, wchodzić do tego pokoju. Pogwałcenie tego zakazu będzie miało daleko idące konsekwencje, chociażby między innymi w cofnięciu przekazanych panu środków pieniężnych. Czy wyrażam się wystarczająco jasno?
Nie puszcza mojej dłoni.
— Jasne. Umowa święta kurwa rzecz. Bylebyś go nie zabił.
Pan Lawendowy leciutko się krzywi, ale potem uśmiecha się i puszcza wreszcie moją dłoń.
— A zatem do zobaczenia rano szanownemu panu. Bonne nuit.
Odwracam się, idę do pokoju i cicho zamykam drzwi. To duże, czteropokojowe mieszkanie, całe w boazerii, z kryształami na regałach, hubami i rogami na ścianach. I nagle kiełkuje we mnie to znajome uczucie, że już tu byłem, w tym nijakim pokoju, w tym nijakim mieszkaniu, podobnym do miliona innych mieszkań. I pomyślałem, że za chwilę usłyszę krzyk. I rzeczywiście, Laleczka krzyknął. Podszedłem do drzwi, nasłuchując, ale usłyszałem tylko swój ciężki, przyspieszony oddech.
— Chuj z tym kurwa, odpierdala ci ma maksa, trzeba więcej grzać debilu — gaszę światło, zostawiając tylko lampkę. Wyjąłem z kieszeni pompkę. Pięć centów szczęścia.
— Mało kurwa, bardzo mało — podoba mi się mówienie do siebie.
— Jak wezmę teraz trzy, zostanie dwa, czyli po jednym, czyli będziemy musieli się sprężać, ciekawe czy na bajzlu nie będzie posuchy, a jak będzie — będziemy w czarnej dupie, ja pierdolę, chuj z tym, to będzie jutro, teraz jest teraz.
Odlewam do swojej pompki trzy i pół centa.
— Wybacz Laleczka, to za to, że mnie ojebałeś wcześniej, zresztą jak doleję te pięć kresek wody do tego, co zostało, to nic się nie stanie, prawda? I ty nic nie będziesz wiedział i będziesz jak zwykle szczęśliwy. Ja będę również szczęśliwy, a przecież musimy nawzajem troszczyć się o swoje szczęście, czyż w istocie tak nie jest, prawda szanownego pana, uniżenie, kłaniam się panu do ziemi samej.
Uśmiecham się do siebie, słysząc, jak przedrzeźniam Pana Lawendowego.
— Co on wymyślił? Kin coś tam? Kurwa, co to jest, pojeb jeden.
W tym świetle nic nie widzę, muszę zapalić większe. Moje przedramiona są opuchnięte, pod brudną napiętą skórą porytą ranami i siniakami nie ma nawet pół centymetra niebieskawej poświaty kanału.
— Żesz kurwa jego mać. Kin...kin...Kinszasa? Nie, nie, to przecież jest jakieś miasto.
Zdejmuję buty, kładę jedną ze stóp na stole i uważnie się jej przyglądam. Tu jest zdecydowanie lepiej.
— Kineskop...nie kurwa, to nie to, ale wymyśliłeś. Jesteś moja żyłko kochana — mówię, oczekując w napięciu krzyku Laleczki.
Nakładam igłę, sprawdzam, czy nie ma powietrza.
Kinbasa? — nie, no przecież chyba nie ma takiego słowa. — Kiełbasa kurwa — prycham.
Wchodzę w kanał, pochylony nad stopą, nie widzę dokładnie czy trafiłem, muszę odciągnąć tłoczek, w pompce pojawia się strużka krwi, naciskam powoli.
Z powierzchni ziemi zmiata mnie płonący ocean czekoladowej benzyny. I w tym samym momencie znowu słyszę krzyk Laleczki. Ale wiem, że nic mu nie jest. Pan Lawendowy wyjaśnił mi, że absolutnie go nie skrzywdzi, a nawet jak będzie trochę, ale tylko trochę bolało, to i tak Laleczka jest znieczulony najcudowniejszym i najskuteczniejszym środkiem przeciwbólowym na świecie, więc i tak nic nie czuje. A jak nawet, to przecież go nie boli, bo kinbasa jak powiedział Pan Lawendowy, nie boli. Tak, to chyba była, chociaż nie jestem do końca pewny, kinbasa.
— Oczywiście, że mu wierzę, skoro taki poważny człowiek składa takie deklaracje, to należy mu wierzyć. Zresztą tak się umówiliśmy, otrzymaliśmy odpowiednie wynagrodzenie pieniężne i niepieniężne i trzeba dotrzymać słowa. My ludzie honoru jak coś obiecamy, to choćby się waliło i paliło, zawsze dotrzymamy słowa. Na nas zawsze można liczyć. Teraz wszystko rozumiem — milknę zatopiony w wannie pełnej ciepłego, słodkiego mleczka.
To cudowne móc w taki głęboki sposób doświadczać harmonii z wszechświatem. Postanawiam zrobić coś dobrego w tej jednej, cudownej chwili i zmienić swoje postępowanie wobec Laleczki. Zbyt często krzyczę na niego i jestem za bardzo agresywny. Powiedział mi kiedyś, po jakiejś awanturze, kiedy obrzuciłem go sprzedajnymi kurwami, pedałami i ciotami, że przypominam mu tatusia.
— Jesteś taki jak on, ty bydlaku ty, on też mi mówił, że jestem sprzedajną kurwą. Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! Nienawidzę, słyszysz?!! — krzyczał, wycierając gluty z nosa.
— Twój stary? Tak powiedział? — nie dowierzałem.
Przestał płakać. Odwrócił się i nic już nie powiedział do końca dnia.
Zakrywam się cały kocem, przez brudną, postrzępioną na brzegach tkaninę przenika światełko małej lampki. Zamykam oczy i widzę, jak po ocenie płonącej czekolady płyną na białych łabędziach różne miłe rzeczy. Mają miłe twarze, uśmiechają się przyjaźnie, machają malutkimi rączkami. Są jak malutkie dzieci, bo urodziły się dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami, chodź, opowiem Ci bajeczkę, bajka będzie krótka, z popielnika iskiereczka mruga, królewna, pokochała grajka, skończona bajka, iskierka zgasła, chwilę błyśniesz, potem zgaśniesz, i z każdym rokiem robią się coraz mniejsze. Kiedy przypływają do brzegu, podbiega do nich chłopczyk ubrany w kurteczkę w zielono — niebiesko — czerwoną kratkę. Na jego twarzy błąka się uśmiech, ale w kąciku bursztynowych od słońca oczu, w tym najdalszym zakamarku, pająk zaczął już pleść pajęczą sieć.
— Moja babcia, babciu, babciu! — woła chłopczyk
— Jak ty wyglądasz dzieciaku, ubierz się cieplej, przecież przeziębisz się, skaranie boskie z tobą — mówi starsza pani ubrana w kuchenny fartuch.
— A ja bawię się z kolegami — odpowiada chłopczyk. — Budujemy zamek z piasku. Chcesz zobaczyć?
— Musisz pomóc mi tylko wstać, sama nie dam rady. A byłabym zapomniała, widzisz, skleroza mnie dopada, starość nie radość popatrz, co ja tu mam dla ciebie.
Obok starszej pani stoi rower, czerwona „kolarzówka”. Chłopiec skacze z radości i klaszcze w dłonie.
— To naprawdę dla mnie, tylko dla mnie? Naprawdę?! I będzie tylko moja?! Kocham cię babciu bardzo — chłopczyk przytula się do niej. — A tatuś kupił mi zegarek, taki duży, zielony, wiesz babciu?
— Wiem dzieciaku, wiem. Dobrze dziecko, już dobrze, wiem, wiem. Skaranie boskie z tym wszystkim.
— I ja go później sprzedam, wiesz?
— Wiem kochany, wiem. Ja wszystko wiem.
Miesiąc przed swoją śmiercią, mówi do synowej, krzątającej się domu.
— Dla mnie się już nie chce chodzić i wstawać z łóżka, chodziła ja przez całe życie, a teraz niech do mnie przychodzą. Ot co. I mówić też mi się nie chce, takoło. Zresztą ja czuję, że śmierć już do mnie idzie i wolę na nią poczekać w łóżku. Podaj mi wody, tamoj stoi.
— Co też mama durnoty jakieś opowiada. Z tego wszystkiego mamie we łbie się pokiełbasiło. Zdrowie zmarnowałam dla mamy i jaka wdzięczność mnie spotyka, niech się mama nie wygłupia — odpowiada surowo synowa, której syn zmarł nagle i niespodziewanie, a przecież taki zdrowy był i silny chłop, nie to, co te wymoczki teraz, pół litra żytniej do obiadu wypijał, i nigdy nie czuł, że śmierć wyruszyła po niego.
— Ja się nie wygłupiam, stara jestem i nigdzie chodzić nie będę. I gadać po próżnicy też nie.
— I niechaj mama powie jeszcze, że podcierać mamę będę, bo srać mama pod siebie będzie?
— A będę.
— Skaranie boskie z mamą.
Któregoś dnia, kiedy była sama w domu, zebrała wszystkie siły, wstała i poszła do kuchni, gdzie w szufladzie kuchennego stołu, przykryty tłustym, poplamionym zeszytem w brązowych okładkach, z przepisami na obiady, zupy, ciasta najsłodsze na świecie, weź pół szklanki mleka, trzy łyżki kakao prawdziwego, ale skąd kakao, chyba tylko z Pewexu, cukru szklanek dwie i masła albo margaryny dwieście pięćdziesiąt gram, cztery jajka, półtorej szklanki mąki i dwie łyżeczki proszku do pieczenia, pomarańczowymi gumkami od weków, lupą powiększającą i futerałem do okularów, w którym nie było okularów, leżał rodzinny album ze zdjęciami, w czarnej lakierowanej okładce, pachnącej właśnie tak jak powinna pachnieć czarna lakierowana okładka albumu z rodzinnymi zdjęciami. Starsza pani schowała album pod pachę i podreptała w stronę zimnego kaflowego pieca, na którym niegdyś przez kilkadziesiąt lat, dzień w dzień gotowała zupy, smażyła kotlety mielone i schabowe, odgrzewała obiady, zaparzała herbaty do ciasta z poplamionego tłuszczem zeszytu w brązowych okładkach, może kochanieńka ja kawy zaparzę, mówiła babcia do sąsiadki, a nie zawracaj sobie głowy Heniu, a daj spokój, żadne to zawracanie głowy, skaranie boskie z tymi muchami, no skaranie, to ja dwie łyżeczki cukru poproszę, palił się album z rodzinnymi zdjęciami płomieniem jasnym, wysokim, gorącym, rodzinnym, tak jak ognisko domowe płonie jasnym, wysokim rodzinnym, gorącym płomieniem, mój synu ty kurwo sprzedajna.
Laleczka, siedzi obok na wersalce i potrząsa moim ramieniem.
— Wstawaj już, no, ej. Pan zaprasza na śniadanie. I chcę przygrzać.
Nie chcę otwierać oczu, widzieć tego miejsca, być w tym pokoju, w tym mieszkaniu.
— Weź, mnie człowieku nie szarp, co? Zaraz wstanę, nie?
— Gdzie masz towar? Ej, słyszysz, wstawaj!
Laleczka nie przestaje mną potrząsać
I dopiero w tej chwili usłyszałem to, co powiedział. Otwieram oczy. Twarz Laleczki jest blada, stężała, z podkrążonymi oczami, a jego wydatne usta ułożyły się tym razem w wąską kreskę.
— Co ty powiedziałeś?
— Chcę przygrzać, skręca mnie.
— Wcześniej kurwa.
— Że śniadanie jest.
— Że kto kurwa zaprasza?
Milczy.
— No?
— Kazał tak na siebie mówić.
Patrzy się w okno.
— Laleczka, co on ci kurwa zrobił?
Odwraca się.
— Chcę przygrzać, gdzie masz towar?
— Zaraz przyjdę, muszę się odlać.
Człapię bosymi stopami po zimnej podłodze ze starego linoleum. Wydaje mi się, że ściany wyłożone boazerią tworzą labirynt, z którego nie ma wyjścia. Wreszcie docieram. Odlewam się do szarego sedesu, przemywam ręce wodą, wyjmuje z kieszeni strzykawkę, odkręcam delikatnie kran, ostrożnie dolewam pół centa. Mam nadzieję, że nie dostaniemy pirogena. Chuj z tym. Wracam do pokoju. W mieszkaniu jest cicho, bardzo cicho. Tak jakbyśmy byli tylko my. Laleczka siedzi tak, jak go zostawiłem. Patrzy się w okno.
— Daj pompkę, odleję ci.
Wsadza rękę do kieszeni, grzebie w niej przez chwilę.
— Nie mam, musiała mi wypaść.
— To idź po nią.
Nie rusza się. Patrzy się w okno.
— No rusz dupę, nie będę wieczność czekał. No słyszysz kurwa, człowieku! Zapierdalaj po pompkę, jak chcesz grzać.
Odwraca się w moją stronę. Wygląda, jakby w jednej sekundzie z całego ciała wyparowała jego krew, a w twarzy, która przybrała kolor tygodniowego trupa, błyszczą mrokiem półprzymknięte oczy. Powoli podnosi się z wersalki, widzę, że ten ruch sprawia mu dużo trudności, musi podeprzeć się rękoma, żeby podnieść wątłe ciało. Jest niższy ode mnie, sięga mi do ramienia, więc stojąc przede mną, zadziera trochę głowę, a ja z kolei pochylam się. Zaczyna mówić, ale to nie jest jego głos. Falset, który tak bardzo śmieszył mnie na początku naszej znajomości, a potem do którego się przyzwyczaiłem i nie wyobrażałem sobie, że Laleczka może mówić innym głosem, zmienił się w głęboki, czysty tenor. Mówi, ale słowa nie płyną z ust, dobywają się gdzieś z głębi niego, z miejsca tak mrocznego, że natychmiast pokrywam się śmierdzącym potem. Jego twarz jest martwa, nie porusza się żaden mięsień, nie wiem kim jest to,+ co stoi przede mną. Słyszę, co mówi, słyszę słowa, ale mózg nie rejestruje ich znaczenia. Dopiero po kilku sekundach dociera do mnie sens tych słów.
— Jeszcze raz rozdrzyj japę, ty kurwo sprzedajna, a zapierdolę cię w trzy sekundy, nawet nie zdążysz mrugnąć, zajebię i nie będziesz wiedział, że jesteś zajebany. Jeszcze raz, kurwa, jeszcze raz wydrzyj na mnie mordę chuju, rozpierdolę cię, słyszysz mnie kurwa? Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz chuju ryja otwórz jebanego. Słyszysz?
Patrzymy na siebie i wiem, że jeśli cokolwiek powiem, jedno nic nieznaczące słowo, byle jakie, ruszę się, drgnie mi mięsień na twarzy, to on to zrobi. Zgodnie z zapowiedzią zapierdoli mnie w trzy sekundy. A potem będzie stał i przyglądał mi się, jak zdycham.
— Messieurs, nie chciałbym panom przeszkadzać, ale obawiam się, że im dłużej panowie zwlekają z przyjściem na śniadanie, tym będzie ono mniej zjadliwe, zatem?
Głos Pana Lawendowego dociera do pokoju szybkością kilkuset metrów na sekundę i natychmiast tonie w mroku otulającym pokój, w którym jesteśmy.
— Rozumiem, że panowie potrzebują czasu na dokonanie niezbędnych porannych ablucji, które wymagają pewnej dozy koncentracji i precyzji, zatem czy możemy się umówić, że zjawią się panowie na śniadaniu, powiedzmy za piętnaście minut? Sami panowie rozumieją, że mam pewne zobowiązania zawodowe i niestety nie mogę panom poświęcić tyle czasu, ile chciałbym. No ale j’attendrai…
Każda sekunda milczenia pomiędzy mną a Laleczką sprawia, że tonę w jego mroku. Spuszczam wzrok. W moim pokoju leżał taki sam dywan? Może wszystkie dywany w tym kraju tworzone są według jednego schematu ze stałym zestawem kolorów: czerwieni, czerni, żółtego, niebieskiego. To cudowne, że wszystkie barwy w tak harmonijny sposób łączą się w powtarzalny wzór. Gdziekolwiek jesteś, masz wrażenie, że jesteś u siebie, a to wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Nieźle ktoś to wymyślił. Nie mam pojęcia, ile czasu tak staliśmy.
— Musisz mi pomóc, nie podam se — słyszę głos Laleczki. Jest jeszcze pokryty trochę tym ciężkim, czarnym smarem, ale przebija się jakże znajomy falset.
— Zostało dwa centy. Po jednym dla każdego.
Nieświadomie napinam mięśnie, czekając na wybuch, ale Laleczka milczy. Nie podnosząc więc głowy, zachwycam się powtarzalnością wzoru na dywanie. Tak, jestem przekonany, że w moim domu też taki był. Laleczka siada wreszcie na wersalce i wyciąga przed siebie przedramię, opierając łokieć na kolanie. Zaciska dziecięcymi dłońmi chudy biceps i szybko zaciska i otwiera pięść. Po dłuższej chwili pojawiają się jakieś malutkie zarysy żył.
— Znajdziesz jakiś dobry kanał?
Kucam przed nim. Pomiędzy dawnymi i świeżymi wkłuciami znajduję w miarę czyste miejsce i klepię w ten punkt dłonią.
— Chyba tutaj będzie dobrze, co nie?
— No, tylko nie traf w zrosta.
— Nie pękaj, się człowiek zna na robocie.
Wyciągam pompkę z towarem, nasadzam igłę. Nie wiem, jak sobie poradzę, z taką tępą kolką. Laleczka wciąż pompuje, żyłę ma już bardzo wyraźną.
— Masz zapałki może?
— Nie, czemu?
— Tępa kolka, pomyślałem, że może trochę podostrzę.
— Nie mam, chuj z tym, Rób, tą to masz.
— Już przestań pompować.
Żyły powyłaziły jak gady szukające słońca. Opieram igłę o skórę, wbijam się w ciało, Laleczka syczy, jego ręka lekko drga.
— Postaraj się nie ruszać…
— Dobra…
Wchodzę głębiej. Odciągam tłoczek. Nic. Delikatnie cofam igłę o kilka milimetrów, odciągam tłoczek. Znowu nic. Laleczka siedzi spokojnie, ani drgnie. Jeszcze troszeczkę cofam się o jakieś trzy milimetry i odciągam tłoczek. Pojawia się strużka krwi i natychmiast wypełnia pustą przestrzeń strzykawki. Słyszę westchnienie ulgi, a ja nie wiem, ile w tej pompce jest towaru, a ile krwi Laleczki.
— Puść już pięść. Delikatnie.
Laleczka rozluźnia rękę, a ja naciskam powoli tłoczek. Na oko oceniam, że Laleczka dostał cent, zatrzymuję i powoli wyciągam igłę.
— Przytrzymaj.
Laleczka przykłada palec do ranki i zgina przedramię w łokciu. Jego ciało wiotczeje, a na twarzy pojawia się uśmiech.
— Dzięki, sam bym se nie podał.
— Nie ma problemu, jesteśmy ze sobą, aby wzajemnie się chronić, prawda? I pomagać, tak?
— Tak, tak — Laleczka kładzie się na wersalce. — Zrób sobie szybko i idziemy na śniadanie.
Siadam na podłodze. Patrzę na zawartość pompki. Już za chwilę krew Laleczki z heroiną wymiesza się z moją krwią i będzie we mnie już na zawsze, aż po grób. Czyli już wkrótce — uśmiecham się.
— Z czego się śmiejesz? Laleczka siedzi i patrzy na mnie oczami czarnymi jak smoła z odrobinką rosy.
— Uśmiecham się tylko. Wiesz, o czym pomyślałem? Że zaraz twoja krew połączy się z moją i będziemy połączeni więzami krwi, zawrzemy pakt braterstwa.
— O czym ty mówisz?
— O tym — pokazuje na strzykawkę. — Jest w niej w chuj twojej krwi.
Patrzy na mnie uważnie.
— Czyli tak jakby będziesz moim bratem, a ja będę twoim?
— Można to tak nazwać, dobra nie przeszkadzaj, muszę se podać.
Przygląda mi się, jak wkłuwam się w żyłę w stopie, odciągam tłoczek, a kiedy pojawia się krew, naciskam. Zamykam oczy. Obawiałem się, że to, co zostało, wymieszane z wodą i krwią będzie słabe, ale nie. Kop jest porządny. Nie powala, ale do południa wystarczy. Poddaję się delikatnemu falowaniu, opieram się o wersalkę.
— Więc od teraz łączą nas więzy krwi, a ty jesteś moim bratem, takim prawie naprawdę? — słyszę niepewny falset Laleczki
— Cokolwiek zechcesz...bracie…
Zamykam oczy. Wiem, że już tu byłem. To uczucie jest tak silne, że aż mną wstrząsa.
Laleczka kładzie mi dłoń na barku.
— Nie bój się, ja też jestem twoim bratem. A teraz cho, idziemy. Jestem głodny.
Laleczka lekko przysypiając, zjadł całe jajko na twardo z odrobiną majonezu, ja zadowoliłem się herbatą z dużą ilością cukru. Pan Lawendowy uśmiecha się promiennie, noc odmłodziła go o milion lat. Zmarszczki wokół jego oczu układają przy uśmiechu w ostre szpikulce. Przypomina mi wampira żywiącego się krwią z młodych ciał chłopców, podstarzały Dorian, który w zasranym kiblu, we wnęce nad sraczem chowa swój portret.
— Proszę, cinquante mille, tak jak się umawialiśmy — Pan Lawendowy wstaje, sięga dłonią do wewnętrznej strony marynarki i wyciąga dłoń z plikiem banknotów. Chcę zabrać pieniądze, ale czuję opór, Pan Lawendowy nie ma zamiaru puścić pliku. Chwilę się siłujemy, ja ciągnę w swoją stronę, on w swoją. Wreszcie puszcza, śmiejąc się, a ja lekko tracę równowagę.
— No już, już. Są twoje. Dzielnie walczyłeś.
I zmienia ton na ten wytworny, lekko nosowy, z gardłowym er.
— Pragnę z całego serca Panom podziękować za wspólne chwile, wręczając w ramach satysfakcji i wdzięczności un petit cadeau.
Sięga ręką do kieszeni marynarki i wyjmuje „dziesiątkę”, całą napełnioną cieczą o cudownie głębokiej barwie ciemnej herbaty. Tym razem obywa się bez siłowania. Chowam cenną zawartość do kieszeni. Pięćdziesiąt tysięcy i dziesięć centów zajebistego towaru, czy świat nie jest cudowny?
— Byłbym również zaszczycony gdyby Panowie przyjęli moje powtórne zaproszenie na dziś wieczór. Czy mogę liczyć na Panów obecność dziś wieczorem, powiedzmy o godzinie dwudziestej?
— Jasne, wpadniemy się kurwa zabawić. Pan płaci, pan wymaga.
Z satysfakcją zauważam, że na jego policzku leciutko zadrgał mięsień.
Nieme starcie przerywa krzyk Laleczki. Z jego dłoni na stół i talerz z kanapkami z mielonką spadają krople krwi. Zbyt mocno ścisnął szklankę z herbatą.
Laleczka, kiedy jedziemy tramwajem na Skwerek, mówi, że potrzeba ciągłej supremacji może być wynikiem niespełnienia potrzeb społecznych. Nie wiem, co się wydarzyło pomiędzy nimi poprzedniej nocy, ale z pewnością było to coś bardzo, bardzo, ale to bardzo złego, bo to nie jest ta Laleczka, którą znam. Człowiek siedzący obok skleił siebie na nowo z kilku betonowych płyt.
— Ty to kminisz? Są goście, którzy skorzystają z każdej okazji, aby ci kurwa przypomnieć, że jesteś malutkim, zwiędłym chujkiem, wtedy na przykład, gdy muszą dać ci kesz. No weź, patrz człowieku, nie? Kiedy idziesz do sklepu na zakupy, nie? Wiesz, że za to, co wsadziłeś do koszyka, musisz zapłacić. Tak czy nie? No tak. Jak nie, no to masz przejebane. Więc kiedy już napchałeś ten swój koszyk w pizdu po samą górę, grzecznie podchodzisz do pani szanownej ekspedientki stojącej za ladą, wyciągasz swój portfelik, z portfelika wyciągasz pieniądze, pieniądze dajesz szanownej ekspedientce. Proste, nie? Nie robisz kurwa z tego ceremoniału płacenia. Nie przytrzymujesz tego jebanego papierka w dłoni i nie uśmiechasz się znacząco. Spróbuj szczęścia, a zjebie cię jak burą sukę. Ale chuj wie czemu, zauważyłeś to, u pedziów to nie działa. Prawie wszystkie pedzie robią z tego jakiś kurwa cyrk. Spuścił się, nasycony kurwa czerwony dumny paw, wyciąga kasę i patrzy się i pindrzy się. A potem się z tobą siłuje tak jak ten typ. Widziałem, jak ciągnął. Może oni sądzą, że to jakiś przekaz podprogowy?
— Że niby co? — pytam, przysypiając.
— Przekaz podprogowy.
— Chuj wie.
Laleczka przestał wydłubywać z siebie zdania i opiera czoło o brudną szybę. Wygląda, jakby zmęczył się nowym sobą, tym kim się stał. Mijamy rzędy drapanych kamienic, pomiędzy którymi sterczą szpikulce żółtych dźwigów, a ich ramiona obejmują całe połacie ulic. Wyprzedzają nas ciężarówki z piaskiem, ogromne betoniarki i cały poczet wyblakłych, cuchnących, dymiących „osobówek”. Kiedy tramwaj zatrzymuje się na przystanku przy Międzynarodowym Hotelu, trącam łokciem przysypiającego Laleczkę i wysiadamy.
Wchodzimy w brudny nurt betonowego chodnika z wyspami z łóżek polowych uginających się pod stosami niemieckich i węgierskich czekolad, cukierków w celofanowych opakowaniach, bransoletek, fluorescencyjnych gum do żucia, koralików, elektronicznych zegarków, brązowych pudełeczek z kakao, proszkami do prania, płukania, zabarwiania, z archipelagami czerwonych metalowych budek z kawą, herbatą, kiełbasą z musztardą, z keczupem, z zapiekankami i hot-dogami.
Mijamy watahę cyganów w czarnych garniturach, w złotych łańcuchach na czarnych szyjach. Obwąchują ulicę, dla nich jesteśmy ścierwem, na które nawet nie warto zerknąć okiem, strącają nas na ulicę, śmiejąc się, błyskają złotymi zębami, śmiejąc się, sięgają do kieszeni po pestki, a łupiny znaczą ich ślad.
Człapiemy chwiejnie, uważnie i z precyzją pomiędzy rosłymi mężczyznami o byczych karkach rozsadzających czarne kurtki, mężczyznami emitującymi odór testosteronu, przetrawionej wódki i wpierdolu, mężczyznami w oparach wody po goleniu i mgieł dezodorantów pryskanych prosto na czarne koszule. Wpadam na kogoś, trącam barkiem. I gdzieś z boku, może z tyłu, może z podziemi wydobywa się głos. Głos niosący słowa rozsadzające czaszkę, głos jak czarny deszcz w piwnicy, jak naostrzona na skórzanym pasku stalowa brzytwa z rękojeścią z masy perłowej, aż chce się trzymać taką w ręku, dobrze leży i podrzynać gardła, wchodzą słowa do mózgu gładko, gładziutko, uważaj bananku spieczony, jak idziesz, uważam, mówię, zostaw to, odpowiada Laleczka i ciągnie mnie za rękę, zostaw, nie, nie zwracaj uwagi, zostaw, chodź szybciej, tak, tak mówi, przemawia czarny, stalowy deszcz słów, dobrze twój koleżka mówi, podziękuj koleżce cytrynko złamana za nowe życie. Znasz go, pytam, nie znam, co ty, chodź już, chodź, nie oglądaj się, a ja wiem, że zna, że Laleczka kłamie, ale to nie ma tej chwili znaczenia. Zbliżamy się do barykady z kraciastych dużych toreb, a na niej żylaści faceci w ortalionowych dresach, z resztkami zębów, pomiędzy którymi tkwią biełomory, łykają ten dym zagryzając ciepłego royala, oryginalnie zapakowanego, ej żuliki wołają i mówią coś jeszcze, wołają, ale nie rozumiem tego języka, już ich nie słyszę, pochłania mnie ciemność.
I otwierają się we mnie — skrzypiące, słyszę ten dźwięk bardzo wyraźnie, tak wyraźnie, że aż drażni uszy, aż je zatykam — stare drewniane drzwi, jak w domu u babci, białe, ze śladami brudnych palców w pobliżu klamki, stare drewniane drzwi, na których dziadek co rok kładł kolejne warstwy białej farby, otwierają się, a ja widzę i słyszę go, jak woła, ej żulik, stojąc pod słońce, bo to jest lipiec, kiedy dzień pęcznieje od sytości, a może czerwiec, a może nie?
Nieważne, po prostu praży słońce, moja młoda, świeża, gładka skóra pachnie dzieckiem, siadają na niej pszczoły i osy, zmęczone upałem, szukające wytchnienia, patrzę zachwycony, jak przebierają łapkami, nóżkami i odlatują, niektóre łapię, robię dołek w ziemi przykryty kawałkiem rozbitej brązowej butelki po piwie, to ich domek, babcia woła chodź, napij się kompotu tak gorąco.
Ej żulik, woła znowu dziadek i śmieje się, tym radosnym, ale i pobłażliwym uśmiechem dorosłego, dziadek, wszystkie pany są żuliki, odpowiadam i uciekam, też śmiejąc się, biegnę w parnym powietrzu, a kiedy słońce już zachodzi, i potykam się o brązowe szkło z butelki, pszczoły już śpią, przysypuję je piaskiem, żeby nie zmarzły nocą, z babcią idziemy do ogrodu zbierać stonkę, te dojrzałe i ich małe, pomarańczowe larwy stonkowe, dzieci stonki.
Drobne dziecięce rączki kleją się od soków z ich drobnych ciałek, dziecięce paluszki czasami są takie nieostrożne i gniotą drobne ciałka małych stonek, wszystkie do blaszanej puszki, wystarczy już dziecko, idź do dziadka, niech wleje trochę benzyny i przyjdź tutaj, wiją się, nie uciekają, skwierczą, już się nie ruszają, czarno — pomarańczowa skorupa, idź dziecko, wyrzuć je w kącie ogrodu, ogród pachnący, parujący wieczornym aromatem pomidorów i kwiatów, gdzieś się tak umorusał dzieciaku, mówi babcia, jestem żulikiem babciu, odpowiadam, bo wszystkie pany to żuliki.
Na kolację chleb z białym serem, kark dziadka opina skóra spieczona słońcem, poprzecinana siatką zmarszczek układających się w regularne romby, a mogę babciu cukru, możesz dziecko, skaranie boskie z tym bachorem, no już do mycia, raz, dwa, a mogę się nie myć babciu, tylko dzisiaj proszę, dzieciaku nie męcz mnie, no chodź tu, szare mydło szczypie w oczy, nie tak mocno, babciu, słyszysz babciu, nie tak mocno, szorstki ręcznik rani poobijane kolana, czerwone z czarnymi strupami, nie zapomnij paciorka zmówić.
Dwa łóżka, duże, drewniane, łóżko babci obok łóżka dziadka, pod pierzynami, nad nimi duży obraz boga w złoconych rzeźbionych ramach, bóg pomiędzy ramami siedzi na szczycie skały, na tle zielonkawych chmur, u stóp szara ziemia, ciemny las, ma takie smutne oczy, pewnie grzesznymi ludźmi się smuci, szczupłe, gładkie dłonie złożone do modlitwy za grzesznych ludzi, nie to, co u dziadka, pomarszczone, silne korzenie, kamieniarza dłonie, milczące, twarde, więcej mogą niż dłonie boga, ojcze nasz, który jesteś zdrowaś Mario łaski w niebie, pełna i nie wódź, wierzę w boga nas na pokuszenie, moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, błagam, zimna pościel przyjemnie chłodzi rozgrzaną skórę, we śnie baba jaga w małej rzece ma domek mały, zaprasza do siebie wiedźma, w szponiastej dłoni trzyma metalową puszkę, a w niej biegające w kółko po dnie palące się pomarańczowe larwy stonek, moja wina, moja wina, bardzo moja wielka wina, na wieki wieków, uważaj bananku spieczony, jak idziesz. Wstań i idź, mówi bóg z obrazu, wstawaj, idź i grzesz — bóg wznosi szczupłe dłonie do góry, no, słyszysz kurwa, wstawaj, jak mówię i idź, na co czekasz…
— Wstawaj, ej, no, słyszysz mnie?! Słyszysz?!! Weź, przestań, wstawaj, ale już!!
Falset Laleczki z każdym wykrzyczanym słowem wznosi się o stopień wyżej, mknąc w rejony drapieżnego sopranu. Szarpie mnie przy tym za ramiona, tak, że moja głowa szoruje po trylinkach. Kiedy otwieram oczy, pierwsze co widzę, to fluorescencyjny glut z nosa kołyszący się nad moimi ustami. Gdybym się postarał, mógłbym wystawić język i wciągnąć go z soczystym mlaskiem. Łzy rzeźbią w skorupie brudu na policzku fantazyjne moreny.
— No wreszcie, wreszcie, żyjesz, ty żyjesz, już myślałem, że po tobie, myślałem, że dostałeś zapaści, myślałem, że mnie tu zejdziesz, aleś mnie wystraszył nad wyraz mocno kurwa chuju, nie rób mi tego więcej, ty zdechniesz a ja co, co ja będę robił, już ci lepiej, coś ci dać, pić chcesz wody może, powiedz coś wreszcie, no mów coś, co tak milczysz…
— Laleczka
— No?
Weź, przestań pierdolić wreszcie i zamknij japę — udaje mi się wydobyć z gardła więcej słów.
W jego oczach dogasa ognisko paniki. Chyba oddycha z ulgą.
— Już zbastuj. I weź, człowieku kurwa tego gluta wytrzyj, ja pierdolę…
Laleczka uśmiecha się, połykając łzy i przedramieniem ściąga plwocinę.
— Na pewno?
— Tak, kurwa, na pewno. Po prostu… no sam wiesz, nasz tryb życia, jest, jaki jest. Muszę chyba więcej pić, chyba się odwodniłem, no i mniej palić i więcej jeść i zacząć ćwiczyć…
— Tak, tak. Zapomniałeś jeszcze o dragach. O! Mam nawet takie ładne hasło, wymyśliłem teraz, powiedz, że ładne — Laleczka podnosi się z kolan, rozkłada ręce, jakby wskazywał na mnie i mówi z namaszczeniem:
— Oto narkotyki, zażywasz, przegrywasz.
Parskam śmiechem, Laleczka udaje, że ma poważną minę, ale zaraz dołącza do mnie.
To jest ten moment, kiedy czuję, że w innym świecie, w innym czasie, ja i on moglibyśmy być naprawdę dobrymi kumplami. On chyba też to czuje. Milczenie rozlewa się wokół nas, oddziela ciszą od tego, co się dzieje wokół. Ale ta pęka rozbita skrzekiem staruchy z drewnianą laską.
— Narkomany jedne, się położyli i piją te narkotyki, wstydu nie macie przed bogiem, porządne ludzie nie mają gdzie przejść, łobuzy jedne do roboty by się wzięli, nieroby jedne, diabelskie nasienie…
— Pomóż mi wstać.
Chwytam wyciągniętą dłoń Laleczki i niezgrabnie się podnoszę. Jeszcze kręci mi się w głowie, mdli mnie od zapachów, a jazgot staruchy wwierca mi się pokrętną drogą wprost do środka mózgu.
-...szacunku do starszych za grosz nie mają, do kościoła by poszli, ale gdzie tam, diabeł ogonem nakrył oczy, to na kościół plują, a jak by poszli, to by nie byli złodzieje i narkomany by nie byli, ale nie chodzą, pewnie małe żydy są, bo teraz to wszędzie te żydy, teraz rządzą, a wcześniej taki porządek był, po co to, komu potrzebne…
Nagle Laleczka puszcza moją dłoń, odwraca się w jej stronę, a z jego gardła wydobywa się szept. To jest ten sam głos, którym znokautował mnie u pana Lawendowego. To głos dobywający się z tego mrocznego miejsca, które zdążyłem już poznać i którego tak bardzo się boję.
— Zamknij mordę jebana kurwo, ale już — Laleczka, mówiąc to, zbliżył się do staruchy.
Widzę, jak w jednym momencie starucha blednie i próbuje złapać oddech.
— A skoro już zamknęłaś ten swój jebany ryj, to bądź kurwo tak uprzejma i wypierdalaj w podskokach, ale już. Za trzy sekundy nie chcę cię tu widzieć. Jak zobaczę, chociażby stara pizdo twój cień, to cię zajebię, zajebię cię, słyszysz, zajebię cię o tak pizdo złamana — Laleczka strzela palcami, a starucha czerwienieje i rzucając drewnianą laskę na chodnik, cwałuje w stronę podziemnego przejścia.
— Połam se stara kurwo giry wszystkie na tych schodach — woła jeszcze za nią Laleczka.
Odwraca się do mnie.
— Ale mnie wkurwiła — mówi — a ja widzę, jak z jego twarzy powoli blednie mrok.
— Masz fajka? Chodź, zajaramy.
Siadamy, opierając się o betonową ścianę. Dla wszystkich tych mijających nas ludzi jesteśmy niewidoczni. Nas nie ma, nie istniejemy w ich przestrzeni, w ich świecie złożonym z przewidywalnych i znanych elementów. Gdyby nas zauważyli, musieliby przyznać się do słabości.
Marsy smakują jak gówno, mimo to zaciągam się głęboko, aż do bólu, aż do zakręcenia się w głowie i puszczam dym nosem.
— Jestem smokiem — mówię
— Ja też jestem smokiem — Laleczka szeroko otwiera usta i bucha dymem.
— Laleczka…?
— No… — Laleczka nie patrząc na mnie układa usta w ciup i wypuszcza piramidę z dymu.
— Chcesz tam jechać?
Słyszę, jak zaciąga się głęboko, wstrzymuje na chwilę powietrze, by z głośnym szumem wydmuchać dym przez nos.
— A ja Wawelskim.
— Tak, pojedziemy — dodaje po chwili milczenia.
— Na sto procent? Bo wiesz, jak coś, to nie musimy, mamy kesz i towar. A dalej się zobaczy…
— Tak, tak, pojedziemy, na sto procent, a nawet na dwieście. Bracie… Chodź do babci Gieni. Trochę mnie skręca.
Zanim jednak zanurzyliśmy się w kloacznym odorze lizolu u babci Gieni, gdzie szukaliśmy przez pół godziny dobrego bata, a potem przez drugie pół usiłując się wkłuć, poszliśmy do baru mlecznego zjeść coś naprawdę porządnego. Wzięliśmy schabowego z ziemniakami, sosem, surówką z marchewki i śmierdzący kompot. Dziobaliśmy to żarcie leżące na niedomytych, obtłuczonych talerzach z niebieskim logo Społem, tłustymi, aluminiowymi widelcami, będąc z jednej strony zachwyconymi solidnymi porcjami — chuj, że drugiej świeżości — z drugiej nie do końca pojmując, gdzie to wszystko i jak zmieścimy. Dylemat wkrótce rozwiązał za nas wszechświat i skurczone do rozmiaru śliwki żołądki, odmawiając przyjęcia kolejnej porcji, drastycznie się buntując. Ku przerażeniu personelu, zgodnie pobiegliśmy do kibla, zostawiając po sobie nie tylko smród gówna.
Idąc w stronę lizo kibelka, wstąpiliśmy przy okazji do apteki. Były tylko dwie osoby w kolejce, ale kiedy tylko zobaczyłem stojąca za szklaną szybą z okrągłym otworem panią magister, wiedziałem, jak się skończy nasza wizyta. Wysoka, w obcisłym białym fartuchu, z włosami ściągniętymi tak, że miałem wrażenie, że jej czoło, przy kolejnym ruchu głową, wyda pisk jak źle naoliwiony wózek, spojrzała na nas tym spojrzeniem, które zawiera słowa „kurwa, co za wstrętne brudne chuje”.
— Dzień dobry pani magister — patrzyłem jej prosto w oczy. — Poproszę dwie strzykawki dziesiątki i dwie igły piątki. I uprzedzając od razu pani reakcję, proszę mi nie mówić, że nie ma strzykawek i igieł, bo wiem dobrze, że są, i też proszę nie mówić, że mi pani nie sprzeda, bo nie będzie pani przykładała ręki do zbrodni i uczestniczyła w tym ohydnym procederze ćpania i proszę nie mówić, że zaraz kogoś pani zawoła i ten ktoś coś nam zrobi. Miałem, mieliśmy dzisiaj ciężki dzień i naprawdę kurwa nie mamy ochoty na grę wstępną z panią magister. I nawet jak pani kogoś zawoła, to myśli pani, że jakiś fagas podejdzie do ćpuna trzymającego w ręku brudną igłę? Pani rozumie, o czym mówię, nie?
Więc Pani mi sprzeda, a ja kupię. Zapłacę. Mam pieniądze. Nie chcę kraść. Stać mnie, żeby kupić. Nawet nie wiesz, jak ciężko na to pracujemy. Kolega, który tutaj stoi, bardzo ciężką noc miał. Nie chciałabyś mieć takiej nocy, więc trochę kurwa szacunku, nie? Więc pani pójdzie i mi położy teraz dwie pompeczki i dwie koleczki piąteczki, cieniutkie, na ladzie o tutaj, a ja dam pani pieniążki, tylko pani powie dokładnie ile tych pieniążków i ty i my rozejdziemy w przyjaźni i zgodzie, bez krzyków, nerw, niepotrzebnej kurwicy, bo złość piękności szkodzi, a pani jak laleczka wygląda w tym fartuszku ciasnym, no może z tą przyjaźnią to ja się trochę przesadziłem, my robimy karierę w branży zła, że świat i tak nie jest przyjazny, wciąż słyszymy, że krajem rządzą żydzi, polska się stacza, a kiedyś było lepiej, nie to, co teraz i po co my mamy dokładać jeszcze swoje nieszczęścia na tą taczkę gnoju, więc jak będzie pani magister?
Laleczka stojący obok uśmiechał się tym swoim kretyńskim uśmiechem bezmózgowca i brudnymi paluchami kręcił loczka w zawszonej blond czuprynie.
— I ja bym chciał jeszcze witaminkę C i rutinoscorbin.
— Na chuj ci witamina C i rutinoscorbin?
— Na przeziębienie — Laleczka puścił oko do aptekarki.
— Jesteś chory?
— Nie, ale mogę być. Zbliża się jesień, człowiek dużo czasu spędza na powietrzu, ciężko pracując, trzeba zadbać o odporność, bo nikt tego za nas nie zrobi, prawda pani magister?
Ktoś wszedł do apteki, ale zobaczył nas i zaraz wyszedł.
— No — Laleczka już się nie uśmiechał. — Im dłużej będziesz rozkminiała, tym gorzej dla ciebie, i ty się wkurwisz i my będziemy wkurwieni, a tego byś nie chciała, żebyśmy byli wkurwieni, serio, uwierz, złociutka, jak my się wkurwimy, to, wiesz, no, co ja ci będę mówił, nie rób dramy kochana, popierdalasz teraz w podskokach po pompki, kolki i witaminki, ale już! Ruchy kurwa!! — Laleczka ryknął, że aż podskoczyłem.
Kobieta, której cera zlała się z bielą fartucha, poszła wolno, krokiem robota w kierunku szuflady. Otworzyła ją, wyjęła kilka szeleszczących opakowań, zamknęła szufladę, otworzyła drugą, wyjęła blister żółtych pastylek, zamknęła szufladę. Wróciła, położyła to wszystko na ladzie, przesunęła w naszym kierunku i zrobiła krok do tyłu. Znowu ktoś otworzył drzwi, ale tym razem nie wszedł.
— Ile płacę pani magister?
Zaczęła poruszać bladymi ustami, ale nic nie zdołała powiedzieć.
— Ile, ile?
— Wynoście się — wyszeptała wreszcie wciąż blada aptekarka.
— Kolega zapytał, ile płacimy, więc odpowiedz kurwo na pytanie — Laleczka znowu się uśmiechał.
— Wynoście się! — krzyk aptekarki wzniósł się w takie rejony, że obaj zatkaliśmy uszy.
— Dobra, dobra, czego ryja piłujesz, kurwa. Nie, to nie. Człowiek chce zapłacić, ale nie, bo przecież. Wielka pani obrażalska, szlachcianka kurwa. Się obraziła, sama wiesz, że w nerwach człowiek gada głupoty, co nie? I sama tego chciałaś. Jakbyś nie była taka wkurwiająca i nas nie wkurwiała, to i my bylibyśmy grzeczni i kulturka byłaby. A tak? I po co ci to było? Chodź, spierdalamy stąd. Nie idzie się z nią dogadać. Pierdolnięta jakaś. Człowiek chce dobrze i zawsze po dupie dostanie.
Zgarnąłem strzykawki, igły i tabletki, poupychałem do kieszeni i wyszliśmy.
— Chodź do babci, wreszcie przygrzejemy — Laleczka odwrócił się w moją stronę. — Ale jej dopierdoliłem co?
— Tak…
— Ej, co jest?
— Ja wiem, ty wiesz. Co tam było. Nie moja sprawa. Ale jedziesz na ostro.
— Ostatni raz…
— Ostatni…
— Potem już nie…
— Nie…
— Pojedziemy na detoks.
Zatrzymałem się.
— Co ty pierdolisz?
— No normalnie, idzie jesień, potem zima. Chcesz się bujać w kanałach z żulami?
— Ni chuja.
— No, więc idziesz na detoks, a kiedy cię wypisują, to mówisz, że wyrażasz chęć naprawy, więc dostajesz skierowanie do ośrodka. Idziesz do ośrodka się niby naprawiać, masz cieplutko, masz gdzie kimać, masz co szamać, czego jeszcze chcieć od życia? Musisz tylko trochę udawać, no wiesz, takie tam pierdolenie, angażujesz się w życie społeczności, uczestniczysz, jesteś szczerym i wyrażasz skruchę, bo jesteś oczywiście narkomanem. I to jest wyłącznie twoja kurwa wina, tylko twoja jebana wina, nie kolegów, nie popierdolonych starych, tylko twoja, gdyż to ty całkowicie jesteś odpowiedzialny za swoje życie, za swoje wybory, ty podejmujesz decyzję, nikt inny, a że twój stary jak miałeś dziesięć lat, napierdalał cię wojskowym pasem klamrą po dupie? Chuj z tym.
Dorosły jesteś. No i musisz trochę popłakać, przyznać się, że zrozumiałeś wreszcie, że nie możesz tak dalej żyć w tym obłudnym kłamstwie, bo ono cię zżera od środka i krzywdzić ludzi, bo to też cię zżera i krzywdzić siebie, i krzywdzić rodzinę, bo też to cię zżera, bo rodzina, która też cię zżera, jest najważniejsza i chcesz już do końca życie nieść kaganek prawdy. Ale to przecież w chuj łatwe, nie sądzisz? Nabraliśmy doświadczenia w robieniu w chuja ludzi, nie? Wieloletnia praktyka. Ja, nawet mówiąc prawdę, mam wrażenie, że ściemniam. A w ośrodku większość tam, która jest, robi się nawzajem w chuja. Robią taki teatrzyk, chuj wie dla kogo, skoro większość wie, że to ściema. No, ale mija zima, ptaszki zaczynają ćwierkać i większość spierdala. Proste? Proste.
— Ja pierdolę, serio?
— Serio.
— Ojciec cię kablem napierdalał? Pojebany jakiś?
— Razem z matką. Coś jeszcze?
— Nie, już nic.
Milczy
— Laleczka, byłeś na detoksie?
— Przeżyjesz.
— Ciężko jest?
— Żyję, jak widzisz.
— Dobry wieczór pani Gieniu. Jak zdróweczko szanownej Pani?
— A jaki tam dobry, jaki dobry, te żydy w rządzie znowu coś wymyślają, jak nie podwyżki, to się ciągle kłócą. Ja stara jestem i narzekałam, że za Gierka było źle, ale tera widzę, że on chciał dobrze, a teraz to ten wąsaty żyd chce rządzić Polską, nie wiem, co to będzie, skaranie boskie, boga nie mają w sercu…
Poczłapaliśmy potem do sklepu, po coś słodkiego. Kupiliśmy po dwie tubki mleka słodzonego i cztery pączki. Laleczka chciał skroić czekoladę, ale był tak nawalony, że nie zauważył ogona za nami. Gdyby nie ja, gruby ochroniarz, który miał wypisane na spoconym ryju — to jest ten dzień, kiedy kurwa wreszcie się wykażę i to ja będę jebał, a nie oni mnie, rzeczywiście dojebałby nas na ostro.
To zresztą była norma, gdziekolwiek nie weszliśmy, zawsze ktoś za nami łaził. Ale były miejsca, gdzie nas tolerowano, w Barze na Dworcu, na piętrze, gdzie jeśli byliśmy cicho i nie robiliśmy syfu, mogliśmy w nocy kimać, a w dzień dojadać po klientach i Kawiarni, w której sprzedawaliśmy za pół ceny kelnerkom ubranym w małe czarne z białymi fartuszkami, czekoladowe bombonierki kradzione ze stoisk ustawionych na peronach.
Taką konstrukcję mógł wymyślić tylko kretyn. Budy były zamykane na noc na solidne zamki, w oknach miały albo kraty, ale specjalnie metalowe żaluzje, ale na suficie leżała zwykła płyta pilśniowa, którą wystarczyło przesunąć. Laleczka wdrapywał mi się na ramiona, stawał stopami na barkach, przesuwał deskę, sięgał ręką i wyciągał albo czekoladę, albo bombonierkę. Wymyśliliśmy — my, kurwa geniusze zbrodni — że robimy tylko jeden sklep w nocy. I wybieraliśmy taką godzinę, aby zaraz po robocie wsiąść do pociągu, który i tak zatrzymywał się na Dworcu Północnym czy Południowym. A potem wracaliśmy na nasz Dworzec, szliśmy do całodobowo otwartej Kawiarni i tam miłe panie zawsze z chęcią kupowały od nas niemieckie czekoladki.
Łapiemy ostatnie letnie promienie słońca na ławeczce na Skwerku. Obok, na murku rozłożył się Andrzejek. Co chwila wyciąga z zasyfionej foliowej torby butelczynę i pije małymi łyczkami. Laleczka mówi, wskazując na Andrzejka.
— Zażywasz, przegrywasz.
Rechoczemy, bo odkąd wyszliśmy z lizo kibelka, Laleczka co raz rzuca wymyślone przez siebie hasło, widząc nawet najbardziej absurdalne sytuacje.
— No i z czego kurwa rechot? Ten wasz jak mu tam, ten, no kompot to wam mózgi wyżarł. Zjeby jesteście i tyle.
— No właśnie Andrzejek a może ty chciałbyś spróbować, co? Chlejesz jakieś kurwa gówno, kimasz potem obsrany i obszczany. Popatrz na nas. Gdybyśmy wzięli prysznic, bylibyśmy jak laleczki. A ty? Śmierdzisz jak gówno, wyglądasz jak gówno, mówisz jak gówno. To, co Andrzejek? Pierwsza działka za darmo? — Laleczka rechocze, a ja wynurzam się z płonącego oceanu czekolady, gotowy na kolejną dramę.
— A jebnąć cię z bańki?
Laleczka kończy jeść pączka i wycierając o spodnie tłuste i uwalane palce, wyciska z tubki ostatnie krople słodkiego mleka. Mlaszcze zadowolony, wyrzuca za siebie opakowanie po mleku, wyciąga z kieszeni pogniecioną paczkę marsów i wkłada pogniecionego papierosa do ust.
— Masz ognia? — odwraca się w moją stronę. Rzucam zapałki, ale Laleczka jest za wolny, nie łapie pudełeczka, które upada obok stopy.
— Cienias z ciebie małolat — rzuca Andrzejek.
— No cóż, narkotyki zażywasz, przegrywasz — Laleczka, podpala papierosa i z lubością zaciąga się dymem.
— Ale szluga mógłbyś kopsnąć młody — Andrzejek wyciąga brudną rękę.
Laleczka nie reaguje. Znowu głęboko się zaciąga, zamyka oczy i wydmuchując dym nosem, mówi:
— Popatrz — odwraca się do mnie — znowu jestem smokiem.
— Eee, młody mówiłem cuś, nie?
Laleczka odwraca się do Andrzejka i z uśmiechem odpowiada.
— A jebnąć ci z bańki?
Andrzejek wstaje, podchodzi powoli, podnosząc nogi jakby pokonywał jakieś przeszkody, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, Laleczka podnosi się i błyskawicznie serwuje mu klasyczny cios z dyńki. Żul pada, a jego czaszka głucho uderza o beton. Laleczka pochyla się, bierze go pod pachy i usiłuje pociągnąć.
— Pomożesz mi kurwa, czy będziesz się tylko lampił? Ja pierdolę, co za gość. Wstaję, śmiejąc się i razem zaciągamy Andrzejka w krzaki. Przeszukuje kieszenie, znajduje banknot tysiączłotowy.
— Dobre i to.
— Musimy już jechać.
— Wiem.
— Ostatni raz.
— Ostatni raz.
— Obiecujesz?
— Słowo harcerza.
Jedziemy. Z brzuchami wypełnionymi żarciem, z litrami krążącej w krwiobiegu heroiny, szczający ze szczęścia. Ale z każdym przystankiem strumień szczęścia staje się coraz mniej wartki, a oczy Laleczki ciemnieją tak, że na samym dnie małych źrenic zostają małe kikuty spalonych larw. Wysiadamy wreszcie na „naszym” przystanku i człapiemy powoli w stronę kamienicy, w której mieszka Pan Lawendowy.
W pewnej chwili Laleczka nawet przystanął, jakby się rozmyślił i chciał zawrócić, ale po kilku sekundach poszliśmy dalej. Nic nie powiedziałem, a mogłem. Nic nie powiedziałem, bo mieliśmy mało towaru. Nic nie powiedziałem, bo nie mieliśmy kasy. Nic nie powiedziałem, bo tacy byliśmy — bez względu na to, jak mocno staraliśmy się wcisnąć kit i zapewnić, że mocno w to wierzymy, byliśmy po uszy wpierdoleni i mogliśmy, i robiliśmy absolutnie wszystko. Niebezpieczni, niemoralni. Idziemy do starego pedzia, który będzie pierdolił młodego uległego chłopca. Który zrobi z niego mentalną kurwę, zeszmaci go do końca. Zrzyga, zesra i zeszcza się na niego, wyzwie go od synków kurwiszonków sprzedajnych, spuści się, pierdoląc go w krwawiący odbyt, podniecając się widokiem krwi, gówna i spermy, nasycony jego cierpieniem i własną potęgą.
— Chuj jebany…
— Mówiłeś coś — Laleczka odwraca się w moją stronę.
— Że chuj jebany, on mnie nie pasuje, nie podoba mi się.
— Mnie też, ale zróbmy to ostatni raz. Ostatni. I spierdalamy od chuja.
— Ostatni raz.
— Obiecujesz?
— Słowo kurwa harcerza.
— Byłeś w ogóle?
— Ta, dawno i nieprawda, byłem wodniakiem, pływałem na łódkach. Po jeziorach.
— Zajebiście — Laleczka uśmiechnął się. — Pewnie to fajnie tak jest pływać, nie?
— W chuj bardzo fajnie…
— Też chciałbym kiedyś popłynąć, bardzo…
— Może kiedyś razem popłyniemy…
— Może, kurwa, kto wie, ty i ja…
— Ale wiesz…
— Wiem, kurwa, zażywasz, przegrywasz.
Cicho się śmiejemy, jakby bojąc się, że nasz śmiech usłyszy Pan Lawendowy.
— Nazywam go Pan Lawendowy.
— Pan jaki?
— Lawendowy.
— Czemu?
— Nie wiem, tak mi się skojarzyło.
— On mi każe do siebie mówić mój panie…
— Pojebaniec jakiś, jak wszyscy oni.
— Wszyscy.
Otwieram drzwi, wchodzimy na klatkę o ścianach pomalowanych na musztardowo, windą pytam, nie, nie, wejdźmy schodami, stopień po stopniu, wejdźmy tam, zrobimy swoje i spierdalamy, wchodzimy, sześć kroków, schodek za schodkiem, moglibyśmy po dwa, a nawet trzy, ale nie, dokładnie schodek za schodkiem i trzy kroki na półpiętrze, i znowu dwanaście małych kroków po schodach, już jesteśmy na drugim piętrze, i jeszcze dwanaście małych kroków po schodach, i dwa kroki do drzwi. Dopiero teraz zauważam, że obite zostały brązową dermą, nie można w takie drzwi zapukać, trzeba dzwonić.
— Ostatni raz — szepce Laleczka.
— Witam szanownych panów, witam, bonne soirée, co prawda spóźnionych, ale co za niespodzianka, że jednak panowie zdecydowali się przyjąć moje powtórne zaproszenie, cieszę się, że jednak dotarliście, mam nadzieję, że bez zbędnych przeszkód — Pan Lawendowy, gnie się w ukłonach, nie przestając mówić, robi nam miejsce w małym korytarzu, przesuwa się pod kinkiet wiszący nad brudnym lustrem. Światło oświetla jego nijaką twarz, starcze, pionowe blizny wyznaczające granicę szczęki wyglądają jak sznurki podtrzymujące żuchwę.
— Przygotowałem dla panów coś specjalnego, naprawdę czysta i mocna produkcja, będą panowie bardzo niezmiernie ukontentowani. Na początek otrzymają panowie, na rozruszanie, że tak się wyrażę, na dobry początek, po dwa centy i uprzedzając i pana — skłonił się przede mną — jak, i również pana — wyciągnął dłoń w stronę Laleczki, jakby chciał mu coś podać — proszę mi wierzyć, że ta pozornie mała ilość, jak wkrótce się panowie przekonają, zetnie panów z nóg.
Towar jest, jak to mówią w waszym środowisku, siekiera, ciarasta oraz kodeinista. Cokolwiek to znaczy, wybaczcie panowie, nie znam się na tym, w tym znaczeniu, że nigdy nie użytkowałem owego środka. Pozwalam sobie powtórzyć tylko to, co usłyszałem. Oczywiście jest i jedzenie, jak panowie widzą, przygotowane, świeżutkie, zapraszam, proszę śmiało, wchodzić do kuchni na malutki posiłek, s’il vous plaît, bienvenue — aż podskakuje z radości, tańczy wokół nas, cieszy się, że przyszliśmy. Kto by się kurwa nie cieszył, mając w perspektywie jebanie w dupę siedemnastoletniego nieprzytomnego, naćpanego ćpuna?
Na drewnianym stole w kuchni, przykrytym ceratą w niebieskie i czerwone paski stoją talerze z pokrojonymi plasterkami wędliny, żółtym serem, pieczywem i parówkami. Obok dzbanek świeżo zaparzonej herbaty z cytryną, dwa czyste talerze, sztućce. Siadamy przy stole, nieproszony nalewa herbaty. Wciąż się uśmiecha, patrząc, kiedy nakładamy na talerze po plasterku szynki, sera i nalewamy do szklanek w metalowych koszyczkach parującą jeszcze herbatę. Uśmiecha się kiedy powoli smarujemy kromkę chleba margaryną, kładziemy na to mięso, ser i przykrywamy drugą, posmarowaną margaryną kromką.
Przygląda się z uśmiechem kiedy bardzo powoli jemy, popijając drobnymi łyczkami słodki napar. Uśmiech nie schodzi mu z twarzy kiedy nie spiesząc się, bierzemy po dwie parówki, smarujemy je musztardą i kroimy nożem na małe kawałeczki. A kiedy kończymy w milczeniu jeść, spoglądam na Laleczkę i ten kiwa nieznacznie głową. Siedzi wyprostowany wpatrzony w jeden punkt, widzę, jak napięte mięśnie przedramion leciutko drżą.
— Dziękujemy za żarełko, pychotka — bekam i klepię się po brzuchu.
— Je suis heureux de t’avoir aidé, c’est un plaisir — Pan Lawendowy z uśmiechem lekko pochyla głowę.
Ja również pochylam i dodatkowo nią kiwam w potakiwaniu tak, jakbym będąc już dzieckiem, słyszał francuskie wyrażenia czterdzieści razy dziennie, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego nie sześćdziesiąt.
— A teraz chcielibyśmy pójść, proszę pana, do pokoju, no wiesz, o co mi chodzi, na słodką chwilkę, sam pan rozumie, o co biega, nie? Po takim wykwintnym posiłeczku niezbędna jest odpowiednia relaksacja — wypluwam z siebie malutkie banieczki sarkazmu, po prostu — nie mogę się powstrzymać. Gdybym mógł — zapierdoliłbym siedzącą przede mną postać. On doskonale wie, co się dzieje, ale twardo trzyma gardę.
— Ależ oczywiście, je suis un godiche… — uśmiecha się promiennie.
Za dużo tych uśmiechów, za dużo tego nadskakiwania, pozornej uniżoności i spełniania potrzeb.
— Godisz, nie godisz, przyćpać trzeba…
— Synku, nie kalecz, synku tego pięknego języka…
Usta wciąż się uśmiechają, ale twarz tężeje.
— Dobra, dobra, weź dziadek, kurwa zluzuj, nie pierdol już, tylko dawaj towar, pójdziemy se do pokoju, zrobimy, co trzeba, potem ty wypierdolisz młodego tą swoją kinszasą i nad ranem wypierdalamy stąd — chcę go sprowokować, chcę mieć pretekst, cokolwiek, mrugnięcie oka, podniesienie ręki, ale nie — dziadyga ani drgnie.
Sięga powoli ręką do kieszeni marynarki i wyjmuje dwie strzykawki piątki wypełnione czarną cieczą. Kładzie je na stole i sięga do drugiej kieszeni. Z niej wyjmuje garść nierozpakowanych igieł.
— Proszę wrócić za piętnaście minut — zwraca się tylko do Laleczki. — I proszę się nie spóźnić. Je n’accepte pas cela — dodaje.
— A panu jeszcze raz, dla pewności, przypomnę, warunki naszej umowy. Pięćdziesiąt tysięcy złotych płatne po, jak i również dziesięć centów towaru, który również otrzyma pan w stosownej chwili. Pod żadnym pozorem nie wolno panu opuszczać pokoju, bez względu na to, co pan usłyszy. Proszę mi wierzyć, iż temu oto tutaj obecnemu młodemu, uroczemu człowiekowi nie dzieje się krzywda.
Laleczka drga nieznacznie, jakby chciał się podnieść z krzesła, ale w ostatniej chwili rezygnuje.
— A teraz pozwolą panowie, że i ja się przygotuję — Pan Lawendowy wstaje i wychodzi z kuchni. Jest już w korytarzu, kiedy odwraca się i mówi:
— Proszę się nie spóźnić. Piętnaście minut. Pas une seconde de plus.
— Jak on mnie wkurwia z tym swoim pain srajn sekond plis żę srę pas chuję mujem, kompletnie go popierdoliło, jebany w pizdę pedzio… — Laleczka imituje przesterowanym głosem Pana Lawendowego. — Nie zesraj siem …
— Nie mamy czasu…
— Wiem… — milknie i opuszcza głowę. — Słuchaj…
— No…
— Nie kurwa, nieważne. Dobra, weź, mi podaj i spierdalam.
Siada na łóżku.
— No mów kurwa!
Podwija rękaw koszuli.
— Nie ma tematu…
— Laleczka!
Podnosi głowę. Nie widziałem go jeszcze tak bladego.
— Pomyślałem, że no wiesz, może… może...no wiesz… teraz pożyczysz mi, no, centa, co nie, a ja ci no… wiesz… oddam ci, no, jutro rano, oddam ci przecież, jak on nam da, po tym wszystkim, no wiesz… oddam ci… — chce coś jeszcze powiedzieć, ale to coś jest tak wielkie, że nie chce się przecisnąć przez gardło. Siedzi nieruchomo z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.
— Dobra, mamy mało czasu, pompuj łapę, ale lewą. Na prawej masz zryte baty.
— Pożyczysz?
— Pompuj, nie pierdol.
Ściska dłonią gąbczaste coś, co kiedyś, dawno temu, było mięśniem, drugą zaczyna zaciskać i otwierać, a ja w tym czasie odlewam ze swojej pompki do strzykawki Laleczki jednego centa.
— Masz coś, widać coś?
— Tak, coś tam jest — sapię.
Przesuwam opuszkiem palca po tym „czymś” co może być żyłą, ale równie dobrze może być smugą brudu. Nie wyczuwam wypukłości, ale nie mam czasu i się wkłuwam. Nowa, błyszcząca igła gładko przebija mięcho. Laleczka syczy, ale nie cofa ręki. W myślach kłaniam się do ziemi wszystkim bogom na świecie i składam całopalne ofiary, zaklinając, aby udało się za pierwszym podejściem. Kiedy odciągam delikatnie tłoczek, Laleczka wstrzymuje oddech.
U nasady igły pojawia się odrobinka krwi, więc jestem na dobrym szlaku, wbijam się troszeczkę głębiej. Bogowie wysłuchali moich błagań, krew wypełnia pustą przestrzeń strzykawki. Laleczka wypuszcza powietrze, naciskam tłoczek. Zanim dochodzę do końca, Laleczka zaczyna się drapać, jakby strząsał z siebie niewidzialne mrówki.
— Weź się kurwa, ty nie wierć — krzyczę szeptem.
— A weź się i kurwa nie wierć. O kurwa, kurwa, ja pierdolę jaki czad, ale wejście, ale swędzi, o kurwa — mówi z trudem, łapiąc powietrze. Kiedy wyjmuję igłę, kładzie się na łóżko, wciąż się drapiąc, masując, dotykając, ciężko przy tym oddychając. Zastyga na chwilę, po czym podnosi się z trudem. Ma mokre od tłustego potu czoło, a w błyszczących oczach źrenice skurczyły się do tak drobnych punkcików, że ledwo je widać.
— Dzięki.
— Dobra, weź się.
Nie spuszcza ze mnie wzroku.
— Już czas. Spierdalam.
— Wiem. Spierdalaj.
Wstaje, lekko się zatacza, przytrzymuje się framugi.
— Ostatni raz, co nie?
— Ostatni.
Otwiera drzwi.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
Odwraca głowę.
— I pamiętaj, zażywasz, przegrywasz.
— Pamiętam Laleczka.
— I pamiętaj. Detoks, a potem pływamy.
— Tak, jedziemy na detoks, a potem będziemy pływać. Idź już, spóźnisz się.
— Opłyniemy cały świat.
Odwraca się, wychodzi z pokoju, cicho zamykając drzwi.
Zamykam oczy, oddycham głęboko i usiłuję przeniknąć ciszę, która została po wyjściu Laleczki. Chcę usłyszeć cokolwiek, wystarczy drobny dźwięk, dowód na to, że Laleczka istnieje. Ale w mieszkaniu panuje cisza, nie dociera do mnie nic, jakby wychodząc z pokoju, przeszedł do innego wymiaru, innej przestrzeni. Może rzeczywiście po przekroczeniu tego progu wkraczamy w inny świat? Może ja, kiedy otworzę te brudne drzwi ze szklaną taflą zasłoniętą jakimiś plakatami zespołów z lat osiemdziesiątych, przeniosę się do innego świata? Pełnego szczęścia i harmonii? Nie, nie. Jednak wolę być nieszczęśliwy. To bardziej mnie uszczęśliwia.
— Bo w życiu są piękne tylko chwile i za chwilę właśnie nadejdzie ta chwila szczęśliwa w moim życiu — zaczynam cicho nucić pod nosem. — Już za chwileczkę, już za momencik, piątek z Pankracym zacznie się kręcić — śpiewam już na cały głos, piosenkę z dzieciństwa podwijając rękawy koszuli i oglądając posiniałe od wkłuć, brudne, chude przedramiona. — Kręcić się będzie Pankracy z panem, czy wszystkie buzie już roześmiane? Tak, tak, tak, wszystkie buzie są roześmiane. Jak tu kurwa jest wesoło, puste pole za stodołą, chyba umrę ze śmiechu. Milknę, znajdując coś, co można uznać od biedy, że jest dobrym miejscem do wkłucia na prawej ręce i przysuwam się do lampki. Rozpakowuję nową igłę, nakładam na pompkę, sprawdzam, czy nie ma powietrza, zlizuję brązową kropelkę z koniuszka igły.
— Już za chwileczkę, już za momencik, będą filmy, ale jakie, któż to wie — nucę pod nosem, przykładając błyszczącą stal do skóry. Zaciskam zęby i wkłuwam się. Ostrożnie odciągam tłoczek i aż z wrażenia uśmiecham się do siebie — trafiłem za pierwszym razem. Krew wypełnia pustą przestrzeń. Naciskam tłoczek. Zanim dociskam do końca czuję jak moje ciało zanurza się we wrzątku. Łapię spazmatycznie powietrze, wyjmuję igłę, ale nie mam już siły, aby zgiąć rękę w przedramieniu i strużka krwi wypływa z żyły, żłobiąc w brudzie bruzdę. Wybucham w środku czymś tak gorącym, a jednocześnie tak zimnym, że zaczynam drżeć. Ciało błyskawicznie pokrywa się śmierdzącym potem, dotykam skóry na ramieniu, zwykły gest staje się pieszczotą, chcę jeszcze, mocniej, więcej, zaczynam się drapać, ramiona, przedramiona, stopy, zginam rękę, próbując dosięgnąć pleców, rozmazuję krew na koszuli i na plecach.