Rozdział 1
Druga piętnaście
Długopis nie chciał pisać. Włodek chuchnął na końcówkę, pomazał nią róg kartki i dopiero wtedy tusz zaczął schodzić. Pisał na dachu samochodu, pod latarnią, bo w środku było za ciemno.
24.10.26, sob. 23:00. Trzynasta edycja. Canon na letnim — nie ruszam do rana.
Ostatnie zdanie podkreślił dwa razy. Robił to co roku i co roku, koło trzeciej nad ranem, i tak musiał się zastanawiać, który zegar mówi prawdę. Zeszyt był zwyczajny, w kratkę, formatu A5. Na okładce miał kawałek taśmy z numerem 126. Pierwszy zeszyt zapisał w osiemdziesiątym szóstym.
Schował zeszyt do prawej kieszeni kurtki. W lewej wewnętrznej nosił tylko jedną rzecz: mały aerozol z nitrogliceryną, który dostał po zawale w trzynastym roku. Poza lekarzem nikt o nim nie wiedział.
Z parkingu przy Stawowej na Mariacką szło się pięć minut. Szedł wolno. Chmury wisiały nisko i łuna miasta odbijała się od nich pomarańczowo. Tej nocy księżyc był prawie w pełni, ale nie było go widać.
Mariacka w sobotę przed północą była taka jak zawsze. Pod lokalami stali ludzie w kurtkach narzuconych na koszule, dziewczyny w butach, w których nie dało się przejść stu metrów, chłopak w dresie tłumaczył coś koledze i pokazywał ręką niebo. Z trzech lokali naraz leciały trzy różne piosenki i na środku ulicy mieszały się w jeden hałas. Pachniało frytkami i piwem.
Włodek stanął przy murze kościoła, tam gdzie zawsze. Ludzie przechodzili obok i go nie zauważali. Przez czterdzieści lat pracy nauczył się, że kto długo stoi w jednym miejscu, ten po kwadransie staje się częścią ulicy.
Pierwsze zdjęcie zrobił sprzątaczce w pomarańczowej kamizelce, która zamiatała szkło spod ławki, podczas gdy nad jej głową dwóch mężczyzn w garniturach kłóciło się o piłkę. Drugie parze pod latarnią. Nie całowali się, stali tylko czoło przy czole i nic nie mówili. Trzecie psu przywiązanemu do słupka przed barem.
Projekt nazywał się „Godzina, która była dwa razy”. Nazwa była za długa i trochę pretensjonalna, ale Włodek nie umiał wymyślić lepszej. Od czternastego roku, co roku w noc zmiany czasu na zimowy, chodził po Katowicach i fotografował godzinę między drugą a trzecią. Najpierw tę pierwszą, potem tę samą jeszcze raz, po cofnięciu zegarów. Te same miejsca, a jeśli się udało, ci sami ludzie. Przez dwanaście lat nikomu nie pokazał tych zdjęć. Nikomu poza jedną osobą.
Ta osoba napisała do niego o siódmej wieczorem. Wyjął telefon i przeczytał wiadomość jeszcze raz, choć pamiętał ją słowo w słowo.
2:15 i 2:15. nie zaśpij szefie
Natalia nie używała w wiadomościach wielkich liter. Twierdziła, że wielkie litery są dla urzędów. Pomysł z godziną, która zdarza się dwa razy, wzięła od niego w zeszłym roku, bez pytania, i przerobiła po swojemu. Chciała zrobić dwa identyczne zdjęcia z trzeciego piętra pustej kamienicy przy Grubskiej 12, na wprost Siódemki: jedno o drugiej piętnaście czasu letniego, drugie o drugiej piętnaście czasu zimowego. Dyptyk z jednej minuty, która zdarzyła się dwa razy. W Siódemce, w lutym dwa tysiące czwartego roku, zginęła w pożarze jej babcia. Od września Natalia przesiadywała w jego archiwum w Czeladzi i przeglądała segregatory, bo robiła o tej kamienicy książkę.
Umówili się, że on przyjdzie pod bramę od Grubskiej na pierwszą drugą piętnaście, a ona zejdzie po niego. W dwunastce nie było prądu, na trzecie piętro prowadziły schody bez balustrad, a Natalia uważała, że on „ma już swoje lata i swoje kolana”. Z kolanami nie miał kłopotu. Kłopot miał z czymś innym, ale o tym Natalia nie wiedziała.
Zrobił jeszcze kilkanaście zdjęć i przeszedł kawałek dalej. Koło pierwszej trzydzieści zauważył, że ręce marzną mu bardziej, niż powinny. Kwadrans później, przed wejściem do baru „Szychta”, poczuł ucisk pod mostkiem, jakby ktoś położył mu na piersi ciężki kamień.
Znał to uczucie. Nie było czasu się bać. Wszedł do środka i usiadł przy pierwszym wolnym stoliku, pod ścianą, obok automatu do gier.
W barze było ciepło i ciemno. Barman, potężny mężczyzna z wytatuowaną kotwicą na przedramieniu, spojrzał na niego znad nalewaka, ale nic nie powiedział. Włodek sięgnął do lewej wewnętrznej kieszeni, wyjął aerozol, odwrócił się do ściany, jakby czegoś szukał w kurtce, i psiknął raz pod język. Poczuł gorzki smak i szum w głowie. Czekał.
Ucisk słabł powoli. Włodek liczył oddechy. Przy trzydziestym barman postawił przed nim szklankę wody.
— Pan jest blady jak ściana — powiedział. — Coś podać czy wezwać karetkę?
— Wystarczy woda. Karetka niech się wyśpi.
Barman przyjrzał mu się jeszcze, potem skinął głową i wrócił za bar. Włodek wypił pół szklanki. Ręce mu drżały, więc położył je płasko na stole.
Nie da rady. Do Załęża były ze trzy kilometry, od Gliwickiej trzeba było jeszcze dojść pieszo, a potem wejść po ciemku na trzecie piętro schodami bez poręczy. Jeśli pójdzie teraz, może się to skończyć na tych schodach. Lekarz powiedziałby mu to wprost, a Agnieszka zaczęłaby krzyczeć, gdyby się dowiedziała. Ale ona się nie dowie. Nikt się nie dowie.
Wyjął telefon i pisał powoli, jednym palcem:
Nie dam rady na pierwszą 2:15. Będę na drugą. Wybacz.
Wysłał o pierwszej pięćdziesiąt dwie. Nie napisał dlaczego. Natalia nie wiedziała o jego sercu i tak miało zostać. Nie chciał, żeby patrzyła na niego jak na starego człowieka, a znał ją i wiedział, że tak by patrzyła. Wystarczyły jej żarty o kolanach.
Odpowiedź przyszła po czterech minutach.
OK. Może i lepiej. To na drugą 2:15. Pod bramą od Grubskiej.
Przeczytał ją dwa razy. „Może i lepiej”. Uśmiechnął się krzywo. Obraziła się, oczywiście. Natalia obrażała się szybko i na całego, a potem wracała jak gdyby nigdy nic i przez resztę dnia była dla niego tak miła, że robiło mu się głupio. Jutro pewnie przyniesie drożdżówkę z makiem i powie, że na przeprosiny, chociaż to on powinien przeprosić.
Pomyślał, że rano jej powie. Nie o sercu, o czymkolwiek innym. Po chwili uznał, że jednak nic nie powie.
Ucisk minął. Minutę przed drugą Włodek wstał, zostawił na stoliku dziesięć złotych, choć woda nic nie kosztowała, i skinął barmanowi na pożegnanie. Barman odpowiedział tym samym.
Była druga.
Od lat miał jeszcze jeden nawyk. Za każdym razem, kiedy zmieniał miejsce, robił telefonem jedno zdjęcie, byle czego: latarni, kawałka muru, własnych butów. Telefon sam wiedział, która jest godzina, i sam przestawiał się o trzeciej. Canon nie wiedział nic. W domu Włodek układał jedne zdjęcia obok drugich i wtedy wiedział dokładnie, co zrobił i kiedy. Natalia śmiała się, że jest jedynym człowiekiem na świecie, który pilnuje własnego aparatu telefonem.
O drugiej dwadzieścia jeden sfotografował telefonem latarnię, o drugiej dwadzieścia sześć narożnik kościoła, o drugiej trzydzieści trzy fontannę. Pomiędzy tymi zdjęciami fotografował Canonem ludzi. Koło wpół do trzeciej zaczęło mżyć. Kropel prawie nie było widać, czuło się je tylko na twarzy. Bruk pociemniał i zaczął błyszczeć. Włodek wytarł obiektyw chusteczką, a potem zasłaniał obiektyw dłonią między ujęciami.
Czuł się dobrze. Po każdym ataku tak się czuł i właśnie to było w tym najgorsze: łatwo przychodziło uwierzyć, że nic mu nie jest.
Za kwadrans trzecia stał naprzeciwko klubu, nad którego wejściem zielony neon wyświetlał napis „SZYB”, z mrugającą literą Y. Pod drzwiami zatrzymał się ciemny samochód, ktoś wysiadł, stanął pod neonem i zapalił papierosa. Dym uniósł się w zielonym świetle i rozpłynął w mżawce. Włodek podniósł aparat i zrobił jedno zdjęcie. Chodziło mu o dym, nie o człowieka.
Potem poszedł do samochodu.
Octavia stała tam, gdzie ją zostawił, srebrna i mokra. Silnik zapalił za drugim razem. Włodek wyjechał na plac Wolności, a stamtąd skręcił w Gliwicką. Miasto było puste. Światła na skrzyżowaniach zmieniały się, chociaż nikt nie czekał, szyny tramwajowe błyszczały w deszczu, na przystankach nie było nikogo. Na stacji benzynowej chłopak w odblaskowej kamizelce siedział na krzesełku i patrzył w telefon. Za kościołem zaczynało się Załęże.
Załęże było niższe i ciemniejsze niż centrum. Stare kamienice z czerwonej cegły, jedne odnowione na biało i beżowo, inne z czarnymi oknami, zabitymi deskami albo zupełnie pustymi. Między nimi pusty plac, płot, jakaś hala. Włodek fotografował tę dzielnicę od lat dziewięćdziesiątych. Widział, jak znikają z niej najpierw ludzie, potem kamienice, i jak w miejsce dawnych lokatorów wprowadzają się nowi, w nowych kurtkach, z psami o imionach wziętych z książek.
O drugiej pięćdziesiąt dwie zaparkował przy Gliwickiej, kilkadziesiąt metrów od rogu Grubskiej. Kiedy wysiadł, mżawka zrobiła się gęstsza.
Grubska była krótka i wąska. Po lewej, pod siódemką, stała odnowiona kamienica z jasną elewacją i nowymi oknami. W reklamach nazywano ją loftami, na parterze była siłownia, a w dwóch oknach paliło się światło. Natalia mówiła o niej „Siódemka”, wielką literą, bo tak mówiła jej babcia. Na drugim piętrze, za drugim oknem od lewej, było kiedyś mieszkanie numer pięć.
Po prawej, pierwsza od Gliwickiej, naprzeciwko Siódemki, stała dwunastka. Numery szły tu od strony torów, nie od Gliwickiej, więc obcy zawsze szukali ich nie z tej strony. W dwunastce od lat nikt nie mieszkał. Cztery kondygnacje poczerniałej cegły, okna parteru zabite płytami, wyżej okna bez szyb. Bramę od ulicy zabito deskami na krzyż. Przed bramą stał biały kontener ochrony z logo firmy, którego Włodek nie mógł odczytać w ciemności. W kontenerze nie paliło się światło, drzwi były zamknięte. Dalej, pod dziesiątką, stała zwykła zamieszkana kamienica z firankami i doniczkami w oknach.
Pod bramą stanął o drugiej pięćdziesiąt pięć. Przyszedł za wcześnie: do drugiej piętnaście po zmianie czasu zostało mu jeszcze dwadzieścia minut, choć za chwilę telefon miał pokazać godzinę wcześniejszą niż teraz.
Podniósł głowę. Wszystkie okna trzeciego piętra od ulicy były czarne. Pomyślał, że Natalia pewnie siedzi od podwórza albo na klatce schodowej, której okna wychodzą na tył. Albo poszła się przejść. Albo się obraziła i nie zejdzie, dopóki nie wybije druga piętnaście, co do minuty.
Odruchowo sięgnął do kieszeni po papierosy, których nie nosił od trzynastu lat.
O drugiej pięćdziesiąt osiem zadzwonił do niej. Sygnał długo szedł, a potem włączyła się poczta głosowa i usłyszał jej głos, nagrany kiedyś w pośpiechu: „Nie ma mnie. Jak coś ważnego, to pisz. Jak nieważne, to też pisz”. Nie nagrał wiadomości.
Stał pod bramą i patrzył na ekran telefonu, na którym widniało 2:59. Robił to co roku i co roku miał wrażenie, że tym razem zobaczy coś niezwykłego.
Cyfry 2:59 zamieniły się w 2:00.
Nic więcej się nie stało. Czas w telefonie po prostu cofnął się o godzinę. Włodek włączył Canona i spojrzał na wyświetlacz: aparat pokazywał 3:00. Zegarek po ojcu, stary nakręcany Poljot, też wskazywał trzecią. Aparat i zegarek mówiły jedno, telefon drugie, a Włodek stał między nimi na mokrym chodniku.
— Dostałem godzinę — powiedział na głos, choć nikt go nie słyszał.
O drugiej cztery zadzwonił jeszcze raz i znowu włączyła się poczta głosowa.
Nie chciał sterczeć pod bramą jak żebrak, więc poszedł powoli na róg Gliwickiej. Latarnia rzucała na mokry asfalt żółte światło, a dalej, w stronę centrum, ciągnął się rząd kolejnych latarni. Podniósł aparat, żeby zrobić zdjęcie pustej ulicy, i w tej samej chwili za jego plecami, od strony Grubskiej, zaświeciły reflektory. Nacisnął spust akurat wtedy, gdy samochód wjeżdżał w kadr. Nie opuścił aparatu. Ulica z samochodem była lepsza niż pusta. Samochód skręcił w Gliwicką i odjechał. Włodek słyszał jeszcze szum opon na mokrym asfalcie, widział czerwone światła, a potem ulica znowu opustoszała.
O drugiej dwanaście zadzwonił po raz trzeci i znowu usłyszał jej nagranie. Zaczął pisać „Jestem pod bramą”, ale skasował. Przecież wiedziała. Sama napisała: pod bramą od Grubskiej.
Wrócił na Grubską. O drugiej piętnaście po zmianie czasu stanął na jezdni przed dziesiątką i skadrował Siódemkę: całą fasadę, okno na drugim piętrze, drugie od lewej, a z lewej strony kadru, w ostrym skrócie, kawałek ściany dwunastki z rzędem okien. Natalia miała fotografować Siódemkę z góry, z trzeciego piętra. On fotografował ją z dołu, z ulicy.
Nacisnął spust. Na wyświetlaczu fasada wyszła jasna i ostra, z mokrymi parapetami. Po lewej ściana dwunastki była ciemna, jej okna czarne.
— Moja połowa — powiedział cicho.
Pomyślał, że Natalia zrobiła swoje pierwsze zdjęcie godzinę temu, teraz zrobiła drugie i zaraz zejdzie, zła, że stał na środku ulicy, a nie pod bramą. Wrócił pod bramę. Nikt nie zszedł.
O drugiej dwadzieścia postanowił obejść kwartał.
Za dziesiątką była brama przejazdowa zamknięta na kłódkę. Włodek skręcił w równoległą uliczkę. Najpierw szedł wzdłuż muru, potem wzdłuż płotu z zardzewiałej siatki, łatanej kawałkami blachy tam, gdzie się rozeszła. Za płotem było ciemne podwórze, sądząc po śmietnikach, wspólne dla dziesiątki i dwunastki. Przyłożył twarz do siatki. Rozpoznał trzepak, drewniane komórki, duży kontener na gruz, a za nim tylną ścianę dwunastki z oknami klatki schodowej, jedno nad drugim, wszystkie czarne.
Nigdzie nie było światła. Ani latarki, ani ekranu telefonu, ani czołówki, którą Natalia zakładała na głowę i w której wyglądała jak górnik.
— Natalia! — zawołał. Jego głos odbił się od ścian i wrócił do niego obcy.
Nikt nie odpowiedział.
— Natalia! To ja!
Na parterze dziesiątki zapaliło się światło. Przez firankę Włodek zobaczył cień ręki, która odsuwała zasłonę, i poczuł się jak złodziej. Po chwili światło zgasło.
Szarpnął siatkę. Była mocno przybita. Gdzieś musiało być przejście, skoro Natalia weszła do środka, ale w ciemności widział tylko płot, śmietniki i czarne podwórze. Pomyślał o schodach bez balustrad i o ucisku w piersi, który minął półtorej godziny temu. Pomyślał też, że gdyby Natalia tam była, odpowiedziałaby. Zawsze odpowiadała, nawet obrażona. Obrażona odpowiadała nawet głośniej.
Może poszła. Może zrobiła swoje pierwsze zdjęcie, posiedziała godzinę sama na trzecim piętrze ciemnego budynku, czekając na niego, i miała dość. Może złapała taksówkę na Gliwickiej, kiedy on siedział w barze nad szklanką wody. Może i lepiej, napisała.
Postał pod płotem jeszcze kilka minut. Gdzieś daleko szczekał pies. Pachniało mokrym węglem i kotami. Mżawka osiadała mu na wąsiku.
O drugiej czterdzieści wyjął telefon i napisał:
Stałem pod bramą. Jutro pogadamy. Przepraszam.
Wysłał i nie czekał na odpowiedź. Wrócił do samochodu tą samą drogą, obok kontenera, zabitej bramy i Siódemki, w której zgasło już jedno z dwóch okien.
Drogę do Czeladzi znał na pamięć i tej nocy przejechał ją niemal bez myślenia. Pusta DTŚ, wiadukty, Sosnowiec z boku, Będzin, zjazd na Piaski. Nie włączył radia. Myślał tylko o tym, że się spóźnił. Nie o godzinę, bo tę godzinę dostał z powrotem, tylko o coś, czego nie umiał nazwać.
Dom na Sztygarskiej był ciemny. U Pluty za płotem też było ciemno i nawet jego pies nie szczeknął. Włodek otworzył drzwi, nie zapalił światła w przedpokoju, zdjął buty, ale nie zdjął kurtki. Poszedł do kuchni i usiadł przy stole.
Zegar ścienny sterowany radiem, prezent od Agnieszki, pokazywał 3:05. Przestawił się sam. Włodek położył Canona na stole i włączył go. Wyświetlacz pokazał 4:05. Nie przestawiał go. Poljot na ręku też pokazywał 4:05. Ten przestawi rano, jak co roku.
Wyjął zeszyt, chuchnął na długopis i zapisał powoli:
2:15 II — Siódemka, fasada. N. nie zeszła. 3 x tel. 2:40 SMS. Powrót.
Przeczytał wpis i dopisał jeszcze: Może i lepiej? Znak zapytania wyszedł krzywo.
Telefon leżał na stole obok aparatu, ekranem do góry. Nie przyszła żadna nowa wiadomość. Włodek długo patrzył na telefon, potem na Canona, który wciąż wyprzedzał resztę domu o godzinę, a w końcu na ciemną szybę kuchennego okna. Odbijał się w niej on sam: łysiejąca głowa, krótko przystrzyżony siwiejący wąsik, kurtka zapięta pod szyję.
Nie poszedł spać. Przesiedział w kurtce do świtu.
Rozdział 2
Wypadek
O siódmej zdjął wreszcie kurtkę i powiesił ją w przedpokoju. Potem wrócił do kuchni, usiadł przy stole i odpiął z nadgarstka zegarek po ojcu.
Poljot miał koronkę, którą trzeba było wyciągnąć paznokciem. Włodek pociągnął ją do drugiego ząbka i przekręcił wskazówki o godzinę do tyłu, powoli, żeby nie przeskoczyły. Ojciec robił to dwa razy do roku, przy tym samym stole, a potem przykładał zegarek do ucha, jakby sprawdzał, czy mu nie zaszkodziło. Włodek też przyłożył go do ucha. Tykał.
Canona nie ruszył. Aparat leżał obok cukiernicy i nadal pokazywał czas letni. Tak miało zostać, dopóki nie przegra zdjęć na dysk.
Zaparzył kawę w szklance, po staremu, zalewając zmielone ziarna wrzątkiem i czekając, aż fusy opadną. Włączył radio. W wiadomościach mówili o korkach na A4, o jakimś posiedzeniu w Warszawie, o przymrozkach, które mają przyjść w środę. Nie słuchał. Co chwilę spoglądał na telefon.
Natalia zwykle wstawała późno. W niedzielę przed dziesiątą nie było sensu do niej pisać, a przed jedenastą nie było sensu czekać na odpowiedź. Wiedział o tym i mimo to o ósmej napisał:
Wszystko w porządku?
Potem położył telefon ekranem do blatu, żeby na niego nie patrzeć, i poszedł do łazienki. W lustrze zobaczył siwiejący wąsik, zaczerwienione oczy i szarą skórę. Wyglądał tak, jak się czuł: jak człowiek w jego wieku po nieprzespanej nocy. Opłukał twarz zimną wodą i długo trzymał dłonie na umywalce.
O dziesiątej zadzwoniła Agnieszka. Dzwoniła co niedzielę o dziesiątej, zwykle w drodze z Julkiem na basen albo do teściów, więc w tle zawsze szumiał silnik.
— Cześć, tato. Jak tam twoja noc? Zrobiłeś te swoje zdjęcia?
— Zrobiłem.
— I jak?
— Mokro.
Zaśmiała się.
— A leki bierzesz?
— Biorę.
— Tato. Szczerze.
— Szczerze to zjadłem jajecznicę — powiedział, choć nic nie jadł.
— Ze szczypiorkiem?
— Bez.
— To się nie liczy. — Usłyszał, jak mówi do kogoś w samochodzie, żeby zapiął pas. — Słuchaj, dwudziestego ósmego listopada Julek ma urodziny. Siódme. Przyjedziesz?
— Przyjadę.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
Rozmawiali jeszcze chwilę o Pawle, o Julku, o pracy w szpitalu. Włodek nie powiedział jej ani o ucisku w barze, ani o bramie, ani o tym, że nie spał. Nigdy jej takich rzeczy nie mówił. Agnieszka była pielęgniarką na kardiologii i wiedziałaby od razu, co znaczy „ucisk pod mostkiem”, a potem przez tydzień dzwoniłaby dwa razy dziennie.
Kiedy się rozłączyli, odwrócił telefon ekranem do góry. Od Natalii nic.
O jedenastej napisał jeszcze raz:
Odezwij się. Nawet jeśli jesteś zła.
Przewinął w telefonie ich rozmowę do góry, do września, potem do sierpnia. Same krótkie wiadomości: „jutro o 10 u pana”, „kupić utrwalacz?”, „szefie, pan znowu nie odbiera”. Przypomniał sobie, jak ją poznał. Wiosną dziewiętnastego roku prowadził warsztaty w domu kultury w Bogucicach i po pierwszych zajęciach przejrzał jej zdjęcia. Powiedział wtedy: „Pani fotografuje ludzi, jakby się pani ich bała”. Obraziła się i wyszła bez słowa. Był pewien, że więcej nie przyjdzie. Na następne zajęcia przyszła pierwsza i przyniosła trzydzieści nowych zdjęć, wszystkie zrobione z odległości metra.
Do południa próbował robić coś pożytecznego. Wyniósł śmieci, poskładał suche pranie, podlał kwiatek na parapecie, jedyny, jaki przeżył po śmierci matki. Pluta zawołał go zza płotu, żeby pogadać o pogodzie, i Włodek postał przy siatce pięć minut, kiwając głową. Pluta mówił o przymrozkach i o tym, że trzeba będzie okryć róże. Włodek nie miał róż.
W południe zadzwonił do Natalii. Sygnał, potem poczta głosowa: „Nie ma mnie. Jak coś ważnego, to pisz”.
Po obiedzie, którego nie zjadł, położył się na kanapie w pokoju, w ubraniu, z telefonem na brzuchu. Myślał, że nie zaśnie, ale zasnął od razu i śnił o schodach bez końca, po których ktoś schodzi mu naprzeciw, a on nie może dojrzeć twarzy.
Obudził go telefon. Była piętnasta dziesięć.
Na ekranie wyświetliło się imię, którego nie spodziewał się zobaczyć: Irena Wrona. Matka Natalii. Miał jej numer od dwóch lat, odkąd Natalia leżała tydzień w szpitalu z zapaleniem płuc i Irena dzwoniła do niego, żeby przywiózł z mieszkania córki jakieś rzeczy. Od tamtej pory rozmawiali może trzy razy.
— Słucham.
— Panie Włodku. — Głos Ireny był równy i płaski. Taki, jakim czyta się komunikaty. — Natalia nie żyje.
Włodek siedział już na kanapie. Nie pamiętał, kiedy się podniósł.
— Spadła — powiedziała Irena. — Na Grubskiej. W tej pustej kamienicy. Ze schodów.
Chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co. W głowie miał tylko ciemną ścianę dwunastki i czarne okna klatki schodowej za płotem.
— Panie Włodku? Jest pan tam?
— Jestem — powiedział. — Jadę.
Nie zapytał, czy ma przyjechać. Nie zapytał Ireny, gdzie jest. Była pewnie w domu, na Koszutce, bo gdzie indziej miałaby być.
W przedpokoju włożył kurtkę. Dopiero przy drzwiach zauważył, że ma na nogach kapcie. Zmienił je na buty, a potem wrócił jeszcze do kuchni i zabrał ze stołu Canona. Zrobił to bez zastanowienia, tak jak inni ludzie biorą klucze.
Jechał tą samą drogą co w nocy, tylko w drugą stronę i za dnia. Będzin, Sosnowiec, wiadukty, DTŚ. Niebo było niskie i szare, asfalt jeszcze mokry po nocnej mżawce. Aparat leżał na siedzeniu pasażera.
Przez całą drogę powtarzał sobie jedno: ze schodów. Spadła ze schodów. Próbował sobie przypomnieć, o której był pod płotem i czy wtedy już leżała. Jeśli leżała, to kilkanaście metrów od niego, za ścianą. Jeśli jeszcze nie, to może spadła później, kiedy on jechał do domu albo kiedy siedział w kuchni w kurtce. Nie wiedział, co byłoby gorsze.
Na światłach przy Rondzie stał dłużej, niż trzeba, i dopiero klakson z tyłu przypomniał mu, że jest zielone.
Blok na Koszutce był z lat sześćdziesiątych, cztery piętra, z długimi balkonami i pomalowaną na nowo elewacją. Włodek był tu raz, dwa lata temu, z torbą ubrań Natalii. Zaparkował przy trzepaku, wszedł schodami na drugie piętro i zadzwonił.
Drzwi otworzył mężczyzna koło pięćdziesiątki, krępy, silny w barkach, z gęstymi siwiejącymi włosami i szeroką, zaczerwienioną twarzą. Miał na sobie granatowy polar i dżinsy. Oczy miał zapuchnięte.
— Pan Włodek? — Uścisnął mu rękę mocno, szeroką dłonią, na której pod paznokciami została czarna obwódka. — Grzegorz. Brat Ireny. Natka dużo o panu mówiła. Niech pan wejdzie.
W przedpokoju pachniało herbatą i lekami. Z pokoju wyszedł gruby, stary kot w kolorze popiołu, obwąchał Włodkowi nogawkę i poszedł dalej.
Irena siedziała na kanapie w dużym pokoju, wyprostowana, z dłońmi złożonymi na kolanach. Była mała i drobna, siwe włosy miała krótko i porządnie przystrzyżone, na łańcuszku wisiały jej okulary. Nie płakała. Obok, na fotelu, siedziała blondynka w podobnym wieku co Grzegorz, z włosami upiętymi w kok. Trzymała oburącz kubek, z którego nie piła.
— Beata, moja żona — powiedział Grzegorz.
Beata skinęła głową. Kubka nie odstawiła.
Irena podniosła wzrok na Włodka. Patrzyła na niego tak, jakby nie wiedziała, kim jest, a potem powiedziała:
— Niech pan siada.
Usiadł na krześle naprzeciwko niej. Grzegorz przez cały czas był w ruchu. Przyniósł z kuchni herbatę dla Włodka, nie pytając, czy chce. Zadzwonił do kogoś i przyciszonym głosem umówił lekarza „dla siostry, na wieczór, bo sama nie zaśnie”. Zapisał coś na kartce przy telefonie. Potem zadzwonił jeszcze gdzieś i powiedział: „W poniedziałek z samego rana, dobrze, dziękuję”. Włodek pomyślał, że ten człowiek musi coś robić rękami, bo inaczej by się rozpadł.
— Policja była u mnie o wpół do drugiej — powiedziała Irena. Mówiła wolno, sprawdzając każde słowo. — Dwoje. Kobieta i mężczyzna. Powiedzieli, że znalazł ją rano jakiś człowiek, który zbiera złom. Na dole, przy schodach. Że tam nie ma balustrad. Że to wygląda na nieszczęśliwy wypadek.
— Nieszczęśliwy wypadek — powtórzył Grzegorz od okna, jakby chciał to zapamiętać. — Tam nie ma poręczy, panie Włodku. Człowiek się potknie po ciemku i już. No i…
Beata poruszyła się na fotelu.
— Grzesiek.
— Przepraszam. — Przetarł dłonią twarz. — Przepraszam, Irenko.
Irena patrzyła na Włodka.
— Co ona tam robiła w nocy?
— Zdjęcia — powiedział Włodek. — Robiła zdjęcia Siódemki. Z góry, z trzeciego piętra. W nocy, kiedy zmieniali czas.
— Wiem. Mówiła mi wczoraj przy obiedzie. — Irena spuściła wzrok na swoje dłonie. — Pokłóciłyśmy się o tę książkę. Nie chciałam, żeby w tym grzebała. Wyszła i trzasnęła drzwiami. To był ostatni raz.
Nikt nic nie powiedział. Kot wskoczył Irenie na kolana i ułożył się, a ona zaczęła go głaskać, powoli, od głowy do ogona.
Grzegorz usiadł wreszcie na brzegu drugiego fotela i oparł łokcie na kolanach.
— Przyjechałem od razu, jak Irena zadzwoniła — wyjaśnił Włodkowi, choć nikt go o to nie pytał. — Fabią żony, bo Oskar, nasz syn, wziął mojego passata na weekend do Krakowa. Dobrze, że Beata ma swoje auto, bo bym tu jechał tramwajem przez pół miasta.
— Dobrze — powiedział Włodek, bo nie wiedział, co innego można powiedzieć.
Irena przestała głaskać kota.
— Pan tam był, prawda? — zapytała. — Miał pan z nią być. Mówiła, że pan przyjdzie.
Włodek poczuł, że robi mu się gorąco. Wszyscy troje patrzyli na niego. Zobaczył czarne okna za płotem, poczuł zapach mokrego węgla, usłyszał własny głos wołający jej imię.
Miał powiedzieć: byłem. Stałem pod bramą. Wołałem ją. Spóźniłem się o godzinę, bo nie dałem rady, bo moje serce nie dało rady, a ona tam leżała, kiedy ja stałem na ulicy i fotografowałem fasadę naprzeciwko.
Nie powiedział nic.
— Irenko — odezwał się Grzegorz łagodnie. — Nie teraz. Pan Włodek ma swoje zmartwienie. Nie teraz.
Irena spojrzała w okno. Włodek też tam spojrzał, żeby nie patrzeć na nikogo. Na ścianie obok okna wisiało w ramce zdjęcie Natalii: czarno-białe, w todze, z dyplomem w ręku, z miną kogoś, kto chce, żeby fotograf się pospieszył. Włodek pamiętał ten dzień. Pamiętał, jak ją ustawiał pod ścianą uczelni, jak mówiła „szefie, szybciej, bo mnie te rękawy zjedzą”. Sam zrobił tę odbitkę w ciemni i sam ją oprawił.
Odwrócił wzrok od zdjęcia.
— Pytali o pana — powiedziała po chwili Irena, nie patrząc na niego. — Ci z policji. Kto miał z nią być. Powiedziałam, że pan.
— Dobrze pani zrobiła — powiedział Włodek.
Posiedział jeszcze kwadrans. Beata przyniosła z kuchni talerz z kanapkami i postawiła go na stole. Nikt ich nie tknął. Grzegorz dwa razy odebrał telefon i dwa razy powiedział komuś: „Tak, dziękuję, damy znać, jak będzie wiadomo”. Irena głaskała kota.
Kiedy Włodek wstał, Irena nie podniosła się z kanapy. Podała mu tylko rękę, zimną i suchą.
— Niech pan przyjdzie na pogrzeb — powiedziała. — Nie wiem jeszcze kiedy. Grzesiek da znać.
— Przyjdę.
Grzegorz odprowadził go do drzwi, a potem, choć Włodek mówił, że nie trzeba, zszedł z nim na dół i przeszedł przez parking aż do samochodu. Zrobiło się chłodno. Nad blokami niebo pociemniało, latarnie jeszcze się nie zapaliły.
Przy samochodzie Grzegorz stanął z rękami w kieszeniach polaru.
— Pan z nią miał być? — zapytał.
Włodek otworzył drzwi i nie wsiadł.
— Miałem.
Grzegorz pokiwał głową. Wyjął prawą rękę z kieszeni i potarł nią kark, długo i mocno.
— Niech pan sobie tego nie robi — powiedział. — Słyszy pan? Ja wiem, jak to jest. Człowiek potem całe życie myśli, że gdyby był, gdyby przyszedł wcześniej… Ale to nic nie daje. Ona była dorosła, sama tam poszła. Takie stare domy to pułapki. Ja bym je wszystkie zburzył, słowo daję.
Mówił szybko i trochę za głośno, jak ktoś, kto boi się ciszy. Włodek patrzył na niego i widział człowieka, który od kilku godzin trzyma na sobie całą rodzinę i zaraz pęknie, tylko jeszcze o tym nie wie.
— Dziękuję — powiedział.
— Nie ma za co. — Grzegorz wyciągnął rękę. — Jakby pan czegoś potrzebował, to niech pan dzwoni do Ireny, ona mi przekaże. Albo wprost do mnie, numer ma Irena.
Uścisnęli sobie dłonie. Grzegorz odwrócił się i poszedł w stronę klatki, z opuszczoną głową, z rękami z powrotem w kieszeniach. Przy drzwiach przystanął i odwrócił się, ale tylko machnął ręką i wszedł do środka.
Włodek wsiadł do samochodu i siedział chwilę bez ruchu. Na telefonie była szesnasta trzydzieści dwie. Za kilka minut miało zajść słońce, choć przez chmury i tak nie było go widać. W kilku oknach bloku zapaliły się światła. W jednym z nich, na drugim piętrze, stała mała postać i patrzyła w dół. Nie był pewien, czy to Irena.
Zapalił silnik i wyjechał z osiedla. Na skrzyżowaniu powinien skręcić w prawo, w stronę DTŚ i Czeladzi.
Włączył lewy kierunkowskaz.
Wycieraczki przesunęły się raz po szybie, choć już nie padało. Przed nim, w stronę centrum, ciągnął się sznur czerwonych świateł. Włodek pojechał za nimi, a potem Gliwicką, do Załęża.
Rozdział 3
Taśma
Na Grubskiej paliły się wszystkie latarnie, a mimo to ulica wydała mu się ciemniejsza niż w nocy. Włodek zaparkował przy Gliwickiej, niemal w tym samym miejscu co wtedy, i dalej poszedł pieszo.
Przed dwunastką stał radiowóz z wyłączonym kogutem. Od latarni do kontenera ochrony, a dalej do rynny sąsiedniej kamienicy, rozciągnięto biało-czerwoną taśmę. Była wilgotna od wieczornego powietrza i zwisała pośrodku. Deski na bramie ktoś zerwał i oparł o ścianę. W otworze bramy stał mężczyzna w białym kombinezonie i zwijał kabel. W głębi, na klatce schodowej, paliła się lampa na statywie, a jej światło kładło się na ścianach ostrą, żółtą plamą.
Po drugiej stronie taśmy stało kilkanaście osób. Sąsiedzi w kurtkach narzuconych na dresy, dwie kobiety z torbami z Biedronki, chłopcy na rowerach, którzy krążyli w tę i z powrotem, żeby niczego nie przegapić. Rozmawiano półgłosem. Ktoś palił.
Najgłośniej mówił chudy mężczyzna koło sześćdziesiątki, ogorzały, w za dużej wojskowej kurtce. Obok niego stał sklepowy wózek wyładowany złomem i przykryty niebieską plandeką, spod której wystawały rura i kawałek kaloryfera.
— …i patrzę, a tam dziołcha leży — mówił. — Na samym dole. Jo myśloł, że to jakiś łach, a to człowiek. To jo zaroz dzwonił, jak trzeba, na sto dwanaście. Jo nic nie ruszoł, nic, nawet nie podchodził.
— A widziałeś, jak spadła? — zapytał jeden z chłopców.
— Co ty godosz? Rano żech ją znoloz, rano. Ona tam od nocy leżała.
— Od miesiąca tu łaziła z tym aparatem — powiedziała jedna z kobiet z torbami. — Mówiłam mężowi, że się doigra w tej ruinie.
— Nie godej tak — odpowiedziała druga. — Młoda była.
Włodek stanął z tyłu. Nie zamierzał podchodzić bliżej. Chciał tylko zobaczyć to miejsce jeszcze raz, teraz, kiedy już wiedział. Nie umiał powiedzieć, po co.
Podniósł wzrok na okna trzeciego piętra. W jednym z nich, od ulicy, przesuwało się teraz światło latarki: ktoś chodził po górze. Nocą te okna były czarne, a on stał pod nimi i myślał, że Natalia siedzi od podwórza i się dąsa. Jeśli już wtedy leżała na dole, to kiedy wołał jej imię przez płot, ona już nie mogła odpowiedzieć.
Ręce same podniosły aparat. Zrobił zdjęcie taśmy na tle bramy, potem ludzi przy taśmie, zwróconych do niego plecami, a potem złomiarza, który stał przy wózku i rozkładał ręce, pokazując, jak leżała. Robił to, co robił całe życie, kiedy coś się działo na ulicy. Wiedział, że to nieprzyzwoite, i nie przestawał.
Na parterze dziesiątki, w oknie zasłoniętym do połowy firanką, stała starsza kobieta w chustce. Na parapecie obok niej stała klatka z żółtym ptakiem. Kobieta patrzyła na taśmę i na ludzi, a potem na niego, na aparat. Włodek opuścił Canona. Zdało mu się, że to ją obudził w nocy swoim wołaniem.
— Pan zawsze fotografuje, jak ktoś umiera?
Nie usłyszał, kiedy podeszła. Była wysoka, wyższa od niego, w granatowej kurtce i sportowych butach, z ciemnymi włosami ściągniętymi w kucyk. Bez makijażu. Przy oczach miała drobne zmarszczki, jak ktoś, kto dużo przebywa na słońcu. Przyglądała mu się spokojnie, bez złości.
— Kiedy coś się dzieje — powiedział. — To mój zawód.
— Jaki?
— Jestem fotografem. Reporterem, kiedyś w gazecie. Teraz… fotografem.
— Nazwisko?
— Żółtak. Włodzimierz Żółtak.
Coś się zmieniło w jej twarzy, niewiele, tyle co drgnięcie powieki.
— Komisarz Kempny, wydział kryminalny — powiedziała i na moment pokazała legitymację. — Pani Wrona mówiła o panu. Miał pan się tu tej nocy spotkać z jej córką.
— Miałem.
— Zapraszam na chwilę na bok.
Podniosła taśmę i przepuściła go pod nią. Ludzie za jego plecami przycichli. Poszli kilkanaście metrów w stronę dziesiątki, pod ścianę, gdzie było ciemniej i ciszej. Od strony bramy podszedł do nich niski, szeroki mężczyzna w skórzanej kurtce, łysy, z gęstym siwym wąsem, który zasłaniał mu górną wargę. Pachniał tytoniem fajkowym.
— Aspirant sztabowy Lipka — powiedziała Kempny. — Pracujemy razem.
Lipka skinął głową i wyjął z kieszeni notes. Nie podał ręki.
— Panie Żółtak — zaczęła Kempny — pani Natalia robiła tu zdjęcia. Wie pan, jakim aparatem?
— Fujifilm. Mały, czarno-srebrny. Innego nie brała na takie rzeczy.
— A karty? Ile nosiła kart?
— Trzy. — Zastanowił się. — Jedną zawsze w aparacie. Dwie zapasowe w plecaku, w takim małym etui. Czasem cztery, jak jechała na dłużej.
— Zawsze jedną w aparacie?
— Zawsze. Nauczyłem ją tego. Aparat bez karty to kawał żelaza.
Kempny nic nie zapisała. Zapisał Lipka, pochylony nad notesem, z długopisem w grubych palcach.
— Statyw? — zapytała.
— Miała. Stary, mój. Manfrotto. Dałem jej, jak kupiłem nowy. — Spojrzał na nią. — Po co pani pyta o statyw?
Kempny nie odpowiedziała. Patrzyła na niego i czekała, jakby to on miał coś jeszcze powiedzieć. Włodek przeniósł wzrok na bramę, na lampę na klatce, na mężczyznę w kombinezonie, który niósł teraz do furgonetki czarną skrzynkę.
— Nie znaleźliście statywu?
— Panie Żółtak — powiedziała Kempny spokojnie — to ja zadaję pytania. Wie pan, po co pani Natalia tu przyszła?
Opowiedział jej o dyptyku. O dwóch zdjęciach o drugiej piętnaście, z trzeciego piętra, z widokiem na Siódemkę. O babci Natalii i pożarze w dwa tysiące czwartym. O książce. Mówił krótko, bo nie umiał inaczej, a ona słuchała i nie przerywała.
— I pan miał tu być.
— Miałem przyjść na pierwszą drugą piętnaście. Przed zmianą czasu.
— Przyszedł pan?
Włodek poczuł, że Lipka podniósł wzrok znad notesu.
— Przyszedłem później. Na drugą. Po zmianie. Napisałem jej, że nie dam rady na pierwszą.
— Dlaczego?
— Źle się poczułem.
— O której był pan tutaj?
— Pod bramą stanąłem za pięć trzecia. Jeszcze przed zmianą czasu. — Mówił powoli, żeby się nie pomylić. — Byłem do drugiej czterdzieści. Po zmianie. Dzwoniłem do niej trzy razy. Nie odbierała. Obszedłem kwartał, wołałem ją od podwórza, przez płot. Nikt nie odpowiedział. Myślałem, że się na mnie obraziła i poszła do domu.
Lipka pisał. Potem podniósł głowę i przyjrzał mu się uważnie. Nikt jeszcze nie zapytał Włodka, czy był pod bramą, a on sam to powiedział.
— Pod bramą — powiedział wolno, z twardym śląskim akcentem. — W nocy. Z aparatym.
— Z aparatem — potwierdził Włodek. — Robiłem zdjęcia. Tak jak co roku w tę noc.
— Jakie zdjęcia?
— Ulicy. Tego domu naprzeciwko. — Wskazał głową Siódemkę. — Mam je na karcie.
Kempny wymieniła z Lipką krótkie spojrzenie. Włodek nie umiał go odczytać.
— Słyszał pan coś? — zapytała. — Krzyk, hałas, samochód?
— Samochód — powiedział po chwili. — Jakiś przejechał. Ulica była pusta, to go zapamiętałem. Poza tym nic. Pies szczekał, daleko.
— Widział pan kogoś?
— Nikogo.
— Światło w budynku? Latarkę?
— Nie. Wszystko było ciemne.
Kempny skinęła głową. Milczała, patrząc gdzieś ponad jego ramieniem, na okna dwunastki.
— Kto jeszcze wiedział, że ona tu będzie w nocy?
Włodek zastanowił się.
— Matka. Natalia mówiła jej przy obiedzie. — Zawahał się. — I ja.
— I pan — powtórzyła Kempny bez wyrazu. Lipka coś zapisał.
— Jutro o jedenastej zapraszam na komendę — powiedziała w końcu. — Na Lompy. Złoży pan zeznanie jako świadek. Proszę przynieść kartę z aparatu, a raczej jej kopię. I telefon. Niczego z niego nie kasować. Ani wiadomości, ani zdjęć.
— Niczego nie kasuję — powiedział Włodek. — Nigdy.
— Tym lepiej.
Lipka zamknął notes i schował go do kieszeni. Wyglądał jak ktoś, kto wie, że jeszcze się spotkają.
— Pani komisarz — powiedział Włodek, kiedy Kempny już się odwracała. — Ona… — Nie wiedział, jak zapytać. — To był wypadek?
Kempny spojrzała na niego. Jej twarz niczego nie zdradzała.
— Na razie wszystko na to wskazuje — powiedziała. — Wyjaśniamy okoliczności. Do jutra, panie Żółtak.
Podniosła przed nim taśmę. Przeszedł pod nią z powrotem na chodnik i nie oglądał się za siebie.
Gapie zaczynali się rozchodzić. Złomiarz odchodził w stronę Gliwickiej, pchając przed sobą wózek. Kółko skrzypiało przy każdym obrocie. Plandeka zsunęła się z jednej strony i złomiarz poprawił ją szybkim ruchem, zanim ruszył dalej. W oknie parteru dziesiątki kobieta w chustce zaciągnęła zasłonę.
Wracał przez centrum. Na Gliwickiej jechało się płynnie, niedzielny wieczór wyludnił miasto. Przy Rondzie zobaczył podświetlony Spodek, a na jednym z biurowców elektroniczny zegar, który wciąż pokazywał godzinę więcej, jakby nikt mu nie powiedział o zmianie czasu. Włodek pomyślał, że Natalia by to sfotografowała.
Ile kart nosiła. Dokładnie.
Obracał to pytanie w głowie przez całą DTŚ. Nikt nie pyta o liczbę kart, jeśli wszystkie są na swoim miejscu. Pyta się o to, kiedy czegoś brakuje. Karta w aparacie, dwie w etui. Może rozbiła się przy upadku, może wypadła i leży gdzieś w gruzie. Statyw też. Statyw nie znika sam, jest ciężki, ma nogi rozstawione na metr. Może zostawiła go na górze, a oni jeszcze tam nie weszli. Może. Ale Kempny nie odpowiedziała, a ktoś, kto nie ma nic do ukrycia, odpowiada: „nie, statyw jest, stoi na trzecim piętrze”.
Myślał też o fasadzie Siódemki, którą sfotografował o drugiej piętnaście po zmianie czasu. Stał wtedy na jezdni i ustawiał kadr, tak żeby okno babci wypadło w dobrym miejscu, i był z siebie zadowolony. Nie wiedział, czy Natalia jeszcze wtedy żyła. Nie wiedział, czy chce to wiedzieć.
Na zjeździe do Czeladzi złapał się na tym, że zaciska dłonie na kierownicy tak mocno, że bolą go palce.
W domu było zimno. Włodek podkręcił kaloryfer w kuchni, powiesił kurtkę w przedpokoju i dopiero wtedy poczuł, jak bardzo jest głodny. Od wczorajszego wieczoru nie miał nic w ustach poza kawą i szklanką wody w barze.
Wrzucił dwie kromki chleba do tostera i poszedł do pokoju po laptopa. Wrócił po trzech minutach, a w kuchni było pełno dymu. Toster, stary i rozregulowany, nie wyrzucił kromek. Zanim Włodek zdążył go wyłączyć, na korytarzu prowadzącym do garażu odezwał się czujnik dymu: przenikliwy, rwany pisk, od którego bolały zęby.
Otworzył okno i stanął pod czujnikiem, machając ścierką. Czujnik piszczał dalej. Włodek wszedł na taboret i wtedy w kuchni zadzwonił telefon.
Zeszedł z taboretu i odebrał. Agnieszka.
— Tato? Co tam tak wyje?
— Czujnik. Spaliłem tosty.
Zaśmiała się. W tle słychać było telewizor i głos Julka.
— No widzisz. Mówiłam, że się przyda. Jedyny mój prezent, który działa.
— Zegar też działa — powiedział. — Sam się przestawił.
— To dwa. — Usłyszał, jak zasłania mikrofon i woła coś do syna. — Julek chciał ci powiedzieć dobranoc, ale już mu się oczy kleją. Pozdrawia. Wszystko dobrze?
Stał w kuchni pełnej dymu, ze ścierką w ręku, a czujnik piszczał coraz rzadziej.
— Dobrze — powiedział. — Dobrze, Aga.
— Na pewno? Masz jakiś dziwny głos.
— Od dymu.
— Otwórz okno. I nie jedz tych tostów.
— Nie zjem.
Kiedy się rozłączyła, czujnik ucichł. Włodek wyrzucił spalone kromki do kosza, zamknął okno i usiadł przy stole. Nie powiedział jej. Powinien był i wiedział, że jutro też tego nie zrobi. Nie umiał jeszcze wymówić na głos, że Natalia nie żyje. Miał wrażenie, że kiedy to powie, stanie się to prawdą.
Otworzył laptopa, wyjął kartę z Canona i włożył ją do czytnika. Skopiował wszystko na dysk, do nowego folderu, który nazwał tak, jak nazywał je od lat: 2026-10-24/25 GODZINA 13. Potem zrobił drugą kopię, na drugim dysku, tak jak robił zawsze. Kopiowanie trwało kilka minut. Kiedy się skończyło, wyjął kartę z czytnika i położył obok zeszytu. Jutro zabierze na komendę kopię na pendrivie. Karta zostanie u niego.
Otworzył folder i zaczął przeglądać zdjęcia, jedno po drugim, szybko, strzałką w prawo. Mariacka. Sprzątaczka ze szkłem. Para pod latarnią. Pies. Neon z mrugającą literą. Gliwicka nocą. Brama dwunastki. Zdjęcia z dzisiejszego wieczoru na końcu: taśma, gapie, złomiarz z wózkiem.
Nie zatrzymywał się przy żadnym, dopóki na ekranie nie pojawiła się fasada Siódemki z mokrymi parapetami. Druga piętnaście, po zmianie czasu. Jego połowa.
Patrzył na nią dłuższą chwilę. Potem zamknął laptopa, sięgnął po zeszyt i pod wczorajszym wpisem dopisał:
25.10, nd. N. nie żyje. Grubska 12, klatka. Policja: Kempny, Lipka. Pytali o karty i o statyw. Czego brakuje?
Odłożył długopis.
Dioda dysku jeszcze przez chwilę mrugała na zielono, a potem zgasła.
Rozdział 4
UL. Lompy
Automat z kawą na korytarzu komendy połknął dwa złote i nic nie wydał. Włodek nacisnął przycisk zwrotu monet, potem jeszcze raz, a na końcu uderzył w obudowę otwartą dłonią, tak jak robił to trzydzieści lat temu z automatami w redakcji. Nie pomogło. Pachniało środkiem do mycia podłóg i mokrymi kurtkami. Na ławce pod ścianą siedziała kobieta z dzieckiem na kolanach i patrzyła w jeden punkt.
Przyjechał dwadzieścia minut przed czasem. W wewnętrznej kieszeni kurtki miał pendrive z kopią karty, w zewnętrznej telefon i zeszyt. Canona zostawił w domu. Od lat nie wyszedł z domu bez aparatu i przez całą drogę czuł się tak, jakby zapomniał kluczy.
O jedenastej na korytarz wyszła Kempny.
— Panie Żółtak. Zapraszam.
Pokój był mały, z oknem na podwórze komendy. Stół, trzy krzesła, komputer, na parapecie uschnięty fikus. Kempny usiadła naprzeciwko niego i położyła przed sobą wydruk z kilkoma rubrykami. Granatową kurtkę, tę samą co wczoraj, powiesiła na oparciu krzesła. Pod spodem miała szary sweter. Na nadgarstku nosiła sportowy zegarek z dużym ekranem.
— Zacznijmy od formalności — powiedziała. — Będzie pan przesłuchany w charakterze świadka. Muszę pana pouczyć o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań i zatajenie prawdy.
Przeczytała pouczenie spokojnym głosem, bez pośpiechu, choć musiała je znać na pamięć. Włodek podpisał w miejscu, które wskazała palcem, i położył obok pendrive z kopią karty. Kempny schowała go do koperty i podsunęła mu plastikowy kubek z wodą.
— Proszę mi opowiedzieć tę noc. Od początku. Wolno.
Wyjął zeszyt i położył go na stole. Kempny spojrzała na Włodka pytająco.
— Zapisuję wszystko — wyjaśnił. — Godziny, miejsca. Od czterdziestu lat. Pamięć mnie myli. Zeszyt nie.
— Dobrze. Niech pan z niego korzysta.
Opowiadał. O parkingu przy Stawowej i o godzinie jedenastej. O Mariackiej, na której stał przy murze kościoła. O tym, że za kwadrans druga zrobiło mu się słabo i usiadł w barze „Szychta”.
— Słabo? — przerwała mu.
— Zasłabłem. Posiedziałem, napiłem się wody. Przeszło.
— Często się to panu zdarza?
— Czasem — powiedział i nic więcej nie dodał.
Kempny coś zapisała. Włodek mówił dalej: o wiadomości, którą wysłał za osiem druga, o odpowiedzi, o tym, że potem wrócił na ulicę i fotografował do za kwadrans trzecia. Wyjął telefon, otworzył rozmowę z Natalią i położył telefon przed Kempny.
Kempny czytała długo. Przewinęła w górę, do wiadomości z siódmej wieczorem, potem z powrotem w dół. Przy słowach „Może i lepiej” zatrzymała się na chwilę. Włodek to zauważył. Nie powiedziała nic.
— Dalej — powiedziała.
Opowiedział o jeździe do Załęża, o bramie, o trzech połączeniach, o zmianie czasu. Tu zwolnił, bo wiedział, jak łatwo się w tym pogubić.
— Za dwie trzecia zadzwoniłem pierwszy raz. Potem zegar w telefonie się cofnął. Drugi raz dzwoniłem cztery minuty po drugiej, już po zmianie. Trzeci raz dwanaście po drugiej.
— A pański aparat?
— Aparat się nie przestawia. Ma czas letni. Ustawiam go ręcznie i tej nocy specjalnie go nie ruszam.
— Dlaczego?
— Bo tak robię od lat. — Wzruszył ramionami. — To mój projekt. Fotografuję godzinę, która zdarza się dwa razy. Potem w domu układam wszystko po kolei.
Kempny przyglądała mu się, oceniając, czy mówi poważnie.
— Na zdjęciach z aparatu jest więc godzina inna niż naprawdę.
— Po trzeciej tak. Godzina więcej.
Zapisała to i podkreśliła.
Potem przeszli do Natalii. Kempny pytała spokojnie i dokładnie: jak długo się znali, co ich łączyło, gdzie mieszkała, z kim się spotykała, czy się czegoś bała. Włodek odpowiadał krótko. Poznał ją siedem lat temu na warsztatach w Bogucicach. Była jego uczennicą, potem kimś więcej niż uczennicą, ale nie w tym sensie, o który pani komisarz mogłaby pytać. Mieszkała sama, w Brynowie. Miała chłopaka, Kamila, ale rozstali się we wrześniu.
— Wie pan dlaczego?
— Nie mówiła. Powiedziała tylko, że już nie chce go widzieć.
— Mieli konflikty?
— Nie wiem. Ja go ledwie znam.
Kempny zapisała imię. Nazwiska Włodek nie znał.
— A ta książka — powiedziała. — Mówił pan wczoraj o książce.
Włodek opowiedział. O Siódemce i o pożarze w lutym dwa tysiące czwartego roku, w którym zginęła babcia Natalii. O tym, że Natalia od września przeglądała w jego archiwum stare negatywy i rozmawiała z ludźmi, którzy wtedy tam mieszkali.
— Dlaczego w pana archiwum?
— Bo ja ten pożar fotografowałem — powiedział. — Tamtego wieczoru. Przypadkiem. Jechałem Gliwicką, zobaczyłem dym.
Kempny podniosła wzrok znad kartki.
— Przypadkiem.
— Przypadkiem. Wracałem ze zlecenia w Chorzowie.
— I co było na tych zdjęciach?
— Pożar. Strażacy. Ludzie na ulicy. Jedno poszło do gazety, reszta leży w segregatorze od dwudziestu dwóch lat.
— Kto jeszcze się interesował tą książką?
Włodek zastanowił się.
— Galeria, w której miała być wystawa. I deweloper, pewnie by się zainteresował, gdyby wiedział. Mrowiec. Kupił Siódemkę przed pożarem, a parę lat temu kupił dwunastkę. Natalia pisała o tym, jak wtedy wyrzucano ludzi z kamienicy. Nie wiem, czy to prawda. Ona tak twierdziła.
Kempny zapisała nazwisko. Tym razem go nie podkreśliła.
Włodek był w połowie zdania, kiedy zadzwonił telefon Kempny. Spojrzała na ekran, powiedziała „przepraszam” i odebrała.
— Kempny.
Słuchała. Twarz miała nieruchomą. Raz zerknęła na zegarek na nadgarstku.
— Rozumiem — powiedziała. — Tak. Rozumiem. Zaraz będę.
Rozłączyła się i wstała.
— Przepraszam na chwilę, panie Żółtak. Proszę tu zaczekać.
Wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Włodek został sam w małym pokoju z uschniętym fikusem. Na podwórzu za oknem ktoś trzasnął drzwiami radiowozu. Na korytarzu przeszło kilka osób, rozmawiając przyciszonymi głosami. Plastikowy kubek był już pusty. Włodek zgniótł go, zanim zdążył pomyśleć.
Zastanawiał się, co mogło się stać. Znalazła się karta? Statyw? Ktoś się przyznał? Nie przyszło mu do głowy nic, co pasowałoby do tego, jak spojrzała na zegarek.
Pomyślał o swoich zdjęciach z tamtej nocy. Skopiował je, przejrzał w pośpiechu i zamknął laptopa. Nie przyglądał się im naprawdę. Była tam Gliwicka, brama, fasada, samochód, o którym wspomniał wczoraj przy taśmie. Pendrive z tym wszystkim leżał teraz gdzieś w tym budynku, w czyjejś szufladzie, i ktoś obcy miał go oglądać uważniej niż on sam.
Kempny wróciła po dziesięciu minutach. Usiadła, ale nie od razu zaczęła mówić. Wyrównała kartki na stole, tak że ich brzegi się pokryły. Kiedy się odezwała, jej głos był równie spokojny jak przedtem, ale mówiła wolniej i bardziej oficjalnie.
— Panie Żółtak, powtórzmy jeszcze raz. O której był pan pod bramą?
— Za pięć trzecia. Przed zmianą czasu.
— Skąd pan to wie?
— Spojrzałem na telefon, zanim do niej zadzwoniłem.
— Do której był pan na miejscu?
— Do drugiej czterdzieści po zmianie. Wtedy wysłałem wiadomość i pojechałem do domu.
— Ktoś pana widział?
— Kobieta z parteru dziesiątki. Chyba. Zapaliła światło, kiedy wołałem.
— Ktoś pana widział w domu, w Czeladzi?
— Nie. Mieszkam sam.
Kempny zapisała i podniosła głowę.
— Czy pan wchodził do budynku przy Grubskiej 12?
— Nie.
— Nigdy?
— Nigdy. Nie wiem nawet, którędy tam się wchodzi. Natalia mnie miała wprowadzić.
— Czy tej nocy dotykał pan jej aparatu?
Włodek patrzył na nią długo.
— Nie widziałem jej tej nocy — powiedział. — W ogóle. Ostatni raz widziałem ją w piątek, w moim archiwum.
Kempny skinęła głową i zapisała. Potem zadała jeszcze kilka pytań o piątek, o to, co Natalia robiła w archiwum, i o to, czy była wtedy zdenerwowana. Włodek odpowiedział, że nie była, tylko zajęta, jak zawsze, kiedy skanowała. Kempny nie powiedziała, co się stało w czasie jej nieobecności. Włodek nie zapytał, bo wiedział, że i tak nie odpowie.
Przed pierwszą przeczytał protokół, poprawił dwie godziny, które Kempny zapisała bez zaznaczenia, czy to przed, czy po zmianie czasu, i podpisał każdą stronę.
— Teraz zaprowadzę pana do koleżanki z techniki — powiedziała Kempny. — Skopiuje zawartość pańskiego telefonu. Za zgodą, oczywiście.
— Oczywiście.
Pokój sierżant Wawrzyczek był na drugim piętrze, na końcu korytarza. Trzy monitory, pudełka z kablami, na parapecie rząd telefonów w foliowych torebkach z numerami. Wawrzyczek okazała się młodą kobietą w okularach, z włosami spiętymi byle jak, w bluzie z kapturem pod marynarką. Na biurku stał kubek z napisem: „Nie ma kopii zapasowej, nie ma problemu”.
— Pan Żółtak. — Podała mu rękę. — Pendrive od pana już mam, komisarz mi przekazała. Teraz telefon.
Podłączyła go kablem do jakiegoś urządzenia i zaczęła coś wpisywać. Na jednym z monitorów pojawił się pasek postępu.
— Potrwa z pół godziny — powiedziała. — Może pan poczekać tutaj albo na korytarzu.
— Poczekam tutaj.
Usiadł na krześle pod ścianą. Wawrzyczek pracowała, nie zwracając na niego uwagi, a potem, nie odrywając wzroku od ekranu, zapytała:
— Pana Canon nie przestawia się sam, prawda?
— Nie.
— A pan?
— Ja też nie.
Uśmiechnęła się pod nosem.
— Canon 6D, rocznik dwa tysiące dwanaście — powiedziała. — Mój ojciec ma taki sam. Nie chce go oddać, chociaż ekran mu się łuszczy. Z zegarem w tych aparatach zawsze jest to samo. Ludzie zapominają, że aparat nie wie, gdzie jest ani która godzina.
— Mój wie — powiedział Włodek. — Wie, która była godzina, kiedy go ustawiałem.
Wawrzyczek spojrzała na niego znad okularów. Chyba chciała coś odpowiedzieć, ale tylko skinęła głową i wróciła do pracy.
Po czterdziestu minutach oddała mu telefon.
— Gotowe. Niczego z niego nie usuwałam. Proszę też niczego nie usuwać.
— Nigdy niczego nie usuwam.
— Tak mi mówiła komisarz.
Wyszedł na Lompy przed drugą. Było szaro i chłodno. Pod komendą stali dwaj policjanci z papierosami, chodnikiem szli studenci z plecakami, a przy przystanku kobieta z wiadrem pełnym chryzantem wołała, że do Wszystkich Świętych zostało sześć dni i potem będzie drożej. Miasto żyło zwykłym poniedziałkiem. Włodek poszedł w stronę samochodu, który zostawił przy placu Wolności. Przez ten plac jechał w nocy z soboty na niedzielę do Załęża. Nie chciał o tym myśleć.
W domu nie mógł znaleźć sobie miejsca. Poszedł korytarzem do garażu, w którym trzymał archiwum, postał chwilę między regałami i wrócił, niczego nie dotknąwszy. Ugotował makaron, zjadł połowę, resztę wyrzucił.
O wpół do ósmej włączył regionalne wiadomości. Mówiono o korkach przed Wszystkimi Świętymi, o remoncie wiaduktu w Sosnowcu, o konkursie w filharmonii. Potem na ekranie pojawiła się Grubska. Taśma przy bramie dwunastki, kontener ochrony, Siódemka w tle. Wszystko było nakręcone za dnia, z ręki i trochę krzywo.
„Katowicka prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie zabójstwa dwudziestodziewięcioletniej kobiety, której ciało znaleziono w niedzielę rano w pustostanie przy ulicy Grubskiej w Załężu — powiedziała prezenterka. — Prokuratura nie ujawnia szczegółów. Wiadomo jedynie, że zmarła była fotografką i w noc zmiany czasu wykonywała zdjęcia w budynku przeznaczonym do rozbiórki”.
Potem mówili o pogodzie.
Włodek siedział nieruchomo. Zabójstwa. Nie wypadku, nie „wyjaśniania okoliczności”. Zabójstwa. Teraz rozumiał, po co Kempny wyszła z pokoju i dlaczego wróciła taka, jak wróciła. I dlaczego pytała, czy dotykał aparatu.
Przypomniał sobie pytania, które padły po jej powrocie. Czy ktoś go widział w domu. Czy wchodził do budynku. Czy dotykał aparatu. Tak nie pyta się świadka, który ma pomóc. Tak pyta się człowieka, którego trzeba wykluczyć. Albo nie wykluczyć. Mieszkał sam, wrócił o trzeciej w nocy, nikt go nie widział. Kręcił się pod tą bramą prawie godzinę i sam o tym powiedział.
Wyłączył telewizor i zadzwonił do Ireny. Odebrała po piątym sygnale.
— Wiem — powiedziała, zanim zdążył się odezwać. — Byli u mnie po południu. Ta sama pani komisarz.
— Co powiedzieli?
— Że to nie był wypadek. Że ktoś ją… — Irena urwała. Słyszał jej oddech. — Nie powiedzieli, co. Tylko że to nie był wypadek. I że będą pytać wszystkich. Pytali o Kamila. Pytali o pana.
— O mnie?
— Czy pan kiedyś się z nią kłócił. Powiedziałam, że nie wiem. — Chwila ciszy. — Kłócił się pan?
— O zdjęcia — powiedział Włodek. — Tylko o zdjęcia.
— To dobrze — powiedziała Irena i rozłączyła się bez pożegnania.
Włodek odłożył telefon i sięgnął po zeszyt. Otworzył go na wpisach z tamtej nocy i przeczytał je od początku, powoli, zdanie po zdaniu. Canon na letnim — nie ruszam do rana. 2:15 II — Siódemka, fasada. N. nie zeszła. Może i lepiej? Czytał własne pismo jak cudzy tekst, w którym może być coś, czego on nie widzi.
Znak zapytania po „Może i lepiej” wyszedł mu wtedy krzywo. Nie poprawił go tamtej nocy. Nie poprawił go i teraz.
Rozdział 5
Notes
Obudził się o szóstej i nie wiedział, kiedy zasnął. Leżał w ubraniu na kanapie, przykryty kocem, choć nie przypominał sobie, żeby po niego sięgał. Za oknem było jeszcze ciemno. U Pluty paliło się światło w kuchni i słychać było radio.
O dziewiątej siedział przy stole z laptopem i kubkiem kawy. Otworzył folder z sobotniej nocy i zaczął od pierwszego zdjęcia.
Tym razem nie przewijał. Oglądał każdą klatkę po kolei, powiększał, przesuwał kadr w poszukiwaniu czegoś, czego wcześniej nie widział. Nie wiedział dokładnie, czego szuka. Może Natalii. Może przeszła Mariacką, zanim pojechała na Załęże, a on złapał ją przypadkiem w tle. Może stała w którymś oknie dwunastki, a on tego nie zauważył, bo patrzył na Siódemkę. Może jej czołówka zaświeciła gdzieś na trzecim piętrze w chwili, gdy on naciskał spust.
Nie było jej nigdzie.
Były za to rzeczy, które zapamiętał, i takie, których nie pamiętał wcale. Sprzątaczka z miotłą. Para czoło przy czole. Pies przywiązany do słupka. Tłum pod jakimś klubem, z którego wychodził chłopak z butelką. Chłopak pod zielonym neonem, zapalający papierosa, z twarzą do połowy w dymie. Pusta Gliwicka na rogu Grubskiej, z latarnią, i hatchback w smugach reflektorów, z wyraźnie jaśniejszym przodem, rozmazany tak, że trudno było powiedzieć, jakiego jest koloru. Brama dwunastki, zabita deskami. Kontener ochrony z ciemną szybą. Fasada Siódemki z mokrymi parapetami, o drugiej piętnaście po zmianie czasu.
Przejrzał zdjęcia dwa razy, od pierwszego do ostatniego. Za drugim razem zatrzymał się przy bramie dwunastki i patrzył na nią długo. Deski na krzyż, szare i spękane. Nic nie wskazywało, że ktoś tamtędy wchodził. Weszła inaczej. Od podwórza, którego on nie znał.
Zamknął laptopa i otworzył zeszyt. Na czystej stronie wypisał wszystko, co wiedział na pewno, w dwóch kolumnach: po lewej godziny przed zmianą czasu, po prawej po zmianie. Wyszło mu kilkanaście linijek. Natalia pisała do niego o pierwszej pięćdziesiąt sześć, więc wtedy jeszcze żyła i miała w ręku telefon. Potem przez godzinę, zanim on sam stanął pod bramą, nikt nic o niej nie wiedział. Albo ktoś wiedział, tylko nie on.
Podkreślił tę lukę dwiema kreskami i odłożył długopis. Zjadł kanapkę, nie czując smaku.
O wpół do pierwszej zadzwoniła Irena.
— Byłam w jej mieszkaniu — powiedziała bez powitania. — Z policją. Rano. Przeszukiwali.
— Wszystko w porządku?
— Nie wiem, co to znaczy „w porządku”. — Jej głos był zmęczony, ale opanowany. — Zabrali laptop. I kalendarz ze ściany, taki duży, w którym zapisywała zlecenia. Otwierali szafki. Pytali, czy coś zginęło. Skąd mam wiedzieć, co zginęło? Nie byłam u niej od lata.
Włodek słuchał i nic nie mówił.
— Pytali o Kamila — ciągnęła Irena. — Czy miał klucze. Czy się kłócili. Czy przychodził. Powiedziałam, że nie wiem, bo nie wiem. Ona mi nic nie mówiła. — Umilkła na chwilę. — I pytali o jakiś notes. Znaleźli go w jej plecaku, na górze. Coś tam zapisała. Nie pokazali mi. Pytali tylko, czy wiem, z kim ona się miała godzić. Czy z kimś była pokłócona i chciała to naprawić.
— A była?
— Ze mną. — Irena powiedziała to cicho. — Ale chyba nie o mnie pytali.
— Pytali o konkretną osobę?
— Nie. Zapytali, czy z Kamilem się rozstali w złości. Powiedziałam, że tak. Wtedy ta pani komisarz coś zapisała.
W słuchawce coś stuknęło, pewnie Irena odstawiła kubek.
— Panie Włodku — powiedziała. — Może pan przyjechać? Grzesiek jest w pracy, Beata też. Nie chcę siedzieć sama.
— Przyjadę.
Przed blokiem na Koszutce zaparkował o drugiej. Chmury wisiały nisko, ale nie padało. Na trzepaku siedziały dwie wrony i kłóciły się o coś głośno, jak ludzie. Włodek zamknął samochód i ruszył w stronę klatki.
Ktoś siedział na murku przy wejściu. Chudy, wysoki chłopak koło trzydziestki, z brodą, w czarnej czapce naciągniętej na uszy, choć nie było zimno. Kurtkę miał rozpiętą, rękawy kurtki i bluzy podciągnięte do łokci, na przedramionach tatuaże: jakieś fale, linie, cyfry. Obok niego stała pusta butelka po piwie, a drugą, do połowy pełną, trzymał między kolanami.
Kiedy Włodek podszedł, chłopak podniósł głowę. Oczy miał czerwone i nieprzytomne.
— Pan jest Żółtak — powiedział. Nie pytał. — Ten od kliszy. Ten jej guru.
Włodek przystanął.
— A ty jesteś Kamil.
— Brawo. — Chłopak wstał, zachwiał się i złapał równowagę. — Brawo, panie fotograf. Wszystko pan wie, wszystko pan widzi.
— Idź do domu, Kamil. Wyśpij się.
— Do domu? — Kamil zaśmiał się krótko i nieprzyjemnie. — Ja nie mam domu. Ona mnie wywaliła. We wrześniu. Jak psa. Klucze mi zostały, wie pan? Klucze mam, a domu nie mam. Zajebisty vibe.
Zbliżył się o krok. Czuć było od niego piwo i coś jeszcze, słodkawego, czego Włodek nie umiał nazwać.
— To pan ją tam wysłał — powiedział Kamil, ciszej. — Z tymi zdjęciami. Z tą godziną, co jest dwa razy. Pan jej to wymyślił. Ona by tam w życiu sama nie poszła w nocy, gdyby nie pan.
— To był jej pomysł.
— Gówno prawda! — krzyknął Kamil. Wrony zerwały się z trzepaka. — Ona o panu gadała więcej niż o mnie! „Pan Włodek powiedział, pan Włodek pokazał, pan Włodek ma negatyw z tego i z tamtego”. Pan był jej wszystkim, a ja byłem od noszenia statywu!
Chwycił Włodka za kurtkę, obiema rękami, przy kołnierzu. Nie mocno, raczej rozpaczliwie, jakby musiał się czegoś trzymać. Włodek nie odsunął się. Patrzył mu w twarz z bliska i widział, że chłopak zaraz się rozpłacze.
— Puść — powiedział spokojnie.
— A pan gdzie był? — Kamil nie puszczał. — Gdzie pan był, jak ona tam leżała? Bo ja wiem, gdzie ja byłem. Ja grałem. Do trzeciej. Do trzeciej, słyszy pan? Wszyscy mnie widzieli. Cały klub. A pan gdzie był?
Włodek nie odpowiedział. Kamil zacisnął palce mocniej.
— Kamil!
Głos dobiegł z góry. Na balkonie drugiego piętra stała Irena, w swetrze narzuconym na ramiona, z rękami opartymi o barierkę.
— Kamil, zostaw pana. Idź do domu.
Kamil puścił kurtkę. Spojrzał w górę, na Irenę, potem na Włodka, potem gdzieś w bok, na trzepak. Twarz mu się skrzywiła.
— Przepraszam, pani Ireno — powiedział głośno, łamiącym się głosem. — Przepraszam. Ja tylko… ja tylko chciałem…
Nie dokończył. Podniósł z ziemi napoczętą butelkę, spojrzał na nią i postawił na murku, obok pustej. Potem odwrócił się i poszedł w stronę ulicy, z rękami w kieszeniach i podniesionymi ramionami. Po kilku krokach otarł twarz rękawem.
Włodek stał jeszcze chwilę pod klatką. Poprawił kołnierz kurtki. Ręce mu drżały, choć nie ze strachu.
Irena czekała na niego w otwartych drzwiach mieszkania. Kot ocierał się jej o nogi.
— Siedział tam od południa — powiedziała. — Nie chciałam go wpuścić. Nie wiedziałam, co z nim zrobić.
— Dobrze pani zrobiła.
Weszli do kuchni. Irena nastawiła wodę na herbatę, choć Włodek o nią nie prosił, i stała przy kuchence plecami do niego, dopóki czajnik nie zaczął szumieć.
— On ją kochał — powiedziała, nie odwracając się. — Naprawdę ją kochał. Na swój sposób. Przychodził tu z nią na obiady, naprawił mi kran, zawsze przynosił kwiaty, nawet jak nie było okazji. Ale on kłamie, jak oddycha, panie Włodku. Ona sama tak o nim mówiła. Że kłamie, jak oddycha, i nawet nie wie, kiedy to robi.
— Dlaczego go wyrzuciła?
— Nie powiedziała. — Irena zdjęła czajnik z gazu. — Zadzwoniła we wrześniu i powiedziała tylko: „Mamo, Kamila już nie ma”. Myślałam, że coś mu się stało. A ona na to, że nie, że po prostu go nie ma. I koniec.
Postawiła przed nim kubek i usiadła naprzeciwko. Wyglądała na starszą niż w niedzielę.
— Wie pan, od czego się zaczęło? — zapytała nagle. — To jej fotografowanie.
Włodek pokręcił głową. Natalia nigdy mu o tym nie opowiadała, a on nigdy nie pytał.
— Od małpki. Takiego małego aparatu na kliszę, plastikowego. Grzesiek jej kupił na siódme urodziny. To było w czerwcu, cztery miesiące po… po mamie. Natka przestała wtedy rysować. Do lutego rysowała cały czas, u mamy na Grubskiej siedziała przy stole w kuchni i rysowała. A potem przestała, jak nożem uciął. I Grzesiek przyniósł jej ten aparat. Powiedział: „Jak nie chcesz rysować, to fotografuj”. — Irena uśmiechnęła się blado. — Wypstrykała trzy filmy w tydzień. Same zdjęcia kota, sąsiadów i własnych stóp.
— Stóp?
— Stóp. Mówiła, że stopy nie udają.
Włodek przypomniał sobie teczkę z pierwszych warsztatów, w której Natalia przyniosła mu zdjęcia zrobione z odległości metra. Na jednym z nich były czyjeś buty na chodniku.
— Miała rację — powiedział.
— Pogrzebu jeszcze nie ma — powiedziała Irena po chwili, patrząc w kubek. — Prokurator musi wydać zgodę. Grzesiek dzwoni tam dwa razy dziennie. Mówią, że może w piątek. — Podniosła wzrok. — Przyjdzie pan?
— Przyjdę.
— A ten chłopak nazywa się Sobota — dodała. — Kamil Sobota. Gdyby pan pytał.
— Nie będę pytał.
— Policja pytała. — Irena objęła swój kubek dłońmi. — O wszystko pytają. O pana też. Czy się kłóciliście. Wczoraj panu mówiłam.
— Mówiła pani.
Posiedzieli w milczeniu. Kot wskoczył na trzecie krzesło i położył się na nim, jakby było jego. Na ścianie w dużym pokoju, widocznym przez otwarte drzwi, wisiało zdjęcie Natalii w todze. Włodek przesunął krzesło tak, żeby go nie widzieć.
— Mówił, że grał do trzeciej — powiedział w końcu.
— Kto?
— Kamil. Na dole. Że grał do trzeciej i wszyscy go widzieli.
Irena spojrzała na niego.
— Czy to coś znaczy?
— Nie wiem.
Nie wiedział. Wiedział tylko, że w tamtą noc trzecia była dwa razy, a chłopak z tatuażami na przedramionach powiedział to tak, jakby miał to zdanie przygotowane od dawna.
Wyszedł od Ireny po czwartej, kiedy przyjechała Beata i przywiozła zakupy. Postawiła siatki w przedpokoju, zdjęła płaszcz i dopiero wtedy spojrzała na Włodka, jak gdyby wcześniej go nie zauważyła.
— Grzesiek kazał spytać, czy pan czegoś nie potrzebuje — powiedziała. — Mówił, że pan wyglądał w niedzielę bardzo źle.
— Dziękuję. Niczego.
— Powiem mu. — Beata zaczęła wyjmować zakupy i układać je na blacie w równych rzędach: mleko do mleka, jogurty do jogurtów. — On się wszystkim przejmuje. Taki jest.
Włodek pożegnał się z Ireną w przedpokoju. Na dworze zapadał zmrok. Kamila nie było już przy klatce. Na murku została pusta butelka, druga zniknęła.
Włodek wsiadł do samochodu i nie zapalił od razu silnika. Siedział z rękami na kierownicy i patrzył na mokre od wieczornej wilgoci liście pod trzepakiem.
Do trzeciej. Wszyscy go widzieli. Cały klub.
Który klub? Na Mariackiej było ich kilka. Pomyślał o zielonym neonie z mrugającą literą, o chłopaku z papierosem, o dymie w mżawce. Nie pamiętał twarzy. Pamiętał tylko dym.
I która trzecia? Ta pierwsza, przed zmianą czasu, czy ta druga? Pijany chłopak mógł nie wiedzieć, że była dwa razy. Albo wiedział doskonale i dlatego tak to powiedział. Pomiędzy jedną trzecią a drugą była cała godzina. Przez godzinę można dojechać z Mariackiej wszędzie w tym mieście i wrócić.
Pomyślał też o notesie, o który pytała policja. Z kim miała się godzić? Z Kamilem? Z matką? Natalia godziła się szybko i bez słów, po prostu wracała. Nie zapisywała takich rzeczy w notesie jak zadań do wykonania. Chyba że to nie była zwykła kłótnia.
Wyjął zeszyt i pod listą godzin dopisał: Kamil Sobota. „Do trzeciej”. Która? Potem jeszcze: Notes — z kim?
Telefon zawibrował w kieszeni kurtki. Wiadomość z nieznanego numeru.
Proszę się stawić jutro, 28.10, o godz. 10:00 w KMP Katowice, ul. Lompy, pok. 214. Asp. szt. T. Lipka.
Przeczytał ją dwa razy. Nie było w niej nic, czego nie mógłby się spodziewać. Mimo to poczuł zimno w żołądku.
Zapalił silnik i pojechał do Czeladzi. Na DTŚ był już korek, ludzie wracali z pracy, czerwone światła stopów ciągnęły się aż do wiaduktu. Włodek jechał wolno, prawym pasem, i przez całą drogę myślał o tym, że jutro znowu usiądzie w małym pokoju naprzeciwko kogoś, kto będzie zapisywał każde jego słowo. Dotąd to on był tym, który patrzy. To on fotografował ludzi, którym coś się przydarzyło, a potem pisał pod zdjęciem ich nazwiska i wiek. Teraz ktoś inny zapisywał jego.
Rozdział 6
Wpół do trzeciej
Spał tej nocy trzy godziny, od drugiej do piątej, i obudził się z uczuciem, że coś przegapił. Ogolił się starannie, włożył czystą koszulę, tę jasnoniebieską, w której chodził na pogrzeby i do urzędów, i dopiero przed lustrem zauważył, że ubiera się jak do sądu. Nie przebrał się. Zeszyt włożył do kieszeni kurtki, jak zawsze.
Na DTŚ był korek. Stał w nim dwadzieścia minut i przez cały ten czas układał w głowie godziny z tamtej nocy, jedną po drugiej, jak paciorki na sznurku. Wszystkie się zgadzały. Nie wiedział, dlaczego to go nie uspokaja.
Na komendę wszedł za pięć dziesiąta.
Pokój 214 był większy niż ten, w którym przesłuchiwała go Kempny. Dwa biurka zsunięte razem, szafa na akta, na ścianie mapa Katowic z powbijanymi szpilkami, które niczego już nie oznaczały, bo nikt ich dawno nie przestawiał. Za oknem był szary dzień i parking, na którym dwóch policjantów w mundurach myło radiowóz.
Lipka siedział za biurkiem w tej samej skórzanej kurtce co w niedzielę. Kempny stała przy oknie z rękami skrzyżowanymi na piersi. Kiedy Włodek usiadł, Lipka nie powiedział „dzień dobry”. Wyjął z teczki kartkę, obrócił ją napisem do Włodka i położył na blacie, jednym ruchem, jak kartę do gry.
— Billing — powiedział. — Pański telefon. Noc z soboty na niedzielę.
Włodek pochylił się nad kartką. Tabela, kolumny, godziny, jakieś numery stacji przekaźnikowych, których nie rozumiał. Kilka wierszy było zaznaczonych żółtym markerem.
— Loguje się pan w Załężu od drugiej pięćdziesiąt dwie — powiedział Lipka, stukając palcem w pierwszy zaznaczony wiersz. — Do drugiej czterdzieści. — Palec przesunął się niżej. — Od drugiej pięćdziesiąt dwie do drugiej czterdzieści. Cofał się pan w czasie, panie Żółtak?
— Zmiana czasu — powiedział Włodek. — Pierwsza godzina jest przed zmianą, druga po. Byłem tam od za osiem trzecia czasu letniego do drugiej czterdzieści zimowego. Niecałą godzinę.
— Niecałą godzinę — powtórzył Lipka. — Pod bramą.
— Pod bramą, na rogu, przy płocie od podwórza. Mówiłem to pani komisarz w poniedziałek.
— Mówił pan. — Lipka nie spuszczał z niego wzroku. — Trzy połączenia do pani Natalii. Żadnego połączenia z jej strony. Do pana nie dzwoniła.
— Nie dzwoniła.
Kempny odwróciła się od okna. Podeszła do biurka i położyła obok pierwszej kartki drugą.
— To jest jej billing — powiedziała. — Połączenia przychodzące. Pańskie trzy połączenia są tu w takiej kolejności: druga pięćdziesiąt osiem, druga zero cztery, druga dwanaście. — Spojrzała na niego. — Pierwsze za dwie trzecia, drugie cztery minuty po drugiej. Jak to możliwe?
— Tak samo — powiedział Włodek. — Pierwsze przed zmianą czasu, dwa następne po. Między pierwszym a drugim minęło sześć minut, chociaż na papierze wygląda to tak, jakby czas się cofnął.
Kempny skinęła głową i wróciła do okna. Musiała się spodziewać tej odpowiedzi, ale chciała ją usłyszeć od niego. Lipka coś zanotował.
— Dobrze — powiedział. — To teraz inna sprawa.
Wyjął z teczki trzecią kartkę, tym razem zapisaną ręcznie, niebieskim długopisem. Nie pokazał jej Włodkowi, tylko czytał z niej, przesuwając palcem po linijkach.
— Sąsiadka z parteru dziesiątki. Sypialnię ma od podwórza. W nocy obudził ją krzyk. Z dwunastki, od strony klatki schodowej. Kobiecy. — Podniósł wzrok. — Wie pan, o której?
— Nie.
— Koło wpół do trzeciej. Ona mówi „koło wpół do trzeciej”. Zaraz potem otworzyła okno i krzyczała na podwórze, że dzwoni na policję. Nie zadzwoniła, bo myślała, że to złomiarze albo gówniarze. Ale krzyczała. — Lipka odłożył kartkę. — Wpół do trzeciej. Pan był wtedy pod bramą, prawda?
Włodek poczuł, że robi mu się zimno w dłoniach.
— O wpół do trzeciej po zmianie czasu stałem pod bramą albo przy płocie — powiedział powoli. — Nie było krzyku. Nikt nie krzyczał przez okno. Słyszałem psa, daleko. Nic więcej.
— Nic pan nie słyszał — powiedział Lipka. — Babka z parteru słyszała. Obudziło ją. A pan, co stał dwadzieścia metrów dalej, nic.
— Bo tego nie było.
— Czego nie było? Krzyku?
— O tej godzinie, kiedy ja tam stałem, nie było.
Lipka pochylił się nad biurkiem. Kurtka zaskrzypiała.
— To ja panu powiem, co jeszcze słyszała ta pani. — Znowu sięgnął po kartkę. — Później, jak już się położyła, jakiś chłop wołał od podwórza imię. Wołał kilka razy. Koło wpół do czwartej.
Włodek otworzył usta i zamknął je.
— To ja wołałem — powiedział. — Wołałem ją przez płot. Ale nie o wpół do czwartej, tylko…
— Tylko?
— Koło wpół do trzeciej. Po zmianie. Dwadzieścia, może dwadzieścia pięć po drugiej.
— Pani mówi: wpół do czwartej.
— To pani się myli.
— Albo pan — powiedział Lipka spokojnie. — Albo ktoś inny wołał. Pański telefon o drugiej czterdzieści wyjechał z Załęża, to widać tu czarno na białym. — Znowu postukał w billing. — Czyli o wpół do czwartej pana tam nie było. Czyli wołał ktoś inny. Czyli była tam jeszcze jedna osoba. Albo pani się myli co do godziny. Ale jak się myli co do jednej godziny, to może i co do drugiej. A jeśli co do pierwszej się nie myli, to krzyk był o wpół do trzeciej, kiedy pan, jak sam mówi, stał pod bramą.
Mówił wolno, zdanie po zdaniu, i każde kolejne zostawiało Włodkowi mniej miejsca na wyjaśnienia.
— Nie słyszałem krzyku — powtórzył. — Ani kobiety w oknie.
— To słyszę — powiedział Lipka i przeszedł na śląski, cicho i ostro. — Stoł pan pod bramom, kaj ktoś zabił dziołcha, i nic pan nie słyszoł. Ani krzyku, ani baby w oknie. Nic. Pan jest głuchy, panie Żółtak?
— Tomek — powiedziała Kempny od okna.
Lipka oparł się z powrotem o krzesło. Słychać było tylko szum wody, którą na parkingu polewano radiowóz.
Kempny podeszła do biurka, wyrwała z notesu czystą kartkę i położyła ją przed Włodkiem razem z długopisem.
— Proszę mi narysować, którędy pan chodził. Brama, róg, płot. Gdzie pan stał i kiedy.
Włodek narysował. Grubską jako dwie linie, prostokąty kamienic z numerami, Gliwicką u dołu, krzyżyk w miejscu, gdzie zaparkował. Strzałkami zaznaczył drogę od bramy na róg i z powrotem, a potem dookoła kwartału, do płotu od podwórza. Przy każdym miejscu dopisał godzinę, a przy godzinach po zmianie dodał małe „II”, tak jak w zeszycie. Kempny patrzyła mu przez ramię.
— Okno tej pani — powiedział, stukając długopisem w prostokąt dziesiątki. — Od podwórza. Zapaliło się światło, kiedy wołałem. Potem zgasło.
— Zapamiętał pan godzinę?
— Nie patrzyłem na zegarek. Ale wołałem zaraz po tym, jak obszedłem kwartał. Wyszedłem z Grubskiej dwadzieścia po drugiej. Po zmianie.
Kempny wzięła kartkę, przyjrzała się jej i schowała do teczki.
Kempny usiadła na brzegu drugiego biurka, bokiem do Włodka. Wyjęła telefon i przewinęła coś na ekranie.
— Panie Żółtak, w pańskim telefonie jest wiadomość od pani Natalii z pierwszej pięćdziesiąt sześć. Pisze: „Może i lepiej”. — Przeczytała to bez intonacji, jak numer rejestracyjny. — Co to znaczy?
— Że się obraziła — powiedział Włodek. — Że nie przyszedłem na pierwszą drugą piętnaście, tylko przełożyłem. Ona tak pisała, jak była zła.
— Jak często była na pana zła?
— Często. Za spóźnienia. Za to, że nie odbieram telefonu. Za to, że się czepiam jej zdjęć.
— I pan się tym przejmował?
— Nie. Przechodziło jej po godzinie.
— A tej nocy?
Włodek spojrzał na nią. Rozumiał, dokąd prowadzi to pytanie, i nie miał siły, żeby udawać, że nie rozumie.
— Tej nocy nie zdążyło przejść — powiedział.
Kempny nic nie odpowiedziała. Przyglądała mu się w milczeniu, z twarzą, z której nic nie dało się wyczytać.
— Dlaczego napisał pan „przepraszam” o drugiej czterdzieści? — zapytała.
— Bo się spóźniłem. Bo nie przyszedłem na pierwszą. Bo miała do mnie żal.
— O co jeszcze mogła mieć do pana żal?
— O nic więcej.
— Kłóciliście się w ostatnich dniach?
— W piątek w archiwum powiedziałem, że jej skany są przepalone. Obraziła się na kwadrans. Potem przyniosła mi kawę.
Lipka parsknął, ale nic nie powiedział.
— Mam zdjęcia z Mariackiej — powiedział Włodek. — Z całej nocy. Macie je na pendrivie. I jest barman z „Szychty”, który widział, jak siedziałem, zanim pojechałem. Jak źle się poczułem. On może powiedzieć, o której wyszedłem.
— Zdjęcia z godziną, która była dwa razy? — Lipka pokręcił głową. — Gratuluję. Sam pan mówi, że pański aparat ma inną godzinę niż wszyscy. Na zdjęciu będzie druga dwadzieścia, a która to druga dwadzieścia, to już pan nam powie. Albo nie powie.
— Sprawdzimy barmana — powiedziała Kempny. — Sprawdzimy wszystko.
— Czy ja jestem podejrzany?
Kempny odpowiedziała od razu, jakby czekała na to pytanie.
— Jest pan przesłuchiwany w charakterze świadka. Nikt panu nie przedstawił zarzutów.
— To nie jest odpowiedź.
— To jest jedyna odpowiedź, jaką mogę panu dziś dać.
Podpisał protokół przed pierwszą. Tym razem czytał go dłużej i poprawił cztery godziny, dopisując przy każdej, czy chodzi o czas letni, czy zimowy. Lipka patrzył na to z założonymi rękami.
— Będzie pan pod telefonem — powiedział na koniec. — I nigdzie nie wyjeżdża. Tak na wszelki wypadek.
— Nigdzie się nie wybieram.
Kempny odprowadziła go do drzwi. Na korytarzu było tłoczno: ktoś czekał na ławce, ktoś rozmawiał przez telefon, przy automacie z kawą kłóciło się dwóch mężczyzn w garniturach. Włodek przeszedł kilka kroków w stronę schodów i zatrzymał się, bo z przeciwnej strony nadchodziło dwóch policjantów, a między nimi szedł chudy, wysoki chłopak w czarnej bluzie z kapturem naciągniętym na głowę.
Minęli się w wąskim przejściu przy schodach. Kamil podniósł wzrok. Oczy miał trzeźwe i przestraszone. Przez sekundę patrzył na Włodka, chyba chciał coś powiedzieć, a potem odwrócił głowę i dał się poprowadzić dalej, do jednego z pokoi na końcu korytarza.
— Pan Sobota — powiedziała Kempny, która zatrzymała się obok Włodka. Nie brzmiało to jak informacja. Brzmiało raczej tak, jakby chciała sprawdzić, jak Włodek zareaguje.
— Wiem, kto to jest — powiedział Włodek. — Wczoraj trzymał mnie za kurtkę pod blokiem matki Natalii.
Kempny uniosła lekko brwi.
— Tego mi pan nie powiedział.
— Nie pytała pani.
— Teraz pytam.
Opowiedział jej krótko, na schodach, przyciszonym głosem. O murku, o piwie, o kluczach, o tym, że Kamil krzyczał, że „grał do trzeciej” i „wszyscy go widzieli”. Kempny słuchała bez słowa. Na końcu skinęła głową.
— Dziękuję — powiedziała. — Do widzenia, panie Żółtak.
Samochód stał na parkingu za komendą. Włodek wsiadł, zamknął drzwi i nie włożył kluczyka do stacyjki.
Siedział w samochodzie i patrzył przed siebie, na mur z tynkiem odpadającym płatami.
Wpół do trzeciej. Wpół do czwartej.
Coś się w tym nie zgadzało. Nie wiedział co, ale czuł to tak, jak czasem czuł, przeglądając stary zeszyt, że brakuje w nim jakiejś linijki, choć nie umiał powiedzieć której.
Zaczął liczyć na palcach, jak dziecko. Krzyk koło wpół do trzeciej. Wołanie koło wpół do czwartej. Między nimi godzina. On wołał przez płot mniej więcej dwadzieścia po drugiej, po zmianie. Wyjechał o drugiej czterdzieści. Jeśli sąsiadka ma rację co do godziny wołania, to wołał ktoś inny, nie on. Jeśli to jego wołanie słyszała, to się myli o godzinę. Godzinę. Dokładnie tyle, ile tej nocy…
Przypomniał sobie światło w oknie parteru. Zapaliło się wtedy, kiedy wołał, i zgasło chwilę później. Kobieta pewnie odsunęła firankę, wyjrzała i wróciła do łóżka. Była pewna, że to było o wpół do czwartej, a on był pewny, że dwadzieścia po drugiej. Nie mogli mieć racji oboje. Chyba że każde z nich liczyło czas od czegoś innego.
Zatrzymał się. Myśl, którą już prawie miał, uciekła, zanim zdążył ją złapać.
Za szybą policjant z parkingu skończył myć radiowóz, zwinął wąż i poszedł do budynku. Włodek włożył kluczyk do stacyjki i zapalił silnik.
Przez całą drogę do Czeladzi miał wrażenie, że zapomniał czegoś ważnego. Czegoś, co było tuż obok, jak słowo, które ma się na końcu języka.
Rozdział 7
Zegar po Erneście
Zegar w kuchni wskazywał dziesięć po ósmej. Był elektryczny, sterowany radiem, i w nocy z soboty na niedzielę sam cofnął się o godzinę, kiedy Włodek stał pod bramą dwunastki. Obok, na ceracie, leżał Canon. Włodek nie ruszał go od niedzieli, od kiedy wyjął z niego kartę z tamtej nocy i schował do szuflady. Nie przestawił w nim zegara, nie zmienił nawet obiektywu. Aparat był teraz czymś w rodzaju dowodu i Włodek obchodził się z nim ostrożnie, jak z cudzą rzeczą.
Zjadł dwie kromki chleba ze smalcem, bo nic innego nie było w lodówce, i zaparzył herbatę. Potem wyjął z kurtki zeszyt i otworzył go na nocy z soboty na niedzielę.
24.10.26, sob. 23:00. Trzynasta edycja. Canon na letnim — nie ruszam do rana.
Przeczytał ten wpis kilka razy. Napisał go sam, cztery dni temu, na dachu samochodu, z przyzwyczajenia, które miał od lat. Co roku w noc zmiany czasu zapisywał, który zegar co pokazuje, bo inaczej rano nie umiałby dopasować zdjęć do notatek.
Włączył Canona. Na tylnym wyświetlaczu, w menu, pokazała się godzina: 21:41. Spojrzał na zegar w kuchni: 20:41.
Godzina różnicy. Oczywiście. Wiedział o tym od niedzieli, sam to tłumaczył policji kilka razy, rysował strzałki na szkicu dla Kempny. Tylko że dotąd myślał o tym jak o swoim problemie: jego aparat się spieszy, więc on musi się tłumaczyć.
Teraz popatrzył na to z drugiej strony.
Canon nie kłamał. Pokazywał dokładnie to, co pokazywał w sobotę wieczorem, bo nikt go nie przestawił. Tak samo zachowuje się każdy zegar, którego nikt nie ruszy: Poljot po ojcu, zanim Włodek przestawił go w niedzielę rano, stary budzik, może też jakiś zegar w mieszkaniu starszej pani z parteru. W nocy o trzeciej cały kraj cofa się o godzinę, a taki zegar po prostu idzie dalej.
Wziął długopis i pod wpisami z tamtej nocy, na czystej stronie, zaczął pisać.
Sąsiadka z parteru. Krzyk „koło wpół do trzeciej”. Wołanie „koło wpół do czwartej”.
Jeżeli jej zegar był na letnim:
wpół do trzeciej na jej zegarze = wpół do trzeciej przed zmianą. Pierwsza wpół do trzeciej.
wpół do czwartej na jej zegarze = wpół do trzeciej po zmianie. Druga wpół do trzeciej. Ja.
Odłożył długopis i przeczytał to, co napisał. Ręka lekko mu drżała.
Druga wpół do trzeciej to był on. Stał wtedy przy płocie za dziesiątką i wołał „Natalia!”, a w oknie parteru zapaliło się światło. Jeśli tak było, kobieta się nie pomyliła. Odczytała godzinę ze swojego zegara, a ten zegar od trzeciej w nocy szedł godzinę do przodu.
Pierwsza wpół do trzeciej to był krzyk.
Włodek zamknął oczy. O tej porze chodził z aparatem po Mariackiej, niecałą godzinę po tym, jak barman w „Szychcie” postawił przed nim szklankę wody. Robił wtedy telefonem zdjęcia latarni, kościoła i fontanny, bo zawsze je robił, kiedy zmieniał miejsce. Te zdjęcia miały w sobie godzinę i miejsce, zapisane przez telefon, którego nie trzeba przestawiać.
A więc to wtedy. Pół godziny, zanim stanął pod bramą, i godzinę, zanim wołał ją przez płot. Natalia krzyczała na klatce, kiedy on, trzy kilometry dalej, fotografował ludzi pod neonami i myślał, że ona się na niego gniewa.
Siedział przy stole długo. Herbata wystygła. Zegar w kuchni pokazał wpół do dziesiątej, potem za pięć dziesiąta. Włodek kilka razy brał telefon do ręki i odkładał go. Nie był pewien, czy wolno dzwonić do policjantki o tej porze, i nie był pewien, czy nie wyjdzie na człowieka, który próbuje się wykręcić.
Punkt dziesiąta wybrał numer Kempny.
Odebrała po trzecim sygnale. W tle grał telewizor, potem ucichł.
— Kempny.
— Mówi Żółtak. Przepraszam, że tak późno.
— Słucham pana.
— Proszę sprawdzić, czy ta pani z parteru przestawiła zegar.
Chwilę milczała.
— Jaki zegar?
— Ten, na który patrzyła tamtej nocy. Jeśli ma w pokoju stary zegar, ścienny albo budzik, i nikt go nie cofnął w nocy, to on do rana pokazywał godzinę więcej. Krzyk był wtedy koło wpół do trzeciej przed zmianą, a wołanie o wpół do trzeciej po zmianie. To wołanie to byłem ja. Wszystko się zgadza.
Tym razem milczała dłużej. Włodek słyszał, jak coś notuje.
— Rozumiem — powiedziała w końcu. — Sprawdzimy to jutro rano.
— Dziękuję.
— Panie Żółtak.
— Tak?
— Proszę się przespać. I proszę nigdzie nie dzwonić w tej sprawie. Do nikogo.
Rozłączyła się. Włodek dopisał w zeszycie pod swoimi wyliczeniami: 22:00 — Kempny. „Sprawdzimy jutro”. Potem wyłączył Canona i zostawił go na stole.
W czwartek wstał o szóstej, choć zasnął dopiero po pierwszej. Ogolił się, zjadł, umył talerz i kubek. O ósmej nie miał już nic do roboty.
Telefon położył na parapecie w kuchni, ekranem do góry, i co kilka minut sprawdzał, czy nie przyszła wiadomość. Zszedł do ciemni i zaraz z niej wrócił, bo nie umiał się skupić na niczym, co wymagało ciszy. W archiwum przełożył z miejsca na miejsce dwa segregatory i przypomniał sobie, że Natalia siedziała przy tym stole w piątek i kłóciła się z nim o prześwietlone skany. Wyszedł stamtąd szybciej, niż wszedł.
Koło dziewiątej poszedł do ogrodu. Było zimno i jasno, pierwszy pogodny dzień od tygodnia. Trawa była mokra, na grządce po pomidorach leżały liście z orzecha Pluty. Włodek zaczął je grabić, bo grabie stały przy komórce i były pod ręką.
— Dzień dobry, sąsiad! — zawołał Pluta zza siatki.
Stał w swoim ogrodzie w watowanej kurtce i czapce z nausznikami, a Kajtek, mały czarny kundel z siwym pyskiem, obwąchiwał słupek ogrodzenia.
— Dzień dobry, panie Zdzisławie.
— Przymrozek był w nocy, widział pan? Na samochodzie szron jak w grudniu. A w radiu mówią, że na Wszystkich Świętych będzie ciepło. Ja tam w to nie wierzę. Pamiętam siedemdziesiąty dziewiąty rok, też mówili, że ciepło będzie, a potem śnieg spadł do kolan.
— To było w grudniu — powiedział Włodek.
— W grudniu, w listopadzie, jeden pies. — Pluta pochylił się nad siatką. — Pan coś blado wygląda. Serce?
— Nie. Nie spałem.
— To ja też nie śpię. Od czterdziestu lat nie śpię. Człowiek na grubie przyzwyczai się do trzech zmian i potem mu tak zostaje na zawsze.
Kajtek zaszczekał na wróbla. Pluta mówił dalej, o liściach, o tym, że trzeba będzie wymienić rynnę, zanim przyjdą deszcze, i o nieboszczce żonie, która co roku o tej porze okrywała róże słomą. Włodek grabił i kiwał głową. Słuchał jednym uchem, a drugim nasłuchiwał telefonu, który został w kuchni na parapecie.
Zadzwonił za dwadzieścia dziesiąta. Włodek usłyszał go przez uchylone okno, rzucił grabie na trawę i pobiegł do domu, zostawiając Plutę w pół zdania.
— Kempny — powiedziała. — Może pan przyjechać na jedenastą?
— Będę.
— Pokój dwieście osiemnaście. U sierżant Wawrzyczek, tam, gdzie w poniedziałek.
Nie powiedziała nic więcej, a on nie pytał.
Pokój Wawrzyczek na drugim piętrze wyglądał tak samo jak w poniedziałek: trzy monitory, pudełka z kablami, telefony w foliowych torebkach na parapecie. Tylko obok drukarki stał teraz czajnik elektryczny i pachniało kawą rozpuszczalną. Wawrzyczek siedziała przy biurku pod oknem, w okularach i szarej bluzie z kapturem pod granatową marynarką. Kempny stała obok niej. Lipki nie było.
— Proszę usiąść — powiedziała Kempny i wskazała mu krzesło po drugiej stronie biurka.
Usiadł. Kempny też usiadła, przysunęła do siebie teczkę, ale jej nie otworzyła.
— Lipka był dziś o ósmej u tej pani z parteru — zaczęła. — Ma w pokoju zegar ścienny, mechaniczny, z wahadłem. Po mężu, Erneście. Sama go nie nakręca i nie przestawia, bo, jak powiedziała, to był zegar męża i ona się na tym nie zna. Robi to wnuk. Przyjeżdża do niej w poniedziałki.
— W poniedziałek — powtórzył Włodek.
— W poniedziałek. Czyli w nocy z soboty na niedzielę zegar szedł jeszcze według czasu letniego. I przez całą niedzielę, także po południu, kiedy Lipka rozmawiał z nią pierwszy raz. — Kempny mówiła równo, bez nacisku. — Lipka poprosił ją, żeby opowiedziała wszystko jeszcze raz, i patrzył przy tym na ten zegar. Pani powiedziała, że obudził ją krzyk. Spojrzała wtedy na zegar i było „przed wpół do trzeciej”. Zapamiętała, bo pomyślała, że złomiarze znowu kradną rynny.
— Czyli dwadzieścia pięć po drugiej — powiedział Włodek. — Przed zmianą.
— Mniej więcej. Około dwudziestu pięciu po drugiej czasu letniego. — Kempny przesunęła teczkę o kilka centymetrów. — A mężczyzna wołający imię był według tego samego zegara „koło wpół do czwartej”. Czyli wpół do trzeciej po zmianie czasu.
— To byłem ja.
— Wiemy.
Włodek oparł ręce na kolanach. Wiedział, że powinien coś poczuć, ulgę albo satysfakcję, ale czuł tylko zmęczenie.
— Kasia — powiedziała Kempny.
Wawrzyczek odwróciła do niego jeden z monitorów. Na ekranie były trzy zdjęcia obok siebie: latarnia, narożnik kościoła i fontanna, wszystkie ciemne i trochę krzywe. Pod każdym zdjęciem był rząd cyfr.
— To pana zdjęcia z telefonu — powiedziała Wawrzyczek. — Z kopii, którą zrobiliśmy w poniedziałek. Telefon bierze godzinę z sieci i sam wie, czy obowiązuje czas letni, czy zimowy. Tu nie ma czego przestawiać ani z czym się pomylić. — Pokazała długopisem pierwszy rząd cyfr. — Pierwsze zdjęcie zrobione jest dwadzieścia jeden po drugiej czasu letniego. Drugie dwadzieścia sześć po. Trzecie trzydzieści trzy po. Każde ma współrzędne GPS. Wszystkie wskazują na Mariacką. To ponad trzy kilometry od Grubskiej.
— Mówiłem, że tam byłem.
— Mówił pan. — Wawrzyczek się uśmiechnęła. — A my musieliśmy sprawdzić. Mamy też nagranie z kamery nad wejściem do baru. Wychodzi pan z „Szychty” minutę przed drugą czasu letniego. Kamera łapie też kawałek ulicy i przez następne trzy kwadranse przechodzi pan przez kadr jeszcze kilka razy, z aparatem. Barman potwierdził, że wcześniej siedział pan przy stoliku i że źle pan wyglądał.
— Taki duży, z kotwicą na ręce — powiedział Włodek.
— Pan Edward Nocoń. Mówią na niego Ecik — powiedziała Kempny. — Zapytał, czy pan żyje.
Wawrzyczek odwróciła monitor z powrotem do siebie i coś na nim przewijała. Potem znowu spojrzała na Włodka znad okularów.
— Najśmieszniejsze jest to, że pana Canon się zgadza — powiedziała. — Porównałam jego zegar z telefonem. Zdjęcia z Canona, które robił pan tamtej nocy, mają w pliku godzinę letnią przez całą noc, bez żadnej przerwy. Aparat ani razu nie przeskoczył, nie zgubił minuty, nic. Przesunięcie jest dokładnie godzinowe, od początku do końca. Każdy biegły, który to sprawdzi, potwierdzi to, co pan zeznał. Pana Canon to dinozaur, ale uczciwy dinozaur.
Włodek nie wiedział, czy ma się obrazić za aparat, czy podziękować. Skinął głową.
Kempny otworzyła teczkę, spojrzała na pierwszą kartkę i z powrotem zamknęła teczkę.
— Panie Żółtak — powiedziała. — Pan jest czysty. Na razie.
— Na razie?
— Tak mówimy o każdym, dopóki sprawa się nie skończy. Proszę tego nie brać do siebie.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Za oknem na parkingu ktoś trzasnął drzwiami radiowozu. Wawrzyczek wstała, nalała wody do czajnika i włączyła go.
Kempny oparła łokcie na biurku.
— Powiem panu coś, czego nie mówimy rodzinie ani prasie — powiedziała ciszej. — Mówię to, bo pan znał ją lepiej niż ktokolwiek w tym budynku i może mi pan pomóc. Jeżeli to wyjdzie poza ten pokój, to będę wiedziała skąd.
— Nie wyjdzie.
— Natalia miała sińce na obu przedramionach. Tutaj. — Kempny objęła palcami własne przedramię, trochę poniżej łokcia. — Świeże. Ktoś ją trzymał, mocno. I ona się broniła. Podrapała go.
Włodek patrzył na jej palce zaciśnięte na rękawie. Pomyślał o dłoniach Natalii, szczupłych, z krótko obciętymi paznokciami, bo długie przeszkadzały jej przy zmianie obiektywów. Pomyślał, że broniła się sama na ciemnych schodach, kiedy on na Mariackiej fotografował latarnię.
— Czyli ktoś ją zepchnął — powiedział.
— Tego nie powiedziałam. — Kempny puściła swoje przedramię. — Powiedziałam, że ktoś z nią był i że się szarpali. Reszta to sprawa dla prokuratora. Pytam pana o coś innego. Jej telefon jest zablokowany. Karty w aparacie nie ma. Czy jest jakikolwiek inny sposób, żeby się dowiedzieć, co ona robiła tamtej nocy? Co fotografowała i o której?
Włodek zastanawiał się chwilę. Potem przypomniał sobie wiosnę dwa lata temu, kuchnię w Brynowie, Natalię, która rzuciła mu na kolana swojego Fujifilma i telefon i powiedziała: „Ty się na tym znasz, zrób coś, bo ja zawsze zapominam zgrać”.
— Jest — powiedział. — Jej aparat wysyłał podglądy do telefonu. Same, bez jej udziału. Małe pliki, w słabej rozdzielczości, ale z każdego zdjęcia. A telefon robił kopię w chmurze, w Google, na jej koncie.
Kempny wzięła długopis.
— Skąd pan to wie?
— Sam jej to ustawiłem. W dwudziestym czwartym roku. Mówiła, że nie chce stracić zdjęć, jak jej ktoś ukradnie aparat.
— Czy ona to potem wyłączyła?
— Nie wiem. Nie mówiła mi, że wyłączyła. — Włodek przetarł czoło. — Ale nie wiem, czy to działa, kiedy aparat jest w torbie albo kiedy nie ma zasięgu. Na klatce schodowej mógł nie mieć.
Kempny pisała, a on patrzył, jak długopis przesuwa się po kartce. Wawrzyczek stała przy czajniku z kubkiem w ręce i też słuchała.
— Wniosek do Google — powiedziała Wawrzyczek, bardziej do Kempny niż do niego. — To potrwa. Dwa, trzy tygodnie, jak dobrze pójdzie.
— To niech pójdzie dobrze — odpowiedziała Kempny i odłożyła długopis. Potem znowu spojrzała na Włodka. — Jeszcze jedna sprawa. Rano była u nas pani Wrona, w sprawie wydania ciała. Prokurator wyraził zgodę. Pogrzeb jest jutro o pierwszej, w Załężu.
— Słyszałem, że może w piątek. Nie wiedziałem, o której.
— Pani Wrona zapytała mnie o pana. — Kempny zawahała się. — Zapytała wprost, czy może pana o coś poprosić. Powiedziałam, że może. Rodzina prosi, żeby pan zrobił zdjęcia na pogrzebie. A pani Wrona prosi też, żeby pan jej dzisiaj po południu pomógł w mieszkaniu córki. Mieszkanie jest już po przeszukaniu, można tam wchodzić. Pani Wrona będzie tam od czwartej.
Włodek zrozumiał, o co Irena naprawdę zapytała. Nie o to, czy wolno jej poprosić go o pomoc. Zapytała policję, czy człowiek, któremu córka ufała, nie jest przypadkiem tym, kto ją zabił. I dopiero kiedy usłyszała odpowiedź, przyszła z prośbą.
— Pojadę — powiedział.
Wstał. Wawrzyczek podniosła rękę z kubkiem, chyba żeby mu go podać, ale się rozmyśliła i sama upiła łyk. Kempny odprowadziła go do drzwi, ale na korytarz już nie wyszła.
W domu był za dwadzieścia druga. Zdjął kurtkę, zostawił buty w przedpokoju, usiadł przy stole w kuchni i włączył laptopa. Nie ruszał go od wtorku.
Otworzył folder 2026-10-24/25 GODZINA 13. Przewinął do końca, do ostatnich plików z tamtej nocy. Kliknął w zdjęcie, które zrobił z jezdni przed dziesiątką, kiedy Natalia nie zeszła.
W pliku była godzina 3:15. Włodek wiedział, że naprawdę była to druga piętnaście, ta druga, po zmianie. Tak zapisał w zeszycie: 2:15 II — Siódemka, fasada. N. nie zeszła.
Na zdjęciu była Siódemka: jasna, odnowiona fasada, nowe okna, mokre parapety błyszczące w świetle latarni. Na drugim piętrze, w drugim oknie od lewej, było kiedyś mieszkanie numer pięć. Po lewej stronie kadru, w ostrym skrócie, widać było kawałek ściany dwunastki z rzędem okien. Ta ściana była ciemna, okna czarne.
Mieli zrobić to zdjęcie razem, z trzeciego piętra dwunastki, z góry. Raz o drugiej piętnaście przed zmianą czasu i drugi raz o drugiej piętnaście po zmianie. Dwa takie same kadry z tej samej godziny, która tej nocy była dwa razy. On nie przyszedł na pierwszą drugą piętnaście, a na drugą nie wszedł na górę. Zrobił swoje zdjęcie z dołu, z ulicy.
To była jego połowa. Drugiej nie było.
Patrzył na ciemne okna dwunastki w lewym rogu i myślał, że gdzieś za nimi, na schodach, leżała wtedy Natalia, a on stał na jezdni i sprawdzał ostrość.
Zaczął płakać, zanim zdążył to zauważyć. Nie płakał od pogrzebu matki. Płakał cicho, z łokciami na stole i dłońmi przy twarzy, a ekran przed nim powoli przygasł, bo laptop uznał, że nikt już na niego nie patrzy.
Trwało to kilka minut. Potem Włodek wyprostował się, wytarł oczy wierzchem dłoni i siedział bez ruchu, oddychając głęboko. Serce biło mu równo. Sprawdził to odruchowo, dwoma palcami na nadgarstku, jak mu kazał kardiolog.
Wstał i poszedł do szafy, w której trzymał obiektywy. Wyjął obiektyw, którym robił portrety. Na przedniej soczewce był kurz i ślad palca, pewnie jeszcze z lata. Włodek wrócił z nim do kuchni, odsunął laptopa, wyjął gruszkę i ściereczkę, zdmuchnął kurz, a potem przetarł szkło okrężnymi ruchami, od środka do brzegów, tak jak uczył go ojciec. Obejrzał soczewkę pod światło. Była czysta.
Założył obiektyw na Canona i włożył do aparatu nową, czystą kartę. Nie przestawił zegara. Jutro będzie robił zdjęcia na pogrzebie i będzie musiał pamiętać, że każde z nich ma w pliku godzinę więcej. Zapisał to w zeszycie, żeby nie zapomnieć.
Zegar w kuchni pokazywał dziesięć po trzeciej. Włodek wziął kurtkę z wieszaka, kluczyki ze stołu i wyszedł do samochodu. Do Brynowa miał pół godziny drogi, a Irena miała tam być od czwartej.
Rozdział 8
Mieszkanie w Brynowie
Blok stał w drugim rzędzie od ulicy, za pawilonem z apteką i warzywniakiem. Był z lat siedemdziesiątych, jak większość bloków w tej części Brynowa: pięć kondygnacji, szare płyty, balkony z blachy falistej pomalowanej na zielono i żółto. Włodek był tu kilka razy i za każdym razem liczył piętra, bo windy nie było, a Natalia mieszkała na czwartym.
Irena czekała przed klatką. Miała na sobie ciemny płaszcz i ściskała w obu dłoniach dużą płócienną torbę, pustą i złożoną na pół. Kiedy go zobaczyła, nie przywitała się, tylko wyciągnęła do niego rękę z kluczem.
— Niech pan otworzy — powiedziała. — Ja we wtorek nie mogłam trafić do zamka. Policjant mi otwierał.
Wziął klucz. Na kółku wisiał jeszcze drugi, mniejszy, i plastikowy brelok w kształcie aparatu, który Natalia dostała kiedyś w prezencie na jakichś targach i nosiła, choć mówiła, że jest okropny.
Szli po schodach powoli. Między trzecim a czwartym piętrem Włodek zatrzymał się przy oknie na półpiętrze i udawał, że patrzy na podwórko. Serce biło mu szybko, ale równo. Irena stanęła obok i też patrzyła na podwórko, choć nie było tam nic poza trzepakiem i rzędem samochodów.
Drzwi mieszkania numer czternaście były oklejone na wysokości zamka resztkami taśmy. Zamek był stary i klucz wchodził opornie. Włodek przekręcił go raz, drzwi nie ustąpiły. Przypomniał sobie, jak Natalia mówiła, że trzeba je docisnąć kolanem. Docisnął i zamek puścił.
Z mieszkania buchnął zapach zimnego tytoniu, kurzu i czegoś słodkawego, jakby ktoś zostawił na parapecie jabłka. Irena weszła pierwsza. W przedpokoju zatrzymała się i stała bez ruchu, z torbą przyciśniętą do piersi.
— Ona tu paliła — powiedziała. — Zawsze jej mówiłam, żeby wychodziła na balkon. Nigdy nie wychodziła.
W sypialni stała otwarta szafa. Policjanci we wtorek przejrzeli ją i poskładali rzeczy z powrotem, ale nie tak jak przedtem. Swetry leżały na półce ze spodniami, a pod spodem, na dnie, stały buty wciśnięte jedne w drugie.
Irena zdjęła płaszcz, położyła go na łóżku i zaczęła przeglądać wieszaki. Robiła to szybko i dokładnie, jak ktoś, kto przez całe życie sprawdzał wypracowania. Włodek stał obok i trzymał to, co mu podawała.
Pierwsza była sukienka, ciemnogranatowa, z długim rękawem. Irena przyłożyła ją do siebie i pokręciła głową.
— Kupiłam jej to na dyplom. Włożyła raz. — Oddała mu sukienkę. — Nie. Ona by mnie zabiła.
Druga była czarna marynarka, trzecia biała koszula z plamą po kawie na mankiecie. Irena odkładała je jedną po drugiej na ręce Włodka, aż trzymał naręcze ubrań i nie widział, co ma pod nogami. Potem sięgnęła na półkę i wyjęła czarny sweter z grubej wełny, z rozciągniętymi rękawami. Rozłożyła go na łóżku i wygładziła dłonią.
— W tym chodziła cały czas — powiedziała. — Mówiłam, że wygląda jak sierota. I dżinsy. Te ciemne, nie te podarte.
Znalazła je w szufladzie komody. Złożyła sweter i dżinsy starannie, w kostkę, i włożyła do płóciennej torby. Na wierzch położyła parę czarnych skarpet. Potem usiadła na brzegu łóżka.
Włodek odwiesił ubrania do szafy. Kiedy się odwrócił, Irena patrzyła na swoje dłonie.
— Pani komisarz mi dziś powiedziała, że pana już nie podejrzewają — odezwała się, nie podnosząc głowy. — Przepraszam, że o pana pytałam. Musiałam wiedzieć.
— Rozumiem.
— W sobotę przy obiedzie Natalia powiedziała mi, że pisze o pożarze. Że chce ustalić, jak to naprawdę było. — Irena mówiła równo, ale coraz ciszej. — Nie chciałam, żeby grzebała w śmierci mamy. Powiedziałam jej, że mama zginęła, bo była uparta i nie chciała się wyprowadzić, i że nie ma tu nic do ustalania. Że robi z tego widowisko. Ona wstała od stołu i wyszła.
Włodek usiadł na krześle przy oknie. Nie wiedział, co powiedzieć, więc nic nie mówił.
— „Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim” — powiedziała Irena. — Kochanowski. Uczyłam tego czterdzieści lat i nigdy nie myślałam, że to jest o mnie.
Wstała, wzięła torbę i poszła do drugiego pokoju.
Drugi pokój był mniejszy i Natalia urządziła w nim pracownię. Pod oknem stał stół z płyty na dwóch kozłach, obok regał z książkami i pudłami. Na stole zostały po laptopie tylko ładowarka i myszka. Na ścianie nad nim był jaśniejszy prostokąt tapety i cztery pinezki: tam wisiał kalendarz, który we wtorek zabrała policja.
Całą przeciwległą ścianę zajmowała makieta książki. Natalia rozłożyła ją na kartonach przypiętych pinezkami, w kilku rzędach, jak rozkładówki. Każdy karton był stroną albo dwiema: małe wydruki zdjęć, paski tekstu z drukarki, strzałki i dopiski czerwonym flamastrem.
Na samej górze, pośrodku, wisiały dwa zdjęcia obok siebie. Po lewej płonąca Siódemka w lutym dwa tysiące czwartego roku. Włodek rozpoznał od razu własny kadr, ten, który poszedł wtedy do gazety. Natalia zeskanowała go z wycinka, a nie z negatywu, bo na wydruku widać było drobne kropki gazetowego druku. Po prawej zdjęcie dzisiejszej Siódemki, z jasną elewacją i nowymi oknami, w dziennym świetle, zrobione z tego samego miejsca. Pod spodem Natalia napisała flamastrem: To samo okno.
Niżej, w rzędzie, rozpisała plan rozdziałów. 1. Babcia. 2. Kamienica. 3. Czyszczenie. 4. Noc 15 lutego. 5. Umorzenie. 6. Lofty. 7. Dwunastka.
Przy trzecim kartonie Włodek zatrzymał się dłużej. Natalia wypisała na nim, co mówili jej dawni lokatorzy: Wyłączona woda na trzy tygodnie w styczniu. Drzwi do piwnicy wyjęte z zawiasów. „Pan administrator” chodzi po mieszkaniach wieczorami. Pieniądze w kopercie dla tych, co się wyprowadzą. Obok przypięła kserokopię odpisu z księgi wieczystej z wpisem z dwa tysiące trzeciego roku, w którym zakreśliła nazwisko nabywcy, i wydruk strony internetowej „Mrowiec Development” ze zdjęciem loftów w Siódemce i hasłem Historia, w której chce się mieszkać. Pod hasłem Natalia dopisała czerwonym: Czyja historia?
Włodek przypomniał sobie, jak w ubiegły piątek kłócili się w archiwum o prześwietlone skany. Natalia powiedziała wtedy, że on patrzy tylko na światło, a ona chce wiedzieć, kto za to zapłacił. Uznał to za zwykłą złośliwość. Dopiero teraz zrozumiał, że mówiła poważnie.
Wyjął telefon i sfotografował ścianę: najpierw całą, a potem karton po kartonie, żeby dało się przeczytać dopiski. Nie wiedział, po co to robi. Wiedział tylko, że za kilka tygodni ktoś zdejmie te kartony i wyrzuci pinezki, a ściana będzie pusta.
Na stole, pod myszką, leżał plik kartek spiętych zszywaczem. Włodek przesunął myszkę i przeczytał nagłówek: Umowa o organizację wystawy. Stroną organizującą była Galeria „Nadszybie” w Bogucicach, reprezentowana przez Weronikę Szołtysek. Termin wystawy: luty dwa tysiące dwudziestego siódmego roku. Umowa była podpisana w czerwcu przez obie strony.
Włodek znał Szołtysek z wernisaży. Rude włosy, duże okulary, zawsze na czarno. Mówiła o fotografii tak, jakby czytała z katalogu, ale galerię prowadziła dobrze.
Przerzucił kartki. Na trzeciej stronie Natalia podkreśliła czerwonym ołówkiem cały paragraf o „prawie galerii do ostatecznego wyboru i układu prac w porozumieniu ze sponsorem”. Przy słowie „sponsorem” postawiła na marginesie dwa znaki zapytania, a niżej dopisała: Jakim sponsorem? Nie bez mojej zgody.
Włodek odłożył umowę tam, gdzie leżała, i przycisnął ją z powrotem myszką.
W kuchni paliła się tylko lampka nad kuchenką. Irena zapaliła ją, kiedy tu weszła, i stała teraz przy oknie z kubkiem wody.
Na blacie była cienka warstwa szarego proszku. Taki sam proszek pokrywał klamkę drzwi balkonowych, uchwyt lodówki i fronty szafek. Szafka pod zlewem była otwarta. Włodek przykucnął przed nią. W środku stał kosz na śmieci, butelka płynu do naczyń i zwinięta ścierka. Z tyłu, za rurą odpływową, zostało puste miejsce na dnie szafki, szersze niż kosz. Na płycie było widać jaśniejszy kwadrat, jakby coś tam długo stało i ktoś to zabrał. Na drzwiczkach i na krawędzi szafki proszku było więcej niż gdzie indziej.
— Policja zostawiła ją otwartą? — zapytał.
— Była otwarta, jak przyszliśmy we wtorek — powiedziała Irena. — Ten młody policjant długo przy niej siedział. Pytał mnie, co ona tu trzymała. Skąd mam wiedzieć, co ona trzymała pod zlewem?
Włodek wstał. Kolana mu strzeliły. Popatrzył jeszcze raz na jasny kwadrat na dnie szafki. Natalia nie była pedantką, ale w kuchni miała porządek. Nie zostawiłaby otwartej szafki pod zlewem, wychodząc w nocy do Załęża.
Pomyślał o Kamilu, o murku przed blokiem Ireny i o tym, co Kamil krzyczał: Klucze mi zostały, wie pan?
— Kto ma jeszcze klucze do tego mieszkania? — zapytał.
Irena odstawiła kubek.
— Właściciel. Ja mam ten komplet od Natalii, dała mi na wszelki wypadek. — Zawahała się. — I Kamil. Nie oddał, jak się wyprowadzał. Policja już o to pytała.
Zabrali torbę z ubraniem i wyszli z mieszkania za kwadrans szósta. Na klatce było ciemno. Włodek szukał przycisku światła, kiedy otworzyły się drzwi naprzeciwko.
W progu stała drobna kobieta koło siedemdziesiątki, w podomce i w okularach na czubku głowy. Za nią, w przedpokoju, grał telewizor.
— Pani jest mamą? — zapytała Irenę.
— Tak.
— Szczere wyrazy współczucia. — Kobieta wyszła na wycieraczkę i przymknęła za sobą drzwi. — Ja już mówiłam policji we wtorek, ale powiem i pani, bo mi to spać nie daje. W tę noc ktoś tu był. W jej mieszkaniu. Po pierwszej.
Irena nic nie odpowiedziała. Patrzyła na kobietę bez zrozumienia.
— Co pani słyszała? — zapytał Włodek.
— Kroki. — Kobieta wskazała palcem ścianę między swoim mieszkaniem a mieszkaniem Natalii. — U mnie sypialnia jest przy jej kuchni. Tu wszystko słychać, każdą szufladę. Obudziłam się, bo ktoś chodził. Po pierwszej, spojrzałam na budzik. Chodził, otwierał coś, potem znowu chodził. Myślałam, że ona wróciła. Ona często wracała po nocy, z tymi swoimi zdjęciami. A potem drzwi trzasnęły i ktoś zbiegł po schodach. Szybko, jak młody.
— O której?
— Nie patrzyłam drugi raz. Może pół godziny później, może więcej. Zasnęłam zaraz. — Kobieta przyłożyła rękę do piersi. — Jakbym wiedziała, tobym wyszła. Ale kto by pomyślał.
— Pani nikogo nie widziała?
— Nie. Tylko słyszałam. — Pokręciła głową. — Ona była porządna dziewczyna. Zawsze mi siatki wnosiła.
Pożegnała się i weszła do mieszkania. Włodek znalazł wreszcie przycisk i na klatce zapaliło się słabe, żółte światło.
Stali chwilę w milczeniu. Potem Irena odwróciła się do drzwi mieszkania numer czternaście, jakby coś sobie przypomniała.
— Niech pan poczeka — powiedziała. — Jeszcze jedno.
Weszła z powrotem sama i wróciła po minucie z kartonowym pudełkiem po papierze fotograficznym. Pudełko było ciężkie, z rogami poklejonymi taśmą. Na wieczku Natalia napisała czerwonym flamastrem: ROBOCZE 2026.
— Stało w pracowni, na regale — powiedziała Irena. — Policja przejrzała i zostawiła. Niech pan to weźmie. U pana te zdjęcia będą bezpieczniejsze. Ja nie wiem, co z tym robić, a nie chcę, żeby tu leżało, jak przyjdzie właściciel.
Włodek wziął pudełko. Uchylił wieczko. Na wierzchu leżała odbitka dwadzieścia na trzydzieści: dziecięce ręce trzymające kawałek cegły na tle zardzewiałego płotu. Kadr był ciasny, ostry tylko na palcach, reszta rozmyta. On by tego tak nie zrobił. Zrobiłby szerzej, z twarzą dziecka i płotem. Natalia zostawiła tylko ręce i miała rację.
Zamknął wieczko.
— Będą u mnie — powiedział. — W archiwum.
Irena nie miała samochodu. Włodek zawiózł ją do zakładu pogrzebowego w Załężu, przy kościele, w którym jutro miało być nabożeństwo. Jechali przez rozświetlone centrum, a potem Gliwicką. Irena trzymała torbę z ubraniem na kolanach i przez całą drogę patrzyła przed siebie. Pudełko z odbitkami stało na tylnym siedzeniu, przypięte pasem, żeby nie spadło przy hamowaniu.
Przed zakładem paliła się jedna lampa nad drzwiami. W witrynie stały dwa wieńce i próbki tabliczek na krzyże. Włodek zatrzymał samochód na chodniku i zaciągnął ręczny.
Irena nie wysiadała od razu.
— Wrócę taksówką — powiedziała. — Nie wiem, ile to potrwa.
— Poczekam z panią.
— Nie trzeba. Pan ma jutro ciężki dzień, a ja muszę to załatwić sama. — Położyła dłoń na klamce, a potem odwróciła się do niego. — Jutro o pierwszej. Pan zrobi zdjęcia.
— Zrobię.
— Ona by chciała, żeby pan to zrobił — powiedziała Irena. — A nie jakiś pan z zakładu. Wiem, że by chciała. Nawet jak się na pana złościła, mówiła o panu „mój szef”.
Wysiadła z torbą przyciśniętą do boku. Włodek patrzył, jak idzie przez chodnik, jak otwiera drzwi zakładu i jak drzwi zamykają się za nią. W środku zapaliło się drugie światło.
Siedział jeszcze chwilę z włączonym silnikiem. W lusterku widział pudełko na tylnym siedzeniu i czerwony napis na wieczku, odwrócony do góry nogami.
Rozdział 9
Stypa
W wizjerze było tylko ramię w czarnym płaszczu i kawałek jasnego drewna. Resztę obiektyw rozmył: drzwi kościoła, schody, ludzi stojących po obu stronach. Włodek nacisnął spust, kiedy ramię się poruszyło, a trumna zaczęła wysuwać się z cienia na światło.
Kadr czterdziesty pierwszy. Liczył je w pamięci, jak zawsze, kiedy fotografował coś, czego nie dało się powtórzyć.
Stał na skraju placu przed kościołem, przy murku, żeby nikomu nie wchodzić w drogę. Zjawił się tu o wpół do pierwszej, zanim przyszli pierwsi żałobnicy, i przez całe nabożeństwo fotografował z tyłu, z bocznej nawy, bez lampy. Ksiądz mówił krótko, Irena siedziała w pierwszej ławce i przez całą mszę patrzyła prosto przed siebie. Zdjęcia z kościoła wyszły ciemne i ziarniste. Wiedział, że takie będą i że Irena ich nie wybierze. Robił je dla siebie.
W kieszeni zawibrował telefon. Włodek zerknął na ekran: Andrzej Ficek. Kolega z gazety, przez jedenaście lat jego szef w dziale foto. Nie odebrał. Po minucie przyszła wiadomość: Nie dam rady przyjść. Trzymaj się, Włodek. A. Schował telefon i wrócił do wizjera.
Kondukt ruszył w stronę cmentarza. Było kilka minut po wpół do drugiej. Dzień był pochmurny, ale chmury wisiały wysoko i przepuszczały dużo rozproszonego światła, najlepszego do portretów. Włodek szedł z boku, kilkanaście metrów od ludzi, i robił zdjęcia co kilkadziesiąt kroków: ksiądz z ministrantem, wieńce niesione przez dwóch młodych mężczyzn z zakładu, starsze kobiety w chustkach, byli koledzy Natalii ze studiów w czarnych kurtkach, jeden z aparatem na szyi, którego nie podniósł ani razu.
Przy bramie cmentarza zatrzymał się, żeby przepuścić kondukt. Wtedy zobaczył przy słupku bramy starszą kobietę w chustce i ciemnym płaszczu. Poznał ją od razu. To ona stała w niedzielę w oknie parteru dziesiątki, obok klatki z żółtym ptakiem. Nie szła z konduktem. Stała przy bramie, z rękami złożonymi na brzuchu, i patrzyła na trumnę, dopóki ta nie zniknęła między grobami. Potem odwróciła się i odeszła w stronę Gliwickiej. Włodek nie zrobił jej zdjęcia.
Grób był w starej części cmentarza, pod kasztanowcem. Obok, w tym samym rzędzie, stał granitowy nagrobek z owalnym zdjęciem na porcelanie. Ś.P. Stefania Pałka. 1935–2004. Włodek sfotografował tę płytę, zanim ktokolwiek stanął przed nią, a potem odszedł na bok, między dwa stare groby, skąd miał widok na całą rodzinę.
Irena stała nad samym grobem, a Grzegorz trzymał ją pod ramię. Beata stała za nimi, obok wysokiego, chudego chłopaka z krótko ostrzyżoną głową. To musiał być Oskar, syn Grzegorza. Twarz miał po matce.
Włodek podniósł aparat. W wizjerze Irena była mała i sztywna, prawie niewidoczna pod czarnym kapeluszem. Grzegorz pochylał się ku niej, żeby coś powiedzieć, i prawą ręką obejmował ją wpół. Marynarka była na niego za ciasna. Rękaw podjechał mu do góry, mankiet białej koszuli podwinął się razem z nim i na nadgarstku odsłonił się prostokąt białego plastra. Czarny rękaw, biała skóra z plastrem, czarny płaszcz Ireny. Włodek widział w tym tylko rytm: czarne, białe, czarne. Poprawił ostrość na twarzy Ireny i nacisnął spust.
Kadr osiemdziesiąty siódmy.
Kiedy trumnę opuszczano, Irena nie płakała. Płakał Grzegorz, głośno, jak dziecko, a Beata położyła mu rękę na plecach i trzymała ją tam, dopóki się nie uspokoił.
Włodek opuścił aparat. Za ostatnim rzędem grobów, przy siatce oddzielającej cmentarz od torów, stał chudy chłopak w czarnej bluzie z kapturem. Nie podchodził bliżej. Kiedy zobaczył, że Włodek na niego patrzy, odwrócił się i poszedł wzdłuż siatki w stronę bocznej furtki. Włodek poznał go po sposobie chodzenia, z ramionami podniesionymi do uszu. Kamil.
Stypa była u Ireny, na Koszutce. Stół w dużym pokoju rozłożono na całą długość i dostawiono do niego kuchenny, a krzesła pożyczono od sąsiadów. Przyszło może dwadzieścia osób: rodzina, kilka nauczycielek z liceum, w którym Irena uczyła, sąsiadki, dwóch kolegów Natalii ze studiów. Beata i jakaś kuzynka nosiły z kuchni talerze z rosołem. Oskar rozstawiał krzesła i otwierał drzwi, kiedy ktoś dzwonił. Kot Ireny siedział na szafie i patrzył na wszystkich z góry.
Włodek usiadł na końcu stołu, przy oknie. Canona położył na parapecie, obiektywem do ściany.
Po rosole Irena przyniosła z sypialni album. Był gruby, oprawiony w brązowy materiał, z kartkami z szarej tektury przełożonymi bibułką. Położyła go na stole przed Włodkiem.
— Chciałabym, żeby pan zrobił z tego kopie — powiedziała. — Tych zdjęć z Natalią. Są tylko w jednym egzemplarzu, a ja już nie wiem, co się z nimi stanie, jak mnie zabraknie.
Włodek zaczął przewracać kartki. Natalia w wózku przed blokiem. Natalia z tatą nad jeziorem, z wiaderkiem. Natalia w stroju krakowianki na przedstawieniu w przedszkolu. Na jednej kartce, przyklejone rogami, były cztery odbitki z urodzin babci. Pod nimi Irena zapisała niebieskim długopisem: Mama, 68 lat, X 2003.
Na największej odbitce cała rodzina siedziała przy stole w ciasnej kuchni. U szczytu stołu siedziała Stefania, drobna i uśmiechnięta, przed nią stał tort. Dalej Irena w garsonce, młodsza o ponad dwadzieścia lat, Janusz w swetrze w romby, wujek z wąsem w roboczej kurtce, pochylony nad tortem tyłem do obiektywu. I Natalia, sześcioletnia, z grzywką, z buzią przy samych świeczkach, gotowa dmuchać, zanim ktokolwiek jej pozwoli.
Włodek patrzył tylko na nią. Miała już tę samą minę co potem na dyplomie. Minę kogoś, kto ma dość czekania.
— To już Grubska — powiedziała Irena, pochylając się nad jego ramieniem. — Kuchnia mamy. Cztery miesiące później już jej nie było.
— Mogę wziąć te kartki? — zapytał Włodek. — Zeskanuję je u siebie i oddam w przyszłym tygodniu. Z albumu nie będę ich odklejał, bo odbitki popękają.
— Niech pan bierze.
Kartki były przeszyte nicią. Włodek ostrożnie rozciął ją scyzorykiem i wyjął te, na których była Natalia. Kartkę z urodzin babci położył na wierzchu. Włożył je do szarej koperty, którą Irena przyniosła mu z sekretarzyka, i odłożył kopertę na parapet, obok aparatu.
Irena poszła do kuchni. Po chwili Włodek poszedł za nią, bo nie umiał już dłużej siedzieć przy stole.
Stała przy zlewie i myła kieliszki. Zostało ich jeszcze kilkanaście, a za drzwiami czekał na nie tuzin ludzi. Włodek wziął ścierkę z oparcia krzesła i zaczął wycierać. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało.
— W tej rodzinie wszyscy się spóźniają — powiedziała Irena, nie odwracając się od zlewu. — Zawsze tak było. Mama zawsze czekała na nas z obiadem, a my zawsze przychodziliśmy, jak już wystygł. Grzesiek wtedy był w Krakowie, u jakiegoś klienta, i nie zdążył. Jak dojechał, było po wszystkim. Całe życie mu to siedzi. — Postawiła kieliszek na suszarce. — Pan się spóźnił. Ja się spóźniłam z przeprosinami. A ona czekała.
Włodek wycierał kieliszek dłużej, niż było trzeba.
— Ona nie czekała na przeprosiny — powiedział w końcu. — Ona by pani sama przyszła powiedzieć, że miała rację.
Irena zakręciła wodę. Oparła się dłońmi o brzeg zlewu i stała tak z opuszczoną głową. Potem wytarła ręce i wróciła do pokoju.
Koło czwartej ludzie przestali mówić szeptem. Ktoś przyniósł z kuchni kawę i ciasto, ktoś inny otworzył wino. Nauczycielki rozmawiały z Ireną o jakiejś dyrektorce, która przeszła na emeryturę. Przy drugim końcu stołu siedziała sąsiadka Ireny, pani w dużych okularach, i głośno opowiadała, że w noc zmiany czasu w ogóle nie zmrużyła oka.
— Ja zawsze wtedy źle śpię — mówiła. — Człowiek leży, patrzy na zegarek, nie wie, czy już przestawić, czy jeszcze nie. A wy, Grzesiu? Wy też wtedy nie spaliście?
Grzegorz otworzył usta, ale zanim coś powiedział, odezwała się Beata:
— Spał. Jak wstawałam, spał.
Powiedziała to szybko i bez uśmiechu, jak odpowiedź na pytanie z urzędowego formularza. Grzegorz się roześmiał.
— Ja chrapię, pani Wandziu — powiedział. — Beata mnie wygania na kanapę. Tam to śpię jak zabity, nic mnie nie obudzi. Ani zmiana czasu, ani koniec świata.
Kilka osób się zaśmiało. Ktoś powiedział, że jego żona robi to samo. Irena się uśmiechnęła i zaraz potem zasłoniła usta ręką, jakby się tego wstydziła.
Włodek patrzył na Beatę. Siedziała wyprostowana, z kubkiem w obu dłoniach, i patrzyła w stół. Nikt jej nie pytał o nic, a ona odpowiedziała pierwsza. Włodek pomyślał, że pewnie tak jest w każdym małżeństwie po dwudziestu latach: jedno odpowiada za drugie, zanim to drugie zdąży się odezwać. Tak było kiedyś z Haliną, jego byłą żoną.
Na balkonie było zimno i pachniało liśćmi. Słońce schowało się już za bloki po drugiej stronie ulicy i niebo nad Koszutką było bladożółte. Włodek wyszedł tu, żeby odetchnąć, i po minucie drzwi balkonowe otworzyły się za nim.
— Przeszkadzam? — zapytał Grzegorz.
— Nie.
Grzegorz stanął obok niego przy barierce. Wyjął papierosa, obrócił go w palcach i schował z powrotem do paczki.
— Beata mi zabroniła — powiedział. — Dwa lata nie palę. Dziś bym zapalił.
— Ja nie palę od trzynastu lat — powiedział Włodek. — Też bym dziś zapalił.
Grzegorz uśmiechnął się krzywo. Obaj patrzyli na ulicę, na samochody parkujące pod blokiem, na starszego mężczyznę, który prowadził psa wzdłuż trawnika.
— Irena mi mówiła, że pan tam był — odezwał się Grzegorz. — W nocy, pod tą kamienicą.
— Byłem.
— I co? Robił pan zdjęcia?
— Robiłem — powiedział Włodek. — Policja ma wszystko.
Grzegorz pokiwał głową. Długo patrzył na ulicę i nic nie mówił. Potem przetarł dłonią kark, powoli, od włosów aż do kołnierzyka koszuli.
— Człowiek sobie myśli — powiedział w końcu — że gdyby ktoś był bliżej. Gdyby ktoś wszedł. — Urwał. — Ale co tam. Pan nie mógł wiedzieć.
Włodek spojrzał na jego prawą rękę, opartą teraz o barierkę. Mankiet znowu podjechał do góry. Plaster był trochę brudny na brzegach. Grzegorz zauważył jego spojrzenie i podniósł rękę, jakby ją pokazywał.
— A, to — powiedział i się zaśmiał. — Mam taką robotę, że ręce zawsze pocięte. Plaster to u mnie jak zegarek. Jak nie mam, to mi czegoś brakuje. Blacha, drut, cholera wie co. Beata mówi, że jak kiedyś umrę, to mnie poznają po plastrach.
Włodek też się uśmiechnął. Grzegorz opuścił rękę.
— A panu hamulce piszczą — powiedział. — Słyszałem, jak pan parkował pod blokiem. Przednie. To już nie są klocki, to tarcze. Panie Włodku, hamulce to nie jest temat do odkładania.
— Wiem. Od miesiąca się zbieram.
— To niech się pan nie zbiera, tylko przyjedzie do mnie. Bytków, w Siemianowicach, każdy panu pokaże. Zrobimy, nic pan nie płaci. — Zanim Włodek zdążył zaprotestować, Grzegorz podniósł rękę. — Dla Natki. Ona by mnie zabiła, jakbym pana wypuścił na drogę z takimi hamulcami.
Wyjął telefon. Włodek podyktował mu swój numer, a Grzegorz od razu do niego zadzwonił, żeby numer się zapisał. Telefon Włodka zawibrował w kieszeni.
— No. To teraz ma pan mój — powiedział Grzegorz. — Pan jest z Czeladzi, tak? To pan pewnie za Zagłębiem.
— Całe życie.
— Pierona. — Grzegorz pokręcił głową z udawanym smutkiem. — A ja z Załęża, GieKSa od dziecka. Ojciec mnie brał na Bukową, jak miałem sześć lat. To my się nigdy nie dogadamy.
— Nie dogadamy — zgodził się Włodek.
— Ale hamulce panu zrobię. Nawet gorolowi z Zagłębia.
Włodek się roześmiał. Śmiech wyszedł mu krótki i chrapliwy, jakby zapomniał, jak to się robi. Pomyślał, że nie śmiał się od soboty. Grzegorz klepnął go w ramię i wrócił do pokoju.
Koło piątej, kiedy w pokoju zapalono światło, Włodek poczuł znajomy ciężar pod mostkiem. Nie ból, tylko ucisk pod mostkiem, płaski i lekki. To od schodów, od zimna na balkonie i od całego dnia. Gdyby czekał, ucisk mógł przejść w ból.
Odwrócił się do okna, udając, że czegoś szuka w kurtce, sięgnął do lewej wewnętrznej kieszeni i wyjął aerozol. Psiknął raz pod język i schował go z powrotem, zanim ktokolwiek zdążył się przyjrzeć. Poczuł gorzki smak i szum w głowie.
Kiedy się odwrócił, napotkał wzrok Grzegorza. Grzegorz stał w drugim końcu pokoju, przy drzwiach do kuchni, z talerzykiem ciasta w ręku. Patrzył prosto na niego. Po sekundzie odwrócił głowę i powiedział coś do Oskara.
Włodek usiadł przy stole. Ucisk zelżał po kilku minutach.
Wtedy obok niego usiadła kobieta, której wcześniej nie zauważył. Rude włosy do ramion, duże okulary w czarnych oprawkach, czarny golf, czarny płaszcz przewieszony przez oparcie krzesła. Weronika Szołtysek. Musiała przyjść późno, bo nie widział jej na cmentarzu.
— Panie Włodzimierzu — powiedziała i położyła mu rękę na przedramieniu. — Tak mi przykro. Natalia mówiła o panu z takim szacunkiem.
— Dziękuję.
— Chciałam, żeby pan wiedział pierwszy. — Pochyliła się ku niemu i ściszyła głos. — Zrobimy tę wystawę. W hołdzie. W lutym, tak jak planowała. Mamy wszystko: projekt, teksty, jej zdjęcia. Pana archiwalne też by się przydały. To będzie najważniejsza wystawa w tym sezonie.
Włodek zdjął jej rękę ze swojego przedramienia.
— To nie jest wasza wystawa — powiedział.
Weronika zamrugała. Przez sekundę jej twarz była zupełnie pusta, a potem wróciło na nią to samo wyrozumiałe spojrzenie, z którym usiadła.
— Rozumiem, że to dla pana trudne — powiedziała. — Porozmawiamy za kilka dni. Spokojnie.
Wstała, wzięła płaszcz i podeszła do Ireny, żeby złożyć kondolencje. Włodek patrzył, jak obejmuje Irenę i jak Irena sztywnieje w jej ramionach.
Wyszedł za kwadrans siódma. Irena odprowadziła go do drzwi i powiedziała tylko: „Dziękuję za zdjęcia”. Nie zapytał, ile z nich będzie chciała zobaczyć.
Na parkingu było ciemno i zimno. Włodek położył kopertę z kartkami albumu na siedzeniu pasażera, a Canona na podłodze przed nim. Zapalił silnik. Zanim wyjechał, spojrzał w górę, na drugie piętro.
Na oświetlonym balkonie Ireny stał Grzegorz. Pochylał się przez barierkę i machał mu ręką, szeroko, całym ramieniem, jak się macha do kogoś, kto odjeżdża daleko. Włodek podniósł rękę znad kierownicy i odmachał.
Hamulce zapiszczały, kiedy zatrzymał się przed wyjazdem z osiedla.
Rozdział 10
Znicze
Przed bramą cmentarza w Załężu stały rzędem rozkładane stoliki. Sprzedawano na nich znicze, chryzantemy w doniczkach, wieńce z plastikowych jodłowych gałązek i obwarzanki na sznurku. Kobieta w puchowej kurtce nawoływała, że ostatnie duże znicze ma po dziesięć złotych. Obok niej chłopak w czapce z pomponem sprzedawał gorącą herbatę z termosu. Pachniało parafiną, mokrą ziemią i chryzantemami.
Włodek kupił dwa znicze w czerwonym szkle, jeden wyższy, drugi niższy, i wszedł na cmentarz razem z tłumem.
Po trzeciej alejki były pełne ludzi. Rodziny z dziećmi, starsze panie w futrach, mężczyźni z konewkami, którzy wracali od kranu przy murze. Na niektórych grobach znicze paliły się już od rana i szkło było okopcone od środka. Nad całym cmentarzem wisiała lekka mgiełka dymu, niebieskawa w niskim słońcu.
Szedł w stronę starej części, pod kasztanowiec, i już z daleka zobaczył zieloną parkę.
Stała przy grobie, tyłem do niego, drobna, w czarnej czapce naciągniętej na uszy. Kaptur parki był opuszczony na plecy. Włodek zatrzymał się w pół kroku. Przez jedną sekundę, zanim zdążył pomyśleć, zobaczył Natalię. Ten sam kolor, ten sam kształt ramion pochylonych nad czymś, co trzyma w rękach. Zaraz potem kobieta odwróciła głowę i Włodek zobaczył siwe włosy wystające spod czapki i okulary na łańcuszku.
Irena.
Podszedł bliżej. Irena poprawiała wieniec na świeżym grobie córki, żeby szarfa nie leżała w błocie. Na ziemi przy jej butach stała reklamówka z zapałkami i zapasowymi wkładami do zniczy.
— Dzień dobry — powiedział.
Irena się wyprostowała. Parka była na nią za duża. Rękawy miała podwinięte dwa razy, a mimo to wystawały z nich tylko palce.
— Pan się przestraszył — powiedziała. Nie pytała. — Widziałam, jak pan stanął.
— Przez chwilę myślałem…
— Wiem. Ja też tak myślę, jak się widzę w lustrze w przedpokoju. — Pociągnęła za rękaw. — To jej stara parka. Zostawiła ją u mnie w zeszłym roku, jak kupiła nową. Tamtą ma policja. Tę noszę od wczoraj. Pachnie jeszcze jej tytoniem.
— Zdjęcia z pogrzebu będą w tym tygodniu — powiedział Włodek. — Wczoraj przejrzałem wszystkie. Wybrałem na razie trzydzieści. Resztę pani obejrzy, jak będzie pani chciała.
— Nie wiem, czy będę chciała. — Irena spojrzała na niego zza okularów. — Ale niech pan je zrobi. Kiedyś będę chciała. Tak jak z mamą: przez pięć lat nie otworzyłam albumu, a potem nie mogłam przestać.
Włodek postawił znicze na płycie. Zapalił najpierw wyższy, potem niższy. Zapałki gasły na wietrze, więc osłaniał płomień dłonią. Kiedy oba się paliły, wstał i stali z Ireną obok siebie w milczeniu. Grób Natalii był jeszcze usypanym kopcem ziemi, przykrytym wieńcami i szarfami. Stał na nim prowizoryczny drewniany krzyż z tabliczką. Obok, w granicie, Stefania Pałka uśmiechała się z porcelanowego owalu.
— Ona chciała mi coś powiedzieć na Wszystkich Świętych — odezwała się Irena. — Dziś. Przy babci.
Włodek odwrócił głowę.
— Kiedy to mówiła?
— W sobotę, przy obiedzie. Na samym początku, jak jeszcze było normalnie. Powiedziała: „Mamo, na Wszystkich Świętych pójdziemy do babci i muszę ci tam coś powiedzieć. Nie teraz. Przy babci”. — Irena mówiła spokojnie, jakby czytała komuś na głos. — Zapytałam, czy jest w ciąży. Roześmiała się i powiedziała, że nie, że to dużo gorsze. A potem zaczęłyśmy rozmawiać o tej książce i się pokłóciłyśmy. I już nie zapytałam.
— Nie ma pani pojęcia, o co chodziło?
— Myślałam o tym cały tydzień. — Irena poprawiła szarfę jeszcze raz, choć ta leżała już równo. — Pewnie o pożar. O mamę. Ona w tej książce szukała czegoś, czego ja nie chciałam wiedzieć. Chciała mi to powiedzieć tutaj, żebym nie mogła wstać od stołu i wyjść. Przy mamie się nie wychodzi.
Włodek patrzył na daty na płycie Stefanii. Natalia znała swoją matkę dobrze.
— I pokłóciłyśmy się o tę książkę — powiedziała Irena ciszej. — Gdybym jej dała skończyć przy tamtym obiedzie, to może by mi powiedziała od razu. Nie musiałaby czekać na dzisiaj.
Grzegorz i Beata przyszli dwadzieścia minut później. Grzegorz niósł w obu rękach duży znicz w złotym szkle, taki, jakie sprzedawano przy bramie za trzydzieści złotych, a Beata bukiet białych chryzantem. Grzegorz był w ciemnej kurtce, bez czapki, z zaczerwienionymi od wiatru uszami.
Przywitał się z Włodkiem uściskiem dłoni, krótko, bez słowa, i podszedł do grobów.
Postawił znicz między płytą matki a kopcem Natalii, dokładnie pośrodku. Zapalił go zapalniczką, a potem nie wstał, tylko przyklęknął na jedno kolano na mokrym żwirze i tak został. Nie modlił się, przynajmniej nie widać było, żeby poruszał ustami. Po chwili ramiona zaczęły mu drżeć. Płakał bez dźwięku, z opuszczoną głową, z dłonią opartą o brzeg granitowej płyty matki.
Beata stała krok za nim, z chryzantemami przyciśniętymi do piersi. Nie podeszła i nie położyła mu ręki na plecach, tak jak na pogrzebie. Patrzyła na niego i czekała. Irena odwróciła się do sąsiedniego grobu i zaczęła wyjmować z niego wypalone wkłady. Chyba nie chciała, żeby brat widział, że ona patrzy.
Włodek cofnął się między groby. Aparat miał przewieszony przez ramię, ale go nie podniósł. Są rzeczy, których się nie fotografuje, nawet jeśli się ich nigdy potem nie zapomni. Grzegorz klęczał tak długo, że Włodkowi zaczęły marznąć stopy.
W końcu Grzegorz wstał. Otrzepał kolano, wytarł twarz rękawem i odwrócił się do Beaty. Wziął od niej chryzantemy i położył je przy krzyżu Natalii. Potem objął siostrę ramieniem.
— Chodź, Irenko — powiedział. — Zimno się robi. Odwieziemy cię.
Szli w stronę bramy we czworo, powoli, bo alejki były zatłoczone. Irena szła pod rękę z Beatą. Grzegorz i Włodek zostali trochę z tyłu.
— A co tam policja? — zapytał Grzegorz cicho, żeby Irena nie słyszała. — Coś wiedzą? Bo do nas nikt nic nie mówi. Irena dzwoni, to ją zbywają. „Trwają czynności”.
— Mnie też niewiele mówią — odpowiedział Włodek.
Nie skłamał, ale nie powiedział całej prawdy. Pomyślał o tym, co usłyszał od Kempny w pokoju Wawrzyczek. Obiecał jej, że to nie wyjdzie poza tamten pokój.
— Ale szukają? — dopytał Grzegorz.
— Szukają. Pytają wszystkich. Mnie przesłuchiwali dwa razy.
Grzegorz pokiwał głową i szedł dalej w milczeniu.
— To dobrze — powiedział. — Niech szukają.
Po kilku krokach odezwał się znowu, już innym tonem:
— Irena mówiła, że pan zeskanuje te zdjęcia z albumu. — Głos miał jeszcze zachrypnięty. — Że Natka cały wrzesień u pana przesiedziała. W tym pana archiwum, z tymi starymi zdjęciami.
— Dwa, trzy razy w tygodniu — powiedział Włodek. — Skanowała negatywy do książki.
— Pewnie wszystko ma pan w komputerze, te zdjęcia? — Grzegorz zapytał to lekko, patrząc przed siebie, na plecy siostry. — Teraz to wszyscy trzymają w komputerze.
Włodek pokręcił głową.
— W segregatorach. Rok po roku, w garażu. Na komputerze mam tylko to, co ktoś kiedyś zeskanował. Stary człowiek, stare metody.
Grzegorz uśmiechnął się pod nosem.
— U mnie w warsztacie też wszystko w segregatorach. Faktury, książki serwisowe, papier na papierze. — Pokiwał głową. — Stare metody są najlepsze. Nic się nie zgubi, jak się komputer zepsuje.
Przy bramie Grzegorz podał mu rękę.
— Pamięta pan o hamulcach? — zapytał. — Niech pan zadzwoni w tygodniu. Nie ma tematu.
— Zadzwonię.
Grzegorz i Beata poprowadzili Irenę w stronę parkingu. Włodek widział jeszcze zieloną parkę między samochodami, a potem stracił ją z oczu.
Słońce zaszło dwadzieścia po czwartej. Przez jakiś czas niebo nad dachami Załęża było jeszcze pomarańczowe, a potem szybko ściemniało i cały cmentarz zaczął świecić od dołu.
Włodek wrócił do grobów pod kasztanowcem. Ludzi było mniej, ale ciągle ktoś przechodził, ktoś zapalał, ktoś poprawiał. W ciemności nie było już widać nagrobków ani alejek, tylko tysiące małych płomieni w kolorowym szkle: czerwone, żółte, zielone, białe, rozrzucone po całym zboczu aż do muru od strony torów. Nad nimi unosił się dym i łapał światło z dołu.
Włodek zdjął aparat z ramienia. Statywu nie miał, więc położył aparat na kamiennym obramowaniu sąsiedniego grobu, podłożył pod obiektyw złożoną rękawiczkę, żeby go wypoziomować, i ustawił samowyzwalacz na dwie sekundy.
Nacisnął spust i zabrał rękę. Migawka otworzyła się z cichym kliknięciem i zamknęła po czterech sekundach. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie: płomienie zniczy rozmyte w miękkie plamy, a nad nimi smugi dymu, jasne jak mgła nad rzeką. Między grobami przeszła w tym czasie jakaś kobieta i zostawiła po sobie tylko przezroczysty, rozmazany ślad.
Zrobił drugie, potem trzecie, przesuwając aparat o kilka centymetrów. Przy czwartym złapał się na tym, że kadruje uważnie, że liczy światło, że czeka, aż przejdzie grupa dzieci. Pierwszy raz od tygodnia fotografował dlatego, że chciał, a nie dlatego, że ręce same podnosiły aparat.
Potem zarzucił aparat na ramię i wyszedł bocznym wyjściem na Gliwicką. Chciał zobaczyć jeszcze jedno miejsce.
Do rogu Grubskiej było kilkaset metrów. Szedł chodnikiem wzdłuż sznura samochodów zaparkowanych dwoma kołami na trawniku. Z przeciwka szły rodziny z pustymi reklamówkami po zniczach. Na rogu zatrzymał się przy tej samej latarni, przy której tydzień temu fotografował pustą ulicę i samochód, który wjechał mu w kadr. Teraz ulica nie była pusta. Na Grubskiej ktoś parkował, ktoś wynosił śmieci, w oknach dziesiątki paliły się światła.
Przed bramą dwunastki, na chodniku, stało kilkanaście zniczy. Bramę znowu zabito deskami. Ktoś przywiązał do nich wstążkę i białą różę w celofanie. Między zniczami leżało zdjęcie Natalii wydrukowane na zwykłym papierze, w foliowej koszulce, żeby nie zamokło. Włodek rozpoznał je od razu: portret, który zrobił jej kolega ze studiów na jakimś plenerze, w czapce i z aparatem przy twarzy. Natalia wstawiła go kiedyś do sieci jako swoje zdjęcie profilowe.
Kontener ochrony stał tam, gdzie zawsze. Szyba była ciemna, drzwi zamknięte. Nikt tu nie pilnował ani wtedy, ani teraz.
Włodek przykucnął i zrobił jedno zdjęcie z ręki: ostre znicze na pierwszym planie, rozmyta brama z deskami w tle. Potem wstał i jeszcze raz popatrzył na okna trzeciego piętra, ciemne jak wszystkie inne okna tego domu. Wrócił na cmentarz tą samą drogą.
Przy grobach pod kasztanowcem przeniósł aparat na płytę Stefanii. Ustawił kadr tak, żeby w dolnej części było widać złoty znicz Grzegorza i dwa czerwone, które sam postawił, a w górnej porcelanowy owal i napis. Zdjęcie wyszło ciemne, ale daty były czytelne. 1935–2004.
Usiadł na ławce przy alejce, naprzeciwko obu grobów. Aparat położył obok siebie. Wyjął z kieszeni zeszyt i długopis, ale długo niczego nie pisał.
Myślał o tym, co powiedziała Irena. Natalia chciała powiedzieć matce coś „dużo gorszego” niż ciąża. Chciała to zrobić tutaj, dzisiaj, przy grobie babci, żeby matka nie mogła wyjść. Przez cały wrzesień i październik siedziała w jego archiwum nad segregatorami z dwa tysiące czwartego roku, a on nigdy nie zapytał jej poważnie, czego szuka. Kłócili się o prześwietlone skany, o kadry, o to, czy zdjęcie może kłamać. Nigdy o to, po co jej te negatywy.
Przypomniał sobie, jak wyglądała, kiedy przychodził rano do garażu, a ona już tam była. Siedziała po turecku na podłodze między regałami, z segregatorem na kolanach i z czerwonym ołówkiem za uchem. Nuciła coś pod nosem, zawsze to samo, i nie podnosiła głowy, dopóki nie skończyła strony. Raz zapytał, czego szuka, a ona odpowiedziała: „Jak znajdę, to panu powiem, szefie”. Uznał to za żart i poszedł zaparzyć kawę.
Otworzył zeszyt na czystej stronie i napisał:
1.11. Cmentarz, Załęże. Irena w parce N. „Na Wszystkich Świętych, przy babci, muszę ci coś powiedzieć”.
Pod spodem, większymi literami:
Co chciała powiedzieć?
Popatrzył na to pytanie. Potem dopisał jeszcze jedną linijkę:
Jutro: archiwum. Wszystko, na czym pracowała.
Zamknął zeszyt i położył go na kolanie. Wiatr przycichł. Przed nim, na płycie Stefanii, płomień w czerwonym szkle stał prosto i prawie się nie ruszał.
Rozdział 11
Czerwony ołówek
Do archiwum dało się wejść na dwa sposoby: z domu, korytarzem, pod czujnikiem dymu od Agnieszki, albo z podwórza, bocznymi drzwiami dawnego garażu. Włodek zawsze wchodził od podwórza. Uważał, że do archiwum trzeba wchodzić tak, jak się wchodzi do pracy, a nie w kapciach, prosto od śniadania.
Zamek w bocznych drzwiach był stary i trzeba go było przekonać. Klucz wchodził do połowy, potem należało podnieść klamkę, docisnąć drzwi biodrem i dopiero wtedy przekręcić. Natalia nauczyła się tego w pierwszym tygodniu i robiła to szybciej niż on.
W poniedziałek, w Zaduszki, o ósmej rano na podwórzu leżał szron. Włodek otworzył drzwi, zapalił światło i stanął w progu.
Pachniało utrwalaczem, kurzem i starym papierem. Od tygodnia nikt tu nie wietrzył. Jarzeniówki pod sufitem mrugnęły dwa razy i zapaliły się równo.
Archiwum zajmowało cały dawny garaż. Wzdłuż ścian stały metalowe regały, pomalowane kiedyś na szaro, a na nich segregatory z negatywami, rok przy roku. Lata dziewięćdziesiąte przy małym oknie od podwórza, od strony działek, bo z tamtych lat miał najwięcej zdjęć. Lata od dwutysięcznego do dzisiaj przy ścianie od domu, bliżej korytarza. Grzbiety opisał sam, markerem, zawsze tak samo: rok, łamane przez miesiące. Na dolnych półkach stały kartonowe pudła ze stykówkami, czyli odbitkami całych rolek klatka przy klatce, i z powiększeniami, opisane na bokach. Na najniższej półce przy drzwiach do korytarza, osobno, stało pudło po butach „Chełmek”, z odbitkami ojca od końca lat pięćdziesiątych. Tego pudła Włodek nie otwierał od lat, ale wiedział dokładnie, co w nim jest.
Pośrodku stał duży stół. Na nim skaner pod szarą pokrywą, komputer, lampa kreślarska i pionowy statyw do fotografowania dokumentów, który kupił dwadzieścia lat temu z likwidowanego zakładu fotograficznego. Na brzegu stołu leżała sterta jego własnych papierów: rachunki, listy z ZUS-u, katalogi, które przychodziły pocztą i których nigdy nie wyrzucał.
Dopiero kiedy podszedł bliżej, zobaczył karteczki.
Były wszędzie. Żółte samoprzylepne kwadraty, takie, jakie kupuje się w każdym kiosku, przyklejone do krawędzi półek, do grzbietów segregatorów, do lampy, do obudowy skanera. Na każdej coś było napisane czerwonym ołówkiem, drobnym, pochyłym pismem Natalii.
Włodek wyjął z kieszeni koszuli okulary do czytania i założył je.
Na półce z rokiem dwa tysiące czwartym: rolka 031!! Dwa wykrzykniki, ten drugi mocniej dociśnięty, aż ołówek przebił cienki papier.
Na regale obok, przy segregatorach z lat dwutysięcznych: Róża K. — 12.09. Mówi dużo, słucha mało. Zadzwonić jeszcze raz.
Na lampie: Wyrobek — nie chce. Straż. 2004. Trzasnął słuchawką.
Na obudowie skanera, przy samej pokrywie: Kocur — ochrona G12. Ten sam co wtedy???
Na komputerze: Mrowiec Dev. — kiedy kupił 7? (2003) → sprawdzić KW
Na krawędzi stołu, obok miejsca, gdzie zawsze siadała: Kawa szefowi, bo zrzędzi. Pod spodem uśmiechnięta buźka.
Włodek zatrzymał się przy ostatniej dłużej niż przy innych.
Sam od czterdziestu lat zaznaczał wszystko na żółto. Żółtym tłustym ołówkiem kreślił na stykówkach, którą klatkę powiększyć, żółtym zakreślał w zeszytach godziny. Natalia śmiała się, że żółty jest dla ludzi, którzy boją się podjąć decyzję. Sama używała czerwonego i twierdziła, że czerwony to kolor, którego nie da się przeoczyć. Teraz całe archiwum było oznaczone jej kolorem. Jego żółte znaczki gubiły się pod jej czerwonymi.
Nie zdejmował karteczek. Sfotografował je telefonem jedną po drugiej, a potem jeszcze raz, z daleka, tak żeby było widać, gdzie która wisi. Tak samo jak w Brynowie fotografował jej ścianę. Pomyślał, że robi się z niego archiwista cudzego życia.
Usiadł na jej krześle, przy jej końcu stołu, i przeczytał wszystkie jeszcze raz. Róża K., ktoś, z kim Natalia rozmawiała we wrześniu. Wyrobek, ktoś ze straży, kto nie chciał rozmawiać. Kocur, ochrona dwunastki. „Ten sam co wtedy”, z trzema pytajnikami. Wtedy, czyli w dwa tysiące czwartym. Mrowiec, deweloper, którego nazwisko wisiało też na ścianie w Brynowie.
I rolka 031, z dwoma wykrzyknikami.
Segregator z napisem 2004/01–02 stał tam, gdzie powinien, w środku rzędu. Włodek wyjął go i położył na stole, na płaskiej części obok skanera.
Pamiętał tę rolkę. Nie klatka po klatce, ale pamiętał noc: niedzielę w lutym, zlecenie dla parafialnego chóru w Chorzowie, powrót Gliwicką w ciemności, dym nad dachami Załęża. Stary Nikon, czarno-biały film. Trzynaście klatek chóru i reszta rolki na pożar. Jedno zdjęcie było rano w gazecie. Resztę Ficek, jego ówczesny szef, uznał za niepotrzebną i Włodek się z tym pogodził. Od tamtej pory rolka leżała w segregatorze.
Przewracał koszulki powoli. Rolka 029, jakieś zebranie w urzędzie miasta. Rolka 030, zima w Nikiszowcu. Rolka 031.
Koszulka była na miejscu i była opisana jego ręką: 2004/031, 15.02, Chorzów / Grubska 7, pożar. W środku leżały paski negatywu, po sześć klatek, w osobnych przegródkach. Włodek wyjął koszulkę i podniósł ją pod światło lampy.
Pierwszy pasek, klatki od pierwszej do szóstej: chór. Drugi, od siódmej do dwunastej: chór i organy. Trzecia przegródka była pusta.
Czwarta, klatki od dziewiętnastej do dwudziestej czwartej: ogień w oknach, wóz strażacki, sylwetki strażaków na drabinie. Piąta i szósta na miejscu.
Brakowało paska od trzynastej do osiemnastej. Brakowało też stykówki, która zawsze leżała w tej samej koszulce, złożona na pół za paskami. Włodek sprawdził tylną kieszeń koszulki, potem koszulki sąsiednie, potem całą resztę segregatora, strona po stronie. Nie było ani paska, ani stykówki.
Usiadł.
Pierwsza myśl była najprostsza: Natalia wzięła je do domu. Robiła to już wcześniej, choć za każdym razem się o to kłócili. Mówiła, że w domu ma lepszą lupę i lepsze światło, a on odpowiadał, że negatywy nie wychodzą z archiwum, bo z archiwum wychodzi się tylko w jedną stronę. Potem przynosiła je z powrotem, w kopercie, z przepraszającą karteczką.
Tym razem nie przyniosła.
Przypomniał sobie pudło ROBOCZE 2026, które dostał od Ireny w czwartek. Stało w przedpokoju, tam gdzie je postawił. Poszedł po nie korytarzem i przyniósł je do archiwum. Przejrzał wszystko: odbitki z Załęża, portrety starych ludzi przy oknach, dzieci na podwórkach, kilka próbnych odbitek, jaśniejszych i ciemniejszych. Na dnie leżały dwie koperty z negatywami z jej aparatu analogowego, obie z tego roku. Paska z dwa tysiące czwartego roku nie było. Stykówki też nie.
Może leżą gdzieś w mieszkaniu w Brynowie. Może policja je zabrała, razem z laptopem i kalendarzem, i nikt mu o tym nie powiedział. Może Natalia miała je przy sobie tamtej nocy.
Spojrzał na skaner pod szarą pokrywą. Natalia skanowała na nim przez cały październik. Nie przyszło mu do głowy, żeby go otworzyć. Skaner służył do skanowania, a nie do przechowywania negatywów, a Natalia, choć roztrzepana, zawsze po skończonej pracy chowała paski z powrotem do koszulek. Tego ją nauczył.
Włożył koszulkę na miejsce, z pustą przegródką, i odstawił segregator na półkę.
Przed jedenastą wyjął z kurtki szarą kopertę z kartkami albumu Ireny. Obiecał je oddać we wtorek.
Mógł je zeskanować. Skaner był pod ręką i dałby ostrzejszy obraz. Ale odbitki z albumu były stare i pofalowane, a na skanerze pod szybą każda fala dałaby odblask i nieostrość. Lepiej było zrobić reprodukcję aparatem, z góry, przy dwóch lampach ustawionych z boku pod kątem, tak żeby światło kładło się równo i nie odbijało od błyszczącego papieru.
Rozstawił lampy. Przykręcił Canona do statywu obiektywem w dół i podniósł go tak, żeby kartka albumu wypełniła cały kadr. Pod kartkę podłożył czarny karton. Aparat podłączył kablem do komputera, żeby widzieć każde zdjęcie od razu na dużym ekranie.
Pracował powoli, kartka po kartce. Najpierw sprawdzał na ekranie ostrość i jasność, potem robił zdjęcie z samowyzwalaczem, żeby nie poruszyć aparatu. Natalia w wózku przed blokiem. Natalia na rowerku z bocznymi kółkami. Natalia z tatą nad wodą, z wiaderkiem. Janusz był wysoki i chudy, w okularach, i śmiał się na każdym zdjęciu.
Ostatnia była kartka z urodzin babci. Cztery odbitki przyklejone rogami, a pod nimi napis Ireny: Mama, 68 lat, X 2003.
Najpierw zrobił zdjęcie całej kartki, potem każdej odbitki osobno, z bliska. Największa, zdjęcie przy stole, pojawiła się na ekranie komputera w pełnym rozmiarze. Kolory miała wyblakłe, trochę za czerwone, jak wszystkie odbitki z punktów foto z tamtych lat. Kuchnia, stół, tort, rodzina dookoła.
Włodek patrzył na Natalię. Siedziała przy samych świeczkach, z grzywką i nadętymi policzkami, tak blisko tortu, że grzywka prawie dotykała płomieni. Ktoś obok, chyba wujek, pochylał się nad tortem, jakby chciał ją przytrzymać albo zdmuchnąć świeczki razem z nią.
Włodek powiększył na ekranie samą twarz Natalii. Pomyślał, że Irena ucieszy się z takiego kadru: sama dziewczynka i świeczki, bez stołu i bez reszty rodziny. Mógłby to wykadrować ciasno i wydrukować w formacie dwadzieścia na trzydzieści. Obraz wyjdzie trochę chropowaty, ale tu to nie przeszkadzało.
Zanotował numer pliku w zeszycie, z dopiskiem dla Ireny, kadr na N., i zdjął kartkę ze statywu.
Fotolab Brol mieścił się w starej kamienicy przy bocznej uliczce odchodzącej od Mikołowskiej, w dawnym sklepie spożywczym. Na szybie wystawowej wciąż było widać ślady po dawnym napisie „Delikatesy”, a pod nim nowy, wycięty z folii: FOTOLAB BROL. Odbitki, skany, reprodukcje. Włodek zaparkował na chodniku o drugiej.
W środku grało radio, jakaś stacja z przebojami z lat osiemdziesiątych. Pachniało chemią, ciepłym papierem i kawą. Maszyna do odbitek szumiała w głębi, za kontuarem, a obok niej, pod pokrowcem, stał wielki bęben skanera, z którego Lucyna była dumna jak z samochodu.
— Włodziu! — Lucyna wyszła zza kontuaru, wycierając ręce w fartuch poplamiony chemią na brązowo. Była niewysoka, pełna, miała krótko obcięte siwe włosy z fioletowym pasemkiem nad czołem i okulary zsunięte na czoło. — Chodź tu.
Objęła go mocno, bez pytania, i przytrzymała dłużej, niż zwykle trzyma się znajomych. Pachniała utrwalaczem i jakimś kwiatowym kremem.
— Słyszałam — powiedziała cicho, kiedy go puściła. — Była tu u mnie dwa razy, ta twoja Natalia. Drukowała próbne. Pyskata była. Podobała mi się.
— Była — powiedział Włodek.
Lucyna nie drążyła. Wzięła od niego pendrive i włożyła do komputera przy kontuarze.
— Pogrzeb?