E-book
16.38
drukowana A5
37.63
Gnioty

Bezpłatny fragment - Gnioty

Wiersze


Objętość:
138 str.
ISBN:
978-83-8126-218-7
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 37.63

Wstęp

Pisanie wierszy od dawna jest moją pasją i tworzę je gdy tylko czuję, że mam natchnienie. Wiersze chociaż nie należą do najpiękniejszych (takie przynajmniej do tej pory miały opinie, chociaż niewielu je czytało) przedstawiają obraz mnie samego, innych i są też życiorysem. Większość z nich dotyczy mojej osoby i sytuacji w jakich się znalazłem. Niniejszy tomik przedstawia część z nich.

Pierwsza pula

W tej puli wierszy przedstawiam po kolei wstecz wszystkie te dzieła jakie znalazłem w swojej szufladzie. Pierwszy wiersz pochodzi z 2016 roku i był napisany zapewne pod wpływem alkoholu, gdyż wtedy przechodziłem kryzys związany z moim upadkiem zawodowym i finansowym. Jednakże jednocześnie odnalazłem miłość swojego życia — w sumie kolejną lecz tym razem mam nadzieję, że to już ostatni mój wybór i będziemy do końca życia razem. To, że ją kocham nie ulega wątpliwości. Izabela jest moim szczęściem i o dziwo, nie mam zbytniej weny twórczej aby opisywać wierszem moje uczucia do niej. Są tak silne, że brakuje mi słów i na nic tutaj poezja.

Oto dla niej

Zasłony oczu

A uśmiech na twarzy

Jakby nic się nie stało

Ona tam i ciągle się martwi

Chcę mówić cały czas

Że bardzo przepraszam

To że takim słabym jestem


Dam jej te kwiaty

Chociaż nie oto jej chodzi


Dam jej tą miłość

Bo wiem że to warte


I jest ten największy skarb

Gdy tylko chcesz być na zawsze

We dwoje jak zalany metal

Nierozerwalny poprzez cały ten świat


Powyższy wiersz został napisany gdy jeszcze borykałem się ze swoim alkoholizmem. Przez wiele miesięcy od sierpnia 2016 do maja 2017, Izabella czekała cierpliwie na, to żebym wreszcie wytrzeźwiał. Wreszcie 5 maja poszedłem na odtrucie i od tej pory nie piję. Wiersz „Oto dla niej” jest jedynym w tym tomiku jaki dedykuję Izabeli. Gdy odnajdę inne, zapewne przedstawię je w innej lekturze.

Przez cały rok 2016 piłem. Do sierpnia 2016 r. nie widziałem dla siebie żadnego ratunku i chciałem się zabić. Nie byłem w stanie nic zrobić ze swoim życiem, przeturmaniłem resztę majątku i zostałem bez niczego, z długami. Zniszczyłem sobie organizm i życie. Łudziłem się, ze miłość z Białegostoku powróci ale tak się nie stało. W tym okresie pisałem wiele, aczkolwiek nie było tego tak wiele. Kilka wierszy z okresu 2016 roku, przedstawiam poniżej.

Bardzo śmiało

Gra mi mimo muzyka gra której po co jest tyle

po co mi upiększa życie na siłę i papierosy i tak

Zepsują to co bardzo boli zatuszują co to płacz

Wielce dobrych słów i nie pamięta i talia kart których


Tak wiele różnych było i świecił się świat w słońcu

Tym co gna do przodu gania gdzieś gdzie żaden znak

Po co ciemno pić po co być jak butelka szli nawet

Gdy gdy gdy pisać tysiące lat i pięknie wśród gwiazd


Tkwi on co tworzy żeby być i pisze i wzywa ku nam

Po co być po co myć z brudów się i łzami wciąż tu

Uspokoić by nie siebie nie swój świat nie możne nie

Mając różnych jak kwiaty spojrzeń na część drugą


Cenną

Agu. Jak więcej niż diament

Więcej niż życie

Jak potężna ogromna kula szlachetna i kwiat

Nie!

Tak jest! To najcenniejsze wśród nie wśród

Nie da się określić!

To był mój tata moja mama

Budzą w sercu płomienie

Gdy płacze nad grobem dziecko

Budzą w sercu płomienie

Gdy wstaje zaraz w uśmiechu


On nie zginął on żyje

To był mój tata to była mama

To jest moja rodzina

Walczyli za mnie


Dreszcze przechodzą

Gdy słyszy dziecko wołaj

Nie cofa się wstecz

Krzyczy do do przodu


Trudno i ciężko płakać

Płacz przetwarza bandytów

Dziecko dorosło i rodzice

Nie ma wstydu


Bo to oni rodzice moi i przyjaciele i godni Polski

Swe siły swoje myśli swoje zaparcia i strachy

Żołnierze którzy walczyli wiernie nie podległe

Podległe swoim podległe swojemu kraju

To oni stworzyli mi dom to oni mnie urodzili

To oni mi dali możliwość to oni życie upiększyli


Teraz ja mam dzieci

One będą pamiętać

Teraz ja jestem

By byli następni


Teraz ja chronię

I teraz będę stała

Będę stał

Będziemy razem stali

U boku całych szarych

Całych z orłem białych

Tych co będą są i byli

Bo łańcuch stuleci

Nigdy nie zaginie

Bo łzy nie pragną

Bo ludzie żyją


Zestarzeje się kolejny czas

I sztandar znów będzie w rękach

Cały czas w polskiej krwi

Lecz nigdy nie zaginie…

Monolog

Monologi — na ten temat muszę napisać ponieważ, są chore. Walczę z nimi, bo kradną tożsamość i skrzywiają myśli. Powodują, że traci się zmysł realności. Ciągłe sobie powtarzanie gubi. Gdzie jest trop życia? Takie pytanie wkrótce, utwierdza w przekonaniu. Że człowiek zły i źle postępuje i dobrnie w końcu do upadku.

Może to byłoby inne, jeśli tylko krótkie, bo zbyt długo mówisz i kaleczysz prawdę.

Ludzie popychają, niekoniecznie złośliwie ale popycha sumienie bardziej. Ono wtedy działa jak wyrzutnia rakiet, szybko i szybciej podąża. Bo nic złego, się nie zdarzyło, by teraz tak cierpieć i myśleć jak było.

W efekcie rzeczy, człowiek zraniony, powtarza sobie „silny jestem”. I te wspomnienia, nie są wspaniałe, kiedy tylko myśli te same.

Gdy żalisz się, mówią weź się w garść, gdy powiesz nie, powiedzą żeś twardy. Bo po co wprost, tak krótko i zwięźle, przedstawić los, który był i będzie. Bo przypisane jest tym prawdziwym, ludziom czującym i tym wrażliwym.

Czasem potrzeba jest większa, czasem należy, być obojętnym. Bo ta miękkość gubi człowieka i nic nie uzyskasz, gdy tak nalegasz. Nadzieja w tym, że serce ma, długa historia. Bo stracone jest tylko wtedy, gdy z sercu usuniesz, każde wspomnienia. One są bardziej jak smutek, bo chcą, by ten nie wracał.

I teraz 2013

Jest rok 2013, mieszkam w Jurowcach koło Białegostoku razem (ja mi się wtedy wydawało) z miłością mojego życia. Pracuję w pewnej firmie i nie narzekam na brak gotówki i w ogóle na brak czegokolwiek. Nie piję i nie palę. Mam kondycję i mnóstwo sił. Cieszę się życiem i snuję plany na przyszłość. Wszystko wydaje się iść ku najlepszemu. Oto kilka wierszy z tego okresu. Niestety ten pierwszy mówi o poronieniu. Moja ukochana straciła dziecko i to bardzo mnie przygnębiło. Bardzo to przeżyłem. Ona nieco mniej, a przynajmniej tak udawała (albo i nie, teraz z perspektywy czasu, momentami mam wrażenie, ze sama to zrobiła, bo jej się odwidziało — mieć dziecko) albo mówiła prawdę.

chciałem i już radość była — poroniła

Świat jest smutny i smutni są ludzie

Z każdą chwilą więcej nadziei

W wierze w szczęście i lepsze życie

Do naiwności bo ta rezultatem


Podchodzi serce podchodzą myśli

Blisko do tego spełnienia

Nie wszystkich marzeń lecz części

Tych najbardziej skrytych oczekiwanych


I gdy już widziałem jak złota jasność

Niemal chwyciłem i poczułem zapach

Tak nagle jakby szponami wydarło z gardła

Ten oddech spieszny z radości


Dano te życie i dano siłę

Jak motywację by zmiatać trudne

Dla domu lepszego i teraz większego

Tak wtem jak kat ściął głowę


Te maleńkie życie już nie istnieje

Wylało się czerwonym strumieniem

Niespodziewanie zabrał czas czasowi

Ten bieg powodzeń uwieńczył śmiercią


I nie mogę zapytać bo nikt nie odpowie

I tylko dziwne bo na prawdę się stało

Gdzie wyrzuty sumienia bo chyba ich nie ma

Gdzie ból bo nie czuję


Teraz jakby te jabłka które leżą zbyt wcześnie pod jabłonią

Z wierzchu piękne i czerwone

Od podłoża zgniły i podnosząc je z błyskiem w oku

Tak potem odchylam się w niedowierzaniu

A te poniżej to już inna historia…

Muzyka

Cieszy się ciało i cieszy uśmiech

Na siedząco się zataczają

Nogi w ten rytm prosty

Z wokalem zmiennym

Melodia za melodią

Rozbrzmiewa i głosi

Kolejną historię

Ze snów z myśli i z marzeń

Na twarzy duma i skupienie

Słów w rytmie wrażeń

Opowiadają o miłości

Mówią z tęsknotą

Lecz cicho radośnie

Wspominając oddech szybki

Gdy do ust zbliżały się usta

Gdy w oczy patrzyły oczy

Gdy łzy zastąpiły łzy

Nie ma żalu nie ma dni

Trwogi odeszły jak wiatr

Minął już czas minęły chwile

Zaczęły się deszcze ciepłe

Z szelestem uderzają krople


Zatrzymał się człowiek z rytmem

W rytm nowy wstąpił

Niczym w inny akt teatru

Odgrywa rolę odgrywa kwestie

Realną prawdziwą z duchem

Jazz Jazz na chwilę bębny

Mocne nuty wiercą w głowie


Stanął na chwilę kolejno czas

A w nuty wsłuchało się znów

Serce a usta chcą więcej

I więcej powiedzieć zaśpiewać

Ten maraton

Ten wąż pełza długi

Dłuższy niż widziałeś

Nie wiesz nie czujesz

Lecz chcesz tak właśnie brnąć stale…

Zasypianie

Płynie czas głęboko

Zadziorne sekundy penetrują mózg

Oczy wywracają się samoczynnie

Niczym kula tocząca się między ruchem magnesów


Wiotkie stały się już nogi

Zasiadł cały rytm w ciele

Niebywały spokój gwałtownie zagląda

Uciszając świadomość wyłączając słuch


Odczucia dźwięki jakby w dalekim echo

Są głośne odchodzą wyraźnie

i zgrzyt natężenie głosów i życia

Czasem podnosi ton zrywa strachliwie na nogi


I choć ślepo i w bezruchu

To wytężony kawałek umysłu

Jakby czujnik najmniejszych drgań

Odrywa nagle wrzask duszy czasem z ust


Już odpocząć już być spokojny

Chce woła wewnętrznie słaba siła

Lecz zamykając oczy nieświadomie gromy

Brną w głębie uciskają słowa…


I to na tyle z tego roku. Dotychczas, znalazłem tylko te utwory. Nic straconego — w tym okresie nie pisałem zbyt wiele i jeśli jeszcze coś odnajdę, to zapiszę w innym tomiku poezji.

Pewnie fabuła tego wydania „Gnioty” nie zachwyca ale chyba nie o fabułę chodzi tylko o poezję. Fabułę mam zamiar napisać w książce, która powstaje od kilku lat z przerwami. Mam nadzieję zjednać sobie czytelników w różnym wieku i o różnych gustach, nie tylko miłośników poezji. Więc czytajcie mnie jak tylko zobaczycie autora Emil Kowalski.

No cóż autoreklama we własnej książce? Chyba nie przeszkadza. Pozdrawiam.

Poetycki rok 2012

Rok 2012 to już większa pula mojej twórczości i jak to u mnie bywa — jeśli nie jestem z kimś związany, to piszę więcej. Nie wiem z czego to wynika, być może jest to strach przed krytyką ukochanej osoby? Może jestem nieśmiały? W każdym razie wtedy nie mam aż takiej weny twórczej do poezji, bardziej przychodzi mi inspiracja do pisania prozy itp.

Musze przyznać, że teraz kiedy piszę ten tomik (jest wrzesień 2017 roku), niniejsze wydarzenia i wiersze opisuję z pamięci. Nie jest ona doskonała, tak jak u każdego z nas a u mnie szczególnie, bowiem jestem alkoholikiem i przez wiele lat piłem nałogowo, co oczywiście ma skutek umysłowy w postaci pamięci. W tym tomiku przedstawiam 99% wierszy, które napisałem po trzeźwemu. Mój okres niepicia to maj 2010 do styczeń 2016, a potem maj 2017 rok do teraz czyli wrzesień 2017. Mam nadzieję, że już nie powrócę do tych koszmarów mojego życia. Bynajmniej nie chcę i chcę się cieszyć domowym życiem z uśmiechem i radością, którą też ofiaruję mojej ukochanej Izie. Myślę, że ona też tego oczekuje i jest szczęśliwa mimo że jak ją pytam o te szczęście to twierdzi, że w sumie nie wie.

A więc zaczynamy przegląd 2012 roku.

Precz diable!

Ty głupi naiwniaku!

Myślałeś że pokonasz te wszystkie trudy!

Pokonasz pieniądza!

Wszechwładne narzędzia materialistów!

Ty głupcem jesteś!

Bo myślałeś że miłość zwalczy zmartwienia!

Że miłość doda sił i zniweluje problemy!

Ty głupcze łudziłeś się!

Że nagle zaniknie większość twoich spraw

Spraw które wciąż tylko mieszają w życiu

Zabierają szczęście i hamują wszystko!

Jesteś co najmniej niespełna rozumu!

Że tkwisz w przekonaniu iż nic nie zepsuje

Tej cudownej miłości

Tego że jesteście razem!

To marzenia o dobrym życiu

To tylko marzenia głupcze!

Dobre życie to jak kiełbasa za czasów PRL

Nie dla każdego!

Chciałeś aby ciebie to spotkało!?

Masz więc naiwnie — zjesz szybko i dokładki nie będzie!

Tak tak mówię ci niepohamowany entuzjasto

Nadmierny optymisto!


Co mi powiesz kochany młodzieniaszku?

Że to miłość? Że zwycięży i nada sił tyle?

Ech wziął byś się do roboty i odrzucił te sny!

Wiecznie w obłokach wiecznie z takim obrazem!

Gdzie te konkrety i czy tylko słowa są?

Widzisz przecież co na ulicach!

Myślisz że ci ludzie mają dobrze?

Myślisz że oni myślą o miłości?

Nie!

Dla nich miłość to kolejny wydatek!

Dla nich miłość to ostatnia rzecz która potrzebna!

Dają sobie radę bo nie myślą o niej!

A ty?

Ty za chwilę staniesz w tym twoim lesie na wzgórzu małym

Wśród tej pięknej przyrody i ciszy wymarzonej

Wśród zieleni śniegu i powiesz ze łzami

Jestem głodny! Co mam zrobić!

Nikt nie wysłucha i nikt nie przyjdzie!

Nadal o miłości pomyślisz?

Nadal będziesz tkwił w przekonaniu o pięknu?

Nikt nie usłyszy a powiedzą co beczysz!

Nie powiedzą nie przytulą a odejdą!

A może inne masz zdanie?

I swoimi naiwnymi słowami przekonasz los?

Może powiesz — Nie!

I twardo walniesz w drewniany stół?

Jak?

Jak zmienisz brutalną prawdę?

Jak sprawisz że nie braknie chleba?

Jak zrobisz że nagle wszyscy wokoło będą się cieszyć?

Teraz jesteś mądry — będziesz mądrzejszy jak zabiorą resztę z kieszeni

Jak odbiorą deski ratunku!

Wydrą z ciebie stare jeszcze schludne ubranie!

Banki! Wierzyciele! Ludzie ze złotem!

Umrzesz i tylko na chwilę zapłaczą!

A zostanie w przekonaniu kolejna porażka!

A może już tak myślą a nie wiesz?

Co powiesz teraz co możesz mi powiedzieć chojraku?


Powiem — mam gdzieś ten scenariusz!


Bzdury gadasz chociaż realne!

Ja teraz rządzę!

Ja wytrzymam i pokażę!

I pytam się — jakim prawem znów próbujesz szczęściu grozić?

Ty bezwstydny i bezczelny diable łotrze

We mnie się nie zagnieździsz ponownie!

Mam teraz broń mam teraz siłę!

Nie zagnieździsz swych szponów

Nie wydrzesz mi z tych rąk nie wydrzesz z serca!

Spalę cię w twoich płomieniach!

Wyrzuciłem już twoje złe zdania i żadna twoja siła

Żaden twój podstęp nie jest wstanie mi zagrozić!

Ty świnio ty czarno smoło — jesteś niczym jesteś nikim…


Powyższy tytuł, to strach przed problemami finansowymi. W 2012 roku, zanim jeszcze „zostałem porwany przez miłość do Białegostoku”, prowadziłem salonik w Dąbrowie Górniczej i świadczyłem różne usługi. To była pierwsza odsłona mojej firmy. Niezbyt dobrze mi się powodziło ale też nie miałem jak się przekonać co by było dalej, gdyż ledwo minęło kilka miesięcy i jak wspomniałem, przeniosłem się na północ Polski.

Moje Hollywood

To taki mój realny nierealny świat

To tam gdzie żyję wśród gwiazd

Tam wiecie, są inni lepsi i oscarowi

Nie dorównują żadni z TV filmowi

To ci ludzie czasem skryci

Oni zawsze ze słowami szczerymi

Których nie usłyszysz nie przeczytasz

Nie zobaczysz w kinie nie ma w książkach

Tych postaci fikcyjnych lecz prawdziwych

To takie moje Hollywood na bis

Gdzie modele i modelki z pędzlami

Nie chodzą na odstrzał i każdy z nich

Swoje baśnie niesie i urokiem wabi


Na granicach paszportów nie sprawdzają

Wejdziesz tutaj swobodnie nawet bez fraku

Tam gdzie Oscar to nagroda to prestiż

Tam gdzie komercja to fikcja

Tu liczy się gwiazda tu liczymy talenty

Talentem każdy tak jak człowiek różny

Wnosi swoje kolory nowe melodie nuci

Zabawa sztuka granie filmy obrazy

Niby standard lecz inny prawdziwy

Latamy jak w obłokach a obłoki wozami

Jesteśmy odziani w co chcemy

To takie moje Hollywood z nowościami

Co chwilę w tym miejscu nowy kształt

Otacza nas muzyczny świat otula i głaszcze

Z tysiącami nut wieje kojący wiatr…


oto wiersz, który zapewne napisałem gdy już zapadła decyzja o wyjeździe do kobiety z północy. Byłem wtedy wniebowzięty i snułem niesamowite fantazje i nadzieje. Byłem szczęśliwy i bardzo ciekawy jak to będzie nie tylko w nowej miłości ale też na nowej ziemi. Bo jakby nie było to prawie 500 km od domu i nowe klimaty, nowa kultura i ludzie.

Przeddzień — idę do Ciebie na zawsze

jest mokra noc i chłodna

stukot kropel na parapecie

wgryza się w uszy drażniąco

a komputer szumi już kilka godzin


dzisiaj znowu słyszałem ten cudowny głos

znów kilka westchnień przez telefon

i tych dwóch słów za którymi zawsze tęskniłem

i na dzień dobry i na dobranoc szept czuły


pora już spać choć wcześnie się robi rano

odejść w ten smak snów kiedyś odległych

dzisiaj są już spełnione i biją w sercu

radość rozpycha myśli radość ta karmi


jeszcze tylko kilkanaście godzin

jak w ramiona Twoje się wtulę i pocałuję

usta jakże słodkie i gładkie one

wzbudzają we mnie dreszcz i odpływam


pakuję powoli ostatnią parę spodni

kilka zapisanych kartek z wierszami

zabieram do plecaka trochę wspomnień

zabieram plik zdjęć na pożegnanie


z tym miastem z tym domem i wreszcie

u Twojego boku stanę i o tworzysz drzwi

zacznie się życie nowe w nowych barwach

nareszcie te które tak bardzo upragnione


i nie mam obaw i nie mam strachu

czuję ten spokój jakiego chciałem

czuję że wszystkie chwile będą jak muzyka

ta która gra szczęśliwym ta tuląca…

A to kolejne, które pisałem z okazji nowej miłości.

Minęły tamte chwile, jesteś teraz Ty

Tyle czasu spędziłem nad planowaniem

Szczęścia i życia radosnego

Wiele godzin marzyłem i jak w utopii

Łudziłem się że jutro będzie lepiej

Na nic się zdały łzy oczekiwania

Mocno chciałem uniknąć porażek i lęków

Szukałem tej miłości i zawsze bolało

Nie mogłem budować innych dróg

Wciąż tą samą błądziłem jak ślepy

Teraz pojawiłaś się Ty

Przez cały czas w moim sercu gotowało się

I nawet gdy mówiłaś że to nic więcej jak przyjaźń

To stawałem się innym człowiekiem

Zacząłem patrzyć z pewnością na ten świat

Coraz więcej optymizmu i więcej błysku w oczach

Uczucia dojrzewały spokojnie i naturalnie

A czas pokazał jak bardzo stają się silne

Teraz mogę je ofiarować i ofiarować spokój

Dać upust wszystkim oczekiwaniom

Tak blisko bliskości nie czułem nigdy

I co dzień chcę na nowo wstawać

Niegdyś bałem się tych wschodów słońca

Za każdym razem w myślach dzwoniło

Że kolejny czas z otwartymi oczami patrzę

Na zwiędłe kwiaty które są moimi odczuciami

One wszystkie budowały mur i zaślepiły wzrok

Pojawiłaś się jakby z kilofem i go rozbiłaś

Jak niegdyś ludzie rozbili ten mur berliński

Nie boję się już pisać o radości

Nie boję się zasypiać chociaż czasem są koszmary

One to tylko pozostałości i zgliszcza

Ten stary świat został zniszczony

Tam było źle tam było szaro

Tam były dźwięki jak zgrzyty

Tam przyszłość to była pustka

Nałożyłaś na to wszystko szatę

Złocistą której już nigdy nie podniosę

Widać tylko błysk słonecznych promieni

A z daleka łunę i tak bardzo jest kolorowo…

Czekałem na Ciebie

Szukałem wśród gór

Szukałem tam gdzie jeziora

Wraz z wiatrem leniwym

Z promieniami słońca


Szukałem zapachu

Głosów szepczących

Szukałem dotyku

I spojrzeń kojących


Marzyłem o spokoju

W ramionach w cieple

Śniłem i pięknie

O głosie i muzyce


Tak długo i często

Nieporadnie i z wiarą

Z niewiarą także brnąłem

Nieświadomie wtedy do szczęścia


Stanęłaś mi na drodze

I jak pociągnięty przez wędkę

Za Tobą miesiącami latami

Myślami błądziłem


I nadszedł ten dzień

Zobaczyłem podbiegłaś

Na kolejowym dworcu

Z pocałunkiem w policzek


Nie wiedziałem jeszcze

Wszystko na zwykły dzień było

Na czas i na oddech tylko odpocząć

W miłość właściwą się zamieniło


Odeszły te ponure dni

Pragnień i nadziei

Zamieniły się w dotyk serc

I teraz tutaj przy mnie jesteś

Głęboki sen

Tacy twardzi z żelaznymi sercami

Tacy zawzięci okuci w stal

Z wykrzywionym wyrazem twarzy

Brnący bez zatrzymania na spojrzenia

W ciemnych i szorstkich kolorach

Tacy głośni chrypliwi przeraźliwie

Głusi i bez odpowiedzi niepytający

Zamartwień bez odrobiny lekkiego ducha

Szybcy ostrzy na każde chwile na każde dni


Biegliśmy niegdyś nie zwracając uwagi

Na głosy słowa i wyciągane ręce

Nie patrząc na blask słońca

Widzieliśmy tylko rdzawe błyski

Starych umarłych domów wspomnień

Przekonani tak usilnie o złych i ponurych

Chwilach które mocno bolały

Bez nadziei i odrobiny wiary w dobre dni

Biegliśmy jakby uciekając przed światem


Już tego nie ma już daleko gdzieś

Zabrał ktoś w garści przeniósł

Wszystkie ogarnął nasze głębokie łzy

I rozrzucił po wietrze na strony świata

Ocalił serca i sercom nadał rytm

Napisał jak na drzewie piszą zakochane pary

To koniec i koszmarny sen zaniknął

Dał nam wolne dusze dał nam szczęście

Wybrał dla nas los obdarzył uśmiechem


Możemy wreszcie usiąść na pniu

Za ręce chwytając się i patrząc w dal

Polany budzącej się z długiego snu

Pomimo że jesień to jakby życie nowe

Wiosnę przywiało i tysiące kwiatów dla nas

Wiatr zaśpiewał i zaśpiewały ptaki jeszcze przed odlotem

Możemy wreszcie na siebie spojrzeć głęboko…

Nocni

Ci nocni ludzie

Czemu nie śpią

Wsłuchani w ciszę ciemną

Z myślami z marzeniami

Wzdychają i daleko

Od świata w przestrzeni

Dziwnych uczuć

Których nie widzimy

Oni czują oni chcą

Kochają i są kochani

Nie pójdą spać

Gdy serce gra

Nie pójdą spać

Bo to życie bo to już sen

Dla innych mały

Dla innych zwariowany

Dla nich zakochanych

Koi ulży wymarzy

Nada rytm sercu

Wznosi myśli

Aż do góry


A ten poniżej „Kobieta” nie wiem sam i czemu go napisałem — jaka była motywacja, inspiracja ale jest w moim zbiorze i należy chyba do mniejszości wierszy mojego autorstwa, które są bardziej filozoficzne niż miłosne czy melancholiczne i smutne. Te ostatnie najczęściej witały w mojej twórczości — takie niestety miałem życie. Życie, które sam wybrałem, bo nie umiałem cieszyć si etym co jest a nauczyłem się ubolewać nad tym czego nie ma lub straciłem. I te właśnie straty były z tego powodu — mojego podejścia do realnego życia.

Kobieta

Ułatwię Ci zadanie

Namaluję skreśloną twarz

Z wielkimi krostami

Bez zębów chudą


Nie będziesz wymyślać określeń

Porównywać obrazu

Cały taki paskudny

Jak widzisz i się śmiejesz


Po co masz na daremnie mówić

Jakim to starym jakim obleśnym

Zapachu jedynie nie narzucisz

Nie sprawdzisz nie poczujesz


Bo i tak boisz się podejść bliżej

Tylko z daleka potrafisz wskazywać

Mówić do siebie mówić innym

Nie wiem i nie chcę wiedzieć


Jak myślisz takim jestem

Nie kłócę opinii to Twoja

Mi obojętne choć boli

Bo jestem przecież człowiekiem


Ty zaś niezaspokojona i obłudna

Bajecznymi myślami nawiedzona

Pychą i tłustym światem pojona

Lecz kiedyś zapragniesz brzydoty


Teraz tkwisz w swym zadumaniu

Wokoło widzisz pozorne piękno

Ba jakże inaczej królewno

Przecież nie możesz być zwykłą kobietą


No i ciąg dalszy jakby potwierdzenie tej mojej reguły tamtych czasów.

już tak późno

na koniec dnia lista spraw

zamyka mi na noc myślenie

czy zapisałem wszystko

czy kalendarz ten dobry


już nie ta bajka nie ten sen

co kiedyś gdy łowiłem każde chwile

teraz jak ogień wypala się pamięć

wspieram myśli swym sumieniem


ze sceny już powoli trzeba zejść

nie lśniłem jak złoto nie błyszczałem

szary tylko nawał lat i niespełnionych

planów słów realizacji i mało szczęścia


tak na mych tablicach które gdzieś tam piszą

nie dla mnie jako wyjątek dla wszystkich

pozostaną tylko niechlujne wyrazy jak słabe życie

gdzie zmiany zmian i urwane drogi


teraz tylko spoglądam na ten tykający zegar

wymyślam jeszcze dwa scenariusze naiwne kto wie

ciężko tak z optymizmem w parze i ciężko z wiarą

brnąć tą drogą twardą stromą z poślizgiem wiecznym


jeszcze tylko w sercu trochę jest życia

czasem przez okno wypatruję tych marzeń

wołam przez otwarte z całych sił na tęsknoty

choćby jeszcze na chwile spotkać swój ból


jeszcze tylko zdążyć przed północą całej nocy

wykrztusić dawne przepraszam usłyszeć przepraszam

jeszcze w cząstce pozostałej uspokoić do snu lęki

przytulić do tych swoich piersi ten dźwięk kojący


wiem że zanim odejdę zanim złożę ostanie siły

pomyślę „dam radę” „będę” „będziesz mi zawsze”

tylko proszę z myśli nie uciekaj zostań przynajmniej tak

zostań w tych wiecznych marzeniach i przytul


i wiesz o tym co chcę i wiesz że pisać nie muszę

że do Ciebie wołam w takich chwilach zawsze

pocieszam swoje serce mówi dziękuję i cichnie w spokoju

wszystkie te mijające chwile zapominam — jesteś…

I powrót do miłośnych poematów.

Spójrz — tak Cię zobaczyłem

Wokoło kolorowa trawa

Promienie rażą delikatnie

Muska namiętnie wiatr

Drażni wspiera dreszcze

Oddech jakby jest pusty

Spokojny i tajemniczy

Rytmicznie bije serce

Wyobraźnia powoli wstaje

W oddali blask szklisty

Mieczy chudych cienkich

Słonecznych warkoczy

Zasłaniają nieco postacie

Niebywały spokój ciekawość

Wśród nich kto?

Kogo spodziewają się oczy

Trochę strach wielka ciekawość

To ptaki jakby rzesza ludzi

W białej szacie podążają

Lecą i coraz większe i bliżej

Tuż przede mną na boki

Z świstem się rozpływają


I zostaje horyzont

Czysty i wiatr ucicha

Szmer jedynie przyjemny

Otula moje ciało

Dusza zaczyna widzieć

Serce zaczyna czuć

Pokazuje się piękna

Dama w bieli

Dama dumna wysoka

W ręku kwiaty

Lekki wiatr znów się zrywa

Faluje srebrzystą suknią

Jak ptak wygląda

Jej długie włosy

Jak wstęgi złociste

Nadają blasku słońcu

Nadają ciepła


W środku pali się płomień

W środku wali serce

W środku rozbrzmiewa radość

W środku wstaje pożądanie

W oczach błysk

W oczach uśmiech

W oczach pragnienie

W oczach słowa

Cieszy się dusza i wie

Widzi niewidzialny

Mój kawałek siebie

Widzi tylko Ciebie…

Jesteś tam…

Jesteś tam po tej drugiej stronie

Za szklanym martwym ekranem

Słyszę Twój głos gdy zapowiadasz swoje melodie

Każda z nich dobrana w serce jakby

Mówi pokazuje obrazuje


Czasem kilka słów napiszesz

Z tamtego świata odległego

Rozśmieszysz rozbawisz

Wirtualnie pocałujesz

Tak na radość moją


Codziennie tworzę obrazy

Próbuję zaszyć się w te marzenia

Odległe a niektóre bliskie

W każdym z nich jesteś Ty

W każdym lśnisz


Czasem nawet nie mam sił

Wciąż patrzeć na pojawiające się wyrazy

Lecz serce mocniej bije

Bez nich nie wiem czy żyję

Nie wiem czy chcę się cieszyć i być


Jest cudownie gdy zadzwonisz

Nie muszę patrzyć w monitor

Oczy często już bolą

Wtedy słyszę Twój uśmiech

Słyszę ten oddech i czuję się bliżej


I nie ważne że mówisz nie

Często polewasz zimną wodą

Bym nie uciekał w miłości

Nie ważne że wyciszasz słowa

Które zawsze chcę mówić Tobie


I cieszę się gdy wiem

Że znów dzień nowy wstaje

Wstaję razem z nim z uśmiechem

Wiem że wstajesz i Ty

Że znowu posłucham jak mówisz


Ja sobie tak w tym niemożliwym tkwię

Układam w myślach krajobrazy

Same układają wśród tych najpiękniejszych

Ciebie i patrzę wtedy jak tańczysz

Tak z daleka i nieśmiało


A „Wytrwałość” poniżej, to utwór, którego nie jestem pewien. Napisałem go chyba pod wpływem emocji związanych z dążeniem do celu w firmie.

Wytrwałość

bardzo trudny wdech

ciąży na piersi zmartwienie

podkrążone oczy i ciężki umysł

słaby krok i nieporadne ruchy


jak podstarzały już ten młody człowiek

szuka wytchnienia szuka lepszych słów

dogląda w sobie utęsknionych obrazów

nie słucha złych nie widzi nie chce


podąża z trudnością po placu po drodze

przed siebie i nie zatrzymają wiatry

nie zatrzyma woda i deszcz

wytrwale spragniony i głodny ciężko


niestrudzenie karmi się naiwnością

i wie o tym i świadomie łamie

tą swoją nie wiarę ten smutny los

w nadziei że się myli do dnia dzisiejszego


tkwi w tym szarym miejscu widzą to wszyscy

on widzi kolory on widzi nadzieję

nie myśli o tej naiwności myśli o przyszłości

wie że nie zatrzymają go że pokona lęk


zrywa po drodze resztki by się posilić

z drzew te owoce z krzaków te słodkie

nad strumieniem oddycha czasem płacze

nie cofa kroków przez ogień przechodzi


na co ta wytrwałość na cóż się zda

on ciągle tkwi i jakby odbija się od powłoki

która rozdziela niczym granica

przed jego sukcesem marzeniami


czemu tak sądzi czemu niszczy słowa

innych którzy chcą mu uświadomić

że to bezsens że to tylko urojenia

on tak nie myśli i myśleć nie chce


gdy przyjdzie czas gdy dojrzeje zasiane

silne wszystkie zaparcia każde kroki

zwycięży ten naiwny człowiek i uśmieje

pokaże świat niedowiarkom i słupom


to dojrzewa to staje się

to będzie to powoli jest

nie zanika i trwa

wierzy i coraz twardszy

ten jego spokojny niespokojny świat

ten pejzaż niewidomych

to świat marzeń to świat spełnienia

tego już nie zabierze nikt


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 37.63