E-book
4.1
drukowana A5
24.7
drukowana A5
Kolorowa
49.18
GNIEWNIK

Bezpłatny fragment - GNIEWNIK

BUSHIDO PO CZTERDZIESTCE


Objętość:
116 str.
ISBN:
978-83-8126-377-1
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 24.7
drukowana A5
Kolorowa
za 49.18

Dedykuję moim rodzicom

Kogo nie boli,

ten nie pisze wierszy,

bo i po co?


Wiersze piszą ci,

których boli,

tak jakby mogły one zmienić cokolwiek…


Wiersze piszą ci,

których zawiodły

wszystkie

przeciwbólowe środki…


A więc wiersze

to dla nich

uśmierzające

tabletki ze słów.

Tabletki ze słów — Jan Rybowicz

Od Autora

Myśli nazwane. Zastanawiałem się długo czym są formy poetyckie zawarte w tej książce. Przecież nie wierszem. Tak się wierszy nie pisze. Znawcy tematu na pewno mają racje. Na pewno. Wiersz ma swoją językową kompozycję, strukturę i wykorzystuje różnorodne środki stylistyczne. Myśli źle skrojone i rozproszone. Przy tym pozostańmy.

Książka ta, to swoiste „bushido po czterdziestce”. Droga do dorastania, dojrzałości psychicznej i emocjonalnej a także pasji pisania. Pasji, która w dziwny sposób splotła się i przybrała na sile z magiczną granicą czterdziestu lat. Kryzys wieku średniego? Jeżeli tak, to piękny to czas.

Gniew, który w ostatnich latach gościł we mnie i nadal tli się, był impulsem powstania niniejszego tomiku wierszy. Gniew, za który obwiniałem wszystko i wszystkich dookoła (w tym najbliższych za co ich przepraszam) jest przekleństwem mego serca ale w dziwny sposób także siłą napędową mojej twórczości.

Czy to poezja? Nie wiem. Wszystkie myśli są osobiste. Niezrozumiałe nawet dla mnie. Na żadnej nic nie zarobię. Każdej swą duszę oddam. Dla mych ukochanych, o tak. Małe obole, mały po mnie ślad.

Czy pisać? Najlepiej to ilustruje wyjątek jednego z wierszy Charlesa Bukowskiego:

jeżeli musisz czekać, aż z ciebie wybuchnie,

czekaj cierpliwie

jeżeli w końcu jednak nie wybucha,

rób co innego

jeżeli najpierw musisz przeczytać to żonie,

swojej dziewczynie albo chłopakowi,

rodzicom czy komukolwiek,

nie jesteś gotów


kiedy naprawdę przyjdzie pora

i jeśli zostałeś wybrany,

zrobi się samo

i odtąd już będzie się robiło

póki nie skonasz ty albo ono w tobie

innej drogi nie ma

i nigdy nie było.

Znaczy chcesz być pisarzem?

Taki los

Dyszą nad duszą poety piosenki o śmierci

Jego, biegną kurierzy z miną radosną

Zmarł poeta, zmarł wczesną wiosną

Zapchane półki miernotą, teraz będzie złoto

Oddycha jeszcze strofami, dobić go dobić

Szybciej będzie z nami, kieszeniami

Coś tam powiedzcie towarzyszu, naskrobcie

Że zacny, wybitny, że ładne miał spodnie

Czasami w smutku, czasem w winie tonął godnie

Ręce zacierają wydawcy

Wielbią nekrologi czytelnicy

Wiersze najlepiej czyta się w kostnicy

Bym chciał

Nikomu nie zabroniłem

Kopać kasztany pod ławkę jesienią

Nikomu nie zabroniłem

Marzyć z zamkniętą przyłbicą

Nikomu nie zabroniłem

Toczyć kule po nierównościach sumienia

Nikomu nie zabroniłem

Zanurzyć się i tonąć by niczego nie zmieniać

Nikomu nie zabroniłem

Rzucić kartami losu, obrazić się i wyjść

Nikomu nie zabroniłem

Kochać Ciebie, bilet w kieszeni powrotny

Nikomu nie zabroniłem

Smarować kanapki, tatusiu czegoś żal

Nikomu nie zabroniłem

Wyplatać ze snów zapomniane miejsca

Nikomu nie zabroniłem

Boże jakbym czasami chciał


Zmęczone

Zmęczeniu rękę podaj przyjacielu

Tak wolno zaciska się pięść

Pachniało po oknem, jaśmin o tak

Wyprzedzić myśl, zaspała gdzieś w metrze

Stumilowy krok, chęć niechęci da znać

Wybiec naprzeciw pragnieniu, za karę piekący bat

Brnąć przez oporu gąszcz, wołają nas o tak

To zaboli, sznurowadła się wleką noga za nogą

Samotnie byś chciał, drabina Jakubowa ot tam

Łyżką gęstą zamieszać gdzieś z dna

Stopy szurają, w kuchni nas znaleziono

Twarze wiatru nieznane

Postanowienie

Nie będę czytał mądrych książek

bo wciąż umykają mi wyjątki:

— że wierzę w ludzi

nawet tych pod moimi drzwiami

tak obscenicznych, zeschłych sprzed roku

— że czasami muszę dobiec

w małomiasteczkowym klopsie tkwiąc

chrupkie myśli smażąc na maśle

— że nie chcę jak inni

ziewania w bibliotece ze swojej półki

gryźć w tę samą stronę

tylko w pysku słońce

Liczydło

Lubię dwa

Czasami nawet cztery

Sześć to już byłaby przesada

Siedem odbija się czkawką

Ale trzy jest spoko

Gdy idę sześć mi towarzyszy

Dziewięć ciągle zaspane

Pięć da się jakość strawić

Eh, artyści — tak się naśmiewa osiem

Proszę, proszę

Naiwności jeden nie znoszę

Tak jakoś mi bliżej zera

Dziesięć, zapomniałem o nim cholera

.

Wiersz całkiem normalny

(autor podobno nie)

Twarze z podłogi się gapią

Sporofity

Saprofity

Nie Jeremi

Robaki z umysłu spaghetti robią

Mielą ozorem żarna pokorne

Wybucha coś w trzewiach

Męczy skronie

Puchną

Warczą

Wrzeszczą

Zabijają nożem

Serce za mostkiem za ciasne

Takie że bać się trzeba

Cieszą się ciszą

Chcą zabić ciszą

Niemożliwego wysokie stosy

Pajączek malutki coś omota

Tylko usta szczypią

Pozostaje ochota, ochota

Ochota, ochota

Ochota

Ochota

Po czterdziestce

Spadł i leży, płaski, zwyczajny

Lot miał krótki, leciutki, ukośny

Spojrzałem na niego z góry, byt nieświadomy

Czarny z czerwoną kropką, ładna kompozycja

Bez rozmiaru, nadmiaru, z ostrymi kantami

Z gratulacjami lekko z tylu

Gadać mu się odechciało

Wyprostowany, odkurzony, lekko nudny

Chciał coś rzec, ale po co

Lepiej stać, czasami spaść

Może ktoś podniesie

Gdy się znudzi zapomnienie go pożre

Spakuje plecak, pewnie go wyślą

Zawsze ktoś czeka

Ktoś po czterdziestce

Droga na wskroś

W pustostanach zniknął ptaków krzyk

Leniwie rozsypany dzień

Podwinięte rękawy, razem raźniej Panie

Pogadajmy, Ty masz czas, ja mniej

Zamiotę byś miał czysto

Czasami przypala się chleb

Ławeczka leniwa lekko zaspała

Ty wiesz, klamka czujna nawet zagłaskana

Stropi się dusza, że tak prosto do Ciebie

Na bujanym fotelu, kapcie zawsze ktoś poda

Tam drogi w remoncie

Wykopy i okrążać trzeba

Zaczekaj, Jemu też ciężko do pracy dojechać

a na gorczycę Piotr wciąż czeka


.

Figle

Odkręć niech się leje

Stokrotka kusi nas szczęście

Dziękuję, że jesteś

Czapka zadziorna, zmęczone nogi

Nie siadaj choć fotel woła

Dla miłości wstań

Nawet On miał przerwę

Tato nie trzeba

Spóźnisz się więc nie stój

Kasztany same spadną

Berki obrane z nudy

Pod sufit rzucone włosy

Topione w marzeniach kolory

Oj przestań, pobudka

Jezu tam czekaj na mnie

Ja też na nich zaczekam


                                        dla mojej córki Karoliny

Marzenia

Marzenia z lasu trzeba przynieść

Ciągną się listowiem, cisu zapachem

Wbić je mocno w ziemię

Kamieni nanosić

Kora brunatna też się przyda

Z koca strzepnąć mamidła

Kwiat paproci schować

Z nikim się nie dzielić

To było czasu onego

Z głazem się bratać

Ognisko z leszczyn rozpalić

Nałuskać grzechu dla każdego

Trocinami wysypać alejkę

Tak sucho, pachnąco, przytulnie

Ach wejdź, proszę

W bramie lwy cheronejskie postawię

Gość w dom, Bóg też pewnie się przysiądzie

Przyda się ktoś do pomocy, chodź

Dobrze mi tak

Z rozpędu wziąć mury, kraty, bramy

Cholera, zabolał bark

Marzenia czasem mogą być twarde

Między więźniami jam gość

Szachownica zmienia pionki

Nie zawsze wieża, dobrze wiesz

Na ścianie wykreślasz tygodnie

Soli trzeba by rany zapiekły

Tępy pilnik klucz dorabia, w domu witaj

Czarna kawa, bo zimno Jezu

Oj, dobrze kare wymierzyłeś

Wąskie więzienne niebo, chmury betonowe

Książkę numerze siedem weź

Smak się zagubił w pralni bo tam strach

Wyrwij z mej duszy kajdany

Tyś niewinny ja tak

Wyjdę jak każesz, nie prędzej

Klawiszu, dobrze mi tak

Deweloper dusz

Mieszkań w Domu Ojca Mego wiele

tylko kartkę z adresem pies bury gdzieś porwał

Ulica Wiązów, Jaśminowa, Leśnego Potoku

dwa, trzynaście a może pięć

Gdzie skręcić: mostek, strumyczek, wąska uliczka

Tabliczki zamazane, gościu tylko się nie zgub

Głodnodzwony z dodali słychać

Pan pomylił adres

W gazecie szukaj nieruchomości

w kółeczku z krzyżykiem na czerwono

Ktoś obola zapomniał

czarne odmęty dziś wolne

Deweloper zaspał

Ojcze, alternatyw tu wiele

choć tabliczka FOR SALE

za darmo

Ostatnia stacja

Miłość staruszka pod rękę Cię weźmie

Malinami słodkimi opleciona, nie ściskaj

Na pikniku karmi młodzianków bułkami

Do policzka poduszka, kominek wierności

Codzienność, rutyna, wytrzep dywan bo goście

Kochanie zaspane, ja wstanę ty leż

Czy pociąg aby w dobrą stronę

Nie wysiadaj, nie warto

Koluszki już dawno były

Całusy, urodzinowe skarpety dla dwojga

Po latach dzieci na kolacji, smacznego

Kalendarze za szafą, daty się zagubiły

Znajomy kamyk na drodze

Siwe włosy tylko już strzyc

A miłość ukradkiem śle uśmiech

Pora na mnie, czas iść

Tu byłam i jest mnie dość


                                    dla mojej żony Danusi

Nadzieja

Nadzieja jest

Gdy ocierać  łzy potrafimy

Nadzieja jest

Gdy dzień przeciągnął cię pod kilem

Nadzieja jest

Gdy zmęczone poczytaj mi mamo

Nadzieja jest

Gdy złu wydrzesz stary płaszcz choć wstyd

Nadzieja jest

Gdy miłujesz stawiając pustelnie wśród milionów

Nadzieja jest

Gdy wiatr muzykę twą niesie

Nadzieja jest

Gdy słów swych nie rozumiejąc gwiazdy liczą

Nadzieja jest

Gdy tak wiele Ciebie a Jego muszę szukać

Nadzieja jest

Gdy Kocham wyłuskujesz z popiołu


Imiennik

Tomaszu chlapnięty przy chrzcielnicy

krzyczałeś lecz nie rozumieli

Nie uwierzyłeś bo coś uwierało

bo nie taką szatę uszyli

Piotrze kładź cegły równo, solidnie niech stoi

Hej, rybakiem tyś chyba

Trzy razy nie zmyl adresu, dobrze go zapisali

Rafale uzdrów co chore

Głowę wyjmij z racjonalizmu obłoków

Zbierz kolegów i rozbijcie trzy namioty

Rób co każą do joty

Schody

Wióry uciekały gdy je strugali

Deski pobladłe wypoczywały

Buty już tęskniły by kroki sprzedawać

Poręcze spragnione dłoni czekały

Stopnie się pięły, byle wyrównać, ulżyć i służyć

Prosto, zakręt, kamień czy drewno

Czasami marzą o czerwonych dywanach

Szczotka zamiecie ten piach

Trzeszczą im stawy, kornik też gra

Tupać, dreptać, szurać

Schodom odpocząć dać trzeba

Gorąca i stygnąca

Kwiaty czapki chyliły

Gdy o świcie kosili siano

W sitowiu się skryło

Ostrze zimnego poranka

Młodość szła rozczochrana

Młodość szła ochocza

Młodość szła nie wierząc

Wieś spała spokojnie

Umierali gotowi

Umierali młodzi

Umierali zdziwieni

Miasto budziło się

Trwali nadal stalą przytuleni

Deszcz zdrajca im bębnił

W szańców kamienie mozolne

Brat za brata umierał

Mokry okopu był piach

Maki czerwone zdeptali, całkiem sporo

Afisze ukochanych  rozpacz rozdrapała

Tata przystojny już tylko na fotografii

Pamiętaj synu bo warto

Medaliony pożółkły same

Porządek rzeczywistości

Stuk

Starcze nie kołacz, tam Cię nie wpuszczą

Stuk

Dziadu odstąp, tam obiją Cię lagą

Stuk

Tułaczu nie zwalniaj, tam posłania spalone

Stuk

Wędrowcze zjedz starą kromkę, tam tylko sól

Stuk

Ojcze rozlej olej, tam namaszczają tłuste cielaki

Stuk

Zbawicielu wprzódy się umów, nie każdy ma czas

Stuk

Tam

Gdzie

Obawiam się że wszędzie

Hellada

Czerwienią krągłych pomarańczy

W lazurze wybrzeża skrzą się

Szkielety muszli rozsypane

Słodyczy słońca w kapeluszach turystów

Niesie klifów spienionych ryk

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 24.7
drukowana A5
Kolorowa
za 49.18