E-book
6.83
drukowana A5
31.65
Gluś

Bezpłatny fragment - Gluś


Objętość:
179 str.
ISBN:
978-83-8155-802-0
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 31.65

Lekcja matematyki powoli zbliżała się do końca, do dzwonka zostało zaledwie pięć minut, ale każdy, kto kiedykolwiek doświadczył nudy sięgającej poziomu stratosfery, wie, jak długo może trwać każda z tych pięciu sześćdziesięciosekundowych porcji wieczności. Wskazówki zegara wiszącego obok tablicy posuwały się do przodu tak niemrawo, jakby miały już nigdy nie dobrnąć do celu, a jedyną względną atrakcję zapewniała bzycząca cicho gdzieś na szybie mucha. Uczniowie czwartej C kończyli pisać klasówkę z algebry. Właściwie wszyscy już ją napisali i teraz siedzieli śmiertelnie znudzeni, gapiąc się beznadziejnym, sennym wzrokiem to w swoją kartkę, to w bezlitosny zegar, to znów w okno, ewentualnie w jeszcze inny wybrany według uznania punkt wszechświata.

Gdyby ktoś zajrzał w tym momencie do sali od matematyki, uznałby, że wypełnia ją grupa wyjątkowo znudzonych osiemnastolatków i że nie dzieje się tam nic ciekawego. Gdyby jednak tenże ktoś miał moc zerknięcia w zakamarki ich serc i dusz, szybko by dostrzegł, jak dalece pozorny jest ów spokój i jak intensywna muzyka sfer rozbrzmiewa w rzeczywistości w tych młodych, burzliwych umysłach.

Siedząca w drugiej ławce Basia, klasowa piękność o miękko wijących się brązowych włosach i prześlicznych bursztynowych oczach, miała dziś wyjątkowo zły humor. Po pierwsze dostała rano jedynkę z fizyki, co źle wróżyło jej szansom na upragnioną czwórkę na koniec semestru, po drugie dowiedziała się od Anety, że wczoraj Michał rozmawiał pół godziny po lekcjach z tą czarną Zuzą z trzeciej A (z nią, Basią, nigdy dotąd nie rozmawiał tak długo!), a po trzecie… cóż, po trzecie Michała w ogóle dzisiaj nie było w szkole, a to tym bardziej było podejrzane. A jeśli jego nieobecność też ma jakiś związek z Zuzą? Basia westchnęła cicho, opierając podbródek na dłoni i nieprzytomnym wzrokiem wpatrzyła się w tablicę, nieświadoma uczuć, jakie budzi tym uroczym gestem w znękanej duszy siedzącego w sąsiednim rzędzie Maćka.

Ten postawny, może nawet odrobinę zbyt krępy chłopak o ciemnych, roześmianych oczach, dziś siedzący sam z racji nieobecności Michała, od dawna kochał się w Basi. Od dawna, czyli w jego mniemaniu co najmniej od stworzenia świata, a w praktyce od niespełna dwóch lat, bo to właśnie wtedy Basia dołączyła do ich klasy, czyniąc go od pierwszej chwili swoim niewolnikiem. Niestety, nie mógł nie zauważyć, że wybranka obdarzyła swoimi cennymi względami nie jego, a Michała, jego kumpla z ławki, z którym znał się jeszcze z podstawówki i którego przyjaźń mocno sobie cenił. O ironio losu! Gdyby chociaż był to wróg, któremu pod byle pretekstem można by dać w zęby… Maciek wiedział co prawda, że Michał nie był jakoś szczególnie zainteresowany Basią, świadomość ta jednak tylko w nieznacznym stopniu umniejszała cierpienia jego serca. Gdyby wiedział, że sam również czyni bliźniemu co jemu niemiłe…

Na prawo, pod ścianą, siedziała bowiem Natalka, niepozorna, szczuplutka szatynka, której duże, błękitne oczy podejrzanie często zerkały w stronę Maćka, gdy tylko miała pewność, że nikt tego nie widzi. Nieśmiałe swe uczucie ukrywała w sercu już od pierwszej klasy, a ponieważ była głęboko przekonana, że obiekt jej westchnień i tak nigdy na nią nie spojrzy w ten sposób, kryła się tak skutecznie, że Maciek przez ponad trzy lata zupełnie się nie zorientował, jakie emocje budzi w sercu swej koleżanki. Zorientowała się za to Julka, jej koleżanka z ławki, która sama będąc od pół roku szczęśliwie związana z nie byle kim, bo ze starszym o dwa lata studentem politologii, w przypływie współczucia dla nieszczęśliwej koleżanki usiłowała już wielokrotnie (i niestety bezskutecznie) odwrócić jej uwagę od Maćka, niby przypadkowo przedstawiając ją temu czy innemu koledze swego chłopaka.

Rzut oka w głębiny dusz siedzących w pierwszej ławce środkowego rzędu Justyny i Izy nie przyniósłby już tak spektakularnych wrażeń, obie były bowiem skupione głównie na nauce i wyciąganiu średniej powyżej pięć, w związku z czym nie miały czasu na myślenie o facetach. Prawda jednak była taka, że żadni faceci dotąd się nimi nie zainteresowali, więc nie wiadomo, jak sprawy by się miały, gdyby było inaczej. W pewnym sensie w podobnej sytuacji znajdowali się dwaj panowie z sąsiedniej ławki, czyli Kuba (zwany Brusem) i Artur (alias Byko) — ci co prawda poświęcali się z takim oddaniem bynajmniej nie nauce, a treningom karate, na które uczęszczali od lat we dwóch i które stanowiły obecnie cały sens ich życia. Obaj marzyli o tym, że kiedyś zostaną zawodowcami, mistrzami sztuki walki, i gdyby na drodze do ich serca miała pojawić się jakaś dziewczyna, musiałaby niewątpliwie przybyć ubrana w białe kimono, najlepiej przewiązana odpowiednim pasem.

Z kolei siedząca z Basią jasnowłosa Aneta, jak i dwie ich przyjaciółki ze wspólnej paczki, czyli Emilka i Magda zajmujące ławkę za nimi, należały póki co do tych beztroskich, nastoletnich istot, które uczuć swych nie lokują na stałe w żadnym ze swych przelotnych obiektów zainteresowania, choć na brak powodzenia u przedstawicieli płci męskiej bynajmniej nie mogą narzekać. One to wprowadzały zazwyczaj najbardziej wesołą atmosferę w klasie, przekomarzając się w duchu ciętej ironii z chłopakami z tylnych ławek, w szczególności z Bartkiem i Grześkiem, dwoma klasowymi przystojniakami, którzy — nieczuli na urok osobisty pięknych koleżanek, jako że obaj spotykali się od jakiegoś czasu z dziewczynami spoza szkoły — nie ustępowali im nigdy pola w wyrafinowanych żartach wymagających wyjątkowo niewyparzonej gęby.

Przekomarzanki te były wodą żywą i solą ziemi w klasie trzeciej, kiedy to zajmowały całe przerwy, wywołując zbiorowe salwy śmiechu. W przypadku niektórych szczególnie atrakcyjnych wątków w ciętą wymianę zdań włączała się niemal cała klasa, a ich ciąg dalszy krążył już w czasie lekcji w postaci podawanych z rąk do rąk karteczek zwanych grypsami. Treść grypsów, do których każdy po kolei mógł się swobodnie dopisać, budziła niezwykle żywe reakcje, za które niejeden słabszy zawodnik wyleciał już z lekcji za drzwi, nie umiejąc powstrzymać się od parsknięcia śmiechem podczas matmy albo (nie daj Boże) chemii. Cudem jakimś jednak do tej pory cenne te rekwizyty nie trafiły do rąk żadnego nauczyciela, co, przyznać należy mimochodem, mocno rozzuchwaliło towarzystwo. W czwartej klasie zwyczaj ten nieco osłabł, ale nadal przy odpowiedniej okazji gwarantował dobrą zabawę.

Jedną tylko osobę omijały zazwyczaj krążące po klasie grypsy, zapewne dlatego, że tak się już przyzwyczajono. Osobą tą był Gluś, nieprzyzwoicie wysoki i jeszcze nieprzyzwoiciej chudy chłopak siedzący samotnie w ostatniej ławce pod oknem. Na imię miał tak naprawdę Piotr, ale nikt poza nauczycielami nigdy go tak nie nazywał. W kolektywnej świadomości klasy funkcjonował od zawsze jako Gluś, a wdzięczne to miano przyniósł bodaj jeszcze z podstawówki, co dowodziło niezbicie, że Glusiem był praktycznie od urodzenia.

— Kto Glusiem się urodził, Glusiem i umrze — wygłosił kiedyś patetyczną sentencję Grzesiek, podnosząc w górę palec. Wywołał tym taką wesołość, że zaniepokojona historyczka, która przechodziła korytarzem w chwili, gdy towarzystwo najgłośniej kwiczało ze śmiechu, zagroziła im wezwaniem dyrektorki.

Zazwyczaj jednak nikt się Glusiem nie przejmował, po prostu nie zwracano na niego uwagi, jakby w ogóle nie istniał. Owszem, należał do klasy, był jednak potrzebny głównie jako obiekt okazjonalnych żartów, nikt ani z nim nie siedział, ani nie próbował nawiązać bliższego kontaktu, on sam zaś nigdy o to nie zabiegał. Na lekcjach siedział niemal nieruchomo w swej ostatniej ławce, zaś na przerwach stał samotnie przy parapecie pod oknem w końcu korytarza. Docinki na swój temat znosił w milczeniu i ze stoickim spokojem, sam nigdy nie inicjował rozmowy, a jeśli ktokolwiek zwrócił się do niego (co, przyznać trzeba, zdarzało się nader rzadko), odpowiadał zawsze uprzejmie, choć możliwie jak najkrócej.

Sprawiedliwość każe tu dodać, że owe żarciki i docinki, jakich czasami bywał ofiarą, choć niewątpliwie złośliwe, nie były tak naprawdę z gruntu agresywne, każdemu w klasie zdarzało się bowiem oberwać w tych słownych utarczkach, a Gluś jedynie, jako wyjątkowo wdzięczny obiekt, obrywał może odrobinę częściej niż inni. Czy przejmował się tym? Szczerze mówiąc, nikt się nad tym nie zastanawiał. Tego, co działo się w duszy Glusia, nikt w klasie nie mógłby i tak odgadnąć, nawet gdyby jakimś przypadkiem się tym zainteresował.

Dzwonek wreszcie zadzwonił litościwie i znękane towarzystwo wypełzło leniwie na korytarz na ostatnią przerwę. Emilka, Aneta i Magda pobiegły zająć ławkę przy schodach, pociągając za sobą Basię.

— Baśka, coś ty taka skwaszona? — rzuciła Magda, sadowiąc się na środku. — Matmę położyłaś, co? Ja chyba też dwa ostatnie mam źle.

— E, nie chodzi o matmę — zaśmiała się Aneta, szturchając złośliwie Basię. — Tylko kogoś dzisiaj nie ma w szkole, co, Bacha?

— Oj weź, daj mi spokój — fuknęła Basia, opadając z rezygnacją na skraj ławki.

— Michał chyba leci na tę małą Zuzę z trzeciej A — powiedziała Emilka, która, oparłszy się właśnie o ścianę, wyciągnęła nogi do przodu i oglądała sobie z uwagą czubki butów. — Nie wiem, co w niej widzi, jak ma taką Baśkę pod ręką… Frajer, nie? Ale ty się, Basia, nim nie przejmuj, przecież możesz mieć każdego. Taki na przykład Maciek to by do piekła za tobą poszedł…

— Dzięki — mruknęła Basia. — Wyobraź sobie, że ja się do żadnego piekła nie wybieram, a już na pewno nie z Maćkiem.

— Nie wiem, dlaczego ci się nie podoba. Fajny chłopak, ja go lubię.

— Jej, no ja też go lubię! — jęknęła Basia. — Ale co z tego? Lubię go i nic więcej. Skoro tobie tak się podoba, Mila, to go sobie podrywaj, odstąpię ci z przyjemnością.

— E tam — Emilka wzruszyła obojętnie ramionami.

— Tak się niestety nie da — zaśmiała się Magda. — Do tego tanga trzeba dwojga, jeśli nie ma między nimi chemii, to nie ma, nic się na to nie poradzi.

— Ty mi lepiej nie przypominaj o chemii — warknęła ostrzegawczo Aneta i wszystkie jak na komendę wybuchły śmiechem.

Chemia była piętą achillesową Anety, w trzeciej klasie ledwo wybroniła się na pozytywną ocenę na koniec roku, więc już sam dźwięk tego słowa przyprawiał ją o nieprzyjemne dreszcze. Rozmowa zeszła znów na klasówkę z matematyki, następnie na czekającą je za niewiele ponad pół roku maturę, wreszcie powróciła jeszcze raz do tematu Michała, z tym że wtedy akurat zadzwonił dzwonek na ostatnią lekcję i nikt już nie zdążył podokuczać Basi.

— Ale wiecie co, coś mi przyszło na myśl — rzuciła nagle tajemniczo Emilka, kiedy szły już do sali. — Tylko cicho, teraz nie ma czasu, potem wam powiem.


***


Piotr Zalewski zwany Glusiem z wyglądu byłby dość przeciętnym nastolatkiem, gdyby nie jego przeraźliwa chudość zaakcentowana dodatkowo przez wysoki wzrost oraz pewna specyficzna nieporadność w ruchach stanowiąca dla kolegów nieustanny powód do kpin na lekcjach wu-efu. Krótko ostrzyżone włosy w najbardziej pospolitym kolorze ciemny blond, zielono-szare oczy oraz pociągła twarz, na której raczej rzadko gościł uśmiech, wszystko to czyniło go tak zwyczajnym, że niemal niewidzialnym, a jeśli do tego dodać jego małomówny, samotniczy charakter i — jak powszechnie sądzono — kompletny brak poczucia humoru, jego postać stawała się w oczach innych wyjątkowo szara i nieciekawa. Młodość potrzebuje barw, doznań, emocji, a cóż ciekawego mógłby zaoferować rówieśnikom taki nudziarz jak Gluś? Nie zauważano go więc, a jeśli już, to tylko okazjonalnie. Na dobrą sprawę, choć znali go od ponad trzech lat, nikt w klasie czwartej C nie miał pojęcia, kim de facto był ów niezdarny samotnik z ostatniej ławki pod oknem.

Piotr miał wrażliwą duszę marzyciela, był nim od najmłodszych lat. Właściwie należałoby go nazwać marzycielem pragmatycznym, gdyż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak daleki od rzeczywistości był świat jego marzeń i nigdy nie odważyłby się nawet pomyśleć, że któreś z nich mogłoby przeniknąć do świata realnego. Przeniknąć i się w nim spełnić. Nie, to było z góry wykluczone, świat jego wyobraźni, w którym chronił się instynktownie zawsze, gdy w tym realnym groziło mu niebezpieczeństwo, był jego głęboką tajemnicą i za każdym razem, kiedy tam wchodził lub wychodził, zamykał za sobą drzwi z najwyższą pieczołowitością i uwagą. Zamykał je tak dokładnie po to, aby nie tylko nic z ponurej rzeczywistości codziennego życia nie mogło wkraść się zdradziecko w tę jasną i beztroską krainę, ale również po to, by żadne, nawet najmniejsze marzenie, które tam pieścił i pielęgnował, nie zdołało wymknąć się na zewnątrz, narażając się tym samym na bolesną i haniebną śmierć. Ten rajski ogród, w którym mógł się czuć w pełni sobą, był jego najpewniejszym azylem, to dzięki niemu na zewnątrz mógł zachować spokój w każdej sytuacji, a przytyki szkolnych kolegów, jakie towarzyszyły mu, odkąd pamiętał, nie sięgały tak głęboko celu, jak mogłyby sięgać, gdyby swego serca nie chował przed ciosami za tymi właśnie pancernymi drzwiami. Tak naprawdę już dawno polubił swoją przymusową samotność i nie tęsknił wcale za hałaśliwym, roześmianym towarzystwem, z którego zawsze jakimś trafem był wykluczany, ba, nawet w domu — choć miał wyrozumiałych, kochających rodziców i młodszą siostrę — lubił, bardzo lubił być sam.

Nie znaczy to jednak, że był oderwany od rzeczywistości, o nie. Jak wspomnieliśmy, był marzycielem pragmatycznym, a to oznaczało, że w realnym świecie stąpał mocno po ziemi, sumiennie wypełniał swoje obowiązki, dobrze się uczył (szczególne zdolności wykazując w przedmiotach ścisłych) i nigdy, przenigdy nie pozwalał sobie na to, by odpłynąć w krainę marzeń w chwilach, gdy proza życia wymagała jego niezmąconej uwagi, czyli na przykład w trakcie lekcji. Do swojego drugiego świata wchodził tylko wtedy, gdy mógł to zrobić bezpiecznie i zostać w nim na dłużej, inaczej po cóż byłoby w ogóle tam wchodzić?

Kim był zatem Piotr za tymi magicznymi drzwiami? Cóż, to zależy. We wczesnych latach podstawówki ten nieśmiały, wątły chłopiec o wielkich, odstających uszach, wyśmiewany przez kolegów właściwie nie wiadomo za co, w najskrytszych swych marzeniach zamieniał się zazwyczaj w dzielnego bohatera z kreskówek, który samodzielnie ratował wszechświat przed zagładą, a dzięki temu otaczany był powszechnym podziwem i szacunkiem. W starszych klasach postacie z kreskówek ustąpiły znacznie poważniejszym idolom i nasz pryszczaty, chuderlawy Gluś (gdyż już wtedy został tak ochrzczony przez złośliwych kolegów) przeistaczał się najpierw w Zorro, potem w Robin Hooda, wreszcie w Luke’a Skywalkera z Gwiezdnych Wojen, w każdym z tych wcieleń występując oczywiście jako niedościgły wzór szlachetności i odwagi.

Z biegiem czasu postać, w którą się wcielał, stopniowo wyewoluowała i uabstrakcyjniła się, niepostrzeżenie przestała nosić imiona znanych bohaterów, a stała się nim samym, Piotrem, tyle że Piotrem w wersji dwa-zero, Piotrem idealnym. Owo alter ego podlegało od tej pory nieustannym modyfikacjom i ulepszeniom, zawsze jednak zachowując ten sam niezbywalny trzon: szlachetność charakteru przechodzącą w zdolność do najwyższych poświęceń, odwagę graniczącą z brawurą, nadludzką siłę mięśni, otwartość umysłu i ponadprzeciętną elokwencję. Pozwalały mu one wychodzić obronną ręką z najbardziej wymyślnych tarapatów, a także pomagać innym, słabszym i skrzywdzonym, dla których jego szlachetne serce zawsze pozostawało otwarte.

Trudno powiedzieć kiedy, najprawdopodobniej gdzieś pod koniec podstawówki, w marzeniach tych zaczęła się nieśmiało przewijać zwiewna postać dziewczęca, która, choć zawsze pozostawała gdzieś w tle, samym swoim istnieniem nadawała sens pełnemu przygód życiu szlachetnego bohatera. Nigdy nie widział jej twarzy i właściwie nawet nie zastanawiał się nad tym, jak wygląda, jej piękno pochodziło bowiem z czystej duszy i czułego serca, które kiedyś, po wielu jego odważnych czynach i pełnych wyrzeczeń misjach, być może zabije mocniej właśnie dla niego. Tego, co mogłoby nastąpić potem, wyobraźnia Piotra już nie śmiała dotknąć, zatrzymywał się zatem zawsze na etapie tych mglistych nadziei, które napełniały jego serce przedziwną słodyczą, i skupiał cały swój wysiłek na zdobywaniu zasług, by kiedyś, w nieokreślonej i bardzo odległej przyszłości, jak cenne klejnoty złożyć je u stóp swej muzy.

Nie trzeba dodawać, że w rzeczywistości Piotr nigdy nie miał dziewczyny, nie tylko z racji tego, że żadna nigdy na niego nie spojrzała, ale również dlatego, że on sam nigdy na żadną nie ośmieliłby się spojrzeć. Z góry wiedział, jak daremne byłyby wszelkie jego zabiegi, gdyby wśród otaczających go dziewcząt spróbował wybrać tę jedyną, instynktownie czuł, że naraziłoby go to tylko na śmieszność i cierpienie, które najprawdopodobniej zbyt ciężko by mu było znieść. Dlatego też zamknął swe nieśmiałe rojenia o dziewczęcych oczach, w które kiedyś mógłby może głębiej zajrzeć, za owymi pancernymi drzwiami swego świata marzeń, gdzie pielęgnował je czule i zazdrośnie strzegł, by nie wymknęły się stamtąd nieopatrznie i nie rozpłynęły bezpowrotnie w szarej mgle rzeczywistości.

To podwójne życie Piotra, dzięki starannemu rozdzieleniu jego tożsamości na wersję podstawową, znaną wszystkim pod kryptonimem Gluś, oraz na wersję dwa-zero, nikomu poza nim nieznaną, było zadziwiająco dobrze uporządkowane i w sumie całkiem znośne. Ponieważ, jak już wiadomo, z nauką i ocenami w szkole nie miał większych problemów, a w domu otoczony był bezwarunkową akceptacją ze strony rodziców i siostry, brak powodzenia (czy raczej totalna klapa) na linii kontaktów z rówieśnikami nie był mu szczególnie dotkliwy, zresztą zdążył się już do tego całkowicie przyzwyczaić. W liceum trafił do klasy, która go na swój sposób zaakceptowała, choć niechlubne przezwisko z czasów podstawówki przeniknęło i tam jakimś bliżej niezidentyfikowanym kanałem. Niewątpliwie postrzegano go jako mizantropa oraz wyjątkowo wdzięczny obiekt żartów i docinków, ale i w tej roli można przecież znaleźć swoje miejsce we wszechświecie.

Dlatego też wbrew pozorom Piotr wcale nie był nieszczęśliwy. Wiódł spokojną, uporządkowaną egzystencję, której rytm wyznaczała szkoła, nauka w domu i rytualne posiłki z rodziną, a także tajemne wizyty w prywatnej krainie marzeń, na które czas znajdował głównie w drodze do szkoły i z powrotem, a także wieczorem w łóżku, na pół godziny przed zaśnięciem. To mu wystarczało w zupełności i wszystko wskazywało na to, że jaką drogą by nie poszedł w przyszłości, w podobnym stylu spędzi całe swoje życie, idąc przez nie cicho i spokojnie, być może samotnie — lecz bez frustracji.


***


— No dobra — powiedziała Emilka, kiedy po wyjściu ze szkoły zabunkrowały się w pobliskiej ciastkarni, usiadły wokół jednego stolika i z rozmachem, na jaki pozwalał im z trudem wyskrobany z dna kieszeni budżet, zamówiły po wuzetce i po czarnej kawie. — Powiem wam, co mi wpadło do głowy, tylko skupcie się i nie protestujcie, zanim nie wytłumaczę do końca.

— Tylko streść się, Mila, okej? Bo ja zjem to ciacho i zaraz muszę lecieć — zaznaczyła Aneta. — Mama kazała mi dzisiaj wrócić przed siedemnastą, idzie do dentysty, a ja muszę zostać z młodym.

— Dobra, to mi nie przerywaj. Mam pomysł na niezły numer, jakby to wyszło, to beka murowana na całe miesiące. Mianowicie tak sobie pomyślałam, kiedy Magda mówiła o tym tangu i chemii — tu Aneta spojrzała na nią wzrokiem potencjalnego mordercy — że można by zrobić fajny eksperyment socjologiczny… czy jak tam to nazwać. Mówiąc prosto, spróbować poderwać któregoś z naszych chłopaków, najlepiej jakiegoś sztywniaka, który o tych sprawach za bardzo nie myśli i który się zupełnie tego nie będzie spodziewał. To znaczy przynajmniej sprawdzić, czy da się poderwać…

— No ale po co? — spytała Magda z przekąsem.

— Ojej, no tak dla żartu, żeby nie było nudno — odparła ze zniecierpliwieniem Emilka. — Patrzcie na Baśkę, ona niedługo uschnie przez tego idiotę Michała, trzeba by ją trochę rozerwać.

— Mila, odwal się — warknęła Basia, podnosząc głowę znad talerzyka z wuzetką.

— No co, źle mówię? A my też przy okazji się pobawimy, ostatnia szansa, żeby rozkręcić jakąś wesołą akcję w klasie. I tak po maturze każdy się rozejdzie w swoją stronę, więc przynajmniej będzie co wspominać.

— Nie, no dobra, ale ja i tak nie łapię, o co ci chodzi — skrzywiła się Magda. — Kogo ty chcesz podrywać, w jakim sensie?

— Nie w sensie, tylko bez sensu — mruknęła Basia.

— Dajcie mi skończyć, nic nie kumacie — jęknęła Emilka. — Mówiłam wam, że chodzi mi o eksperyment. Pamiętasz, Madziu, dzisiaj na ławce powiedziałaś, że jak między onym a oną nie ma chemii, to nic się nie da zrobić… sorki, Aneta, nie patrz tak na mnie, wiesz, o jaką chemię chodzi… i ja zaraz sobie pomyślałam, że to wcale nie jest takie oczywiste, bo jednak czasami na początku nic nie ma, a potem przychodzi, wiecie, co mam na myśli.

— No i co z tego? — wzruszyła ramionami Aneta.

— To, że mamy potencjał. Baśka ma zupełnie niewykorzystany, bo czepiła się tego durnego Michała. Ty masz całkiem niezły, Magda też, no, o sobie nie będę mówić, ale ogólnie każda z nas jest całkiem do rzeczy. Więc gdybyśmy chciały, to znaczy każda z nas z osobna oczywiście, to mogłybyśmy… tak przynajmniej myślę… wyciągnąć taką chemię z każdego albo prawie każdego faceta. Podkreślam, że chodzi mi tu tylko o naszą klasę, bo to jest najlepsze pole do eksperymentu, najłatwiej będzie obserwować efekty. No więc jedna z nas podejmie się poderwania któregoś z chłopaków, a reszta będzie obserwować i mierzyć jej czas. Założymy sobie zamkniętą grupę na fejsie, tylko my we cztery, i będziemy tam wpisywać komentarze, wklejać zdjęcia itepe, będzie niezły ubaw. Co wy na to?

Dziewczyny popatrzyły po sobie ostrożnie, Basia popukała się wymownym gestem w czoło, ale na twarzach Anety i Magdy odmalowało się pewne zainteresowanie.

— Dobra, rozumiem — powiedziała powoli Aneta. — Ale w kogo dokładnie miałybyśmy wycelować tę perfidną strzałę Amora?

— Właśnie to jest podstawowa sprawa — podjęła Emilka, zadowolona z uzyskanego efektu. — Wykluczam tu wszystkich, którzy już mają dziewczyny, bo musimy grać fair, żadnego rozbijania związków. Czyli odpada Tomek, Jacek, nawet Michał… nie obraź się, Basiu, ale on startuje do tej Zuzki, więc niech sobie startuje… Bartek i Grzesiek też.

— Maciek też odpada, moim zdaniem, bo on się kocha w Baśce — zauważyła Magda, ignorując mordercze spojrzenie koleżanki. — Wystarczy, że Baśka kiwnie palcem, mrugnie okiem i koniec eksperymentu.

— Dokładnie — kiwnęła głową Emilka. — To musi być ktoś całkiem neutralny, na przykład taki Brus. Albo Byko. Od razu o nich pomyślałam, oni obaj są świetnym materiałem, bo myślą tylko o tych swoich treningach, więc zadanie nie będzie łatwe, a o to nam chodzi. Złapać króliczka, ale najpierw go trochę gonić, nie? Na tym polega cała zabawa.

— Jasne… — powiedziała z zastanowieniem Magda. — Tylko teraz powiedz mi, która z nas miałaby się podjąć tak wzniosłego zadania? Bo powiem szczerze, że mnie na przykład Byko nie kręci. Brus tym bardziej.

— Ale właśnie o to chodzi, żeby cię nie kręcił! — wykrzyknęła Emilka. — To ma być eksperyment na zimno, żadnego zaangażowania z naszej strony. Wkręcamy typa i w odpowiednim momencie kończymy sprawę, a nam zostaje materiał dowodowy, no wiecie, jakieś kwity, że się skutecznie wkręcił. Zdjęcie, filmik… To ma być próba sił, triumf Wenus nad Marsem, a do tego kawał dobrej zabawy. Rozumiesz?

— Nie do końca. Przecież przy tym wkręcaniu trzeba udawać zainteresowanie.

— Oczywiście, to podstawa.

— Robić słodkie oczy…

— Masz z tym jakiś problem?

— I dać się w którymś momencie pocałować! Nie, Mila, sorry, ale mnie na pewno nikt nie namówi na całowanie się z Brusem.

— Matko… — jęknęła z rezygnacją Emilka. — Przecież nikt ci się nie każe z nim całować!

— No to jak inaczej udowodnisz, że się wkręcił? Na zdjęciu albo filmiku z całowaniem przynajmniej wszystko widać i sprawa jest jasna.

— Właśnie, że nie jest — wtrąciła z namysłem Aneta. — Zastanów się, co widać na takim zdjęciu? Dwie osoby. Całują się, nie? No i skąd wiadomo, kto kogo wkręcił? Wygląda równie dobrze na to, że on ciebie, a nie ty jego. Zresztą ja też nie mam zamiaru całować się z Brusem jakby co. I jeszcze uwieczniać tego na zdjęciach!

— No fakt, macie rację — przyznała Emilka. — Ja też bym wolała nie wchodzić w to tak daleko, potem nie wiadomo, gdzie takie zdjęcie trafi i kto je będzie oglądał. Najlepiej by było mieć jakiś dowód wskazujący na zaangażowanie tylko tamtej strony.

— Na przykład co?

— Nie wiem… może jakiś list? Jakby napisał list miłosny, to byłby dowód jak sto pięćdziesiąt.

— Taa, już widzę, jak Byko pisze list miłosny — wzruszyła ramionami Basia, która dotąd przysłuchiwała się w milczeniu. — A Brus tym bardziej. Na polskim pała za pałą z wypracowań…

— Oj tam, wystarczyłby sms, nie musi być wypracowanie na papeterii z serduszkami. Smsa chyba umie napisać, co?

— No dobrze — powiedziała Aneta, odsuwając na środek stolika talerzyk po wuzetce i biorąc do ręki filiżankę z kawą. — Mnie się podoba to, co wymyśliła Mila, i ja to widzę następująco: eksperyment uznajemy za zaliczony w chwili, gdy delikwent zadeklaruje swoje uczucia. Wyzna miłość, poprosi o chodzenie, w każdym razie ma to być jednoznaczne. Staramy się wymusić na nim jakiś dowód, smsa, ewentualnie maila, list, coś na twardym nośniku. Okej. Tylko co, jeśli on będzie wolał ustne wyznanie i za Chiny nie napisze żadnego smsa?

— Prawda. Takie ustne wyznanie trzeba by jakoś nagrać.

— Niby jak? Każesz mu się wywnętrzać do kamery?

— Nie, no można przecież nagrywać z ukrycia — odparła ze zniecierpliwieniem Emilka. — Są takie kamerki szpiegowskie, w okularach, w długopisie, w czym tam chcesz… Mój brat ma taki długopis, pokazywał mi, jak to działa, obraz co prawda taki sobie, jakość HD to to nie jest, ale wszystko, co trzeba, i tak widać. Można na przykład zamontować takie coś w wisiorku na szyi, w odpowiednim momencie bawisz się wisiorkiem, włączasz sprzęt i się nagrywa. Byle dobrze wycelować kamerę i nie nagrać pustego kadru z boku, trzeba by wcześniej trochę poćwiczyć.

— Aha — kiwnęła głową Magda. — Niegłupie. Tylko taki wisiorek albo długopis trzeba by nosić przy sobie przez cały czas, bo nie znasz dnia ani godziny.

— Niby tak, ale w sumie da się wyczuć, kiedy delikwentowi będzie się zbierać na wyznanie. Zaprosi cię do knajpy albo na spacer we dwoje, w każdym razie będzie szukał okazji, żeby zostać sam na sam. I wtedy jest największe prawdopodobieństwo.

— No dobra, załóżmy, że on już ci wyznaje te płomienne uczucia. I co dalej? Mówisz mu, że sorry, nie mogę, wiesz, jestem jeszcze za młoda i takie tam głodne kawałki? Najpierw go przez iks czasu zachęcasz, a potem mówisz, że jednak nie? Przecież on się wścieknie.

— I co, przejmujesz się? — wzruszyła ramionami Emilka. — Może się wściekać, przejdzie mu. Ja nawet myślę, że trzeba by od razu mu powiedzieć, że to był żart, sprawa będzie jasna, a filmik dodatkowo zyska na przebojowości. Na przykład na sam koniec, już po tych jego wyznaniach zawołasz: „uśmiechnij się, jesteś w ukrytej kamerze!”

Dziewczyny parsknęły śmiechem.

— I koniecznie nagrasz jego bezcenną minę! — dodała Magda. — Jako gwóźdź programu.

— A nie uważacie, że to będzie trochę niehumanitarne? — zapytała z powątpiewaniem Basia.

— E tam, Baśka, nie przesadzaj, przecież krzywdy biedakowi nie zrobimy. Najwyżej powzdycha sobie trochę i mu przejdzie, zresztą w maju będzie matura, potem wakacje, każdy idzie gdzieś tam na studia, więc sprawa się rozmyje. Powiem wam, że ja się osobiście coraz bardziej nakręcam na ten eksperyment.

— O, to świetnie! — podchwyciła skwapliwie Aneta. — Bierzesz to w takim razie na siebie, podrywasz Brusa czy tam Byka, a my notujemy, jak ci idzie i robimy zdjęcia.

— Nie ma mowy! — roześmiała się Emilka. — Jako pomysłodawczyni ja powinnam być właśnie wykluczona z frontu i nadzorować wszystko jako general supervisor.

— Jasne, niedoczekanie twoje! Ja się nie zgadzam, będziemy ciągnąć losy.

— Okej — zgodziła się Emilka. — Możemy ciągnąć, w sumie tak będzie najsprawiedliwiej. Każda z nas ma potencjał, jak mówiłam, więc na kogo padnie, na tego bęc. Zgadzacie się? Magda?

— Ja się zgadzam.

— Basia?

— Może być — kiwnęła głową Basia. — Mam tylko nadzieję, że nie padnie na mnie.

— To kiedy ciągniemy? — zapytała Magda.

— Czekaj, co się tak śpieszysz, jeszcze nie teraz — powstrzymała ją Emilka. — Najpierw musimy ustalić, bo jeszcze nie zdecydowałyśmy się przecież… trzeba ustalić, kto będzie naszą słodką ofiarą.

— No, sama mówiłaś, Byko albo Brus — odparła Magda tonem oczywistym. — Zdecydujmy tylko który z nich, mnie tam wszystko jedno, możemy zrobić wyliczankę.

— Nie wygłupiaj się, trzeba to przemyśleć. Ja tak tylko rzuciłam luźny pomysł, ale po zastanowieniu uważam, że z Bykiem i Brusem jest jednak problem.

— Mianowicie?

— Mianowicie taki, że oni za bardzo trzymają się razem i ciężko ich będzie rozdzielić. Jak nasza agentka zacznie odciągać jednego od drugiego, to ten drugi będzie nam ciągle robił dywersje.

— Ale sama przecież mówiłaś, że ma nie być za łatwo! — zaprotestowała Aneta. — Jakieś przeszkody muszą być, żeby trudniej było gonić króliczka, tak czy nie?

— Niby tak — przyznała z zastanowieniem Emilka. — Tylko że oni mają kompletnego fizia na punkcie tego swojego karate, o niczym innym nie da się z nimi gadać. Więc chyba musiałabyś też zapisać się na karate, żeby nawiązać z nimi jakiś kontakt, wiesz, punkt zaczepienia, temat do rozmowy. No i ten drugi będzie przeszkadzał do niemożliwości, ja wam to mówię.

— No to zaatakujmy obu naraz — poddała w natchnieniu Magda. — Jedna weźmie się za jednego, druga za drugiego i sprawa załatwiona, mamy dwie ukryte kamery, dwa filmiki, a jeśli jednej się nie uda eksperyment, to zawsze będzie ta druga szansa.

— Hmm — zastanowiła się chwilę Emilka, ale po namyśle pokręciła głową. — Nie, to odpada. To byłoby nienaturalne, zorientują się od razu, że coś kombinujemy. Nie doceniacie przeciwnika.

— Jak tam uważacie, ale ja od razu mówię, że na pewno nie zapiszę się na karate — ostrzegła Basia. — Nie ma takiej opcji, zapomnijcie. Jak już chcecie robić eksperymenty z chemią damsko-męską, to wymyślmy coś mniej pracochłonnego niż nawiązywanie kontaktu z ofiarą przez trening karate, loty balonem i kurs skoków na bungee. Weźcie pod uwagę, że w tym roku mamy maturę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 31.65