E-book
8.19
drukowana A5
32
drukowana A5
Kolorowa
60.63
Głośna cisza

Bezpłatny fragment - Głośna cisza


Objętość:
223 str.
ISBN:
978-83-8126-191-3
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 32
drukowana A5
Kolorowa
za 60.63

Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach.

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Wszelkie podobieństwa są przypadkowe.

Prolog

Zapytano matki:

— Które dziecko kochasz najbardziej?

Matka odpowiedziała:

— Najmłodsze, dopóki nie urośnie, i chore, dopóki nie wyzdrowieje, i to przebywające poza domem, dopóki nie wróci. I każde, dopóki żyję!

Często zastanawiam się nad tym, jak by to było żyć w obcej skórze. Lubię patrzeć w okna. W okna obcych. Wieczorami, przemierzając autobusem miasto, zaglądam w każde okno, w którym tli się światło. Myślę o tym, jacy ludzie tam mieszkają, i wymyślam o nich historie. O, tu mignął czyjś cień i już wiem — to samotna kobieta, która przyszła zaciągnąć zasłony. Teraz ściągnie pantofle i usadowi się w głębokim fotelu z kubkiem gorącej herbaty, i zacznie czytać ulubioną książkę. Ewentualnie będzie oglądać film — stary, radziecki, lub hollywoodzki, przedwojenny. A jej mieszkanie jest takie przytulne i ciche, jakby wprost anioły po nim stąpały. A to, że jest samotna, no cóż! Osobiście jej zazdroszczę…

Boże, co ja plotę! Niechby mnie teraz słyszała prawdziwa samotna kobieta, która niejedną poduszkę na wskroś przemoczyła łzami! Nie, nie ironizuję, ja chowam się za tymi historiami, wymyślam tak naprawdę nie ich życie, a swoje. Żeby choć na troszeczkę, na kilka sekund, podczas których przemknie przez okno czyjaś sylwetka, pożyć tym wymyślonym życiem, tak niepodobnym do mojego. Jakbym dryfowała w mroku — jak oderwana od lądu kra. Oto jak to obce życie oddala się ode mnie, dryfuje na drugi brzeg…

Lubię jeszcze patrzeć na domy — ale nie na te wielopiętrowe kłębowiska ludzi, tylko na stare, prawie niewidoczne chatki w lesie. Wyobrażacie sobie, jaka tam musi panować cisza? Tylko kot miauczy głośno, a palone drewno trzeszczy w piecu. I nie ma żadnych problemów. No, dajcie choć parę dni wolnego! Ale kogo ja o to proszę? Przecież sama nie pojadę… Wystarczy już tych marzeń. Zbliżam się do okien naszego mieszkania. Pali się w nim światło. Czekają tam na mnie. Mąż. Córka. I syn.

O tym, jak udaje mi się wymodlić cud u świętego, a prostego zaświadczenia nie udaje mi się wybłagać

Syn szybko stuka na klawiaturze, a na ekranie wyskakują równe linijki angielskich słówek, których połowa jest dla mnie nieznana. Podchodzę do okna. W grudniową, mętną noc sypie rzadki, jak gdyby wzięty od jakiegoś skąpcy, śnieg. Szeleszczą opony spóźnionych samochodów, gołe gałązki drzew słabiutko drżą na szklanym wietrze… Już za chwilę rozpocznie się nowy dzień. A wraz z nim nowe życie. Nasze nowe życie.

Dziesięć minut temu Jonathan, kurator z amerykańskiego uniwersytetu Full Sail, działającego przy wytwórni filmowej Universal, napisał, że mój syn został studentem tej sławnej uczelni. I cóż w tym może być dziwnego? Codziennie na całym świecie studentami zostają tysiące, a nawet miliony młodych ludzi. Tylko że mój syn nie jest taki jak wszyscy. Zawsze najbardziej na świecie pragnęłam właśnie tego — żeby był jednym z wielu zwykłych chłopców. Najpierw małym chłopczykiem, a następnie młodym człowiekiem, którego interesowałaby piłka nożna, uczelnia i dziewczyny… Mój syn jest jednak dyslektykiem — cierpiącym na zaburzenia ze spektrum autyzmu.

Opieram swoje gorące czoło o chłodną szybę okna, za którym widać grudniowy dzień i przypominam sobie, jak to kilka miesięcy temu biegałam po znajomych psychologach i psychiatrach, aby uzyskać od nich zaświadczenie, że u mojego syna została zdiagnozowana dysleksja. Kiedyś natknęłam się na informację, że za granicą dzieci z dysleksją otrzymują do wyników egzaminu dodatkowe pół punktu. Ewentualnie dostają do zrobienia dodatkowe zadanie, które uwzględnia tę przypadłość. Oczywiście, powinna być do tego oficjalna diagnoza, potwierdzona dokumentami. Złapałam się tej myśli — tak jak marynarz, wyrzucony z pokładu statku podczas burzy, łapie za linę ratunkową. A gdyby się udało…? Tylko jak zdobyć takie zaświadczenie? Przecież w dzieciństwie Tima jego dysleksja nie była oficjalnie potwierdzona, w tamtych czasach we wszystkich przypadkach używano terminu „opóźnienie rozwoju intelektualnego” i takim oto sposobem piętnowano dziecko, nie wdając się w niepotrzebne szczegóły. Kilka dni więc błąkałam się po gabinetach specjalistów, niektórzy z nich pamiętali mojego syna jeszcze z czasów dzieciństwa i wiedzieli o jego problemach. Jednakże żaden z lekarzy nie dał mi upragnionego zaświadczenia. Co prawda, w poradni psychoneurologii zaproponowali, że wezmą go na obserwację, a potem być może udałoby się zdobyć dokument… Na to jednak nie mogłam pozwolić, niech lepiej sami sobie poleżą na obserwacji!

— Poradzimy sobie i bez tego, prawda, Tim?

Patrzę na niego z nadzieją. To mnie, a nie jemu, potrzebne jest teraz wsparcie, potrzebna pewność, że i bez tego przeklętego zaświadczenia da sobie radę ze wszystkimi egzaminami.

— No… — mówi z wahaniem Tim, widzę jednak malujące się na jego twarzy zakłopotanie — przecież mu to obiecywałam! W tym momencie i ja zaczynam czuć się zakłopotana, przez tyle lat zdobyłam ogromne doświadczenie w sprawach typu „Idź tam, nie wiadomo gdzie, przynieś to i tamto, nie wiadomo co”. A tutaj… nic to nie dało…

— Jeśli na części z czytania zdobędę mało punktów, to podczas rozmowy jakoś to nadrobię. W końcu to mój mocny punkt — parokrotnie mówi Tim, próbując w ten sposób uspokoić nie tylko samego siebie, ale i mnie.

Niestety, po napisaniu egzaminu okazało się jednak, że Timowi zabrakło tej przeklętej połowy punktu… Zmęczenie, zdenerwowanie — po prostu egzamin, to słowo mówi wszystko.

Nie znając jeszcze wyników, stoję w świątyni na nabożeństwie do Świętego Mikołaja Cudotwórcy i błagam o cud. Proszę o pomoc dla mojego dziecka, które z uporem już dwa lata stara się zdać egzamin z języka angielskiego, który pozwoli mu dostać się na uniwersytet. Tim przygotowuje się do niego samodzielnie, według przygotowanego przez siebie systemu, stworzonego na podstawie wszystkich dostępnych w Internecie materiałów, które mogą pomóc w nauce języka. I jest to już jego druga próba.

„Święty Mikołaju Cudotwórco ukochany!” — zwracam się do świętego jak do człowieka, w którego rękach leży całe nasze dalsze życie. „Proszę cię, pomóż mu! On tak bardzo się stara i tak bardzo pragnie tam zacząć naukę! To jego marzenie. Co ci szkodzi, przecież ty możesz wszystko! Przecież ty także miałeś matkę…”

Modlitwa ta, tak bardzo niepodobna do tradycyjnych modlitw, sprawia, że zaczynam się w niej pogrążać jak w transie. Dalej jednak nie wiem, czy święty słyszy moje prośby i co jeszcze mogę zrobić, aby zostały one przez niego wysłuchane. Mój głuchy krzyk wyrywa się z piersi i przez sekundę jest na wyciągnięcie ręki, staje się wręcz namacalny i wisi ponad ikonami świętych pod kopułą świątyni. Mogę obserwować, jak moja pełna rozpaczy prośba ulatuje prosto tam, do niebios. A tam już bez wątpienia ktoś ją usłyszy!

Światło płynące z ekranu komputera miga równomiernie i przyjaźnie, a Jonathan jeszcze raz potwierdza, że mój syn został studentem. A brakujące pół punktu… Moja modlitwa do Świętego Mikołaja Cudotwórcy nareszcie zostaje wysłuchana! A i ludzie w tej okropnie dalekiej Ameryce okazują się być cudowni. Kocham całym sercem nie tylko ich, ale i wszystkich mieszkańców naszej planety! Patrzę na swojego syna, rozmawiającego z Jonathanem na temat potrzebnych dokumentów, i w tym oto momencie w mojej głowie pojawia się jasna i wyraźna myśl — powinnam o tym wszystkim napisać…

Ale o czym właściwie? O moim życiu? Kogo to będzie interesować?… Co ja mogę ludziom powiedzieć takiego, co uchroni ich przed tymi nieszczęsnymi wypadkami, które przez te wszystkie lata, uśmiechając się złośliwie, biegną w ślad za mną, łapią za skrawek mojego ubrania i nie pozwalają o sobie zapomnieć? Aczkolwiek myśl o tym, że moja historia może komuś pomóc, mocno tkwiła w mojej głowie i nie pozwalała o sobie zapomnieć. Z czasem owa myśl zaczynała przybierać formę małej paczuszki, na której widniał napis „Syn”, a kiedy paczuszkę otwierano, można było w niej znaleźć książeczkę z instrukcją obsługi. Do kogo była skierowana owa instrukcja? Do tak samo zrozpaczonych, zrezygnowanych, zapędzonych w kozi róg matek. Takich jak ja na samym początku. I powzięłam decyzję.

Postanowiłam napisać tę książkę, choć wiąże się to z balansowaniem na krawędzi autoironii i tragedii, powagi i komedii, niedorzeczności i przypadkowości, proroctw i niespełnionych nadziei, oczekiwań i strat.

Gdzieś w oddali groźnie szczekają psy, słychać komendy wydawane w jakimś dziwnym języku, ale dla mnie wszystko jest zrozumiałe. Wymagają od nas, abyśmy stanęli w szeregu — chcą, abyśmy gdzieś poszli… Ale gdzie? Po co? Widzę, jak z tłumu ludzi wyprowadzają mojego syna, lecz nie jestem już w stanie zrozumieć podniesionego głosu konwojenta. W mgnieniu oka zaczynam sobie jednak zdawać sprawę z tego, co się dzieje — wywożą nas. Boże, gdzie my jesteśmy?! Strach chwyta za gardło i wydostaje się na zewnątrz w postaci bezgłośnego jęku — staram się krzyczeć, ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Słychać tylko ujadanie psów i gardłowe krzyki nieznanych ludzi — zbijających nas wszystkich w bezkształtną i milczącą masę. O mój Boże, gdzie go zabrali?! Przecież w tym śniegu, w tym zimnym lesie on nie da sobie rady, nie przeżyje — przecież ma na sobie tylko lakierowane pantofle, założone na bose nogi, i lekką, skórzaną kurtkę… Skąd wiem, że wywożą go do lasu? Domyślam się tego, mnie też tam w końcu zabiorą, ale ja jestem silna, ja wytrzymam, a on… to tylko mały chłopiec, jak tak można?!

— Co wy robicie? — krzyczę, jednak ogarniający mnie strach sprawia, że krztuszę się, a z moich wykrzywionych krzykiem ust nie wydobywa się żadne słowo. Oni mnie nie słyszą i zabierają go jeszcze dalej i dalej.

— Jesteśmy w niewoli — mówi ktoś obok mnie. — Niech pani porzuci złudzenia…

Nie, nie, przekażcie mu chociaż skarpetki, wyrywam się z czyichś rąk, ale ktoś mnie przytrzymuje, nie udaje mi się jednakże dojrzeć, kim jest nieznajomy — przestrzeń dookoła nagle pustoszeje, a ja ślepo tupię w miejscu i wciąż natrafiam na dziwne, przeźroczyste ściany. A za ścianą znajduje się on — pokorny i milczący. Nie oddam go! Rzucam się na śliską ścianę, której powierzchnia przypomina lód i przywieram do niej całym ciałem. Wkrótce zauważam, że powstała między nami lodowa bariera zaczyna się topić pod wpływem ciepła mojego ciała i już prawie udaje mi się przedostać na drugą stronę, brakuje jeszcze odrobiny, jeszcze go nie wywieźli… Niech mi ktoś pomoże! Przekażcie mu skarpetki!

— Aniu, co się dzieje? — Mąż ostrożnie dotyka moich pleców. — Jakie skarpetki, komu je przekazać?

Wzdrygam się, otwieram oczy i zaczynam sobie uzmysławiać, że to był tylko sen… A tym razem granica pomiędzy snem a jawą była bardzo cienka. Jacyś obcy ludzie, niewola… Niewola? Muszę się uwolnić, tak samo jak z niewoli, od złudzeń, że mój syn będzie dla kogoś równie ważny jak dla mnie. We śnie to się nie udało i w życiu też się nie udaje… Ponieważ…

…zdarza się, że nawet razem krzyczymy: mój jeszcze nienarodzony syn i ja. Słyszę to bardzo wyraźnie — jego krzyk w moim wnętrzu. Dziecko płacze z powodu strachu i bólu, a ja dlatego, że ono boi się i cierpi. A kiedy strach i ból się nasilają, a ja zdaję sobie sprawę z tego, że długo już tego nie wytrzymamy — dziecko nagle, niczym doskonały pływak odbijający się od słupka basenowego (tak to wyglądało!), odbija się nóżkami i… wypływa na ten świat. Krótko mówiąc — startuje. Pierwsza, druga, trzecia minuta nowego życia, a już wtedy okazuje się, że nie można tych chwil porównać z wcześniejszymi wiecznymi, piekielnymi, przedporodowymi mękami. Minuty te biegną tak szybko, jakby brały udział w wyścigach, lekko i niezauważalnie, i tylko w moim ciele czuć jeszcze, przypominający o wszystkim, słabnący ból. Już po wszystkim. Chwała Bogu!

— Niech mamusia popatrzy! Chłopiec!

Fioletowe zawiniątko, trzymane przez położną, słabiutko popiskuje — jak to? Przecież słyszałam jego donośny głos wewnątrz siebie. To moje dziecko? To kawałek mojej tkanki, krwi, naczyń, mojego życia? To mój wszechświat, moja nieśmiertelność, to… Moje myśli plączą się, piętrzą, uderzają jedna o drugą, a ja leżę przez dwie ustalone godziny na sali porodowej, jeszcze nie wiedząc, że właśnie te godziny są moimi najlżejszymi i najbardziej beztroskimi chwilami w całym moim przyszłym życiu. Dookoła krążą ludzie, mierzą mi ciśnienie, pytają o telefon do męża, a my z synem leżymy jak w stanie nirwany, już rozdzieleni przez przyrodę, ale jeszcze nierozdzieleni przez ludzi.

Kiedy rodziłam swoje starsze dziecko — córkę Maszę — nie przeprowadzano jeszcze badania ultrasonograficznego i mogliśmy tylko zgadywać, jaka będzie płeć naszego nienarodzonego dziecka. Wiedzieliśmy jednak jedno — jeśli urodzi się dziewczynka, nazwiemy ją na cześć mojej zmarłej mamy. Wtedy jeszcze nie mieliśmy przygotowanego imienia dla syna. Zastanawialiśmy się, co prawda, nad wieloma imionami, ale żadne z nich nie przypadło mi do gustu. Toteż kiedy urodziła się dziewczynka, nie byłam wcale zaskoczona, przypuszczałam wręcz, że nasze rodowe imię do nas wróci. Kiedy zorientowałam się, że jestem po raz drugi w ciąży, znowu nie miałam wątpliwości — wiedziałam, że urodzę syna. Moja intuicja mnie nie zawiodła, badanie ultrasonograficzne, z którego już wtedy korzystano, wykazało, że miałam rację — lekarz oznajmił, że urodzę chłopczyka…

Znowu zobaczę swojego syna dopiero za parę dni. Chłopiec, zawinięty po uszy w szarą, wykrochmaloną do granic możliwości, państwową pieluszkę, śpi — oczka ma zamknięte, a jego oddech jest ledwo wyczuwalny. Maluteńki, ważący mniej niż trzy kilogramy, nie przejawia jakiejkolwiek ochoty, żeby cokolwiek zjeść. I nie wie, oczywiście, że jego mama tak bardzo potrzebuje jego pomocy, że bez niej czuje się bardzo źle. Już od pierwszych dni uchyla się od odpowiedzialności… Aby uratować mnie przed zapaleniem sutka, lekarka decyduje się przynieść mi dwa niemowlęta, które także nie chcą jeść, wagą i wzrostem będące nieco większe niż moja „chudzinka”. I tak oto przez tydzień karmiłam ich wszystkich — całą trójkę.

Wzięłabym ich ze sobą… — pomyślałam raz nieoczekiwanie. Chociaż nie, pierwszy podjął ten temat mąż, żartując oczywiście i mówiąc niepoważnie:

— Weźmy ich sobie!

Po czym ja nieufnie pokręciłam głową.

— Nie dadzą nam ich, po takich jak oni, ustawiają się kolejki.

Nie zdecydowałam się…

Wybaczcie mi… — myślę, obserwując, jak pielęgniarka otula moją kruszynkę miękkimi, domowymi pieluszkami, jak mąż krząta się po sali z poczuciem winy wypisanym na twarzy, ponieważ zapomniał wziąć z domu moje pantofle. Patrząc na siebie, jak gdyby z boku, widzę, jak drepczę w skórzanych kapciach rozmiaru czterdzieści dwa, wsiadam do taksówki i biorę syna na ręce… A kto będzie karmił TAMTE dzieci? Czyżby to wszystko właśnie tak miało się skończyć?

— Co się stało? — niepokoi się mąż. — Dlaczego płaczesz? Coś cię boli?

Tak, boli — myślę — dusza.

O tym, jak przeprowadzam „eksperyment wychowawczy” na córce, a syn po raz pierwszy upomina się o swoje potrzeby

Dusza — to wiecznie niegojąca się rana. Dotkniesz jej palcem, a wypłynie na powierzchnię cały ból, dokładnie tak, jakby na nasze barki spadł cały ciężar świata. Ciężar ten będzie mnie męczył jeszcze bardzo długo, aczkolwiek z czasem ból zacznie maleć i zniknie za skrajem świadomości, tak jak palące słońce znika za cienką linią horyzontu, a ziemia pogrąża się w ozdrowieńczym chłodzie nocy. Tak samo i ja pogrążam się w codziennych troskach, które pomagają mi powrócić do realności, chronią mnie przed samobiczowaniem i zadręczaniem się moją słabością, która przejawiła się wtedy w niemożności podjęcia trudnej, lecz uleczającej moją duszę decyzji. Wiele lat później opowiem o tym zdarzeniu popowi, a on mądrze i zrozumiale wyjaśni mi, dlaczego właśnie wtedy nie wydarzyło się to, co wydarzyć się najzwyczajniej w świecie nie mogło. A nie wydarzyło się, ponieważ los pisał dla mnie inny scenariusz. Inną próbę. To wszystko.

Pierwsze dwa dni mijają bardzo szybko, przelatują koło nas — jak wyrwane z kalendarza kartki — a my wprost wirujemy w tym euforycznym szale, którego rytm nie jest jeszcze nam znajomy, a wszystko, co dzieje się dookoła nas, nie jest dla nas do końca zrozumiałe. Codzienne i niezmienne, ponure pasmo kłopotów i zmartwień jeszcze nas nie dogoniło — póki co panuje wręcz świąteczna atmosfera. My wszyscy — mąż, sześcioletnia córka, moja siostra, której szczęśliwie udało się przyjechać na ten czas w delegację do naszego miasta — zgodnie ignorując codzienną rutynę, zbieramy się dookoła małego becika i z czułością patrzymy na zmarszczoną, maleńką buzię chłopca, pochrapującego spokojnie w swoim łóżeczku. Wszystko inne zostało zepchnięte na bok — w tym momencie najważniejsze było napatrzenie się na to cudo, jeszcze dziewięć miesięcy temu będące ledwo małą, niepozorną kijanką z ogonkiem, która — zgodnie ze znaną wszystkim wiedzą zawartą w podręczniku biologii — miała się dopiero dalej rozwijać. A teraz — to prawdziwy Tomcio Paluch, z powagą obserwujący nasze pełne zachwytu twarze i ciągłe wymachiwanie rękami, przypominający zagubionego przybysza z kosmosu, który przez przypadek znalazł się w naszym domu i wyrozumiale przyjmuje zachwyty Ziemian: No już, dobrze, dobrze, zostanę u was trochę, nie jestem chwilowym gościem, jeszcze zdążycie się do mnie przyzwyczaić.

— Rośnij szybciej, chłopcze — mówi czule mąż. — Pójdziemy razem na ryby…

Bawi mnie to, staram się sobie wyobrazić mojego malucha z wędką w ręce, ale przychodzi mi to z trudem. Wydaje mi się, że dzień, w którym on zacznie chodzić, weźmie coś w swoje małe rączki jest jeszcze bardzo daleko, zastanawiam się, czy w ogóle kiedykolwiek ten dzień nastąpi, ciężko jest sobie to bowiem wyobrazić, jeśli twoje życie ogranicza się obecnie do nieprzerwanego pielucho-karmiąco-piorąco-bezsenno-płaczącego procesu. I wtedy zaczynasz sobie uświadamiać, że to wszystko może ciągnąć się w nieskończoność…

Zresztą, obok biega „dowód” szybko płynącego czasu, czyli moja sześcioletnia córka — pierwszy miesiąc po jej narodzeniu trwał wieczność i nawet doprowadził do bluźnierczej myśli, która przemknęła przez mój umęczony po operacji piersi mózg — Po co mi to wszystko było?

Aby urodzić, przyjechałam z miasta do dużej wioski, do teściowej. Mijały już dwa lata od śmierci mojej mamy i strasznie się bałam zostać bez niczyjej pomocy, nie miałam już wtedy żadnych krewnych. Ponadto oddział położniczy w owej wiosce był popularny także wśród mieszkanek miasta. To tutaj przyjeżdżano rodzić „po znajomości”, ponieważ w tamtych czasach nikt nie przejmował się losem ciężarnych, mogły one leżeć na korytarzach, każde dziecko wracało ze szpitala z gronkowcem, a o samych porodach opowiadano takie okropności, że nawet współczesne thrillery wydają się być niczym w porównaniu z opowieściami z sal porodowych: niemowlęta spadały na podłogę w wyniku szpitalnych zaniedbań, do ciężarnych godzinami nikt nie przychodził, w rezultacie czego kobiety starały się same sobie poradzić, tak jak to robiły dawniej ich matki i babki, nie były tylko w stanie samodzielnie przegryźć pępowiny. Na porządku dziennym było też wszechobecne chamstwo — przejawiające się w uwagach typu: „Jak wlazłaś facetowi do łóżka, to wiedziałaś, więc co teraz wrzeszczysz, możesz jeszcze chwilę pocierpieć” — i masa innych „interesujących” szczegółów, które mroziły krew w żyłach.

Córka po urodzeniu też była kruszynką, ważyła mniej niż trzy kilogramy. Miałam szczęście, że akurat podczas tej nocy dyżurowała krewna mojego męża, położna z długim stażem. Dzięki niej niemal wszystko skończyło się pomyślnie. Nie udało mi się jedynie ustalić, czy mam mleko — wydawało się, że coś cieknie, dziecko ssało i ssało, po czym zasypiało.

Przywieziono nas uroczyście do domu i zdecydowano, że dopóki mąż nie skończy remontu w naszym mieszkaniu, ja pobędę trochę u teściowej. Cała moja ówczesna wiedza o karmieniu i wychowywaniu dziecka sprowadzała się do sporej liczby przeczytanych artykułów z gazet — takich jak „Robotnica” czy „Zdrowie”. Pamiętałam jeszcze taką starą książkę Dziecięce żywienie, którą, sądząc po dacie wydania, podarowano mojej mamie po moich narodzinach i która i dla mnie stała się głównym źródłem wiedzy z powodu braku czegokolwiek innego. Było tam wspomniane, iż matka karmiąca powinna przed karmieniem w specjalny sposób przygotować pierś — założyć chustę, opatrunek gazowy (szkoda, że nie maskę przeciwgazową!), usiąść na specjalnie przygotowanym krześle, a pod nogi podłożyć specjalną ławeczkę. Następnie niania (!) powinna podać jej dziecko, które należało trzymać przy piersi około dwudziestu minut i ani sekundy dłużej. Karmić dziecko powinno się co trzy godziny, zaś nocą — radzono, aby robić sześciogodzinną przerwę, a jeśli dziecko się przebudzi, to poić je wodą…

Wszystkich nieszczęść, które mnie spotkały już w pierwszych tygodniach po urodzeniu córki, dałoby się uniknąć, jeślibym tylko mniej gorliwie wypełniała wszystkie zalecenia naszych niezrównanych pediatrów. Do tej pory z drżeniem wspominam ten „epizod” rodem z filmu z gatunku dreszczowców pod tytułem: Moje pierwsze dziecko i eksperyment wychowawczy.

Głęboka noc. Kruszynka zaczęła rzucać się z boku na bok, zaraz się obudzi, a ja już wiem, że nie uda nam się ponownie zasnąć. Wstawaj — mówiła głowa, odpuść — mówiło ciało. Przez przymknięte okno sączył się upalny żar sierpniowej nocy, przygniatający swoim ciężarem do wilgotnej poduszki, nie pozwalając na najmniejszy ruch, a głos z oddali czule szeptał: „Nie wstawaj, nie wstawaj, chwilę pomarudzi i zaśnie”. Minęło jeszcze parę minut, podczas których starałam się jeszcze nie rozstawać z objęciami Morfeusza, jednak krzyk córki, który przeszył mnie jak prąd elektryczny, spowodował, że szybko się otrząsnęłam, jak gdybym dotknęła nagrzanego do granic czerwoności drutu. W stanie półsnu wypełzłam spod prześcieradła i znalazłam włącznik stojącej lampy… Boże Święty, a jeśli tak będzie jeszcze przez kilka miesięcy? Jak ja to wytrzymam?

Do pokoju weszła rozbudzona krzykiem teściowa:

— No, no, kochana… matką trzeba być, matką!

Wypowiedziawszy ten dziwny wywód, majestatycznie się oddaliła. Patrzyłam na jej obojętne, wyrażające pełną pogardę w stosunku do moich umiejętności rodzicielskich, plecy i gdzieś w głębi mnie zawrzało, łzy cisnęły mi się do oczu, gromadząc się i przekształcając w bezgłośny atak histerii. Starałam się dławić wydobywający się z wnętrza jęk, aby nie obudzić jeszcze i mojego męża, który rankiem miał jechać pociągiem do pracy. Dalej nie wiem, dlaczego kobieta, która wychowała dwójkę dzieci, nie powiedziała mi, że dziecko należy po prostu nakarmić — także w nocy.

Maleńka córeczka dalej krzyczała wniebogłosy, a ja, zalana łzami, siedziałam obok niej z przepełnioną od mleka piersią i pochylając się, starałam się wlać jej do buzi troszeczkę wody. Przecież tak było napisane! Jak się chwilę później okazało, miało nas spotkać jeszcze jedno nieszczęście — o ile gronkowca udało nam się uniknąć, to drożdżycy, której okropny, biały nalot pokrywał buzię córki, już nie. Infekcja przeniosła się także i na mnie, co przyczyniło się do rozwoju ostrego stanu zapalnego piersi, czyli mówiąc prościej, do zapalenia sutka. Temperatura podniosła się do prawie czterdziestu stopni, a karmienie dziecka piersią już w ogóle nie wchodziło w rachubę… Werdykt wezwanego na koniec lekarza był jednoznaczny:

— Ciąć! I to jak najszybciej!

Jak dostałam się do szpitala? Nie pamiętam. Dobrze pamiętam natomiast, jak po operacji szłam piechotą przez całą wioskę z rozciętą piersią i cicho szlochałam… Weszłam na werandę i zobaczyłam… miskę z zamoczonymi pieluchami. Posiedziałam pięć minut i zaczęłam je prać. Rękami.

Córki praktycznie nie karmiłam piersią. Proces ten został tak poważnie zakłócony, że nie było szans na jego wznowienie, pomęczyłam się więc jeszcze około pięciu miesięcy, po czym kupiłam w sklepie Bebiko. Tak oto bowiem wyglądał cały ówczesny asortyment…

Minęło około sześciu lat od urodzenia córki, a wszelkie zalecenia odnośnie wychowania dziecka zmieniły się diametralnie. Oczywiście, pamiętając, że książka tak czy owak jest najlepszym źródłem wiedzy, przeczytałam już jakąś literaturę, która obróciła wyobrażenie o „prawidłowym” karmieniu dziecka o sto osiemdziesiąt stopni. I jak się okazuje, pierwsza wizyta naszego miejscowego lekarza potwierdza moje domysły.

— Maluteńki jakiś taki… — Lekarz ostrożnie rozwija pieluszkę. — Ma pani mleko?

— No tak, coś tam mam. — I przypominam sobie moją porodówkową epopeję.

— Niech pani go karmi, kiedy tylko będzie chciał. Bardzo mało waży, powinien każdego miesiąca przybierać na wadze około kilograma.

— Nawet jeśli od ostatniego karmienia minęło tylko pół godziny? — Nie wierzę swoim uszom.

— No tak, oczywiście. Chociaż jeśli ma pani mleko, to takich krótkich przerw nie będzie.

Zachęcona profesjonalną radą wchodzę w codzienny rytm, mając nadzieję, że tym razem wszystko przebiegnie bez problemów. Płonne nadzieje! Synek momentalnie rozgryzł, jakie to szczęście go w życiu spotkało i już po kilku dniach wręcz odmawia opuszczenia przynależącego mu miejsca przy mojej piersi. Należałoby już położyć, wydawałoby się, najedzonego i uśpionego malucha, mamlącego sutek około półtorej godziny, zamiast przepisowych dwudziestu minut, do łóżka i oddalić się, by móc zająć się domowymi obowiązkami, których liczba wciąż rosła i rosła, kiedy to za moimi plecami rozlega się ostry płacz — oznaczający w mojej głowie tylko jedno: dziecko jest głodne i żąda jedzenia.

Jak to jest możliwe? Przecież dopiero co go karmiłam! Wracam do syna, biorę go na ręce i przykładam do piersi, a on ponownie spokojnie zasypia, wkładam go znowu ostrożnie do łóżeczka, robię parę nieśmiałych kroków w stronę kuchni, gdy na nowo dookoła słychać płacz. Po paru dniach takiego eksperymentu zaczynam przypominać cichy cień z bajki o Marii Rękodzielnicy, który ledwo jest w stanie powiedzieć: „Cóż, wola czy niewola — wszystko jedno”. Trzeba było położyć temu kres. Tylko jak?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 32
drukowana A5
Kolorowa
za 60.63