E-book
7.88
drukowana A5
68.97
Głodne Serca

Bezpłatny fragment - Głodne Serca

Objętość:
391 str.
ISBN:
978-83-8467-678-3
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 68.97

Żeby poznać siebie musisz przejść przez życie, nic o nim nie wiedząc, czasem czując za mocno, a na koniec — musisz umieć odejść.

ROZDZIAŁ 1

Anna

Kiedy kucnęłam, by spojrzeć na akwarium, zauważyłam, że mój bojownik wspaniały — ta piękna, czerwona rybka — nie żyje. To już czwarta w tym miesiącu. Kupowałam je, bo ładnie wyglądały. Miały zapełnić puste akwarium, w którym ciągle unosiły się zgniłe wodorosty. To nie była kwestia złych intencji, po prostu nie potrafiłam się nimi właściwie zajmować.

Umoczyłam rękaw w brudnej, śmierdzącej wodzie i wyciągnęłam rybkę, która jeszcze przed chwilą unosiła się w niej brzuchem do góry. Chyba jestem dziwna, bo lubię wpatrywać się w umierające zwierzątko. Obserwować, jak bierze ostatni oddech.

Położyłam rybę na gazecie. Dotknęłam wskazującym palcem jej brzuszka. Kiedy te ładne płetwy zaczęły wydzielać zgniły zapach, poczułam się z tym kawałkiem mięska bardziej związana niż kiedykolwiek. Zastanawiałam się, czy rybka chciała, żebym zniszczyła akwarium. Czy w ogóle chciała żyć? Co ja poradzę, że odchodzą — i to w taki sposób. Głupie to wszystko.

Opuściłam mieszkanie, pozbywając się po drodze zbędnego zwierzątka. Stanęłam na zewnątrz, a chłód obskurnej okolicy od razu dał mi się we znaki. Sięgnęłam po paczkę papierosów. Gdy wkładałam jednego do ust, w oczy rzucił mi się podejrzany, czarny samochód. Nie miałam wątpliwości — ten dupek kazał mnie obserwować. Dmuchał na zimne po mojej ostatniej próbie ucieczki.

Wróciłam do domu. Opadłam na podłogę i oparłam się plecami o chłodną ścianę, po czym sięgnęłam po pilota. Włączyłam telewizor. Usłyszałam tylko strzępek informacji:

— W dzielnicy czerwonych latarni w Łagowie doszło do drugiego zabójstwa właściciela nocnego klubu na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że w dłoniach ofiar znajdowano banknoty, co wskazuje na jednego sprawce. Z ustaleń policji wynika, że najbardziej prawdopodobny motywem jest konflikt wewnątrz grupy zajmującej się prostytucją.

Nagle drzwi mieszkania otworzyły się na oścież. W progu stanął wysoki, mocno zbudowany mężczyzna. Znałam go stanowczo za dobrze. Starałam się go ignorować, dopóki się nie odezwał:

— Cieszysz się, że szef nie żyje, prawda? — Podszedł i się pochylił, przysuwając mordę do mojej twarzy. — Wyłącz to gówno! Od teraz będę cię wozić. Uważaj, aby nie wpaść na policję. Roi się tu od nich w ostatnim czasie. Przecież nie chcemy, abyś została przesłuchana i wymsknęło ci się, że jesteś prostytutką.

Lekko go odepchnęłam, podnosząc się z podłogi.

— Słuchasz mnie w ogóle?!

Podeszłam do szafy.

— Masz rację. Najlepiej zrobisz, jak się trochę ogarniesz. Masz klienta.

Roześmiałam się.

— Postradałaś rozum? Z czego się śmiejesz?

— Nad nami, prostytutkami, chyba ktoś tam jednak czuwa, że powoli ci skurwiele zaczynają padać jak moje rybki w akwarium. Zasłużyli sobie na śmierć.

— Co?! Pieprzona dziwka. Straciłaś rozum?

Poczułam szarpnięcie, a potem ten, pożal się Boże, ochroniarz wymierzył mi siarczysty policzek. Chwilę później siedziałam już na tylnym siedzeniu samochodu. A przydupas szefa, Kuba, rozmawiał z nim przez telefon.

— Ta zdzira znowu wyprowadziła mnie z równowagi, więc…

— Masz nigdy więcej nie podnosić na nią ręki! Zrozumiano?! — wrzeszczał na niego.

Przestałam ich słuchać, uchyliłam mocniej szybę i wystawiłam głowę, obserwując mijające nas samochody.

Moje życie przypominało piekło. Kilka razy dziennie otwierałam się na napalonych mężczyzn, a czasem pozwalałam też dotykać się bogatym paniom, znudzonym trwaniem u boku swoich partnerów. Byłam kolejną sierotą, która sprzedawała swoje ciało w dzielnicy czerwonych latarni, ponieważ rodzice zmarli, zostawiając długi. Wiem, to ta sama stara, męcząca historia. Zresztą każdy z nas ma coś, za co nie chce brać odpowiedzialności. Musiałam stać się kolejną ofiarą. Jeśli mój żałosny żywot dobiegłby końca, nikt nigdy by się nie dowiedział, że brnęłam przez rynsztoki.

Westchnęłam. Nie rozumiałam nawet, dlaczego wciąż walczyłam o przetrwanie. Chyba naprawdę nie chciałam umrzeć. Wolałabym, aby to oni umierali. Wyobrażałam sobie, jak zabijam kogoś kilka razy dziennie. Jak dźgam go, a krew chlapie nie tylko na ściany, ale i na moją twarz. Jak językiem zlizuję ją z kącików ust. Albo po prostu wyciągam broń z szafki, gdy przestaje mnie dotykać, i nie raz, a kilka razy strzelam w jego twarz. Tak, że po chwili wygląda jak przejechany arbuz pod kołami ciężarówki. To sprawiało, że czułam się trochę lepiej. Czasem byłam jak moje rybki walczące o oddech w brudnej wodzie. Chciałabym, żeby ktoś mnie zauważył i pomógł mi uciec z tej przytłaczającej rzeczywistości, w której czuję, jakbym powoli umierała.

Spostrzegłam w lusterku tamten czarny samochód. Myślę, że niezależnie od tego, czy jesteś bogiem, czy ponurym uosobieniem śmierci, akceptuję to. Nawet jeśli oznacza to, że w końcu umrę.


Kiedy wyszłam z hotelu, szybko spostrzegłam, że tego dupka już nie ma. Zaczęłam szukać w torebce telefonu, lecz moją uwagę zwróciły dwa radiowozy wjeżdżające na tył budynku. Postanowiłam sprawdzić, co się tam dzieje.

Gdy byłam już w odpowiedniej odległości, dojrzałam prowadzącego dochodzenie Artura Dopierałę. On też mnie zauważył. Gestem ręki wyraźnie dał mi znak, żebym podeszła.

— Byłaś z Kubą tutaj? — spytał, kiedy tylko znalazłam się w zasięgu jego głosu, i wskazał na duży hotel.

Skinęłam głową.

— Ile cię nie było?

— Godzinę.

— Wiem, że miał was wozić do klientów ze względu na te morderstwa. Teraz ochrona pewnie jest znacznie ściślejsza…

— Dopierała! — zawołał młody, całkiem przystojny policjant. — Niestety. W parku pies zgubił trop. Ktoś musiał wciągnąć go do samochodu i wywieźć.

— Rozumiem. Są świadkowie?

— Nie.

— Jak zwykle — burknął, po czym wrócił do naszej rozmowy. — No dobrze. Pamiętasz coś? Może ktoś was śledził albo w pracy ciągle na kogoś wpadacie, widzicie tę samą twarz? Ktoś podejrzany?

— W naszej pracy większość jest podejrzana. Nie przypominam sobie nic — odpowiedziałam.

— OK. Pojawisz się na komisariacie i złożysz zeznania.

— Dobrze.

Odchodząc, przeniosłam wzrok na auto. Ciemne, wilgotne smugi krwi na lakierze wyglądały hipnotyzująco. Mimowolnie się uśmiechnęłam.


Szłam chodnikiem. Gdy minął mnie czarny samochód, przystanęłam. Choć od tamtego zdarzenia nie widziałam już tego pojazdu, to mimowolnie wypatrywałam go wśród przejeżdżających aut, jakbym miała nerwicę natręctw.

Od kilku dni cię nie ma… Dlaczego? Przestałeś mnie obserwować? Może pozbyłeś się tych, których musiałeś lub chciałeś.

Na to samo wychodziło. Nie musiał już mieć mnie na oku. Nieźle wykorzystał sytuację. Stałam się przynętą, bo te skurwiele przyłaziły najczęściej właśnie do mnie.

Rozdzwonił się telefon. Spojrzałam na ekran i poczułam, jak narasta we mnie fala irytacji. Byłam zmęczona, a ten dźwięk wciąż nie cichł, pulsował mi w napiętych skroniach.

— Słucham? — Odebrałam.

— Jestem pod twoim domem. Przychodź! Słyszysz, Anna!

Rozłączył się.

Wróciłam do domu. Kiedy weszłam na schody, zobaczyłam czekającego na mnie Michała Kasprowicza. Mężczyzna cierpliwie wypatrywał mojego powrotu, gasząc papierosa.

— Powinnaś mnie słuchać i być…

— Nie gorączkuj się, dobrze? — wtrąciłam.

— Czy nie mówiłem ci, żebyś nie ignorowała moich telefonów? To, że mam do ciebie słabość, nie znaczy, że nie zrobię ci z tej ślicznej twarzyczki…

Nie słuchałam go już, bo spostrzegłam, że ktoś majstrował przy zamku. Udałam, że otwieram drzwi. Weszłam do małego, ciasnego mieszkanka.

— Hej! — Zatrzymał mnie ostrym krzykiem, po czym wsunął dłoń w moje włosy i szarpnął gwałtownie do tyłu. — Piękne… — wycedził tuż przy mojej twarzy. — Ten złocisty odcień przypomina mi dojrzałe zboże. — Przez chwilę mówił niemal czule, lecz w ułamku sekundy jego głos zlodowaciał. — Ale z równą łatwością mogę ci je wszystkie wyrwać z cebulkami, więc przestań mnie, nas, wreszcie ignorować.

Spojrzał na mnie wściekle.

— To ty nasłałaś na nas kogoś, żeby mieć z głowy nasze towarzystwo?

— Jak mogłabym kogoś zatrudnić, skoro zabierasz wszystkie moje pieniądze?

— Dostajesz na życie tyle, ile potrzeba.

— Te ochłapy? Palant — powiedziałam pod nosem.

— Słyszałem!

Pchnął mnie. Straciłam równowagę i uderzyłam łokciem o kant starego stolika, aż syknęłam z bólu. Michał złapał za swój sweter, podciągnął go w górę i wskazał na bliznę.

— To ty mnie dźgnęłaś nożem, żeby się uwolnić. I co ci to dało? Ze mną masz najlepiej. Inni już dawno by cię skrzywdzili.

— Jaki ty miłosierny…

— Nie rozumiesz, prawda?

— Nie rozumiem, dlaczego wciąż mnie przy sobie trzymasz?! I tak, cholernie się cieszę, że ktoś bezlitośnie was wykańcza. Ślady sznura na ich szyjach. Ciekawe, czy długo zdychali? Czy bolało? Mam taką nadzieję!

Podszedł i pochylając się w moją stronę, rzucił:

— Chcę się z tobą pieprzyć. Zadowalająca odpowiedź?

— Nie tak, jak niezadowalający jest seks z tobą — odparowałam.

— Oszaleje przez ciebie.

Po jakimś czasie leżałam naga przygnieciona jego ciężarem. Wsuwał we mnie swojego… Bolało za każdym razem, bo robił to brutalnie.

W pewnym momencie uniósł mnie i kątem oka zobaczyłam, że zza drzwi wyłania się postać ogromnego mężczyzny. Miał duże ciemne oczy, otoczone długimi rzęsami, zgrabny nos i mocno zarysowaną szczękę. Przeczesał dłońmi kruczoczarne włosy i nasze spojrzenia się spotkały. Patrzeliśmy na siebie w milczeniu. W jego oczach była pustka. Uśmiechnęłam się do niego, kiedy zamachnął się czymś ciężkim w stronę głowy Michała.

Rozdział 2

Anna

Z letargu wyrwało mnie ciche skomlenie mężczyzny, z którym zostałam uprowadzona. Porywacz wciągnął nas siłą do samochodu. Mnie wrzucił na tylną kanapę, a Michała skrępował i zamknął w bagażniku. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, poczułam na ustach chusteczkę nasączoną chloroformem. Do moich nozdrzy momentalnie dotarł ostry, chemiczny zapach i powieki mi opadły.

Popatrzyłam na usadowionego naprzeciwko Michała. Nie był szefem, tylko zwykłym chłopcem na posyłki w tym burdelu. Miał wygięte do tyłu ręce, które były związane sznurem, tak jak moje. Siedzieliśmy na drewnianych krzesłach w półmroku.

W końcu Michał ociężale podniósł wzrok i spojrzał na mnie.

— Kręci mi się w głowie — wydusiłam i zakaszlałam.

Kątem oka dostrzegłam mężczyznę, który miał w uszach słuchawki i bezmyślnie przesuwał palcem po ekranie telefonu. Jego profil wydawał się wręcz idealny. Przez ułamek sekundy wpatrywałam się w zgrabny nos i mocno zarysowaną szczękę porywacza. Szybko jednak zganiłam się w myślach za powtarzanie tych samych schematów.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Nagle mężczyzna podniósł na mnie oczy. Jego ciemne, przeszywające spojrzenie przypominało wzrok niebezpiecznego drapieżnika.

— Ty! Do cholery, kim ty, kurwa, jesteś?! — spytał głośno Michał.

Mężczyzna wolnym ruchem wyciągnął jedną słuchawkę, a po chwili uwolnił drugie ucho.

— Hej… — odezwał się głębokim, nieco ochrypłym głosem, który od razu zwracał uwagę.

Wyróżniał się niezwykle pociągającą aparycją. Był postawny i miał mocną linię ramion.

— Tak? — spytał Michał.

— Nie ty. Ta blondynka. Czy ten skurwiel cię wykorzystuje?

— Tak — odpowiedziałam bez zastanowienia. — Jeśli nie robię tego dobrowolnie, zawsze jestem wykorzystywana.

— Ty…! — krzyknął Michał, ale facet mu przerwał.

— Poczekaj.

Nieznajomy wstał gwałtownie i ruszył wprost na mojego pracodawcę. Zanim zdążyłam zareagować, znalazł się tuż przed nim i błyskawicznie wyciągnął nóż zza pasa.

— Lubisz wykorzystywać kobiety — stwierdził i wbił ostrze w drewniane krzesło między jego nogami. — Przestań krzyczeć. Nikogo nie obchodzi twoja strona historii. Wolę ją wysłuchać.

— Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby on był taki przestraszony. To interesujące — powiedziałam, patrząc na nieznajomego.

Porywacz złapał za rękojeść noża. Jednym ruchem uwolnił Michała. Potem odwrócił się w moją stronę. Gdy podszedł i pochylił się nade mną, uderzył mnie jego intensywny, męski zapach. Zupełnie inny niż te wszystkie sztuczne perfumy i woń tych skurwieli. Poczułam, jak rozwiązuje więzy.

— Musisz tłumić w sobie dużo gniewu — stwierdził i wcisnął mi nóż w dłoń. — Chcesz się zemścić? Masz okazję. Możesz robić z nim, co chcesz.

— Czekaj! — podniósł głos pomagier tych złych.

— Nie potrzebuje żadnego z was. Walczcie, dopóki jedno z was nie zginie, a drugie nie odejdzie stąd jako wolny człowiek — oznajmił mężczyzna.

Kiedy się odsunął, kątem oka zauważyłam pędzącego w moją stronę Michała. Jednak zanim do mnie dopadł, nieznajomy podciął mu nogi.

Michał padł jak rażony. W ułamku sekundy doskoczyłam do niego, docisnęłam go do podłogi i uniosłam nóż. Szykowałam się do ciosu, ale poczułam przeszywający ból. Ten dupek zamknął w żelaznym uścisku moje nadgarstki.

— Pieprzona wariatka! Mówili, bym się ciebie pozbył!

Przerzucił mnie tak, że wylądowałam na plecach. Teraz to on górował nade mną. Wyrwał mi nóż, po czym sięgnął do mojego gardła i ścisnął je bardzo mocno.

— Jak śmiałaś mnie zdradzić?!

Przekręciłam głowę w bok i spojrzałam w oczy nieznajomego mężczyzny.

— Bezwartościowe było nasze życie razem — wyznał Michał.

Nieznajomy rzucił się na niego. Złapał potężną dłonią za jego włosy i pociągnął w stronę kamiennej ściany. Usłyszałam głuchy łomot, a kiedy na nich spojrzałam, czoło mojego pracodawcy było dosłownie wciśnięte w mur.

— Zaczynasz mnie wkurwiać — powiedział porywacz. — Myślisz, że prostytutki nie są ludźmi? Za kogo ty się uważasz? Sam jesteś bezwartościowym śmieciem! Kim ty jesteś, aby niszczyć życie innym ludziom?

Zobaczyłam, jak brutalnie okładał pięściami twarz Michała. Uderzył go nie raz, a kilka razy. Przestał go bić, dopiero gdy ten stracił przytomność.

— Bzdury pierdolisz — wydusił z siebie porywacz.

Zauważyłam na jego dłoniach krwawiące otarcia. Mężczyzna odsunął się gwałtownie. Omiótł wzrokiem pomieszczenie, po czym chwycił Michała za włosy i zaciągnął w kąt. Posadził mojego pracodawcę na starym materacu i przykuł jego nadgarstek do metalowego łańcucha zamocowanego na ścianie. Zanim wyprostował się i ruszył w stronę drzwi, jeszcze raz spojrzał z góry na tego bydlaka.

— Chodź za mną — rzekł do mnie.

Niepewnie ruszyłam za nim. Nogi wciąż mi się trzęsły, a dłonią kurczowo trzymałam się za szyję, próbując opanować kaszel. Weszliśmy do kuchni, gdzie mężczyzna nalał do szklanki wody z kranu. Postawił ją na niedużym, prostokątnym stole.

— Masz.

— Dziękuję — wychrypiałam i się napiłam. — Masz tu apteczkę? Powinieneś opatrzyć swoje dłonie.

Spojrzał na nie przelotnie, zawrócił i sięgnął do wiszącej nad lodówką szafki. Wyciągnął apteczkę, którą rzucił na kanapę obok jakiegoś przedmiotu. Następnie usiadł i zaczął w niej grzebać.

— Najpierw obmyj — powiedziałam. — Może pomóc?

— Poradzę sobie.

— Chcę pomóc. Tak jedynie mogę się odwdzięczyć za ratunek. Tak lub w inny sposób. — Podciągnęłam podkoszulek, aby mógł zobaczyć skrawek ciała.

— Nawet nie wiesz, co się dzieje, a chcesz pomóc obcemu mężczyźnie, który…

— Dziś jesteś dla mnie Bogiem — wyznałam. — Wiem, że to porwanie. Chcesz zrobić mu krzywdę tak jak pozostałym dwóm. Nie obchodzi mnie to. To lepsze niż utknięcie w tym czerwonym gównie. — Opuściłam ubranie i ruszyłam w jego stronę. — Poza tym mam wrażenie, że mnie nie skrzywdzisz.

— Idę umyć ręce — oznajmił i opuścił pokój.

Opadłam na kanapę. Od razu zabrałam się za przygotowywanie opatrunków. Czas mi się strasznie wlókł. Przymknęłam na chwilę zmęczone oczy, oparłam głowę o zagłówek, a on po prostu się obok mnie pojawił.

— Mogę?

— Możesz mi pomóc — odpowiedział.

— Jestem Anna. Choć wydaje mi się, że nie muszę się przedstawiać, prawda?

— Nie musisz. Twoi rodzice zaciągnęli dług u tych śmieci.

Popsikałam zranione miejsca na jego dłoniach.

— Ojciec się powiesił — kontynuował — a matka kilka tygodni po tym została ciężko pobita. Zmarła w szpitalu. Ty spłacasz ich dług.

— Ojciec się powiesił, bo myślał, że to nas uratuje. Choć może zwyczajnie był tchórzem. Matka nie miała z czego spłacać długu, a do tej pracy jest już za stara.

Opatrunki były już na jego dłoniach. Jeszcze tylko mocno przejechałam po nich ręką, żeby się upewnić, że dobrze się trzymają.

— Kilkakrotnie ją pobili, aż w końcu przesadzili. Zostałam sama, bo ciotka nie zamierzała mi pomóc. Przez jakiś czas trzymali mnie jako dziewczynę do towarzystwa, a potem znalazłam normalną pracę. Niestety, wkrótce mnie zwolnili. Tłumaczyli to redukcją etatów, ale tak naprawdę kierownik wolał tę rudą. Pewnie dobrze mu robiła w kantorku, w którym się zamykali, podczas gdy ja byłam za cnotliwa. — Pochowałam rzeczy do apteczki. — Za długo szukałam nowego zajęcia. Dług w tym czasie nie był spłacany i odsetki rosły. Musiałam podjąć jakąś decyzję. W tamtym momencie to było jedyne wyjście. Potem… — Zawahałam się. — Oni nie pozwalają odejść, jeśli jesteś dla nich dobrym towarem. Wydaje mi się, że ten dług wcale nie maleje, tylko wciąż rośnie.

Uśmiechnęłam się podenerwowana tym, że nadal tkwię w dzielnicy czerwonych latarni.

— Skończyłam. Schowam apteczkę.

— Dziękuję. Teraz możesz iść spać do tamtego pomieszczenia.

— Nie, proszę. Możesz zamknąć mnie w innym miejscu? — Popatrzyłam na niego błagalnie. — Nie chcę być z nim w tym samym pomieszczeniu. Boję się go — szepnęłam.

— Dobrze.

Złapał mnie za rękę i pociągnął do ciasnej sypialni. W środku stało tylko łóżko i mała szafka, na której leżała latarka, telefon oraz kartki z długopisem. Nieznajomy zmusił mnie, abym usiadła, po czym wyszedł.

Wrócił po chwili, wciągając do pokoju dodatkowy materac. Potem przyniósł jeszcze poduszkę i koc. Rzucił to wszystko na podłogę, po czym odwrócił się w moją stronę i wcisnął między moje nogi. Obezwładnił mnie tą swoją uderzająco ciepłą i niepokojąco pociągającą bliskością.

Gdy się odsunął, w słabym świetle zamigotał łańcuch. Pociągnął za niego, a ja posłusznie zeszłam z łóżka. Nieznajomy delikatnie popchnął mnie na położony na podłodze materac, po czym założył mi kajdanki i przypiął do nich ogniwo łańcucha.

— To twoje miejsce. Pasuje ci? — spytał.

— Tak.

— Daj mi znać, jeśli będziesz czegoś potrzebować. I bez żadnych numerów.

— Dobrze. — Popatrzyłam na niego. — Powiesz mi: jak masz na imię?

— Moje imię nie jest ważne — odpowiedział.

— Szkoda. Teraz będę całą noc myśleć, jak mam się do ciebie zwracać. Jezus? A może Daniel, Paweł, Piotr lub Łukasz? Nie, to zbyt banalne i zbyt pospolite imiona. Ty na pewno masz jakieś ciekawsze, prawda?

Odwrócił się do mnie tyłem. Położyłam dłonie za głową i wpatrywałam się w jego plecy. Miał naprawdę interesującą linię ramion.

— Mam na imię Gabriel.

— Ładne imię. — Zamyśliłam się na moment. — Wiedziałeś, że Gabriel w chrześcijaństwie jest aniołem miłosierdzia, kary i śmierci? Idealnie pasuje.

— Za chwilę umieszczę ci knebel w ustach.

— OK. Jestem już cicho.

— Byłbym wdzięczny.

Intensywnie zapatrzyłam się na niego.

— Musisz się na mnie gapić?

— To nie moja wina, że jesteś tak cholernie przystojny.

Westchnął głośno.


Obudziłam się i poczułam, że chłód kajdanek zniknął z moich nadgarstków. Przetarłam dłońmi zmęczoną twarz i powoli usiadłam na materacu. Zrozumiałam, że zostałam uwolniona. Wstałam, poprawiłam bluzę, przeciągnęłam się i ostrożnie opuściłam pokój.

Kiedy wyszłam na zewnątrz, moim oczom ukazał się długi korytarz. Rozejrzałam się. Jedne drzwi były zamknięte na kłódkę. Nagle zza innych usłyszałam metaliczny brzęk i szum puszczonej wody. Skradając się, bardzo ostrożnie wychyliłam się zza ściany. Po kuchni krzątał się Gabriel.

— Chodź tu. Bądź użyteczna.

— Tak?

— Jeden posiłek jest dla ciebie, a drugi zanieś tamtemu. I opatrz jego ranę.

— Mam go opatrzeć? — Wzięłam do ręki tacę, na której znajdowało się jedzenie. — Powinieneś się go pozbyć — stwierdziłam bez ogródek.

— Po prostu rób, co mówię.

— Czy muszę iść sama?

Gabriel zerknął w moją stronę.

— Po wczorajszych wydarzeniach boję się pójść do Michała sama — dodałam szybko.

— Dobra. Chodź — powiedział i zabrał ze stołu kluczyk.

Gdy tylko otworzył drzwi, weszliśmy do środka. Zatrzymał się przy ścianie, skryty w półmroku, i w napięciu obserwował więźnia.

Michał podniósł wzrok. Uśmiechnął się szeroko i wypalił podniesionym głosem:

— Zamknij za sobą drzwi, zanim przyjdzie ten skurwiel!

— Chcesz złożyć jej propozycję? — Gabriel stanął w świetle padającym z wejścia.

Przykucnęłam. Położyłam tacę na podłodze, a następnie sięgnęłam po maść.

— Na co się gapisz? Opuść wzrok, do cholery! — uniósł się nasz porywacz, a ja popatrzyłam na zdenerwowanego Michała. — Zrób to szybciej — zwrócił się tym razem do mnie.

— Staram się, ale potrzebuje więcej opatrunków — oznajmiłam.

— Chyba żartujesz…

— Nie.

Gabriel opuścił miejsce, w którym się znajdowaliśmy.

— Spałaś z nim? — spytał Michał.

— Nie. Jeszcze nie.

— Zwariowałaś?! — zdenerwował się, jednak po chwili dodał już spokojniej: — Rób, co musisz, ale wyciągnij nas stąd. Nie mam zamiaru tu zostać, a tym bardziej zginąć z ręki tego świra.

— Nie rozśmieszaj mnie. Naprawdę uważasz, że powinnam ci pomóc? W jego oczach jestem tylko ofiarą. Poza tym to ty jesteś jego celem. Jeśli zrobię coś nie tak, oboje zginiemy… albo po prostu umrzesz w samotności. — Pochyliłam się i mrugnęłam do Michała. — Teraz sugeruję, żebyś zastanowił się, co powinieneś zrobić, aby uzyskać moją pomoc. Zjedz coś. Ja wychodzę.

Poszłam do kuchni i zobaczyłam, że Gabriel właśnie wkłada kurtkę. Z kanapy zagarnął czapkę i naciągnął ją mocno na głowę, niemal zupełnie zasłaniając twarz.

— Gdzie idziesz? — spytałam spokojnie.

— Wychodzę kupić opatrunki oraz najpotrzebniejsze rzeczy.

Podeszłam bliżej, stanęłam na palcach i oparłam dłonie na jego ramionach. Gabriel zrobił gwałtowny krok, po czym zacisnął palce na moich nadgarstkach.

— Co ty robisz?

— Twoje ramiona są takie szerokie.

Zdecydowanym ruchem pociągnął mnie za sobą prosto do sypialni. Pospiesznie założył mi kajdanki, które przykuł do grzejnika, a potem znieruchomiał. Przez dłuższą chwilę przypatrywał mi się intensywnie, jakby chciał przejrzeć mnie na wylot.

— O co chodzi? — Przysunęłam się do niego, kładąc ponownie dłonie na jego ramionach. — Gabriel.

— Masz ciepły głos. — Zamyślił się. — Jasna, porcelanowa cera i duże, niebieskie oczy, które przypominają bezkresne morze, by po chwili przybrać barwę zachmurzonego nieba.

— Mów dalej.

— Masz piękne włosy. Przywołują na myśl słoneczniki kołyszące się spokojnie na wietrze.

— Czy ja ci kogoś przypominam? — spytałam zaciekawiona.

— Nie. Po prostu jesteś czyimś przeciwieństwem — wyznał, zrzucając z siebie moje dłonie.

— Tylko wróć szybko. Boję się być z nim sam na sam.

— Przestań odgrywać to przedstawienie. Domyślam się, że nie boisz się tego potwora, który jest za ścianą.

Opuścił małą sypialnię.

Gabriel

Wydawało mi się, że się ocknąłem, mając w głowie słowa ukochanej:

— Światem rządzą silni, pożerający słabych. W takiej rzeczywistości przyszło nam żyć, a ja w tej hierarchii stoję najniżej. Do tego sprowadza się rola dziewczyn do towarzystwa, jesteśmy tylko pionkami. Myślisz, że to gówniane, Gabrielu? Pewnie, że tak. Ale zamierzam przeżyć to życie na własnych warunkach. Chcę być silna i wolę zabić, niż sama zginąć. Pomożesz mi w tym?

A potem poczułem szarpnięcie. Ktoś wsunął drobną dłoń w moją, większą. Odwróciłem się gwałtownie i spojrzałem w dół na palce zaciśnięte na mojej skórze.

— Miałeś chyba koszmar. — Na jej ładnej twarzy zagościł lekki uśmiech. — Nie cieszysz się, że wyciągnęłam cię z tego?

— Daj mi spokój, Anno — odparłem bez emocji w głosie.

— Jak miło, że powiedziałeś do mnie po imieniu.

— To nie jest… — przerwałem i złapałem się za głowę.

— Interesujące. Nie wiedziałam, że mordercy mają koszmary. To znaczy, że masz wyrzuty sumienia? Podoba mi się to. Mimo że jesteś mordercą, masz też wrażliwą stronę. — Wlepiała we mnie wzrok, nie ukrywając zaciekawienia. — Poza tym, dawno nie widziałam tak przystojnego faceta. Jesteś w moim typie. — Mrugnęła do mnie zalotnie. — Jesteś…

Nie słuchając jej dalej, ociężale zszedłem z łóżka i odpiąłem jej kajdanki. Metaliczny brzęk łańcucha uderzył w moje skronie z ogłuszającym echem.

— Myślisz, że możesz się tak zachowywać, bo nie jesteś moim celem?

Spoważniała, mierząc mnie chłodnym spojrzeniem.

— Nigdy nie zamierzałem cię ratować i nie mam zamiaru być twoim aniołem stróżem. Jesteś tylko zakładnikiem, a dokładniej niepotrzebnym balastem, którego muszę się jak najszybciej pozbyć.

— To może…

Położyła dłonie na mojej klatce piersiowej, ale odskoczyłem, jakbym został oparzony. Instynktownie próbowałem ją odepchnąć, lecz moje starania spełzły na niczym. Z łatwością popchnęła mnie na materac i usiadła na mnie okrakiem.

— Bądź ze mną szczery, nie chcesz zabijać. Ty komuś obiecałeś tę zemstę?

Trzymałem dłonie z daleka od niej, ale ona nachalnie zaczęła się o mnie ocierać.

— To jest we wszystkich wiadomościach. Nie znam dokładnych okoliczności, ale dokonałeś dwóch morderstw i chyba planujesz trzecie. — Uśmiechnęła się. — Musisz być przestraszony i zdenerwowany, bo ściga cię policja, a ten, kto ci to zlecił, nie odbiera telefonów. Przecież widzę, jak zerkasz na ekran.

— Zejdź ze mnie — burknąłem.

— Czemu nie przyjmiesz pomocy, zamiast samotnie się z tym zmagać? Chętnie będę cię wspierać. Pod warunkiem, że będę mogła z tobą zostać.

Pochyliła się i przejechała językiem po mojej szyj. Raz, a potem kolejny.

— Nie potrzebuje sojusznika — wyznałem.

Wsunęła zimne dłonie pod mój podkoszulek.

— Przestań mi więc okazywać słabość, którą tak łatwo wykorzystać — szepnęła, po czym lekko ugryzła mnie w ucho.

Czułem, że jej dłonie powoli błądzą po moim nagim torsie.

— Zabawne… Zachowywałeś się tak, jakbyś nie był mną zainteresowany, prawda?

Zerknąłem w dół i dostrzegłem, że moje pożądanie domaga się uwolnienia.

— Udajesz niedostępnego, a wystarczyło kilka pieszczot, żebym poczuła, że tracisz kontrolę. Masz ochotę rzucić się na mnie jak dzikie zwierzę — dodała z aroganckim uśmiechem.

— Odejdź!

— Wiem, że trochę się mną interesujesz. Nie chcesz wiedzieć, jak sprawiam, że mężczyźni czują się lepiej? Nie chcesz być pocieszony? — Oparła swoje czoło o moje i przygryzła dolną wargę. — Dam ci to w najbrudniejszy możliwy sposób.

— Dobrze.

Chwyciłem dziewczynę za włosy i szarpnąłem brutalnie, zmuszając, by wstała, po czym rzuciłem ją na łóżko. Gdy rozpiąłem spodnie, spojrzała na mnie zaciekawiona.

— Zrób mi dobrze.

— OK.

Klęknęła przede mną, a po chwili wzięła mojego fiuta do buzi i przytrzymała go tak bez ruchu. Zaczął rosnąć. Miała ciepły oddech. Wyjęła go z ust, pocałowała mnie w brzuch, potem w bok i przejechała językiem po mojej skórze. Spojrzała na moją twarz. Jej język delikatnie, do cholery, tak minimalnie dotknął czubka mojego członka, że z trudem oddychałem. Znów wzięła go do ust, głęboko. Zaczęła mi obciągać, czułem się niesamowicie. Mrowienie wchodziło mi w nogi po same palce. Powoli uniosła głowę. Zobaczyłem, że mój fiut jest mokry i czerwony. Położyła mi dłoń na brzuchu i pieściła skórę. Pochłonęła go ponownie całego. Ssała, lizała coraz szybciej, aż w końcu się spuściłem.

Wstrzymałem oddech, żeby nie zdradzić, jak niesamowite to było doznanie. Cholernie przyjemne.

Spojrzałem na nią, a ona założyła włosy za ucho. Kiedy jej wzrok spotkał się z moim, uśmiechnęła się uwodzicielsko, zmysłowo oblizując wargi.

— I jak było? — spytała.

— Chujowo. — Mrugnąłem do niej.

— Szkoda, bo bawiłam się naprawdę świetnie — powiedziała, podnosząc się. Oparła lekko głowę na moim ramieniu i dodała cicho: — Smakujesz wspaniale.

— Powinnaś iść wziąć prysznic — stwierdziłem.

— Ty też.

— Wezmę go po tobie.

— Razem byłoby przyjemniej.

Spojrzała na mnie, po czym stanęła na palcach i musnęła moje usta. Nie zareagowałem. Może dlatego chwilę później zniknęła mi z oczu. Kiedy wyszła, oparłem się o szafkę i przeczesałem dłońmi włosy. Podciągając spodnie, sięgnąłem do kieszeni.


Po wyjściu spod prysznica zastałem ją na łóżku. Leżała tam, beztrosko bawiąc się kajdankami, którymi jeszcze niedawno była unieruchomiona.

— To moja koszulka — powiedziałem, gdy spostrzegłem, że ma na sobie moją własność.

— I…? Nie mam tutaj rzeczy. Zabrałeś mnie z mieszkania z jedną parą majtek i bluzką.

— Mam cię za to przepraszać? — spytałem podenerwowany, a raczej skrępowany jej swobodnym zachowaniem. Położyłem się plecami do niej i wydusiłem: — Idź na swoje miejsce.

Zaskomlała jak mały bezbronny szczeniak, choć zdawałem sobie sprawę, że nim nie jest. Czasem, gdy obserwowałem tamtych zwyrodnialców, miałem okazję jej się przyjrzeć. Bywała zmęczona i nieobecna. Z pustym wzrokiem utkwionym w przestrzeń kucała pod ścianą, wyciągała papierosa i paliła go trochę od niechcenia. Wpatrywała się wtedy w dym unoszący się przed jej ładną twarzą.

Pewnego pochmurnego poranka wyszła z przybytku poobijana i zapłakana, ze smugami czarnego tuszu na policzkach. W chwili, gdy z nieba runęły pierwsze, wielkie krople deszczu, spojrzała w górę. Stanęła w miejscu, rozłożyła ramiona i zamknęła oczy. Cienki materiał sukienki przyległ do jej ciała, wyraźnie odznaczając kształt krągłych, sterczących piersi.

— O czym myślisz? — spytała.

Wzdrygnąłem się, bo wspominałem właśnie tę chwilę. Wziąłem głęboki wdech, a potem wydech i zadałem pytanie:

— Czemu nie uciekłaś?

— Starałam się, naprawdę. Nie raz się broniłam. Dźgnęłam nawet tego dupka. Uciekłam tylko po to, aby wciągnęli mnie z powrotem w to bagno, jak jakiegoś bezpańskiego psa.

Poczułem, że przysuwa się do moich pleców. Oparła o nie głowę, a jej dłonie wylądowały na moich ramionach.

— Widziałeś to wszystko? Zrobiło ci się mnie choć trochę żal? Dlatego mnie zabrałeś? — Westchnęła. — Musiałam wyglądać kurewsko żałośnie. Mam nadzieję, że czułeś współczucie. — Zacisnęła dłonie na materiale mojej koszulki. — Byłoby miło wiedzieć, że ktoś rozumie mój ból. Bo jeśli byłeś tam i na to patrzyłeś, to znaczy, że to całe piekło, przez które przeszłam, nie poszło na marne. Pozwól mi wierzyć, że na świecie wciąż są dobrzy ludzie. Niech ktoś taki jak ja myśli, że został uratowany przez kogoś takiego jak ty.

— Mam dość — oświadczyłem nagle.

— Czemu?

— Jesteś cholernie hałaśliwa i nieznośna.

— A wychodząc, powiesz mi chociaż coś miłego? — zapytała niewinnie.

— Dobranoc.

— Dobranoc, Gabrielu. — Ziewnęła.

Kiedy się odwróciłem, miała już zamknięte oczy. Wyszedłem, kręcąc głową.

Chwilę potem zmęczony i zniecierpliwiony rzuciłem się na kanapę, która była cholernie niewygodna.

— I na co mi to było? — spytałem sam siebie. — Czemu nie piszesz do mnie, Ida?

Zamyśliłem się.

— Wiesz, zachowujesz się jak narzeczony, który wymknął się do kochanki.

Spojrzałem w stronę wejścia. Stała tam, bawiąc się kosmykiem jasnych włosów. Westchnąłem ciężko, gdy usiadła na podłodze i oparła się o kanapę. Po chwili poprawiła pozycję i położyła głowę na moich kolanach.

— W mojej pracy cały czas spotykam ludzi takich jak ty. Wszyscy przychodzą, mówiąc, że ich partnerki, żony, mężowie zostawiają ich samych. — Urwała, patrząc na mnie wymownie. — Ale kiedy już skończą się pieprzyć, opowiadają, jacy są w nich zakochani. Klną. Powtarzają, że są śmieciami.

— A ty co na to?

— Przede wszystkim nie rozumiem, dlaczego czują się winni z powodu seksu.

— Wygląda na to, że dolna połowa twojego ciała nigdy nie dostała lekcji monogamii — oświadczyłem.

— Jeśli bierzesz wszystko tak bardzo do siebie i czujesz winę z powodu seksu, nie przetrwasz w tej branży. — Odsunęła się, wstała z podłogi i znowu na mnie spojrzała. — Przesuń nogi, chcę usiąść.

Posłusznie wykonałem jej prośbę. Usadowiła się na kanapie, po czym wzięła moje nogi na swoje kolana.

— Zresztą, nie mam rodziców ani chłopaka, których mogłabym rozczarować — dodała.

Rozległ się dźwięk przychodzącej wiadomości. Momentalnie spojrzałem na ekran. To nie była ona, tylko kumpel. Przeczesałem nerwowo dłonią wilgotne włosy.

— Szczęściara z ciebie. Oznacza to, że nigdy nie będziesz musiała czuć się winna z żadnego powodu wobec tej drugiej osoby, którą kochasz.

— Ktoś sprawia, że czujesz się winny? — spytała.

— Nie chcę o tym z tobą rozmawiać.

— Bo jestem prostytutką. — Bardziej stwierdziła, niż zapytała.

— Nie. Po prostu nie chcę cię w to wtajemniczać — odpowiedziałem, a ona odchyliła głowę i popatrzyła w sufit. — Nie próbuj nawet wypytywać o tę osobę i zagłębiać się w sytuacje. Po wszystkim będziesz wolna.

— OK.

Przez chwilę siedziała cicho, a potem zaczęła szczerze mówić to, co myśli:

— Czasami wpatrujesz się w okno z tym swoim pustym wyrazem twarzy. Przypominasz mi psa, który niestrudzenie czeka na swojego nieodpowiedzialnego właściciela.

— Na tym polega oddanie drugiemu człowiekowi. To miłość.

— Ta… — wymamrotała.

— Idź spać — poprosiłem, a ona skinęła głową i wykonała moje polecenie.

Zostałem sam. Przeszukałem telefon jeszcze kilkukrotnie, łudząc się, że może jednak przeoczyłem wiadomość od niej. Bez skutku. Ostatecznie odpisałem przyjacielowi i umówiłem się z nim w parku na wczesny ranek.


Szykowałem się do wyjścia, gdy z kuchni dobiegł mnie głos Anny. Postanowiłem poinformować ją, że wychodzę, i poprosić, aby nie krzątała się bez potrzeby po domu. Wszedłem do pomieszczenia i ze zdziwieniem zauważyłem naszykowane na stole śniadanie. Rozejrzałem się, ale nigdzie nie mogłem dostrzec tej drobnej, filigranowej sylwetki.

Nagle z pokoju, który służył mi za gabinet, dobiegł hałas. Wpadłem do środka i zobaczyłem, jak Anna przegląda pudełko z pamiątkami po Idzie. Czysta wściekłość przesłoniła mi zdrowy rozsądek. Szarpnąłem ją, a potem bez chwili namysłu uderzyłem w twarz.

— Co ty robisz! Jeśli położysz swoje brudne ręce na rzeczach tej kobiety jeszcze raz, to nie odpowiadam za swoje czyny.

— Brudne?

— Posłuchaj, nie przekraczaj granicy! — podniosłem znów głos.

— Rozumiem! — krzyknęła mi prosto w twarz.

Popatrzyłem na nią i dodałem pospiesznie:

— Wychodzę.

Wyszedłem na dwór. Chłodny powiew wiatru uderzył w moją twarz, przynosząc otrzeźwienie i palące poczucie winy. Nie powinienem był ją uderzyć.

Rozdział 3

Anna

Weszłam do małego pokoju, w którym siedział Gabriel. Bez większego zaangażowania przeglądał stertę papierów.

— Pójdę opatrzyć Michała — powiedziałam, wpatrując się w człowieka, który, jak sądziłam, był nieco inny niż wszyscy. — Mógłbyś dać mi jednego papierosa? Nie chciałabym dotykać tymi brudnymi dłońmi całej paczki.

Po tych słowach Gabriel odwrócił się w moją stronę, a ja odruchowo wyciągnęłam przed siebie ręce.

— Posłuchaj…

— Chcę papierosa — wtrąciłam pospiesznie.

Rzucił mi paczkę pod nogi. Podniosłam ją i wyciągnęłam jednego. Ze złością lekko zgniotłam opakowanie i mu je odrzuciłam. Następnie poszłam do pokoju, w którym więziony był kolejny dupek.

Po wejściu do środka zapaliłam papierosa. Mężczyzna siedział i wpatrywał się we mnie.

— No co? — spytałam.

— Spałaś z nim?

— Nie. Jest wierny jednej kobiecie. — Zastanowiłam się i dodałam: — Myślę, że wszyscy dobrze ją znamy z dzielnicy czerwonych latarni. Chce się zemścić.

— Dziwka, która chce się zemścić. Świetnie. — Pokręcił głową. — Jest tu Sebastian Stolarz albo może Kuba, nasz ochroniarz?

— Nie ma ich.

— Jeszcze kilka dni temu cieszyłaś się, że mnie zabije. A teraz przychodzisz i opowiadasz o wszystkim. Dlaczego?

— Daruj sobie.

— Słyszałem, że wczoraj było głośno. Nawrzeszczał na ciebie. — Uśmiechnął się do mnie. — Zaczynam się martwić o ciebie. Myślałaś, że ten prostak potraktuje cię jak człowieka, prawda? — Spoważniał. — Musimy współpracować, aby się stąd wydostać.

— Wiesz, pracuję dla was już od bardzo dawna. Zainteresowaliście się mną, gdy skończyłam szesnaście lat. Teraz, kiedy mam dwadzieścia parę, może czas coś zmienić — powiedziałam, patrząc na niego bez większych emocji. — Ta długoletnia pracownica, Ida Gralińska, została żoną Sebastiana na jakiś dziwnych warunkach. Dzięki temu jest przynajmniej trochę panią własnego losu. Może i ja mogłabym zostać twoją żoną? Pomogę ci, a ty pomożesz mnie. Co o tym myślisz?

— Mówisz poważnie?

— Tak. Mogłabym ci pomagać w biznesie i już zawsze byłabym z tobą.

— Wiesz, że zależy mi na tobie — wyznał. — Jeśli mi pomożesz, przemyślę twoją propozycję. Zadowala cię to?

— Jasne… A teraz, co sądzisz o tym, aby spróbować stąd uciec? — spytałam, a on uśmiechnął się szeroko.

Uwolniłam go i Michał wyszedł. Zostałam w małym pomieszczeniu i cierpliwie czekałam. Zaledwie dwie minuty później dotarły do mnie odgłosy walki. Dopaliłam papierosa, zsunęłam się z materaca i ruszyłam sprawdzić, kto ma przewagę w starciu wręcz.

Kiedy weszłam do środka, dostrzegłam szefa okładającego pięściami twarz Gabriela. Byłam zaskoczona zaistniałą sytuacją. Gabriel leżał na podłodze, zasłaniając się rękoma, a napastnik atakował w furii. Przez ostatnie dni był uwięziony, więc narastała w nim złość. Wiedziałam, że ten przystojny mężczyzna nie zapanuje nad tak potężnym gniewem.

— Podaj mi chloroform! — krzyknął Michał, a ja skinęłam głową.

Podeszłam do niego od tyłu. Stanęłam tuż za szefem i zdecydowanym ruchem przyłożyłam mu namoczoną chusteczkę do twarzy, szczelnie zasłaniając nos i usta. Trzymałam mocno. Na szczęście bez trudu go uśpiłam. Zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu spraw.

— Działa powalająco — powiedziałam z uśmiechem. Popatrzyłam na Gabriela. — Wystraszyłeś się?

— Co ty, do cholery, wyprawiasz?!

— Sprawiłeś mi przykrość, więc pomyślałam, że dam ci nauczkę — oznajmiłam.

Wytrzeszczył oczy.

— No co? — Pochyliłam się nad nim. — Nie lubię, gdy ktoś pokazuje mi, że jestem nieważna. Wiesz, kim jestem, a jednak okazałeś mi szacunek, który potem mi odebrałeś. Potraktowałeś…

— Zamierzałem przeprosić za wszystko. — Oparł się o ścianę. Przetarł drżącą dłonią krew płynącą z kącika ust. — Zresztą nieważne. Przepraszam.

— To wszystko przez ciebie. Byłam przecież tylko przynętą. Po co mnie tu przyprowadziłeś?

— Było mi cię po ludzku szkoda. Masz dwadzieścia parę lat, jesteś atrakcyjną dziewczyną i nie powinnaś marnować swojego życia w takim miejscu przez cudze błędy.

— Oboje mamy przesrane całe życie, więc równie dobrze możemy spróbować przejść przez to razem. Pomóżmy sobie. — Położyłam dłoń na jego policzku. — Jestem produktem ubocznym twojego błędu, wyłącznie od ciebie zależy, co się ze mną stanie, Gabrielu. Nie od niej, tylko od ciebie.

Zerwał się z podłogi i się zachwiał. Podtrzymałam go, a on przyłożył mi do twarzy mokrą chusteczkę. Nogi się pode mną ugięły, lecz jego silne ramiona, które mnie objęły, uchroniły moje ciało przed upadkiem.


Ocknęłam się z zawiązanymi oczami i kneblem w ustach, mocno przywiązana do krzesła. Wokół panowała absolutna, przytłaczająca cisza, a nozdrza drażnił mi ostry smród wybielacza. Starałam się rozluźnić więzy na nadgarstkach, ale na próżno.

Zacisnęłam powieki, spod których po chwili popłynęły łzy. Nienawidziłam być w takich miejscach. Nie znosiłam też być skrępowana tak, że krew przestawała mi krążyć w żyłach. I ten wszechobecny zapach śmierci.

Nagle poczułam, jak ktoś nachyla się nade mną i mnie rozwiązuje. Gdy tylko zdjął sznur i wyjął mokrą szmatę z moich ust, odruchowo rzuciłam się na tę osobę. Po prostu ją objęłam.

— Boisz się? — spytał Gabriel.

— Nawet nie wiesz, ile razy byłam zamykana w takich miejscach. Byłam tam poniewierana, a w powietrzu unosił się tylko zapach śmierci. Karali mnie za najmniejsze nieposłuszeństwo.

Delikatnym ruchem zsunął mi z oczu cienką opaskę.

— Kiedy wracają do mnie te wspomnienia, naprawdę zaczynam się bać — dodałam.

— Cała drżysz.

Czułam się taka mała i bezbronna. Dawno nie zaznałam tak niewinnego uczucia. Jednak gdy na niego spojrzałam i poczułam jego dłoń na swoich plecach, od razu wiedziałam, że jestem bezpieczna.

— Lepsze to, niż nie mieć nikogo — wymamrotał pod nosem.

Podtrzymał mnie, kiedy zakręciło mi się w głowie.

— Pokażę ci coś — powiedział i pociągnął mnie za sobą.

Przystanęliśmy przy dużym pojemniku.

— Patrz.

Otworzył go, a ja zobaczyłam zwłoki. To był Kuba. I z całą pewnością nie żył.

— Robię to, co robię, i pewnie jeszcze nie raz będę musiał zabić, bo wziąłem na siebie czyjeś bezpieczeństwo. Nadal chcesz ze mną zostać, bo wierzysz, że u mojego boku nic ci nie grozi?

— Tak — odpowiedziałam bez zastanowienia. — Czemu go zabiłeś?

— To on znęcał się nad prostytutkami, prawda? — spytał, a ja skinęłam głową. — Wyjdźmy stąd. Pobladłaś.

Ruszył do drzwi. Poszłam za nim niepewnie. Kiedy stanął w progu, spojrzał za siebie. Zatrzymałam się, gdy zobaczyłam zieleń, a w oddali las.

— Potrzymasz mnie za rękę? — poprosiłam.

Chwyciłam jego dłoń, którą wyciągnął w moją stronę, i poczułam mocny, pewny uścisk. Miał duże, silne dłonie i długie palce. Poprowadził mnie w stronę budynku, w którym przebywałam od samego początku, w końcu nie było tu żadnych innych zabudowań. Z zewnątrz budowla wydawała się zimna, a jej wnętrze tylko to potwierdzało. Jednak to miejsce za mną, z którego mnie zabrał, było koszmarem. Czułam się tam bezradna i przytłoczona. Bałam się, że umrę, choć jeszcze niedawno wolałam umrzeć, niż stawić czoła tym potworom.

Poczułam, jak Gabriel zaciska palce na moim przedramieniu, dając mi oparcie.

— To twoja wina, że uwierzyłam, że mogę nadal żyć — szepnęłam.

— Co tam mówisz?

— Nic.

Weszliśmy do domu, wciąż trzymając się za ręce, co było całkiem miłym uczuciem. Opadłam bezwładnie na kanapę. Spojrzałam w sufit, po czym mocno zacisnęłam powieki. Przetarłam dłonią twarz, byle tylko powstrzymać łzy, które cisnęły mi się do oczu. Przełknęłam ciężko ślinę.

— Napijesz się herbaty? — spytał Gabriel.

— Sama nie wiem. — Spojrzałam w stronę krzątającego się po kuchni mężczyzny. — Po co ci ten cały kłopot? Naprawdę chodzi tylko o miłość?

— Nie mówmy o niej.

— Zdjęcie tej kobiety znalazłam w dolnej szufladzie biurka. Znam ją doskonale. To wyrachowana, zimna suka, która dba wyłącznie o siebie. Jeśli w pobliżu kręci się jakaś młodsza i ładniejsza dziewczyna, która wpadła w oko szefom, a zwłaszcza Sebastianowi, mężowi tej kobiety, spotyka ją ogromne nieszczęście. — Oparłam głowę o zagłówek i naciągnęłam koc na ramiona. — Jej rywalki zawsze kończyły źle. Z oszpeconymi twarzami, pocięte lub poparzone. Czasami znikały bez śladu, zostawiając po sobie tylko plamy krwi w obskurnych, ciasnych pokojach.

— Nie chcę tego słuchać — burknął.

— Ja miałam więcej szczęścia, bo Michał starał się mnie w jakiś sposób chronić. — Zamyśliłam się. — Przywiózł mnie do dzielnicy czerwonych latarni. To było miejsce pełne smutnych kobiet i kilku naprawdę przystojnych mężczyzn. Właśnie wtedy ją poznałam. — Okryłam się szczelniej kocem. — Stwierdziła, że lubią ostre, pewne siebie dziewczynki. Gdy po jakimś czasie znowu oberwałam, wcisnęła mi w dłoń nóż. Podeszłam do Michała i go dźgnęłam.

Gabriel położył kubek z gorącą herbatą na stole i usiadł obok.

— Chcieli mnie zabić, ale on podjął inną decyzję. Zamknęli mnie w podobnym miejscu, gdzie ty niedawno ze mną byłeś. Kiedy po kilku dniach mnie wypuścili, ona bezczelnie się uśmiechała. Od tamtej pory dbałam o siebie i starałam się nie narażać, a Michał obiecał dyrektorowi, że zaopiekuje się mną.

— Jesteś mu wdzięczna za wstawiennictwo?

— Sama nie wiem. Może gdyby sprzedali mnie gdzie indziej, zdołałabym uciec. A może po prostu by mnie zatłukli lub zostałabym sprzedana na części niczym stary, zepsuty samochód.

— Czyli coś mu zawdzięczasz, prawda?

— I tak, i nie — odpowiedziałam ze spokojem.

— Niedługo skończy się ten koszmar. Uwierz mi.

— Wierzę. — Spojrzałam na niego. — Mam pytanie. Czy twoje życie i wolność, którą miałeś, nie są cenniejsze niż to wszystko?

— Nie zrozumiesz tego. Człowiek zakochany jest zdolny do wszystkiego.

— Nigdy nie byłam zakochana ani tym bardziej kochana — stwierdziłam, po czym napiłam się herbaty. — Jaki jest plan?

— Czekam na kolejne instrukcje.

— Naprawdę nie mogę uwierzyć, że oddałeś swoje życie komuś podobnemu do mnie — powiedziałam, a on w końcu spojrzał w moją stronę. — Pewnie nie jest do mnie podobna, co? Wyobrażasz sobie, że jest niewinna, bezbronna, że tylko gra kogoś innego, aby przetrwać w tym paskudnym świecie. Ale uwierz mi, ona po prostu cię wykorzystuje, bo pragnie nie tylko zemsty, ale i władzy. Jeśli uważasz, że ona wszystko zniszczy i pozwoli odejść tym prostytutkom, to się mylisz. To zbyt opłacalny interes, aby pozwolić go zamknąć.

— Ona pracuje. Ma salon masażu.

— Salon masażu, naprawdę? — Roześmiałam się. — Ile wiesz na temat dzielnicy czerwonych latarni?

— To znaczy?

— Zadałam proste pytanie. Ile wiesz na temat miejsca, w którym ona przebywa?

— Wystarczająco dużo.

— Powiem ci to, co podpatrzyłam, bo prostytutka raczej nie powinna wiedzieć za dużo. — Odstawiłam kubek. — Sebastian Stolarz, Michał Kasprowicz i ta trzecia osoba opiekują się młodym towarem różnej płci, a co za tym idzie, interes się kręci. Mieli zaufanego ochroniarza, Kubę, który ustawia dziewczyny, pilnuje i, najważniejsze, szantażuje wysoko postawionych mężczyzn. Tą trzecią osobą jest Tycjan Wojciechowski. To on przejął dzielnicę czerwonych latarni, gdy tamci dwaj idioci weszli z nim w interesy i stracili władzę.

Położyłam głowę na jego ramieniu, a on zerknął na mnie przelotnie. Słuchał uważnie, więc kontynuowałam:

— Ida po likwidacji Sebastiana zamierza ubić interes z dyrektorem. Ciekawe, jak to wszystko się potoczy i jak wpłynie na życie pracowników.

Zamyśliłam się na dłuższą chwilę.

— Będziecie wolni — oznajmił Gabriel.

— My wolni? — Uśmiechnęłam się żałośnie. — Uważasz, że tacy ludzie jak my mogą być naprawdę wolni od dzielnicy czerwonych latarni? To naiwne myślenie.

— Może nie chcesz opuszczać tego miejsca — stwierdził Gabriel.

— Myślisz, że dziewczyną do towarzystwa można ot tak przestać być?

— Tak.

— Serio naiwny jesteś — rzuciłam pod nosem. — No dobrze, co teraz zamierzasz zrobić?

— Czekać — odpowiedział.

— Na co?

— Na rozwinięcie sytuacji. Teraz musi tam panować poruszenie, a ja muszę w odpowiednim momencie dostać się do środka i porwać Tycjana Wojciechowskiego. Tylko czekam na wiadomość, kiedy mam to zrobić. Zależy mi na dokumentach, które zagrażają wolności Idy.

— Jeśli zabijesz wszystkich, nie będzie nic łączyło ją z tym miejscem. Jakieś podpisane świstki nie będą miały żadnej wartości.

— Po nich przyjdą następni — powiedział, odwracając ode mnie wzrok.

— Serio jesteś naiwny. Co ta miłość robi z człowiekiem. Ogłupia.

— Daruj sobie. Pewnie gdybyś była zwykłą dziewczyną, poznała dobrego chłopaka i zakochałabyś się do szaleństwa, to byłabyś zdolna…

— Nuda — wtrąciłam. — Serio wierzysz w tę żałosną bajeczkę o bezbronnej kobiecie wykorzystywanej przez bandziorów, która z pomocą zakochanego naiwniaka chce się zemścić? Przecież ona nie chce niszczyć żadnych dokumentów, tylko przejąć cały interes. Eliminując obecnych, otworzysz drzwi dla znacznie groźniejszych i zachłanniejszych ludzi.

— Myślisz, że ona jest aż tak wyrachowana?

— Wiesz, lepiej już nie rozmawiajmy o niej. Ja jestem zwyczajnie wdzięczna, że mnie uratowałeś.

Nasze oczy się spotkały.

— Zostańmy razem, dopóki się to nie skończy — dodałam z uśmiechem.

— Jesteś niemożliwa — odpowiedział Gabriel. — Idź się wykąp. W sypialni na łóżku zostawiłem ci kilka ciuchów.

— Dziękuję. — Cmoknęłam go w policzek. — Ale głodna jestem.

— Zrobię coś do jedzenia.

Kiedy kończyliśmy jeść, Gabriel zaczął mi się uważnie przyglądać. Jego spojrzenie sprawiło, że poczułam się nieco niezręcznie, a jednocześnie ogarnęło mnie przyjemne ciepło. Nigdy wcześniej nikt tak na mnie nie patrzył.

— O co chodzi? — spytałam.

— Zanim zabije Michała, muszę się dowiedzieć, gdzie jest sejf.

— Nie musisz. Ja wiem, gdzie to jest — wyznałam. — Poszukiwany przez ciebie dokument znajduje się w bibliotece, pomiędzy gabinetami Sebastiana i Michała. Wystarczy przekręcić wazon stojący na regale.

— Nawet ona tego nie wiedziała.

— Sebastian jest, a raczej był, bardziej ostrożny. Nie ufał nikomu, a zwłaszcza tej prostytutce. Ona została jego żoną, żeby nie odeszła z sekretami. — Odwróciłam wzrok od uważnie słuchającego mnie Gabriela. — Michał bardziej skupiał się na mojej obecności niż na interesach.

— Rozumiem. A jednak mam kilka pytań do niego.

Wstał, zabrał talerze ze stołu i włożył je do zlewu. Odkręcił wodę.

— Nie wiem, co chcesz jeszcze wiedzieć, ale mogę pomóc — powiedziałam, wstając od stołu. — Wystarczy, że będę miła.

— OK.

— Idę wziąć kąpiel — oznajmiłam z lekkim uśmiechem.


Wyszłam z łazienki owinięta ręcznikiem i rozejrzałam się po pokoju. Gabriel siedział na kanapie, wpatrzony w telefon.

— Zmęczona jestem — szepnęłam.

— Idź się więc połóż.

— OK.

Przybliżyłam się i spojrzałam na niego. Był zachwycający. Nie potrafiłam się powstrzymać i usiadłam na jego kolanach. Wtuliłam się w klatkę piersiową Gabriela.

— Co ty robisz?

— Chcę tu spać. Tu jest ciepło i miło. Pozwól mi, proszę.

— Coś czuję, że będziesz moim utrapieniem.

Spojrzał na mnie, a ja uśmiechnęłam się seksownie. Wtuliłam się w niego i zamknęłam oczy.

— Dobrze. Zaniosę cię do łóżka.

Z łatwością trzymając mnie w ramionach, przeszedł do pokoju, w którym stało jego duże łóżko oraz mój materac w kącie. Gabriel zrobił coś, co mnie zaskoczyło, położył moje zmęczone ciało na łóżku.

Kiedy mnie puścił, mokre włosy zsunęły mi się na twarz. Odgarnął je, a ja poczułam jego oddech na swojej skórze.

— Jesteś taki delikatny — wyszeptałam.

— Cicho bądź.

Rozdział 4

Gabriel

Czekałem cierpliwie w parku na przyjście przyjaciela, uważnie obserwując otoczenie. Minęło mnie kilkoro nastolatków i starsze małżeństwo z psem. W oddali dostrzegłem też parę zakochanych. Ona wyglądała niewinnie, on przypominał rozrabiakę. W pewnym momencie chłopak przestał bujać huśtawkę, na której siedziała dziewczyna, podszedł do niej, pochylił się i pocałował jej różowe usta.

Dyskretnie odwróciłem wzrok i usiadłem na ławce. Sięgnąłem do kieszeni kurtki po paczkę papierosów. Odpaliłem jednego, zaciągnąłem się głęboko i odchyliłem głowę, aby wypuścić obłok dymu. To właśnie wtedy w mojej pamięci ożył dzień, w którym poznałem Idę.

— Jesteś żołnierzem? — spytała.

— Tak, skąd wiedziałaś?

— Wstydliwy, niezdarny, zdyscyplinowany. Jesteś bez wątpienia młodym żołnierzem. Doradzę ci coś: jako żołnierz nie powinieneś się tu pojawiać. Ktoś może donieść i będzie po twojej karierze. — Uśmiechnęła się do mnie. Wyciągnęła z torby prostokątną kartkę i mi ją podała. — Po służbie możesz przyjść w to miejsce. Zapraszam.

— Dziękuję.

Zapadła chwila ciszy. Zacząłem intensywnie się na nią patrzeć.

— Czemu mi się tak przyglądasz?

— Jesteś piękną kobietą.

— Dziękuję, przystojniaku — powiedziała i ruszyła w stronę ulicy.

Kilka dni później dotarłem pod adres z wizytówki. Kiedy zapukałem i ona otworzyła mi drzwi, poczułem, że to może być przeznaczenie.

— Jestem — rzekłem.

— Żołnierz. Skończyłam swoją zmianę, ale możesz iść ze mną. — Popatrzyła na mnie wymownie. — Ja i ty jako dwoje zwykłych ludzi.

Spędziliśmy kilka godzin w pokoju hotelowym. Była czuła, delikatna, a jednocześnie niesamowicie namiętna. Pasowała do mnie idealnie. Wtulona w moje ramiona, leżała z tym swoim pięknym uśmiechem i słodkimi pocałunkami. Uwielbiałem każdą chwilę z nią i to, z jakim oddaniem wyznawała, że nigdy dotąd nie czuła się tak kobieco.

— Chcesz być moją małą tajemnicą? — spytała, a ja zgodziłem się bez wahania.

Kilka miesięcy później odebrałem ją spod klubu. Była w opłakanym stanie — pobita i przemoczona. Paliła papierosa, wbijając pusty wzrok w przestrzeń.

— Zostanę żoną Sebastiana Stolarza — rzuciła beznamiętnie. — Woli zatrzymać dziwkę, która za dużo wie, niż pozwolić jej odejść. Jeśli mam odejść, to tylko w czarnym worku. Rozumiesz, Gabrielu?

— Tak.

— Zrobię wszystko, żeby o siebie zadbać — wyznała. — Zamierzam użyć każdej sztuczki i każdej karty, jaką mam. Bez względu na to, jak jest brudna.

— Pomogę ci. To oczywiste, że mnie potrzebujesz, Ida — powiedziałem, osłaniając jej drżące ciało przed zimnym podmuchem wiatru. — Pomogę ci się ich pozbyć. Pozwolę ci mnie wykorzystać. Bez względu na to, co postanowisz zrobić. Odwrócę wzrok, bo zależy mi na tobie.

Spojrzała na moją twarz.

— Po prostu zrób wszystko, żeby się stamtąd wydostać — kontynuowałem. — Ale obiecaj, że po mnie wrócisz i mnie uratujesz, jeśli opadnę z sił, a wyrzuty sumienia nie dadzą mi spokoju.


Nagle poczułem, że nie jestem sam. Spięty powoli odwróciłem głowę i zobaczyłem siedzącego obok mojego przyjaciela. Miał ręce skrzyżowane na piersi.

— Jesteś na mnie zły, prawda? Niechętnie przyszedłeś na to spotkanie — stwierdziłem. — Adam, tłumaczyłem ci, dlaczego tak postąpiłem. Musiałem wybrać.

Pokręcił głową.

— Dokonałeś wyboru, który dla mnie jest śmieszny. Nie do pomyślenia, że ktoś tak ułożony jak ty, odpowiedzialny żołnierz, a z czasem oddany glina, zdecydował się wybrać życie w ukryciu, aby być z prostytutką.

— Nie rozumiesz mnie i ona też mnie nie rozumie — powiedziałem cicho.

— To jest ktoś jeszcze, oprócz mnie, kto cię nie rozumie?

Wstałem z ławki i włożyłem ręce do kieszeni. Może byłem trochę nieufny w stosunku do policjanta, który nigdy nie sprzeciwił się żadnemu rozkazowi. A może to brak pewności co do podjętych decyzji sprawił, że poczułem się trochę zakłopotany. Ostatnio miałem coraz więcej wątpliwości. Nie wiem, skąd się one brały, bo przecież ufałem kobiecie, która oczarowała moje serce.

— Słuchasz mnie?! — Adam podniósł głos.

— Przepraszam. Zamyśliłem się.

— Czemu chciałeś mnie widzieć?

— Potrzebuję informacji — oświadczyłem. — Chciałbym prosić cię o pomoc. Muszę dowiedzieć się czegoś o śledztwie, które prowadzi zespół pierwszy w sprawie zabójstw w dzielnicy czerwonych latarni.

— Masz coś z tym wspólnego? — Nie wytrzymał i krzyknął: — Gabriel! Mów!

— Nie chcę cię w to mieszać, przyjacielu.

— Byłeś doskonałym żołnierzem. Idealnym policjantem. Zapowiadałeś się na wyjątkowego gliniarza, z najwyższą moralnością. — Pokręcił głową z bezradności. — Gdy powiedziałeś mi, że zakochałeś się w prostytutce i chcesz z nią odejść, pomogłem ci upozorować zniknięcie. Zacząłeś z czystą kartą. Myślałem, że uciekniesz z nią i rozpoczniecie nowe życie, a ty zostałeś i pozwoliłeś się wciągnąć w porachunki, w miejscu, gdzie ludzie sprzedają swoje ciała, aby spłacić dług bliskich lub z własnej głupoty, bo uważają to za opłacalną pracę.

On też wstał. Spojrzał na mnie i spytał:

— Zabiłeś tych mężczyzn? A może nie powinienem wiedzieć? — Zamyślił się na ułamek sekundy. — Zajmujemy się kolejnym przemytem narkotyków przez ocean, więc często bywam na komisariacie w Łagowie. Postaram się zagadać z kimś mało ogarniętym i wypytać o morderstwa ludzi mających powiązania z burdelem, w którym pracuje twoja panna.

— Ona już nie pracuje w tym miejscu.

— Nie? A wydawało mi się, że często widuję ją w tym samym hotelu z tymi samymi starymi śliniącymi się mężczyznami. Powinieneś kiedyś ją odwiedzić, wtedy przejrzysz na oczy. Okaże się, że jesteś naiwnym, zakochanym durniem wykorzystywanym przez podstarzałą zdzirę.

— Adam, proszę cię.

— Takiego dokonałeś wyboru. A jesteś chociaż szczęśliwy?

Nie poczekał nawet na odpowiedź. Machnął tylko ręką i oddalił się, wyjmując z kieszeni marynarki wibrujący telefon.

Anna

Znowu miał koszmary. Zeszłam z materaca i cicho podeszłam do łóżka.

— Hej, obudź się.

Trząsł się na całym ciele. Już miałam odpuścić, jednak dotknęłam jeszcze jego ramienia i lekko je ścisnęłam. W tym samym momencie poczułam gwałtowne szarpnięcie. Runęłam na łóżko, a on zawisł nade mną, wbijając we mnie puste, czarne spojrzenie.

Znałam źródło dręczących go koszmarów. Ale nie obchodziło mnie, jak bardzo pogmatwane było jego życie miłosne ani jak mocno złamany był w środku. Niech sobie sprzedaje duszę kobiecie, która go oszukiwała, i niech płonie w piekle. Nic mnie to nie obchodziło.

Nadal leżałam przygnieciona ciężarem Gabriela. Wpatrywał się we mnie bez słowa, podczas gdy z jego oczu popłynęły pojedyncze łzy. Zacisnął dłoń na mojej bluzce. Miałam gdzieś to, jak bardzo cierpiał, ale za każdym razem, kiedy widziałam tę twarz, po prostu wymiękałam. Nie miałam pojęcia, co powinnam zrobić. Najchętniej powiedziałabym mu, że wszystko będzie dobrze, nawet jeśli to kłamstwo.

Gabriel pochylił się i ciężko oparł głowę na moim ramieniu.

— Proszę… — szepnął.

Opadł na mnie całym ciężarem, a po chwili zsunął się na miejsce obok. Przez kilka sekund wpatrywał się w sufit, aby wreszcie… Co on robi?

Spojrzałam na niego. Jego twarz dzieliły od mojej zaledwie centymetry. Leżał na boku, wyciągając ku mnie rękę, a w moim gardle uwiązł oddech. Delikatnie założył mi pasmo jasnych włosów za ucho. Przestałam myśleć o czymkolwiek innym. Pochłonął mnie jego przenikliwy wzrok, bliskość umięśnionego ciała i widok ust, które akurat lekko przygryzł.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, złączył nasze wargi. Poczułam ciepło, wilgoć i miękkość jego ust. Całował mnie. Z wrażenia znów zaparło mi dech w piersiach, a całe ciało zdrętwiało oszołomione. Niesamowite było to, że całował niezdarnie, wręcz niepewnie. To było rozczulające, a zarazem idealne.

Kiedy w końcu się odsunął, z niemałym zaskoczeniem odkryłam, jak bardzo tęskniłam za taką bliskością.

— Przepraszam. Nie chcę cię wykorzystać — powiedział i natychmiast odszedł.


Następnego dnia panowała między nami bezwzględna cisza. Patrzyłam, jak Gabriel pakuje kilka rzeczy do dużej, czarnej torby. Był jakiś nieobecny i wyglądał na przygnębionego. Nie zamierzałam nic mówić, bo sam też nie wspominał słowem o tym, co wydarzyło się między nami wczoraj z jego inicjatywy.

— Przestań się bujać — rzucił od niechcenia.

Wstałam z krzesła.

— Weźmiesz sznur i zwiążesz Michała. Potem wywiozę go i sprzątnę.

— Dziś? — zdziwiłam się odrobinę. — Przecież pada.

— Właśnie o to chodzi. Deszcz zmyje wszystkie ślady — oznajmił. — Rób, co mówię. Już! — Uniósł się, ale po chwili złagodniał. — Przepraszam.

Znowu zaczął mnie unikać. Przestał się odzywać i patrzeć w moją stronę. Traktował mnie jak powietrze. To zachowanie każdego doprowadziłoby do szału.

— Dlaczego znów jesteś dziwny? — spytałam. — Wstydzisz się, że zeszłej nocy płakałeś za kimś czy pocałunku?

Oczywiście nie odpowiedział.

— Dla twojej wiadomości: cenię się za poprawę nastroju drugiemu człowiekowi.

Gabriel podszedł bliżej i pchnął mnie tak, że wylądowałam na łóżku. Natychmiast znalazł się nade mną, podpierając się na łokciu, i przewiercał mnie wzrokiem.

Syknęłam, czując ostry ból w plecach, a twarz Gabriela momentalnie złagodniała. W jego oczach pojawił się niepokój.

— Za dużo ostatnio mną rzucasz, wiesz?

— Przepraszam — szepnął.

Kiedy się odsunął i położył obok, posłałam mu ciepłe spojrzenie. Powoli usiadłam na nim, nie spuszczając z niego wzroku.

— Nie chciałem ci zrobić krzywdy, wiesz…

— Już dobrze — wtrąciłam.

Pochyliłam się, a moje włosy opadły, tworząc intymną zasłonę, która odcinała nas od reszty świata. Zniknęło wszystko, liczył się tylko nasz pocałunek — miękki, powolny i czuły.

Nagle Gabriel się zawahał. Gdy znieruchomiał, powoli odsunęłam się od jego ust. Oparłam mu dłonie na piersi i spojrzałam na tę dobrze mi znaną, przystojną twarz. Niespodziewanie poczułam w sobie głębokie pragnienie, którego do końca nie rozumiałam i z którym nie wiedziałam, co zrobić.

— Spłacę swój dług za twoje pocieszanie mnie — oznajmił drżącym głosem. — A teraz pójdziemy po niego.

Uspokój się, dziewczyno! Pomożesz mu, a on pomoże tobie. W tym układzie nie ma miejsca na seks.

Podniosłam się z łóżka i ruszyłam do małego pokoju, w którym przebywał Michał Kasprowicz. Otworzyłam drzwi na oścież i stanowczym głosem powiedziałam:

— Michał, jedziemy na wycieczkę. Wstawaj.


Po dłuższej jeździe dotarliśmy w głąb lasu. Miałam wrażenie, że jesteśmy niedaleko miejsca, w którym przebywałam od kilku tygodni. Gabriel wyciągnął Michała z bagażnika i poprowadził nas w stronę małego, zrujnowanego budynku. Tuż obok wykopany był głęboki dół.

Michał spojrzał na mnie, a potem na mężczyznę. Arogancko się uśmiechnął.

— Anna, idź stąd — rozkazał Gabriel.

Zniknęłam pospiesznie za ścianą, po której się osunęłam. Spojrzałam w niebo, dziś wyjątkowo długo padało. Nagle zobaczyłam przed sobą postać Gabriela. Ukucnął przy mnie.

— Zasłoń uszy. Nie słuchaj tego, dobrze?

Zrobiłam to, o co prosił, jednak gdy zniknął, opuściłam dłonie i zaczęłam nasłuchiwać. Musiałam.

Słyszałam odgłosy szamotaniny i krótką wymianę ciosów, świst powietrza. Spojrzałam w tamtą stronę. Nasz porywacz zaciskał pętlę na szyi Michała. Podbiegłam, rzuciłam się na Gabriela i oplotłam go mocno ramionami.

— Nie musisz robić tego sam. Pomogę ci — powiedziałam cicho.

Gabriel położył dłoń na moim policzku i niepewnie się uśmiechnął, po czym niespodziewanie mnie przytulił. Kiedy odwróciłam wzrok w inną stronę, zauważyłam, że Michał uporczywie się we mnie wpatruje.

— Pomogę ci — powtórzyłam. — Nie jesteś w tym już sam.

— Dlaczego? — spytał Gabriel.

— Uratowałeś mi życie. A teraz idź po to, co niezbędne.

Odprowadziłam go wzrokiem i pospieszni przykucnęłam przy Michale. Wcisnęłam mu w dłoń telefon, który zabrałam z domu porywacza. Widziałam, że z trudem skupiał wzrok na mojej mokrej od deszczu i łez twarzy. Nabrałam tchu i zaczęłam spychać jego ciężkie ciało do wykopu. Kiedy spadł na sam dół, drobnymi dłońmi przysypałam go ziemią.

W końcu usłyszałam za sobą kroki Gabriela. Przyniósł szpadel, którym zasypał dziurę.

— Wystarczy. Taki płytki grób będzie dla niego odpowiedni — stwierdził.


Wyszłam z łazienki. Wciąż niedokładnie wytarta. Krople wody spływały po moim ciele, wsiąkając w ręcznik. Rozejrzałam się po wąskim korytarzu i zobaczyłam Gabriela. Siedział niedaleko drzwi wejściowych, oparty o ścianę. Miał opuszczoną głowę. Czarne, nieco dłuższe włosy przysłaniały jego przystojną twarz.

Popatrzyłam na puste ściany, aż w końcu mój wzrok zatrzymał się na nim. Zauważyłam stojącą obok butelkę i rozbity kieliszek. Ruszyłam w stronę potłuczonego szkła na czworakach. Kiedy wyciągnęłam rękę, aby to posprzątać, Gabriel złapał mnie za nadgarstek. Trzymał mocno, miałam wrażenie, że jego palce wtapiały się w moją skórę.

Spojrzałam na tę zaciśniętą rękę, zanim uniosłam wzrok. Zobaczyłam przed sobą smutną twarz Gabriela.

— Zostaw to, ogarnę później — wybełkotał. — Czy jesteś tak jak ona maszyną bez uczuć? — Oparł głowę o ścianę i głośno przełknął ślinę. — Prosiła, żebym uważał na siebie i nie zrobił sobie krzywdy. Powtarzała, że ma tylko mnie. Chciała, żebym robił wszystko w swoim własnym tempie. Była jedyną osobą, która akceptowała moje wady.

— To ty musisz zaakceptować swoje wady. Tylko wtedy nikt nie będzie mógł ich użyć przeciwko tobie. Znać swoje wady i akceptować je jest siłą, a nie słabością — powiedziałam.

Gabriel spojrzał na mnie.

— Jaka mądra.

— Zakochanie się jest przerażające. Na końcu tym, który zostaje zraniony, jesteś tylko ty.

— Nie chciałabyś kochać i być kochana? — spytał.

— Jeśli kiedykolwiek kochałam albo byłam kochana, zawsze prowadziło to do cierpienia. Zostałam zraniona i sama zadawałam ból. Doskonale rozumiem, co czujesz, bo też przez to przeszłam. — Urwałam, po czym dodałam ciszej: — Zakochanie brzmi wspaniale, ale tylko w bajkach. Ja już nie chcę kochać.

Niespodziewanie dotknął dłonią mojego policzka.

— Co ty robisz?

— Co jest z tobą nie tak? O czym zawsze myślisz? Czy jest ktoś w stanie cię zrozumieć? Co cię dręczy? — Zadumał się na chwilę. — Zawsze wydajesz się zagubiona we własnych myślach i sercu. Może nadejdzie czas, że będziesz gotowa, aby ze mną szczerze porozmawiać. Uwierz mi, wysłucham cię. — Westchnął. — Chyba zaczynam czuć się za ciebie odpowiedzialny. Może dlatego zrobię, co w mojej mocy, abyś była wolna, więc trzymaj się jeszcze tej sztucznej kamiennej powłoki.

— Bredzisz. Nie pij już.

— Chciałbym poznać cię sprzed dzielnicy czerwonych latarni — stwierdził.

— Chodź do łóżka.

Zbliżyłam się do niego. Wsunęłam się pod jego ramię i z całych sił spróbowałam go podnieść.

— Pomóż mi — poprosiłam. — Jesteś za ciężki.

— Już.

Z trudem odkleił się od ściany i zaczął wstawać. Gdy wreszcie stanął prosto, zachwiało nim. Przygniótł mnie ciężarem swojego ciała do muru, wtulając twarz w moje ramię i boleśnie ściskając drugie.

— Najpospolitszy błąd. Chcę cię i to jest chyba najgorsze.

— Mówisz o niej czy o mnie? — Zaczęłam szybciej łapać powietrze, które gęstniało w tej przyciężkawej atmosferze. — Gabriel, chodźmy do łóżka.

— Chętnie.

Zaprowadziłam go do sypialni. Było ciężko, ale niezwykle przyjemne okazało się to, że czułam jego zapach tuż przy twarzy, na własnej skórze. Widziałam z tak bliska jego przystojne rysy, szczękę i pulsujące pod skórą żyły. Miał ciepłe ciało.

W pewnym momencie Gabriel oparł swoje czoło o moje. Zauważyłam, że wpatruje się w moje czerwone usta. Przysunął się, a ja poczułam jego oddech na policzku. Zrobił to cholernie wolno, zamiast pocałunku, przejechał po moich wargach jedynie opuszkami palców. Nie wiem dlaczego, ale odepchnęłam go.

Opadł bezpiecznie na łóżko. Usiadłam na skraju i zaczęłam ściągać jego buty oraz skarpetki. Obserwowałam przy tym, jak podciąga się wyżej i kładzie ciężką głowę na poduszce.

— Pomogę ci ściągnąć bluzkę.

— Połóż się ze mną — szepnął.

— Nie chcę. Głodna jestem.

— Chodź tu, coś ci powiem.

— Co? — spytałam, pochylając się nad nim.

On wykorzystał to i pociągnął mnie w swoją stronę. Mocno objął moje ciało.

— Gabriel.

— Kłamiesz, kiedy mówisz, że nie chcesz. — Oddychał coraz wolniej. — Nikt tu nie spał. Nikt tu nie przychodzi. Jesteś tu tylko ty, Ania.

Nie zamierzałam początkowo na niego patrzeć, ale skusiłam się i zobaczyłam lekko zaczerwienione policzki, zamknięte oczy i rozchylone usta. Jego włosy niesfornie układały się na czole, a klatka piersiowa unosiła się nierównomiernie. Starałam się z całych sił uwolnić z uścisku, jednak byłam za słaba. Odwróciłam wzrok od twarzy tego mężczyzny.

— To ty zaczynasz być irytujący, Gabrielu.

Gabriel

Chwilę milczeliśmy, aż w końcu przyjaciel powiedział:

— Im bardziej jesteś chciwy, tym większy się stajesz. Dzięki temu łatwiej pożreć…

— Proszę cię, przestań! — wtrąciłem się w wypowiedź towarzysza, w której brzmiały złość i bezradność, że nie potrafi do mnie dotrzeć. — Chciałem, abyś dowiedział się czegoś. Mogłem wymyślić coś innego. Mogłem kogoś przekupić albo wypytać jedną z ulicznych dziewczyn.

— Spójrz na siebie! Jesteś skołowany i zagubiony. Miotasz się jak młode, dzikie i bezbronne zwierzątko zamknięte w klatce. — Adam rzucił okiem na dom, a raczej na miejsce, w którym się ukrywałem. — Ona nie jest bezbronna. Inne nastolatki czy młodociani chłopcy trafiają tam, bo spłacają długi najbliższych i są sprzedawani najgorszemu sortowi ludzi. Ona jednak poszła tam dobrowolnie. Zapukała do drzwi tego domu uciech, szukając łatwego zarobku i lepszego życia, wykorzystując przy tym swoją urodę. Robi tak zresztą do dzisiaj. — Westchnął. — Naprawdę myślisz, że chciała się stamtąd wydostać? Powiedz mi, ty naprawdę wierzysz, że ona cię kocha?!

Milczałem, więc on kontynuował:

— Ty głupi, naiwny młody człowieku. — Nerwowo pokręcił głową. — Sprawą zajmuje się zespół drugi pod dowództwem Alana Wieczorka. Pod sobą ma kilku ludzi, a często jest w towarzystwie Zbyszka Górskiego i Huberta Musiała. Ci dwaj szukają świadków ostatnich morderstw i zaginięcia Michała Kasprowicza. — Popatrzył na wejście, a następnie zerknął w stronę garażu. — On tu gdzieś jest?

— Nie.

— Mam ci w to uwierzyć? — Przetarł nerwowo kark, po czym położył rękę na moim ramieniu. — Czy znajdą jakieś ślady tego mężczyzny w twoim domu?

— Adam, nie możesz wtargnąć do tego miejsca bez nakazu — oznajmiłem.

— Ja w to nie wnikam, ale spodziewaj się policji. Ty i twoja kochanka możecie się spodziewać wizyty podejrzliwego gliny. Alan nie cofnie się przed niczym i nikim, aby poznać prawdę. Podobno zajmuje się tą sprawą z osobistych powodów. — Starszy policjant pokiwał głową. Dostrzegłem w jego oczach nostalgię. — Ten glina ma ogromny potencjał, który ty kiedyś też miałeś. Długo węszyli i trafili na twój ślad. Kwestia czasu, kiedy cię tu odwiedzi. Alan Wieczorek na pewno pojawi się w tym domu. — Wskazał palcem.

— Nie chciałem cię rozczarować — powiedziałem, opuszczając głowę.

— Czy wiesz, że Sebastian Stolarz z żoną posiadają spory kawałek ziemi pod Łagowem? Gmina wykupuje od nich ten teren pod budowę hotelu. W planach jest również rezerwat z dzikimi zwierzętami. Jeśli on nie wróci, a wiemy, że tak się stanie, wszystko przejdzie w jej ręce. — Oparł się o maskę samochodu. — Udziały Stolarza w czerwonych latarniach są już jej własnością. Dom, w którym mieszkali, oraz restauracja przeszły w jej posiadanie w ciągu ostatnich dni.

Postanowił zapalić, ale paczka, po którą sięgnął, okazała się pusta.

— Ostatnio za dużo palę. — Uśmiechnął się pod nosem i jak gdyby nigdy nic wrócił do wcześniejszego tematu: — Nie wspomnę już o tej okolicy, na której ona się wzbogaci. Wciąż znajduje się tam dzielnica czerwonych latarni. Policja planuje jej likwidację, a burmistrz zapowiedział przekształcenie tego obszaru w hotel.

— Ona nie potrzebuje jego brudnych pieniędzy. Za swoje oszczędności kupiła salon masażu. Ida nie jest złym człowiekiem. — Oburzyłem się jego słowami.

— Zastanawiałeś się, po co jesteś jej potrzebny? — Adam wsiadł do auta i zaczął przeszukiwać schowek. — Moja żona zabrała mi paczkę papierosów, bo martwi się o moje zdrowie. Ostatnio naprawdę za dużo palę.

— Chciała się zemścić przed odejściem — odpowiedziałem, ignorując ostatnią uwagę.

— To dlaczego ciągle przebywa w tym, pożal się Boże, miejscu z ludźmi, którzy źle ją traktowali? Czy jest jeszcze ktoś, na kim chciałaby się zemścić?

— Proszę, nie mieszaj się w to.

— Nie chciałem, a jednak zostałem w to wmieszany. Muszę podjąć teraz jakieś decyzje i liczyć się z konsekwencjami. Rozumiesz, mój młody przyjacielu?

— Wybacz mi, że się zakochałem.

— Jeszcze nie jest za późno, aby zawrócić. Choć nie odzyskasz tego, co straciłeś, ocalisz siebie. Naprawdę wierzysz, że da się normalnie żyć z krwią na rękach? Ci ludzie popełnili błędy, ale nikt nie zasłużył na taki osąd. Każdy człowiek zasługuje na życie.

— Ona również zasłużyła na dobre życie, jednak nie pozwolono jej odejść, kiedy tego pragnęła. Potraktowano ją nie jak człowieka, a jak własność, którą można bezkarnie opluć. Straciła wszystko, dlatego postanowiła to odzyskać, ale jedyną drogą jest zemsta. Kiedy to dobiegnie końca, odejdzie ze mną i będziemy razem szczęśliwi, lecząc swoje rany.

— Wierzysz w to? Nie, nie odpowiadaj. — Adam pomachał szybko. — Do zobaczenia.

Po chwili zniknął, wjeżdżając w ścieżkę okrytą jesiennymi drzewami. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem machającą entuzjastycznie Annę.

— Co ty robisz?

— Odmachuje twojemu przyjacielowi. Kto to jest?

— Nie powinno cię to interesować — burknąłem.

— A jeśli będziesz mieć przez nią kłopoty, to do kogo mam się zwrócić o pomoc?

— Do nikogo. Ona mi pomoże.


Rzuciłem się na łóżko i zamknąłem oczy, mocno zacisnąłem powieki. W myślach wróciłem do Idy i do naszych rozmów. Przypomniałem sobie spokój jej głosu, dotyk dłoni na moim policzku i słodki zapach skóry, pachnącej brzoskwiniami. Czułem przyjemne pieszczoty, zasypiając wtulony w jej kobiece kształty i chłonąc każde słowo, które przyniosło mi ukojenie.

— Jeśli nawet zostaniesz oskarżony, wystarczy, że w pewnym momencie prowadzenia sprawy uznają cię za niewinnego. Ponownie nikt nie będzie cię brał pod uwagę jako winnego zabójstw na tych hienach, które wykorzystują i manipulują innymi dla swoich korzyści. — Uśmiechnęła się czule. — Oboje będziemy się bardzo niepokoić, dopóki to się nie skończy.

— Rozumiem.

— Proszę cię tylko o jedno, ufajmy sobie do samego końca, Gabrielu.

— Ufam ci, Ida — szepnąłem do jej ucha.

— Uwielbiam, kiedy zwracasz się do mnie po imieniu — powiedziała, powoli ściągając z siebie ubrania.


Ocknąłem się z powodu dotyku, nie był ciepły, a lodowaty. Obca dłoń błądziła po moim ciele, a w pewnym momencie znieruchomiała. Przeszedł mnie dreszcz.

— Chyba to będzie już zawsze moje miejsce, a także twoje łóżko, gdzie czasem spocznie moja dłoń na twoim bijącym ze strachu sercu. Będę już zawsze pilnowała twoich snów i ciebie, abyś nie pogubił się w ciemnościach dnia codziennego.

Otworzyłem oczy, którym ukazała się krucha postać. Wyciągnąłem ręce i opuszkami palców delikatnie przejechałem po jej skórze. Popatrzyłem na porcelanową twarz Anny.

— To, że chcesz jej zaufać, nie oznacza, że tak musi być. — Oparła się o moje ramię, splotła nasze dłonie i uniosła je w górę, przyglądając się im z uwagą. — Poza tym nie przyjąłbyś mnie jako planu awaryjnego, gdybyś jej naprawdę ufał.

— Nieprawda.

— Ty jesteś naprawdę naiwny, a może nawet tępy. A może to i to, co?

Opuściłem sypialnię.

— Nie znoszę jej irytującego zachowania. — Leżąc na kanapie pod kocem, który był prezentem od tej kobiety, stwierdziłem: — Ona mnie kocha.

Rozdział 5

Anna

Gdy kończyłam zmywać, moje zmysły otulił słodki zapach lawendy i cytrusów. Z tej przyjemnej aury gwałtownie wyrwał mnie ostry aromat imbiru. Odwróciłam się, w progu stanął Gabriel. Ubrany z nienaganną elegancją w idealnie skrojone, czarne spodnie i białą koszulę przyciągał wzrok, tak samo jak blask drogiego, złotego zegarka na jego ręce.

— Masz randkę — stwierdziłam.

— Tak. Ida przyjedzie do mnie. Właśnie, ona nie wie, że nadal tu jesteś. Myśli, że pozbyłem się problemu. Prosiłbym cię, abyś jej pobyt przeczekała w garażu.

— Co? Żartujesz sobie?

— Nie. Możesz, zamiast do garażu, pójść na spacer. Tylko się nie oddalaj od naszego domu.

— Naszego domu, dobre. — Pokręciłam głową.

Opuściłam budynek przypominający z zewnątrz kamienną budowlę. Biło od niego zimno. Wywoływał też strach przed tym, co kryło się w środku.

Spojrzałam za siebie. Gabriel odprowadzał mnie wzrokiem. Kiedy zamknął drzwi domu, w którym z niecierpliwością czekał na Idę, wymknęłam się z garażu. Ukryłam się w gęstych zaroślach. Nie zdążyłam nawet zapalić papierosa, gdy zobaczyłam, jak kobieta podjeżdża swoim luksusowym samochodem. Nie znałam się na markach aut, ale wiedziałam, że to coś drogiego i eleganckiego.

Ida wysiadła, on już szedł w jej stronę. Rzuciła mu się na szyję, wplatając palce we włosy, a następnie przechyliła głowę, aby musnąć jego usta. Pocałunek był intensywny i pełen namiętności. Jego dłonie wylądowały na jej lędźwiach, a po chwili zsunęły się na pośladki.

Pospiesznie odeszłam stamtąd. Oddaliłam się od budynku, w którym czułam się od jakiegoś czasu bezpieczna. Musiałam przestać myśleć o nim, o Gabrielu. Powinnam dowiedzieć się, co teraz dzieje się w dzielnicy czerwonych latarni.


Odbyłam przyjemny, długi spacer i dotarłam do miejsca dobrze mi znanego od lat. Nie spodziewałam się, że zostanę tu na tak długo, bo przecież minął już szmat czasu. Rozejrzałam się po uliczkach. Nie widziałam pracujących dziewczyn ani przejeżdżających samochodów, w których siedzieli ci natrętni ochroniarze.

Zdecydowałam się przejść jeszcze kilka przecznic. W końcu zauważyłam Dominika. Stał pod sklepem i zajadał się śmieciowym żarciem. Postanowiłam do niego podejść.

— Pochłaniasz to wszystko, a nadal jesteś szczupły. Jak ty to robisz, chłopaku? — spytałam.

Dominik spojrzał na mnie. Źrenice mu się rozszerzyły, a na twarzy zagościł uśmiech.

— No co?

— Nic ci nie jest! — krzyknął radośnie, po czym upuścił jedzenie i rzucił mi się na szyję. — Bałem się o ciebie, Anno. Myślałem, że coś ci się stało i że już nigdy cię nie zobaczę.

— Nie przesadzaj, Dominik. — Uśmiechnęłam się. — Co się tutaj dzieje?

— Policja dobrała się do dupy dyrektorowi tego burdelu. Po śmierci Sebastiana i zaginięciu Kuby oraz Michała wszystko przejęła policja z wydziału drugiego. Nasz kochany przekupny glina, Artur, umył ręce i nie zamierza pomagać dyrektorowi. Dzielnica czerwonych latarni ma teraz przechlapane.

— Dyrektor Tycjan mówił, co zamierza zrobić z tym bałaganem?

— Ty sobie żartujesz? Stare prostytutki jeszcze jakoś ciągną, ale młode mają na razie zakaz wychodzenia. — Spojrzał w stronę naszego domu publicznego. — Wszystko się posypało. Sprawę prowadzi jakiś świeżak, Alan Wieczorek. Kazali nam z nim w ogóle nie gadać. A jeśli weźmie nas na przesłuchanie, to wiesz co?

— Gęba na kłódkę.

— Dokładnie. A ty co tutaj robisz?

— Wprawdzie klient zajmie mi jeszcze sporo czasu, ale wymknęłam się na moment do domu. Chciałam podejrzeć, co tu się dzieje pod nieobecność tych, którzy nie mogą już nic zrobić ani powiedzieć.

— Rozumiem… — Rozejrzał się po okolicy. — Słuchaj, lepiej tu nie przychodź, dopóki wszystko nie ucichnie. Dyrektor podobno kipi z wściekłości i uważa, że skoro widziałaś się z Michałem tuż przed porwaniem, to musiałaś być w to zamieszana.

— Nie mam nic z tym wspólnego — stwierdziłam.

— Poza tym, mam chyba gorszą wiadomość. Nigdy nie zgadniesz, kto chce pracować z naszym dyrektorem Tycjanem. — Dominik zrobił dłuższą pauzę. — Ida Gralińska-Stolarz.

— A niby chciała odejść z tego biznesu.

— Kto tak twierdzi?

— Taki jeden naiwniak — odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy.

— Cholera. Idzie do nas ten glina. — Dominik zaczął rozglądać się nerwowo po uliczkach. — Nie powinni nas z nim widzieć.

— Idź. Ja sobie z nim poradzę.

Zerknęłam na młodego. Biedny dzieciak. Pracuje w tym podrzędnym miejscu, bo rodzina sprzedała go za długi hazardowe ojczyma.

— Zmiataj — dodałam i się do niego uśmiechnęłam.

Dominik odszedł, a ja oparłam się o ścianę i wyciągnęłam z kieszeni paczkę papierosów. Wsunęłam palce do środka, ale okazała się pusta.

— Anna, prawda? — spytał glina, który do mnie podszedł. — Jesteś tą dziewczyną, którą przed zaginięciem odwiedził Michał Kasprowicz.

Spojrzałam na niego z zaciekawieniem. Był atrakcyjnym mężczyzną, który wyróżniał się wyrazistymi oczami, napiętą twarzą i ciemnym, kilku dniowym zarostem.

— Jestem policjantem z zespołu drugiego, Alan Wieczorek. Prowadzę śledztwo w dzielnicy czerwonych latarni. — Pokazał mi odznakę. — Pójdziesz ze mną. Samochód stoi tam, zapraszam.

— OK.

Bez oporów ruszyłam za nim. Szliśmy niespiesznie. Minęłam zaułek, w którym po raz pierwszy spotkałam Idę. Podobno była pracownicą socjalną, a potem przez chorobę matki zaciągnęła długi. Ostatecznie je spłaciła, ale postanowiła zmienić swoje życie, gdy tylko odkryła, jak bardzo to miejsce może jej pomóc odbić się od dna, choć inni omijali je szerokim łukiem. Odważyła się przyjść i zaproponować swoje usługi w zamian za duże pieniądze. Przeliczyła się jednak i szybko stała się zakładniczką, marionetką i panienką na posyłki. Najbogatsi płacili jej dużo, ale wracała pobita, pocięta i zapłakana.

Stanęłam na chwilę, wpatrując się w ciemny zaułek. Kiedy się tak przypatrywałam, dotarły do mnie jej słowa:

— Życie jest do dupy, czyż nie? Musisz wytrzymać. Oni lubią nowe, błyszczące zabawki. Jak tylko się trochę przykurzysz i znudzisz im, wszystko będzie się już lepiej układało. — Popatrzyła na mnie z uśmieszkiem. — Ja jestem inna. Wyjątkowa. Mam więcej wolności niż pozostałe panienki. Może chcesz spróbować, jak to jest być mną.

— Co masz na myśli?

— Proszę. — Wyciągnęła nóż z torby i włożyła mi go do ręki. — Pokaż im, na co cię stać, a będziesz może tak sprytna i silna jak ja. — Mrugnęła.

— Proszę wsiadać — rzekł Wieczorek.

Spojrzałam na policjanta, który otworzył drzwi radiowozu.


Wieczorek wskazał mi krzesło, na którym od razu usiadłam, podczas gdy on zajął miejsce przy swoim biurku. Patrzyłam, jak otwiera komputer i wyciąga teczkę z dokumentami.

— Zacznijmy. Michał Kasprowicz przyjechał do twojego domu, ponieważ chciał coś z tobą wyjaśnić, prawda?

— Wyjaśnić? — Roześmiałam się. — Jesteś nowy, prawda? A gdzie jest kierownik zespołu pierwszego, Artur Dopierała?

— Został odsunięty od sprawy w związku z oskarżeniami o…

— Biedny — weszłam mu w słowo. — Aby dotrzeć do takiego miejsca jak dzielnica czerwonych latarni, trzeba nagiąć prawo i trochę swoje sumienie. Wolałabym z nim rozmawiać.

— Jesteś jego informatorem? — spytał glina.

— Nie mam nic do powiedzenia.

— Musisz powiedzieć mi, co się wydarzyło tego dnia, gdy zaginął Michał Kasprowicz. Utrudnianie śledztwa może wiązać się z konsekwencjami. Rozumiesz?

Wzruszyłam ramionami.

— No dobrze. Przyjechał do mnie i się pokłóciliśmy, ponieważ mam coraz większe opory przed wykonywaniem tej pracy. Po tym, jak wyszedł, pojechałam do Gabriela, który jest moim klientem. Pomieszkuję u niego od jakiegoś czasu.

— Jak się poznaliście z Małeckim?

— Jakiś czas temu pojawił się w dzielnicy czerwonych latarni, szukając pocieszenia. Wybrał mnie, bo przypominam mu dawną miłość, tyle że jestem od niej młodsza i ładniejsza. — Uśmiechnęłam się lekko. — Zostaliśmy przyjaciółmi, aż w końcu zaczął zabiegać o moje towarzystwo. Początkowo odmawiałam, bo stałe relacje to nie moja bajka. Kiedy jednak poczułam się bardzo źle, postanowiłam pójść do niego. Tamtego dnia widziałam Michała Kasprowicza po raz ostatni.

— Mówisz to z taką lekkością — stwierdził. — Przyznajesz się otwarcie, kim jesteś?

— Przecież wszyscy wiedzą, czym zajmuje się ta dzielnica. Tylko policja mało może zrobić, aby nam pomóc.

— Może gdybyście nam pomogły, udałoby się wam pomóc — oznajmił. — Mam kilka pytań w związku z twoją obecnością w domu Gabriela Małeckiego. Czym się zajmuje na co dzień? Z kim się spotyka?

— Dużo tych pytań.

— Powiem szczerze, z tego, co ustaliliśmy, wiemy, że on może być zamieszany w sprawy, które ostatnio miały miejsce w dzielnicy czerwonych latarni.

— Glina, który jest szczery. Niespotykane — powiedziałam. — Niestety, nie zamierzam wystawić mojego najlepszego klienta. W tej branży zaufanie to podstawa, a poza tym facet świetnie płaci i sprawia mi przyjemność w łóżku.

— Mogę być z tobą jeszcze bardziej szczery?

— Pewnie.

— Podejrzewam, że twój klient jest zamieszany w porwania, morderstwa i w zaginięcie Michała Kasprowicza. Coś ci pokażę. — Położył na biurku kilka zdjęć z miejsc zbrodni. — Gabriela Małeckiego uchwyciła kilka razy w okolicy zaginięcia tych mężczyzn kamera. Drążyliśmy temat i poznaliśmy jego tożsamość. Zanim zaprzeczysz, dodam, że w dzielnicy też był widywany.

— Nic dziwnego, że go widziano, skoro mnie odwiedzał. Może to dziwne, panie władzo, ale prostytutka też potrzebuje przyjaciela do rozmowy, a nie tylko do pieprzenia.

— Posłuchaj…

— W hotelu miałam klienta — wtrąciłam. — Wiem, że wciąż nie macie pojęcia, kim jest ten mężczyzna. Daruję wam dalsze zgadywanie. Byłam z nim. Z waszym podejrzanym. — Sięgnęłam po fotografię Gabriela. — Polubiłam go, więc zaczęliśmy się spotykać. Dobrze nam się rozmawia, facet świetnie umie gotować i jest z nim miło w sypialni. Coś jeszcze powinnam dodać, Alan?

— Czy znasz osobę, z którą się spotykał lub spotyka? Ten mężczyzna może być bardzo niebezpieczny.

— Proszę mnie nie rozśmieszać. On nawet muchy by nie skrzywdził.

— Nie ma w tym nic dziwnego, jeśli ma wielu wspólników. Trzeba się zabezpieczyć. — Zastanowił się chwilę. — Może masz rację. Po co czarnemu koniowi w tym wyścigu ktoś taki jak ty, prawda? — spytał bardziej siebie niż mnie. — Gabriel był w romantycznej relacji z Idą Gralińską -Stolarz. — Przyglądał się mojej reakcji. — Ta inteligentna kobieta…

— Poznał już ją pan? — Zawahałam się. — Uważam, że jest zwyczajnie przebiegła.

Alan popatrzył na mnie uważnie, a potem powiedział na głos:

— To wszystko to spekulacje. Wątpię, aby popełniła tak fatalny błąd i kazała porwać Michała na twoich oczach, skoro uważa cię za osobę niestabilną emocjonalnie.

— To prawda, jestem troszkę niestabilna. — Mrugnęłam figlarnie.

— Poza tym, jeśli są w związku, dlaczego ty pojawiasz się w tym wszystkim? Przecież nie chciałaby ryzykować dzielenia się partnerem. Chyba że jest gotowa podjąć to ryzyko, byle tylko osiągnąć swój cel.

— Ma pan twardy orzech do zgryzienia — powiedziałam, a on jeszcze bardziej spoważniał. — Mogę już pójść?

— Nie mam wystarczających dowodów, ale Gabriel Małecki i Ida Gralińska-Stolarz znają się bardzo dobrze. Niestety, nikt z ich otoczenia tego nie potwierdza. Jedynie przypadkowi świadkowie widywali ich razem. — Zamyślił się na dłuższą chwilę. — Romans z Idą do czegoś zobowiązuje.

— Rozumiem. Mogę już iść?

— Idź. Jeszcze zaproszę cię na przesłuchanie.

— Dobrze.

Wstałam i położyłam na biurku fotografię Gabriela. Rozejrzałam się po pokoju. W pomieszczeniu znajdowało się kilku policjantów.

— Szefie, szukamy tego konkretnego samochodu, który ma naprawiony przedni, prawy zderzak. Numer rejestracyjny to D jeden dwa trzy cztery…

— Milcz — warknął Alan.

— Pójdę już. Do zobaczenia, panie władzo.

Idąc długim korytarzem, pomyślałam: Czemu ten glina tyle mówił o sprawie. Frustrujące, że nic na nią nadal nie mają.

Zaczęłam schodzić po schodach, gdy minął mnie postawny, elegancki mężczyzna o nienagannej fryzurze i oziębłym spojrzeniu. Zatrzymałam się i odwróciłam za nim. Podbiegł do niego właśnie młody policjant.

— Oficerze Tymoteuszu Topolski, mamy pilny telefon…

Przestałam słuchać dalszej wypowiedzi, bo skupiłam się na wyglądzie tego mężczyzny. Znałam go, często bywał w dzielnicy czerwonych latarni. Kiedy tak bezczelnie wpatrywałam się w niego, w końcu się odwrócił i zauważył moje spojrzenie.

Gabriel

Usiadła mi na kolanach i się uśmiechnęła. Po chwili pochyliła się i dotknęła ciepłymi wargami mojego policzka.

— Prawda jest taka, że nie przyszłam tu bez powodu. Byłam niespokojna, bo nie mogłam się z tobą skontaktować. Poza tym, nawet nie wiesz, jak bardzo tęskniłam za twoim ciepłem.

Ida odetchnęła głęboko. Położyła głowę na moim ramieniu.

— Mam wyrzuty sumienia, bo poprosiłam cię o pomoc w zemście. Nie masz pojęcia, jak bardzo jestem ci wdzięczna, że się zgodziłeś. — Uśmiechnęła się subtelnie i pocałowała mnie w czubek nosa. — Naprawdę tęskniłam za swoim chłopcem. Wiem, że wspierasz mnie we wszystkim. Jesteś taki inteligentny i zawsze o krok przed całą tą fałszywą grupą skorumpowanych policjantów. Pozbycie się mojego męża było z twojej strony aktem miłości. Nawet nie wiesz, jaką poczułam ulgę. Był tyranem, który uwięził mnie w dzielnicy, w domu, w swoich rękach. Traktował mnie jak mebel, który musiał po prostu stać i być posłuszny. Ten dureń, ich ochroniarz, im pomagał. Kuba myślał, że będzie jednym z nich, jeśli dobrze przyłoży prostytutce.

Oparła swoje czoło o moje i spojrzała mi w oczy. Milczałem.

— Na dodatek Michał… Był zapatrzony w jedną panienkę, i to przez nią właśnie tak źle skończył.

Poprawiła swoje długie, czarne i ładnie pachnące włosy. Jej przeszywające spojrzenie lśniło jak miliom gwiazd na niebie. Ten chabrowy kolor oczu wręcz zniewalał. Czerwone usta i szpilki na jej smukłych stopach dopełniały obrazu kobiecości.

— Jesteś zły, bo trudno było się ostatnio ze mną skontaktować, prawda? Ale chyba nie wpadłeś na żadne głupie pomysły, co? Ten niefortunny wyskok z porwaniem… nie tylko Michała, ale i tej jego dziewczyny, to…

— Musiałem ją zabrać — wtrąciłem. — Skąd wiedziałaś, że ktoś jest ze mną?

— Pomaga mi ktoś, kto znajduje się wewnątrz. Policja podejrzewa, że zniknięcie prostytutki i Michała Kasprowicza jest powiązane z pozostałymi tragediami. — Spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem. — Niestety widziano nas razem. Mają nagrania, jak wałęsałeś się po okolicy, w której mieszkam z mężem, oraz po dzielnicy czerwonych latarni.

Przeczesała dłonią moje włosy. Bawiła się nimi przez chwilę.

— Obawiam się, że mogą zacząć węszyć za bardzo i…

— Starałem się unikać wpadek — wszedłem jej w słowo. — Co zamierza teraz policja? — Zaniepokoiłem się. — Nie byli jeszcze u mnie.

— To kwestia czasu. Wiem z dobrego źródła, że cię odwiedzą, bo jesteś jak na razie ich jedynym podejrzanym. Na pewno zbierają wystarczające dowody, aby otrzymać nakaz przeszukania domu. — Przejechała językiem po mojej szyi. — A, zapomniałabym. Co z naszym psychopatycznym znajomym? Ukryłeś go dobrze?

— Andrzej jest bezpieczny. Nikt go nie znajdzie, jeśli nie zechcemy.

Popatrzyłem na jej wyraz twarzy. Wyglądała na zadowoloną.

— Powtarza, że jest ci wdzięczny za ukrycie go przed policją, kiedy twój mąż chciał zrobić z niego kozła ofiarnego. Opowiadał też, że Sebastian Stolarz miał idealny plan pozbycia się kolejnych przeszkód, aby zostać jedynym właścicielem dzielnicy czerwonych latarni.

— Nie mówmy o moim zmarłym mężu. Teraz zrób wszystko, aby naprowadzić policję na grób, w którym znajduje się Michał. — Roześmiała się. — Potem zniszczymy dyrektora domu schadzek, Tycjana Wojciechowskiego. A na końcu wszystko to sprzedam.

Pocałowała mnie, więc nie pozostałem jej dłużny.

— Tęskniłam, a ty?

— Też.

— Myślałeś o mnie? — spytała, po czym wsunęła mi język do buzi, co uniemożliwiło mi odpowiedź. Następnie wtuliła się we mnie i szepnęła: — Brakuje mi twojego ciała.

Była taka namiętna, a mimo to bezmyślnie się odwróciłem. Popatrzyłem w stronę okna, zaczęło padać.

— Cholera, w garażu musi być zimno — wymamrotałem.

— Co mówisz?

— Nic.

— Tęskniłam za twoimi silnymi ramionami.

Ida powoli zaczęła rozpinać koszulę, po chwili smukłymi dłońmi z czerwonym manicure’em sięgnęła do paska spodni. Kiedy się na nią spojrzałem, stało się coś niewiarygodnego. Zobaczyłem Annę. Jej twarz nagle stanęła mi przed oczami: jasne włosy, niebieskie spojrzenie i uroczy uśmiech.

Zrzuciłem z siebie Idę. Opadła na kanapę. Co ja właśnie zrobiłem? Chyba oszalałem?!

— Gabriel, wszystko dobrze? — spytała.

— Przepraszam cię.

— Jeśli jesteś mną zawiedziony, musisz mi to powiedzieć.

— Nie, nie jestem.

Nagle rozdzwonił się telefon. Kobieta odebrała i zamieniła z rozmówcą zaledwie kilka zdawkowych zdań. Zanim zdążyłem zareagować, Ida chwyciła kluczyki ze stołu i pospiesznie ruszyła do wyjścia.

— Muszę już iść — rzekła. — To pilne.

Skinąłem głową. Pospiesznie złożyła pocałunek na moich ustach i jak najszybciej wybiegła z domu. Postanowiłem nie czekać i od razu ruszyłem za nią.


Znalazłem się przed dużą posiadłością z wysokim betonowym ogrodzeniem. Ida zatrzymała samochód i wysiadła lekko zdenerwowana. Podeszła do bramy, która po chwili otworzyła się na oścież.

Dostrzegłem stojącego wśród zieleni mężczyznę. Był elegancki, miał poważny i chłodny wyraz twarzy. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, gdy zobaczyłem, jak Ida zbliża się do niego, by pocałować go bez skrępowania.

Nie potrafiłem dłużej wytrzymać. Gniew, zwykła wściekłość, a może po prostu żal ścisnęły moje serce. Natychmiast wysiadłem z samochodu i ruszyłem w ich stronę.

— Ida! — krzyknąłem.

Kobieta odwróciła się na pięcie.

— Zamierzałam ci powiedzieć.

— Nie powinien tu przychodzić. — Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem. — Zwłaszcza, że jesteś pod domem podkomisarza policji, który kieruje pracą młodszych funkcjonariuszy.

Zdębiałem.

— Zostaw nas samych — zwróciła się do niego Ida. — Daj nam dosłownie chwilę. Proszę, Tymoteuszu.

Przez moment nam się przyglądał. Następnie ruszył przed siebie i wkrótce przepadł za drzwiami rezydencji. Przypominała ona posiadłość z luksusowych katalogów: bezpieczną, piękną i przestronną, a zarazem potwornie drogą.

— Co to ma znaczyć? — spytałem rozżalony.

— Spotykam się z oficerem policji, Tymoteuszem Topolskim. On jest naszym zabezpieczeniem i przyszłością.

Podeszła i położyła ciepłą dłoń na moim policzku.

— Muszę cię chronić. Nie miałam wyboru, jak tylko przeciągnąć na swoją stronę przywódcę naszych wrogów. — Złapała moją twarz w swoje dłonie. — Mówiłam ci, że mam kogoś, kto nam pomoże.

Pokręciłem głową.

— Dyrektor Wojciechowski często pomagał Tymoteuszowi w odnoszeniu małych sukcesów za pomocą naszych dziewczynek. Ale jak wiesz, czasem chce się więcej.

— Co mu obiecałaś? — spytałem rozgoryczony.

— Zabijemy ich wszystkich tak, jak planowałam, a on po nas posprząta. Wzbogaci się, a co najważniejsze, zniszczy dzielnicę czerwonych latarni. To będzie ogromny sukces dla tego policjanta. — Przytuliła się do mnie. — Będą mu wszyscy wdzięczni, że zlikwidował to przeklęte miejsce, na którym za jakiś czas powstanie piękny hotel.

— Chcesz mi wmówić, że…

— Nie chcę ci niczego wmawiać. Posłuchaj mnie, kochanie…

— Z pomocą tego mężczyzny mają zapomnieć o mnie? O trupach?! To nielogiczne! — Uniosłem się i odepchnąłem Idę. — Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć, że coś cię z nim łączy?

Kobieta oburzyła się moim zachowaniem.

— Posłuchaj! Jeśli ten nowy policjant się do ciebie odezwie, będziesz udawał, że poddajesz się śledztwu. Tymoteusz nas od tego uwolni w zamian za pieniądze i władzę. A jeśli będę musiała się z nim przespać, to wcale nie jest za wysoka cena za naszą wolność. Kiedy to wszystko się skończy i uwolnimy się od przeszłości, zamieszkamy razem. Tak jak marzyliśmy, będziemy rodziną, urodzą nam się dzieci, a po ogrodzie będzie biegał pies. Przecież pragniemy szczęścia, prawda? — Spojrzała na mnie. — Musimy o to walczyć. Takim jak my nic nie przychodzi łatwo. Zapomniałeś już, ile razy o tym rozmawialiśmy?

Zaprzeczyłem ruchem głowy.

— Proszę cię. Nie zachowuj się jak zazdrosny szczeniak.

— Po prostu nie chcę, abyś musiała znowu płacić ciałem…

— Przestań. Już niedługo będziemy rodziną, tak jak obiecałam.

— Zawsze chciałem posiadać rodzinę. Mieć kogoś po swojej stronie. — Przetarłem drżącą dłonią kark. — Moja rodzina oddała mnie do sierocińca. Mieli po mnie wrócić, gdy będzie lepiej. Obiecali, ale nie wrócili.

Ida stanęła przy moim boku. Patrzyła na mnie ze współczuciem i z żalem, a może nawet z litością.

— Nieważne — burknąłem. — Pójdę już.

Sądziłem, że mogę ci zaufać. Chyba już nie muszę — dodałem w myślach.

— Gabrielu, kochanie. Poczekaj.

Podbiegła i objęła mnie z czułością.

— Czy kochasz mnie na tyle, by odrzucić to wszystko? — spytałem.

— Nie bądź taki, proszę.

Odszedłem. Idąc w stronę samochodu, rozmyślałem o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Byłem rozczarowany jej milczeniem. Mogła powiedzieć szczerze „tak” lub „nie”. „Tak, kocham cię, ucieknijmy jeszcze dziś” albo „Nie, nie kocham cię na tyle, by teraz skończyć to, co zaczęłam, i odpuścić sobie zemstę”.

Wróciłem do miejsca, w którym od jakiegoś czasu przebywam. Udałem się najpierw do garażu. W ciemnościach nie mogłem dostrzec osoby, którą poprosiłem, by się tu na moment ukryła. Dopiero po zapaleniu światła okazało się, że w środku nie ma nikogo.

Nie zastałem Anny ani w garażu, ani w domu. Sam nie wiem czemu, stanąłem w salonie i zacząłem ją wołać. Odpowiedziała mi tylko cisza, więc w końcu przestałem czekać.

Wieczorem usiadłem do kolacji, ale w ogóle mi nie smakowała. Głośno westchnąłem i przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w kapiący kran. Za oknem szalał wiatr.

— Czy to możliwe, że odeszła?


Od wczesnych godzin porannych prowadziłem gruntowne porządki. Zaangażowałem sprawdzonych ludzi, aby odświeżyli podłogi i ściany w każdym pomieszczeniu. Chciałem być w pełni przygotowany na przyjazd policji.

— Ktoś jedzie — powiedział jeden z moich pracowników.

Zobaczyłem przez okno radiowóz policyjny.

— Pójdę do nich.

Wyszedłem na zewnątrz i stanąłem naprzeciwko radiowozu, z którego wysiadł funkcjonariusz. Nie był to jednak policjant, o którym ostatnio tak głośno zrobiło się na rewirze, tamtego kojarzyłem z wcześniejszych obserwacji.

— Dzień dobry. Jestem policjantem z wydziału drugiego, Zbyszek Górski. Chciałbym z panem porozmawiać o ostatnich wydarzeniach w dzielnicy czerwonych latarni. Mieszka pan niedaleko, więc…

Nie zdążyłem zareagować na wypowiedź gliny, bo nagle pojawiła się Anna.

— Cześć. Wróciłam.

— Nie było cię cały dzień. Martwiłem się o ciebie — przyznałem szczerze.

— Policja wzięła mnie w obroty w sprawie tych morderstw. Wypytywali o ciebie i o tę wdowę po Sebastianie Stolarzu — oznajmiła i podeszła, by wsunąć dłoń pod moje ramię. Spojrzała na policjanta. — Przesłuchiwał mnie pana kolega. Powiedziałam mu, że byłam w hotelu z moim klientem, ale, proszę, niech pan nie mówi dyrektorowi, że zdradziłam jego dane. — Rzuciła w jego stronę uroczy uśmiech.

Mężczyzna momentalnie się zarumienił. Zerknąłem na Annę z ukosa.

— Mówiłam im, że mieszkam z tobą od kilku dni, a oni i tak wszystko sprawdzają. No tak. W końcu jestem tylko dziwką, więc kiepski ze mnie świadek i mizerne alibi, prawda, skarbie?

Wyglądała, jakby niczego się nie bała. Starała się grać głupiutką dziewczynkę, choć wiedziałem, że była bardzo mądra.

— Jestem o coś podejrzany? — spytałem.

— Chodzi nam o kontakty pana z panią Idą Gralińską -Stolarz, żoną Sebastiana Stolarza. Jest on, a raczej był, właścicielem budynku znajdującego się w dzielnicy czerwonych latarni. Prosiłbym pana o przybycie na rozmowę z moim szefem.

— Z tym miłym, przystojnym policjantem? Alanem Wieczorkiem? Zazdroszczę. To niezłe ciacho, prawda? — wypaliła Anna.

— Chyba tak — odpowiedział mężczyzna. — Czekamy na pana. Do zobaczenia.

Spostrzegłem, że oddalając się, zwrócił uwagę na mój samochód.

Kiedy zostaliśmy sami, popchnąłem Annę na maskę auta.

— Jesteś lekkomyślna. Powinnaś była zostać w garażu na tę jedną noc. Nie rozumiem, dlaczego narażasz się na niebezpieczeństwo.

Popatrzyła na mnie i przygryzła na chwilę dolną wargę.

— Bo mi pomogłeś, przystojniaku. A teraz ja pomogę tobie. Obronię cię, mój aniołku — zażartowała, uroczo się przy tym uśmiechając. — Mogę już iść do domu?

— I po co cię uratowałem?

— Bo jestem idealnym towarzystwem dla kogoś takiego jak ty — wyznała Anna. — Poza tym wiem, że dokonasz właściwego wyboru. Ufam ci.

— Idź do domu. Ja niedługo wrócę.

Wsiadłem do samochodu. Ona zrobiła to samo, czym mnie zaskoczyła.

— Jeśli mamy być dla siebie dobrym towarzystwem, to po pierwsze, nigdy mnie nie zostawiaj. Po drugie, naucz mnie prowadzić samochód. Dokładnie ten.

Rozciągnęła się na siedzeniu tak cholernie seksownie. Ciut niezdarnie poprawiła niesforne, długie blond włosy.

— Jesteś upierdliwa — rzuciłem na głos.

— Ale przy tym bardzo urocza, prawda?

— Tak — odpowiedziałem z szerokim uśmiechem na twarzy.

Rozdział 6

Anna

— Nie nadajesz się na kierowcę! Zginiemy! — krzyknął.

Uśmiechałam się, obserwując w lusterku jego przerażenie.

— Dam radę, Gabriel. — Zatrąbiłam na mijający nas samochód. — Co za palant, jak on jeździ?!

— To ty jak jedziesz! — Spojrzałam na niego z rozbawieniem, dostrzegając absurdalność tej sytuacji. — Zjedź na pobocze, bo nie dotrwamy do celu!

Auto z jego pomocą skręciło. Kiedy padło polecenie, abym się zatrzymała, zareagowałam zbyt nerwowo — gwałtownie szarpnęłam kierownicą i niemal straciłam panowanie nad pojazdem.

Gabriel stanowczo przejął kontrolę. Wcisnął pedał hamulca bez żadnego ostrzeżenia, a moja stopa w starym trampku, która była zbyt blisko, została przygnieciona przez jego but. Syknęłam z bólu.

Zatrzymaliśmy się z piskiem opon. Gabriel wypuścił głośno powietrze, wysiadł i obszedł samochód. Otworzył moje drzwi, ukucnął i spojrzał na mnie, uroczo przekrzywiając głowę.

— No co? — spytałam.

— Szczerze mówiąc, nigdy nie powinnaś siadać za kierownicą.

Zabrakło mi tchu, gdy objął dłonią mój policzek. Drugą położył mi na ramieniu i pochylił się nade mną, przyglądając mi się łagodnym wzrokiem.

— Nigdy więcej nie prowadź. Zamieńmy się.

— Boisz się o tych ludzi na drodze? — spytałam żartobliwie.

— Tak trochę, jednak bardziej boję się o ciebie. Uszkodzisz sobie tę śliczną buźkę.

— Śliczną?

— Nie łap mnie za słówka.

Oplotłam dłońmi jego kark i wpiłam się w usta Gabriela. Zaczęliśmy się całować, a nasze ręce niespokojnie błądziły po twarzach, ramionach i plecach. Przez materiał koszuli czułam, jak szaleje mu serce. Dotykając jego klatki piersiowej, uświadomiłam sobie, że on również tego pragnie. Oboje byliśmy niesamowicie spięci.

Oderwałam się od niego na moment i spojrzałam mu głęboko w oczy.

— Powinnaś iść na kurs prawa jazdy — powiedział, zamieniając się ze mną miejscem.

— Chciałabym, ale to chyba nie dla mnie. Poza tym już troszkę mnie nauczyłeś. — Uśmiechnęłam się. — Lepiej pomówmy o dowodach, które może mieć policja.

— Dowodach?

— Pozbyłeś się wszystkiego, co może świadczyć na twoją niekorzyść?

— Wszystko w porządku. — Rozejrzał się po wnętrzu samochodu i nagle wbił palce w kierownicę tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. — Muszę się pozbyć tego auta.

— A dlaczego zwlekasz z jego zniszczeniem? Domyślam się, że to prezent od tej kobiety.

— Skąd to wiesz?

— Widziałam na biurku policjanta zaznaczone na czerwono kwoty i zdjęcie samochodu. Nie znam się, ale to auto wygląda niemal identycznie jak to, którym mnie uprowadziłeś. Konto bankowe też raczej nie jest twoje, bo na górze widniały jej dane.

— Ten glina podobno ma być niebezpieczny, a popełnia tyle błędów — stwierdził Gabriel.

— Może to podstęp, a możliwe, że zżerają go nerwy. Jest na tropie, a jednak ciężko mu to wszystko skleić w całość.

Nastała cisza.

— A gdzie tak w ogóle jedziemy? — zadałam pytanie.

— Zaraz zobaczysz.

Dotarliśmy tam, gdzie istniał już tylko las i jego ogłuszający szum. W oddali szemrała woda.

Nie miałam ochoty wysiadać. Gabriel podszedł od strony pasażera i gwałtownie szarpnął drzwi.

— Miałem jechać sam, a nie z tobą. Mówiłem ci to, ale ty nigdy nie słuchasz, a potem marudzisz — powiedział, wyciągając do mnie rękę. — Jest tu były skazaniec, morderca i świr z dzielnicy czerwonych latarni. — Urwał, zatrzymując się przed wejściem. — Stara się nie wychylać, bo Sebastian Stolarz chciał go wydać policji. Ida jednak go uratowała i ukryła w zamian za pomoc. — Spojrzał w moją stronę z powagą. — Trzymaj się od niego z daleka. To niebezpieczny typ po wyrokach za napaści seksualne. Wolałbym, żebyś szła blisko mnie, najlepiej za moimi plecami.

— Dobrze. — Zastanowiłam się. — Po co wam ktoś taki?

— To jej zabezpieczenie.

— Dużo ich ma — burknęłam.

— Nie rozumiem…

— Serio?

— Nieważne. Idziemy, a ty trzymaj się blisko mnie — oświadczył.

Przekroczyliśmy próg małego, drewnianego domu i znaleźliśmy się w przestronnym pokoju. W jednym z jego kątów siedział mężczyzna pogrążony w lekturze.

— Przepraszam, że ostatnio cię zaniedbuję, ale mamy sporo zmartwień.

— Rozumiem — rzekł nieznajomy.

— Brakuje ci czegoś? — spytał Gabriel.

Mężczyzna popatrzył na niego, po czym przeniósł wzrok na mnie. Wstał powoli.

— Proszę zrobić listę zakupów — dodał mój towarzysz.

— A ty kim jesteś, ślicznotko?

— To moja przyjaciółka.

Nieznajomy miał nieprzyjemny wyraz twarzy i posturę olbrzyma. To był naprawdę duży mężczyzna. Blada skóra, cienie pod oczami, suche usta i tłuste włosy potęgowały odpychające wrażenie, które sprawiał. Jego spojrzenie było przenikliwe i niepokojące.

Gdy tylko ruszył w naszą stronę, Gabriel odruchowo złapał mój nadgarstek. Popchnął mnie w kierunku drzwi i zasłonił swoim ciałem.

— Jesteście przyjaciółmi? — spytał mężczyzna, a po chwili dodał: — Jesteś bardzo ładna.

Gabriel zrobił krok naprzód, by odciąć mu drogę do mnie. Dopiero gdy zwolnił uścisk, poczułam, jak mocno zaciskał dłoń wokół mojego nadgarstka.

— Dziękuję.

— Przestań ją zagadywać — poprosił grzecznie, ale stanowczo Gabriel.

— To twoja dziewczyna?

— Tak, jestem jego dziewczyną. — Pokazałam się nieprzyjemnie wyglądającemu człowiekowi, nie puszczając dłoni Gabriela, którą chwilę wcześniej złapałam. — Jestem Anna.

— Jesteś ładniutka, dlatego cię Gabriel pilnuje — oznajmił i usiadł na poduszce leżącej w rogu. — Długo się prowadzacie?

— Nie. Znamy się od kilku dni. — Uśmiechnęłam się do poważnego Gabriela.

— Dokładnie.

Puściłam dłoń towarzysza i dołączyłam do mężczyzny siedzącego na poduszce. Zajęłam miejsce naprzeciw.

— Nie ma tu krzeseł? — spytałam.

— Żyję bardzo skromnie. — Omiótł wzrokiem pokój i zaczął dziwnie mówić: — Andrzej siedział długo w więzieniu. Był bardzo niegrzecznym nastolatkiem, a potem mężczyzną. Ktoś taki jak ty, będący ze mną sam na sam, to niebezpieczne. — Oblizał dolną wargę.

— Gabriel, pojedziesz na zakupy, a ja dotrzymam panu towarzystwa, OK?

— Nie. Podaj mi listę i zaraz wszystko…

— Niech dotrzyma mi towarzystwa — wtrącił Andrzej.

Spoważniałam, wpatrując się w nóż, który leżał na stoliczku. Zaraz jednak uśmiechnęłam się do Gabriela i powiedziałam:

— Jedź.

— Lista jest na stoliku — dodał Andrzej.

Nieznajomy wstał. Popatrzył najpierw na mnie, a potem na Gabriela.

— Zrobię nam coś do picia — zaproponował. — Mam wodę. Pasuje ci, Anna?

— Tak, chętnie się napiję.

— Porozmawiamy później — burknął Gabriel.

Zostałam sama z tym niepokojącym mężczyzną. Gdy wrócił z napojami, posłał mi uśmieszek.

— Długo tu musisz zostać? — odezwałam się jako pierwsza.

— Bardzo długo, ale nie narzekam. Ida pomagała mi, kiedy miałem kłopoty, nawet z samym Sebastianem. — Westchnął. — Jeśli tym razem mnie złapią, moje życie będzie skończone.

— Rozumiem.

— Dużo rozumiesz? — spytał i upił łyk wody. — Wiesz, że Gabriel to jej prywatna zabawka?

— Tak, wiem. My po prostu się dobrze razem bawimy, a oni kochają się tak na zabój — oświadczyłam.

— Może na początku tak było. Teraz Ida wykorzystuje tego mężczyznę.

Po tych słowach zamilkł, więc postanowiłam zaryzykować. Usiadłam obok i spojrzałam na niego. Z bliska wydawał się jeszcze bardziej odrażający. Byłam pewna, że jest nieprzewidywalny, dlatego odizolowali go od świata i ludzi, którzy mogliby znaleźć się w niebezpieczeństwie. A ja nie miałam broni. Zresztą, ten człowiek to żywa broń.

— Chciałeś mieć towarzystwo, więc mogę na tę chwilę nim być — oznajmiłam seksownie i przygryzłam dolną wargę. — Powiem ci coś. Jestem dziewczynką do towarzystwa. Mogę być, z kim chcę, kiedy chcę i w jaki sposób chcę.

Mężczyzna wstał, zamknął drzwi na klucz i wrócił. Usiadł tuż obok mnie, a potem położył dłonie na moim karku i lekko go ścisnął.

— Pani Ida znalazła sobie nowego protektora. Zamierza wyjść za mąż za oficera policji i wprowadzić go do Zgromadzenia Narodowego. Cwana z niej suka… Oho, chyba powiedziałem to na głos. — Uśmiechnął się krzywo. — Najpierw pozbyła się tych durniów, a teraz weźmie się za dzielnicę czerwonych latarni, która zawsze była cierniem w oku policji. Jeśli jej wybranek zrówna to miejsce z ziemią, zapewni mu to zwycięstwo w wyborach.

— Rozumiem.

— Poza tym Tycjanowi Wojciechowskiemu, dyrektorowi tego burdelu, marzy się zagarnięcie wszystkiego po śmierci Sebastiana i Michała. Głupiec. — Zsunął dłoń na moje plecy. — Teraz kawałek burdelu należy do niej, a wyobraź sobie, że cena wzrasta, a ona chce wszystko zagarnąć dla siebie. Ida nie zamierza się dzielić z tymi hienami. Potrafiła od początku się ustawić. Najpierw była żoną Sebastiana, a teraz stanie się żoną policjanta.

Popatrzył na moją twarz, a potem objął wzrokiem całą mnie. W końcu spojrzał na drzwi.

— Gabriel nie poznał wszystkich zamiarów tej kobiety. Na pewno będzie się chciała go wkrótce pozbyć. Wiesz, nie sądziłem, że może zdradzić szefową dla kogoś takiego jak ty. — Położył łapska na moim biodrze i przysunął mnie do siebie. — Musisz być dobra w te klocki, co?

Popchnął mnie na podłogę. Uderzyłam z całych sił plecami i tyłem głowy o zimne kafelki.

— Śliczna jesteś. — Pochylił się i powąchał moje włosy. — Gdyby nie Michałek Kasprowicz, już dawno bym cię dotknął, wiesz? — Po tych słowach polizał mój policzek. — Uwierz mi, prawdopodobnie znam twoją historię lepiej niż ty sama.

— Wystarczy tej rozmowy.

— Wiesz co? Zastanawiałem się kiedyś, czemu Michał tak za tobą szalał. Pilnował cię jak oka w głowie. Jeśli ktoś próbował cię skrzywdzić, miałem mu łamać palce albo załatwić go jeszcze gorzej. Teraz, kiedy cię poznałem, już rozumiem dlaczego. Masz w sobie coś niesamowitego. Te duże oczy, pachnące blond włosy… miękka, ciepła skóra.

Uderzyłam go w krocze, a on jedynie syknął. Zerwałam się na równe nogi i popędziłam ku drzwiom, choć powinnam była przewidzieć, że złapie mnie za nadgarstek. Szarpnął mną tak mocno, że upadłam tuż obok kominka.

— Prostytutka, która udaje niedostępną, dobre.

— Jak wy mnie wszyscy wkurwiacie! — uniosłam głos.

Gabriel

Zataszczyłem zakupy pod same drzwi i ze zgrozą zauważyłem, że są zamknięte. Wypuściłem torby z rąk, szarpnąłem za klamkę, a potem zacząłem wściekle walić w drewniane skrzydło.

— Cholera! Otwieraj! Anna! Słyszysz mnie?! Kurwa!

Kopnąłem w drzwi z całej siły, ale nawet nie drgnęły. Rozejrzałem się gorączkowo i dostrzegłem siekierę leżącą obok świeżo ściętego pnia. Dopadłem do niej. Kiedy wróciłem, zamachnąłem się raz, drugi, kolejny.

W końcu rozwaliłem drzwi. Wpadłem do środka i zobaczyłem Annę siedzącą okrakiem na mężczyźnie. W dłoni trzymała nóż, z którego kapała krew. Spojrzałem na leżącego pod nią faceta. Miał płytką, lekko krwawiącą ranę na policzku.

Podszedłem do nich i chwyciłem Annę za nadgarstek. Wyszarpnąłem jej ostrze z ręki, po czym odrzuciłem je na bok.

— Widzę, że się nudzisz. Chcesz, żebym trochę urozmaicił ci życie? Mogę cię odesłać z powrotem do więzienia. Chcesz tego? — spytałem Andrzeja.

— Ona ci nie pozwoli, bo…

Nie dokończył, ponieważ go uderzyłem. Raz, a potem kolejny.

— Zapamiętaj sobie, że mojej własności się nie dotyka. Jasne! — Spojrzałem na Annę. — Idziemy.

Chwyciłem ją za dłoń i pospiesznie wyszliśmy.


Kiedy weszliśmy do domu, popchnąłem Annę w głąb pokoju. Na jej twarzy malowało się wyraźne niezadowolenie z tego, jak ją traktuję. Byłem niemiły i wściekły z powodu lekkomyślnego zachowania dziewczyny.

W końcu usiadła na kanapie, a ja poszedłem do kuchni, nalałem sobie szklankę wody i wziąłem łyk. Potem usiadłem na krześle i spojrzałem na nią. Siedziała naburmuszona, przygryzając dolną wargę i krzyżując ręce na piersi.

Nie zdawała sobie sprawy z wagi tych bzdurnych obietnic, które składała od jakiegoś czasu. Nie miała też pojęcia, jak straszne rzeczy się wydarzą, jeśli będzie trzymała się blisko mnie. Przyznaję, że dobrze mi z tym, że jest obok, i doskonale rozumiałem, że próbuje mi pomóc. Myślałem, że poczuję ulgę, mając kogoś przy sobie. Zanim jednak zdołałem się zorientować, mój umysł został całkowicie pochłonięty troską o nią, przez co została tylko mała przestrzeń na uczucie do kobiety, w której się zakochałem.

Obserwowałem, jak Anna układa się na kanapie, przykrywa kocem i kładzie głowę na poduszce. Powoli opuściła powieki, a jej oddech uspokoił się, stał się miarowy.

Tak, odkąd była ze mną, koszmary zniknęły. Jak ona to zrobiła? Bezwstydnie, a zarazem niepostrzeżenie, wdarła się sferę, która miała pozostać niedostępna. To nieznane dotąd uczucie sprawiło, że czułem się nieswojo.

Nagle ciszę przerwał dźwięk telefonu. Wiadomość tekstowa, którą otrzymałem, brzmiała: „Potwierdziłam, jesteś podejrzany. Wkrótce się zacznie”.


Ocknąłem się w ciemności. Poderwałem głowę ze stołu i rozejrzałem się oszołomiony. Od razu natknąłem się na błękitne spojrzenie Anny. Siedziała naprzeciwko i po prostu patrzyła na mnie z uśmiechem. Postanowiłem odwrócić twarz, ale Anna położyła dłoń na moim policzku.

— Musisz odejść — stwierdziłem.

— Co?

— Odejdź i bądź wolna.

— Od czego mam być wolna? Jestem wolna od dnia, w którym postawiłam nogę w tym domu.

— Nieprawda. Byłaś zakładnikiem w tym domu. To był błąd, który popełniłem, i teraz zamierzam go naprawić. Powinienem był cię wypuścić, gdy zabiłem Michała. — Westchnąłem. — Odejdź.

— Mówisz poważnie, że mam odejść? Mam wrócić do dzielnicy czerwonych latarni? Żartujesz? — Zszokowana wpatrywała się we mnie. — Znudziłam ci się?

— Tak. Mam cię dość.

Wstałem od stołu. Podszedłem do okna, za którym padał deszcz.

— Zmęczyło mnie opiekowanie się tobą — kontynuowałem. — Nie znoszę, jak się wtrącasz, narzucasz i zachowujesz jak dziecko. Musisz opuścić ten dom. Wkrótce zamkną dzielnicę i…

— Ty idioto!

— Daruj sobie. Działasz mi cholernie na nerwy. — Zerknąłem na jej zdenerwowany wyraz twarzy. — Nie musisz się spieszyć. Dam ci pieniądze, które starczą ci na jakiś czas.

— Palant — burknęła.

— Jest już noc, więc dziś jeszcze zostań. Odejdziesz jutro.

Opuściła pomieszczenie, a ja ruszyłem za nią. Chciałem… Pakowała się.

— Posłuchaj… — zacząłem.

— To, co cię spotka, to nie moja sprawa, prawda? Jestem pewna, że wszystko załatwisz z jej pomocą. — Roześmiała się nerwowo. — Wiesz co, nie jestem od niej wcale gorsza. Obie mamy długi i obie wychowałyśmy się w rynsztoku. Choć mieszkała w domu bogatego człowieka, to i tak pachnie tandetnie. — Pokręciła głową. — Jesteś głupi.

Złapałem ją za rękę.

— Wiem. Jestem dla niej tylko narzędziem, nikim ważnym, ale i tak się jej trzymam. Bo się boję… — Zawahałem się. — Strasznie jest wyobrazić sobie, że nie ma nikogo, na kogo mógłbym liczyć, o kogo się oprzeć, do kogo się przytulić. Nawet nie wiesz, ile razy mnie odpychano i porzucano, ile razy traktowano mnie z litością, pogardą, a nawet wstrętem.

— Od dłuższego czasu jestem z tobą. Nie zauważyłeś, prawda?

— Ona może teraz zrobić ze mną, co zechce. Ma mnie w garści i jeśli nawet trochę oprzytomniałem, to nic nie znaczy, bo i tak pójdę na dno. — Mizernym wzrokiem utonąłem w błękitnym spojrzeniu Anny. — Czy naprawdę uważasz, że możesz stawić czoła tym ludziom?

Spoliczkowała mnie, gdy tylko poluzowałem uścisk na jej nadgarstku.

— Gabriel…

— Nie mogę ci już pomóc. — Westchnąłem. — Nie dawaj mi nadziei, dziewczyno.

Spojrzała na mnie po raz ostatni. Chwilę później chwyciła plecak i tak po prostu przeszła obok. Ominęła wzrokiem moje ramiona, te same, w które tak obsesyjnie wpatrywała się od początku naszej znajomości.

W ciszy rozległ się trzask zamykanych drzwi.

Rozdział 7

Anna

Opuściłam dom, w którym odnalazłam upragnione ukojenie dla ciała i duszy. Mój umysł wreszcie się uwolnił, zapominając o wszelkich lękach. Wsiadłam za kierownicę samochodu, przekręciłam kluczyk i kiedy usłyszałam silnik, powoli odjechałam tak, jak mi pokazał niedawno Gabriel.

Spojrzałam w lusterko, zobaczyłam, że Gabriel wybiega za mną. Stał w deszczu, a ja starałam się znaleźć jak najdalej od miejsca, w którym poczułam się bezpiecznie. Przez całą drogę zastanawiałam się, co mam teraz zrobić ze sobą i z nim. Popatrzyłam w lusterko. Nie mogłam wymazać postaci stojącej w ciężkich kroplach deszczu.

Zatrzymałam się na chwilę na poboczu. Oparłam czoło o kierownicę. Zacisnęłam szczęki i przygryzłam dolną wargę tak mocno, że poczułam smak krwi.

— No dobrze. Powiedziałeś, że jesteśmy słabi. OK. Jesteśmy pionkami, którymi grają ci, co są u władzy. — Zamyśliłam się. Deszcz padał coraz mocniej. — Nie wierzę, że mnie wyrzuciłeś.

Ruszyłam z miejsca. Zatrzymałam się ponownie dopiero pod budynkiem w dzielnicy czerwonych latarni. Popatrzyłam przed siebie i mocno zaciągnęłam się brudnym powietrzem.

Na moment zamknęłam oczy i zobaczyłam Gabriela. To niesamowite spojrzenie, uniesiony kącik ust i idealny zarys ramion, w których mogłabym zostać na bardzo długo, chociaż wiedziałam, że to była tylko chwila.

W końcu odpuściłam i weszłam do budynku.

— No proszę, kto raczył się pojawić w pracy.

— Mogę się zobaczyć z dyrektorem Tycjanem Wojciechowskim? — Popatrzyłam na postawnego ochroniarza.

— Jasne. Zapraszamy. — Wskazał ręką drzwi do windy.

Weszłam do środka, a on podążył za mną. Kiedy znalazłam się w ciasnym pomieszczeniu, ujrzałam stojącego w kącie Dominika.

— Co mu się stało? — spytałam drugiego ochroniarza, stojącego obok chłopaka z pałką w ręku.

— Uciekł, ale właśnie wraca do domu. Tak?

Dominik potwierdził to skinieniem. Odwróciłam od niego wzrok, gdy tylko lekko uniósł głowę. Miał podbite oko, a z kącika ust płynęła krew. Zacisnęłam dłonie, po czym wsunęłam je do kieszeni bluzy.

— Wychodź — burknął ochroniarz stojący przy drzwiach windy. — Dyrektor pewnie się ucieszy, że jeden z jego lepszych towarów wrócił. — Roześmiał się głośno.

— A z nim co masz zrobić? — Zerknęłam na Dominika, a potem na mężczyznę.

— Zamknąć.

Opuściłam windę, słysząc za sobą płacz rozdzierający serce. Kiedy znalazłam się blisko ogromnych czerwonych drzwi, ślamazarnie zapukałam.

— Wejść!

Zrobiłam to bardzo niechętnie. Spojrzałam na postawnego, eleganckiego mężczyznę po pięćdziesiątce. Gdy uniósł głowę i mnie dostrzegł, wolno zsunął okulary z nosa. Poprawił leżące na biurku papiery, a potem, wciąż trzymając oprawki w grubych palcach, wbił we mnie wzrok.

— Prosisz się, żeby cię teraz zabić, co? — spytał gruboskórnie, sięgając po mały nożyk do otwierania kopert. — Wiesz, ilu klientów straciliśmy, odkąd pojawiła się policja w naszej dzielnicy po tym, jak zaginęłaś z Michałem? Jak zamierzasz to nadrobić, co?!

— Nie przesadzajmy — powiedziałam ze spokojem w głosie.

— Słuchaj uważnie, bo powiem to tylko raz. Jeśli uciekniesz i znajdziesz gdzieś pracę, nawet w jakimś podrzędnym barze, knajpce czy… Mniejsza o to. My zawsze cię znajdziemy i zrobimy taki bałagan w twoim życiu, że wrócisz tu z podkulonym ogonem. — Spojrzał na mnie ze złością malującą się na twarzy. — A teraz zamknę cię na jakiś czas i przypomnę ci, dlaczego nie powinnaś sama decydować o sobie.

— Nie możesz nic mi zrobić — oznajmiłam.

— A to dlaczego?

— Policja mnie przesłuchiwała i zamierzają ponownie to zrobić.

— Musieli cię złapać, co?! Cholera! Teraz będą jeszcze bardziej węszyć.

— Wrócę do swojego mieszkania.

— Dobrze. — Założył na czubek nosa okulary i skierował wzrok w stronę barku. — Nalej mi, zanim wyjdziesz.

Podeszłam do minibarku, sięgnęłam po szklankę, wódkę i sok porzeczkowy. Gdy powolnym ruchem łączyłam składniki, czułam na sobie jego badawcze spojrzenie.

— Jeśli spróbujesz uciec jeszcze raz, znajdę cię, połamię ci nogi i zrobię z ciebie kalekę. Do nalewania drinków przydadzą ci się tylko ręce, nogi nie będą ci do niczego potrzebne. A może po prostu opchnę cię na części, jak stare auto? Teraz, kiedy nie ma Michała, masz zapieprzać. Bierz się do roboty, rozumiesz?

Podałam mu drinka.

— Mogę już odejść? — spytałam lekko drżącym głosem.

— Tak. Idź.


Weszłam do mieszkania i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Zsunęłam się po nich na podłogę i zasłoniłam twarz drżącymi dłońmi. Zaczęłam uderzać tyłem głowy o ścianę. Bolało, a jednak nie przestawałam. Robiłam to z całej siły, ale gdy poczułam zbyt duży ból, zmniejszyłam impet i częstotliwość uderzeń.

Odsłoniłam twarz i rozejrzałam się po małym pokoju. Moją uwagę przykuło puste akwarium i woda, która nieustannie kapała z kranu. Podniosłam się niechętnie, sięgnęłam po pilota i włączyłam telewizor.

Ruszyłam w stronę kolejnego, ciasnego pomieszczenia, w którym znajdował się tylko materac, koc oraz stara szafa. Usiadłam na skraju tego prowizorycznego łóżka, ale zsunęłam się z niego i uderzyłam boleśnie o twardą podłogę. Cicho syknęłam.

Chciałam się podnieść, kiedy poczułam, że moja dłoń dotyka czegoś śliskiego. Przesunęłam się i usiadłam wygodnie na miękkim, grubym materacu. To, co trzymałam w dłoni, położyłam na kolanach.

Okazało się, że to zdjęcie. Byłam na nim pobita. Wyglądałam na zmęczoną i cholernie przygnębioną. Odwróciłam fotografię. Z tyłu było zapisane jakieś zdanie, które zostało przekreślone. Obok widniało jedno słowo: „Ofiara”.

— Zgubiłeś to, Gabrielu.

Nagle usłyszałam informację podaną we wiadomościach:

— Z ostatniej chwili: zidentyfikowano głównego podejrzanego o morderstwa i kolejne zaginięcia w dzielnicy czerwonych latarni…

Pokręciłam głową.

— Jak się dowiedzieliśmy, sprawę przejął wydział drugi pod dowództwem detektywa Alana Wieczorka. Śledztwo jest na właściwym torze.

Usiadłam na podłodze, trzymając w dłoni zdjęcie, które zrobił mi Gabriel.

— To wkurzające. Pozbyłeś się mnie, wyrzuciłeś, a mimo to twój szlachetny czyn wzrusza mnie do łez. — Położyłam się i zaczęłam gapić się na słowo: „Ofiara”. — Mój biedny Gabrielu, co się teraz z tobą stanie?

Gabriel

Gdy wszedłem do celi, zza moich pleców dobiegł łomot zatrzaskiwanych krat. Usiadłem na pryczy i wbiłem wzrok w ścianę. Kątem oka widziałem, że detektyw Alan rzucił mi krótkie spojrzenie i bez słowa ruszył w głąb korytarza. Trwałem w zupełnej ciszy.

Dopiero gdy za maleńkim oknem dostrzegłem kłębiące się chmury, kraty otworzyły się ze zgrzytem i w progu celi stanął jakiś glina. Szliśmy przed siebie długim, wąskim korytarzem. W pewnym momencie do policjanta podeszła kobieta, wręczyła mu teczkę. Po chwili funkcjonariusz otworzył drzwi, przed którymi się zatrzymaliśmy, i zaprosił mnie do środka.

Wszedłem i usiadłem na wskazanym miejscu.

— Zaczynajmy — rzekł, kładąc dokumenty na stoliku.

— Nie poczekamy na detektywa Alana Wieczorka?

— Przesłuchaniem zajmuję się ja, detektyw Hubert Musiał. — Usiadł na krześle i zaczął mi się przyglądać. — Zacznijmy. Dlaczego pojechał pan do dzielnicy czerwonych latarni dziesiątego?

— Mam tam znajomego.

— Tego? — spytał, podsuwając mi zdjęcie męża Idy Gralińskiej-Stolarz.

— Nie, nie znam go za dobrze. Spotkałem się z kimś innym.

— Na pewno go nie znasz? To mąż pani Idy, Sebastian Stolarz. — Przez krótką chwilę milczał. — Czy w czasie, kiedy była twoją kochanką, nie prosiła cię o pomoc w pozbyciu się męża?

— Nie — rzekłem, starając się ukryć lekkie podenerwowanie.

— Posłuchaj, mamy świadka, który widział stłuczkę z udziałem dwóch samochodów. Jest w stanie rozpoznać kierowcę czarnego Sedana. — Położył kilka zdjęć przede mną. — Tak się składa, że twój samochód miał naprawiany przedni zderzak i pasujesz do opisu. Widziano cię tam w dniu zniknięcia męża tej kobiety.

— To zbieg okoliczności — oznajmiłem.

— Czyli jeśli przeszukamy twój samochód, nic nie znajdziemy — stwierdził. — Nie będzie na tylnym siedzeniu czy w bagażniku krwi?

— Nie mam nic wspólnego z jego zaginięciem.

— Samochód otrzymałeś od pani Idy Gralińskiej -Stolarz. Dlaczego?

— Chwilę, dosłownie chwilę, byłem jej ochroniarzem. Mieliśmy romans, który zakończył się przed tym, jak poślubiła tego człowieka, o którym pan detektyw wspomniał. Samochód to pożegnalny prezent. Ida ma gest.

— Czemu odszedłeś?

— Wolałem spokojniejszą pracę. Obecnie dorywczo jestem kierowcą lub pracuję na budowie.

Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł detektyw Alan Wieczorek. Przez dłuższą chwilę lustrował mnie wzrokiem, po czym skinął głową w stronę prowadzącego przesłuchanie. Gdy funkcjonariusz bez słowa opuścił pomieszczenie, detektyw usiadł naprzeciwko i zaczął mówić:

— Wydaje mi się, że cię omamiła. Może udawała zakochaną lub bezbronną, abyś pomógł jej w uwolnieniu się od męża, który prowadził burdel ze swoimi popieprzonymi kolegami. Po co miała brać na siebie odpowiedzialność za śmierć tych ludzi?

Rozłożył na stole zdjęcia. Stolarza, ochroniarza Kuby, którego ciała pozbyłem się po ostatniej rozmowie z Idą, i dołka, w którym zakopałem Michała Kasprowicza.

— Ona nawet nie zareagowała na wieść, że zostałeś aresztowany. Spokojnie odpoczywa sobie w domu obecnego partnera, który jest policjantem.

Milczałem uparcie.

— Uwierz mi, odkryję prawdę — kontynuował Wieczorek. — Pomyśl o swoim życiu. Naprawdę chcesz większość, a nawet całe swoje życie spędzić w małej celi z jakimiś oprychami?

— Nic na mnie nie macie — stwierdziłem, a on się uśmiechnął. — Mogę wrócić do celi?

Rozdzwonił się telefon. Podenerwowany glina odebrał przy mnie, więc mogłem usłyszeć kilka zdań:

— Podłogi są zalane cementem, a mieszkanie zostało gruntownie wyremontowane. Nie wiem, czy znajdziemy ślady, nawet jeśli skujemy te podłogi. Na dodatek zniknął samochód.

— Gdzie jest auto?! — krzyknął detektyw Alan, gdy się rozłączył.

— Nie wiem. — Wzruszyłem ramionami.

— Kto je zabrał?!

— Nie wiem — powtórzyłem.

Przerwano nam. Do sali przesłuchań wszedł młody policjant.

— Szefie, znaleźliśmy samochód. — Zerknął na mnie, a potem skierował wzrok na detektywa. — Ta jego panienka miała wypadek tym autem.

Podniosłem głowę i spojrzałem w stronę gliniarza.

— Wpadła w poślizg i straciła kontrolę nad kierownicą. Jest w szpitalu.

— Co z nią? — spytałem od razu. — Przecież ona nie potrafi prowadzić samochodu.

— To ty, Gabrielu, kazałeś jej pozbyć się auta, ryzykując jej życiem? — zadał mi kolejne pytanie szef wydziału drugiego, ignorując to, co przed chwilą powiedziałem.

— Nie ryzykowałbym jej życiem.

— Czyli nawet nie zdawałeś sobie sprawy, że chce uratować ci tyłek? Jedźmy do szpitala — zwrócił się do policjanta.

— Nie mieszaj jej do tego. — Podniosłem się nerwowo z krzesła.

— Jedziemy — powtórzył Alan.

Otworzył na oścież drzwi. Podbiegł do nich jeszcze jeden policjant z nową informacją.

— Mam adres złomowiska, na które zostało wywiezione jego auto.

Detektyw Alan spojrzał na mnie i z impetem zatrzasnął drzwi.

Anna

Patrzył na moją twarz pooraną śladami wypadku. Zmagałam się z potężnym bólem głowy i byłam wykończona. Sześć godzin powtarzania policji, że nie wiem nic o porwaniu i morderstwach, odebrało mi resztki energii. Opadłam głowę o biurko Alana i głośno jęknęłam.

— Ile razy mam powtarzać, że przez przypadek rozbiłam samochód Gabriela.

— Przecież celowo rozbiłaś ten samochód. Kazał ci, prawda? — Wieczorek nie dawał za wygraną.

— To był wypadek! Mam wam przeliterować? — spytałam, patrząc się na towarzyszących temu upierdliwemu glinie współpracowników. — Swoją drogą, całkiem przystojnych ma pan kolegów. Cześć. — Pomachałam do nich.

— Po mojej lewej jest Zbyszek, a po prawej Hubert — przedstawił ich Wieczorek. — Jeśli któryś ci się podoba, może cię po zeznaniach zabrać na kolację. Co ty na to, Anna?

— A jeśli to ty mi się podobasz? Też o mnie zadbasz? — Uśmiechnęłam się.

— Co tu się dzieje?! — Do pokoju wszedł glina pracujący od wielu miesięcy dla dzielnicy czerwonych latarni. — Alan, co się tu, do cholery, wyprawia?!

— Mój ulubiony detektyw Artur Dąbrowski — powiedziałam na głos, a on skinął głową w moją stronę.

— Zgłoszono jej zaginięcie, a ty…

— Detektywie, pan upierdliwy glina znalazł mnie kilka dni temu i ciągle przesłuchuje, chociaż ja nic nie wiem. Rozbiłam samochód klientowi i pozbyłam się go na złomowisku. Nie mam prawka, więc myślałam, że właśnie w tej sprawie będę przesłuchiwana, a tu ponownie słyszę o morderstwach i powiązaniu z moim klientem, Gabrielem Małecki. Oni go tu trzymają.

— Spokojnie — odpowiedział Dąbrowski, po czym zwrócił się do Wieczorka: — Jak mogłeś nie powiadomić mnie o sytuacji? O znalezieniu jej i aresztowaniu podejrzanego? Chcesz awansować, prawda? Zrobisz wszystko, aby mnie wygryźć.

— To nie tak — rzekł detektyw Alan.

— Jasne. My nie możemy razem pracować. Poza tym zależy mi na losie tej dziewczyny. To mój informator z dzielnicy czerwonych latarni. Teraz nie wiemy, co się tam dzieje, bo ty ją tu przetrzymujesz. Co za debil z ciebie!

— Ona jest informatorem? — spytał glina.

— A co, nie wyglądam?

— Chodź ze mną, Anka — powiedział nasz przekupny policjant.

Detektyw Dąbrowski ruszył do wyjścia. Mrugnęłam jeszcze do kierownika zespołu drugiego, który machnięciem ręki zrzucił dokumenty z biurka.

Kiedy weszliśmy do innego pokoju, policjant Artur usiadł i sięgnął po kubek. Upił łyk czarnej kawy, pewnie tej samej, którą poczęstował mnie na naszym pierwszym spotkaniu.

— To palant! — krzyknął. — Jeśli dzieje się coś, co ma wspólnego z dzielnicą czerwonych latarni, zawsze się miesza! Na dodatek zachowuje się tak, jakby był lepszy ode mnie. Myśli, że jest jedynym sprawiedliwym gliną.

— A nie jest? Przecież to ty nam pomagasz, kryjesz nas i nawet zbierasz kasę, którą są winni nam właściciele tych małych sklepików w naszej dzielnicy.

Artur odwrócił ode mnie wzrok.

— Nadal jesteś po naszej stronie czy nie bardzo? Gorąco się robi, prawda? — zażartowałam.

— Nie denerwuj mnie, dziewczyno. Przestałem się tam pojawiać i udzielać, odkąd zaczęły się te morderstwa. — Usiadł wygodniej w fotelu. — Przez te morderstwa wstrzymali się z decyzją o budowie hotelu, a dzielnica czerwonych latarni nadal istnieje. Byłbym szaleńcem, gdybym krył twojego szefa.

— Rozumiem. Przez te wydarzenia dzielnica nadal funkcjonuje, bo szukacie sprawcy, więc na razie nie ma mowy o powstaniu hotelu.

— Dokładnie.

— Mogę ci pomóc — powiedziałam, a on popatrzył na mnie uważnie.

— Jak?

— W mojej branży wiele się słyszy.

Wyciągnęłam z kieszeni pendrive. Od razu zobaczyłam zainteresowanie na jego twarzy.

— Na tym nagraniu usłyszysz ciekawą rozmowę między ochroniarzem Kubą a znanym policji skazańcem, Andrzejem Rochem. — Mrugnęłam okiem do detektywa Artura. — To pomoże ci być numerem jeden, ale w zamian za pomoc chcę zobaczyć podejrzanego.

— Gabriela Małeckiego? — powiedział z uśmieszkiem na twarzy. — Oczywiście, możesz go zobaczyć. Tylko krótko. A teraz daj to.

Podałam mu urządzenie. Detektyw skinął głową.

— Dziękuję, Anna.

— Nie, to ja bardzo dziękuję za pomoc.


Wierciłam się na metalowym krześle, z napięciem obserwując wszystko przez szybę. Moje spojrzenie nieustannie uciekało w stronę drzwi. Byłam coraz bardziej podekscytowana i zniecierpliwiona.

W końcu zobaczyłam znajomą postać. Wlepiłam wzrok w idealną linię jego ramion.

— Naprawdę ci się podobają. — Gabriel usiadł i ciężko westchnął. — Nie powinnaś była tu przychodzić.

— Twoje ramiona kojarzą mi się z bezpieczeństwem. — Uśmiechnęłam się, a po chwili ciszy zaczęłam mówić: — Przyniosłam ci ubrania i jedzenie. Wszystko dostaniesz.

— Wypadek… — Objął wzrokiem moją twarz. — Pobili cię — stwierdził. — Boli, prawda? Przepraszam, że cię tam odesłałem.

— To nic takiego. Kilka zadrapań. Zagoi się jak zawsze. Tylko gorzej z twoim autem. Zniszczyłam je. — Położyłam dłoń na szybie. Popatrzyłam na niego, a potem na moment opuściłam głowę. — Nie gniewaj się — poprosiłam, podnosząc wzrok.

— Będę musiał żyć bez samochodu.

— Kurczę, muszę zapłacić grzywnę, bo jechałam bez prawka.

— Jak mogłaś być tak nieostrożna i głupia? Mogło ci się coś stać. — Uśmiechnął się żałośnie. Nasze oczy się spotkały. — Zapłacę grzywnę.

— Na to liczyłam — zażartowałam.

— Na razie tu zostanę, ale możesz zająć się domem, dopóki nie wrócę.

— Naprawdę? — Uśmiechnęłam się szeroko, mając w oczach łzy.

— Ania, przepraszam. — Zawahał się, a po chwili powiedział cicho: — Myślę, że chciałbym ci opowiedzieć o wszystkim.

— Wiem — rzekłam.

— Koniec wizyty!

Przed wyjściem ostatni raz na niego spojrzałam.

Kiedy opuszczałam komisariat, zobaczyłam, jak przygląda mi się Alan Wieczorek z zespołu drugiego. Z okna swojego biura patrzył też na mnie oficer policji Tymoteusz Topolski. Pomachałam do niego, co zwróciło uwagę tego upierdliwego gliny, a on, ku mojemu zaskoczeniu, mi odmachał. Przez ułamek sekundy poczułam lekki strach.

Rozdział 8

Anna

Usłyszałam hałas, przechodząc obok pokoju. Zatrzymałam się i podeszłam, aby przycisnąć ucho do drzwi. Dobiegł mnie przeraźliwy krzyk, a potem szloch. Głośny brzęk rozbitego szkła sprawił, że odruchowo złapałam za klamkę.

Otworzyłam drzwi na oścież i moim oczom ukazał się okropny widok. Jeden ochroniarz krępował nadgarstki młodego przy zagłówku łóżka, a drugi próbował go wykorzystać. Nie wytrzymałam. Chwyciłam wazon i cisnęłam nim w ich stronę. Czerwone róże rozsypały się po pościeli, a woda spłynęła po wielkim łbie mężczyzny, który w pośpiechu usiłował wciągnąć spodnie na swoje pryszczate pośladki.

— Co, kurwa! — Odwrócił się gwałtownie i wbił we mnie wzrok. Wyglądał jak rozjuszone dzikie zwierzę. — Ty suko! Zapłacisz mi za to. Co, chcesz się przyłączyć?!

— Chętnie — burknęłam.

Ochroniarz ruszył w moją stronę. Kiedy wyciągnął po mnie swoje wielkie dłonie, wymierzyłam mu silny cios w krocze. Mężczyzna zgiął się wpół, łapiąc za bolące miejsce. W tym samym momencie drugi z nich wstał z łóżka i ruszył w moim kierunku.

Chwyciłam krzesło i rzuciłam nim w napastnika. Uchylił się, błyskawicznie mnie dopadł, po czym zacisnął ręce na mojej krtani. Uniósł mnie w górę tak, że moje stopy straciły kontakt z podłogą.

— Przestańcie! Proszę. — Usłyszałam rozpaczliwy krzyk Dominika szamoczącego się na łóżku.

Z moich oczu popłynęły łzy, a z ust pociekła ślina. Nie zamierzałam się szarpać, żeby nie przyspieszyć tego, co mogło mnie za chwilę spotkać. Starałam się opanować. Powinnam być spokojna.

Uśmiechnęłam się do ochroniarza, który jeszcze mocniej zacisnął dłonie na mojej szyi. Powietrze powoli przestało muskać mi wewnętrzne ścianki krtani. Zamknęłam oczy, a łzy obficie spłynęły po moich policzkach.

Nagle usłyszałam hałas. Zanim zdążyłam zareagować, opadłam na podłogę. Zaczęłam gwałtownie łapać oddech i kaszleć. Kiedy wreszcie otworzyłam oczy, tuż obok siebie zobaczyłam Michała Kasprowicza.

— Daniel, zabierzcie tych dwóch śmieci — powiedział, wskazując ręką na podnoszących się ochroniarzy dyrektora.

— Co z nimi robimy, szefie? — spytał mężczyzna z tatuażem na szyi.

— Sprzątnąć ich.

— Chłopaki, bierzcie ich — rzucił Daniel.

Dwaj mężczyźni stojący za nimi zabrali napastników. Zostałam sama z Dominikiem i Michałem, z którym przez krótką chwilę wymienialiśmy tylko znaczące spojrzenia.

Podbiegłam do łóżka, na którym płakał Dominik. Gdy go rozwiązałam, od razu rzucił mi się na szyję. Objęłam go bardzo mocno.

— Już dobrze. Nic ci nie zrobili? — spytałam.

— Nie — wykrztusił przez łzy. — Nie chciałem iść z jakimś eleganckim mężczyzną. Uderzyłem go, a ten mi oddał i… Nie umiem… Nie chcę…

— Uspokój się, Dominik. — Poklepałam go po plecach. — Chodźmy stąd.

Złapałam go pod ramię i okryłam kocem jego nagie ciało. Opuścił głowę. Wpatrywał się w swoje drżące dłonie, potem mocno przytrzymał opadający koc. Spojrzałam na Michała, a chłopak w tym momencie się potknął. Na szczęście ochroniarz, który ponownie pojawił się w pomieszczeniu, zdążył go złapać.

— Daniel, pomóż jej zaprowadzić go do pokoju — powiedział Michał.

— Dobrze.

Chwycił chłopaka pod rękę, ale widząc jego wątłe ciało, zmienił zdanie. Wziął go na ręce i wyniósł.

— Kiedy wróciłeś? — spytałam.

— Jak zwykle nie zauważasz mnie nawet, kiedy jestem w pobliżu.

Wzruszyłam ramionami i zakaszlałam.

— Trzymaj. — Michał podał mi chusteczkę. — Kilka dni musiałem być w szpitalu. Próbowano mnie zabić, kiedy tam leżałem.

Zabrałam chustkę i przyłożyłam ją do ust. Spojrzałam na niego, ale Michał odwrócił wzrok.

— Wojciechowski chce porozumieć się ze mną oraz z tą suką i jej nowym kochasiem, policjantem — dodał.

— Tymoteuszem Topolskim — powiedziałam.

— Muszę im przypomnieć, dzięki komu dzielnica czerwonych latarni istnieje — oświadczył, a ja skinęłam głową.

Ruszyłam do wyjścia.

— A ty dokąd?

— Zobaczę, co z Dominkiem, i idę do domu.

— Może zostałabyś. — Emanowała od niego pewność siebie. — Czemu tak mi się przyglądasz?

— Jak się czujesz?

— Kiedy czekałem w tej, na szczęście, płytkiej dziurze na ratunek, zaczął padać rzęsisty deszcz. Zachłysnąłem się ziemią, a moje serce przestało na krótką chwilę bić. — Uśmiechnął się, zaciskając mocno szczęki. — Jestem jeszcze słaby. Jednak nie mogłem czekać bezczynnie w szpitalu. Musiałem wrócić. — Przetarł twarz dłonią, którą po chwili zacisnął w pięść. — Moja nieobecność pewnie cię cieszyła.

— Sama nie wiem.

Niespodziewanie pojawił się jeden z ochroniarzy Michała.

— Michał! — Stanął naprzeciw niego i spojrzał na mnie kątem oka. — Dyrektor jest w restauracji. Spotkał się z partnerem Idy.

Podał mu jakąś kartkę. Michał popatrzył na jej treść.

— Co robimy, szefie?

— Jedziemy tam. — Spojrzał na mnie. — Zaopiekuj się chłopakiem. Nie musisz się niczego obawiać. Moi znajomi z tobą zostaną, Marcin i Jarek. To zaufani ludzie.

Michał zmierzył wzrokiem stojących za mną dwóch osiłków. W końcu też na nich zwróciłam uwagę.

— Jak wrócę, chcę z tobą porozmawiać — dodał i wyszedł, nie czekając na moją odpowiedź.


Przesunęłam dłonią po obolałej szyi, próbując rozmasować napięcie. Czułam jednak, że dyskomfort nie mija. Zmrużyłam oczy i głośno westchnęłam.

— To moja wina. Mogli cię skrzywdzić — powiedział cicho Dominik.

— Nie przejmuj się mną. Tyle razy obrywałam, że jestem przyzwyczajona do bólu.

Dominik spojrzał na mnie, a ja się do niego uśmiechnęłam. Do jedynego przyjaciela, którego miałam w tym miejscu.

— A ty jak się czujesz? — spytałam.

— Jestem nadal przerażony.

— Nigdy się już nic takiego nie powtórzy.

— Myślisz, że Michał kazał ich zabić? Widziałem wściekłość w jego oczach, gdy patrzył na twoje cierpienie. — Przysunął się i wtulił we mnie jak małe dziecko. — On cię lubi.

— On? — Zamyśliłam się, ale szybko pokręciłam głową. — Już dawno powinnam stąd odejść. Niestety wciąż jestem w tym miejscu i czasem zastanawiam się, dlaczego to mnie spotkało. — Westchnęłam. — Jak ty sobie radzisz, przyjacielu?

— Boli mnie nie tylko ciało, ale i dusza. I chce mi się płakać.

— Nie okazuj słabości. Musisz być silny. — Pogłaskałam go po głowie.

— Postaram się — rzekł, przytulając się jeszcze bardziej.

Trzymałam Dominika w ramionach, opierając brodę o czubek jego głowy.

— Dziękuję, że jesteś zawsze przy mnie — powiedział. — Czuję się przy tobie bezpiecznie. Jesteś dla mnie jak starsza, mądrzejsza i nadopiekuńcza siostra. A ty masz kogoś poza tym miejscem?

— Nie.

Dominik odsunął się i tym razem położył głowę na moich kolanach. Zaczęłam go głaskać. Wsuwałam dłonie w jego włosy. Owijałam sobie wkoło palca kręcone pasma.

— Miałem wspaniałe dzieciństwo i kochających rodziców. Tata zawsze odprowadzał mnie do przedszkola i wciskał mi do kieszeni spodni ulubionego cukierka. Kiedy wracaliśmy, już na klatce schodowej było czuć zapach przygotowywanego przez mamę obiadu. — Zamknął oczy i otarł drżącą dłonią łzę spływającą po policzku. — Pewnego wieczoru tata nie wrócił. Mama szalała ze zmartwienia, a ja siedziałem w oknie i na niego czekałem. — Przełknął ślinę. — Pamiętam policjanta stojącego w drzwiach, krzyk matki i łzy płynące spod jej powiek jak rzęsisty deszcz. Nieznany sprawca potrącił ojca, kiedy ten przechodził na pasach.

Dominik zamilkł na moment. Nabrał powietrza, przytrzymał je przez chwilę w płucach, a potem powoli wypuścił.

— Minęła wiosna, lato, jesień, zima, a potem kolejna wiosna — mówił dalej. — Następna pora roku przyszła szybko. To było przyjemne lato. Zapamiętałem z niego postawnego mężczyznę, który w jednej dłoni trzymał piłkę, a drugą ściskał rękę szczupłego blondyna o niebieskich oczach.

Dostrzegłam grymas na twarzy Dominika.

— Nie wiem, czy mama się zakochała, czy po prostu potrzebowała męskiego oparcia, którego ja, mały dzieciak, nie mogłem jej dać, by zagłuszyć ból po stracie taty. Przede wszystkim nie potrafiłem jej w niczym pomóc. Byłem tylko dzieckiem, a jednak wciąż się obwiniam, że nie dałem jej większego wsparcia, a jedynie ryczałem w kącie.

Pogłaskałam go po włosach.

— Ja odnalazłem spokój dopiero przy nim. Przy moim starszym bracie, który przytulał mnie często w nocy, gdy płakałem do poduszki. To on podarował mi misia, z którym tu przyszedłem.

Spojrzał w kąt pokoju. Stał tam biały pluszak z niebieską kokardą. Na jego lewym uszku znajdowało się poszarpane niebieskie serduszko.

— Dzieciak był synem tego mężczyzny, tak? — spytałam.

— Tak. Niestety pokochałem go aż za bardzo. — odpowiedział, pospiesznie podrywając się z moich kolan. — Jednak to, że staliśmy się sobie bliscy, nie spodobało się ojczymowi. Kiedy otrzymał propozycję pracy za granicą, za aprobatą mamy przyjął ją i wtedy wszystko się zmieniło. Mama spodziewała się jego dziecka, więc oni wyjechali, a ja zostałem u ciotki, mamy siostry. — Ścisnął mocno moją dłoń. — Mama zmarła przy porodzie. Ojczym potem okazał się hazardzistą i popadł w alkohol. To do mnie przychodzili, abym spłacał jego długi. Brat mi pomagał, ale w końcu ojczym przyprowadził mnie tutaj.

Dominik nerwowo przecierał twarz, walcząc z narastającym płaczem. Gdy emocje wzięły górę i chłopiec zaszlochał, instynktownie przytuliłam go, próbując ukoić ten ból.

— Widziałem, jak bierze pieniądze od Sebastiana Stolarza. Niedługo potem zostałem zamknięty w tym pokoju. Kurczowo ściskałem walizkę i pluszowego misia. Tego samego, którego ojczym próbował mi wyszarpać, zanim porzucił mnie w dzielnicy czerwonych latarni.

Odsunął się. Spojrzałam na jego przystojną twarz i się uśmiechnęłam, lecz odpowiedział mi tylko przygnębionym, bladym grymasem.

— Nie zadręczaj się już. Odpocznij. Ja muszę wyjść dosłownie na chwilę. Jak wyjdę, zamknij drzwi, dobrze?

— OK. Ania, a co z tym miejscem i nami, jeśli oni to wszystko sprzedadzą?

— Nie wiem, Dominik — powiedziałam szczerze, a on znów popatrzył w stronę maskotki. — Prześpij się.

Wyszłam i zobaczyłam pod ścianą ochroniarzy Michała. Jeden z nich podszedł i zmierzył mnie wzrokiem od stóp po czubek głowy.

— Potrzebujesz czegoś? — spytał. — Ja jestem Janek, a tamten gapiący się w telefon to Marcin.

Spojrzałam na drugiego mężczyznę, który na dłoni miał wytatuowaną pajęczynę. Wyglądał na oprycha, przy którym ten pierwszy wydawał się wręcz łagodny. Janek od razu wzbudzał zaufanie. Był wysoki, dobrze zbudowany i miał sympatyczną twarz.

— Michał już wrócił? — spytałam.

— Tak. Chcesz do niego pójść?

— Tak.

— Dobrze. Marcin, zostań z młodym.

Janek ruszył pierwszy, ja byłam tuż za nim. Kiedy doszliśmy do drzwi, mężczyzna otworzył mi je, sympatycznie się przy tym uśmiechając. Weszłam do środka. Michał leżał na kanapie z zamkniętymi oczami i z zaciśniętymi szczękami. Oddychał niespokojnie. W dłoni trzymał telefon komórkowy.

— Zastanawiam się, co dalej. Czy możemy w ogóle coś zrobić, skoro gliny patrzą nam na ręce?

Michał rozchylił usta i wciągnął głęboko tlen w płuca. Mocno się zaciągnął. Patrzyłam, jak wstrzymał oddech, po czym powoli wypuścił powietrze.

— Chcesz wiedzieć, co się naprawdę dzieje? — spytał, otwierając oczy. — Może się to wydawać skomplikowane, ale tak naprawdę jest banalnie proste.

— Mów.

— Mój przyjaciel, Sebastian, i ja trochę jak naiwniacy założyliśmy miejsce, w którym wszyscy mieli się dobrze bawić. Ta dzielnica była opuszczona i zaniedbana, a ludzie dosłownie walczyli tu o przetrwanie. My to zmieniliśmy. Powstały małe knajpki, w których można było coś zjeść za grosze. Dzielnica czerwonych latarni w kilka miesięcy odżyła. — Urwał i podszedł do okna. — Niestety, byliśmy tylko biednymi dzieciakami ulicy i szybko się okazało, że potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Sebastian poprosił o wsparcie człowieka, który potem nas oszukał z uśmiechem na gębie. Tycjan Wojciechowski zrobił z nas swoich ludzi, tak więc szefami byliśmy już tylko z nazwy. No, może Sebastian zdołał coś jeszcze dla siebie wyszarpać.

Popatrzył przed siebie. Podeszłam i stanęłam obok, wpatrując się w ten sam punkt. Latarnie paliły się na czerwono.

— Tycjan zamienił to miejsce w dochodowy biznes — rzekł, rozglądając się po pomieszczeniu. — Coraz bardziej nielegalny. Przyprowadzano piękne i coraz młodsze dziewczyny, które same chciały zarabiać na życie… Chociaż najczęściej to rodzice, rodzeństwo czy chłopak byli nam coś dłużni. Dostarczano nam te bezbronne, ślepo zapatrzone w nich kobiety, które myślały, że odejdą, gdy tylko zwrócą pieniądze. — Spojrzał na mnie. — Mieliśmy w planach hazard z bonusem. To nie miało tak wyglądać. Pamiętam, kiedy wszystko się zmieniło. Tycjan i Sebastian któregoś wieczoru dostali propozycję od pewnego mężczyzny. Nie mając już pieniędzy ani biżuterii, zaproponował im swoją narzeczoną.

Skupił na mnie całą uwagę. Jego wzrok przeszywał mnie na wskroś.

— Nigdy na żadną nie zwróciłem uwagi, dopóki nie zobaczyłem tej ślicznej nastolatki o jasnych włosach i niebieskim spojrzeniu, na której twarzy malował się niepewny uśmiech. — Odwrócił pospiesznie wzrok. — Twój ojciec popadł w ogromne długi. Z czasem pozostało mu tylko jedno wyjście, oddać córkę. Przez moment staruszek się wahał, a potem powiesił się i w końcu twoja matka wepchnęła cię w nasze łapska. Myślałem, że cię uratuję, jednak moja rodzina też była zagrożona. Ale to nieważne. — Znów na mnie spojrzał. — Sebastian odkrył, że dyrektor chce to miejsce sprzedać, co dla niego znaczyło koniec dobrego życia i trzymania w garści ludzi z wyższych sfer. Ci ludzie nasłali na nas policję. Każdy wie, że tu prócz domu uciech można handlować wszystkim, od narkotyków po broń. W tym miejscu zarabia się na wszystkim, bo tu wszystko jest na sprzedaż. Zresztą wiesz o tym, prawda?

— Tak — odpowiedziałam. — Chcą zniszczyć to miejsce. Rozumiem, że opłaca się to tym, którzy w tym siedzą, a jednak wszystko idzie opornie. Kto stoi na przeszkodzie?

— Zawsze wiedziałem, że jesteś bystra.

Oparłam się o biurko, zwróciłam twarzą w stronę okna i popatrzyłam w niebo, które z minuty na minutę ciemniało. Kątem oka widziałam, jak Michał wpatruje się we mnie.

— Sebastian nie chciał rezygnować z dzielnicy czerwonych latarni. Zbyt dobrze nam się powodziło. Nie zamierzał znów być niczyim pionkiem, a na to by wyszło. Wszyscy byśmy się nimi stali. — Mężczyzna pokręcił głową. — Ludzie u władzy zwrócili się do swoich marionetek w policji. W ten sposób zyskaliśmy nowego wroga: oficera Tymoteusza Topolskiego. To on pociąga za sznurki, a co kluczowe, od początku mógł liczyć na tę sukę. Ida postanowiła kupić sobie wolność, zdradzając nas. — Nagle głośno się roześmiał. — Prostytutka, która pragnie wolności, bywa niebezpieczna, prawda?

— Nie wiem.

— Oficer policji, mając kilka informacji od Idy, mógł nie raz zaskoczyć mnie, Sebastiana oraz Tycjana. Doszło do nieudanych transakcji, uwolnienia kilku kobiet i złapania płotek handlujących narkotykami. To sprawiło, że miasto zaczęło go uwielbiać. Ogłoszono go zbawicielem, który zniszczy ten przybytek plugastwa.

Wstał. Stanął naprzeciw mnie, po czym pochylił się i położył rękę na moim ramieniu.

— Dzielnica czerwonych latarni ma zostać zniszczona, a na jej miejscu powstanie hotel. — Uśmiechnął się pod nosem. — Jednak Sebastian Stolarz odkrył, że hotel ma być tylko przykrywką. Pod nim ma powstać miejsce rozpusty dla bogatych i wpływowych. Byłoby czyste od ludzi z ulicy, biedaków przychodzących po pożyczki i oddających wszystko, co mają, wraz ze swoimi nastoletnimi dziećmi, od narkomanów na głodzie i…

— Rozumiem. To ma być ekskluzywne miejsce. — Popatrzyłam na jego unoszącą się klatkę piersiową. Nasze spojrzenia po chwili się spotkały. — Muszą się was pozbyć, aby zrobić wszystko po swojemu. A Ida zaoferowała pomoc. Naiwniacy nie spodziewają się, że ona ma swój plan.

— Też tak uważam.

— Zaufany człowiek Sebastiana miał się pozbyć Idy, ale obróciło się to przeciw niemu.

— Mówisz o Andrzeju — stwierdziłam.

— Tak. Podstępnie nastawiła ich przeciwko sobie. To Andrzej zabił Sebastiana Stolarza, a ten koleś, jej kochanek, posprzątał po nim.

— Jesteś pewny? — spytałam trochę zaskoczona.

— Tak.

— Masz kopię nagrania, które oddałaś Arturowi Dopierale, do niedawna naszemu kretowi? Teraz nie wiem, czy będzie nadal chciał współdziałać z nami… ze mną.

Zauważyłam, że znów nie odrywa ode mnie wzroku.

— Arturowi dałaś nagranie, na którym Andrzej i Kuba mówią o pozbyciu się Sebastiana. Ida przekupiła Kubę i omotała Andrzeja, skusiła go tym, że ukryje go przed całym światem i ochroni przed policją. Sprytnie wymyśliła, że Sebastian chce zrzucić na niego winę za nieistotne wydarzenia w dzielnicy, jakieś morderstwa. Andrzej jako były skazaniec za morderstwo ponownie poszedłby siedzieć, więc Sebastian miał go w garści. Nigdy nie wydałby tego psychopaty. A Ida wmówiła Andrzejowi, że Sebastian go odda w ręce policji. — Odwrócił się ode mnie. — Kuba i Andrzej zwabili go, a potem na zlecenie Idy zabili Sebastiana Stolarza.

Michał nagle skierował się z powrotem w moją stronę i położył głowę na moim ramieniu.

— Gabriel tylko sprząta. Działa zgodnie z jej potrzebami i chorą fantazją. On i Tymoteusz to kolejne pionki. Ida ich wykorzystuje. Choć co do policjanta nie mam pewności. Może uczyni go wielkim, a on w zamian zrobi z niej… — Zawahał się. — Ida chce władzy. Wiem, że planują zabić Tycjana i przejąć to miejsce. Powstanie tu hotel, a pod nim idealne miejsce do zarabiania dużych pieniędzy. Myślę, że ci wpływowi ludzie wpadną w ich sidła.

— Tacy wpływowi ludzie mają bezwstydne sekrety i aby ukryć to, co trzeba, sprzedadzą duszę diabłu — stwierdziłam.

Michał się wyprostował.

— Dokładnie. Zawsze wiedziałem, że nie można ufać komuś takiemu jak ona. Nie to, co tobie. — Westchnął. — Ty tylko chcesz wolności, a ona władzy i śmierci tych, którzy stoją jej na drodze.

Popatrzył w bok, na kominek, gdzie znajdowała się fotografia. Dwójka przyjaciół stała na łódce. Trzymali w rękach grubą rybę.

— Chciała wykorzystać Sebastiana. Jednak nie domyślała się, jak bardzo on jest nie do okrzesania.

— Michał, dlaczego mi to wszystko mówisz?

— Potrzebuję cię. — Na jego twarzy malowało się zmęczenie.

— Wydaje mi się, że oficer policji, Tymoteusz Topolski, jest niebezpieczny — powiedziałam, a on odchylił głowę lekko do tyłu. — Co teraz się wydarzy?

— Policja aresztuje Andrzeja za zabójstwo Sebastiana Stolarza. Będą wypytywać o wszystko, również o nasze porwanie.

— Muszę zadzwonić.

— Dobrze.

— Nie stąd. Mogę wyjść, prawda?

— Tak, jednak wolałbym, abyś wyszła z jednym z ochroniarzy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 68.97