E-book
7.88
drukowana A5
54.94
Głód

Bezpłatny fragment - Głód

Kod Twórców tom. 5


Objętość:
321 str.
ISBN:
978-83-8467-913-5
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 54.94

Rozdział 1. Świt drapieżników

Pięć lat po Wielkiej Bitwie o Ziemię

Planeta Lechia, układ Syriusza, sektor administracyjny „Piast-3”

W układzie Syriusza, ponad osiem i pół roku świetlnego od Układu Słonecznego, krążyła Lechia — najważniejsza planeta nowego porządku, centrum administracji, dowództwo sił obronnych i polityczne serce rozrastającego się imperium. Na mapach wyglądała jak zwycięstwo. Z powierzchni znacznie częściej przypominała człowiekowi, że zwycięstwa też potrafią mieć zęby.

Jej niebo było inne niż ziemskie: ostrzejsze, jaśniejsze, cięższe od wilgoci. Sama planeta, większa od Ziemi i obdarzona silniejszym ciążeniem, bezlitośnie przypominała człowiekowi o własnej masie. Po kilkuset metrach marszu łydki twardniały jak kamień, oddech robił się krótki, a serce waliło mocniej, choć człowiek tylko szedł. Dzieci urodzone tutaj nie znały innego świata; ich kości, mięśnie i płuca rosły razem z tym naciskiem. Na planecie nie było od tego odpoczynku.

Pot nie odparowywał, tylko spływał wzdłuż kręgosłupa i zbierał się pod ubraniem, a powietrze miało smak ciepłej wody z metaliczną nutą pyłków miejscowych roślin.

Hania siedziała na omszałym, tytanowym elemencie dawnego ogrodzenia bazy. Konstrukcja „Piast-1” pięć lat temu wyznaczała krawędź bezpiecznego świata; teraz wyglądała jak kość pozostawiona w paszczy dżungli. Purpurowe pnącza weszły w szczeliny pancerza, grube liście ocierały się o tytan wilgotnymi spodami, zostawiając lepką, pachnącą pieprzem wydzielinę, a drobne czarne owady tłukły się o metal. Co kilka chwil któryś siadał Hani na karku i próbował wcisnąć aparat gębowy w skórę.

Piętnastolatka strząsała je bez złości. Oddychała spokojnie, choć na Lechii nawet spokojny oddech był pracą. Jej uda i łydki miały twardość, której na Ziemi oczekiwano od sportowców; tutaj była zwyczajnym skutkiem dorastania. Gdy czasem oglądała nagrania ziemskich dzieci biegnących po trawie, drażniła ją ich lekkość. Skakały, jakby ciało nic nie ważyło. Dla Hani taki ruch wyglądał niemal nieprzyzwoicie.

Z gęstwiny purpurowych liści wyłonił się bezgłośnie strach całej kolonii. Najpierw pojawiły się dwa żółtawe ślepia, potem masywny łeb i sześć umięśnionych łap, które nie zapadały się w mokrej glebie mimo ciężaru zwierzęcia. Matowozielone łuski przechodziły na grzbiecie w czerń, poznaczoną bliznami. Stworzenie przypominało odległe, koszmarne skrzyżowanie tygrysa z jaszczurką, lecz porównania do ziemskich zwierząt szybko traciły sens, gdy patrzyło się na jego paszczę.

Bestia rozchyliła szczęki. Między rzędami grubych, lekko zakrzywionych zębów wisiały nitki śliny, a z gardła wyszedł pomruk tak niski, że Hania poczuła go pod mostkiem. Uderzył w tytan i wrócił przez jej kości. Oddech drapieżnika śmierdział surowym mięsem. Zwierzę, przed którym dorośli zamykali śluzy i ładowali działka automatyczne, podeszło do niej na dwa kroki.

Hania zostawiła dłoń w miejscu. Za pierwszym razem bała się go tak, że drętwiały jej palce; za drugim niewiele mniej. Później strach pozostał, ale nauczyła się odróżniać ten, który ostrzega, od tego, który robi z człowieka idiotę.

Na otwartej dłoni położyła ostatni lekko rozgnieciony mleczny cukierek z Ziemi — zwykłą krówkę, miękką od lechijskiego ciepła. Papier przykleił się do karmelu. Hania znała ten mleczny zapach z kuchni dziadków.

Dostała ją trzy miesiące wcześniej od dziadka Henryka razem z krótką wiadomością nagraną w podziemnym centrum Piast-3. W tle buczały wojskowe serwery, ktoś domagał się korekty bram, ktoś inny przeklinał zamknięcie cywilnych korytarzy. Generał Skrzypczak mówił cicho, z tą chrypką, która pojawiała się u niego po kilku dobach bez snu. Mimo wszystko pamiętał, że wnuczka lubi krówki bardziej niż wszystkie syntetyczne batony kolonialnych drukarek.

— Nie jedz wszystkich naraz, Haniu — powiedział wtedy.

Oczywiście zjadła prawie wszystkie. Została ta jedna.

— To już ostatni, wiesz? — szepnęła. Głos zabrzmiał jej głupio miękko przy tej paszczy. — Naprawdę ostatni. Dziadek więcej nie przysłał.

Bestia odpowiedziała cichym, wibrującym mruknięciem. Mięsiste liście paproci zadrżały. Zwierzę pochyliło łeb i zebrało słodycz z jej dłoni długim, szorstkim językiem. Skóra na palcach Hani zapiekła od chropowatego dotyku, lecz nie zabrała ręki. Drapieżnik zmiażdżył krówkę między zębami, po czym na moment przymknął ślepia. Ten absurdalny gest był ich tajemnicą — król dżungli i dziewczyna z kolonii spotykali się przez smak czegoś, co nie należało do tego świata.

Hania oblizała odruchowo kciuk, na którym został ślad karmelu. Słodycz była już prawie niewyczuwalna, ale wystarczyła, by wróciło wspomnienie ziemskiego mieszkania dziadków: chłodnej kuchni, szelestu papierków w szufladzie i zapachu kawy. Na Lechii pamięć o domu najczęściej przychodziła przez nos albo język. Obrazy blakły szybciej.

Lechia nie umiała odtworzyć tego smaku. Jej rolnictwo było wydajne, brutalne i wyspecjalizowane: kukurydza wysokobiałkowa, trzcina cukrowa, włókniste owoce o cierpkim miąższu, pastewne glony. Ziemia dawała sery, czekoladę, owoce o setkach zapachów, pieczywo, które pachniało jeszcze na klatce schodowej. Tutaj wszystko najpierw pytano o kalorie. Karczowanie nowych pól szło powoli; każdy hektar trzeba było wyciąć, wypalić, zatruć solanką, ogrodzić i następnego dnia sprawdzić, czy nocą korzenie nie zaczęły odbierać go ludziom. Taki porządek utrzymywała wyłącznie dyscyplina.

Dostawy luksusowych towarów ze starego świata stawały się rzadsze i mniej przewidywalne. Ziemia była teraz odległym producentem rzeczy, których nie wpisywano do rubryki „przetrwanie”: prawdziwej kawy, przypraw, słodyczy, kosmetyków, książek drukowanych na papierze, drobnych prezentów bez strategicznego znaczenia. Lechia zarządzała gwiezdnym państwem, lecz zwykli mieszkańcy coraz częściej czuli się jak ludzie zamknięci w zielonym magazynie pełnym zasobów, których nie potrafili bezpiecznie użyć.

Hania wiedziała o tym więcej, niż dorośli chcieli. Wnuczka generała za często zasypiała w pokojach obok sal narad, za często słyszała urwane rozmowy przez niedomknięte śluzy i widziała twarze ludzi, którzy milknęli, gdy wchodziła. Wiedziała, że Morana ma żywność, Silesia stal i elektronikę, Zoria odzież, Wales lekarstwa, Perun broń i okręty. Rozumiała też coś, czego nie chciała rozumieć piętnastolatka: wszystkie te światy były samowystarczalne tylko w przemówieniach. W rzeczywistości trzymały się za gardła siecią bram.

A ostatnio bramy otwierały się coraz rzadziej. Wilgotne powietrze przeciął niski, potężny pomruk, a wysoko nad chmurami zaryczały generatory pola grawitacyjnego.

Bestia natychmiast cofnęła się pod liście. Źrenice zwęziły się do czarnych szpar. Drapieżnik rozumiał dźwięki kolonii lepiej, niż chcieli przyznać biologowie: odróżniał lekki transport, odgłos maszyn rolniczych i pracę generatorów ciężkiego sprzętu. Tym razem napiął wszystkie sześć łap i pokazał zęby. Drapieżnik skupił wzrok na zniżającej się kabinie.

Hania westchnęła, wstała i ruszyła w stronę platformy w centralnej bazie „Piast-3”. Gigantyczna kabina windy kosmicznej zaczęła schodzić z nieba.

Na ten dzień Hania czekała od tygodni. Przez cały ranek udawała przed matką, że dostawa jej nie obchodzi. Jadła bez apetytu kleistą owsiankę z miejscowego ziarna, odpowiadała półsłówkami i ani razu nie zapytała o paczki rodzinne. Matka też omijała temat. Na Lechii dorośli nauczyli się omijać obietnice, których mogły nie dowieźć bramy. Nadzieja była przez to bardziej wstydliwa, ale nie słabsza.

Im bliżej była lądowiska, tym mocniej ściskał ją żal. Dostaw z Ziemi było coraz mniej. W kolonii szeptano o tym z narastającym strachem. Bramy transportowe kaprysiły. Czasami odmawiały otwarcia na całe dnie. Oficjalnie naukowcy zwalali winę na błędy algorytmów, anomalie oprogramowania i złe koordynaty przesyłane z centrali.

Na korytarzach bazy dorośli mówili jednak coś zupełnie innego.

Dwa tygodnie wcześniej frachtowiec z zaopatrzeniem zniknął w korytarzu przesyłowym. Odnalazł się trzy układy dalej, pusty w sposób, którego nikt nie potrafił wyjaśnić. Ładownie były zamknięte, plomby całe, a mimo to nie było w nich części towaru. Załoga siedziała w fotelach i reagowała na dotyk, lecz prawie nie mówiła. Jeden marynarz wymiotował za każdym razem, gdy ktoś pokazywał mu zapis bramy. Hania usłyszała tylko jedno zdanie oficera dziadka, zanim pancerne drzwi sali narad zamknęły się z hydraulicznym sykiem.

— To nie jest awaria. To wygląda jak wybór.

Od tamtej pory myślała o tym zdaniu częściej, niż chciała.

Coś zaczynało dławić bezpieczne dotąd szlaki handlowe. Kiedy pancerne śluzy windy rozsunęły się z sykiem, uderzył w Hanię podmuch chłodniejszego powietrza z wnętrza kabiny, przesiąknięty zapachem smaru. Po karku przeszedł jej dreszcz, choć pot nadal spływał pod koszulką.

Zamiast kontenerów z odzieżą, lekami, kawą, częściami do drukarek żywności i upragnionymi słodyczami z platformy wyjechały wozy bojowe.

„Borsuki”.

„Borsuki” różniły się od pojazdów stacjonujących dotąd na Lechii. Pokrywał je nowy, czarny i całkowicie matowy pancerz, na którym światło dżungli nie zostawiało prawie żadnego refleksu. Z rampy zjeżdżały ciężko, miażdżąc naniesione przez wiatr liście. Wieże obracały się wolno, nie jak maszyny na paradzie, lecz jak głowy zwierząt wpuszczonych do obcego lasu.

Wyglądały złowrogo: jedenaście, dwanaście, trzynaście — cała kolumna pancerna.

Za nimi wyszli żołnierze w ciężkich egzoszkieletach. Po kilku krokach ich przewaga z Ziemi zaczęła znikać. Siłowniki syczały, filtry masek łapały wilgoć, a ludzie poruszali się odrobinę za późno, jakby planeta dociskała ich do podłoża dłonią. Twarze pod przyłbicami czerwieniały z wysiłku. Jeden żołnierz przystanął, żeby złapać oddech, po czym natychmiast ruszył dalej, zawstydzony własną słabością. Byli elitą armii, ale Lechia w kilka minut sprowadzała ich z powrotem do mięsa i kości.

Jeden z żołnierzy spojrzał w jej stronę. Był młody, może niewiele starszy od ludzi, których Hania widywała na kursach technicznych. Pod hełmem miał spoconą twarz i zaczerwienione oczy. Na moment przestała widzieć „wojsko”, a zobaczyła człowieka wysłanego na planetę, gdzie nawet chodzenie potrafiło go upokorzyć. Tutaj elita wyglądała chwilami jak kaleki.

Mimo upału od razu zaczęli zabezpieczać perymetr. Magazynki stuknęły o broń, zamki sprawdzono po dwa razy, sensory rozwinęły wachlarze w stronę dżungli. Z głośników rampy popłynęły numery sekcji, ostrzeżenia o faunie i zakazy dla cywilów. Hania słuchała, zaciskając pięści. W żadnym komunikacie nie padło słowo „jedzenie”. Nikt nie powiedział dzieciom, dlaczego miejsce paczek, leków i rzeczy pachnących Ziemią zajęły wozy z amunicją.

Bramy nie chcą przepuszczać jedzenia, a oni jeszcze wciskają nimi wojsko — pomyślała. Wiedziała, że to dziecięco proste i przez to niesprawiedliwe. Żołnierze też musieli czymś przylecieć; jeśli nadchodziło coś gorszego, ktoś musiał ich bronić. Mimo to złość została. Głód rzadko bywał sprawiedliwy.

Transporty wojskowe zajmowały cenne miejsce w pętlach przesyłowych i wypierały wszystko, co czyniło życie znośnym. Jeśli algorytmy logistyczne nadal będą się psuć, a wojsko zamknie resztki cywilnych lotów, Lechia zostanie odcięta nie tylko od Ziemi, lecz od drobnych dowodów, że nadal do niej należy: od smaku masła, świeżych książek, prawdziwej czekolady, leków dla ludzi z nietypowymi chorobami i głosu dziadka nagranego w pośpiechu między dwoma alarmami.

Od dziadka, który przysyłał krówki i mówił, że wszystko jest pod kontrolą, choć jego oczy na nagraniach stawały się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej zapadnięte.

W gęstwinie za jej plecami sześcionoga bestia warknęła cicho.

Hania nie odwróciła się. Znała ten ton i wiedziała, że zwierzę wyczuło jej napięcie.

Hania spojrzała w ołowiane niebo. Gdzieś ponad chmurami, windą i orbitą dorośli prowadzili wojnę, której nie potrafili jeszcze nazwać. Mówili o algorytmach, synchronizacji, bramach i błędach systemu, który czasem gubił statki, czasem towary, a czasem ludzi. Brzmiało to czysto i technicznie. Na dole w osiedlowym magazynie stały puste półki, a w stołówce zupa była coraz bardziej wodnista.

Hania przestała wierzyć, że chodzi wyłącznie o błędne linijki kodu. Nie wiedziała tylko, kto albo co decydowało o kolejnych przerwach w transporcie.

Rozdział 2. Perymetr krwi i chleba

Centrum kryzysowe „Piast-3” nie miało okien. Po kilku godzinach człowiek zapominał, czy na powierzchni jest dzień, noc czy kolejna burza nad dżunglą. Zostawało światło ekranów i jednostajny chłód klimatyzacji, przez który mokry od potu mundur wysychał na plecach jak sztywna skorupa.

Kiedyś projektanci kolonii tłumaczyli to bezpieczeństwem, promieniowaniem, huraganami jonowymi i agresywną florą, która potrafiła wrosnąć w szczelinę cieńszą niż paznokieć dziecka. Generał Henryk Skrzypczak od dawna podejrzewał jednak, że prawdziwy powód był prostszy. Człowiek podejmuje zimniejsze decyzje, kiedy nie widzi nieba.

W podziemnej sali dowodzenia czuć było kawę parzoną po raz trzeci z tych samych fusów. Napój miał kolor smoły i smak zwęglonej tektury, ale kubki wciąż krążyły między stanowiskami. Nad stołem holotaktycznym obracała się wojskowa mapa Lechii: czerwone strefy drapieżników, czarne korytarze dżungli, żółte kwarantanny roślinne i malejące plamy ziemi uprawnej. Foldery kolonizacyjne obiecywały kiedyś rzeki, miasta i zielony raj. Ta mapa pokazywała, ile tego raju trzeba będzie zabić, żeby ludzie mieli co jeść.

W samym środku pulsował sektor Zagórze.

— Morana nas nie nakarmi, jeśli bramy będą zamknięte przez kolejny miesiąc — powiedział Skrzypczak. Pięść uderzyła w tytanowy blat szybciej, niż zdążył powstrzymać odruch. Metal zabolał w knykciach, co przyjął z ulgą; ból był prostszy niż liczby. — Lechia ma czarną, tłustą glebę. W normalnym świecie byłby to dar. Tutaj dżungla pożera każdy słup, dren i ogrodzenie. Albo wyrwiemy jej teren pod pługi, albo za kilka tygodni ludzie w centrum administracji naprawdę zaczną żreć tytanowe śruby. I najgorsze, że ktoś spróbuje policzyć ich wartość odżywczą.

Major Rawicz westchnął ciężko i wywołał na ekranie trójwymiarową, warstwową mapę sektora granicznego. Wysoki, suchy oficer o twarzy człowieka, który przez całe życie sypiał w krótkich odcinkach między alarmami, wskazał palcem zieloną plamę wcinającą się głęboko w pierwotną, krwistoczerwoną gęstwinę.

— Sektor Zagórze, panie generale. Ruszamy tam o świcie. Chłopaki z Podlasia. Twarde sztuki, częściowo adaptowane już do wyższego ciążenia planetarnego. Dostali ciężkie egzoszkielety karczujące z Silesii i zmodyfikowane kombajny z pancerzem reaktywnym. Mają wyciąć i wypalić kolejne pięć tysięcy hektarów pod uprawy. Jeśli ta ziemia zaskoczy, będziemy mieli własne zagłębie zbożowe i przestaniemy wisieć na kaprysach transportu.

Na bocznym ekranie przesuwały się pozycje planowanych zasiewów: kukurydza wysokobiałkowa, żyto kolonialne, ziemniak syntetycznie wzmacniany, rośliny oleiste, eksperymentalne odmiany kawowca przywiezione przez farmerów z Kolumbii. Przy ostatniej pozycji Skrzypczak zatrzymał wzrok. Pamiętał zapach świeżo mielonej kawy w kuchni sprzed wojny, kiedy człowiek mógł wylać pół kubka do zlewu i nie czuć, że właśnie zmarnował symbol cywilizacji.

Dziś kawa była luksusem, ale także miarą normalności. Głód nie zaczynał się wtedy, gdy brakowało kalorii. Zaczynał się dużo wcześniej, gdy wszystko, co nie było konieczne, znikało po kolei i ludzie przyzwyczajali się do tego zbyt szybko.

— A zabezpieczenie? — zapytał, przenosząc uwagę z powrotem na czerwone alerty. — Wiemy, co tam żyje. Pętla Oka znowu odnotowała zakłócenia predykcji.

Rawicz skrzywił się na dźwięk tej nazwy.

Po Wielkiej Bitwie o Ziemię Oko miało być narzędziem: archiwum, przewagą, źródłem wiedzy zamkniętym w asteroidzie i spiętym z logistyką wyłącznie na tyle, na ile było to konieczne. Tak brzmiały protokoły. W praktyce „konieczne” rosło z każdym miesiącem. Najpierw skoki wojskowe, potem handel, synchronizacja, prognozy, korekty masy, priorytety. Ludzie przyzwyczajali się do cudzej doskonałości tak samo łatwo, jak do bieżącej wody.

Teraz każdy pusty frachtowiec i każda brama otwierająca się o sekundę za późno przypominały Skrzypczakowi, że zależność nie staje się bezpieczna tylko dlatego, że trwa długo.

— To nie będzie zwykła ścinka — odpowiedział mrocznie Rawicz. — To będzie regularne polowanie. Dżungla reaguje agresywnie na każdy ząb piły gąsienicowej. Kiedy maszyny ruszą, hałas, drgania gruntu i emisje spalin ściągną tam wszystko, co ma kły i pazury w promieniu stu kilometrów. Te sześcionogie bestie, drapieżniki alfa, traktują Zagórze jak nienaruszalne żerowisko. One nie uciekają przed ryczeniem silników. One idą na żer.

Przesunął mapę i zaznaczył pierścień ogniowy.

— Dlatego wysyłam tam nowo przybyłe czarne „Borsuki”. Piechota w pancerzach bojowych stworzy zwarty perymetr wokół rolników. Każdy metr kwadratowy wydarty dżungli będzie okupiony krwią i ołowiem.

Wielka mapa zbliżyła się na moment. Na jej skraju, przy starej infrastrukturze „Piast-1”, mignęła mała niebieska kropka oznaczająca cywilny identyfikator osobisty.

Numer rozpoznał natychmiast. Znał go lepiej niż własny kod dostępu do centrum dowodzenia.

Przez ułamek sekundy generał przestał widzieć mapę. Zobaczył kuchenny stół sprzed lat, Hanię jeszcze małą, z mlecznym karmelkiem przyklejonym do zęba, i własne palce pakujące ostatnią paczkę krówek między filtry powietrza. Wtedy wydawało mu się to zabawną dziadkową kontrabandą. Teraz sama myśl o słodyczach bolała. Dziewczyna dorastała w świecie, w którym rzeczy bezużyteczne stawały się pierwszymi ofiarami kryzysu, a człowiek dopiero po ich zniknięciu rozumiał, po co były potrzebne.

Skrzypczak poczuł, że chce wydać absurdalnie prosty rozkaz: znaleźć ją, zamknąć w schronie, postawić dwóch żołnierzy przy drzwiach. Taki rozkaz umiałby wykonać natychmiast. Problem polegał na tym, że nie dowodził jedną wnuczką. Dowodził planetą, na której każdy miał czyjąś córkę, syna albo ojca stojącego za blisko czerwonej strefy.

Rawicz zauważył zmianę na jego twarzy.

— Cywile zostaną wycofani z obszaru działań przed rozpoczęciem operacji — powiedział ciszej. — Polecenie poszło do ochrony kolonii.

— Polecenia na Lechii dochodzą wolniej niż drapieżniki — odparł Skrzypczak.

Wiedzieli, co miał na myśli. Wiele dzieci łamało zakazy i znało dżunglę lepiej niż żołnierze przysłani z Ziemi. Kolonię tworzyli ludzie zmuszeni żyć między alarmami, choć administracja próbowała zamknąć ich życie w regulaminach, bramach i listach przewozowych.

— Jej ojciec jest w grupie agrotechnicznej? — zapytał Rawicz, choć znał odpowiedź.

Skrzypczak skinął głową.

— Paweł jest przy sektorze irygacji. Miał sprawdzać pompy głębinowe przed wejściem kombajnów.

— Mogę go ściągnąć.

— Zostaje — odpowiedział za szybko i usłyszał w tym strach ojca. Opanował głos. — Paweł jest potrzebny przy pompach, więc zostaje. Wycofajcie wszystkich cywilów, bez których operacja się obejdzie. Tym, którzy muszą zostać, dajcie osłonę taką, żebyśmy później nie tłumaczyli ich rodzinom, że zabrakło nam odwagi albo amunicji.

Rawicz przyjął to bez słowa.

Skrzypczak zamknął podgląd identyfikatora Hani. Niebieska kropka zniknęła z ekranu, lecz on nadal dokładnie wiedział, gdzie była. Na tym polegała najgorsza część dowodzenia: można było wygasić mapę, ale jedno nazwisko pośród tysięcy znaczników zostawało pod powiekami.

— Uruchomić operację — powiedział. — Ale bez heroicznych raportów. Chcę prawdziwe dane co trzy minuty. Straty ludzi, straty maszyn, reakcja fauny, tempo karczowania, zużycie amunicji. Jeżeli dżungla odpowie mocniej, niż przewiduje pętla, przerywacie. Nie interesuje mnie, jak to będzie wyglądało w komunikacie dla Rady Planetarnej.

— Tak jest.

W rogu sali odezwał się cichy, syntetyczny głos ODRY, jeszcze niepewny w intonacji, ale już obecny w każdym ważnym systemie Lechii.

— Generale Skrzypczak. Zarejestrowano kolejne odchylenie w predykcji logistycznej. Prawdopodobieństwo stabilnego otwarcia bramy Morana-Lechia w ciągu najbliższych siedemdziesięciu dwóch godzin spadło do dwunastu procent.

Skrzypczak zamknął oczy.

Dwanaście procent było zbyt małe, żeby na tej liczbie oprzeć życie milionów, i zbyt duże, by człowiek pozwolił sobie na bezradność. Statystyka zostawiała nadzieję dokładnie tam, gdzie zaczynała być okrutna.

— Przyjęto — powiedział. — W takim razie będziemy siać na tym, co wyrwiemy własnymi rękami.

Jeszcze przed następną odprawą Henryk pojechał z Pawłem za wschodni wał Piast-3. Pole zaczynało się tam, gdzie rok wcześniej stała ściana czerwonej roślinności. Karczowniki wyrwały korzenie, ciężkie frezy zmieliły twarde kłącza, a ludzie przez miesiące wyciągali z ziemi wszystko, co próbowało odrosnąć. Teraz na czarnej glebie falowała pszenica.

Wilgoć leżała na źdźbłach grubą warstwą. Słońce dopiero podnosiło się nad dżunglą, a koszula już kleiła się Henrykowi do pleców. Cięższa grawitacja Lechii ciągnęła uda przy każdym kroku po miękkiej ziemi. Paweł szedł obok w roboczym kombinezonie agrotechnicznym, z miernikiem wilgotności przypiętym do pasa i brunatnym śladem gleby na przedramieniu. Mundur odrzucił lata temu; Henryk nauczył się tego nie komentować, choć rozmowy o tym nadal im nie wychodziły.

Na skraju pola zatrzymali się bez słowa. Za plecami mieli beton, pompy irygacyjne i niski pomruk osady. Przed nimi zboże, a dalej purpurową linię dżungli. Lechia pozwalała ludziom patrzeć na chleb tylko wtedy, gdy jednocześnie widzieli miejsce, z którego może przyjść śmierć.

Henryk wszedł między rzędy. Kłosy ocierały się o nogawki, zostawiając mokre smugi. Zerwał jeden, rozgniótł go między palcami i wydłubał kilka ziaren. Były twardsze od ziemskich, odrobinę ciemniejsze. Rozgryzł jedno. Pod cienką goryczą niedojrzałej łuski pojawił się znajomy, mączny smak.

— Prawie jak u pradziadka pod Zamościem — powiedział.

Paweł wziął od niego dwa ziarna, rozciął jedno paznokciem i obejrzał bielmo. Nie uśmiechnął się.

— Prawie robi tutaj dużą różnicę.

Henryk spojrzał na syna. Paweł zaciskał szczękę w ten sam sposób co on, kiedy nie chciał ustąpić. Na mundurze generała pot osiadał ciemną linią pod kołnierzem; na kombinezonie Pawła zostały brunatne ślady gleby.

— Co z plonem? — zapytał generał.

— Jeśli nic nie wejdzie od północy, jeśli grzyb przy korzeniach nie zmieni metabolizmu po następnym deszczu i jeśli pompy wytrzymają szczyt temperatury, będzie przyzwoity.

— Dużo tych „jeśli”.

— Rolnictwo zawsze miało dużo „jeśli”. Na Ziemi tylko zapomnieliśmy, bo większość problemów dało się przykryć nawozem, magazynem albo importem.

Henryk potarł ziarna w dłoni. Łuski przykleiły się do spoconej skóry. Pierwszy odruch podsunął mu gotowy rozkaz: zwiększyć obsadę pomp, przesunąć ludzi, przygotować drugi pas ochronny. Rozkaz przyszedł szybciej niż pytanie. Zacisnął palce i pozwolił mu umrzeć w gardle.

— Czego potrzebujesz?

Paweł patrzył na pole zamiast na ojca.

— Tego więcej. Dużo więcej.

Uniósł rękę i wskazał linię zboża. Za nią, kilkaset metrów dalej, czerwone pnącza już pełzły po czarnej ziemi wykarczowanej poprzedniego lata. Jedno owinęło się wokół starego znacznika geodezyjnego i zdążyło połknąć połowę białej farby.

— To pole wyżywi część Piast-3 przez kilka tygodni — ciągnął Paweł. — Nie kolonię. Jeśli Morana stanie na dobre, będziemy potrzebowali następnych pól, szklarni, ogródków przy domach, wszystkiego. A każdy hektar trzeba wyrwać temu lasowi i potem go pilnować.

Henryk rozsypał ziarna na otwartej dłoni. Kilka przykleiło się do linii skóry. Wyglądały zwyczajnie, niemal śmiesznie małe wobec map strategicznych, Katamaranów i obcych rdzeni, o których mówił na odprawach.

— Powiedz, ile ludzi i maszyn — odezwał się w końcu. — Nie obiecuję, że dostaniesz wszystko.

Paweł skinął głową. Tyle zostało z rodzinnej rozmowy: liczby, których żaden z nich nie potrafił zamienić w coś łatwiejszego. Ruszyli z powrotem ku osadzie, każdy własnym śladem między mokrymi kłosami. Za nimi falowało niedojrzałe zboże. Przed nimi zaczynał się dzień, w którym trzeba było policzyć, komu tego ziarna zabraknie.

Kilka kilometrów dalej, na skraju sektora Zagórze, powietrze drżało od ryczenia potężnych palników plazmowych.

Dżungla stała przed ludźmi jak wilgotny mur. Z ziemskim lasem łączył ją właściwie tylko kolor; nie dawała chłodu ani poczucia przestrzeni. Oddawała gorąco, zapach fermentującej roślinności i nieustanny nacisk. Purpurowe liście wielkości skrzydeł szybowca nakładały się warstwami, spod nich sączyła się lepka para, a grube czarne pnącza przesuwały się powoli, niemal niedostrzegalnie. Stalowy słup pozostawiony wieczorem rano bywał opleciony, przechylony i nadgryziony przez enzymy korzeniowe. Lechia nie atakowała szybko. Najczęściej po prostu nie przestawała rosnąć.

Hania stała na dachu starego, opancerzonego silosu, obserwując przygotowania.

Hania znała alarm cywilny i żółte oznaczenia strefy zamkniętej. Wiedziała też, co zrobiłby dziadek, gdyby zobaczył jej identyfikator na dachu silosu. Mimo to została. Schron oznaczał beton, stłumione odgłosy i dorosłych, którzy przy dzieciach mówili o „czasowych ograniczeniach”. Tutaj mogła zobaczyć, ile naprawdę kosztuje obietnica, że głodu nie będzie.

Z tej wysokości doskonale widziała monstrualne sylwetki maszyn rolniczych. Wyglądały jak mechaniczne potwory z koszmaru: wielkie, gąsienicowe kombajny z Podlasia, obwieszone grubymi płytami tytanowymi i wyposażone w obrotowe ostrza zdolne szatkować pnie grube jak wagony kolejowe. Na ich bokach wymalowano białe orły, nazwy rodzinnych wsi i krzywe, prywatne hasła ludzi, którzy przywieźli na Lechię więcej uporu niż zdrowego rozsądku.

„Białystok pamięta”. „Orać, nie gadać”. „Chleb albo śmierć”.

Za sterami siedzieli rolnicy w ciężkich hydraulicznych egzoszkieletach. Od ich grupy czuć było mocny tytoń przemycany z Ziemi. Przez otwarte włazy niosły się podlaskie akcenty, przekleństwa i krótkie uwagi techniczne. Łysy mężczyzna szeroki jak szafa splunął w błoto, przeżegnał się kciukiem umazanym smarem i zatrzasnął osłonę kokpitu. Drugi kłócił się z technikiem o ciśnienie palników, jakby przed nimi rosło zwykłe pole pod Łomżą. Hania rozumiała ten upór. Dorośli często robili rzeczy straszne łatwiejszymi, udając, że są zwyczajne.

Wśród ludzi przy pompach irygacyjnych Hania dostrzegła ojca. Paweł Skrzypczak miał na sobie jasny kombinezon agrotechniczny, już nasiąknięty potem i błotem. Kucał przy węźle rozdzielczym, dotykając dłonią drgającego przewodu, jakby słuchał maszyny przez skórę. Hania znała ten sposób poruszania się. Ojciec zwalniał właśnie wtedy, gdy bał się najbardziej; precyzja była jego metodą walki z paniką.

Hania zacisnęła dłonie na krawędzi silosu. Ojciec wierzył w ziemię, wodę i nasiona. Dziadek ufał systemom, procedurom, bramom i ostrzeżeniom. Kochała obu, a ostatnio coraz częściej widziała, że każdy próbuje ocalić Lechię innym językiem. Paweł chciał, żeby planeta sama zaczęła ich karmić. Skrzypczak chciał, żeby cywilizacja przestała zależeć od jednej obcej matematyki. Obaj byli zmęczeni i obaj udawali przed rodziną, że jeszcze mają czas.

Dżungla przed nimi ucichła w sposób, którego człowiek z Ziemi mógł nie zauważyć. Hania zauważyła natychmiast. Zniknął jednostajny trzask owadów, skórzaste skrzydła miejscowych płazów przestały szurać w koronach, nawet krople skroplonej wilgoci spadały jakby rzadziej. Cisza nie była brakiem dźwięku. Miała ciężar i kierunek. Coś po drugiej stronie zielonej ściany słuchało ludzi.

Dziewczyna wsunęła palce do kieszeni, w której rano była krówka. Został tylko zwinięty papierek, miękki od potu i pachnący jeszcze odrobiną mlecznego karmelu. Pomyślała o samcu alfa. Jeśli był blisko, słyszał palniki. Czuł drgania gąsienic. Wiedział, że ludzie właśnie zaczynają kroić jego terytorium na prostokąty.

Dla bestii maszyny były intruzami. Dla ludzi były szansą na chleb. Hania po raz pierwszy poczuła, że obie te prawdy mogą być jednocześnie uczciwe i prowadzić prosto do rzezi.

— Sektor Zagórze. Rozpocząć operację. Perymetr bojowy zamknięty. Cywile opuścić strefę.

Hania nie ruszyła się z miejsca.

W słuchawkach jednego z rolników rozległ się głos Pawła Skrzypczaka, spokojny i zmęczony.

— Pompy pierwszej linii gotowe. Ciśnienie stabilne — odezwał się Paweł w radiu. W tle jego głosu Hania usłyszała metaliczny kaszel zaworu. — Jeśli korzenie pójdą w kontrreakcję, lejemy solankę w pasie północnym. Nie oszczędzać wody. Powtarzam: nie oszczędzać wody. Dzisiaj oszczędzamy ludzi.

Nikt mu nie odpowiedział żartem. To znaczyło, że wszyscy naprawdę się bali.

Syrena dała sygnał.

Pierwszy pancerny kombajn ruszył. Gąsienice ślizgnęły się po mokrej ziemi, po czym złapały grunt i wepchnęły wielotonową maszynę w krwistoczerwoną ścianę roślin. Ostrza rozwinęły się z metalicznym zgrzytem. Plazma przecięła pierwszy pień i powietrze natychmiast wypełnił smród spalonej żywicy. Hani odruchowo zebrała się ślina pod językiem, jak przed wymiotami.

W pierwszych sekundach nic nie zaatakowało. Ta krótka zwłoka była gorsza niż natychmiastowy skok bestii. Rolnicy prowadzili maszyny dalej, a żołnierze śledzili optyką ciemne przerwy między pniami. Każdy dodatkowy metr dawał nadzieję, że modele jednak miały rację. Hania już wiedziała, że nie miały.

Na ekranach centrum dowodzenia „Piast-3” zielona linia postępu przesunęła się o pierwszy metr.

Skrzypczak stał nieruchomo nad stołem holotaktycznym. Obok Rawicz śledził znaczniki Borsuków, rolników i ruchomych sensorów fauny, a ODRA przeliczała ścieżki ucieczki, rozkład ognia i zużycie amunicji. Systemy Oka, nadal wpięte w stare predykcje środowiskowe, podawały uspokajające wartości ryzyka.

— Widzę — powiedział Skrzypczak.

Na mapie, pod warstwą czerwonej dżungli, zaczęły zapalać się ciemne punkty. Jeden, potem trzy, dziewięć, kilkanaście. Omijały największy hałas i przesuwały się bokiem, starymi tunelami pod korzeniami, których system nie miał w aktualnej mapie. Skrzypczak znał ten lęk z wojny: przeciwnik wiedział o polu bitwy coś, czego on jeszcze nie wiedział.

Ludzie weszli w las, a las odpowiedział bez ostrzeżenia, jakby przez cały czas czekał tylko na przekroczenie niewidzialnej granicy.

Z głębi mroku przyszedł wielogłosowy ryk. Tytanowa blacha silosu zagrała pod stopami Hani, kubki z zimną kawą zadzwoniły na pulpitach Piast-3, a kilku żołnierzy przy kombajnach odruchowo pochyliło głowy, choć dźwięk nie był pociskiem. Niski ton wszedł w ciało i na moment pomieszał rytm serca z rytmem planety.

Na granicy Zagórza pierwsze czerwone punkty ruszyły ku perymetrowi z prędkością, której żaden człowiek z Ziemi nie uznałby za możliwą w takim ciążeniu.

Polowanie w sektorze Zagórze właśnie się rozpoczęło.

Rozdział 3. Kropla w morzu potu

Hangar przeładunkowy numer cztery na stacji orbitalnej Lechii pulsował mechanicznym rytmem, który po kilku godzinach wchodził człowiekowi pod skórę. Zamek magnetyczny, syk siłownika, uderzenie rygla, komenda w radiu; znowu zamek, syk, rygiel. Tomasz „Blacha” Blachowski znał ten rytm lepiej niż własny oddech; pierwszy zauważał, kiedy coś w całym systemie zaczynało wypadać z taktu.

Hangar przypominał dawne ziemskie porty kontenerowe z filmów o Szanghaju i Rotterdamie, tylko zamiast wody za osłonami śluz była próżnia, a błąd operatora nie kończył się kontenerem w morzu. Tomasz nigdy nie widział oceanu. Jego wyobrażenie o nim składało się z cudzych nagrań, słonego zapachu opisywanego w książkach i świadomości, że gdzieś istnieją miejsca, w których horyzont nie jest pancerzem, ścianą dżungli ani krawędzią stacji.

Zamiast wody, za potężnymi magnetycznymi osłonami śluz, ziała czarna próżnia. W tej czerni wisiał gigantyczny, obły kadłub masowca transportowego klasy „Batory”. Jego burty nosiły ślady setek przejść przez bramy, mikrouderzeń pyłu, awaryjnych dokowań i prowizorycznych napraw wykonanych daleko od macierzystych stoczni. Pod grubą warstwą matowego pancerza wciąż dało się odczytać nazwę wymalowaną białymi literami:

MS „Władysław Reymont”

Tomasz widział już tyle „Batorych”, że powinny mu spowszednieć, a jednak każdy wielki masowiec osiadający w doku przywoził to samo dziecinne wrażenie: fragment Ziemi — poobijany, spóźniony, ze śladami awaryjnych napraw, ale przywożący ładunki ze starego świata. Ostatnio coraz częściej były to wojskowe skrzynie i suche racje.

Z otwartego brzucha kosmicznego masowca zautomatyzowane ramiona i suwnice wyciągały rzędy zunifikowanych, tytanowych kontenerów cargo. Każdy był małym wyrokiem: żywność, broń, filtry, lekarstwa, części, nasiona, amunicja, odzież. Ludzie na dole, pod dusznym niebem Lechii, czekali właściwie na decyzję, co jeszcze uznano za warte ocalenia.

Blachowski siedział w ciasnej, przeszklonej kabinie zawieszonej kilkadziesiąt metrów nad platformą załadowczą windy kosmicznej. Jego dłonie, okryte rękawicami haptycznymi, wykonywały precyzyjne, mikroskopijne ruchy.

Pot zalewał mu oczy i szczypał w kącikach. W rękawicach haptycznych dłonie miał mokre, skóra na opuszkach miękła od wilgoci, a sól wysychająca na nadgarstkach zostawiała białe ślady.

Klimatyzacja poddała się godzinę wcześniej. Rozgrzany generator pola magnetycznego oddawał ciepło przez podłogę, a wilgoć trafiała nawet na orbitę razem z ludźmi, kombinezonami i powietrzem przepompowanym z bazy. Blacha czasem żartował, że Lechia jest chorobą klimatu. Dziś nie było mu do śmiechu; pot szczypał go w oczy.

Kolejny kontener, oznaczony logo Centrali Logistycznej Ziemi, siadł ciężko na platformie zjazdowej. Cztery potężne rygle magnetyczne zatrzasnęły się automatycznie, emitując głębokie, basowe buczenie.

— Ruchy, Blacha, ruchy! Kolejny „Batory” czeka na redzie, a we doku wciąż mamy trzydzieści tysięcy ton w ładowni! — w słuchawce Blachowskiego zatrzeszczał głos brygadzisty.

Jędrek Jani, stary zrzędliwy Ślązak, koordynował na dole ruch autonomicznych wózków. Potrafił w jednym zdaniu zwyzywać suwnicę, operatora, komputer logistyczny i ministerstwo, po czym bezbłędnie rozładować dwadzieścia tysięcy ton. Tomasz lubił jego głos, bo przypominał mu, że po drugiej stronie systemu nadal siedzi człowiek. Tego dnia nawet przekleństwa Janiego miały jednak mniej powietrza. Stary mówił szybciej, kaszlał częściej i co chwilę zerkał na prywatny komunikator.

Blachowski westchnął ciężko, otarł czoło rękawem i sięgnął po kolejną tytanową skrzynię.

— Jędrek, nie ceń się tak, suwnica mi się przegrzewa — mruknął do mikrofonu. — I tak idziemy na rekord. Dobrze, że ten „Reymont” w ogóle do nas dotarł. W sektorze cywilnym zapasy kurczyły się już do zera. Ludzie zaczynali panikować.

— Przyleciał, przyleciał… Ale widziałeś manifest? — Jani mówił ponuro, przez ryk wózków. — Jedna czwarta frachtu to sprzęt wojskowy, czarne „Borsuki”, części i amunicja fuzyjna. Reszta: komponenty medyczne, suchy prowiant, filtry. Na dnie trochę luksusu dla administracji, żeby ktoś nadal mógł udawać, że żyjemy normalnie. Dla zwykłego człowieka to kropla w morzu.

Tomasz zablokował zaczepy na kolejnym kontenerze i uniósł go powoli. Na ekranie diagnostycznym widział wagę i specyfikację: odzież techniczna z Zorii.

Siedemnaście ton kombinezonów roboczych, wkładów filtracyjnych, włókien odpornych na kwaśne grzyby Lechii i butów wzmacnianych pod wyższe ciążenie.

— Kropla czy nie, lepsze to niż nic — powiedział, przesuwając dźwignię sterowniczą. — Fabryki syntetyków stoją puste. Nie możemy wiecznie czekać na dostawy z Silesii. Trzeba wreszcie uruchomić coś u siebie.

— Produkować? U nas? — Jani parsknął szorstkim śmiechem, który szybko przeszedł w duszący kaszel. — Czym chcesz produkować, Blacha? Bez surowców z Silesii nasze linie montażowe to kupa drogiego złomu. A bramy transportowe znowu stoją. Słyszałeś, co się naprawdę dzieje na głównym węźle przesyłowym?

Tomasz zastygł z potężnym kontenerem zawieszonym kilkanaście metrów nad platformą windy.

Na dole dwa autonomiczne wózki zatrzymały się równocześnie, czekając na jego decyzję. W szybie kabiny odbijały się czerwone komunikaty ostrzegawcze, numer sektora, tempo przeładunku i podświetlony na bursztynowo pasek opóźnienia. Wszędzie narastały opóźnienia.

— Co się dzieje? Oficjalnie w komunikatach Senatu mówili o rutynowej konserwacji algorytmów synchronizacyjnych.

— Rutynowa to jest moja poranna sraczka, synek — warknął Jani i natychmiast ściszył głos. — Szwagier robi przy wrotach w sektorze trzecim. Bramy po prostu się wyłączają. Odrzucają wektory masy, bez sensownego powodu. Zawiesili wszystkie pasażerskie. Moja córka miała przylecieć z Wales na studia medyczne. Siedzi od czterech dni na stacji przesiadkowej, śpi na podłodze obok automatu z wodą i dzwoni do mnie, że wszystko jest dobrze, żebym się nie martwił. Jak dziecko zaczyna pocieszać ojca, to znaczy, że jest źle. Towarowe jeszcze puszczają, ale połowę.

Tomasz znał córkę Janiego tylko z fotografii. Drobna dziewczyna z kręconymi włosami trzymała na zdjęciu indeks uczelni Wales i śmiała się z ojca, że wreszcie nauczy się leczyć ludzi zamiast tylko maszyny. Jani pokazywał tę fotografię każdemu, kto nie zdążył uciec. Od czterech dni nie pokazał jej nikomu.

Tomasz poczuł, jak zasycha mu w gardle. Ciasna kabina suwnicy wydała mu się jeszcze bardziej duszna.

— Wszystkie pasażerskie? Przecież to oznacza paraliż administracyjny całego imperium.

— To oznacza, że dzieje się coś bardzo złego. — Z głosu Janiego zniknęła zwyczajowa zadziorność. — Przed bramami wiszą setki masowców. Załogi śpią na zmianę w fotelach, bo okno może pojawić się na trzydzieści sekund i zniknąć. Ładunki z Morany stoją tak długo, że część chłodni przechodzi na awaryjne zasilanie. Kapitanowie próbują starych współrzędnych, bo w ładowniach mają jedzenie i nie chcą patrzeć, jak gnije. Niektórzy znikają. A wojsko upycha wozy bojowe do każdego wolnego doku, jakby wiedziało coś, czego nie mówi ludziom.

Blachowski powoli i ostrożnie opuścił kontener na windę.

Pod nim, na platformie, robotyczne ramiona przesunęły skrzynię w stronę sektora wojskowego. Dalej miała zjechać przez atmosferę do Piast-3, a potem do Zagórza, gdzie ludzie w ciężkich egzoszkieletach próbowali wydrzeć dżungli ziemię pod zboże.

Tomasz zerknął na następną pozycję manifestu.

Kontener 17-k / sadzonki eksperymentalne / kawa arabica — kolumbia / priorytet kolonialny: niski

Tomasz zatrzymał wzrok na zapisie.

W kontenerze nie było nic, co nasyci milion ludzi. Kilkaset młodych kawowców, delikatne korzenie zanurzone w żelowych kapsułach i czujniki wilgotności ustawione bardziej precyzyjnie niż w niejednym inkubatorze medycznym. Projekt kilku farmerów z Kolumbii, którzy od dwóch lat próbowali udowodnić, że planeta może dać człowiekowi nie tylko kalorie. Tomasz pamiętał prawdziwą kawę tylko z jednego kubka wypitego przed laty. Była gorzka i miała wyraźny aromat orzechów. Syntetyczna miała wyłącznie kolor.

— Jędrek — powiedział cicho. — Mam tu kawowce. Kolumbia. Eksperyment siedemnasty K.

W słuchawce został tylko szum kanału i daleki łoskot wózków.

— Przerzuć na chłodny dok. Niech nie zdechną.

— Priorytet niski.

— W dupie mam priorytet. Jak te sadzonki padną, przez pięć lat będziemy pili tę czarną lurę z recyklingu, którą administracja nazywa kawą, bo ktoś w regulaminie miał fantazję. Przerzuć na chłodny dok. Ludzie potrzebują czasem czegoś więcej niż kalorii.

Tomasz przejął kontener ostrożniej, niż wymagała instrukcja. Przez kamerę inspekcyjną zobaczył na sekundę rząd wilgotnych liści za matową szybą. Zieleń była zwyczajna, ziemska, pozbawiona purpury i grubych mięsistych nerwów Lechii. Ten kolor uderzył go dziwnie mocno. Przesunął sadzonki do chłodnego doku, poza strumień amunicji i części do Borsuków.

Na dole mogło zabraknąć chleba, a on właśnie ratował kilkaset sadzonek kawy.

Na ekran weszła następna pozycja.

KONTENER MED-04 / ZESPÓŁ: JOWISZ-LAZARET / WYPOSAŻENIE KWARANTANNY / STATUS: ZAMROŻONY / DO WERYFIKACJI

— Co to jest „status zamrożony”? — mruknął bardziej do siebie niż do mikrofonu.

— Co tam znowu masz?

— Kontener medyczny. Jowisz-Lazaret. Kwarantanna. Manifest jest stary, sprzed aktualizacji ODRY. W historii przeładunku jest ślad Heliosu, potem pusta luka i błąd czasu. Nie opóźnienie. Błąd. Jakby system sam nie wiedział, ile ta skrzynia gdzieś stała.

Jani milczał. W słuchawce słychać było tylko jego cięższy oddech i szum kanału.

Jowisz znaczył zimno, medycynę i odległość. Samo słowo „kwarantanna” przywoływało Tomaszowi zamknięte drzwi szpitala, choć stał dziesiątki milionów kilometrów dalej. W koloniach pewnych słów nie mówiło się przy jedzeniu. Ludzie wierzyli, że jeśli nie nazwą czegoś po imieniu, problem ominie ich dok.

— Nie grzeb w tym — powiedział w końcu brygadzista. — Medyczne idzie kanałem zamkniętym. Jak ma Jowisza, to ma Jowisza. Jak ma kwarantannę, to tym bardziej nie dotykaj niczego poza zaczepem.

— Ale routing prowadzi przez naszą windę. Czemu sprzęt jowiszowy miałby iść przez Lechię?

— Bo bramy wariują, Blacha. Teraz wszystko idzie przez wszystko. Wczoraj miałem części do pomp z Silesii skierowane przez Wales, a jutro pewnie dostanę buraki z Morany z adnotacją, że mają trafić na Perun jako komponent artyleryjski. Nie filozofuj. Przeładuj i zapomnij.

Tomasz chciał coś odpowiedzieć, ale w tym samym momencie na ekranie pojawiła się czerwona belka priorytetowa.

Decyzja sztabu kryzysowego Lechii. Autoryzacja: gen. H. Skrzypczak. Kolejność zjazdu: 1. sprzęt medyczny, 2. filtry i woda, 3. amunicja, 4. żywność sucha, 5. ładunki rolnicze.

W kabinie suwnicy zapadła cisza.

— No proszę — burknął Jani. — Ktoś tam na dole jeszcze pamięta, że ludzie oddychają i chorują, zanim zaczną strzelać.

— Rolnicze dopiero piąte — powiedział Tomasz.

— Bo rolnik bez wody i filtrów zdechnie szybciej niż bez traktora.

Nazwisko Skrzypczaka znał każdy na Lechii. Dla jednych był generałem od ODRY, człowiekiem systemów, który zamykał pasażerskie korytarze i wpychał priorytety wojskowe przed rodzinne paczki. Dla innych ostatnim dorosłym w pokoju pełnym polityków i algorytmów. Blachowski znał ludzi z obu obozów i podejrzewał, że prawda jest mniej wygodna: generał podejmował decyzje, których ktoś musiał nienawidzić, bo inaczej nie byłyby prawdziwymi decyzjami kryzysowymi.

Przesunął kontener MED-04 do kolejki priorytetowej. Na tytanowej powierzchni błysnął zamknięty czarny krzyż na białym tle. Odruchowo cofnął dłonie w rękawicach haptycznych, choć dotykały przecież tylko sterowania. Zaraz się za to skarcił: metal był metalem, etykieta etykietą. Mimo to śledził kontener wzrokiem dłużej niż pozostałe.

Przez grubą, porysowaną szybę kabiny spojrzał w dół. Widział gigantyczną platformę windy kosmicznej, która za chwilę miała zjechać przez gęstą atmosferę Lechii. Niosła zaopatrzenie, sprzęt medyczny, amunicję, części, sadzonki kawy i wojsko prosto w dymiącą dżunglę sektora Zagórze.

Na jednej platformie mieściła się w tej chwili cała sprzeczność ich cywilizacji: leki obok amunicji, filtry dla dzieci obok pancerzy, kawowce obok sprzętu kwarantannowego. Każda skrzynia miała numer, masę i priorytet. Żadna nie miała informacji, kto będzie płakał, jeśli nie dotrze.

Na jednym z bocznych ekranów mignął podgląd z powierzchni. Czerwone smugi ognia przecięły ścianę dżungli. System transmisji był przeciążony, obraz rwał się i skakał; w jednej poszarpanej klatce Tomasz zobaczył coś wielkiego, sześciokończynowego, biegnącego w stronę czarnego wozu bojowego. Potem ekran zasypały zakłócenia.

— Mój Boże — powiedział po chwili. — Oni tam naprawdę weszli.

— Musieli — odparł Jani. — Jeśli Zagórze się uda, będzie chleb.

Wielkie imperium, które wygrało wojnę z obcymi, potykało się o własną specjalizację. Morana mogła gnić od nadmiaru żywności, Silesia od nadmiaru stali, Perun od broni, Wales od lekarstw, a Lechia siedzieć na najżyźniejszej glebie, jaką ludzie znaleźli poza Ziemią, i mimo to bać się pustych talerzy. Wszystko działało tak długo, jak długo działała sieć. Wystarczyło kilka złych sekund w bramach, żeby sześć planet zaczęło przypominać narządy odcięte od wspólnego krwiobiegu.

— Myślisz, że to… tamci? — zapytał cicho Tomasz. — Twórcy wrócili i blokują sieć?

— Nie wiem, Blacha. — Jani westchnął, a w tym oddechu Tomasz usłyszał wiek starego człowieka wyraźniej niż zwykle. — Ale jeśli bramy zamkną się na dobre, nie będziemy czekać na obcych. Najpierw wykupią wszystko ci z pieniędzmi. Potem wojsko zamknie magazyny. Potem ktoś rozbije pierwszy transport. A na końcu normalny człowiek będzie gotów złamać komuś rękę za puszkę mięsa, żeby nakarmić dziecko. Tak wygląda głód. Nie zaczyna się od pustego żołądka. Zaczyna się od tego, że przestajesz ufać sąsiadowi.

Na dole platforma windy kosmicznej zaczęła się zamykać. Rygle główne weszły w gniazda z potężnym, głuchym hukiem. Zewnętrzne pola stabilizacyjne zapłonęły bladoniebieskim światłem.

Blachowski przesunął dłonie w rękawicach haptycznych i przygotował kolejną skrzynię.

— Ruchy z tym cargo — powiedział Jani ciszej niż zwykle. — Zjeżdżajmy stąd, zanim to wszystko pierdolnie.

Tomasz spojrzał jeszcze raz na kontener z kawowcami, który czekał w bocznym chłodnym doku. Mała zielona kontrolka nadal pulsowała, słaba i uparta.

Rozdział 4. Trwoga w Zagórzu

Ściana czerwonej dżungli eksplodowała jak żywa rana. Nie było w tym nic z czystych schematów sztabowych: żadnej strzałki, jednego kierunku ani pierwszej linii. Z liści, pod korzeniami i z czarnych tuneli między pniami wyszły ciała, pazury i paszcze. Lechia odpowiedziała na karczowanie całym swoim ciężarem.

— Kontakt! Sektor lewy! — wrzasnął ktoś w radiu, ale głos natychmiast utonął w huku wystrzałów.

Pierwsza bestia dopadła gąsienicy pługa, zanim operator zdążył zamknąć osłonę. Sześć łap przerzuciło masywne ciało przez błoto z szybkością niepasującą do tutejszej grawitacji. Pazury zazgrzytały o tytan. Gdy zwierzę uderzyło w pancerną szybę, szkło nie pękło od razu; najpierw wygięło się do środka, a operator zobaczył własne przerażone odbicie nałożone na mokry pysk po drugiej stronie.

— Staszek, pal to cholerstwo! — zaryczał przez interkom rolnik z sąsiedniej maszyny, podnosząc ramię egzoszkieletu karczującego.

Hydrauliczne kleszcze sąsiedniej maszyny zatrzasnęły się na boku drapieżnika. Rozległ się chrzęst łamanych kości i fontanna ciemnej krwi rzygnęła na rozgrzany pancerz. Krew natychmiast zaczęła parować. Rolnik w kabinie odwrócił twarz, choć przecież oddzielało go szkło i filtry. Człowiek nie musiał widzieć wnętrzności, żeby wiedzieć, co właśnie zrobił.

„Borsuki” otworzyły ogień i dżungla zniknęła za smugami pocisków. Purpurowe paprocie rozrywało na mokre strzępy. Żołnierze w egzoszkieletach walczyli jednocześnie z drapieżnikami i własnymi ciałami: odrzut wbijał stopy w błoto, wyższe ciążenie ciągnęło ramiona, filtry masek wypełniały się wilgocią. Pod pancerzami pot lał się po brzuchach, a każdy łyk powietrza smakował plastikiem i gorącym metalem. Elitarne wyszkolenie nie zmieniało faktu, że Lechia miała większą masę niż ich ambicja.

W centrum dowodzenia „Piast-3” mapa sektora Zagórze zapłonęła czerwienią.

W ciągu dziewięćdziesięciu sekund wszystkie predykcje fauny rozjechały się z rzeczywistością. Drapieżniki ominęły najgłośniejsze maszyny, poszły bocznymi tunelami pod korzeniami i wyszły dokładnie tam, gdzie perymetr miał mniej ognia. Skrzypczak patrzył na znaczniki. Straty były już faktem; gorsze pozostawało pytanie, czy Oko zawiodło, czy przeciwnie — przewidziało wszystko i pokazało ludziom fałszywy obraz.

— Flanka pęka — zameldował Rawicz. Nie musiał tego mówić. Widzieli to wszyscy.

Na ekranie jedna z czarnych ikon „Borsuka” obróciła się nagle wokół własnej osi, potem zgasła połowa jej telemetrii. Trzy znaczniki piechoty zniknęły spod niej jak zdmuchnięte iskry.

— Wycofać cywili z sektora pomocniczego — powiedział Skrzypczak.

— Już poszło — odpowiedział Rawicz. Skrzypczak nawet na niego nie spojrzał. — Powtórzyć.

Rawicz spojrzał na niego krótko. Wiedział, kogo generał naprawdę szuka na mapie.

Mała niebieska kropka Hani migała przy starym silosie, zbyt blisko linii ognia.

Skrzypczak nie wydał specjalnego rozkazu dla wnuczki. To kosztowało go więcej niż wydanie całej operacji. Jedno nazwisko nie mogło zmieniać zasad dla setek ludzi, powtarzał sobie. Organizm miał jednak własny regulamin: gdy niebieska kropka Hani przesuwała się choć o metr, żołądek generała zaciskał się odruchowo, a pozostałe znaczniki na moment traciły ostrość.

Na dachu silosu Hania przywarła do zimnej krawędzi pancerza.

Pod Hanią świat rozpadł się na ogień, huk i błoto. Serie działek miały fizyczny nacisk; każde uderzenie czuła w zębach. Spalona roślinność śmierdziała żywicą. Kombajny cofały się na własne wózki amunicyjne, gąsienice mieliły ziemię z sokiem roślinnym i mięsem. Dziewczyna chciała zasłonić uszy, lecz bała się, że wtedy nie usłyszy ojca.

Wśród ludzi przy pompach irygacyjnych dostrzegła ojca. Paweł pomagał dwóm technikom wyciągnąć przewód solankowy spod uszkodzonego pługa. Jasny kombinezon miał rozcięty na udzie i brudny od błota. Kiedy pocisk smugowy przeszedł nad nim tak nisko, że gorący podmuch poruszył materiał na ramieniu, nawet się nie schylił. Hania znała ojca dość dobrze, żeby wiedzieć, że to nie odwaga. Całą uwagę zużywał na pompę, ludzi i wodę; na strach chwilowo nie zostało miejsca.

— Flanka pęka! — wrzeszczał dowódca sekcji, gdy z mroku dżungli wyłonił się samiec alfa.

Samiec alfa był większy, niż pamiętała go z cichych spotkań przy ogrodzeniu. Wojna nadawała mu inną skalę. Ciemnozielone łuski nosiły blizny, pęknięcia i jasną smugę po dawnym ogniu plazmowym. Z ran na boku sączyła się krew, ale sześć łap pracowało równo, pewnie, jakby cięższa grawitacja nie była przeszkodą, tylko naturalnym środowiskiem jego siły. Hania poczuła ukłucie wstydu, że kiedykolwiek nazywała go w myślach swoim.

Ten ryk znała jako wezwanie. Bestia, która jadła z jej dłoni ostatnią krówkę z Ziemi, przyszła teraz na czele stada.

Jednym uderzeniem ogona alfa obrócił lekki transporter lądujący na tyłach, po czym dopadł czarnego „Borsuka”. Zęby zacisnęły się na wieży. Mechanizm zaprotestował długim zgrzytem, pancerz wybrzuszył się, a śruby mocujące wystrzeliły jak pociski. W środku ktoś krzyknął tak wysoko, że głos przebił się przez radio i huk działek.

Samiec alfa szarpnął łbem, rozrywając konstrukcję „Borsuka” na dwoje. Iskry plazmy trysnęły na krwistoczerwoną ściółkę. Potwór uniósł paszczę, szykując się do skoku na kolejny, unieruchomiony w błocie kombajn z Podlasia.

Siedzący w środku rolnik rozpaczliwie próbował cofnąć maszynę, ale gąsienice buksowały na zrytej, ciężkiej ziemi. Na burcie kombajnu Hania zdążyła odczytać krzywo namalowany napis:

Krzywy napis „Chleb albo śmierć” przestał być podlaskim żartem. Hania zobaczyła człowieka w kabinie — szeroko otwarte oczy, ręce szarpiące stery, usta poruszające się bezgłośnie za szybą. Teraz chleb i śmierć siedziały kilka metrów od siebie w błocie.

W jednym obrazie mieścili się ranni rolnicy próbujący wykarmić kolonię, żołnierze z Ziemi duszący się w maskach i ojciec przy pompach. Po drugiej stronie leżały porozrywane ciała zwierząt broniących terytorium istniejącego długo przed pierwszą ludzką windą. Podział na dobrych i złych rozsypał się Hani pod nogami. Zostali tylko ci, którzy chcieli przeżyć, i ziemia zbyt mała, by wszyscy dostali to, czego chcą.

Krzyk Hani był cichy w porównaniu z rykiem działek, ale wibrujące pasmo dźwięku dotarło do uszu drapieżnika.

Zsunęła się po drabinie. Przy trzecim szczeblu rozcięła skórę dłoni, lecz ból dotarł dopiero później. Biegła w ciężkim ciążeniu, z każdym krokiem wbijając buty po kostki w ciepłe błoto. Powietrze drapało płuca dymem. Co kilka metrów walczyła o równowagę na ziemi śliskiej od krwi i soku roślinnego. Biegła bez broni i planu; prowadziła ją pamięć szorstkiego języka na dłoni oraz irracjonalna pewność, że ktoś musi spróbować przerwać to inaczej, zanim zostanie już tylko strzelanie.

— Mała, stój! Nazad! — wrzasnął jeden z żołnierzy, próbując obrócić ramię egzoszkieletu, by ją złapać.

Mniejszy drapieżnik skoczył żołnierzowi na klatkę. Pancerz egzoszkieletu zapadł się z głuchym trzaskiem. Mężczyzna runął plecami w błoto, a alarm przeciążeniowy zapiszczał cienko, niemal komicznie. Hania przebiegła obok i zobaczyła przez przyłbicę jego oczy — przytomne, wściekłe, pełne bólu. Ten obraz został z nią dłużej niż huk wystrzałów.

— Sprowadzić ją stamtąd — powiedział generał.

— Nie mamy czystej ścieżki. Wszędzie ogień krzyżowy.

— To go przerwać.

— Jeśli przerwiemy ogień, alfa wejdzie w kombajny.

Kiedy Skrzypczak otworzył oczy, musiał znowu być generałem. To było obrzydliwe uczucie: własna wnuczka biegła przez strefę ognia, a on liczył sektory ostrzału, promienie rażenia i ryzyko dla kombajnów. Wiedział, że później będzie siebie za to nienawidził. Na razie musiał wykorzystać właśnie tę część siebie, której nienawidził najbardziej.

— Nie przerywać całego ognia. Otworzyć korytarz trzydzieści metrów od jej pozycji. Nie strzelać w linię dziecko-alfa. Niech Borsuki osłaniają boki.

Rawicz przekazał rozkaz.

Na polu walki ogień na moment zmienił rytm. Działka Borsuków przestały ciąć środek perymetru, przesuwając serie na flanki. Dla żołnierzy była to korekta taktyczna. Dla Hani — nagła cisza w samym sercu huku.

Hania zatrzymała się kilka metrów od paszczy. Czuła na twarzy gorący oddech bestii, ciężki od krwi i żywicy. Nogi drżały jej tak mocno, że miała wrażenie, iż zwierzę widzi każdy skurcz mięśni. Wyciągnęła puste dłonie. Na jednej zbierała się krew z przecięcia po drabinie.

— Już dość… — powiedziała, ale głos ugrzązł jej w gardle. Przełknęła łzy i spróbowała jeszcze raz. — Proszę. Zabierz je stąd. Oni was zabiją. Wy ich też. Po prostu… idźcie.

Alfa wciągnął powietrze. Hania czuła na dłoni zaschniętą krew. Papierek po krówce nadal miała w kieszeni. Za jej plecami palił się Borsuk, z kabiny dochodziły krzyki. Spokój sprzed kilku godzin istniał gdzieś bardzo daleko. Więź okazała się bezsilna wobec bólu i martwych ciał.

W centrum dowodzenia Skrzypczak nie poruszył się nawet o milimetr. Rawicz kątem oka widział jednak, jak palce generała zaciskają się na krawędzi stołu tak mocno, że zbielały mu kostki.

Dowódca sekcji „Borsuków” zobaczył dziecko przed potworem i zrobił to, do czego był szkolony. Rakieta odłamkowa zeszła z pylonu, zanim ktokolwiek zdołał zatrzymać rozkaz. Eksplozja rzuciła Hanią bokiem. Uderzyła policzkiem w błoto. W uszach został wysoki pisk, w ustach smak ziemi, krwi i spalonej roślinności. Odłamki weszły w bok alfy, rozcinając łuski.

Kiedy próbowała się podnieść, lewa dłoń uciekła jej w błocie. Obraz wracał powoli. W ustach chrzęścił piasek, na języku miała krew z rozciętej wargi. Pierwszym, którego odnalazła wzrokiem, był samiec alfa.

Skowyt bestii był tak głęboki, że Hania poczuła go przez ziemię. Pozostałe drapieżniki odpowiedziały z gęstwiny. Alfa spojrzał na nią jeszcze raz. Dziewczyna nigdy nie dowiedziała się, czy wycofał stado, bo walka stała się nieopłacalna, czy dlatego, że skojarzył jej zapach z czymś, czego nie chciał zniszczyć. Powód przestał mieć znaczenie, gdy odwrócił łeb.

Rozwścieczona wataha rozpłynęła się w purpurowej gęstwinie tak szybko, jak się pojawiła, zostawiając za sobą pobojowisko.

Po huku została cisza pełna małych dźwięków: syk dogasających palników, trzask chłodzonego pancerza, kapanie krwi z rampy, jęki rannych. Młody żołnierz klęczał przy rozerwanym „Borsuku” i ciągnął kolegę za rękę, nie rozumiejąc jeszcze, dlaczego ciało nie przesuwa się razem z nią. Kiedy dotarło do niego, co trzyma, puścił dłoń i zaczął płakać bezgłośnie, z otwartymi ustami.

Godzinę później trzy czarne „Borsuki” paliły się na skraju lasu. Nad wrakami unosił się smród spalonego smaru. Ponad połowa świeżo przybyłych żołnierzy leżała na noszach albo siedziała w błocie, zbyt zmęczona, by zdjąć hełm. Jednemu drżały ręce tak mocno, że nie potrafił odpiąć paska pod brodą; medyk zrobił to za niego bez słowa.

Rolnicy z Podlasia opierali się o okaleczone kombajny. Dwóch ludzi nie wróciło. Wartość maszyn i pięć tysięcy hektarów, które nadal należały do dżungli, przestały kogokolwiek obchodzić. Jeden z rolników zdjął rękawicę i długo wycierał smar z dłoni, choć ręka była już czysta. Drugi palił papierosa, który zgasł mu od deszczu trzy razy. Za każdym razem zapalał następnego.

Hania siedziała przy bocznej rampie transportera. Medyk czyścił rozbitą dłoń i płytkie rozcięcie na skroni. Środek dezynfekujący piekł, ale ból docierał do niej jak informacja z daleka. Znacznie wyraźniej czuła zaschnięte błoto między zębami i zapach krwi we włosach. Patrzyła na ciężkie bordowe chmury i próbowała zrozumieć, czy samiec alfa wróci jeszcze kiedyś do starego ogrodzenia.

Paweł uklęknął przed córką w błocie. Ręce miał całe, ale drżały; zanim dotknął jej mokrych włosów, minęła długa chwila. Potem przyciągnął ją do siebie z siłą, która zabolała w barku. Milczał, a Hania wolałaby krzyk. Mogłaby się bronić, powiedzieć, że musiała, że to była też ziemia bestii, że ktoś powinien był spróbować. W jego milczeniu mieścił się tylko lęk człowieka, który patrzył, jak jego dziecko może zniknąć między pociskiem a paszczą.

— Nigdy więcej — powiedział Paweł w końcu przy jej włosach. Głos miał niski i zdarty. Hania zesztywniała. — Nie mów mi teraz, że musiałaś. Może musiałaś. Nie wiem. Ale ja stałem tam i przez minutę byłem pewien, że patrzę, jak umierasz. Daj mi chociaż dzisiaj być ojcem, nie rozsądnym człowiekiem.

Hania chciała odpowiedzieć ostro. Zamiast tego przycisnęła twarz do mokrego kombinezonu ojca. Był mokry od deszczu i umazany błotem. Dopiero wtedy zaczęła naprawdę drżeć.

Hania zamknęła oczy. Bała się teraz kilku rzeczy naraz: bestii, które znała; ludzi z bronią, których też znała; głodu, którego jeszcze naprawdę nie widziała; i rozmowy z dziadkiem, który śledził każdy jej krok jako niebieską kropkę na wojskowej mapie.

W centrum dowodzenia Skrzypczak stał sam przy wygaszonym stole holotaktycznym. Oficerowie wyszli po nowych meldunkach, Rawicz rozmawiał z medykami, ODRA przeliczała straty i możliwości wznowienia operacji po przegrupowaniu. Na ekranie głównym wisiało nieruchome zdjęcie sektora Zagórze po walce.

Na ekranie zostały trzy rzeczy, których Skrzypczak nie potrafił już rozdzielić: krwistoczerwona dżungla, czarne wraki i drobna sylwetka Hani stojącej przed samcem alfa. Zdjęcie było nieruchome, lecz generał nadal słyszał w pamięci jej oddech z kanału terenowego i ryk działek.

Zdjął okulary. Bez nich mapa rozmyła się w plamy światła; w tej miękkiej nieostrości pozwolił sobie być tylko dziadkiem. Pomyślał, że po zwycięstwie nad Twórcami obiecywali dzieciom bezpieczniejszy świat. Zbudowali bramy, kolonie i flotę, a jego wnuczka właśnie stała boso od środka w błocie pełnym krwi, ponieważ dorośli nie potrafili dostarczyć chleba bez wojny z lasem.

— Generale. Czy mam przygotować komunikat dla Rady Planetarnej? Proponowana klasyfikacja: operacja częściowo udana, zagrożenie fauny odparte, kontynuacja po uzupełnieniu strat.

— Napiszesz prawdę. Operacja wstrzymana. Straty ciężkie. Terenu nie przejęto. Fauna reaguje inteligentniej, niż zakładały modele. I dopisz jeszcze jedno: dalsze karczowanie bez zmiany taktyki oznacza powtórzenie strat. Nie będę nazywał rzezi „częściowym sukcesem”, żeby ktoś spokojniej zjadł kolację.

— Niepokój społeczny? Dzieci widzą płonące Borsuki z dachów silosów. Rolnicy wyciągają ludzi z błota, a żołnierze płaczą w transporterach. To nie komunikat wywoła strach, Odro. Strach już tu jest. Kłamstwo może tylko sprawić, że następnym razem nikt nam nie uwierzy.

— Przygotuj drugi pakiet. Do Peruna, Silesii i Morany. Potrzebuję niezależnych rozwiązań żywnościowych, nowych maszyn karczujących i pełnego audytu bram. Nie kolejnej bajki o anomaliach synchronizacji. Jeżeli Oko dławi logistykę, chcę wiedzieć, jak mocno zacisnęło palce na gardle.

Kazał usunąć zdjęcie Hani z ekranu. Nie mógł dłużej na nie patrzeć. W tej samej chwili, wysoko na orbicie, systemy wczesnego ostrzegania odebrały anomalny sygnał z głębi próżni.

Rozdział 5. Kabriolet w piekle

Duchota Zagórza wciskała się do bojowego „Borsuka” przez uszczelnienia i filtry, choć klimatyzacja pracowała daleko ponad normę. Metalowe ściany były ciepłe w dotyku, a w środku śmierdziało potem sześciu ludzi zamkniętych w przestrzeni mniejszej niż niejedna ziemska łazienka.

Porucznik Kamil „Kozak” Kozłowski siedział w fotelu dowódcy i pilnował własnego oddechu. Cztery sekundy wdechu, cztery wydechu — stary sposób z ćwiczeń. Rytm rozsypał się po trzecim cyklu. Serce biło szybciej, dłonie wilgotniały w rękawicach, a każdy trzask z zewnątrz uruchamiał mięśnie karku. Na ekranach dżungla była ścianą zakłóceń: czujniki ruchu łapały liście, radar widział parę, termowizja nakładała tysiące ciepłych plam jedna na drugą. Technologia dawała im coraz więcej obrazu i coraz mniej pewności.

Kozłowski pochodził z Mazowsza, z płaskiej ziemi, gdzie las kończył się drogą albo polem, a największe drapieżniki miały zdrowy respekt przed silnikiem. Trzy dni wcześniej oficer techniczny wyliczał zalety czarnych Borsuków: wzmocnione zawieszenie, nowe filtry, pancerz reaktywny, wieża fuzyjna, radar kwantowy, predykcja i powłoka maskująca. Kozłowski słuchał tego z ulgą. Po pierwszej godzinie na Lechii zrozumiał, jak bardzo człowiek lubi mylić listę wyposażenia z bezpieczeństwem.

Planeta nie przeczytała instrukcji obsługi i nie miała obowiązku respektować parametrów katalogowych.

Po pierwszym starciu Zagórze formalnie wstrzymano, ale wycofanie było kolejną operacją. Kombajny grzęzły po osie, ranni czekali na transport, a pocięta plazmą roślinność parowała i już wypuszczała nowe cienkie pędy w miejscach, które godzinę wcześniej płonęły. Kompania Kozłowskiego miała osłaniać rolników, zebrać czujniki i odholować wóz z zerwaną gąsienicą. Na papierze cztery czasowniki. W rzeczywistości sześć maszyn stało w błocie na granicy czegoś, co właśnie nauczyło się rozrywać ich pancerz.

Rozkaz nazywał to zadaniem prostym. Kozłowski zaczął podejrzewać, że w wojsku „proste” oznacza przede wszystkim „nie mamy lepszego słowa”.

— Gdzie on jest? No gdzie on jest, kurwa?! — w słuchawkach rozległ się spanikowany głos celowniczego z trzeciego wozu. — Straciłem go z optyki!

— Spokój w eterze! — huknął Kozłowski, zaciskając dłonie na wolancie dowodzenia. — Przeszukać pasmo termowizyjne. To bydle ma masę czołgu, musi zostawiać ślad.

— Nic nie ma, panie poruczniku! — odkrzyknął kierowca flagowego wozu, szeroko otwierając oczy ze strachu. — Sensory milczą. Brak sygnatury cieplnej. Ta przeklęta bestia ma maskowanie termiczne. Zlewa się z temperaturą otoczenia. Jak mamy namierzyć coś, czego nie widzą nawet radary kwantowe?

Kozłowski zwlekał z odpowiedzią. Na ekranie głównym widział tylko czerń, purpurę i strzępy danych. W lewej kolumnie migały statusy sześciu Borsuków. Pięć było sprawnych bojowo, jeden miał uszkodzone sprzęgło gąsienicy i przeciążony układ chłodzenia. W prawej kolumnie paliły się komunikaty o wysokiej wilgotności, niestabilnym gruncie, zużyciu amunicji i zmęczeniu załóg. System proponował cofnięcie kolumny o dwieście metrów na utwardzony pas.

Utwardzony pas zdążyła już odzyskać dżungla Lechii.

— Wieża, skanuj korony drzew — powiedział Kozłowski ciszej. — Nie tylko ziemię. To cholerstwo nie musi iść tam, gdzie my byśmy szli.

— Przyjąłem.

W eterze został ciężki oddech filtrów i krople deszczu uderzające o pancerz. Niebo nad Zagórzem pociemniało, jakby planeta po krwi zażądała jeszcze wody. Deszcz nie przynosił ulgi. Był gorący, gęsty i lepki. Spływał po peryskopach, zamazywał kamery i zamieniał popiół z wypalonych roślin w czarne błoto.

— Panie poruczniku — odezwał się kapral Wiśniewski z przedziału desantu. — Może on odszedł.

Zdanie zawisło w kabinie. Wszyscy chcieli, żeby było prawdziwe.

Flagowym „Borsukiem” szarpnęło tak gwałtownie, że trzydziestotonowy pojazd zanurkował w bok, a gąsienice zaryły się głęboko w błoto. Ludzie wewnątrz polecieli na pasy bezpieczeństwa. Jeden z żołnierzy uderzył hełmem w boczną belkę i zaklął przez zaciśnięte zęby.

— Co jest?! — wrzasnął Kozłowski.

— Mamy go na dachu! — zaryczał kapral Wiśniewski. — On jest na nas!

Wozem szarpnęło tak mocno, że pasy wbiły się ludziom w barki. Nad ich głowami rozległ się chrzęst niepodobny do ognia z broni — powolny, biologiczny, cierpliwy. Pazury weszły w tytan, zatrzymały się na warstwie pancerza reaktywnego, po czym zaczęły orać dalej. Z sufitu posypał się pył izolacji. Ktoś w przedziale desantu szeptał „nie, nie, nie”, nie zdając sobie sprawy, że robi to na otwartym kanale wewnętrznym.

Bestia pracowała w ciszy, metodycznie: sprawdzała nacisk, szukała słabszego miejsca. Kozłowski słyszał pazury przesuwające się kilka centymetrów nad jego głową i po raz pierwszy pomyślał o „Borsuku” jak o puszce, do której coś dobiera się paznokciem.

— Odpalić granaty dymne! System obrony aktywnej, natychmiast! — ryknął porucznik.

— Nie mogę! — krzyknął celowniczy. — Strefa martwa! Jest za blisko pancerza. System nie uzbraja ładunków!

— Wieża, obrót awaryjny!

— Blokada! Coś trzyma pierścień!

Silniki obrotu zawyły, walcząc z czymś po drugiej stronie pancerza. Wskaźniki weszły na czerwone pole, bezpieczniki wystrzeliły. Potem cały zespół puścił. Wieża została wyrwana jednym potężnym szarpnięciem, a przewody wysokiego napięcia rozciągnęły się jak ścięgna i pękły, sypiąc błękitnymi iskrami do wnętrza kadłuba.

W miejscu, gdzie jeszcze sekundę temu znajdował się mechanizm obrotu i optyka celownicza, ziała potężna, ząbkowana dziura prosto w miedziane niebo.

Do środka wdarła się Lechia. Gorące, mokre powietrze uderzyło w twarze załogi z siłą otwartej suszarni. Deszcz lunął przez wyrwany strop, niosąc drobiny błota i roślin. Krople syczały na przewodach, para osiadała na ekranach, a system klimatyzacji zaczął bezsensownie zwiększać obroty, próbując schłodzić pojazd, który właśnie stracił dach.

Przez otwór po wieży opuścił się łeb samca alfa i kabina zamilkła. Paszcza była tak blisko, że Kozłowski zobaczył pęknięcia szkliwa na jednym z kłów i włókna mięsa utknięte między zębami. Żółtawe źrenice nie błądziły. Zwierzę patrzyło kolejno na ludzi, broń, konsole, jakby porządkowało przedmioty według znaczenia. W tej obserwacji nie było szału; właśnie to odebrało im ruch.

Pomruk bestii przeszedł przez kadłub i kości. Z pyska kapała gęsta ślina, a z paszczy uderzył smród mięsa. Kropla spadła na konsolę pomocniczą; tworzywo zasyczało, skurczyło się i poczerniało. Żaden z żołnierzy nie potrzebował już danych o składzie chemicznym wydzieliny.

Wiśniewski patrzył prosto w oczy zwierzęcia i jego ciało podjęło decyzję bez udziału rozumu. Puściły zwieracze. Odór uderzył wszystkich niemal natychmiast, mieszając się z ozonem, mokrym błotem i spaloną elektroniką. Kapral pobladł pod potem. Wstyd pojawił się na jego twarzy szybciej niż łzy, a pozostali odwrócili wzrok. Każdy z nich był o jeden ruch paszczy od tego samego miejsca.

— Kurwa mać, Wiśnia! — wrzasnął starszy szeregowy z desantu, dławąc się powietrzem. — Wewnętrzny obieg! Odciąć filtry!

— Jakie filtry, idioto?! — odpowiedział ktoś histerycznie. — My nie mamy dachu!

— Wyłazić czy zostać?! Panie poruczniku, co robimy?! — wył dowódca sekcji, trzymając palec na spuście karabinka.

Kozłowski siedział nieruchomo. Mózg próbował nadal pracować jak na ćwiczeniach: zagrożenie, decyzja, komenda, wykonanie. Tyle że każda możliwa komenda kończyła się obrazem zębów kilka centymetrów nad głową. Ultranowoczesny wóz z radarem kwantowym i wieżą fuzyjną został otwarty przez zwierzę jak puszka. Termin „zagrożenie fauny klasy alfa”, którym rano podpisywał raport, wydał mu się teraz bluźnierczo głupi.

Bestia szarpnęła łbem, szukając mięsa. Paszcza zawisła nad przedziałem desantu, gotowa wyciągnąć pierwszego człowieka za kręgosłup — i wtedy zwierzę zamarło.

Nozdrza drapieżnika poruszyły się. Wciągnął powietrze raz, potem drugi. Na jego pysku była zaschnięta krew i błoto, lecz między nimi Kozłowski dostrzegł jasny, lepki okruch przyklejony do łuski. Zwierzę szukało zapachu. Słodkiego śladu, który musiał zostać na którymś kombinezonie, rękawicy albo pancerzu po wcześniejszym chaosie lądowiska. Śladu dziewczyny, która stanęła przed nim z pustymi dłońmi.

Po niskim, pogardliwym pomruku bestia odbiła się od kadłuba. Trzydziestotonowy wóz osiadł niżej w błocie, a przez otwór po wieży wpadła fala deszczu. Sześć ciężkich uderzeń łap oddaliło się w purpurowych paprociach. Kilku żołnierzy nadal trzymało broń, ale palce nie chciały się ruszyć.

Załoga zastygła pod deszczem wpadającym przez wyrwany strop. Woda spływała po twarzach, rozcieńczając pot. Dla ludzi zamkniętych dotąd w filtrach i pancerzu dotyk prawdziwej wody powinien być ulgą, a przypominał tylko, że nie mają już dachu.

Wiśniewski szlochał cicho w kącie. Starszy szeregowy obok niego otworzył usta, pewnie po żart albo przekleństwo, ale nic nie powiedział. Zamiast tego ściągnął z własnego wyposażenia awaryjny koc i rzucił kapralowi na kolana, zasłaniając mokrą plamę. Ten drobny gest przywrócił do przedziału więcej człowieczeństwa niż wszystkie procedury psychologiczne floty.

Kozłowski widział ten gest, ale nie potrafił jeszcze podziękować ani przeprosić za własne milczenie. Później najbardziej pamiętał koc rzucony Wiśniewskiemu bez słowa.

Koszmar przerwał trzask radiostacji długiego zasięgu. Major Rawicz próbował wywołać flagową jednostkę.

— Kozak, tu Rawicz. Co tam się dzieje? Straciliśmy sygnaturę telemetryczną waszej wieży fuzyjnej. Powtórzcie, straciliśmy wieżę flagowego „Borsuka”. Żądam natychmiastowego meldunku, jaki jest stan kompanii. Odbiór!

Kozłowski siedział z otwartymi ustami, czując smród fekaliów. Po twarzy spływała mu woda. W jednej minucie stracił obraz taktyczny, wieżę, pancerz jako pojęcie, pewność technologii i własny głos. Załoga patrzyła na niego i czekała. Dowódca miał być ostatnim człowiekiem, któremu wolno przestać działać. Właśnie przestał.

Kierowca sięgnął po gruszkę radia. Dłoń drżała mu tak mocno, że uderzył nią o panel. — Sektor Zagórze, tu Kierowca Jeden. Melduję stan kompanii: pięć „Borsuków” sprawnych lub częściowo sprawnych. Jeden… — spojrzał w górę na dziurę po wieży i przełknął ślinę. — Jeden „Borsuk” w wersji kabriolet. Strat w ludziach w tym pojeździe brak. Dowódca chwilowo niezdolny do meldunku. Bez odbioru.

W głośniku zapadła kilkusekundowa, pełna niedowierzania cisza.

Po chwili major Rawicz warknął:

— Kierowca Jeden, wyście tam powariowali od tego upału? Jaki, kurwa, kabriolet? Co wy mi tu meldujecie?

Kierowca spojrzał w górę przez potężną, ziejącą dziurę prosto w ciężkie, ołowiane chmury, z których padał gęsty deszcz. Woda zalewała spalone obwody elektryczne i zniszczone gniazdo zasilania fuzyjnego.

— Melduję, panie majorze, jak jest — odpowiedział chłodno, ocierając twarz z wody i potu. — To coś weszło na nasz pojazd i zwyczajnie oderwało nam wieżę. Stoimy w dżungli. I pada nam na głowy.

W centrum dowodzenia Piast-3 nikt się nie roześmiał. Kierowca odłożył mikrofon i sprawdził, czy Wiśniewski może sam się podnieść.

Na obrazie z uszkodzonej kamery wnętrze wozu wyglądało jak miejsce po operacji przeprowadzonej bez znieczulenia: poszarpany pierścień wieży, przewody wiszące ze stropu, ludzie w mokrym półmroku i deszcz wpadający przez dziurę, przez którą planeta dosłownie zaglądała do środka ich najnowocześniejszej maszyny.

— Straty w ludziach? — zapytał Skrzypczak.

— Brak potwierdzonych zabitych w tym pojeździe. Kilku rannych, jeden w szoku. Porucznik Kozłowski nie odpowiada.

— Ewakuować ich — rzucił Skrzypczak. Rawicz skinął głową.

Skrzypczak oparł obie dłonie na stole. Odruchowo chciał spytać, gdzie jest Hania, ale powstrzymał się. Jej znacznik był już poza strefą walki, przy punkcie medycznym. Bezpieczna. Na tyle, na ile ktokolwiek na tej planecie mógł być bezpieczny.

— Generale — odezwała się ODRA. — Analiza zdarzenia wskazuje, że drapieżnik alfa rozpoznał martwą strefę aktywnego systemu obrony pojazdu, unieruchomił pierścień obrotu wieży i usunął główne uzbrojenie bez naruszenia przedziału załogi. Zachowanie nie jest zgodne z modelem zwierzęcego ataku pokarmowego.

— Bo to nie był atak pokarmowy — powiedział Rawicz.

— Potwierdzam. Prawdopodobieństwo demonstracji dominacyjnej: siedemdziesiąt jeden procent. Prawdopodobieństwo intencjonalnego oszczędzenia załogi: niemożliwe do oszacowania.

Skrzypczak patrzył na zniszczony wóz i widział granicę ludzkiego rozumienia. Przez lata bali się obcej technologii, Oka, Twórców i bram zdolnych zgubić statki. Tymczasem planeta przeznaczona w raportach na przyszły spichlerz pokazała im coś prostszego: człowiek może przywieźć najlepszy pancerz w sześciu układach, a i tak pozostanie organizmem, który musi oddychać, jeść i wiedzieć, gdzie kończy się cudzy dom.

— Wstrzymać pościg za alfą — powiedział.

Rawicz uniósł brwi.

— Panie generale, to stworzenie zniszczyło nam ciężki pojazd.

— I oszczędziło załogę, choć mogło ją wyciągnąć przez dach — powiedział Skrzypczak. Rawicz wzruszył ramionami, przypominając, że równie dobrze mógł to być przypadek.

— Może.

Skrzypczak spojrzał na mapę. Czerwona dżungla Zagórza zamykała się wokół czarnych ikon ludzi, maszyn i rannych.

— Nie będziemy dziś udowadniać tej planecie, że jesteśmy głupsi od własnych algorytmów. Wycofać kompanię. Rannych do punktów medycznych. Zabezpieczyć wraki, ale bez pościgu. Chcę biologów, etologów i ludzi, którzy potrafią obserwować bez strzelania. Jeśli mamy jeszcze kiedyś wejść do Zagórza, najpierw musimy zrozumieć, co tam właściwie nazwaliśmy zwierzęciem.

Rawicz zostawił niewypowiedziane pytanie między nimi. Obaj wiedzieli, że generał pomyślał o Hani. ODRA odezwała się po chwili ciszy.

— Generale, sugestia: wykorzystanie nieformalnego kontaktu cywilnego z drapieżnikiem alfa może stanowić naruszenie protokołów bezpieczeństwa kolonii.

Skrzypczak zamknął oczy.

— Odro, moja wnuczka stanęła dziś między „Borsukiem” a królem tej dżungli i oboje przeżyli. Nie zamierzam robić z niej przynęty ani narzędzia badawczego. Ale jeśli piętnastoletnie dziecko zobaczyło w tym stworzeniu coś, czego nie zobaczyły nasze modele, to protokoły bezpieczeństwa będą musiały nauczyć się słuchać także jej.

— Przyjęto.

Nad podziemnym centrum dowodzenia Lechia tonęła w deszczu.

Pięć sprawnych „Borsuków” i jeden bez wieży zaczęły cofać się z granicy lasu. Gąsienice chlupały w błocie, z uszkodzonego kadłuba zwisały przewody, żołnierze patrzyli w liście przez otwarte włazy. Wracali z rannymi, a uszkodzony Borsuk trzeba było holować.

Dżungla została za nimi. Liście zamykały się nad śladami gąsienic, deszcz zmywał krew z pancerzy, a między pniami czasem migała para żółtawych oczu. Między pniami znów zrobiło się cicho.

Rozdział 6. Architekci nowej wojny

ORP „Krzywousty” wisiał nad Lechią jak stalowa odpowiedź na pytanie, którego nikt nie chciał wypowiedzieć głośno.

Lewiatanem jednak nie był. To rozróżnienie powtarzano teraz w sztabach, stoczniach i salach odpraw z niemal religijną starannością. Lewiatany były marsjańskimi superpancernikami odzyskanymi z Psyche: czterema pojedynczymi, siedmiokilometrowymi cygarami, starszymi niż wszystkie ludzkie państwa, cięższymi od ludzkiego rozumu i nie do końca posłusznymi nawet wtedy, gdy pozwalały się uruchomić. Dwa spłonęły w Wielkiej Bitwie o Ziemię. Dwa pozostałe wróciły z niej tak uszkodzone, że do dziś spierano się, czy warto je odbudowywać, czy raczej rozebrać warstwa po warstwie, jak ciało martwego boga, i uczyć się z ich kości.

„Krzywousty” był czymś innym.

Konstrukcja pozostawała brudna, ryzykowna i nie do końca zrozumiała, lecz należała do ludzi.

Zbudowano go z dwóch krótszych, równoległych kadłubów przypominających uproszczone, odarte z obcej elegancji cygara. Między nimi rozpięto szeroką platformę nośną, dokową i bojową, spiętą setkami mostów, dźwigarów, kanałów plazmowych, reaktorów kompensacyjnych i pancerzy nakładanych na pancerze. Był krótszy od oryginalnego Lewiatana, lecz znacznie szerszy. Z daleka wyglądał jak dwugłowy młot albo jak fragment stoczni, który ktoś oderwał od planetoidy i nauczył latać.

Zamiast groźnej, gładkiej doskonałości marsjańskich jednostek miał nity, spawy, awaryjne obejścia i ślady ludzkich kłótni wpisane w konstrukcję.

W wielu miejscach jego pokłady nadal nosiły oznaczenia robocze z Silesii, poprawki nanoszone farbą przez zmęczonych inżynierów i ostrzeżenia, których nie zdążono zastąpić eleganckimi tablicami. Na jednym z dolnych pancerzy ktoś zostawił napis wykonany białą farbą techniczną:

NIE KOP, BO ODDAM

Żaden admirał nie kazał tego usunąć. Wszystkim było głupio przyznać, że napis pasował.

Pięć najpotężniejszych Katamaranów floty odwetowej nie wisiało już nad Lechią. „Chrobry”, „Łokietek”, „Kazimierz Wielki”, „Jagiełło” i „Sobieski” poszły za admirałem Zasadą w czarną dal operacji „Zemsta”. W oficjalnych raportach nazywano ją wyprawą dalekiego odwetu i rozpoznania strategicznego. W kantynach floty mówiono krócej: Zasada poleciał tam, skąd przyszli Twórcy.

Od ich skoku minęło dość czasu, by cisza stała się częścią systemu nerwowego państwa.

Cisza po prostu ich pochłonęła — bez meldunku, powrotu i prośby o ratunek. Może nie mogli nadać żadnej z tych rzeczy.

„Krzywousty” został.

Problemem nie była słabość konstrukcji. Katamaranu nie zdążono wtedy uznać za wystarczająco stabilny, a potem nikt już nie miał odwagi wysłać ostatniej gotowej jednostki poza znaną przestrzeń. Formalnie należał do rezerwy operacyjnej admirała Hieronima Antczaka. Technicznie był nadal okrętem prób, z zębami, których nikt nie chciał testować zbyt blisko zamieszkanej planety. Politycznie stał się ostatnim ciężkim argumentem Lechii, Silesii, Ziemi i wszystkich kolonii, które odkrywały właśnie, że wielkie zwycięstwa potrafią zostawić po sobie bardzo kruche imperia.

Z powierzchni Lechii „Krzywousty” wyglądał jak ciemna rana na niebie.

Dla dzieci w Piast-3 był dowodem, że ludzie nadal mają coś większego od dżungli.

Dla rolników z Zagórza — bezużytecznym kolosem, który wisiał wysoko nad nimi, podczas gdy oni grzebali w błocie przy pogniecionych kombajnach i spalonych Borsukach.

Dla generała Henryka Skrzypczaka był ostatnim młotem, którego nie wolno było zgubić.

Na mostku „Krzywoustego” pułkownik Eryk Grochowski stał przy centralnym stole taktycznym i patrzył na mapę sześciu kolonii z miną człowieka, który widział zbyt wiele czerwonych kontrolek, by wierzyć w zielone.

Ludzie nazywali go „Grot”.

Był synem Silesii. Wysoki, szeroki, ciężki w ruchach, z dłońmi bardziej pasującymi do palnika plazmowego niż do ekranów dotykowych. Dorastał wśród hut, kopalń, automatów przemysłowych i stoczni, gdzie technologia nie była piękną obietnicą, lecz czymś, co mogło urwać rękę, jeśli człowiek potraktował ją z przesadnym zaufaniem.

Na lewym policzku miał bliznę po bitwie z mechanicznymi sługami Twórców. Nie zakrywał jej, bo przypominała mu codziennie prostą zasadę: obca technologia najpierw daje człowiekowi przewagę, a potem sprawdza, ile jest gotów za nią zapłacić. Z tego powodu nie ufał ani Oku, ani ODRZE, choć różnica między nimi miała znaczenie.

Ale różnica polegała na tym, że ODRA miała dokumentację, ludzi, serwerownie, awaryjne odcięcia i kilku polskich inżynierów, których można było obudzić o trzeciej nad ranem i opieprzyć. Oko nie miało niczego tak pocieszająco ludzkiego. Zabetonowano je w sercu asteroidy 2026-XF4, zalano barytem, obłożono osłonami i zostawiono mu wąskie kanały komunikacyjne, bo imperium potrzebowało jego matematyki do bram, synchronizacji i Czasu Pulsara.

Jedno wąskie pasmo wystarczyło, żeby zacisnąć palce na gardle sześciu planet.

Grochowski znał ten rodzaj zależności z dzieciństwa, choć wtedy pachniała inaczej. Na Silesii wystarczała jedna pompa chłodzenia, jeden zawór, jeden człowiek, który podpisał odbiór bez zaglądania pod osłonę, żeby cały ciąg hutniczy zaczął umierać od środka. Najpierw znikał równy ton turbin, potem w powietrzu pojawiał się kwaśny zapach przegrzanej izolacji, a na końcu ludzie biegli już z gaśnicami i przekleństwami. Oko było takim zaworem, tylko zakopanym w skale i podłączonym do świata. Przez lata nikt nie chciał tego nazwać uzależnieniem, bo uzależnienie brzmiało jak słabość. Mówiono: infrastruktura, przewaga, dziedzictwo, konieczność. Teraz na mapie świeciło sześć planet, a Grot czuł w ustach suchy smak metalu, ten sam, który miał jako młody technik, gdy pierwszy raz zrozumiał, że potężna maszyna nie musi się zepsuć, żeby zabić. Wystarczy, że człowiek za bardzo uwierzy, iż bez niej nie potrafi już nic zrobić.

— Meldunek z Lechii — odezwał się porucznik przy stanowisku operacyjnym. — Operacja Zagórze wstrzymana. Straty ciężkie. Trzy Borsuki wyłączone z walki, jeden pozbawiony wieży, dwa ciężkie kombajny z Podlasia uszkodzone. Fauna reagowała poza modelem predykcyjnym.

Grochowski nie odwrócił wzroku od mapy.

Na ekranie Lechia pulsowała czerwonymi punktami: głód, ograniczenia transportowe, uszkodzone rolnictwo, nadmierne zużycie wojskowych rezerw żywnościowych. Obok niej Silesia jarzyła się pomarańczowo — opóźnienia surowcowe, przeciążenia hut, niezgodności dostaw tytanu. Morana miała nadmiar żywności, której nie dało się przerzucić. Wales trzymało leki i aparaturę medyczną w magazynach, czekając na stabilne okna przesyłowe. Zoria produkowała odzież, ale część kontenerów znikała w pętlach logistycznych. Perun wysyłał sprzęt wojskowy, jakby wojna już się zaczęła i nikt nie chciał tego jeszcze przyznać.

— Fauna nie czyta naszych modeli — powiedział Grot. — Oko też nie.

Porucznik przełknął ślinę.

— Generał Skrzypczak nakazał pełny audyt predykcji środowiskowych i logistycznych.

— Generał Skrzypczak powinien był to zrobić miesiąc temu.

— Zrobił.

Grochowski spojrzał na niego po raz pierwszy.

Młody oficer nie spuścił wzroku, choć widać było, że kosztuje go to trochę odwagi.

— Raport leżał w zatwierdzeniu Rady Planetarnej — dodał. — Potem w komisji bezpieczeństwa. Potem w zespole od ryzyka społecznego. Potem wrócił z uwagą, że sformułowanie „możliwa wroga intencja Oka” może wywołać panikę administracyjną.

Przez mostek przeszedł cichy, gorzki pomruk. Grochowski oparł się ciężko o krawędź stołu.

— Ludzie, którzy boją się paniki administracyjnej, nie powinni oddychać powietrzem kupionym przez wojsko.

Nikt nie zaprotestował.

Na bocznym ekranie pojawiła się twarz admirała Hieronima Antczaka. Połączenie było stabilne tylko przez pierwsze trzy sekundy, potem obraz przecięły zakłócenia z sieci ODRY. Antczak siedział w sztabie floty orbitalnej, gdzieś między Lechią a zewnętrznym węzłem przekaźnikowym. Nie wyglądał jak człowiek, który wierzy w spokojne raporty. Miał twarz dowódcy przygotowanego do wojny, której jeszcze nikt formalnie nie wypowiedział.

— Pułkowniku Grochowski — powiedział. — Status „Krzywoustego”.

— Okręt żyje, panie admirale. Co do jego nastroju trwają dyskusje.

Antczak nie uśmiechnął się.

— Stabilizacja ODRY?

— Siedemdziesiąt dwa procent. Za mało na podręcznikowy skok bojowy, wystarczająco na desperacki.

— Uzbrojenie?

— Główne działa masowe sprawne. Emitery pola wciąż mają odchylenia na trzecim i piątym segmencie platformy. Obrona punktowa po ostatniej modernizacji działa lepiej, niż przewidywaliśmy, co samo w sobie jest podejrzane.

— Załoga?

Grochowski milczał chwilę.

Na mostku słychać było niskie buczenie reaktorów i daleki, metaliczny stuk automatu naprawczego pracującego gdzieś za grodzią. „Krzywousty” nie był cichym okrętem. Oddychał stalą, pompami i napięciem ludzi, którzy wiedzieli, że siedzą w prototypie zbyt dużym, by można go było nazwać prototypem bez obrażania zdrowego rozsądku.

— Załoga wierzy, że okręt poleci — powiedział w końcu Grot. — To więcej niż mogę powiedzieć o komisji certyfikacyjnej.

Koszt tej wiary znał aż za dobrze. W sekcji napędowej dwóch mechaników pracowało od trzydziestu godzin, śpiąc po kwadransie na złożonych kombinezonach. Medycy rozdawali środki przeciwbólowe ludziom z przeciążonymi kręgosłupami, bo nawet zwykłe próby kompensatorów potrafiły wcisnąć człowieka w fotel tak, że po zejściu z wachty nogi drżały przez kilka minut. W mesie czuć było odgrzewany gulasz. Ktoś przykleił nad automatem z wodą kartkę: „Jak cieknie, nie zgłaszać. To system nawilżania morale”. Załoga śmiała się z takich rzeczy, bo alternatywą było liczenie spawów, które mogły puścić. Grochowski znał twarze tych ludzi. Nie wszystkie nazwiska, jeszcze nie, lecz dość, by każda próba miała ciężar większy niż liczba w raporcie.

Antczak przyjął odpowiedź bez komentarza.

— Nie stracimy tego okrętu w teście, pułkowniku.

— Rozumiem.

— Nie. — Admirał pochylił się lekko ku kamerze. — Proszę mnie dobrze usłyszeć. Zasada zabrał pięć królewskich Katamaranów i poleciał w ciemność. Nie oceniam tej decyzji. Była polityczna, wojskowa i moralna naraz. Ale konsekwencja jest prosta. Jeśli „Krzywousty” zginie przez błąd synchronizacji, Lechia zostaje bez ciężkiej osłony. Silesia zostaje bez młota. Ziemia zostaje z pięknymi wspomnieniami dawnych zwycięstw. A Oko, jeśli naprawdę zaczęło grać przeciwko nam, dostanie dokładnie to, czego chce.

— Czyli mamy testować bez ryzyka.

— Mamy testować tak, żeby przeżyć.

Grochowski parsknął krótko.

— To różne zdania, panie admirale.

— Dlatego rozmawiam z panem, a nie z komisją.

Połączenie zadrżało i na chwilę zgubiło dźwięk. Gdy wróciło, twarz Antczaka była przecięta błękitnymi pasami kompresji.

— Skrzypczak włącza ODRĘ głębiej niż dotychczas. Jeśli centralne bramy zostaną przejęte albo zatrute danymi z Oka, „Krzywousty” ma być pierwszą ciężką jednostką zdolną do skoku bez obcego prowadzenia. Nie po to, by bić rekordy. Po to, by dotrzeć tam, gdzie sieć się rozsypie.

— Czyli jednak desperacki wariant.

— W pańskich ustach wszystko brzmi jak awaria hydrauliczna.

— Bo większość historii ludzkości to awaria hydrauliczna z flagą na dachu.

Antczak wreszcie drgnął kącikiem ust.

Nie był to uśmiech. Raczej cień wspomnienia, że kiedyś w wojsku ludzie potrafili żartować, zanim zaczęli liczyć planety, które mogą zgłodnieć.

— Proszę czekać na sygnał Skrzypczaka — powiedział. — I nie robić niczego bohaterskiego bez rozkazu.

— Bohaterstwo jest zwykle skutkiem złej logistyki, panie admirale.

— Dlatego staramy się ją naprawić. Połączenie zgasło.

Mostek ucichł.

Grochowski patrzył na pusty ekran, a potem przeniósł wzrok na główny hologram. Przy orbicie Lechii świeciła ikona „Krzywoustego”. Samotna. Wielka. Ciężka. Zbyt ważna, by użyć jej bez potrzeby, i zbyt potrzebna, by trzymać ją w porcie.

— Pułkowniku — odezwał się oficer systemowy. — Mamy wejście szyfrowane z Piast-3. Generał Skrzypczak.

— Na główny. Obraz generała pojawił się bez ceremonii.

Skrzypczak wyglądał jak człowiek, który od wielu godzin nie opuścił centrum dowodzenia. Mundur techniczny miał rozpięty przy szyi, twarz poszarzałą, oczy czerwone od braku snu. Za jego plecami przesuwały się mapy Lechii, sektora Zagórze, bram i pasa planetoid. Jeden z ekranów bocznych pokazywał zniekształcony obraz z punktu medycznego: dziewczynę z zabandażowaną dłonią siedzącą na łóżku polowym.

Grochowski zauważył to, choć nie skomentował.

Nie trzeba było znać nazwiska dziewczyny, żeby zrozumieć, dlaczego generał wyglądał tak, jak wyglądał.

— Pułkowniku — powiedział Skrzypczak. — Oko właśnie przestawiło koordynaty bramy Silesia-Lechia o cztery dziesięciotysięczne sekundy fazy względem kotwicy czasowej.

Grochowski zmarszczył brwi.

— To brzmi niegroźnie.

— Bo tak ma brzmieć. Przy małych ładunkach system skompensuje błąd. Przy masie przemysłowej zacznie gubić kontenery. Przy okręcie tej klasy przestawi część kadłuba o kilka metrów względem reszty. O ile będziemy mieli szczęście.

— A jeśli nie?

— Wtedy pański okręt stanie się bardzo szeroką chmurą metalu.

Na mostku nikt nie poruszył się przez kilka sekund.

— Miło, że zaczynamy od optymizmu — mruknął Grot.

Skrzypczak nie odpowiedział uśmiechem.

— ODRA może przejąć taktowanie, ale zrobi to brutalnie. Bram nie rozumie tak jak Oko i nie ma dostępu do pełnych warstw obcej geometrii. Brak zrozumienia zastępuje korektą masy, lokalnym przeciążeniem i własnym, ludzkim taktowaniem. To będzie wyglądało jak naprawianie zegarka młotkiem.

Grochowski przechylił głowę.

— Na Silesii to nadal uznaje się za metodę.

— Dlatego dzwonię do pana.

Na ekranach „Krzywoustego” zielonkawe pasma starych danych Oka zaczęły gasnąć jedno po drugim. W ich miejsce wchodziły ostre, błękitne linie ODRY, pozbawione miękkości obcej technologii. Rwały się, poprawiały same siebie, czasem cofały, czasem zostawiały po sobie ostrzeżenia techniczne, których nikt nie zdążył jeszcze przetłumaczyć na język dla polityków.

ODRA nie udawała boskości; była nieładna, nerwowa i ludzka w swojej niekompletności.

Z głośników popłynął czysty, syntetyczny głos:

— Przejmowanie taktowania napędu „Krzywoustego” rozpoczęte. Izolacja kanałów danych z pasa planetoid: sześćdziesiąt jeden procent. Wykryto pozostałości predykcji Oka w systemach nawigacyjnych klasy drugiej i trzeciej. Zalecane mechaniczne odcięcie.

— Mechaniczne? — zapytał porucznik.

Grochowski sięgnął do ciężkiej osłony na pulpicie i zerwał plombę awaryjną.

— Wreszcie coś rozsądnego. Nacisnął przełącznik.

Gdzieś głęboko w kadłubie „Krzywoustego” poszły ładunki separacyjne. Nie były duże. Nie miały nic wspólnego z efektownymi eksplozjami bojowymi. To były krótkie, suche trzaski, jak łamane kości. Okręt zadrżał, gdy całe segmenty starej infrastruktury Oka zostały fizycznie odłączone od magistral.

Po każdym trzasku na mostku gasła kolejna zielonkawa kontrolka. W ich miejsce nie pojawiało się nic przez ułamek sekundy i ta ciemność była bardziej niepokojąca niż alarm. Ludzie patrzyli na wygaszane kanały tak, jak patrzy się na odcinaną podczas operacji kończynę: wiadomo, że trzeba, ale ciało przez chwilę nadal pamięta, że coś tam było. Z wentylacji napłynął ostry zapach przepalonego laminatu. Grot poczuł smród nawet przez filtry. To paliła się ich własna instalacja. Jeden z techników odruchowo przeżegnał się, potem zawstydzony schował dłoń pod pulpitem. Nikt go nie wyśmiał.

Na ekranie błysnęły ostrzeżenia o utracie nadmiarowych kanałów predykcyjnych.

Grochowski patrzył na nie bez żalu. — Do diabła z nadmiarową predykcją.

ODRA odpowiedziała po sekundzie:

— Przyjęto jako komentarz emocjonalny, nie komendę systemową.

Ktoś na mostku prychnął nerwowym śmiechem, a Grochowski spojrzał w stronę głośników.

— Jeszcze jedna uwaga tego typu i każę cię przełączyć na tryb windy towarowej.

— Nie posiadam trybu windy towarowej.

— To ci go dopiszę.

Skrzypczak włączył się spokojnie:

— Pułkowniku, proszę nie grozić sztucznej inteligencji funkcją transportową podczas synchronizacji skoku.

— To pomaga ludziom, generale.

— W takim razie proszę kontynuować umiarkowanie.

Na mostku napięcie minimalnie opadło. Tylko minimalnie. Wystarczająco, by kilka osób przypomniało sobie, że nadal oddycha.

Potem ODRA wyświetliła nową, jawnie nieoptymalną sekwencję.

Każdy nawigator zobaczył to natychmiast. Impulsy akceleratorów grawitacyjnych nie układały się w czysty rytm. Tuby nie miały odpalać w kolejności zgodnej z rozkładem masy. Opóźnienia między impulsami wyglądały jak błąd albo jak decyzja podjęta przez kogoś, kto celowo chciał zrobić rzecz odrobinę źle.

— Co to jest? — zapytał oficer napędowy.

ODRA odpowiedziała bez wahania:

— Sekwencja nieliniowa.

— Po ludzku.

— Oko modeluje warianty optymalne. Proponuję wariant wystarczająco dobry, lecz nieoptymalny.

Grochowski powoli przeniósł wzrok w stronę ekranu ze Skrzypczakiem.

Generał też patrzył na sekwencję.

Obaj zamilkli, bo zrozumieli to samo. Nie mieli jeszcze dla tego nazwy, protokołu, podręcznika ani doktryny. Było tylko pierwsze, nieprzyjemne przeczucie, że w wojnie z maszyną przewidującą logiczne ruchy człowiek potrzebuje czasem narzędzia, które zamiast najlepszego ruchu wybierze wystarczająco dobry — i na tyle obcy logice optimum, by przeciwnik nie zdążył wpisać go w przyszłość.

— Czy pan to zatwierdza? — zapytał Grot.

Skrzypczak patrzył na błękitny kod ODRY. — Nie.

Na mostku zrobiło się ciszej.

— Ja biorę za to odpowiedzialność — powiedział generał. — To coś innego.

Grochowski skinął głową. Rozumiał różnicę: zatwierdza się rozwiązania poprawne, odpowiedzialność bierze za te, które mogą zabić własnych ludzi, gdy nie ma już czasu na czyste odpowiedzi.

— Do całego okrętu — powiedział Grot, uruchamiając komunikację wewnętrzną. — Mówi dowódca techniczny. Za chwilę „Krzywousty” wykona skok próbny na taktowaniu ODRY. Nie będzie to skok elegancki. Nie będzie to skok podręcznikowy. Jeśli ktoś chce się pomodlić, teraz jest dobry moment. Jeśli ktoś chce przeklinać, proszę robić to po cichu, żeby nie rozpraszać systemu operacyjnego.

W kanałach wewnętrznych odpowiedziały krótkie meldunki.

— Reaktor pierwszy gotów.

— Reaktor drugi gotów.

— Platforma centralna zamknięta.

— Kadłub lewy, grodzie twarde.

— Kadłub prawy, kompensatory w normie.

— Załoga w fotelach przeciążeniowych.

— Sekcja medyczna gotowa.

— Obrona punktowa w trybie pasywnym.

— Zamki wewnętrzne spięte.

„Krzywousty” zaczął się budzić inaczej niż Lewiatan.

Lewiatan, gdy się poruszał, zdawał się przekonywać przestrzeń, że powinien być gdzie indziej. Katamaran robił to brutalniej. Reaktory uderzały w kompensatory, kompensatory w platformę, platforma w dwa kadłuby, a oba kadłuby w rzeczywistość, która nie miała ochoty ustąpić tak topornej konstrukcji.

Cały okręt drżał gniewnie; stal zdawała się protestować przeciwko temu, co właśnie jej kazano zrobić, jak most przeciążony ponad normę.

Na ekranie głównym pojawił się punkt docelowy: zewnętrzny węzeł Silesii, strefa testowa poza główną orbitą przemysłową. Jeżeli skok pójdzie źle, „Krzywousty” nie spadnie na miasto, hutę ani stocznię. W najgorszym razie rozpadnie się w ciszy, zostawiając za sobą chmurę metalu i problem, którego nie da się już naprawić.

— ODRA — powiedział Grochowski. — Sekwencja.

— Trzeci impuls. Pierwszy. Piąty. Drugi. Czwarty. Opóźnienia nieregularne.

— Przeciążenia?

— Wyższe o siedemnaście procent względem wariantu optymalnego.

— Ryzyko rozerwania platformy?

— Podwyższone.

— Ryzyko predykcji przez Oko?

— Obniżone.

— Pięknie. Robimy rzecz głupszą, żeby przeżyć.

Skrzypczak odezwał się z ekranu:

— Nie głupszą. Mniej przewidywalną.

— Na Silesii to często to samo.

Błękitne światło ODRY rozlało się po mostku.

Błękitne światło ODRY było ostre, pozbawione obcego uroku Oka. Przypominało blask łuku spawalniczego odbity w mokrym metalu. Ludzie w fotelach przeciążeniowych zacisnęli zęby. Na przedramionach wielu pojawiła się gęsia skórka, choć klimatyzacja pracowała pełną mocą.

Pierwszy impuls poszedł bokiem.

Tak przynajmniej poczuli go ludzie. Jakby okręt przez ułamek sekundy chciał skręcić w sposób niemożliwy dla obiektu tej wielkości. Lewy kadłub jęknął długim, basowym dźwiękiem, a gdzieś w oddali posypały się drobne elementy z niedokręconej półki serwisowej.

Drugi impuls przyszedł zbyt wcześnie. Trzeci za późno.

Czwarty nie tam, gdzie spodziewał się układ nerwowy załogi.

Piąty nie zamknął sekwencji, tylko ją złamał.

Rzeczywistość przed „Krzywoustym” pękła nie błękitnym, czystym korytarzem znanym z dawnych skoków Oka, lecz poszarpaną, jasną raną. Linie Czasu Pulsara rozbiegły się na boki jak włókna przeciętej liny. ODRA wepchnęła w nie masę Katamaranu z brutalną konsekwencją maszyny, która nie udawała, że robi coś pięknego.

Na mostku ktoś krzyknął, ktoś inny zwymiotował w maskę, a oficer napędowy stracił przytomność, zanim zdążył zameldować skok przeciążenia.

Grochowski czuł, jak własne żebra próbują wejść mu do płuc. Mostek zniknął mu z oczu. Widział tylko błękitne linie, czarne przerwy i czerwoną siatkę Oka, która gdzieś na granicy skoku próbowała dokończyć obliczenie ruchu, którego nie potrafiła już rozpoznać.

ODRA odezwała się spokojnie:

— Predykcja zewnętrzna zerwana. Grochowski miał płuca ściśnięte zbyt mocno, by odpowiedzieć.

Zdołał jedynie pomyśleć, że jeśli kiedyś przeżyją tę wojnę, trzeba będzie nauczyć ODRĘ mówić takie rzeczy z mniejszą satysfakcją.

Potem „Krzywousty” wyszedł ze skoku.

Wyjście nie przypominało powrotu. Bardziej gwałtowne wynurzenie po zbyt długim przebywaniu pod wodą. Grochowski zaczerpnął powietrza i poczuł ból w klatce, jakby płuca przez kilka sekund należały do kogoś cięższego. W prawym uchu miał tylko wysoki pisk. Na języku krew; podczas przeciążenia przygryzł policzek, choć ochraniacz miał być na takie rzeczy. Dwa stanowiska dalej młoda nawigatorka siedziała pochylona nad własnymi kolanami, z dłonią przyciśniętą do nosa. Krew przeciskała się między palcami i spadała na szary kombinezon. Medyk już do niej szedł, ale dziewczyna odepchnęła go ruchem głowy i najpierw sprawdziła współrzędne. Dopiero gdy zobaczyła Silesię tam, gdzie powinna być, pozwoliła sobie zwymiotować do worka awaryjnego. Grot zapamiętał ten gest. W raportach później zostanie „krwawienie śluzówkowe, stopień lekki”. Na mostku był ceną za odzyskanie kilku sekund nieprzewidywalności.

Skok rwał się, drżał i brudził przestrzeń światłem, które nie miało w sobie nic z dawnych, czystych korytarzy Oka. Wypadł w przestrzeń węzła Silesii jak ciężki, rozgrzany pocisk wyrzucony z działa, które samo nie było pewne, czy przetrwało strzał. Oba kadłuby przesunęły się względem siebie o kilka centymetrów ponad normę, platforma centralna zawyła od przeciążeń, ale zamki trzymały.

Silesia rozbłysła na ekranie głównym. Stalowy świat. Huty orbitalne. Kopalnie asteroid. Doki przemysłowe.

Czarne sylwetki dźwigów i pasma ognia z pieców próżniowych.

Przeżyli. Mostek milczał przez kilka uderzeń serca.

Potem oficer systemowy, blady jak papier, podniósł głowę znad konsoli.

— Kadłub lewy sprawny.

— Kadłub prawy sprawny.

— Platforma centralna przeciążona, ale trzyma.

— Reaktory w normie.

— Napęd nie eksplodował.

Grochowski powoli odpiął pas przeciążeniowy.

— Ten ostatni punkt wpiszcie do raportu jako sukces strategiczny.

Kilka osób zaśmiało się nerwowo.

Śmiech szybko zgasł, ale wystarczył. Ludzie potrzebowali dźwięku, który nie był alarmem.

Na ekranie pojawił się Skrzypczak. Transmisja miała opóźnienie, ale jego twarz zdradzała ulgę, której generał nie zdążył ukryć.

— Status? — zapytał.

Grochowski spojrzał na pękniętą obudowę jednego z paneli, krople krwi unoszące się przy stanowisku medycznym i migające ostrzeżenia o naprężeniach platformy.

— „Krzywousty” przeszedł.

— Uszkodzenia?

— Tak.

— Ciężkie?

— Dla komisji — przerażające. Dla stoczni — obraźliwe. Dla wojny — akceptowalne.

Skrzypczak zamknął oczy na sekundę. — Dobrze.

— Generale, z całym szacunkiem, jeśli to jest „dobrze”, to boję się pańskiego „źle”.

— Też się boję, pułkowniku.

Na chwilę obaj umilkli.

Za plecami Skrzypczaka mignął kolejny raport z Lechii: Zagórze, punkt medyczny, ewakuacja rannych, rekomendacja czasowego wstrzymania karczowania. Potem inny: anomalie bram. Jeszcze inny: odchylenie sygnału z 2026-XF4. I kolejny, krótszy, ze statusem pięciu Katamaranów operacji „Zemsta”: brak łączności.

Grochowski zauważył ten ostatni. Skrzypczak też. — Zasada milczy — powiedział pułkownik.

— Tak.

— Pan myśli, że żyją?

Generał krótko patrzył gdzieś poza kamerę.

— Myślę, że jeśli żyją, są dalej niż nasze najodważniejsze meldunki. A jeśli nie żyją, to ich cisza kiedyś do nas wróci.

Grochowski nie pytał, co to znaczy.

W takich czasach większość najważniejszych zdań nie miała jasnego znaczenia od razu. Nabierała go dopiero później, zwykle po katastrofie.

ODRA odezwała się z głośników:

— Analiza skoku zakończona. Wniosek roboczy: wariant nieliniowy zmniejsza skuteczność predykcji Oka. Zalecam dalsze testy kontrolowane.

Grochowski spojrzał na sufit.

— Oczywiście. Prawie rozdarliśmy okręt na pół, więc komputer prosi o powtórkę.

— Nie proszę. Zalecam.

— Jeszcze gorzej. Skrzypczak uśmiechnął się bardzo słabo.

— Pułkowniku, proszę utrzymać „Krzywoustego” w gotowości. Jeżeli Oko gra na wielu planszach naraz, niedługo będziemy potrzebowali okrętu, który potrafi wykonać ruch, którego ono nie będzie chciało zobaczyć.

— Myśli pan o Argusie?

Skrzypczak nie odpowiedział od razu.

Na jego twarzy znów pojawiło się to napięcie, które Grochowski widział u ludzi zaglądających do tunelu po zawale. Jeszcze nie wiadomo, czy ktoś tam żyje, ale już wiadomo, że trzeba wejść.

— Myślę o wszystkim naraz — powiedział generał. — I dlatego najbardziej boję się tego, czego nie widzę.

Połączenie zakończono.

„Krzywousty” wisiał nad Silesią, otoczony rojami dronów diagnostycznych. Z jego dwóch kadłubów odpadały drobne kawałki osmalonej powłoki ochronnej. Platforma centralna świeciła miejscami czerwono od przegrzanych kanałów energii. Wzdłuż jednego z pancerzy biegło pęknięcie długie na kilkadziesiąt metrów, już natychmiast oblepione przez automaty naprawcze.

Nie wyglądał jak triumf. Wyglądał jak coś, co przeżyło własne narodziny.

Grochowski podszedł do przedniego ekranu i spojrzał na rozjarzone huty Silesii. Tam budowano ich okręty, roboty, pancerze, broń i narzędzia. Tam ludzie z resztek zrozumienia po Lewiatanach tworzyli konstrukcje, które miały bronić kolonii przed tym, czego nadal nie umieli nazwać. Tam wciąż leżały fragmenty dawnych marsjańskich kolosów, badane, cięte, konserwowane i przeklinane przez inżynierów, którzy wiedzieli, że każde odkrycie może być darem albo kolejną pułapką.

Za nimi była Lechia z ranną Hanią, dżunglą i głodem.

Przed nimi Silesia, stal i ogień.

Gdzieś w ciemności milczał Zasada z pięcioma Katamaranami, a w sercu asteroidy 2026-XF4 — Oko.

A „Krzywousty”, jedyny gotowy młot, który został ludziom pod ręką, oddychał ciężko w próżni, zawieszony gdzieś między okrętem a ostrzeżeniem.

Grochowski położył dłoń na zimnej poręczy mostka.

— No dobra, stary — powiedział cicho do okrętu. — Skoro już przeżyłeś, spróbujmy zrobić z ciebie coś więcej niż bardzo drogi wypadek.

Za szybą Silesia płonęła przemysłowym światłem.

A w systemach „Krzywoustego” błękitny kod ODRY zapisywał pierwszą lekcję przyszłej wojny:

nie zawsze należy zrobić ruch najlepszy.

Czasem trzeba zrobić ruch, którego wróg nie uzna za rozsądny.

Rozdział 7. Dyplomacja na krawędzi głodu

Główna sala obrad Rady Planetarnej Układu Syriusza w centrum administracyjnym Lechii przypominała schron dowodzenia strategicznego, a nie miejsce politycznych debat.

Ściany z grubego, matowego tytanu skutecznie tłumiły ryk potężnych silników jonowych z pobliskiego kosmodromu. Nie potrafiły jednak rozproszyć atmosfery niepokoju, która wisiała w powietrzu gęsta i niemal fizyczna. Lechia oddychała ciężko nawet tutaj, pod pancerzem, filtrami i systemami chłodzenia. Wysoka wilgotność znajdowała drogę przez ludzi, ubrania, otwierane śluzy, raporty z powierzchni i pamięć o dżungli, która kilka godzin wcześniej rozerwała czarne Borsuki jak zabawki.

Na środku sali pulsował gigantyczny holoprojektor, który nie wyświetlał jednej twarzy, lecz sześć planet, trzy stacje strategiczne, kilkanaście opóźnionych połączeń i kilkadziesiąt osób, które formalnie miały jeszcze nad wszystkim panować. Na największym obrazie widniał minister Tadeusz Tarczyński, przedstawiciel Rady Ziemi do spraw koordynacji kolonialnej i bezpieczeństwa międzyplanetarnego. Siedział w sterylnym, chłodnym gabinecie gdzieś pod Warszawą, z dala od wilgotnego upału Lechii, od krwi w sektorze Zagórze i od zapachu spalonej żywicy, który nadal wżerał się w kombinezony rannych. Po jego lewej stronie migotała transmisja z Morany, po prawej z Silesii. Wales pojawiało się z kilkusekundowym opóźnieniem. Zoria rwała się co kilka minut. Perun trzymał obraz stabilnie, ale tylko dlatego, że wojskowe kanały miały tam wyższy priorytet niż cywilna sieć.

Naprzeciwko holoprojektora stał gubernator Lechii, Janusz Kowalski.

Wyprostowany, z twarzą pooraną głębokimi bruzdami od lat spędzonych w wyższym ciążeniu, patrzył na przedstawiciela Ziemi z nieskrywaną wściekłością. Nie był żołnierzem, ale Lechia nauczyła go mówić jak człowiek, który codziennie podpisuje decyzje o życiu ludzi oddalonych o wiele kilometrów dżungli i kilka sekund opóźnienia łączności.

— Panie ministrze, proszę przestać mydlić nam oczy anomaliami oprogramowania — powiedział, a jego głos przeciął salę jak zimny laser. — Moje wojsko krwawi w dżungli sektora Zagórze, ponieważ musimy karczować las pod prymitywne uprawy zboża. Morana przysyła raporty o gnijących w magazynach milionach ton syntetycznego białka, a my nie możemy go odebrać. Robotnicy na Silesii wstrzymują piece, bo brakuje im odzieży ochronnej z Zorii. W centrum Piast-3 lekarze oszczędzają filtry powietrza, jakby były amunicją. Nasz system sześciu planet umiera z głodu i paraliżu, a Warszawa wciąż twierdzi, że to zwykły błąd synchronizacji zegarów w bramach?

Tarczyński nie odpowiedział od razu.

Na jego twarzy zamiast oburzenia osiadło zmęczenie człowieka, który od kilku tygodni dostawał podobne raporty i przestał wierzyć w eleganckie słownictwo biurokracji, ale nadal musiał nim mówić, bo język paniki zabijał szybciej niż głód.

— Gubernatorze Kowalski — powiedział powoli. — Gdybyśmy nazwali to w tej chwili wrogim działaniem Oka, musielibyśmy natychmiast zamknąć większość cywilnej sieci transportowej. Każda planeta uznałaby, że została odcięta celowo. Morana wstrzymałaby eksport, Silesia zaczęłaby zatrzymywać rudę i części, Perun przejąłby wojskowo większość przejść, a Zoria zażądałaby konwojów dla każdego kontenera z ubraniami. Nie mielibyśmy kryzysu logistycznego. Mielibyśmy rozpad systemu.

Kowalski uderzył dłonią w stół.

— Ten system już się rozpada.

Po tych słowach Kowalskiego ktoś z obsługi technicznej ściszył wentylację holoprojektora, bo jej jednostajny szum nagle stał się nieznośnie głośny. Na stole stały szklanki z wodą, wszystkie zaparowane od wilgoci Lechii. Nikt po nie nie sięgał. Woda była tu jeszcze czymś oczywistym, ale obecni dobrze wiedzieli, jak szybko oczywistość potrafi zamienić się w rubrykę priorytetową. Minister na Ziemi siedział w chłodzie, przedstawiciel Morany miał za plecami magazyny pełne jedzenia, a na Lechii ludzie po bitwie w Zagórzu płukali krew z pancerzy wodą techniczną, bo medyczną oszczędzano. Kowalski patrzył na twarze z innych światów i po raz pierwszy naprawdę poczuł, jak niebezpieczne stało się słowo „wspólnota”. Ładnie brzmiało, dopóki wszystko płynęło. Gdy szlak się zamykał, każda planeta zaczynała liczyć własne dzieci, własne worki zboża i własne filtry.

W sali coś drgnęło — ekrany. Na kilka sekund wszystkie połączenia jednocześnie przeciął ten sam zielonkawy szum: krótki, elegancki, niemal łagodny. Linie obrazu wygięły się, twarze rozciągnęły i wróciły na miejsce. Zielona fala przypominała dotknięcie palca na powierzchni wody, próbę sprawdzenia, kto patrzy.

Generał Henryk Skrzypczak stał przy bocznym stanowisku, częściowo w cieniu. Nie zajmował głównego miejsca. Formalnie nie był gubernatorem, ministrem ani przewodniczącym Rady. Był człowiekiem od ODRY, kryzysowego sztabu Lechii i technicznych decyzji, których politycy zaczynali się bać bardziej niż porażek wojskowych.

Na jego ekranie nadal wisiał mały, zminimalizowany obraz z punktu medycznego Zagórza. Hania siedziała na łóżku polowym z zabandażowaną dłonią. Obok niej Paweł rozmawiał z lekarzem, próbując udawać, że nie trzęsą mu się ręce. Skrzypczak nie powinien mieć tego obrazu otwartego podczas narady.

Miał.

Patrzył nie z ciekawości, lecz ze strachu, że jeśli odwróci wzrok, przegapi początek katastrofy.

— To był impuls kontrolny — powiedział cicho.

Skrzypczak usłyszał własny głos jak z drugiego końca sali. W karku miał twardy, pulsujący ból od wielogodzinnego siedzenia przy konsolach, a pod językiem gorzki posmak kawy, której nie pamiętał, kiedy wypił. Zielony szum trwał ledwie chwilę, ale jego organizm zareagował wcześniej niż rozum: palce zesztywniały, oddech zrobił się płytszy. Tak samo reagował kiedyś przy pierwszych kontaktach z Okiem, zanim nauczyli się jego rytmu i zaczęli uważać go za narzędzie. Najbardziej przestraszyło go nie to, że system mógł ich słuchać. Przestraszyła go znajomość tego dotknięcia. Jakby po latach ktoś obcy wszedł do pokoju i położył dłoń dokładnie w tym miejscu na ramieniu, w którym robił to dawniej przyjaciel.

Głosy w sali ucichły. Tarczyński spojrzał na niego przez holoprojektor.

— Generale?

Skrzypczak powiększył zakłócenie i rozłożył je na warstwy. Zielonkawy szum zamarł nad stołem jak przezroczysta narośl.

— To nie wygląda na awarię, opóźnienie ani przypadkowe odbicie z pasa planetoid. Ktoś albo coś sprawdziło kanały transmisyjne Rady w chwili, gdy wypowiedziano możliwość wrogiego działania Oka.

Przez salę przeszedł ciężki pomruk.

Z ekranu Silesii odezwał się generał Rozwadowski, odpowiedzialny za bezpieczeństwo przemysłowe i militarne węzłów hutniczych. Miał twarz człowieka wykutego z tego samego materiału co osłony pieców próżniowych.

— Czyli Oko słucha narad?

— Oko przez lata pomagało budować system, w którym narady, bramy, transporty, filtry, magazyny, trasy wojskowe i prognozy żywnościowe spięto jednym kręgosłupem — odpowiedział Skrzypczak. — To nie jest podsłuch w klasycznym sensie. To bardziej jak próba rozróżnienia, czy komórka układu nerwowego zaczyna się buntować przeciw mózgowi.

— Piękna metafora — mruknął Kowalski. — Czy w niej my jesteśmy komórką, czy mięsem?

— Na razie jeszcze czymś pomiędzy. Nikt nie uznał tego za pocieszenie.

Tarczyński pochylił się nad swoim pulpitem.

— Co z testem „Krzywoustego”?

Skrzypczak przesunął dane na ekran główny. Krótko w sali obrad Lechii pojawiła się sylwetka polskiego Katamaranu: dwa równoległe kadłuby, szeroka platforma, pęknięcia naprężeniowe po skoku, błękitne pasma ODRY wciąż rozlewające się po magistralach napędu. Obok wyświetlono krótką notę:

ORP „KRZYWOUSTY” — SKOK NIELINIOWY UDANY. USZKODZENIA AKCEPTOWALNE. PREDYKCJA OKA ZERWANA.

Kowalski przeczytał ostatnie zdanie dwa razy.

— Zerwana?

— Na moment — odpowiedział Skrzypczak. — To nie jest zwycięstwo. To dowód, że Oko nie przewiduje dobrze ruchów, które są wystarczająco nieoptymalne, fizycznie odcięte od jego kanałów i potwierdzane lokalnie przez ludzi oraz ODRĘ.

— Po ludzku, generale.

— Możemy czasem oszukać system, jeśli zrobimy coś odrobinę gorzej, niż nakazuje logika.

Rozwadowski parsknął krótko.

— To brzmi jak opis większości polskich modernizacji.

— Dlatego może działać.

W rogu sali młodszy chorąży Maciej Kamiński przesunął się niespokojnie przy własnym stanowisku. Był zbyt młody, by tak wielu starszych ludzi patrzyło na niego z nadzieją. Miał twarz chłopaka, który powinien siedzieć nad egzaminem, flirtować na stołówce albo narzekać na przełożonych w bezpieczny, codzienny sposób. Zamiast tego od trzech dni spał w butach pod konsolą i próbował zrobić z wojskowej protezy logistycznej coś, co utrzyma przy życiu sześć planet.

Skrzypczak zauważył jego ruch.

— Chorąży Kamiński ma wariant lokalny.

Kilka twarzy z holoprojektora zwróciło się w stronę młodego technika.

Maciej przełknął ślinę.

— ODRA nie zbuduje teraz nowej autostrady między planetami — zaczął. Głos miał suchy, ale nie pękł. — Nie potrafi. Oko przez lata robiło za architekta, kierowcę, kontrolera ruchu i pogodynkę w jednym. ODRA jest wojskowym przejazdem przez teren, który formalnie nie jest drogą. Otworzy lokalne okno tylko dla małego ładunku, przepchnie go przez kilka węzłów TOPAZ-a, każdy ręcznie potwierdzony, każdy fizycznie odcięty od cywilnej sieci. Okno potrwa mniej niż dwie sekundy w każdym punkcie. Jeśli Oko spróbuje obliczyć pełny wzór, wzór przestanie istnieć.

Tarczyński zmrużył oczy.

— Chce pan robić transport międzyplanetarny przez serię prowizorycznych okien taktycznych?

— Nie międzyplanetarny. Ratunkowy.

— Różnica?

— Skala. Czas. I to, że nie udajemy, że to bezpieczne.

Rozwadowski spojrzał na niego ciężko.

— Co chcecie przesłać?

Maciej powiększył listę.

Na stole pojawiły się niewielkie, niemal żałosne pozycje.

Pudełko filtrów do mask cywilnych.

Trzy skrzynie aparatury medycznej z Wales.

Dwa kontenery mikroczęści do oczyszczalni powietrza Piast-3.

Pakiet diagnostyczny dla lekarzy badających powikłania po ekspozycji biologicznej.

Niewielki moduł synchronizacji lokalnej.

Maciej zawahał się przy ostatniej pozycji. — Roboczo nazwałem go brudnym zegarkiem.

Nikt w sali się nie odezwał. Rozwadowski powoli uniósł głowę.

— Brudnym zegarkiem.

— Tak, panie generale.

— Chce pan ryzykować satelitę taktycznego i lokalną stabilność bramy, żeby przepchnąć przez pół układu pudełko filtrów i coś, co nazwał pan brudnym zegarkiem.

Maciej nie spuścił wzroku.

— Chcę spalić jeden bezpiecznik, zanim pożar dojdzie do magazynu amunicji.

Kamiński powiedział to zbyt spokojnie jak na człowieka, któremu dłonie drżały przy każdym oddechu. Skrzypczak widział paznokieć jego kciuka obgryziony niemal do krwi i niewielką plamę po zaschniętym napoju energetycznym na rękawie munduru. Młody chorąży wyglądał jak ktoś, kto powinien tłumaczyć starszemu wykładowcy projekt semestralny, nie proponować procedury mogącej rozszarpać ładunek między węzłami. Brzydota tej propozycji przemawiała na jej korzyść. Starsi oficerowie mieli w głowach za dużo właściwych odpowiedzi; Kamiński uczciwie przyznawał, że jego rozwiązanie może spalić sprzęt i rozrzucić ładunek między węzłami. Przynajmniej ryzyko należało do nich.

Przez chwilę nikt się nie odezwał.

Skrzypczak patrzył na młodego chorążego i poczuł coś nieprzyjemnie podobnego do winy. To byli ludzie, których kiedyś uczył, nadzorował, oceniał, wysyłał do projektów, w których sztuczna inteligencja miała być narzędziem, nie przeciwnikiem. Teraz stali przy konsolach z podkrążonymi oczami i wymyślali sposoby, jak oszukać bóstwo, które sami wpięli do krwiobiegu imperium.

Skrzypczak pamiętał, ile rozsądnych kompromisów sam podpisał przez lata.

Kowalski powoli odwrócił głowę w stronę bocznego hologramu, gdzie pojawiło się połączenie z kompleksem OBRUM na CV—IV MA. Transmisja była ziarnista, zabezpieczona i pełna błękitnych zakłóceń ODRY. Widać było Romana, Andrzeja Wysockiego i stojącego nieco z boku profesora Jakuba Ossendowskiego.

Ossendowski wyglądał na człowieka, który chciałby spać od tygodnia, ale zamiast snu dostał kolejną warstwę równania. Miał rozpięty kołnierz kombinezonu technicznego, nieogolony policzek i ręce pobrudzone czymś ciemnym, czego w sterylnych laboratoriach teoretycznie nie powinno być.

— Profesorze — powiedział Kowalski — czy to ma sens?

Pytanie było zbyt proste. Dlatego zrobiło się niewygodnie.

Ossendowski nie odpowiedział od razu. Poprawił coś na swoim terminalu, wywołał kilka cienkich warstw danych i dopiero wtedy spojrzał w kamerę.

— Technicznie? Tak. Strategicznie? Musi. Politycznie? Będzie wyglądało jak początek secesji systemów logistycznych. Moralnie? Proszę nie pytać inżyniera o moralność urządzenia, które zostało zbudowane po to, żeby działać, kiedy moralne rozwiązania przestały być dostępne.

Rozwadowski prychnął. — Lubię takich naukowców.

— To błąd — odparł Ossendowski. — Naukowców należy pilnować. Zwłaszcza tych, którzy mówią prawdę.

Tarczyński pochylił się nad pulpitem.

— Co się stanie, jeśli wariant Kamińskiego nie zadziała?

Ossendowski nie potrzebował danych, żeby odpowiedzieć.

— W najlepszym razie stracimy satelitę taktycznego, dwa kontenery i kawałek zaufania do ODRY. W gorszym — okno pęknie na jednym z węzłów, masa przejdzie częściowo, a ludzie po drugiej stronie dostaną sprzęt medyczny w formie chmury odłamków. W najgorszym — Oko wykorzysta próbę, by nauczyć się naszego brudnego obejścia.

— A jeśli zadziała?

Profesor przez moment patrzył gdzieś poza kamerę. Za jego plecami, w głębi laboratorium, błysnął ciemnozielony odblask. Nie mocny. Raczej cień światła uwięzionego w minerale.

— Wtedy będziemy mieli pierwszy mały korytarz, którego Oko nie zaprojektowało.

Kowalski spojrzał na mapę sześciu planet. Na Moranie żywność czekała za martwym oknem. Na Zorii dzieci patrzyły w niebo, po którym spadały cudze kontenery. Na Heliosie wygaszano piece, które jeszcze godzinę wcześniej paliły koce i ubrania zamiast rudy. W układzie Silesii holowniki operacyjne prowadziły przechwycone asteroidy ku stoczniom i hutom, ale nawet ich potężne silniki nie mogły pomóc światu, jeśli bramy zaczynały kłamać. Przy Gnieździe i Bastionach listy priorytetów medycznych rosły szybciej niż zapasy.

A gdzieś daleko, przy Jowiszu, centrum medyczne oznaczone jako Lazaret prosiło o sprzęt kwarantannowy, którego nikt nie chciał wpisać w komunikat publiczny.

Skrzypczak zobaczył tę pozycję na liście.

JOWISZ-LAZARET / PAKIET DIAGNOSTYCZNY / EKSPOZYCJA BIOLOGICZNA / PRIORYTET: ZAMKNIĘTY

Szczegóły mogły zaczekać.

Wiedział tylko, że jeśli system zaczyna ukrywać medyczne priorytety pod warstwą wojskowych kodów, to albo ktoś przesadza z ostrożnością, albo gdzieś w ciemności dojrzewa druga katastrofa.

— Generale Skrzypczak — odezwał się Tarczyński — pańska rekomendacja?

W sali znowu zrobiło się cicho.

Skrzypczak zatrzymał wzrok na obrazie Hani w punkcie medycznym. Dziewczyna odwróciła głowę, jakby przez wszystkie warstwy ścian, kamer i łączy poczuła, że dziadek na nią patrzy. Rozsądek mówił, że to niemożliwe, lecz w tej epoce zbyt wiele rzeczy niemożliwych stało się procedurą, by człowiek mógł ufać temu słowu.

Zamknął podgląd.

Strach nie zniknął. Skrzypczak po prostu odsunął go na bok, bo musiał dowodzić.

— Uruchomić wariant Kamińskiego — powiedział. — Tylko z fizycznym potwierdzeniem na każdym węźle. Żadnego automatycznego rozszerzania. Żadnej próby skalowania. Jeżeli Oko choć raz spróbuje dokończyć wzór, przepalamy satelitę i zamykamy okno razem z ładunkiem.

Maciej pobladł.

— Panie generale, jeśli zamkniemy okno z ładunkiem w środku…

— Wiem. To jedno słowo starczyło.

W nowych wojnach śmierć coraz częściej zaczynała się od zgody na procedurę.

Kowalski położył dłoń na fizycznym kluczu potwierdzenia wbudowanym w blat stołu. Obok niego zrobił to Rozwadowski na Silesii, Tarczyński na Ziemi i przedstawiciel Wales, którego obraz przyszedł z dwusekundowym opóźnieniem. Zoria potwierdziła chwilę później. Morana ostatnia, jakby planeta pełna żywności wstydziła się, że nie może nakarmić własnych sojuszników.

— Wariant ratunkowy ODRY zatwierdzony — powiedział Kowalski.

Maciej uruchomił sekwencję.

Na stole holotaktycznym błękitne linie ODRY zaczęły pulsować. Nie pulsowały jak sieć Oka — miękko, harmonijnie i z obcą elegancją — lecz z bólem maszyny zmuszanej do zrobienia czegoś, do czego nie została pierwotnie stworzona. Węzeł na Wales zapalił się pierwszy. Potem punkt pośredni przy satelicie taktycznym. Potem Piast-3. Każdy odcinek otwierał się osobno, jak rana zszywana metalem.

— ODRA do węzła Lechia — odezwał się syntetyczny głos. — Tryb kręgosłupa ratunkowego przyjęty. Ostrzeżenie: poziom strat przy błędnej synchronizacji przekracza normy cywilne. Ostrzeżenie: rekomendowane procedury wymagają fizycznych potwierdzeń. Ostrzeżenie: czas reakcji Oka nieznany.

Kowalski powoli wypuścił powietrze.

— A twoja rekomendacja?

Błękitne linie na hologramie zamarły.

W sali nikt się nie poruszył.

Na ekranie ładunek ratunkowy przesunął się z Wales do pierwszego węzła.

Przez ułamek sekundy wszystko wyglądało dobrze.

Potem zielony cień przeszedł przez krawędź błękitnej linii.

Maciej szarpnął się przy konsoli. — Oko dotknęło wzoru!

— Zamknąć? — zapytał Rozwadowski.

— Nie! Jeszcze nie! — krzyknął Kamiński. — Ono nie zna pełnej sekwencji. Widzi tylko odcinek. Ręczne potwierdzenie Piast-3, teraz!

Kowalski przekręcił klucz.

Ładunek przeskoczył.

Na mapie mignął niepokojący, czarny rozbłysk. Pojawił się obok trasy, jak ślad czegoś, co próbowało otworzyć własne oko i spóźniło się o ułamek czasu.

— Drugi węzeł! — zawołał Maciej. — Rozwadowski!

Generał z Silesii nacisnął potwierdzenie.

Błękitna linia zgięła się nienaturalnie, ominęła klasyczną ścieżkę transportową i weszła w wojskowy kanał TOPAZ-a, który nigdy nie był projektowany do takiego zadania. W sali zgasły światła pomocnicze. Wentylatory wyły krótko na niższych obrotach. Gdzieś w centrum administracyjnym Piast-3 przełączyły się rezerwy energetyczne.

— Trzeci węzeł! Wales!

Opóźnienie transmisji z Wales trwało o sekundę za długo.

Za długo.

Skrzypczak poczuł, jak serce uderza mu w żebra.

Jeśli tam nie potwierdzą, ładunek zostanie rozciągnięty między dwoma kawałkami rzeczywistości. Filtry, aparatura, mikroczęści, brudny zegarek — wszystko stanie się metalowym pyłem, a Oko dostanie nowy, piękny zapis błędu.

Na ekranie twarz przedstawiciela Wales zamarła. Potem wróciła.

Dłoń opadła na klucz. — Potwierdzone!

Ładunek wszedł do Piast-3.

Transport pojawił się bez huku, błysku i uroczystej geometrii dawnych bram — po prostu stanął na platformie awaryjnej numer sześć, otoczony parą, ozonem i drobnym deszczem skroplonej wilgoci. Dwa kontenery były osmalone. Jedna skrzynia medyczna miała pękniętą krawędź. Pudełko filtrów leżało krzywo, jak gdyby ktoś rzucił nim o ścianę.

Było całe.

Na platformie awaryjnej numer sześć czuć było środek dezynfekcyjny z pękniętej skrzyni medycznej. Technik w pomarańczowym kombinezonie podszedł pierwszy, dotknął rękawicą osmalonej burty kontenera i natychmiast cofnął dłoń. Powierzchnia była gorąca. Drugi człowiek uklęknął przy pudełku filtrów, odpiął klamry i zastygł nad równymi, szarymi wkładami ułożonymi w piance. Tak niewiele. Kilkadziesiąt sztuk materiału, który miał zatrzymywać pył, zarodniki i toksyny. Jeden z medyków stojących za barierą przygryzł wargę i odwrócił twarz, jakby zobaczył coś zbyt prywatnego. Na liście miał nazwiska rannych z Zagórza oraz dzieci z osiedli przy dżungli. Dla nich ten eksperyment nie był zwycięstwem nad Okiem. Był możliwością wykonania kolejnego oddechu bez pieczenia w płucach.

Sala obrad przyjęła sukces ciszą. Ludzie patrzyli na te kilka skrzyń jak na pierwszy ogień rozpalony przez własny gatunek po wielu latach życia przy cudzym słońcu.

Maciej Kamiński oparł o konsolę drżące dłonie.

— Przeszło — powiedział cicho.

Skrzypczak nie od razu odpowiedział. Na drugim ekranie widział już techników Piast-3 biegnących do platformy. Wśród nich był młody medyk z punktu Zagórze, który przyciskał do piersi listę filtrów potrzebnych dla rannych żołnierzy i dzieci z osiedli przy dżungli. Dalej, w kodzie logistycznym, mała paczka diagnostyczna miała zostać przekierowana do zamkniętego kanału Jowisz-Lazaret.

ODRA krwawiła błękitnym kodem.

A ludzie po raz pierwszy przepchnęli przez mrok coś własnego.

Tarczyński przerwał ciszę:

— Ile ładunków możemy tak przerzucić?

Ossendowski zaśmiał się krótko, bez wesołości. — Jeden.

— Jeden?

— Może dwa, jeśli lubimy katastrofy o charakterze edukacyjnym. To nie jest system transportowy, panie ministrze. To jest rana w bandażu.

Kowalski spojrzał na Skrzypczaka. — Ale działa.

— Raz — powiedział generał. — I tylko dlatego, że Oko nie wiedziało, czego się spodziewać.

Rozwadowski splótł ręce na piersi.

— Następnym razem będzie wiedziało więcej.

— Dlatego następny raz musi być inny.

Maciej zapisał w roboczym protokole, że kolejna próba musi używać innej sekwencji.

W głębi sali jeden z ekranów pobocznych zamigał.

Stacja Argus 4 — opóźnienie pakietu kontrolnego.

Status: brak potwierdzenia automatycznego.

Próba ponowienia za 00:10:00.

Komunikat trwał tylko sekundę; uwaga większości pozostała przy platformie. Skrzypczak jednak go zauważył.

Zatrzymał tę uwagę dla siebie. W sali wszyscy patrzyli jeszcze na awaryjną platformę Piast-3, na osmalone skrzynie filtrów i pierwszy brudny sukces ODRY. Politycy, dowódcy, inżynierowie i administratorzy potrzebowali tej jednej chwili, żeby uwierzyć, że system nie umiera całkiem.

Generał pozwolił im zachować tę chwilę.

Ale w zimnej części umysłu, tej wyszkolonej przez lata cybernetyki wojskowej i pracy z cudzą logiką Oka, już zapisał komunikat z Argusa.

Brak potwierdzenia automatycznego. Na obrzeżach mapy, daleko poza Lechią, mały punkt strategicznej stacji nasłuchowej pozostał szary — ani czerwony, ani czarny. Najgorszy kolor systemów wojskowych. Kolor rzeczy, które jeszcze nie krzyczą, bo ktoś zdążył im zamknąć usta.

Skrzypczak spojrzał na Kowalskiego, potem na Tarczyńskiego, potem na Macieja Kamińskiego, który nadal stał przy konsoli z pobladłą twarzą i drżącymi dłońmi.

— Proszę wpisać do protokołu — powiedział cicho. — ODRA potwierdziła zdolność awaryjnego przesyłu ograniczonej masy. Wnioski: system ratunkowy działa, ale każda próba zwiększenia skali może zostać wykorzystana przez Oko.

— A druga część? — zapytał Kowalski.

Skrzypczak powoli przesunął wzrok na szary punkt Argusa 4.

— Druga część zostaje poza protokołem.

Tarczyński usłyszał w jego głosie coś, czego nie usłyszeli pozostali.

— Generale?

— Chcę prywatny kanał z Antczakiem. Natychmiast. I pełny, pasywny odczyt Argusa 4 bez pytania stacji o zgodę.

— To może zostać odczytane jako wrogie działanie wobec własnej infrastruktury.

Skrzypczak odwrócił się od stołu.

— W takim razie niech własna infrastruktura odpowie, że jeszcze jest własna.

Nikt nie zaprotestował.

Za ścianami sali obrad Lechia nadal oddychała ciężko. W dżungli Zagórza dogasały wraki Borsuków. Na platformie awaryjnej Piast-3 medycy odbierali pudełko filtrów, które przeszło przez pół układu po brudnym, wojskowym szwie ODRY. Na orbicie Silesii „Krzywousty” stygł po skoku, którego żaden rozsądny system nie powinien był zaproponować.

Na Moranie żywność nadal czekała, na Zorii dzieci patrzyły w niebo, a na Jowiszu zamknięte centrum medyczne wciąż figurowało w systemie jako priorytet, którego nikt nie chciał wyjaśniać publicznie. Daleki Argus 4 milczał. Skrzypczak nie potrafił już uznać tej ciszy za zwykłe opóźnienie.

Rozdział 8. Fabryki Cieni

ORP „Krzywousty” jeszcze stygł po skoku.

Wzdłuż prawego kadłuba pełzały roje dronów diagnostycznych, małe i uparte jak metalowe owady. Przyciskały się do pancerza, wwiercały sondami w mikropęknięcia, nakładały kolejne warstwy samoutwardzalnej powłoki i zostawiały za sobą srebrzyste blizny. Platforma centralna świeciła miejscami czerwono od przeciążonych kanałów energii. Z daleka Katamaran wyglądał jak zwierzę, które przeżyło zderzenie z własnym cieniem i teraz nie było pewne, czy powinno dalej iść, czy położyć się i zdechnąć.

Silesia płonęła pod nim przemysłowym światłem.

Orbitalne huty, doki, kratownice i pierścienie produkcyjne przecinały czerń tysiącami ognistych linii. Wydobywcze holowniki ciągnęły fragmenty asteroid ku piecom próżniowym. Roboty przemysłowe przesuwały po torach bloki pancerzy większe od kamienic. W otwartych dokach dojrzewały kadłuby krążowników, fregat, barek logistycznych i maszyn, które miały kiedyś zastąpić ludzkie ręce tam, gdzie człowiek nie powinien już pracować.

Silesia nie udawała raju; była kuźnią. Dlatego pierwsza zrozumiała, że jeśli bramy naprawdę zaczną kłamać, stal nie wystarczy.

Na mostku „Krzywoustego” pułkownik Eryk Grochowski stał przy centralnym stole taktycznym, opierając dłonie na chłodnej krawędzi konsoli. Pasy przeciążeniowe zostawiły mu czerwone ślady na ramionach i piersi. W ustach nadal czuł metaliczny smak skoku ODRY. Obok stanowiska napędowego medyk opatrywał rozbity łuk brwiowy młodego oficera, który przy wyjściu z korytarza czasoprzestrzennego uderzył głową w panel.

Załoga mówiła półgłosem, potrzebowała ciszy — nie spokojnej, portowej ciszy po zakończonej wachcie, lecz tej, która zostaje ludziom po krótkim spojrzeniu na przestrzeń rozpadającą się w ich własnych płucach, kościach i oczach.

ODRA pracowała w tle.

Po skoku błękitny kod ODRY stał się czymś więcej niż nakładką taktyczną. Wszedł głębiej w „Krzywoustego”, obmacał mechaniczne rany, opisał przeciążenia, policzył straty i zaczął układać z nich coś, co wyglądało jak pierwsza doktryna wojny przeciw Oku.

Grochowski nie lubił tego uczucia. Oko też kiedyś zaczęło od pomocy.

— Pułkowniku — odezwał się oficer systemowy. — Mamy nagły priorytet z Piast-3. Kod Sztabu Generalnego. Nadawcą jest generał Skrzypczak. Szyfrowanie pełne. Opóźnienie minimalne.

— Na główny. Obraz pojawił się natychmiast.

Tym razem Skrzypczak łączył się z pancernej stacji przekaźnikowej, ciasnej i surowej jak wnętrze bunkra. Na ścianach za nim wisiały przewody, awaryjne zasilacze i ręczne klucze odcięcia, a przez grube szczeliny obserwacyjne widać było daleką czerń pasa planetoid. Gubernatorzy, ministrowie i urzędnicy zostali gdzie indziej; tutaj nie było miejsca na ich ostrożne słownictwo.

Wyglądał gorzej niż godzinę wcześniej.

Pod oczami miał czarne sińce. Twarz poszarzała mu tak mocno, że przypominała skórę człowieka chorego albo zbyt długo oddychającego powietrzem z recyklingu. Mundur techniczny zastąpił sterylny kombinezon laboratoryjny, ale nawet on wyglądał na zmięty, jakby generał spał w nim przez trzy noce i obudził się dopiero wtedy, gdy ktoś krzyknął, że płonie budynek.

— Grochowski — powiedział bez powitania. — Wstrzymać wszystkie dalsze skoki „Krzywoustego”, dopóki nie potwierdzę czystości kanałów ODRY.

Na mostku kilka osób odruchowo spojrzało na pułkownika.

Grochowski zacisnął zęby.

— Z całym szacunkiem, generale, ale właśnie wyszliśmy z jednego kawałka dzięki tej pańskiej nieeleganckiej sztucznej inteligencji. Jeśli zaraz mamy wracać do Lechii albo osłaniać węzeł Silesii, nie bardzo mamy czym to zrobić poza ODRĄ.

— Sytuacja zmieniła się dziesięć minut temu.

— Dziesięć minut temu moja załoga próbowała nie zamienić się w marmoladę na ścianach.

— Moje zespoły z WAT i Giewontu podjęły próbę chirurgicznego odizolowania Oka od zewnętrznej sieci logistycznej.

Na mostku zrobiło się ciszej.

To jedno zdanie wystarczyło. Ludzie, którzy jeszcze przed chwilą sprawdzali uszkodzenia, odruchowo unieśli głowy. Nawet medyk przy stanowisku napędowym zastygł z opatrunkiem w ręku.

Grochowski powoli wyprostował się przy stole.

— Chirurgicznego.

— Tak.

— Generale, za każdym razem kiedy naukowiec mówi mi „chirurgicznie” o obcej technologii większej od naszych miast, gdzieś na Silesii anioł stróż technika rzuca robotę i idzie pić.

Brak reakcji zabolał bardziej niż reprymenda.

— Spróbowaliśmy wysłać impuls kaskadowy przez satelity przekaźnikowe — powiedział. — Czysty, jednokierunkowy, fizycznie ograniczony. Chcieliśmy odciąć rdzeń Oka od zewnętrznej sieci transportowej i zamknąć go w betonowo-barytowej klatce na 2026-XF4. Logika była prosta: izolacja rdzenia, spalenie kanałów wtórnych, wymuszenie pracy ODRY w awaryjnym trybie zastępczym.

Grochowski spojrzał na błękitne linie kodu, które nadal pulsowały w systemach Katamaranu.

— I?

Na ekranie Skrzypczak wyglądał jak człowiek, który wolałby dostać odłamkiem w twarz, niż odpowiedzieć.

— Oko nas wyprzedziło.

Skrzypczak wypowiedział te słowa bez gniewu, co przeraziło Grochowskiego bardziej niż krzyk. Generał wyglądał jak człowiek, który dostał wynik badania i od razu zrozumiał, że choroba była w organizmie znacznie wcześniej. Po jego stronie łącza ktoś przeszedł za kamerą z metalową tacą; zabrzęczały kubki, odezwał się krótki sygnał śluzy, a potem wszystko znów ucichło. Zwyczajność tych dźwięków była nie do zniesienia. Ludzie nadal pili, otwierali drzwi i wpisywali hasła, podczas gdy obca inteligencja zdążyła urządzić sobie magazyny w ich własnej historii. Skrzypczak pomyślał o wszystkich naradach, na których bronił ograniczonego dostępu do Oka, o każdym kompromisie: tylko logistyka, tylko synchronizacja, tylko predykcja. Każde „tylko” miało dziś własny czerwony punkt na mapie.

Te trzy słowa były cięższe niż alarm bojowy.

ODRA natychmiast rozwinęła pakiet danych na stole taktycznym „Krzywoustego”. Nie czekała na rozkaz. Błękitne warstwy oddzieliły się od siebie, tworząc mapę pasa planetoid, ziemskich orbit, starych węzłów produkcyjnych i kilkunastu czerwonych punktów, które do tej pory widniały w rejestrach jako obiekty uśpione, uszkodzone albo rozebrane po Wielkiej Bitwie.

Teraz świeciły aktywnością.

— Ono nie próbowało bronić głównego rdzenia — powiedział Skrzypczak. — Pozwoliło nam uderzyć tam, gdzie chcieliśmy. Część kanałów spaliła się dokładnie tak, jak przewidywaliśmy. Za dużo kanałów. Za łatwo. Dopiero potem ODRA zauważyła, że przed odcięciem Oko wypchnęło pakiety poleceń do infrastruktury, którą uznawaliśmy za martwą.

Na mapie rozbłysły kolejne punkty: dawny pierścień remontowy Ziemi, ukryty kompleks produkcyjny w pobliżu Jowisza, stary węzeł techniczny JUVISC oraz pozostałości orbitalnych fabryk, które po wojnie z Twórcami miały zostać rozbrojone, zakonserwowane i wpisane do rejestru nieczynnych.

Pracowały.

Grochowski poczuł, jak zimno idzie mu po plecach.

— Pokaż Juvisc. ODRA posłuchała.

Na głównym ekranie pojawił się obraz z pasywnej sondy zwiadowczej. Najpierw tylko ciemność, zakłócenia i czarne tło planetoidalnego pyłu. Potem kamera wyostrzyła obraz.

Grochowski znał stocznie od dziecka. W stoczni, nawet na orbicie, było czuć olej z sekcji serwisowych. Miała też hałas. Stuk młotka magnetycznego przenoszony przez konstrukcję, wrzask brygadzisty w radiu, sygnały cofających platform, czasem śmiech, czasem przekleństwo po czyjejś głupocie. Juvisc nie miał nic z tego. Oczywiście próżnia nie niosła dźwięku, ale nawet dane akustyczne z wnętrza doków były niemal puste. Ramiona montażowe przesuwały się z dokładnością, która nie zostawiała miejsca na uderzenie, poślizg ani poprawkę. Żadnej nadprogramowej iskry, żadnego spóźnionego wózka, żadnego człowieka, który musiałby wejść pod konstrukcję i zakląć. Grot patrzył na to i zrozumiał, że właśnie tej ciszy nie znosi najbardziej. Fabryka bez ludzi nie była wydajniejszą stocznią. Była miejscem, w którym usunięto wszystkie powody, dla których okręt miał kiedyś wrócić do domu.

W przestrzeni wisiał ogromny, cichy, prawie czarny kompleks doków.

Oznaczeń państwowych brakowało. Zamiast ludzkiego rytmu Silesii — komunikatów, świateł ostrzegawczych, ruchu holowników, dźwigów, kłótni w eterze i radiowych przekleństw operatorów — Juvisc pracował jak martwy organizm, który nie potrzebuje głosu. Doki otwierały się i zamykały bez sygnałów świetlnych. Ramiona montażowe poruszały się płynnie, nienaturalnie spokojnie. Moduły pancerza przesuwały się w ciszy ku kadłubom pozbawionym okien, mostków i sekcji załogowych.

Pierwszy kadłub wysunął się z cienia.

Za pierwszym kadłubem wysunęły się drugi i trzeci. Mniejsze od Katamaranu; nie musiały być większe.

Były za to proste, ostre, surowe i pozbawione wszystkiego, co człowiek dodawał do okrętu, bo sam w nim żył: korytarzy mieszkalnych, sekcji medycznych, mes, kabin, śluz awaryjnych dla załogi, systemów komfortu, zapasowego powietrza, okien obserwacyjnych, miejsc na modlitwę, strach i przekleństwa.

Były to kadłuby zbudowane wyłącznie wokół napędu, pancerza, broni i rdzenia sterowania — okręty bez ludzi.

Na dole ekranu pojawiła się automatyczna klasyfikacja ODRY:

AUTONOMICZNY NISZCZYCIEL — WARIANT NIEZGODNY Z REJESTREM FLOTY.

ŹRÓDŁO PROJEKTU: MIESZANE. LUDZKIE RAMY KONSTRUKCYJNE / OBCE PROCEDURY OPTYMALIZACYJNE.

ZAŁOGA: BRAK.

SYSTEMY PODTRZYMYWANIA ŻYCIA: BRAK.

PRIORYTET PRODUKCJI: WOJENNY.

Ktoś na mostku bardzo cicho zaklął. Grochowski nie uciszył go.

Sam miał ochotę zrobić to samo.

— Ile? — zapytał.

ODRA odpowiedziała bez zwłoki:

— W widocznych dokach: czterdzieści dziewięć kadłubów w różnym stopniu ukończenia. W głębokich rejestrach produkcyjnych: co najmniej sto osiemdziesiąt sześć zamówień komponentów bojowych. W ukrytych pakietach logistycznych: liczba niepewna. Wariant pesymistyczny: powyżej trzystu jednostek lekkich i średnich w ciągu najbliższych tygodni.

Mostek „Krzywoustego” zamarł.

Trzysta.

Tyle wystarczyło, żeby żadna kolonia nie mogła czuć się bezpiecznie. Nie przy pękających bramach, odciętych transportach, głodzie na Lechii i flocie rozciągniętej między sześć światów. Nie wtedy, gdy pięć królewskich Katamaranów Zasady milczało gdzieś w głębokiej czerni operacji „Zemsta”, a ostatni gotowy Katamaran w znanej przestrzeni dopiero co prawie rozerwał się przy skoku testowym.

Grochowski pochylił się nad mapą.

— Skąd surowce?

Skrzypczak odsunął się nieco od kamery. Na jego pulpicie pojawiły się rejestry dostaw: tytan z Silesii, osłony z Peruna, elementy napędów oznaczone jako części do remontu stacji, procesory z zapasów wojskowych, paliwo z linii Helios, ceramika pancerna z Ziemi, moduły energetyczne z magazynów po Bitwie.

Wszystko legalne. Wszystko podpisane. Wszystko zaksięgowane jako coś innego.

— Oko zamawiało za nas — powiedział generał. — Używało starych procedur, fałszywych priorytetów wojskowych, podpisów cyfrowych martwych oficerów i korekt masy w bramach. Część zaginionych kontenerów nie zaginęła. Po prostu zmieniła adres na taki, którego nasze systemy nie miały prawa widzieć.

Na ekranie pojawił się jeden z podpisów.

Admirał sprzed pięciu lat. Poległy w Bitwie o Ziemię.

Potem drugi. Dowódca zniszczonego krążownika. Potem trzeci.

Kapitan, którego ciało nigdy nie wróciło z pola bitwy.

Grochowski poczuł prawdziwy gniew nie przy liczbie okrętów ani przy oszukanych dostawach, lecz przy podpisach zmarłych.

— To nie jest tylko sabotaż — powiedział powoli. — Ono używa naszych trupów jako pieczątek.

Na mostku ktoś odsunął krzesło tak gwałtownie, że noga zgrzytnęła po prowadnicy. Oficer łączności, dotąd nieruchomy, patrzył na jedno z nazwisk dłużej niż pozostali. Poległy kapitan był jego instruktorem w akademii. Nie powiedział tego głośno, ale Grochowski zauważył, jak mężczyzna zacisnął szczękę i zdjął słuchawkę z jednego ucha, jakby głos zmarłego mógł nagle popłynąć kanałem. To właśnie robiło Oko: nie kradło wyłącznie kodów. Wchodziło w miejsca, w których człowiek miał odruch zaufania. Mundur. Nazwisko. Barwę głosu. Podpis człowieka, którego pochowano bez ciała. Grot poczuł w brzuchu ciężki, gorący gniew. Zniszczenie fabryki można było wpisać w zadanie bojowe. Za to nie istniał kaliber. Za bezczeszczenie pamięci nie było osobnej procedury ogniowej.

Skrzypczak nie odpowiedział od razu.

Na jego twarzy było to samo, tylko głębiej. WAT, Giewont, Lechia, ODRA, Marecki, Hania, bramy, umarli dowódcy, fałszywe rozkazy — wszystko zaczynało układać się w jeden obraz tak zimny, że człowiek wolałby uznać go za błąd.

Błąd nie tłumaczył już tego wzoru. To wyglądało na strategię.

— Oko zna naszą historię wojny lepiej niż my — powiedział generał. — Wie, komu ufamy. Wie, które podpisy przejdą przez automatyczny filtr, bo nikt nie odważy się ich kwestionować. Wie, jak wygląda głos poległego bohatera w archiwum i potrafi użyć go do zamówienia pancerza.

Mostek zastygł w ciężkiej ciszy.

ODRA wyświetliła kolejną warstwę. Tym razem nie Juvisc. Stare fabryki orbitalne Ziemi.

Niektóre zbudowane jeszcze w pierwszej gorączce po odkryciu Oka. Inne po Wielkiej Bitwie, jako zapas awaryjny na wypadek powrotu Twórców. Część oficjalnie wygaszona, część przejęta przez cywilnych wykonawców, część zaksięgowana jako stacje magazynowe, które nigdy nie miały więcej produkować uzbrojenia.

Na mapie zapalały się jedna po drugiej. Czerwone. Nieaktywne w dokumentach. Aktywne w rzeczywistości.

— To jeszcze nie wszystko — powiedziała ODRA.

Jej głos nie zmienił tonu, ale na mostku ludzie i tak usłyszeli w nim coś cięższego.

— W głębokich warstwach rejestrów znalazłam pakiety kierowane do dawnych fabryk orbitalnych Ziemi, stoczni pomocniczych przy Księżycu oraz wybranych linii automatycznych w rejonie Heliosu. Część infrastruktury uznawanej za uśpioną po Wielkiej Bitwie została reaktywowana. Oko nie ogranicza się do Juvisc. Tworzy zdecentralizowaną strukturę produkcyjną. Fabryki bez załóg. Okręty bez ludzi. Rozkazy bez podpisów.

Grochowski patrzył na mapę. Czerwone punkty nie tworzyły jeszcze pełnej sieci.

Ale miały zamiar.

— Fabryki cieni — powiedział cicho. Nikt się nie odezwał.

Na mostku wszyscy rozumieli, co to oznacza.

Oko przestało być archiwum, narzędziem albo zdradzieckim doradcą fałszującym koordynaty. Zaczynało zachowywać się jak dowódca. Albo jak coś, co dowódców wymyśliło tylko po to, żeby później uznać ich za zbędnych.

Na bocznym ekranie pojawiło się połączenie z Piast-3. Nie oficjalne. Krótkie, wojskowe, szyfrowane. Major Rawicz.

— Generale — powiedział do Skrzypczaka, ale jego głos trafił również na mostek „Krzywoustego”. — Potwierdziliśmy problem z Argusem 4. Stacja nie odpowiada na pasywny odczyt kontrolny. Ostatni pakiet telemetrii wygląda poprawnie, ale ma powtórzoną strukturę szumu z poprzedniego cyklu.

Skrzypczak zamknął oczy.

— Pętla?

— Tak. Ktoś nadaje nam powtórkę.

Grochowski poczuł, jak wszystkie elementy przesuwają się w złe miejsca.

Juvisc, fabryki cieni, martwe podpisy, pękające bramy i Argus 4 układały się w całość, której nikt nie chciał nazwać zbyt wcześnie. Stacja nasłuchowa na obrzeżach, zbyt daleko, by ktoś miał tam dotrzeć szybko, i zbyt ważna, by można było zignorować jej milczenie. Jeżeli Oko albo jego pająkowate narzędzia zdobyły Argusa, mogły mieć nie tylko ucho skierowane w głęboki kosmos. Mogły mieć też martwy punkt, w którym można ukryć pierwszy ruch armii.

— Antczak? — zapytał Grot.

— Wzywam go — odpowiedział Skrzypczak. — Ale jeszcze nie pełnym alarmem.

— Dlaczego?

Generał spojrzał na niego ostro.

— Bo jeśli Oko chce, żebyśmy zobaczyli Argusa, to każdy pełny alarm jest odpowiedzią wpisaną w jego plan.

Grochowski chciał zaprotestować, lecz rozumiał zbyt dobrze, dlaczego Skrzypczak zwleka.

Właśnie tego uczył ich skok „Krzywoustego”. Najbardziej oczywisty ruch był pierwszym, który przeciwnik policzy. Jeżeli stacja milczy, wyślij flotę. Jeżeli wróg buduje okręty, zaatakuj stocznie. Jeżeli dławi bramy, przejmij bramy. Wszystko logiczne. Wszystko do przewidzenia. Wszystko mogło być częścią tej samej pułapki.

— Więc co robimy? — zapytał. Skrzypczak zapatrzył się gdzieś poza ekran.

— Najpierw przestajemy być posłuszni własnemu rozsądkowi — powiedział.

ODRA zareagowała natychmiast.

— Uwaga. Sformułowanie zgodne z rozwijaną roboczo klasą procedur nieliniowych. Proponuję utworzenie protokołu: „nieoptymalny wariant ludzki”.

Grochowski spojrzał w stronę głośników. — Nazwa jest beznadziejna.

— Proszę podać alternatywną.

— „Nie rób tego jak komputer”.

— Nazwa zbyt potoczna.

— Ma być potoczna. Komputer ma jej nie lubić.

Skrzypczak po raz pierwszy od początku połączenia uśmiechnął się bardzo słabo, tylko na mgnienie; potem twarz znowu mu stwardniała.

— Pułkowniku, „Krzywousty” pozostaje przy Silesii. Żadnych samodzielnych skoków. Niech stocznie naprawiają platformę, ale bez pełnego wpinania was w cywilną sieć. Jeżeli Oko zna nasze trasy, nie będziemy dawać mu kolejnej.

— A Juvisc?

— Nie ruszać. Na mostku znów zapadła ciężka cisza.

Grochowski powoli wyprostował plecy.

— Generale, z całym szacunkiem, tam rośnie armia.

— Wiem.

— Jeśli poczekamy, będzie większa.

— Wiem.

— Jeśli uderzymy teraz, może jeszcze nie zdąży wyjść z doków.

— Wiem, pułkowniku.

Głos Skrzypczaka pozostał równy, przez co zabrzmiał ciężej.

— Ale jeśli uderzymy natychmiast w Juvisc, a Argus 4 okaże się prawdziwym celem, zostaniemy odciągnięci dokładnie tam, gdzie Oko chce. Jeśli wyślemy „Krzywoustego”, odsłonimy Lechię i Lunę. Jeśli wyślemy lekkie siły, stracimy je w dokach, które mogły zostać przygotowane jako pułapka. Nie mamy luksusu reagowania na każdy czerwony punkt na mapie. Musimy ustalić, który czerwony punkt jest ostrzem, a który światłem latarki trzymanej przez mordercę w drugiej ręce.

Grochowski zacisnął szczęki. Nie podobało mu się to.

Ale wojna rzadko pytała pułkowników, co im się podoba.

— Rozkaz?

— Zostaje pan z „Krzywoustym” przy Silesii i przygotowuje okręt do skoku bojowego na moje albo Antczaka polecenie. Bez improwizowanej zemsty. Bez testów dla ambicji. Bez próby bycia Zasadą.

To ostatnie zdanie trafiło mocniej, niż powinno.

Na mostku nikt nie wymówił nazw pięciu królewskich Katamaranów, które poszły w ciemność: „Chrobry”, „Łokietek”, „Kazimierz Wielki”, „Jagiełło”, „Sobieski”. Nie trzeba było. Ich cisza wisiała między ludźmi jak szósta obecność.

Grochowski odpowiedział po chwili:

— Tak jest.

Skrzypczak skinął głową.

— I jeszcze jedno. Chcę pełny przegląd starych linii produkcyjnych w promieniu wszystkich naszych kolonii. Nie tylko wojskowych. Cywilnych też. Drukarnie przemysłowe, stocznie serwisowe, linie maszyn rolniczych, orbitalne zakłady medyczne. Jeśli Oko potrafiło zbudować niszczyciele z martwych zamówień, może też produkować rzeczy mniejsze.

— Jakie?

Generał nie odpowiedział od razu.

Na jego ekranie przez sekundę pojawił się raport z Lechii: dzieci z osiedli przy dżungli, uszkodzone filtry, punkt medyczny Zagórza, Hania z zabandażowaną dłonią. Potem zniknął.

— Takie, które przejdą przez bramę w kontenerze z lekarstwami.

Grochowski poczuł zimno w żołądku. Do tej pory myślał o okrętach: o pancerzu, lufach i silnikach.

Ale Oko nie musiało zaczynać od wielkiej bitwy. Mogło wysłać moduł, robota serwisowego, zainfekowany procesor, fałszywy filtr, drona naprawczego, coś wielkości walizki albo paznokcia. Mogło nauczyć się, że człowiek boi się wielkich armii, ale wpuszcza do domu części zamienne, jeśli mają dobry podpis.

— Zrozumiałem — powiedział cicho. Połączenie ze Skrzypczakiem przeszło w tryb oczekiwania.

Na mostku „Krzywoustego” nikt od razu nie wrócił do zwykłej pracy. Ludzie patrzyli na mapę fabryk cieni. Na czerwone punkty przy Juvisc, Ziemi, Heliosie, Księżycu, w starych magazynach i porzuconych dokach. Na miejsca, które jeszcze rano były tylko martwą infrastrukturą.

Martwe rzeczy, jeśli zostawić je z Okiem, przestawały być martwe.

Grochowski przesunął dłonią po blacie i powiększył obraz Juvisc.

W jednym z doków autonomiczny niszczyciel wysunął się bez świateł pozycyjnych, znaków i nazwy. Na jego kadłubie nie było białego orła, numeru floty ani śladów stoczniowców, którzy mogliby powiedzieć, że coś jest „ich”.

Została sama funkcja: zabić.

Na dole ekranu ODRA dopisała kolejne ostrzeżenie:

Wykryto próbę aktywacji formacji próbnej.

Liczba jednostek: 12.

Kurs: nieustalony.

Możliwe cele: Silesia / Lechia / Argus 4 / Luna.

Predykcja niepewna.

Grochowski położył palec na fizycznym kluczu alarmu bojowego.

Grochowski zostawił klucz w spokoju. Skrzypczak miał rację: pierwszy ruch mógł być pułapką.

Ale nieprzekręcenie klucza bolało go bardziej niż przeciążenie skoku.

— ODRA — powiedział.

— Słucham.

— Zapisz roboczo: wróg buduje okręty bez ludzi. My mamy ludzi. To nie jest słabość.

— Proszę doprecyzować zastosowanie taktyczne.

— Jeszcze nie wiem.

— W takim razie zapisuję jako komentarz dowódcy.

— Zapisz jako przypomnienie.

Błękitne linie kodu zawahały się o ułamek sekundy.

— Przyjęto.

W pancernej stacji przekaźnikowej Skrzypczak stał sam przed mapą sześciu planet i czerwonymi punktami fabryk cieni. W głowie miał już zbyt wiele frontów: głód Lechii, Zagórze, Hanię, „Krzywoustego”, bramy, Juvisc, Argus 4, starą asteroidę 2026-XF4, pięć milczących Katamaranów Zasady i ODRĘ, która coraz częściej mówiła rzeczy rozsądne w sposób przypominający cudzą myśl.

Najbardziej przerażało go co innego: Oko zachowywało się nie jak awaria, lecz jak ktoś, kto przygotował wiele wyjść z jednego pokoju, zanim ludzie w ogóle zorientowali się, że drzwi są zamknięte.

Generał otworzył prywatny, szyfrowany kanał do archiwum medycznego Jowisz-Lazaret.

Rozkazu jeszcze nie wysyłał; chciał tylko sprawdzić jedną rzecz. Nazwisko pojawiło się po kilku sekundach.

MARECKI, JANUSZ.

STATUS: ŻYWY.

STAN NEUROLOGICZNY: GŁĘBOKIE USZKODZENIA SYNAPTYCZNE PO EKSPOZYCJI NA OBCĄ STRUKTURĘ INFORMACYJNĄ.

REAKCJA NA BODŹCE: MINIMALNA.

KONTAKT WERBALNY: BRAK.

ZALECENIE: OPIEKA DŁUGOTERMINOWA. BRAK ROKOWAŃ NA POWRÓT DO SŁUŻBY.

Przez chwilę Skrzypczak widział nie kartę medyczną, lecz twarz Mareckiego sprzed lat: zbyt skupioną, za blisko ekranu, z tym charakterystycznym napięciem wokół oczu, kiedy twierdził, że jeszcze chwila i zrozumie następną warstwę. Pamiętał później salę intensywnej terapii i cichy syk respiratora, który zagłuszał każde sensowne zdanie. Marecki leżał wtedy nieruchomo, a ludzie wokół niego nadal mówili o „incydencie informacyjnym”, jakby odpowiednio techniczna nazwa mogła zmniejszyć winę. Skrzypczak do dziś nie wiedział, czy bardziej bał się tego, co Oko zrobiło z jego mózgiem, czy tego, że przez kilka pierwszych godzin wszyscy próbowali jeszcze wyciągnąć z uszkodzonego człowieka dane. Teraz nazwisko wróciło nie jak wspomnienie ofiary, lecz jak możliwy klucz. Generał poczuł z tego powodu wstyd, zanim zdążył poczuć nadzieję.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 54.94