Podziękowania
Dla mojego syna.
To właśnie dla Ciebie powstała ta historia.
Chciałem stworzyć książkę, którą sam chciałbym Ci czytać wieczorami. Taką, która Ciebie zainteresuje, a mnie jako osobie czytającej będzie po prostu sprawiała frajdę.
Mam nadzieję, że podczas czytania bawiłeś się choć w połowie tak dobrze, jak ja podczas jej wymyślania.
I dla mojego kolegi ze studiów.
Człowieka, który panicznie bał się gołębi.
Naprawdę.
Nie psów. Nie ciemności. Gołębi.
Przez lata wydawało mi się to absurdalne… aż w końcu ten lęk stał się inspiracją dla jednego z elementów tej historii. Życie jest jednak dziwne i najwyraźniej wszystko może kiedyś trafić do książki.
Co ciekawe kolega ten uwielbiał kurczaki…
ROZDZIAŁ 1 — „SKRÓT”
Leon miał teorię na temat gołębi. Były złośliwe. Nie tak jak złośliwy bywa kot albo starszy brat — złośliwe celowo i z planem. Leon był o tym przekonany od pierwszej klasy, kiedy jeden z nich wylądował mu na głowie akurat w momencie, gdy przechodził obok Poli Wiśniewskiej z jego klasy. Od tamtej pory traktował je jak bossów z trudnego levelu, zawsze gotowych, zawsze w złym miejscu, ale zawsze we właściwym momencie. Dlatego kiedy wyskoczył z klatki schodowej i zobaczył ich pięć — aż pięć! — siedzących dokładnie na środku chodnika, od razu wiedział, że to nie przypadek.
— No nie — mruknął.
Było dwadzieścia minut po ósmej. Lekcje zaczynały się o ósmej piętnaście. Jego nauczycielką była Pani Rogowska, która miała zwyczaj notować spóźnienia czerwonym długopisem i głośno odczytywać je przy wywiadówkach. Gołębie patrzyły na niego. Nieruchomo. Z tym swoim charakterystycznym wyrazem twarzy — o ile w ogóle można mówić o wyrazie twarzy czegoś, co nie ma twarzy. Jedne z nich przekrzywiło głowę dokładnie w tym momencie, kiedy Leon zaczął się zbliżać.
— Spoko — powiedział Leon do gołębi, bo rozmawianie z nimi podobno pomagało. — Ja przechodzę, wy sobie siedzicie, wszyscy jesteśmy szczęśliwi.
Żaden się nie ruszył. Leon zrobił krok w lewo. Pięć główek przekrzywiło się w lewo. Zrobił krok w prawo. Pięć główek przekręciło się w prawo.
— Dobrze. Okej.
Ocenił sytuację. Chodnik miał może trzy metry szerokości. Gołębie zajmowały środek. Po lewej była ściana budynku, po prawej zaparkowany rower. Mógł przejść bokiem — ale wtedy jeden z nich na pewno by pofrunął, a Leon miał zasadę, że jeśli coś fruwa w jego stronę, to on w tym momencie robi dokładnie odwrotnie niż powinien i wpada na coś twardego. Sprawdzone. Niejednokrotnie. Spojrzał na zegarek. Dwadzieścia dwie minuty po ósmej. Plan B. Odwrócił się na pięcie i pobiegł w boczną uliczkę między blokami. Znał ją dobrze — właściwie znał każdy skrót w promieniu kilometra od szkoły. To była jego supermoc, jeśli można tak to nazwać. Nie latanie, nie niewidzialność. Skróty, spostrzegawczość i wymówki, ale to już inna historia. Uliczka była wąska, trochę śmierdziała śmieciami, ale prowadziła prosto do alei Słonecznej, skąd do szkoły było już tylko pięć minut. Leon pędził, plecak bujał mu się na plecach, a w głowie układał już wersję roboczą wymówki na swoje spóźnienie. Korki. Nie, to słabe, bo mieszka pięć minut pieszo. Zasłabł i musiał usiąść. Całkiem niezłe, ale pani Rogowska zapyta o zaświadczenie. Pomógł staruszce. Klasyk. Trochę zużyty, ale działa, bo żaden nauczyciel nie może się do tego przyczepić bez wychodzenia na potwora. Leon skręcił za rogiem i zwolnił. Stał przed sklepem mięsnym z różowym szyldem i plastikową świnką w witrynie. Znał ten sklep. Mijał go codziennie — ale od strony ulicy, nie od dzisiejszego skrótu. Tu nie powinno go być. Spojrzał w lewo. Spojrzał w prawo. Ulica wyglądała normalnie. Asfalt, ściany, jeden przewrócony kosz na śmieci. Nic szczególnego. Ale sklep z różową świnką stał dokładnie tam, gdzie według jego mapy w głowie powinna być poczta, którą odwiedzała babcia Franka. Leon zmrużył oczy.
— Miasto znowu źle się załadowało — mruknął i pobiegł dalej.
Na lekcję wpadł dokładnie w momencie, gdy Pani Rogowska odwróciła się do tablicy, żeby coś napisać. Plan: jeden krok do ławki, plecak na podłogę, twarz wyrażająca spokojne zainteresowanie lekcją. Idealne wejście.
— Leonidas — powiedziała pani Rogowska w swój dziwny i specyficzny sposób, pozostawiając wzrok skupiony na pisaniu — Trzydziesta minuta po ósmej.
Leon westchnął. Miała chyba jakiś radar — pomyślał.
— Proszę pani, po drodze pomogłem staruszce — powiedział. — Upuściła siatkę. Tam były jajka. Cztery z nich się potłukły. Nie mogłem jej zostawić.
Kilka osób z klasy podniosło głowy. Pani Rogowska odwróciła się i spojrzała na niego.
— Jakaś staruszka? — zapytała
— Pani Krystyna. Mieszka na Słonecznej. Ma psa. Mały, kudłaty, bardzo sympatyczny. — hik — Bernardyn — dodał Leon.
Czkawka. Zawsze w złym momencie. To było jego przekleństwo, klątwa rodzinna albo po prostu wyjątkowo nieprzyjazny odruch fizjologiczny. Zawsze gdy kłamał — hik. Jakby ciało miało własne zdanie na temat jego wymówek i chciało je upublicznić. Kilka osób przy tylnych ławkach chichotało. Franek, siedzący jeden rząd za nim, już szczerzył zęby do ucha do ucha.
— Siadaj, Leon — powiedziała Pani Rogowska.
— Ale z tym bernardynem to prawda — hik — bo pies naprawdę był.
— Siadaj.
Leon usiadł. Franek natychmiast podsunął mu kartkę złożoną w kostkę. Leon rozłożył ją pod ławką.
Bernardyn, na pewno XDDD
Leon napisał z powrotem: Przynajmniej wszedłem. I skupił się na tablicy.
Albo przynajmniej próbował.
Lekcja była z mnożenia. Leon, ogólnie rzecz biorąc, lubił matematykę — miała w sobie coś z szukania skrótów, coś ze znajdowania drogi, którą inni przeoczyli. Ale dzisiaj coś rozpraszało go bardziej niż zwykle. Kątem oka zobaczył jak Szymon Grabowski przy oknie poprawił okulary. Leon spojrzał. Szymon pisał już coś w zeszycie. Leon oderwał wzrok i wrócił do zadania. Minęły trzy minuty i znów dostrzegł jak Szymon poprawił okulary. Leon zatrzymał ołówek. Identyczny ruch. Prawa ręka, dwa palce, lekki przechył głowy w lewo. Dokładnie taki sam jak wcześniej. Nie podobny. Identyczny, jak nagrane wideo puszczone drugi raz. Leon zmrużył oczy i obserwował. Szymon pisał coś w zeszycie. Minęły kolejne cztery minuty. Szymon poprawił okulary. Prawa ręka, dwa palce, lekki przechył głowy w lewo. Leon odłożył ołówek. Spojrzał na zegar nad tablicą. Zegar był okrągły, biały, miał sekundnik. Sekundnik szedł równo: tyk, tyk, tyk — i nagle przeskoczył o całą sekundę do przodu. A potem jeszcze raz. Dwa tyki bez dźwięku, jakby zegar przez chwilę zapomniał, że ma wydawać dźwięk. Leon spojrzał na Panią Rogowską. Nauczycielka pisała na tablicy. Normalnie, równo.
— …więc jeżeli mamy 140 podzielić na 70 — mówiła — to możemy je zapisać jako…
Zapisała.
— …więc jeżeli mamy 140 podzielić na 70 — powtórzyła — to możemy je zapisać jako…
Leon wyprostował się. Pani Rogowska powiedziała to samo zdanie dwa razy. Z dokładnie tą samą intonacją, tym samym oddechem przed słowem „możemy”. Jak plik audio odtworzony w pętli. Nikt tego nie zauważył. Trzydzieści głów pochylonych nad zeszytami, trzydzieści ołówków ruszało się spokojnie. Franek mazał coś na marginesie. Pola Wiśniewska malowała flamastrem paznokieć. Wszyscy normalni i żyjący w swoim świecie. Tylko Leon siedział z ołówkiem w powietrzu i myślał: to jest trzeci raz w tym dniu.
Po lekcjach Leon stał na korytarzu i czekał na Franka, który jak zwykle miał coś do skończenia w klasie — co zazwyczaj oznaczało, że albo coś schował pod ławką i musiał to odzyskać, albo miał jakiś plan, którego Leon jeszcze nie znał i wolał nie znać. Korytarz był głośny, tak jak zawsze: hałas, plecaki, ktoś krzyczał do kogoś przez pół budynku. Leon oparł się o ścianę i patrzył na ludzi. To była jednocześnie jego ulubiona i najbardziej irytująca czynność. Ulubiona, bo zawsze widział rzeczy, których inni nie widzieli — kto jest w złym humorze, kto coś ukrywa, gdzie jest wolne przejście przez tłum. Irytująca, bo czasem widział też inne rzeczy. Takie jak Szymon z okularami, czy Pani Rogowska przy tablicy. Franek wypadł z klasy z plecakiem przekrzywionym na jedno ramię.
— Gotowy?
— Od dziesięciu minut — powiedział Leon.
— Pani Rogowska kazała mi zostać. — Franek wzruszył ramionami. — Powiedziała, że mój zeszyt wygląda, jakbym pisał w nim podczas trzęsienia ziemi.
— Bo pewnie wygląda.
— Powiedziałem jej, że to nowy styl. — Franek był wyraźnie zadowolony z siebie. — Nie wiedziała co odpowiedzieć.
Ruszyli w stronę schodów. Leon szedł trochę wolniej niż zwykle, bo coś go ciągnęło — jakieś dziwne poczucie, że jeszcze nie wszystko widział. Że gdzieś tu, w tym korytarzu, jest coś, na co powinien spojrzeć. Minęli tablicę z gazetką szkolną. Minęli szatnię. Minęli boczne drzwi do sali gimnastycznej. I wtedy Leon to zobaczył. Przy ścianie — tam, gdzie zawsze była tylko ściana, szare cegły i rura grzewcza przytwierdzona do muru — stały drzwi. Stare, drewniane, z żelazną klamką. Nie pasowały do reszty szkoły. Wyglądały tak, jakby ktoś je wziął ze starego budynku i wstawił tutaj bez żadnego planu. Lakier łuszczył się. Pod nimi było kilka centymetrów przestrzeni do podłogi, jakby nie były dopasowane do futryny. Leon zatrzymał się.
— Czego? — zapytał Franek, który zrobił jeszcze trzy kroki zanim zorientował się, że idzie sam.
— Te drzwi — powiedział Leon.
— Jakie drzwi?
— Przy ścianie. — Leon wskazał palcem.
Franek spojrzał. Zmrużył oczy. Spojrzał na Leona. Spojrzał z powrotem na ścianę.
— Które?
Leon odwrócił się. Ściana była pusta. Cegły, rura grzewcza, jedna plama wilgoci w lewym rogu. Żadnych drzwi. Leon mrugnął. Mrugnął drugi raz. Podszedł do ściany i dotknął jej dłonią. Zimna, twarda, zupełnie normalna. Jakby nigdy nic tam nie było.
— Okej — powiedział powoli. — Tego wcześniej tu nie było.
Franek patrzył na niego z miną kogoś, kto ocenia, czy kolega potrzebuje wody, czy jednak lekarza.
— Czego nie było?
Leon odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
— Niczego, chodź — powiedział.
Ale przez całą drogę do domu nie powiedział już nic więcej. Bo w głowie kręciły mu się te pięć rzeczy razem: sklep z różową świnką w złym miejscu, Pani Rogowska powtarzająca zdanie, Szymon i jego okulary, sekundnik przeskakujący bezgłośnie oraz drzwi, których nie było, albo które były. Leon nie był pewien, co gorsze.
ROZDZIAŁ 2 — „NAJGORSZY PLAN FRANKA”
Następnego dnia rano Leon od razu sprawdził korytarz przy sali gimnastycznej. Ściana była pusta. Cegły, rura, plama wilgoci w lewym rogu. Żadnych drzwi. Leon stał tam przez trzydzieści sekund — może czterdzieści — wpatrując się w szare cegły z miną kogoś, kto liczy piksele na ekranie w nadziei, że tekstura się załaduje. Nic. Tylko normalny szkolny korytarz i Marek z 4B, który przechodząc obok, spojrzał na niego tak, jakby Leon właśnie rozmawiał ze ścianą.
— Szukam czegoś — powiedział Leon.
— Czego? — zapytał Marek.
— Już znalazłem — odparł Leon i poszedł na lekcje.
Oczywiście nie znalazł. Przez całe przedpołudnie myślał o drzwiach. Nie obsesyjnie — to by było za dużo — ale tak jak się myśli o zadaniu, które nie daje odpowiedzi. Co jakiś czas w środku lekcji mózg sam z siebie wracał do tego obrazu: stare drewno, żelazna klamka, odchodzący lakier. Drzwi, które wyglądały, jakby były w tym miejscu od zawsze — i które zniknęły, zanim zdążył porządnie im się przyjrzeć. Leon nie lubił rzeczy, których nie mógł zbadać. Na długiej przerwie poszedł do stołówki i usiadł przy stoliku przy oknie. Franek pojawił się trzy minuty później z tacą w jednej ręce i miną kogoś, kto właśnie wpadł na coś wspaniałego. Leon znał tę minę. Ta mina zawsze oznaczała kłopoty.
— Mam plan — powiedział Franek, stawiając tacę.
— Nie — powiedział Leon.
— Jeszcze nic nie powiedziałem.
Leon nadział widelcem ziemniaka.
— To nawet gorzej.
Franek usiadł naprzeciwko i oparł się łokciami o stół z miną kogoś, kogo nic nie jest w stanie zniechęcić.
— Słuchaj — powiedział Franek. — Wczoraj te drzwi.
— Mhm — odparł Leon.
— Mówiłeś, że wyglądały inaczej niż reszta szkoły.
— Stare drewno, żelazna klamka, odchodzący lakier. Nie pasują do niczego w tym budynku.
— No właśnie. — Franek pstryknął palcami. — A co jest na dachu szkoły?
Leon odłożył widelec.
— Franek.
— Antena. I obok anteny — Franek ściszył głos, jakby przekazywał tajemnicę państwową — jest metalowa skrzynka. Widziałem ją z ulicy. Stara, szara i zardzewiała jak Twoje drzwi. Takie skrzynki mają w sobie stare kable, routery, może coś innego.
Leon przez chwilę milczał.
— I chcesz iść na dach — powiedział — żeby sprawdzić co jest w tej skrzynce, skąd weźmiesz klucze do wejścia technicznego?
Franek uśmiechnął się.
— Pan Karol nasz woźny zostawia pęk kluczy na ławce przy szatni kiedy idzie sprawdzić kotłownię. Wystarczy chwila.
Leon zamknął oczy. W sumie — myślał — to nie był najgorszy plan Franka. Najgorszy plan Franka dotyczył klasowego chomika i szkolnego radiowęzła. Skończył się trzydziestominutowym kazaniem dyrektorki. To było przynajmniej o poziom niżej, ale tylko o jeden.
— Wchodzimy na dach szkoły — powiedział na głos — żeby sprawdzić skrzynkę przy antenie, dlatego, że ja widziałem dziwne drzwi, których już nie ma?
— Brzmi lepiej niż to, co powiedziałeś wcześniej.
— Powiedziałem to samo.
— Powiedziałeś to z właściwym tonem — odparł Franek i zabrał się do jedzenia ziemniaków.
Pan Karol miał sześćdziesiąt kilka lat, siwą grzywkę przyklejoną do czoła i charakter kogoś, kto spędził zbyt dużo lat w towarzystwie szkolnych korytarzy. Stał przy szatni z pękiem kluczy w dłoni i patrzył na Leona ze znudzeniem kogoś, kto wie, że zaraz usłyszy coś głupiego. Plan był prosty: Leon zajmuje pana Karola przez minutę, Franek dyskretnie podnosi klucze z ławki, razem ruszają na schody techniczne. Zgodnie ze swoim zwyczajem odłożył klucze na ławkę.
— Dzień dobry, panie Karolu — powiedział Leon. — Chciałem zapytać o piłki do WF-u.
Pan Karol spojrzał na niego.
— Co z nimi?
— Czy nowe piłki — zaczął Leon — do WF-u są już… — hik — napompowane?
Czkawka. Zawsze w złym momencie. Pan Karol zmrużył oczy.
— Napompowane?
— Tak, bo… — hik — rozumiem, że zamówili nowe i zastanawiałem się… — hik — czy będą gotowe na następny WF.
Gdzieś za plecami woźnego Leon widział kątem oka Franka, który poruszał się wzdłuż ławki z precyzją kogoś, kto ma zbyt dużo doświadczenia w tej dziedzinie. Leon skupił się na panu Karolu. W tym momencie lampa na korytarzu mignęła. Nie raz. Dwa razy — szybko, nieprawidłowo, jakby coś przerwało zasilanie i natychmiast je przywróciło. Leon poczuł znajomy chłód z tyłu głowy. Ten sam co przy drzwiach i przy sekundniku na zegarze. Pan Karol niczego nie dostrzegł. Leon zauważył, że cień od lampy przez ułamek sekundy padł w złą stronę. Jakby źródło światła przesunęło się o metr — i wróciło.
— Tak, piłki będą gotowe — powiedział pan Karol. — Coś jeszcze?
— Nie… — hik — Dziękuję.
Leon odwrócił się. Franek stał przy ścianie dwa metry dalej z rękami w kieszeniach i miną kogoś, kto absolutnie nic nie robi.
— Masz? — szepnął Leon.
Franek delikatnie wyprostował palce. W dłoni trzymał pęk klucze na metalowej obręczy.
— Który to? — zapytał Leon.
— Nie wiem. Ale ten ma napis T1, a na dach prowadzą schody techniczne, więc pewnie “T jak Techniczne”.
— Albo T od toaleta.
— To sprawdzimy.
Schody techniczne były na końcu korytarza za kotłownią. Leon pchnął drzwi ramieniem i wszedł w wąski korytarzyk z niskim sufitem i ceglanymi ścianami pomalowanymi na kremowo. Franek wszedł za nim. Klucz T1 pasował do zamka na końcu korytarzyka.
— Technicznego — powiedział Leon z lekką ulgą.
— Mówiłem — odparł Franek.
Weszli na schody. Wąskie, metalowe, z poręczą przykręconą na jednej śrubie za mało. Na czwartym piętrze znaleźli drzwi z napisem DACH — TYLKO PERSONEL. Klucz T1 pasował również tutaj. Leon wypchnął drzwi. Uderzył ich wiatr — nie silny, ale nieoczekiwany po ciemności schodów. Leon mrugnął kilka razy. Dach był płaski, pokryty papą, z niską balustradą biegnącą po obwodzie. Antena stała przy wschodniej krawędzi — wysoka, stara, z kilkoma drucikami przypiętymi do uchwytów. Obok niej, dokładnie jak mówił Franek, stała metalowa skrzynka. Szara, pordzewiała, zamknięta na zatrzask. Ale Leon przez chwilę nie patrzył na skrzynkę. Patrzył na miasto. Nie widział go nigdy z tej perspektywy. Zwykle chodził między budynkami — patrzył na nie z dołu, kątem oka. Stąd było inaczej. Bloki, dachy, ulice między nimi układały się w coś, co wyglądało jak mapa — jak ekran gry z widokiem z góry, gdzie każdy obiekt był na swoim miejscu i można było zobaczyć całość naraz.
— Hej — powiedział Franek. — Leon.
— Mhm.
— Skrzynka.
— Tak. Wiem.
Franek otworzył zatrzask skrzynki i uchylił klapę. W środku były kable. Stare, szare, częściowo odgięte od ścianek. Router — mały, biały, pokryty pyłem. Kilka złączek. Kurz leżał równomiernie na wszystkim. Franek przekopał zawartość skrzynki palcem. Nic szczególnego tam nie było.
— I co? — spytał Leon.
— Stare kable.
— Widzę, że stare kable.
— Router. Kurz. Nic.
Franek zamknął skrzynkę i oparł się o balustradę z miną kogoś, kto właśnie dowiedział się, że film, na który czekał pół roku, okazał się nudny.
— Myślałem, że będzie coś więcej.
— Wiem.
Ale kiedy Leon stał na dachu i patrzył na szkołę z góry, coś go niepokoiło. Budynek wyglądał normalnie z każdej strony ulicy, lecz stąd, z góry, coś się nie zgadzało. Szkoła była za duża. Nie tak, żeby krzyczeć i uciekać, ale Leon potrafił oszacować odległości, potrafił liczyć okna i przeliczać je na piętra. Między trzecim a czwartym piętrem był pas ściany bez okien, ciemniejszy od reszty, który nie miał odpowiednika wewnątrz — bo Leon był na każdym piętrze tej szkoły i żadne z nich nie miało takiej wysokości sufitu. Jakby budynek miał pół piętra za dużo, o którym nikt nie wiedział.
— Ile pięter ma ta szkoła? — zapytał Leon.
Franek zmrużył oczy.
— Cztery.
— A teraz policz okna.
Franek patrzył chwilę.
— Cztery — powiedział. I po sekundzie: — Czekaj.
— No.
— Jest coś pomiędzy trzecim a czwartym. Ciemna ściana.
— Tak.
Franek odsunął się od balustrady.
— To pewnie coś technicznego. Kanały wentylacyjne.
— Może — powiedział Leon.
Ale mózg już zanotował: anomalia. Sprawdzić.
— Chłopcy — słowa Pana Karola wyrwały przyjaciół z zamyślenia.
Woźny stał w drzwiach na dach z miną kogoś, kto jest spokojny, ale niezbyt zadowolony.
— Cześć, panie Karolu — powiedział Franek.
— To nie jest absolutnie miejsce dla uczniów — powiedział pan Karol.
— Wiemy — powiedział Leon.
— To co tu robicie?
Leon otworzył usta. W głowie zaczął się natychmiast budować scenariusz: zaginiony ptak, projekt z przyrody o antenach, to był wypadek… Pięć sekund, cała historia gotowa. Wziął wdech.
— Chcieliśmy… — hik — sprawdzić czy…
— Chcieliśmy zobaczyć widok — powiedział Franek.
Leon zamknął usta. Pan Karol spojrzał na Franka. Spojrzał na Leona. Spojrzał na widok.
— Idziemy do gabinetu pani dyrektor — powiedział.
Pan woźny odprowadził ich do gabinetu pani dyrektor i zostawił pod drzwiami z informacją, że poczeka aż wyjdą, żeby się upewnić że nie znikną po drodze. Leon i Franek stali na korytarzu i czekali. Franek miał minę kogoś, kto jest gotowy na wszystko. Leon układał w głowie argumenty.
— Pozwól mi mówić — powiedział cicho.
— Jasne — zgodził się Franek.
— I nie dodawaj nic od siebie.
— Dobra.
— Franek, mówię poważnie.
— Wiem, wiem.
Drzwi do gabinetu otworzyły się. Pani dyrektor miała na sobie granatowy żakiet i wyraz twarzy, który Leon klasyfikował jako „poziom trzy” — poważnie, ale jeszcze nie „dzwonimy do rodziców”.
— Wejdźcie.
Usiedli na krzesłach naprzeciwko biurka. Leon zaczął mówić zanim pani dyrektor zdążyła otworzyć usta.
— Proszę pani, byliśmy na dachu, bo Franek kopnął piłkę podczas przerwy i piłka poleciała w stronę dachu i myśleliśmy, że wylądowała na rynnie, więc poszliśmy sprawdzić, bo ta piłka jest pamiątką po dziadku Franka, który — hik — grał w piłkę zawodowo.
Cisza.
— Nie zgubiłem żadnej piłki — powiedział Franek.
Leon zamknął oczy.
— Franek — hik — powiedział bardzo spokojnie Leon.
— No ale nie zgubiłem.
— Franek — powtórzył Leon.
— Byliśmy tam bo chcieliśmy zobaczyć widok — powiedział Franek do pani dyrektor, zupełnie bezpośrednio. — Widok jest naprawdę dobry. Można zobaczyć prawie całe miasto.
Pani dyrektor patrzyła na niego przez chwilę.
— Dach — powiedziała.
— Tak — powiedział Franek.
— Przez schody techniczne.
— Tak.
— Przy użyciu klucza, który nie jest wasz.
Franek otworzył usta i Leon natychmiast go szturchnął. Dyrektorka patrzyła na niego. Cisza. Oparła się o krzesło.
— Sprzątanie szkoły po lekcjach. Przez trzy dni. Pan Karol powie wam co i gdzie.
— Rozumiem — powiedział Leon.
— Ja też — powiedział Franek.
Pani Wierzbicka już wracała wzrokiem do papierów na biurku. Potem jednak zatrzymała się.
— Widok z dachu jest dobry — powiedziała, nie patrząc na nich. — Szczególnie o zachodzie.
Powiedziała to zupełnie spokojnie, jakby opisywała prognozę pogody. Leon nie był pewien, czy to miało być uspokajające, czy coś innego. Wyszli na korytarz. Pan Karol rzeczywiście czekał na chłopców. Skinął głową, kiedy przeszli obok, i poszedł w swoją stronę.
— Sprzątanie — powiedział Franek, gdy wychodzili z budynku administracyjnego. — Mogło być gorzej.
— Mogło być znacznie lepiej, gdybyś nie powiedział, że nie zgubiłeś żadnej piłki.
— No ale nie zgubiłem.
— Wiem, że nie zgubiłeś! — Leon odwrócił się do niego. — Ale to była wymówka!
— Kiepska wymówka.
— Działała przez pierwsze pięć sekund!
Franek wzruszył ramionami. Leon westchnął i ruszył w stronę głównego wejścia. Mieli jeszcze jedną lekcję — WF, co w normalnych okolicznościach byłoby nieprzyjemne, ale po wizycie w gabinecie dyrektora wydawało się prawie odpoczynkiem. Korytarz prowadzący do sali gimnastycznej był długi i trochę wąski, z niebieskimi kafelkami na ścianie i kilkoma tablicami z plakatami o higienie i zdrowym trybie życia, których nikt nigdy nie czytał. Leon znał go na pamięć. Chodził nim dwa razy w tygodniu od trzech lat. Dlatego od razu zauważył, że coś jest nie tak. Korytarz był za długi. Nie bardzo za długi — nie tak, żeby ktoś to normalnie wyłapał. Ale Leon liczył kroki, bo zawsze liczył kroki, to był jeden z tych dziwnych nawyków, których nie potrafił wyłączyć, i dzisiaj od drzwi wejściowych do sali gimnastycznej było trzydzieści siedem kroków. Wcześniej było trzydzieści dwa. Zatrzymał się.
— Co znowu? — zapytał Franek.
— Ten korytarz jest dłuższy niż wcześniej.
Franek spojrzał wzdłuż korytarza.
— Wygląda tak samo.
— Jest dłuższy o pięć kroków.
— Leon, korytarze nie rosną.
— Wiem, że nie rosną — powiedział Leon. — Właśnie dlatego mówię, że coś jest nie tak.
Franek obszedł go i poszedł dalej w kierunku sali. Leon patrzył za nim i liczył jeszcze raz. Trzydzieści siedem. Bez wątpienia. Lampa w połowie korytarza mignęła. Szybko, tylko raz, jakby żarówka miała zaraz się przepalić. Leon spojrzał w górę. Lampa świeciła normalnie.
— Hej — powiedział Franek z przodu. — Drzwi do szatni są gdzie indziej.
Leon podniósł wzrok. Franek stał przy ścianie i patrzył na drzwi — niebieskie, metalowe, standardowe szkolne drzwi — które faktycznie były przesunięte. Nie o dużo. Może o metr w lewo w porównaniu z tym, jak Leon je zapamiętywał. Ale jednak.
— Mówiłem — powiedział Leon.
— Może mylimy się obaj — powiedział Franek, ale trochę wolniej niż zwykle.
— Obaj nie możemy myśleć, że drzwi są metr dalej niż powinny.
— To może szkoła jest po prostu zbudowana krzywo.
— Chodzimy tu od trzech lat.
Franek otworzył drzwi. Za nimi była normalna szatnia — ławki, wieszaki, znajomy zapach starych butów sportowych. Nic dziwnego. Franek wszedł, Leon za nim, i przez chwilę obaj stali w normalnej szatni i wszystko było zwyczajne. Potem lampka nad drzwiami mignęła. Dłużej niż ta w korytarzu — przez całą sekundę migotała jak świetlówka na końcu życia, a dźwięki z zewnątrz, z korytarza, urwały się na moment, jakby ktoś przykrył korytarz poduszką. Franek odwrócił się do Leona.
— Okej — powiedział. — Szkoła dzisiaj jest trochę dziwna.
I to było pierwsze zdanie, które Franek wypowiedział poważnie od początku dnia. Bez uśmiechu, bez tego tonu, którym mówił o dachach, skrzynkach i widokach. Po prostu poważnie.
— Trochę — potwierdził Leon, chociaż myślał: nie trochę.
Na lekcji WF trener powiedział że dzisiaj będą grać w nogę i Leon biegał z resztą klasy i nie myślał o korytarzu, ale jednocześnie myślał o nim cały czas, bo tak już miał — rzeczy, które go niepokoiły, zostawały w głowie i kręciły się tam jak reklama, której nie można przestać słyszeć. Trzydzieści siedem kroków zamiast trzydziestu dwóch. Drzwi przesunięte o metr. Lampa, która mignęła. I wcześniej — sklep z różową świnką w złym miejscu. Pani Rogowska powtarzająca zdanie. Sekundnik który nie tykał. Drzwi przy sali gimnastycznej, których wcześniej nie było. Leon zatrzymał się na środku boiska. Franek właśnie kopnął piłkę w złą stronę — co było u niego normalne, bo Franek grał w piłkę z entuzjazmem odwrotnym do precyzji — i biegł za nią w krzaki przy ogrodzeniu. Wtedy Leon zobaczył: przy tych krzakach lampa na słupku oświetleniowym mignęła tak samo jak ta w szatni. Franek wszedł w krzaki, wyciągnął piłkę, wyszedł — i lampa przestała migać. Leon odwrócił się i popatrzył na boisko. Michał Gruszka przy bramce robił dziwną rzecz. Stał lekko bokiem, prawą ręką opierał się o słupek, patrzył w bok. Leon obserwował go przez chwilę. Michał jakby zamarzł. Piłka potoczyła się w jego stronę. Michał się ruszył — wyciągnął rękę, zatrzymał piłkę, a następnie odrzucił ją. Lecz potem wrócił do tej samej pozycji. Lekko bokiem, prawą ręką o słupek, wzrok w bok. Tak samo jak chwilę wcześniej. Jak Szymon Grabowski z okularami. Leon rozejrzał się po boisku. Patrzył na innych uczniów — czy ktoś jeszcze robi to samo? Czy ktoś jeszcze się powtarza, resetuje, wraca do poprzedniej pozycji? I wtedy Franek podbiegł i uderzył go łokciem w ramię.
— Hej, grasz czy stoisz?
— Stałem — zająknął się Leon.
— To widać. — Franek kopnął piłkę gdzieś w bok. — Myślisz o tym korytarzu?
— Myślę o kilku rzeczach.
— O jakich?
Leon zawahał się. Zastanawiał się przez chwilę, czy powiedzieć Frankowi o tym co zauważył — o Szymonie, o zegarze, o sklepie w złym miejscu. Franek nie był typem osoby, która siedzi i analizuje. Franek był typem, która gdy słyszy coś dziwnego natychmiast chce to sprawdzić, dotknąć i ewentualnie kopnąć. Ale Franek był też jedyną osobą, której Leon mógł powiedzieć coś takiego bez ryzyka, że tamten spojrzy na niego jak Marek z 4B.
— Zauważyłem — powiedział powoli — kiedy dochodzi do tych wszystkich dziwnych rzeczy.
— Tak?
— Prawie za każdym razem jesteś gdzieś w pobliżu. Albo właśnie coś zrobiłeś.
Franek otworzył usta.
— Że niby ja…?
— Nie mówię, że to twoja wina — powiedział Leon szybko. — Mówię, że jest jakaś zależność. Lampa mignęła kiedy wszedłeś do krzaków. Korytarz był dłuższy po akcji na dachu. Wczoraj te drzwi przy ścianie — zaraz po tym jak ty wyszedłeś z klasy.
Franek patrzył na niego.
— Leon — powiedział po chwili. — Mówisz że szkoła glitchuje kiedy ja coś robię?
— Jeszcze nie wiem co dokładnie mówię. Mówię, że jest wzór.
— Super — powiedział Franek.
— Nie „super”.
— No ale trochę super. Jestem jak, co — aktywator chaosu?
— Franek.
— Mogę mieć taką koszulkę? „Aktywator chaosu”?
— Franek, to jest poważne.
— Wiem że poważne. — I Franek powiedział to znowu w ten sposób, poważnie, jak w szatni. — Ale co mam zrobić? Przestać oddychać?
Leon nie odpowiedział, bo nie wiedział jeszcze co odpowiedzieć. Wzór był prawdziwy, ale nie rozumiał go. Nie wiedział co go powoduje, co znaczy i co można z tym zrobić. Miał tylko obserwacje i poczucie, że te obserwacje układają się w coś — jak fragmenty mapy, której jeszcze nie widział w całości. Trener zagwizdał na boisku. Koniec WF-u. Wychodzili ze szkoły głównym wejściem, przez tłum uczniów z wszystkich klas, przez ten normalny szkolny chaos, w którym nikt na nikogo nie uważa i wszyscy gdzieś pędzą. Franek szedł obok Leona z plecakiem przekrzywionym jak zawsze na jedno ramię. Przy wyjściu Leon zerknął w lewo — odruchowo, bo tędy szedł do szkoły każdego dnia i ta strona była pierwszą rzeczą, którą widział wchodząc i ostatnią wychodząc. Po lewej był korytarz prowadzący do stołówki, tablica z planem lekcji, i ten fragment ściany przy sali gimnastycznej, który León sprawdzał rano. Tym razem nie było tam nic. Ale kiedy odwracał głowę, przez krótką sekundę miał wrażenie, że coś mignęło przy ścianie. Jakiś zarys. Jakiś kształt. Coś, co zniknęło, zanim zdążył spojrzeć dokładnie. Leon zatrzymał się.
— Hej — powiedział Franek, który nie zauważył, że Leon przestał iść.
— Tamten korytarz — powiedział Leon.
— Jaki?
— Ten przy sali gimnastycznej. Przy ścianie, gdzie wczoraj były te drzwi. — Leon patrzył w tamtą stronę. — Tam coś jest. Nie wiem jeszcze co, ale tam coś jest.
Franek odwrócił się i popatrzył. Korytarz był normalny. Uczniowie, torby, kafelki, rura grzewcza.
— Nic nie widzę — powiedział Franek.
— Ja też nie widzę. Ale widziałem wczoraj.
Franek przez chwilę milczał. To była dłuższa chwila niż zazwyczaj, bo Franek nie był typem od długich chwil milczenia.
— To chodźmy sprawdzić.
— Nie teraz — odparł Leon.
— To kiedy?
— Jutro. Rano zaraz przed lekcjami, kiedy będzie mniej ludzi i zdążę wcześniej przyjść i zobaczyć czy te drzwi się pojawiają o jakiejś konkretnej porze, albo…
— Leon — przerwał mu Franek. — Jutro. Rano. Idziemy sprawdzić ten korytarz.
Leon spojrzał na niego.
— Nie wiem czy to dobry pomysł — powiedział.
Franek uśmiechnął się i wyszedł przez główne drzwi szkoły. Leon stał jeszcze przez chwilę i patrzył w stronę korytarza przy sali gimnastycznej. Potem wziął głęboki oddech, przełożył plecak na drugie ramię, i wyszedł za Frankiem. Oczywiście jutro tam pójdą. To nie podlegało dyskusji.
ROZDZIAŁ 3 — „KORYTARZ”
Następnego ranka Leon wstał trzydzieści minut wcześniej niż zwykle. Nie dlatego, że zmienił zdanie. Zmienił tylko plan. Przez całą noc — albo przynajmniej przez tę część nocy, kiedy powinien spać — wpatrywał się w sufit i myślał o korytarzu przy sali gimnastycznej. O tym, że drzwi pojawiły się po lekcjach, kiedy korytarz był prawie pusty. I że popołudniu, kiedy sprawdzał, było już pełno uczniów. Może chodziło o porę. Może o liczbę ludzi. Może o coś zupełnie innego, czego jeszcze nie wiedział. Jedyna metoda sprawdzenia: przyjść wcześniej. Franek czekał już przy wejściu do szkoły z plecakiem na jednym ramieniu i bułką z serem w drugiej ręce.
— Nigdy nie wstaję o tej porze — powiedział, kiedy Leon podszedł.
— Wstałeś.
— Bo powiedziałeś, że to ważne. — Franek ugryzł bułkę. — Lepiej żeby było ważne.
— Jest ważne.
— Jak ważne? Skala jeden do dziesięciu.
Leon zastanowił się.
— Nie wiem jeszcze.
— To niepokojące.
— Wiem.
Weszli do środka. Szkoła o tej porze była dziwna — nie glitchowo dziwna, po prostu dziwna jak każde duże miejsce, kiedy jest prawie puste. Echo kroków, które normalnie toną w hałasie było bardzo wyraźne. Lampy na korytarzu świecące na jaskrawo. Zapach środka do czyszczenia podłóg był wyraźniejszy niż zwykle. Leon prowadził. Franek szedł obok i kończył bułkę. Skręcili w korytarz przy sali gimnastycznej.
Korytarz wyglądał normalnie. Niebieskawa ściana, kafelki, tablice z plakatami, których nikt nie czytał. Rura grzewcza. Plama wilgoci w lewym rogu przy ścianie naprzeciwko szatni. Wszystko na miejscu. Nic nie wyglądało podejrzanie — żadnego migotania, żadnej dziwnej atmosfery. Zwykły szkolny korytarz o siódmej trzydzieści rano. Franek napił się wody z bidonu i schował ją do plecaka.
— I co? — powiedział.
— Nic — przyznał Leon.
— Mówię to bez złośliwości.
— Wiem.
— Ale trochę liczyłem, że coś tu będzie. Jakaś anomalia. Drzwi do innego wymiaru. Cokolwiek — powiedział Franek jakby zawiedziony.
— Wcześniej były.
— Tak twierdzisz.
— Franek, widziałem je. Stare, drewniane, żelazna klamka, łuszczący się lakier.
— I zniknęły jak tylko na nie spojrzałeś.
— Jak tylko odwróciłem głowę — poprawił go Leon.
Franek pokiwał głową z miną kogoś, kto stara się być fair.
— Dobra — powiedział. — Czekamy.
Leon oparł się o ścianę naprzeciwko miejsca, gdzie poprzednio widział drzwi. Franek usiadł na podłodze i wyciągnął nogi. Przez chwilę żaden z nich nic nie mówił. Gdzieś z głębi szkoły dochodziły głosy — woźny, pani z sekretariatu, może ktoś z szatni. Normalne szkolne dźwięki, trochę odleglejsze niż zwykle.
— Wiesz co — odezwał się Franek — jak nie ma tu żadnych drzwi, to mam pytanie.
— Słucham.
— Dlaczego ten korytarz był wczoraj dłuższy o pięć kroków?
Leon spojrzał na niego.
— Bo to sprawdziłeś? — zapytał ponownie Franek.
— Sprawdziłem dziś rano jak wchodziłem. Trzydzieści dwa kroki. Wczoraj policzyłem trzydzieści siedem.
— Pamiętasz ile liczyłeś kroków?
— Mam dobrą pamięć do liczb. — Leon wzruszył ramionami. — Tylko do liczb, Pani Rogowska mówi że jeszcze do wymówek, ale to inna sprawa.
Leon patrzył na ścianę naprzeciwko i myślał. Policzone, zapamiętane, porównane. To nie była tylko jego wyobraźnia ani pomyłka w liczeniu.
— Trzydzieści dwa kroki — powtórzył powoli.
— Trzydzieści dwa.
— Czyli wróciło do normy.
— Wróciło.
Leon nie powiedział nic przez chwilę. Wróciło do normy — to było ważne. Glitch nie był stały. Pojawiał się i znikał. Coś go wywoływało i zatrzymywało. Jeśli mógł to rozgryźć — jeśli mógł znaleźć wzór — to może… A po chwili coś się zmieniło. Nie od razu. To był taki moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że zmieniło się już chwilę temu, i dopiero teraz to rejestrujesz. Głosy z głębi szkoły — ucichły. Leon uniósł głowę. Nie ucichły dlatego, że woźny skończył pracę albo wyszedł. Ucichły tak jak ucichło wszystko — dźwięki korytarza, brzęczenie lamp nad głową, odgłosy miasta za oknem. Jakby ktoś ściszył telewizor.
— Słyszysz to? — powiedział Leon cicho.
Franek wstał z podłogi.
— Tę ciszę?
— Właśnie.
— Słyszę.
Korytarz wyglądał tak samo jak chwilę temu. Ale teraz Leon widział coś jeszcze. Lampa z przodu, ta bliżej sali gimnastycznej, świeciła trochę inaczej. Nie migotała, nie gasła. Ale jej światło było jakby chłodniejsze, jakby ktoś minimalnie zmienił barwę, nie na tyle żeby być pewnym, ale na tyle żeby coś czuć.
— Leon — powiedział Franek spokojnie.
— Wiem.
— Ten korytarz.
— Wiem.
Korytarz stał się dłuższy. Nie o pięć kroków. Trudno powiedzieć o ile, bo Leon nie był teraz w stanie liczyć kroków — mógł tylko patrzeć i widzieć, że ściana na końcu, ta przy drzwiach do szatni, jest dalej niż powinna być. Jakby ktoś cicho, bez żadnego dźwięku, wstawił dodatkowy kawałek budynku pośrodku.
— Okej — powiedział Franek. — Teraz sam widzę.
— I co o tym myślisz?
— Myślę, że to jest albo złudzenie optyczne, albo szkoła właśnie zrobiła coś czego szkoły nie powinny robić.
— Zdecydowanie to drugie.
— Też tak myślę — przyznał Franek, i po raz kolejny powiedział to poważnie, tak jak w szatni dzień wcześniej. — Co robimy?
Leon patrzył na dłuższy korytarz i czuł, jak coś w nim mówi: wycofaj się, wyjdź, to nie jest dobre miejsce. A jednocześnie czuł coś drugiego, silniejszego: wzór. Tu jest wzór. Coś go wywołuje.
— Nie ruszaj się — powiedział Leon.
— Gdzie ty idziesz?
— Nigdzie. Obserwuję.
Franek stał nieruchomo przez może trzydzieści sekund, co jak na Franka było sporym osiągnięciem. Potem zaczął przestępować z nogi na nogę. Następnie spojrzał na sufit, potem na ścianę i odwrócił się do Leona.
— Nic się nie dzieje — powiedział.
— Właśnie.
— I to jest problem?
— Wczoraj — powiedział Leon powoli — glitch pojawił się przy szatni po tym jak wyszedłeś z klasy. I przy lampie kiedy wszedłeś w krzaki. I korytarz był dłuższy kiedy razem tu szliśmy, po akcji na dachu.
— I co z tego?
— I dzisiaj korytarz się wydłużył jak tu stoimy razem.
Franek patrzył na niego.
— Mówisz że ja…
— Nie wiem — powiedział Leon. — Mówię, że ty gdzieś jesteś w pobliżu za każdym razem. Może to ty. Może to coś innego, co się dzieje kiedy ty coś robisz. Nie wiem jeszcze. Ale chcę sprawdzić.
— Jak?
Leon wzruszył ramionami.
— Zrób coś — powiedział
Franek zmrużył oczy.
— Co to znaczy „zrób coś”?
— Cokolwiek. Coś co zwykle robisz.
Franek przez chwilę wyglądał, jakby nie wiedział co powiedzieć. Potem sięgnął do plecaka, wyjął zeszyt, i cisnął nim w korytarz. Zeszyt uderzył o kafelki z suchym klaśnięciem i zatrzymał się jakoś w połowie. Lampa mignęła. Jeden raz, szybko. Cisza w korytarzu stała się głębsza.
— Hej — powiedział Leon.
— Widziałem — powiedział Franek.
I teraz już obaj stali prosto i patrzyli. Franek z wyrazem twarzy kogoś, kto właśnie trafił na wynik eksperymentu, o którym myślał, że nie wyjdzie, natomiast Leon kto właśnie zobaczył kawałek wzoru, którego szukał.
— Jeszcze raz — powiedział Leon.
Franek splótł ręce razem i klasnął głośno. Dźwięk odbił się od kafelków — ale nie wrócił tak jak powinien. Zamiast jednego odgłosu echo, było ich dwa, i ten drugi był trochę za późny i trochę za cicho, jakby przestrzeń korytarza była nagle większa niż powinna.
— Hej — powiedział Franek.
— Wiem.
— To jest naprawdę dziwne.
— Wiem. To jest bardzo dziwne. Franek co Ty….
— Chwila! — powiedział Franek, i teraz miał już tę swoją minę, tę konkretną, którą Leon znał jako „właśnie wpadłem na pomysł i nic mnie nie powstrzyma”. — Jeśli mój chaos to wywołuje, to sprawdzam.
— Nie
Ale Franek już biegł. Przed siebie w trybie:“z górki na pazurki” w dół korytarza, pędem, ciężkimi krokami. Buty gruchotały o kafelki, plecak bujał się na ramieniu, Franek minął miejsce gdzie leżał zeszyt, minął środek korytarza, i wtedy… Lampy wzdłuż całego korytarza zamigotały. Nie jedna, nie dwie. Wszystkie, z rzędu, jak upadające domino. I przez tę chwilę migotania — przez tę sekundę kiedy światło było nie tam gdzie powinno — Leon zobaczył coś na końcu korytarza. Drzwi. Stały przy ścianie, tam gdzie zawsze była tylko ściana. Stare, drewniane, z żelazną klamką. Taki sam lakier, odchodzący. Ta sama przestrzeń kilku centymetrów między dolną krawędzią a podłogą. Identyczne jak poprzednio. Franek zatrzymał się. Stał w połowie korytarza i patrzył na koniec.
— Leon — powiedział, nie odwracając się. — Widzę drzwi.
— Wiem. Ja też.
— To te twoje drzwi?
— Te same.
Franek powoli odwrócił głowę w jego stronę.
— Okej — powiedział Franek. — Więc nie ściemniałeś.
Przez chwilę stali w korytarzu i patrzyli na drzwi. Lampy przestały migotać i świeciły teraz spokojnie, ale z tym samym chłodniejszym światłem co wcześniej. Cisza była nadal głębsza niż powinna. Leon podszedł powoli. Franek odszedł kawałek w bok, żeby mieć lepszy kąt widzenia, i też podszedł, ale ostrożniej niż zwykle — co przy Franku było wyjątkowe. Drzwi z bliska wyglądały tak samo jak z daleka. Drewno było stare i trochę spuchnięte — takie, które długo stało w wilgoci. Klamka była żelazna, okrągła, trochę zardzewiała. Przy futrynie, po lewej stronie, były ślady — nie wiadomo po czym, może po farbie, może po taśmie, może po czymś innym. Leon wyciągnął rękę.
— Nie dotykaj — powiedział Franek.
Leon zatrzymał rękę w powietrzu.
— Skąd taka zmiana? — zapytał. — Chwilę temu biegłeś przez korytarz.
— Bieganie to co innego. Dotykanie dziwnych drzwi, których nie ma, to co innego.
Leon cofnął rękę. Franek miał rację, i co więcej, Leon też tak czuł — że to jest właśnie ta granica, coś w nim mówiło, że dotykanie będzie innym rodzajem działania niż samo patrzenie. Że przekroczy jakiś próg, po którym nie będzie już można po prostu wyjść i powiedzieć „to nic, to było złudzenie”.
— Co jest za nimi? — odezwał się Franek.
Leon zmrużył oczy. Przez szczelinę na dole — te kilka centymetrów między drzwiami a podłogą — nie było widać nic. Żadnego światła. Żadnego cienia. Po prostu ciemność, bardziej ciemna niż powinno być za normalną ścianą szkolnego korytarza.
— Nie wiem — powiedział Leon.
— To nie powinno istnieć — powiedział Franek.
Leon spojrzał na niego.
— To jest moje zdanie — dodał Franek. — To nie powinno istnieć.
— Zgadzam się.
— A jednak istnieje.
— Najwyraźniej.
Franek pokiwał głową i oparł się o ścianę, przy ramie drzwi patrząc na nie z boku.
— Wiesz co mi to przypomina? — powiedział.
— Co?
— Jak grałem w Minecrafta to w ścianie była dziura. Jakbyś kopał w złym kierunku i nagle był tam otwór, a za nim miejsce, gdzie mapa się skończyła, wiesz, takie niedokończone, które powinno być ścianą ale nią nie jest.
Leon patrzył na drzwi.
— Tak — powiedział wolno. — Dokładnie tak.
Jakby ktoś wstawił drzwi do miejsca, gdzie w projekcie budynku nigdy nie było żadnych drzwi. Nie jako przejście do czegoś, co istnieje. Jako błąd. Jako fragment, który nie powinien tu być.
— Leon — powiedział Franek.
— Co?
— Coś za nimi jest.
Leon odwrócił się. Franek patrzył na szczelinę na dole. I teraz Leon też widział: przez tę szczelinę, przez te kilka centymetrów ciemności, coś się zmieniło. Nie pojawił się blask ani cień, nic tak wyraźnego. Ale ciemność za drzwiami była teraz inaczej ciemna. Jakby przestrzeń za nimi była większa. Jakby za tymi drzwiami było więcej miejsca niż powinno być za ścianą szkolnego korytarza. Leon otworzył usta. I w tym momencie rozległ się dzwonek. Głośny, natarczywy, całkowicie normalny szkolny dzwonek sygnalizujący początek lekcji — i razem z nim, jakby dzwonek był przełącznikiem, lampy wzdłuż korytarza mrugnęły jeden raz, wszystkie razem, i cisza prysła, i gdzieś z daleka znowu zaczęły dochodzić głosy, kroki, hałas uczniów wchodzących do budynku. Leon spojrzał na ścianę. Ściana była pusta. Cegły, rura grzewcza, plama wilgoci. Żadnych drzwi. Żadnego śladu, żadnego zarysu, nic. Przez długą chwilę stali obaj i patrzyli na pustą ścianę. Z korytarza za nimi dobiegały już normalne dźwięki szkoły — głosy, kroki, czyjś śmiech. Świat wrócił do siebie. Ale Leon i Franek wiedzieli, i żaden z nich tego nie musiał mówić głośno. To było prawdziwe. Obaj widzieli te same drzwi. Obaj stali przy tej samej ścianie. Obaj słyszeli tę samą zbyt głęboką ciszę i widzieli te same migające lampy.
— No — powiedział w końcu Franek.
— No — potwierdził Leon.
Franek podniósł z podłogi zeszyt, który wcześniej rzucił, i schował do plecaka.
— Co jest za tymi drzwiami — powiedział. Nie pytająco. Stwierdzająco.
— Nie wiem.
— Ale chcesz wiedzieć.
— Tak.
Franek zapiął plecak i zarzucił go na ramię.
— To dobrze — powiedział. — Bo ja też.
I poszli na lekcje. Leon szedł ostatni, i zanim skręcił za róg, odwrócił się jeszcze raz. Ściana była pusta. Ale teraz, kiedy wiedział na co patrzeć, czuł to inaczej niż wcześniej. Nie jak zwykłą ścianę. Jak miejsce, w którym coś jest — coś, co nie chce być widoczne na co dzień, co pojawia się kiedy jest cicho i znika kiedy robi się głośno. Coś, co czekało. Leon odwrócił się i poszedł na lekcje.
ROZDZIAŁ 4 — „LAG”
Leon miał zeszyt. Nie nowy — stary, z zieloną okładką, który dostał w zeszłym roku na urodziny i do tej pory używał do zapisywania różnych rzeczy, które normalnie wypadają z głowy: skróty, które warto zapamiętać, godziny otwarcia różnych sklepów, wzory matematyczne, które szkoła traktowała jako tajemnicę, a Leon traktował jako narzędzie. Teraz miał w nim też inne rzeczy. Pierwsza strona: narysowany odręcznie plan szkoły. Nie szczegółowy, nie na miarę architekta — ale dokładny na tyle, żeby mógł zaznaczać miejsca. Przy korytarzu do sali gimnastycznej było żółte kółko z napisem DRZWI (×2). Przy szatni było czerwone LAMPA z datą. Przy wyjściu z klasy Franka było DRZWI(?) ze znakiem zapytania. Drugą stronę Leon dopiero zaczynał. Na górze napisał: WZÓR? I na razie nic pod spodem, bo wzoru jeszcze nie znał.
— Co robisz — powiedział Franek, zaglądając mu przez ramię.
— Notatki.
— To wygląda jak mapa poziomu z gry.
— W pewnym sensie jest.
Franek spoglądał jeszcze przez chwilę, potem odwrócił się w drugą stronę. Siedzieli na przerwie przy oknie na czwartym piętrze — w tym miejscu, gdzie był parapet wystarczająco szeroki, żeby na nim usiąść, i skąd było widać dziedziniec, i gdzie nikt z nauczycieli nigdy nie chodził, bo schody w tamtą stronę skrzypiały za głośno. Leon znał to miejsce od pierwszej klasy.
— Hej — powiedział nagle Franek.
Leon podniósł wzrok. Przy drzwiach do toalety na końcu korytarza stał Bartek z 4A. Wchodził do środka, znikał za drzwiami. Nic szczególnego.
— I co? — powiedział Leon.
— Poczekaj.
Minęło trzydzieści sekund. Może czterdzieści. Bartek wyszedł z toalety, poszedł w lewo. Minęła minuta. Bartek przy drzwiach do toalety. Wchodził do środka. Znikał za drzwiami. Leon odłożył ołówek.
— Widzisz — powiedział Franek.
— Widzę.
— Już drugi raz.
— Wiem.
Minęła minuta. Bartek wyszedł z toalety, poszedł w lewo. Leon wziął ołówek i napisał pod WZÓR?: powtórzenia — ludzie (jak wcześniej Szymon G.) Potem dopisał: nie widzą sami siebie? i postawił znak zapytania. Franek oparł się plecami o ścianę i patrzył na korytarz z tym wyrazem twarzy, który miał kiedy coś go naprawdę ciekawiło, ale jeszcze nie wiedział co z tym zrobić.
— Leon — powiedział.
— Co?
— Gdybyś był NPC-em i byłbyś w pętli, to czy byś o tym wiedział?
Leon zastanowił się.
— Nie wiem — powiedział.
— Właśnie. — Franek pokiwał głową powoli. — To jest niespokojna myśl.
— Chyba „Niepokojąca”.
— To też.
Dzwonek. Obaj wstali z parapetu i poszli na lekcje.
Pani Rogowska prócz swojej specyficznej mowy miała również zwyczaj chodzić po sali podczas lekcji zamiast stać przy tablicy, co Leon akceptował jako strategię nauczycielską, ale Franek uważał za osobisty atak.
— Ona celowo przechodzi obok mnie co trzy minuty — szeptał przez ramię.
— Sprawdza czy piszesz — odszeptał Leon.
— Nie piszę.
— Właśnie dlatego sprawdza.
Leon pisał notatki w górnej połowie strony, a w dolnej, małymi literami, kontynuował listę. Miejsca glitchy, przybliżone godziny, wzorce. Próbował nałożyć to na plan szkoły z pierwszej strony — czy były skupione w jednym miejscu, czy rozsiane, czy pojawiały się w konkretnych warunkach czy losowo. Korytarz przy sali gimnastycznej: zawsze. Ale nie zawsze tak samo wyraźnie. Szatnia: raz, wyraźnie. Boisko: raz, przy lampie. Klasa: Szymon z okularami, zegar. Ale to było wcześniej, zanim jeszcze Franek wiedział o czymkolwiek. Leon odrysował plan szkoły miniaturowo na kartce i zaznaczył punkty. Popatrzył na wzór ich rozmieszczenia. I wtedy coś zobaczył. Nie wiedział jak to nazwać. Nie „przesunięcie” — to słowo brzmiało za mało. Ale zaznaczone punkty nie były losowe. Gdyby narysować linię przez te miejsca, linia szłaby ukośnie przez budynek — od rogu przy sali gimnastycznej, przez szatnię, przez boisko, do ich klasy. Jakby coś szło przez budynek po linii prostej. Albo jakby coś stało w jednym miejscu i od tego miejsca wszystko się rozchodziło. Leon wziął linijkę z piórnika i przyłożył do rysunku. Linia przechodziła przez korytarz przy sali gimnastycznej. Przez ścianę, gdzie były drzwi.
— Leonardzie Da Vinci, coś chcesz powiedzieć? — powiedziała złośliwie Pani Rogowska, bo Leon mruknął coś pod nosem mimowolnie.
— Nie, przepraszam — powiedział
— Znowu jej dziwadła — pomyślał
Franek spojrzał na niego pytająco. Leon złożył kartkę i schował do zeszytu. Powiem ci po lekcjach, gestem pokazał Leon. Franek zrozumiał i wrócił do udawania, że słucha nauczycielki.
Po tej lekcji mieli długą przerwę — czterdzieści minut, bo ich sala była zajęta przez jakieś spotkanie i wszystko się przesunęło. Czterdzieści minut to był czas wystarczający, żeby poważnie porozmawiać. Albo żeby Franek wpadł na jakiś plan. Tym razem wyszło jedno i drugie.
Leon pokazał mu rysunek z linią i zaznaczonymi punktami. Franek patrzył przez długą chwilę — dłużej niż zazwyczaj patrzył na cokolwiek pisanego.
— Wszystko idzie od tamtych drzwi — powiedział w końcu.
— Tak mi się wydaje. Jakby tam było źródło.
— Albo — powiedział Franek — jakby tam był środek.
Leon spojrzał na niego.
— Środek?
— No. Jakby to był środek i od niego wszystko się rozchodzi. Jak kiedy rzucisz kamień do wody.
Leon patrzył na rysunek.
Fale, pomyślał. Nie źródło. Fale.
— To mógłby być dobry model — powiedział powoli.
— Jestem pełen niespodzianek — powiedział Franek i wziął rysunek, żeby lepiej mu się przyjrzeć. — Dobra. To co robimy? Idziemy tam?
— Nie teraz. Chcę najpierw potwierdzić ten wzór. Sprawdzić czy…
— Albo — przerwał Franek, oddając rysunek — sprawdzamy co jeszcze aktywuje błąd. Bo wiemy, że reaguje na ruch i hałas. Co jeszcze?
— Franek
— No co? Eksperyment naukowy — powiedział Franek z miną kogoś, kto właśnie użył słowa, które zakończyło dyskusję. — Kontrolowany eksperyment.
— Nic co robisz nie jest kontrolowane.
— Tym razem będę bardzo precyzyjny.
— Franek.
— Chodź.
Żaden eksperyment Franka nie był nigdy precyzyjny, a tym bardziej kontrolowany. To było obiektywne stwierdzenie faktu, które Leon mógł poprzeć pięcioma konkretnymi przykładami z ostatniego roku szkolnego. Ale Franek miał rację w jednym: żeby potwierdzić wzór, potrzebowali danych. Zaczęli przy stołówce — neutralny teren, dużo ludzi, dużo hałasu. Franek przeszedł przez stołówkę dwa razy, raz spokojnie, raz szybciej. Nic. Potem przy głównym wejściu. Franek otworzył drzwi i zamknął kilka razy. Nic. Następnie przy schodach na drugie piętro. Franek zbiegł z góry na dół i z powrotem. Lampa przy pierwszym piętrze mignęła. Leon zanotował: schody — jedno mrugnięcie. Słaby. Potem poszli w stronę korytarza przy sali gimnastycznej. Leon od razu poczuł zmianę, jeszcze zanim weszli w ten korytarz. Nie wiedział jak to opisać — jakby powietrze było trochę inne, cisza miała inną konsystencję. To nie był żaden z pięciu zmysłów, które Leon umiał nazwać. Coś szóstego, co może istnieje, a może jest tylko wyobraźnią.
— Słyszysz? — powiedział cicho.
— Tę ciszę? — Franek też mówił ciszej.
— Tak.
— Słyszę.
Korytarz wyglądał normalnie. Ale to już Leon wiedział — normalny wygląd nic tu nie znaczył.
— Dobra — powiedział Franek. — Sprawdzamy.
I klasnął. Dwa razy, głośno, ostro. Dźwięk odbił się od kafelków — i echo wróciło za późno. Wystarczająco, żeby Leon to wyłapał. Sekunda może dwie tak jak poprzednim razem.
— Jeszcze — powiedział Leon.
Franek klasnął trzy razy szybko. Echo wróciło raz. Leon zapisał.
— Teraz — powiedział Franek i pobiegł przez korytarz.
Lampy zamigotały. Nie wszystkie, tylko dwie, ale wyraźnie, synchronicznie. Głosy, czyjeś śmianie — urwały się na sekundę. Jakby ktoś wcisnął pauzę i natychmiast puścił. Leon zanotował szybko: bieg — 2 lampy, 1s przerwa dźwięku.
— Hej — powiedział Franek, który zatrzymał się i odwrócił. — To było wyraźniejsze.
— Wiem.
— Skoro tu efekty uboczne, a raczej glitchowe są wyraźniejsze—
— To znaczy że tu jest bliżej środka. — Leon spojrzał na zeszyt. — Albo fale są tu silniejsze. Nie wiem jeszcze.
Franek wyglądał na kogoś, kto właśnie dowiedział się że jest w centrum czegoś interesującego i nie jest pewien jak to ocenić.
— Jeszcze raz? — zapytał.
— Franek, nie wiem czy to dobry…
Ale Franek już biegł z powrotem. I tym razem nie dwie lampy. Wszystkie jak domino, od końca do początku korytarza. Razem z nimi dokładnie w tym samym momencie — dźwięki ucichły. Nie tylko przerwa, nie tylko sekunda. Ucichło naprawdę, zupełnie, wszystko. Głosy, kroki, brzęczenie, hałas miasta za oknem. Cisza, jakiej Leon nigdy wcześniej nie słyszał w żadnym budynku — martwa cisza, która miała swój ciężar, jak plecak w całości wypełniony kamieniami. I wszyscy zatrzymali się. Leon zobaczył to w ułamku sekundy, bo odwrócił się odruchowo. Przy drzwiach do szatni stała Marta z jego klasy. Stała nieruchomo, jedna noga uniesiona, jakby właśnie robiła krok do przodu — i tak została, jak posąg, z nogą w powietrzu i plecakiem przekrzywionym w połowie ruchu. Przy ścianie naprzeciwko stał starszy uczeń, którego Leon nie znał z imienia, tylko z twarzy. Stał z otwartymi ustami, jakby właśnie coś mówił — i tak zamarł, z otwartymi ustami, w połowie słowa. Za rogiem, gdzie kończyły się schody i zaczynał korytarz, ledwo widoczny — pan woźny z mopem. Też nieruchomy. Ręka uniesiona, mop w połowie ruchu. Wszyscy. Nieruchomi. Świat stanął. To było pierwsze skojarzenie Leona. Jak gra, która nagle przestaje działać na sekundę — dźwięk się urywa, wszystko zamiera i tylko czekasz, aż znowu ruszy. Tylko że tym razem to nie była gra. To była szkoła i wszyscy jej uczniowie z personelem. Leon stał i nie ruszał się. Franek, który był na końcu korytarza, też stał nieruchomo — ale potem odwrócił głowę. Wolno. I spojrzał na Leona. Franek się poruszał. Tylko Franek i Leon. Przez te kilka sekund — Leon liczył w głowie, trzy sekundy, cztery — szkoła nadal stała w miejscu. Potem lampy błysnęły raz — wszystkie razem — i świat ruszył. Marta postawiła nogę na podłodze i poszła dalej, jakby nic. Chłopak dokończył zdanie do kogoś przy ścianie, tego kogoś, który też właśnie wrócił do ruchu. Pan woźny pociągnął mopem po podłodze. Hałas powrócił. Głosy, kroki, czyjeś śmianie się. Leon stał i patrzył, jak wszyscy chodzą i czuł coś, czego nie czuł przy żadnym z poprzednich glitchy. Przy sklepie z różową świnką było zaskoczenie. Przy korytarzu było zaciekawienie i lekki niepokój. Przy drzwiach, kiedy je zobaczył razem z Frankiem — było prawie jak przygoda. To było inne. To było coś, co rozpoznawał jako strach, bo serce biło za szybko i żołądek zachowywał się jak podczas jazdy windą w dół. Prawdziwy strach, a nie „ojej, coś dziwnego”. Strach, który ma wielkie oczy. Franek podszedł do niego wolnym krokiem. Miał na twarzy wyraz, którego Leon przy nigdy nie widział — nie podekscytowanie, nie tę jego minę gotowości do wszystkiego. Coś z paniki? Przez dłuższą chwilę żaden z nich nic nie mówił.