E-book
25.2
drukowana A5
56.51
Ginter

Bezpłatny fragment - Ginter


Objętość:
183 str.
ISBN:
978-83-8467-080-4
E-book
za 25.2
drukowana A5
za 56.51

Przedmowa

Krzesław Ginter żałował, że nie był już młodym i silnym mężczyzną jak kiedyś. Siedząc na drewnianym stołku, spoglądał na swoją szlifierkę.

W pewnej chwili pomyślał sobie o córce sąsiadki, podobała mu się. Zastanawiał się, gdzie i jak ją zabić. Uwielbiał ten zimny, metalowy przedmiot i te wszystkie rzeczy, które dzięki niemu powstawały i gościły na ciałach martwych kobiet. W pewnej chwili usłyszał odgłos otwierających się drzwi. Pojawiła się w nich postać Sabiny. Nienawidził jej od wielu lat, przez to, że przez całe życie się nad nim znęcała i zdradzała go w młodości. Z chęcią rzuciłby ją na tę szlifierkę i obdarł jej ciało ze skóry.

— Wyjdź stąd, wiedźmo! — krzyknął do żony.

Ale ona nie miała takiego zamiaru. Zdecydowanym krokiem weszła do wnętrza chlewika i ruszyła w jego stronę. Wyjęła długi nóż zza kufajki. Mężczyzna nie zdążył się nawet podnieść ze stołka. Otrzymał cios w głowę. Padł na betonową posadzkę, a ona kontynuowała uderzenia. Krzesław leżał teraz na plecach. Całe jego ciało pokrywała ciepła, czerwona krew. Jego twarz była zniekształcona. Sabina stała i przyglądała się mężowi, jak cierpi, jak umiera. Uśmiechnęła się pod nosem i wyszła, jakby nigdy nic się nie stało.

Rozdział 1

Sołtmany, sobota, 28 maja 1979 roku


Zosia nie mogła się doczekać wyprawy na łąkę przez co nie spała już od piątej rano. Ania obiecała siostrze, że tego dnia nauczy ją, jak robi się wianki z kwiatów. Zosia uwielbiała polne kwiaty, a najbardziej rumianki i chabry. To właśnie z nich miał powstać wianek, który miała zamiar podarować swojej mamie.

— Wstawaj, już ranek. — Zosia szeptała siostrze do ucha.

— Przestań, daj mi spać — odpowiedziała siostra zaspanym głosem. — W nocy padał deszcz. Jeszcze jest za wcześnie. Musimy zaczekać. Na pewno jest jeszcze mokro na łące.

Ania przekręciła się na drugi bok, próbując ponownie zasnąć.

— Dobrze, już dobrze. Zaczekam, aż się wyśpisz.

Zosia była już gotowa. Cierpliwie czekała na siostrę. Doskonale wiedziała, że nie może sama opuszczać mieszkania, a już na pewno podwórza, na którym przeważnie się bawiła. Matka z siostrą uświadomiły jej, jak ma postępować i jak powinna się zachowywać. Pomimo swojego młodziutkiego, wieku — miała zaledwie pięć lat — doskonale rozumiała każde ich słowo i zawsze ich słuchała.

Zosia była mądrą dziewczynką, o jasnych blond włosach i niebieskich oczach. Była zawsze uśmiechnięta i bardzo kochała swoją rodzinę. Czasem dopytywała mamę o ojca, który zmarł trzy lata temu w wypadku.

Pan Jerzy właśnie wracał z wykopek z kolegą, gdy to się stało. Obydwaj mężczyźni byli pijani. Pan Jerzy siedział na błotniku wielkiego ciągnika, z którego spadł w czasie jazdy i wpadł prosto pod koła ciężkiej maszyny. Zmarł na miejscu. Mama Zosi zawsze dobrze i ciepło mówiła o swoim mężu i zawsze powtarzała, że to był nieszczęśliwy wypadek. Miała nadzieję, że Zosia nigdy się nie dowie, że jej ojciec był w tym dniu pijany.

Ania z Zosią właśnie dochodziły do łąki znajdującej się przy lasku na wzgórzu. Gdy dotarły na miejsce, były takie szczęśliwe. Uwielbiały to miejsce i ten unoszący się zapach kwiatów. Podążały przed siebie, wypatrując najpiękniejszego miejsca na tej łące. Śpiew ptaków oraz widok unoszących się nad kwiatami motyli i pszczół wprawiał je w zachwyt. Biegły, trzymając się za ręce, gdy nagle Ania ujrzała rój kłębiących się much.

— Zatrzymaj się! — krzyknęła Ania do siostry.

— Co się stało? — cichutko wyszeptała Zosia.

— Nie wiem, muszę to sprawdzić, a ty tu zaczekaj.

Ania była pewna, że znajduje się tam jakieś martwe zwierzę. Kiedyś widziała martwego lisa w lesie. Podobna ilość much unosiła się nad jego ciałem.

— Dobrze, nie będę się stąd nigdzie ruszać — odpowiedziała Zosia.

Od roju czarnych owadów Anię dzieliło może dwadzieścia kroków. Długa trawa i polne kwiaty przysłaniały tajemnicę unoszącej się chmary owadów. Ania coraz bardziej zbliżała się do tego miejsca. Przez jej ciało przeszedł dziwny dreszcz. Bała się, ale mimo to szła dalej.

Gdy ujrzała nagie zwłoki martwej kobiety, nie wierzyła, że to się dzieje naprawdę. Ogarnął ją strach, dziwnie się poczuła. Zaczęła się powolnie wycofywać.

— Co się stało? Co tam zobaczyłaś? — zapytała przerażona Zosia.

— Nic takiego, to jakieś martwe zwierzę. Chodź, idziemy stąd.

Ania prowadziła siostrę w kierunku drogi. Źle się czuła. Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Przed oczami wciąż miała obraz martwej kobiety. Jej ciało było pokryte małymi robakami. Domyśliła się, że ktoś ją zabił.

Ania nie powiedziała siostrze prawdy. Nie chciała, żeby wiedziała, co tak naprawdę zobaczyła. Bała się jej o tym powiedzieć, bała się ją przestraszyć.

— Wolniej, bolą mnie nogi!

— Nic ci nie będzie. Nie narzekaj i chodź szybciej –warknęła Ania.

— Nie chcę! Przecież obiecałaś mi, że pokażesz mi, jak się robi wianek! — Zosia zatrzymała się i zaczęła płakać.

— Nie becz! Jutro cię nauczę, a dziś musimy już wracać!

— Nie chcę! — krzyknęła Zosia. Obróciła się i zaczęła biec w stronę łąki, do miejsca, w którym się przed chwilą znajdowały.

— Zaczekaj! — zawołała Ania, po czym ruszyła za siostrą.

Ale Zosia była szybsza. Jej małe stópki bardzo szybko pokonywały trasę do łąki. Ania nie miała szans, żeby ją dogonić. Zosia wpadła na zwłoki kobiety. Leżała na niej jak posąg, którego nie można ożywić. Zaczęła żałować, że nie posłuchała siostry. Była przerażona widokiem martwej kobiety. Zaczęła krzyczeć i po chwili zemdlała.

Ania podbiegła do siostry, zdjęła ją ze zwłok i wzięła ją na ręce. Była w szoku. Zosia miała zamknięte oczy, a jej ciało było bezwładne. Sama nie wiedziała, jak i kiedy udało jej się tak szybko przynieść Zosię do domu. Nawet nie czuła zmęczenia, choć młodsza siostra wcale nie była taka lekka. Bała się, że coś jej się stało i matka nigdy jej tego nie wybaczy.

Matka dziewczynek akurat była na podwórzu i sypała kurom owies, gdy dostrzegła zbliżające się do podwórza córki.

— Boże, co się stało?! — krzyczała przerażonym głosem, biegnąc w stronę dziewczyn.

Ania nie wiedziała, jak ma powiedzieć matce o tym, co się wydarzyło i co zobaczyły. Bała się, że jej nie uwierzy. Rodzicielka przejęła Zosię od Ani i od razu zaczęła nią poszturchiwać, całować po twarzy i płakać.

— Biegnij szybko do sąsiadów! Niech wezwą pomoc!

Ania pobiegła ile sił w nogach. W myślach błagała Boga, by Zosia się ocknęła.

— Kochanie, otwórz oczy, proszę cię. Nie rób mi tego…

Matka przytuliła swoją zapłakaną twarz do policzka córki. I wtedy stało się to, czego tak bardzo pragnęła. Zosia otworzyła oczy.

— Boże, dziękuję ci. Moje dziecko żyje. Kocham cię, córeczko — powiedziała ze łzami w oczach. — Co się stało, kochanie? — zapytała, ale Zosia milczała jak zaklęta. Tylko patrzyła tymi swoimi pięknymi niebieskimi oczami.

Kiedy Ania wróciła od sąsiadów, matka z Zosią były już w domu. Gdy matka zapytała ponownie, co się stało, Ania opowiedziała jej wszystko po kolei. Zdziwiło ją to, że matka nie krzyczała, a wręcz przeciwnie — pochwaliła ją, że zabrała siostrę z łąki i przyniosła ją do domu. Ambulans przyjechał po pół godzinie i zabrał matkę z Zosią do szpitala. Ania podsłuchała, jak lekarz mówił do matki, że dziewczynka jest w szoku z powodu traumatycznych wydarzeń, których doznała na łące i że może już nigdy nie odzyskać mowy.


— Ciało leżało tu chyba całą noc. Gdyby nie te dziewczynki, dzikie zwierzęta miałyby dobry kąsek.

Komendant milicji, Marcin Skulski, spojrzał przerażającym wzrokiem na posterunkowego Piotra Olszewskiego. Ten przełknął ciężko ślinę. Nigdy jeszcze nie widział martwej kobiety. W tej małej wiosce, w której mieszkał od wielu lat, nigdy nie doszło do żadnego zabójstwa. Owszem, zdarzały się drobne bójki czy kradzieże, ale nigdy nie odnotowano żadnego morderstwa

Olszewski w milicji pracował pięć lat.To Skulski wszystkiego go nauczył. Wiedział, jak postępować z pijakami i niegroźnymi ćpunami. Potrafił uspokoić rozwścieczonych mężów. Był w tym po prostu dobry, ale morderstwo młodej kobiety to było coś nowego i przerażającego.

— Na pewno — odpowiedział cichym głosem i znów ciężko przełknął ślinę.

Bardzo dobrze znał zamordowaną dziewczynę i jej rodziców. Czuł ucisk w gardle, kręciło mu się w głowie i ledwo oddychał. Miał nadzieję, że nie zemdleje i nie zrobi z siebie pośmiewiska przed kolegami.

— Szkoda dzieciaka. Pamiętam, jak się urodziła. Rodzice byli załamani, gdy dowiedzieli się, że jest chora, ale z czasem to zaakceptowali i się przyzwyczaili. Co ty taki blady jesteś? Co, przerażający widok? Chodź, idziemy do chłopaków, bo jeszcze mi tu zasłabniesz. Zaraz powinna zjawić się prokuratorka, techniczka i lekarz. A śledczy widzę, że już idzie, pewnie zaraz zacznie się czołgać. Biedny chłop, musi trochę schudnąć, bo ta tusza to go wykończy. — Skulski zaśmiał się ze śledczego pod nosem.

— To wcale nie jest śmieszne, szefie. — Olszewski zdenerwował się na drwiące słowa komendanta.

Nie lubił, jak ktoś się z kogoś wyśmiewał i mu dokuczał. Gdy był małym chłopcem, nie raz był wyśmiewany i poniżany. Dlatego został milicjantem. Chciał tym wszystkim cwaniaczkom udowodnić, że jest odważny i nikogo oraz niczego się już nie boi.

— Tylko żartowałem. Ale masz rację. Nie powinienem tak o nim mówić. Nie każdy jest idealny. Chociaż on mnie trochę śmieszy tym swoim wyglądem.

Olszewski już nic się nie odezwał. Nachylił się nad kwiatem czerwonego maku i zanurzył nos w jego kielichu. Miał nadzieję, że jego zapach trochę go uspokoi.

Śledczy Młyński dotarł na miejsce zbrodni. Cały się trząsł i ciężko oddychał. Nie wyglądał najlepiej.

— Usiądź sobie i odpocznij, bo zaraz nam na zawał zejdziesz — powiedział Skulski, podając śledczemu rękę na przywitanie.

— Tak, tak. Muszę odpocząć. Taki wyczyn to nie dla mnie, a gorąco jak nie wiem co.

Młyński wyjął z kieszeni chusteczkę, wytarł spocone czoło, a następnie usiadł na kamieniu, który znajdował się tuż przy nim. Cieszył się w duchu, że pomimo tuszy, jego tyłek swobodnie się na nim zmieścił. Jeden z młodszych posterunkowych, zauważywszy jego marny wygląd, podał mu butelkę wody. Młyński podziękował. Otworzył zębami metalowy kapsel i upił parę łyków. Od razu poczuł się lepiej.

— Wysłaliśmy już radiowóz do Trowskich, żeby tu przyjechali i potwierdzili, że to ich córka.

Skulski zauważył jak Młyński ciężko oddycha i nawet mu trochę współczuł, że jest taki gruby i nie ma kondycji.

— To dobrze, niech przyjeżdżają tu jak najszybciej.

Młyński ponownie wyjął chusteczkę.Szybko wytarł spocone czoło i sięgnął po butelkę z wodą.


— Pięknie tu. Domy jak z bajki. Nie byłam jeszcze w tej okolicy. A pani? — Prokuratorka chciała dowiedzieć się czegoś o techniczce. Wprawdzie się znały, ale nie na tyle, żeby wiedzieć o sobie coś więcej.

— Ja dobrze znam tę wieś. Często przyjeżdżałam tu w odwiedziny do swojej babci. Spędzałam tu każde wakacje — odpowiedziała techniczka kryminalistyki Karolina Bodrewicz, trochę od niechcenia. Nie lubiła tego babska. Sama nie wiedziała dlaczego. Może dlatego,

że była bardzo ładna i przemądrzała?

— To chyba dobrze. To takie piękne miejsce.

— Może i tak, ale nie dla mnie — burknęła Bodrewicz.

Prokuratorka domyśliła się, że coś jest nie tak, i nie próbowała ciągnąć tej rozmowy dalej. Dojechały do końca wsi, gdzie znajdowała się umieszczona przy drodze tablica, na której widniał przekreślony napis Boćwinka. Do łąki był jeszcze z kilometr. Bodrewicz doskonale wiedziała, gdzie ona się znajduje. To właśnie na tej łące spędzała kiedyś dużo czasu ze swoim chłopakiem.


Kobiety szły przez łąkę. W oddali między kwiatami i długą trawą widziały kręcących się mundurowych. Trzech strażaków wyszło już kobietom naprzeciw. Domyśliły się, że komendant milicji poprosił o wsparcie dla kobiet.

— Jak tu pięknie. W życiu nie widziałam tylu kwiatów. Co za widok, aż mnie bolą oczy. A ten zapach? — Żorska rozejrzała się dookoła, nabrała powietrza w płuca i uśmiechnęła się do techniczki.

— To proszę się nasycić, bo za chwilę nie będzie pani podziwiać widoków i wdychać przyjemnych zapachów.

Prokuratorka posmutniała. Nie lubiła oglądać ludzkich zwłok, ale taka była jej praca. Nie przepadała za nią. Gdyby nie wysokie zarobki, dawno by ją już porzuciła. Żorska była bardzo ładną kobietą w średnim wieku o ciemnych włosach i brązowych oczach. Zwykle ubierała się na sportowo. Może ze trzy razy miała na sobie wyjściowy strój. Nie lubiła zakładać garsonek i sukienek.

Czasami znajomi jej przez to dogadywali, ale ona nie brała do głowy ich głupich komentarzy i zawsze odpowiadała, że to jej sprawa i nikomu nic do tego.

Kobiety dotarły na miejsce zbrodni. Przywitały się grzecznie ze wszystkimi, po czym każdy zabrał się do pracy. Prokuratorka, widząc nagie i pokryte robakami zwłoki kobiety, nie potrafiła zrozumieć, jak ktoś mógł zrobić coś tak strasznego i okropnego. Coraz bardziej miała dość tej pracy. Wiedziała, że przez nią robi się wredniejsza. Coraz częściej zadawała sobie pytanie, czy musi to wszystko oglądać i znosić. Czy nie może znaleźć sobie innego spokojniejszego zajęcia, bez widoku trupów oraz bez pretensjonalnych spojrzeń i krzyków rodzin ofiar.


Poprzedniego wieczoru


Krzesław przekręcił klucz w drzwiach chlewika. Złapał za klamkę w celu sprawdzenia, czy na pewno dobrze je zamknął. Zawsze to robił, w obawie, że Sabina tam wejdzie. Nie chciał, żeby kręciła się po jego kątach. Mężczyzna postanowił się przejść i rozprostować nogi. Pomyślał, że spacer dobrze zrobi jego kręgosłupowi, w końcu był dobrze po siedemdziesiątce. Był już na emeryturze.

Całe życie ciężko pracował na gospodarstwie przy boku leniwej Sabiny i ich synka. To przez nią dorobił się garba na plecach. Gdy był młody, nie bał się ciężkiej pracy, nie przeszkadzało mu to. Starał się wyręczać we wszystkim żonę, bo bardzo ją kochał. Z czasem jednak zrozumiał, że jest wykorzystywany. Zaczynało mu brakować sił, a ona ciągle goniła go do pracy. Niestety, ze wszystkim musiał radzić sobie sam, podczas gdy ona uganiała się za wioskowymi chłopami. Kiedy syn zaczął dorastać, matka nie pozwalała mu pomagać ojcu. On zresztą też go nie prosił. Z roku na rok było jednak gorzej. Sabina coraz bardziej odsuwała się od męża. W końcu, za namową syna, wygoniła go do chlewika. Mieszka tutaj już ponad dwadzieścia lat.

Udał się w kierunku polnej drogi. Uwielbiał nią spacerować. Prawie nikt tamtędy nie jeździł, a i mało kto chodził. Drogę z jednej strony otaczał las brzozowy. Tuż obok, po drugiej stronie drogi, znajdowała się łąka porośnięta polnymi kwiatami i trawą. Na wzgórzu prezentował się nieduży sosnowy las, jak z bajki.

Krzesław wyjął z kieszeni fajkę oraz szmaciany woreczek wypełniony tabaką. Wiele lat temu wystrugał tę fajkę z kawałka drewna i służyła mu do tej pory. Nie rozstawał się z nią nawet na krok. Usiadł tuż przy drodze na poboczu, napełnił fajkę, następnie wyjął zapałki z kieszeni i podpalił wnętrze komory cybucha. Siedział tak i się delektował, gdy z daleka dostrzegł dziewczynę idącą drogą w jego stronę. Mimo swojego wieku wzrok miał bardzo dobry. Od razu rozpoznał, że to córka sąsiadki mieszkająca dwa kilometry od jego domu. Nie znał jej za dobrze, czasami widywał ją spacerującą po lesie, polach i łąkach, ale nigdy z nią nie rozmawiał. Zawsze uciekała na jego widok. Wiedział tylko, że jest niepełnosprawna intelektualnie i ma na imię Iwona.

Dziewczyna coraz bardziej się do niego zbliżała. Krzesław postanowił, że do niej zagada, bo przez ostatnie lata mało gdzie wychodził i prawie z nikim się nie widywał. Nawet zapominał, jak się rozmawia z człowiekiem. Czasem rozmawiał tylko z listonoszem i z ekspedientką w sklepie. Mówił do zwierząt i sam do siebie.

Widząc siedzącego na burcie mężczyznę, zatrzymała się. Tym razem nie uciekała. Swój wzrok skierowała na fajkę, którą Krzesław trzymał w ustach.

— Witaj, Iwonko. Gdzie tak idziesz? — zapytał, uśmiechając się do niej.

— Dzień dobry panu — uśmiechnęła się szeroko, wystawiając swoje białe zęby. — Da pan pociągnąć? — zapytała podnieconym głosem.

— Chodź, siadaj koło mnie. Nie jesteś za młoda na palenie?

— A gdzie tam, jaka za młoda? Mam już prawie dwadzieścia lat.

Dziewczyna usiadła koło mężczyzny na miękkiej trawie. Obserwowała, jak Krzesław zaciąga się dymem. Kiedyś podkradała ojcu papierosy, ale on się domyślił, że coś jest nie tak i że to na pewno jej sprawka. Zaczął je trzymać w schowku w szopie. Iwona nie była zbyt mocno uzależniona od nikotyny, ale widząc, jak ktoś palił, nie mogła wytrzymać i zaczynała żebrać. Czasami ktoś jej dał papierosa na odczepnego, ale przeważnie była krytykowana i odganiana.

Krzesław był pod wrażeniem jej urody. Była naprawdę ładna, a przede wszystkim miała piękną figurę. Był nawet zadowolony z faktu, że jest niepełnosprawna intelektualnie. Mimo swego starczego wieku poczuł podniecenie. Wiedział, że jest już niesprawny w tych kwestiach, ale mógłby przecież popatrzeć.

— No daj w końcu, ile mam czekać?

— Nie tak szybko, moja droga. Pójdziesz ze mną na łąkę i pomożesz mi nazbierać kwiatów na bukiet. Bo widzisz, chciałbym je podarować żonie, a ja jestem już stary i potrzebuję pomocy.

Skłamał. Nigdy nie podarowałby Sabinie żadnych kwiatków, nawet uschniętych lub zwiędłych. Z chęcią by je zasadził na jej grobie i miał nadzieję, że kiedyś doczeka się tego dnia. Dziewczyna popatrzyła na niego zdenerwowanym wzrokiem, po czym powiedziała:

— No daj, to pójdę z tobą po te kwiatki!

Krzesław się ucieszył. Miał nadzieję, że na tej polanie, wśród kwiatów, namówi dziewczynę do grzechu. Zapragnął widoku jej ciała, które skrywało się pod zieloną sukienką. Uśmiechnął się pod nosem, oblizując przy tym usta.

— Proszę. — Podał dziewczynie fajkę.

Dziewczyna zaciągnęła się dymem, a po chwili zaczęła kaszleć.

— Oddawaj, bo mi się tu jeszcze udusisz. — Krzesław wyrwał jej fajkę z ręki.

— Nie uduszę. Dawno nie paliłam i dlatego. — Dziewczyna podrapała się po nosie i ponownie zakaszlała.

— Dobra, wstawaj, idziemy, bo jeszcze się rozmyślisz.

Wiedział, że łąka będzie bezpieczniejszym miejscem, niż to, w którym teraz się znajdowali. Tam nikt ich nie podejrzy i im nie przeszkodzi. Iwona podniosła się wraz z Krzesławem i ruszyli w kierunku łąki. Szli wolnym krokiem. Mimo swojej niepełnosprawności Iwona nie mogła pojąć, jak można być tak ślamazarnym.

— Może tu się zatrzymamy? Zobacz, ile tu kwiatów.

Dziewczyna poklepała Krzesława po jego garbatych plecach, po czym zaczęła się śmiać. Stała tak jeszcze przez chwilę, przyglądając się mężczyźnie. Nie przestawała się śmiać, nie wiedziała, co tak naprawdę ją rozbawiło, czy garb mężczyzny, czy to, w jaki sposób mężczyzna się poruszał.

— Co za wstrętna gówniara — wyszeptał pod nosem.

Z chęcią by jej przywalił, ale dziewczyna nagle się od niego odwróciła i pobiegła przed siebie.

— Zaczekaj — krzyknął Krzesław, ale ona się nie zatrzymywała.

Podążał za nią najszybciej jak potrafił. Był już zmęczony, ale postanowił, że się nie podda, że ją dogoni. Dziewczyna zatrzymała się w połowie łąki. Widziała, jak mężczyzna podąża w jej kierunku. Położyła się na miękkiej trawie przeplatanej kwiatami i spojrzała w niebo. Podobał jej się widok szybujących ptaków, a najbardziej samolot, który dostrzegła w chmurach. Mimo problemów z samodzielnym myśleniem doskonale wiedziała, do czego on służy, zawsze marzyła o locie samolotem, podczas którego mogłaby podziwiać świat z góry.


Siedział teraz przy niej na miękkiej trawie. Spoglądał na jej długą sukienkę. Miał chęć rzucić się na nią i ściągnąć z niej zielony materiał. Jednak wiedział, że jest słaby i musi wymyślić inny sposób, żeby móc zrealizować swój plan. Najpierw postanowił, że spróbuje z fajką. Jak to nie zadziała, to przekupi ją pierścionkiem, który miał w kieszeni spodni. Zrobił go parę dni temu i bardzo mu się podobał, dlatego nosił go ciągle przy sobie. Po prostu nie mógł się nim nacieszyć. Uważał, że to najlepsze dzieło, jakie wykonał w ostatnich latach.

— Chcesz popalić? — zapytał.

— Pewnie, że tak. Głupio się pytasz. — Dziewczyna znów zaczęła się śmiać.

Krzesław podał jej fajkę. Zaciągnęła się dymem. Tym razem nie kaszlała.

— Dobra, wystarczy. — Krzesław wyrwał jej fajkę z ust, gdy ponownie chciała zaciągnąć się dymem.

To zezłościło dziewczynę.

— Staruchu, zaraz oberwiesz! — krzyknęła. — Nie będę ci zrywać żadnych kwiatów dla tej twojej żoneczki! — Dziewczyna postanowiła wstać, ale Krzesław złapał ją za ramię i przytrzymał.

— Zaczekaj, mam coś dla ciebie. — Włożył rękę do kieszeni i wyjął z niej pierścionek.

Dziewczyna przyglądała mu się uważnie. Widział po jej minie, że jej się spodobał.

— Daj mi go. Chcę go mieć! — krzyknęła.

— Dobrze, ale coś za coś. — Krzesław aż się zapowietrzył, wypowiadając te słowa.

— Zaraz ci nazrywam tych kwiatów!

— Nie o kwiaty mi chodzi. — Krzesław czuł, jak jego ciało zalewa się potem. Czuł drżenie, podniecenie ale i strach.

— A o co?

— Pokażesz mi swoje nogi? — Po tych słowach poczuł szybsze bicie serca. Przez jego ciało przeszedł dziwny dreszcz, a oczami wyobraźni widział jej nagie ciało.

— Dobra, ale tylko nogi. — Dziewczyna odchyliła sukienkę do góry i po chwili z powrotem ją opuściła.

— Przecież ja nawet nie zdążyłem popatrzeć! — krzyknął oburzony.

Dziewczyna spojrzała na Krzesława rozwścieczonym wzrokiem.

— No i dobrze. Dawaj pierścionek! — wrzasnęła tak głośno, że Krzesław aż podskoczył.

Mężczyzna strasznie się zdenerwował. Domyślił się, że nic z tego nie będzie i postanowił ją odprawić.

— Nie! Nie dam ci żadnego pierścionka. Najlepiej będzie, jak sobie stąd pójdziesz.

— Żebyś wiedział, że pójdę, ty stary dziadu. A niech cię szczury zjedzą żywcem!

Iwona wyrwała mu pierścionek. Szybko zaczęła wciskać go na palec lewej ręki. Chciała wstać i uciec, jednak nie zdążyła, bo Krzesław był szybszy. Tuż przy jego nodze znajdowała się duża hałda ziemi. Nabrał w dłoń piachu i z rozmachem przyłożył jej do ust. Piach dostał się do jej gardła. Dziewczyna zaczęła kaszleć. Krzesław, widząc kobietę w tym stanie, ponownie nabrał piachu. Uruchomił bardziej swoją dłoń i z coraz większą siłą wtłaczał jej piach do gardła. Kobieta zaczęła się dusić, próbowała się podnieść, jednak nie dała rady. Rękoma łapała się za szyję, aż w końcu padła nieprzytomna.

Przez dłuższy czas się jej przyglądał. Czuł, że nie żyje. Widział, jak się dławiła. Nie chciał jej zabić. Chciał ją tylko uciszyć. Strasznie rozbolała go głowa. Poczuł, jak ciepła krew spływa mu z nosa po ustach i brodzie. Szybko odchylił głowę. Po chwili było już po wszystkim. Krwotok ustał.

Zamknął Iwonie powieki. Następnie nachylił się nad nią i zdjął jej sukienkę. Nie wiedział, po co. Pozbawił ją ubrania i spojrzał na jej nagie ciało, jakby to był przedmiot. Siedział i przyglądał się kobiecie. Robił to bardzo uważnie. Jej twarz była martwa. Wydawała mu się obca. Chciał sobie coś przypomnieć, ale nic nie pamiętał. Słabo się czuł. Jego lewa ręka zrobiła się jakaś dziwna, jakby pozbawiona czucia. Pamiętał tylko, że wyszedł z domu na spacer i nic poza tym. Nie wiedział, jak się tu znalazł i skąd wzięła się tu ta martwa kobieta. Nie wiedział, co zrobić. Zaczął się zastanawiać, czy to on ją zabił. Miał pustkę w głowie i czuł się inaczej niż zwykle. Zastanawiał się, gdzie znajduje się jego dom. Nie wiedział, kim jest i czy ma rodzinę. Posiedział przy niej jeszcze trochę i po pewnym czasie ruszył w kierunku drogi znajdującej się niedaleko łąki. Gdy się na niej znalazł, w oddali zobaczył budynki. Zatrzymał się na dłuższą chwilę. Przyglądał się zabudowaniom. Kiedy się do nich zbliżył, przypomniał sobie, że to właśnie tutaj znajduje się jego dom.


Ania siedziała na dywanie w swoim pokoju i płakała. Matka kazała jej zamknąć drzwi do domu na klucz i nikogo nie wpuszczać aż do jej powrotu ze szpitala. Ania miała do siebie żal, że nie dopilnowała siostry. Obwiniała się, że to przez nią Zosia znalazła się w szpitalu. Ocierała łzy rękawem, ale one nie przestawały lecieć. Ania była starsza od Zosi o sześć lat. Była wysoką, szczupłą i bardzo ładną dziewczyną o zielonych oczach i długich blond włosach. Ania kochała siostrę z całego serca, najbardziej jak potrafiła. Tak bardzo chciałaby cofnąć czas. Przecież mogła z nią pójść na łąkę znajdującą się bliżej ich domu. Sama nie wiedziała czemu wybrała akurat tamto miejsce. Może dlatego, że gdy była mała, często chodziła tam z rodzicami. A może właśnie tak miało być, że to one miały odnaleźć ciało kobiety. Dzięki temu dzikie zwierzęta nie pożarły zwłok i rodzina będzie mogła godnie ją pochować. Ania miała wyrzuty sumienia, że siostra jest w szpitalu. Martwiła się o nią. Tak bardzo chciałaby zamienić się z nią miejscami. Na samą myśl, że siostra może już nigdy nie wypowiedzieć żadnego słowa, Ani zrobiło się przykro. Nie chciała, żeby Zosia stała się odmienna niż inne dzieci. Pragnęła, żeby jak najszybciej wróciła do zdrowia.


Techniczka Karolina Bodrewicz pracowała w zawodzie już trzynaście lat. Widziała wiele zabójstw, często bardzo strasznych. Niektóre ofiary miały podcięte gardła, były uduszone albo zastrzelone, ale nigdy nie spotkała się z takim przypadkiem jak dziś. Lekarz sądowy krótko przedstawił przyczynę zgonu kobiety. Dziewczyna nie miała żadnych zadrapań i skaleczeń. Nie została pobita ani zgwałcona, a deszcz zatarł wszystkie ślady. Nie znaleziono żadnych dowodów, żadnych śladów. Nic, co pomogłoby w śledztwie. Wiadomo było tylko to, że zgon kobiety nastąpił w wyniku uduszenia.

Ciało kobiety zostało przewiezione do szpitala w celu wykonania sekcji zwłok. Wszyscy powoli zaczęli się zbierać do opuszczenia miejsca zbrodni. Skulski rozmawiał jeszcze z prokuratorką i śledczym. Prokuratorka nienajlepiej wyglądała. Była blada i przerażona, myślała tylko o tym, żeby ten dzień skończył się jak najszybciej. Marzyła o gorącej kąpieli i porządnym drinku.

— Proszę jeszcze raz udać się do rodziców ofiary. Może tym razem ich zastaniecie.Jeżeli będą w domu, poinformujcie ich o wszystkim i ściągnijcie do kostnicy. Musimy być pewni, że to ich dziecko. Następnie musimy dowiedzieć się, czy ktoś nieznajomy nie kręcił się w tych okolicach i w pobliskich wioskach. Myślę, że niedługo coś się wyjaśni. Wtedy będziemy mogli rozpocząć prawdziwe śledztwo. Wiecie, co macie robić. Teraz muszę was opuścić, bo pani Bodrewicz na mnie czeka. — Prokuratorka machnęła ręką na pożegnanie i udała się w kierunku techniczki.


Posterunkowy Zadarko z młodym posterunkowym Olszewskim udali się na kolonię wsi w Sołtmanach w celu zasięgnięcia informacji dotyczących morderstwa Iwony. Innych milicjantów wysłano do pobliskich wiosek, natomiast Skulski ze śledczym udali się do domu rodziców zamordowanej dziewczyny.

Gdy podjechali pod dom zamordowanej Iwony Trowskiej, zaparkowali tuż przy drewnianym ogrodzeniu, przed otwartą furtką. Byli pewni, że właściciele są już w domu. Skulski spojrzał na śledczego Młyńskiego. Widok spoconego i otyłego mężczyzny strasznie go obrzydzał. Żałował, że wsiadł do jego samochodu, przecież mógł przyjechać swoim. Młyński jednak nalegał, żeby swoje auto zostawił przed posterunkiem i pojechał z nim. Głupio mu było odmówić. Myślał tylko o tym, żeby jak najszybciej opuścić samochód i zaczerpnąć świeżego powietrza. Gdy silnik zgasł, Skulski odetchnął z ulgą. Cieszył się, że chociaż przez chwilę pooddycha świeżym powietrzem. Gdy wysiadł z auta, szybko zrozumiał, że i tu jego nos skazany jest na niezbyt przyjemny zapach.

— Ja pierdolę, jak śmierdzi! — Skulski spojrzał na Młyńskiego, jakby to on był winien.

— To zapach kiszonki. — Młyński wskazał ręką na pryzmę, znajdującą się tuż obok chlewa.

Pryzma była bardzo duża — miała może z trzy metry wysokości i dwanaście długości. Przykryta była zieloną plandeką, która nie powstrzymywała ulatniającego się nieprzyjemnego zapachu.

— Jak oni tu mieszkają? Przecież od tego smrodu to można się przekręcić.

— E tam, oni są już przyzwyczajeni. Im wcale to nie przeszkadza. Wiem coś o tym, bo moja znajoma też ma gospodarstwo.

— No dobra. Chodź, idziemy zobaczyć, czy ktoś jest w domu.

Mężczyźni weszli przez furtkę na podwórze, na którym panował straszny nieład. Na środku podwórza stała taczka z resztkami obornika, a przy niej leżały widły i grabie. Tuż obok stały stare sanie konne pozbawione jednej płozy. Trochę dalej kury i kaczki wydawały nerwowe odgłosy i dreptały w poszukiwaniu pożywienia, gdyż koryta, które znajdowały się w pobliżu, były puste. Po podwórzu walały się zardzewiałe blachy, kije, polany, a nawet cegły. W rogu, tuż przy szopie, zalegały butelki po alkoholu.

— Jaki syf. Co za gospodarze tu mieszkają? Przecież tu nie ma gdzie nogi postawić. — Skulski pokręcił głową, spoglądając spod byka na Młyńskiego.

— Na wiosce przeważnie tak jest. Tu nikt nie dba o porządek.

— Dobra, już dobra, nic nie mów. Chodź, szybciej, bo zaraz się uduszę.

Weszli na ganek, z którego dostrzegli duże zielone drzwi prowadzące do domu Trowskich. Skulski zapukał w zielone deski. W pewnym momencie usłyszał odgłos szczekającego psa i drapanie w drzwi.

— Kurwa! I jeszcze pies na dodatek, jakby jeszcze mało było nam wrażeń na dzisiaj!

— Może zapukać w okno?

— Młyński, ty to masz łeb na karku. — Skulski zaśmiał się ze śledczego pod nosem.

„Przecież każdy dureń domyśliłby się, że trzeba tak zrobić” — pomyślał w duchu.

Młyński zrobił się czerwony jak burak. Oblizał spocone usta i udał się pod okno. Gdy zaczął uderzać ręką w szybę, pies nagle zamilkł. Musiał się przestraszyć i skryć się gdzieś w bezpiecznym miejscu, bo nie było słychać już żadnych odgłosów.

Śledczy Młyński coraz mocniej uderzał w szybę. Nawet się wystraszył, że szkło może pęknąć albo wypaść z ramy. Ościeżnice były wykonane z drewna, które było zniszczone przez gryzonie, a tafla szkła wyglądała jak antyk. Skulski stawał się coraz bardziej nerwowy. Nie dość, że unoszący się smród dawał mu się we znaki, to jeszcze nie mogli wejść do domu rodziców zamordowanej dziewczyny. Młyński przestał pukać w okno i wrócił na ganek.

— Może pójdę z drugiej strony domu i tam spróbuję? — zapytał drżącym głosem.

— Wiesz co, to nie ma sensu. Zwijamy się stąd. Chyba nikogo nie ma w domu, oprócz tego kundla. Zaraz powiadomię posterunkowego Pawła Zadarkę. Niech tu przyjeżdża z młodym Olszewskim jak najszybciej i waruje aż do przyjazdu właścicieli. A teraz chodź już, bo zaraz zwymiotuję.


Minęło dwadzieścia minut od odjazdu Młyńskiego i Skulskiego, gdy Trowscy pojawili się przed swoją posesją. Gospodarz zaparkował na podwórzu przy garażu. Ledwo żywy wysiadł ze swojego Fiata 126p, spojrzał na niego i pokręcił głową. Samochód był cały zakurzony i oblepiony błotem. Trowski był zły na żonę, że namówiła go na wyjazd do Puszczy Boreckiej. Nie dość, że był zmęczony łażeniem przez cały dzień po lesie, to o mało nie zabłądzili.

— Zawołaj mi tu zaraz Iwonę. Niech wypucuje samochód na błysk! — krzyknął do żony.

— Daj wejść do domu — odpowiedziała oburzona.

Kobieta wzięła kosze z grzybami i udała się do mieszkania. Gdy weszła, pies zaczął strasznie szczekać na jej widok. Pani Trowska postawiła kosze na stole i spojrzała na puste miski. Zrozumiała, że pies musi być bardzo głodny i spragniony. Trochę ją to zaniepokoiło, bo Iwona zawsze pilnowała, żeby były pełne. Kobieta otworzyła lodówkę, wyjęła z niej wyschniętą kiełbasę i wrzuciła ją do psiej miski. Podeszła do wiadra z wodą, zaczerpnęła kubkiem przezroczystą ciecz i napełniła drugą miskę. Łatka dopadła do jedzenia i picia jak szalona, szczekając przy tym radośnie. Kobieta udała się do pokoju Iwony. Rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu, ale córki w nim nie było. Przez jej ciało przeszedł dziwny dreszcz.

— Nie ma jej — powiedziała drżącym głosem do męża wchodzącego do kuchni.

— Pewnie szwęda się po lesie — burknął.

— Pewnie masz rację. Ja się przebieram i idę do obrządków.

— Ja coś przegryzę i zaraz do ciebie dołączę — odpowiedział, otwierając drzwiczki lodówki.


Posterunkowy Zadarko podjechał radiowozem pod dom rodziców zamordowanej Iwony. Gdy już miał zamiar wysiąść z radiowozu, na ganku ujrzał starszego mężczyznę. Widział, jak się im przygląda. Na pewno się zdenerwował, a i do głowy napływały mu różne myśli.

— Czego tu szukacie? Zabłądziliście czy co?! — krzyknął do milicjantów wysiadających z radiowozu.

— Fajnie pan wita milicję — odpowiedział posterunkowy Zadarko.

— Jak chcę, tak witam. To mój dom i moje podwórko. Czego tu szukacie?!

— Zapraszam pana tu do nas. Proszę poprosić także żonę, bo mamy bardzo przykrą wiadomość do przekazania.

— Żona robi obrządki. Mówcie, czego chcecie, bo nie mam czasu na pogaduszki.

Zadarko z młodym posterunkowym wolnym krokiem ruszyli w stronę starszego mężczyzny. Zatrzymali się tuż przy pierwszym schodku. Zadarko nie wiedział, jak ma mu przekazać przykrą wiadomość. Gdy spojrzał w jego stare oczy, zrobiło mu się go żal. Nie wiedział, czy po przekazaniu wiadomości pojawią się w nich łzy czy raczej wściekłość, a może radość, że uwolnił się od niepełnosprawnej córki. Miał nadzieję, że nie jest złym człowiekiem, że ma w sobie trochę człowieczeństwa i uczucia.

— Panie Trowski, chciałbym pana poinformować, że prawdopodobnie wasza córka nie żyje. Musicie państwo pojechać z nami do kostnicy i zidentyfikować zwłoki.

— Co pan mi tu pierdolisz!? Jak nie żyje? Co wy wymyślacie? Iwonka na pewno jest w lesie albo na łące… — Mężczyzna nie dokończył zdania i runął na betonowe schody. Uderzył głową o metalowe wiadro, które znajdowało się na jednym ze schodków.

Milicjanci podbiegli do starszego mężczyzny, żeby mu pomóc. Zadarko nachylił się nad starszym panem, a młodemu kazał wezwać pomoc.

— Proszę pana, słyszy mnie pan? — Poszturchiwał go za ramię, ale starszy mężczyzna się nie odzywał.

— Ja pierdolę, on chyba zgona zaliczył — powiedział milicjant sam do siebie.

W tym momencie z chlewu wyszła żona Trowskiego. Widząc, co się dzieje, zaczęła biec w ich stronę.

— Co się stało?! Co mu zrobiliście?! — krzyczała na całe gardło.

— Proszę się uspokoić. Wezwaliśmy już pomoc. Pani mąż chyba stracił przytomność.

— Zabiliście mi męża, parszywe psy!

Trowska nachyliła się nad mężczyzną, żeby sprawdzić, czy żyje.

Łzy przysłaniały jej widok na jego nieprzytomną twarz. Była cała roztrzęsiona i zdenerwowana. Postanowiła go ratować. Nie za bardzo się na tym znała. Nie chciała, żeby umarł. Nie chciała, żeby ją opuścił. Nie chciała żyć bez niego. Zadarko, widząc kobietę w takim stanie, postanowił jej pomóc w reanimacji. Sam nie wiedział, dlaczego wcześniej tego nie zrobił. Może dlatego, że wszystko tak szybko się wydarzyło, a może dlatego, że brzydził się starszego mężczyzny. Może gdyby Trowski nie miał wąsów i brody, to posterunkowy podjąłby się sztucznego oddychania. Cieszył się w duchu, że wyręczy go w tym Trowska.

— Ja będę robił uciski, a pani usta-usta. Powiem, kiedy.

— Dobrze — odpowiedziała już spokojniejszym głosem.

Młody stał i się przyglądał. Nie bardzo go ten widok cieszył. Z chęcią by stamtąd zwiał, ale nie mógł. Co by sobie pomyślał Zadarko? Na pewno dogadywałby mu, że jest tchórzem. W pewnym momencie dostrzegł ambulans wjeżdżający na podwórze. Zdziwiło go trochę, że tak szybko przyjechali.

— O, już są — oznajmił.

— To wołaj ich tu szybko, bo chłop zaraz nam zejdzie — wypowiadając te słowa, spojrzał na żonę Trowskiego, która z całych sił wtłaczała do ust męża powietrze. Zrobiło mu się jej żal. Obawiał się, że on już nie żyje, tak jak ich córka, przez co kobieta zostanie sama ze zwierzętami.

— Szybko przyjechaliście. — Młodemu drżał głos.

— Akurat byliśmy w pobliżu, u Morowskich. Co tu mamy? — zapytał spokojnym głosem lekarz.

— Sam nie wiem. Facet upadł i uderzył głową w wiadro. Reanimują go, ale on chyba już nie żyje.

— Pomóż mi. Weź torbę i idziemy.

Młody złapał za torbę i razem ruszyli w kierunku poszkodowanego. Trochę go zdziwiło, że kierowca nawet nie wysiadł z samochodu, a przecież mógł się do czegoś przydać.


Trowska siedziała na ławce przed szpitalem w Giżycku i płakała. Leki, które dostała na uspokojenie, wcale jej nie pomogły. Młody miał jej pilnować do momentu przyjścia posterunkowego Zadarki, który został jeszcze w kostnicy i gruchał sobie z Amandą o trupach. Posterunkowy podkochiwał się w kobiecie i udawał, że z zaciekawieniem słucha jej opowiastek o nieboszczykach, a tak naprawdę napalał się na nią i myślał, co zrobić, żeby ją w sobie rozkochać i przelecieć.

— Chcę już do domu. Proszę mnie odwieźć. Źle się czuję i muszę dokończyć obrządki. — Trowska otarła zapłakane oczy chusteczką.

— Proszę usiąść. Zaraz powinien się zjawić pan posterunkowy. Ja wiem, że pani cierpi. Naprawdę współczuję straty córki i męża, ale proszę o chwilkę cierpliwości.

— Nie mam zamiaru dłużej czekać. Moje zwierzęta są głodne i spragnione, a krowy czekają na udój.

Trowska poprawiła chustkę na głowie. Następnie wstała z ławki i ruszyła w kierunku ulicy Spadowej. Młody zerwał się z ławki i ruszył za nią.

— Proszę zaczekać. Odwiozę panią!

— A co z tym drugim milicjantem?

— Poradzi sobie. Na pewno ktoś z komendy odwiezie go na posterunek.

Tak naprawdę młody obawiał się, że będzie miał problemy, że nie poczekał na niego, ale żal mu było tej starszej pani. Do przystanku miała bardzo daleko, a i bał się, że może wpaść pod samochód. Nie był nawet pewny, czy o tej godzinie odjeżdża jeszcze jakiś autobus w kierunku Sołtmanów. Gdy wsiedli do radiowozu, kobieta przestała płakać i zaczęła opowiadać najpierw o mężu, a potem o córce.

— Mojego męża poznałam trzydzieści lat temu na targu w Giżycku. Stał przy stoisku z ubraniami i oglądał czapki z daszkiem. Potem zaczął przymierzać każdą po kolei. Akurat tamtędy przechodziłam. Wyglądał tak śmiesznie w jednej z tych czapek, że roześmiałam się na cały głos. On się zdenerwował, ale to tylko na chwilę. Potem zaczął śmiać się razem ze mną. Zaczęliśmy rozmawiać, a później zaprosił mnie na oranżadę do sklepu spożywczego. Ze sklepu poszliśmy nad jezioro i tak to wszystko się zaczęło. Po roku wzięliśmy ślub i zamieszkaliśmy w jego domu w Sołtmanach. Mój mąż nie chciał mieć dzieci. Ciągle był zajęty pracą. Powtarzał, że nie lubi dzieci, że to tylko kłopot, aż pewnego razu źle się poczułam i zemdlałam. Mąż mnie zawiózł do lekarza i wtedy dowiedziałam się, że będziemy mieli dziecko. Mąż wpadł w szał i nie odzywał się do mnie przez miesiąc, tak jakby to była tylko moja wina. Po miesiącu zaczął się odzywać, ale ciągle wymyślał mi jakieś zajęcia. Wiedziałam, o co mu chodziło, ale udało mi się donosić ciążę do końca. Poród miałam bardzo ciężki i doszło do niedotlenienia, stąd niepełnosprawność umysłowa Iwonki. Nie okazywał jej za bardzo miłości. Uważał, że to nie on jest jej ojcem i ciągle mi wytykał, że się z kimś puściłam. Czasem, jak miał dobry humor, to nawet bawił się z Iwonką. Często też opowiadał jej bajki, które wymyślał na poczekaniu. Myślę, że kochał ją na swój sposób, tylko jej tego nie okazywał. Nie chciał. Gdy Iwonka zaczęła dorastać, przestał mnie posądzać, że to nie jego córka. Żyło nam się w miarę dobrze we troje, aż do momentu, gdy Iwonka skończyła szesnaście lat. Wtedy zaczęła znikać z domu. Włóczyła się po lasach i łąkach. Zaczęła popalać papierosy i zaczepiać ludzi. Niech pan mi powie, kto mógł ją zabić i dlaczego to zrobił. Przecież to taka spokojna okolica.

— Nie mam pojęcia, ale na pewno się dowiemy i złapiemy zabójcę.

— Mam taką nadzieję. Co ja teraz bez nich pocznę? — wypowiedziawszy te słowa, Trowska rozpłakała się jak małe dziecko.

Młodemu zrobiło się przykro, widząc, jak kobieta zalewa się ponownie łzami. Było mu jej żal. Nie wiedział jak jej ma pomóc i jak ją pocieszyć. Nie miał żadnego pomysłu.

Posterunkowy Olszewski odwiózł do domu panią Trowską i wrócił pod szpital po posterunkowego Zadarkę. Postanowił wejść i sprawdzić, czy kolega tam jeszcze jest. Gdy szedł korytarzem, natknął się na niego.

— O, jesteś. Co, nie mogłeś się już mnie doczekać?

— Nie czekałem, odwiozłem do domu panią Trowską.

— I nie raczyłeś mnie nawet o tym powiadomić?! krzyknął oburzony Zadarko.

— Bo ona strasznie płakała i żal mi jej było.

— Masz szczęście, że zdążyłeś wrócić, ale następnym razem masz mnie poinformować.

W duchu pomyślał, że dobrze, że nie musiał iść na komendę i płaszczyć się przed pajacami.


Zadarko z Olszewskim wracali na posterunek. Byli zmęczeni po całym dniu. Rozmawiali z wieloma osobami w wiosce, ale nikt nic nie widział i nie słyszał No i jeszcze musieli się zająć panią Trowską. Gdy podjechali pod posterunek w Sołtmanach, lunął ulewny deszcz. Nie pamiętali, kiedy ostatni raz tak padało. Po chwili tafla wody spadła na samochód. Wyglądało im to na oberwanie chmury. Mieli wrażenie, że wraz z samochodem zostaną zaraz zmiażdżeni.

Młody posterunkowy zadarł głowę do góry. Ręką przejechał po tapicerce dachu w celu sprawdzenia czy jest cała i czy przypadkiem nie został uszkodzony dach.

Zadarko zaśmiał się pod nosem.

— Ale ty durny jesteś.

— No co? Tylko sprawdzam.

— Dobra, wysiadamy, bo nie ma czasu. Trzeba spisać notatkę.

— Pada jeszcze.

— A co, z cukru jesteś? — Zadarko ponownie się zaśmiał.


Krzesław po przebudzeniu czuł się nieswojo. Pomieszczenie, w którym się znajdował, wydawało mu się jakieś dziwne, ale i znajome. Gdy spojrzał na zegar wiszący na nieotynkowanej ścianie chlewu, zrozumiał, że jest u siebie. Przyglądał się wskazówkom zegara i nie był pewny, czy to szósta rano czy wieczorem. Po niedługiej chwili domyślił się, że jest wieczór, gdyż było bardzo duszno i gorąco.

Uwielbiał ten stary zegar. Dostał go kiedyś w spadku od matki i ojca. Czasami wpatrywał się w niego godzinami, wsłuchując się w jego tykanie. Gdy wyprowadzał się od Sabiny, nie chciała mu go oddać. Ale syn wstawił się za ojcem i matka musiała ustąpić. Krzesław nie wierzył, że przespał całą noc i prawie cały dzień. Nie wiedział, co spowodowało, że zapadł w tak długi sen. Postanowił wstać, ale gdy próbował się podnieść, opadł z powrotem na kozetkę. Wtulił głowę w poduszkę, nabrał powietrza w płuca i leżał tak jeszcze przez dłuższy czas. Nagle przed oczami pojawiła mu się Iwona. Nie bardzo wiedział, o co tu chodzi. Naprawdę tu z nim była czy tylko mu się wydawało?

Zerwał się z kozetki i stanął na środku swojego królestwa. Rozejrzał się dokoła, ale dziewczyny nigdzie nie było. Przez jego ciało przeszły dreszcze. Nie chciał upaść na betonową podłogę, więc na drżących nogach udał się w kierunku kozetki. Przez dłuższy czas wpatrywał się w swoją szlifierkę. Gdy tak się jej przyglądał, przypomniał sobie wczorajszy wieczór. Iwonę i to, co jej zrobił. Złapał się rękoma za głowę i rozpłakał się jak dziecko. Jego powykrzywiane palce nie nadążały osuszać oczu i twarzy z łez. Zaczął w głowie odtwarzać wszystkie wydarzenia wczorajszego wieczoru. Nie wierzył, że to zrobił, że ją zabił. A przecież tylko chciał popatrzeć na jej nogi.

Przypomniał sobie o pierścionku. Nie wiedział, co się z nim stało. Próbował sobie przypomnieć, ale nie potrafił. W myślach pragnął, żeby to była nieprawda, żeby to był tylko zły sen. Zastanawiał się, czy ciało kobiety dalej znajduje się na tej łące. Postanowił, że wyruszy zaraz na polanę i to sprawdzi, a przy okazji poszuka pierścionka. Był cały roztrzęsiony i nie czuł się najlepiej. Mimo że był słaby, miał nadzieję, że uda mu się tam dotrzeć.

Wstał ze swojej kozetki i podszedł do lustra stojącego na starym drewnianym krześle. Zaczął się w nim przeglądać i zauważył na twarzy zaschniętą krew. Na początku nie wiedział, skąd ona się tam wzięła, ale po krótkiej chwili sobie przypomniał. Następnie podszedł do metalowej miski znajdującej się na taborecie. Zanurzył w wodzie swoje stare i zmarszczone ręce. Obmył twarz i wytarł ją rękawem koszuli. Następnie podszedł do starego kredensu i wyjął chleb. Wprawdzie nie miał na niego ochoty, ale coś zjeść musiał. Na drewnianym stoliku, tuż przy kredensie, stał dzbanek z mlekiem. Wiedział, że mleko jest już kwaśne. Pomyślał, że uda się do Sabiny, żeby nalała mu świeżego, bo o tej godzinie krowy były już po wieczornym udoju. Po chwili jednak zrezygnował z tego pomysłu. I tak był bardzo zdenerwowany, a spotkanie z Sabiną pogorszyłoby jego samopoczucie. Na samą myśl o tym wrednym babsku aż ukłuło go w sercu. Szybko zjadł i wyszedł z chlewka. Po drodze zaszedł za potrzebą do drewniaka znajdującego się tuż za szopą, a następnie udał się na polną drogę i skierował się w stronę łąki. Nogi mu drżały, ale mimo tego szedł dalej. Chciał dotrzeć tam jak najszybciej. Ciągle miał nadzieję, że to nieprawda i że może to wszystko tylko mu się uroiło.

Rozdział 2

Mikołaj całą sobotę ciężko pracował w kuźni. Parę dni temu dostał specjalne zamówienie od znajomego. Nie mógł mu odmówić, bo wisiał mu przysługę. Mikołaj był dzisiaj zły na swoją żonę. Tak bardzo go zdenerwowała, że miał chęć stłuc ją na kwaśne jabłko. Nie mógł pojąć jak można być takim brudasem i leniem. Gdy był młodym chłopakiem, nie zwracał na nią uwagi, a nawet starał się jej unikać. Nie lubił jej, sam nie wiedział dlaczego. Przecież nie była brzydka, a wręcz przeciwnie. Pewnego wieczoru, gdy na zabawie w Wężówce zobaczył, jak tańczyła z jakimś typkiem, poczuł się zazdrosny i wtedy zrozumiał, że mu się podobała. Podszedł do niej i poprosił ją do tańca. To chyba wtedy się zakochał i tak to się wszystko zaczęło. Po dwóch miesiącach odbyło się wesele i razem zamieszkali w domku nad lasem w Sołtmanach. On był kowalem, a ona, zamiast zajmować się domem i ogrodem, ciągle przesiadywała u mamusi, która mieszkała w tej samej wiosce. Jej dom znajdował się dwa kilometry od nich, więc miała blisko. Z tego powodu często się kłócili i coraz bardziej się od siebie oddalali. Mikołaj miał już dość takiego życia. Nie tak to sobie wyobrażał. Nie tego pragnął. Myślał, że będzie z Marysią szczęśliwy i że będą mieli dzieci. Kochał ją, ale coraz częściej się zastanawiał, czy się z nią nie rozwieść i nie zacząć wszystkiego od nowa.

Zbliżał się wieczór, a Marysia całą sobotę się wylegiwała — jak nie na tapczaniku w pokoju, to w sadzie na kocu. Gdy Mikołaj upomniał się, że jest głodny, to powiedziała mu, żeby sobie sam coś zrobił, bo ona ma migrenę i źle się czuje. Mikołaj wiedział, że Marysia kłamie, ale nie chciał się z nią kłócić, więc zabrał się za przygotowywanie posiłku. W duchu pomyślał, że zamiast tej biednej Iwony mogła zginąć Marysia, a on znalazłby sobie wtedy inną żonę, która by o niego dbała. Z kredensu wyjął chleb oraz gliniak, w którym znajdowała się solona słonina. Pokroił ją w grubą kostkę, ukroił kromkę chleba i zabrał się za jedzenie. Gdy już się nasycił, popił śmietaną z metalowej kanki, która znajdowała się na stole, po czym wyszedł na podwórze i wszedł do kuźni.

Popatrzył na narzędzia, które wykonał dla znajomego. Był bardzo zadowolony ze swojej pracy, bo wykonał ją naprawdę starannie, a narzędzia wyglądały wręcz idealnie. Nie chciał wracać do domu, więc postanowił, że uda się na spacer do lasu. Bardzo rzadko robił sobie takie wycieczki, ale nie chciał spędzać wieczoru z żoną, więc wymyślił sobie, że poszwenda się po lesie, a późnym wieczorem spotka się ze znajomym i przekaże mu nowo zrobione narzędzia.

Mikołaj szedł przez łąkę sąsiada. Chciał popatrzeć na konie, które się tam pasły. Uwielbiał te zwierzęta, a szczególnie konia o imieniu Max. Często go głaskał, a on wtulał swój łeb pod jego pachę jak dziecko i tak tkwili w tej pozycji przez dłuższy czas. Czasami wydawało mu się, że bardziej kocha tego konia niż Marysię.

Mikołaj nie miał żadnej rodziny oprócz żony, bo matka z ojcem zapili się, gdy był malutki, a wujek, który go wychowywał, już dawno umarł. Gdy podrósł, wujek ciągle kazał mu pomagać w kuźni. Był dla niego bardzo surowy. Mikołaj był dorosły, kiedy wujek zmarł, więc przejął po nim kuźnię.

Konie były na drugim końcu pastwiska. Mikołaj miał nadzieję, że Max do niego przygalopuje, ale ogier był zajęty skubaniem trawy i chyba nie zauważył go z takiej odległości. Mikołaj zatrzymał się na chwilę, popatrzył na zwierzęta i ruszył w dalszą drogę. Gdy był już przy granicy łąki, dostrzegł na drodze sąsiada Krzesława. Postanowił, że go zawoła i przejdzie się z nim kawałek. Chciał spytać o jego samopoczucie i czy może słyszał już o morderstwie Iwony.

— Panie Krzesławie, proszę zaczekać!

Sąsiad się zatrzymał. Nie był pewny, czy ktoś go wołał, czy mu się tylko wydawało. Poznał go od razu i ucieszył się, że to Mikołaj, a nie ktoś inny.

— Dzień dobry — powiedział zasapanym głosem Mikołaj.

— Witam, Mikołaju. Gdzie tak pędzisz?

— Wybieram się do lasu na spacer. A pan?

— Też idę sobie pospacerować, bo cały dzień przesiedziałem w domu. Trzeba trochę pochodzić.

Mikołaj wiedział, że Krzesław nie ma prawdziwego domu, bo to wredne babsko dawno go wygoniło i że mieszka w chlewie. Żal mu go było, ale takie były posrane czasy, że nikt nie mógł mu pomóc. Gdyby to nawet ktoś zgłosił na milicję to oni i tak by uwierzyli Sabince. Pewnie nawymyślałaby głupot jeszcze na Krzesława i mógłby nawet trafić za kratki.

— Słyszał pan o Iwonie Trowskiej? Że została zabita na łące? Była u nas milicja i wypytywała, czy nie widzieliśmy z żoną kogoś podejrzanego w pobliżu.

— A nie, nie. Nic nie słyszałem.

Krzesław ledwo wydobył z siebie te słowa. Poczuł ucisk w gardle. Miał wrażenie, że zaraz się udusi. Nogi zaczęły mu drżeć. Bał się, że się przewróci. Teraz był już pewien, że naprawdę ją zabił.

— Proszę pana, co się stało? Dobrze się pan czuje?

— Tak, tak. Wszystko dobrze. Ale jak to? Iwonka, córka naszej sąsiadki zamordowana? Czy to na pewno o nią chodzi?

— Tak, o nią. U was nie było milicji? Ponoć we wszystkich domach byli.

— Może i byli, ale ja pewnie spałem, a żona nie chciała mnie budzić, bo i po co. Oni wiedzą, że ja i tak prawie nigdzie nie chodzę.

— Szkoda dzieciaka. Ponoć została uduszona i rozebrana do naga.

— Co ty mówisz? Ale po co szwendała się po lasach i zaczepiała ludzi?

— Może i racja. Na pewno nikt z naszych jej nie zabił. Mówiłem też milicji, że to musiał być ktoś przyjezdny i trafiło akurat na nią. Równie dobrze mogła to być jakaś inna dziewczyna, na przykład Stefania sąsiadów albo moja żona.

— Co ty wygadujesz? Twoja żona? Stefania?

— No tak. Wie pan co, ja zaraz będę skręcać. Chyba przejdę tą dróżką przy kukurydzy, będzie szybciej. Może pan się przejdzie ze mną? Będzie mi miło.

— Wiesz, Mikołaju, nie gniewaj się, ale ja przejdę się jeszcze kawałek i będę zawracał do domu. Coś się chmurzy i może lunąć deszcz. Zresztą, w tym wieku to sił już brakuje na takie wycieczki.

— Jak pan uważa.

Mikołaj pożegnał się, następnie wszedł na dróżkę i wolnym krokiem podążył w stronę lasu.

Krzesław stał jeszcze przez chwilę i przyglądał się oddalającej się w stronę lasu postaci młodego człowieka. Cieszył się, że już sobie poszedł. Będzie mógł usiąść na poboczu i odpocząć. Nie czuł się za dobrze po wiadomościach, które przekazał mu Mikołaj. Zaczął się obawiać, że milicja znalazła pierścionek i że trafi za kratki, gdzie spędzi resztę swojego życia. Siedząc wygodnie na miękkiej trawie, sięgnął do kieszeni i wyjął swoją fajkę. Następnie napełnił ją tabaką i przypalił. Gdy zaciągnął się dymem, przypomniała mu się Iwona, jak siedziała tuż obok niego, czekając na swoją kolej, żeby popalić. Zrobiło mu się bardzo słabo i smutno, że ją zabił. Po chwili zaczął płakać, tak bardzo, że nie mógł się opanować. Siedział tam jeszcze dłuższy czas, a gdy się trochę uspokoił, postanowił zmierzyć się z miejscem zbrodni. Wszedł na łąkę i skierował się w stronę miejsca, gdzie zabił Iwonę. Nogi mu drżały, ale podążał dalej. Chciał mieć to już za sobą. Widział z daleka, że milicji już tam nie ma, ale obawiał się, że mogą jeszcze się tam pojawić w celu ponownego przejrzenia terenu. Najbardziej obawiał się jednak kogoś z rodziny. Nie wiedział, czy będzie potrafił spojrzeć im w oczy. Miał nadzieję, że nikt się tam nie pojawi i swobodnie będzie mógł przejrzeć teren. Gdy dotarł na miejsce, był przerażony. Patrząc na to miejsce, wszystko sobie przypomniał. Każde jej słowo, każdy jej ruch, jak umierała, łapiąc się za szyję. Krzesław ponownie się rozpłakał. Rozgarniał swoimi garbatymi palcami trawę, polne kwiaty i piach. Zaglądał nawet pod kamienie. Bardzo długo i dokładnie przeszukiwał skrawek ziemi, ale jego starania były nadaremne, bo nie odnalazł pierścionka.


Mikołaj wszedł do kuchni. Zauważył Marysię siedzącą przy stole. Wiedział, że zaraz będzie wypytywać go o to, gdzie był. Przez te parę lat zdążył ją doskonale poznać.

— Gdzie ty byłeś tak długo? Martwiłam się, że przyjedzie ten twój znajomy po narzędzia i będę musiała z nim siedzieć do twojego powrotu.

— Ale nie przyjechał. Mam zegarek i chyba wiem, na którą się z nim umówiłem.

— Do diabła z tobą. Idę do matki.

Machnęła ręką i wstała od stołu.

— Chyba trochę za późno na wizyty. Lepiej zrób kolację. Zresztą, strach teraz samej chodzić.

— Ja nikogo i niczego się nie boję! A kolację sam sobie zrób! — krzyknęła na całe gardło i wstała z krzesła.

Udała się w kierunku drzwi wyjściowych. Nie miała zamiaru go słuchać i przygotowywać mu kolacji. Postanowiła udać się do matki, czy mu się to podobało, czy nie.


Sobotni wieczór


Justyna Melańska weszła do domu. O tej porze nie kursował już żaden autobus z Giżycka w stronę Sołtman, więc przyjechała taryfą. Usiadłszy na krześle w kuchni, ujrzała w drzwiach pokoju Anię.

— Mamo, co z Zosią? — zapytała matkę drżącym głosem.

— Chodź tu do mnie, kochanie.

Ania zbliżyła się niepewnym krokiem. Bała się słów matki. Myślała o najgorszym.

— Zosia czuje się dobrze, ale nic nie mówi. Lekarz powiedział, że to minie, tylko trzeba czasu.

W oczach Ani pojawiły się łzy. Nie wiedziała, co ma powiedzieć matce.

— Nie płacz, córeczko, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz, za jakiś czas Zosia o wszystkim zapomni i odzyska mowę. — Matka przytuliła córkę i też się rozpłakała. — Jutro z rana do niej pojedziemy. A teraz może coś zjemy?

— Dobrze, mamusiu. Nastawię wodę na herbatę.

— Tak, nastaw. Ja zrobię kanapki. Zjemy i pójdziemy obrządzić zwierzęta.

Niewiele ich miały, ale zawsze jakiś dochód z hodowli był. Trzymały jedną krowę, parę świń, trochę kaczek i kury oraz jednego barana i owcę. Po śmierci męża pani Justyna musiała sprzedać część zwierząt a część ziemi oddała w dzierżawę gospodarzowi z Sołtman. Jako samotna matka z małymi dziewczynkami nie potrafiła sobie poradzić w gospodarstwie, a pan Piotrowski, w zamian za bezpłatne korzystanie z jej ziemi, pomagał jej w pracach polowych.

Matka z Anią bardzo szybko uwinęły się z robotą. Postanowiły pójść wcześniej spać, gdyż z samego rana chciały udać się do Zosi.

Rozdział 3

Ranek, niedziela, 29 maja — Giżycko


Karolina Bodrewicz obudziła się pięć po szóstej. Dzisiejszej nocy nie mogła zasnąć. Do drugiej przewracała się z boku na bok. Ciągle miała przed oczami obraz zamordowanej Iwony. Nie mogła uwierzyć, że właśnie w tym samym miejscu, gdzie kiedyś spotykała się z Arkiem, popełniono tak okropną zbrodnię.

Karolina jeszcze przez chwilę się wylegiwała. Postanowiła wstać i wypić kawę. Gdy usiadła w fotelu z kubkiem gorącego czarnego napoju, zaczęła wspominać dawne lata, kiedy była młodziutką i zakochaną dziewczyną. Zastanawiała się, co Arek widział w Kryśce przez te wszystkie lata. Nie była ani ładna, ani zgrabna. Widział w niej chyba tylko jej tyłek, który potrafiła dobrze każdemu nastawić. Czasem zastanawiała się, jak faceci mogą zadawać się z takimi kobietami. Im to w ogóle nie przeszkadzało?

Karolina zakochała się w Arku, gdy miała piętnaście lat. Przyjechała do Sołtman do babci na wakacje. On też tam był. Spędzał lato u swojej ciotki. Spotkali się wtedy przypadkiem na tej łące i tak się w sobie zakochali. Po paru latach Arek zdradził ją z jej koleżanką, Kryśką, właśnie na tej łące. Karolina ich wtedy nakryła i do tej pory im nie wybaczyła. Kryśka gdzieś wyjechała i ślad po niej zaginął, a Arka nie widziała przez ponad dwadzieścia lat. Zresztą, nie interesowało jej, co się z nim dzieje. On też nie szukał z nią kontaktu.

Karolina była już dobrze po czterdziestce. Czasem rodzice jej dogadywali, że została starą panną przez swój głupi charakter i honor, ale ona miała gdzieś to ich gadanie. Cieszyła się, że nie mieszka z nimi i szurniętym braciszkiem. Że jest wolna, niezależna i nie musi słuchać ich gderania. Właśnie miała zamiar wyjść na balkon, żeby zapalić papierosa, gdy nagle usłyszała pukanie do drzwi.

— Trochę za wcześnie na wizytę — powiedziała sama do siebie i poszła sprawdzić, któż to się zjawił.

— Kto tam? — zapytała.

— To ja, prokurator Żorska.

Bodrewicz zdziwiła się, że prokuratorka stoi pod jej drzwiami w niedzielę, i na dodatek tak wcześnie.

— Już otwieram. — Karolina przekręciła klucz w drzwiach i lekko je uchyliła. — O co chodzi? Coś się stało?

— Może zaprosi mnie pani do środka? Nie będę rozmawiała z panią na korytarzu przez uchylone drzwi — odpowiedziała oburzona.

— Proszę wejść. Zapraszam. — Karolinę ogarnęła złość, ale próbowała tego nie okazywać. Nie chciała z nią zadzierać. Doskonale wiedziała, że prokuratorka ma parszywy charakterek i potrafi być mściwa.

Weszły do kuchni. Prokuratorka poczuła ulatniający się zapach kawy. Nie lubiła tej woni, więc postanowiła szybko powiedzieć, co ma do powiedzenia, i jak najszybciej opuścić mieszkanie.

— Proszę usiąść. Może zrobię kawę? — zaproponowała Karolina.

— Nie, dziękuję, postoję. Kawy nie znoszę — burknęła prokuratorka. — Sekcja zwłok niczego szczególnego nie wykazała. Śmierć nastąpiła przez uduszenie piachem. Żadnych śladów zadrapań. Ofiara nie była zgwałcona. Nic nie mamy. Musi pani jeszcze raz pojechać ze mną na miejsce zbrodni. Może coś przeoczyliśmy. Mają do nas dołączyć Młyński i Skulski. Olszewski i Zadarko będą kontynuować obserwację i rozmowy z mieszkańcami Sołtman, a pozostali sprawdzą inne wioski.

— To nie mogła pani prokurator zadzwonić i mi o tym powiedzieć?

— Nie, nie mogłam. Proszę się ubrać, a ja czekam w samochodzie!

Prokuratorka zdenerwowała się na techniczkę. Spojrzała na nią spod byka i udała się w kierunku wyjścia.

— Nie dość, że jest niedziela, to przylazła tak wcześnie i wydaje rozkazy. Wstrętne babsko — wyszeptała sama do siebie.

Techniczka powoli zaczęła się ubierać. Nie miała zamiaru się spieszyć. Miała gdzieś ją i jej gadanie.


Niedziela, 29 maja, Sołtmany


Było już dobrze po szóstej rano, kiedy do teściowej jak oszalały wpadł Mikołaj.

— Jest tu Marysia? — zapytał teściowej, widząc ją na podwórzu z wiadrami w rękach.

— Nie. Nie było i nie ma, a co się stało? — odpowiedziała zdziwiona.

— Jak to nie ma? A gdzie jest?

— A skąd mam wiedzieć? Boże, co się stało? Mów mi tu szybko.

— Wczoraj wieczorem mówiła, że idzie do was. Mówiłem jej, że jest późno, ale ona nie posłuchała.

— Trzeba to zgłosić na milicję! — Po tych słowach kobieta rzuciła wiadra na ziemię.

Część śruty z wnętrza wiadra się rozsypała. Po chwili dopadły do niej kury z kogutem na czele i momentalnie wszystko pożarły.

— Byłem pewny, że jest tutaj. Wczoraj byłem bardzo zmęczony, bo cały dzień pracowałem w kuźni, a potem poszedłem na spacer do lasu. Chciałem trochę odpocząć i się ukoić. Gdy wróciłem wieczorem do domu, Marysia poszła do was. Potem przyjechał znajomy po narzędzia. Zjadłem i poszedłem spać. Jak obudziłem się o piątej, jej nie było. Pomyślałem, że wyszła za potrzebą, ale ona długo nie wracała. Wstałem i zacząłem jej szukać. Nie znalazłem jej, więc przybiegłem tutaj.

— Nie ma na co czekać. Biegnij na posterunek. O Boże, moja córeczka, gdzie ona jest?

Kobieta straszliwie się rozpłakała. W duchu pomyślała o zamordowanej Iwonie.

— Proszę się uspokoić. Wszystko będzie dobrze. Może chodźmy do domu? — zapytał teściową Mikołaj, widząc ją w tym stanie.

— Dobrze. Chodźmy, bo mi słabo. Chyba zaraz zemdleję. Zaprowadź mnie od razu do pokoju, muszę się położyć.

Mikołaj wziął ją pod rękę. Pomógł teściowej się wygodnie położyć, a następnie zapytał:

— Może przyniosę kubek wody?

— Tak, tak. Przynieś i jedź na posterunek.

Pelagia Kaczor leżała na tapczaniku i ciężko oddychała. Tak bardzo się bała, że córkę mogło spotkać coś złego. Znowu pomyślała o Iwonie. Z nerwów zaczęła się cała trząść. Nie potrafiła opanować tego stanu. Postanowiła usiąść i napić się wody. Upiła parę łyków. Po chwili poczuła się trochę lepiej.

Zastanawiała się, co mogło się stać, że Marysia wczoraj do niej nie dotarła. Pocieszała się w duchu, że na pewno pokłóciła się z Mikołajem. Może chciała mu zrobić na złość i poszła przenocować do koleżanki, Stefani. Z chęcią by wstała i poszła do ich domu zobaczyć, czy córka tam jest, ale bardzo źle się czuła. Bała się, że po drodze zasłabnie. Postanowiła zaczekać na powrót zięcia i jego tam wysłać, ale z drugiej strony wiedziała, że sam się domyśli i pojedzie tam razem z milicją.

Przypomniało jej się, jak urodziła Marysię. Gdy zobaczyła ją tuż po porodzie, wydała się jej taka piękna. W tym dniu, kiedy wzięła ją na ręce, była najszczęśliwszą matką na świecie. Żałowała tylko, że Bogdan nie zdążył zobaczyć córki. Zginął w wypadku samochodowym miesiąc przed narodzinami Marysi. Wracał z pracy samochodem i tuż przed samym domem wyskoczył mu łoś. Samochód uderzył w drzewo i stanął w płomieniach. Bogdan nie miał szans i spalił się żywcem.

Gdy Marysia była już dużą dziewczynką, wiecznie upiększała to miejsce kwiatami i przesiadywała tam godzinami, rozmawiając z ojcem. Z czasem postawiła tam własnoręcznie wykonany drewniany krzyż i drewniany płotek. Pamiętała, jak córka siedziała całymi popołudniami, pracując z drewnem w dłoniach. Pelagia nawet proponowała jej pomoc, ale ona nie chciała. Uważała, że sama sobie poradzi. Na samo wspomnienie o mężu i córce, Pelagii zrobiło się strasznie smutno i ponownie się rozpłakała, tak bardzo, że nie nadążała wycierać nosa i łez.


Młyński ze Skulskim czekali na prokuratorkę i techniczkę tuż przy łące. Skulski przyjechał dziś swoim samochodem. Nie chciał wsiadać do auta Młyńskiego i wąchać jego przepoconego ciała. Wykręcił się tym, że boli go brzuch i w razie czego musi mieć swój samochód do dyspozycji. Młyński mu uwierzył i nie naciskał.

— Gdzie one tak długo są? — westchnął ciężko Młyński, wycierając swoje spocone czoło chusteczką.

Skulski spojrzał na niego współczującym wzrokiem i odsunął się od niego o dwa kroki. „Biedny chłop. Poci się jak wieprz, zaraz będzie śmierdział jak skunks. Kiedy on w końcu schudnie i zacznie się myć?” — pomyślał Skulski.

Po chwili podjechało auto prokuratorki. Kobiety wyszły z samochodu i przywitały się z nimi. Gdy dotarli na miejsce zbrodni, zaczęli je przeszukiwać. Żorska zauważyła coś, co ją zaniepokoiło.

— Podejdźcie tutaj. — Prokuratorka przyglądała się wzniesieniu ziemi, które tam się znajdowało. — Zobaczcie, to wygląda jakby ktoś tu grzebał.

Techniczka kucnęła przy miejscu wskazanym przez prokuratorkę.

— E tam, wieczorem przecież padało. Nikogo tutaj nie było. To wina deszczu. Po prostu woda rozmyła ziemię i tyle.

— Może i racja, ale wydaje mi się to podejrzane. Może zabójca tu wrócił i czegoś szukał?

— Na przykład czego? — zapytała techniczka.

— Nie wiem. Może łańcuszka, zegarka czy czegoś innego.

— Może i tak.

Techniczka poprawiła swoją koszulkę. Czuła, że zadarła jej się do góry i widać jej plecy. Nie chciała, żeby Młyński ze Skulskim się gapili i napalali się na nią.

— Mogliśmy zostawić patrol.

Skulski oblizał usta na widok nagich pleców Bodrewicz.

— To czemu tego nie zrobiliście? — powiedziała prokurator Żorska zdenerwowanym głosem.

— Nie mieliśmy ludzi, a pani prokurator przecież kazała wysłać…

— Zamknij się, Skulski. To ty nie wiesz, co masz robić? Nie potrafisz zarządzać swoimi ludźmi? Co to jest, do cholery, ciemnogród? — Doskonale wiedziała, że też dała dupy, ale chciała się wybielić i zwalić wszystko na Skulskiego. — Masz ściągnąć patrol i niech warują mi tu dzień i noc. Zrozumiałeś?

— Tak, pani prokurator, zrozumiałem — odpowiedział cichym głosem.

— To dobrze. Zbierajmy się, nic tu po nas.

Gdy schodzili z łąki, zauważyli zbliżający się radiowóz. Skulski domyślił się, że to posterunkowy Zadarko z młodym. Pomyślał sobie, że chłopcy wpadli na jakiś trop i przyjechali się pochwalić. Zadarko przyjechał jednak w innej sprawie. Chciał ich poinformować o zaginięciu Marysi, żony Mikołaja.

Mikołaj pierwszy wysiadł z radiowozu, a zaraz za nim Zadarko. Mężczyzna ruszył biegiem w stronę łąki. Nie chciał czekać. Zadarko za nim nie nadążał. Wcale mu się nie dziwił. Był pobudzony i zdenerwowany zaginięciem żony. Gdyby sam był w takiej sytuacji, to kto wie, czy nie zachowywałby się w taki sam sposób, a może i jeszcze gorzej.


Wczorajszy wieczór, około dwudziestej


Marysia szła polną drogą w kierunku domu matki. Zastanawiała się, czy nie pomieszkać z nią parę dni. Doskonale wiedziała, że matka czuła się samotna od momentu jej wyprowadzki, dlatego codziennie do niej przybiegała i przesiadywała tam godzinami. Wiedziała, że Mikołaj się złości, ale matka była dla niej ważniejsza.

Gdy zbliżała się do brzozowego lasu, zauważyła, że naprzeciwko niej podąża sąsiad Krzesław. Nie lubiła go za bardzo. Wiedziała, że jest starym dziwakiem mieszkającym w chlewie, a jego żona wcale nie była mądrzejsza od niego. Była starą i wredną babą, której po śmierci syna całkowicie odbiło. Pamiętała, jak matka opowiadała jej wiele lat temu o jego śmierci. Adam miał dwadzieścia lat, gdy to się stało. W ten sierpniowy dzień popił dobrze z kolegą i zasnął na polu w zbożu. Akurat jego ojciec kosił kombajnem zboże i go nie zauważył. Kawałki jego ciała zebrano i złożono do trumny.

Krzesław nie poniósł żadnej kary za śmierć syna. Uznano to za nieszczęśliwy wypadek przy pracy. Jego żona nigdy mu nie wybaczyła i obiecała mu, że kiedyś zemści się na nim i zapłaci jej za zabicie im dziecka.

Krzesław był coraz bliżej. Marysia chciała uniknąć spotkania z nim. Pomyślała, że skręci do lasu znajdującego się tuż przy drodze, ale zrezygnowała z tego pomysłu. Nie chciała dać po sobie poznać, że się starego dziada boi. Szła więc pewnym krokiem. Gdy był już przy niej, nagle lunął deszcz. Nie miała wyjścia. Musiała skryć się w lesie. Schroniła się pod jedną z brzóz, a Krzesław do niej dołączył. Trochę czuła się zaniepokojona jego obecnością, ale tego nie okazywała.

— Dzień dobry, Marysiu — bąknął do niej.

— Witam pana.

— Ale się rozpadało. Dobrze, że deszcz złapał nas w tym miejscu. Przynajmniej mamy fajne schronienie, a tak to przemoklibyśmy do suchej nitki.

— Oj, tak. Może zaraz przestanie padać.

— A gdzie się wybierasz, moja dziecinko?

— Idę do matki. — Marysię trochę przerażały jego pytania.

— Do matki, powiadasz. Bardzo dawno już jej nie widziałem, co u niej?

— Wszystko dobrze. Jak pan ma ją widywać, skoro sam nigdzie nie wychodzi?

— Wychodzę, wychodzę, ale rzadko i przeważnie tylko do sklepu.

— Ostatnio widziałam tam pana chyba z pół roku temu.

— A, tak, pamiętam. Miałaś wtedy chyba dłuższe włosy.

— Tak. Podcięłam je trochę, bo trudno było je już rozczesywać. — Marysię zdziwił dobry wzrok i pamięć Krzesława.

Mężczyzna spojrzał na nią swoim starczym spojrzeniem. Spodobała mu się. Coś w niego wstąpiło. Zapragnął widoku jej ciała. Stał i się jej przyglądał. Oczami wyobraźni widział jej nagie piersi. Wyobrażał sobie, jak je dotyka. Przeszły go dreszcze. Swój wzrok skierował na pień drzewa. Przyglądał się młodej korze, chciał odepchnąć od siebie złe myśli, ale jednocześnie postanowił przybliżyć do kobiety, przez co zaczepił nogą o kamień. Nie czekając długo, schylił się, podniósł go i uderzył nim Marysię w głowę. Kobieta padła na miękki mech. Nachylił się nad nią. Chciał sprawdzić, czy żyje.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 25.2
drukowana A5
za 56.51