E-book
47.23
drukowana A5
81.35
Ghost Wallet

Bezpłatny fragment - Ghost Wallet

Zemsta przychodzi na zimno


Objętość:
385 str.
ISBN:
978-83-8440-145-3
E-book
za 47.23
drukowana A5
za 81.35

PROLOG

DUCHY I DIAMENTY

Magazyn stał na peryferiach Culiacán, w strefie przemysłowej, którą miasto porzuciło dekadę wcześniej, kiedy fabryki tekstylne przeniosły się do Azji, a lokalni przedsiębiorcy zbankrutowali albo uciekli przed kartelem, który kontrolował wszystko od portów po ulice. Beton popękany jak skóra starca, dach z blachy falistej zardzewiałej do koloru krwi, ściany pokryte graffiti — sygnaturami gangów, które dawno przestały istnieć, zamalowanymi przez gangi, które przejęły ich terytoria i potem same zniknęły w spirali przemocy. Wokół budynku rosły chwasty metr wysokości, karłowarite palmy z uschniętymi liśćmi i pojedyncze kaktusy, które jakoś przetrwały mimo braku wody i uwagi, odporne jak jedyne żywe stworzenia w tym miejscu.

O tej porze roku — kwiecień, koniec pory suchej, tuż przed sezonem huraganów — powietrze było gęste, gorące nawet o świcie, przesiąknięte zapachem spalin z autostrady dwa kilometry dalej, zapachem gnijących śmieci z nielegalnego wysypiska za magazynem i czymś jeszcze, słodkawym, metalicznym, co mogło być rdzą, ale nie było, bo rdza nie pachnie jak stare krwawienia wsiąknięte w beton przez lata.

W środku nie było okien, co czyniło to miejsce idealnym do pracy, której nikt nie powinien widzieć. Tylko jedno stalowe drzwi z zawiasami, które skrzypiały jak zwierzę w agonii za każdym razem, gdy się otwierały, głos metalu wołający o olej, którego nikt nigdy nie przyniósł. Podłoga betonowa, nierówna, pokryta plamami oleju silnikowego i innych substancji, których nikt nigdy nie próbował zidentyfikować, bo w takich miejscach nikt nie zadaje pytań o plamy. Pod ścianą stały stosy drewnianych palet, połamanych, bezużytecznych, pewnie pozostałości po ostatniej firmie, która próbowała tu prowadzić legalny biznes zanim zrozumiała, że w Culiacán nie ma czegoś takiego jak „legalny biznes”, jeśli kartel zdecyduje inaczej. W rogu — beczka po chemikaliach z napisem w języku, którego Sophie nie rozumiała, choć studiowała trzy języki na uniwersytecie w Warszawie i zawsze była dobra w językach, ale chińskie ideogramy były poza jej zasięgiem.

Światło pochodziło z dwóch reflektorów LED na statywach, profesjonalnych, takich jakich używają ekipy filmowe albo fotografowie komercyjni, ustawionych tak, by oświetlały centrum pomieszczenia, tam gdzie Sophie była przywiązana do metalowego krzesła spawanego z grubej stali, solidnego, niemożliwego do przewrócenia. Ostry, zimny blask jak w sali operacyjnej, ale bez sterylności, bez nadziei na przeżycie, tylko surowa funkcjonalność miejsca, gdzie precyzja ma znaczenie.

Czterech mężczyzn nosiło maski balaklany z kolorowymi nadrukami czaszek w stylu Día de los Muertos, groteskowe, jak z karnawału dla dzieci, połączenie tradycji i terroru, symbol, który kartel używał od lat, żeby zostawiać podpis bez zostawiania twarzy. Pierwszy — najwyższy, około metra dziewięćdziesięciu, ramiona jak u boksera wagi ciężkiej, tatuaże sięgające aż do nadgarstków — miał maskę z pomarańczową czaszką i fioletowymi kwiatami wokół oczodołów, dzieło sztuki ludowej przekształcone w narzędzie strachu. Jego głos był niski, spokojny, niemal uprzejmy, kiedy zadawał pytania po hiszpańsku z akcentem zdradzającym pochodzenie z północnego Sinaloa, gdzie kartel miał swoje korzenie. Drugi, niższy i szerszy, z brzuchem piwoszerza ale ramionami silacza, nosił maskę zieloną z czerwonymi płomieniami wokół oczu. Nie mówił wiele, może wcale, tylko wykonywał swoją część pracy z cichą efektywnością rzemieślnika. To on trzymał narzędzia nóż myśliwski z szerokim ostrzem, szczypce chirurgiczne skradzione z jakiegoś szpitala, coś co wyglądało jak skalpel ale pokryty był rdzą albo czymś gorszym, czego Sophie nie chciała identyfikować.

Trzeci i czwarty stali z tyłu, przy drzwiach, jakby ich rola była bardziej obserwacyjna niż operacyjna. Jeden palił papierosa za papierosem, dym unosił się w stożku światła jak duchy uwięzione w powietrzu, znikające w ciemności sufitu, który był tak wysoki, że nie było go widać w mroku. Drugi po prostu obserwował, nieruchomy jak posąg, z rękami skrzyżowanymi na piersi, oddychający tak płytko, że można było zapomnieć, że żyje, gdyby nie sporadyczne mrugnięcia oczu widoczne przez otwory w masce.

Sophie Voss, dwadzieścia dziewięć lat, analityk blockchain z Warszawy, która przyjechała do Meksyku trzy dni wcześniej bo ktoś obiecał jej informacje o Ghost Wallet, ktoś kto używał pseudonimu El Cifrador i twierdził, że zna lokalizację pierwszego klucza, wisiała na krzesle z nadgarstkami przywiązanymi plastikowymi opaskami zaciskowymi do metalowych poręczy, tak ciasno, że krążenie w dłoniach było prawie odcięte, palce sine, zimne mimo gorąca w pomieszczeniu. Jej stopy były przywiązane do nóg krzesła tym samym typem opasek, profesjonalnych, używanych przez policję albo wojsko, niemożliwych do zerwania bez narzędzi. Ubranie — bluzka lniana, jasnoniebieski kolor, który kupiła w Zabrze tydzień przed wylotem, spodnie bawełniane beżowe — było podarte, przesiąknięte krwią i potem, zmienione z czegoś zwyczajnego w coś, co nigdy nie będzie mogło być znowu czyste.

Pytania były zawsze te same, powtarzane w kółko przez pierwszą godzinę, potem przez drugą, trzecią, czwartą, monotonny rytm przesłuchania, które nie miało na celu uzyskania prawdy, tylko potwierdzenia tego, co już wiedzieli albo czego podejrzewali.

¿Dónde está la llave? Gdzie jest klucz?

¿Quién tiene el segundo fragmento? Kto ma drugi fragment?

¿Cómo abrir Ghost Wallet? Jak otworzyć Ghost Wallet?

Sophie odpowiadała szczerze, desperacko, przez pierwsze trzy godziny, głos łamiący się od krzyku i bólu: nie wiem, przysięgam, nie wiem, tylko widziałam adres portfela, dostałam wiadomość przez Signal, przyleciałam tu spotkać się z kimś, nie znam nazwiska, tylko pseudonim El Cifrador, miał mi pokazać coś, obiecał mi procent, nie wiedziałam że to pułapka.

Ale oni nie wierzyli, albo wierzyli ale to nie miało znaczenia, bo instrukcje, które dostali od kogoś wyżej w hierarchii kartelu, były jasne: wyciągnąć wszystko co wie, zrobić zdjęcia tatuażu, zniszczyć klucz, zabić świadka.

Bili ją pięściami najpierw w twarz, łamiąc nos, potem w żebra, metodycznie, dwa z lewej strony pękły po dziesięciu minutach, poczuła jak coś ustępuje w środku, potem wszędzie gdzie ciało mogło przyjąć uderzenie bez natychmiastowej śmierci, bo śmierć miała przyjść później, na końcu, nie teraz. Jeden z nich złamał jej lewy mały palec u ręki, powoli, metodycznie, słuchając jak kość trzeszczy z cichym, mokrym dźwiękiem, jakby ktoś łamał gałązkę pod wodą. Potem kolejny palec, serdeczny, potem środkowy, każdy z nich z taką samą precyzją. Kiedy krzyczała, jeden z mężczyzn w zielonej masce wsunął jej do ust kawałek materiału — brudny, cuchnący benzyną i czymś jeszcze, czymś organicznym i zgniłym — i przykleił taśmą klejącą wokół głowy, żeby nie była głośna, żeby sąsiedzi, jeśli w ogóle jacyś byli w tym opuszczonym sektorze, nie słyszeli.

Gdzieś między czwartą a piątą godziną, kiedy Sophie już nie odpowiadała słowami, tylko wydawała z siebie stłumione, zwierzęce skomlenie, jeden z nich pomarańczowa czaszka wyjął nóż myśliwski z pochwy przy pasie. Nie mówił nic, nie było monologu, nie było wyjaśnienia, tylko ruch precyzyjny i zawodowy. Podszedł od tyłu, chwycił ją za włosy, odchylił głowę do tyłu i przeciął bluzkę wzdłuż pleców jednym, długim, płynnym ruchem, jakby robił to setki razy wcześniej, a pewnie robił.

Materiał opadł, odsłaniając skórę.

I tam, między łopatkami, rozciągał się tatuaż.

Nie był duży — może dwadzieścia na piętnaście centymetrów, rozmiar kartki A5 — ale był skomplikowany w sposób, który nie pasował do żadnego stylu, jaki Sophie widziała w katalogach. Czarne linie, geometria niemożliwa, kąty, które tworzyły wzór przypominający jednocześnie kod QR i starożytną mandalę, szyfr wpleciony w sztukę. Nie tribal, nie ozdoba, nie coś co robi się dla estetyki. To była informacja, zaszyfrowana w skórze, niewidoczna dla kogoś, kto nie wiedział, czego szuka, ale dla odpowiedniej osoby — dla kogoś kto rozumiał blockchain, kryptografię, adresację portfeli — to było warte miliony, może miliardy.

Dla kartelu było warte dokładnie 1.223 miliarda dolarów, jeśli legenda była prawdziwa.

Mężczyzna w pomarańczowej masce skinął na jednego z obserwatorów przy drzwiach. Tamten podszedł, trzymając w rękach profesjonalny aparat Nikon D850, z obiektywem makro 105mm, sprzęt warty kilkanaście tysięcy dolarów, skradziony albo kupiony za pieniądze z narkotyków. Ustawił statyw, wyregulował światło, przesunął reflektory tak, by eliminować cienie, stwarzając idealne warunki do fotografii dokumentacyjnej. Flash zewnętrzny, dyfuzor, światło miękkie ale mocne.

Zrobił pierwsze zdjęcie z odległości metra. Sprawdził ostrość na ekranie, skinął głową. Potem drugie, bliżej, skupione na górnej części tatuażu. Trzecie na dolnej. Czwarte z lewej strony, piąte z prawej, upewniając się, że każda linia, każdy kąt, każdy piksel szyfru został uchwycony w maksymalnej rozdzielczości. Robił zdjęcia przez pięć minut, może dłużej, zmieniając kąty, ekspozycję, balans bieli, jakby to była sesja dla magazynu mody, nie dokumentacja morderstwa.

Kiedy skończył, podłączył aparat do laptopa małego, czarnego Thinkpada stojącego na jednej z palet, przeglądnął pliki, powiększył kilka, sprawdził każdy szczegół. Skinął głową z zadowoleniem, coś mruknął po hiszpańsku do mężczyzny w pomarańczowej masce.

Perfecto. Tenemos todo. Perfekcyjnie. Mamy wszystko.

Ale to nie był koniec.

Bo instrukcje, które dostali od kogoś wyżej w hierarchii, były bardzo jasne: tatuaż musi być zniszczony przed śmiercią. Nie mogli zostawić ciała z nienaruszonymi plecami, dostępnymi dla policji, dla rywalizujących karteli, dla kogokolwiek kto mógłby znaleźć, sfotografować, użyć. Klucz musiał zostać zamazany, wymazany, unicestwiony fizycznie, żeby kartel był jedynym posiadaczem tej informacji.

Zielona czaszka przyniósł coś ze stosu przy ścianie metalowy pręt, może metr długości, gruby jak kij bejsbolowy, koniec nieregularny, poszarpany, jakby oderwany od większej konstrukcji, pokryty rdzą i czymś ciemniejszym. Ważył może dwa, trzy kilogramy, wystarczająco ciężki, by zrobić to, co miał zrobić.

Sophie poczuła, że znowu krzyczy, instynkt głośniejszy niż rozum, ale przez materiał w ustach wychodziło tylko stłumione, zwierzęce skomlenie, dźwięk, który nie był już ludzki, tylko czystą biologią reagującą na zbliżające się zniszczenie.

Uderzyli ją w plecy prętem, raz, uderzenie spadło z pełną siłą na górną część tatuażu, między łopatkami, skóra pękła natychmiast, krew trysnęła, ciepła i lepka, spływając po kręgosłupie. Drugi raz w środek tatuażu, linie zaczęły się rozmazywać, czarny atrament mieszał się z czerwienią ran, geometria znikała pod krwawiącą masą. Trzeci raz, czwarty, piąty, uderzenia spadały rytmicznie, mechanicznie, bez emocji, tylko praca do wykonania, funkcja do wypełnienia.

Bili przez minutę, może dwie, trudno było powiedzieć, czas rozciągał się i kurczył w tym miejscu jak coś niestabilnego.

Kiedy przestali, plecy Sophie były jedną wielką, krwawą masą ran nakładających się na siebie, skóra podarta, mięśnie odsłonięte w niektórych miejscach, tatuaż całkowicie nieczytelny, zamieniony w abstrakcję bólu.


Gdzieś w tym wszystkim, między zniszczeniem tatuażu a końcowym strzałem, było coś jeszcze, coś, o czym później policja nie wspomni w raporcie, bo pewnych rzeczy nie zapisuje się w oficjalnych dokumentach, żeby nie komplikować śledztwa, żeby nie wzbudzać niewygodnych pytań od międzynarodowych organizacji praw człowieka.

Jeden z mężczyzn przy drzwiach ten, który palił papierosy podszedł, kiedy Sophie już nie krzyczała, kiedy jej głowa zwisała do przodu, kiedy oddychała płytko, charczała, dźwięk mokry i nieprzyjemny, jak ktoś tonący powoli w sobie samym. Rozpiął pasek z metalową klamrą, spodnie opadły, buty ciężkie, taktyczne, zostawił na stopach.

To, co zrobił, trwało może pięć minut, może krócej, czas zatracił znaczenie w tym miejscu. Nie był brutalny, nie w sensie fizycznym raczej obojętny, mechaniczny, jakby to była tylko kolejna część procedury, coś co robił tysiąc razy wcześniej w innych magazynach, z innymi ofiarami, rutyna bez emocji, bez przyjemności, tylko funkcja, którą ktoś uznał za konieczną część upokorzenia przed śmiercią.

Kiedy skończył, zapiął pasek, poprawił maskę, wrócił do drzwi, zapalił kolejnego papierosa, wydmuchując dym w ciemność sufitu.

Sophie nie reagowała. Może straciła przytomność, może jej umysł uciekł w miejsce, gdzie ból nie docierał, jakieś wewnętrzne sanktuarium zbudowane przez mózg jako ostatni mechanizm obronny przed szaleństwem.


O 5:47 rano mężczyzna w pomarańczowej masce spojrzał na zegarek, gruby Casio G-Shock na lewym nadgarstku, kiwnął głową do reszty.

Ya es suficiente. Wystarczy.

Podszedł od przodu, wyciągnął pistolet Glock 19, czarny, bez numeru seryjnego, wypiłowanego tydzień wcześniej w warsztacie kartelu, broń nieśledzalna, nieistniejąca w żadnej bazie danych.

Przyłożył lufę do tyłu głowy Sophie, zimny metal dotknął skóry tuż nad kręgiem szyjnym, miejsce gdzie pień mózgu łączy się z rdzeniem, punkt, który gwarantuje natychmiastową śmierć.

Nie powiedział nic, nie było przemowy, nie było wyjaśnienia, nie było prośby o przebaczenie, tylko cisza i decyzja.

Nacisnął spust.

Strzał był głośniejszy niż wszystko, co działo się wcześniej, metaliczny huk odbił się od betonowych ścian, zawisł w powietrzu jak ostateczne słowo wypowiedziane przez wszechświat. Kula dziewiętnaście milimetrów przeszła przez pień mózgu, rozerwała tkankę, wyszła przez czoło, rozbryzgując fragmenty czaszki i krwi na betonową podłogę przed krzesłem, plama ciemna, rozlewająca się powoli jak ciecz szukająca najniższego poziomu.

Sophie Voss umarła natychmiast, bez ostatniego oddechu, bez ostatniej myśli, po prostu przestała istnieć jako osoba, jako świadomość, jako cokolwiek więcej niż martwa tkanka przywiązana do krzesła.

Ciało opadło, o ile mogło opaść przywiązane, głowa zwisła do przodu, z rany na plecach wciąż sączyła się krew, ale już wolniej, bez presji serca, które przestało bić sekundę wcześniej.


Zabrali laptopa z fotografiami, aparat, narzędzia, maski złożyli starannie w czarny plecak taktyczny. Jeden z nich oblał podłogę benzyną ze starej beczki, rozlał wokół krzesła, ale nie podpalił instrukcje mówiły wyraźnie, żeby ciało zostało znalezione, ostrzeżenie dla innych, którzy myślą o szukaniu Ghost Wallet, którzy myślą, że mogą grać w tę grę bez zgody kartelu.

Wyszli przez stalowe drzwi, które skrzypnęły po raz ostatni tej nocy, dźwięk rozlegający się w ciszy przedświtu. Furgonetka Toyota HiAce, biała, brudna, nieoznakowana, zaparkowana za magazynem, odjeżdżała bez świateł, cicho, znikając w mlecznym świetle wschodzącego słońca nad Sierra Madre Occidental.

Zostało tylko ciało.

I milczenie.

I fotografie zapisane na dysku twardym, które już podróżowały w eter przez szyfrowane połączenie VPN do serwera gdzieś w Panamie, gdzie ktoś ważniejszy, ktoś kogo nazwiska Sophie nigdy nie poznała, czekał na potwierdzenie, że pierwszy klucz jest w ich posiadaniu.


II.

Kawiarnia nazywała się Latający Holender, choć nikt nie pamiętał dlaczego, może dlatego że właściciel miał obsesję na punkcie legend morskich, może dlatego że samo Gdańsk było miastem duchów, nawiedzonym przez historię, która nigdy do końca nie odpuściła. Stała przy ul. Długie Ogrody, trzy minuty spacerem od Motławy, w zabytkowej kamienicy z XVIII wieku, która przetrwała wojnę cudem albo przekleństwem, zależnie kogo zapytasz, bo budynki które przeżywają bombardowania mają w sobie coś niesamowitego albo złowieszczego.

Wnętrze było ciemne nawet w słoneczne dni, co było celowym wyborem właściciela, który wierzył że kawa smakuje lepiej w mroku. Wysokie okna z małymi szybkami przepuszczały światło, ale drewniane belki pod sufitem ciemnobrązowe, ręcznie rzeźbione, może oryginalne z XVIII wieku albo dobra replika, ciemne meble z litego dębu i ściany malowane kolorem bordowym, prawie burgundowym, tłumiły jasność, tworzyły atmosferę przytulną dla jednych, klaustrofobiczną dla innych, zależnie od tego czy ktoś przyszedł tu uciec od świata czy znaleźć w nim miejsce.

Pachniało kawą świeżo mieloną, mocno paloną, brazylijską robustą, którą właściciel importował bezpośrednio od plantacji w Minas Gerais i chlubił się tym na drewnianej tablicy nad barem, wypisując pochodzenie każdego ziarna jak sommelier wina. Pachniało też ciastami drożdżowymi pieczionymi na miejscu, cynamonem z szarlotki stygającej na blacie, i czymś jeszcze wilgocią z piwnicy, która nigdy do końca nie wyschła mimo prób właściciela, który walczył z nią od dziesięciu lat bez sukcesu, jakby sam budynek odmówił bycia suchym.

Było puste, jak większość dni o tej porze. Maj, godzina jedenasta rano, środek tygodnia, środek pandemicznego oddechu między lockdownami. Turystów jeszcze niewiele, tylko ci najodważniejsi, którzy zdecydowali się podróżować mimo ostrzeżeń WHO, studenci na wykładach online w mieszkaniach, które wynajmowali za połowę ceny sprzed pandemii, lokalni pracują w domach albo wcale, ekonomia zamrożona jak Ghost Wallet, nieruchoma, czekająca na odblokowanie, które może nigdy nie przyjdzie. Tylko kelnerka dziewczyna może dwadzieścia trzy lata, z tatuażem węża na przedramieniu, realistycznym, jakby gad rzeczywiście oplatał jej skórę, z zielonymi łuskami i żółtymi oczami wycierała blat przy barze ścierką, która widziała lepsze dni, nucąc pod nosem coś co brzmiało jak Sanah, Invisible Dress, smutna piosenka o znikaniu, która była ironicznie odpowiednia dla czasów, w których ludzie znikali z ulic, z życia, z pamięci.

Scarlett Voss siedziała przy stoliku w rogu, tam gdzie światło z okna było najsłabsze, najbezpieczniejsze, gdzie mogła patrzeć na drzwi wejściowe i widzieć każdego kto wchodzi, stary nawyk z czasów gdy pracowała jako freelancer dla ludzi, którzy nie lubili niespodzianek. Przed nią filiżanka espresso doppio, biała porcelana z czarnym wnętrzem, kawa niedopita, czarna bez cukru, obok gazeta Gazeta Wyborcza, wydanie krajowe, data: 17 maja 2021, już trochę pożółkła na rogach, jakby leżała tu dłużej niż jeden dzień.

Nagłówek na stronie czwartej, mały artykuł w prawym dolnym rogu, łatwy do przeoczenia między reklamą kredytów a artykułem o polityce lokalnej:

„POLKA ZAMORDOWANA W MEKSYKU — CIAŁO ZIDENTYFIKOWANE”

Scarlett czytała po raz siódmy, ale litery wciąż nie chciały ułożyć się w coś, co mogłaby zaakceptować, jakby jej mózg odmówił przetworzenia informacji, która była zbyt brutalna, zbyt ostateczna, zbyt nieodwracalna.

Za oknem niebo było błękitne, czyste, bez jednej chmury, jeden z tych rzadkich dni w Gdańsku gdy morze nie przysyła deszczu, tylko światło. Maj hojny, ciepły, pierwszy prawdziwy miesiąc wiosny po zimie, która ciągnęła się do marca. Turyści przechodzili ulicą nieliczni, ale uparci, w kolorowych kurtkach Gore-Tex, z plecakami Deuter i aparatami Nikon wiszącymi na szyjach, śmiejąc się, robiąc sobie zdjęcia przed zabytkami, przed Motławą, przed rzeźbami, które przetrwały wojnę. Życie normalne, kontynuowane, obojętne na śmierć jednej kobiety dwa tysiące kilometrów dalej.

Ale Scarlett patrzyła tylko na tekst, na te trzy zdania, które redaktor uznał za wystarczające do podsumowania życia i śmierci jej siostry.

„Władze lokalne w Culiacán, stan Sinaloa, potwierdziły tożsamość 29-letniej Sophie Voss, obywatelki Polski, znalezionej martwej 12 kwietnia w rowie irygacyjnym na peryferiach miasta. Przyczyna śmierci: rana postrzałowa głowy. Motywy nieznane. Rodzina powiadomiona. Śledztwo w toku.”

Motywy nieznane, jakby Sophie zginęła przypadkiem, jakby to był tylko statystyczny wypadek w kraju, gdzie statystycznie wypadki zdarzają się codziennie.

Ale Scarlett wiedziała lepiej, wiedziała od pierwszej sekundy gdy policja zadzwoniła, gdy głos urzędnika po drugiej stronie linii powiedział przykro mi w tonie, który sugerował że wcale mu nie jest przykro, tylko wykonuje rutynową procedurę, jedną z wielu tego dnia.

Sophie nie pojechała do Meksyku na wakacje, nie była turystką w złym miejscu o złej porze, nie była ofiarą napadu rabunkowego.

Sophie uciekała. Albo kogoś szukała. Albo coś ukrywała.

I ktoś ją za to zabił.


III.

Kiedy historia będzie pisana a pewnego dnia będzie, w podręcznikach ekonomii albo w filmach dokumentalnych albo w ostrzeżeniach dla przyszłych pokoleń, które spojrzą wstecz na tę dekadę z przerażeniem albo fascynacją nazwą ją na różne sposoby, zależnie od tego po której stronie ktoś stał, ile zarobił, ile stracił, ile istnień zostało zmienionych albo zniszczonych przez rewolucję, która obiecywała wolność ale przyniosła tylko nowy rodzaj chaosu.

„Największy transfer bogactwa w historii ludzkości.”

Albo:

„Największa piramida finansowa w dziejach światowych finansów.”

Prawda, jak zawsze, leżała gdzieś pomiędzy, w miejscu gdzie fakty spotykają się z narracją, gdzie liczby zamieniają się w ludzkie tragedie albo triumfy.


Kryptowaluty nie były wynalazkiem nowym, choć media często przedstawiały je tak, jakby pojawiły się znikąd w 2020 roku. Bitcoin istniał od 2009, stworzony przez Satoshi Nakamoto kogokolwiek kryje się pod tym pseudonimem, może jedna osoba, może grupa, może wywiad któregoś rządu, nikt nigdy nie odkrył prawdy mimo dziesiątek śledztw dziennikarskich i paranoicznych teorii na Reddicie. Ethereum od 2015, dzieło Vitalika Buterina, rosyjsko-kanadyjskiego programisty, który wyglądał jak nastolatek ale myślał jak ktoś znacznie starszy. Ale coś fundamentalnego zmieniło się w 2018 roku, jakiś niewidzialny próg został przekroczony, jakiś społeczny punkt krytyczny osiągnięty.

Rynek przestał być domeną geeków, hackerów, libertarian szukających ucieczki od państwowego nadzoru, dark web dealerów sprzedających narkotyki za Bitcoiny, ludzi którzy rozumieli, co znaczy „blockchain” i „proof of work” i „decentralizacja”.

Stał się polem bitwy dla mas zwykłych ludzi, którzy nie rozumieli technologii ale rozumieli jedną prostą rzecz: inni zarabiają, więc ja też mogę.

Retail traders weszli na scenę. Ludzie z oszczędnościami na koncie bankowym liczącymi kilka, kilkanaście tysięcy, zmęczeni inflacją zjadającą ich pensjezaoszczędności szybciej niż mogli zarabiać, niskimi stopami procentowymi oznaczającymi że lokaty bankowe dawały pół procenta rocznie podczas gdy życie drożało o trzy procent, pracą od ósmej do czwartej za grosze, której nienawidzili ale nie widzieli alternatywy.

Crypto było alternatywą. Przynajmniej tak im mówiono.

Influencerzy na YouTube z kanałami o nazwach CryptoMillionaire, MoonShot Hunter, Diamond Hands Gang publikowali filmy gdzie krzyczeli do kamery o tym, jak zarobili sto tysięcy dolarów w miesiąc, pokazywali screenshoty portfeli, lamborhini wynajęte na weekend, życie o którym ich widzowie mogli tylko marzyć. I widzowie wierzyli, bo chcieli wierzyć, bo alternatywą było zaakceptowanie, że będą pracować czterdzieści lat żeby spłacić kredyt hipoteczny na mieszkanie, które nigdy nie będzie naprawdę ich.

I wtedy wieloryby whales, inwestorzy z dziesiątkami, setkami milionów dolarów, fundusze hedgingowe, które zarządzały miliardami, kartele które prały pieniądze z narkotyków przez krypto bo było łatwiejsze niż tradycyjne banki poczuły krew w wodzie.

I zaczął się żer.


2018: BNB Binance Coin, token giełdy Binance, największej na świecie kosztował średnio $6 za sztukę. Większość ludzi w Polsce, w Europie, w Ameryce słyszała o Bitcoinie, ale nie rozumiała, co znaczy „zdecentralizowany”, myślała że to jakaś wersja PayPala dla przestępców. ICO boom Initial Coin Offerings, gdzie każdy mógł stworzyć własny token i zbierać pieniądze od inwestorów bez żadnej regulacji właśnie się kończył, zostawiając za sobą tysiące martwych projektów i straconych milionów.

2019: Pierwszy prawdziwy bull run po krachu 2018. BNB wzrósł do $39 w czerwcu, szczyt przed korekcją. Kto kupił w styczniu 2018 za $6 i sprzedał w czerwcu 2019 za $39, zarobił 550 procent w półtora roku. $100 zamieniło się w $650. Nie miliony, nie lamborghini, ale wystarczająco żeby uwierzyć że to nie przypadek, że to da się powtórzyć, że crypto to przyszłość.

2020: COVID-19 zamknął świat w domach, miliony ludzi straciło pracę, rządy drukowały pieniądze triliony dolarów, euro, funtów, żeby ratować ekonomie, które umierały w lockdownach. Ludzie siedzący w mieszkaniach, tracący pracę, szukający czegokolwiek co da im kontrolę nad własnym życiem, znaleźli krypto. DeFi Decentralized Finance eksplodował, ofiarując yield farming, liquidity pools, sposoby zarabiania które brzmiały jak alchemia. PancakeSwap, Uniswap, SushiSwap platformy gdzie człowiek z laptopem mógł zarabiać 300 procent APY rocznie „stakując” coiny o nazwach, których nawet nie rozumiał. To było szaleństwo, to była desperacja, to była nadzieja.

2021: Apokalipsa czy niebo zależnie kogo zapytasz, zależnie ile zarabiłeś albo straciłeś.

SafeMoon został uruchomiony w marcu za cenę $0.000001 za token, projekt stworzony przez anonimowy team, który obiecywał „community-driven tokenomics”, „deflationary model”, „to the moon together”, hasła które brzmiały jak rewolucja ale były tylko marketingiem. W kwietniu osiągnął szczyt: $0.000014. 1400 procent wzrostu w miesiąc. $100 zamieniło się w $1,400. $1,000 w $14,000. Ludzie sprzedawali samochody, pożyczali od rodzin, wkładali oszczędności całego życia, emerytalnych funduszów, pieniędzy przeznaczonych na edukację dzieci.

Potem przyszedł maj i wszystko upadło. SafeMoon spadł 80 procent w tydzień, potem kolejne 50 procent, potem dalej, spirala śmierci. Założyciele wypłacili liquidity pool, miliony dolarów zniknęły na prywatne portfele, exit scam, rug pull, jak zwał tak zwał, rezultat był ten sam: tysiące ludzi straciło wszystko.

SpaceVikings token oznaczony symbolem SVT, uruchomiony w czerwcu 2021 przez społeczność nordyckich traderów, którzy wierzyli w „community-driven growth”, „diamond hands philosophy”, „Viking spirit in crypto”, romantyczne wizje o wojownikach blockchain podbijających nowe światy, został listowany na CoinMarketCap w lipcu, co dla wielu było potwierdzeniem że projekt jest „legalny”, choć listing na CMC nic nie znaczył poza tym że ktoś wypełnił formularz. Przez sierpień projekt przechodził rebranding, zmieniano logo, whitepaper, obietnice stawały się coraz większe, coraz bardziej absurdalne. Listopad przyniósł cud: Elon Musk, najbogatszy człowiek na świecie, CEO Tesli i SpaceX, tweetnął coś o Vikingach i kosmosie, nie wspominając bezpośrednio SVT, ale społeczność uznała to za „znak”, za „ukrytą wskazówkę”, za „Elon nas wspiera”. Token eksplodował wzrósł o 400 procent w dwa dni, ludzie kupowali w panice, bojąc się przegapić okazję życia. Potem, gdy euforia osiągnęła szczyt, założyciel projektu sprzedał wszystkie swoje tokeny, wypłacił pieniądze, zostawił wiadomość na Telegramie: „I’m out, good luck everyone”, i odszedł do innego projektu, którego nazwa i cel pozostały nieznane.


Dev team próbował kontynuować, nakręcać hype, organizować AMAs (Ask Me Anything sessions) na Discordzie gdzie obiecywali że „projekt żyje”, że „community jest silne”, że „foundation jest solidny mimo odejścia założyciela”, ale każdy kto miał choć trochę doświadczenia wiedział że to były puste słowa, ostatnie tchnienie umierającego organizmu. Od listopada 2021 token wygasał powoli, cena spadała dzień po dniu, volume transakcji kurczył się do zera, społeczność rozpadała się, ludzie sprzedawali ze stratą albo po prostu przestawali sprawdzać portfele, żeby nie patrzeć na to jak ich pieniądze zamieniają się w cyfrowy pył. Do stycznia 2022 SpaceVikings był martwy, token wart ułamek centa, projekt wymieniony tylko w archiwach CoinMarketCap jako ostrzeżenie dla przyszłych pokoleń że nie każdy „community-driven project” jest wart zaufania.

Ale ci, którzy kupili BNB w 2018 za $6 i trzymali, ignorując panikę, ignorując FOMO, ignorując każdy impuls żeby sprzedać i kupić następny „moonshot”? W listopadzie 2021, szczyt bull runu, BNB osiągnął $690 za token. Jeśli miałeś $100 w 2018, teraz miałeś $11,500. Jeśli miałeś $1,000, miałeś $115,000. Wystarczająco żeby zmienić życie, spłacić długi, kupić mieszkanie, uciec z pracy, którą nienawidziłeś.

Ale większość ludzi nie trzymała, większość sprzedawała w panice podczas crashy albo kupowała SafeMoon, SVT, setki innych tokenów, które obiecywały szybsze zyski, łatwiejszą drogę do bogactwa, i traciła wszystko.

2022: Luna. TerraUSD. Algoritmiczny stablecoin, który miał być przyszłością zdecentralizowanych finansów, projekt wyceniany na $40 miliardów, wspierany przez miliarderów, venture capital funds, influencerów którzy krzyczeli że „Luna to bezpieczna przystań”, że „algorytm jest niezawodny”, że „to nie może upaść”. Do Kwon, twórca, koreańsko-amerykański przedsiębiorca, który nosił drogie garnitury i tweetnął z arogancją graniczącą z manią wielkości, zapewniał wszystkich że system jest „antykruchny”, że „FUD (Fear, Uncertainty, Doubt) jest dla słabych”.

W maju 2022 system implodował w 72 godziny, największy krah w historii kryptowalut, algorytm który miał być niezawodny okazał się spiralą śmierci uruchomioną przez jeden duży sell-off, który wywołał kolejny, który wywołał kolejny, aż cały ekosystem zawalił się jak domek z kart. $40 miliardów wyparowało, zniknęło, przestało istnieć. Ludzie tracili domy, oszczędności życia, emerytury, wszystko. Samobójstwa w Korei Południowej, gdzie Luna była szczególnie popularna, gdzie miliony zwykłych ludzi uwierzyło w obietnice Do Kwona, który po katastrofie uciekł, ukrywał się przez rok zanim został aresztowany w Czarnogórze, extradowany, oskarżony o oszustwo, manipulację rynkiem, zniszczenie życia setek tysięcy ludzi.

2023: FTX. Sam Bankman-Fried, zwany SBF, młody geniusz MIT, założyciel Alameda Research i giełdy FTX, druga największa giełda kryptowalutowa na świecie po Binance, wyceniana na $32 miliardy, ulubieniec mediów, przyjaciel polityków, filantrop obiecujący że zarobi miliardy żeby oddać je na cele charytatywne, człowiek który nosił szorty i t-shirty na spotkaniach z prezydentami, upadł w cztery dni w listopadzie 2023. Okazało się że używał pieniędzy klientów depozytów, środków które miały być bezpieczne, „cold storage”, niemożliwe do tknięcia do spekulacji na rynku przez Alameda Research, swój prywatny fundusz hedgingowy, hazardował, tracił, kradł więcej żeby pokryć straty, klasyczna piramida finansowa ukryta pod fasadą innowacyjnej technologii. Kiedy ktoś zapytał o proof of reserves, kiedy ktoś zażądał audytu, wszystko się posypało. $8 miliardów zniknęło, klienci nie mogli wypłacić swoich pieniędzy, giełda zbankrutowała, SBF aresztowany, oskarżony o oszustwo, pranie pieniędzy, naruszenie praw wyborczych bo wpłacał miliony nielegalnie na kampanie polityczne. Skazany w 2024 na 25 lat więzienia. Media nazwały to „crypto Lehman Brothers”, porównanie do bankructwa które wywołało kryzys finansowy 2008, i nie było to przesadzone.

2024: Rok regulacji, rok gdy rządy zdecydowały że wystarczy chaosu, że czas wprowadzić porządek albo przynajmniej pozory porządku. SEC (Securities and Exchange Commission) w USA zaczęła zaciskać pętlę, oskarżając giełdy o naruszanie prawa papierów wartościowych, zmuszając je do rejestracji, compliance, audytów. Giełdy upadały albo cenzurowały, delistowały tokeny które były „zbyt ryzykowne”, zamykały usługi dla obywateli USA, przenosiły się do jurysdykcji offshore Kajmany, Bahamy, Wyspy Marshalla gdzie regulacje były łagodniejsze albo nie istniały. Europa wprowadzała MiCA (Markets in Crypto-Assets Regulation), próbując stworzyć jednolite ramy prawne, ale proces był powolny, biurokratyczny, nieefektywny. Chiny całkowicie zakazały kryptowalut, już nie po raz pierwszy ale tym razem z egzekwowaniem mining farms zamykane, serwery konfiskowane, ludzie aresztowani. Ale wieloryby? Ci z prawdziwymi pieniędzmi, z połączeniami, z doradcami prawnymi którzy wiedzieli jak obejść każdą regulację? Wciąż tam były, cichsze, mądrzejsze, bardziej bezlitosne, operujące przez layery offshore companies, proxy wallets, mixer services które sprawiały że śledzenie pieniędzy było praktycznie niemożliwe.

Grudzień 2025: BNB kosztuje $700, stabilny mimo wszystkich crashy, wszystkich regulacji, wszystkich skandali, bo Binance przetrwało gdy inni upadli, adaptowało się, przekupiło odpowiednich ludzi, zatrudniło odpowiednich prawników. Bitcoin przekroczył $105,000, nowy all-time high, napędzany przez instytucjonalne inwestycje, ETF-y (Exchange-Traded Funds) zatwierdzone przez SEC, akceptację mainstreamową o której marzono od lat. Ethereum $4,800, drugi po Bitcoinie, fundament ekosystemu DeFi, NFT, wszystkiego co budowano na blockchain. Są ludzie, którzy zarobili miliony setki milionów, którzy kupili Bitcoin w 2013 za $100 i trzymali przez każdy crash, każdą panikę, każdy nagłówek krzyczący że „crypto is dead”. Są ludzie, którzy stracili wszystko setki tysięcy, miliony zwykłych ludzi, którzy uwierzyli w obietnice, kupili na szczytach, sprzedali na dnach, zostali z długami, z pustymi portfelami, z traumą która sprawi że nigdy więcej nie zaufają żadnej „rewolucji finansowej”.

I gdzieś w ciemnych zakamarkach blockchain, w miejscach gdzie nawet najbardziej zaawansowane block explorery nie docierają, gdzie transakcje są ukryte w mixerach, proxy wallets, zero-knowledge proofs, krąży legenda o której wszyscy słyszeli ale nikt nie wie czy jest prawdziwa.


IV.

Ghost Wallet.

Nikt nie wie, kto go stworzył czy to była jedna osoba, kolektyw hakerów, wywiad któregoś państwa eksperymentujący z blockchain surveillance, czy fundusz hedgingowy który źle obliczył i stracił dostęp do własnych pieniędzy.

Nikt nie wie, kiedy powstał niektórzy twierdzą że 2017, podczas pierwszego ICO boomu, inni że 2019, jeszcze inni że wcześniej, może 2015, może nawet 2013, w czasach gdy Bitcoin był niszową ciekawostką dla cypherpunków.

Ale wszyscy wiedzą, przynajmniej ci którzy poruszają się w odpowiednich kręgach, że istnieje.

1.223 miliarda dolarów.

Zamrożone w adresie portfela, którego balans można sprawdzić na block explorerze każdy może to zrobić, wpisać adres, zobaczyć liczby ale nikt nie może ich ruszyć. Klucz prywatny zgubiony, rozdzielony, ukryty w sposób którego nikt nie rozumie, system zabezpieczeń tak zaawansowany że nawet twórcy może stracili kontrolę, może celowo zaprojektowali tak żeby nikt nie mógł otworzyć chyba że spełni warunki, których nikt nie zna.

Według jednej legendy krążącej na dark web forach, w szyfrowanych chatach na Telegramie to były pieniądze z dark web marketplace AlphaBay albo Silk Road 3.0, rynku gdzie sprzedawano narkotyki, broń, fałszywe dokumenty, skradzione dane, wszystko czego nie można kupić legalnie, marketplace którego założyciel administrator używający pseudonimu Alpha02 albo Dread Pirate Roberts III zginął w wypadku samochodowym w 2019 w Bangkoku albo został zamordowany przez rywalizującą organizację, w zależności od wersji, nie zdążywszy nikomu przekazać backupu klucza, seed phrase, czegokolwiek co pozwoliłoby odzyskać dostęp.

Według innej legendy powtarzanej przez teoretyków blockchain security to był eksperyment w ultra-bezpiecznej decentralizacji, inteligentny kontrakt zaprojektowany przez matematyków, kryptografów, ludzi którzy wierzyli że można stworzyć system tak bezpieczny że nawet twórcy nie będą mieli do niego dostępu chyba że spełnią warunki określone w kodzie. Wallet wymaga trzech kluczy jednocześnie klucz kryptograficzny, klucz temporalny (timing), klucz biometryczny albo coś jeszcze bardziej ezoterycznego ale klucze są rozproszone po całym świecie, w rękach ludzi którzy nawet nie wiedzą co posiadają, którzy dostali fragmenty jako część jakiegoś większego planu, którego nigdy nie zrozumieli.

Według trzeciej legendy najbardziej paranoicznej, powtarzanej przez ludzi którzy widzą spiski wszędzie to pułapka. Honey pot. Coś zaprojektowane przez NSA, CIA, Mossad, pick your favourite intelligence agency żeby przynęcić najbardziej utalentowanych hakerów, najbardziej desperackich przestępców, najbardziej niebezpiecznych ludzi na świecie którzy spróbują otworzyć portfel i zostaną zidentyfikowani, śledzeni, aresztowani albo zabici, w zależności od tego jak bardzo komuś zależy żeby wiedzieć kto próbuje.

Ale dla kogoś, kto stracił wszystko, kto nie ma już nic do stracenia, kto widzi Ghost Wallet nie jako legendę tylko jako ostatnią szansę na życie które nie jest ucieczką, pracą do śmierci, egzystencją w cieniu gigantów którzy kontrolują wszystko…

Ghost Wallet to nie jest mit.

To jest cel.


V.

Warszawa, Mokotów

Grudzień 2025

Czwartek, 23:47

Scarlett Voss siedziała przed trzema monitorami w swoim mieszkaniu dwupokojowym na czwartym piętrze bloku z wielkiej płyty, jednego z setek identycznych budynków które powstawały w latach siedemdziesiątych jako obietnica socjalistycznej utopii, a teraz były po prostu tłem miasta, szarym, anonimowym, idealnym do życia dla kogoś kto nie chce być zauważony. Za oknem śnieg padał leniwie, pierwszy tej zimy, białe płatki wirujące w świetle latarni ulicznej, pokrywając parking i bloki cienką warstwą, która do rana zamieni się w szarą breję mieszaną z solą i spalinami, ale teraz, o północy, wyglądała niemal pięknie, czysta, nietknięta.

Mieszkanie było małe, funkcjonalne, pozbawione dekoracji które mogłyby je uczynić osobistym przestrzeń robocza, nie dom. Pokój dzienny zamiast sofy miał biurko z trzema monitorami Dell 27 cali każdy, laptop Lenovo ThinkPad, router z anteną wzmacniającą signal, UPS (zasilacz awaryjny) na wypadek blackoutu. Ściany białe, puste, bez plakatów, bez zdjęć, tylko jeden kalendarz z Biedronki który wisiał tam odkąd Scarlett wprowadziła się rok temu i którego nigdy nie zmieniała, bo po co. Kuchnia otwarta, połączona z pokojem, blat czysty, lodówka prawie pusta tylko jogurty, woda mineralna, puszki Red Bulla stojące w rzędzie jak żołnierze. Sypialnia za zamkniętymi drzwiami, łóżko pojedyncze, szafa z ubraniami czarny, szary, granatowy, nic kolorowego, nic co przyciągałoby uwagę. Łazienka mała, prysznic zamiast wanny, lustro przed którym Scarlett coraz rzadziej patrzyła na swoją twarz, bo po co, skoro i tak już nie rozpoznawała osoby, którą tam widziała.

Na ekranie po lewej terminal Kali Linux, dystrybucja systemu operacyjnego zaprojektowanego dla pentesterów, hakerów, ludzi którzy łamią zabezpieczenia dla zarobku albo z przekonania. Skan portów serwera meksykańskiej policji w Culiacán przeprowadzony miesiąc temu, SQL injection attack który zajął cztery godziny ale zakończył się sukcesem, pliki ściągnięte, backup zrobiony na trzy oddzielne dyski twarde, jeden ukryty w ścianie, jeden w sejfie bankowym, jeden wysłany pocztą do skrytki w Berlinie którą wynajęła pod fałszywym nazwiskiem.

Na środkowym ekranie zdjęcie, otwarte w GIMP (GNU Image Manipulation Program), powiększone do maksimum, piksele widoczne jak mozaika.

Sophie. Martwa. Twarz blada jak wosk, oczy zamknięte, krew zaschła wokół rany na czole, ciemna, prawie czarna. Zdjęcie z miejsca zbrodni, archiwum policyjne, skradzione razem z dziesiątkami innych plików dokumentacja, raporty, zeznania świadków których nie było, bo nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, tak jak zawsze w Culiacán gdzie kartel był niewidzialnym władcą.

I drugie zdjęcie, obok, otwarte w osobnym oknie.

Plecy Sophie.

W pierwszym pliku tym, który policja oficjalnie zaraportowała plecy były zniszczone. Krwawa masa, cięcia, rany nakładające się na siebie, skóra podarta, tatuaż całkowicie nieczytelny, zamazany w abstrakcję bólu i przemocy. Ktokolwiek to zrobił, chciał żeby klucz był nieodwracalnie zniszczony.

Ale miesiąc temu, kiedy Scarlett włamała się na serwer i przeszukiwała pliki, znalazła folder ukryty, chroniony słabym hasłem „CuliacanPD2021” jakby ktoś uznał że to wystarczy, jakby niedoszacowali determinacji kogoś kto szuka zemsty. W folderze były inne pliki, te które nigdy nie trafiły do oficjalnego raportu. W tym jedno zdjęcie zrobione przed zniszczeniem.

Tatuaż w pełnej rozdzielczości, profesjonalne oświetlenie, ostre detale, każda linia widoczna.

Scarlett powiększyła obraz, studiując każdy element. Linie, kąty, geometria niemożliwa, wzór który wyglądał jak fusion kodu QR, mandali, starożytnego szyfru. Szyfr blockchain address, zaszyfrowany w Base58, zahashowany algorytmem którego Scarlett nie rozumiała całkowicie jeszcze ale wiedziała wystarczająco żeby rozpoznać fragment czegoś większego.

Fragment Ghost Wallet.

Bo ostatnia wiadomość Sophie, ta wysłana trzy dni przed śmiercią, nie mówiła tylko o „kimś” i „czymś”.

Scarlett otworzyła telefon leżący obok klawiatury, iPhone 12 z pękniętym ekranem którego nigdy nie naprawiła, bo pęknięcie przypominało jej że nic nie jest trwałe, że wszystko można zniszczyć. Przesunęła do Messengera, do ostatniej konwersacji z Sophie, do wiadomości, którą przeczytała setki razy ale wciąż wracała, jakby szukając czegoś co przeoczyła, jakiegoś ukrytego znaczenia.

Sophie: Scarlett, muszę ci coś powiedzieć. Ale nie przez telefon. Jak wrócę, spotkamy się. To ważne.

Scarlett: Wszystko ok? Brzmisz dziwnie.

Sophie: Jestem ok. Tylko… poznałam kogoś. I on pokazał mi coś, czego nie powinnam wiedzieć. Ale może to nasza szansa.

Scarlett: Szansa na co?

Sophie: Na wszystko. Ghost Wallet. To nie jest legenda, Scarlett. To jest prawda. I ja mam pierwszy klucz.

Ostatnia wiadomość. 21:34, 9 kwietnia 2021.

Sophie zginęła trzy dni później, torturowana, zgwałcona, zastrzelona, wyrzucona jak śmieć.

Ale tatuaż przetrwał przynajmniej na fotografii, którą kartel zrobił zanim go zniszczył, fotografii która jakoś wyciekła albo została skopiowana przez kogoś w meksykańskiej policji, kto sprzedał ją albo schował, i ostatecznie trafiła do serwera, który Scarlett zhackowała.


Scarlett odchyliła się na krześle biurowym, starym, skrzypiącym, kupionym na OLX za sto złotych, patrząc w sufit pokryty plamami wilgoci, które tworzyły abstrakcyjne kształty, mapy krajów które nie istnieją. Nie płakała. Skończyła płakać w czerwcu, tydzień po pogrzebie, po ceremonii w Warszawie gdzie zjawili się może dwadzieścia osób rodzice nieżyjący, więc nie, ale krewni, znajomi, ludzie z pracy Sophie, którzy mówili uprzejme rzeczy o tym jaka była wspaniała, jaka utalentowana, jak szkoda, jakby ich słowa mogły cokolwiek zmienić. Scarlett stała w czerni, suchooką, zimna, i nie czuła nic poza decyzją, która krystalizowała się w niej jak lód, ostro, nieodwołalnie.

Znajdę, kto cię zabił. Znajdę Ghost Wallet.

I użyję go do tego, żeby zniszczyć każdego, kto miał cokolwiek wspólnego z twoją śmiercią.

Bo jeśli miliard dolarów istnieje, jeśli jest zamrożony w portfelu wymagającym trzech kluczy, jeśli jeden klucz leży w tatuażu Sophie, który Scarlett ma teraz jako fotografię cyfrową, zaszyfrowaną, schowaną, bezpieczną… To Scarlett ma pierwszy fragment. Teraz musi znaleźć pozostałe dwa. I ludzi, którzy je posiadają. Nawet jeśli to ją zabije. Nawet jeśli będzie musiała stać się kimś, kim nie chce być. Nawet jeśli zemsta pochłonie ją całkowicie i nie zostanie nic z Scarlett Voss, która kiedyś była analitykiem finansowym, miała normalne życie, normalną przyszłość. Bo Sophie nie miała przyszłości. I ktoś za to zapłaci.


Za oknem śnieg padał ciężej, pokrywając miasto ciszą, która była jednocześnie spokojem i zapowiedzią burzy.

Scarlett zamknęła zdjęcie Sophie, otworzyła terminal, zaczęła pisać kod, linie Python skryptu, który będzie skanować blockchain w poszukiwaniu wzorców, anomalii, śladów które mogą prowadzić do drugiego klucza.

To zajmie tygodnie. Może miesiące.

Ale ma czas.

I ma cel.

A gdy ma cel, nic innego nie ma znaczenia.


PRZEPISUJĘ ROZDZIAŁ 1 — literacki styl, hook w tytule!

ROZDZIAŁ 1
UMYSŁ BLOCKCHAIN

Bergen, Norwegia

Styczeń 2021

Śnieg padał jak zawsze w styczniu w Bergen — cichy, uporczywy, bezosobowy, jakby niebo zapomniało jak przestać płakać i po prostu kontynuowało z nawyku, z inercji, z rezygnacji. Carnivean Blackdream stał przy oknie swojego mieszkania na trzecim piętrze budynku przy Sandviken, patrząc na puste ulice dzielnicy Bergenhus, gdzie światła portowe migotały w oddali jak małe, samotne gwiazdy uwięzione w mgle, jedyne co się jeszcze poruszało w tym zamarzniętym mieście. Reszta Norwegii siedziała w domach, zamknięta na trzecią albo czwartą kwarantannę — przestał liczyć, bo liczenie nie miało już sensu, czas stracił strukturę, dni zlewały się w jeden długi, szary ciąg powtórzeń, w którym jedyną zmianą było pogorszenie sytuacji finansowej i narastające poczucie że życie, które znał, nigdy nie wróci do normy.

Dwadzieścia osiem lat, były pracownik platformy naftowej Ekofisk, teraz bezrobotny trader amator w jednopokojowej kawalerce kosztującej dziewięć tysięcy koron miesięcznie, połowę tego co zarabiał przed zwolnieniem. Za oknem świat był zamrożony, nie tylko przez pandemię COVID-19, która opróżniała ulice i zabijała tysiące dziennie globalnie, ale przez coś głębszego, jakiś ekonomiczny lockdown którego nikt nie ogłosił oficjalnie ale wszyscy czuli. Ropa naftowa, przemysł który żywił Norwegię przez pół wieku, umierał powoli, zastępowany przez zieloną energię, panele słoneczne, farmy wiatrowe, rzeczy które brzmiały pięknie w telewizji ale dla faceta z trzema latami na platformie wiertniczej znaczyły tylko jedno: jesteś niepotrzebny, jesteś reliktem, jesteś problemem do rozwiązania przez redukcję zatrudnienia.

Carnivean nie miał na co czekać, bo czekanie implikowało że coś się zmieni, że ktoś otworzy drzwi i powie „wracaj do pracy”, ale drzwi były zamknięte, a ludzie którzy je zamknęli nie mieli zamiaru ich otwierać dla kogoś takiego jak on.

Wrócił do pokoju, do biurka które zajmowało połowę przestrzeni mieszkalnej, bo nie było gdzie indziej go postawić. Laptop — stary ThinkPad T440 kupiony na Finn.no za tysiąc dwieście koron, z popękanym ekranem i klawiaturą na której połowa liter wytarła się do anonimowości przez lata używania przez poprzedniego właściciela — rzucał blade, niebieskie światło na ściany pokryte odklejoną tapetą koloru beżowego, która przypominała skórę chorego człowieka, pomarszczoną, łuszczącą się, umierającą. Discord otwarty na jednym monitorze starym Samsungu 22 cale, kupiony w komisie, piksele wypalające się w lewym górnym rogu. Reddit na drugim ekranie, telefonie Samsung Galaxy A50 z pękniętym wyświetlaczem. Twitter na trzecim oknie, bo crypto nigdy nie śpi, nie zamyka się na noc, nie bierze przerwy na święta, tylko pulsuje dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, globalna machina która nigdy nie odpoczywała, nigdy nie zwalniała, nigdy nie dawała ci szansy na złapanie oddechu jeśli chciałeś wygrać.

Carnivean nie pamiętał, kiedy ostatnio przespał całą noc bez przerwy. Może w październiku, może wcześniej, trudno było powiedzieć, bo sen stał się czymś fragmentarycznym, podzielonym na segmenty po dwie, trzy godziny między sesami tradingowymi, między sprawdzaniem wykresów, między obsesyjnym odświeżaniem portfolio żeby zobaczyć czy liczby wzrosły czy spadły, czy jest bliżej ocalenia czy bliżej całkowitej ruiny.

Telefon zawibrował na biurku, dźwięk metaliczny, ostry, rozlegający się w ciszy mieszkania jak alarm pożarowy. SMS od Erika, byłego kolegi z platformy Ekofisk, jednego z niewielu ludzi z którymi Carnivean wciąż utrzymywał kontakt, choć „kontakt” było mocnym słowem na sporadyczne wiadomości o kolejnych katastrofach w ich wspólnym życiu.

Erik: Słyszałeś o Jensenie? Powiesił się wczoraj. Żona znalazła w garażu.

Carnivean patrzył na wiadomość przez pełną minutę, litery na ekranie nie zmieniały się, nie znikały, nie przekształcały się w halucynacje jak poprzednim razem gdy był na trzeciej dobie bez snu i zobaczył jak ticker price SafeMoon tańczy po ekranie jak żywy organizm. Były solidne, realne, nieodwoalne, niemożliwe do cofnięcia, ostateczne jak każda śmierć, która przychodzi nie przez wypadek, nie przez chorobę, ale przez świadomą decyzję że życie nie jest już warte życia.

Jensen.

Czterdzieści dwa lata, ojciec dwójki dzieci — dziewczynka Emma, sześć lat, chłopak Kasper, cztery lata. Dwadzieścia lat na platformach wiertniczych w Morzu Północnym, pracujący w najgorszych warunkach na planecie, wiatr sto kilometrów na godzinę, fale piętnastometrowe, temperatury spadające do minus dziesięciu, lód tworzy się na konstrukcjach stalowych, ludzie zamarzają na śmierć jeśli zrobią jeden błąd. Ręce pokryte bliznami po oparzeniach, po cięciach, po wypadkach których nikt nie raportował bo raportowanie znaczyło dochodzenie a dochodzenie znaczyło że korporacja może zamknąć platformę na miesiąc i wszyscy stracą premie. Plecy zrujnowane przez dźwiganie sprzętu ważącego po sto kilogramów w miejscach gdzie dźwig nie mógł dojechać. Słuch częściowo utracony przez dwadzieścia lat pracy w hałasie silników diesla, kompresorów, wierteł które robiły dziury w dnie oceanu dwa kilometry pod powierzchnią. Twarz poorana zmarszczkami głębokimi jak szczeliny w lodowcu, mapa wszystkich sztormów przez które przeszedł, wszystkich nocy gdy myślał że nie dożyje świtu, wszystkich razów gdy patrzył na ocean i widział własną śmierć czekającą cierpliwie jak stary znajomy.

Powieszony w garażu własnego domu w Haugesund, miasteczku godzinę drogi na południe od Bergen, miasteczku gdzie połowa populacji pracowała dla przemysłu naftowego i druga połowa żyła z pieniędzy pierwszej połowy, więc kiedy przemysł umierał, całe miasto umierało razem z nim. Użył liny stalowej, tej samej której używał na platformach do zabezpieczania ładunków, do wiązania kontenerów które przewożono śmigłowcami z lądu na morze, gruba lina zdolna udźwignąć tonę, więc z pewnością udźwignie ciało mężczyzny ważącego osiemdziesiąt pięć kilogramów, który już nie chciał dźwigać ciężaru własnej egzystencji.

Carnivean poczuł zimno rozlewające się po plecach, nie fizyczne zimno bo mieszkanie było ogrzewane, słabo, bo oszczędzał na prądzie, ale psychiczne, wewnętrzne, jakby ktoś wlał mu lodowatą wodę bezpośrednio do kręgosłupa. Telefon w dłoni był ciepły od trzymania, ale jego palce były lodowate, sine, jakby krew przestała krążyć, jakby ciało już wiedziało co umysł odmówił zaakceptować.

I nagle był z powrotem tam.

Nie stopniowo, nie jak wspomnienie które wraca powoli przez warstwy świadomości, ale jak przeskok, gwałtowny, brutalny, dezorientujący — z jednej rzeczywistości do drugiej, bez ostrzeżenia, bez możliwości przygotowania.


Morze Północne

Platforma Ekofisk, Sektor 2B-14

Sierpień 2019

Alarm wył jak ranne zwierzę, wysoki, przenikliwy, zaprojektowany przez inżynierów akustycznych żeby przebić się przez każdą warstwę snu, każdą grubość ściany, każdy dźwięk maszyn pracujących non-stop na platformie która nigdy nie spała, nigdy nie przestawała wydobywać ropy z dna oceanu jak wampir ssący krew z ziemi. Częstotliwość alarmu była obliczona tak żeby wchodziła bezpośrednio do kości, do jądra mózgu gdzie tkwi pierwotny strach przed śmiercią, gdzie logika nie ma dostępu, tylko instynkt, tylko biologia krzycząca uciekaj, uciekaj, uciekaj.

Carnivean biegł korytarzem platformy Ekofisk, sekcja mieszkalna, poziom trzeci, stalowe ściany wibrujące od dźwięku alarmu i od czegoś jeszcze, od wibracji głębszej, strukturalnej, jakby cała konstrukcja — trzydzieści tysięcy ton stali i betonu stojąca na czterech nogach w środku oceanu — dygotała z lęku. Buty stalowe dudniły o metalową podłogę, każdy krok odbijał się echem, mieszał z odgłosami innych ludzi biegnących, krzyczących, modlących się w językach których Carnivean nie rozumiał bo Ekofisk zatrudniała ludzi z całego świata — Norwegów, Polaków, Filipińczyków, Brytyjczyków, Rumunów — wszystkich którzy byli wystarczająco desperaccy żeby pracować w miejscu gdzie śmierć była częścią job description, ryzykiem które akceptowało się podpisując kontrakt.

Dwadzieścia sześć lat, trzeci rok na platformie wiertniczej, czwarty poziom, sekcja kompresji gazu gdzie ciśnienie mogło zabić człowieka w sekundę jeśli coś poszło nie tak. Oświetlenie awaryjne pulsowało czerwonym blaskiem, cienie tańczyły na ścianach jak duchy, jak demony, jak wszystkie koszmary które miał odkąd tu przyjechał, koszmary o tonięciu, o paleniu się żywcem, o eksplozjach które rozrywają ciało na kawałki tak małe że nie da się ich zidentyfikować.

WYCIEK.

Jedno słowo które każdy na platformie znał, słowo które wymawiano tylko szeptem, w żartach, w koszmarach. Oznaczało że mają może pięć minut zanim cała konstrukcja zamieni się w kulę ognia na środku Morza Północnego, kulę widzialną z satelitów, kulę która pozostawi po sobie tylko czarny dym unoszący się nad oceanem i grób dla stu dwudziestu ludzi którzy mieli pecha pracować tego dnia.

WSZYSCY DO ŁODZI! NATYCHMIAST!

Głos przełożonego przez intercom, zniekształcony nie tylko przez zakłócenia ale przez strach, przez panikę która przebijała mimo treningów, mimo procedur, mimo wszystkich lat doświadczenia. Hansen, Duńczyk, pięćdziesiąt dwa lata, piętnaście lat na platformach, były marynarz floty handlowej, człowiek który przeżył sztorm w Atlantyku który zatopił statek ale on wypłynął z trzech kilometrów od brzegu nie umiał pływać ale wypłynął, nigdy nie podnosił głosu, zawsze spokojny, zawsze kontrolujący. Teraz jego głos się łamał, pękał, rozpadał jak konstrukcja platformy.

TO NIE JEST ĆWICZENIE! NATYCHMIAST!

Carnivean dobiegł do schodów, stalowych, pionowych prawie, kąt czterdzieści pięć stopni, zaprojektowane dla szybkiej ewakuacji nie dla komfortu. Dziesięć innych ludzi już tam było, pchających się, krzyczących, walczących o każdy centymetr przestrzeni jak zwierzęta w klatce która się pali. Polski, norweski, angielski, filipiński wszystko zlewało się w jeden pierwotny jęk paniki, w dźwięk który nie był już językiem tylko czystą biologią, krzykiem ssaka który wie że umiera.

Panika w oczach mimo treningów, mimo setek ćwiczeń ewakuacyjnych które przechodzili co trzy miesiące, mimo certyfikatów HUET (Helicopter Underwater Escape Training) które każdy miał, mimo wsz

ystkich godzin spędzonych w symulatorach gdzie uczyli się jak przeżyć katastrofę. Ale trening to jedno — klimatyzowana sala, instruktor z prezentacją PowerPoint, spokojne pokazywanie dróg ewakuacji, demonstracja jak używać life jacket, jak oddychać przez rebreather, jak przeżyć w wodzie cztery stopnie Celsjusza przez piętnaście minut zanim hipotermia zabije.

Rzeczywistość to coś zupełnie innego.

Rzeczywistość to zapach dymu chemicznego, toksycznego, który zostawia smak metalu w ustach, który pali płuca od środka. To wibracja pod stopami, platforma drgająca jak stare zwierzę które wie że umiera, że jego czas się skończył. To twarze współpracowników — ludzi którzy wczoraj pili piwo i żartowali, dzisiaj wykrzywione w pierwotnym strachu, oczy szeroko otwarte, źrenice rozszerzone, biologie przejmująca kontrolę nad rozumem.

RUSZAJCIE SIĘ, KURWA!

Ktoś pchnął Carniveana w plecy, brutalnie, z całej siły. Morten, Norweg z Bergen, pięćdziesiąt cztery lata, weteran dwudziestu pięciu lat na platformach, twarz poorana zmarszczkami głębokimi jak szczeliny w lodowcu, ręce pokryte bliznami, paznokcie permanentnie czarne od oleju który wsiąkł tak głęboko że nigdy się nie zmyje. Głos jak wicher, chropowaty od czterdziestu lat palenia, od krzyków przez radio w hałasie sztormów.

SCHODY! TERAZ!

Carnivean chwycił zimną poręcz, metalową, śliską od kondensacji i potu setek rąk które dotykały jej w panice, zaczął schodzić, dwa stopnie na raz, nogi paliły, płuca paliły, wszystko paliło jakby był już w ogniu choć ogień jeszcze nie dotarł ale było kwestią czasu, tylko czasu.

Poziom trzeci, drugi, pierwszy, każdy poziom jak zejście do piekła, temperatura rosnąca, dym gęstszy, alarm głośniejszy bo był bliżej źródła, bliżej miejsca gdzie coś wybuchło, gdzie ropą miesza się z gazem miesza się z ogniem tworząc piekło chemiczne.

Nogi dudniły o metal. Serce w gardle. Oddech niemożliwy.

I potem usłyszeli to.

BOOM.

Eksplozja nie była głośna, co było dziwne, nielogiczne, niewłaściwe na tak fundamentalnym poziomie że mózg przez sekundę odmówił przetworzenia informacji, próbował zrozumieć dlaczego coś tak katastrofalne brzmi tak… cicho. W filmach eksplozje są ogłuszające, w rzeczywistości najpierw czujesz falę ciśnienia — powietrze które staje się solidne, niewidzialna pięść która uderza w klatkę piersiową, wypycha całe powietrze z płuc, sprawia że kolana się uginają, czasem tracisz wzrok na sekundę, dwie, czasem tracisz równowagę i upadasz nie wiedząc dlaczego.

Platforma zachwiała się, konstrukcja ważąca trzydzieści tysięcy ton zachwiała się jak pijany próbujący złapać równowagę na lodzie, jakby ocean pod nią nagle stał się płynny, niestabilny, fałszywy.

KURWA!

Morten stracił równowagę, chwycił Carniveana za ramię żeby nie spaść, palce jak imadło, zacisk tak mocny że boleść eksplodowała w stawie, ale nie było czasu na boleść, tylko na reakcję. Obaj upadli na spocznik między piętami, splątani, stalowa poręcz wbiła się w żebra Carniveana, boleść ostra, biała, mdląca, poczuł krew w ustach — przegryzł język.

Metaliczny smak, ciepły, obcy.

Drugie uderzenie przyszło szybciej.

BOOM.

Tym razem głośniejsze, głębsze, jakby pochodziło z wnętrzności ziemi, z miejsca gdzie ropa i gaz czekały milion lat żeby wybuchnąć. Coś na górze — poziom piąty albo szósty, gdzie były zbiorniki główne — właśnie eksplodowało, gaz, ropa, chemikalia mieszające się w reakcję łańcuchową której nie da się zatrzymać.

Platforma płonęła.

Carnivean nie widział jeszcze płomieni ale czuł je — upał zstępujący przez poziomy jak niewidzialna fala, temperatura rosnąca, powietrze stające się cieńsze, trudniejsze do oddychania.

Podniósł się, każdy mięsień krzyczał protest, pomógł Mortenowi wstać. Krew na jego dłoni — nie wiedział czy jego czy starszego mężczyzny, bez znaczenia.

DALEJ!

Krzyknął, mimo że gardło miał ściśnięte strachem, głos wychodzi chropowaty, obcy.

Poziom zero — pokład główny, gdzie łodzie ratunkowe czekały jak ostatnia nadzieja, jedyne co stało między życiem a śmiercią przez zamarznięcie w Morzu Północnym.

Dobiegli na pokład. Wiatr szarpał tak mocno że ledwo trzymali równowagę, pólnocnoatlantycki sztorm pełen soli i furii, wiatr prosto z Arktyki niosący ze sobą lód i obietnicę śmierci dla każdego kto wpadnie do wody bez kombinezonu termicznego. Ocean wokół czarny, nieskończony, wrogi, fale trzy metry wysokie uderzające o podpory platformy z siłą która mogła zgnieść człowieka jak puszkę. Temperatura wody sześć stopni Celsjusza, może mniej. Czas przetrwania bez kombinezonu: piętnaście minut zanim hipotermia zabije, może dwadzieścia jeśli człowiek był twardy, młody, miał szczęście. Ale szczęście było towarem rzadkim na Morzu Północnym, rzadszym niż ropa, którą wydobywali.

Łodzie ratunkowe wisiały na wysięgnikach — pomarańczowe kapsuły zdolne pomieścić dwadzieścia osiem osób, zaprojektowane żeby przetrwać każde warunki, każde morze, każdy sztorm. Już trzy odpłynęły, widział je na wodzie, małe kropki światła oddalające się od płonącej platformy tak szybko jak silniki diesel mogły je nieść.

Zostały dwie łodzie.

Dwadzieścia ludzi biegło w ich stronę.

Dwadzieścia osiem miejsc na łódź. Sześćdziesiąt cztery miejsca total.

Dwadzieścia ludzi.

Matematyka była prosta, bezlitosna, ostateczna.

Wszyscy przeżyją.

Chyba że…

CARNIVEAN! TUTAJ!

Jensen stał przy ostatniej łodzi, machając ręką jak szalony, desperacko, twarz czerwona od wysiłku i adrenaliny. Młodszy wtedy, może trzydzieści osiem lat, bez siwych włosów, bez zmęczenia w oczach które przyjdzie później. Jeszcze żywy w pełni, jeszcze mający przyszłość, jeszcze nie wiedząc że za dwa lata powie się w garażu z liną stalową wokół szyi.

Carnivean pobiegł, Morten obok niego, sapiący ciężko, niewłaściwie, chwytający się za klatkę piersiową. Twarz purpurowa, żyły pulsujące na skroniach jak węże pod skórą.

Atak serca.

Teraz.

W najgorszym możliwym momencie.

DAWAJ, STARY!

Carnivean chwycił go pod ramiona, pociągnął, na wpół ciągnąc na wpół podtrzymując ciało które stawało się cięższe z każdym krokiem, jakby grawitacja nagle podwoiła się.

PRAWIE TAM!

Piętnaście metrów. Dziesięć. Pięć.

Trzecia eksplozja przyszła bez ostrzeżenia.

Ta była tu — nad nimi, może dwadzieścia metrów, zbiorniki kompresyjne albo separator główny, coś dużego, coś pod ciśnieniem, coś co nosiło w sobie potencjał zniszczenia który teraz się realizował.

Fala uderzeniowa zrzuciła Carniveana z nóg jak lalkę, rzuciła przez powietrze — dosłownie lecia

ł przez trzy, może cztery metry — uderzył w stalową ścianę kontenera z taką siłą że zobaczył gwiazdy, białe punkty eksplodujące w ciemności za oczami. Boleść w prawym ramieniu eksplodowała, biała, mdląca, nieludzka. Coś pękło — bark, żebra, obojczyk, nie wiedział co ale wiedział że jest złamane, że już nigdy nie będzie takie jak wcześniej.

Głowa dzwoniła jak dzwon katedry, dźwięk ciągły, wysoki, ogłuszający wszystko inne. Krew w uszach. Smak miedzi przytłaczający.

Wstań.

Nie wiedział kto to powiedział — czy ktoś krzyczał, czy to był jego własny głos w głowie, czy instynkt zapisany w DNA miliony lat ewolucji krzyczący wstań wstań wstań albo umrzesz tutaj.

Wstał.

Nie wiedział jak. Nogi nie działały poprawnie, kolana uginały się, równowaga znikła. Ale wstał, bo alternatywą była śmierć, a śmierć nie była opcją, nie teraz, nie tu.

Morten leżał trzy metry dalej, ciało wykręcone w nienaturalnym kącie, kończyny w pozycjach które łamały podstawowe zasady anatomii.

MORTEN!

Carnivean podczołgał się, każdy ruch agonią, chwycił go za ramiona, potrząsnął.

MORTEN! WSTAWAJ!

Oczy otwarte. Szeroko otwarte. Puste.

Martwy.

Fala uderzeniowa zabiła go natychmiast — uraz wewnętrzny, krwawienie do mózgu, pęknięte naczynia, może zatrzymanie serca które już było osłabione, sekundy między życiem a śmiercią, przejście bez ceremonii, bez pożegnań, bez czasu na ostatnie słowa.

CARNIVEAN, KURWA, CHODŹ!

Jensen krzyczał z łodzi ratunkowej, już w środku, już zabezpieczony pasami, ręka wyciągnięta desperacko, twarz wykrzywiona w grym

asie który był połączeniem strachu, żalu i desperacji.

Carnivean puścił ciało Mortena. Palce rozluźniły się powoli, jakby nie chciały akceptować decyzji którą umysł już podjął. Ciało opadło na stalowy pokład z głuchym dźwiękiem, ostatecznym, nieodwracalnym.

Przeprosiny nie przyszły, bo nie było czasu. Martwi nie potrzebują przeprosin. Żywi potrzebują przetrwać.

Wstał, nogi drżały, pobiegł, sprint napędzany czystym terrorem, biologią przejmującą kontrolę.

Osiem metrów. Pięć. Trzy.

Ktoś go wyprzedził.

Lars — młody chłopak, dwadzieścia dwa lata, pierwszy rok na platformie, blond włosy, twarz bez zmarszczek, oczy błękitne jak niebo którego teraz nie było, tylko dym — wyskoczył znikąd, pchnął Carniveana w bok z całej siły, z desperacją kogoś kto walczy o życie nie myśląc o konsekwencjach, tylko o przetrwaniu, o powrocie do domu, do rodziny, do życia które jeszcze ma przed sobą. Carnivean zachwiał się, upadł na kolana, boleść w prawym ramieniu eksplodowała ponownie, ale obserwował jak Lars wskakuje do łodzi ratunkowej, czternaste miejsce, ostatnie miejsce, drzwi zaczynają się zamykać, mechanizm hydrauliczny sycząc jak żmija.

Carnivean stanął przed wejściem do kapsuły, zataczając się, oddychając ciężko, każdy oddech palący płuca jak gdyby wdychał ogień. W środku czternaście twarzy patrzyło na niego — Jensen, Lars, dwunastu innych ludzi których znał, z którymi pracował, pił, żartował, dzielił posiłki w kantynie gdzie jedzenie zawsze smakowało jak tektura ale nikt nie narzekał bo narzekanie nie zmieniało niczego. Żaden nie patrzył mu w oczy, wszyscy odwracali wzrok, patrząc w podłogę, w ściany, w swoje ręce, gdziekolwiek tylko nie w twarz człowieka który właśnie został skazany na śmierć przez ich zbiorową decyzję o zamknięciu drzwi.

Wina była uniwersalna, natychmiastowa, miażdżąca, wisiała w powietrzu kapsuły jak toksyczny gaz.

PRZEPRASZAM.

Lars powiedział to cicho, głos młody, łamiący się, niewiarygodny. Nie brzmiał jakby było mu przykro że to zrobił, że pchnął starszego człowieka żeby zająć jego miejsce. Brzmiał jakby było mu przykro że musi to powiedzieć, że musi przyznać się do czegoś co wszyscy widzieli.

MAM CÓRKĘ. DZIEWIĘĆ MIESIĘCY. NIE MOŻE STRACIĆ OJCA.

Carnivean nie odpowiedział, bo co miał powiedzieć? Wszyscy chcieli żyć, to nie był argument, to była tylko biologia, instynkt samozachowawczy który rządzi każdym organizmem na tej planecie. Córka Larsa, Anna — szczegóły które Lars wrzucił jak tarczę obronną — miała prawo do ojca, ale Carnivean też miał prawo do życia, tylko że jego życie nie miało córki, nie miało nikogo kto by płakał, więc w matematyce przetrwania był mniej wartościowy, mniej potrzebny, łatwiejszy do poświęcenia.

Operator łodzi ratunkowej Rodriguez, Hiszpan z Barcelony, po trzydziestce, profesjonalista który przeszedł setki ćwiczeń ewakuacyjnych, który znał procedury na pamięć, patrzył na Carniveana przez szybę, potem na drzwi, potem z powrotem na Carniveana. Kalkulacja w oczach, zimna, matematyczna. Protokół kontra człowieczeństwo, zasady kontra rzeczywistość, czternaście osób w kapsule zaprojektowanej dla czternastu, przeciążenie zagraża bezpieczeństwu całej operacji ratunkowej.

NIE MA MIEJSCA

Rodriguez powiedział to rzeczowo, bez emocji, jak ktoś podający prognozę pogody, fakt który jest faktem niezależnie od tego czy komuś się podoba. Głos pozbawiony osądu, pozbawiony współczucia, tylko profesjonalizm, tylko reguły które istniały żeby wszystkich chronić, nawet jeśli oznaczało to poświęcenie jednego.

ROZUMIEM.

Carnivean usłyszał własny głos, obcy, spokojny, jakby należał do kogoś innego, do kogoś kto zaakceptował wyrok śmierci z godnością której Carnivean nie wiedział że posiada. Dziwny spokój ogarniał go, nie rezygnacja, nie kapitulacja, ale coś innego, jakby świadomość że śmierć jest pewna pozwalała mu przestać się bać, przestać walczyć, po prostu być w tym momencie bez desperacji.

Rodriguez skinął głową, coś jak szacunek błysnęło w oczach na ułamek sekundy zanim zniknęło pod maską profesjonalizmu. Zaczął zamykać drzwi, mechanizm hydrauliczny syczał głośniej, metal na metal, ostateczny dźwięk odcięcia.

I wtedy Jensen wstał.

CZEKAJ.

Głos cichy ale stanowczy, stal pod spodem, ton który nie dopuszczał sprzeciwu, ton dowódcy który przez piętnaście lat na platformach nauczył się jak wydawać rozkazy w sposób który sprawia że ludzie słuchają nawet gdy każda komórka w ich ciele krzyczy żeby nie słuchać.

CO?

Rodriguez zatrzymał się, palec na przycisku, twarz wyrażająca zdziwienie mieszane z irytacją, bo zatrzymanie procedury ewakuacyjnej w środku katastrofy było naruszeniem protokołu, było ryzykiem którego nikt świadomy nie powinien podejmować.

Jensen patrzył na Larsa, dwadzieścia dwa lata, całe życie przed sobą, córka Anna dziewięć miesięcy czekająca w domu w małym miasteczku gdzie ludzie znają się po imieniu i pomagają sobie bo inaczej nie przeżyją norweskich zim. Potem na Carniveana, dwadzieścia sześć lat, młody ale nie tak młody, już pokryty bliznami z trzech lat na platformach, samotny, bez rodziny, bez nikogo kto naprawdę go potrzebuje.

Potem na własne ręce — zrujnowane, pokryte bliznami po oparzeniach i cięciach, trwałymi plamami ropy która wsiąkała tak głęboko że nigdy się nie zmywała, paznokcie czarne permanentnie, palce skrzywione przez wielokrotne złamania które nie zostały prawidłowo leczone bo nie było czasu na lekarza, tylko był taśma i powrót do pracy. Ręce mężczyzny który pracował dwadzieścia lat fizycznie, który zbudował swoje życie na sile mięśni i wytrzymałości kości, który teraz wiedział że te ręce są zniszczone bezpowrotnie, że już nigdy nie będą działać tak jak kiedyś.

ON MA DZIECKO

Jensen powiedział to, wskazując na Larsa, głos spokojny mimo wszystkiego.

CÓRKĘ. DZIEWIĘĆ MIESIĘCY. ANNA.

Szczegóły miały znaczenie, czyniły to realnym, zamieniały abstrakcyjnego „kogoś” w konkretną osobę z konkretnym imieniem które ktoś wybierał z miłością, z nadzieją na przyszłość.

JA MAM DWOJE. DZIEWCZYNKA SZEŚĆ LAT, CHŁOPAK CZTERY. EMMA I KASPER.

Głos się załamał, prawdziwa emocja przebijająca przez fasadę spokoju którą próbował utrzymać.

I ŻONA, INGRID. KTÓRA… KTÓRA MNIE POTRZEBUJE.

Cisza w kapsule, ciężka, dusząca, pełna niewypowiedzianych rzeczy które wszyscy rozumieli ale nikt nie chciał powiedzieć na głos. Wszyscy wiedzieli co nadchodzi, wszyscy widzieli trajektorię, drogę którą Jensen wybierze, bo wybór był już podjęty w momencie gdy wstał, w momencie gdy przemówił, w momencie gdy jego oczy spotkały się z oczami Carniveana i przekazały coś czego słowa nie mogły wyrazić.

Jensen kontynuował, patrząc bezpośrednio na Carniveana, ignorując wszystkich innych, jakby w tej łodzi byli tylko oni dwaj, jakby cała katastrofa, cały płonący świat zniknął i pozostała tylko ta rozmowa, ten moment decyzji.

CARNIVEAN NIE MA NIKOGO. PRAWDA?

Carnivean chciał zaprzeczyć, chciał powiedzieć że ma rodziców którzy będą płakać, przyjaciół którzy będą opakiwać, ludzi którzy poczują pustkę po jego odejściu. Ale Jensen miał rację, miał cholerną, okrutną, nieubłaganą rację którą Carnivean nienawidził ale nie mógł zanegować.

Rodzice zmarli w wypadku samochodowym trzy lata temu, E6 między Oslo a Bergen, ciężarówka zjechała na przeciwległy pas w czasie śnieżycy, zderzenie czołowe, śmierć natychmiastowa, zamknięte trumny na pogrzebie bo ciała były zbyt zniszczone żeby je pokazywać. Rodzeństwa nie miał, jedynak, samotne dziecko które nauczyło się żyć w samotności od małego. Dziewczyna, Emilie, zerwała sześć miesięcy temu, nie wytrzymała długich rozstań, trzech tygodni na platformie i jednego w domu, cyklu który zabijał każdy związek prędzej czy później, zwykle prędzej. Przyjaciele — znajomi głównie, kumple z platformy z którymi pił piwo i żartował ale nie dzielił się życiem, nie dzwonił w środku nocy gdy było ciężko, nie prosił o pomoc bo nauczył się że proszenie o pomoc to słabość a słabość na platformie wiertniczej mogła cię zabić szybciej niż wypadek.

Nikt, kto naprawdę go potrzebował.

Matematyka znowu, brutalna, okrutna, nieubłagana jak ocean który otaczał platformę, jak śmierć która czekała na każdego tylko na niektórych czekała dłużej a na innych krócej.

Jensen wstał z siedzenia, ruch zdecydowany, pewny, bez wahania które mogłoby dać czas na przemyślenie, na zmianę zdania, na cofnięcie decyzji. Pchnął Larsa z powrotem na siedzenie, brutalnie, bez ceremonii.

WSIADAJ, DZIECIAKU

Patrzył na Carniveana, oczy pełne czegoś co mogło być smutkiem, żalem, akceptacją, wszystkim naraz.

TWOJE DZIECKO CIĘ POTRZEBUJE. MOJE DZIECI…

Oddech głęboki, drżący, walka z emocjami które próbowały wyrwać się na powierzchnię.

MOJE DZIECI ZROZUMIEJĄ. KIEDYŚ. MAM NADZIEJĘ.

JENSEN, NIE…

Carnivean zaczął, mózg w końcu nadganiał rzeczywistość, odmówił akceptacji tego co się dzieje, ręka wyciągnięta jakby mógł zatrzymać to co było już w ruchu, ale Jensen chwycił go za kark, uchwyt żelazny, siła zbudowana przez piętnaście lat dźwigania sprzętu, i wciągnął do środka kapsuły, prawie wrzucił na siedzenie jak worek z piaskiem.

A sam wyskoczył.

Płynnie, wyćwiczone, jak zaplanowany ruch który ćwiczył setki razy w symulacjach, ruch który teraz realizował na żywo, ostatni raz, jedyny raz który miał znaczenie.

ZAMYKAJ!

Krzyknął do Rodrigueza, nie patrząc wstecz, głos rozkazujący, ton który nie tolerował sprzeciwu, który przecinał przez chaos i strach jak nóż.

JENSEN…

Rodriguez zaczał, twarz wyrażająca konflikt, protokół walczący z człowieczeństwem, zasady walczące z rzeczywistością człowieka który stoi na zewnątrz kapsuły prosząc o zamknięcie drzwi które są jego wyrokiem śmierci.

ZAMYKAJ, KURWA! TO ROZKAZ!

Drzwi zaczęły się zamykać, tym razem szybko, zdecydowanie, Rodriguez podjął decyzję i wykonał ją bez dalszego wahania bo wahanie w sytuacji awaryjnej zabija wszystkich, nie tylko jednego.

Ostatnie co Carnivean zobaczył przez zmniejszającą się szczelinę między drzwiami to Jensen stojący na płonącej platformie, dym wirujący wokół niego jak duchy, płomienie w tle tworzące piekielne tło jak z malowidła Hieronima Boscha przedstawiającego piekło na ziemi. Salutujący — ostry, wojskowy salut, właściwa forma mimo chaosu, mimo płomieni, mimo śmierci która czekała mniej niż minutę. Uśmiechający się tym smutnym, zmęczonym uśmiechem kogoś kto właśnie podjął ostatnią decyzję swojego życia i wie że była słuszna, wie że był powód, wie że jego śmierć ma znaczenie bo uratował kogoś innego.

Uśmiech który mówił: w porządku. Jestem w porządku. To właściwe. To było warte.

Carnivean chciał krzyczeć, chciał rozsadzić drzwi gołymi rękami, chciał wyciągnąć Jensena siłą, zaciągnąć go do środka, zmusić go do życia. Ale nie mógł się ruszyć, nie mógł mówić, nie mógł nic zrobić. Sparaliżowany przez szok, przez niemożność comprehensji tego co się właśnie stało, przez ciężar winy który spadł na niego jak stalowa belka i przygniótł do podłogi.

Potem drzwi zamknęły się.

Metaliczny łomot, ostateczny, nieodwołalny, terminalny, dźwięk który Carnivean będzie słyszał w koszmarach przez resztę życia.

Kapsuła spadła do oceanu, mdlący upadek, żołądek w gardle, świat wirujący, ciemność i światło mieszające się w kalejdoskop który nie miał sensu. Plusk — uderzenie wstrząsające całą strukturą, woda rozbryzgująca się na małych oknach jak krew. Silnik zapalił — ryk diesla, wibracja w całym ciele, ruch. Płynęli w stronę statku ratowniczego pięć kilometrów dalej, dalej od platformy, dalej od Jensena, dalej od śmierci której Carnivean właśnie uniknął kosztem życia innego człowieka.

W środku kapsuły cisza. Nie całkowita, bo silnik wył, ale cisza ludzka, cisza która była głośniejsza niż jakikolwiek dźwięk mechaniczny. Ciężkie oddechy czternastu ludzi którzy właśnie przeżyli ale część z nich zapłaciła za to kawałkiem własnej duszy. Ktoś płakał cicho, stłumienie, próbując ukryć łzy przed innymi. Ktoś modlił się po hiszpańsku, szybko, mechanicznie, słowa zlewające się w jeden ciągły szept. Lars siedział z głową w rękach, ramiona trzęsące się, dwadzieścia dwa lata i już niosący ciężar który zmieni go na zawsze.

Carnivean tylko siedział, patrzył w małe okno w grubej szybie, porysowanej, pokrytej morską wodą która zamazywała widok, i liczył sekundy.

Dziewięćdziesiąt osiem. Dziewięćdziesiąt dziewięć. Sto. Sto jeden…

Czwarta eksplozja przyszła po stu trzynastu sekundach.

Platforma Ekofisk eksplodowała jak bomba atomowa, główny zbiornik gazu detonujący, cała struktura rozpadająca się, stal i beton zamieniające się w pociski które leciały we wszystkich kierunkach zabijając wszystko co było w promieniu kilometra. Kula ognia oślepiająca nawet z dwóch kilometrów, białe gorące jądro otoczone pomarańczową i czerwoną koroną, piękna w swojej destrukcyjności, hipnotyzująca jak wszystko co niesie śmierć na masową skalę.

Przez małe okno Carnivean patrzył.

Jensen zginął natychmiast. Wyparowany przez temperaturę sięgającą kilku tysięcy stopni Celsjusza. Nie spalony, nie zabity, po prostu przestał istnieć na poziomie molekularnym, atomy jego ciała rozproszone w powietrzu, w oceanie, w dymie który unosił się nad miejscem gdzie platforma była minutę wcześniej a teraz było tylko morze płonące ropą i ciała czternastu innych ludzi którzy nie zdążyli do łodzi.

Piętnaście ofiar śmiertelnych łącznie. Piętnaście nazwisk które później zostaną odczytane na ceremonii pamięci w Bergen, w kościele Mariakirken, gdzie przyszło trzysta osób i wszyscy płakali. Piętnaście rodzin które otrzymają czeki odszkodowawcze od korporacji, kwoty ustalone przez prawników jako „odpowiednie” za życie ludzkie, jakby życie ludzkie miało cenę która mieści się w arkuszu Excela. Piętnaście istnieć zredukowanych do statystyk w raportach ubezpieczeniowych, do linii w dokumentach które ktoś złoży w szafie i nigdy więcej nie otworzy.


Bergen, Norwegia

Styczeń 2021

Carnivean siedział na podłodze swojej kawalerki, telefon w dłoni, wiadomość od Erika rozmazana przez łzy których nie chciał uznać, nie chciał akceptować jako rzeczywiste bo akceptacja znaczyłaby że naprawdę płacze, że naprawdę czuje coś więcej niż tylko pustkę która była jego stałym stanem przez ostatnie miesiące.

SŁYSZAŁEŚ O JENSENIE? POWIESIŁ SIĘ WCZORAJ. W GARAŻU. ŻYŁ LINKI STALOWEJ, TAKIEJ JAK NA PLATFORMACH. JAKI SYMBOLIZM, PEWNIE. POGRZEB ZA TYDZIEŃ. PRZYJEDZIESZ?

Ten sam Jensen, który uratował mu życie na platformie Ekofisk tego sierpniowego dnia w 2019 roku. Który oddał swoje miejsce w łodzi ratunkowej bo wierzył że Carnivean jest bardziej wart ocalenia, że młodszy, że ma więcej życia przed sobą, że matematyka przetrwania wskazuje na niego jako lepszy wybór. Który jakoś, cudem, niemoliwie przeżył tamtą noc — uratowany przez inną łódź która wróciła, przez przypadek, przez szczęście które było kosmicznym żartem, wyciągnięty z wody nieprzytomny, z hipotermią, poparzony, połamany ale żywy, serce wciąż bijące mimo wszystkiego.

Rekonwalescencja trwała rok. Fizjoterapia trzy razy w tygodniu, ból który nigdy całkowicie nie mijał. Przeszczepy skóry na dwadzieścia procent ciała, operacje które pozostawiły blizny gorsze niż oryginalne oparzenia. Terapia traumy która nie działała bo jak terapia ma działać gdy każdej nocy śnisz że toniesz w płonącej ropie, budzisz się krzycząc, żona płacze obok ciebie i nie wie jak ci pomóc. Powrót do pracy niemożliwy, ciało zbyt uszkodzone, umysł zbyt zniszczony, każdy głośny dźwięk wywołujący atak paniki, każdy zapach dymu przywołujący wspomnienia które nigdy nie znikną.

Korporacja zapłaciła odszkodowanie — niewystarczające oczyw

iście, bo żadne odszkodowanie nie jest wystarczające za utratę zdrowia, przyszłości, zdolności do normalnego funkcjonowania, ale coś, może pół miliona koron, które wydawały się dużo dopóki Jensen nie zrozumiał że to musi wystarczyć na resztę życia bo nigdy nie będzie mógł pracować.

A potem przyszła pandemia. I lockdowny. I zwolnienia. I cięcia zasiłków dla niepełnosprawnych bo rząd musiał zaoszczędzić pieniądze na ratowanie gospodarki, więc ci najbardziej bezbronni płacili jako pierwsi. I Jensen, który przeżył płonącą platformę, który przeżył wybuch gazu, który przeżył ocean pełen ognia i lodu, poszedł do garażu z pętlą ze stalowej linki i zadecydował że wystarczy, że nie ma już siły, że śmierć którą oszukał dwa lata temu w końcu go dopadła, tylko że tym razem przyszła od środka, z jego własnej decyzji, z własnej ręki.


Telegram zawibrował, wyrywając Carniveana z transu wspomnień które były bardziej realne niż obecna rzeczywistość. Nowa wiadomość w grupie Crypto Degens, jednej z setek grup które śledził, pełnej ludzi takich jak on — desperackich, złamanych, szukających zbawienia w liczbach na ekranie.

SafeMoon launching March 8th. Early access whitelist NOW. This is NOT financial advice. 🚀🚀🚀

Carnivean przeczytał wiadomość drugi raz. Potem trzeci. Czwarty.

Nie było w niej nic szczególnego — kolejny shitcoin, kolejna obietnica księżyca, kolejna społeczność krzycząca o rewolucji która nigdy nie przyjdzie. Widział ich setki od początku pandemii. DogeCoin, ShibaInu, ElonGate, pump and dump cycles które powtarzały się w nieskończoność, zawsze ten sam schemat, zawsze te same ofiary, zawsze ci sami zwycięzcy którzy wiedzieli kiedy wejść i kiedy wyjść zostawiając resztę z pustymi portfelami i złamanymi nadziejami.

Ale coś w tym konkretnym tokenie ciągnęło go, coś czego nie potrafił nazwać, nie logiczne, nie racjonalne, tylko instynkt, przeczucie, głos w głowie który mówił kup to, zaufaj mi, to jest twoja szansa.

Otworzył PancakeSwap, zdecentralizowaną giełdę na Binance Smart Chain gdzie można było kupować tokeny które jeszcze nie były listowane na głównych giełdach, gdzie fortony powstawały i umierały w ciągu godzin, gdzie każda transakcja była hazardem a każdy inwestor graczem który stawiał życie na jedną kartę. Portfolio pokazywało $1,247. To wszystko co mu zostało po czterech miesięcach bez pracy, po opłaceniu czynszu, po kupowaniu najtańszego jedzenia w Biedronke, po życiu na granicy przetrwania w jednym z najdroższych krajów na świecie.

Zasiłek dla bezrobotnych ledwo pokrywał czynsz, dziewięć tysięcy koron miesięcznie za mieszkanie które było za małe, za zimne, za depresyjne ale było wszystkim co mógł sobie pozwolić. Jedzenie na kredyt, kartą która była już prawie w limicie. Rachunki przeterminowane, przypomnienia od dostawców energii, wody, internetu, wszyscy chcieli pieniędzy których nie miał.

Ale ten głos w głowie nie chciał milczeć.

Kup SafeMoon. To twoja ostatnia szansa. To albo śmierć albo zbawienie.

Carnivean zmrużył oczy, walcząc z impulsem który był irracjonalny, niebezpieczny, głupi. Sprawdził whitepaper SafeMoon — osiem stron generycznych buzzwordów które nic nie znaczyły. Community-driven. Deflationary tokenomics. Reflection rewards. To the moon together. Zerowa użyteczność, token który nie robił nic poza istnieniem. Team anonimowy, żadnych prawdziwych nazwisk, tylko pseudonimy i awatary kreskówkowe. Audit nieistniejący, żadnej zewnętrznej firmy która sprawdziłaby czy kod jest bezpieczny. Red flags wszędzie, każdy element krzyczał to scam, nie dotykaj tego, stracisz wszystko.

I mimo to zobaczył coś.

Nie obrazy, nie kolory, nie halucynacje jak ktoś na narkotykach. Raczej wzór, strukturę, coś co układało się w geometrię której nie powinien widzieć ale widział. Jakby ktoś nagle pokazał mu konstelacje w chaosie gwiazd, wzór w szumie, znaczenie w przypadkowości. Liczby na ekranie — adresy portfeli, transakcje pre-launch, liquidity pool jeszcze pusty ale już obserwowany przez setki wielorybów czekających na moment startu — zaczęły układać się w coś innego.

Geometrię. Rytm. Puls.

Nie wiedział jak to nazwać, nigdy wcześniej tego nie czuł w życiu, przez dwadzieścia osiem lat był normalnym człowiekiem który widział liczby jako liczby, wykresy jako wykresy, nic więcej. Ale teraz było wsz

ędzie, w każdej linii kodu, w każdym bloku blockchain, w każdym adresie portfela który pojawiał się na ekranie. Jakby blockchain oddychał, żył, miał swoje własne serce bijące w rytmie który Carnivean słyszał nie uszami ale czymś głębszym, czymś co tkwiło w jego mózgu albo może w duszy jeśli taka rzecz w ogóle istniała.

To wypali. To będzie pump. To będzie twoja szansa na ucieczkę z tego piekła.

Głos był pewny, absolutny, nie dopuszczający wątpliwości.

Carnivean patrzył na swoje portfolio. $1,247. Wszystko co miał między sobą a kompletną ruiną, między mieszkaniem a ulicą, między przetrwaniem a śmiercią przez zamarznięcie zimą w Norwegii gdzie temperatury spadają do minus dwudziestu a bezdomni umierają co roku bo schroniska są pełne a społeczeństwo udaje że ich nie widzi.

Przeniósł czterysta pięćdziesiąt dolarów.

Prawie połowę wszystkiego co miał.

Nie przemyślał tego, nie zrobił due diligence, nie zapytał nikogo o radę, nie poczekał żeby zobaczyć czy inni kupują pierwszy. Po prostu przeniósł $450 na BNB, przesłał na adres kontraktu SafeMoon pre-launch, nacisn

ął Confirm. Fee pochłonęło $37 — prowizja dla walidatorów Binance Smart Chain, podatek którego nikt nie negocjuje. Zostało mu $760 na koncie. I kilka bilionów tokenów SafeMoon w portfelu MetaMask, liczby tak duże że nie miały znaczenia, jednostki tak małe że jeden token był wart mikroskopijny ułamek centa.

Carnivean oparł się o krzesło, patrzył w sufit pokryty plamami wilgoci. Za oknem wiatr szarpał gałęziami nagich drzew, brzóz które straciły liście w październiku i nie odzyskają ich do maja, szkielety roślin czekające na wiosnę która może nigdy nie przyjdzie. Lockdown. Cisza. Oczekiwanie na coś, cokolwiek, co zmieni tę rzeczywistość która była nieznośna, nie do przeżycia, nie do zaakceptowania.

Pomyślał o Jensenie. O garażu. O pętli ze stalowej linki. O decyzji że życie nie jest już warte życia, że ból jest większy niż nadzieja, że śmierć jest lepszą opcją niż kolejny dzień w ciele które nie działa i umyśle który nie może zapomnieć.

Potem spojrzał na ekran, na liczby które pulsowały, na SafeMoon który jeszcze nie istniał publicznie ale już istniał w jego portfelu jak obietnica, jak szansa, jak ostatnia deska ratunku dla tonącego.

I tym razem nie czuł strachu.

Tylko zimną, absolutną pewność.

Że jeśli to co czuje — ten wzór, ten rytm, ta geometria blockchain — sprawi że ma rację, że nie stracił właśnie połowy swoich pieniędzy na scam który zniknie za tydzień…

To nie jest już normalny.

I może to dobrze.

Bo normalność zabiła Jensena.

Normalność zabija miliony ludzi każdego roku, powoli, przez prace której nienawidzą, przez długi których nie mogą spłacić, przez życie które nie jest życiem tylko przetrwaniem, czekaniem na śmierć która przyjdzie za czterdzieści lat albo wcześniej jeśli szczęście się uśmiechnie.

Carnivean Blackdream zamknął laptop, położył się na łóżku bez rozbierania, patrzył w ciemność pokoju gdzie cienie układały się w kształty które przypominały wzory z blockchain, gdzie cisza była głośniejsza niż jakikolwiek dźwięk.

I czekał. Na 8 marca. Na uruchomienie SafeMoon. Na moment prawdy.

Na odkrycie czy jego umysł naprawdę widzi coś co inni nie widzą, czy blockchain naprawdę oddycha i pulsuje i żyje…

Czy po prostu oszalał.

I jeśli oszalał, to przynajmniej będzie miał towarzystwo w szaleństwie — miliony innych ludzi takich jak on, desperackich, złamanych, szukających zbawienia w liczbach które tańczą na ekranie jak duchy, jak obietnice, jak ostatnia nadzieja w świecie który dawno przestał dawać nadzieję zwykłym ludziom.

Za oknem śnieg padał dalej.

Bergen spał.

A Carnivean Blackdream, człowiek który przeżył dzięki śmierci innego człowieka, człowiek który nosi ciężar winy który nigdy nie zniknie, zaczął widzieć rzeczy których nie powinien widzieć.

I to dopiero był początek.

ROZDZIAŁ 2
ALGORYTM WIDMO

Kraków, Polska

Grudzień 2025, 2:34 rano

Kazimierz Król nie spał od czterdziestu siedmiu godzin, ale nie było w tym nic szczególnie niezwykłego ani godnego uwagi, ponieważ bezsenność była jego standardowym stanem operacyjnym odkąd uzyskał nielegalny dostęp do komputera kwantowego należącego do korporacji z siedzibą w Zurychu i zaczął wykorzystywać jego moc obliczeniową do analizy rynków kryptowalutowych z precyzją która powinna być teoretycznie niemożliwa dla pojedynczego człowieka pracującego w wynajętym pokoju na trzecim piętrze starej kamienicy w krakowskim Kazimierzu. Ironia tej nazwy nigdy go nie bawiła, choć zauważał ją za każdym razem kiedy podawał adres dostawcom jedzenia, którzy przywozili mu cold pizza i energy drinki w środku nocy, jedyne pożywienie które konsumował przez ostatnie trzy tygodnie intensywnej pracy nad problemem który nie dawał mu spokoju.

Trzy monitory ustawione na biurku zrobionym z dwóch kozłów i starej drzwiowej deski wywietlały dane które dla większości ludzi wyglądałyby jak niezrozumiały chaos liczb, liter i wykresów pulsujących w czasie rzeczywistym, ale dla Kazimierza były czytelnością samą w sobie, językiem który rozumiał lepiej niż polski czy angielski czy jakikolwiek inny język wymyślony przez ludzi do komunikacji emocji i intencji których sam nigdy do końca nie potrafił zrozumieć. Pierwszy monitor pokazywał aktywność blockchaina Bitcoin, drugi Ethereum, trzeci wyniki jego własnego algorytmu kwantowego który w tej chwili analizował wzorce transakcji z ostatnich czterdziestu ośmiu miesięcy szukając anomalii statystycznych które mogłyby wskazywać na manipulację rynkiem, insider trading albo coś znacznie bardziej interesującego i niewytłumaczalnego.

Coś jak użytkownik o pseudonimie Luckone, człowiek który nie powinien istnieć, którego wyniki były matematycznie niemożliwe, którego wskaźnik sukcesu przekraczał progi prawdopodobieństwa tak bardzo że Kazimierz przez pierwsze dwa tygodnie analizy był przekonany że to musi być błąd w danych albo celowa manipulacja statystykami albo może najbardziej wyrafinowany bot tradingowy jaki kiedykolwiek stworzono przez zespół najlepszych programistów pracujących dla jakiegoś hedge fundu z Wall Street.

Ale to nie był błąd i to nie była manipulacja i definitywnie to nie był bot, ponieważ boty zostawiały ślady w blockchainie tak oczywiste dla kogoś kto wiedział gdzie szukać jak odciski palców na szkle, a Luckone nie zostawiał śladów poza samymi transakcjami perfekcyjnymi w swoim timingu, absolutnie idealnymi w swoich punktach wejścia i wyjścia, oszałamiającymi w swojej konsekwencji przez cztery lata aktywności która rozpoczęła się w marcu dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku od małego tokenu o nazwie SafeMoon i zakończyła się najprawdopodobniej gdzieś w okolicach grudnia dwa tysiące dwudziestego pierwszego w Warszawie gdzie ślad się urywał jakby Luckone po prostu przestał istnieć albo nauczył się być jeszcze bardziej niewidzialnym niż wcześniej.

Kazimierz pochylił się nad klawiaturą mechaniczną, której klawisze stukały z satysfakcjonującym rytmem kiedy wystukiwał komendy uruchamiające kolejną symulację Monte Carlo wykorzystującą moc obliczeniową QPU sto dwadzieścia osiem qubitowego procesora kwantowego do którego dostęp uzyskał przez backdoor w systemie VPN korporacji QuantumEdge Solutions siedem miesięcy temu wykorzystując exploit zero-day który kupił na ciemnym rynku za osiemnaście tysięcy dolarów, co było całością jego oszczędności z trzech lat legalnej pracy jako programista w małej firmie IT w Krakowie zanim zdecydował że nudne życie korporacyjne nie jest dla kogoś kto potrafi widzieć matematyczne wzorce tam gdzie inni widzą tylko chaos i nieprzewidywalność.

Algorytm pracował, liczby przewijały się na ekranie z hipnotyzującą prędkością, a Kazimierz pił już piątą puszkę Red Bulla tej nocy czując jak kofeina i tauryna pulsują w żyłach dając mu energię której jego ciało biologiczne już dawno nie było w stanie wyprodukować naturalnie. Wyniki zaczęły się pojawiać po trzech minutach i dwudziestu siedmiu sekundach, dokładnie tyle ile przewidywał model czasowy który stworzył na podstawie poprzednich symulacji.

ANALIZA PORÓWNAWCZA: Luckone vs Algorytm Kwantowy Flow

Okres: Marzec 2021 — Listopad 2021

Liczba transakcji Luckone: 87

Wskaźnik sukcesu Luckone: 94.8%

Liczba transakcji Algorytm Flow: 1,247

Wskaźnik sukcesu Algorytm Flow: 71.3%

Kazimierz patrzył na liczby nie mrugając przez pełne czterdzieści sekund, co wiedział dokładnie ponieważ liczył każdą sekundę w głowie, nawyk który wykształcił jeszcze w liceum kiedy nauczyciele mówili że powinien przestać liczyć wszystko wokół siebie bo to nie jest normalne i powinien nauczyć się być bardziej spontaniczny i mniej obsesyjny, rady których oczywiście nigdy nie zastosował ponieważ spontaniczność była przeciwieństwem precyzji a precyzja była jedyną rzeczą która miała sens w chaotycznym świecie pełnym ludzi kierujących się emocjami zamiast logiką.

Dziewięćdziesiąt cztery przecinek osiem procenta.

Człowiek pokonywał komputer kwantowy o dwadzieścia trzy przecinek pięć punktu procentowego.

To było niemożliwe.

Ale liczby nie kłamały, a Kazimierz sprawdził dane siedemnaście razy używając różnych metodologii i za każdym razem rezultat był ten sam, wykres pokazujący czerwoną linię Luckone’a konsekwentnie powyżej niebieskiej linii algorytmu Flow, czasami tylko minimalnie ale w długim okresie ta różnica kumulowała się w przepaść statystyczną której nie dało się wytłumaczyć żadnym znanym modelem matematycznym ani ekonomicznym ani psychologicznym.

Telefon zawibrował na biurku obok klawiatury, ekran rozświetlił się w ciemności pokoju pokazując wiadomość SMS od nieznanego numeru, co natychmiast wywołało alarm w głowie Kazimierza ponieważ nikt nie powinien mieć tego numeru, absolutnie nikt poza dwoma osobami które znał z czasów studiów i które na pewno nie wysyłałyby mu wiadomości o drugiej trzydzieści cztery nad ranem.

+48 XXX XXX XXX: Widzimy Cię, Flow. Kraków, Kazimierz, ulica Józefa 23/7. Komputer kwantowy QuantumEdge. Luckone. Masz 72 godziny żeby odpowiedzieć. Cena: współpraca albo konsekwencje. — Bratwa

Kazimierz przeczytał wiadomość trzy razy, analizując każde słowo, każdą literę, każdy znak interpunkcyjny szukając wskazówek kim mogą być nadawcy i jak dużo dokładnie wiedzą o jego działalności, i kalkulacja prawdopodobieństw w jego głowie natychmiast przyspieszyła pokazując scenariusze które wszystkie kończyły się źle, niektóre bardzo źle, jeden ekstremalnie źle z wieloma latami więzienia i całkowitą destrukcją wszystkiego co osiągnął przez ostatnie siedem miesięcy ciężkiej pracy.

Prawdopodobieństwo że to blef: dwanaście procent.

Prawdopodobieństwo że mają dowody: osiemdziesiąt jeden procent.

Prawdopodobieństwo że powinien natychmiast ewakuować się z Krakowa: dziewięćdziesiąt cztery procent.

Kazimierz wstał z krzesła po raz pierwszy od sześciu godzin, nogi sztywne i obolałe od długiego siedzenia, podszedł do okna wychodz

ącego na ulicę Józefa gdzie o tej godzinie panowała całkowita cisza przerwana tylko odległym szczekaniem psa i rzadkimi samochodami przejeżdżającymi przez Kazimierz w drodze do albo z nocnych klubów na Starym Mieście. Sprawdził ulicę, nie widział nikogo podejrzanego, żadnych zaparkowanych vanów z przyciemnianymi szybami, żadnych ludzi stojących w cieniu, ale wiedział że profesjonaliści nie byliby tak oczywisci, że obserwacja mogła odbywać się zdalnie przez kamery albo przez kogoś w mieszkaniu po drugiej stronie ulicy z lornetką i cierpliwością wyćwiczoną przez lata pracy w służbach specjalnych albo zorganizowanej przestępczości.

Drugi telefon, ten który trzymał wyłącznie do komunikacji awaryjnej, zawibrował na półce przy łóżku, a Kazimierz podszedł i podniósł go z niepokojem który był dla niego niezwykłym uczuciem bo zwykle potrafił kontrolować emocje znacznie lepiej niż przeciętny człowiek, emocje były w końcu tylko reakcjami neurochemicznymi które można było zrozumieć i przewidzieć jeśli miało się wystarczająco dużo danych.

Tym razem to nie był SMS ale telefon, nieznany numer z prefiksem międzynarodowym, co mogło oznaczać setki różnych rzeczy ale Kazimierz odebrał po piątym sygnale ponieważ kalkulacja pokazywała że ignorowanie problemu tylko pogorszy sytuację.

— Kazimierz Król — powiedział męski głos po drugiej stronie połączenia, brytyjski akcent wypolerowany przez lata spędzone prawdopodobnie w Londynie albo innym większym mieście anglosaskim, ton spokojny ale z nutką autorytetu która sugerowała że mówca jest przyzwyczajony do tego że ludzie słuchają kiedy mówi. — Znany również jako Flow, dwadzieścia cztery lata, geniusz matematyczny, nielegalny dostęp do komputera kwantowego QPU-128 należącego do QuantumEdge Solutions w Zurychu, algorytm tradingowy ze wskaźnikiem sukcesu osiemdziesiąt dziewięć procent, imponujące choć niewystarczające żeby pokonać Luckone’a którego właśnie analizujesz odkąd odkryłeś jego istnienie sześć tygodni temu.

Kazimierz milczał, jego mózg już przechodził w tryb pełnej analizy, budując profile psychologiczne dzwoniącego na podstawie tonu głosu, wyboru słów, przerw między zdaniami, każdego mikro-elementu komunikacji werbalnej który mógł dostarczyć informacji o intencjach i możliwościach.

— Kim jesteś? — zapytał w końcu, głos płaski i pozbawiony emocji, technika którą opanował do perfekcji przez lata radzenia sobie z ludźmi którzy próbowali go manipulować wykorzystując jego reakcje emocjonalne.

— Theron Frost, dyrektor generalny Frost Industries, i mam dla ciebie propozycję która będzie cię intrygować bardziej niż cokolwiek w twoim życiu dotychczas — odpowiedział mężczyzna bez wahania, bez niepewności, bez niczego co sugerowałoby że kłamie albo niepewnie czuje się w tej rozmowie. — Obserwuję cię od sześciu miesięcy, twój algorytm jest elegancki i skuteczny, ale szukasz czegoś więcej niż tylko pieniędzy, szukasz zagadki która pasjonuje cię bardziej niż zyski finansowe, i mam dla ciebie największą zagadkę matematyczną i kryptograficzną jakiej można sobie wyobrazić w świecie blockchain i kryptowalut.

— Luckone — powiedział Kazimierz bez wahania, ponieważ nie było sensu udawać że nie wie o czym mowa, a poza tym jeśli Theron Frost naprawdę obserwował go przez sześć miesięcy to wiedział doskonale nad czym Kazimierz pracował ostatnio z obsesją która przekraczała wszystkie poprzednie projekty.

Pauza po drugiej stronie, a potem śmiech który brzmiał autentycznie mimo że Kazimierz podejrzewał że było to tylko doskonałe udawanie autentyczności, umiejętność wyćwiczona przez lata negocjacji biznesowych i manipulacji ludźmi na najwyższych szczeblach korporacyjnej hierarchii.

— Widzę że już go znalazłeś, co sądzisz o jego wynikach? — zapytał Theron tonem który sugerował że zna odpowiedź ale chce usłyszeć jak Kazimierz to sformułuje własnymi słowami.

— Sądzę że albo ma dostęp do informacji których ja nie mam, insider trading na masową skalę koordynowany przez organizację dysponującą zasobami przekraczające możliwości pojedynczych osób, albo… — Kazimierz zawahał się przez ułamek sekundy, ponieważ logika mówiła mu że następne słowa będą brzmiały absurdalnie ale dane które analizował przez ostatnie tygodnie nie pozostawiały innego wytłumaczenia — ...albo widzi coś czego algorytmy nie widzą, wzorce których matematyka nie potrafi uchwycić, coś co wykracza poza deterministyczne modele i probabilistyczne symulacje kwantowe które są najlepszym narzędziem jakie mamy do przewidywania przyszłości na podstawie danych z przeszłości.

— Dokładnie — odpowiedział Theron z satysfakcją w głosie. — I właśnie dlatego cię potrzebuję w operacji która wymaga trzech komplementarnych elementów współpracujących w perfekcyjnej synchronizacji: twojego algorytmu kwantowego który dostarcza struktury matematycznej, instynktu Luckone’a który widzi to czego matematyka nie widzi, i umiejętności najlepszego hackera blockchain którego znam osoby która potrafi rozłożyć na czynniki pierwsze każdy smart kontrakt i znaleźć backdoory tam gdzie inni widzą tylko nieprzenikalny kod. Ghost Wallet, jeden miliard dwieście dwadzieścia trzy miliony czterysta sześćdziesiąt sześć tysięcy siedemset osiemdziesiąt dziewięć dolarów w Bitcoinach należących do zmarłego króla narkotykowego, zainteresowany współpracą?

Kazimierz nie odpowiedział natychmiast, jego umysł już budował drzewo decyzyjne z wszystkimi możliwymi scenariuszami i ich prawdopodobieństwami, analizując konsekwencje każdej możliwej odpowiedzi i każdego możliwego działania które mógłby podjąć w najbliższych godzinach, dniach, tygodniach.

Scenariusz A — Odmowa:

Prawdopodobieństwo że Theron poinformuje QuantumEdge o nielegalnym dostępie: 78%

Prawdopodobieństwo że Bratwa zwiększy presję: 91%

Prawdopodobieństwo aresztowania w ciągu 30 dni: 43%

Prawdopodobieństwo utraty dostępu do komputera kwantowego: 100%

Wartość oczekiwana scenariusza: -847 punktów (w skali własnej metryki użyteczności)

Scenariusz B — Akceptacja:

Prawdopodobieństwo sukcesu operacji: niewiadoma, niewystarczające dane

Prawdopodobieństwo spotkania Luckone’a: 95%

Prawdopodobieństwo zrozumienia jego metod: 67%

Wartość poznawcza: bezcenna

Wartość oczekiwana scenariusza: +2,341 punktów

— Jeden warunek — powiedział Kazimierz po dokładnie siedmiu sekundach ciszy. — Chcę wiedzieć jak on to robi, kompletna analiza jego metod, nie tylko wykorzystanie jego talentu jak narzędzia ale fundamentalne zrozumienie mechanizmu który pozwala mu widzieć wzorce niemożliwe do uchwycenia przez algorytmy, bo to jest pytanie które nie daje mi spać bardziej niż jakiekolwiek inne pytanie w moim życiu.

— Umowa stoi — odpowiedział Theron bez nawet sekundy wahania, co było podejrzane ale akceptowalne biorąc pod uwagę że prawdopodobnie miał już przygotowane odpowiedzi na wszystkie możliwe warunki które Kazimierz mógłby postawić. — Warszawa jutro wieczorem, wyślę ci lokalizację za godzinę, nie spóźnij się Flow bo to jedyna szansa którą dostaniesz i jedyna szansa którą ja ci zaoferuję zanim znajdę kogoś innego kto będzie skłonny współpracować bez stawiania warunków.

Połączenie zostało przerwane jednostronnie.

Kazimierz stał w ciemności swojego pokoju w Kazimierzu, telefon w dłoni, trzy monitory za nim wciąż świecące danymi o Luckone którego miał spotkać za mniej niż dwadzieścia cztery godziny, i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczuł coś co można było nazwać ekscytacją, emocję którą zwykle ignorował jako nieproduktywną i rozpraszającą ale która teraz pulsowała w jego piersi jak dodatkowe serce pompujące adrenalinę zamiast krwi.Prawdopodobieństwo że to była pułapka: 67%.

Prawdopodobieństwo że nie pożałuje jeśli odmówi: 0%. Decyzja była matematycznie oczywista. Kazimierz Król zaczął się pakować.

ROZDZIAŁ 3 CZERWONY Ślad

Warszawa, Polska

Grudzień 2025, 7:00 rano

O siódmej rano Scarlett Voss była blondynką w peruce syntetycznej koloru pszenicznego złota, włosy gładko zaczesane w elegancki kok który nadawał jej wygląd korporacyjnej profesjonalistki pracującej w branży fintech gdzie nikt nie zwracał uwagi na kolejną analityczkę finansową w neutralnie czarnym garniturze z Zary idealnie wyprasowanym i makijażu subtelnym w odcieniach beżu i różu które mówiły światu że jestem nudna i przewidywalna i całkowicie niegodna zainteresowania, co było dokładnie tym czego Scarlett potrzebowała żeby przetrwać w Warszawie jako osoba której prawdziwe życie zaczynało się dopiero po dziewiątej wieczorem kiedy peruka znikała odsłaniając krótkie czarne włosy w pixie cut z czerwonymi pasemkami które nadawały jej wygląd postaci z cyberpunkowych komiksów a garnitur zastępowały skórzane spodnie i obcisły tank top transformujący Scarlett Voss analityczkę w Crimson Fox hackerę złodziejkę ducha który nawiedzał ciemne zakamarki internetu z precyzją chirurgiczną i zerowym śladem pozostawionym za sobą.

Mieszkanie na Krasińskiego czterdzieści siedem w Żoliborzu było typową PRL-owską kawalerką o powierzchni trzydziestu dwóch metrów kwadratowych na czwartym piętrze w budynku bez windy gdzie ściany cienkie jak papier przepuszczały każdy dźwięk a sąsiadka z dołu karmiła koty punktualnie o piątej rano co zawsze budziło Scarlett podczas gdy sąsiad z góry bił żonę w weekendy ale nikt nigdy nie wzywał policji bo w tym budynku nikt nikogo nie znał i nikt się nie wtrącał w cudze sprawy, idealne rozwiązanie dla kogoś kto potrzebował być niewidzialnym w mieście gdzie anonimowość była luksusem dostępnym tylko dla tych którzy rozumieli jak grać grę kamuflażu na poziomie mistrzowskim.

Metro z Placu Wilsona czerwona linia w kierunku centrum dwadzieścia minut do Politechniki potem przesiadka na autobus i kolejne piętnaście minut do CryptoHub Warsaw przy ulicy Puławskiej gdzie o ósmej trzydzieści Scarlett pojawiała się z uśmiechem dla recepcjonistki i kawą z ekspresu którą nosiła do biurka przy oknie gdzie Excel blockchain analytics i compliance reports czekały na nią z nudą która była doskonałym przykryciem dla tego co robiła naprawdę po zmroku kiedy trzy monitory w jej kawalerce wyświetlały dane które dla większości ludzi wyglądałyby jak niezrozumiały chaos ale dla Crimson Fox były językiem który rozumiała lepiej niż polski czy angielski czy jakikolwiek inny język stworzony przez ludzi do komunikacji rzeczy które nie były równie ważne jak kod smart contractów i exploity zero-day i backdoory w protokołach blockchain których nikt inny nie potrafił znaleźć.

Cel dzisiejszej nocy nosił nazwę która brzmiała jak tytuł rosyjskiego thrillera Триада Мороза w angielskim tłumaczeniu Frost Triad co było ironiczne biorąc pod uwagę że Scarlett za kilka godzin miała ukraść dwa miliony trzysta tysięcy dolarów w USDT z portfela Ethereum należącego do Dimitri Volkova szefa warszawskiego oddziału Bratwy gnoja mordercy i jej celu którego pieniądze pochodziły z prania zysków z narkotyków wymuszenia i handlu bronią, wszystko to udokumentowane w notatkach które Scarlett zbierała przez ostatnie sześć tygodni obserwacji cyfrowej każdego ruchu każdej transakcji każdego błędu w opsec Volkova który był wystarczająco arogancki żeby wierzyć że blockchain zapewnia całkowitą anonimowość podczas gdy w rzeczywistości każda transakcja zostawiała ślady dla kogoś kto wiedział gdzie szukać.

Palce zatańczyły po klawiaturze mechanicznej z precyzją pianistki wykonującej najtrudniejszy koncert Chopina o godzinie drugiej nad ranem kiedy smart contract exploit połączony z flash loan attack i protokołem mixera uruchomionym przez dwanaście warstw blockchain z podziałem na osiemnaście sub-portfeli i końcową konsolidacją po czterdziestu ośmiu godzinach przeniósł dwa miliony trzysta tysięcy dolarów z portfela Bratwy do cold storage Scarlett tak czysto że blockchain pokazywał tylko chaos setki transakcji tysiące adresów pośredniczących zero śladów prowadzących do Crimson Fox która pozwoliła sobie na uśmiech pierwszy tego wieczoru pierwszy od bardzo dawna odkąd Sophie przestała istnieć w grudniu dwa tysiące dwudziestego drugiego roku w kanale w Guadalajarze z trzema kulkami w klatce piersiowej.

Nie myśl o tym nie teraz Sophie.

Telefon zawibrował na stoliku burner kupiony za gotówkę w kiosku na stacji benzynowej niemożliwy do namierzenia jednorazowy nieznany numer co było niemożliwe bo nikt absolutnie nikt nie powinien mieć tego numeru nie teraz nie kiedykolwiek, a Scarlett odebrała po piątym sygnale nie mówiąc ani słowa czekając aż dzwoniący ujawni się pierwszy co było podstawową zasadą każdego hackera wartego tego miana nigdy nie dawaj informacji dopóki nie wiesz kto jest po drugiej stronie połączenia.

— Imponująca robota dzisiejszej nocy Fox — dobiegł ją męski głos głęboki kontrolowany z lekkim brytyjskim akcentem wyszlifowanym latami spędzonymi prawdopodobnie w korporacyjnym świecie Londynu albo Nowego Jorku albo któregoś z tych miejsc gdzie pieniądze mówiły głośniej niż jakikolwiek moralny kodeks. — Bratwa będzie wściekła kiedy to odkryje co pewnie nastąpi za jakieś osiem godzin kiedy Volkov sprawdzi swój portfel rano i zobaczy że jest pusty całkowicie opróżniony wyzerowany jak po egzekucji.

— Kim jesteś? — Scarlett nie ukrywała zimna w swoim głosie bo ukrywanie emocji w tym momencie byłoby bezsensowne kiedy ktoś właśnie udowodnił że wie kim jest co robi gdzie mieszka i prawdopodobnie co je na śniadanie każdego ranka w tej żałosnej PRL-owskiej kawalerce która była jej jedynym schronieniem w mieście pełnym drapieżników.

— Theron Frost CEO Frost Industries i mam dla ciebie ofertę której nie będziesz mogła odrzucić brzmi jak klisze z taniego thrillera ale zapewniam cię że jestem absolutnie poważny kiedy mówię że obserwuję cię od sześciu miesięcy Scarlett każda operacja każda kradzież kartel w Guadalajarze jeden milion sto tysięcy dolarów rosyjska mafia w Pradze osiemset tysięcy triada w Szanghaju trzy miliony czterysta tysięcy zawsze kradniesz od złych ludzi zawsze czysto profesjonalnie i zawsze personalnie z jakiegoś powodu którego nie rozumiem ale który zamierzam wykorzystać do własnych celów.

Scarlett milczała serce zaczęło bić szybciej ale ręce pozostały nieruchome na klawiaturze bo pokazanie strachu było równoznaczne ze śmiercią w świecie gdzie słabość była zaproszeniem dla drapieżników żeby cię pożarli żywcem bez ceremonii bez litości bez niczego co przypominałoby ludzkie współczucie.

— Spotkajmy się — kontynuował Theron jakby rozmawiał o spotkaniu biznesowym a nie nocnym rendez-vous z hakerką która właśnie ukradła fortunę od organizacji zdolnej zabić ją w dwadzieścia różnych sposobów z których każdy byłby bardziej bolesny niż poprzedni. — Dzisiaj klub Obsidian na Placu Defilad północ sam na sam bez świadków bez ochrony tylko ty i ja i propozycja która zmieni twoje życie albo je zakończy w zależności od tego jak zareagujesz.

— A jeśli odmówię? — Scarlett znała odpowiedź zanim ją usłyszała bo zawsze była tylko jedna odpowiedź w tego typu sytuacjach kiedy ktoś miał na ciebie haka i nie wahał się go użyć.

— Wtedy Bratwa otrzyma twój prawdziwy adres zdjęcie twojej twarzy i pełne dane osobowe Scarlett Voss Krasińskiego czterdzieści siedem mieszkanie dwanaście CryptoHub Warsaw biurko trzy-siedem-B trzecie piętro a także informację że to ty zabrałaś ich dwa miliony trzysta tysięcy dolarów co sprawi że następne dwadzieścia cztery godziny będą ostatnimi dwudziestoma czterema godzinami twojego życia i nie będą przyjemne.

Zimno spłynęło wzdłuż kręgosłupa Scarlett niczym lodowata woda wlewająca się bezpośrednio do rdzenia kręgowego paraliżująca każdy nerw każdy mięsień każdą myśl poza jedną który pulsowała w głowie jak alarm czerwony jak krzyk jak ostrzeżenie że właśnie przekroczyła punkt bez powrotu.

— Czego chcesz? — zapytała w końcu bo nie było sensu przedłużać tej rozmowy kiedy wynik był już przesądzony od momentu kiedy ten człowiek zadzwonił na numer który był niemożliwy do zdobycia co oznaczało że Theron Frost miał zasoby przekraczające wszystko co Scarlett mogła sobie wyobrazić.

— Porozmawiamy twarzą w twarz północ nie spóźniaj się Scarlett nie lubię czekać a jeszcze mniej lubię ludzi którzy lekceważą moje polecenia bo zazwyczaj żałują tego bardzo szybko i bardzo intensywnie.

Rozłączył się bez pożegnania.


Klub Obsidian na Placu Defilad wyglądał z zewnątrz jak każdy inny ekskluzywny lokal w centrum Warszawy wejście dyskretne czarne drzwi bez żadnego szyldu tylko mały numer jeden-A wytłoczony na metalowej tabliczce a ochroniarz przy drzwiach mierzył prawie dwa metry wzrostu garnitur doskonale skrojony słuchawka w uchu połączona z niewidzialnym systemem komunikacji który prawdopodobnie obejmował cały budynek każdy korytarz każdy pokój każdy kąt gdzie ktoś mógłby próbować uciec albo ukryć się przed tym co miało nadejść.

Scarlett podeszła o za piętnaście północ nie wahając się ani przez sekundę bo wahanie zawsze oznaczało słabość a ona nie mogła sobie pozwolić na słabość nie tej nocy nie kiedy szła na spotkanie z człowiekiem który wiedział wszystko o niej wszystko co starała się ukryć przez ostatnie trzy lata odkąd Sophie zginęła w tym przeklętym kanale w Guadalajarze.

— Nazwisko? — zapytał ochroniarz głosem tak niskim że bardziej przypominał warkot.

— Scarlett Voss pan Frost na mnie czeka.

Drzwi otworzyły się automatycznie odsłaniając długi korytarz o czarnych ścianach i czerwonym oświetleniu który przypominał wnętrze tętnicy pulsującej krwią podczas gdy muzyka pulsowała gdzieś w głębi budynku ciężki bass rytmicznie uderzający w ściany jak serce które biło za szybko za mocno za blisko śmierci.

Główna sala klubu tonęła w ciemności przetykanej neonowymi światłami w kolorze fioletu i czerwieni bar po lewej stronie VIP lounge po prawej dance floor pośrodku gdzie ludzie tańczyli ciała splecione w rytmie muzyki pot alkohol desperacja warszawska elita bawiąca się jak zawsze drogo głośno anonimowo ukrywając prawdziwe twarze pod maskami uprzejmości które nosili jak zbroje chroniące przed rzeczywistością świata gdzie pieniądze kupowały wszystko włącznie z niewinność którą dawno stracili.

Inny ochroniarz poprowadził Scarlett na górę spiralnymi metalowymi schodami które prowadziły do prywatnej loży na drugim piętrze drzwi czarne masywne ciężkie a ochroniarz zapukał dwa razy precyzyjnie jak kod jakiegoś tajnego rytuału którego znaczenia Scarlett nie znała ale intuicyjnie rozumiała że był ważny.

— Wejść — dobiegł głos z wnętrza.


Theron Frost siedział w skórzanym fotelu zwrócony twarzą do panoramicznego okna przez które roztaczał się widok na nocną Warszawę Pałac Kultury świecący jak latarnia morska Złota czterdzieści cztery wznosząca się jak srebrny miecz wbity w serce miasta światła rozciągające się aż po horyzont gdzie ciemność pochłaniała wszystko co próbowało się wymknąć z kręgu iluminacji i Scarlett pomyślała że to była doskonała metafora ich spotkania dwoje ludzi stojących w świetle otoczonym ciemnością która czekała żeby ich pochłonąć w momencie kiedy zrobią jeden niewłaściwy krok.

Miał na sobie garnitur Tom Forda w kolorze granatowym idealnie skrojony podkreślający szerokie ramiona włosy siwe zaczesane do tyłu z precyzją chirurgiczną twarz o ostrych liniach szczęka kwadratowa nos prosty brwi gęste oczy koloru stali zimne jak skandynawski metal wykuty w temperaturze która zabijała wszystko co było miękkie ludzkie śmiertelne, a Scarlett wiedziała natychmiast że ten człowiek był niebezpieczny bardziej niebezpieczny niż Bratwa bardziej niebezpieczny niż kartel bardziej niebezpieczny niż ktokolwiek kogo spotkała w swoim życiu bo jego niebezpieczeństwo nie było prymitywne i brutalne ale wyrafinowane kontrolowane absolutne jak śmierć która przychodzi po cichutku bez ostrzeżenia bez szansy na ucieczkę.

— Scarlett Voss — powiedział Theron nie podnosząc się z fotela nie wyciągając ręki na powitanie tylko patrzył oceniał jak drapieżnik mierzący ofiarę przed atakiem. — Albo może powinienem powiedzieć Crimson Fox bo to jest twoje prawdziwe imię prawda to kim jesteś naprawdę nie nudna analityczka finansowa ale duch żyjący w blockchain kradnący od ludzi którzy zasługują na to żeby być okradanym i myślisz że to czyni cię szlachetną ale w rzeczywistości jesteś tylko kolejną złodziejką tyle że z lepszym PR-em.

Scarlett zamknęła za sobą drzwi i podeszła bliżej ale nie usiadła stała z rękami luźno wzdłuż ciała gotowa do ucieczki albo walki zawsze gotowa na wszystko bo nieprzygotowanie oznaczało śmierć a ona nie zamierzała umrzeć nie teraz nie kiedy miała jeszcze do zrobienia jedną rzecz jedyną rzecz która miała znaczenie w tym bezsensownym świecie pełnym ludzi którzy zabijali dla pieniędzy dla władzy dla niczego.

— Czego chcesz panie Frost? — zapytała chłodno.

— Theron proszę nie lubię formalności — nalał whisky Macallan dwadzieścia pięć lat do dwóch kryształowych szklanek jedną podał w jej stronę ale Scarlett nie wzięła bo picie z kimś kto cię szantażuje było jak picie trucizny z uśmiechem na twarzy. — Mądra decyzja nie ufasz mi co jest rozsądne biorąc pod uwagę że szantażuję cię w środku nocy grożąc że wydam cię Bratwie jeśli nie zgodzisz się współpracować.

— Dlaczego miałabym ci ufać? — Głos Scarlett był płaski pozbawiony emocji bo emocje w tym momencie byłyby bronią którą Theron mógłby użyć przeciwko niej.

— Bo mogę dać ci coś czego sama nigdy nie zdobędziesz — odpowiedział Theron i wstał z fotela podszedł do okna patrząc na miasto rozciągające się w dole jak mapa świata którego był niekoronowanym królem. — Sophie Voss twoja siostra zamordowana dwudziestego trzeciego grudnia dwa tysiące dwudziestego drugiego roku w Guadalajarze w Meksyku kartel trzy strzały w klatkę piersiową ciało znalezione w kanale trzy dni później w stanie rozkładu który sprawiał że identyfikacja była możliwa tylko przez analizę DNA bo twarz została tak zniszczona przez wodę i ryby i czas że nawet ty nie poznałabyś jej gdybyś stała nad tym ciałem w meksykańskiej kostnicy gdzie nikt nie dbał o kolejną zabitą kobietę bo takich było tysiące każdego roku setki tysięcy ofiar wojny narkotykowej której nikt nie wygrywał poza tymi którzy sprzedawali broń i prali pieniądze.

Scarlett zamarła nazwisko siostry z ust tego człowieka brzmiało jak profanacja jak gwałt na pamięci zmarłego jak coś co powinno być święte ale zostało splamione przez dotyk kogoś kto nie miał prawa nawet wymówić tego imienia a ręce zacisnęły się w pięści ale twarz pozostała lodowato spokojna bo pokazanie co naprawdę czujesz było jak odsłonięcie gardła przed wilkiem który czekał tylko na ten moment żeby je rozerwać.

— Skąd wiesz o Sophie? — zapytała głosem cichym niebezpiecznie cichym wibrującym od powstrzymywanego gniewu który groził że eksploduje w każdej sekundzie.

— Wiem wszystko o tobie Scarlett wszystko — Theron odwrócił się od okna i spojrzał jej prosto w oczy. — Urodzona w Krakowie dwadzieścia siedem lat temu rodzice zginęli w wypadku samochodowym kiedy miałaś jedenaście lat Sophie była starsza miała wtedy dwadzieścia jeden lat to ona cię wychowała płaciła za szkołę za jedzenie za wszystko poświęcając własne życie własne marzenia żeby ty mogłaś mieć szansę na coś lepszego a potem w dwa tysiące dziewiętnastym uciekła do Meksyku nowy chłopak nowe życie wielkie plany które wszystkie skończyły się kiedy kartel ją zabił El Sindicato Fantasma Ghost Syndicate organizacja Ramona Delgado zwanego El Fantasma który był królem narkotykowym kontrolującym połowę handlu heroiną w Ameryce Środkowej zanim ktoś go zastrzelił w dwa tysiące dwudziestym drugim roku w tym samym klubie gdzie twoja siostra zginęła co nie było przypadkiem bo nic w tym biznesie nigdy nie jest przypadkiem.

— Skąd wiesz — Głos Scarlett był teraz niski wibrujący od powstrzymywanego gniewu który był na granicy eksplozji.

— Bo pracuję z nimi — powiedział Theron tak spokojnie jakby mówił o pogodzie albo kursie akcji jakby przyznawanie się do współpracy z mordercami było czymś całkowicie normalnym w jego świecie gdzie moralność była towarem wymiennym zależnym od tego ile płaciła druga strona. — Frost Industries oficjalnie zajmujemy się fintech blockchain compliance konsultingiem korporacyjnym nieoficjalnie pramy pieniądze dla kartelu miliardy dolarów rocznie przez cryptocurrencies przez zdecentralizowane giełdy przez protokoły mixingu czysto legalnie niewidzialnie jestem najlepszy w tym co robię i właśnie dlatego jestem wart cztery miliardy dolarów podczas gdy ty kradniesz miliony w pojedynczych operacjach żyjąc w PRL-owskiej kawalerce na Żoliborzu.

Scarlett patrzyła na niego w milczeniu ten człowiek właśnie przyznał się do współpracy z mordercami jej siostry stał metr od niej bez ochrony bez broni całkowicie bezbronny mogła go zabić teraz własnymi rękami to byłoby łatwe proste satysfakcjonujące ale coś ją powstrzymywało jakaś część mózgu która wciąż działała logicznie mimo że reszta krzyczała żeby wyrwać mu gardło zębami.

— Dlaczego mi to mówisz? — zapytała zamiast rzucić się na niego.

— Bo potrzebuję cię do czegoś — odpowiedział Theron i wrócił do fotela usiadł skrzyżował nogi całkowicie spokojny jakby nie widział niebezpieczeństwa w jej oczach jakby wiedział że nie zrobi nic bo potrzebuje usłyszeć co ma do powiedzenia. — Jest coś co chcę ukraść coś bardzo dużego bardzo ważnego bardzo niemożliwego i potrzebuję najlepszego hackera jakiego znam potrzebuję Crimson Fox żeby pomóc mi otworzyć coś co nazywa się Ghost Wallet portfel należący do El Fantasmy Ramona Delgado jeden miliard dwieście milionów dolarów w Bitcoin zaszyfrowany przed jego śmiercią klucze prywatne rozdzielone na fragmenty i ukryte w miejscach których nikt nie zna bo Ramon był paranoidalny wystarczająco żeby nie ufać nikomu nawet najbliższym współpracownikom.

— A w zamian? — Scarlett czekała na haczyk bo zawsze był haczyk.

— W zamian dam ci to — Theron otworzył laptopa leżącego na stoliku i obrócił ekran w jej stronę pokazując plik PDF o tytule wyświetlonym wielkimi literami Ghost Wallet Internal Cartel Documentation.

Scarlett podeszła bliżej zaczęła czytać serce zaczęło bić coraz szybciej z każdym akapitem bo dokument mówił coś co sprawiło że przestała oddychać na moment który wydawał się wiecznością.

Sophie Voss została użyta jako kurierka nieświadoma manipulowana przez swojego chłopaka który pracował dla kartelu jeden z kluczy do Ghost Wallet został wytatuowany na jej plecach alfanumeryczny kod ukryty w wzorze przypominającym tribal art Sophie nie wiedziała co nosi na swoim ciele chłopak nie powiedział jej prawdy a potem kartel się dowiedział że ktoś poza organizacją zna o tym kluczu i zabili ją żeby zniszczyć dowód żeby klucz zniknął razem z nią żeby nikt nigdy nie mógł użyć tego fragmentu hasła do odblokowania fortuny która teraz leżała nietkn ięta w blockchain czekająca na kogoś wystarczająco inteligentnego i desperackiego żeby ją znaleźć.

— Pomóż mi otworzyć Ghost Wallet — powiedział Theron cicho niemal łagodnie jak ktoś kto proponuje transakcję biznesową a nie pakt z diabłem. — A ja dam ci wszystkich którzy zabili Sophie nazwiska adresy zdjęcia dowody wszystko czego potrzebujesz do zemsty która będzie słodka i całkowita i absolutnie bezlitosna bo wiem że o tym myślisz każdego dnia każdej nocy od trzech lat odkąd znalazłaś jej ciało w tej kostnicy w Guadalajarze i patrzyłaś na twarz która była tak zniszczona że ledwo mogłaś ją rozpoznać ale wiedziałaś że to Sophie bo czułaś to w kościach w sercu w każdej komórce swojego ciała które krzyczało że twoja siostra nie żyje a ty nie zrobiłaś nic żeby ją uratować bo nie wiedziałaś że jest w niebezpieczeństwie.

Scarlett podniosła wzrok znad ekranu i spojrzała na Therona ten człowiek pracował dla kartelu tego samego kartelu który zamordował jej siostrę ten człowiek wiedział o Sophie może nawet wiedział wcześniej może mógł ją uratować ale nie zrobił tego a teraz oferował jej informacje w zamian za pomoc w kradzieży fortuny która mogła zmienić jego życie albo ją zniszczyć w zależności od tego jak potoczą się wydarzenia.

— Dlaczego miałabym ci ufać? — zapytała wiedząc że to pytanie jest retoryczne bo nie miała wyboru nigdy nie miała wyboru od momentu kiedy Theron zadzwonił na jej burner phone.

— Bo nie masz wyboru Scarlett — Theron wstał z fotela i podszedł do niej stanął centymetr od niej tak blisko że czuła jego zapach drogi cologne mieszający się z whisky i czymś jeszcze czymś co pachniało władzą pieniędzmi śmiercią. — Bratwa cię ściga za dzisiejszą kradzież to kwestia czasu zanim cię znajdą kartel jeszcze nie wie że jesteś siostrą Sophie ale jak się dowiedzą skończysz dokładnie tak samo jak ona w kanale z kulkami w piersi a ja mogę cię ochronić mogę dać ci zasoby ochronę informacje mogę dać ci zemstę Scarlett wszystko czego pragniesz w zamian za jedną rzecz tylko jedną małą rzecz która dla ciebie powinna być łatwa biorąc pod uwagę twoje umiejętności.

— Co? — Scarlett nie cofnęła się przed tym dotykiem kiedy ręka Therona dotknęła jej policzka delikatnie ale z wyraźnym podtekstem posiadania.

— Posłuszeństwo — słowo zawisło w powietrzu między nimi jak ostrze noża gotowe przeciąć gardło w momencie kiedy którekolwiek z nich zrobi niewłaściwy ruch.

ROZDZIAŁ 4: PIERWSZY KONTAKT

Introludium: Cena partnerstwa

Londyn, Wielka Brytania

Październik 2019 — sześć lat wcześniej

Frost Industries zajmowało dwanaście pięter w wieżowcu Canary Wharf, szkło i stal wznoszące się nad Tamizę jak pomnik ludzkiej ambicji. Z okna gabinetu Therona Frosta na trzydziestym siódmym piętrze rozciągał się widok na całe miasto — Tower Bridge, London Eye, St. Paul’s Cathedral, wszystkie ikony imperium które dawno przestało być imperium ale wciąż udawało że liczy się w świecie.

Theron miał czterdzieści cztery lata i właśnie dowiedział się że jego firma ma trzy miesiące do bankructwa.

Siedział przy biurku z mahoniu, które kosztowało więcej niż roczna pensja większości jego pracowników, i patrzył na spreadsheet otwarty na ekranie laptopa. Liczby były brutalne w swojej szczerości. Kwartalny raport pokazywał stratę osiemnaście milionów funtów. Rezerwy gotówkowe wystarczą maksymalnie do stycznia. Inwestorzy pytają kiedy zobaczą zwrot. Rada dyrektorów szykuje votum nieufności.

Wszystko co zbudował przez piętnaście lat — od startupu w garażu w Cambridge do fintech giganta notowanego na NASDAQ — rozpadało się jak dom z kart w wietrze który nazywał się globalny kryzys płynności po pandemii.

Telefon zawibrował na biurku. Nieznany numer, brytyjski kierunkowy ale nie londyński. Theron odebrał bo w tym momencie każdy telefon mógł być ratunkiem albo kolejnym gwoździem do trumny.

— Theron Frost? — głos męski, akcent trudny do określenia, może hiszpański ale wygładzony przez lata spędzone w międzynarodowym biznesie.

— Słucham.

— Nazywam się Miguel Varga. Reprezentuję klienta który ma propozycję biznesową. Dyskretną, dochodową, wymagającą pewnej… elastyczności moralnej.

Theron powinien rozłączyć się natychmiast. Dwadzieścia lat w biznesie nauczyło go rozpoznawać niebezpieczne oferty kiedy brzmiały zbyt dobrze żeby były prawdziwe. Ale liczby na ekranie przed nim krzyczały głośniej niż instynkt samozachowawczy.

— Ile dyskretną? — zapytał zamiast się rozłączyć.

— Na tyle żeby żaden rząd na świecie nie mógł zamrozić transakcji. Cryptocurrency, blockchain, zdecentralizowane systemy które pan tak dobrze rozumie. Mój klient potrzebuje kogoś kto pomoże… zoptymalizować przepływ kapitału przez granice i jurysdykcje.

Pranie pieniędzy. Tego Miguel nie powiedział wprost ale znaczenie było kryształowo jasne. Ktoś potrzebował sposobu żeby przenieść brudne pieniądze przez blockchain i zamienić je w czyste legalne aktywa.

— Kim jest pana klient? — zapytał Theron wiedząc że zadaje pytanie na które nie chce znać odpowiedzi.

— Spotkajmy się osobiście. Jutro wieczorem, Paryż, restauracja Le Jules Verne w wieży Eiffla. Rezerwacja na nazwisko Dupont, godzina dwudziesta pierwsza. Sam, bez asystentów, bez adwokatów. Tylko pan i rozmowa która może uratować pana firmę.

— Skąd pan wie o—

Miguel przerwał zanim zdążył dokończyć.

— Wiemy wszystko o panu, panie Frost. Wiemy że Frost Industries tonie. Wiemy że ma pan długi których nie może spłacić i inwestorów których nie może zadowolić. Wiemy że bez zewnętrznego kapitału zbankrutuje pan w ciągu kwartału. I wiemy że jest pan wystarczająco inteligentny żeby zrozumieć kiedy los daje jedyną szansę na przeżycie.

Rozłączył się nie czekając na odpowiedź.

Theron patrzył na telefon przez długą minutę. Za oknem Londyn lśnił w październikowym słońcu, obojętny na jego problemy, obojętny na moralne dylematy pojedynczego człowieka walczącego o przetrwanie w systemie który nie wybacza porażek.

Miał wybór. Mógł zignorować tę propozycję, szukać legalnych inwestorów mimo że wszyscy już odmówili, próbować jeszcze desperackich cięć kosztów i restrukturyzacji. Za trzy miesiące Frost Industries przestałoby istnieć, pięćset ludzi straciłoby pracę, jego nazwisko stałoby się synonimem niepowodzenia w środowisku które ceniło tylko zwycięzców.

Albo mógł polecieć do Paryża.

Zarezerwował lot na jutro rano, klasa biznes, powrotny otwarty. Nie wiedział jeszcze że ta decyzja zmieni go z odnoszącego sukcesy przedsiębiorcy w wspólnika kartelu narkotykowego. Nie wiedział że za trzy lata będzie po części odpowiedzialny za śmierć niewinnej kobiety w Guadalajarze. Nie wiedział że sprzeda duszę za przeżycie firmy której już nie będzie mógł nazwać czystą.

Ale gdyby wiedział… prawdopodobnie i tak pojechałby.

Bo Theron Frost zawsze przeżywał. Za wszelką cenę.


Paryż, Francja

Październik 2019

Le Jules Verne mieściło się na drugim piętrze wieży Eiffla, restauracja z gwiazdką Michelin gdzie kolacja dla dwóch osób kosztowała więcej niż miesięczny czynsz przeciętnego Paryżanina. Theron przybył punktualnie o dwudziestej pierwszej, garnitur Brioni, buty John Lobb, zegarek Patek Philippe — cała zbroja sukcesu którą nosił żeby ukryć rozpacz człowieka tonącego w długach.

Stolik był zarezerwowany przy oknie z widokiem na Sekwanę. Mężczyzna już czekał.

Ramon Delgado nie wyglądał jak stereotypowy baron narkotykowy. Nie było złotych łańcuchów ani ostentacyjnej biżuterii, żadnych ochroniarzy w tle ani groźnego spojrzenia. Wyglądał jak każdy inny międzynarodowy biznesmen — pięćdziesiątka, srebrne włosy zaczesane do tyłu, garnitur Armani w kolorze granatowym, okulary w oprawce z hawajki. Pił czerwone wino, czytał menu, mógłby być inwestorem venture capital albo CEO koncernu farmaceutycznego.

Tylko oczy zdradzały prawdę. Zimne, kalkulujące, oczy drapieżnika który zabił więcej ludzi niż Theron kiedykolwiek poznał w życiu.

— Panie Frost — powiedział Ramon po angielsku z lekkim hiszpańskim akcentem. Wstał, wyciągnął rękę. Uścisk mocny, pewny, dłoń bez obrączki ale z ledwo widoczną blizną przez knykcie. — Dziękuję że pan przyleciał. Proszę usiąść.

Theron usiadł naprzeciwko. Kelner pojawił się natychmiast, przyniósł kartę win. Ramon zamówił butelkę Château Margaux dwa tysiące piątego roku za tysiąc dwieście euro bez mrugnięcia okiem.

— Miguel mówił że ma pan propozycję — zaczął Theron starając się brzmieć na bardziej pewnego siebie niż się czuł.

— Propozycja to zbyt słabe słowo — odpowiedział Ramon. — To partnerstwo. Długoterminowe, wzajemnie korzystne, bardzo dochodowe dla obu stron. Moja organizacja generuje znaczny przepływ gotówki. Rocznie około dwunastu miliardów dolarów wymaga… przekształcenia z jednej formy w inną. Z nielegalnej w legalną, z fizycznej w cyfrową, z widocznej w niewidzialną.

— Pranie pieniędzy — powiedział Theron wprost.

Ramon uśmiechnął się, pierwszy raz tego wieczoru.

— Lubię pana bezpośredniość. Tak, pranie pieniędzy, choć wolę termin optymalizacja przepływów finansowych. Przez lata używaliśmy tradycyjnych metod. Banki w rajach podatkowych, shell companies, fikcyjne transakcje nieruchomości. Ale świat się zmienia, panie Frost. Rządy stają się bardziej agresywne, regulacje coraz bardziej restrykcyjne, a tradycyjny system finansowy coraz mniej dyskretny.

Ramon nalał sobie wina, następnie Theronowi mimo że ten nie dotknął jeszcze szklanki.

— Cryptocurrency zmienia wszystko — kontynuował. — Bitcoin, Ethereum, zdecentralizowane giełdy, smart contracts, mixery które mieszają transakcje tak że niemożliwe jest śledzenie źródła. To przyszłość, panie Frost. I pana firma, Frost Industries, specjalizuje się dokładnie w tej dziedzinie. Compliance, blockchain analytics, integracja z tradycyjnym systemem bankowym. Ma pan narzędzia których potrzebujemy. My mamy kapitał którego pan potrzebuje.

— Ile kapitału? — zapytał Theron zanim zdążył się powstrzymać.

Ramon wyjął telefon, kilka dotknięć ekranu, obrócił w stronę Therona. Spreadsheet pokazujący transfer funduszy. Liczba przy „Investment Amount” pokazywała pięćdziesiąt milionów dolarów.

— Pierwsza transza — powiedział Ramon spokojnie. — Inwestycja kapitałowa w Frost Industries jako anonymous angel investor poprzez sieć shell companies. Czysta, legalna, nie do wyśledzenia. W zamian, pana firma będzie przetwarzać nasze transakcje. Fee pięć procent od każdej operacji. Przy dwunastu miliardach rocznie, to sześćset milionów dla pana. Rocznie.

Theron przestał oddychać na chwilę. Sześćset milionów. Rocznie. Liczba tak astronomiczna że wydawała się abstrakcyjna, nierealna, jak wygrana na loterii o którym się marzy ale nigdy nie wierzy.

— To nielegalne — powiedział w końcu, ostatnia słaba próba zachowania moralności.

— Wszystko jest nielegalne jeśli wystarczająco głęboko kopać — odpowiedział Ramon. — Każdy bank na Wall Street prał pieniądze w jakimś momencie. Każda wielka korporacja unika podatków przez raje podatkowe. Różnica między nami a nimi jest tylko skala i szczerość intencji. Oni udają że są czyści. My wiemy czym jesteśmy.

Ramon wypił wino jednym haustem i spojrzał Theronowi prosto w oczy.

— Jest pan inteligentny, panie Frost. Więc nie będę udawał że to oferta którą może pan odrzucić bez konsekwencji. Moja organizacja nie lubi kiedy ktoś poznaje nasze plany i następnie mówi nie. To… komplikuje sprawy. Ale szczerze wierzę że to może być korzystne dla obu stron. Pan dostaje kapitał który ratuje pana firmę. Ja dostaję legalną fasadę dla moich operacji. Wszyscy wygrywają.

— A jeśli odmówię?

Ramon wzruszył ramionami, gest prawie melancholijny.

— Frost Industries bankrutuje w styczniu. Pan osobiście prawdopodobnie przeżyje finansowo, jest pan mądrym człowiekiem który na pewno ma ukryte rezerwy. Ale pana reputacja, pana firma, pięćset pracowników… to wszystko znika. I przez resztę życia będzie pan się zastanawiał czy podjął właściwą decyzję kiedy los dał jedyną szansę.

Kelner przyniósł menu. Ramon zamówił foie gras i stek, najprawdopodobniej nie czekając na odpowiedź Therona bo wiedział że odpowiedź już została podjęta zanim ten przyleciał do Paryża.

Theron zamówił to samo, głos automatyczny, umysł zajęty kalkulacjami. Pięćdziesiąt milionów teraz. Sześćset milionów rocznie. Frost Industries uratowane. Inwestorzy zadowoleni. Pracownicy bezpieczni.

Wszystko co musiał zrobić to… co dokładnie? Przetwarzać transakcje cryptocurrency. Zapewniać compliance które wyglądałoby czysto dla regulatorów ale faktycznie pozwalałoby brudnym pieniądzom przepływać przez system. Stać się wspólnikiem kartelu narkotykowego.

— Potrzebuję gwarancji — powiedział w końcu. — Że moja firma, moi pracownicy, ja osobiście… jesteśmy chronieni jeśli ktoś zacznie badać transakcje.

Ramon uśmiechnął się szeroko, pierwszy prawdziwie szczery uśmiech tego wieczoru.

— Panie Frost, ma pan moją osobistą gwarancję. Mam ludzi w rządach sześciu krajów, w Interpolu, w FBI, w każdej agencji która mogłaby stanowić problem. Dopóki pana firma robi dokładnie to o co proszę i nie zadaje zbyt wielu pytań, jest pan najbezpieczniejszym człowiekiem w tym biznesie.

— A jeśli chcę kiedyś wyjść?

— Po pięciu latach może pan odejść z pełnym honorarium odprawy i moim błogosławieństwem — odpowiedział Ramon. — Ale szczerze wątpię że pan zechce. Pieniądze mają sposób na sprawianie że rzeczy które kiedyś wydawały się nie do przyjęcia stają się całkowicie racjonalne.

Kolacja trwała dwie godziny. Rozmawiali o szczegółach — jak transakcje będą strukturowane, które cryptocurrency użyć, jak często transfery, jakie zabezpieczenia. Ramon był przygotowany na każde pytanie, każdą obiekcję, jakby prowadził tę rozmowę setki razy wcześniej z innymi desperackimi biznesmenami którzy potrzebowali ratunku.

O dwudziestej trzeciej trzydzieści Ramon podpisał rachunek, zostawił napiwek pięćset euro, i wstał.

— Moi prawnicy skontaktują się z panem w ciągu tygodnia — powiedział. — Pierwsza transza pięćdziesiąt milionów wpłynie na konto Frost Industries do końca miesiąca. Witam pana w partnerstwie, panie Frost.

Wyciągnął rękę.

Theron uścisnął ją. I w tym momencie przestał być czystym biznesmenem. Stał się wspólnikiem El Fantasmy, człowiekiem który pomaga prać miliardy dolarów z narkotyków, przemocy, śmierci.

Ale Frost Industries przeżyło.

I dla Therona Frosta, to było wszystko co się liczyło.


Warszawa, Złota 44 — Penthouse

Grudzień 2025, wieczór

Mercedes zatrzymał się przed Złotą 44, najwyższym budynkiem w Warszawie górującym nad Pałacem Kultury jak srebrny miecz wbity w serce miasta. Carnivean wysiadł z samochodu, czując jak zimne powietrze uderza w twarz. Ochroniarz przy drzwiach skinął głową i gestem wskazał wejście do lobby.

Scarlett czekała już przy recepcji. Ich spojrzenia spotkały się na moment — coś elektrycznego, niebezpiecznego przeszło między nimi.

— Pięćdziesiąte drugie piętro — powiedziała cicho. — Penthouse. Ostatni poziom.

Lobby było luksusowe — marmurowa podłoga, nowoczesne meble, ochrona w garniturach przy wejściu. Kamery w każdym rogu. Weszli do windy razem. Drzwi zamknęły się z cichym syknięciem i zaczęli wznosić się w górę. W kabinie panowała cisza. Carnivean zauważył, że Scarlett zacisnęła dłoń na pasku torebki tak mocno, że kykcie zbielały.

Winda zatrzymała się z delikatnym brzęknięciem. Drzwi otworzyły się, pokazując krótki korytarz prowadzący do pojedynczych drzwi na końcu.

Za nimi rozciągała się przestrzeń tak luksusowa, że przez pierwszy moment wydawała się nierzeczywista — otwarta przestrzeń z podłogą z ciemnego drewna egzotycznego gatunku, meblami designerskimi w odcieniach szarości i czerni, ogromnymi oknami od podłogi do sufitu pokazującymi panoramę Warszawy.

Pałac Kultury i Nauki stał tuż obok, monumentalny i oświetlony. Dalej rozlewało się centrum — śródmieście pulsujące życiem mimo późnej godziny, ulice pełne świateł samochodów, budynki biurowe gdzie niektóre okna wciąż świeciły. Wisła przecinała miasto jak ciemna wstęga błyszcząca odbiciami mostów.

Przy barze — długim kontuarze z czarnego marmuru z żyłkami białymi jak pioruny — stał mężczyzna.

Wysoki i szeroki w ramionach mimo że miał przynajmniej pięćdziesiąt lat, siwe włosy zaczesane do tyłu, twarz ostra i męska z wyraźną szczęką. Ubrany w garnitur który krzyczał Hugo Boss albo może Tom Ford, ciemny granat prawie czarny, koszula biała bez krawata, górny guzik rozpięty. Na nadgarstku błyszczał Rolex. Trzymał szklankę z whisky, dwie kostki lodu powoli topniejące w bursztynowym płynie, i patrzył na nich z czymś co mogło być rozbawieniem albo oceną albo obydwoma.

— Scarlett — powiedział głosem głębokim i kontrolowanym, akcent polski ale wykształcony, uniwersytecki. — Punktualnie jak zawsze. I przyprowadziłaś naszego gościa. Doskonale.

Carnivean poczuł jak każdy zmysł wyostrza się instynktownie, ciało przechodząc w tryb walki-lub-ucieczki mimo że nie było widocznego zagrożenia. Ten człowiek, ktokolwiek był, emanował władzą w sposób który nie wymaga demonstracji siły.

— Pan Frost, przypuszczam — powiedział Carnivean starając się żeby jego głos brzmiał pewnie mimo napięcia w każdym mięśniu.

Theron uśmiechnął się lekko, uśmiech który nie dotarł do oczu pozostających zimnymi i kalkulującymi.

— Theron, proszę. Formalności są niepotrzebne między ludźmi którzy będą współpracować przy projekcie wartym ponad miliard dolarów. Carnivean Blackdream, człowiek który widzi to czego inni nie widzą, trader z niemożliwym szczęściem które nie jest szczęściem, uciekinier z Bergen który myślał że Warszawa da mu bezpieczeństwo. Znam cię lepiej niż myślisz.

Nalał whisky do trzech kryształowych szklanek.

— Usiądźcie — powiedział, wskazując sofę i fotele przy oknie. — Mamy dużo do omówienia i bardzo mało czasu.

Carnivean usiadł na sofie, zachowując bezpieczną odległość od Scarlett, która zajęła fotel naprzeciwko. Theron stanął między nimi ze szklanką w dłoni, patrząc na nich jak reżyser oceniający aktorów przed pierwszą próbą.

— Zanim zaczniemy — Theron przerwał i spojrzał na zegarek — czekamy jeszcze na jedną osobę. Nasz trzeci element układanki.

Jakby na komendę, z korytarza prowadzącego do wejścia dobiegł dźwięk otwierających się drzwi windy, cichy sygnał elektroniczny który w ciszy penthouse’u brzmiał głośno i ostrzegawczo.

Carnivean odwrócił się instynktownie i zobaczył młodego mężczyznę wchodzącego powoli, niepewnie.

Szczupły, średniego wzrostu, może metr siedemdziesiąt osiem, w okularach z grubymi oprawkami, bluza z kapturem w kolorze grafitowym, dżinsy postrzępione na kolanach, buty sportowe Adidas stare i wygodne. Włosy niedbale uczesane, twarz młoda ale z oczami które wyglądały na starsze, zmęczone, inteligentne w sposób który był niemal niepokojący w swojej intensywności. Niósł plecak który wyglądał na ciężki.

— Kazimierzu — zawołał Theron gestem zapraszając go dalej. — Dobrze że się zdecydowałeś. Bałem się że strach będzie silniejszy niż ciekawość.

Młody mężczyzna zatrzymał się w bezpiecznej odległości pięciu metrów od grupy, oczy szybko skanujące pomieszczenie jak ktoś kto automatycznie szuka wyjść ewakuacyjnych i potencjalnych zagrożeń.

— Kim są ci ludzie? — zapytał cicho.

— Twoi partnerzy — odpowiedział Theron. — Carnivean Blackdream, trader z darem widzenia wzorów w blockchainie. Scarlett Voss, hacker znana jako Crimson Fox. A ty, Kazimierz Król, matematyk, który widzi świat jako zbiór równań do rozwiązania. I ja, Theron Frost, człowiek który zna lokalizację Ghost Wallet.

Cisza wypełniła penthouse. Tylko ciche brzczenie terminala Bloomberg i odległe dźwięki miasta sześćdziesiąt pięć pięter niżej.

Theron odstawił szklankę na bar i podszedł do wielkiego telewizora wmontowanego w ścianę.

— Ghost Wallet — zaczął, włączając prezentację. — Portfel należący do Ramona Delgado, El Fantasma. Zmarłego trzy lata temu lidera jednego z najbardziej brutalnych karteli w Meksyku. Zaszyfrowany systemem multi-key, którego nikt nie potrafił złamać przez trzy lata.

Pierwszy slajd pokazywał skomplikowany kod.

— Ale ja znalazłem sposób. Potrzebuję trzech kluczy. Pierwszy — zatrzymał slajd — ukryty był w tatuażu na plecach Sophie Voss, siostry Scarlett. Mam kopię tego tatuażu.

Scarlett zamarła na dźwięk imienia siostry, ale twarz pozostała lodowato spokojna.

— Drugi klucz — Theron przełączył slajd — ukryty jest w blockchainie Ethereum, zahashowany w smart kontrakcie. Scarlett go znajdzie. Ma już osiemdziesiąt trzy procent. Pozostałe siedemnaście procent wymaga pomocy specjalisty — spojrzał na Kazimierza.

— Trzeci klucz — Theron spojrzał na Carniveana — to timing. Ramon był paranoikiem. Portfel otwiera się tylko w określonym momencie każdego miesiąca, okno trwa dokładnie czterdzieści siedem sekund. Moment jest bazowany na stochastycznych wzorcach blockchaina Bitcoina — niemożliwy do przewidzenia dla żadnego algorytmu. Ale ty, Carnivean, widzisz te wzorce. Czujesz je.

Carnivean milczał, czując jak serce bije szybciej.

— Razem macie dwadzieścia trzy procent szans sukcesu — kontynuował Frost. — Osobno? Zero. Bratwa was szuka. Kartel was szuka.

— Podział zysków? — zapytał Kazimierz rzeczowo.

— Ty dostajesz piętnaście procent. Carnivean dwadzieścia pięć. Scarlett trzydzieści. Ja biorę czterdzieści.

— Czterdzieści dla ciebie to prawie pięćset milionów — zauważył Kazimierz. — Za co?

— Za organizację. Za ochronę. Za wzięcie największego ryzyka — odpowiedział Frost chłodno. — Bo jeśli to się nie uda, kartel przyjdzie najpierw po mnie. Ramon był moim partnerem biznesowym.

Scarlett patrzyła na zdjęcie Sophie jeszcze przez długą chwilę. Potem na Therona. Nienawiść w jej oczach mogłaby spalić budynek.

— Zrobię to — powiedziała cicho. — Ale nie dla ciebie. Dla niej.

Carnivean spojrzał na Scarlett, potem na Kazimierza. Dwoje nieznajomych, z którymi miał dzielić najbardziej niebezpieczną misję swojego życia.

— Jeśli ona się zgadza, ja też — powiedział w końcu.

Kazimierz przerwał: — Zgadzam się. Prawdopodobieństwo sukcesu jest wystarczająco wysokie. Ryzyko jest wysokie ale akceptowalne.

Theron uśmiechnął się triumfalnie.

— Więc mamy umowę. Witajcie w operacji Ghost Wallet. Jutro rano, szósta, Mercedes zabierze was do willi w Wilanowie. Tam rozpoczniemy przygotowania. Przez następne trzy tygodnie będziecie tam mieszkać, trenować, przygotowywać się. Nauczycie się swoich mocnych i słabych stron. Zbudujecie zaufanie.

I Carnivean wiedział, że już nie ma odwrotu.

ROZDZIAŁ 5: PROTOKÓŁ ZURYCH

Wilanów, Warszawa — Dzień pierwszy

12 grudnia 2025, godzina 6:47

Mercedes klasy S zatrzymał się przed bramą willi na Królewskiej dokładnie o szóstej czterdzieści siedem, punktualność która nie była przypadkowa tylko demonstracją kontroli. Carnivean wysiadł z tylnego siedzenia niosąc jedną torbę podróżną i plecak — wszystko co zdołał spakować w dwadzieścia minut po telefonie budzącym go o piątej trzydzieści. Kierowca nie powiedział ani słowa, tylko skinął głową w stronę wejścia i odjechał pozostawiając go przed masywną stalową bramą z interkomem.

Carnivean nacisnął guzik. Brzęczyk zabrzmiał raz, dwa razy, potem mechaniczny głos — system rozpoznawania, nie człowiek.

— Identyfikacja.

— Carnivean Blackdream — powiedział do mikrofonu czując się absurdalnie wymawiając pseudonim na głos jak hasło do tajnego klubu.

Brama otworzyła się z cichym sykiem hydrauliki. Za nią rozciągał się podjazd z kostki brukowej prowadzący do dwupiętrowego domu z białej cegły otoczonego wysokim murem pokrytym bluszczem który wyglądał na naturalny ale prawdopodobnie ukrywał sensory ruchu i kamery. Okna z ciemnego szkła niemożliwego do zajrzenia z zewnątrz. Ogród zadbany ale spartański — trawa, kilka drzew, żadnych kwiatów ani dekoracji, funkcjonalność ponad estetykę.

Drzwi wejściowe otworzyły się zanim zdążył zapukać.

Scarlett stała w progu w czarnych legginsach i oversize’owej bluzie z kapturem szarej jak poranek za oknem, włosy związane w niedbały kok, twarz bez makijażu pokazująca blade piegi na nosie których nie zauważył wczoraj w penthouse. Wyglądała młodziej bez całej tej war paint, bardziej jak normalna kobieta która właśnie wstała i jeszcze nie wypiła kawy niż hacker z legendy dark webu.

— Wchodź — powiedziała głosem zachrypniętym od snu albo od płaczu, trudno było rozróżnić. — Flow jest już w piwnicy, nie wyszedł stamtąd odkąd przyjechał o siódmej. Frost ma się zjawić za godzinę z breakfast i briefingiem.

Carnivean wszedł do środka, buty automatycznie zdejmując na wycieraczce mimo że nikt go o to nie prosił, polski nawyk silniejszy niż logika. Wnętrze było zaskakująco… normalne. Nie luksusowe jak penthouse, nie sterylne jak safe house z filmów, tylko po prostu dom — drewniana podłoga lekko zarysowana przez lata użytkowania, meble IKEA wyglądające na kilka lat starości, zdjęcia krajobrazów na ścianach prawdopodobnie kupione w Castoramie. Jedyną rzeczą zdradzającą prawdziwe przeznaczenie tego miejsca były kamery w rogach sufitu, ledwo widoczne czarne kopułki, i metalowa konsola przy drzwiach pokazująca status wszystkich wejść i okien — wszystkie pozycje świeciły się na zielono, „SECURED”.

— Twoja sypialnia na górze, pierwsza po prawej — Scarlett wskazała schody gestem zmęczonym jakby już to mówiła dziesięć razy wcześniej mimo że był pierwszą osobą której pokazywała pokój. — Łazienka na końcu korytarza, dzielisz z Flow ale on raczej nie korzysta, chyba śpi w tej piwnicy przy komputerach. Mój pokój pierwszy po lewej, nie wchodzić bez pukania, mam… zabezpieczenia.

Sposób w jaki powiedziała ostatnie słowo brzmiał jednocześnie jak żart i poważne ostrzeżenie.

— Miałaś już okazję się rozgościć? — zapytał Carnivean starając się brzmi na casual mimo że rozmowa była niezręczna w sposób który trudno było nazwać, dwie osoby zmuszane do życia razem przez okoliczności nie z wyboru.

Scarlett wzruszyła ramionami, gest niewiele mówiący.

— Przyjechałam wczoraj wieczorem po… po rozmowie z Frostem. Nie spałam za dobrze. Za dużo myśli. — Odwróciła się w stronę kuchni na końcu korytarza. — Robię kawę, chcesz?

— Poproszę. Czarną, bez cukru.

— Wszyscy w tym biznesie piją czarną kawę bez cukru — zauważyła z czymś co mogło być uśmiechem na krawędzi głosu. — Jakby słodycz była tożsama z słabością.

Carnivean nie odpowiedział bo nie miał dobrej odpowiedzi, tylko poszedł za nią do kuchni która była przestronna i wyposażona w sprzęt wyglądający na nowy ale niedotykany, lodówka pusta poza butelkami wody mineralnej i opakowaniem mleka które Scarlett właśnie otworzyła węchem sprawdzając czy nie skwaśniało.

Ekspres do kawy zaczął bulgotać, dźwięk kojący w porannej ciszy.

— Przepraszam za wczoraj — powiedziała Scarlett nagle nie patrząc na niego, wzrok utkwiony w ciemnym płynie powoli wypełniającym szklany dzbanek. — Za to co widziałeś. Za… Therona. To nie było tym czym wyglądało. Albo może było dokładnie tym czym wyglądało, ale nie z wyboru. On ma… kontrolę. Nad wieloma rzeczami. Nad wieloma ludźmi. Nad mną też.

Carnivean czuł jak jego żołądek zaciska się nieprzyjemnie słysząc to potwierdzenie czegoś co podejrzewał ale wolał nie wiedzieć na pewno.

— Nie musisz mi się tłumaczyć — powiedział cicho. — Twoje sprawy to twoje sprawy. Przyszedłem tu dla pieniędzy i dla odpowiedzi na pytania które zadaję sobie od czterech lat. Nie dla… niczego innego.

Zabrzmiało to bardziej ostro niż zamierzał, defensywnie, jak ktoś kto kłamie sobie samemu.

Scarlett w końcu spojrzała na niego, oczy szare jak poranek za oknem przenikliwe i zmęczone jednocześnie.

— Dobrze — powiedziała po prostu. — Bo tak będzie łatwiej. Nie komplikować. Wejść, wyjść, zabrać pieniądze, nigdy więcej się nie zobaczyć. Prosta transakcja.

Nalała kawę do dwóch kubków, jeden podała Carniveanowi. Ich palce zetknęły się na moment podczas przekazywania, dotyk krótki ale wystarczający żeby poczuć ciepło jej skóry kontrast z zimnem porcelanowego kubka, i oboje szybko cofnęli ręce jakby kontakt był niebezpieczny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 47.23
drukowana A5
za 81.35