E-book
19.11
drukowana A5
59.52
Ghost 6. Brama wszechwymiaru

Bezpłatny fragment - Ghost 6. Brama wszechwymiaru


3
Objętość:
323 str.
ISBN:
978-83-8245-091-0
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 59.52

Labirynt Światów

Dzień Jeden

Pierwsza Brama — „Ten Świat”

Istnieje wiele światów. Ten, w którym żyjecie, nie jest jedyny. Tak go nazywacie. Dla was wasz świat to świat, po prostu zwany „tym światem”, „jedynym światem” lub zwyczajnie „światem”. Dla nas wasz świat, czyli Olam Haze wyznacza poziom podstawowy I. Zostańmy na razie przy waszym nazewnictwie. Niech to będzie ten wasz… „ten świat”.

— Adamie? Adamie, gdzie jesteś?

— …

— Adamie, obudź się.

— Co? Kim jesteś?

— Ty do mnie przyszedłeś… i nie wiesz, kim jestem? A wiesz kim jesteś ty sam?

— Nie jestem pewien. Usłyszałem twoje wołanie.

— To ja usłyszałem twoje.

— Gdzie jestem?

— Oto jest dobre pytanie, które zadajesz sobie coraz częściej, lecz było to jeszcze zbyt słabe, aż do tej pory…

Druga Brama — Świat Hatohu

— Świat, do którego trafiłeś to Świat Uczących się. Tak nazywają go Świetliści — Olam Hatohu — Świat Chaosu, wyznaczający poziom II odsłony światów. To popieprzona rzeczywistość, w której dzieją się różne rzeczy, a Ciemność i Światłość zazębiają się, i rozchodzą, zmieniając swoje miejsca. Pan tego świata to Pan Ciemności, lecz czy wam się to podoba, czy nie, prawda jest taka, że Ciemność istnieje w służbie Wyższego Świata.

— Kim jesteś?

— Pytanie powinno być, kim jesteś ty, Adamie?

— Sam nie wiem…

— Jesteś kimś popularnym, majętnym, rozchwytywanym, zdolnym…

— Jestem nikim.

— Otóż to. Jesteś niczym. A gdzie to nic się znajduje?

— Zadajesz dziwne, niezrozumiałe pytania.

— To są twoje pytania, pytania, które pochodzą z głębi twojego serca. Zadajesz je, puszczając w eter każdego dnia, mając nadzieję, że usłyszysz odpowiedź, ale ona nie przychodzi, bo gdzie ma przyjść, skoro nie wiesz, gdzie jesteś?

— Stary, stary w porządku!? Żyjesz stary?!

— Adam!

— O Boże! Adam! Nie rób nam tego, otwórz oczy!

— Otwórz oczy, Adamie.

— Nie chcę… Nie widzę sensu życia w tym świecie…

— Bardzo dobrze. Właśnie dlatego spotkałeś mnie.

— Jesteś śmiercią? Przyszedłeś zabrać mnie do piekła?

— Gdzie?

— Do piekła…

— Do piekła?! Do piekła, czyli gdzie?

— Kto wie, miejsca, w którym będę się smażył za swoje grzechy…

— Robisz to cały czas… Tu gdzie jesteś, jest idealne miejsce na cierpienie.

— Więc, gdzie chcesz mnie zabrać?

— Gdzie ty chcesz iść?

— Sam nie wiem… Nie mam dokąd iść…

— Zawsze jest, gdzie iść.

— Nie widzę, gdzie miałbym iść.

— Skąd ma wiedzieć, gdzie iść ktoś, kto sam nie wie, gdzie jest? Świat, w którym żyjesz, otwarł przed tobą bramę nowego pojmowania. Mogę pokazać ci coś niezwykłego, coś, co zmieni twoje życie na zawsze, ułoży je w całość, którą zatraciłeś i nada mu sens. Pytanie tylko, czy jesteś gotowy na to, że rzeczywistość wokół ciebie zacznie zmieniać się tak bardzo, że w pewnym momencie możesz stracić poczucie, która z nich jest prawdziwa?

— Świat, w którym żyję, nie ma sensu. Jeśli jest jakiś inny, w którym go znajdę, chcę tam pójść. Zabierz mnie tam.

— Zabiorę, ale najpierw muszę cię do tego przygotować. Zaznaczam, że to będzie bolesne.

— Nie dbam o to. Zaczynajmy.

— Obudź się, więc.

— Adam!!! — po raz kolejny usłyszał głos, niosący się echem.

Zaszumiało mu w uszach. Rozchylił powieki, a nad sobą ujrzał wołającego do niego i potrząsającego nim kolegę. Ten uścisnął go mocno z radości, po czym odsunął się i usiadł na jezdni obok przyjaciela z rozbitym motorem. Adam rozejrzał się wokół i ściągnął kask z głowy. Jego motocykl leżał na chodniku. Koła obracały się jeszcze, choć znacznie wolniej, niż moment temu. Na środku ulicy stał samochód studia fotograficznego „Aki-Mi-Ro”. Maska służbowego pojazdu była świeżo porysowana, a na miejscu zaistniałego, dopiero co, zdarzenia była już przejeżdżająca przypadkiem ulicą straż pożarna. Od razu zabezpieczyła teren, do czasu przyjazdu policji. Zaabsorbowani spektakularnym wydarzeniem gapie zdążyli zebrać się w oddali, by biernie przyglądać się dalszym następstwom niebezpiecznego wypadku. Adam powoli wyostrzył wzrok na trzeciego poszkodowanego. Drugi z fotografów stał trzeźwo, tłumacząc pełniącym służbę, co się właśnie wydarzyło.

— Czy wzywamy pogotowie? — zapytał strażak, podchodząc do poobijanego motocyklisty.

— Nie, nie trzeba — odparł szybko tamten, wstając na nogi.

Był w takim szoku, że nie czuł jeszcze bólu po gwałtownym zderzeniu się z maską nadjeżdżającego przed momentem samochodu i groźnym upadku, w wyniku którego otrzymał silny cios w głowę, ramię, i biodro.

— Myślę, że wystarczy spisać protokół — powiedział z niepokojem roztrzęsiony kierowca samochodu.

— Wezwaliśmy już policję — odpowiedział strażak. — Na pewno nic panu nie jest? — zapytał jeszcze raz nieobecnego myślą motocyklistę, stojącego z kaskiem pod ręką na środku ulicy.

— Nie, nie trzeba. Wszystko ok — odparł po chwili namysłu Adam, spoglądając na strażaka z szeroko otwartymi oczami.

Ten patrzył to na motocyklistę to na jego rozbity pod latarnią pojazd, ale widząc, że poszkodowani nie odnieśli znacznych obrażeń, wrócił do wozu.

Adam złapał się za kark i zacisnął oczy.

— W porządku stary? — zapytał kolega ze studia, kładąc dłoń na ramieniu motocyklisty.

— Tak, nic mi nie jest…

— Ał, ale mi kark napieprza… — stwierdził po jakimś czasie Adam, rozciągając lewe ramię i odchylając szyję w bok.

— Adam, stary… ty to jesteś… — parsknął pod nosem szczupły, wysportowany mężczyzna, wrzucając do ust kolejną garść fistaszków.

— Ciesz się, że żyjesz chłopie! — zawołał drugi z kolegów, klepiąc Adama po łopatce.

— Aaał! — wytrzeszczył oczy motocyklista, a potem odsunął się od towarzysza wagi ciężkiej.

— Daj, bo wszystkie zjesz — odparł tamten, łapiąc za miseczkę z orzechami.

— Przem! Co ty mi tu! Oddawaj! Spójrz na siebie! — przedrzeźniali się nawzajem dwaj przyjaciele.

— Ty chodzisz na siłkę, rób dietę! — śmiał się puszysty kolega. — A orzechy są kaloryczne.

— Taki mądrala?! Widzisz ty go, Aki?! — zaśmiał się z pretensją sportowiec, a potem położył rękę na ramieniu Adama i rzekł z namysłem, oraz udawaną powagą: — Aki, ty supermenie… To był lot… Jedziemy sobie spokojnie, a tu nagle pojawia się z nieba wariat i wpieprza mi się motorem w przód, przelatuje nad maską, leci jak rakieta, i dup w słup! Miałem normalnie zawał… Nigdy więcej takich numerów, stary!

— Jasne! Już nie ględźcie w kółko o tym — parsknął Adam, odsuwając się od przyjaciela i rozsiadając w czerwonej, miękkiej loży w mrocznym, rozświetlonym neonami wnętrzu klubu muzycznego.

Choć szybko doszli do siebie, godząc się jedynie na mandaty za nieostrożną jazdę i spowodowanie zagrożenia życia lub zdrowia na drodze, towarzyszyło im ciągłe napięcie, a ukryte emocje gasiły ich rozmowy. Postanowili odreagować, idąc razem do ekskluzywnego klubu w centrum miasta, przykrytego nocnym, rozgwieżdżonym niebem. Znów zamilkli. Adam zerknął na kołyszącą się na parkiecie seksowną blondynkę. Odwrócił wzrok, gdy ich spojrzenia się spotkały. Chwycił do ręki iPhone. Ciemny ekran pokazał mu własne odbicie. Miał rozciętą wargę i cięte rysy na lewej skroni. Odblokował urządzenie i zaczął szukać czegoś w internecie.

— Jest już artykuł… — zaśmiał się po jakimś czasie, zagłębiając się w świeżo opublikowany tekst, znaleziony na ulubionym portalu informacyjnym. — Do zdarzenia doszło dzisiaj około godz. 19 na ul. Jasienicy. 28-letni mężczyzna kierujący fordem, wyjeżdżał z parkingu, kierując się w przód. Nie zauważył nadjeżdżającego od strony ul. Roweckiego, jadącego przeciwnym pasem, rozpędzonego motocyklisty w wieku lat 28 i zajechał mu drogę, po czym doszło do zderzenia — mówi asp. sztab. Krystian Reskiewicz, oficer prasowy itd.

Czytał na głos, wpatrując się w ekran iPhone’a i śmiejąc się sam z siebie.

— Tyś jest głupi — parsknął znowu sportowiec.

Chwycił za kufel piwa i zaczął wsłuchiwać się w głośną muzykę, obserwując zgrabne dziewczyny nieopodal, uśmiechające się do nich teraz.

— Pracoholiku! Jak tam twoja tajemnicza fanka? Spotkaliście się już? — zapytał po chwili Adama, dostrzegając wpatrzonych w swoje telefony kolegów.

— Mam jej numer… — odparł zapytany, wyciągając z kieszeni paragon z numerem telefonu na odwrocie.

— Zadzwoń do niej.

— Po co?

— No to chociaż napisz… — zaśmiał się sportowiec, patrząc na kolegę z politowaniem.

Rozsiadł się na sofie, eksponując swoje tatuaże na rękach. Adam westchnął głośno. Spojrzał w ekran iPhone’a, a następnie utworzył nowy kontakt, wpisując jako nazwę „Tajemnicza Helena”. Nie zdążył jeszcze zapisać, kiedy wyświetliło się połączenie przychodzące.

— O! Dzwoni! — zawołał, zrywając się na równe nogi.

— Kto? Helena? — poderwał sportowiec.

— Dzwoni temat — rzucił z błyskiem w oku Adam, kiwając na zdziwionych kolegów. — Halo? — odebrał telefon, wybiegając na zewnątrz.

Ahorain

Olam Ahorain i Międzywymiary

Międzywymiary to ukryte bramy w światach. Wszystkie prowadzą w końcu do świata Ahorain, świata Ciemności, wyznaczającego poziom III odsłony Światów Wyższych.

Stamtąd można wrócić bramą z powrotem do świata Olam I lub też przenieść się do twierdzy Ahorain, twierdzy Najwyższej Ciemności. Przejść przez twierdzę można tylko po zmierzeniu się z Panem Ciemności. Albo on ujarzmi ciebie, albo ty jego. W zależności od wyboru, prawidłowego wyboru, następuje przeniesienie do Świata Wyższego, zwanego tak przez Uczących się. Uczący się, mają styczność jedynie ze światem niższym i wyższym o poziom. Dla nich każdy następny świat zwany będzie Światem Wyższym, dopóki go nie osiągną itd.

— Diabeł! Diabeł!

Usłyszał echo niosącego się krzyku, a jego umysł zboczył z trasy.

— Diabeł…! Diabeł…! Diabeł!

— Akudim! Trzymaj się szyku!

Lecący o białych skrzydłach śnieżny elf ujrzał bawiące się na wysokiej górze dzieci i biegnącą ku nim matkę, wskazującą na ciemne chmury, zbierające się nad głowami lecącej armii. W ostatniej chwili wyminął spadający z góry śnieżny głaz.

— Akudim! — odwrócił się lecący przed nim wojownik.

Wtem ujrzał blask. Skrzydło mu znieruchomiało. Siła grawitacji zaczęła ciągnąć go nagle w dół coraz szybciej i szybciej. Zaszumiało mu w uszach. Poczuł wstrząs, a zaraz potem ból, jakby tysiące ostrzy wbiło mu się w ciało.

— Nastała duszna cisza…

Przesiąkła go trwogą, przenosząc umysł w inne miejsce.

— Diabeł! Diabeł!

— Kochanie, nie wolno tak! — krzyknęła kobieta o śnieżnobiałych włosach, podchodząc do skaczącego po skałach dziecka.

— Mamo, widziałem! Patrz tam!

— Akudim! — przywołała go do porządku kobieta, dostrzegając czarne pióra na niższej półce skalnej.

— Mamo czy to był diabeł?

— Mówiłam, że to nieładnie, tak kogoś nazywać.

— Przepraszam… inne dzieci też tak mówią.

— Nie masz być jak inne dzieci kochanie. Wracajmy do domu — powiedziała matka, pośpiesznie chwytając syna za rękę. — Musisz nauczyć się dostrzegać Światło we wszystkim, jeśli chcesz wstąpić kiedyś do Armii Świetlnych, jak twój tata, jeśli chcesz go poznać, musisz otworzyć swoje serce.

— Dobrze mamo…

— „Jeśli to Ahra, jesteśmy w niebezpieczeństwie…” — przemknęło jej przez myśl.

Wtem stanęła jak wryta.

— Mamo!

Czarne pióra rozłożyły się przed nimi. Akudim ujrzał przed sobą twarz mężczyzny o czarnych oczach i białych wampirzych zębach. Jego uśmiech był złowieszczy. Potężne skrzydła otoczyły matkę dziecka. Chwycił ją w swoje szpony.

— Wstąp do Armii Świetlnych Akudimie, a znowu zobaczysz matkę…

— Mamo!!!

Serce biło mu teraz szybko. To wszystko działo się w milisekundach. Siła natury zaskoczyła go totalnie. Ocknął się po chwili i tylko stęknął ciężko. Uderzenie pioruna, którego nie zdążył uniknąć, spaliło mu prawe skrzydło. Wpadł w jakieś ciernie tuż u podnóża porośniętej mchem wilgotnej skały. Kropla wody spłynęła mu po twarzy. Po chwili słyszał już wyraźnie rozszalały deszcz i tańczące między ulewą wyładowania atmosferyczne. Ściemniło się jeszcze bardziej. Poruszył lewą ręką i syknął z bólu. Cierń wbił mu się głęboko w przedramię. Klęcząc na lewym kolanie, powoli wysunął prawą nogę z kolców.

— Ach! — jęknął, czując, że cierń wbił mu się także w prawą stopę.

Sterczał chwilę w bezruchu, uspakajając oddech. Deszcz ucichł. Nagle parę kroków przed nim coś zaszeleściło. Spojrzał nerwowo wprzód. Przed oczami rozciągała się ciemna przestrzeń między skałami, przypominająca jaskinię. Wtem ujrzał dwa jasne ślepia, kierujące się ku niemu z niemałą prędkością. Machnął lewym skrzydłem i wyciągnął z cierni prawą rękę, lekko ją sobie haratając o ostrza diabelskiej rośliny. W końcu runął na ziemię, wydostawszy się z ciernistej pułapki i padł na plecy.

Rozświetlone oczy spojrzały na niego, rysując przed nim kobiece kształty istoty o nietoperzych skrzydłach, długich szponach i białych jak śnieg kłach, które właśnie zatopiły się w jego szyi. Zaczął szarpać się z napastnikiem, aż w końcu odepchnął nieznaną istotę mocnym kopnięciem lewej nogi. Tamta syknęła wściekle i rzuciła się na niego z impetem. Chwycił ją za gardło, obserwując z przerażeniem bestialsko żądne krwi zęby, szczerzące się na niego. Wampirzyca zauważyła wbity w jego ramię kolec i wbiła mu go jeszcze głębiej, dociskając z całej siły. Zwinął się z bólu, przekręciwszy na bok, a przy gardle już znajdowały się upijające mu krew kły. Czuł, jak jej jad rozchodzi się po jego ciele, stopniowo unieruchamiając go całego. Cała energia uszła z niego z jednym tchem. W końcu stracił przytomność.

Tymczasem wampirzyca nabrała niewyobrażalnej siły. Odsunęła się od ofiary, odetchnąwszy nowym życiem. Wstała i odwróciła się. Oddaliła się o parę kroków, a następnie zatrzymała z zamyśleniem. Jakby to miało jakieś znaczenie, zaczęła rozglądać się na boki, chcąc upewnić się, że nikt ich nie obserwuje. Chwyciła wielki tropikalny liść z pobliskiego drzewa i urwała go, tnąc ostrymi jak brzytwa szponami. Wróciła do białego elfa i przykryła go nim. Po chwili cenne źródło pokarmu było ukryte pod stertą liści, tak, że ciężko byłoby zauważyć, że ktoś tam jest, a już na pewno nie na pierwszy rzut oka.

Stojąc i opierając się teraz o drzewo, przypatrywała się stercie liści z uwagą. Coś nie dawało jej ciągle spokoju. Coś tak cennego nie powinno leżeć tu sobie ot, tak. Właściwie to nie coś, a ktoś. Postanowiła przyjrzeć się swojej nagrodzie, która dosłownie spadła jej z nieba. Odgarnęła lekko liść, znajdujący się przy twarzy anielskiej postaci. Uklękła przy Akudimie, wpatrując się z zaciekawieniem w jego szlachetne rysy. Tkwiła przy nim jakiś czas, a potem odgarnęła z jego czoła mokre włosy. Wyciągnęła też cierń z jego ramienia. Wyjęła jeszcze kolec, wystający z boku.

Wtem obudziło się w niej nowe pożądanie…


…Chęć…

…pragnienie,

pożądanie…

I to powstaje w sposób dla ciebie niezrozumiały…

Odczucie braku…

…Bo nie ma pragnień, kto nie odczuwa braku,

nie ma braku, kto jest w nieustannym połączeniu z całością…

Lecz czym jest właściwie ta całość?

Ten Świat

Adam obudził się jak rażony piorunem. Zaklął, potrząsając rozpaloną głową. Wyłączył budzik. Była szósta rano. Chwycił się za kark, który dokuczał mu od wczorajszego wypadku. Czuł się jednak na tyle dobrze, że postanowił to zignorować, byle nie iść do lekarza. Miał za dużo pracy, żeby przejść na zwolnienie lekarskie.

— Co za cholerny sen we śnie! — westchnął.

Usiadł, a potem położył się jeszcze na pięć minut. Sen, który mu się tej nocy przyśnił był tak wyraźny, że mógłby zacząć go spisywać ze wszystkimi szczegółami. Odetchnął z ulgą, ciesząc się, że leży bezpiecznie w wygodnym łóżku hotelowym. Wciąż jednak zastanawiał go głos, który krążył za nim w myślach. Czuł, jakby jakieś obce myśli spływały na niego od wczoraj, zadając mu wciąż intrygujące pytania.

Ahorain

Wszyscy myślą, że miłość istnieje w naszym świecie. Chcemy jej doznać, czuć ją i prawdopodobnie jesteśmy nawet gotowi kogoś kochać, ale co oznacza pojęcie „miłość”?

— Ein od Milvado… — powtarzał wciąż.

— Jesteś aniołem?

— Ein od Milvado…

— Kim jesteś? — zapytała. — Kim jesteś? — użyła innego dialektu.

— Ein… od…

— Musisz być aniołem.

— Ein…

— Kochaj się ze mną…

— …

— Kochaj się ze mną, a wskrzeszę cię.

— Ech…

— Tracisz energię na walkę z moim umysłem. Przepuść mnie…

— Ein…

Uderzył głową o kamień i znów stracił przytomność. Ogarnął ją niespotykany dotąd wewnętrzny lęk, po czym odrzucenie i w końcu pustka, z którą ją pozostawił, usilnie opierając się jej, przenikającego go, umysłowi, mdlejąc ponownie. Nie próbowała go więcej ocucać. Z wściekłością zarzuciła na siebie czarną szatę. Uciekła, zostawiając go na pastwę losu.

I wtedy pojawił się on.

Głos, który do niego wcześniej przemawiał, ubrany był w postać czarnego anioła o szerokich skrzydłach, pokrytych ciemno czarnymi, lśniącymi piórami. Czarne długie włosy opadały na jego uśmiechniętą jasną twarz. Stanął naprzeciw poszkodowanego z rękami schowanymi w szerokich rękawach.

— Ta droga, to droga, którą obecnie zmierzasz. Pokryta jest cierniami egoistycznych pragnień, które sobie właśnie wizualizowałeś. Piękna kobieta zraniła twoje serce, za to twoja ambicja i umiejętności wnoszą cię na szczyty kariery zawodowej. Akudim… to twój świat chaosu. Czy zechcesz go w końcu uporządkować?

Ten Świat

— Adam! Adam, śpiąca królewno, nie wstajesz?!

— C… co… — odezwał się ten, czując na głowie uderzenie puchową poduszką.

— Do Zielonej Góry nie miałeś jechać czasem?

— Co? A która?

— Za pięć ósma — odpowiedział współlokator, leżąc na swoim łóżku i przeglądając statystyki oglądalności galerii firmowej.

— Cholera! — zawołał Adam, zrywając się na równe nogi. — Jaro! Czemu mnie nie budzisz?! — krzyknął z pretensją na niewzruszonego, rozbawionego jego desperacją kolegę.

Ten zaśmiał się tylko, mając niezłą frajdę z widoku biegającego od łazienki do pokoju szalonego przyjaciela.

— Lecę! A ty niczego nie ruszaj! — oświadczył Adam, wskazując palcem na swojego rozmówcę i na swojego laptopa.

— Jasne! — odparł tamten wesoło, rzucając mu kask.

Adam wybiegł z pokoju, spoglądając na zegarek. Było pięć po ósmej.

— Suń się, Przemo! — zawołał, mijając drugiego współpracownika, schodzącego powoli ze schodów, prowadzących do przestronnej restauracji, gdzie szwedzkie stoły nakryte były rozmaitymi potrawami, których zapach unosił się w całym jej wnętrzu.

— Aki, a ty gdzie? — zapytał Przemek, ustępując drogi pędzącemu przyjacielowi, który zdążył już dobiec do drzwi.

— Zlecenie! — zawołał tamten rozpromieniony, wybiegając na zewnątrz hotelu.

— Nie zabij się po drodze! — krzyknął za nim puszysty kolega, po czym mruknął pod nosem, stojąc nad szwedzkim stołem i podziwiając pięknie podane, świeże smakołyki, i specjały szefa kuchni.. — No tak… wzywa ta prawdziwa praca… Ehhh… Szaleniec… — westchnął po chwili, słysząc znajomy warkot silnika, mknącego za oknem motocykla.

— Co tam, Przemcio? — zagadał do niego Jarosław, który właśnie pojawił się obok z pustym talerzem.

Przeciągnął się powoli i zaziewał, a następnie przysiadł się do stolika fotografa.

Podczas gdy dwaj przyjaciele rozmawiali beztrosko o najnowszych programach graficznych do obróbki zdjęć, Adam pędził jak szalony, zjeżdżając z obrzeży miasta. Podróż miała zająć mu ok. 2 godzin i 20 minut według GPS’a, który właśnie sobie ustawił. Zostały mu już niecałe dwie. Korzystając z przywilejów posiadania motocykla, wyprzedzał więc wszystkie samochody, nie zważając na przykrą sytuację, jaka spotkała go w dniu wczorajszym. Sprawa, jaka na niego czekała była zbyt ważna, by mógł pozwolić sobie na spóźnienie. W końcu udało mu się dojechać do Zielonej Góry przed czasem. Zwolnił, mając świadomość, że nieopodal znajduje się Komenda Miejska Policji. Wolał nie kusić losu. Rozejrzał się wokół. Miał spotkać się ze znajomym oficerem w galerii handlowej o godzinie 10:00. Zatrzymał się na parkingu. Była 10:10, kiedy zadzwonił do niego przyjaciel.

— Aki! Gdzie ty kurwa jesteś?!

— …Przed galerią.

— Zapierdalaj kurwa do bazy!

Adama zamurowało.

— Piorunem! kurwa! — wydarł się na niego głos z drugiej strony.

— Zaraz będę — warknął w głośnik Adam, ale tamten zdążył się już rozłączyć. — Niech cię szlag! Miura! — zaklął pod nosem, uderzając w kierownicę z wściekłości.

Zgodnie z otrzymaną wczoraj wiadomością mieli spotkać się w Zielonej Górze, a Adam miał czekać na sygnał znajomego agenta i nie kontaktować się z nim pierwszy. Nagle plan zmienił się i miał jechać do tajnej bazy, która oddalona była o 70 km od miejsca, do którego właśnie dotarł. Odgarnął włosy do tyłu, wzdychając ciężko. Założył z powrotem kask i odpalił silnik. Zawrócił. Wdepnął gaz do dechy. Wtem nieoczekiwanie na drodze, którą jechał, pojawiły się trzy kobiety. Poczuł wewnętrzny wstrząs, obliczając odległość i prędkość jazdy. Nie zdążyłby wyhamować. Całe szczęście, że idąca z przodu młoda dziewczyna zdążyła zareagować i odskoczyła w tył. Wyminął je szybko łukiem, wjeżdżając na przeciwny pas. Zatrzymał się zaraz na chodniku. Serce waliło mu jak z młota, pot wszedł na czoło. Zdjął kask i obejrzał się za siebie. W uszach mu zaszumiało. Cały zbladł. Jeszcze wczoraj całe życie przemknęło mu przed oczami. Dziś o mały włos, a miałby na sumieniu jeszcze tę dziewczynę.

— Jak jedziesz kretynie! Zawołam na policję! — uniosła się kobieta w czerwonej obcisłej sukience, przechodząc po pasach na drugą stronę ulicy i biegnąc w niereagującego na jej wołania młodego mężczyznę.

Zaczęła okładać go markowymi torbami z zakupów.

— Przepraszam, nic wam się nie stało? — zaczął, zwracając się teraz do młodej, drobnej dziewczyny w wieku około szesnastu lat, którą prawie potrącił.

Patrzyła w jego ciemne oczy spod przymkniętych powiek. Jej długie rzęsy wachlowały powoli w głębokim zamyśleniu. Wiatr dmuchnął jej w twarz, rozwiewając długie gęste włosy, a cała rzeczywistość rozpłynęła się dla niej w pył.

— Paula? Paula, w porządku? — wybudziła ją z fantazji jej matka.

— Zawsze marzyłam, by zginąć pod kołami kogoś takiego, jak ty… — powiedziała cicho, nie spuszczając z oczu, spoglądającego na zegarek motocyklisty.

— Dziecko, co ty gadasz! — jej matka złapała się za serce.

Dziewczyna założyła włosy, opadające jej na twarz, za prawe ucho. Wtem zauważyła brak kolczyka.

— W porządku z tobą, Paula? — odezwała się ponownie matka, przytulając córkę.

— Ta… — odparła szesnastolatka, odsuwając się do tyłu, wciąż trzymając się za ucho.

Odwróciła się w stronę jezdni, chcąc wrócić po utracony kolczyk.

— Czekaj — zerwał się Adam, przytrzymując dziewczynę na chodniku.

Wielki, nadjeżdżający tir przemknął im przed nosem, a kurz i pył sypnęły im do oczu. Adam wyszedł na pasy i rozejrzał się wkoło, stojąc teraz na środku jezdni. Schylił się, a następnie wrócił, wyciągając dłoń przed wpatrującą się w niego jak w obraz nastolatkę.

— Tacy idioci nie powinni mieć prawa jazdy! — krzyczała nadal kobieta w czerwonej sukience, poprawiając wyzywający dekolt. — Prawie nas rozjechałeś, świrze! — zawołała, widząc, jak szalony motocyklista oddaje, niespuszczającej go z oczu dziewczynie, drogocenną błyskotkę.

— Odkupię, obiecuję — powiedział szybko. — Podaj mi numer… skontaktuję się i oddam — zaczął, wyciągając telefon.

Szesnastolatka spojrzała na nieznajomego z wycofaniem, a matka spiorunowała go groźnym wzrokiem. Zorientował się, że źle to zabrzmiało. Na szczęście sprawę uratowała kobieta w czerwonej sukience.

— Jest za młoda. Ty daj swój. To my będziemy się kontaktować.

— Okej… — burknął Adam, czując, że nie ma w tym momencie wyjścia, a zależy mu, żeby ruszać jak najszybciej.

Zapisał swój numer w wybrokaconym notesie atrakcyjnej kobiety.

— Jeszcze raz przepraszam najmocniej — odparł szybko.

Pośpieszył do motocykla. Rzucił krótkie niepewne spojrzenie trzem wpatrującym się w niego kobietom, założył kask i odjechał szybko.

— Pokaż — powiedziała szesnastolatka, do zamykającej dumnie notes ciotki.

— Nie. Za stary dla ciebie… za to dla mnie… byłby idealnym kąskiem… — szepnęła z satysfakcją, patrząc za odjeżdżającym, seksownym motocyklistą w czarnym kombinezonie.

— No weź, Mariola! Takie rzeczy! Nie przy Pauli! — dąsała się trzecia z kobiet, chwytając torby z zakupami do ręki i kierując się w stronę domu.

Nastolatka stała jeszcze przez chwilę z rozwartymi lekko ustami, patrząc w dal, za znikającym za horyzontem nowym obiektem marzeń. Ścisnęła zgnieciony kolczyk do kieszeni podartych, modnych dżinsów. Uśmiechnęła się sama do siebie.

Księga Pochodzenia cz. I

Księga Iszmy

„Ahorain i Spokrewnieni z Erefratu”

Rozdział 1

Od zawsze istniały Istoty.


(urwane karty księgi)

Rozdział 5

Istoty Ciemności to wampiry ściśle zhierarchizowane. Najliczniejsi z tej populacji to Ahra — krwiopijcy o wysokiej lub średniowysokiej inteligencji. Ich celem jest podporządkowanie sobie wampirów Nietoperzastych — wyginającej, egoistycznej rasy Nieugiętych, zamieszkującej Zakazany Las, do którego zostali wygnani oraz wszystkich pozostałych ras. Liczba Ahra stale rośnie.

Rozdział 6

Wyróżniający się inteligencją Ahra zasiadają na stanowiskach przywódców. Wydają rozkazy Elfom Ciemności Poziomu Pierwszego. Ahra Poziomu Drugiego to potężne istoty mistyczne, poszukujące od wieków Źródła Mocy Starożytnych, wymarłych Ain, którzy uciekli z tej rzeczywistości, zabierając ze sobą cały dorobek tajemnej wiedzy, bez której Ahra nie są w stanie ukończyć stopnia swojego maksymalnego rozwoju i rozwinięcia maksymalnych umiejętności, czyli osiągnąć najważniejszego dla nich celu istnienia.

Rozdział 7

(zapisany w nieznanym dialekcie)

Rozdział 8

Ci Ahra, którzy sami próbowali osiągnąć stan Nadistnienia, w większości przypadków wpadli w egzystencjalną pułapkę. Utknąwszy pomiędzy dwiema rzeczywistościami, materialną i niematerialną, stają się istotą przejściową, tak zwanym Spokrewnionym.

Spokrewnieni z absolutnym brakiem świadomości i kontroli przybierają w zależności od bodźców, oddziałujących na nich, jedną z dwóch form: materialną (zwierzęcą) — tzw. Mgielne Bestie Ahorain (MBA), o czym będzie w kolejnych rozdziałach lub energetyczną — tzw. Duchy.

Rozdział 9

[…]

Ten Świat

W tym momencie Księga została zamknięta przez oficera w skórzanych rękawicach. Schował ją do folii, a następnie zapakował do pudełka.

— Co o tym myślisz, Aki? — zapytał, zamykając pudełko na klucz.

Zerknął z ukosa na siedzącego przed nim przyjaciela reportera, po czym ściągnął rękawiczki.

— Dosyć… — zaczął Adam, szukając odpowiednich słów do zobrazowania swoich przemyśleń na temat stworzonego przez jakiegoś ważnego naukowca pseudo dzieła.

— Wyimaginowane — dokończył za niego oficer, siadając na biurku przed gościem i zakładając ręce.

— No… — mruknął tamten, drapiąc się po karku.

— Na razie więcej nie mogę ci nic powiedzieć… — westchnął oficer.

Zaczął wodzić wzrokiem to tu, to tam. Jego zachowanie bardzo rozpraszało opanowanego zazwyczaj Adama. Tymczasem promienie słońca, które wyszło właśnie zza chmur, wpadły przez okno, padając prosto na twarz Miury.

— Kurwa… pierdolone słońce… — mamrotał pod nosem.

— Więc… co ja mam robić? — zaczął niepewnie reporter.

— Przeprowadzisz wywiad z profesorem Iszma Hadad, autorem… — oznajmił mężczyzna w mundurze.

Podszedł do okna i zasłonił żaluzję. Włączył światło w pokoju, a potem ustawił klimatyzację na mocniejszy nawiew.

— Iszma Hadad? — wtrącił reporter, zainteresowany tematem. — Miura… to… To on pisał czasem o Wszechmapie? Wszechmapie Wszechwymiaru! — zaczął przypominać Adam.

— Co mnie to kurwa obchodzi? Zamknij się i nie pierdol — warknął niewzruszony oficer o kryptonimie „Miura”.

— To profesor nauk…

— Nawet kurwa nie zaczynaj, bo mi się jaja przekręcają na ten twój pieprzony dziennikarski bełkot. Wydaję rozkaz, ty robisz i bez dyskusji.

— Teraz mnie obrażasz…

— Aki! Słuchaj kurwa, co ci mówię!

— Przecież słucham! — uniósł się Adam, nie mogąc znieść sposobu prowadzenia rozmowy wulgarnego znajomego ze służby.

Tamten westchnął ciężko, wywracając oczami, po czym odparł niedbale:

— Pójdziesz dzisiaj na jego otwarty wykład o godzinie 19:00. Będzie pieprzył o jutrzejszym dniu zasranej radości, o aniołach, i innych takich…

— Dzień Radości? — zamyślił się znowu Adam, łapiąc w tym momencie rzucone w niego akta profesora Iszmy wraz z zaproszeniem na otwarty wykład.

— Czytaj — polecił Miura. — Miałem ci tego nie dawać, ale… — tu ściszył — jęczysz jak stara p… — parsknął, patrząc gdzieś w ścianę z zawieszoną mapą kartograficzną, z naniesionymi czerwonym flamastrem punktami — …ale daję! — dodał po chwili donośnym głosem, patrząc uważnie na przypatrującego mu się z ostrożnością niewtajemniczonego jeszcze w szczegóły zaufanego partnera kontraktu.

Uśmiechnął się i pokiwał głową, kontynuując:

— Po wykładzie… — przerwał, dostrzegając, że jego rozmówca zaczyna przeglądać kartotekę naukowca. — Kurwa, Aki słuchaj mnie! — zawołał na niego, zabierając mu akta.

Adam westchnął ciężko.

— Coś się nie podoba? — mruknął Miura.

— Nie, w porządku. I co dalej?

— Jesteś jakiś rozkojarzony. Ktoś cię pobił? — zmienił temat Miura.

— Nic się nie stało… — westchnął ciężko Adam.

— Ty masz ADHD — stwierdził w myślach.

— Wypadku czasem nie miałeś? — podpuszczał go oficer, dostrzegając rozciętą wargę i ciętą rysę na jego skroni.

— Nic mi nie jest, żyję — odparł zniecierpliwiony reporter. — No mów dalej, co po tym wykładzie? — ponaglał, nie chcąc wdawać się w zaczepki z czekającym na wyzwanie pewnym siebie Miurą.

Na ustach wojskowego pojawił się szyderczy uśmiech.

— Aki, brachu, właśnie dlatego z nami współpracujesz — mruknął, klepiąc go po ramieniu.

Adam zacisnął zęby, czując ból na obitym barku.

— Słuchaj. Pójdziesz na wykład Iszmy. Po wykładzie pójdziesz do niego, wypytasz go o szczegóły tego, co mówił i zrobisz wywiad. Masz doprowadzić, by wyszedł głównym wyjściem. Pójdziesz w drugą stronę. Wrócisz do bazy i zdasz raport. Jasne to?

— Jasne.

— Nie schrzanisz roboty?

— Kiedykolwiek schrzaniłem?!

Oficer zaśmiał się z intrygą w oczach.

— Możesz wziąć akta i przejrzeć w biurze. Potem zostaw. A teraz… — wskazał na drzwi. — Mam jeszcze sporo na głowie, wiesz, jak jest…

— Jasne — prychnął Adam i zmierzył do wyjścia.

Drzwi zamknęły się, a oficer zakręcił się na krześle z satysfakcją.

S.O.W.A.

Ten Świat

Społeczeństwo, które żyło niezmienną codziennością, coraz bardziej drażniła rosnąca liczba ludności, wierząca w istnienie innego wymiaru Istot Świetlnych. Wszystko to za sprawą głoszącego o tym głośno pewnego profesora, który w odpowiedzi na obrazę ze strony tych pierwszych i nazwanie siebie przywódcą „Oświeconych” zaczął nadużywać w swych wypowiedziach tajemniczego słowa pisanego wielkimi literami: „SOWA”, co miało oznaczać: Społeczeństwo Obywateli Wstrzymujących Astral. On sam zaś w zagadkowy sposób zebranych informacji udowadniał SOWIE, że Istoty Świetlne ubierają się w materię tego świata, pozwalając ludziom poznać inną stronę rzeczywistości. Wierzący w wielowymiarowość, nazywani sarkastycznie przez SOWĘ „Oświeconymi” tworzyli grupy i organizacje, chcąc znaleźć sposób na naukowe wyjaśnienia doświadczania wpływu innej rzeczywistości na tę, w której obecnie żyją, i które mogłyby przybliżyć władzom SOWY, oraz wytłumaczyć, że tamte istoty nie przybyły z żadnej dalekiej podróży kosmicznej, ani z żadnej niezbadanej dotąd planety, lecz są, i egzystują z nami cały czas, ale w Wyższym Wymiarze, którego my ludzie żadnym z pięciu zmysłów nie jesteśmy w stanie ogarnąć…

Iszma Hadad skończył właśnie wykład o Wszechmapie Wszechwymiaru. Sam śmiał twierdzić, że nie pochodzi z tej rzeczywistości, ale przybył tu na ten świat, by odnaleźć swego ucznia, którego zgubił podczas nauki w innym wymiarze. Jego dusza trafiła tutaj, dlatego poszedł za nim. Mówił o absolutnej mądrości, jaką zajmują się istoty Wyższego Wymiaru, które otworzyły most na ten świat, by wskazać ludziom prawdę i ujawnić tajemnice egzystencji Wszechwymiaru. To on otworzył oczy mediom, które zaczęły pisać o odkrywaniu nowej rzeczywistości, o naukowych odkryciach i przełomach w świecie fizyki molekularnej, i optyce, jakie nawiązywały do działania Światła z innego wymiaru, którego to wrota znajdują się na ziemi, i otwierają raz do roku. Stał się popularny w tym, co głosił, a zwolennicy jego teorii rośli w siłę. Był to już piąty z jego wstrząsających wykładów na temat pracy nad zgłębianiem tajemnicy wymiarów…

…piąty i ostatni.

Jego słuchacze w większości siedzieli już dawno w domach albo bawili się na imprezach, podczas gdy on opuszczał salę w towarzystwie znanego w tej części regionu reportera Adama Akimowa. Przeszli przez opustoszały korytarz na parterze budynku uniwersytetu, wciąż prowadząc zagorzałą dyskusję na temat celowości istnienia. Doceniony przez przedstawiciela mediów profesor pożegnał się radośnie z ochroniarzem, oddając mu klucze do sali konferencyjnej, po czym uścisnął dłoń reporterowi, wiedząc, że idzie w drugą stronę. Adam obiecał mu nawet drugi wywiad. Iszma z satysfakcją wyszedł z budynku uczelni, zmierzając w kierunku szerokiej bramy. Tymczasem Adam miał odwrócić się i pójść w przeciwną stronę. Doceniony profesor uśmiechnął się pod nosem, będąc myślami w zupełnie innym miejscu. Przeszedł przez bramę, a potem zaczął kroczyć wąskim chodnikiem, prowadzącym na drogę główną i przystanek autobusowy, który czekał na niego tuż za rogiem. W pewnym momencie zorientował się, że samochód, który za nim jechał, zwolnił dorównując mu kroku. Obejrzał się, nie zatrzymując się jednak. Przyspieszył, lecz w tym momencie pojazd wyminął go, a po chwili stanął. Z ciemnego vana wysiadł dobrze zbudowany mężczyzna w garniturze i czarnych rękawiczkach. Zaszedł mu drogę. Profesor odwrócił się, myśląc o ucieczce, ale wtem, pojawił się przed nim kolejny mężczyzna w czarnych okularach z dłońmi opartymi na biodrach, z bronią pod połą rozpiętej marynarki. Masywny samochód cofnął gwałtownie, a agent w okularach otworzył tylne drzwi. Zdjął okulary i spojrzał znacząco na śmiejącego się przez łzy naukowca, który wiedział już, co go czeka.

Tej nocy organizacja Armii Istot Świetlnych została zniszczona, a słuch po niej zaginął…

I dlatego też jest nienawiść… zawiść… do tych, którzy mają więcej…

Bo ja przecież nie czuję, że oni są lepsi ode mnie…

Ja zawsze czuję, że ja jestem lepszy od nich…

Pierwszy Posłaniec

Brama Hatohu

Leśny, nocny wiatr ucichł, a mimo to liście zaszeleściły gdzieś nieopodal. Dźwięk cichego spokojnego oddechu wydawał się coraz głośniejszy w ciszy, która narastała teraz pośród gęstych drzew.

Co właściwie Helena Paryska robiła tego dnia na bagniskach w takim stroju? Tego nie wie i nie dowie się chyba nikt…

Złamała się gałąź tuż za drzewem. Wstrzymała oddech i powoli podniosła nogę, robiąc krok w bok, ciekawa tego, co od jakiegoś czasu tropiło ją w skupieniu. Piękny błyszczący obcas, który sama zaprojektowała, zanurzył się teraz w błocie. Zapach wilgotnego bagna nie zmylił czujnego tropiciela. Kwiatowe perfumy Heleny przyprowadziły za sobą coś tajemniczego. Wychyliła się nieco, chcąc ujrzeć, co skrywa się za drzewem. Ciemna mgła zaczęła pochłaniać jego pień i korzenie. Spojrzała w dół. Mgła weszła jej na stopy. Była już tak gęsta, że nie widziała swoich palców, gdy wyciągnęła przed siebie rękę, odzianą w czarną koronkową rękawiczkę. To coś już tu było. Wiedziała, że nie ma dokąd uciec, lecz ciekawość nie pozwalała jej nawet próbować. Chciała dotknąć, poznać czym jest to, co ją ogarnęło, co sprawiło, że nie widziała już nic prócz ciemności, że poczuła, jak ciężko się jej oddycha, że coś zaciska jej się powoli na gardle.

— Kim jesteś? — zapytała, czując obecność żywej istoty, świadomej istoty.

Wtem dostrzegła dwa ślepia wpatrujące się w nią. Osobliwość odezwała się do Heleny w obcym języku. Zobaczyła przed sobą szereg ostrych jak brzytwa śnieżnobiałych szabli, które wyłaniały się z paszczy i zgrzytały o siebie, gdy istota przemawiała do niej. Wpatrywała się w te zębiska w osłupieniu, gdy wreszcie o mały włos, a odcięłyby jej głowę, gdyby coś z tyłu nie pociągnęło jej gwałtownie w tył. Przewróciła się i wpadła do błota. Krzyknęła głośno, widząc, że jej biała koronka z gotyckiej sukienki wybrudziła się, a co gorsza podarła. Podniosła głowę. Mgła zaczęła się cofać przed świetlistą postacią, która pojawiła się niespodziewanie.

— Dobrosław? — zdziwiła się nieco.

Mężczyzna o jasnych włosach ze świetlistym mieczem w dłoni rozproszył ciemność. Biła od niego tak wielka moc, że nie dało jej się skryć nawet w kimś tak cichym i skromnym, jakim był jej bohater, o którym pisała również w swoim modowym, i parapsychologicznym blogu. Tymczasem w oddali rozległ się charakterystyczny galop, galop Ognistogrzywego, najszybszego wierzchowca znanego w tym świecie. Jego obecność oznaczała tylko jedno, nadejście Ahra, wygłodniałych istot z Południa, pożerających każde cenne życie, które spotykały na swojej drodze.

— Szybko w stronę bagien! Jeśli zrobisz, co mówię, uda nam się przed nimi schronić.

— Ale…

— Musisz mi zaufać.

Ten Świat

Tymczasem szesnastoletnia Paulina leżała na plecach z otwartymi oczami. Blask księżyca odbijał się jej na twarzy. Usiadła na łóżku, a potem sięgnęła po stojącą na stole butelkę wody. Spojrzała na śpiącą w drugim łóżku matkę, po czym wstała cicho, nie chcąc jej zbudzić. Delikatnie otworzyła drzwi i przeszła do przedpokoju. W pokoju jej ciotki świeciło się światło. Zapewne jak zwykle rozmawiała z przystojnymi panami przez kamerkę. Dziewczyna rozejrzała się, szukając złotej, brokaconej torebki ciotki. Westchnęła ciężko, rozumiejąc, że torebkę zabrała do swojego pokoju. Zacisnęła zęby, pociągając za klamkę. Lekko uchyliła drzwi, zaglądając do środka. Tak jak myślała, ciotka siedziała w czerwonym szlafroku przed monitorem laptopa i mówiła coś do osoby z drugiej strony ekranu. Nastolatka zaczaiła się za fotelem, dostrzegając rzuconą na szafkę nocną torebkę ciotki, z której akurat wystawał świecący się w złotych drobinkach notes z tajnymi, nieziemsko kuszącymi zapiskami. Wstrzymała oddech, a następnie wysunęła rękę po cenny dla niej skarb. Złapała notes, a zaraz potem wymknęła się z pokoju niezauważona. Odetchnęła głęboko, cicho zamknęła drzwi, po czym udała się do łazienki, gdzie w spokoju otworzyła skradziony notatnik ciotki. Wertowała kartki, krzywiąc się ze zdziwienia, ile numerów kontaktowych mężczyzn pozapisywała. Który z nich należał do motocyklisty? W jaki sposób podała mu swój brulion? Zatrzymała się na stronie, na której dziewięć cyfr zapisanych było niedbale i na ukos. Zaczęła przeglądać inne numery. Ten jeden miał odmienny charakter pisma.

To musi być ten numer! — pomyślała w duchu.

Zapisała go sobie, dodając do kontaktów w swoim smartfonie, po czym wyszła z łazienki uradowana i wrzuciła zeszyt do szufladki, z zamiarem oddania go ciotce o świcie, gdy będzie już spała. Wróciła do pokoju, w którym spały obie z mamą, a później schowała się pod kołdrą swojego łóżka. Jeszcze raz spojrzała na śpiącą odwróconymi do niej plecami mamę, po czym wyciągnęła telefon i utworzyła nową wiadomość.

„Hej” — napisała.

Długo zastanawiała się, czy kliknąć „wyślij”, czy nie zaczynać wdawać się w znajomość z nieodpowiedzialnym, szalonym i być może lekkomyślnym, okrutnie przystojnym nieznajomym.

Ahorain

Helena szła niepewnie za Dobrosławem, słysząc szelest w krzakach obok nich. Czarna mgła wchodziła jej na stopy.

— Nie odwracaj się! — potrząsnął nią Dobrosław.

Spojrzała na niego z niezrozumieniem. Szedł szybko przodem z mieczem wyciągniętym przed siebie. Jego krok był pewny i zdecydowany, a aura świetlnego miecza biła na nią, dodając jej odwagi. Podbiegła do niego, lecz wtem coś wyskoczyło pomiędzy nich, cisnąwszy na nią czymś przypominającym czarną galaretę. Pisnęła, ocierając oczy.

— Helena! — zawołała ją świetlista postać.

Starła galaretę z oczu i chwyciła Dobrosława za ręce. Ogarnął ją strach.

— Dokąd my idziemy? Co to są za stworzenia?!

— Cicho — szepnął — Ani drgnij…

Stali przez chwilę w bezruchu. Patrzyła mu w oczy. Jego wzrok skierowany był na coś, co właśnie wyrosło jej za plecami…

— …

„Wiadomość wysłano.”

Komu Służysz?

Brama Ahorain

— Wybieram Światło… — rzekł Akudim.

Poczuł, że jakaś zewnętrzna siła otwiera mu oczy. Ujrzał ciemną mgłę, a z niej wynurzającą się rękę, zbliżającą się do niego powoli. Przeląkł się, widząc szpony, a zaraz potem wyłaniające się z ciemności ślepia. Chciał się podnieść, lecz ubyło mu zbyt dużo krwi. Osunął się z powrotem na ziemię.

— Odejdź ode mnie…

— Akudim…

— Kim jesteś?

— Na początku była całość… — odezwała się mgielna istota.

Jedność.

Nieskończoność.

Usłyszał w myślach.

— Potem pojawiliśmy się my… Ahorain…

— Czego ode mnie chcesz? Odejdź!

— Musisz ugiąć się w sobie jeszcze bardziej i wzrosnąć, a zrozumiesz, że ciemność, którą we mnie widzisz, może służyć wyższemu celowi.

— Jaki twój cel i komu służysz?

— W Wyższym Świecie, do którego należymy, nie ma siły, która nie służy Najwyższemu, są tylko ci, którzy to rozumieją lub ci, którzy jeszcze do tego nie dorośli. Dlatego ograniczam Światło dla tych, którzy nie są jego godni.

— Nie jestem godny? — zapytał Akudim, rozumiejąc, że ciemność przenika go z każdej strony.

W końcu ogarnęła go całkowicie.

— Adamie, obudź się! — odezwał się mroczny anioł, zwracając się teraz do stojącego obok i obserwującego ich dwójkę Adama.

Ten Świat

Młody mężczyzna obudził się, przecierając oczy. Wypił szklankę wody i otworzył okno. Poczuł chłód świtającego powoli dnia. Sen, z którego właśnie się przebudził, wydawał mu się tak rzeczywisty, jakby odtwarzał w myślach jakieś wspomnienia z przeszłości. Zastanawiał się, czy to możliwe, żeby wyśnić kontynuację snu z poprzednich nocy? Czy to wszystko przyśniło mu się teraz? Nie miał czasu na zagłębianie się w te wątpliwości. Odgórny rozkaz z tajnej agencji, dla której pracował, uwiązał go w mieście z dala od kolegów ze studia fotograficznego. Agencja nie pozwoliła mu podejmować żadnych innych zleceń. Miał czekać w gotowości. Pozostało mu pracować zdalnie, a tej pracy również nie było mało. Czekał na niego zaległy artykuł, dla jednego z najbardziej popularnych portali informacyjnych, z którym również współpracował od dawna. W końcu to właśnie dzięki niemu wybił się i zaistniał w sieci, jako „Aki”. Obróbka zdjęć dla studia musiała zaczekać na później. Usiadł przy komputerze, a wtedy naszły go nowe rozterki. Zastanawiał się, dlaczego Miura zabronił mu pisać jakikolwiek artykuł o tzw. Dniu Radości i dlaczego nie mógł spisać wywiadu z profesorem? Wszystkie tematy, które łączyła ze sobą osoba Iszmy Hadada, stały się nagle ściśle tajne, co tym bardziej ciekawiło żądnego sensacji, rozchwytywanego i nieustraszonego Adama Akimowa.

Po dwóch godzinach siedzenia przed komputerem i zbierania informacji na temat owego Dnia Radości oczy same mu się zamknęły, a głowa opadła na klawiaturę.

Kwadra Szósta — Pałac Króla

Brama Tego Świata

Miłość jest uczuciem, doznaniem zmysłowym przyjemności od źródła, które daje mi tę przyjemność…

Paulina otworzyła oczy na rozpromienione na nią poranne słońce za oknem. Spojrzała w ekran smartfona: „Brak nowych wiadomości”. Westchnęła ciężko, a potem wzruszyła ramionami i zeskoczyła z łóżka z radością. W końcu dziś miała świętować swoje szesnaste urodziny, a przypadły one w ruchomy Dzień Radości. Było to dla niej podwójnym szczęściem. Zmierzyła w stronę kuchni, gdzie jej matka i ciotka zaskoczyły ją miło.

— Wszystkiego najlepszego Paula! — zawołały siostry, gdy tylko weszła do środka przestronnego pomieszczenia z udekorowanym na różowo stołem, przybranym w cudowny trzypiętrowy tort pośrodku i nakrytym do obfitego śniadania.

— Trzypiętrowy tort! ale kiedy? — zawołała uradowana nastolatka, nie mogąc nadziwić się, kiedy zdążyły upiec i przygotować jej taką niespodziankę.

— Wszystkiego najlepszego kochanie — powiedziała matka, jeszcze raz życząc jej z okazji urodzin.

— Tylko zostaw miejsce na południe — odezwała się po jakimś czasie ciotka dziewczyny, chwytając w dłoń filiżankę kawy.

Poprawiła kapelusz na głowie i spojrzała na rozpakowującą swój prezent jubilatkę.

— Rower! — zawołała uradowana dziewczyna. — Różowy! Ha! Taki jak chciałam! — nie mogła pohamować swojej energii.

Mama nastolatki poczochrała ją po głowie.

— Jak to tu przytargałyście? — zaśmiała się, kręcąc głową.

— Mariola, o której musimy wyjść? — zapytała matka ciotkę.

— O jedenastej? Myślę, że zdążymy na pierwszą.

— Powoli musimy się zbierać.

— Spokojnie Zuzka, zdążymy — uśmiechnęła się Mariola, częstując się kawałkiem tortu.

— Nie wiem, w co się ubrać.

— To proste. Założę swoją nową złotą mini — zaśmiała się ciotka do Pauli. — A ty? Nie możesz iść w tych męskich dżinsach… — rzekła z politowaniem, patrząc na szczupłą dziewczynę zatopioną w szerokich spodniach.

— Taka moda! Oh! — westchnęła dziewczyna, kiwając głową na ciotkę. — Może włożę nowe rurki…

— Włóż sukienkę. Może będą jacyś przystojniacy — mrugnęła do niej okiem elegancka kobieta.

Paulina spojrzała znacząco na ciotkę, która mimo dużej różnicy wieku była dla niej wspaniałą przyjaciółką.

— I ciasto poproszę jeszcze jedno.

— Tak! Wiem! Dzisiaj podwójne świętowanie! — zawołała dziewczyna, krojąc mniejsze kawałki ciasta. — Widzicie to niezwykłe, że w moje urodziny przypadło święto Dnia Radości…

— Może to znak — dodała matka, przebierając nadal w szafie z ubraniami.

Co roku w Kwadrze Szóstej, miejscu, o którym wiedzieli tylko nieliczni, ogromny pałac, który się tam znajdował, otwierał swe bramy dla tego świata. Każdy, kto nie wierzył, a chciał, w życie poza ziemskim wymiarem, mógł przekonać się na własnej skórze, że Istoty Świetlne istnieją, a w dodatku raz w roku ujawniają się i organizują wielką uroczystość. Nazwały one ten dzień Dniem Radości dla Olam Haze, czyli tego świata, świata śmiertelników, dla którego też przybierały ludzkie postacie. Był to już trzeci rok od pierwszego ujawnienia, a rzesze ich fanów i młodzieńców pragnących przyłączyć się do ich Armii rosły z roku na rok. Każdy, kto tylko chciał, mógł tego dnia przybyć do Pałacu i spędzić tam dosłownie cudowny dzień. Niektórzy otrzymywali nawet niezwykłe podarunki.

Zostawiwszy samochód przed wejściem na teren Kwadry, trzy kobiety, Paula jej matka i ciotka weszły na leśną szosę, a potem zmierzyły w stronę wydeptanej ścieżki, rozglądając się na boki. Im bliżej pałacu, tym więcej ludzi zbierało się wokół. Wszyscy szli z radością drogą, porośniętą zieloną trawą i wyścieloną kolorowymi kwiatami.

— Może spotkam męża — szepnęła do Pauli jej ciotka.

Ta roześmiała się głośno.

— Zobacz, tamten jest nawet ładny — szepnęła jeszcze, wskazując na wysokiego młodego mężczyznę, idącego w skupieniu.

Poprawiła sukienkę, idąc krok w krok z Paulą, ubraną w czarną ołówkową sukienkę, która podkreślała jej filigranową figurę. Wreszcie stanęły we trzy pośrodku kolorowego ogrodu. Wciągnęły głęboko powietrze, a woń kwiatów przeniknęła je, unosząc ich ducha w lekkości. Słońce, jak zawsze tego dnia, przygrzewało mocno, a krople wody z rozpryskującej się bajkowej fontanny tworzyły tęcze, którym robiono zdjęcia na pamiątkę. Szum wiatru niósł ze sobą spokój i ukojenie, a świergot rajskich ptaków, które ukrywały się w koronach kwitnących drzew, przenosił do innej rzeczywistości.

Przed złotą bramą pałacu stali dwaj dwumetrowi strażnicy. Istoty te tkwiły prosto w bezruchu, a aura, jaka ich otaczała, czasem sprawiała wrażenie, że krystalizuje im szerokie skrzydła, których normalnie gołym okiem nie było widać. Trzy kobiety zbliżyły się do nich. Magiczne uczucie towarzyszyło im przy przechodzeniu na drugą stronę świetlistego portalu. Wtem stanął naprzeciw nim wysoki mężczyzna o jasnej cerze, czarnych do pasa prostych włosach i równie ciemnych oczach, tak krystalicznie czystych, że widać w nich było swoje odbicie. Paula nie potrafiła oderwać od niego oczu, gdy mówił do ich trójki.

— Sefirot — przedstawił się z uśmiechem gospodarz, podając rękę każdej z nich, po czym zaprowadził je do ogromnej komnaty, gdzie szeroki stół ciągnął się i ciągnął bez końca.

Dla wszystkich znalazło się miejsce, a i było go mimo to aż nadto. Cudowne złote nakrycia i kwiaty w wazonach, na które padało światło przez wysokie strzeliste okna, karmiły zmysły, a gorące potrawy, zimne płyty, i desery były przyrządzone perfekcyjnie pod gust każdego indywidualnie, stając się swoistymi dziełami sztuki. Uśmiechnięci wysocy kelnerzy chodzili tam i z powrotem, usługując każdemu z czystą przyjemnością.

— Mam dla ciebie prezent Paula — rzekł po pewnym czasie Sefirot, odrywając dziewczynę od podziwiania wszystkiego wokół.

— Taaak?! — ucieszyła się jubilatka, odkładając natychmiast talerz ze świeżym, kruchym i przepysznym ciastem, którym zdążyła się już delektować.

Z bijącym niespokojnie sercem zwróciła twarz do uśmiechniętego Świetlistego. Odgarnęła opadające jej na twarz kosmki włosów. Matka podała jej w ukryciu serwetkę. Szybko otarła usta, po czym uśmiechnęła się do Świetlistego ze szczerym zaciekawionym wzrokiem.

— Podoba ci się tu? — zapytał.

— No jasne! Pięknie tu!

— Możesz przychodzić częściej, nie tylko raz w roku.

— Taaak?? — podskoczyła ze szczęścia.

— Cały rok szykujemy się dla tego dnia. Możesz nam pomagać — odezwał się ktoś za jej plecami.

— Akudim — odezwał się Świetlisty, zwracając się do przemawiającego przyjaciela.

Obejrzała się, a wtedy ujrzała przed sobą młodego motocyklistę w czarnym kombinezonie. Poczuła wstrząs. Zbladła i odwróciła przerażony wzrok na śmiejącego się jednym kącikiem ust gospodarza.

— To jakiś… — odezwała się, łapiąc Sefirota za rękaw.

— …Żart? — wtrącił, zgadując, co chce powiedzieć. — Każdy widzi zawsze to, co chce widzieć… — odparł, zanim zdążyła o cokolwiek zapytać.

Jego wzrok przeniknął jej umysł i serce. Opuściła głowę w dół, patrząc kątem oka na anioła w brązowym habicie ze świetlistymi skrzydłami o twarzy motocyklisty, którego wczoraj spotkała. Spojrzał na nią w taki sam sposób jak podczas incydentu na drodze. Odwróciła wzrok, nie potrafiąc zrozumieć, co się dzieje.

— Kim on jest? — zapytała cicho Sefirota.

— Jest nowy. Ma na imię Akudim. Będzie twoim aniołem.

Wybuchła niekontrolowanym śmiechem. Po dłuższej chwili, obserwując powagę Sefirota, powstrzymała się i spoważniała.

— Nie spotkaliśmy się już czasem? — zapytała rozbawiona, gdy Akudim usiadł obok niej na miejscu Świetlistego, który oddalił się, by przywitać kolejnych gości.

— Fraktalność tego świata to nieskończone ciągi zjawisk i ich wzajemnych powiązań. Skoro wszystko jest ze sobą połączone, nie jest to wykluczone.

— Pssst… spójrz na naszą Paulę — szturchnęła swą siostrę, matka szesnastolatki.

— Szykuje ci się niebiański zięć — zaśmiała się Mariola, lustrując wzrokiem Świetlistego, rozmawiającego z zafascynowaną nim dziewczyną.

W przeciwieństwie do Pauli widziały w nim jedynie nowego nieznajomego.

— Och! — podskoczyła znowu matka, widząc, że anioł przytula do siebie jej córkę.

Ze łzami w oczach, z pełnią szczęścia wpatrywała się w nich, łapiąc się za serce.

— Będę przy tobie zawsze, w każdym momencie i każdej chwili, i nigdy cię nie opuszczę — oświadczył Akudim, gdy rozmarzona odwzajemniła jego uścisk. — Pamiętaj tylko jedno Paulina…

— Paula — poprawiła go rozpromieniona, przygryzając wargę.

— Paula… — odezwał się naraz Sefirot, stając nad nią.

Odwróciła głowę, patrząc na czarnego anioła z lekkim niepokojem.

— Moment, w którym przestaniesz myśleć o Akudimie, sprawi, że on zniknie. Jeśli będziesz chciała zobaczyć go na nowo, po prostu wypowiedz jego pełne imię — Olam ha Akudim — dokończył za Akudima.

— Super! Nigdy nie zapomnę! Jestem taka szczęśliwa! — uśmiechnęła się do Sefirota.

Puściła oczko zerkającej na nią mamie i ciotce, a potem wdała się w długą rozmowę ze Świetlistym, który pochłonął jej całą uwagę.

Tymczasem Sefirot stanął w Złotej Bramie, wyglądając na swoich gości. Najwyraźniej ostatni podróżnicy zdążyli przybyć już na miejsce. Mimo to wyczekiwał. Tak miał już w swojej naturze. Objął swym przenikliwym wzrokiem całą Kwadrę, zatrzymując się na rozanielonej Pauli. Patrzył na nią długo, głaszcząc teraz swojego ognistogrzywego wierzchowca po szyi.

Jeśli masz pragnienie otrzymywania przyjemności, wówczas szukasz osoby, która napełni twoje pragnienie…

I jeszcze jedna ważna rzecz.

Widzisz, być w Świetle to być w miejscu, gdzie jest ci dobrze, przyjemnie i wygodnie, ale w tym miejscu nie ma możliwości rozwoju, dlatego potrzebne jest zrozumienie Ciemności, bo to wyjście poza strefę twojego komfortu.

Wyjście ze Światła a wejście w Ciemność jest przerażające dla twojego ego na razie, ale tylko w Ciemności jest rozwój, bo tylko z Ciemności masz możliwość dojść do wolnego wyboru.

A o ten wolny wybór przecież cały czas nam chodzi…

Czyż nie?

Jesteś tak zapracowany, że zapominasz o tym, co najważniejsze…

— A co jest takie najważniejsze?

— Ty mi powiedz, Adamie…

Głośny stuk obudził Adama. Spojrzał na zamknięte okno i ulewę, która właśnie rozpętała się na dworze. Czuł wewnętrzne rozdarcie. Chwycił się za głowę. Naszła go obawa, czy wypadek nie wpłynął na niego w jakiś negatywny, trwały sposób, że świat zaczął mu się rozsypywać, a rzeczywistość umykać. Zaburczało mu w brzuchu. Spojrzał na włączony ekran laptopa. Ciemnowłosa dziewczyna stała na pagórku, a wiatr kołysał jej włosami. Naraz ktoś położył jej na ramieniu dłoń z ostrymi diabolicznymi pazurami. Postać, która nie została pokazana, powiedziała coś po japońsku. Na dole ekranu wyświetliły się napisy po angielsku.

— Koniec z anime! — powiedział sam do siebie, wyłączając komputer.

Miał wrażenie, że japońskie filmy, które oglądał po nocach, zaczynają mieszać mu w głowie. Rzucił wszystko i wyszedł z hotelowego pokoju.

Brama Habo

Olam Habo i Światy Nieosiągalne

Lecz Świat Wyższy jeszcze nie daje pełnego zrozumienia kim lub czym jest tzw. Byt Pierwotny. Tych, którzy już zaczynają go poznawać, nazywamy Będącymi Na Drodze, a ich świat, dla Was nieosiągalny nazywa się Olam Habo. W tym świecie posłańcy, którzy poświęcili to, co dla nich najcenniejsze służą wyższemu dla nich kolejnemu światu, lecz robią to już z sekretem, który może i ty poznasz…

Do ciebie należy wybór, którą drogą chcesz iść… Ile światów zechcesz poznać, by odkryć kim naprawdę jesteś…

Adamie…

— C… co? Ktoś tu jest?

Poznajesz nową rzeczywistość przez Ciemność, przez odwrotność, którą jesteś w stosunku do Światła, które cię otacza. I nie chodzi tu o jakieś światło widzialne, ale to, co przepływa przez ciebie, w twoim odczuciu. Wszystko to, co nie uważasz za siebie, a jest na zewnątrz ciebie jest siłą, która emanuje, bo taka jest jej właściwość. W swoim zepsutym ego dokonujesz oceny według tego, co dla ciebie jest dobre, słodkie, korzystne, a co boli, przynosi cierpienie. To będziesz traktować jako zło. Istniejąc w świecie materii, tworzysz wizerunki Światła i Ciemności, ale w Wyższym Wymiarze, którego nie pojmujesz Światło i Ciemność tworzą jedność, całość, doskonały i absolutny byt, który działa w sposób słodki lub gorzki dla ciebie, byś zaczął rozwijać się w poznawaniu logiki Wyższej Rzeczywistości…


Or Hozer pojawił się tego dnia w Bramie Wszechwymiaru. Spojrzał oczami serca na swego nowego posłańca i na istoty tego świata, świata zwanego przez Wyższych Olam Haze. Żyły one sobie w pokoju, ale i nienawiści. Większość nie miało w ogóle świadomości o istnieniu Bramy. Pozostali, najchętniej wylegiwaliby się całymi dniami lub spędzali każdą chwilę na zaspakajaniu przyjemności, wykorzystując jego młodszych braci. Uśmiechnął się, gdy ujrzał przed sobą Paulę, kosztującą kolejny kawał ciasta z dziką rozkoszą. Ujrzał szczęście w jej oczach, które nie spuszczały wzroku z jego nowego ucznia, którego to za namową Sefirota Świetliści wcielili do Armii. Tak mało wystarczyło jej do szczęścia. Z drugiej strony, skoro tak mało chciała, jak mogłaby w ogóle wyobrazić sobie, że to on stoi za otwarciem bramy, dzięki której otrzymała swojego anioła. Smutno mu się zrobiło. Wiedział, że choć zadurzona po uszy, zdążyła już nawet zapomnieć o tym, jak brzmi pełne imię jej stróża.

Forteca Ahorain

— Straże! — krzyknął Sefirot, otwierając oczy po wyjściu z medytacji.

Dwaj czarnoskrzydli strażnicy otwarli mocno ciężkie, mosiężne, szerokie i wysokie, gotyckie drzwi komnaty ich przywódcy, Nadistoty o magnetycznym spojrzeniu i niezwykłych umiejętnościach, jedynego, który przeszedł pomyślnie ewolucję swego gatunku, i przemienił się z upiornej postaci Ahra w niemalże wyzwoloną istotę Ahorain. Ten wybiegł do szerokiego, pokrytego cieniem holu, stanął i rozkazał głosem, który usłyszał w umyśle każdy przebywający w fortecy:

— Zamknijcie w tej chwili wszystkich Spokrewnionych!

W jednej chwili wszyscy Ahra, demoniczne postacie z iście diabelskimi pazurami i czarnymi piórami, zlecieli się jak szaleni, szukając Przemieniających się, i wsadzając po kolei każdego z nich do lochów ciemności, skąd nie mogliby dostrzec nawet promyka światła.

Set machnął mocno skrzydłami i skoczył za Spokrewnionym, lewitującym przy murach ciemności, tuż przy bramie fortecy. Ten niczego się nie spodziewając, został schwytany przez Ahra i pociągnięty w przeciwną stronę. Szarpnął się jednak mocno i wymknął z rąk czarnego demona.

— Wszyscy Ahra zamknąć się za kratami! — nakazał nagle Sefirot, przemykając przez długie korytarze ciemności niczym wiatr.

Zlewając się z mrokiem, sięgnął cieniem napotkane sługi i odepchnął je do pobliskich komnat. Myślami zakneblował drzwi, nie tracąc na prędkości. Wiedział, że wszystkich nie zdąży ocalić przed tym, co się zaraz miało stać. Spokrewnieni zaczęli przemieniać swe ciała w energię. Set jeszcze raz spróbował uchwycić zbuntowanego Spokrewnionego, lecz ten przeniknął mu przez szpony. Zacisnął zęby i sam rzucił się do ucieczki, zostawiając uciekiniera za sobą. Chwycił za kratę drzwi do więziennej celi, lecz w tym momencie poczuł porażenie na plecach. Skrzydła mu zesztywniały.

Odwrócił się, a w progu bramy fortecy ujrzał postać tak silnie emanującą Światłem, że aż go oślepiło. Spokrewniony, którego nie złapał, rzucił się na przybysza. Set usłyszał tylko krótki syk. To napastnik właśnie spalił się momentalnie w blasku Świetlistego, który zaczął poruszać się w przód, prosto w kierunku samotnego Seta. Ahra zaczął walczyć z samym sobą, wchodząc do celi z narastającym oporem. Zamknął się z trudem, czując, jak rośnie w nim nieodparte pragnienie posilenia się Światłem Białego Anioła. Patrząc, lecz nie widząc, zaczął machać skrzydłami, wbrew własnej woli, w stronę idącego szerokim korytarzem Świetlistego. Gdy ten przeszedł obok niego, zaczął drapać kraty, chcąc wyjść z celi, która zamknęła się za nim. Miał ochotę rzucić się na Świetlistego i wyssać z niego całe życie. Jego pragnienie tak bardzo urosło, że przeniknął przez kratę, zmieniając się w istotę energetyczną. Pożądanie Światła zmieniło go w Spokrewnionego, mającego teraz tylko jeden cel, pożreć świetlistego gościa. Właśnie miał zrealizować swój zamiar, rzucił się do skoku, gdy wtem na jego drodze pojawił się Sefirot. Ogarnął go w jednej chwili ciemnością i skruszył. Set padł na ziemię, lecz został z niego sam popiół.

— Or Hozer… — Sefirot ukłonił się z szacunkiem na powitanie.

— Sefirocie… — odpowiedział Świetlisty.

Znaleźli się teraz w komnacie głównej władcy twierdzy, który wskazał na tron, stojący pośrodku. Świetlisty rozpromienił sobą całą jego przestrzeń. Ahorain odetchnął głęboko.

— W czym mogę ci służyć?

— Chcę, abyś posilił Uczących się. Przekaż im moje Światło, ale miarkuj odpowiednio, by nie spalił ich pożądania głód. Istoty wolnej woli lecą do tego, co dla nich dobre jak ćmy… Nie chcę, żeby zachowywali się jak zwierzęta… Chcę, żeby zaczęli naprawdę woli używać.

— Nie zasługują na twoje Światło Or Hozerze… Dam im twoje Światło, ale zasłonię cię zaraz po tym, jak się tobą posilą. Zasłoniłem już jednego Uczącego…

— Sefirocie. Służysz mi od zawsze z wielką uwagą. Pozwól mu ujrzeć Światło ponownie… — polecił Świetlisty.

Sefirot posłusznie machnął ręką w stronę mosiężnych wrót. Te otworzyły się powoli z groźnym skrzypem.

— I… naoliw te drzwi — uśmiechnął się Świetlisty.

— He, he, he — zaśmiał się pod nosem Ahorain.

Wrota komnaty stanęły otworem. Z ciemności z korytarza wyłoniła się powoli skrzydlata postać.

Księga Pochodzenia cz. II

Księga Iszmy


Rozdział 9

Tylko najliczniejsi, najwytrwalsi o niezwykle silnej woli mają szansę stać się Ahorain. Ahorain to Nadistota, która z własnej woli, świadomie potrafi kontrolować poziom własnej materializacji. Ahorain mają niesamowite umiejętności metafizyczne. Najważniejsze z nich to telepatia, telekineza i teleportacja. Sieją strach wśród Ahra, budzą ich podziw i szacunek. Ahorain nie walczą o władzę. Po prostu ją mają. Ahorain wykorzystuje Światło do swych celów. Posiada te same właściwości i moce, co Ain. Potęguje je poprzez osiągnięcie nowości, której nie znali nigdy Ain. Te dodatki to: nienawiść, zaborczość, zazdrość i chęć zagarnięcia wszystkiego dla siebie. Podczas gdy na tym etapie Ain zakończył rozwój i osiągnął Jedność, Ahorain czuje głód, jakiego nie zaznał nikt nigdy wcześniej.

Rozdział 10

Istnieje legenda, mówiąca o tym, iż to właśnie powstanie pierwszego Ahorain przyczyniło się do ucieczki Świetlistych Ain z tej rzeczywistości.

...istnieją też teorie, twierdzące, że Ahorain to nie ostatni stopień rozwoju Ahra.

Rozdział 11

„Tylko godny imienia prawdziwego władcy będzie mógł zyskać Ain, jako swego sługę”.

„Potęga” Ahorain daje możliwość wolnym władaniem Ain.

Lecz dokona tego tylko ten Ahra, który poprzez absolutne zejście w Ciemność, poprzez stany, przez które sam musiał przechodzić w różnych swych wcieleniach, poprzez absolutny głód nie zapomniał, że…

…to siłę dało mu pierwotne Światło…

Ten Świat

Mężczyzna w mundurze parsknął kolejny raz szyderczym, złośliwym śmiechem, a jego kolega podał mu zapalniczkę. Ten spojrzał na Iszmę piorunującym wzrokiem, a potem spalił księgę na oczach jego i pozostałych „Oświeconych”, zebranych w tym ukrytym gdzieś na świecie, politycznym obozie koncentracyjnym.

Patrzcie no ludzie, panuję nad Światłem! A wy wszyscy będziecie mi teraz służyć i zrobicie dokładnie, co wam rozkażę! W jakim świecie ty żyjesz człowieku?! Wyobraźnię to ty kurwa masz, ale nie ma nic poza tym jedynym światem, w którym panoszycie się ze swoimi pierdolonymi herezjami wy i których doprowadzamy do porządku my! — krzyczał oficer Miura, patrząc prosto w oczy stojącemu sztywno autorowi Księgi.

Oczyszczenie 
— „Tahara w Ciemności”

Brama Habo

…Bo żeby oczyszczenie Tahara było możliwe, muszą być spełnione określone warunki; a jednym z nich jest szczerość… absolutna szczerość przed samym sobą, że nie mam nawet minimalnej chęci dla siebie, tylko wszystko dla tego, który to stworzył…

— Akudimie… czy mnie słyszysz?

— Kim jesteś? — zapytał zaproszony młodzieniec, wszedłszy do komnaty Sefirota.

Spojrzał na siedzącego, znudzonego jakby władcę Fortecy Ahorain.

— Pytanie raczej… Kim jesteś ty? — uśmiechnął się Anioł Mroku, spoglądając na czarne skrzydło gościa.

— Ty mnie tu uwięziłeś?

Tamten spojrzał na rozmówcę ze skrzywioną miną, po czym odparł:

— Otrzymałem Światło od Wyższego Ain. Mam polecenie podzielić się nim ze wszystkimi Ahra w tej fortecy… — oznajmił, wyciągając do Świetlistego dłoń z kulą Światła, promieniującego na metr.

Akudim zbliżył się do Sefirota na dwa kroki.

— Ale tego nie zrobię… — dodał po chwili władca Ciemności, gasząc wszystkie Światła i świece.

W komnacie zapadł mrok.

— Czego chcesz?! — warknął Akudim.

— A ty? — usłyszał głos za sobą. — Czego chcesz Akudimie?

— Daj mi Światła! Wypuść mnie!

— Egoisto! — zaśmiał się Ahorain. — Chciałbyś wszystko wziąć dla siebie? A co z innymi?

— Jesteś ciemnością! Nie masz Światła! Wypuść mnie.

— Mam więcej Światła niż sądzisz…

Sefirot krążył wokół Akudima, lecz ten nie mógł go w tej ciemności dostrzec.

— I dlaczego traktujesz mnie wciąż jako swojego wroga?

— Jesteś Aniołem Ciemności.

— Bez ciemności nie ma wiary, bez wiary nie ma rozwoju… Twój nauczyciel ci tego nie przekazał?

— ?

— Bez odczucia ciemności nie odczujesz Światła, jakie przygotowane ci zostało… Nie rozumiesz?

— Nie…

— Odpowiedz mi na pytanie… — odezwał się Sefirot po chwili ciszy.

Stanął naprzeciw kandydata do Armii Świetlnych tak, że Akudim bez problemu mógłby go teraz sięgnąć.

— Co jest celem twojej podróży? Co cię tu sprowadziło? Mógłbyś siedzieć sobie teraz jak pozostali i popijać schłodzony nektar bogów, lecz ty wolałeś wstąpić do Armii Świetlnych… Po co?

— Nie twój interes…

— Jestem tu… z twojego powodu Akudimie, a ty… wziąłeś na siebie odpowiedzialność, biorąc pod opiekę tą dziewczynę. Zrobiłeś to, by wstąpić do Armii i stać się jednym z aniołów. Zdajesz sobie sprawę ciężaru tej drogi?

— Zdaję!

— Pragniesz tego bardzo, ale to nadal egoistyczne. Wykorzystałeś Dzień Radości, przywłaszczyłeś sobie podopieczną, co daje ci przepustkę wstąpienia do Armii Świetlnych. Mimo to twoją przepustkę mogę bez problemu cofnąć. Nie jesteś gotowy na drogę Światła… Jesteś po prostu głupi.

— Nie tobie to oceniać! — parsknął rozdrażniony Akudim.

— A komu? Tobie? — prychnął rozbawiony władca Ciemnej Krainy. — Naprawdę chcesz Światła?

— Chcę. Zejdź mi z drogi Aniele Ciemności.

Akudim nie ustępował. Sefirot śmiał się głośno, drocząc się z młodym, próbując zniechęcić go i odciągnąć od upragnionego celu.

— Okej…

Naraz pojawił się przy oknie i ściągnął mocnym pociągnięciem ręki szerokie zasłony z okien. Światło wpadło do komnaty, oślepiając młodego wojownika. Ten padł na ziemię, czując palący ból na ciele. Przysłonił się skrzydłami, które momentalnie zaczęły parzyć go ogniem.

— Co to jest?! — wrzasnął przerażony.

— To właśnie jest Światło! — syknął zniecierpliwiony Sefirot.

Akudim zaczął zwijać się z piekącego go bólu.

— Przestań! Nie wytrzymam tego ognia! Pali mnie! Zlituj się nade mną — wołał bezsilnie.

— Niech rośnie w tobie nienawiść, ona cię poszerza… — stwierdził spokojnie Sefirot.

— Ach! — zwijał się z bólu tamten.

— Rozwój jest wyborem… ty wybrałeś tę drogę… drogę zmiany…

— Proszę cię, zatrzymaj to!

— Prosisz mnie Ciemność o pomoc? Ty hipokryto!

— P… Pali…

— Głupcze, tak ci zależy na dołączeniu do Armii Świetlnych, a nawet nie wiesz, z jaką siłą masz do czynienia… Spójrz na siebie. Jeśli naprawdę chcesz wstąpić do Armii, musisz oczyścić siebie ze swojej egoistycznej chęci… — mówił dalej Sefirot. — Wypalę ci i drugie skrzydło…

Do Akudima nie docierały już słowa bezlitosnego Anioła Ciemności. Jego drugie skrzydło spopielało jak poprzednie. Stracił wzrok, dostał poparzeń trzeciego i czwartego stopnia. Tkwił w miejscu wypełniającym go Światłem po brzegi. Choć zamykał się przed tym, co go rozrywało, nie był w stanie zatrzymać tego stanu.

— Tego Światła ja już nie zatrzymam. Ono większe jest ode mnie. Oczyści cię lub spali. Musisz zdecydować sam.

— Pomóż mi… proszę…

— Skup się, nie na bólu, ale na celu. Co jest dla ciebie najważniejsze? Co jesteś gotowy dla tego celu poświęcić?

— Chcę dołączyć do Jego Armii… Po to tu przybyłem…

— Doskonale…

— …

— A teraz zrezygnuj z siebie…

„End of the first chapter”

Adam po raz kolejny złapał się za głowę. Rzucił na stół papierek po batonie, który jeszcze przeżuwał. Nowe anime pochłonęło go tak bardzo, że zabrakło mu silnej woli, by przestać je dalej oglądać. Wstał, a potem chwycił się za rozpalone plecy. Spojrzał w lustro, a potem w zgaszony ekran laptopa. Dopiero ból głowy sprawił, że ponownie postanowił położyć na trochę.

Wieża

Brama Hatohu

Adriana stanęła przy samej krawędzi ubytku w wieży, który kiedyś służył za okno. Podróżnicy kochający dziką naturę i stare opuszczone budowle stali w ciszy, trzymając się za ręce, i wpatrując się w słońce, zachodzące za koronami puszczy, jaka otaczała ich zewsząd.

— Ada! Uważaj!

— Sai! — zawołała młoda kobieta, odwracając się gwałtownie.

Oparła rękę o kawałek ściany. Cegła poruszyła się i wypadła z hukiem.

— Kochanie, uważaj na ciebie… — powiedział opalony mężczyzna czułym głosem, obejmując delikatnie od tyłu swoją dziewczynę.

Ta zaśmiała się tylko. Wiedziała, że przebywanie na tym terenie jest zabronione, a to tym bardziej ją kręciło.

— Spójrz tylko… — odezwała się po chwili, spoglądając w kołyszące się na wietrze źdźbła trawy i rosnące między nimi maki.

— Co tam widzisz?

— A ty?

— Las…

— A wiesz, co ja widzę?

— Co?

— Smutek i roztargnienie… — dodała po chwili, odwracając się do chłopaka.

— Ada… wrócę, jak tylko dostanę nowa wiza.

— Musisz wyjeżdżać? — zapytała ze łzami w oczach, wiedząc, że jej ukochany nie ma wyjścia.

— Muszę. Kolejki na karta są za duże i nie można mi wrócić do rodziny, bo kolejka przepada.

— Możesz wrócić na bezwizowym.

— Moja agencja zrobiła mi oświadczenie na nowa wiza. Tak będzie lepiej. Odwiedzę moja mama i brat, złożyć dokumenty, i przyjadę do ciebie na paszport. Potem wrócę po wiza, ale znowu przyjadę do ciebie ukochana.

— Odejdziesz i nie wrócisz…

— Wrócę! Kocham cię… — przytulił ją mocno. — No i muszę pracować dalej. Nie musisz się martwić.

Wiatr wpadł do środka, rozwiewając ich myśli.

— Może to nie jest najlepsze miejsce i czas… — zaczął niepewnie obcokrajowiec. — Ale muszę tobie o coś zapytać… zanim wyjadę — odsunął ją od siebie.

Odgarnęła włosy, a widząc powagę na jego twarzy, zaniepokoiła się. Włożył drżącą dłoń do kieszeni, a po chwili podsunął jej małe pudełeczko.

— Zostaniesz moja żona? — zapytał szybko.

Dziewczyna skoczyła żwawo, wyciągając z niego małe świecidełko.

— Jaki piękny! — zawołała uradowana, chcąc założyć sobie pierścionek zaręczynowy na palec. — Och Seiran!

W tym momencie drobiazg niefortunnie wyślizgnął się jej z dłoni i spadł na ziemię. Wpadł w szczelinę, która swoją nierównością sprowadziła go do schodów wiodących na niższe poziomy wieży. Kobieta zerwała się, chcąc złapać bezcenny dla niej przedmiot. Pierścionek przeturlał się już na schodek. Sięgnęła po niego ręką, ale ten odbił się o coś metalowego, spadając niżej ze stopnia na stopień. Seiran zadrżał, widząc, jak jego narzeczona potknęła się o nierówny schodek i złapała poręczy, o mały włos unikając upadku z wysoka.

— Ada! Uważaj! Stój! — wołał za nią, schodząc po skrzypiących schodach w narastającą ciemność.

W niższych partiach wąskiej budowli okna były zamurowane lub zasłonięte. Światło przedzierało się tylko przez szczeliny murów, które były nieliczne. Stopnie były tu bardzo strome. Słyszał biegnącą w dół ukochaną, a zaraz potem głuchy huk.

— Ada?! Jesteś tam?! — krzyknął, przyspieszając.

— Tak! — zawołała z dołu.

W tym momencie stopień pod nim zarwał się i młody mężczyzna stracił równowagę. Ciężar jego ciała przechylił się do przodu. Zasłonił rękami twarz, czując, jak obija się z każdej strony.

— Sai?! — wrzasnęła dziewczyna.

Otworzył oczy, leżąc na ziemi. Tuż przed nim widniał złoty pierścionek. Porwał go w dłoń, po czym powoli podniósł się z parteru. Był cały poobijany.

— Ada? Gdzie jesteś? — odezwał się donośnym głosem.

Wszędzie było ciemno. Kopnął jakiegoś szczura, który właśnie przebiegł koło niego. Rozejrzał się z niepokojem. Przystanął, czując ból w kostce. Nie widział jej ani nie słyszał i to zaczęło go przerażać. Zapach wilgoci wypełniał to ponure, nieznane miejsce.

— Znalazłem go! Ada, chodź tu już! — zawołał. — Adriana!!!

Odwrócił się nerwowo, słysząc cichy stuk tuż za sobą. Nietoperz wiszący na jakiejś belce rozłożył skrzydła, które zaczął pokrywać mu czarny opar. Mrok coraz większy zaczął ogarniać Seirana. Mgła w mgnieniu oka otoczyła go, a zwisający nietoperz zeskoczył na ziemię, przybierając kształty jakiejś istoty o człowieczych rozmiarach. Otworzyła ona paszczę, a wampirze kły zaszeleściły przed jego oczami.

Inwazja

Ten Świat

Iszma zaśmiał się głośno, widząc to całe zdarzenie.

— I umrzesz w tym swoim świecie i cię więcej nie będzie, a robaki będą składać jaja w twoim gnijącym ciele… — odpowiedział ze spokojem i przerwał nagle.

— Agencie Miura! — zawołał stojący obok umundurowany, chwytając silną pięść wściekłego oficera, który właśnie miał zadać cios przemądrzałemu starcowi.

— Odsuń się — powiedział ten, odsuwając od siebie kolegę.

Splunął, niczym kobra, a następnie odchyliwszy się niedbale w bok, wyciągnął przed siebie pistolet i wymierzył w naukowca.

— Tak policja trzyma broń? — śmiał się Iszma, ocierając krew z rozciętej wargi. — Tak broń trzymają przestępcy! Jesteście głupimi agentami organizacji, której władza wysysa wam mózgi! Ograniczają was, a wy służycie tym, którzy robią was pustakami!

— To twoje ostatnie słowa, świrze? — odbezpieczył broń Miura.

— Agencie Miura, on może się nam jeszcze przydać — pouczył oficera kolega z branży.

Miura spojrzał na niego i kiwnął znacząco. Agent cofnął się posłusznie, po czym odwrócił tyłem.

— Ja żyję w wielu światach naraz — mówił Iszma rozbawionym głosem. — I w innym wymiarze już przygotowałem się na swoje odejście z tego…

— Świetnie! — parsknął Miura, żując gumę, a po chwili z lekkością, jak gdyby nigdy nic, oddał strzał w klatkę piersiową mędrca. — Więc to dla ciebie żaden problem…

Naukowiec chwycił się za serce. Wciąż uparcie utrzymywali kontakt wzrokowy, jakby każdy z nich uważał się za zwycięzcę.

— Skoro nie chcecie poznać Wyższego po dobroci… otrzymacie pomoc z zewnątrz… — dodał Iszma, po czym padł na ziemię bezwładnie.

Brama Habo

Poznajesz nową rzeczywistość przez ciemność przez odwrotność…

Stąd wszystkie kryzysy i sytuacje, które powstają, są właśnie po to, by cię do tego doprowadzić.

— Ten świat, to świat Uczących się. Tak go nazywamy. Droga Świetlnych to droga będących już Na Drodze. Na razie przemieszczasz się pomiędzy dwiema przestrzeniami, tym, co dobre i co złe. Ludzie od wieków szukają odpowiedzi na pytanie, czym jest dobro i zło. Jesteś na poziomie Uczących się, lecz nie jesteś jeszcze gotowy, by poznać ojca. Jest logicznym porządkiem, którego twój rozum nie jest w stanie na razie ogarnąć.

— Ty jesteś Or Hozer?

— Jestem.

— Pozwól mi wstąpić do twojej Armii… Sefirot cofnął mi przepustkę.

— W celu?

— Chcę wam służyć… jesteście silni… odważni… mocni… Nie macie wrogów, bo wszystkich pokonujecie. Działacie w słusznych sprawach. Poznaliście nawet Wielkiego Ducha z Wyższego Wymiaru…

— Chcesz więc służyć, by na tym zarobić.

— Nie, nie!

— Jeśli na chwilę zapominasz o prawidłowej intencji, zostajesz oderwany…

Ten Świat

Adam wrzucił w siebie jeszcze garść chipsów. Wtedy usłyszał piosenkę, która kończyła następny odcinek jego ulubionego anime. Kolejny miał wyjść dopiero za tydzień. Westchnął ciężko, z jednej strony nie mogąc doczekać się na dalszy przebieg wydarzeń, z drugiej poczuł ulgę, że nie musi uczestniczyć więcej w wirtualnych wydarzeniach, w które tak bardzo się zaangażował i wczuł. Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz, gdzie rozświetlona ulica, oraz jeżdżące tam, i z powrotem samochody zaczęły przytłaczać go coraz bardziej. Czuł, że jego rzeczywisty świat jest nudny do bólu i że ciężko jest w nim odnaleźć samego siebie. Zbliżała się godzina dwunasta w nocy. Usiadł na łóżku i spojrzał na rękawicę bokserską, leżącą na stole.

— Co ci mówiłem?! Trzymaj gardę! — krzyknął Miura, patrząc na podnoszącego się z ziemi przyjaciela, któremu promienie porannego słońca padały prosto na twarz.

— Po co mi to? Jestem rep… — zaczął Adam, czując cios w brzuch.

— Broń się! — wołał zadowolony oficer.

— Przerwa — zażądał tamten, cofając się.

— Mięczak! — zawołał na niego dobrze zbudowany kolega.

Poczekał, aż ten otrze sobie twarz ręcznikiem i napije się wody. Spojrzał w sufit sali treningowej, na której się znajdowali, a potem stwierdził nerwowo:

— Ludzie poszaleli! Myślą, że widzą anioły!

Adam spojrzał na niego z niezrozumieniem.

— Teraz pojawiają się jakieś mgliste duchy… — dorzucił oficer, przesuwając się na środek ringu skocznym krokiem. — To już drugi etap rozwoju choroby, trzeba to zbadać, usunąć ten anielski pałacyk.

— Jaki pałacyk? — zapytał reporter, odgarniając przydługie włosy do tyłu i wracając na pole walki.

Bacznie obserwował telepiącego się na prawo i lewo skupionego boksera, który właśnie miał mu zadać cios w twarz.

— Ał! — jęknął Adam. — Złamałeś mi nos! — krzyknął, usuwając się z ringu.

— Nie bądź mięczak, Aki! Chodź i walcz, jak facet! — zaśmiał się przeciwnik, opierając się o słupek.

Adam zszedł z ringu.

— Znowu? Baba z ciebie, nie facet! — zawołał Miura.

Adam zignorował jego wołania, przetarł się ręcznikiem, napił się wody i usiadł na ławce obrażony.

— Jak ja teraz wystąpię przed telewizją?!

— Nie wystąpisz. Odwołasz reportaż. Mamy dla ciebie coś lepszego… Och, daj spokój! — zawołał za chwilę, widząc, jak jego przyjaciel staje przed lustrem.

— No zobacz tylko, jak ja wyglądam! — krzyknął tamten do Miury, patrząc na krwawiący nos, rozbitą, powoli gojącą się wargę, rysy na skroni i siniaki na rękach. — I która teraz się ze mną umówi… — westchnął pod nosem. ­ — Masakra…

— Nie moja wina, że jeździsz jak szatan.

— Szatan nie urządził mi nosa!

— Laluś z ciebie. Nie lamentuj. Musisz nauczyć się podstaw walki i działać z otwartym umysłem, a nie skupiać się tylko na jednym.

— Nie jestem cholernym wojskowym tylko reporterem!

— I agentem…

— Fotografem!

— Najpierw agentem. Podpisałeś kontrakt. Jesteś nasz.

— Długo się nie odzywaliście, musiałem szukać innej fuchy. Nie mogę wszystkiego tak nagle porzucić, bo…

— Akimow! — zawołał umięśniony bokser, wychodząc z ringu i zbliżając się do poszkodowanego przyjaciela. — Pamiętasz Iszmę?

— Co się z nim stało? Dzwoniłem rano na uczelnię. Mówili, że się nie pojawił. Policja nie udzieli informacji, bo RODO no i wiadomo…

— Przepadł.

— Ty wiesz.

— A ty nie drąż tematu. Chcę, żebyś napisał coś innego.

— Ty?

— S.O.W.A. oczywiście z dyrektorem Paskalem, który wydał rozkaz dla ciebie. Masz napisać artykuł, który zamknie Kwadrę Szóstą raz na zawsze. Nie będzie tam się więcej urządzało Dni Radości, bo to buntuje naród. Damy ci naukowców, a ty napiszesz artykuł do gazety i na strony internetowe. Wiesz jak…

— Jasne… Na kiedy to ma b…

— Na wczoraj.

Sprawdź, czy nie jesteś ZAINFEKOWANY!

Uwaga! Silne halucynacje po ukąszeniu nowej mutacji muszek szałwijskich!

Od lat Drosophila Melanogaster, znana pod popularną nazwą jako muszka owocówka, jest ulubionym obiektem badań genetyków. Dlaczego? Bo jej nawyki są podobne do naszych, ludzkich.

Niektóre jej geny pokrywają się z naszymi, do tego szybko się mnoży i mutuje.

„A wszystko to w stanie upojenia” — dowodzą naukowcy z Uniwersytetu Tokijskiego. Dzięki prof. Takeshiro Nakamura oraz Samuelowi Brown wiadomo, że substancja psychoaktywna salwinoryna, diterpenoid otrzymywana z rośliny zwanej szałwią anielską, rosnącą w Kwadrze Szóstej, jest najsilniejszą substancją psychodeliczną, jaką do tej pory udało się zbadać. Wywołuje ona zaburzenia myślenia, mistycyzmu, wzrost percepcji zmysłów, halucynacje wzrokowe, słuchowe oraz w przedawkowaniu wrażenie ściskania i rozszarpywania ciała, wrażenie podróży do innych rzeczywistości, przestrzeni, i czasu.

Wiadomo, że podczas zażywania szałwii w ekstraktach, może wystąpić stan dezorientacji, co może prowadzić do nieprzewidywalnych i niebezpiecznych wypadków. Do tej pory samo stosowanie, zażywanie szałwii anielskiej nie przyniosło ofiar przedawkowania, nie odnotowano jeszcze ryzyka uzależnienia, a jeśli jakiekolwiek jest, następuje w dużej rozbieżności czasowej.

Wirus, który rozprzestrzenił się w ostatnich dniach na skalę masową, jest wirusem zaliczanym do rodzaju neurotropowych wirusów, szerzących się i namnażających w układzie nerwowym. Wywołany został przez nowy rodzaj mutacji muszek szałwijskich (MS), które zaczęły pojawiać się w Kwadrze Szóstej w wyniku mutacji, spowodowanej przedawkowaniem tamtejszej rosnącej szałwii nowego, nieznanego wcześniej gatunku.

Halucynacje, które są wywołane po ukąszeniu MS, znacznie różnią się od tych, które pojawiają się po spożyciu szałwii anielskiej. Są znacznie silniejsze i niebezpieczniejsze.

Przed ich pojawieniem się, badani twierdzili, że postrzegane wizje, jakie mają po spotkaniu w Kwadrze Szóstej, są bardzo przyjemne, nawet gdy dzieją się naprawdę dziwne rzeczy. Pojawienie się MS wprowadziło w wizje chaos i odczucia lękowe. Badani tracili kontrolę nad ciałem, upadali, mieli wrażenie ogarniającej ich ciemności w postaci ciężkiej mgły. Tracili oddech.

Takie wizje są na tyle niebezpieczne, że mogą spowodować obrażenia, których w danej chwili osoba nie poczuje. Może to doprowadzić do ciężkich okaleczeń, a nawet do śmierci ukąszonego przez MS.

Wizje są symptomem chorobowym i zasadniczo nie leczy się samych zaburzeń percepcji, lecz schorzenie, które je spowodowało. Dlatego wskazane jest przeprowadzanie dokładnych diagnostyk, takich jak m.in. badania obrazowe mózgu.

Z chwilą postawienia rozpoznania schorzenia, wywołanego przez ukąszenie MS można podjąć leczenie halucynacji.

Niestety medycyna nie znalazła jeszcze skutecznej metody na walkę z nosicielami nowego wirusa.

Standardowo podaje się szczepionki przeciwko MS. W najbliższym czasie mają być dostępne w każdej placówce medycznej.

Autor tekstu: Aki

Królestwo Ciemności

Bramy Ahorain

— Iszma! Stary brachu!

— Sefirocie…

— Przyszedłeś powiększać moje królestwo?

Iszma nieśmiało postąpił w przód. Zachwiał się po drodze, czując w głowie jeszcze lekkie zawirowanie. Zatrzymał się.

— Sefirocie, o Wszechwładco Ciemności… — zaczął, patrząc na siedzącego przy stole Anioła Mroku o sześciu czarnych skrzydłach.

Tamten wskazał gościowi miejsce obok siebie. Uśmiechnął się znacząco, nie spuszczając wzroku z Iszmy. Sprawiał wrażenie, jakby czekał z uroczystą wieczerzą właśnie na niego. Naukowiec postąpił powoli i z uwagą, ku siedzącemu na złotym, bijącym w oczy blaskiem, wręcz rażącym i budzącym pożądanie władzy tronie. Zajrzał w talerz gospodarza.

— Ryba? — zdziwił się. — Ostatnim razem, gdy to ja panowałem nad twierdzą Ahorain, jadłeś krwisty stek… Zmieniłeś dietę? A może przeszedłeś na wegetarianizm? Źle się czujesz? Albo nie sprzyja ci panowanie…

Iszma zarzucał pytaniami Sefirota. Książę Ciemności śmiał się pod nosem, rozbawiony postawą przyjaciela.

— Nie myślałeś o urlopie? — kontynuował przebiegle przybysz, przechadzając się teraz po przestronnej, wypełnionej pustką i mrokiem komnacie.

— Nie było takiej potrzeby…

— Teraz jest… — dodał Iszma, chwytając do ręki ostry nóż do steków.

— Nie krępuj się. Jedz — zaproponował Sefirot, wskazując gościowi na świeżo upieczonego dzika.

Sam podniósł do ust kielich z czerwonym winem. Iszmie zaświeciły się oczy. Stanął teraz tuż przy zadowolonym, szarmanckim gospodarzu. Naraz, niespodziewanie wykonał szybki ruch ręką, chcąc dźgnąć Sefirota w serce. Tamten zablokował jego atak w ostatniej chwili i zmusił do upadku uderzeniem z zaskoczenia. Iszma z błyskawiczną reakcją, podparł się na jednej ręce, z drugiej strzelając we władcę Ahorain bronią palną. Sefirot złapał kulę dwoma palcami.

— Jesteś zabawny Iszma… — zaśmiał się, odkładając kieliszek na stół, po czym pstryknął palcami, a wtedy pocisk zmienił zwrot, pędząc teraz na czarnoksiężnika, nagle zwiększającego dystans między nimi.

Tamten z wysiłkiem widocznym na twarzy zatrzymał zabójczy nabój, wykorzystując zdolności kinestetyczne. Wytworzył w dłoniach kulę energetyczną i celował nią w Sefirota. Przeciwnik z ciągłym uśmiechem na twarzy przeniknął magię czarnoksiężnika i ruszył w jego stronę. Iszma drgnął, wypowiadając jakieś zaklęcie, zaś Książę Ciemności bez trudu i w mgnieniu oka przewrócił go siłą własnej woli, a potem pochylił się nad nim, i nadepnął go mocarnym, czarnym butem. Czarnoksiężnik zaczął oddychać z trudem.

— Co kombinujesz Iszma? — zapytał władca Ahorain.

Stary naukowiec uśmiechnął się tylko. Naraz zasłony wielkiego szerokiego okna odsłoniły się z impetem, a do komnaty ciemności wpadło tak silne światło, że nawet Sefirota uderzyło w twarz. Tym razem to Iszma zaczął się śmiać bez opamiętania. Jego przeciwnik spoważniał natomiast i odsunął się o krok.

— Możesz mnie pokonać Sefirocie! Ale nie jego!

— Wykorzystujesz Światło przeciw mnie? Doskonałe… — zamyślił się Anioł Mroku, a jego skrzydła z czarnych piór zmieniły się w diamentowe ostrza. — Zaskakujesz mnie.

— Skoro takie to ciekawe, oddaj mi tron o Książę Ciemności.

— Myślisz, że to takie proste? — pytał Sefirot, usuwając się powoli w ciemną część komnaty.

— Nie potrzebuję cię już Sefirocie… Wybacz mi, ale twoja potęga nic mi już nie daje. Chcę więcej… a więcej może mi zaoferować jedynie Or Hozer… wyższy od ciebie stopniem… Nie masz nad nim władzy, nie masz też z nim żadnych interesów. Ja zaś mam, dlatego…

— Iszma… — wtrącił uchachany Sefirot. — To twój wybór… nie jestem ci w niczym przeciwny… wręcz przeciwnie…

Kwadra Szósta — Drugie Oblicze

Hatohu

Helena ocknęła się, słysząc krzyk męskich głosów. Poderwała się i usiadła na łóżko. Jęknęła, czując silny ból w lewym boku. Dotknęła ręką miejsca palącego wręcz ukłucia. Spostrzegła, że ma zabandażowaną całą talię. Położyła się z powrotem, czując słabość i bezsilność. W końcu dotarło do niej, że znajduje się w obcym łóżku, w małym drewnianym pokoiku, zapewne jakiejś wyobcowanej chatki. Głosy za zamkniętymi drzwiami stawały się coraz wyraźniejsze. Zsunęła się z łóżka.

— Skoro jest tylko On, nie ma niczego przeciw Niemu.

To Dobrosław… — pomyślała.

Ujrzała przez szparę drzwi zakonnika w otoczeniu dwóch mężczyzn, stojących teraz do niej tyłem. Naraz poczuła drżenie podłogi.

— „I chociażbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, boś ty ze mną.” — powiedział mnich do dwóch towarzyszy, kierując ich szybko w stronę zdezorientowanej Heleny.

Drgnęła. Cofnęła się, lecz spojrzała przez szparę z powrotem, chcąc poznać, kim są biegnący w stronę pokoju mężczyźni. Wtem drzwi otwarły się, a w progu stanął pierwszy z nich.

Wrzasnęła z przerażeniem.

— To ty!!!


…kilka godzin wcześniej…

Ten Świat

— Szefie… Mamy problem…

— Co jest?!

— Chodzi o Kwadrę Szóstą…

Oficer jednostki specjalnej Miura zakręcił się na obrotowym fotelu, chwytając położoną przez swojego agenta kartkę papieru A4.

— Co to kurwa jest?! Republika Zjednoczonego Południa?! — zaśmiał się, wymachując dokumentem przed nosem podwładnego. — Co jest? Kraj sobie postawili nagle?! Co to za pierdolony żart?!

Brama Hatohu

— Urzeka mnie dualistyczna natura tego miejsca — stwierdził Adam, nakierowując kamerę na siebie.

Obiektyw uwiecznił też na nagraniu stojący za nim znak „Teren Wojskowy. Wstęp Wzbroniony.”

Odwrócił się wokół własnej osi, tworząc panoramę z miejsca, w którym się obecnie znajdował. Świeżo zamknięty teren przejęty przez tajną jednostkę S.O.W.A., zwany tajemniczo Kwadrą Szóstą rozpościerał przed nim sekretne skrzydła innego, ukrytego świata. Z kartą rzecznika mógł, a nawet miał obowiązek regularnie poruszać się po tym terenie i rejestrować wszystko wokół ze szczegółami. Miura, chcąc zapewnić ochronę przyjacielowi, umówił się z nim na konkretną godzinę. Adam miał tylko czekać przed bramą graniczną na ekipę dowódcy. Nie byłby jednak sobą, gdyby posłuchał wojskowego i nie poszedł swoją drogą sam. Podekscytowany wjechał swoim crossowym motocyklem na zamknięte terytorium. Skierował się na polną drogę, która wydawała mu się być w tym momencie drogą główną. Koła coraz bardziej zatapiały się w niestabilnej powierzchni ziemi, porośniętej wysoką trawą. Zjechał z trasy i zszedł z motocykla.

— Trasa przejazdu pojazdów wojskowych — stwierdził, mając przed sobą żółty znak z symbolem wozu pancernego.

Rozejrzał się, oddalając od drogi głównej. Wokół było tylko pole, suche, zarośnięte chaszczami i spróchniałymi drzewami. Idąc wzdłuż bocznej ścieżki, zauważył nagle leżące czarne worki na śmieci, wypchane czymś i pozostawione. Wciągnął nosem powietrze, zastanawiając się, czy w workach nie gniją zwłoki zamordowanych bestialsko, przypadkowych turystów. W końcu Kwadra ogrodzona była jedynie drutem kolczastym, zaś agencja zaczęła stawać się coraz bardziej nieobliczalna. Czym się właściwie zajmowali, tego nie wiedział, choć po zarobkach jakie dostawał, nie miał zamiaru niepotrzebnie w to wnikać.

Przeszedł kilka kroków w towarzystwie ciszy i lekkiego wiatru, poruszającego zielonymi gałęziami. Wspiął się na niewielki pagórek i wyjrzał daleko za korony drzew. Zza liści wynurzyło się białe kuliste sklepienie, przypominające tajne laboratorium.

— Ta ekscytacja połączona z rozsądkiem, wołającym, nie idź tam! — zaśmiał się do kamery, relacjonując, co widzi przed sobą, po czym postawił urządzenie na kłodzie i zaczął przeglądać mapę, którą otrzymał od Miury.

Naraz coś zaszeleściło w trawie nieopodal niego.

— Słyszeliście to? — poderwał się, rozglądając na boki.

Trawa kilka kroków przed nim poruszyła się, a coś, co się w niej skrywało, ucichło, jakby wyczekując odpowiedniej chwili. Adam, wiedząc, że jest, a właściwie powinien być tu całkowicie sam, złapał nerwowo kamerę i zaczął iść w przeciwnym kierunku. Stworzenie w wysokich trawach zaczęło poruszać się za nim.

— Ja pierdolę — zaklął pod nosem.

Przyspieszył, oglądając się za siebie. Wnet szelest pojawił się po lewej stronie na jego wysokości, a potem coś wyminęło go i ucichło.

— Kurwa! Wyprzedziło mnie! — relacjonował, cały czas mając włączoną kamerę.

Zatrzymał się przerażony i zamarł. Stał przez chwilę nieruchomo, prawie nie oddychając. Serce waliło mu jak z młota.

— Trzeba być totalnym chujem, żeby iść w taki las samemu… — ściszył, wytrzeszczając oczy.

Po jakimś czasie cofnął się cicho, z każdym krokiem nasłuchując obecności drugiej istoty.

Może to była wiewiórka… — pomyślał, słysząc jedynie wiatr i cykające wokół świerszcze. — …Albo cholerny lis?

— Czuję się, jakbym był na jakimś urbexie, jak kiedyś z chłopakami… — opowiadał cicho, obserwując trawę przed sobą.

Odszedł od tajemniczego stworzenia, wchodząc na pobliską skałę, by objąć wzrokiem większą przestrzeń przedziwnego miejsca, na którego terenie się znajdował. Pokręcił głową, zdając sobie sprawę ze swojego tchórzostwa. Przeczekał chwilę, a potem odwrócił się i zaczął iść w kierunku wyznaczonym na mapie. Spojrzał daleko w niebo. Dwa duże ptaki przypominające kormorany przefrunęły nisko między drzewami. Zboczył z kolejnej ścieżki, idąc teraz w ich kierunku. W uszach miał tylko narastający szum wiatru. Wnet zauważył rwący potok, przerywający mu drogę. Zapach ryb i ptasich odchodów poraził go, gdy zbliżył się do urwiska, gdzie zdradliwy nurt z łatwością mógł porwać nawet dorosłego człowieka, prosto do płynącej przed nim mętnej rzeki i tam zakończyć jego żywot. Z rękawem przy twarzy rozejrzał się ostrożnie. Spojrzał w dół. Ziemia była biała, jak zimą, choć słońce prażyło niemiłosiernie. Niżej zauważył dziwnie rosnące, lśniące i mieniące się w promieniach słońca rośliny i ciągnący się za nimi, ukryty w krzakach drut pod napięciem.

— Nie znam tej rośliny — stwierdził. — Może to ta anielska szałwia? A gdzie te muszki mutanty? — rozglądał się. — Co to jest ten drut?

Odszedł parę kroków.

— Jeżeli czytaliście mój artykuł, wiecie już, że szałwia, którą tu prawdopodobnie spotkaliśmy, ma właściwości halucynogenne. Według naukowców, z którymi pracowałem, istnieją teorie, mówiące o równoległej rzeczywistości. To właśnie w tym lesie, na tym terenie nazwanym jako Kwadra Szósta łączy się ona z naszym światem. Pojawiły się tutaj jakieś trzy lata temu pewne zawirowania magnetyczne, co może mieć wpływ na percepcję człowieka i jego wyobraźnię. Czy istnieją zmutowane muszki? Istnieje zmutowana szałwia i pole magnetyczne, a reszta to medialna ściema, żeby ludzie bali się tu przychodzić i uznali las za Zakazany Las, jak w filmach. A wiadomo, że co zakazane i nawiedzone budzi grozę. Mózg człowieka buduje sobie obrazy, nagle okazuje się, że coś widzimy, że coś słyszymy, co właściwie nie istnieje. Ludzie chodzą tu co rok w jeden dzień w roku, kiedy jakaś tzw. Brama Wszechwymiaru otwiera się. Mówią, że widzą anioły i takie tam — tłumaczył reporter, przedzierając się przez pole sięgającej mu do kolan trawy.

Poczuł chłód i ponowny zapach ryb.

— Mam nadzieję, że kormorany żywią się tylko rybskiem — powiedział do kamery, łapiąc ostrość na siedzącego na gałęzi, patrzącego na niego czarnego ptaka.

Choć głos wewnętrzny kazał mu wracać na drogę główną, ciekawska natura zwyciężyła.

— Czy to lej widoczny na lidarze? — powiedział sam do siebie, zaglądając w nienaturalnie utworzoną dziurę w ziemi, zarośniętą po części dziką trawą. — Zapewne był tu kiedyś poligon wojskowy — zastanowił się, dostrzegając również porzucone druty kolczaste. — Mam nadzieję, że nie natrafię tu na jakąś minę — dodał, wróciwszy do głównej drogi, przy której zostawił motocykl. — Być może jakieś eksperymenty naukowe, wojskowe i kto wie, co jeszcze spowodowały istniejące tu podobno anomalie…

Szedł powoli, zostawiając za sobą spróchniałe w tej okolicy nieliczne drzewa. Wsiadł na motocykl, a potem zaczął analizować mapę. Gdzieś pośrodku Kwadry miała znajdować się twierdza, którą tzw. Oświeceni nazywali Złotym Pałacem. Podrapał się po czole, nie mogąc zrozumieć niedorzeczności niektórych ludzi. W końcu odpalił silnik, lecz ten odmówił posłuszeństwa.

— No dalej! — zaczął się denerwować.

Spojrzał na zegarek. Za półtorej godziny ekipa Miury miała zjawić się w Kwadrze.

— Oczywiście, anomalie — oznajmił dobitnie, włączywszy ponownie kamerę. — To się zawsze przydarza, gdy tylko się o tym opowiada — westchnął, pozostawiając pojazd na szlaku. — W tym tempie powinienem dojść do pałacu w 20 minut — oznajmił, nakierowując obiektyw na siebie.

Zmierzał teraz do miejsca oznaczonego na mapie jako „Twierdza”.

W pewnym momencie spostrzegł, że świerszcze przestały cykać, a śpiewy ptaków ścichły. Ponownie poczuł wilgoć. Zaczął stąpać po zamglonej trawie. Korony gęsto rosnących drzew rzucały cień na wyznaczoną przez Adama ścieżkę. Naraz usłyszał dźwięk łamanej gałęzi nieopodal. Drgnął, zatrzymując się. Miał dziwne wrażenie, że nie jest tu sam.

— Halo? Jest tu kto? — zawołał, kierując obiektyw kamery, skąd dobiegł go odgłos łamanego drzewa.

Nikt mu nie odpowiedział, co wprawiło go w panikę.

Cokolwiek to jest, penetruje — zastanowił się.

Wtem zgasła mu kamera. Drgnął, klikając nerwowo na włącznik. Na ekranie pojawił się sygnał rozładowanej baterii. Zaklął pod nosem, wpatrując się w trawę przed sobą. Wtem zza krzaków wyłonił się jeż. Adam odskoczył, zaklął, po czym odetchnął z ulgą. Zaczął zagłębiać się w las, a mgła rosła mu do kolan. Wskoczył na skałkę, a z niej dostrzegł jeszcze wyższy pagórek, na który od razu się wdrapał. Słońce padło mu ponownie na twarz. Kamera włączyła się nagle. Poczuł ulgę. Ekran znów pokazywał 90% mocy baterii. Parsknął pod nosem, kręcąc głową. Spojrzał za siebie. Wiatr poruszał lekko zielonymi liśćmi. Wszedł jeszcze wyżej, a wtedy ku swojemu zdziwieniu ujrzał przed sobą wysoki mur i finezyjne wieżyczki przed bramą fortecy, która dosłownie przed nim wyrosła.

— To chyba tu — pomyślał, tworząc kolejne wideo. — Widzę wieżę obserwacyjną — mówił, rejestrując obraz i dźwięk. — Wieża z cegieł…

Odstawił kamerę, zrzucił podróżny plecak z ramienia i spojrzał przez lornetkę.

— Ciekawe, że żadne foldery ani przewodniki turystyczne nie wiedzą o istnieniu takiej mocarnej, rozciągającej się i rozciągającej twierdzy. Ciekawe, kiedy została wybudowana? –zastanawiał się, analizując powierzchnię fortecy.

Niestety mur był zbyt wysoki, by zobaczyć, co znajduje się za nim. Spojrzał na wysokie drzewo, rosnące obok. Poprawił rękawiczki i podszedł do niego z zamiarem wspięcia się w górę. Skoczył, podparł się o gałąź, lecz ta złamała się.

— Kurde! — zawołał, po czym runął na ziemię.

Otrzepał się, a potem ponownie wziął do ręki lornetkę i usiadł na pagórku nieopodal bramy zamkniętej twierdzy.

— Ciekawe kim są ci, których Oświeceni nazywają Świetlistymi — pomyślał na głos, wpatrując się w bramę, jakby zaraz miała się otworzyć.

Wyłączył kamerę i wyciągnął notatnik.

„Zbliżyliśmy się do miejsca, gdzie punkty naszej rzeczywistości materialnej stały się tak czułe, że powstają w nas wątpliwości, do czego je powiązać. Jesteśmy przyzwyczajeni do wymiarów. Potrafimy określać długość i szerokość. Co, jeśli pojawiają się punkty tak kontrastowe, a jednocześnie trudne do rozróżnienia, że nie można zahaczyć ich do skończonej materii, a nawet idąc już dalej, do matematycznej nieskończoności? Punkty, których nie można ograniczyć kształtem, ani czasem? Nasza percepcja jest ograniczona wielkością galaksyjną, lecz mowa tu o miejscu, które jest poza tym ograniczonym wszechświatem, który ciągle się rozszerza.”

Przerwał notowanie w notatniku, słysząc pisk opon w pobliżu. Schylił się, chowając w wysokiej trawie. Terenowy samochód zatrzymał się przed zamkniętą bramą wielkiej twierdzy na wzgórzu. Mężczyzna za kierownicą powiedział coś przez krótkofalówkę, po czym nacisnął klakson, czekając na reakcję, tych, którzy śmieli przeszkodzić mu w zburzeniu przepięknego pałacu w samym środku tajemniczego, chorobotwórczego obszaru, zmuszając jego ludzi do odwrotu.

— Tchórze… — pomyślał Miura, wciskając klakson na bezczelnego.

W końcu wielkie kamienne drzwi zadrżały, otwierając się powoli. Adam nie przestawał nagrywać.

— Bądźcie w gotowości — polecił Miura do pozostałych agentów, ukrytych na terenie Kwadry.

W bramie stanęło dwóch wysokich strażników, wyglądających na zakonników. Adam poczuł ciarki na ciele.

Tam rzeczywiście przebywają ludzie… — przeszło mu przez myśl.

— Siema! — zawołał przybyły, wychodząc z samochodu z przygotowaną za pasem spluwą. — Co wy za jedni? Ha?

— Oto jest pełnoprawny akt Uznania Międzynarodowego. Obszar geograficzny o promieniu podanym tutaj, leżący na terenie waszego państwa, określany jako Kwadra Szósta został z mocy prawa uznany za odrębne państwo Republiki Zjednoczonego Południa, stanowiącego podmiot prawa międzynarodowego, mającego wyłączność na stanowienie i wykonywanie prawa na swoim terytorium. Przekraczanie granicy państwowej jest dozwolone na podstawie dokumentów, uprawniających do jej przekroczenia. Wszelkie zachowanie, pozwalające domniemywać chęć naruszenia granicy bez poddania się kontroli granicznej, uznane będzie za akt agresji i zostanie stłumione według prawa obowiązującego w Republice Zjednoczonego Południa. Wszelkie działania skierowane przeciw Kwadrze Szóstej uznane zostaną za akt agresji waszego państwa i pogwałcenia warunków pokojowych. Zostaną stłumione.

Miura trzymał teraz w ręce przedstawione mu akty mocy prawa z podpisami władz państwowych jego kraju. Nie mógł uwierzyć w to, co słyszy i co widzi. Mężczyzna w białym habicie o długich czarnych włosach stał w progu bramy w otoczeniu dwóch zakonników. Jego przenikliwe oczy zwróciły się wprost na ukrytego w trawie Adama.

Cholera, dostrzegł mnie? — przestraszył się reporter, mając przy tym uczucie, jakby gdzieś już spotkał się z tym spojrzeniem.

— Mam mówić dalej? — zapytał po chwili zakonnik, spoglądając teraz na zdezorientowanego Miurę.

Twarz gospodarza była rozpromieniona i uśmiechnięta. Wydawał się pewny siebie. Prawdopodobnie czuł przewagę taktyczną nad ludźmi z agencji. W międzyczasie ukryty w trawie reporter szukał w myślach możliwego zdarzenia, w którym zetknął się z tą tajemniczą osobistością. Adrenalina rosła. Miał ochotę zakraść się głębiej, przejść przez mur i zajrzeć do fortecy, ale rozmowa agenta Miury ze Świetlistym, stojącym w pełnym słońcu zaniepokoiła go. Postanowił obserwować ich z bezpiecznej pozycji. Otarł czoło, czując skwar palącego dziś słońca. Mężczyzna w bieli postąpił krok w przód, w stronę, krzyczącego coś, wyprowadzonego z równowagi oficera. W pewnym momencie odwrócił się bokiem. Adam otworzył szeroko oczy, widząc załamujące się światło wokół jego postaci. Ujrzał coś, przypominającego przezroczyste skrzydła. Schował się za drzewem, dopiero gdy spostrzegł, że zakonnik wskazuje na niego palcem. Zaklął pod nosem. Tymczasem Miura rzucił zgniecionym aktem, po tym, jak jego oponent odebrał mu broń zręcznym ruchem ręki.

— Nasi snajperzy będą tu na was czekać — uśmiechnął się tajemniczy cudzoziemiec, kiedy agent wsiadł już do swego wozu i zatrzasnął za sobą drzwi.

— Jedziemy! — warknął Miura do krótkofalówki, licząc czerwone punkty, celujących w niego i pozostałych agentów wrogich snajperów, ukrytych gdzieś za murem, i na wysokich wieżach twierdzy, znajdującej się za nim.

Samochody poderwały się z piskiem opon. Dowódca akcji zaczekał jeszcze chwilę, patrząc w stronę wychylającego się z aparatem przyjaciela. Adam zbiegł ze skały i wskoczył do wozu, zajmując siedzenie pilota.

— Co to było? — odezwał się z do wojskowego, który wściekle przeszywał wzrokiem oddalającego się w bramie zakonnika.

Miura ruszył z impetem, wgryzając się teraz swym zabójczym spojrzeniem w lusterko wsteczne. Zapadła niezręczna cisza. Słychać było jedynie warkot silników samochodów terenowych jednostki specjalnej. Miura, dowodzący akcją pod kryptonimem „Szóstka”, jechał jako ostatni z przyjacielem reporterem.

— Masz coś? — zapytał, przeglądającego zdjęcia towarzysza.

— Patrz to — dodał po chwili tamten, dumnie pokazując kierowcy zdjęcie mężczyzny w białym habicie z jasną aurą wokół i zarysem krystalicznych skrzydeł, widocznych dzięki załamującemu się światłu.

Miura zwolnił, wpatrując się ze zdumieniem w zadziwiające zjawisko. Nagle wjechał na kłodę i zjechał lekko na bok, potrącając jakąś tabliczkę. Samochód podskoczył kilkakrotnie.

— Po powrocie do bazy zdajesz kamerę, jasne? — rozkazał, zatrzymując się nagle.

Adam udał, że tego nie usłyszał.

— Pytam, czy jasne? — ponowił pytanie, patrząc w oczy zniesmaczonemu koledze. — Jesteś nasz. Wszystko, co twoje jest nasze. Nie zapominaj ­– rzucił z mocą, po czym wyszedł z samochodu.

— Świetnie… Podpisałem cyrograf z diabłem… — westchnął tamten, opierając się o fotel z rezygnacją. — Co robisz? — zapytał, obserwując teraz idącego przez krzaki agenta.

Miura szedł prosto na pole porośnięte gęstą roślinnością, kwitnącej szałwii z bogatym, kolorowym kwiatostanem o niezwykle intensywnym zapachu. Reporter wyskoczył z auta i podbiegł do rozglądającego się wokół oficera. Tamten chwycił się za głowę.

— Co to jest do cholery?! Oni faktycznie sadzą tu te rośliny w takich ilościach?! — zawołał, przechodząc dalej przez gęste krzaki i omijając drzewa. — W tej puszczy?! Toż tego gówna cała plantacja przecież!

— To nie tylko las! — zawołał nagle reporter, podnosząc do ręki przewróconą drewnianą tabliczkę.

— Co to?! — agent zbliżył się do stojącego w bezruchu przyjaciela.

Rezerwat przyrody. Prawem chroniony. Kwadra Szósta.

— Rezerwat? — parsknął śmiechem Miura. — No i gdzie ten rezerwat jest?

— To wszystko… to jest rezerwat Miura… — oznajmił wolno Adam, patrząc w górę na wysokie korony dzikich drzew, z których właśnie zerwało się stado ptaków. — Cała ta twierdza mieści się w dzikim lesie… w rezerwacie przyrody…

— Zatem państewko tej obcej cywilizacji znajduje się w tym rezerwacie? Świetnie!

— Jakiej obcej? Ty, co ty mówisz? Jakie państewko? O co tu tak naprawdę chodzi?

— Zamknij dziób i tak nie zrozumiesz.

— Do kogo należy ten rezerwat? Do Kwadry Szóstej, do agencji, czy jeszcze kogoś innego?

— To, co poza murem nie należy do obszaru ich państewka, więc nie im decydować, co z tym zrobimy.

Reporter zaczął szukać informacji w telefonie. Nagle jego iPhone zaczął odmawiać mu posłuszeństwa. Ekran zgasł, włączyła się blokada klawiatury, po chwili telefon odblokował się, zaczął migotać, a potem wyłączył się. Adam spojrzał na kompana z szeroko otwartymi oczami. Tymczasem agent Miura zacisnął pięści.

— Echis, Kobra i Mamba wracajcie do punktu wyjścia. Znalazłem plantacje szałwii. Szukajcie wszystkiego po drodze, co wygląda wam podejrzanie i zniszczcie to cholerstwo. Bez odbioru!

— Miura, tak nie możemy! — zawahał się Adam, idąc krok w krok za nieustraszonym agentem, zmierzającym do bagażnika samochodu. — Nie możemy niszczyć rezerwatu, skoro nie mamy dowodów, że to faktycznie szkodliwe rośliny! Wymyśliliśmy to sobie Miura! Słyszysz?! — krzyczał, próbując przemówić mu do rozsądku. — Ci naukowcy też ściemniali! — zatrzymał się i dodał cicho: — Ściemniali? To była ściema? Nie? Nie chodzi o rośliny… to, o co… o to pole magnetyczne? Czy to…

Jego towarzysz nie słuchał. Oblał benzyną, ile się da i zaczął podpalać, stwierdzając przy tym:

— Nic nie wiesz.

— Jesteś idiotą! — wołał Adam, uwieczniając te chwile w aparacie. — Co ci powiedzieli tamci, że ich państwo znajduje się za murem, czy, że cały obszar Kwadry, więc też i ten rezerwat! A tabliczka?! Miura! Chcesz wszcząć wojnę?!

— To wszystko to ściema… — odezwał się w końcu przekonany swoją racją agent. — Cała ta pierdolona Kwadra Szósta to ściema. Wszystko tu jest kurwa ściemą!

Reporter nie dał rady go powstrzymać. Wrócił z bezsilnością do samochodu, zastanawiając się nad konsekwencjami działań agentów, którzy zjechali się do nich, by zobaczyć na własne oczy obszar, porośnięty rzekomo niebezpieczną roślinnością i pozbawić go niej. Dym rozprzestrzeniał się, mimo iż szybko gasili ogień. Ptaki zaczęły latać nad drzewami, uciekając.

— Pojadę samochodem na północ — oznajmił jeden z agentów, po tym, jak Miura opowiedział im o plantacji, sięgającej prawdopodobnie większy teren niż przypuszczał.

— Pojedziemy na południe — odparł inny, kierując się oznaczeniami na mapie Kwadry Szóstej.

— My na wschód.

— Idioci… — mruczał Adam, denerwując się coraz bardziej. — To nie jest bezpieczne! — zawołał, uderzając w tapicerkę samochodu.

Miura rzucił mu charakterystyczne dla siebie, podstępne spojrzenie. Ten odwrócił wzrok, czekając, aż głównodowodzący wróci do opancerzonego wozu. Pozostali rozjechali się w ustalone strony.

— I co robisz minę zniesmaczonej panienki. Wypadki się zdarzają… nawet tak wysoko wykwalifikowanym oficerom, jak my… — tłumaczył z uśmiechem Miura, wciskając gaz do dechy.

— Ja bym nie uwierzył, że to wypadek… raczej zamach!

— Zamach? Zamach to może być kurwa na człowieka, nie na roślinę.

— To oni posadzili tu te rośliny?

— Wszystko zalegalizowali. Cwane pojeby.

— Kim oni właściwie są?

— To jakieś pierdolone bractwo.

— Z takimi ludźmi się nie zadziera…

— Pokażemy im kurwa, że jesteśmy cwańsi.

— Nie rozumiesz kurwa, że tu nie chodzi o pokazywanie, kto cwańszy?!

— Przestań kurwa dramatyzować!

— Gadaliście z nimi, chociaż?

— Nie trzeba gadać z nikim.

— Może najpierw właśnie trzeba by pogadać?!

— Popierdoliło cię już na amen?!

— Masakra! Jesteś gorszy, niż myślałem!

— Zamknij się do cholery, bo i tak nie masz nic do gadania! Mamy w priorytecie pozbyć się zagrożenia. To, to kurde robimy!

— Serio?! Ja to widzę inaczej!

— Doprawdy?! O kurwa…

Kłócili się tak przez całą drogę, aż do tej pory. Przewrócony na dach samochód jednostki „Echis” uciszył ich obu…

Żywa Mgła

Ahorain

— Pragniesz władzy tak bardzo, że spłonąłbyś w Świetle, byle tylko poczuć jego wielkość… — odezwał się Sefirot, rozbawionym głosem i aktorsko poważnym wzrokiem.

Mogłoby się wręcz wydawać, że zlewając się z cieniem mrocznej mglistej ściany, przewidział doskonale, co się wydarzy. Iszma spojrzał na leżącą na dębowym stole księgę. Podsunął do siebie i otworzył na pierwszej stronie.

„Możesz być władcą tej nic nieznaczącej twierdzy, ale nigdy nie zapanujesz nad tym, co jest ponad nią…”

Księga wg Sefirota Anioła Ciemności

Zaśmiał się pod nosem, szukając wzrokiem Sefirota, którego obecności już tu nie czuł. Ciekawość nie odpuszczała. Tak bardzo pragnął upodobnić się do Anioła Mroku, że teraz, gdy już go tu nie było, porwał napisaną przez niego księgę i zaczął pożerać kolejne zapisane na starych kartkach, zatarte już lekko litery.

„I zasada twierdzy Ahorain:

Każdy troszczy się tu tylko o siebie… i nie ma wstępu do Uczących się.

Kto złamie zasadę twierdzy ciemności, zostanie zdegradowany.”

Hatohu

Miura odruchowo chwycił za broń, odbezpieczając pistolet zręcznym ruchem ręki. Adam wychylił się przez okno stojącego samochodu ze strachem w oczach, nie spuszczając z oczu przyjaciela, który dobiegł właśnie do przewróconego pojazdu, wysłanej przez siebie na zwiad jednostki. Samochód odwrócony był tyłem, toteż Adam nie bardzo widział, co znajdowało się z przodu. Miura obszedł pojazd dookoła, a potem zniknął z pola widzenia kamerzysty. Po chwili pojawił się w zasięgu jego wzroku ze wściekłością w oczach. Szedł ostrożnie z bronią wyciągniętą przed siebie, przygotowany do oddania natychmiastowego strzału. Rozejrzał się niecierpliwie, jakby czekając na nieprzewidywany atak. Adam zadrżał, gdy wojskowy stanął zwrócony w jego stronę z szeroko otwartymi oczami. Jego wzrok skierowany był na coś, co znajdowało się za samochodem. Adam odwrócił się, ale ujrzał jedynie mgłę.

— Spierdalamy! — krzyknął naraz Miura, wskakując na miejsce pilota i każąc Adamowi odjeżdżać.

— Co się stało?! — zawołał reporter, ruszając z miejsca bez chwili namysłu.

— Nie żyją kurwa! Ot co się stało! — warknął tamten, uderzając w tapicerkę vana.

Adam wyminął przewrócony pojazd jednostki. Dostrzegł krew na przedniej szybie i kawałek wystającej z pojazdu ręki kolegi z agencji.

— Co ich zaatakowało?!

— Też chciałbym to wiedzieć!

Reporter z sercem na gardle spojrzał w lusterko wsteczne, wpatrując się w rosnącą mgłę za bagażnikiem.

— Przyspiesz — polecił Miura, rozumiejąc, że mgła podnosi się nienaturalnie szybko.

Adam zmienił bieg. Dodał gazu, a pot wystąpił mu na czoło.

— Gazu! — krzyknął Miura, śledząc mgłę, która dosięgała już przednich szyb samochodu.

— Co się dzieje?! Przed czym uciekamy?! — denerwował się Adam, jadąc jak opętany.

Naraz na zaparowanej szybie po stronie kierowcy pojawiła się rysa, zrobiona właśnie przez wielki szpon jakiegoś przerażającego potwora. Adam podskoczył z przerażenia. Coś uderzyło tył samochodu.

— Wpierdalaj! — wrzasnął Miura, do przyspieszającego wciąż kierowcy.

Jechali jak ogłupiali. Na szczęście droga była prosta i przejrzysta. Mgła była tylko za nimi. Powoli zaczęła ustępować. Coś nagle wyskoczyło przed nimi na drogę. Adam nie zdążył wyminąć, czując, że coś wplątało mu się między koła. Spojrzeli na siebie w milczeniu. Kierowca przełknął ślinę, modląc się w duchu. Po chwili znów jechali gładko. Miura zerknął na spanikowanego towarzysza.

— Co ich zaatakowało? — ponowił pytanie Adam, patrząc w lusterko wsteczne i wypatrując zagrożenia.

— Jedź główną ścieżką, póki mgła nie ustąpi.

— Jaka kurde mgła?! Mówisz, jakby to coś było żywe! Co ich zabiło?! — dopytywał spanikowany reporter, tracąc kontrolę nad podskakującym co chwilę pojazdem.

— Uważaj! — złapał za kierownicę Miura. — Zwolnij! — zawołał do Adama, spoglądającego więcej na lusterko wsteczne niż na to, co znajdowało się przed nimi.

— Jakie zwolnij?!

— Zwolnij — rzekł spokojniej wojskowy, kładąc dłoń na drżącej ręce kierowcy.

Uciekli mgle, wjeżdżając na spokojniejszą trasę. Jechali spokojniej, aż biała chmura całkowicie zniknęła. Po jakimś czasie jazdy w kompletnej, stresującej ciszy Miura polecił koledze za kierownicą się zatrzymać. Adam opierał się, lecz uległ.

— Co robisz? — zapytał po chwili, patrząc z przerażeniem, jak wojskowy otwiera drzwi samochodu i wychodzi.

— Zgaś silnik — nakazał Miura, patrząc za samochodem i nasłuchując.

— Pogięło cię kurwa?! — krzyknął szeptem Adam. — Chcesz zginąć?

Miura wycelował w niego bronią. Ten momentalnie zgasił silnik samochodu. Nastała głucha cisza. Reporter chwycił za kamerę i zaczął nagrywać.

— Pogięta misja — skomentował cicho.

Miura odszedł kilka kroków od pojazdu, co wprawiło Adama w zaniepokojenie.

— Idiota! Wracajże! — szepnął, zwracając się do kolegi, który i tak go nie słyszał.

Westchnął ciężko i otworzył drzwi pojazdu. Serce kołatało mu mocno. Miura stał kilka kroków, odwrócony w jego stronę. Pokazywał mu jakieś znaki, których Adam nie rozumiał. Kamerzysta objął wzrokiem dziki teren wokół siebie. Ptaków w ogóle tu nie było. Świerszcze ucichły nagle. Słyszał teraz swój własny przyspieszony oddech i bicie serca. Powyginane drzewa, które znajdowały się przed nimi, przyprawiały go o dreszcze.

— Kurw… de! — poderwał się nagle.

Miura zbliżył się cicho, kiwając na niego głową:

— Co jest?

— Kropnęło coś na mnie… — mruknął Adam.

Wojskowy spojrzał na niego bez słowa, wywróciwszy oczami. Zaczął padać deszcz.

— Aki! — zawołał towarzysza, skinając głową na dziwnie wygięte drzewo, rosnące na ścieżce.

— Słyszałem o takich drzewach w legendach o opętanych lasach — oznajmił tamten.

— Sam się nakręcasz — odparł wojskowy, zbaczając ze ścieżki.

Adam zauważył wieżę kościelną, znajdującą się teraz przed nimi.

— Miura, nie chcesz tam iść! — warknął przez zęby za zmierzającym do zrujnowanej budowli mundurowym.

Za wieżą stał niewielkich rozmiarów budynek z powybijanymi oknami. Trawa szeleściła im pod stopami, gdy przedzierali się przez nią. Oficer wszedł do środka, z łatwością przechodząc przez uchylone drzwi. Za nim postąpił kamerzysta, utrwalając niecodzienne widoki na urządzeniu.

— Chłodno tu…

— Grube ściany — stwierdził wojskowy, uderzając w stare ściany budynku.

Obaj zwrócili wzrok na pozostawione puste butelki po wódce. Spojrzeli po sobie.

— Czego tu szukamy, bo chyba nie tego? — zapytał Adam, stając w progu pokoju.

— Czegokolwiek dziwnego — mówił Miura, przeczesując opuszczony budynek, w którym prócz pyłu i chwastów nie było nic. — Idziemy. Zaschło mi w gardle — stwierdził po chwili, wychodząc z pomieszczenia.

— Czekaj… — zatrzymał go Adam, nasłuchując. — Słyszałeś?

— Co? — zapytał szeptem wojskowy, trzymając pistolet zwrócony ku górze.

— Taki klekot jakby… predator…

— Sam jesteś predator, kurwa… — parsknął Miura, idąc w kierunku samochodu.

Adam szedł za nim, uwieczniając mroczne miejsce, pozostawione za sobą. Odgarnął wilgotne już włosy do tyłu.

— Ja pierd…! — krzyknął, potknąwszy się o wyrastającą kłodę przed sobą.

— Zamknij ryja! — syknął Miura, odwracając się i patrząc na zatrwożonego kolegę.

Tamten złapał się grubej gałęzi obok siebie. Popatrzył na agenta z szeroko otwartymi oczami. Czuł wilgoć pod palcami. Krople spadającego deszczu wprowadziły go w magiczny stan i odczucie, jakby sytuacja, w której się znalazł, już się kiedyś wydarzyła. Zatrzymał się w zamyśleniu.

— Co jest? — zapytał nagle Miura, odwracając się do kolegi za sobą.

— Co? — zdziwił się tamten, doganiając go.

— Wołałeś mnie — stwierdził wojskowy, rozglądając się nerwowo. — Tak, czy nie?

— Teraz ty masz schiza stary. Zaczynam mieć ciary. Sam właśnie doznałem takiego deja vu…

— Wbijaj do auta! — rozkazał Miura, przerywając mu w połowie zdania.

Węszył niebezpieczeństwo. Spojrzał wzdłuż ścieżki. Miał wrażenie, że mgła znów zaczęła się podnosić.

— Kurde, odpalaj!

Pobiegli do samochodu. Podczas gdy Miura próbował ponownie wywołać członków ekipy, Adam odpalił silnik.

— Kurde! Zostawiłem motocykl w Kwadrze… — przypomniało mu się, gdy jechał po równej powierzchni drogi.

— Dziwna sprawa — odparł jego towarzysz, wpatrując się w telefon. — Brak zasięgu, brak Wi-Fi… — mruknął.

— Miura… Co ich zabiło? — zapytał ponownie Adam, trzymając się wyznaczonego szlaku.

Agent spojrzał na niego bez słowa.

Cięte rany Bizona, wyglądały na atak jakiegoś drapieżnika… Co za drapieżnik poluje w takim żarze i w godzinach najbardziej palącego słońca?

Te myśli zostawił sobie. Złapał za krótkofalówkę, chcąc skontaktować się z jednostką Kobra i Mamba. Nikt nie odpowiadał, mimo iż dowódca akcji wywoływał ich wielokrotnie. Naraz coś wyskoczyło im przed maskę.

— O kurwa! — wrzasnął Adam, zjeżdżając na pobocze i wpadając w wysokie chaszcze.

— Co robisz?! Jak jedziesz idioto?! — krzyknął Miura, wypuszczając z dłoni krótkofalówkę.

— O ja pier… Ty! Kurde… Co to było?! Widziałeś to?! — wołał przerażony reporter, wjeżdżając na kłodę drzewa.

Samochód zachwiał się mocno. Miura zepchnął towarzysza pod drzwi i zatrzymał pojazd. Zaczął cofać terenowy wóz, ale koła zatapiały się w błocie coraz bardziej.

— Świetnie kurwa! Skasowałeś mi auto! — warknął wojskowy, rozumiejąc, że van powoli zaczyna zapadać się w bagnisty staw.

— Co to było?! Coś wyskoczyło mi przed maskę! Wiesz co, po prostu stąd spierdalajmy!

— Jezu! Aki! Jakiś jeleń pewnie! Jesteśmy w lesie! Wyłaź z wozu! Tym już nie pojedziemy!

— Co?!

— Koła są całe zanurzone w tym bagnie! Nie ruszymy bez holownika. Otwórz szyberdach!

W tym momencie usłyszeli odpowiedź na wołanie z głośnika krótkofalówki. Miura zarzucił na siebie plecak, wyciągnięty z tylnego siedzenia, chwycił w dłoń karabin maszynowy, przerzucił przez ramię, jednocześnie odpowiadając na wezwanie:

— Mamba, gdzie jesteście? — próbował porozumieć się z agentami.

Wyszedł na dach pojazdu i przeszedł na jego tył.

— Agencie Miura znaleźliśmy samochód Kobry. Był pusty. Jesteśmy na północnym wschodzie tuż przy wejściu do jaskiń… — relacjonował agent.

Adam wyjrzał przez szyberdach, podążając wzrokiem za ewakuującym się dowódcą akcji. Poczuł mocny wstrząs, po tym, jak jego towarzysz wyskoczył z potężnej terenówki prosto na trawiastą, błotną powierzchnię.

— Rzuć aparat! — zawołał Miura do Adama.

Samochód zatapiał się coraz bardziej. Reporter chwycił za wysokiej jakości sprzęt i wyszedł na w połowie zatopiony już bagażnik.

— Nie doskoczę! — zawołał po chwili, obliczając odległość skoku.

— Rzucaj kurwa ten aparat!!! — wrzasnął wściekle tamten.

Adam przełknął ślinę i mocnym rzutem przekazał aparat w ręce agenta. Miura oddalił się o kilka kroków.

— Miura!

Reporter wpadł w panikę, widząc, jak błoto przelewa się już do środka auta, na którym ledwie co się trzymał.

— Musisz skakać! — zawołał donośnym głosem oficer, ukazując się nagle z długim tropikalnym liściem. — Skacz i próbuj się łapać tego liścia! Skacz, ale już!!!

Adam stał przez chwilę. Stał i czekał nie wiadomo na co. W końcu wybił się najmocniej, jak tylko mógł i skoczył, wpadając w bagnisko. Zaczął taplać się w błocie, chcąc dopłynąć do agenta, ale jego ruchy zatapiały go w bagno jeszcze bardziej. Miura podał mu liść, a zaraz po chwili wskoczył na jakąś kłodę obok. W końcu chwycił za ramię przyjaciela i wyciągnął go, rzucając na plecy na twardy grunt. Oboje byli wykończeni.

— Wstawaj! — polecił od razu oficer, nie dając im czasu na chwilę wytchnienia.

Podszedł do drzewa i chwycił za aparat. Włożył go do plecaka, a ten przełożył przez ramię. Skierował się szybko z powrotem na szlak. Spojrzał na kompas.

— Idziemy na północ — stwierdził, nie czekając na doganiającego go, zasapanego reportera.

— O Boże… Zaczekaj chwilę… — odezwał się tamten, dościgając towarzysza. — Dzięki, stary.

— Ruszaj się! — upominał agent, dostrzegając kątem oka rosnące znowu białe opary.

— Czemu tyle tu mgły? — zapytał po chwili Adam.

— Jest upał, a tu pełno wilgoci… — odparł oficer i przerwał, zatrzymując się nagle. — Słyszałeś?

— Co? — Adam rozejrzał się, nie dostrzegając nic nadzwyczajnego, prócz tego, że mgła wchodziła im już na kolana.

Deszcz wzmagał się, zalewając im oczy. Wyczulone zmysły zaczęły słabnąć w szumie rozszalałej ulewy, która pojawiła się tak nagle. Ciemne chmury nad nimi zaczęły zbierać się i tworzyć ciężką, przedburzową atmosferę.

— Biegiem! Idź pierwszy! — zawołał Miura, odbezpieczając nerwowo broń. — Coś nas śledzi.

Adam otworzył szeroko oczy, niczego nie rozumiejąc ani nie słysząc, ale bez namysłu zaczął biec przed siebie, wyznaczoną trasą. Miura biegł za nim, rozglądając się wokoło. Naraz poczuł ukłucie komara na szyi. Zamachnął się, chcąc zabić drania, ale na dłoni nie miał śladu owada, za to został mu ślad krwi. Udało im się nieco oddalić od mgły.

— Co nas ściga? Skąd wiesz, że…

— Cicho — warknął Miura, łapiąc oddech. — Weź to — odparł, podając koledze plecak. — Czekaj no…

Wyciągnął jeszcze pistolet i schował sobie za pas. Strzelbę naładował.

— Nie możemy wrócić. Nie wiem, co za draństwo ta mgła, czy to ktoś coś na nas nie rozpyla, ale tamten teren musimy uznać za skażony. Nie możemy zbaczać z trasy, bo w tamtych trawach są bagna i wilgoć, czyli znowu mgła, a tam droga zakręca.

— Nie wiemy, czy nie zaczniemy obkrążać tego terenu, jak będziemy zmieniać kurs, teraz na północny wschód, potem na wschód, na południe… Tak pokazuje mapa — odparł Adam, analizując rozmieszczenie Kwadry Szóstej na mapce.

— To kurde właź w te chaszcze sam! — zirytował się Miura, wskazując koledze dzikie trawy prosto przed nimi.

Ponownie zaczął kontaktować się z jednostką Mamba. Tymczasem reporter zauważył powracający biały dym. Dotarł im do kolan i zaczął wchodzić na uda. Rozejrzał się. Spojrzał na drogę nakręcającą na wschód. Nie widać było nic na odległość 3 metrów.

— Nie ma wyjścia — stwierdził z ciężkim sercem Miura.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 59.52