E-book
24.57
drukowana A5
59.52
Ghost 6. Brama wszechwymiaru

Bezpłatny fragment - Ghost 6. Brama wszechwymiaru


3
Objętość:
323 str.
ISBN:
978-83-8245-091-0
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 59.52

Labirynt Światów

Dzień Jeden

Pierwsza Brama — „Ten Świat”

Istnieje wiele światów. Ten, w którym żyjecie, nie jest jedyny. Tak go nazywacie. Dla was wasz świat to świat, po prostu zwany „tym światem”, „jedynym światem” lub zwyczajnie „światem”. Dla nas wasz świat, czyli Olam Haze wyznacza poziom podstawowy I. Zostańmy na razie przy waszym nazewnictwie. Niech to będzie ten wasz… „ten świat”.

— Adamie? Adamie, gdzie jesteś?

— …

— Adamie, obudź się.

— Co? Kim jesteś?

— Ty do mnie przyszedłeś… i nie wiesz, kim jestem? A wiesz kim jesteś ty sam?

— Nie jestem pewien. Usłyszałem twoje wołanie.

— To ja usłyszałem twoje.

— Gdzie jestem?

— Oto jest dobre pytanie, które zadajesz sobie coraz częściej, lecz było to jeszcze zbyt słabe, aż do tej pory…

Druga Brama — Świat Hatohu

— Świat, do którego trafiłeś to Świat Uczących się. Tak nazywają go Świetliści — Olam Hatohu — Świat Chaosu, wyznaczający poziom II odsłony światów. To popieprzona rzeczywistość, w której dzieją się różne rzeczy, a Ciemność i Światłość zazębiają się, i rozchodzą, zmieniając swoje miejsca. Pan tego świata to Pan Ciemności, lecz czy wam się to podoba, czy nie, prawda jest taka, że Ciemność istnieje w służbie Wyższego Świata.

— Kim jesteś?

— Pytanie powinno być, kim jesteś ty, Adamie?

— Sam nie wiem…

— Jesteś kimś popularnym, majętnym, rozchwytywanym, zdolnym…

— Jestem nikim.

— Otóż to. Jesteś niczym. A gdzie to nic się znajduje?

— Zadajesz dziwne, niezrozumiałe pytania.

— To są twoje pytania, pytania, które pochodzą z głębi twojego serca. Zadajesz je, puszczając w eter każdego dnia, mając nadzieję, że usłyszysz odpowiedź, ale ona nie przychodzi, bo gdzie ma przyjść, skoro nie wiesz, gdzie jesteś?

— Stary, stary w porządku!? Żyjesz stary?!

— Adam!

— O Boże! Adam! Nie rób nam tego, otwórz oczy!

— Otwórz oczy, Adamie.

— Nie chcę… Nie widzę sensu życia w tym świecie…

— Bardzo dobrze. Właśnie dlatego spotkałeś mnie.

— Jesteś śmiercią? Przyszedłeś zabrać mnie do piekła?

— Gdzie?

— Do piekła…

— Do piekła?! Do piekła, czyli gdzie?

— Kto wie, miejsca, w którym będę się smażył za swoje grzechy…

— Robisz to cały czas… Tu gdzie jesteś, jest idealne miejsce na cierpienie.

— Więc, gdzie chcesz mnie zabrać?

— Gdzie ty chcesz iść?

— Sam nie wiem… Nie mam dokąd iść…

— Zawsze jest, gdzie iść.

— Nie widzę, gdzie miałbym iść.

— Skąd ma wiedzieć, gdzie iść ktoś, kto sam nie wie, gdzie jest? Świat, w którym żyjesz, otwarł przed tobą bramę nowego pojmowania. Mogę pokazać ci coś niezwykłego, coś, co zmieni twoje życie na zawsze, ułoży je w całość, którą zatraciłeś i nada mu sens. Pytanie tylko, czy jesteś gotowy na to, że rzeczywistość wokół ciebie zacznie zmieniać się tak bardzo, że w pewnym momencie możesz stracić poczucie, która z nich jest prawdziwa?

— Świat, w którym żyję, nie ma sensu. Jeśli jest jakiś inny, w którym go znajdę, chcę tam pójść. Zabierz mnie tam.

— Zabiorę, ale najpierw muszę cię do tego przygotować. Zaznaczam, że to będzie bolesne.

— Nie dbam o to. Zaczynajmy.

— Obudź się, więc.

— Adam!!! — po raz kolejny usłyszał głos, niosący się echem.

Zaszumiało mu w uszach. Rozchylił powieki, a nad sobą ujrzał wołającego do niego i potrząsającego nim kolegę. Ten uścisnął go mocno z radości, po czym odsunął się i usiadł na jezdni obok przyjaciela z rozbitym motorem. Adam rozejrzał się wokół i ściągnął kask z głowy. Jego motocykl leżał na chodniku. Koła obracały się jeszcze, choć znacznie wolniej, niż moment temu. Na środku ulicy stał samochód studia fotograficznego „Aki-Mi-Ro”. Maska służbowego pojazdu była świeżo porysowana, a na miejscu zaistniałego, dopiero co, zdarzenia była już przejeżdżająca przypadkiem ulicą straż pożarna. Od razu zabezpieczyła teren, do czasu przyjazdu policji. Zaabsorbowani spektakularnym wydarzeniem gapie zdążyli zebrać się w oddali, by biernie przyglądać się dalszym następstwom niebezpiecznego wypadku. Adam powoli wyostrzył wzrok na trzeciego poszkodowanego. Drugi z fotografów stał trzeźwo, tłumacząc pełniącym służbę, co się właśnie wydarzyło.

— Czy wzywamy pogotowie? — zapytał strażak, podchodząc do poobijanego motocyklisty.

— Nie, nie trzeba — odparł szybko tamten, wstając na nogi.

Był w takim szoku, że nie czuł jeszcze bólu po gwałtownym zderzeniu się z maską nadjeżdżającego przed momentem samochodu i groźnym upadku, w wyniku którego otrzymał silny cios w głowę, ramię, i biodro.

— Myślę, że wystarczy spisać protokół — powiedział z niepokojem roztrzęsiony kierowca samochodu.

— Wezwaliśmy już policję — odpowiedział strażak. — Na pewno nic panu nie jest? — zapytał jeszcze raz nieobecnego myślą motocyklistę, stojącego z kaskiem pod ręką na środku ulicy.

— Nie, nie trzeba. Wszystko ok — odparł po chwili namysłu Adam, spoglądając na strażaka z szeroko otwartymi oczami.

Ten patrzył to na motocyklistę to na jego rozbity pod latarnią pojazd, ale widząc, że poszkodowani nie odnieśli znacznych obrażeń, wrócił do wozu.

Adam złapał się za kark i zacisnął oczy.

— W porządku stary? — zapytał kolega ze studia, kładąc dłoń na ramieniu motocyklisty.

— Tak, nic mi nie jest…

— Ał, ale mi kark napieprza… — stwierdził po jakimś czasie Adam, rozciągając lewe ramię i odchylając szyję w bok.

— Adam, stary… ty to jesteś… — parsknął pod nosem szczupły, wysportowany mężczyzna, wrzucając do ust kolejną garść fistaszków.

— Ciesz się, że żyjesz chłopie! — zawołał drugi z kolegów, klepiąc Adama po łopatce.

— Aaał! — wytrzeszczył oczy motocyklista, a potem odsunął się od towarzysza wagi ciężkiej.

— Daj, bo wszystkie zjesz — odparł tamten, łapiąc za miseczkę z orzechami.

— Przem! Co ty mi tu! Oddawaj! Spójrz na siebie! — przedrzeźniali się nawzajem dwaj przyjaciele.

— Ty chodzisz na siłkę, rób dietę! — śmiał się puszysty kolega. — A orzechy są kaloryczne.

— Taki mądrala?! Widzisz ty go, Aki?! — zaśmiał się z pretensją sportowiec, a potem położył rękę na ramieniu Adama i rzekł z namysłem, oraz udawaną powagą: — Aki, ty supermenie… To był lot… Jedziemy sobie spokojnie, a tu nagle pojawia się z nieba wariat i wpieprza mi się motorem w przód, przelatuje nad maską, leci jak rakieta, i dup w słup! Miałem normalnie zawał… Nigdy więcej takich numerów, stary!

— Jasne! Już nie ględźcie w kółko o tym — parsknął Adam, odsuwając się od przyjaciela i rozsiadając w czerwonej, miękkiej loży w mrocznym, rozświetlonym neonami wnętrzu klubu muzycznego.

Choć szybko doszli do siebie, godząc się jedynie na mandaty za nieostrożną jazdę i spowodowanie zagrożenia życia lub zdrowia na drodze, towarzyszyło im ciągłe napięcie, a ukryte emocje gasiły ich rozmowy. Postanowili odreagować, idąc razem do ekskluzywnego klubu w centrum miasta, przykrytego nocnym, rozgwieżdżonym niebem. Znów zamilkli. Adam zerknął na kołyszącą się na parkiecie seksowną blondynkę. Odwrócił wzrok, gdy ich spojrzenia się spotkały. Chwycił do ręki iPhone. Ciemny ekran pokazał mu własne odbicie. Miał rozciętą wargę i cięte rysy na lewej skroni. Odblokował urządzenie i zaczął szukać czegoś w internecie.

— Jest już artykuł… — zaśmiał się po jakimś czasie, zagłębiając się w świeżo opublikowany tekst, znaleziony na ulubionym portalu informacyjnym. — Do zdarzenia doszło dzisiaj około godz. 19 na ul. Jasienicy. 28-letni mężczyzna kierujący fordem, wyjeżdżał z parkingu, kierując się w przód. Nie zauważył nadjeżdżającego od strony ul. Roweckiego, jadącego przeciwnym pasem, rozpędzonego motocyklisty w wieku lat 28 i zajechał mu drogę, po czym doszło do zderzenia — mówi asp. sztab. Krystian Reskiewicz, oficer prasowy itd.

Czytał na głos, wpatrując się w ekran iPhone’a i śmiejąc się sam z siebie.

— Tyś jest głupi — parsknął znowu sportowiec.

Chwycił za kufel piwa i zaczął wsłuchiwać się w głośną muzykę, obserwując zgrabne dziewczyny nieopodal, uśmiechające się do nich teraz.

— Pracoholiku! Jak tam twoja tajemnicza fanka? Spotkaliście się już? — zapytał po chwili Adama, dostrzegając wpatrzonych w swoje telefony kolegów.

— Mam jej numer… — odparł zapytany, wyciągając z kieszeni paragon z numerem telefonu na odwrocie.

— Zadzwoń do niej.

— Po co?

— No to chociaż napisz… — zaśmiał się sportowiec, patrząc na kolegę z politowaniem.

Rozsiadł się na sofie, eksponując swoje tatuaże na rękach. Adam westchnął głośno. Spojrzał w ekran iPhone’a, a następnie utworzył nowy kontakt, wpisując jako nazwę „Tajemnicza Helena”. Nie zdążył jeszcze zapisać, kiedy wyświetliło się połączenie przychodzące.

— O! Dzwoni! — zawołał, zrywając się na równe nogi.

— Kto? Helena? — poderwał sportowiec.

— Dzwoni temat — rzucił z błyskiem w oku Adam, kiwając na zdziwionych kolegów. — Halo? — odebrał telefon, wybiegając na zewnątrz.

Ahorain

Olam Ahorain i Międzywymiary

Międzywymiary to ukryte bramy w światach. Wszystkie prowadzą w końcu do świata Ahorain, świata Ciemności, wyznaczającego poziom III odsłony Światów Wyższych.

Stamtąd można wrócić bramą z powrotem do świata Olam I lub też przenieść się do twierdzy Ahorain, twierdzy Najwyższej Ciemności. Przejść przez twierdzę można tylko po zmierzeniu się z Panem Ciemności. Albo on ujarzmi ciebie, albo ty jego. W zależności od wyboru, prawidłowego wyboru, następuje przeniesienie do Świata Wyższego, zwanego tak przez Uczących się. Uczący się, mają styczność jedynie ze światem niższym i wyższym o poziom. Dla nich każdy następny świat zwany będzie Światem Wyższym, dopóki go nie osiągną itd.

— Diabeł! Diabeł!

Usłyszał echo niosącego się krzyku, a jego umysł zboczył z trasy.

— Diabeł…! Diabeł…! Diabeł!

— Akudim! Trzymaj się szyku!

Lecący o białych skrzydłach śnieżny elf ujrzał bawiące się na wysokiej górze dzieci i biegnącą ku nim matkę, wskazującą na ciemne chmury, zbierające się nad głowami lecącej armii. W ostatniej chwili wyminął spadający z góry śnieżny głaz.

— Akudim! — odwrócił się lecący przed nim wojownik.

Wtem ujrzał blask. Skrzydło mu znieruchomiało. Siła grawitacji zaczęła ciągnąć go nagle w dół coraz szybciej i szybciej. Zaszumiało mu w uszach. Poczuł wstrząs, a zaraz potem ból, jakby tysiące ostrzy wbiło mu się w ciało.

— Nastała duszna cisza…

Przesiąkła go trwogą, przenosząc umysł w inne miejsce.

— Diabeł! Diabeł!

— Kochanie, nie wolno tak! — krzyknęła kobieta o śnieżnobiałych włosach, podchodząc do skaczącego po skałach dziecka.

— Mamo, widziałem! Patrz tam!

— Akudim! — przywołała go do porządku kobieta, dostrzegając czarne pióra na niższej półce skalnej.

— Mamo czy to był diabeł?

— Mówiłam, że to nieładnie, tak nikogo nazywać.

— Przepraszam… inne dzieci też tak mówią.

— Nie masz być jak inne dzieci kochanie. Wracajmy do domu — powiedziała matka, pośpiesznie chwytając syna za rękę. — Musisz nauczyć się dostrzegać Światło we wszystkim, jeśli chcesz wstąpić kiedyś do Armii Świetlnych, jak twój tata, jeśli chcesz go poznać, musisz otworzyć swoje serce.

— Dobrze mamo…

— „Jeśli to Ahra, jesteśmy w niebezpieczeństwie…” — przemknęło jej przez myśl.

Wtem stanęła jak wryta.

— Mamo!

Czarne pióra rozłożyły się przed nimi. Akudim ujrzał przed sobą twarz mężczyzny o czarnych oczach i białych wampirzych zębach. Jego uśmiech był złowieszczy. Potężne skrzydła otoczyły matkę dziecka. Chwycił ją w swoje szpony.

— Wstąp do Armii Świetlnych Akudimie, a znowu zobaczysz matkę…

— Mamo!!!

Serce biło mu teraz szybko. To wszystko działo się w milisekundach. Siła natury zaskoczyła go totalnie. Ocknął się po chwili i tylko stęknął ciężko. Uderzenie pioruna, którego nie zdążył uniknąć, spaliło mu prawe skrzydło. Wpadł w jakieś ciernie tuż u podnóża porośniętej mchem wilgotnej skały. Kropla wody spłynęła mu po twarzy. Po chwili słyszał już wyraźnie rozszalały deszcz i tańczące między ulewą wyładowania atmosferyczne. Ściemniło się jeszcze bardziej. Poruszył lewą ręką i syknął z bólu. Cierń wbił mu się głęboko w przedramię. Klęcząc na lewym kolanie, powoli wysunął prawą nogę z kolców.

— Ach! — jęknął, czując, że cierń wbił mu się także w prawą stopę.

Sterczał chwilę w bezruchu, uspakajając oddech. Deszcz ucichł. Nagle parę kroków przed nim coś zaszeleściło. Spojrzał nerwowo wprzód. Przed oczami rozciągała się ciemna przestrzeń między skałami, przypominająca jaskinię. Wtem ujrzał dwa jasne ślepia, kierujące się ku niemu z niemałą prędkością. Machnął lewym skrzydłem i wyciągnął z cierni prawą rękę, lekko ją sobie haratając o ostrza diabelskiej rośliny. W końcu runął na ziemię, wydostawszy się z ciernistej pułapki i padł na plecy.

Rozświetlone oczy spojrzały na niego, rysując przed nim kobiece kształty istoty o nietoperzych skrzydłach, długich szponach i białych jak śnieg kłach, które właśnie zatopiły się w jego szyi. Zaczął szarpać się z napastnikiem, aż w końcu odepchnął nieznaną istotę mocnym kopnięciem lewej nogi. Tamta syknęła wściekle i rzuciła się na niego z impetem. Chwycił ją za gardło, obserwując z przerażeniem bestialsko żądne krwi zęby, szczerzące się na niego. Wampirzyca zauważyła wbity w jego ramię kolec i wbiła mu go jeszcze głębiej, dociskając z całej siły. Zwinął się z bólu, przekręciwszy na bok, a przy gardle już znajdowały się upijające mu krew kły. Czuł, jak jej jad rozchodzi się po jego ciele, stopniowo unieruchamiając go całego. Cała energia uszła z niego z jednym tchem. W końcu stracił przytomność.

Tymczasem wampirzyca nabrała niewyobrażalnej siły. Odsunęła się od ofiary, odetchnąwszy nowym życiem. Wstała i odwróciła się. Oddaliła się o parę kroków, a następnie zatrzymała z zamyśleniem. Jakby to miało jakieś znaczenie, zaczęła rozglądać się na boki, chcąc upewnić się, że nikt ich nie obserwuje. Chwyciła wielki tropikalny liść z pobliskiego drzewa i urwała go, tnąc ostrymi jak brzytwa szponami. Wróciła do białego elfa i przykryła go nim. Po chwili cenne źródło pokarmu było ukryte pod stertą liści, tak, że ciężko byłoby zauważyć, że ktoś tam jest, a już na pewno nie na pierwszy rzut oka.

Stojąc i opierając się teraz o drzewo, przypatrywała się stercie liści z uwagą. Coś nie dawało jej ciągle spokoju. Coś tak cennego nie powinno leżeć tu sobie ot, tak. Właściwie to nie coś, a ktoś. Postanowiła przyjrzeć się swojej nagrodzie, która dosłownie spadła jej z nieba. Odgarnęła lekko liść, znajdujący się przy twarzy anielskiej postaci. Uklękła przy Akudimie, wpatrując się z zaciekawieniem w jego szlachetne rysy. Tkwiła przy nim jakiś czas, a potem odgarnęła z jego czoła mokre włosy. Wyciągnęła też cierń z jego ramienia. Wyjęła jeszcze kolec, wystający z boku.

Wtem obudziło się w niej nowe pożądanie…


…Chęć…

…pragnienie,

pożądanie…

I to powstaje w sposób dla ciebie niezrozumiały…

Odczucie braku…

…Bo nie ma pragnień, kto nie odczuwa braku,

nie ma braku, kto jest w nieustannym połączeniu z całością…

Lecz czym jest właściwie ta całość?

Ten Świat

Adam obudził się jak rażony piorunem. Zaklął, potrząsając rozpaloną głową. Wyłączył budzik. Była szósta rano. Chwycił się za kark, który dokuczał mu od wczorajszego wypadku. Czuł się jednak na tyle dobrze, że postanowił to zignorować, byle nie iść do lekarza. Miał za dużo pracy, żeby przejść na zwolnienie lekarskie.

— Co za cholerny sen we śnie! — westchnął.

Usiadł, a potem położył się jeszcze na pięć minut. Sen, który mu się tej nocy przyśnił był tak wyraźny, że mógłby zacząć go spisywać ze wszystkimi szczegółami. Odetchnął z ulgą, ciesząc się, że leży bezpiecznie w wygodnym łóżku hotelowym. Wciąż jednak zastanawiał go głos, który krążył za nim w myślach. Czuł, jakby jakieś obce myśli spływały na niego od wczoraj, zadając mu wciąż intrygujące pytania.

Ahorain

Wszyscy myślą, że miłość istnieje w naszym świecie. Chcemy jej doznać, czuć ją i prawdopodobnie jesteśmy nawet gotowi kogoś kochać, ale co oznacza pojęcie „miłość”?

— Ein od Milvado… — powtarzał wciąż.

— Jesteś aniołem?

— Ein od Milvado…

— Kim jesteś? — zapytała. — Kim jesteś? — użyła innego dialektu.

— Ein… od…

— Musisz być aniołem.

— Ein…

— Kochaj się ze mną…

— …

— Kochaj się ze mną, a wskrzeszę cię.

— Ech…

— Tracisz energię na walkę z moim umysłem. Przepuść mnie…

— Ein…

Uderzył głową o kamień i znów stracił przytomność. Ogarnął ją niespotykany dotąd wewnętrzny lęk, po czym odrzucenie i w końcu pustka, z którą ją pozostawił, usilnie opierając się jej, przenikającego go, umysłowi, mdlejąc ponownie. Nie próbowała go więcej ocucać. Z wściekłością zarzuciła na siebie czarną szatę. Uciekła, zostawiając go na pastwę losu.

I wtedy pojawił się on.

Głos, który do niego wcześniej przemawiał, ubrany był w postać czarnego anioła o szerokich skrzydłach, pokrytych ciemno czarnymi, lśniącymi piórami. Czarne długie włosy opadały na jego uśmiechniętą jasną twarz. Stanął naprzeciw poszkodowanego z rękami schowanymi w szerokich rękawach.

— Ta droga, to droga, którą obecnie zmierzasz. Pokryta jest cierniami egoistycznych pragnień, które sobie właśnie wizualizowałeś. Piękna kobieta zraniła twoje serce, za to twoja ambicja i umiejętności wnoszą cię na szczyty kariery zawodowej. Akudim… to twój świat chaosu. Czy zechcesz go w końcu uporządkować?

Ten Świat

— Adam! Adam, śpiąca królewno, nie wstajesz?!

— C… co… — odezwał się ten, czując na głowie uderzenie puchową poduszką.

— Do Zielonej Góry nie miałeś jechać czasem?

— Co? A która?

— Za pięć ósma — odpowiedział współlokator, leżąc na swoim łóżku i przeglądając statystyki oglądalności galerii firmowej.

— Cholera! — zawołał Adam, zrywając się na równe nogi. — Jaro! Czemu mnie nie budzisz?! — krzyknął z pretensją na niewzruszonego, rozbawionego jego desperacją kolegę.

Ten zaśmiał się tylko, mając niezłą frajdę z widoku biegającego od łazienki do pokoju szalonego przyjaciela.

— Lecę! A ty niczego nie ruszaj! — oświadczył Adam, wskazując palcem na swojego rozmówcę i na swojego laptopa.

— Jasne! — odparł tamten wesoło, rzucając mu kask.

Adam wybiegł z pokoju, spoglądając na zegarek. Było pięć po ósmej.

— Suń się, Przemo! — zawołał, mijając drugiego współpracownika, schodzącego powoli ze schodów, prowadzących do przestronnej restauracji, gdzie szwedzkie stoły nakryte były rozmaitymi potrawami, których zapach unosił się w całym jej wnętrzu.

— Aki, a ty gdzie? — zapytał Przemek, ustępując drogi pędzącemu przyjacielowi, który zdążył już dobiec do drzwi.

— Zlecenie! — zawołał tamten rozpromieniony, wybiegając na zewnątrz hotelu.

— Nie zabij się po drodze! — krzyknął za nim puszysty kolega, po czym mruknął pod nosem, stojąc nad szwedzkim stołem i podziwiając pięknie podane, świeże smakołyki, i specjały szefa kuchni.. — No tak… wzywa ta prawdziwa praca… Ehhh… Szaleniec… — westchnął po chwili, słysząc znajomy warkot silnika, mknącego za oknem motocyklu.

— Co tam, Przemcio? — zagadał do niego Jarosław, który właśnie pojawił się obok z pustym talerzem.

Przeciągnął się powoli i zaziewał, a następnie przysiadł się do stolika fotografa.

Podczas gdy dwaj przyjaciele rozmawiali beztrosko o najnowszych programach graficznych do obróbki zdjęć, Adam pędził jak szalony, zjeżdżając z obrzeży miasta. Podróż miała zająć mu ok. 2 godzin i 20 minut według GPS’a, który właśnie sobie ustawił. Zostały mu już niecałe dwie. Korzystając z przywilejów posiadania motocyklu, wyprzedzał więc wszystkie samochody, nie zważając na przykrą sytuację, jaka spotkała go w dniu wczorajszym. Sprawa, jaka na niego czekała była zbyt ważna, by mógł pozwolić sobie na spóźnienie. W końcu udało mu się dojechać do Zielonej Góry przed czasem. Zwolnił, mając świadomość, że nieopodal znajduje się Komenda Główna Policji. Wolał nie kusić losu. Rozejrzał się wokół. Miał spotkać się ze znajomym oficerem w galerii handlowej o godzinie 10:00. Zatrzymał się na parkingu. Była 10:10, kiedy zadzwonił do niego przyjaciel.

— Aki! Gdzie ty kurwa jesteś?!

— …Przed galerią.

— Zapierdalaj kurwa do bazy!

Adama zamurowało.

— Piorunem! kurwa! — wydarł się na niego głos z drugiej strony.

— Zaraz będę — warknął w głośnik Adam, ale tamten zdążył się już rozłączyć. — Niech cię szlag! Miura! — zaklął pod nosem, uderzając w kierownicę z wściekłości.

Zgodnie z otrzymaną wczoraj wiadomością mieli spotkać się w Zielonej Górze, a Adam miał czekać na sygnał znajomego agenta i nie kontaktować się z nim pierwszy. Nagle plan zmienił się i miał jechać do tajnej bazy, która oddalona była o 70 km od miejsca, do którego właśnie dotarł. Odgarnął włosy do tyłu, wzdychając ciężko. Założył z powrotem kask i odpalił silnik. Zawrócił. Wdepnął gaz do dechy. Wtem nieoczekiwanie na drodze, którą jechał, pojawiły się trzy kobiety. Poczuł wewnętrzny wstrząs, obliczając odległość i prędkość jazdy. Nie zdążyłby wyhamować. Całe szczęście idąca z przodu młoda dziewczyna zdążyła zareagować i odskoczyła w tył. Wyminął je szybko łukiem, wjeżdżając na przeciwny pas. Zatrzymał się zaraz na chodniku. Serce waliło mu jak z młota, pot wszedł na czoło. Zdjął kask i obejrzał się za siebie. W uszach mu zaszumiało. Cały zbladł. Jeszcze wczoraj całe życie przemknęło mu przed oczami. Dziś o mały włos, a miałby na sumieniu jeszcze tę dziewczynę.

— Jak jedziesz kretynie! Zawołam na policję! — uniosła się kobieta w czerwonej obcisłej sukience, przechodząc po pasach na drugą stronę ulicy i biegnąc w niereagującego na jej wołania młodego mężczyznę.

Zaczęła okładać go markowymi torbami z zakupów.

— Przepraszam, nic wam się nie stało? — zaczął, zwracając się teraz do młodej, drobnej dziewczyny w wieku około szesnastu lat, którą prawie potrącił.

Patrzyła w jego ciemne oczy spod przymkniętych powiek. Jej długie rzęsy wachlowały powoli w głębokim zamyśleniu. Wiatr dmuchnął jej w twarz, rozwiewając długie gęste włosy, a cała rzeczywistość rozpłynęła się dla niej w pył.

— Paula? Paula, w porządku? — wybudziła ją z fantazji jej matka.

— Zawsze marzyłam, by zginąć pod kołami kogoś takiego, jak ty… — powiedziała cicho, nie spuszczając z oczu, spoglądającego na zegarek motocyklisty.

— Dziecko, co ty gadasz! — jej matka złapała się za serce.

Dziewczyna założyła włosy, opadające jej na twarz, za prawe ucho. Wtem zauważyła brak kolczyka.

— W porządku z tobą, Paula? — odezwała się ponownie matka, przytulając córkę.

— Ta… — odparła szesnastolatka, odsuwając się do tyłu, wciąż trzymając się za ucho.

Odwróciła się w stronę jezdni, chcąc wrócić po utracony kolczyk.

— Czekaj — zerwał się Adam, przytrzymując dziewczynę na chodniku.

Wielki, nadjeżdżający tir przemknął im przed nosem, a kurz i pył sypnęły im do oczu. Adam wyszedł na pasy i rozejrzał się wkoło, stojąc teraz na środku jezdni. Schylił się, a następnie wrócił, wyciągając dłoń przed wpatrującą się w niego jak w obraz nastolatkę.

— Tacy idioci nie powinni mieć prawa jazdy! — krzyczała nadal kobieta w czerwonej sukience, poprawiając wyzywający dekolt. — Prawie nas rozjechałeś, świrze! — zawołała, widząc, jak szalony motocyklista oddaje, niespuszczającej go z oczu dziewczynie, drogocenną błyskotkę.

— Odkupię, obiecuję — powiedział szybko. — Podaj mi numer… skontaktuję się i oddam — zaczął, wyciągając telefon.

Szesnastolatka spojrzała na nieznajomego z wycofaniem, a matka spiorunowała go groźnym wzrokiem. Zorientował się, że źle to zabrzmiało. Na szczęście sprawę uratowała kobieta w czerwonej sukience.

— Jest za młoda. Ty daj swój. To my będziemy się kontaktować.

— Okej… — burknął Adam, czując, że nie ma w tym momencie wyjścia, a zależy mu, żeby ruszać jak najszybciej.

Zapisał swój numer w wybrokaconym notesie atrakcyjnej kobiety.

— Jeszcze raz przepraszam najmocniej — odparł szybko.

Pośpieszył do motocykla. Rzucił krótkie niepewne spojrzenie trzem wpatrującym się w niego kobietom, założył kask i odjechał szybko.

— Pokaż — powiedziała szesnastolatka, do zamykającej dumnie notes ciotki.

— Nie. Za stary dla ciebie… za to dla mnie… byłby idealnym kąskiem… — szepnęła z satysfakcją, patrząc za odjeżdżającym, seksownym motocyklistą w czarnym kombinezonie.

— No weź, Mariola! Takie rzeczy! Nie przy Pauli! — dąsała się trzecia z kobiet, chwytając torby z zakupami do ręki i kierując się w stronę domu.

Nastolatka stała jeszcze przez chwilę z rozwartymi lekko ustami, patrząc w dal, za znikającym za horyzontem nowym obiektem marzeń. Ścisnęła zgnieciony kolczyk do kieszeni podartych, modnych dżinsów. Uśmiechnęła się sama do siebie.

Księga Pochodzenia cz. I

Księga Iszmy

„Ahorain i Spokrewnieni z Erefratu”

Rozdział 1

Od zawsze istniały Istoty.


(urwane karty księgi)

Rozdział 5

Istoty Ciemności to wampiry ściśle zhierarchizowane. Najliczniejsi z tej populacji to Ahra — krwiopijcy o wysokiej lub średniowysokiej inteligencji. Ich celem jest podporządkowanie sobie wampirów Nietoperzastych — wyginającej, egoistycznej rasy Nieugiętych, zamieszkującej Zakazany Las, do którego zostali wygnani oraz wszystkich pozostałych ras. Liczba Ahra stale rośnie.

Rozdział 6

Wyróżniający się inteligencją Ahra zasiadają na stanowiskach przywódców. Wydają rozkazy Elfom Ciemności Poziomu Pierwszego. Ahra Poziomu Drugiego to potężne istoty mistyczne, poszukujące od wieków Źródła Mocy Starożytnych, wymarłych Ain, którzy uciekli z tej rzeczywistości, zabierając ze sobą cały dorobek tajemnej wiedzy, bez której Ahra nie są w stanie ukończyć stopnia swojego maksymalnego rozwoju i rozwinięcia maksymalnych umiejętności, czyli osiągnąć najważniejszego dla nich celu istnienia.

Rozdział 7

(zapisany w nieznanym dialekcie)

Rozdział 8

Ci Ahra, którzy sami próbowali osiągnąć stan Nadistnienia, w większości przypadków wpadli w egzystencjalną pułapkę. Utknąwszy pomiędzy dwiema rzeczywistościami, materialną i niematerialną, stają się istotą przejściową, tak zwanym Spokrewnionym.

Spokrewnieni z absolutnym brakiem świadomości i kontroli przybierają w zależności od bodźców, oddziałujących na nich, jedną z dwóch form: materialną (zwierzęcą) — tzw. Mgielne Bestie Ahorain (MBA), o czym będzie w kolejnych rozdziałach lub energetyczną — tzw. Duchy.

Rozdział 9

[…]

Ten Świat

W tym momencie Księga została zamknięta przez oficera w skórzanych rękawicach. Schował ją do folii, a następnie zapakował do pudełka.

— Co o tym myślisz, Aki? — zapytał, zamykając pudełko na klucz.

Zerknął z ukosa na siedzącego przed nim przyjaciela reportera, po czym ściągnął rękawiczki.

— Dosyć… — zaczął Adam, szukając odpowiednich słów do zobrazowania swoich przemyśleń na temat stworzonego przez jakiegoś ważnego naukowca pseudo dzieła.

— Wyimaginowane — dokończył za niego oficer, siadając na biurku przed gościem i zakładając ręce.

— No… — mruknął tamten, drapiąc się po karku.

— Na razie więcej nie mogę ci nic powiedzieć… — westchnął oficer.

Zaczął wodzić wzrokiem to tu, to tam. Jego zachowanie bardzo rozpraszało opanowanego zazwyczaj Adama. Tymczasem promienie słońca, które wyszło właśnie zza chmur, wpadły przez okno, padając prosto na twarz Miury.

— Kurwa… pierdolone słońce… — mamrotał pod nosem.

— Więc… co ja mam robić? — zaczął niepewnie reporter.

— Przeprowadzisz wywiad z profesorem Iszma Hadad, autorem… — oznajmił mężczyzna w mundurze.

Podszedł do okna i zasłonił żaluzję. Włączył światło w pokoju, a potem ustawił klimatyzację na mocniejszy nawiew.

— Iszma Hadad? — wtrącił reporter, zainteresowany tematem. — Miura… to… To on pisał czasem o Wszechmapie? Wszechmapie Wszechwymiaru! — zaczął przypominać Adam.

— Co mnie to kurwa obchodzi? Zamknij się i nie pierdol — warknął niewzruszony oficer o kryptonimie „Miura”.

— To profesor nauk…

— Nawet kurwa nie zaczynaj, bo mi się jaja przekręcają na ten twój pieprzony dziennikarski bełkot. Wydaję rozkaz, ty robisz i bez dyskusji.

— Teraz mnie obrażasz…

— Aki! Słuchaj kurwa, co ci mówię!

— Przecież słucham! — uniósł się Adam, nie mogąc znieść sposobu prowadzenia rozmowy wulgarnego znajomego ze służby.

Tamten westchnął ciężko, wywracając oczami, po czym odparł niedbale:

— Pójdziesz dzisiaj na jego otwarty wykład o godzinie 19:00. Będzie pieprzył o jutrzejszym dniu zasranej radości, o aniołach, i innych takich…

— Dzień Radości? — zamyślił się znowu Adam, łapiąc w tym momencie rzucone w niego akta profesora Iszmy wraz z zaproszeniem na otwarty wykład.

— Czytaj — polecił Miura. — Miałem ci tego nie dawać, ale… — tu ściszył — jęczysz jak stara p… — parsknął, patrząc gdzieś w ścianę z zawieszoną mapą kartograficzną, z naniesionymi czerwonym flamastrem punktami — …ale daję! — dodał po chwili donośnym głosem, patrząc uważnie na przypatrującego mu się z ostrożnością niewtajemniczonego jeszcze w szczegóły zaufanego partnera kontraktu.

Uśmiechnął się i pokiwał głową, kontynuując:

— Po wykładzie… — przerwał, dostrzegając, że jego rozmówca zaczyna przeglądać kartotekę naukowca. — Kurwa, Aki słuchaj mnie! — zawołał na niego, zabierając mu akta.

Adam westchnął ciężko.

— Coś się nie podoba? — mruknął Miura.

— Nie, w porządku. I co dalej?

— Jesteś jakiś rozkojarzony. Ktoś cię pobił? — zmienił temat Miura.

— Nic się nie stało… — westchnął ciężko Adam.

— Ty masz ADHD — stwierdził w myślach.

— Wypadku czasem nie miałeś? — podpuszczał go oficer, dostrzegając rozciętą wargę i ciętą rysę na jego skroni.

— Nic mi nie jest, żyję — odparł zniecierpliwiony reporter. — No mów dalej, co po tym wykładzie? — ponaglał, nie chcąc wdawać się w zaczepki z czekającym na wyzwanie pewnym siebie Miurą.

Na ustach wojskowego pojawił się szyderczy uśmiech.

— Aki, brachu, właśnie dlatego z nami współpracujesz — mruknął, klepiąc go po ramieniu.

Adam zacisnął zęby, czując ból na obitym barku.

— Słuchaj. Pójdziesz na wykład Iszmy. Po wykładzie pójdziesz do niego, wypytasz go o szczegóły tego, co mówił i zrobisz wywiad. Masz doprowadzić, by wyszedł głównym wyjściem. Pójdziesz w drugą stronę. Wrócisz do bazy i zdasz raport. Jasne to?

— Jasne.

— Nie schrzanisz roboty?

— Kiedykolwiek schrzaniłem?!

Oficer zaśmiał się z intrygą w oczach.

— Możesz wziąć akta i przejrzeć w biurze. Potem zostaw. A teraz… — wskazał na drzwi. — Mam jeszcze sporo na głowie, wiesz, jak jest…

— Jasne — prychnął Adam i zmierzył do wyjścia.

Drzwi zamknęły się, a oficer zakręcił się na krześle z satysfakcją.

S.O.W.A.

Ten Świat

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.57
drukowana A5
za 59.52