List do Czytelnika
Drogi Czytelniku,
jeśli właśnie trzymasz tę książkę w swoich dłoniach, to znaczy, że nasze drogi spotkały się w wyjątkowym momencie.
Nie wiem, kim jesteś.
Nie wiem, przez co przeszedłeś.
Nie wiem, jakie historie nosisz w sobie, czego się boisz, za czym tęsknisz, za kim płaczesz i o czym nikomu nie mówisz.
Ale wiem jedno…
jeśli sięgnąłeś po „Gdzieś Pomiędzy”, to być może szukasz czegoś więcej niż zwykłej historii.
Może szukasz siebie.
Ta książka nie powstała po to, żeby udawać idealny świat.
Nie powstała po to, żeby wszystko było łatwe, piękne i przewidywalne.
Powstała z prawdy.
Z ciszy.
Z bólu.
Z pytań bez odpowiedzi.
Z chwil, których nikt nie widział.
Z walk, które toczyłem wtedy, gdy świat myślał, że wszystko jest w porządku.
Każdy rozdział to kawałek mnie.
Ale mam nadzieję, że gdzieś między tymi stronami… odnajdziesz również kawałek siebie.
Nie musisz się spieszyć.
Nie musisz czytać wszystkiego od razu.
Niektóre słowa potrzebują czasu.
Niektóre zdania bolą.
Niektóre… leczą.
Jeśli choć jedna strona sprawi, że poczujesz się mniej samotny…
to ta historia miała sens.
Dziękuję, że tu jesteś.
Z serca
Kacper Piwowar
Dla: _______________________________________
Data: _______________________
Podpis autora: _______________________
CZĘŚĆ I — TO, CO WIDZĄ INNI
PROLOG — To, czego nie widać
Są rzeczy, których nie widać.
Nie na zdjęciach, nie w krótkich rozmowach, nie wtedy, kiedy ktoś patrzy na Ciebie i mówi: „wyglądasz dobrze”. Nie w uśmiechu, który pojawia się automatycznie, zanim zdążysz pomyśleć, czy naprawdę masz na niego siłę.
Najważniejsze rzeczy dzieją się gdzie indziej.
W ciszy.
W głowie.
W tych momentach, kiedy nikt nie pyta, a Ty i tak nie wiedziałbyś, co odpowiedzieć.
Bo jak opisać coś, czego sam do końca nie rozumiesz?
Z zewnątrz wszystko wygląda prosto. Jak każda inna historia. Zwykły chłopak, zwykłe dni, zwykłe rozmowy. Nic, co wyróżniałoby się na tle innych. Nic, co kazałoby się zatrzymać i zapytać: „co tak naprawdę się dzieje?”.
A jednak… dzieje się więcej, niż ktokolwiek jest w stanie zobaczyć.
Między jednym zdaniem a drugim.
Między jednym spojrzeniem a kolejnym.
Między tym, co mówisz… a tym, co zostaje niewypowiedziane.
Tam zaczyna się prawdziwa historia.
Ta książka nie jest próbą udawania, że wszystko ma sens.
Nie jest historią o idealnym życiu ani o prostych odpowiedziach.
Nie jest też opowieścią, w której wszystko nagle się naprawia.
To zapis czegoś bardziej niewygodnego.
Momentów, które zostają na dłużej.
Myśli, które wracają wtedy, kiedy powinny już dawno zniknąć.
I uczuć, które trudno nazwać, ale jeszcze trudniej zignorować.
To historia o tym, co dzieje się w środku, kiedy na zewnątrz wszystko wygląda w porządku.
Może znajdziesz tu coś znajomego.
Może niektóre zdania będą brzmiały tak, jakby ktoś wyjął je z Twojej własnej głowy.
A może… to będzie coś zupełnie obcego.
I to też jest w porządku.
Bo każdy ma swoje „pomiędzy”.
Swoją przestrzeń, której nie pokazuje innym.
Swoje momenty, o których nie mówi.
Swoje wersje siebie, które istnieją tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy.
Ja też ją mam.
I przez długi czas nie wiedziałem, jak o niej mówić.
Nie wiedziałem, czy w ogóle powinienem.
Czy ktoś to zrozumie.
Czy ktoś będzie chciał to przeczytać.
Ale są rzeczy, które z czasem przestają mieścić się w środku.
I wtedy masz tylko dwa wyjścia.
Albo dalej udawać, że nic się nie dzieje…
albo w końcu spróbować powiedzieć prawdę.
Ta książka jest tą drugą próbą.
Nie idealną.
Nie uporządkowaną.
Nie zawsze łatwą.
Ale prawdziwą.
Mam na imię Kacper Piwowar.
I to jest historia o tym, co dzieje się gdzieś pomiędzy.
ROZDZIAŁ 1 — Zwykły chłopak
Na pierwszy rzut oka nic się nie wyróżnia.
Gdy ktoś patrzy na mnie z zewnątrz, widzi dokładnie to, co chce zobaczyć. Zwykłego chłopaka. Kogoś, kto nie rzuca się w oczy, kto nie robi wokół siebie hałasu, kto nie przyciąga uwagi bardziej niż inni. Kogoś, kto po prostu jest.
I w tym właśnie tkwi problem.
Bo bycie „zwykłym” to jedna z najbardziej mylących rzeczy, jakie można o kimś powiedzieć.
Zwykłość to coś, co działa jak filtr. Upraszcza wszystko. Spłaszcza historię do kilku prostych skojarzeń. Odbiera głębię. Sprawia, że nie trzeba zadawać pytań. Bo skoro ktoś jest zwykły, to znaczy, że wszystko jest w porządku.
A jeśli wszystko jest w porządku… to nie ma potrzeby patrzeć dalej.
Nie ma potrzeby się zatrzymywać.
Nie ma potrzeby naprawdę widzieć.
Pamiętam, jak wiele razy słyszałem różne wersje tego samego zdania.
„Spokojny jesteś.”
„Ty to raczej bezproblemowy.”
„Ty zawsze ogarniasz.”
Za każdym razem brzmiało to jak coś pozytywnego. Jak komplement. Jak potwierdzenie, że wszystko działa tak, jak powinno.
I może właśnie dlatego nigdy tego nie podważałem.
Bo łatwiej jest przyjąć to, co mówią inni… niż zacząć tłumaczyć, że to nie do końca tak wygląda.
Z zewnątrz wszystko się zgadzało.
Chodziłem tam, gdzie trzeba.
Robiłem to, co trzeba.
Rozmawiałem wtedy, kiedy trzeba było rozmawiać.
Śmiałem się wtedy, kiedy ktoś opowiadał coś śmiesznego.
Nic nie wykraczało poza normę.
Nic nie sugerowało, że coś może być inaczej.
Ale prawda jest taka, że „normalność” to często dobrze wyćwiczona rola.
Coś, czego się uczysz z czasem.
Najpierw nieświadomie.
Potem coraz bardziej świadomie.
Zaczynasz rozumieć, jakie reakcje są oczekiwane.
Kiedy się odezwać.
Kiedy się uśmiechnąć.
Kiedy powiedzieć „wszystko okej”, nawet jeśli w środku czujesz coś zupełnie innego.
I z czasem zaczyna Ci to wychodzić naprawdę dobrze.
Na tyle dobrze, że inni przestają zauważać jakiekolwiek różnice.
Na tyle dobrze, że sam zaczynasz się zastanawiać, czy to, co pokazujesz… nie jest przypadkiem tym, kim naprawdę jesteś.
Bo jeśli przez długi czas zachowujesz się w określony sposób… to gdzie kończy się rola, a zaczyna prawda?
To pytanie wracało do mnie częściej, niż bym chciał.
Nie zawsze wprost.
Nie zawsze w formie konkretnych słów.
Czasem jako uczucie.
Czasem jako lekkie napięcie gdzieś w środku.
Czasem jako myśl, która pojawiała się nagle i równie szybko znikała, zanim zdążyłem ją zatrzymać.
Najdziwniejsze jest to, że można przyzwyczaić się do bycia kimś „w porządku”.
Do bycia kimś, kto nie sprawia problemów.
Kto nie komplikuje sytuacji.
Kto nie wnosi za dużo chaosu do życia innych ludzi.
To brzmi dobrze.
Ale z czasem zaczyna mieć swoją cenę.
Bo kiedy jesteś dla innych „łatwy w odbiorze”… zaczynasz pomijać to, co trudne.
A to, co trudne, nie znika.
To się odkłada.
Warstwa po warstwie.
I nagle orientujesz się, że w środku jest więcej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.
Więcej myśli.
Więcej emocji.
Więcej rzeczy, które nigdy nie zostały wypowiedziane.
Ale na zewnątrz… wszystko nadal wygląda tak samo.
Czasem zastanawiam się, kiedy dokładnie to się zaczęło.
Czy był jeden moment, który wszystko zmienił.
Jedna sytuacja, która sprawiła, że zacząłem inaczej patrzeć na siebie.
Jedna decyzja, która ustawiła mnie w tym miejscu.
A może to nie był jeden moment.
Może to był proces.
Powolny.
Niezauważalny.
Taki, który dzieje się gdzieś w tle, kiedy zajmujesz się codziennym życiem.
Bo życie rzadko zmienia się nagle.
Najczęściej robi to po cichu.
Dzień po dniu.
I zanim zdążysz się zorientować, jesteś już kimś, kto funkcjonuje w określony sposób.
Kto reaguje w określony sposób.
Kto myśli o sobie w określony sposób.
Dla innych to nadal jest „zwykły chłopak”.
Dla mnie… to coś bardziej skomplikowanego.
Bo za tą zwykłością kryje się coś, czego nie widać od razu.
Coś, co nie mieści się w krótkich rozmowach.
Coś, czego nie da się wyjaśnić jednym zdaniem.
Coś, co istnieje gdzieś pomiędzy tym, co pokazuję… a tym, co naprawdę czuję.
I może właśnie od tego wszystko się zaczyna.
Nie od wielkich wydarzeń.
Nie od dramatycznych momentów.
Tylko od tej cichej różnicy.
Między tym, kim jesteś dla innych…
a tym, kim jesteś, kiedy zostajesz sam.
Bo ja przez długi czas byłem głównie tym pierwszym.
Zwykłym chłopakiem.
Takim, którego łatwo zrozumieć.
Takim, którego nie trzeba analizować.
Takim, który nie sprawia problemów.
Tylko że to nigdy nie była cała historia.
I chyba właśnie dlatego… muszę ją opowiedzieć dalej.
ROZDZIAŁ 2 — Uśmiech jako tarcza
Uśmiech to jedna z najprostszych rzeczy, jakich się uczymy.
Nie trzeba do niego słów. Nie trzeba tłumaczeń. Wystarczy jeden ruch mięśni i wszystko nagle wydaje się lżejsze, prostsze, bardziej zrozumiałe dla innych.
Uśmiech działa jak skrót.
Mówi: „jest dobrze”.
Mówi: „nie martw się”.
Mówi: „wszystko pod kontrolą”.
Nawet jeśli nic z tego nie jest prawdą.
Na początku to nie było świadome.
Po prostu reagowałem tak, jak większość ludzi. Ktoś coś mówił — odpowiadałem uśmiechem. Ktoś żartował — śmiałem się. Ktoś pytał „co tam?” — mówiłem „spoko” i lekko unosiłem kąciki ust, jakby to była oczywista odpowiedź.
Bo w pewnym sensie była.
Nikt nie oczekiwał niczego więcej.
Z czasem zauważyłem, że uśmiech robi coś jeszcze.
Zamyka temat.
Kiedy się uśmiechasz, ludzie nie dopytują. Nie szukają głębiej. Nie próbują wejść tam, gdzie może być niewygodnie. Przyjmują to, co widzą, i idą dalej.
To wygodne.
Dla nich.
I przez długi czas… również dla mnie.
Bo jeśli nikt nie pyta, nie musisz odpowiadać.
Jeśli nikt nie drąży, nie musisz tłumaczyć.
Jeśli wszystko wygląda dobrze… możesz udawać, że takie jest.
Nawet przed sobą.
Uśmiech zaczął działać jak tarcza.
Coś, co oddziela mnie od reszty świata.
Nie w sposób widoczny. Nie w sposób agresywny. Raczej cicho, subtelnie. Jak cienka warstwa szkła, której nikt nie zauważa, dopóki nie spróbuje jej przekroczyć.
Ale nikt nie próbował.
Bo nie było powodu.
Najdziwniejsze jest to, jak szybko można się do tego przyzwyczaić.
Do bycia „tym, który się uśmiecha”.
Do bycia „tym spokojnym”.
Do bycia „tym, u którego wszystko jest okej”.
To zaczyna działać automatycznie.
Bez zastanowienia.
Wchodzisz gdzieś — uśmiech.
Ktoś coś mówi — uśmiech.
Czujesz napięcie — uśmiech.
Jakby ciało reagowało szybciej niż myśli.
Jakby wiedziało, że to najbezpieczniejsza opcja.
Bo uśmiech nie budzi podejrzeń.
Nie stawia pytań.
Nie prowokuje rozmów, których nie chcesz prowadzić.
Nie zdradza tego, co dzieje się w środku.
A w środku… bywało różnie.
Były dni, kiedy wszystko wydawało się cięższe niż zwykle.
Były momenty, kiedy nie miałem ochoty z nikim rozmawiać.
Były sytuacje, które zostawały w głowie dłużej, niż powinny.
Ale to wszystko działo się gdzieś pod powierzchnią.
Na zewnątrz nic się nie zmieniało.
Czasem zastanawiam się, czy ktoś kiedykolwiek zauważył różnicę.
Ten moment, kiedy uśmiech był trochę wolniejszy.
Trochę mniej naturalny.
Trochę bardziej wymuszony.
Może ktoś zauważył.
Może nie.
Ale nawet jeśli… to nic z tym nie zrobił.
Bo uśmiech, nawet jeśli nieidealny, nadal spełnia swoją funkcję.
Nadal mówi: „jest dobrze”.
Z czasem zaczyna się dziać coś jeszcze.
Granica między prawdziwym uśmiechem a tym „na pokaz” zaczyna się rozmywać.
Nie zawsze wiesz, który jest który.
Nie zawsze czujesz różnicę.
I wtedy pojawia się pytanie, którego nie da się łatwo zignorować.
Jeśli tak często udajesz, że jest dobrze…
to czy potrafisz jeszcze rozpoznać moment, kiedy naprawdę jest dobrze?
To pytanie nie ma prostej odpowiedzi.
Bo kiedy coś powtarzasz wystarczająco długo… staje się częścią Ciebie.
Nawet jeśli na początku było tylko reakcją.
Uśmiech przestaje być wyborem.
Staje się nawykiem.
A nawyki trudno się kwestionuje.
Najbardziej męczące w tym wszystkim nie jest nawet samo udawanie.
Tylko ciągłe pilnowanie, żeby nic nie wymknęło się spod kontroli.
Żeby głos brzmiał normalnie.
Żeby spojrzenie nie zdradzało za dużo.
Żeby reakcje pasowały do sytuacji.
To jest jak granie roli, która nigdy się nie kończy.
I nie ma momentu, w którym możesz powiedzieć: „dobra, teraz już nie muszę”.
Bo nie wiesz, kiedy ktoś patrzy.
Dlatego najwięcej dzieje się wtedy, kiedy jesteś sam.
Kiedy nie musisz się pilnować.
Kiedy nie musisz się uśmiechać.
Kiedy nie musisz udawać, że wszystko jest w porządku.
Tylko że wtedy… wszystko wraca.
Myśli, które były gdzieś w tle.
Uczucia, które zostały zepchnięte na bok.
Pytania, które nie mają odpowiedzi.
I nagle okazuje się, że uśmiech nie rozwiązał niczego.
On tylko to odsunął.
Ale mimo to… nadal go używasz.
Bo działa.
Bo jest prosty.
Bo jest bezpieczny.
Bo pozwala przetrwać kolejne rozmowy, kolejne dni, kolejne sytuacje.
I może właśnie dlatego tak trudno z niego zrezygnować.
Bo kiedy zdejmiesz tę tarczę… zostajesz bez niczego.
Bez filtra.
Bez ochrony.
Bez tej jednej rzeczy, która przez tak długi czas oddzielała Cię od świata.
A wtedy ktoś mógłby zobaczyć więcej.
Więcej niż chcesz pokazać.
Więcej niż jesteś gotowy powiedzieć.
Więcej niż sam czasem rozumiesz.
Więc uśmiechasz się dalej.
Trochę z przyzwyczajenia.
Trochę dla innych.
Trochę po to, żeby nie musieć tłumaczyć, co naprawdę się dzieje.
Bo łatwiej jest wyglądać, jakby wszystko było okej…
niż przyznać, że czasem wcale tak nie jest.
I tak powoli uczysz się jednej rzeczy.
Jak być w porządku na zewnątrz…
nawet kiedy w środku wszystko jest trochę bardziej skomplikowane.
ROZDZIAŁ 3 — Między ludźmi
Najłatwiej zgubić się… będąc wśród ludzi.
To nie dzieje się nagle. Nie ma jednego momentu, w którym orientujesz się, że coś jest nie tak. To raczej coś, co narasta powoli. Pojawia się w tle, jak cichy szum, który z czasem staje się coraz bardziej zauważalny.
Na początku wszystko wygląda normalnie.
Rozmowy, śmiech, spotkania.
Ktoś coś opowiada, ktoś inny odpowiada.
Padają żarty, ktoś się śmieje trochę głośniej, ktoś tylko lekko się uśmiecha.
Ty jesteś gdzieś pomiędzy tym wszystkim.
Fizycznie obecny.
Mentalnie… nie zawsze.
Są momenty, kiedy łapiesz się na tym, że słuchasz rozmowy, ale nie do końca ją rejestrujesz.
Słowa docierają, ale nie zostają.
Zdania się pojawiają… i znikają.
Ktoś mówi coś ważnego, a Ty orientujesz się po chwili, że nie masz pojęcia, o czym była mowa.
I wtedy robisz to, co działa najlepiej.
Kiwasz głową.
Uśmiechasz się.
Rzucasz krótkie „no dokładnie” albo „serio?”.
I to wystarcza.
Nikt nie zauważa różnicy.
Bo z zewnątrz wszystko wygląda tak, jak powinno.
Najdziwniejsze w byciu między ludźmi jest to, że można być jednocześnie bardzo blisko… i bardzo daleko.
Siedzisz obok kogoś.
Słyszysz jego głos.
Widzisz jego reakcje.
A mimo to czujesz, jakby dzieliła Was jakaś niewidzialna przestrzeń.
Nie fizyczna.
Coś innego.
Coś, czego nie da się łatwo nazwać.
Może to dystans.
Może brak dopasowania.
Może po prostu poczucie, że jesteś trochę obok, nawet jeśli jesteś dokładnie tam, gdzie trzeba.
Czasem próbujesz się bardziej „włączyć”.
Powiedzieć coś więcej.
Zaangażować się w rozmowę.
Być bardziej obecnym.
I przez chwilę to działa.
Naprawdę.
Śmiejesz się razem z innymi.
Dodajesz coś od siebie.
Masz wrażenie, że jesteś częścią tego wszystkiego.
Ale to uczucie rzadko zostaje na długo.
Jakby coś w środku nie pozwalało się do końca rozluźnić.
Jakby zawsze była jakaś część Ciebie, która stoi z boku i obserwuje.
Obserwowanie staje się nawykiem.
Zaczynasz zauważać rzeczy, których inni nie widzą.
Ton głosu.
Zmiany w zachowaniu.
To, kiedy ktoś coś mówi szczerze… a kiedy tylko tak brzmi.
Z czasem zaczynasz rozumieć ludzi lepiej.
Ale to nie zawsze pomaga.
Bo im więcej widzisz… tym trudniej jest po prostu być.
Czasem masz wrażenie, że wszyscy wokół funkcjonują jakoś naturalnie.
Bez zastanawiania się nad każdym słowem.
Bez analizowania każdej reakcji.
Bez tego ciągłego poczucia, że coś trzeba kontrolować.
A Ty?
Ty jesteś gdzieś pomiędzy.
Między byciem częścią rozmowy… a byciem obserwatorem.
Między śmiechem… a myślą, że to wszystko jest trochę na pokaz.
Między chęcią bycia blisko… a potrzebą zachowania dystansu.
To „pomiędzy” nie jest miejscem, które łatwo opuścić.
Bo z jednej strony nie jesteś całkiem sam.
Masz ludzi wokół.
Masz rozmowy.
Masz momenty, które wyglądają normalnie.
Z drugiej strony… coś zawsze zostaje niedopowiedziane.
Nie w sensie słów.
W sensie odczuć.
Bo nawet jeśli jesteś wśród ludzi… nie zawsze czujesz, że jesteś z nimi.
Najbardziej widać to w chwilach ciszy.
Takiej krótkiej, która pojawia się nagle w trakcie rozmowy.
Kiedy nikt nic nie mówi przez kilka sekund.
Dla większości to nic.
Naturalna przerwa.
Dla Ciebie… to moment, w którym wszystko staje się bardziej wyraźne.
Zaczynasz myśleć.
Za dużo.
Czy powinienem coś powiedzieć?
Czy to normalne, że jest cisza?
Czy ktoś zauważył, że nic nie mówię?
I zanim zdążysz się zdecydować… ktoś inny zaczyna mówić.
Rozmowa wraca do normy.
A Ty zostajesz z tym krótkim momentem, który dla innych nic nie znaczył.
Z czasem uczysz się wypełniać te przestrzenie.
Rzucać coś od siebie.
Podtrzymywać rozmowę.
Nie zostawiać tej ciszy zbyt długo.
Bo cisza bywa niewygodna.
Zwłaszcza wtedy, kiedy zaczyna odsłaniać coś więcej.
Ale nawet kiedy wszystko idzie „dobrze”… kiedy rozmowy się kleją, kiedy śmiech jest szczery, kiedy atmosfera jest luźna…
to uczucie „pomiędzy” nie znika całkowicie.
Ono tylko się wycisza.
Na chwilę.
A potem wraca.
Najczęściej wtedy, kiedy zostajesz sam.
Wracasz do domu.
Siadasz gdzieś w ciszy.
I nagle wszystkie te momenty zaczynają się odtwarzać.
Rozmowy.
Spojrzenia.
Twoje reakcje.
Analizujesz.
Czy powiedziałem coś nie tak?
Czy mogłem zachować się inaczej?
Czy ktoś coś zauważył?
I nawet jeśli wszystko było w porządku…
to i tak czujesz lekkie napięcie.
Jakby coś było nie do końca na swoim miejscu.
To jest chyba najtrudniejsze w byciu między ludźmi.
Nie to, że jesteś sam.
Tylko to, że jesteś z nimi… i nadal czujesz pewien dystans.
Nie zawsze duży.
Czasem ledwo zauważalny.
Ale wystarczający, żebyś nigdy nie czuł się całkowicie „w środku”.
I może właśnie dlatego tak łatwo wracasz do tego, co już znasz.
Do uśmiechu.
Do krótkich odpowiedzi.
Do bycia „tym spokojnym”.
Bo to działa.
Bo to pozwala funkcjonować.
Bo to utrzymuje wszystko w równowadze.
Tylko że ta równowaga jest trochę pozorna.
Bo gdzieś pod tym wszystkim… nadal jesteś Ty.
Ten, który widzi więcej.
Ten, który czuje więcej.
Ten, który nie zawsze potrafi to pokazać.
(pauza)
I właśnie dlatego…
nawet będąc wśród ludzi…
można czuć się trochę gdzie indziej.
Gdzieś pomiędzy.
CZĘŚĆ II — TO, CZEGO NIE WIDAĆ
ROZDZIAŁ 4 — Cisza po wszystkim
Najwięcej dzieje się wtedy, kiedy wszystko już się skończy.
Kiedy rozmowy cichną.
Kiedy ludzie się rozchodzą.
Kiedy wracasz do miejsca, w którym nikt nic od Ciebie nie chce.
I nagle zostajesz tylko Ty… i cisza.
Na początku wydaje się, że to coś dobrego.
Spokój.
Brak bodźców.
Brak konieczności reagowania.
Możesz w końcu odetchnąć.
Ale ten oddech nie trwa długo.
Bo cisza ma jedną właściwość, o której rzadko się mówi.
Ona nie jest pusta.
Wypełnia się bardzo szybko.
Myślami.
Wspomnieniami.