E-book
10.92
drukowana A5
33.75
Gdzie nocują koty

Bezpłatny fragment - Gdzie nocują koty


Objętość:
130 str.
ISBN:
978-83-8245-965-4
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 33.75

moim najdroższym

rodzicom

Rok 2020

Anna

Drogi Krzysztofie, jak to się stało?


Drogi Krzysztofie, poznałam Cię, gdy usiadłam przed komputerem, a po mojej twarzy popłynęła dawno wyczekiwana łza. Emocji mam mało od dawna, jednak wówczas było to jakieś apogeum nieczucia. Istniał komputer, zwolnienie lekarskie, jakieś pierdółki na niebieskim monitorze. A pośrodku tego ja, samotna, nie-wesoła i nie-smutna. Nie-istniejąca.

Tamtej nocy leżałam na łóżku ogrzewana przez srebrne ciałko laptopa. Niczym kot mruczał mi śpiewankę uczuć.

— Elo — napisałeś.

— Hej hej.

— Jak się czujesz? Znowu nie śpisz?

Nie spałam. Dochodziła druga, a ja walczyłam z szeroko otwartymi oczami, próbując zmrużyć je muzyką. Popołudniowa kawa buzowała w żyłach.

Dlaczego wówczas przesiadywałam na czacie? Już nie pamiętam, Messenger czy WhatsApp, Instagram czy TikTok. Gdzieś mnie znalazłeś. W każdym razie było mi źle samej, a bałam się wyjść z domu. Szara, wysoka postać pana z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych czaiła się pod moim oknem, by stale kontrolować przestrzeganie przeze mnie zasad zwolnienia lekarskiego. Do sklepu, do apteki i z powrotem.

Dookoła, gdzieś za oknem, szalała pandemia koronawirusa, ludzie w maseczkach sunęli po ulicach. Zawsze mijałam duchy bez twarzy i myślałam, że tylko ja nie dostrzegam znajomych lic. A jednak! One nie istniały naprawdę!

— Nie śpię. Ty też nie.

Wysłałeś mi swoje zdjęcie, jak siedzisz przed jakąś wielką maszyną, nie wiedziałam, czy do gier, czy hackowania SpaceX. Uśmiechałeś się. Ja też spróbowałam. Uśmiech, przedni obiektyw, strzałka — tap.

— Masz fajnie asymetryczną twarz. Opada Ci prawy kącik ust.

— To u mnie rodzinne.

Pisaliśmy takie small talki do czwartej, kiedy to zmógł Cię sen, a ja po prostu położyłam się na kołdrze w ubraniu i myślałam. Strzępki prześcieradła przelatywały przez mój mózg delikatnie niczym chlaśnięcie w twarz. Nie wytrzymałam tego czekania na brzask, wolałam już zwlec się z wygodnej, wygrzanej pościeli i iść się umyć.

Zamknęłam oczy. Barwy, kształty, myśli, zdarzenia, sny sny sny. Otworzyłam oczy. Pomału usiadłam, odłączyłam telefon od ładowarki i spojrzałam na ekran. Kilka maili, sam spam. Od Ciebie żadnej wiadomości. Zawiodłeś się na mnie. A jednak może nie? Była ósma rano. Spałeś.

„Elo” pojawiło się na WhatsAppie dopiero po dwóch godzinach, po mojej kawie, po musie z zielonych roślin na śniadanie i po drugiej kawie. Odpisałam swoje „hejhej” i czekałam.

Pamiętasz, Krzysztofie, te nasze jasne noce, gdy tworzyliśmy pół-sensowne linijki tekstu i zaśmiewaliśmy się z nich do łez? Ty do łez śmiechu, ja do łez śmiechu, Ty do łez szczęścia, ja do oczekiwania na dobre życie.

— Hej, co tam u Ciebie? Jak się czujesz?

A ja wreszcie czułam się jakoś.

Minął czas zwolnienia lekarskiego i trzeba było wrócić do pracy. Rano wsiadłam w kolejkę podmiejską i ruszyłam na podbój Trójmiasta, a w czasie jazdy jeszcze raz odpisałam Ci, co tam u mnie. Teraz przestałam być pacjentem, założyłam fartuch i sama miałam leczyć ludzi. Pstryknęłam sobie selfie ze stetoskopem niczym studentki medycyny na Instagramie. To zdjęcie jednak przeznaczone było jedynie dla Ciebie.

— Moja śliczna — napisałeś.

Tak to Cię poznałam, Krzysztofie.

Anna

Wieś polska i polskie ogrody


Wakacje. Czy to nie piękne słowo? A jakże! Tak samo pięknie na tych wakacjach było w naszym przypadku, Krzysztofie.

Pierwszy tydzień naszego pierwszego wspólnego tygodnia spędziliśmy — pamiętasz? — na wsi u moich rodziców. Dom z widokiem na ogród, wycieczki do Torunia, pyszne jedzenie podawane prosto na stół, bezalkoholowe piwo oraz kolorowe drinki, książka na trawniku… Takie rzeczy to pewnie nic oryginalnego na urlopie, jednak mają swój nieodparty urok. Urok odpoczynku. Odpoczynku po mordędze pracy, tygodniu w przychodni, wreszcie stresu związanego z pandemią.

Już dawno nie budziłam się wypoczęta, nie mogłam zrelaksować się przy książce i kawie, tak zwyczajnie, w dzień powszedni, właściwie w każdym momencie. Kiedy tylko chciałam. Do tej pory chciałam tylko wtedy, gdy miałam pacjentów, ot mózg płata takie figle. A teraz to było realne. Wstawać rano bez ucisku w brzuchu, bez kołaczącego się w głowie: jestem gdzieś na tym świecie, sama, jadę do pracy i muszę być mądrą i odpowiedzialną osobą.

To dla nas był raj. I nie musieliśmy wyjeżdżać daleko ani za miliony. W czasie tamtych upałów nawet przejażdżka do miasta obok jawiła się jako niebezpieczna przeprawa przez strzeliste szczyty na wykresach statystyk udarów, zawałów i zgonów.

Wcześniej mogliśmy osobno, lecz razem, pobyć w każdym zakątku świata. Wystarczył internet, laptop, kilka poduszek na kanapie, ekspres do kawy i zapas pożywienia z delikatesów. Oraz oczywiście Ty.

To dla Ciebie, to na Twój przyjazd przebrałam się wtedy w sukienkę mamy. Piękną, kwiecistą, jak kwietne były wtedy nasze ogrody. Mama zrobiła zdjęcie tej kwintesencji piękna, a ja wrzuciłam na czat z moimi wirtualnymi znajomymi. Najpierw jednak ujrzałeś mnie Ty.

I usiadłam na łóżku, i siedziałam, siedziałam i siedziałam. I patrzyłam na Ciebie, tam, w domu rodzinnym, tam na wsi, tam, gdzie byliśmy razem.

Tak sobie marzyłam.

Chciałam, by moi rodzice Cię poznali, ale Ty się bałeś. Bałeś, że odkryją Twoje tajemnice, które znałam tylko ja, a także te, które znali wszyscy nasi wspólni znajomi. To już nie były tajemnice, prawda? Ale i tak nie chciałeś, by rodzice wiedzieli.

Dlatego przyjeżdżałeś tylko do Gdańska.

I usiadłam na łóżku, i siedziałam, siedziałam i siedziałam. I patrzyłam na Ciebie, tu, w nadmorskim domu, tu w Trójmieście, tu, gdzie byliśmy razem.

A rodzice tęsknili i za Tobą, i za mną, i za nami — całe życie tęsknili za moim miłosnym spełnieniem.

I usiedli przy stole, i siedzieli, siedzieli i siedzieli. I patrzyli na mnie gdzieś na Facebooku, na nasze wspólne zdjęcie. Oni tam, w podtoruńskiej wsi, my tu, w nadmorskim domu.

A Twoi rodzice też tak tęsknili? Chcieli Twojego szczęścia, Twojego spełnienia i rodziny. Chcieli, byś miał takie życie, jakie widzieli w innych domach, gdzieś na zewnątrz, wśród dzieci znajomych, tych znanych z życia i z ekranu telewizora.

I usiedli przy stole, i siedzieli, siedzieli i siedzieli. I patrzyli na Ciebie gdzieś na Facebooku, na nasze wspólne zdjęcie. Oni tam, w mazurskiej wsi, my tu, w nadmorskim domu.

Oliwia

Oliwia, lat dwadzieścia cztery, studiowała na szóstym roku kierunku lekarskiego. Dziś zaczynała zajęcia na oddziale onkologicznym, który, jak zwykle, najpierw powitał ich seminarium. Na tych studiach non stop ma się seminaria. Albo wykłady. Ciągle teoria, teoria, teoria. Potem jednakże miały być ćwiczenia i przydzielanie pacjentów. Każdy miał napisać historię choroby swojego chorego.

Ruszyła na ćwiczenia pełna entuzjazmu. Wreszcie jakieś ciekawe zajęcia. Ostatnio ciągle miała jakąś chirurgi, a to kardiochirurgię, a to neurochirurgię, a nie lubiła specjalizacji zabiegowych. Nie interesowało jej to. Chciała porozmawiać z pacjentem, pobadać, pooglądać, pomówić z prowadzącym o lekach. Nie ciągnęło jej do krojenia ludzi.

Ubrała biały fartuch, białe buty i ruszyła za innymi. Chciało jej się trochę spać, jak zwykle. Zawsze chciało jej się spać. A zwłaszcza na seminariach. Dreptała krok w krok za swoją koleżanką z grupy, która sunęła pewnie przed siebie. Spieszyły się. Na piciu kawy zeszło im trochę za dużo czasu.

— W której sali mamy ćwiczenia?

— Nie wiem, chyba mamy sprawdzić, z jakim mamy asystentem.

— A gdzie to jest napisane?

— Na planie w korytarzu.

Sprawdziły. Doktor Maciej Jarzembski, oddział męski. Ruszyły w stronę długiego korytarza. Gdzieś tam miał być gabinet lekarski oddziału męskiego. Minęła ich jakaś ubrana w niebieski fartuch kobieta, może pielęgniarka, może salowa. Wcisnęła guzik przywołujący windę i niecierpliwie kiwała się z boku na bok.

Zapukały do drzwi i przez chwilę czekały, wpatrując się w biały, drewniany prostokąt. Cisza. W końcu w szczelinie pojawiła się okolona ciemnymi falami głowa jakiejś lekarki.

— Doktor Jarzembski?

Głowa zniknęła. Zamiast niej pojawił się całkiem przystojny lekarz o czarnych włosach, wysoki, postawny, odziany w biały fartuch ze stetoskopem wystającym z kieszeni. Na nogach miał znoszone chodaki.

— Panie mają ze mną ćwiczenia? A panie i pan, przepraszam — dodał, zauważywszy Marcina, jedynego mężczyznę w grupie. — Poczekajcie pięć minut, zaraz do was wyjdę i dam wam pacjentów.

Zostały na korytarzu. Przez chwilę milczały, ale zaraz od cichego szeptu po głośną rozmowę zaczęły narastać głosy innych studentów. Niedaleko na ławce siedzieli pacjenci. A może pacjent z rodziną? Nie wiedziały.

Ola z Magdą rozmawiały o kosmetykach. Jak zwykle. Odżywki do włosów. Jak z oliwy i jakichś pachnących rosołem ziaren zrobić dobrą maseczkę do włosów. Ogólnie włosy były ulubionym tematem Oli na babskich spotkaniach. Marcin kręcił się metr od nich, milcząc. Często milczał, przechadzając się po korytarzach, z dala od innych. Pogrążony w swoim świecie.

Oliwia stała i przyglądała się Marcinowi. Kiedyś jej się podobał, to były dawne czasy. Teraz, gdy byli głęboko w strefie przyjaźni, traktowała go jak kumpla. Zazwyczaj był wesoły, rzucał dobrymi tekstami. Lubiła spędzać z nim czas.

W końcu wyszedł lekarz. Wybiegł wręcz z gabinetu, cofnął się, jakby o czymś zapomniał, po czym machnął ręką i wrócił na korytarz. Półprzytomnym wzrokiem omiótł hol, poszukując swoich studentów. Podszedł do nich.

— No dobrze, ilu was jest? — Policzył do czterech. — Zaraz dam wam pacjentów.

Ruszył w stronę oddziału. Zatrzymał się przy sali numer dwa.

— Kto do pana z rakiem prostaty?

— Ja mogę — wyrwała się Ola.

— Dobrze, pan Nowak, łóżko pod oknem.

Przeszli kawałek dalej, do sali numer cztery.

— Pan Długosz, rak krtani? Da się z panem porozmawiać.

— Ja pójdę — zaoferowała się Oliwia.

Weszła do sali. Trzech pacjentów leżało na swoich Łózkach. Trzech chorych na raka. Każdy patrzył na nią wyczekująco. Którego wybierze? Który będzie musiał rozmawiać z nią, studentką? W końcu się odezwała.

— Pan Długosz?

— To ja — odezwał się drobny mężczyzna leżący pod oknem.

Podeszła do niego. Podsunął jej szpitalny taboret, a ona usiadła. Po standardowych „Dzień dobry, jak się pan nazywa, ile pan ma lat” rozmawiali długo o jego chorobie.

Rak zaczął rozwijać się jakieś pół roku temu. To wtedy po raz pierwszy żona usłyszała, że ma chrypkę. Po dwóch miesiącach poszedł do lekarza. Potem do laryngologa. Prywatnie, bo tak było szybciej. Laryngolog popatrzył, pomyślał i orzekł: pewnie rak, trzeba do onkologa. Potem lekarze, badania, tomografię nawet miał robioną. I w końcu trafił tutaj, na naświetlanie.

Miał dobre czynniki rokownicze. Nie stwierdzili przerzutów. Właściwie nie miał się czego obawiać. Nowotwór we wczesnym stadium, wszystko jak należy. Ale nie chciał operacji. Bał się. Wolał już te naświetlania. I dostał to, czego chciał. Pobyt na radioterapii.

— Czyli napromienianie radykalne?

— Tak, oczywiście.

— Od kiedy jest pan w szpitalu?

Musiał policzyć. Siedział tu już długo. Za długo, ale cóż poradzić. Musiał iść do szpitala, skoro mieszkał na wsi i nie miał jak dojechać. Nawet gdyby jakiś autobus dojeżdżał bezpośrednio do Gdańska, to nie byłoby go stać na bilety.

— Trzy tygodnie będzie jutro.

— A kiedy pan wychodzi?

— Nie mam pojęcia. Spyta pani lekarza.

Zebrała wywiad do końca i wyszła na korytarz, by przygotować się do zdania relacji asystentowi. Powtórzyła w myślach wszystko, czego się dowiedziała. Była gotowa. Po chwili reszta jej czwórki też wyległa na korytarz.

— Gdzie jest doktor Jarzembski? W dyżurce?

— Tak.

Zapukali. Po chwili wyłoniła się z gabinetu znajoma głowa.

— A to wy. Już idę.

Drzwi się zamknęły. Parę minut później lekarz wyszedł i zaprowadził ich do sali ćwiczeniowej. Zdali relację. Każdy po kolei opowiadał, punkt po punkcie o swoim pacjencie. Nazwisko, wiek, rozpoznanie, stadium, leczenie. Rokowanie.

Pacjent Oliwii rokowanie miał dobre. Z całej tej nieprzyjemnej historii chociaż to było pozytywne. Dobre rokowanie. Oliwia uśmiechnęła się. Mogła liczyć na to, że jej pacjent, ten człowiek powiązany z nią cieniutką nicią, wyzdrowieje.

Anna

List z pracy

Kiedyś było nieźle. Nie mówię, że dobrze, ale nieźle. Ja — chora, ale profesjonalna. Widzę to dzisiaj. Siedzę w gabinecie, inni siedzą obok — ze mną. Słucham zasłuchana, patrzę zapatrzona, w powietrzu krążą nazwy chorób i leków, wiatr fachowości. I nie są one intruzami w mojej kuli. Ja intruzem też nie jestem. Jestem lekarzem.

Pociąg dookoła mnie, świat dookoła pociągu, blada anielica w moich oczach zasnuwa mnie bezprzestrzenią. Wraca? Jadę przez Trójmiasto, zaraz wysiadka w za-pociąg. Jacyś ludzie-pacjenci. Głowa drży, ręce wiotkie… Praca.

Jestem jak krem dwa w jednym. Na dzień: jako lekarz — profesjonalista, wygładzam zmarszczki czasu, odbieram śmierci żniwo. I na noc: bezsenna, pilnuję twarzy, by nie odebrał mi jej mrok zza okna i zza źrenic.

Więc tak, twórczość? Odłożę kartkę, i tak nic dzisiaj nie napiszę. Nie będzie słów, w mojej głowie noc i noc dookoła, ranek bliski. Zaraz do pracy, zaraz do pracy, do pracy. Odkładam kartkę, nic nie napisałam, tylko jakiś marny wierszo tym, co wiozę ze sobą pociągiem każdego ranka. Wiersz o niczym. O pustce i o nocy nieprzespanej w obłoku myśli. Chyba poczytam książkę, cudze słowa wedrą się do moich niebieskich oczu, a ja popłynę do pracy, do pracy. I będę leczyć ludzi.

Anna

Przychodzi pacjent do lekarza, a lekarz też pacjent


Krzysztofie, jak myślisz: czy lekarze chorują? To pytanie wydaję się być retoryczne, jednak czyż wielu ludzi nie pomyśli w tym momencie „naprawdę”? Szewc bez butów chodzi? A zaburzenia psychicznie są częste zarówno wśród lekarzy, jak i innych pracowników medycznych.

Chorujemy jak inni ludzie, leczymy jak inni lekarze. A cierpimy jak inni pacjenci.

Ja sama miałam objawy od dawna, chyba od kiedy duch kazał mi iść na te studia, jednak do specjalisty trafiłam dopiero na studiach. Wtedy to postanowiłam po raz pierwszy umrzeć. Nie zabić się, a po prostu umrzeć. Miałam plan, nazbyt jednak skomplikowany, by się udał. Czy to szczęście?

Życie zawdzięczam współlokatorce Karolinie, która wyciągnęła mnie z domu niemalże siłą i zaprowadziła do uczelnianej psycholog. Do kobiety oferującej w ramach uniwersyteckiego etatu darmową pomoc psychologiczną dla spracowanych, zmęczonych tym naukowym szałem studencików. Ta zaś już na pierwszej wizycie potwierdziła przypuszczenia Karoliny: potrzebuję pilnej konsultacji lekarskiej.

Do gabinetu psycholog weszłam z obawami, po podłodze walały się rozmazane smugi ludzkich twarzy, śmiały się ze mnie, szydziły. A jednak milczały. Czyż milczenie przepełnione politowaniem to nie najgorsze szyderstwo?

— Proszę zapisać się nawet prywatnie.

— Dobrze.

— Proszę przyjść za tydzień, pani Anno, i powiedzieć, czy już ma pani termin konsultacji.

— Dobrze.

— Proszę brać przepisane leki i być grzeczną pacjentką, tak jak grzeczną jest pani studentką.

— Dobrze.

Zapisałam się do lekarki-blondynki, pani K.K.

Do gabinetu psycholog weszłam z obawami, po ciemnym biurki walały się rozmazane smugi ludzkich twarzy, śmiały się ze mnie, szydziły. Byłam już przyzwyczajona. Zamknęłam się w kuli swojej puchowej kurtki.

Psychiatra włączyła leki, po których powoli wracałam do świata — świata wykładów, egzaminów i pacjentów. Dziwnych literek a, b, c, d i e, z których poprawna była jedna lub kilka.

Kto by pomyślał, że ta milcząca dziewczyna podążająca w amoku ulicami Gdańska niedługo będzie leczyć ludzi? Że prostu z wyspy własnych koszmarów spływa na grząski ląd profesorskich reprymend i doktorsko habilitowanych ściągniętych brwi.

A jednak. Ukończyłam studia w terminie, następnie, chociaż nie bez zakłóceń, przeszłam przez roczny staż. Cały czas pod kontrolą psychiatry, cały czas leczona, cały czas walcząca.

Pigułki zadziałały i dostałam się na specjalizację. Teraz byłam prawdziwym lekarzem, przyjmowałam pacjentów, ordynowałam im leki i zlecałam badania. Rozmawiałam. Słuchałam. Rozumiałam.

Krzysztofie, poznałam Ciebie i Ciebie też zrozumiałam, a Ty zrozumiałeś mnie.

Współpracownicy wiedzieli o moich zaburzeniach. Czytali. Nie zdradzam im szczegółów — po co? Jednak akceptowali mnie. Czy mówili, że się nie nadaję? Może między sobą. Nie do mnie. I to było najważniejsze. A ja robiłam wszystko, by nieść profesjonalną pomoc chorym ludziom, bo wiedziałam dobrze, co to znaczy chorować.

Anna

Po raz pierwszy ujrzałam słońce


Nie, Krzysztofie, przecież wypuszczali nas na spacery. Niczym stado owieczek przemierzaliśmy trawniki należące do Szpitala Psychiatrycznego imienia Anny K., pilnowani przez naszą opiekunkę Krysię. Byłam na takim spacerze kilka czy kilkanaście razy, mimo że mogliśmy iść codziennie.

Tego dnia jednak było inaczej. Ruszyliśmy inną trasą, na inny trawnik, między innymi drzewami, innymi budynkami i innym gwiazdozbiorem. Rządek nas schodził powoli betonowymi schodami, następnie tuptał po szarej drodze. Wiał lekki wiatr, a lipcowe słońce ogrzewało nasze twarze.

Dusze też ogrzewało, w końcu tygodniami tkwiliśmy zamknięci w budynku z zamkniętymi drzwiami i kratami w oknach.

To Costa del Sol miało zakończyć się przed obiadem.

W tle toczyły się rozmowy pacjentów, szepty i śmiechy. Część szła ponura, inni — już podleczeni — cieszyli się latem. Krysia doglądała kółek konwersacyjnych i podtrzymywała atmosferę wspólnoty. Jedni mówili o swoich objawach, niekiedy rzucając numerkiem kodu ICD-10 swojego rozpoznania, inni zaś komentowali wczorajszy film, wczorajsze zajęcia z muzykoterapii, wczorajsze śniadanie, dzisiejszą kolejność brania prysznica, smak kawy przemyconej przez okno przez koleżankę.

— A pani co taka milcząca, pani Anno? — zainteresowała się Krysia

— A tak myślę sobie o wszystkim.

— O czym konkretnie?

Jak tu wytłumaczyć brokatową sieczkę podartego papieru, która przelatywała przez mój spocony mózg? Takie pytanie nie tylko nie zatrzymywały piekielnego toku okruszków, ale jeszcze pogłębiało pustkę między tymi okruszkami.

— A o pogodzie.

— Jest dzisiaj wyjątkowo słonecznie — przyłączyła się do rozmowy Kornelia.

Zatrzymaliśmy się i owieczki rozpierzchły się na ciasnym trawniku. Ktoś usiadł na ławce, ktoś inny usiadł na drugiej ławce, a następnie przesiadł się na trzecią ławkę do wołającego go kolegi. Krysia obserwowała nas jak lwica młode. Katarzyna położyła się na trawniku, a Kuba robił zdjęcia karetce stojącej przy Izbie Przyjęć.

Wtedy go zobaczyłam. Lśnił niczym idealnie okrągła myśl w chaosie słów, był blady, prawie biały, nieco tylko zmącony barwą odbitych promieni.

— Chodź tu — wołał do mnie.

— Nie mogę — odpowiedziałam.

— Nic się nie stanie, najwyżej zabiorą cię z powrotem.

— Pójdę w pasy.

— I co z tego?

Spojrzałam na Krysię. Na niego. Na Krysię, Na niego.

— Nie.

Spojrzał na mnie rozbawiony swoim nieskalanym stresem licem. Słońce świeciło. Opiekunka powoli przesuwała się w moją stronę. Posmutniałam.

Za nim było życie, wolność, zakupy, podróże pociągiem, rodzice, dom, bałagan w domu, wrodzy ludzie, odpowiedzialność, zmęczenie i lęk.

— Na co pani tak patrzy, pani Anno?

— Na słońce.

Odwróciłam wzrok i pożegnałam się w myślach ze szlabanem.

Oliwia

Był już czerwiec, dawno po zaliczeniu z onkologii. Teraz nadchodził wróg cięższego kalibru: egzamin z chirurgii. Test miała już za sobą, teraz pozostał egzamin praktyczny, który miał ją dopuścić lub nie do najważniejszej części, egzaminu ustnego. Pocąc się w granatowej marynarce, stała pod drzwiami jednego z lekarzy. Zapukała.

— Pani do mnie? — z gabinetu wychyliła się siwa głowa.

— Tak, ja w sprawie egzaminu.

— Nazwisko?

— Oliwia Gończak.

— Szósty rok?

— Tak.

Gestem zaprosił ją do środka. Weszła do ciasnego, zabałaganionego gabinetu i stanęła przy jasnym biurku. Lekarz przez chwilę pisał coś na komputerze, nie zważając na obecność studentki. Po chwili odwrócił się na krześle.

— Ach, egzamin praktyczny, tak?

— Owszem.

Wstał i otworzył drzwi. Oliwia wyszła na korytarz.

— Proszę za mną.

Przeszli białymi korytarzami do Kliniki Chirurgii Onkologicznej, skąd miała dostać pacjenta. Dookoła panowała cisza, nawet ich kroki zdawały się być przytłumione. Nagle lekarz zatrzymał się przed jedną z sal.

— Pan Majewski.

— Słucham?

— Zgadza się pan porozmawiać ze studentką?

— Tak, oczywiście.

— Proszę.

Przywitała się. Lekarz wyszedł, zostawiając ją samą z pacjentem.

— Z jakiego powodu znalazł się pan w klinice?

— Z powodu guza nadnercza.

— Którego nadnercza? Wie pan?

— Lewego.

Uśmiechnęła się lekko. Miała już diagnozę. Nie było źle. Bała się, że dostanie na egzamin pacjenta, który sam nie wie, co mu jest.

— Kiedy guz został wykryty?

— Czternastego maja miałem tomografię, w której wyszedł ten guz. Potem miałem badania hormonalne, ale nic w nich nie wyszło.

Pytała o objawy, o operację, o inne choroby, o przyjmowane leki. O wszystko, o co studentka na egzaminie zapytać powinna. Miała już ogląd sytuacji. Nie wiedziała jedynie, co to za guz, bo wyniku badania pobranej tkanki jeszcze nie było.

— Dziękuję bardzo.

— Dziękuję.

Wyszła. Jeszcze raz przeszła białym korytarzem, dotarła do znajomych drzwi, zapukała. Doktor Bednarski otworzył i zaprosił ją do środka. Wskazał jej jeden z trzech foteli.

— Zaraz wróci pani koleżanka, która przyszła chwilę po pani i teraz rozmawia z pacjentem. Wtedy was odpytam.

Izabela, druga studentka, pojawiła się po niecałym kwadransie. Oliwia zdążyła w tym czasie policzyć wszystkie książki na półkach lekarza. Doktor Bednarski odwrócił się, wskazał Izabeli drugi fotel i uśmiechnął się szeroko.

— Dobrze drogie panie, to losujecie pytania.

Oliwia wyciągnęła małą, białą karteczkę i przeczytała pytania. Na dwa znała odpowiedź, nad trzecim musiała się zastanowić. Izabela podobnie, na dwa pytania odpowiedziała bez zająknięcia, dopiero trzecie sprawiło jej kłopot. Lekarz patrzył na nie przez chwilę.

— Teraz niech mi pani opowie, pani Oliwio, o swoim pacjencie.

Mówiła. O bólach brzucha, o badaniach, o guzie, który znaleziono, zbadano i wycięto. Nie wspomniała tylko o strachu człowieka, który dowiaduje się, że ma nowotwór. Całkiem młodego przecież człowieka. Doktor Bednarski pokiwał głową.

— Teraz pani, pani Izabelo.

Pacjentką Izabeli była sześćdziesięcioletnia kobieta z rakiem żołądka. Jej choroba również zaczęła się bólami brzucha. Gdy te stały się nie do zniesienia, poszła do lekarza. W badaniu endoskopowym uwidoczniono duże ognisko raka. Niedługo potem chorej usunięto żołądek.

Włodzimierz Bednarski podrapał się po brodzie i spojrzał znad okularów na studentki czekające na jego słowa jak na wyrok. Przez chwilę milczeli, jakby lekarz napawał się tą chwilą władzy, jakby cały rok czekał, aż studenci będą przychodzić do niego i patrzeć zlęknionym wzrokiem na jego usta, które wypowiedzieć mają najważniejsze w tym momencie słowa.

— Dobrze, pani Oliwia cztery, pani Izabela cztery i pół. Oceny niedługo pojawią się w systemie.

Podziękowały i wyszły pospiesznie, by lekarz nie rozmyślił się jeszcze i nie cofnął swoich cudownych słów.

Anna

List po powrocie do domu


Piąta rano, gdy zapalam światło, ot wczesna wiosna. Zbieram się powoli, włosy, perfumy, kawa, leki. Za chwilę już jadę pociągiem, mróz wzrok mi ścina. Jadę na dworzec Gdańsk Wrzeszcz, samotna, a jednak wcale nie sama. Piszesz coś do mnie, zwykłe poranne small talki:

— Jak się spało, czy kawka smaczna? Odpowiadam:

— Śpi się dobrze, kawka gorąca, smak wspaniały. Mam nadzieję, że i Tobie smakuje.

Zaraz praca, przyjdą pacjenci, ich historie, ich słowa i myśli. Wysłucham każdej z nich, czasem rozwiąże prawdziwy ludzki kalambur. Ale pomiędzy fartuchem a stetoskopem czasem zbyt słabo myśl roznieca mózgowy płomień emocji.

Gdzie one są, te porywy wiatru, te gwiazdy roziskrzone i palące słońca?

Pociągi pociągi pociągi. Jadą żółto-niebieskie składy, wsiadam, mózg zamiera, myśl zbiera się w kupkę. Za szybą słońca, deszcze, grady. Muszę dojechać dzisiaj do pracy

Widać gdzieś porządek dnia, plan zapisany w notatniku, na pożółkłych kartkach pamiętnika z rozmarzonego liceum. Teraz porządek minut wyznaczają żółto-niebieskie składy.

Samotna w tłumie, uśmiech na twarzy. Idę jak potrafię najlepiej, ale słońce mnie grzeje w twarz ciut za mocno i wypala powieki. Suche łzy mam w oczach, neurony też wyschły. Sama wśród ludzi, łza drąży skałę, mózg się trudzi. Walczy i chociaż jest bardzo dzielny, to jeszcze bardziej zmęczony.

Czekam na tłum budzący ze snu. Taki mały tłumek najlepiej, kilkuosobowy, wtajemniczony w moją osobę i osobowość.

Ale wiem jedno: jesteś Ty, Krzysztofie, obecny, chociaż dzisiaj daleki na mapie.

Tak sobie myślę, że dzisiaj jest dobry, deszczowy dzień. Można popatrzeć przez szybę i usiąść sobie gdzieś w kącie, pogadać można i pośmiać się razem, uśmiechać do kubka kawy czarnej i bez cukru. Jest dobry, deszczowy dzień, gdy wszędzie jest mi jak w domu.

Nadchodzi wieczór, deszcze ustały, jest parno i sucho, anielica bladolica, imaginacja przeciąga się i ziewa.

— Ognisko w lesie — pada hasło.

Kto rzuca? Nie ja, ale się podepnę. Koleżanki i koledzy, ladies and gentlemen, prosto ze szpitala psychiatrycznego.

Płonie ognisko w leśnej melinie, otoczone kamieniami naszych opowieści: o duchach, które niegdyś nas opętały, o dzisiajszej kolacji, kiełbaskach i bułce pieczonej w ogniu, o tym, jak budzili nas co rano, byśmy stanęły w kolejce po zdrowie. A teraz płonie ognisko w leśnej melinie, otoczone snami na jawie, drżącymi w białym dymie i zapachu pieczonej kiełbaski, jesiennych liści, odgłosów lasu a może i trochę wyobraźni.

Co ja tu robię? A cóż to za pytanie? Kilka osób i ogień. Robi się chłodno, dorzucamy drew do ognia. Cieplej. Temperatura powietrza rośnie, rozmowa wrze, umysły żarzą się na biało, my trzydzieści sześć i sześć stopni Celsjusza. To zdrowe.

Dbamy o zdrowie psychiczne swoje własne i tych obok. Bo już Mickiewicz wiedział, że można je stracić i warte jest to Ojczyznę.

I gdy zasypiamy przy tym ognisku, mam sen. Sen o mnie i o tym, co było w mojej głowie, tylko potrzebowało chłodu.

Unoszę się coraz lżejsza, coraz piękniejsza, dookoła morze szumi, szeleszczą chmury, piasek jest zimny i biały, woda błyszcząca, gdzieś między horyzontami pieszczą brzeg. Unoszę się coraz lżejsza, bledsza, jaśniejsza. Powietrze pachnie jaśminem, niby to już wiosna, a może jeszcze zima. Niby białe łąki, białe pustynie Namib, wokół mnie śnieżne obłoki domem są ptakom.

A w tej bieli, piasku, puchu gdzieś nad Bałtykiem, gdzie w tle przezroczyste duchy w krąg tłumny stoją, tam w tej bieli, piasku, puchu gdzieś pod mewami, nieprzezroczysty medyk potwierdza mój zgon.

Było cudownie, Krzysztofie, wiesz o tym. Mam przyjaciół, prawdziwych, mam znajomych i koleżanki. Mam Ciebie.

Równasz się mój uśmiech, wiecej niż przyjaźń, dodajesz nadziei i ujmujesz samotności. Gdy poznałam kolor Twoich oczu, w ciemnej czeluści umysłu zawitało słońce w kolorze wiosny. Ty cierpiałeś i ja cierpiałam, ale razem rownaliśmy się szczęście.

Anna

Znowu pociągi, znowu praca


Siedzę w kolejce pachnącej metalem. Dawno skończyłam trzydzieści lat, nawet trzydzieści jeden, a nieogarnięcia we mnie są całe wszechwiaty. Mam w głowie szary pył, piasek, strzępki, a kolejka jedzie i koła stukocą.

— Tutu tutu tutu. Anno, jesteśmy z Tobą.

Puato i jasno, pacjenckie łóżka, i nie wiadomo, kto na nich leży. Czy to pan Krystian z koronawirusem, czy też może pani Kinga z chorym sercem, czy też Anna z głową nie taką. Czasem miast pacjentów kołdra jest pusta, ale nie dlatego, że ktoś umarł. Po prostu jestem zdrowsza i pełna sił. To ten pociąg.

Siedzę w kolejce dzięki Niebiosom, pociąg stukoce, śmierdzi kanapkami z jajkiem na twardo. A ja tak samo twardo siedzę na zielonym obiciu, na swoim miejscu, jadę przed siebie lecz nie wiem po co.

Do pracy, rodacy! Jadę tam znowu z samego rana. Dziś wstałam wcześnie, niestraszny budzik, niestraszny świt — oczy mrużę, zaropiałe czernią. Idę na zewnątrz, idę do ludzi.

Jadę do pracy, trzęsie kolejka, żółto-niebieski dom na minuty, chrzęści stal trąca o stal. Kofeina z mózgu wywleka kolory hymnów robotniczych, granych do nut zieleni na pięciolinii trakcji elektrycznej.

Ptaki na jej drutach jak pauzy niosące światu wolność.

Jadę do pracy, obok Trójmiasto gdzieś się przesuwa linią horyzontu. Dane mi będzie poznać tę granicę, bo powoli zbliżam się do styku Ziemi i Nieba.

Czuję ten pęd, jak moc w Watach i energię w Dżulach. Ciało siedzi nieruchomo, ale umysł, gdzieś tam za oknem, przemierza czyściec od stacji do stacji, by zaznać pokuty. Praca jest tą pokutą, zawód to fatum niosące karę ze szczyptą nadziei.

Zbliżam się do celu, domy mniejsze niż w Gdańsku, ale tak samo żywe. Czekam na ten dzień, czekam na pokutę. Wypełnię swoje przeznaczenie, które chłoszcze i karze, przysyła choroby na innych, a na mnie odpowiedzialność za leczenie. Straszne brzemię.

Ta siła w Newtonach, co mi przysłała dzisiaj kolejkę, przyśle też podróż w drugą stronę. Będzie w niej ulga, odpoczynek i balsam do rąk po całym dniu środków odkażających.

Krótka rymowanka, którą ułożyłam w szpitalnym łóżku: „umysł to przygoda. Nie rozumiem. Szkoda.” Coś o mnie?

Tędy jadę do przychodni, którędy prowadzi woń zieleni. Wiedzie mnie pociąg z daleka, na nikogo nie czeka. Niczym stworzenie boże rozumiem tony uderzeń morskich fal. Ta woda żegna mnie, bo powitają mnie moreny, głębia błękitu zmieni się w głębię zieleni.

Tędy jadę do przychodni, skąd dochodzi kaszëbsczi jãzëk. Pacjenci czekają i, jakby słyszeli gwizd pociągu, siadają na plastikowych krzesełkach w przychodnianym korytarzu.

Oddam się pod władzę Posejdona, która pozwala marzyć o domu, ale wcześniej spróbuję wyleczyć człowieka.

Blade osiedla przecinają tory, po których sunie pociąg — Szybka Kolej Miejska. Przez miasta wiezie mnie, innych pasażerów i wschodzące dla nas marzenia. Gdańsk, Sopot, Gdynia, Rumia, Reda, Wejherowo.

Kolejka pędzi jak Jumbo Jet po trójmiejskich torach — rozgrzany metal, morderczy prąd elektryczny. Za oknem smugi, niech żyje bal! Gdańsk, Sopot, Gdynia, Rumia, Reda, Wejherowo.

Wiatr rozbrzmiewa w uszach tysiącem ech. Kolej podniebna wśród mroźnych chmur mknie rozedrgana jak mityczny heros, Herakles czy Achilles. Tony metalu zrodzone z młota Thora. Gdańsk, Sopot, Gdynia, Rumia, Reda, Wejherowo.

Kolejny dworzec, zawsze ten sam, a jednak codziennie czekają na nim inni ludzie. Tempus fugit, pociąg jedzie. Żółto-niebieskie wagony, prawie zawsze dwa, gnają wśród moren i szarych bloków.

Gdańsk, Sopot, Gdynia, Rumia, Reda Wejherowo. U celu czeka mój Anioł Stróż. Chroni mnie i chroni moich pacjentów.

Anna

Szczęście

List to jest bez znaczącego tytułu, bo któż by mógł nadać tytuł, zdefiniować niewyobrażalne, ani mieć, ani być. Bo nie-istniejemy razem, szarobarwni, a jednak w jednej tęczy. Jedziemy tym samym pociągiem, nieco wykolejonym, ale możemy oglądać razem kolejne stacje i nigdy nie dojechać do celu.

Dzisiaj mija całkiem dobry dzień, taki odpowiedni na całkiem dobry pomysł. W dobrym dniu nie ma powodów do znoju i niepokoju. Praca dzisiaj wydaje się prostsza, jakby milsza i mniej wyczerpująca, rześka jak rześki jest sobotni wschód i chłód. Życie jest jakby bardziej wonne, kwitną kwiaty do tej pory uschnięte, uśpione dopaminergiczną słotą i niemocą. I dlatego teraz myślę o sobie ciepło ciepłem ciepłej złotej jesieni. Nie ma we mnie ni krzty pogardy dla siebie.

By było przyjemnie wystarczy mała molekuła, zagubiona gdzieś w otchłani pomiędzy neuronami. Ta jedna, dodatkowa zbyt rozbiegana, rozedrgana… niechciana w tym smutnym świecie, gdzie nie akceptuje się oczekiwania na wschód słońca.

Nasze pierwsze spotkanie, Krzysztofie? Już jestem szczęśliwa myśląc o tym.

Zaczyna się wieczór sobotni. Czekam powoli na gwiazdy anioły, przecież one zawsze przychodzą nocą. Pijana jestem szczęściem, chociaż nie alkoholem. Wolę tabletki srogie niż kreski. Zaraz pójdę tańczyć w zaciszu pokoju, z pluszowym kotem podziwiającym mnie na parkiecie dywanu. A potem razem obejrzymy film na Netflix.

Noc za oknem puszcza do mnie oczko. Nawoływanie, pukanie zza ściany. W uszach muzyka, w stopach kroki. Wiem, jak brzmi strach. Tej nocy nie ma go we mnie. Na stole woda, nie wóda, a w głowie róż, czerwień i błękit, nie biel. Jedynie białe gwiazdy śpiewają mi kołysankę na dzień dobry.

Łapię życie za słowa, a ono znów używa tylko białych słów. Białych jak dzwonki, jak lilie, jak śniegi, białych jak głowa pośród myśli o życiu. Myśli są białe, a wzrok różowy. Nie potrzeba mi różowych okularów, bo widzę to, co daje mi kolory: biele, róże, błękity, zieleń nadziei.

Oczy zielone jak łąki, jak lasy, zielone jak nadzieja. Oczy zielone, wpatrzone, rozmarzone.

I najważniejszy nasz dzień.

Świeciła gwiazda, wcale nie pierwsza, fajerwerki zieleniły się w Twoich oczach, trzymałeś dłoń na mojej talii i wyglądaliśmy przez okno. Koronawirus opadł na zaśnieżony chodnik, nie dotarł na czwarte piętro, bliżej nieba pełnego fajerwerek i serc pełnych ognia. Owiewał nas mróz i biel księżyca, zimne światło wcale nie pierwszej gwiazdy, a Ty wziąłeś mnie w ramiona i wybiła godzina dwunasta.

Krzysztof

Dzień piąty


Co teraz robisz, Anno? Ja w domu myślę o Tobie. Mam wolne od pracy, wziąłem urlop, ponieważ chciałem tak po prostu pobyć sam. I jestem sam. Ty pewnie teraz leczysz ludzi, jesteś zajęta ważnymi sprawami, czymś pożytecznym. Ja też bywam potrzebny, ale dzisiaj postanowiłem odpocząć.

Leżę na łóżku i zastanawiam się, co takiego jest w nas, że spotkaliśmy się na tej kawie u Kordiana. Ty przyszłaś w letniej sukience, szpilkach i z książką w torebce. Ja w bluzie z kapturem, w końcu nie lubię krótkiego rękawa. Pokochałem Cię od razu.

Potem dowiedziałem się, że książka była Twojego autorstwa. I tak rozpoczął się nasz small talk, a raczej big talk. Great talk. Ty i ja na tarasie pełnym petów i gryzącego Cię dymu. Nie palisz.

Napisałem do Ciebie, Ty odpowiedziałaś, dałem Ci swoje zdjęcie, Ty odesłałaś swoje. Byłaś piękna mimo worków pod oczami i smutku na ustach. Ten smutek dostrzegłaś i na mojej twarzy.

Dzisiaj znowu jestem smutny, nie wiem dlaczego. Trwa lockdown, nie ma dokąd pójść, nawet księgarnie pozamykali, więc zapach książek nie wiruje mi w nosie. A była to przyjemność nie do podrobienia.

Przeczytałem Twoją powieść, Anno. Kończy się ona dobrze, co mi się spodobało. Jest w Tobie nadzieja. We mnie też jest.

Jutro będę już na chodzie, pójdę do pracy, przeczytam raporty i zrobię co trzeba. ASAP. Będę szarym korpoludkiem, uśmiechnę się do Ciebie, a Ty do mnie. Przecież będzie piątek — weekendu początek. Piętnasta, czas do miasta, a potem friday night przy bezalkoholowym piwie.

Kupiłem już to piwo, takie jak lubisz, do tego mrożone krewetki i sos czosnkowy. Widzisz? Pamiętałem! Ty przyniesie kupione po drodze z przychodni frytki z fast fooda, zagryziemy nimi owoce morza. Kocham Cię.

Ale teraz siedzę, trwa piąty dzień mojego urlopu, chociaż nie do końca, przecież pracowałem zdalnie, takie nieoficjalne home office. I chociaż mi za to zapłacą, wolałbym pełen urlop. Cóż, nie zawsze jestem asertywny. Dziś nie pracuję w korpo, pracuje tylko moje serce i obszar mózgu odpowiedzialny za tęsknotę.

Pamiętasz tamten dzień, w którym trafiłem na Szpitalny Oddział Ratunkowy? Jak lekarz spojrzał na mnie i już wiedział? Tamte rany, dzisiaj jedynie blizny, swędzą do dzisiaj. Czasem bolą, ale to dobry ból, bo zagłusza umysłową dolegliwości, którą nazywam „dziurą”. Czarna dziura to Ty, a to jest dziura szara jak zalewający mnie beton.

Pamiętasz, jak napisałem do Ciebie list ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, a potem z Oddziału Zamkniętego? Życie było trudne, ale może wtedy właśnie wszystko toczyło się w prostszy sposób. SOR, oddział, bezpieczeństwo i opieka. Byłem pacjentem, a nie poważnym korposzczurem. Chodziłem na obiady, po leki, na zajęcia aktywizujące i zebrania społeczności. Takie proste wtedy było trudne życie, ponieważ powierzyłem je innym…

Pamiętasz, jak wyszedłem na wolność i poszedłem kupić Ci kwiaty? To było pierwsze, co uczyniłem. Byłem już odpowiedzialny za ważne decyzje i uczciłem to z Tobą. Kwiaty, wspólny obiad, spacer osiedlowymi alejkami, bezalkoholowe piwo, pizza na kolację, seks, sen i od nowa ranek, ale teraz już w życiu na serio. Istnienie.

Pamiętasz, jak wróciłem do pracy, jak wracałem zmęczony, ale w gruncie rzeczy usatysfakcjonowany? Działo się coś, ja okazywałem się efektywny i potrzebny. Stał się cud — przestałem swój świat kolorować na szaro, a zacząłem na srebrno.

Pamiętasz, jak ostatnio pisałem Ci o odwiedzinach kolegów z pracy u nas w domu? Przyszli i podziwiali porządek, o który tak się martwiliśmy. Sprzątaliśmy wtedy kilka dni, by olśnić mojego project managera czy zrobić wrażenie na typach z IT. Udało się. Kocham Cię.

Ja pamiętam nasze piękne chwile, a Ty też pamiętasz, taką mam nadzieję. „Wiara, nadzieja i miłość, z czego najważniejsza jest miłość.”

Zastanawiam się, co możemy jeszcze zrobić, by w następnych żywotach w dalszym ciągu być razem. Jak dwie połówki planety, półkule ze swoimi biegunami. Jak dwa wektory o tym samym zwrocie, jak haploidalna komórka, ale taka dojrzała, która nigdy się nie podzieli. Kocham Cię.

Mam takie przeczucie, iż Ty doskonale wiesz, o czym myślę — i rozumiesz. Dzięki temu moje ciało wypełnia ulga, rozlewająca się w klatce piersiowej, a w brzuchu rozsupłuje się oślizgły węzeł jelit. No i mózg… Te fale dopaminy, serotoniny i noradrenaliny, ta zamieć oksytocyny w podwzgórzu! Hormon bliskości i przywiązania, tak mówiły Twoje księgi ze studiów, które potajemnie przeglądałem w poszukiwaniu przepisów na szczęście.

Przepisem jest miłość, taka z obopólnym zrozumieniem, ta wzajemność jest korzeniem dobrego związku. Niestety i na szczęście rozumiemy się doskonale.

Niedługo skończysz pracę i wsiądziesz do pociągu, który powiedzie Cię aż tutaj, ku moim ramionom. Ja już rozmrażam krewetki, zjemy je jednak dzisiaj, a co tam. Kocham Cię codziennie.

Zaraz będziesz w domu, ja już tutaj czekam, czekam z uśmiechem.

— Cześć, kochanie!

Anna

Upuściłaś długopis, ona go podniosła. Dookoła panował gwar.

— Cześć

— No hej.

Konferencja endokrynologiczna odbywała się online, ale na pisanie zaliczenia umówiłyście się na bulwarze.

— Ty jesteś lekarzem rodzinnym, nie?

— Tak, skąd wiesz?

— Podsłuchałam jak gadałaś z Kacprem.

— Okej.

— Jestem Krystyna.

— Anna.

— Rzadkie imię.

Po zaliczeniu egzaminu i małego small talku poszłyście razem na kawę, taką lekko chłodną, w tekturowym kubku z przeciekającym wieczkiem. Spacerowałyście ulicami starego miasta i opowiadałyście o bezemocjonalnych ciekawostkach.

— Nie boję się Ciebie — rzuciłaś nagle.

— A dlaczego miałabyś się mnie bać? Odczuwasz lęk, gdy rozmawiasz z kimś obcym?

— Tak, oczywiście. Dlatego rzadko rozmawiam. Mam zbyt wiele przeżyć, o których nie powinien się dowiedzieć zarząd mojej przychodni.

— Rozumiem. To psychiatryczne tajemnice?

— Cóż, tak, ale nie rozpowiadaj w dyżurce.

— Widzę to w tobie, w twoich smutnych oczach, niepewnych ruchach, słyszę w przyciszonym głosie. Bardzo coś przezywasz i nie powiesz mi teraz, co w tobie siedzi. Za krótko się znamy.

Przez chwilę sunęłyście szarym chodnikiem w milczeniu, rozmawiając jednak językiem ciała. Czułaś się zakłopotana.

— Dziwnie mi.

— Bo odkryłam, że masz psychiatryczną tajemnicę?

— Miałam tu być tylko lekarzem, nie pacjentem. Chciałam czuć się zdrowa, fajna, uczynna, miła i tak dalej. A do tego zawsze profesjonalna.

— Elegancka pani doktor.

— Jak ty. Chociaż oczywiście ja nie znam się tak dobrze na ludziach. Jeszcze nie. Pewnie też masz swoje tajemnice.

— Mam, ale nie psychiatryczne.

— Okej.

Gdy dotarłyście do dworca, było już późne popołudnie. Pomarańczowa łuna wczesnoletniego słońca rozświetlała różnobarwne kamienice. Robiło się coraz piękniej, jednak ty zajęta byłaś czymś innym. Kąciki ust skierowane miałaś w dół, a to zawsze oznaczało lęk.

— Co o mnie wiesz?

— Ja? Co? Nic nie wiem poza tym, co mi powiedziałaś. Nie znałam cię wcześniej.

— Aha, to dobrze, bałam się. Super, że ten kurs pojawił się na horyzoncie, bo chyba jestem zmęczona pracą.

— Za dużo pracy czy za dużo ludzi?

— To i to. Kocham robotę, lubię pacjentów, a mieszanka jest wybuchowa w ten pozytywny, szaleńczy sposób. Ale nie da się tak długo, trudno zaprzeczyć, że taki ciągły płomień powoli się wypala. Za mało drew, bo nie ma komu dorzucać.

— A samej nie da rady jednocześnie płonąć i dokładać. Nie ka kto podsycać ognia?

— Dokładnie. A podsycać może tylko mój chłopak, ale on sam potrzebuje czasem trochę rozpałki.

W kieszeni ściskałaś bilet na pociąg do Gdańska, wprawdzie nie Pendolino, ale nie ma co wybrzydzać. Czekałaś na peronie, a Krystyna stała obok i bujała się na piętach.

— Wiesz, że czasem chciałabym wejść na te tory?

Spojrzała na ciebie z niepokojem.

— Spoko, nie zrobię tego tutaj. Dzisiaj chfe mi się żyć. Ale jak pomyślę o tej pustce, która zżera mi wnętrzności, tym betonie szarym, gęstym woalu ludzkich spojrzeń i polifonicznym szumie na ulicach… Samotność w tłumie. Wiesz o tym, znasz to, na pewno.

— Mówiłaś komuś o tym?

— Tak, mojemu psychiatrze. On chyba nie bierze tego na serio.

— Ale że jak? Zlewa cię twój własny psychiatra? Coś z nim nie halo.

— No dokładnie. Szkoda gadać, długa historia. W każdym razie mam piasek w głowie, taki mokry jak po deszczu. Myśli mi się plączą, biegną każda w swoją stronę szarpią się i zrywają wątek. Nic Ariadny pęka i Anna zostaje pożarta przez wewnętrznego Minotaura.

— Cierpisz tak od dawna?

— Od lat. Ale kiedyś było lepiej, kiedyś to wszystko ogarniałam swoim rozumem. Dzisiaj rozum nie wystarcza, mózg zanika, oczy więdną, uszy kamienieją. Było lepiej, jest gorzej.

Pociąg zbliżał się do peronu, a gdy się zatrzymał, rozdzieliła was fala ludzi. Wsiadłaś sama.

— Miłej podróży! — krzyknęła Krystyna, gdy byłaś już w harmonijce między wagonami.

— Nawzajem!

Ostatecznie zniknęła ci z oczu. Poczułaś lęk. Gdzie jest twoje miejsce? Twój numerek? Masz bilet, dokumenty? Wagon dwunasty, miejsce osiemdziesiąte trzecie. Znalazłaś.

Nie wymieniłyście się nickami na Facebooku, nie chciałyście udawać, że będziecie pielęgnować przeszłe kontakty. A jednak było ci żal że ktoś, przed kim się otworzyłaś, zniknął z twojego życia bezpowrotnie.

„Śmierć” pomyślałaś „czasem koszmar, a czasem wybawienie. Czasem umiera się z własnej woli, z reguły jednak walcząc o oddech. Ale zawsze czuje się lęk przed nieznanym. Boję się śmierci? Nie, samej śmierci nie. Ale tego strachu przed zgonem, bólu i samotności jak najbardziej. A jeszcze mocniej boję się piekła. Tak, tak bardzo boję się piekła, że do tej pory ani razu nie targnęłam się na własne życie.”

— Kawa, herbata, przekąski!

— Dziękuję — powiedział siedzący na siedzeniu obok mężczyzna.

— Dziękuję — dodałaś od siebie.

Kobieta odjechała, unosząc za sobą smak czekoladowych batoników i kawy rozpuszczalnej. Westchnęłaś. Może jednak miałaś ochotę na te napoje? Drogie, małe, ale w podróży najsmaczniejsze na świecie.

— Przepraszam.

Odsunęłaś się, by przepuścić współpasażera. Pewnie szedł do toalety, ewentualnie usiłował dogonić kawę, herbatę, przekąski.

„Śmierć” pomyślałaś „ona przynosi i ból, i ukojenie, albo piekło, albo niebo, albo zupełnie nic. Czy może być tak, że zniknę? Że nie ma potem niczego? A może czeka mnie powtórka z tego, co przeżywam teraz, nowe wcielenie? Samotna czarna dziura, stłamszony elektron, ściśnięty w tkance erytrocyt czy nietrwały foton? A może szumiący dąb, królewski lew, majestatyczna góra? I tak będzie mi źle, bo nie spotkam Krzysztofa.”

Z rozmyślań wyrwała cię wibracja telefonu. Wiadomość na Whatsappie od ukochanego jak zawsze podrywała cię do lotu.

„Kochanie, jak tam podróż? Mam nadzieję, że kurs był ciekawszy niż tamten w Lublinie i że wyniosłaś z niego wiedzę cenniejszą niż liczba slajdów i tempo przesuwania się wskazówek zegara. Kocham Cię, Anno!”

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 33.75