E-book
17.33
drukowana A5
62.3
Gdzie jest trup?

Bezpłatny fragment - Gdzie jest trup?


Objętość:
340 str.
ISBN:
978-83-8467-645-5
E-book
za 17.33
drukowana A5
za 62.3

„ — No dobrze, wobec tego teraz myślmy rozsądnie… — Potrafimy? — spytała Alicja z powątpiewaniem. — Będziemy się starać. Zastanówmy się od początku. Dlaczego Tadeusz wyszedł przed śmiercią z pokoju i poszedł do sali konferencyjnej? — Bo po śmierci już by mu się to nie udało… — Ja do ciebie mówię poważnie! — Widocznie chciał zginąć w spokoju, a nie w tym hałasie, który oni tam robią.”

Joanna Chmielewska, Wszyscy jesteśmy podejrzani

Rozdział 1

Na dworze panował straszny ziąb. Baśka Złotko nie znosiła takiej pogody, bo zwiastowała ona jedynie katar i zapalenie płuc. Dlatego przezornie założyła czapkę i rękawiczki, a na nogi śniegowce, choć śniegu spadło jak na lekarstwo. Marne kilka centymetrów było niczym w porównaniu z zimami stulecia, które pamiętała z dzieciństwa. Wtedy śnieg leżał po pas, a mróz był tak siarczysty, że zamarzały auta i autobusy.

To były zimy, pomyślała z westchnieniem, wchodząc do biura detektywistycznego „Złotko i Spółka” i otrzepując buty.

Spojrzała na kalendarz i z lekkim zaskoczeniem uświadomiła sobie, że był już początek grudnia.

Jak ten czas leci, pomyślała, kręcąc głową.

Od czasu rozwiązania sprawy śmierci dyrektorki biblioteki, Haliny Radwan, liczba zleceń znacznie wzrosła. Zmuszone były zintensyfikować działania, a nawet wprowadzić grafiki, które pozwalały im uporać się ze wszystkimi sprawami.

W bibliotece Baśka pojawiała się dwa razy w tygodniu na dyżur, ale nie pracowała już na pełnym etacie, bo nie starczyłoby jej na to doby.

Stery przejęła Janina Różdżka, która świetnie radziła sobie w tej roli.

Natomiast Sylwia Radwan, bratanica zmarłej dyrektorki, została przyjęta jako pełnoetatowa bibliotekarka i ku zdziwieniu Baśki rozpoczęła studia z bibliotekoznawstwa. Nadal, co prawda, miała słabość do różu, ale poza tym sprawowała się bardzo dobrze.

Cyprian Uczciwek pojawiał się od czasu do czasu, żeby przeprowadzić jakieś szkolenie, ale odkąd sprawa śmierci dyrektorki została rozwiązana, utrzymywał dystans, nie podrywał już Baśki, a z Sylwią zamieniał tylko kilka słów, głównie dotyczących pracy. Wyglądało na to, że wreszcie poszedł po rozum do głowy.

W biurze miały się spotkać, żeby omówić bieżące sprawy, ale Baśka Złotko po cichu marzyła o jakiejś zawiłej zagadce kryminalnej.

Ile można śledzić niewiernych mężów i żony albo szukać zaginionych psów czy kotów?

I tutaj sprawdziło się powiedzenie: „Uważaj, czego sobie życzysz…”.

— Basia! Dobrze, że jesteś, bo mamy sprawę do rozwiązania! — zawołała od progu Sławka Gwóźdź, wbiegając z impetem do gabinetu i omal nie strącając z biurka filiżanki po kawie.

Ubrana była w biały sweter, czarną skórzaną spódnicę z dużym, lśniącym paskiem, burgundowy płaszcz, kapelusz z szerokim rondem oraz kozaki. Na szyi miała zawiązany szal ze wzorem przypominającym skórę węża. Przy tym wszystkim wymachiwała torebką wielkości małej walizki.

— Co się stało? — zapytała zaniepokojona bibliotekarka, wpatrując się w krewną jak sroka w gnat.

— Dzwonił Henryk. Ktoś ukradł mu zwłoki z prosektorium — wyjaśniła rozemocjonowana Sława, wachlując się szalem. — Trzeba tam natychmiast jechać. Jak cyk bum bum!

— Dobrze, tylko musimy zaczekać na panią Genię, żeby nas zawiozła — zgodziła się ostrożnie Baśka. Dzwoniłaś do niej? — zapytała, starając się opanować radość związaną z nową sprawą.

I to jaką!

Miały szukać zaginionych zwłok!

Sławka przytaknęła i zaczęła nerwowo krążyć po gabinecie.

Bibliotekarka obserwowała ją w lekkim osłupieniu, starając się zachować spokój, ale nie było to łatwe, bo ciekawość wzięła górę.

— Czy wiesz coś więcej, babciu? — zainteresowała się, wstając zza biurka i odkładając na regał segregator z dokumentami.

Sława pokręciła przecząco głową, zatrzymując się gwałtownie na środku pokoju, a jej kapelusz niebezpiecznie się przechylił.

— Nie, ale Henryk był bardzo zdenerwowany — wyjaśniła rozemocjonowana, nie mniej niż wnuczka. — O mam! — zawołała, wyciągając z torebki grzebień do włosów, a widząc zdziwiony wzrok Baśki, szybko wyjaśniła:

— No co? Muszę przyczesać włosy. Henryczek nie może mnie zobaczyć rozczochranej jak jakaś pierwsza ostatnia. Muszę się prezentować jak spod młotka.

— Chyba jak spod igły… — mruknęła bibliotekarka, śmiejąc się pod nosem.

Sławka machnęła lekceważąco ręką.

— Oj tam, igła, młotek. Kto by to pamiętał? We mnie jak w studnię. Plum, plum, plum, jak mawia moja idolka, Violetta Kubasińska.

— Jesteś niemożliwa — roześmiała się Baśka, zakrywając usta dłonią.

— Jestem niepoliczalna — poprawiła ją Sława, trzepocząc rzęsami jak panna na wydaniu.

Baśka Złotko parsknęła śmiechem. Miny babci były komiczne. Oby pani Genia zaraz przyszła, bo nie wytrzymam i pęknę ze śmiechu, pomyślała, z nadzieją wpatrując się w drzwi.

Jej modły zostały wysłuchane, bo usłyszała energiczne kroki — najpierw na schodach, a później na korytarzu.

Po chwili do gabinetu wpadła Genowefa Chrząszcz, w jednej ręce trzymając torebkę, a w drugiej telefon, niemal taranując stojącą w przejściu Sławkę.

Ta prychnęła i natychmiast zganiła koleżankę:

— Mogłabyś uważać! O mało co byś mnie nie stratowała. Biegasz jak jakiś struś!

Genia pomachała jej telefonem przed nosem.

— Mówiłaś, że to pilne! — zawołała, patrząc na nią z wyraźną kpiną. — Czyli mam rozumieć, że nie ma się do czego spieszyć, tak?

Sława Gwóźdź westchnęła ciężko, trzymając się za głowę, jakby w obawie, że zaraz jej odpadnie i potoczy się po podłodze jak piłka wypełniona piaskiem.

— Ty mnie kiedyś do grobu wciągniesz! — rzuciła z przekąsem.

— A ty zachowujesz się jak histeryczka. Mówię ci, zjedz batona, bo jak zwykle gwiazdorzysz — odgryzła się Genia.

Baśka, przysłuchująca się wymianie zdań między seniorkami, czknęła i zasłoniła usta dłonią.

— Nic tylko się podciąć! — rzuciła z przejęciem Sława, kręcąc głową dla lepszego efektu.

Genowefa spojrzała na nią, jakby zobaczyła krowę robiącą salto.

— Uspokój się i powiedz, co się stało — rzekła stanowczo, starając się opanować emocje, co z trudem jej się udało, bo Sławka potrafiła wyprowadzić ją z równowagi jak mało kto.

— Ktoś ukradł Henrykowi zwłoki. Mamy nóż na karku, bo powiedziałam, że pomożemy mu je znaleźć i żeby się nie martwił, bo jesteśmy najlepszym biurem detektywistycznym w mieście. Więc nawet jeśli trup ukrywa się w lisiej dziurze, my go znajdziemy — zawołała głosem pełnym emocji, buchających z niej jak lawa z wulkanu.

— Ty już chyba do reszty zwariowałaś! — Genowefa Chrząszcz złapała się za głowę i zaczęła krążyć po pokoju. Nagle zatrzymała się i, wskazując palcem na Sławkę, oznajmiła:

— Dobrze. Zajmiemy się tą sprawą, ale jeśli znów wywiniesz jakiś numer, odchodzę — zagroziła, patrząc na nią jak jastrząb na swoją ofiarę.

Sławka energicznie pokiwała głową.

— Jasne jak jaskra. Jeszcze zobaczysz, gdzie raki nocują, a wtedy spadną ci japonki z oczu. Wspomnisz moje słowa — stwierdziła z satysfakcją i dla lepszego efektu przewróciła oczami.

Genia nic nie odpowiedziała, bo od tego nagromadzenia absurdalnych porównań koleżanki najzwyczajniej w świecie zabrakło jej słów.

— Jedźmy, szkoda czasu — ponagliła je Baśka, która chwilę wcześniej napisała SMS-a do Zośki, że jadą do prosektorium szukać zwłok i że jeśli chce, może do nich dołączyć.

— Masz rację. Henryk nie będzie czekał. Grzebiecie się jak muchy w kompocie — zauważyła zgryźliwie Sława, gdy spojrzała na zegarek i uświadomiła sobie, że patolog czeka na nie od godziny, z nerwów rwąc sobie z głowy ostatnie resztki włosów. A ona nie przepadała za łysymi…

Trzeba było biec, ile sił w nogach. Tu ważyły się losy jej związku!

Moje być albo nie być, pomyślała, wybiegając jak huragan z biura, a za nią Genia i Baśka, próbujące dotrzymać jej tempa i nie połamać sobie nóg na schodach.

Rozdział 2

Pół godziny później były już na miejscu. Chłód prosektorium uderzył je natychmiast, jakby ktoś otworzył drzwi do lodówki przemysłowej. W powietrzu unosił się zapach środków dezynfekujących. Ściany, wyłożone białymi kafelkami, odbijały ostre światło jarzeniówek.

Baśka odruchowo szczelniej owinęła się płaszczem, notując w myślach każdy szczegół.

Henryk Potok na ich widok przestał rwać sobie włosy z głowy i podbiegł do Sławy, chwytając ją za dłonie. Błagalnym, pełnym rozpaczy tonem zawołał:

— Ratuj! W tobie moja ostatnia nadzieja!

— Henryku, uspokój się i powiedz dokładnie, co się stało. Basia będzie robiła notatki — zarządziła. I obrzucając uważnym spojrzeniem rozpaloną twarz mężczyzny i jego potargane, siwe włosy, dodała: — Wszystko może okazać się ważne.

— Wczoraj, tuż przed końcem zmiany, w momencie, gdy już miałem wychodzić, przywieziono zwłoki. Kazałem sanitariuszom zostawić je w chłodni, a kartę zgonu na biurku, więc nawet nie wiedziałem, czyje są. Dopiero gdy dziś rano sprawdziłem kartę zgonu, okazało się, że należały do mojego kolegi ze studiów, Witka Wąsa, który zmarł na zawał. Otworzyłem chłodnię, żeby wyjąć zwłoki, ale okazało się, że… zniknęły. Natychmiast wypytałem personel, czy nie zauważyli niczego podejrzanego, ale niestety nikt nic nie widział ani nie słyszał, a trupa nie ma… — Patolog rozłożył bezradnie ręce. — Co ja teraz zrobię? — rzekł zbolałym tonem, opadając na stojące pod ścianą metalowe krzesło.

Sławka, Genia i Baśka patrzyły na niego w osłupieniu, próbując przyswoić usłyszane właśnie fakty.

— Mówiłeś, że kim był denat? — wtrąciła Sława, która jako pierwsza otrząsnęła się z szoku. Jej kapelusz przesunął się na lewe oko, utrudniając widoczność, ale nie zwróciła na to uwagi.

— To Witold Wąs. Studiowaliśmy razem na tym samym uniwersytecie. Był znanym i cenionym chirurgiem plastycznym — wyjaśnił patolog, spoglądając na nią z odrobiną nadziei i uwielbienia jednocześnie. — Jednym z najlepszych w kraju. Jego śmierć to niepowetowana strata.

— Rozumiem, że to był dla ciebie szok, ale dla nas ważne są fakty, które pomogą nam ustalić, co się stało. Czy denat miał jakąś rodzinę? — drążyła Sława, niemal nie spuszczając z niego wzroku.

— Owszem — potwierdził patolog. — Żonę i dwójkę dzieci, teraz już dorosłych. A co? Czemu cię to interesuje?

— Trzeba będzie ich odwiedzić i wypytać, czy coś wiedzą — odparła rzeczowo. — Musimy znaleźć te zwłoki, ale najpierw trzeba poznać jego otoczenie. Może to któreś z nich maczało w tym palce… — oznajmiła, widząc, jak na twarzy Henryka pojawia się zaskoczenie.

— Babciu, co ty mówisz? — wtrąciła lekko zaskoczona Baśka, chwytając krewną za łokieć. — Dlaczego tak sądzisz?

— Nie wiesz, że najciemniej pod lampą? — zdziwiła się Sława, posyłając jej szeroki uśmiech.

— Chyba pod latarnią — wtrącił patolog, wytrzeszczając na nią oczy. — Dobrze się czujesz, kochanie? — zapytał łagodnym tonem.

Sławka natychmiast przywołała go do porządku, pokazując, kto tutaj rozdaje karty.

— Nie przerywaj mi, jak głośno myślę! — zgasiła go natychmiast.

Mężczyzna spurpurowiał, ale nic więcej nie powiedział.

— Ty sprawdzisz monitoring — wskazała dłonią Baśkę, której nie udało się ukryć zaskoczenia. — A my z Genią odszukamy żonę denata i porozmawiamy z nią. Może coś z niej wyciągniemy. No, co? Czemu tak się na mnie patrzysz? Trzeba trzymać oko na pulsie — zwróciła się do Genowefy.

— Mówię wam, ona mnie kiedyś wpędzi do grobu. Wspomnicie moje słowa — oznajmiła seniorka Chrząszcz złowieszczym głosem.

Baśka zaczęła się histerycznie śmiać, jednak zaraz oprzytomniała, gdy przypomniała sobie, gdzie się znajdują.

— Idziemy! — oznajmiła Sława bojowym tonem, wskazując drzwi.

Za nią z prosektorium wybiegły Baśka i Genia, niemal zderzając się w progu ze spóźnioną Zośką, która na ich widok stanęła jak wryta.

— Chodź, opowiem ci wszystko po drodze — rzuciła bibliotekarka, chwytając ją za nadgarstek i pociągając osłupiałą przyjaciółkę do wyjścia.

Kiedy Henryk został sam, odetchnął z ulgą. Wyglądał przy tym, jak ktoś, kto właśnie uniknął zderzenia z tornadem.

Nie wiedział jednak, że była to zaledwie cisza przed burzą.

Rozdział 3

— Gdzie tak pędzicie? — zapytała Zośka, z trudem łapiąc oddech i próbując dogonić pozostałe detektywki, które zachowywały się, jakby najadły się za dużo cukru.

Zwolniły dopiero przy volkswagenie garbusie, ciężko dysząc.

— To sprawa niecierpiąca zwłoki. Ktoś ukradł trupa, a my musimy go znaleźć — zawołała Sławka, sapiąc jak parowóz.

— Kogo? Trupa czy złodzieja? — zaciekawiła się Zośka, oddychając jak ryba wyrzucona na brzeg.

— I jednego, i drugiego — odparła Sława, zachowując zimną krew i wachlując się kapeluszem.

— A skąd wiesz, że złodziej był jeden? Nie jest łatwo wynieść trupa w pojedynkę — wtrąciła Genia kpiącym tonem.

— A ty skąd możesz o tym wiedzieć? — odparła kąśliwie Sława, posyłając jej wściekłe spojrzenie.

— Myślę analitycznie. Na logikę chłop mógł ważyć z osiemdziesiąt kilo. To nie jest takie proste wziąć go i ukraść — rzekła spokojnie Genowefa, uśmiechając się ironicznie.

— Jeśli miał wózek albo taczki, mógł wywieźć zwłoki, a potem włożyć je do bagażnika — wtrąciła milcząca dotąd Baśka.

— To nie jest głupie — pochwaliła ją Zośka. — Ty to jednak masz głowę nie od parady — zaśmiała się.

Bibliotekarka uśmiechnęła się z zadowoleniem, mile połechtana komplementem przyjaciółki.

— To co, robimy tak, jak było ustalone? Wy skoczycie do biura znaleźć namiary na żonę naszego zaginionego denata, a my z Zośką zostaniemy tutaj i spróbujemy się czegoś dowiedzieć.

— Tak, to doskonały pomysł. Nie ma na co czekać, trup się sam nie znajdzie — zażartowała Sława, która aż przebierała nogami, by zająć się sprawą. Szukanie zaginionych zwłok było dla niej ekscytującym zajęciem.

Genia i Sławka wsiadły do volkswagena garbusa i z piskiem opon odjechały spod prosektorium, zostawiając Baśkę i Zośkę, które stały osłupiałe na chodniku, wpatrując się w oddalający się czarny punkcik, jakim było auto Genowefy.

— Matko Boska! — zawołała wstrząśnięta Baśka, odzyskując głos i załamując ręce. — Przecież ona jeździ jak wariatka. Aż mi szkoda babci — dodała współczująco.

— Nie da się ukryć, że gdy pani Genia siada za kierownicą, budzi się w niej wojowniczka szos — zauważyła zgryźliwie Zośka, kręcąc głową i w wyobraźni widząc, jak samochód seniorek z impetem wbija się w latarnię.

Żeby pozbyć się sprzed oczu tych koszmarnych wizji, zamrugała kilka razy, a potem chwyciła Baśkę za łokieć i pociągnęła ją w kierunku prosektorium.

Rozdział 4

— Zatrzymaj się, chcę wysiąść! — oznajmiła stanowczo Sławka, która aż pozieleniała na twarzy i z obłędem w oczach trzymała się kurczowo fotela pasażera. — Nie wytrzymam dłużej w tej puszce!

— Przestań histeryzować, zaraz będziemy w biurze — odparła spokojnie Genia, nic sobie nie robiąc z lamentów koleżanki.

— Zaraz to będziemy w prosektorium, jeśli nie zwolnisz — zauważyła zgryźliwie Sława, zamykając oczy i starając się nie patrzeć przez szybę.

Genowefa skwitowała to pobłażliwym uśmiechem.

— Trzymam rękę na pulsie — zapewniła, prezentując iście anielską cierpliwość. Była przyzwyczajona do histerii swoich pasażerów, jeździła bowiem tak nie od dziś. Zawsze miała w sobie żyłkę kierowcy rajdowego.

— Ty ją lepiej trzymaj na kierownicy. Przecież my zaraz uderzymy w tył tego auta przed nami! — zamarłej ze zgrozy Sławie aż zabrakło tchu. Zbladła i zaczęła żarliwie modlić się do świętej Rity, widząc, jak Genia wyprzedza stojący przed nimi samochód i przejeżdża przez skrzyżowanie tuż przed tym, jak zapaliło się czerwone światło, odprowadzana głośnym rykiem klaksonów.

— Patrz, jak mi kibicują! — zawołała roześmiana, a Sławka, której czerwona mgła zasłoniła oczy, zastanawiała się, jak pozbawić ją życia.

W wyobraźni widziała już, jak ogłusza ją torebką, a potem zakopuje jej zwłoki w lesie za miastem. Całe szczęście po chwili ich auto zatrzymało się na chodniku przed biurem detektywistycznym, bo w przeciwnym razie Sława przeszłaby od zamiarów do czynów.

Wzięła kilka głębokich oddechów, żeby się uspokoić, a potem, nie oglądając się za siebie, wypadła z volkswagena i świńskim truchtem popędziła do biura, zostawiając w nim osłupiałą Genię. W szafce miała nalewkę, która powinna pomóc na skołatane nerwy.

— A tej, co się stało? — mruknęła pod nosem wojowniczka szos, wyjmując kluczyki ze stacyjki i wysiadając z auta. — Czasem trudno za nią nadążyć — westchnęła, wzruszając ramionami.

Kiedy Genowefa weszła do biura, zastała Sławę półleżącą na krześle i wachlującą się kapeluszem, a obok niej, na biurku, stała butelka z nalewką.

— Co ci się stało? — zapytała lekko zaskoczona. — Wyleciałaś z mojego auta jak z procy.

Sławka spojrzała na nią mętnym wzrokiem i czknęła.

— Jazda z tobą mi się stała. Ot co! — zauważyła zgryźliwie. — To cud, że żyję. Moje nerwy są całe w strąkach.

— Chyba w strzępach, jak już… — poprawiła ją Genia, przewracając oczami. — Nie ma się co mazać, lepiej sprawdźmy, gdzie znajdziemy żonę naszego zaginionego truposza.

Chwilę później obie zajęły się pracą.

Po upływie dwudziestu minut i wykonaniu jednego telefonu udało im się ustalić adres.

Okazało się, że państwo Wąs mieszkali w luksusowej dzielnicy willowej na obrzeżach miasta.

— Muszę zażyć waleriany. Inaczej nie wsiadam do twojego auta. Jeszcze mi życie miłe — oznajmiła Sława i zaczęła otwierać kolejno szuflady biurka, szukając kropli na uspokojenie, które ostatnio tam zostawiła.

Na szczęście były.

Znalazła je w ostatniej szufladzie, schowane pod jakimiś papierami. Wyjęła butelkę, odkręciła ją i napiła się z gwinta.

Geni, obserwującej w milczeniu poczynania koleżanki, oczy o mało co nie wyszły z orbit.

— Jak nic zwariowała do reszty — mruknęła pod nosem, obiecując sobie, że wieczorem zmówi modlitwę za Sławkę. Bała się wariatów jak diabeł święconej wody. — Powinnam mieć dodatek za pracę w trudnych warunkach.

— Jestem gotowa — oznajmiła Sława, wycierając usta dłonią i chowając butelkę z kroplami walerianowymi do szuflady.

W pomieszczeniu rozniosła się osobliwa woń, przez co Genowefa aż musiała zatkać nos.

— Możesz uchylić okno? — syknęła, starając się oddychać jak najmniej, by nie czuć tego zapaszku, od którego aż ją zemdliło.

— Nie mogę, bo zaraz zrobi się tutaj lodowato jak w kostnicy — zawołała Sławka, wymachując torebką. — Skoro mamy jechać, to ruszajmy z kopytem!

— Z kopyta… — westchnęła Genia, po czym machnęła ręką i skierowała się do wyjścia, chcąc jak najszybciej opuścić gabinet, w którym coraz mocniej śmierdziało kozłkiem lekarskim.

Świńskim truchtem opuściły biuro detektywistyczne i już po chwili znalazły się na zewnątrz, a po kolejnej minucie volkswagen garbus z piskiem opon ruszył, włączając się do ruchu przy wtórze kilku klaksonów.

Rozdział 5

— Takiej sprawy jeszcze nie miałyśmy. Szukać zaginionego trupa. Nieźle, nieźle — zauważyła Zośka z ironią, idąc korytarzem za Baśką i rozglądając się za właściwymi drzwiami.

Wreszcie zatrzymały się, gdy zauważyły tabliczkę z napisem „Biuro”. To tutaj miał znajdować się monitoring, zgodnie z tym, co przekazał im Henryk, patolog.

Bibliotekarka zapukała, nacisnęła klamkę, a potem uchyliła drzwi i zajrzała do środka.

— Dzień dobry. Jest tu ktoś? — zapytała, wchodząc głębiej do pomieszczenia i rozglądając się uważnie.

Jej uwagę zwróciła wielkość pomieszczenia, które przypominało schowek na szczotki.

Pośrodku znajdowało się biurko, na którym stał komputer. Pod ścianą po lewej stronie zauważyła sięgający sufitu regał na dokumenty, a na nim setki segregatorów.

Biuro, mimo niewielkich rozmiarów, było schludne i niemal sterylne.

Siedzący przy komputerze łysy mężczyzna w okularach, ubrany w spodnie i koszulę, na które miał narzucony kitel, obejrzał się za siebie i zamrugał, jakby raziło go światło.

— O co chodzi? — zapytał zniecierpliwionym tonem, robiąc przy tym tak antypatyczną minę, że Zośka aż się wzdrygnęła.

Baśka natomiast przejęła dowodzenie, nic sobie nie robiąc z niechęci mężczyzny. Była przyzwyczajona do podobnych zachowań, odkąd prowadziły biuro detektywistyczne, często stykała się z ludźmi, którzy, ogólnie mówiąc, byli mało rozmowni…

— Jesteśmy z biura detektywistycznego „Złotko i Spółka”. Badamy sprawę zaginionych zwłok. Chciałyśmy obejrzeć monitoring — wyjaśniła rzeczowo, podchodząc do biurka i wyciągając z torebki licencję detektywa.

Mężczyzna z wyjątkową uwagą obejrzał dokument, a potem skinął głową.

— Co panie interesuje? — zapytał, włączając jakiś plik na komputerze i odwracając głowę w ich stronę.

— Chcemy zobaczyć nagranie z dzisiejszej nocy. Ktoś wykradł zwłoki, a my musimy je znaleźć — wyjaśniła panna Złotko, chowając licencję do torebki i patrząc na niego wyczekująco.

— Oczywiście, coś już mi się obiło o uszy — wymamrotał mężczyzna, po czym zaczął kolejno otwierać pliki na komputerze.

Minęło kilka minut, nim wreszcie odezwał się zmienionym głosem:

— Coś jest nie tak. Brakuje nagrań z ostatnich dwudziestu czterech godzin. To dziwne… — Zafrasowany podrapał się po łysej głowie. — Wygląda na to, że włamywacz usunął zapis, żeby zatrzeć ślady. Musiał dostać się do systemu albo rejestratora — dodał i rozłożył bezradnie ręce.

— Jest pan pewien, że tego nagrania nie ma? — chciała się upewnić Baśka, głośno wzdychając.

Jak zawsze pod górkę, pomyślała.

Zośka poklepała ją po ramieniu, chcąc dodać jej otuchy.

— Przecież mówię, że ktoś tutaj majstrował i usunął nagrania. Czy pani jest głucha? — mężczyzna wyraźnie stracił cierpliwość, krzywiąc się, jakby zjadł kwaśne jabłko, i patrząc na Baśkę z niechęcią pomieszaną z urazą, której nawet nie starał się ukryć.

— Nie, proszę pana, nie jestem głucha. I mógłby pan być odrobinę milszy. Chyba korona panu z głowy nie spadnie? — rzuciła z przekąsem, nim zdążyła ugryźć się w język.

— Korona może nie, ale nie lubię takich wścibskich panienek, które myślą, że pozjadały wszystkie rozumy. Miejsce kobiety jest w domu, a najlepiej w kuchni — oznajmił, patrząc na nią wilkiem. Pod nosem dodał coś o tym, że miejsce feministek jest w piekle.

Zośka zamarła z otwartymi ustami, a w Baśkę jakby piorun strzelił.

— Pan jest zwykłym męskim szowinistą! — zawołała, z trudem panując nad sobą. Miała ogromną chęć walnąć faceta w czerep. — Wychodzimy! — oznajmiła zdecydowanym tonem, pociągając przyjaciółkę za rękę.

Zośka zdążyła jedynie rzucić przez ramię:

— Dziękujemy za pomoc i przepraszamy za kłopot.

Wciąż łudziła się jeszcze, że uda się jakoś zatrzeć złe wrażenie. Nie wiadomo przecież, kiedy znowu będą potrzebowały pomocy kogoś, kto miał dostęp do monitoringu.

Nie ma co za sobą palić mostów, uznała.

Gdy znalazły się na korytarzu, truchtem ruszyły do wyjścia. Kiedy były w połowie drogi, nagle uchyliły się drzwi do prosektorium i ktoś z niego wyszedł.

Baśka wpadła na niego z impetem i jęknęła, rozcierając łokieć i czując, że będzie miała siniaka.

Chwilę później zamarła, bo ujrzała komisarza Marcela Kosa.

Nie widzieli się od czasu rozwiązania sprawy śmierci dyrektorki biblioteki, Haliny Radwan.

— O, pan komisarz! — wymsknęło się jej, nim zdążyła ugryźć się w język. — Miło pana widzieć! — rzuciła, zagryzając dolną wargę.

Policjant wyglądał tak dobrze, że dech jej zaparło. Czarne włosy miał ułożone w taki sposób, że aż prosiły się, by przeczesać je palcami. Niebieskie oczy lśniły, a na ustach błąkał się lekki uśmiech. Komisarz Marcel Kos był bardzo przystojny, w typie Henry’ego Cavilla nic więc dziwnego, że nie narzekał na powodzenie u kobiet. Był przyzwyczajony do ich reakcji. Zwykle zapominały języka w gębie, rumieniły się i patrzyły na niego maślanym wzrokiem.

W przypadku bibliotekarki nie było inaczej.

Baśka starała się oddychać jak najpłycej, bo woń perfum komisarza była mocno wyczuwalna, a ona miała do nich wyjątkową słabość.

Za każdym razem, gdy Marcel Kos znajdował się w pobliżu, miękły jej nogi, a serce waliło jak szalone, chcąc wyskoczyć z piersi.

Teraz też rumieniec pokrył jej twarz i dekolt, co nie uszło uwadze komisarza, który z trudem zachował powagę.

Potrzebuję tlenu albo kroplówki, pomyślała. Inaczej zaraz zemdleję, robiąc z siebie widowisko.

Marcel Kos spojrzał na nią, mrużąc oczy i zastanawiając się, co się z nią dzieje, bo dziewczyna na zmianę bladła i czerwieniała. Wyglądała przy tym tak, jakby za chwilę miała stracić przytomność.

Natychmiast przypomniał sobie ich wcześniejsze sprawy i z trudem stłumił przekleństwo.

— Co panie tutaj sprowadza? — zapytał, starając się nie zgrzytać zębami.

— Zaginione zwłoki — odparła szybko Baśka, świdrując go wzrokiem. — A pana?

Komisarz wytrzymał jej spojrzenie. Kącik jego ust drgnął, ale twarz pozostała poważna.

— Dostaliśmy zgłoszenie, że ktoś wykradł ciało z prosektorium — wyjaśnił rzeczowo. — Policja oczywiście zbada tę sprawę. Panie nie muszą się w to mieszać — dodał, wyraźnie próbując ją zniechęcić.

Jednak gdy Baśka Złotko przy czymś się uparła, nie było zmiłuj.

— Przykro mi, ale jest już za późno — oznajmiła chłodnym tonem. — Idziemy szukać trupa i nie może nam pan tego zabronić — dodała, zarzucając włosami.

Komisarz osłupiał i w niemym zdumieniu patrzył na Baśkę, która pociągnęła lekko opierającą się Zośkę w stronę wyjścia.

— Proszę na siebie uważać. W razie kłopotów wie pani, gdzie mnie szukać — rzucił, gdy były już niemal przy drzwiach.

— Oczywiście, zadzwonię. Będzie pan pierwszym, który dowie się, że znalazłam te zaginione zwłoki — zapewniła, po czym odwróciła się, puściła mu oczko i szybko opuściła kostnicę.

Nie widziała już jego miny, która mówiła "jeszcze mnie pani popamięta, pani detektyw".

Rozdział 6

— Jak jeździsz, bucu! — warknęła Genowefa Chrząszcz i zatrąbiła, gdy wlokący się przed nimi w ślimaczym tempie fiat robił wszystko, byleby tylko nie dać się wyprzedzić. — Kto ci dał prawo jazdy, bałwanie? Widzisz, co on wyprawia? — rzuciła, niemal zgrzytając zębami, w stronę siedzącej obok Sławy.

Ta mamrotała coś pod nosem, kurczowo ściskając w dłoniach różaniec.

Kapelusz zsunął jej się niemal na oczy, a twarz przybrała barwę trupiobladą.

— Nie wytrzymam… no nie wytrzymam. Zaraz mnie coś trafi — mruknęła pod nosem, jednak Genia miała słuch jak nietoperz.

— Cicho! — syknęła. — Już od dziesięciu minut powinnyśmy być na miejscu, a my co? Poruszamy się jak ślimak w mule — pokręciła głową z wyraźnym niezadowoleniem.

— Lepsze to niż gryźć ziemię od spodu. Nie sądzisz? Jeszcze mi się nie spieszy na cmentarz — zauważyła zgryźliwie Sławka.

Genia obrzuciła ją spojrzeniem, które mówiło „jeśli chcesz żyć, zamilcz”.

Dalsza podróż upłynęła więc w ciszy, przerywanej jedynie jękami Sławki, która co jakiś czas podskakiwała na fotelu pasażera, obserwując ryzykowne manewry wykonywane przez Genowefę.

Chyba będę musiała dać na tacę więcej niż dotychczas, pomyślała Sława, gdy w końcu udało im się bezpiecznie dotrzeć na miejsce.

Dom, przed którym się zatrzymały, prezentował się imponująco. XIX-wieczny dworek był utrzymany w znakomitym stanie. Jasna elewacja i symetrycznie rozmieszczone okna nadawały mu klasyczny wygląd.

Szeroki podjazd wysypany drobnym, jasnym żwirem prowadził wprost do eleganckiego ganku wspartego na dwóch solidnych kolumnach.

Ogród otaczający dworek był zadbany z niemal pedantyczną starannością. Przycięte krzewy tworzyły równe linie, a drzewa, mimo zimowej pory, wyglądały majestatycznie.

— Nieźle im się powodzi, skoro stać ich na utrzymanie takiego zabytku — stwierdziła z przekąsem Sława, wysiadając z auta i wpatrując się w dom takim wzrokiem, jakby miała przed sobą co najmniej królewskie klejnoty. — A nam to zawsze piach w oczy.

— Wiatr w oczy — poprawiła ją Genia, zamykając samochód.

— Już nie bądź taką polonistką. Ciągle mnie poprawiasz — mruknęła niezadowolona Sława, kręcąc głową. — Jesteś jak obdarta płyta.

Genia załamała ręce i spojrzała w niebo.

— Boże, daj cierpliwość — jęknęła, po czym dodała ciszej: — Zdarta płyta, zdarta…

— Ja wszystko słyszę — mruknęła Sławka z ironicznym uśmiechem. — Już tak nie lamentuj. Lepiej się pospiesz, bo jak będziesz się tak guzdrać, to zastanie nas noc, a ja muszę jeszcze zadzwonić do Henryczka i dowiedzieć się, jak się czuje — oznajmiła i ruszyła w stronę furtki, a potem ścieżką prowadzącą na ganek.

— Oby ktoś był w domu… — dodała półgłosem.

Genowefa szła za nią i w milczeniu obserwowała, jak Sława zagląda przez okno, próbując sprawdzić, czy ktoś jest w środku.

— Może zadzwonisz? Jeśli ktoś jest w domu, na pewno nam otworzy — zasugerowała ze stoickim spokojem, na jaki było ją stać, choć krew gotowała się w niej jak zupa w garnku.

— No co ty? Poważnie? — zakpiła Sławka, po czym nacisnęła dzwonek i zaczęła przestępować z nogi na nogę.

Chwilę czekały, aż wreszcie po drugiej stronie drzwi dało się słyszeć kroki, a potem ktoś je otworzył.

Stała przed nimi starsza kobieta ubrana w czarną sukienkę, biały fartuch i czepek na głowie. W jednej ręce trzymała ścierkę do naczyń.

— O co chodzi? — zapytała, patrząc na nie jak na mrówki w cukrze.

— Dzień dobry. Jesteśmy z biura detektywistycznego „Złotko i Spółka”. Czy zastałyśmy panią domu? Chciałybyśmy z nią porozmawiać — rzekła uprzejmie Sławka, a Genia potwierdziła jej słowa krótkim skinieniem głowy.

Służąca przyglądała im się przez chwilę, po czym podjęła decyzję i uchyliła drzwi szerzej.

— Pani Irena jest w salonie. Zaraz jej powiem, że panie przyszły. Proszę wejść i zaczekać w korytarzu — oznajmiła, po czym odwróciła się i ruszyła w głąb domu.

Detektywki weszły do środka, zamknęły za sobą drzwi i rozejrzały się uważnie.

— Widziałaś? Jaki Wersal. Gdzie my trafiłyśmy? — mruknęła Sława z kwaśną miną, lustrując marmurowe posadzki i obrazy w złotych ramach wiszące na ścianach. — Tutaj jest jak w muzeum.

Genia parsknęła śmiechem i rzuciła z przekąsem:

— Uważaj, żeby ktoś cię nie wziął za eksponat.

— Cha, cha! Bardzo śmieszne — oburzyła się Sławka, składając usta w ciup. — Mnie to nie grozi, już prędzej tobie. Czy ty w ogóle wiesz, co to jest krem z retinolem? — zapytała, mierząc koleżankę wzrokiem i wskazując na jej twarz, pomarszczoną jak suszona śliwka.

— Wiem, ale nie stosuję. Wolę ten ze śluzem ślimaka — odparła Genia, wzruszając ramionami.

Sława stłumiła odruch wymiotny.

— Tego jeszcze nie grali, śluzy ze ślimaka. I co jeszcze? — zauważyła z ironią, kręcąc z niedowierzaniem głową. — A to nie jest przypadkiem to coś, co buduje się na kanale albo jeziorze? — dodała, patrząc na Genię podejrzliwie.

— Czy ty jesteś głucha? — Genowefa spojrzała na nią jak na osobę niespełna rozumu. — Słuchaj uchem, a nie brzuchem — dorzuciła z przekąsem. — Nie śluza, tylko śluz. Ja mówię o śluzie — wyjaśniła ze stoickim spokojem.

— Jeden bies — Sława wzruszyła ramionami.

Nie zdążyła jednak dodać nic więcej, bo w korytarzu rozległy się kroki.

— Proszę iść za mną. Tylko ostrożnie, bo dopiero co umyłam podłogi. Jak mi tu panie nabrudzą, to dostaną mopa i będą sprzątać — oznajmiła służąca, mierząc je jastrzębim wzrokiem.

Genowefa parsknęła śmiechem, a Sławka zaniemówiła z oburzenia.

Ruszyły za kobietą korytarzem, skręciły w prawo i weszły do jednego z pokoi na parterze.

Salon urządzono w stylu Ludwika XVI — jasne ściany, złocone komody, tapicerowane krzesła i sofy, obrazy w pozłacanych ramach oraz wypastowana na wysoki połysk podłoga. Wszystko zapierało dech w piersiach i musiało kosztować krocie.

Temu chirurgowi musiało się nieźle powodzić, pomyślała Sława z ukłuciem zazdrości.

Pani domu siedziała wyprostowana na sofie. Miała na sobie koronkową sukienkę w kolorze kości słoniowej. Jej kasztanowe włosy były upięte w bujny, dopracowany kok, a wściekle błękitne oczy ślizgały się po seniorkach taksującym spojrzeniem.

— Czym mogę służyć? — zapytała z lekkim zniecierpliwieniem.

— Jesteśmy z biura detektywistycznego „Złotko i Spółka” — oznajmiła ze stoickim spokojem Sława. — Pani jest żoną Witolda Wąsa?

Kobieta skinęła głową, nie spuszczając z nich uważnego, przenikliwego spojrzenia.

— Owszem. Irena Nowakowska-Wąs — przedstawiła się, po czym wykonała ledwie zauważalny, elegancki ukłon. — A o co chodzi? — zapytała, siląc się na uprzejmość, która brzmiała raczej jak obowiązek niż szczere zainteresowanie.

— Czy pani mąż jest w domu? — wtrąciła Genia, a Sława spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— Nie, nie ma go — odparła żona chirurga, wzruszając ramionami. — Jeszcze nie wrócił z pracy.

— Jest pani pewna? — wtrąciła Sławka, która zaczynała mieć serdecznie dość tej osobliwej rozmowy, prowadzącej wyraźnie donikąd.

— Tak. A dlaczego pani pyta? — Irena spojrzała na nią z irytacją. — Witek często pracuje ponad normę. Jest pracoholikiem, więc nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

Sława spojrzała na nią z dezaprobatą. Przez chwilę się wahała, po czym postanowiła przejść do rzeczy:

— To dziwne, bo tak się składa, że zwłoki pani męża zostały dziś w nocy wykradzione z kostnicy. Właśnie stamtąd wracamy — oznajmiła spokojnym, niemal obojętnym tonem.

Z satysfakcją zauważyła, jak twarz Ireny momentalnie pobladła. Kobieta odruchowo chwyciła się za serce.

— Co takiego? To jakiś żart? — wychrypiała, wbijając w Sławę spojrzenie tak ostre, że ta aż się wzdrygnęła.

— Nie, to nie jest żaden dowcip. Przykro mi, ale takie są fakty — odparła spokojnie. — Kiedy ostatni raz widziała pani męża?

— Wczoraj rano, gdy wychodził do pracy — odpowiedziała Irena Nowakowska-Wąs, marszcząc brwi. — Spieszył się. Miał przeprowadzić jakąś ważną operację i, oczywiście, nie chciał się spóźnić — prychnęła, przewracając oczami.

— Jak pani sądzi, co mogło się stać? — wtrąciła Genia, która do tej pory jedynie przysłuchiwała się rozmowie.

Kobieta wzruszyła obojętnie ramionami.

— Skąd mam wiedzieć? Przecież nie było mnie tam — odparła oschłym tonem. — Nie rozmawiałam z nim przez cały dzień. Zdarza się, że Witek ma taki nawał pracy, że zapomina o całym świecie, a czasem nawet o tym, że ma żonę — dodała gorzkim tonem.

Przez kilka chwil żadna z kobiet się nie odezwała. Detektywki analizowały słowa żony chirurga, a ona sama zastanawiała się, czy to wszystko jej się śniło, czy faktycznie jej mąż zrobił jej kawał i umarł.

— Czy wiadomo, jak tam się znalazł? — zapytała w końcu.

— Kto? — Sława nie od razu zrozumiała, o co jej chodzi.

— No, mój mąż! — Irena straciła resztki cierpliwości. — Jak znalazł się w kostnicy? Co mu się stało?

Sławka pokręciła przecząco głową i uśmiechnęła się przepraszająco.

— To miał ustalić patolog. W karcie zgonu widniała informacja, że pani mąż zmarł na zawał — wyjaśniła rzeczowym tonem. — Niestety nie udało się niczego potwierdzić, bo ktoś wykradł zwłoki — dodała, rozkładając ręce.

Irena Nowakowska-Wąs zerwała się gwałtownie z sofy, a jej twarz momentalnie poczerwieniała.

— Już dzwonię do prosektorium. Zaraz im tam wygarnę, co myślę o takiej niekompetencji. A panie zapraszam do wyjścia — oznajmiła chłodno, wskazując drzwi.

Genia skinęła głową bez słowa, a Sława bąknęła pod nosem ciche „do widzenia”.

Po chwili obie wyszły z salonu i ruszyły korytarzem w stronę wyjścia.

Dopiero gdy znalazły się na zewnątrz, Genowefa chwyciła koleżankę za rękaw i szepnęła jej do ucha:

— Widziałaś, jaka flądra? Aż mi się zrobiło szkoda tego faceta, choć nawet go nie znałam.

— Nie dało się nie zauważyć — Sława wzruszyła ramionami. — Straszna zołza.

— Co teraz robimy? — zapytała Genia, gdy ruszyły chodnikiem w stronę samochodu.

— Musimy prześwietlić tego lekarza. Dowiedzieć się, co robił przed śmiercią i z kim się widywał. Może to nam coś da. No i trzeba obejrzeć jego miejsce pracy. Może któryś z pracowników coś widział albo coś wie… — zamyśliła się Sława, układając w głowie kolejne kroki.

Genia zgodnie pokiwała głową i otworzyła drzwiczki auta.

— To do roboty. Tylko najpierw coś zjedzmy, bo kiszki grają mi marsza — oznajmiła, a potem, jak na zawołanie, jej brzuch zaburczał tak głośno, że Sława aż czknęła.

— Niech ci będzie. Też chętnie wrzucę coś na ząb.

Rozdział 7

Baśka i Zośka również nie próżnowały. Po wizycie w prosektorium wróciły do biura, gdzie natychmiast zabrały się za przeszukiwanie internetu w poszukiwaniu informacji na temat Witolda Wąsa. Musiały prześwietlić jego otoczenie i znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia, który pozwoliłby ruszyć sprawę z miejsca.

Godzinę później Zośka nagle krzyknęła znad komputera:

— Mam coś! Słuchaj tego. Artykuł jest sprzed dwóch tygodni — zawołała z ożywieniem. — Być może mamy pierwszego podejrzanego.

Po czym zaczęła czytać:

Syn znanego chirurga plastycznego wszczął awanturę w restauracji!

W poniedziałek wieczorem, 17 listopada, w popularnej włoskiej restauracji „Amaretto” doszło do wyjątkowo nieprzyjemnego incydentu, który zakończył się interwencją policji.

Janek Wąs (29 lat), syn cenionego chirurga plastycznego Witolda Wąsa (67 lat), wpadł w furię podczas rodzinnego obiadu. Według relacji świadków mężczyzna zaczął krzyczeć, po czym rzucił się na ojca z pięściami, grożąc mu śmiercią. Zaskoczeni goście restauracji próbowali interweniować, jednak sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli.

Po kilku minutach na miejsce przyjechała policja, która rozdzieliła obu mężczyzn i przewiozła ich na komisariat. Niestety, nie udało nam się ustalić przyczyny konfliktu, zarówno ojciec, jak i syn odmówili komentarza.

Jak twierdzą osoby z obsługi, atmosfera między nimi od początku spotkania była napięta.

Czy był to rodzinny dramat, czy może coś znacznie poważniejszego? Sprawa budzi coraz więcej pytań.

Zośka skończyła czytać, po czym uważnie obejrzała zdjęcia, na których uchwycono całe zajście. Następnie spojrzała na Baśkę z błyskiem w oku.

— Nie sądzisz, że to brzmi interesująco? Może to on za tym wszystkim stoi? — rzuciła zaintrygowana.

Bibliotekarka oderwała na chwilę wzrok od komputera i spojrzała na nią nieprzytomnie.

— Kto? I za czym? — zapytała zamyślona, drapiąc się po głowie, przez co jej włosy nastroszyły się, przypominając ptasie gniazdo.

Zośka westchnęła ciężko.

— No syn tego chirurga. Może to on wykradł zwłoki — oznajmiła z nutą zniecierpliwienia, wpatrując się w przyjaciółkę z przejęciem.

— Ale po co miałby to robić? — zdziwiła się Baśka, skubiąc nerwowo kosmyk włosów.

— Może go zabił, a potem bał się, że sekcja zwłok coś wykaże? — snuła swoje teorie Zośka. — A tak: nie ma ciała, nie ma dowodu — dodała, rozkładając ręce.

Bibliotekarka skinęła głową. Faktycznie, mogło coś być na rzeczy.

Trzeba będzie to sprawdzić, pomyślała.

— To, co robimy? — zapytała, sięgając po czarny notes, w którym zapisywała wszystkie ważne informacje.

— Musimy ustalić, gdzie mieszka ten cały Janek, i trochę go przycisnąć. Może się z czymś zdradzi. A jeśli będzie trzeba, zaczniemy go śledzić — przedstawiła swój plan Zośka, a Baśka spojrzała na nią z podziwem.

— A wtedy doprowadzi nas do zwłok — dodała z ożywieniem.

— Jednak te kursy na coś się przydają — pochwaliła przyjaciółkę.

Zośka wyszczerzyła się w uśmiechu i puściła jej oczko.

— Nie tylko one. Analityczny umysł też — stwierdziła z rozbrajającą szczerością, a Baśka się roześmiała.

— Niech ci będzie — odparła lekkim tonem. — Ciekawe, co ustaliły nasze seniorki… — zamyśliła się, a kącik jej ust lekko drgnął.

Miała nadzieję, że babcia i pani Genia nie pozabijały się po drodze ani nie wpakowały w jakieś tarapaty.

Już widziała minę komisarza Kosa, który informuje ją o katastrofie, a potem każe trzymać się z daleka od tej sprawy.

Niedoczekanie twoje! Prędzej zjem własne kapcie, niż zrezygnuję z naszego śledztwa.

Zośka pokiwała głową, udając, że nie dostrzega zawziętej miny przyjaciółki.

Jak nic myśli o komisarzu, stwierdziła.

— Też jestem ciekawa. Może zadzwoń i zwołaj naradę produkcyjną — zaproponowała z lekkim uśmiechem, udając, że sprawdza coś na komputerze.

Bibliotekarka bez namysłu chwyciła za telefon.

— Jasne, już dzwonię. A ty zrób herbaty z cytryną. Najlepiej od razu cały dzbanek.

Rozdział 8

— Basia dzwoniła, że mamy naradę w biurze — oznajmiła Sławka, gdy Genia wróciła z toalety.

Właśnie skończyły posiłek i zastanawiały się, co dalej, gdy problem rozwiązał się sam.

— Dziewczyny już na nas czekają. Podobno czegoś się dowiedziały.

— To świetnie się składa — ucieszyła się Genowefa, zbierając swoje rzeczy i wkładając płaszcz. — Jestem ciekawa, kto za tym wszystkim stoi, bo tak się zastanawiam, po co kraść zwłoki?

Sława wzruszyła ramionami i poprawiła kapelusz.

— Może to przemytnicy organów? Oglądałam ostatnio taki film. Mówię ci, można dostać ciapek na plecach. — Mówiąc, to aż się wzdrygnęła.

Genowefa spojrzała na nią ze zgrozą.

— Chyba ciarek? — mruknęła.

— Co? Jakich ciastek? — zdziwiła się Sławka, zerkając na puste talerze po deserze. — Dopiero co skończyłyśmy posiłek. Nie mów, że znów jesteś głodna? — zmarszczyła brwi.

Genia westchnęła ciężko, a potem rzuciła z przekąsem:

— Sława, opamiętaj się, zanim będzie za późno. Ja kiedyś z tobą zwariuję! — dodała, grożąc jej palcem.

Sławka Gwóźdź chwyciła torebkę i zarzuciła szal na ramiona.

— Nie drzyj się jak patroszony ze skóry — powiedziała oschłym tonem. — Ludzie się na nas patrzą — dodała, skinieniem głowy wskazując salę.

Genia rozejrzała się pobieżnie. Przy sąsiednim stoliku jakaś kobieta zamarła z widelczykiem w połowie drogi do ust, a starszy pan przy oknie przestał mieszać herbatę i wpatrywał się w nie z wyraźnym zainteresowaniem.

— No i co z tego? Niech patrzą. Mam tego po dziurki w nosie — oznajmiła Genowefa, nie zniżając głosu ani o pół tonu.

— Moim zdaniem masz muchy w nosie, ale co ja tam wiem? — mruknęła Sława zgryźliwie.

— Wychodzi na to, że niewiele — odparła Genia i dodała pospiesznie: — Idziemy czy będziemy się tu tak kłócić do zamknięcia lokalu?

— Idziemy! — zarządziła Sławka i ruszyła pędem do wyjścia.

Genowefa podążyła za nią, mamrocząc coś pod nosem o niewydarzonych koleżankach.

Wsiadły do auta i ruszyły z piskiem opon.

To znaczy ruszyła Genia, bo Sławka w tej samej chwili zasłoniła oczy rondem kapelusza i zaczęła gorączkowo szeptać:

— Święta Rito patronko spraw beznadziejnych, miej mnie w swojej opiece. Obiecuję, że dam na tacę, i to nie będą drobniaki, ale banknot o dużym nominale.

Genia zmieniła bieg i dodała gazu.

— I zapalę świeczkę. Tylko spraw, żebyśmy nie trafiły po drodze na żadną ciężarówkę ani rowerzystę — ciągnęła Sława, z trudem łapiąc oddech. — A już na pewno nie na żadne rondo.

— Sławka, przestań się tak głośno modlić, bo mnie rozpraszasz — mruknęła Genia, wyprzedzając spokojnie jadącego dostawczaka.

— To może przestań jeździć jak wariatka — syknęła Sława i przeżegnała się nerwowo. — Święty Krzysztof też mógłby się włączyć, nie obrażę się.

Na szczęście ruch na ulicy był niewielki, więc po kilku minutach znalazły się na miejscu, całe i zdrowe.

Sława wyskoczyła z volkswagena garbusa, zanim silnik na dobre ucichł, i nie oglądając się za siebie, kurcgalopkiem popędziła do wejścia, mamrocząc jeszcze pod nosem:

— Dziękuję. Naprawdę dziękuję, święta Rito.

Kiedy Genia zjawiła się w biurze, Sławka siedziała na sofie dla interesantów i wachlowała się kapeluszem. Obok niej stała butelka waleriany, a w powietrzu unosił się charakterystyczny zapach kozłka.

— Otwórzcie okno. Niech się tutaj wywietrzy! — rzuciła Genowefa, zatykając nos.

Baśka uniosła głowę znad biurka i pociągnęła nosem, po czym skrzywiła się i powachlowała ręką przed twarzą.

— Czy my przypadkiem nie przeniosłyśmy naszego biura do apteki? — zaśmiała się.

Zośka, stojąca przy czajniku z parującym dzbankiem herbaty, aż się zakrztusiła.

— To było konieczne — oburzyła się Sławka, wachlując się kapeluszem jeszcze intensywniej. — Po tej jeździe mam serce w gardle i numer do proboszcza na szybkim wybieraniu.

Genia prychnęła i podeszła do okna, żeby je uchylić.

— Przestań dramatyzować. Dojechałyśmy całe i zdrowe. Nic się nie stało.

— Jeszcze! — syknęła Sława. — To cud, a nie dowód twoich umiejętności.

Baśka podniosła się z krzesła i klasnęła w dłonie, niczym nauczycielka próbująca zaprowadzić porządek w klasie pełnej rozkrzyczanych uczniów.

— Zanim któraś z nas tu zemdleje, proponuję naradę produkcyjną — oznajmiła, siadając za biurkiem.

Zośka postawiła dzbanek na stoliku kawowym.

— Herbata z cytryną gotowa. Na skołatane nerwy i negatywne emocje — oznajmiła z lekkim uśmiechem.

Sławka spojrzała na nią z odrobiną nadziei i zainteresowania jednocześnie.

— A nie masz czegoś z melisą? — zapytała, mrugając do Geni porozumiewawczo.

Ta wzruszyła ramionami i prychnęła, ale nic nie powiedziała. Uznała, że lepiej będzie się nie odzywać, by nie zaogniać i tak już napiętej sytuacji.

— Skupmy się — wtrąciła Baśka, otwierając notes. — Mamy zaginione zwłoki, dziwną lukę w monitoringu… — zaczęła wyliczać, a Zośka z błyskiem w oku, wtrąciła:

— I syna chirurga, który groził ojcu śmiercią w restauracji.

Genia odstawiła filiżankę i dodała:

— A także nerwową żonę, która nie zrobiła na nas dobrego wrażenia. Była oschła, nieprzyjemna i potraktowała nas jak mrówki w cukrze. Jestem pewna, że jeszcze o niej usłyszymy. Nie spodobała mi się ta kobieta — oznajmiła, posyłając Sławie znaczące spojrzenie.

— Moim zdaniem ta sprawa jest jakaś dziwna. Najbardziej szkoda mi Henryczka… — stwierdziła babcia Baśki, odruchowo sięgając po papierośnicę, ale widząc karcący wzrok Genowefy, szybko schowała ją do torebki.

— Któraś z was ma jakieś sugestie, co się mogło stać i dlaczego ktoś wykradł zwłoki? — zapytała bibliotekarka, próbując przerwać nerwowe milczenie, które zapadło między seniorkami.

Zośka udawała, że sprawdza coś w komputerze.

— Może to jakiś dowcip? Ktoś chciał zrobić komuś kawał. Na przykład patologowi? — zasugerowała Genowefa, spoglądając na Sławę.

Koleżanka zmarszczyła brwi i zmierzyła ją gniewnym spojrzeniem.

— No wiesz co? To już szczyt wszystkiego! — oburzyła się. — Kto i po co miałby to robić Henryczkowi? To taki dobry, poczciwy człowiek.

Genia wzruszyła ramionami.

— A bo ja wiem? Może jakiś kolega albo ktoś, kto mu źle życzy. Może nie chodziło o denata, a właśnie o Henryka — zasugerowała ze stoickim spokojem.

— Tego też musimy się dowiedzieć — wtrąciła Baśka, zapisując coś w notesie. — Rozdzielmy zadania. Ja z Zośką odwiedzimy syna denata, a wy pojedziecie do kliniki i popytacie personel. — Skinęła ręką na seniorki. — Z panem Henrykiem musimy się raz jeszcze spotkać i porozmawiać. Trzeba sprawdzić każdą hipotezę, nawet najbardziej absurdalną — oznajmiła zdecydowanym tonem, zamykając notes i odkładając długopis.

Sławka pokiwała głową.

— Dobrze mówisz, Basiu. Moja krew! — zawołała z entuzjazmem.

Zośka uśmiechnęła się i dodała:

— Dopijmy herbatę i bierzmy się do pracy.

— No i nie zapomnijmy, że musimy znaleźć zwłoki — przypomniała Genia. — W końcu od nich wszystko się zaczęło.

Rozdział 9

Klinika chirurgii plastycznej „Beauty Clinic” mieściła się przy ulicy Kasztanowej. Był to nowoczesny budynek o prostej, geometrycznej bryle, utrzymany w minimalistycznym stylu, z płaskim dachem i jasną elewacją.

Teren przed wejściem prezentował się nienagannie. Trawnik był starannie przystrzyżony, choć o tej porze roku stracił już intensywną zieleń, a ścieżki wyłożone kostką brukową wyglądały na świeżo uprzątnięte.

Na froncie widniał elegancki, podświetlany szyld, który bardziej przypominał logo luksusowego hotelu niż placówki medycznej.

Całość sprawiała wrażenie nowoczesnej i bardzo profesjonalnej.

Sława Gwóźdź spojrzała na budynek z mieszaniną podziwu i niechęci.

— To musi być bardzo dochodowy interes — mruknęła z lekką zazdrością. — Sądząc po tym, gdzie mieszkał denat i jak wygląda jego klinika, nie narzekał na brak pieniędzy.

Stojąca obok Genia skrzywiła się i pokiwała głową.

— No cóż, trzeba było zostać chirurżką — rzuciła z przekąsem, posyłając jej uśmiech mówiący „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”.

— Kim, do diabła? — Sława spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— No… chirurżką — powtórzyła Genowefa i zmarszczyła brwi.

— A co to za dziwna nazwa? To już nie można normalnie? — Sławka skrzywiła się, jakby właśnie wypiła ocet.

— Nie. Teraz używa się feminatywów — wyjaśniła Genia i parsknęła śmiechem.

— Nic dziwnego, że świat zwariował, skoro ludzie wymyślają takie cuda na kiju — skwitowała zgryźliwie Sława, poprawiając czerwony kapelusz z szerokim rondem.

Miała na sobie wełniany, błękitny płaszcz, biały sweter, spod którego wystawała czerwona bluzka, czarną skórzaną spódnicę i białe kozaki. Jej strój był odważny, kontrastowy i przyciągający spojrzenia, zupełne przeciwieństwo stonowanej, praktycznej Geni, która ceniła wygodę.

— Coś w tym jest — przyznała Genowefa Chrząszcz z lekkim uśmiechem. — Chociaż w jednym się zgadzamy, kiedyś było normalniej. A potem dodała: — Ciekawe, czy w środku jest równie elegancko, jak na zewnątrz. Myślisz, że czeka nas taki sam Wersal jak u nich w domu?

Sława wzruszyła ramionami.

— Kto to wie. Jak nie wejdziemy, to się nie dowiemy — i nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę wejścia.

Genia popędziła za nią, w duchu przeklinając swoją kondycję.

Sława poruszała się szybko i zwinnie jak gazela, podczas gdy Genowefa truchtała za nią z gracją nosorożca.

Wnętrze kliniki okazało się jeszcze bardziej sterylne i luksusowe niż elewacja. Dominowała biel — ściany, podłoga, meble, dodatki, wszystko było w tym kolorze. W powietrzu unosił się subtelny zapach jaśminu.

— Normalnie jak w jakimś laboratorium — zauważyła Sława, instynktownie ściszając głos. — Aż strach tu czegokolwiek dotknąć.

Genia rozglądała się wokół siebie podejrzliwie, jakby spodziewała się, że zaraz ktoś wręczy jej ochraniacze na buty.

Za długą, lśniącą ladą recepcyjną siedziała młoda dziewczyna o nienagannie gładkiej cerze i idealnie symetrycznych rysach twarzy. Jej jasne włosy były gładko upięte w ciasny kok, makijaż perfekcyjny, a biały uniform leżał na niej jak szyty na miarę. Wyglądała tak, jakby sama stanowiła najlepszą reklamę kliniki chirurgii plastycznej „Beauty Clinic”.

— Dzień dobry. W czym mogę paniom pomóc? — zapytała uprzejmie recepcjonistka.

— Dzień dobry. Jesteśmy z biura detektywistycznego „Złotko i Spółka” — oznajmiła Sława, prostując się i poprawiając kapelusz. — Chciałybyśmy porozmawiać z kimś z personelu w sprawie chirurga Witolda Wąsa.

Uśmiech recepcjonistki zamarł na ułamek sekundy.

— A w jakiej sprawie?

— W sprawie zawodowej — odparła ze zniecierpliwieniem Sława, starając się zachować kamienną twarz. — I niecierpiącej zwłoki — dodała, nim zdążyła ugryźć się w język.

Genia parsknęła śmiechem, po czym zasłoniła twarz rękawem, udając atak kaszlu.

Dopiero wtedy Sławka uświadomiła sobie, że gdyby nie zaginione zwłoki, nie miałyby żadnej sprawy do rozwiązania. Musiały dowiedzieć się, co się stało, i pomóc Henrykowi.

Stanę na rękach, ale znajdę tego trupa, pomyślała.

Recepcjonistka skinęła głową i zaczęła coś szybko wstukiwać w klawiaturę.

— Niestety, pana doktora dzisiaj nie ma — oznajmiła po chwili, wyrywając Sławę z zamyślenia.

— Nic dziwnego… — mruknęła Genia pod nosem, a potem głośno zapytała: — Czy możemy porozmawiać z kimś, kto z nim pracuje na co dzień?

Recepcjonistka zawahała się, po czym skinęła głową.

— Proszę chwilę poczekać — powiedziała, a potem zniknęła za drzwiami prowadzącymi na zaplecze.

Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, Sława nachyliła się w stronę Geni.

— Czy ona nie wydaje ci się jakaś podejrzana? — szepnęła przejmująco. — Może coś ukrywa?

— Możliwe, że wie więcej niż mówi — zauważyła Genowefa, marszcząc brwi.

— Coś tu jest na rzepie — Sława energicznie pokiwała głową.

— Raczej na rzeczy… — poprawiła ją odruchowo Genia.

Rozejrzały się, a potem usiadły na białej sofie stojącej w holu.

— Nawet siedzenia mają tutaj jakby luksusowe — mruknęła Sławka. — Ale niewygodne jak diabli — dodała, zaczynając się wiercić na twardym siedzisku, jakby oblały ją mrówki.

Genia obserwowała jej akrobacje, ale nie zdążyła odpowiedzieć, bo drzwi na zaplecze otworzyły się ponownie, a recepcjonistka wróciła w towarzystwie mężczyzny po sześćdziesiątce, w medycznym fartuchu narzuconym na granatową koszulę z logo kliniki i spodnie w tym samym kolorze. Miał siwe, przerzedzone włosy i zmęczoną twarz, pokrytą siwiejącym zarostem.

— To panie chciały porozmawiać o Witoldzie Wąsie? — zapytał bez zbędnych wstępów.

— Tak, zgadza się — potwierdziła Sława i z ulgą wstała z niewygodnej kanapy. — Prowadzimy śledztwo w sprawie, która go dotyczy. Nazywam się Sława Gwóźdź, a to moja koleżanka, Genowefa Chrząszcz. Jesteśmy z biura detektywistycznego. Chciałybyśmy zadać panu kilka pytań.

Mężczyzna spojrzał na recepcjonistkę, potem na obie seniorki.

— W porządku — odparł spokojnie. — Proszę za mną, porozmawiamy w moim gabinecie — wskazał drzwi znajdujące się po prawej stronie korytarza.

Obie detektywki spojrzały na siebie porozumiewawczo, a później ruszyły za lekarzem.

Rozdział 10

W tym samym czasie Baśka i Zośka ustaliły adres Janka Wąsa i pojechały, żeby się z nim spotkać. Podczas rozmowy telefonicznej chłopak nie sprawiał negatywnego wrażenia, dlatego Baśka była ciekawa, jaki okaże się w rzeczywistości.

Syn Witolda Wąsa mieszkał w nowoczesnym apartamentowcu, w jednej z najlepszych dzielnic miasta.

Budynek był nowy i zadbany, z jasną elewacją i dużymi przeszkleniami.

Zadzwoniły domofonem, a gdy drzwi się otworzyły, weszły do środka i skierowały się schodami na drugie piętro.

Zośka nacisnęła dzwonek.

Po chwili drzwi uchyliły się i stanął w nich Janek Wąs ubrany w luźną szarą koszulkę i dresowe spodnie. Miał potargane jasne włosy, a jego ziemista cera i zmęczone spojrzenie zdradzały, że od dłuższego czasu miał problemy ze snem.

— Dzień dobry. Baśka Złotko z biura detektywistycznego „Złotko i Spółka”, a to moja koleżanka Zośka. Rozmawiałyśmy przez telefon — wyjaśniła uprzejmie.

— A tak, pamiętam. Proszę wejść — odpowiedział, cofając się i przepuszczając je w drzwiach. — Czegoś się panie napiją? — zapytał, zatrzymując się przy ekspresie do kawy.

— Nie, dziękujemy. Nie zajmiemy panu dużo czasu — odparła Baśka, rozglądając się dyskretnie po mieszkaniu, które było jasne i nowoczesne. Kilka prostych mebli, brak ozdób, żadnych zdjęć ani osobistych drobiazgów.

Minimalizm aż bije po oczach, pomyślała z lekką nutą ironii.

— Mówiła pani, że chodzi o mojego ojca. Co konkretnie panie interesuje? — zapytał Janek, krzywiąc się, jakby wypił coś kwaśnego.

Baśka skinęła głową i usiadła na sofie.

Zośka zrobiła to samo, wyjmując z torebki notes i długopis.

Wcześniej ustaliły, że jedna będzie prowadziła rozmowę, a druga zapisywała wszystkie istotne informacje.

Baśka Złotko przez chwilę dobierała słowa nim wreszcie się odezwała.

— Dziś w nocy z prosektorium skradziono zwłoki pańskiego ojca. Próbujemy ustalić, co mogło się stać i kto mógł to zrobić — oznajmiła rzeczowym tonem, a Janek Wąs pobladł.

Oparł się o blat wyspy kuchennej, jakby nagle stracił grunt pod nogami.

— Jak to zwłoki? — zapytał zdławionym głosem.

Baśka uważnie obserwowała jego reakcję.

— Nic pan o tym nie wiedział? — zdziwiła się, marszcząc brwi.

— Skąd miałbym wiedzieć? — zapytał, drapiąc się po skroni. — To pewne, że mój ojciec nie żyje? — Przeczesał dłonią włosy. W jego spojrzeniu mieszały się niedowierzanie i niepokój.

— Jakie były wasze relacje? — drążyła Baśka, chcąc jak najwięcej wyciągnąć z chłopaka. — Z tego, co wiemy, pokłócili się panowie dwa tygodnie temu. Czy może pan powiedzieć, o co dokładnie chodziło?

Janek zaklął cicho pod nosem. Przez moment milczał, jakby zastanawiał się, czy w ogóle chce do tego wracać.

W końcu odezwał się z goryczą:

— O czym tu mówić? Ojciec ukradł mi dziewczynę.

— Jak to? — zdziwiła się Baśka, starając się zachować spokój, choć emocje buzowały w niej, jak woda w czajniku.

— Spotykałem się z Mariettą Żulczyk od dwóch miesięcy. Nagle oznajmiła, że musimy się rozstać. Nie znałem prawdziwego powodu, dopóki tego samego dnia nie zobaczyłem jej na ulicy w objęciach mojego ojca. — Głos mu się załamał. — Poczułem się, jakby ktoś dał mi w twarz.

— Rozumiem, że to musiało być dla pana bardzo trudne — rzekła ostrożnie Baśka, widząc jego pobladłą twarz i nerwowe ruchy. — To wtedy doszło do kłótni w restauracji?

— Tak, zgadza się — Janek skinął głową. — Od tamtej pory już się nie widzieliśmy. Powiedziałem mu, że Marietta to modliszka i że powinien na nią uważać, ale nie chciał mnie słuchać — zacisnął szczękę. — Gdy dowiedziałem się, że mają romans, straciłem panowanie nad sobą. Rzuciłem się na niego. Resztę znają panie z gazet…

— Jak pan myśli, kto mógł wykraść jego zwłoki z prosektorium? — zapytała bibliotekarka, uważnie lustrując jego twarz. Chciała mieć pewność, że jest szczery i że nie próbuje ich zwieść.

Janek wzruszył obojętnie ramionami.

— Nie mam pojęcia — odpowiedział szorstko. — Dla mnie był martwy już dwa tygodnie temu. Nie miałem z tym nic wspólnego.

Bibliotekarka przyglądała mu się jeszcze chwilę, a Zośka pilnie notowała wszystkie informacje, całkowicie skupiona na tym zajęciu.

— Gdzie był pan wczoraj w nocy? — zapytała rzeczowo.

— Tutaj. W domu — odparł oschle, drapiąc się po ręce.

— Czy ktoś może to potwierdzić? — Baśka spojrzała na niego uważnie.

Janek Wąs pokręcił przecząco głową.

— Nie, byłem sam — oznajmił, a w jego głosie dało się wyczuć lekkie ukłucie goryczy.

Zdrada dziewczyny i wieść o jej związku z ojcem musiały być dla niego bardzo bolesne.

— Dobrze. Dziękujemy. To wszystko — stwierdziła Baśka, wstając.

Detektywki pożegnały się szybko i wyszły z mieszkania.

Gdy znalazły się na klatce schodowej, Zośka schowała notes do torebki i zapytała:

— Myślisz, że chłopak mógł być w to zamieszany?

Przyjaciółka zamyśliła się, marszcząc brwi.

— Miał motyw, ale czy to zrobił? Kto go tam wie…

Intuicja podpowiadała jej, że ta sprawa była znacznie bardziej skomplikowana, niż wydawało się na początku.

— Ciekawe, czy komisarz coś ustalił — mruknęła pod nosem, po czym dodała już głośniej: — Musimy prześwietlić tę całą Mariettę. Myślę, że niezłe z niej ziółko.

Zośka energicznie pokiwała głową.

— Też tak sądzę. Może najpierw jednak coś zjemy?

— Dobry pomysł — przyznała Baśka, uśmiechając się lekko. — Chętnie coś przekąszę. Zbieranie informacji jest strasznie wyczerpujące — zauważyła. — Ciekawe, jak idzie babci i pani Geni…

Rozdział 11

Stanisław Konewka, bo tak przedstawił się chirurg pracujący z Witoldem Wąsem, zasiadł za biurkiem i przyjął pewną siebie pozę osoby, która doskonale panuje nad sytuacją.

Takie wrażenie odniosła Sławka, która przyglądała się mężczyźnie, zastanawiając się, czy zaliczyć go do grona podejrzanych, czy raczej go wykluczyć.

— O co dokładnie chodzi? — zapytał, patrząc to na jedną, to na drugą detektywkę.

Genia chrząknęła i wyjaśniła:

— Ktoś wykradł z prosektorium ciało Witolda Wąsa. Próbujemy ustalić, co się stało. Widząc, jak twarz mężczyzny blednie, zapytała: — Czy mógłby pan powiedzieć, kiedy ostatni raz się pan z nim widział?

Chirurg pomasował skroń, chwilę pomyślał, a potem lekko ochrypłym głosem powiedział:

— Jakieś dwa dni temu. Byłem poza miastem, wróciłem dopiero dzisiaj. Jak to możliwe, że jego ciało wykradziono? Co mu się stało? Przecież był okazem zdrowia… — urwał, po czym wyjął z szuflady jakieś tabletki i zażył jedną, popijając wodą ze stojącej na biurku szklanki.

— Prawdopodobnie był to zawał serca. Niestety patolog nie mógł ustalić dokładnej przyczyny zgonu, bo ciało pańskiego kolegi zniknęło — Sława podrapała się nerwowo po nosie.

— To jakiś absurd! — rzucił wzburzony Konewka, a jego twarz wykrzywiła się w nieprzyjemnym grymasie. — Kto robi takie rzeczy? Może to jakiś wariat?

Sława rozłożyła bezradnie ręce.

— Nie wiemy. Próbujemy ustalić, co mogło się stać. Jak długo panowie razem pracowali i co może pan o nim powiedzieć?

Genia w tym czasie notowała, starając się zapisać wszystkie uwagi, które później mogły im się przydać.

Nigdy przecież nie wiadomo, co okaże się ważne.

Na tym etapie każda informacja była na wagę złota.

— Pracowaliśmy razem ponad dwadzieścia lat. Można powiedzieć, że był moim serdecznym przyjacielem. Co mogę o nim powiedzieć… — Zamyślił się na chwilę. — Doskonały chirurg plastyczny, jeden z lepszych w swoim fachu, oddany pracy. Miał nieskazitelną opinię. Poza jedną sprawą, ale ta wydarzyła się wieki temu, więc w sumie nie ma co o niej wspominać — Konewka machnął obojętnie ręką.

— Może pan powiedzieć, o co dokładnie chodziło? Wszystko może okazać się ważne — nalegała Sława, uważnie mu się przyglądając.

Mężczyzna westchnął, po czym zaczął mówić:

— Jakby to paniom powiedzieć… Witek był zamieszany w aferę korupcyjną. Co prawda został oczyszczony z zarzutów, ale sprawa ciągnęła się za nim kilka lat.

— A to ciekawe — zauważyła Genowefa, na chwilę odrywając wzrok od notatnika. — Może pan powiedzieć coś więcej na ten temat?

Stanisław Konewka energicznie pokiwał głową.

— Kiedy zakładaliśmy klinikę i ogłosiliśmy przetarg na jej budowę, jeden z potencjalnych wykonawców próbował wpłynąć na wynik, wręczając Witkowi łapówkę. Jak się później okazało ktoś rozpuścił fałszywą plotkę. Opinia publiczna zdążyła zrobić z Witka przestępcę, zanim sąd uznał go za niewinnego i oczyścił z zarzutów. Klinikę pobudowaliśmy w rekordowym tempie, ale zła sława jeszcze długo się za nim ciągnęła… — Skrzywił się, jakby zjadł kwaśne jabłko.

— Pamięta pan nazwisko wykonawcy? — zapytała Sławka, czując, jak przyspiesza jej puls.

— Czy to ważne? To stara sprawa i nie ma nic wspólnego z tym, co się stało. Jak to może się łączyć z zaginięciem zwłok Witka? — bardziej stwierdził, niż zapytał.

— To już nasza sprawa. Potrzebujemy tego nazwiska. Mógłby pan je podać? — Sława była nieugięta.

— Nie muszę sprawdzać, doskonale je pamiętam. Facet nazywał się Marian Gałązka i prowadził firmę budowlaną. Po tej aferze zwinął interes i wyjechał. Nigdy więcej o nim nie słyszałem — Stanisław Konewka rozłożył bezradnie ręce.

— Dobrze, dziękujemy panu za informacje. W razie potrzeby będziemy się kontaktować — oznajmiła Sława, wstając.

— Jestem do dyspozycji. Mam nadzieję, że ciało Witka się odnajdzie. Był porządnym facetem i zasługuje na porządny pogrzeb — odparł chirurg, również wstając i odprowadzając je do wyjścia.

— Oczywiście. Raz jeszcze dziękujemy za poświęcony czas. Do widzenia! — Sława pomachała mu na pożegnanie, a Genia skinęła głową.

Pożegnały się i wyszły z kliniki.

— I co o tym sądzisz? — zapytała Genowefa, wpatrując się w Sławę jak sroka w gnat.

— Że ta sprawa jest dużo ciekawsza, niż nam się na początku wydawało — stwierdziła z przekonaniem seniorka Gwóźdź. — Co chwila dowiadujemy się czegoś nowego o życiu denata. Ciekawe, czy policja zdołała już coś ustalić. Trzeba będzie namówić Basię, żeby porozmawiała z komisarzem. On dosłownie je jej z ręki, więc pójdzie jej gładko jak po lodzie.

— Chyba jak po maśle… — mruknęła Genia. — Co teraz?

— Teraz idziemy odpocząć. Jutro też jest dzień — zdecydowała Sława, spoglądając na zegarek.

— To prawda, czuję się jak koń po westernie — przyznała Genowefa, przeciągając się tak, że aż zatrzeszczały jej kości.

— A ja jak dziki osioł — stwierdziła zgryźliwie Sławka.

Genia parsknęła śmiechem i pokręciła głową, a potem wsiadły do auta.

Rozdział 12

Następnego dnia z samego rana Baśka, po usilnych namowach swoich współpracownic, zwłaszcza babci i Zośki, zadzwoniła do komisarza Kosa i umówiła się z nim na spotkanie, żeby przekazać, co udało im się ustalić w sprawie zaginionych zwłok, a przy okazji wybadać, czy policja ma jakiś trop.

— Wiesz, oni mają lepsze metody, a przede wszystkim mogą przesłuchiwać podejrzanych i badać dowody znalezione na miejscu zdarzenia. My możemy jedynie opierać się na tym, czego udało nam się dowiedzieć, i ewentualnie przekazać te informacje policji — tłumaczyła Genia, podczas gdy jej koleżanka patrzyła się na nią takim wzrokiem, że ciarki przechodziły po plecach.

Wyraźnie nie w smak były jej słowa Genowefy.

Sławka chciała działać. Robić coś, cokolwiek, byleby tylko coś się działo. Nie znosiła marazmu, a tym bardziej ograniczeń i zasad narzucanych przez innych.

Od dwudziestu minut siedziały w biurze detektywistycznym i ustalały dalsze kroki.

Przede wszystkim należało dowiedzieć się, czy policja ma jakiś trop.

A ponadto porozmawiać z kochanką ofiary.

Może ona coś wiedziała…

Baśka postukała długopisem w blat biurka, próbując zwrócić na siebie uwagę.

— Dobrze. Podsumujmy, co wiemy, zanim babcia dostanie kociokwiku — stwierdziła ironicznym tonem.

— A ja myślę, że moje metody nie są wcale takie złe — obruszyła się Sławka, robiąc usta w ciup.

Tego dnia miała na sobie wzorzystą bluzkę, czerwoną spódnicę, fioletowy żakiet i wełniany płaszcz w kolorze masełkowym. Całości dopełniał kapelusz z dużym rondem.

— To się nazywa kontrolowany chaos — dodała, wyciągając z torebki papierośnicę i rozglądając się za popielniczką.

— Kontrolowany przez kogo? — zapytała kąśliwie Genia, mrużąc oczy.

— Nie wiem. Może przez kosmitów? — odparła bez wahania Sława, posyłając jej złośliwy uśmiech.

Genowefa westchnęła ciężko, ale nie odpowiedziała. Nie chciała ciągnąć tematu, wiedząc, że i tak nie przegada Sławy.

— Ustalmy, co wiemy — wtrąciła Baśka, rzucając krytyczne spojrzenie na babcię z papierośnicą w ręku.

Krewna westchnęła głośno i odłożyła ją na biurko.

Bibliotekarka uśmiechnęła się i kontynuowała, skupiając na sobie uwagę pozostałych detektywek:

— Przedwczoraj zwłoki Witolda Wąsa zniknęły z prosektorium. Co oczywiste, same stamtąd nie wyszły, więc ktoś musiał maczać w tym palce — stwierdziła z głębokim przekonaniem.

Zośka jej przytaknęła. Zajrzała do notatek i dodała:

— Jak ustaliłyśmy nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, a nagrania z monitoringu w prosektorium zostały usunięte.

Baśka pokiwała zdecydowanie głową.

— Zgadza się. Tak tylko znów się zastanawiam, po co kraść zwłoki? Im dłużej o tym myślę, tym uważam, że to bez sensu — stwierdziła, drapiąc się po głowie.

— Moim zdaniem, żeby coś ukryć — rzekła z przekonaniem Zośka. — Na przykład przyczynę śmierci, ale o tym już mówiłyśmy wcześniej — przypomniała zerkając do swoich notatek.

Sława uśmiechnęła się krzywo.

— Dokładnie. To teraz zastanówmy się, gdzie można je ukryć. Zwłoki to przecież nie worek ziemniaków. Trzeba je gdzieś trzymać — rzekła w zadumie i postukała palcem w biurko.

— Może w chłodni? — rzuciła żywo Zośka. — No wiecie, takiej w sklepie albo w jakimś zakładzie przetwórstwa.

— Albo w garażu z wielką zamrażarką — podsunęła ochoczo Baśka.

— Albo ktoś ma bardzo dziwne hobby — dodała Sława z przekąsem. — Może to jakiś wariat?

Genia zmarszczyła brwi.

— Nawet jeśli to jakiś szaleniec, to co mógł z nimi zrobić? — zastanawiała się, drapiąc się długopisem po skroni.

— Może mógł je gdzieś zakopać — oznajmiła znienacka Baśka. — Choć teraz jest zimno, więc ziemia jest twarda, ale jeśli miał dobry sprzęt, to mógł je zakopać gdziekolwiek i szukaj wiatru w polu… — mówiąc to, rozłożyła bezradnie ręce.

— Jak zawsze piach w oczy — westchnęła Sławka, upijając łyk herbaty.

— No dobrze. To trzeba jeszcze ustalić jakiś plan działania — oznajmiła bibliotekarka, zerkając do notesu. — Ja spotkam się z komisarzem Kosem. Sprawdzę, co wie policja.

— My z Genią popytamy w prosektorium — zaproponowała Sława Gwóźdź, a na jej twarzy malowała się determinacja. — Przy okazji porozmawiam z Henrykiem. Może coś sobie jeszcze przypomni.

— Trzeba też ustalić, co robi Marietta Żulczyk — wtrąciła Zośka. — Mogę trochę ją poobserwować — zaproponowała, dopijając herbatę.

— Skoro mamy wszystko ustalone, to czas do pracy. Zwłoki same się nie znajdą — zawołała Baśka, a pozostałe detektywki zaczęły zbierać się do wyjścia.

Wyglądało na to, że czekał je kolejny pracowity dzień.

Rozdział 13

Baśka, gdyby mogła, schowałaby się w mysiej dziurze, ale niestety było to niemożliwe.

Wzrok komisarza Kosa przewiercał ją na wylot, sprawiając, że pobladła i zaczęła nerwowo bębnić palcami o blat biurka.

Od dziesięciu minut siedzieli w jego gabinecie, a atmosfera w pomieszczeniu robiła się coraz bardziej napięta.

— Czy może mi to pani jakoś wytłumaczyć? Co pani robiła w mieszkaniu syna Witolda Wąsa? — zapytał ostrym tonem, a jego wzrok mógł ciąć szkło.

Baśka aż się skuliła, a potem wyginając nerwowo palce i za wszelką cenę unikając wzroku policjanta, wyrzuciła z siebie:

— Tak się składa, że byłam z nim porozmawiać. Chciałyśmy ustalić, czy miał motyw i sposobność, żeby pozbyć się ojca.

— I co? Czego się pani dowiedziała? — Marcel Kos starał się zachować spokój, choć gdyby mógł, zamknąłby ją w areszcie za utrudnianie śledztwa.

— A jak pan myśli? — Baśka zmrużyła oczy. — Miał motyw. Ojciec odbił mu dziewczynę!

Komisarz westchnął ciężko, a potem zaglądając do akt sprawy, zapytał:

— Dobrze, rozumiem. A co pani wie na temat żony denata i jego kolegi z kliniki chirurgii plastycznej?

Baśka domyśliła się, że policjant wie o wszystkich działaniach biura detektywistycznego „Złotko i Spółka” i że nic mu nie umknęło.

Nie było sensu dalej zaprzeczać. Lepiej postarać się znaleźć wspólny język i jakoś dojść do porozumienia. Ich współpraca mogła przynieść wiele korzyści.

— Skoro pan wie, to po co pan pyta? — mruknęła, wzruszając ramionami. Gdy nie odpowiedział, dodała: — Może, zamiast się na mnie złościć, połączmy siły i razem znajdźmy rozwiązanie tej sprawy? Mamy kilku podejrzanych, teraz trzeba ustalić, które z nich mogło mieć coś wspólnego ze śmiercią chirurga i wykraść jego zwłoki.

— Jak chce pani to zrobić? Słucham? Co pani proponuje? — Marcel Kos założył ręce na piersi i spojrzał na nią badawczo.

Baśka Złotko zmieszała się i zaczęła nerwowo gryźć dolną wargę, przez co wzrok komisarza zatrzymał się na jej ustach.

Miała wrażenie, że w pomieszczeniu zabrakło tlenu.

Szybko uciekła spojrzeniem i poderwała się z krzesła, niemal je przewracając.

Policjant również wstał i podszedł do niej, nachylając się w jej stronę, aż poczuła zapach jego perfum, od których zakręciło się jej w głowie.

— Czyżby zapomniała pani języka w gębie? — zapytał, świdrując ją wzrokiem.

Bibliotekarka zarumieniła się i zaczęła nerwowo mrugać.

— A kysz! Zniknij, przepadnij maro! — jęknęła, przymykając oczy i zakrywając twarz dłońmi.

— To nic nie pomoże. Nadal tutaj jestem — zaśmiał się komisarz, obserwując jej bezradne próby ukrycia zmieszania, które wywoływała jego bliskość.

— Czy pan ze mnie kpi, panie komisarzu? — Baśka szybko odzyskała rezon. Wzięła się pod boki i spojrzała na niego spod przymrużonych powiek.

— Ależ skąd! — odparł z ironią. — Staram się tylko znaleźć z panią wspólny język. Czy nie o to pani chodziło?

Baśka spojrzała na niego zdziwiona, jakby jej oznajmił, że świnie potrafią latać.

— Czy pan mnie podrywa? — zdołała wykrztusić, czerwieniąc się i gapiąc na niego jak sroka w gnat.

— A jeśli tak, to co? — rzucił, a jego niebieskie oczy przybrały ciemniejszą barwę.

— To nie wiem, co mam powiedzieć… — stwierdziła niepewnie bibliotekarka, skubiąc rękaw płaszcza i przestępując z nogi na nogę. — Prawdę mówiąc zaskoczył mnie pan. Myślałam, że mnie pan nie lubi.

— Cóż nie ukrywam, że działa pani na mnie jak płachta na byka — przyznał ze śmiechem. — Jednak moje osobiste odczucia nie powinny wpływać na przebieg śledztwa, a tak się stanie, jeśli nie zachowamy dystansu.

Baśka zamrugała gwałtownie, starając się zachować zimną krew, co wcale nie było łatwe.

Bliskość komisarza sprawiała, że denerwowała się i traciła rezon.

Nie chciała się rozpraszać. Wiedziała jak ważna była ta sprawa dla ich biura detektywistycznego, a Marcel Kos należał do nielicznych mężczyzn, przy których zapominała języka w gębie albo zaczynała działać pod wpływem impulsu.

— Co więc pan proponuje? — zapytała, wpatrując się uważnie w jego twarz.

Komisarz przez chwilę się zastanawiał, po czym oznajmił zdecydowanym tonem:

— W takim razie zróbmy jak pani proponuje. Będziemy współpracować i przekazywać sobie informacje, ale to my działamy. Pani biuro zajmie się jedynie ustaleniem faktów.

— Dobrze, zgadzam się. Połączmy siły i zobaczmy, dokąd nas to zaprowadzi. — Baśka skinęła głową i uśmiechnęła się, a Marcel odwzajemnił jej uśmiech. — Myślę, że nie pożałuje pan tej decyzji — zapewniła.

Nie była jednak pewna, czy rzeczywiście mogła to obiecać. Starała się robić dobrą minę do złej gry, bo doskonale wiedziała, że ona i jej współpracowniczki najpierw działały, a dopiero potem myślały. A to nie zawsze dobrze się kończyło.

Tym razem będziemy działać ostrożnie, postanowiła.

Rozdział 14

Zośka ustaliła adres Marietty Żulczyk, a następnie zaczaiła się na dziewczynę pod jej domem i rozpoczęła obserwację obiektu, jak to fachowo nazywały detektywki.

Liczyła, że dzięki temu uda się dowiedzieć czegoś więcej o kobiecie, która poróżniła ojca i syna.

Dochodziła trzynasta, gdy wreszcie Marietta wyszła z domu i skierowała się w stronę centrum.

Zośka ruszyła za nią, starając się utrzymywać bezpieczny dystans.

Szła kilkanaście metrów za Mariettą, co jakiś czas zwalniając, by nie wzbudzić jej podejrzeń.

— Ciekawe dokąd idzie… — mruknęła, szczelniej otulając szyję szalikiem i chroniąc się przed lodowatymi podmuchami wiatru.

Po jakichś dziesięciu minutach marszu Marietta weszła do kawiarni. Zośka niewiele myśląc, ruszyła za nią.

Już po chwili znalazła się w środku, gdzie otoczył ją zapach kawy i słodkich wypieków.

Szybko zajęła stolik w niewielkiej odległości od obiektu swoich obserwacji i zamówiła herbatę z imbirem oraz kawałek ciasta marchewkowego.

Marietta Żulczyk siedziała przy stoliku, pochłonięta przeglądaniem czegoś w telefonie. Miała na sobie różowy płaszcz i czarne lateksowe spodnie, a jej wygląd przywodził na myśl lalkę Barbie. Długie platynowe włosy sięgały jej do pasa, a mocny makijaż dopełniał całości.

Ze zniecierpliwieniem machała nogą i zerkała przez okno, obserwując ulicę przed kawiarnią.

Kiedy dziesięć minut później Zośka zajęła się herbatą i ciastem, do Marietty podszedł młody chłopak w czapce z daszkiem i podał jej niewielką kopertę.

Żulczyk odebrała przesyłkę i skinęła głową. Gdy została sama, szybko rozerwała kopertę i zajrzała do środka.

Zośka zauważyła, jak kobieta blednie i zakrywa usta dłonią, a potem nerwowo rozgląda się po kawiarni.

Detektywka pochyliła się nad talerzem, starając się zasłonić twarz włosami. Udawała, że jest całkowicie pochłonięta jedzeniem ciasta.

Na szczęście Marietta nie zatrzymała na niej wzroku dłużej niż na kilka sekund. Tyle samo czasu poświęcając innym klientom kawiarni — starszej pani sączącej herbatę i dwóm nastolatkom oglądającym coś na iPhonie.

Kiedy Zośka znów spojrzała w stronę Żulczyk, ta wpatrywała się w zawartość koperty, takim wzrokiem jakby zobaczyła ducha. Palce drżały jej tak mocno, że ledwo mogła utrzymać list w dłoniach.

Nagle koperta wypadła jej z rąk, a wraz z nią jej zawartość. Marietta pochyliła się, żeby pozbierać rozsypane rzeczy.

Zośka natychmiast zwróciła uwagę na zdjęcie leżące na podłodze, ale z tej odległości nie mogła dostrzec, co się na nim znajduje.

Żulczyk szybko podniosła zdjęcie i schowała je do torebki, a potem nie zawracając sobie głowy kopertą, z obłędem w oczach wybiegła z kawiarni.

Ciekawe, o co chodzi, pomyślała detektywka, czując, jak przyspiesza jej puls. Musimy dowiedzieć się jak najwięcej o tej kobiecie. Może to ona jest kluczem do rozwiązania zagadki.

Rozdział 15

W tym samym czasie Sławka i Genia znajdowały się w drodze do prosektorium.

Ulica, którą jechały, była dosyć ruchliwa, więc Genowefa — wojowniczka szos, kierowała, jakby od tego zależało jej życie.

Za to Sława wyjątkowo gorliwie się modliła, choć z kościołem miała na bakier, ale były takie sytuacje, gdy o tym zapominała…

— Święta Rito patronko spraw beznadziejnych, miej mnie w swojej opiece. Niech stanie się cud i nikt w nas nie wjedzie ani my w nikogo. Najlepiej jakbyśmy mogły się teleportować prosto do kostnicy…

— Może od razu na cmentarz? Nie lepiej? — zakpiła Genia, która miała słuch jak nietoperz.

— To nie jest śmieszne. Jeździsz jak wariatka — Sława nie kryła oburzenia i na moment otworzyła oczy, żeby posłać jej tak lodowate spojrzenie, że mogło zmrozić krew w żyłach.

Niezrażona tym Genowefa, wzruszyła ramionami i znów zajęła się kierowaniem.

— Kocham jazdę autem. Co ty możesz o tym wiedzieć, skoro sama nie masz prawa jazdy? — pokręciła głową, patrząc na nią z przekąsem i zmieniając gwałtownie pas ruchu, przy wtórze kilku klaksonów, od których Sławie serce stanęło w gardle.

— Ja chyba zwariuję! Ty mnie do grobu wciągniesz! — zawołała, wykrzywiając twarz w grymasie przerażenia.

— Oj tam! Przesadzasz jak zawsze. Tyle razy ci mówiłam, że ze mną nic ci się nie stanie, a ty nadal mi nie ufasz. Co z ciebie za koleżanka? — Genia zmarszczyła brwi i dodała gazu, aż silnik zawył.

Sława prychnęła, ściskając różaniec w dłoniach i odwracając twarz w stronę szyby.

— Ty już lepiej nic nie mów, tylko skup się na drodze. Chcę dojechać na miejsce w jednym kawałku — stwierdziła zgryźliwie. — Lepsze to niż być martwa jak trup.

— Wiesz, trup z zasady jest martwy… — wtrąciła Genia, ale Sława popatrzyła na nią tak wymownie, że natychmiast zamilkła.

— Prowadzisz? To prowadź. Ja będę się modlić — rzuciła oschłym tonem. — O święta Rito, święty Krzysztofie miejcie nas w swojej opiece…

Na miejsce dojechały po jakichś dziesięciu minutach.

Genia zaparkowała przed prosektorium i wysiadła, a Sława szybko poszła w jej ślady, choć miała bladą twarz i słaniała się na nogach, ale próbowała udawać, że wszystko jest w porządku.

— Dobrze się czujesz? — zaniepokoiła się Genowefa, łapiąc ją za łokieć, ale Sławka tylko prychnęła i podreptała do wejścia.

W środku przywitał je znajomy chłód i cisza.

Przeszły korytarzem do drzwi z napisem „Henryk Potok, patolog”, a potem weszły do środka.

To, co zobaczyły, sprawiło, że obie zaczęły krzyczeć.

Na podłodze leżał Henryk Potok, a wokół jego głowy rozlewała się plama krwi.

Genia pierwsza otrząsnęła się z szoku i nachyliła nad mężczyzną, by sprawdzić, czy żyje. Wyczuła słaby puls.

— Dzwoń na sto dwanaście. On jeszcze żyje! — rzuciła do Sławki, która wyglądała jak ryba wyrzucona na brzeg. — No, dalej! — ponagliła ją.

Sława ocknęła się i wyciągnęła telefon. Po chwili połączyła się z dyspozytorem, któremu szybko przekazała, co się stało. Usłyszała, że karetka jest już w drodze.

Nie minęło wiele czasu, gdy do prosektorium weszli ratownicy. Na widok nieprzytomnego mężczyzny leżącego na podłodze natychmiast przystąpili do działania.

— Proszę się odsunąć — powiedział jeden z nich, wysoki brunet w okularach.

— To mój narzeczony — rzuciła Sława piskliwym tonem. — Nie zostawię go!

Genia widząc, co się dzieje, wzięła ją pod ramię i odprowadziła na bezpieczną odległość.

— Uspokój się. Henrykowi nic nie będzie — próbowała ją pocieszyć.

— A ty skąd możesz to wiedzieć? Jesteś jasnowidzką? — zakpiła Sława, poprawiając kapelusz, który zsunął się jej na oczy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.33
drukowana A5
za 62.3