Od Autora
Ta książka nie jest opowieścią o jednym bohaterze. To zbiór wielu ludzkich losów, złożonych w jedną postać, byś mógł doświadczyć wojny tak, jak mogli jej doświadczać ci, których życie w jednej chwili zostało rozdeptane. Ślązacy tamtego czasu nie mieli jednej historii, jednego charakteru ani jednej drogi — każdy z nich niósł własne lęki, przekonania i sposób rozumienia świata.
Nie jest to również opowieść o bohaterach. To raczej historia ludzi, których wojna postawiła przed wyborami tak trudnymi, że do dziś nie wolno ich oceniać pochopnie. Historia nie jest czarno-biała i nie daje prostych odpowiedzi. Każdy los wymaga indywidualnego spojrzenia, bo w chwili, gdy w grę wchodzi życie — zwłaszcza życie najbliższych — żaden wybór nie jest oczywisty.
Pisząc tę książkę, chciałem przypomnieć, że za wielkimi wydarzeniami stoją zwykli ludzie. Tacy, którzy często nie mieli wpływu na własny los. Jeśli podczas lektury choć przez moment poczujesz ich strach, nadzieję lub zawahanie, będzie to znak, że ta historia spełniła swoje zadanie.
Wstęp
Janek Krawczyk
Nie wiem, kiedy dokładnie świat zaczął się zmieniać. Może wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyłem niemieckich żołnierzy maszerujących przez wieś. Może wtedy, gdy matka zaczęła zamykać drzwi na klucz, nawet w środku dnia.
Wojna przyszła cicho, jak złodziej w nocy. Ślady jej obecności były wszędzie — w oczach ludzi, na pustych półkach sklepowych, w powietrzu, które pachniało strachem.
Miałem wtedy siedemnaście lat. Wciąż pomagałem matce w gospodarstwie. Ojca już nie było — zginął kilka lat wcześniej w wypadku w kopalni, więc zostałem najstarszym mężczyzną w domu. Nie czułem się jednak dorosły.
Franek, mój młodszy brat, miał dziewięć lat i wierzył, że wojna to coś, co dzieje się daleko. Patrzyłem na niego i zazdrościłem mu tej dziecięcej naiwności.
Dni mijały podobnie. Rano szedłem do pracy u bauera — za pomoc przy zwierzętach dostawałem pół bochenka chleba i litr mleka. Po południu wracałem do domu, gdzie matka czekała z miską zupy i zmęczonym uśmiechem.
Franek biegał po podwórku, udając pilota i krzycząc: „Luftwaffe!” — a matka uciszała go nerwowym gestem, bojąc się, że ktoś to usłyszy.
Wieczorami siadaliśmy przy piecu i słuchaliśmy radia. Niemieckie komunikaty mieszały się z cichymi westchnieniami matki.
— Janek, musisz być ostrożny — powtarzała, jakby te słowa mogły mnie ocalić.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wojna odbierze nam wszystko.
To był czas, gdy wciąż cieszyłem się smakiem świeżego chleba, zapachem ziemi po deszczu i śmiechem Franka. Nie przeczuwałem jeszcze, że to ostatnie chwile spokoju. Jak liście na drzewie przed zimą — piękne, lecz skazane na zniknięcie.
Rozdział 1
Nowa rzeczywistość (marzec 1941)
Pukanie do drzwi było ostre, niemal agresywne. W ciszy naszego małego domu brzmiało jak wystrzał. Matka spojrzała na mnie z przerażeniem, a Franek zamarł nad kartką, wbijając we mnie ciemne, szeroko otwarte oczy.
Nie musieliśmy nic mówić. Wszyscy rozumieliśmy, co oznacza to pukanie. Od tygodni krążyły plotki, że Niemcy będą zabierać chłopaków z naszej śląskiej wsi jednego po drugim. „Do Wehrmachtu” — szeptano z przerażeniem. Nikt nie wiedział, kiedy przyjdzie jego kolej. Teraz przyszła moja.
— Janek, nie otwieraj — wyszeptała matka, chwytając mnie za rękę. Jej lodowate palce drżały. — Może pójdą dalej. Może zapukają do Kubiszów…
Pukanie zmieniło się w łomot. Franek skulił się na krześle, a ołówek upadł na podłogę. Matka ścisnęła moją rękę mocniej, jakby chciała mnie powstrzymać, ale wiedziałem, że jeśli nie otworzę, wejdą siłą. Widziałem to już u sąsiadów: drzwi wyważone, krzyki, a potem cisza. Nie mogłem na to pozwolić.
— Muszę — odparłem cicho, wysuwając dłoń z jej uścisku. Spojrzałem jej w oczy, błyszczące od łez. — Jeśli nie otworzę, zrobią coś gorszego.
— Janek… — zaczęła, ale nie dokończyła.
Podszedłem do drzwi, serce waliło jak młot. Każdy krok wydawał się ważyć tonę. Wziąłem głęboki oddech i otworzyłem.
Dwóch niemieckich żołnierzy stało na progu. Jeden z nich, wysoki i szeroki w barach, miał na sobie idealnie dopasowany mundur, który lśnił w porannym słońcu. Jego twarz była bez wyrazu. Drugi, młodszy, trzymał karabin, jakby czekał na pretekst, żeby go użyć. Ich obecność wypełniła cały dom, jakby zabrali ze sobą chłód z zewnątrz.
— Jan Krawczyk? — zapytał ten wyższy, zaciągając niemieckim akcentem. Jego głos był zimny, jakby wypowiadane słowa nie należały do człowieka, lecz do bezdusznej maszyny.
— Tak — odrzekłem, próbując brzmieć pewnie.
— Masz pięć minut, żeby się spakować — oznajmił, a jego słowa brzmiały jak wyrok. — Wehrmacht cię wzywa.
Matka rzuciła się do przodu, chwytając mnie za ramiona, jakby chciała mnie zasłonić własnym ciałem.
— On jest tylko dzieckiem! — krzyknęła, patrząc na Niemców z desperacją w oczach. — Ma dopiero siedemnaście lat! Nie możecie go zabrać!
Żołnierz zerknął na nią bez emocji, jakby jej słowa były tylko irytującym szumem.
— Jeśli nie pójdzie, zabierzemy całą rodzinę — rzucił spokojnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Matka zamilkła, jej ramiona opadły, a ja patrzyłem, jak jej oczy wypełniały się łzami. Franek podszedł do niej i złapał ją za rękę. Patrzył na mnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.
— Janek… — wyszeptał tak cicho, że ledwie to usłyszałem.
Nie mogłem na niego patrzeć — za bardzo bolało. Odwróciłem wzrok i zacząłem zbierać swoje rzeczy. Ale co miałem zabrać? Kilka ubrań? Zdjęcie ojca? Nie wiedziałem, co mnie czeka. Wiedziałem tylko, że muszę iść. Wziąłem małą torbę, do której wrzuciłem to, co miałem pod ręką: koszulę, spodnie, kilka kromek chleba zawiniętych w szmatę. Matka podała mi sweter, który sama zrobiła na drutach.
— Żebyś nie zmarzł — szepnęła, a jej głos załamał się na ostatnim słowie.
Gdy byłem gotowy, poprowadzili mnie do ciężarówki stojącej na końcu naszej drogi. W środku siedziało już kilku chłopaków z naszej wsi. Niektórzy patrzyli przed siebie, jakby byli w transie, inni ukrywali twarz w dłoniach, wszyscy milczeli. Usiadłem na ławce obok jednego z nich. Był blady, ręce mu się trzęsły. Próbowałem coś powiedzieć, ale słowa utknęły mi w gardle. Czułem, jak ciężar tej nowej rzeczywistości przygniata mnie coraz bardziej.
Ciężarówka ruszyła, a ja patrzyłem przez małe, zakratowane okno na naszą wieś, na matkę i Franka stojących w progu domu. Matka płakała, a Franek machał mi ręką, jakby chciał powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. W tej chwili jeszcze nie pojmowałem, że widzę ich po raz ostatni.
Na każdym wyboju szarpało, a ja czułem, jak moje ciało podskakuje na twardej, drewnianej ławce. Powietrze w środku było ciężkie, przesycone zapachem wilgoci, potu i czegoś jeszcze — może strachu.
Nikt się nie odzywał. Siedzieliśmy w milczeniu, jak gdyby każde słowo mogło sprowadzić na nas jeszcze większe nieszczęście. Patrzyłem przez okno na mijane pola i lasy. Wszystko wydawało się takie samo — drzewa kołysały się na wietrze, wiosenne słońce oświetlało błotniste drogi. A jednak miałem wrażenie, że nic już nie będzie takie samo. Każdy kilometr oddalał mnie od domu, od matki, od Franka. Czułem, jakby ktoś wyrwał mnie z mojego życia i wrzucił w coś obcego, czego nie rozumiałem.
Obok mnie siedział chłopak, którego twarz wydawała mi się znajoma. Może widziałem go kiedyś na targu, a może w kościele. Nerwowo obracał w palcach kawałek materiału — może chustkę, a może fragment koszuli.
— Jak masz na imię? — zapytałem cicho.
Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jakby zapomniał, że nie jest sam.
— Wojtek — wydusił po chwili ledwie słyszalnie. — Wojtek Wozik.
— Janek — przedstawiłem się.
Skinął głową, ale nie powiedział nic więcej. Miał w oczach ten sam strach, który i we mnie siedział.
Nie wiedziałem, co jeszcze mogę powiedzieć, więc zamilkłem.
W rogu pojazdu siedział inny chłopak, starszy ode mnie, może dwudziestoletni. Jego twarz była nieruchoma, jakby wszystko, co się działo, nie robiło na nim żadnego wrażenia. Patrzył na nas z góry, jakby chciał powiedzieć: „Nie bądźcie tacy słabi”. Biło od niego coś innego — zmęczenie, a może niepewność. Może już przeszedł przez to, co nas dopiero czekało.
Nagle zahamowaliśmy i wszyscy podskoczyliśmy na ławkach. Kierowca krzyknął coś po niemiecku, a jeden z żołnierzy siedzących z przodu odwrócił się do nas.
— Cisza! — rzucił po polsku, ale z wyraźnym niemieckim akcentem.
Nikt się nie odezwał. Po chwili ruszyliśmy dalej.
Słychać było tylko odgłos silnika i szum wiatru. Droga wiła się, a każdy zakręt wydawał się trwać wieczność. Czas stracił znaczenie — nie miałem pewności, ile już jedziemy. Godzinę? Dwie? Może więcej.
Każda minuta ciągnęła się w nieskończoność, a napięcie we mnie rosło. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na małej polanie otoczonej lasem. Padł rozkaz: wysiadać. Było zimno, a wiatr smagał nasze twarze. Jeden z Niemców wskazał na rów przy drodze.
— Tam! — rozkazał, wskazując lufą karabinu.
Nie wiedzieliśmy, co robić. Czy to tutaj nas zabiją? Czy to koniec? Patrzyliśmy po sobie, szukając odpowiedzi, ale nikt jej nie miał.
— Naprzód! — krzyknął żołnierz, a jego rozkaz przeciął powietrze jak bat.
Ruszyliśmy w stronę rowu, gdzie nakazano nam uklęknąć. Czułem, jak ziemia pod moimi kolanami jest zimna i wilgotna. Serce dudniło mi w piersi, a oddech przyspieszył. W głowie miałem tylko jedną myśl: „To już koniec”.
Ale nic się nie stało. Stali za nami, rozmawiając między sobą po niemiecku. Nie rozumiałem wszystkiego, ale wyłapałem kilka słów: „paliwo”, „przerwa”, „kontrola”. Po kilku minutach kazali nam wstać i wrócić do samochodu. To był tylko postój, ale w mojej głowie coś się zmieniło. Uświadomiłem sobie, że nasze życie nie zależy już od nas. Byliśmy tylko pionkami w ich grze.
Po chwili znów byliśmy w drodze — nikt się nie odezwał. Wojtek siedział obok mnie, wciąż obracając w palcach kawałek materiału. Starszy chłopak w rogu wpatrywał się przez okno, jakby szukał czegoś, czego nie mógł znaleźć. A ja? Utkwiłem wzrok w dłoniach, próbując nie myśleć o tym, co nas czeka.
W końcu się zatrzymaliśmy. Silnik zgasł, a w kabinie zapadła cisza, przerywana tylko naszym przyspieszonym oddechem. Niemiec siedzący z przodu odwrócił się do nas i machnął ręką.
— Wysiadać! — ryknął, a jego komenda odbiła się echem w mojej głowie.
Zeskoczyłem na ziemię, nogi ugięły się pod ciężarem strachu i zmęczenia. Powietrze cięło chłodem, pachniało wilgocią oraz dymem. Rozejrzałem się wokół. Staliśmy na dużym, otwartym placu, otoczonym drewnianymi barakami.
W oddali widziałem ogrodzenie z metalowej siatki i ceglanego muru, a za nim las, który wydawał się jedyną pozorną drogą ucieczki. Wiedziałem jednak, że to tylko iluzja — nikt stąd nie zdołałby uciec.
Padła komenda, by ustawić się w szeregu. Staliśmy skuleni, próbując ukryć się przed zimnym wiatrem, który smagał nasze twarze. Jeden z Niemców, wysoki i szczupły, z ledwie widocznym wąsikiem, zaczął przechadzać się przed nami. Jego buty uderzały o ziemię z rytmicznym stukotem przypominającym tykanie zegara.
— Witamy w obozie szkoleniowym Wehrmachtu — oznajmił łamaną polszczyzną. — Od dziś jesteście rekrutami Wehrmachtu. Nie interesuje mnie, kim byliście wcześniej. Wasze życie, wasze rodziny, wasze przekonania… To wszystko nie ma już znaczenia. Teraz należycie do Rzeszy.
Jego słowa wbijały się we mnie jak sztylety. „Należycie do Rzeszy”. Jak mogłem należeć do czegoś, czego nienawidziłem? Stałem tam, zaciśnięty w sobie, próbując nie pokazać, jak bardzo się boję.
— Najmniejszy błąd będzie karany — kontynuował, zatrzymując się na środku placu. — Za nieposłuszeństwo grozi wam bezwzględna kara. Jeśli chcecie przeżyć, lepiej nauczcie się słuchać.
Przeszedł wzdłuż szeregu, patrząc każdemu z nas w oczy. Gdy dotarł do mnie, zatrzymał się na chwilę. Jego spojrzenie było zimne, przenikliwe, jakby próbował zajrzeć w głąb mojej duszy.
— Imię? — zapytał, unosząc brew.
— Jan Krawczyk — odparłem, walcząc, by zabrzmiało to stanowczo. Nie wyszło — głos zadrżał.
— Głośniej! — huknął, a jego rozkaz odbił się echem po placu.
— Jan Krawczyk! — powtórzyłem, tym razem głośniej, ale czułem, jak moje gardło się zaciska.
Skinął głową, jakby uznał mnie za wystarczająco posłusznego i przeszedł dalej. Wtedy zrozumiałem, że nie jestem już sobą — byłem tylko numerem, jednym z wielu.
Zaprowadzili nas do baraku, który miał być naszym nowym „domem”. W środku było zimno i ciemno. Prycze ustawione w dwóch rzędach wyglądały, jakby miały się zaraz rozpaść. Podłoga była brudna, a dookoła unosił się zapach potu i wilgoci. Każdy z nas dostał miejsce do spania — kawałek cienkiego materaca i koc, który bardziej przypominał szmatę.
Usiadłem na swoim posłaniu, próbując uspokoić ręce. Wojtek usiadł obok, na sąsiedniej pryczy. Wyglądał na jeszcze bardziej przerażonego niż wcześniej.
— Myślisz, że nas zabiją? — zapytał cicho, jakby bał się, że ktoś usłyszy.
— Nie wiem — mruknąłem, wpatrując się w podłogę. — Może.
Nie miałem siły go pocieszać. Sam potrzebowałem pocieszenia, ale nikt nie mógł mi go dać.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wszedł młody Niemiec w mundurze. Miał jasne włosy i pewność siebie, której nam brakowało.
— Wstać! — padła komenda, ostra jak nóż.
Wszyscy zerwaliśmy się na nogi, zdezorientowani i przerażeni. Niemiec przemaszerował wzdłuż szeregu, mierząc nas obojętnym, twardym wzrokiem.
— Jestem waszym instruktorem — powiedział po niemiecku, a potem powtórzył po polsku. — Nazywam się Unteroffizier Scholz. Od dziś jestem waszym bogiem. Zrozumiano?!
— Tak jest! — odpowiedzieliśmy chórem, choć nasze głosy były słabe i drżące.
Scholz uśmiechnął się lekko, ale w oczach nie było ani krzty życzliwości. Miałem przeczucie, że nie będzie dla nas litości.
Wieczorem, gdy próbowałem ułożyć się do snu, usłyszałem cichy szept.
— Janek, tak? — zapytał ktoś z łóżka obok.
Odwróciłem głowę i zobaczyłem chłopaka z jasnymi włosami. To był ten z ciężarówki, jedyny, który wyglądał na pewnego siebie. Miał szczery, choć niepokojący uśmiech, a w oczach czaiło się coś trudnego do odczytania — może ciekawość, a może zachwyt.
— Gerard Schmidt — przedstawił się. — Też ze Śląska.
Popatrzyłem na niego, zaskoczony. Nie wiedziałem, co powiedzieć. W końcu skinąłem głową.
— Janek — odpowiedziałem. — Krawczyk.
Gerard uśmiechnął się szerzej.
— Trzymaj się mnie — rzucił. — Tu trzeba wiedzieć, jak pozostać przy życiu.
Nie odpowiedziałem. Nie byłem pewien, czy mogę mu zaufać, ale w jego zachowaniu nie widziałem pogardy — tylko coś, co przypominało… nadzieję.
Następnego dnia pobudka nadeszła wcześniej, niż się spodziewałem. Ledwo zdążyłem zamknąć oczy, gdy do izby wpadł jeden z niemieckich żołnierzy, waląc pałką w metalowe wiadro. Hałas był ogłuszający.
— Wstawać! — wrzasnął po niemiecku. — Wstawać, leniwe świnie!
Poderwaliśmy się na równe nogi. W środku zapanował chaos — wszyscy próbowali szybko założyć buty, zwinąć koce, ustawić się w szeregu. Jeden z młodszych chłopaków, może szesnastoletni, przewrócił się, próbując wciągnąć spodnie. Żołnierz podszedł do niego i kopnął go.
— Szybciej! — warknął, a chłopak, trzymając się za żebra, dźwignął się i stanął w szeregu.
Gerard, który stał obok mnie, szepnął cicho:
— Nie patrz na nich. Rób swoje. Im mniej się wychylasz, tym lepiej.
Skinąłem głową, choć narastał we mnie gniew. Tutaj nie było miejsca na sprzeciw — nawet jeśli chłopak miał dopiero szesnaście lat. Wiedziałem, że jego również zabrano do Wehrmachtu wbrew prawu — Niemcy potrafili obejść własne przepisy: jednym podpisem rodzica „robili” z niego pełnoletniego. Teraz stał tu, bark w bark ze starszymi mężczyznami, a jego twarz zdradzała, że wciąż jest tylko przestraszonym chłopcem.
Pierwsze dni były koszmarem. Pobudka przychodziła przed świtem — zanim cokolwiek zdążyło znów wyglądać normalnie. Krzyki oficerów wdzierały się nam do uszu, wyrywając ze snu. Musztra i biegi z ciężkimi plecakami, które wbijały się w ramiona, były naszą codziennością.
Każdy błąd, każde opóźnienie było surowo karane, a kary bywały tak brutalne, że zapadały w pamięć na zawsze.
Raz widziałem, jak jeden z chłopaków — Franz — nie zdążył na czas zapiąć pasa. Dowódca podszedł do niego powoli, z kamiennym wyrazem twarzy, który mroził krew w żyłach.
— Na ziemię! — warknął, a chłopak, choć wyraźnie przerażony, posłusznie klęknął.
— Czołgać się! — rozkazał, wskazując na błotnisty plac.
Franz spojrzał na nas, jakby szukał pomocy, ale nikt się nie poruszył. Wszyscy staliśmy w szeregu, zbyt przerażeni, by choćby drgnąć. Zaczął się czołgać, a oficer szedł za nim, kopiąc go raz po raz w bok.
— Szybciej, ty świnio! — krzyczał.
Czołgał się przez godzinę. Jego ręce i kolana były pokryte błotem i krwią. Widziałem, jak drżał z bólu i zmęczenia, ale nikt z nas nie odważył się mu pomóc. Oficer stał nad nim jak kat, z surowym uśmiechem na twarzy.
— Słabi tu nie przetrwają — szepnął Gerard.
Spojrzałem na niego, ale nic nie powiedziałem.
Wydawał się pewny siebie, jakby to wszystko nie robiło na nim wrażenia. Był szybki, sprawny, zawsze pierwszy w szeregu. Oficerowie go doceniali, a inni spoglądali na niego z zazdrością.
Ja robiłem wszystko, byle przeżyć. Nie więcej, nie mniej. Starałem się być niewidzialny. Wykonywałem rozkazy, nie wychylałem się. Nie chciałem zwracać na siebie uwagi, jednak pewnego dnia to nie wystarczyło.
Podczas jednej z musztr dostałem rozkaz wykonania serii ćwiczeń — bieg, czołganie, szybkie wstawanie i padanie na ziemię. Byłem wyczerpany, a moje ciało odmawiało posłuszeństwa. W pewnym momencie poderwałem się zbyt wolno. Oficer zauważył.
— Ty! — huknął, wskazując na mnie. — Baczność!
Wyprostowałem się, próbując złapać oddech. Podszedł bliżej — poczułem jego oddech na twarzy.
— Nie potrafisz wykonać prostego rozkazu? — warknął.
— Przepraszam, Herr Offizier — odpowiedziałem, trzęsąc się ze strachu.
— Przeprosiny nie wystarczą! — wrzasnął. — Całą noc będziesz stać na baczność przed barakiem. Nie ruszysz się. Zrozumiano?
Przytaknąłem, choć miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Tego wieczoru, gdy wszyscy wrócili do baraków, ja zostałem na zewnątrz. Stałem na baczność, próbując ignorować zimno, przenikające do kości.
Noc była długa, a nogi coraz bardziej odmawiały posłuszeństwa.
W pewnym momencie Gerard podszedł do mnie, trzymając w ręku kawałek chleba.
— Trzymaj — powiedział cicho, wciskając mi go do ręki.
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem.
— Dlaczego? — zapytałem.
— Bo nie wszyscy tu muszą być potworami — odpowiedział, po czym odwrócił się i wrócił do środka.
Tamtej nocy, stojąc w ciemności, pomyślałem, że Schmidt był inny, niż się spodziewałem. Pewny siebie i silny, a mimo to wciąż ludzki. Zastanawiałem się, czy stanie się moim przyjacielem, czy wrogiem.
Nastał kolejny wieczór — kolejny z wielu, jakie tu spędziłem. Było cicho, wręcz nienaturalnie cicho. W środku panował półmrok, a jedynym źródłem światła była słaba żarówka zwisająca z sufitu. Większość leżała na pryczach, zbyt zmęczona, by rozmawiać, i zbyt niespokojna, by zasnąć. Czułem ciężar dnia na barkach: ból mięśni, zimno, głód.
Siedziałem, wpatrując się w podłogę, gdy Gerard przysiadł obok mnie. Nawet nie zauważyłem, kiedy podszedł. Trzymał w rękach suchary, wyjęte z kieszeni.
— Chcesz? — zapytał, wyciągając jednego suchara w moją stronę.
Spojrzałem na niego, zaskoczony. W tym miejscu, gdzie walczyliśmy tylko o siebie, a życzliwość była rzadkością, jego gest wydawał się nieprawdopodobny.
— Dzięki — mruknąłem, biorąc suchar. Był twardy i suchy, ale z głodu smakował jak najlepsze danie.
Gerard uśmiechnął się lekko, opierając się o pryczę.
— Wiesz, że nie wytrzymasz tutaj, jeśli będziesz taki cichy — powiedział nagle, patrząc na mnie z boku.
Zmarszczyłem brwi, nie do końca rozumiejąc, co miał na myśli.
— Co masz na myśli? — zapytałem, starając się opanować głos.
Wzruszył ramionami, jakby mówił o czymś oczywistym.
— Oni… — zaczął. — Lubią takich jak ty. Cichych, przestraszonych. Lubią łamać ludzi, patrzeć, jak się kruszą.
Jego słowa uderzyły mnie mocniej, niż chciałem przyznać.
— Musisz pokazać, że jesteś silny — dodał. — Nawet jeśli nie jesteś. Udawaj, że nic cię nie rusza, że to wszystko to dla ciebie nic. Wtedy dadzą ci spokój.
Popatrzyłem na niego. Był spokojny, aż nazbyt spokojny, jakby to, o czym mówił, było czymś zupełnie normalnym.
— A ty? — zapytałem cicho. — Udajesz?
Gerard uśmiechnął się, ale ten uśmiech był gorzki, pozbawiony radości.
— Każdy tu coś udaje, Janek — odparł. — To jedyny sposób, żeby przetrwać.
Nie odpowiedziałem. Może miał rację, ale ja nie potrafiłem udawać. Nie potrafiłem być kimś innym.
W miejscu, gdzie wszystko było fałszem, gdzie ludzie stawali się cieniami samych siebie, ja wciąż kurczowo trzymałem się tego, kim byłem. Gerard wstał, wyciągając się jak kot.
— Pamiętaj, co ci powiedziałem — rzucił, zanim odszedł.
Zostałem sam, z sucharem w ręku i myślami, które nie dawały mi spokoju. Może miał rację, że udawanie było jedynym sposobem, by przetrwać. Tyle że ja nie byłem jak on. Nie byłem silny, nie byłem pewny siebie. Byłem tylko chłopakiem, który chciał przeżyć kolejny dzień.
W baraku zapadła cisza, przerywana jedynie oddechami pozostałych. Wciąż siedziałem, wpatrując się w ciemność, zastanawiając się, ile jeszcze dni piekła przede mną.
Każdego dnia musztra stawała się coraz bardziej mordercza. Oficerowie wyciskali z nas ostatnie siły, jakby chcieli sprawdzić, ile możemy znieść, zanim pękniemy. Byliśmy jak glina w ich rękach. Mieli nas ukształtować, ale najpierw musieli nas złamać.
Pewnego ranka ustawiono nas w szeregu na strzelnicy. Przed sobą mieliśmy tarcze; były szare, nijakie, każda z czarnym punktem pośrodku, jakby z nas drwiła. W rękach trzymaliśmy karabiny. Były ciężkie i zimne, a metal wydawał się wręcz wrogi. To był pierwszy raz, gdy trzymałem broń. Czułem, jak dłonie odmawiają posłuszeństwa, gdy próbowałem ją unieść. Palce ślizgały się po spuście, a kolba była zbyt duża, zbyt obca.
— Celować! — rozległ się rozkaz.
Podniosłem karabin i spróbowałem go ustawić. Broń była ciężka, a moje ramiona bolały od porannych ćwiczeń. Próbowałem skupić wzrok na tarczy, ale pot spływał mi po skroniach, szczypiąc w oczy.
— Strzelać!
Pociągnąłem za spust. Huk był ogłuszający, a odrzut niemal wyrwał mi broń z rąk. Kolba wbiła mi się w ramię — ostry ból przeszył bark. Spojrzałem na tarczę, mój strzał minął ją o kilka dobrych centymetrów. Oficer, który nas obserwował, podszedł do mnie szybkim krokiem. Był wysoki, z ostrymi rysami twarzy i przeszywającym spojrzeniem.
— Co to ma być?! — wrzasnął, uderzając mnie otwartą dłonią w ramię. — Mocniej! Masz być żołnierzem, nie dzieckiem!
Zacisnąłem zęby, próbując nie pokazać bólu. Wszyscy wokół patrzyli na mnie. Czułem ich spojrzenia, jak oceniają każdy mój ruch.
— Jeszcze raz! — rozkazał, stając tuż za mną.
Podniosłem karabin, starając się ignorować ból w ramieniu. Dłonie wciąż mi się trzęsły, ale tym razem zmusiłem się do skupienia. Wziąłem głęboki oddech i wycelowałem w tarczę.
— Strzelaj!
Pociągnąłem za spust. Huk znów wypełnił powietrze, ale tym razem odrzut nie był tak silny. Spojrzałem na tarczę — trafiłem. Daleko od środka, ale trafiłem.
Oficer spojrzał na wynik i skinął głową.
— Następnym razem traf lepiej — mruknął pogardliwie.
To był mały sukces, ale w tym miejscu wydawał się ogromny. Czułem, jak napięcie w moim ciele powoli opada.
Gerard, który stał niedaleko, uśmiechnął się lekko.
— Nieźle, Janek — rzucił cicho.
Nie odpowiedziałem. Czułem, że to był dopiero początek. Strzelanie było tylko jednym z wielu testów, które mieliśmy przejść. Tego dnia przez moment poczułem, że może dam radę, może uda mi się ujść z życiem.
Wieczorem Gerard podszedł do mnie z uśmiechem.
— Nieźle sobie radzisz — powiedział, klepiąc mnie po ramieniu.
— Chyba żartujesz — odpowiedziałem, próbując się uśmiechnąć. — Ledwo trafiłem w tarczę.
— Ale trafiłeś — odparł. — A to znaczy, że masz szansę. Tutaj nie chodzi o to, żeby być najlepszym. Chodzi o to, żeby przetrwać.
Jego słowa zapadły mi w pamięć. Przetrwać — tylko to się liczyło.
Pewnej nocy, gdy wszyscy już spali, obudził mnie cichy szelest. Otworzyłem oczy i zobaczyłem Wojtka, który siedział na swojej pryczy, trzymając głowę w dłoniach. Wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.
— Wojtek? — szepnąłem, żeby nie obudzić reszty. — Co się dzieje?
Spojrzał na mnie, a w jego oczach dostrzegłem czysty strach.
— Nie dam rady, Janek — wyszeptał. — Nie wytrzymam tutaj. Oni mnie zabiją.
Chciałem coś powiedzieć, coś, co by go pocieszyło, ale nie miałem pojęcia, co. Sam czułem się tak samo. W końcu położyłem rękę na jego ramieniu.
— Damy radę — powiedziałem, choć wcale nie byłem tego pewien. — Musimy.
Wojtek skinął głową, ale jego oczy wciąż były pełne łez. Nie każdy z nas przeżyje to miejsce. Musiałem wierzyć, że dam radę, że powrócę do domu, do matki i Franka.
Dni w obozie zlewały się w jedno. Pobudka, musztra, ćwiczenia, krzyki oficerów. Każdy dzień był taki sam, a jednak wydawał się gorszy od poprzedniego. Oficerowie znajdowali coraz to nowe sposoby, aby nas upokorzyć i zmusić do posłuszeństwa.
Pewnego dnia kazali nam biegać z workami piasku na plecach. Plac był błotnisty, a deszcz nie przestawał padać od rana. Każdy krok to była walka. Każdy oddech bolał. Worki wbijały się w nasze ramiona, jakby chciały nas zmiażdżyć. Wojtek biegł przede mną. Widziałem, jak jego kroki stają się coraz bardziej chwiejne, a nogi dygocą z wysiłku. Był blady, a jego oddech stawał się coraz płytszy. W pewnym momencie potknął się i upadł twarzą w błoto. Worek piasku przygwoździł go do ziemi. Oficer podszedł do niego szybkim krokiem. Jego buty chlupotały w błocie, a twarz wykrzywiła się w pogardzie.
— Wstawaj, ty leniwa świnio! — wrzasnął po niemiecku, nachylając się nad Wojtkiem.
Wojtek próbował się podnieść. Jego ręce ślizgały się w błocie, a ciało nie reagowało.
— Wstawaj, powiedziałem! — ryknął oficer, unosząc karabin, gotów uderzyć kolbą.
— Proszę przestać — odezwał się spokojnie, ale stanowczo Gerard, rzucając worek na ziemię.
Wszyscy zamarliśmy. Gerard patrzył na oficera.
— On nie da rady — powiedział, wskazując na Wojtka. — Jest wycieńczony, musi odpocząć.
Oficer spojrzał na Gerarda, a jego twarz wykrzywił wściekły grymas.
— Nie da rady? — powtórzył, jakby nie mógł uwierzyć, że ktoś odważył się do niego odezwać. — Ta polska świnia miała szansę, ale jej nie doceniła.
Wyciągnął pistolet.
— Nie! — krzyknął Gerard, robiąc krok do przodu.
Ale było już za późno, padł strzał. Wojtek osunął się w błoto i znieruchomiał. Deszcz wciąż padał, mieszając się z krwią, która powoli rozlewała się po ziemi.
Oficer spojrzał na nas, jakby sprawdzał, czy ktoś inny odważy się odezwać.
— Rzesza nie potrzebuje słabych ludzi — powiedział chłodno, jakby właśnie wyrzucił śmieci, a nie zastrzelił człowieka.
Staliśmy w ciszy, oszołomieni. Deszcz bębnił o nasze głowy, a buty grzęzły w błocie, ale nikt się nie ruszył.
— Ty! — wskazał na Gerarda. — Na ziemię! Czołgać się!
Gerard patrzył na niego z zimnym spokojem, który mnie przeraził. Pomyślałem, że jeśli nie posłucha, skończy tak samo jak Wojtek.
— Powiedziałem: na ziemię! — krzyknął oficer, podchodząc bliżej.
Gerard w końcu spuścił wzrok i klęknął w błocie. Zaczął czołgać się po placu, a oficer szedł za nim, krzycząc i raz po raz kopiąc go w plecy. Czułem, że powinienem zareagować, ale strach trzymał mnie w miejscu. Wiedziałem, że gdybym tylko się odezwał, skończyłbym dokładnie tak samo.
Kiedy w końcu pozwolono nam wrócić do baraku, Gerard ledwo trzymał się na nogach. Jego ubrania były przemoczone i pokryte błotem, a twarz blada, jakby zaraz miał zemdleć. Pomogłem mu dojść do pryczy.
— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytałem cicho, siadając obok.
— Bo ktoś musiał — odpowiedział, nie podnosząc wzroku. — Jeśli pozwolisz im na wszystko, to cię zniszczą.
Spojrzał na mnie, a jego oczy były pełne bólu i gniewu.
— Teraz rozumiesz? — zapytał. — Rozumiesz, co miałem na myśli, kiedy mówiłem, że musisz być silny? Widziałeś, jak kończą słabi.
Nie odpowiedziałem. Może miał rację. Może musiałem się zmienić, jeśli chciałem zachować życie. Jednak w tamtej chwili czułem tylko strach.
Wieczorami, gdy zapadała cisza, wszystko stawało się trudniejsze. W ciągu dnia krzyki oficerów, huk wystrzałów i ból mięśni zagłuszały myśli, ale noce były inne. Cisza otulała nas jak ciężki koc, zmuszając do zmierzenia się z tym, co mieliśmy w głowach — ze strachem, samotnością i tęsknotą. Leżałem na pryczy, wpatrując się w sufit, którego deski były popękane i wilgotne od deszczu. Próbowałem przypomnieć sobie twarz matki, jej ciepły uśmiech, gdy pochylała się nade mną, poprawiając koc. W pamięci ożył śmiech Franka, jego dziecięca radość, gdy biegaliśmy po polach za domem. Przez chwilę wydawało mi się, że czuję zapach chleba, który matka piekła w piecu — aromat wypełniał całą kuchnię i sprawiał, że czułem się bezpieczny. Im bardziej starałem się przywołać te wspomnienia, tym bardziej wydawały się odległe. Czułem, jakby należały do kogoś innego. Z każdym dniem stawały się coraz bardziej zamazane. Czułem, że powoli tracę siebie, że staję się kimś obcym. Każdy kolejny poranek w tym miejscu odbierał mi kawałek tego, kim byłem. Moje ręce, które kiedyś służyły do pomocy mamie w polu, teraz trzymały karabin. Moje nogi, które biegły przez łąki, teraz biegały po błotnistym placu, niosąc ciężar, który był nie do udźwignięcia. Gerard był jedyną osobą, która trzymała mnie przy zdrowych zmysłach. Był silniejszy ode mnie, pewniejszy siebie. Zawsze wiedział, co powiedzieć, nawet jeśli jego słowa były ostre jak stal.
— Janek — powiedział pewnego wieczoru Gerard, siadając obok mnie. — Wiem, o czym myślisz.
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem.
— O czym? — zapytałem cicho.
— O domu. O tym, co było…
Nie odpowiedziałem. Nie musiałem. Miał rację.
— Wszyscy tu o tym myślą — ciągnął, opierając się o ścianę. — Musisz zrozumieć jedno: to nigdy nie wróci. Dom, rodzina, wszystko, co znałeś… to przeszłość. Jeśli się tego nie pozbędziesz, nie przetrwasz.
— Jak możesz tak mówić? — zapytałem, czując, jak gniew narasta we mnie. — Jak możesz po prostu zapomnieć?
Gerard spojrzał na mnie, a ja zamarłem, zaskoczony bólem w jego oczach.
— Nie mówię, żeby zapomnieć — odpowiedział powoli. — Ale jeśli będziesz ciągle żył tamtym życiem, to cię to zniszczy. Musisz skupić się na tym, co jest teraz. Na przeżyciu.
Zamilkłem. Wiedziałem, że ma rację, ale nie potrafiłem się z tym pogodzić. Nie chciałem stracić tego, co stanowiło o tym, kim jestem.
— A ty? — zapytałem po chwili. — Ty już zapomniałeś?
Uśmiechnął się gorzko.
— Nie zapomniałem — powiedział cicho. — Nauczyłem się to chować głęboko. Tak, żeby nie przeszkadzało mi to w walce.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Może miał rację, może musiałem nauczyć się robić to samo. W tamtej chwili, leżąc na pryczy w zimnej izbie, czułem tylko pustkę i tęsknotę, która rozdzierała mnie od środka.
W nocy, gdy Gerard zasnął, odwróciłem się na bok i zamknąłem oczy. Wspomnienia wróciły, ale nie były już tak wyraźne jak wcześniej. Twarz matki pojawiała się tylko na chwilę, jak cień na ścianie. Śmiech Franka brzmiał daleko, zapach chleba był teraz tak słaby, że ledwo mogłem go poczuć. Wtedy zrozumiałem, że miał rację. Jeśli chciałem wyjść z tego cało, musiałem nauczyć się odsuwać te obrazy. Tyle że w tamtej chwili nie byłem gotowy. Jeszcze nie.
Kolejne tygodnie przyniosły nowe wyzwania. Każdy dzień był testem nie tylko naszej siły fizycznej, ale i psychicznej. Uczyli nas, jak rozkładać i składać karabin, jak celować, jak strzelać. Broń stała się przedłużeniem naszych rąk, choć dla mnie wciąż była czymś obcym. Za każdym razem, gdy trzymałem karabin w dłoniach, czułem się obco. Był ciężki i zimny, a jego stalowy dotyk przypominał mi, że jest narzędziem śmierci. Nie mogłem przestać myśleć o tym, że ten sam karabin, który teraz trzymałem, mógł kiedyś zabić kogoś takiego jak ja. Kogoś, kto miał dom, rodzinę, marzenia. Z każdym kolejnym dniem ta myśl stawała się coraz trudniejsza do zniesienia.
Pewnego dnia kazali nam strzelać do manekinów ustawionych na końcu placu — wyglądały jak rosyjscy żołnierze. Były przerażająco realistyczne. Miały namalowane twarze, mundury, a nawet ręce, które wyglądały, jakby zaraz miały się poruszyć. Stanąłem w szeregu, trzymając karabin. Moje dłonie drżały, a pot spływał mi po skroniach, mimo chłodu poranka. Oficer przechadzał się za nami, a jego buty grzęzły w błocie. Czułem jego spojrzenie na plecach, jakby próbował zajrzeć w moje myśli.
— Cel! — krzyknął.
Podniosłem broń i wycelowałem. Moje serce biło jak oszalałe. W głowie słyszałem tylko jedno pytanie: „Co, jeśli kiedyś będę musiał strzelać do człowieka?”
— Ogień! — rozkazał oficer.
Nacisnąłem spust. Huk strzału wstrząsnął moim ciałem. Poczułem znów bezwzględną siłę karabinu. Manekin zachwiał się, ale nie upadł. Mój pocisk trafił gdzieś w bok, z dala od celu.
Oficer podszedł do mnie szybkim krokiem. Jego twarz była wykrzywiona wściekłością.
— Mocniej! — wrzasnął, szarpiąc mnie za ramię tak mocno, że o mało co nie upuściłem karabinu. — Masz być żołnierzem, leniwa świnio!
Zacisnąłem zęby, czując, jak ból rozchodzi się po moim ramieniu. Wiedziałem, że nie mogę się sprzeciwić. Nie tutaj. Nie teraz. Podniosłem broń ponownie, próbując uspokoić oddech.
— Cel! — krzyknął ponownie.
Wycelowałem w manekina, starając się zignorować drżenie rąk. Wziąłem głęboki oddech i skupiłem się na środku tarczy.
— Ogień!
Pociągnąłem za spust. Tym razem trafiłem prosto w środek. Manekin zachwiał się, a napięcie w moim ciele na chwilę ustąpiło. Oficer spojrzał na wynik i skinął głową.
— Być może nie jesteś aż tak żałosny — mruknął, po czym odszedł.
Wtedy pomyślałem, że chyba jednak uda mi się przeżyć. Jedyne, co musiałem, to wykonywać rozkazy i spełniać ich oczekiwania. W tym miejscu każdy błąd mógł oznaczać koniec. Wiedziałem, że musiałem trzymać się tych małych zwycięstw, które pozwalały mi przetrwać kolejny dzień.
Po ćwiczeniach wróciliśmy do baraku. Gerard usiadł obok mnie na pryczy i w milczeniu wyciągnął z kieszeni kawałek suchego chleba.
— Nieźle, Janek — powiedział, łamiąc chleb na pół i podając mi kawałek.
— Dziękuję — odpowiedziałem cicho, przyjmując go.
Jego słowa, choć proste, miały dla mnie znaczenie. Gerard był jedynym, który naprawdę wierzył, że dam radę. On wierzył — ja nie byłem tego taki pewien.
W nocy, gdy leżałem, wciąż czułem w dłoniach ciężar karabinu. W głowie wciąż dudniły strzały, a przed oczami widziałem manekina, który zachwiał się od uderzenia mojego pocisku. Próbowałem przekonać siebie, że to tylko ćwiczenia. Wmawiałem sobie, że to przecież tylko manekin, ale głęboko w środku wiedziałem, że to kłamstwo. Ten karabin nie był tylko narzędziem ćwiczeń. Był narzędziem śmierci. A ja, chcąc nie chcąc, powoli stawałem się jego częścią.
Wieczory, to była jedyna chwila w ciągu dnia, kiedy mogliśmy pozwolić sobie na oddech — na myśli niezwiązane z rozkazami, krzykami i bólem. W takich momentach Gerard czasem zaczynał mówić. Nie był typem, który rozmawiał o sobie otwarcie, ale gdy ciemność kładła się na nas jak gruba zasłona, zdarzało mu się opowiadać o swoim życiu przed wojną.
— Mój ojciec walczył podczas Wielkiej Wojny — powiedział pewnego wieczoru, leżąc na pryczy obok mnie. Jego głos był niski, jak szept, ale w tej ciszy wydawał się głośny. — Walczył po stronie Niemiec. W tamtym czasie wszyscy musieli. Śląsk był niemiecki, Polska nie istniała.
Słuchałem go w milczeniu, patrząc w sufit.
— Opowiadał mi, jak to było — ciągnął Gerard. — Jak musieli być twardzi, jak życie na froncie zmienia człowieka. Jak po wojnie wrócił do domu, matka mówiła, że nie był już taki sam.
Zamilkł na chwilę, jakby wspomnienia były zbyt ciężkie.
— Chciał, żebym był taki jak on — dodał po chwili. — Twardy. Zawsze powtarzał, że świat nie ma litości dla słabych.
Podniosłem na niego wzrok. Twarz miał nieruchomą, ale w jego oczach zobaczyłem coś, co mnie zaskoczyło — smutek.
— A twoja matka? — zapytałem cicho.
Gerard uśmiechnął się lekko, choć w jego spojrzeniu wciąż czaił się cień smutku.
— Moja matka… — powiedział, a jego głos zmiękł. — Piekła najlepsze ciasta w całym miasteczku. Zawsze mówiła, że słodkie rzeczy są po to, żeby przypominać nam, że życie nie jest takie złe.
Zamknął oczy, jakby próbował przywołać tamte wspomnienia.
— Wiesz, Janek — powiedział nagle, otwierając je. — Kiedyś myślałem, że będę pracował w kopalni, jak mój ojciec po wojnie. Że będę żył normalnie. A teraz… jedyne, co mi zostało, to przeżyć.
Nie odpowiedziałem. Słowa utknęły mi w gardle. Nikt z nas nie wiedział, co przyniesie jutro. Każdy dzień w obozie był próbą — nie tylko dla ciała, ale przede wszystkim dla umysłu. Oficerowie zdawali się czerpać chorą satysfakcję z tego, że nas dręczą. Krzyki, kary, upokorzenia — wszystko było częścią ich metody. Gerard kiedyś powiedział mi, że to ich sposób na stworzenie idealnych żołnierzy, takich, którzy nie myślą — tylko wykonują rozkazy.
— Idealny żołnierz nie ma uczuć — powiedział mi pewnego dnia. — Nie zadaje pytań. Po prostu robi to, co mu każą.
Gniew we mnie narastał. Spojrzałem na niego.
— A ty? — zapytałem. — Chcesz być taki?
Gerard wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste.
— Jeśli to jedyny sposób, żeby przeżyć, to tak — odpowiedział spokojnie.
Zacisnąłem dłonie w pięści.
— Ja nie chcę być taki — wyszeptałem z uporem. — Nie chcę być maszyną.
Gerard uśmiechnął się krzywo, a w jego oczach błysnęło coś na kształt rozbawienia.
— Masz wybór, Janek? — zapytał cicho. — Myślisz, że kogoś to obchodzi?
Zamilkłem. Wiedziałem, że miał rację. W tym miejscu nikt nie pytał, kim chcemy być ani czego chcemy. A ja… ja wciąż nie mogłem się z tym pogodzić.
Gdy Gerard zasnął, leżałem na pryczy, wpatrując się w sufit. Jego słowa wciąż dudniły w mojej głowie: „Idealny żołnierz nie ma uczuć. Nie zadaje pytań.” Próbowałem to odrzucić, ale gdzieś głęboko czułem, że ta wojna i to miejsce powoli mnie zmieniają. I to mnie przerażało.
Gerard zmieniał się na moich oczach. Z każdym dniem stawał się bardziej zdystansowany, bardziej chłodny. Tam, gdzie wcześniej widziałem w nim starszego brata, teraz widziałem kogoś obcego. Żołnierza. Niemieckiego żołnierza.
Pamiętam, jak kilka dni po naszej rozmowie usłyszałem go podczas nocnej warty. Rozmawiał z innymi rekrutami. Jego głos był niski, groźny i stanowczy. Mówił, że musimy odrzucić wszelkie emocje, jakby były przeszkodą w przetrwaniu.
— Nie ma miejsca na wahanie, na współczucie — powiedział, patrząc na każdego z nich po kolei. — Jeśli tego nie zrozumiecie, zginiecie. I to szybko.
Słuchałem go, czując, jak coś we mnie pęka. To nie był ten Gerard, którego znałem. Ten, który niedawno siedział ze mną na pryczy i mówił, że razem damy radę. Tamten miał w sobie człowieka. Ten tutaj… coraz bardziej przypominał zimne narzędzie.
Podczas jednego z ćwiczeń musieliśmy symulować atak na wroga. Każdy z nas miał za zadanie strzelać tak, jakby zamiast do manekina ustawionego na końcu pola strzelał do „nieprzyjaciela”.
Kiedy przyszła moja kolej, zawahałem się na ułamek sekundy. W głowie pojawił się obraz prawdziwego człowieka stojącego na miejscu manekina. Gerard to zauważył.
— Co ty robisz, Janek? — warknął, podchodząc do mnie. — To nie czas na myślenie, tylko na działanie!
Chwycił mój karabin i wycelował w manekina. Nacisnął spust. Strzał odbił się echem po polu. Zszokowany, spojrzałem na niego.
— To tylko drewno — powiedział, oddając mi karabin. — Ale jeśli nie nauczysz się strzelać bez wahania, wkrótce to drewno zamieni się w ciebie.
Nie odpowiedziałem. Nie mogłem. Patrzył na mnie z czymś, co mnie przerażało — determinacją zmieszaną z chłodną obojętnością. Gerard stawał się tym, czego od nas oczekiwano. Ja… nie byłem pewien, czy chcę pójść tą samą drogą.
W kolejnych dniach zauważyłem, że coraz częściej odsuwał się ode mnie. Kiedyś rozmawialiśmy o wszystkim: domu, rodzinie, marzeniach sprzed wojny. Teraz, gdy próbowałem zacząć rozmowę, odpowiadał zdawkowo, jakby już mnie nie potrzebował. Pewnego wieczoru jedząc kolację, odważyłem się zapytać:
— Gerard, co się z tobą dzieje?
Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jakby nie rozumiał pytania.
— Nic. Po prostu robię to, co muszę — odpowiedział, odwracając wzrok.
— Nie, nie o to chodzi. Ty… zmieniasz się. Stajesz się… kimś innym.
Westchnął ciężko, a potem spojrzał na mnie ze smutkiem.
— Janek, nie rozumiesz? To jedyny sposób, żeby przeżyć. Musisz odrzucić wszystko, co cię spowalnia — uczucia, wspomnienia, ludzi. Jeśli tego nie zrobisz, zginiesz. A ja… nie chcę zginąć.
Te słowa uderzyły we mnie z siłą, której się nie spodziewałem. Zrozumiałem, że Gerard nie tylko się zmieniał — on świadomie wybierał tę drogę. Dla niego wojna była piekłem, w którym musiał stać się demonem. Patrzyłem na niego w milczeniu, czując, jak coś we mnie pęka. Wiedziałem, że nie mogę go zatrzymać. Rozumiałem też, że tracę przyjaciela. W głębi serca obiecałem sobie jedno: nigdy nie pozwolę, by wojna zabrała mi to, kim jestem. Nawet jeśli oznaczałoby to, że zostanę sam.
Nazajutrz kazano nam ustawić się na placu. Oficerowie chodzili wzdłuż szeregu, wręczając każdemu z nas karty przydziału. Kiedy dostałem swoją, moje serce zamarło. Front wschodni. Te dwa słowa ścisnęły mi żołądek. Wszyscy wiedzieliśmy, co to oznacza. Wojna na wschodzie była piekłem.
Gerard spojrzał na swoją kartkę z obojętnością.
— To samo — powiedział, pokazując przydział.
Poczułem ulgę, że nie zostaliśmy rozdzieleni, choć była tylko chwilowa. Wiedziałem, że to, co nas czeka, będzie gorsze niż wszystko, co przeżyliśmy w obozie. Do tego moja relacja z Gerardem zaczęła się komplikować.
Ostatnia noc w obozie była dziwnie cicha. Nikt z nas nie spał. Leżeliśmy na pryczach, patrząc w sufit, każdy pogrążony we własnych myślach. Po raz pierwszy od dawna miałem tak wyraźne wspomnienia rodziny i domu, który opuściłem. Matka, brat, nasze gospodarstwo… Wszystko to wydawało się teraz tak odległe, jakby należało do innego życia.
W mojej głowie pojawił się też obraz Wojtka. Był z nami od początku szkolenia. Dobry chłopak, zawsze robił wszystko najlepiej, jak potrafił. A jednak zginął w tak bezwzględny sposób — zastrzelony przez własnego dowódcę za drobny błąd. Wtedy zrozumiałem, że w tym miejscu nasze życie nie ma żadnej wartości. Zamknąłem oczy, próbując odepchnąć te myśli, ale wracały. Wojtek, dom, matka… Wszystko to mieszało się w mojej głowie, tworząc brzemię, które trudno było znieść.
Spojrzałem na Gerarda. Siedział na swojej pryczy, nieruchomy, wpatrując się w ciemność. Nie wiedziałem, o czym myślał, ale miałem wrażenie, że jego myśli były równie przytłaczające jak moje. Chciałem coś powiedzieć, lecz nie potrafiłem znaleźć odpowiednich słów. Jutro mieliśmy wyruszyć na front wschodni. Powtarzano nam, że „Rosjanie to zwierzęta” i że mamy być wobec nich bezwzględni. Wiedziałem, że to, co nas tam czeka, zmieni wszystko.
Nastał poranek. Tym razem pobudka wyglądała inaczej. Nasz instruktor wszedł do baraku, zatrzymał się na chwilę w progu i spojrzał na nas. Jego twarz, zwykle surowa i beznamiętna, wydawała się dziś bardziej miękka, jakby nawet on czuł powagę tego dnia.
— Życzę wam szczęścia i zwycięstwa — powiedział po niemiecku. Jego głos był cichy i spokojny, jakby próbował dodać nam otuchy, choć wszyscy wiedzieliśmy, że to jedynie formalność.
Potem odwrócił się i dodał już bardziej stanowczo: — Spakować rzeczy i ustawić się w szeregu przed ciężarówkami.
Wszyscy ruszyliśmy w milczeniu. Nasze torby były lekkie: kilka ubrań, trochę jedzenia, broń. To wszystko, co mieliśmy i co mogliśmy zabrać. Kiedy wyszliśmy na plac, zobaczyłem rząd ciężarówek Opel Blitz stojących wzdłuż baraków. Ich silniki już pracowały, a z rur wydechowych unosił się dym. Powietrze było chłodne, a poranna mgła mieszała się z zapachem spalin i wilgotnej ziemi.
Wsiadając na pakę, spojrzałem na obóz po raz ostatni. Drewniane zabudowania, błotnisty plac, drut kolczasty otaczający teren — wszystko to było piekłem, ale w jakiś sposób stało się naszym domem. To tutaj nauczyliśmy się przetrwania, choć kosztem tego, kim byliśmy. Wiedziałem, że nigdy tu nie wrócę.
Gerard usiadł obok mnie na drewnianej ławce przymocowanej do jednej z burt ciężarówki. Oparł głowę o drewnianą ramę podtrzymującą plandekę i przez chwilę wpatrywał się w przestrzeń. Jego twarz była spokojna, ale znałem go na tyle, by wiedzieć, że to tylko pozór.
— Dasz radę, Janek — powiedział cicho, patrząc na mnie.
— Wiem to.
Spojrzałem na niego, próbując znaleźć w sobie choć odrobinę tej pewności, którą widziałem w jego oczach. Nic nie odpowiedziałem. Nie wiedziałem, czy dam radę. Wojna była czymś, czego nie potrafiłem sobie wyobrazić.
Ciężarówka ruszyła z szarpnięciem, a ja poczułem, jak w piersi narasta mi niepokój. Każdy kilometr oddalał nas od obozu i przybliżał do wojny. Droga była wyboista, a w środku panowała cisza. Słychać było tylko odgłos silnika i ciche skrzypienie drewnianej zabudowy. Nikt się nie odzywał. Każdy z nas był pogrążony we własnych myślach.
Spojrzałem na Gerarda. Siedział z zamkniętymi oczami, jakby chciał się zdrzemnąć, ale dłonie, zaciśnięte na kolanach, zdradzały napięcie. Wyglądał na spokojnego, jakby pogodził się z tym, co nas czeka, lecz wiedziałem, że w środku walczył z tym samym strachem, co ja. Mijaliśmy lasy, pola, małe wioski. Wszystko wyglądało tak spokojnie, jakby wojna nigdy tu nie dotarła. Wiedziałem jednak, że to tylko iluzja. Za każdym drzewem, za każdym zakrętem mogło czekać piekło. Nie wiedziałem, co nas czeka, ale wiedziałem jedno: z Gerardem u boku miałem większe szanse.
Rozdział 2
Utracone życie, nowe priorytety (lipiec 1941)
Siedziałem na pace ciężarówki, oparty plecami o drewnianą burtę, która trzeszczała przy każdym szarpnięciu. Nasze ciała podskakiwały przy każdym wstrząsie. Gerard, jak zwykle, wyglądał na zrelaksowanego. Siedział z rękami założonymi za głowę, z nonszalanckim uśmiechem, jakby ta wojna była tylko przejażdżką.
— Janek, co tak milczysz? — zapytał, zerkając na mnie z ukosa.
— Nie wiem, Gerard — odpowiedziałem, wzruszając ramionami. — Po prostu… myślę.
— Myślisz? — parsknął śmiechem. — O czym tu myśleć? Jedziemy na front. Zrobimy, co każą, i wrócimy.
— A jeśli nie wrócimy? — zapytałem, patrząc na niego poważnie.
Uśmiech zniknął z jego twarzy. Spojrzał na mnie, potem na las po obu stronach drogi, jakby szukał odpowiedzi między drzewami.
— Wrócimy — powiedział w końcu, a jego głos zabrzmiał pewniej, niż wyglądał.
Nie odpowiedziałem. Oddałem się własnym myślom. Im dalej jechaliśmy na wschód, tym wyraźniej czułem, że wciąga nas coś co przypominało piekło, a nikt nie pytał nas o zdanie. Widziałem domy podpalone od jednej zbłąkanej iskry — albo od czyjegoś rozkazu.
Słyszałem krzyki: krótkie, urywane, niosące się przez pola. To wszystko osiadało we mnie ciężarem trudnym do uniesienia.
Czułem, że staję się częścią czegoś złego — czegoś, z czym nie chciałem mieć nic wspólnego. Nie czułem się Niemcem. Nie czułem się żołnierzem. Odkąd włożyłem mundur, każdy krok wydawał mi się sprzeczny z tym, w co wierzyłem.
Każdy dzień był jak zaprzeczenie samego siebie — jakby ktoś powoli wycinał ze mnie to, kim byłem, zostawiając jedynie pusty kształt posłuszny rozkazom.
Droga stawała się coraz węższa, a las gęstszy. Powietrze było duszne, wilgoć kleiła się do płuc. Coś w tym miejscu wydawało się niepokojące — może cisza, która nagle zapadła, a może dziwne, nieruchome cienie wśród drzew.
— Coś mi tu nie pasuje — mruknął Gerard, prostując się nagle.
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Huk eksplozji rozdarł powietrze, a pierwsza ciężarówka przed nami stanęła w płomieniach.
— Zasadzka! — rozległ się krzyk.
Kierowca naszej ciężarówki gwałtownie zahamował, a ja o mało nie wypadłem z paki. Gerard złapał mnie za ramię.
— Wyskakuj! — krzyknął.
Wyskoczyliśmy razem, chowając się za pojazdem. Ziemia pod moimi stopami była miękka, wilgotna od porannej rosy, ale teraz wszystko wokoło przesiąkło zapachem spalenizny i krwi. Serce dudniło jak oszalałe, a uszy dzwoniły od huku eksplozji. Gerard, który jeszcze chwilę temu wydawał się tak pewny siebie, rzucił mi teraz krótkie spojrzenie. Jego twarz była napięta, a oczy błyszczały od adrenaliny.
— Musimy się stąd wydostać — powiedział półgłosem, ale jego głos brzmiał pewniej, niż się spodziewałem. — Janek, trzymaj się blisko.
Nie odpowiedziałem, tylko skinąłem głową. Wokół nas rozlegały się kolejne strzały. Niemieccy żołnierze zeskakiwali z ciężarówek, szukając osłony za drzewami, ale w tej gęstej mgle i cieniach lasu nie było bezpiecznego miejsca. Partyzanci byli niewidoczni, jakby sami stali się częścią lasu. Ogień szedł z ukrycia, a każdy wystrzał zdawał się być bliżej.
Gerard uniósł karabin, trzymając go pewnie, jakby ćwiczył to setki razy.
Wciąż trzymałem karabin. Nie wiedziałem, co robić. Strzelać? Do kogo? Do tych ludzi w lesie? Do tych, którzy mogli być moimi rodakami?
— Janek, nie stój jak kołek! — warknął Gerard, chwytając mnie za ramię i ciągnąc w stronę pobliskiego rowu. — Chcesz tu zginąć?
Zeskoczyliśmy do rowu, a ziemia osypała się pod naszym ciężarem. Gerard rozejrzał się, jakby szukał drogi ucieczki. W jego ruchach pojawiło się coś nowego, czego wcześniej nie widziałem — instynkt przetrwania, a może coś więcej.
— Strzelaj! — krzyknął, wskazując na niewyraźny kształt wśród drzew. — Tam są!
Nie mogłem się ruszyć. Palce zaciskały się na spuście, ale nie potrafiłem go nacisnąć. Czułem, jakby coś mnie blokowało: strach, wątpliwości, sumienie. Gerard zerknął na mnie z wściekłością.
— Jeśli nie będziesz strzelał, zginiesz! — wrzasnął, a potem sam wycelował i oddał strzał.
Echo wystrzału odbiło się od drzew. Widziałem, jak w oddali ktoś upada. Gerard oddał jeszcze kilka strzałów, po czym spojrzał na mnie. Jego twarz była zimna, obca.
— Musisz się opanować, Janek. To nie zabawa, tylko wojna — powiedział, a w jego głosie nie było już ani śladu dawnego luzu.
Nie odpowiedziałem. Coś we mnie się załamało. Gerard — ten sam, który jeszcze niedawno żartował i śmiał się ze wszystkimi — teraz stał się kimś innym. Kimś, kto strzelał bez wahania. Kimś, kto wydawał rozkazy. Kimś, kogo zaczynałem się bać.
Salwy rozlegały się z każdej strony. Kule świstały nad naszymi głowami, a ziemię wokół nas rozrywały eksplozje. Każdy wybuch wydawał się bliższy, każdy wystrzał głośniejszy. Rytm serca przyspieszył tak, że zagłuszał resztę. Gerard, z karabinem w ręku, rzucił się do przodu, rozglądając się nerwowo. Pewność siebie, którą widziałem jeszcze chwilę temu, zaczynała pękać.
— Co teraz? — zapytałem, próbując przekrzyczeć hałas.
— Trzymaj się mnie! — warknął, nie patrząc na mnie.
Usłyszałem syk — krótki, ostry. Coś przeleciało tuż obok mojej głowy i uderzyło w ziemię. Spojrzałem — granat. Potoczył się kawałek dalej, zatrzymał około metra ode mnie. Serce zamarło, czas nagle zwolnił. Chciałem paść, ale zdążyłem tylko krzyknąć:
— Uciekaj!
Fala eksplozji rzuciła mnie na ziemię i wszystko wokół zawirowało. Siła wybuchu wbiła mnie w glebę. Uderzyłem plecami o coś masywnego — może drzewo, może kamień; nie wiedziałem. Moje uszy dzwoniły tak głośno, że nie słyszałem już niczego innego. Obraz przed oczami pływał, a świat tracił ostrość. Dotknąłem twarzy. Palce natrafiły na coś ciepłego i lepkiego. To była krew. Spływała mi po policzku, mieszając się z ziemią i potem.
Próbowałem się podnieść, ale moje ciało nie reagowało. Jakby przygniatał mnie głaz. Spojrzałem przed siebie i zobaczyłem Gerarda. Stał kilka metrów ode mnie. Jego twarz była napięta, a oczy błyszczały od adrenaliny. Przez chwilę wydawało mi się, że zobaczyłem w nich coś więcej — głęboki, pierwotny lęk, który wdziera się w człowieka i zostaje w nim na zawsze.
— Gerard… — wyszeptałem, ale moje słowa ginęły w dzwonieniu w uszach.
Przez moment wydawało mi się, że ruszy w moją stronę. Jego wzrok spotkał się z moim. W jego oczach widziałem wahanie, ale tylko przez chwilę. Zrobił krok w tył, a potem odwrócił się i rzucił w stronę lasu.
— Gerard! — próbowałem krzyknąć, ale z mojego gardła wydobył się tylko cichy jęk.
Nie zatrzymał się — nie obejrzał. Patrzyłem, jak jego sylwetka znika wśród drzew. Świat wokół mnie stawał się coraz bardziej rozmyty, a ból w głowie pulsował coraz silniej. Próbowałem poruszyć ręką, ale nie mogłem. Moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Oczy zaczęły mi się zamykać, mimo że próbowałem walczyć. Próbowałem się podnieść, pobiec za Gerardem, zrozumieć, dlaczego mnie zostawił — ale nie mogłem. Ostatnią rzeczą, jaką widziałem, była ciemność, która mnie pochłaniała. Dzwonienie w uszach stawało się coraz cichsze, aż w końcu zniknęło. Potem nie było już nic.
Obudziłem się powoli, jakby z głębokiego snu, który nie chciał mnie wypuścić. Powieki miałem ciężkie, a każdy oddech wydawał się wysiłkiem. Nie wiedziałem, gdzie jestem ani co się dzieje. Wszystko wokół było zamglone i nierzeczywiste, jakby świat istniał gdzieś poza mną.
Nie miałem pojęcia, ile czasu minęło. Kilka dni? Kilkanaście? Może więcej? Czas zdawał się czymś odległym, nieistotnym. Wiedziałem tylko, że zaszła zmiana — w ciele i w głowie. Pierwsze, co do mnie dotarło, to zapach. Ziemia była mokra, lepka, przesycona wilgocią. Pachniało też czymś, co przypominało zapach krwi, i dymem, jakby ktoś niedawno gasił ognisko.
Próbowałem się podnieść, ale ból przeszył moje ciało, jakby ktoś wbijał mi setki igieł. Ramiona były sztywne, a głowa pulsowała tak mocno, że miałem wrażenie, iż zaraz eksploduje. Przetarłem twarz dłonią i poczułem coś szorstkiego — bandaż. Był owinięty wokół czoła, wilgotny i lepiący się od zaschniętej krwi.
Otworzyłem oczy, ale wokół mnie panował półmrok. Znajdowałem się w ziemiance, prowizorycznym schronieniu wykopanym w ziemi. Ściany z ubitej gliny, gdzieniegdzie wzmocnione drewnianymi belkami, wyglądały, jakby miały zaraz runąć. Powietrze było ciężkie, wilgotne, a gdzieś w kącie kapała woda, tworząc małą kałużę.
Leżałem na prymitywnym posłaniu z suchych gałęzi i starych koców, które drapały mnie w skórę. Obok stała metalowa miska z wodą i kawałek spleśniałego chleba. Spróbowałem się rozejrzeć, ale każdy ruch sprawiał mi ból.
— Obudził się — usłyszałem głos. Był niski, szorstki, jakby należał do kogoś, kto zbyt długo palił papierosy. Brzmiał jak zza ściany, ale wiedziałem, że był blisko.
— Kto…? Gdzie… gdzie ja jestem? — wychrypiałem, próbując zrozumieć, co się dzieje. Mój głos był słaby, ledwo słyszalny — jakby należał do kogoś innego.
Z cienia wyłonił się mężczyzna. Był wysoki, o surowej, wyrazistej twarzy. Jego oczy były zimne, jakby patrzyły na mnie z góry, oceniając, czy jestem wart życia. W ręku trzymał pistolet, wycelowany prosto we mnie.
— Kim jesteś? — zapytał ostro.
— Ja… nie wiem — odpowiedziałem, czując, jak strach ściska mi gardło. Słowa ledwo przechodziły przez spierzchnięte wargi.
— Nie wiesz? — za jego plecami pojawił się inny mężczyzna — młodszy, z ciemnymi, skołtunionymi włosami. Na ramieniu miał przewieszony karabin, a palce nerwowo bawiły się paskiem.
— To jakiś żart? — warknął, obrzucając mnie pogardliwym spojrzeniem.
— Spokojnie, Wilku — powiedział pierwszy, nie spuszczając ze mnie wzroku. — Dowiemy się wszystkiego.
Nie miałem siły odpowiadać. Ból przeszywał całe ciało, a w głowie otwierały się czarne plamy — znałem słowa, ale gubiłem się. Nie wiedziałem, kim jestem, gdzie się znajduję ani dlaczego patrzą na mnie tak, jakby widzieli we mnie wroga.
Przez kolejne dni — jeśli to w ogóle były dni, bo w tej ziemiance czas przestał istnieć — przesłuchiwali mnie bez wytchnienia. Pytali o rzeczy, na które nie miałem odpowiedzi.
— Jak się nazywasz? — pytał surowy mężczyzna zwany Lisem. Głos miał spokojny i analityczny.
— Nie wiem — odpowiadałem raz za razem, czując, jak moje gardło staje się coraz bardziej suche.
— Gdzie służyłeś?
— Nie wiem.
— Kto jest twoim dowódcą?
— Nie wiem.
Pokazywali mi mapy, pytali o nazwiska, miejsca i daty. Niczego nie pamiętałem. Potrafiłem tylko mówić po polsku i niemiecku.
— Może mówi prawdę. Jeśli stracił pamięć, może być przydatny — powiedział w końcu Lis, opierając się o ścianę. Patrzył na mnie długo, spokojnie, niemal obojętnie, jakbym był przedmiotem, nie człowiekiem.
— Albo to szpieg — warknął Wilk, wbijając we mnie przenikliwe spojrzenie. Było w nim coś drapieżnego, co sprawiało, że czułem się jak zwierzyna na polowaniu.
Dowódca, którego nazywali Cichym, milczał przez większość czasu. Jego twarz była jak wykuta z kamienia — nie zdradzała żadnych emocji.
— Sprawdzimy go — powiedział w końcu niskim, spokojnym głosem, jakby mówił o czymś zwyczajnym. — Jeśli kłamie, zginie.
Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie jak ołów. Patrzyłem na niego, próbując zrozumieć, co się dzieje, ale jego spojrzenie pozostawało puste — ani współczucia, ani gniewu, tylko chłodna, nieprzenikniona pustka.
Z każdym dniem wracała siła. Ból w głowie ustępował, rany się goiły. Wilk patrzył na mnie z nieustającą pogardą, Lis — z chłodną kalkulacją, a Cichy wciąż obserwował, jakby czekał na coś, czego nie rozumiałem. W końcu, gdy mogłem już chodzić i mówić bez większego wysiłku, zapadła decyzja: mieli mnie sprawdzić.
— Zobaczymy, czy jesteś dla nas przydatny — powiedział Lis, przyglądając mi się z lekkim uśmiechem.
Zaczęli od prostych rzeczy. Kazali mi tłumaczyć niemieckie dokumenty, które trzymali w zapasach. Pytali o szczegóły mundurów, komendy i procedury z Wehrmachtu. Jednak broni nie pozwolili mi nawet dotknąć. Wilk obserwował mnie jak orzeł, gotowy zareagować na najmniejszy błąd. Każde zadanie było próbą — nie tylko moich umiejętności, ale i ich zaufania. Wiedziałem jedno: muszę wytrwać.
Gdy odzyskałem dość sił, aby móc normalnie funkcjonować, partyzanci postanowili mnie przetestować. Sprawdzali, czy jestem wart ich czasu, wysiłku, zaufania i zasobów, a także… życia, które mi darowali.
Nazywali mnie „Świeżym”. Nie znali mojego imienia, a przezwisko to dobrze pasowało do kogoś, kto dopiero pojawił się w ich świecie.
Test I. Siła i wytrzymałość
Pierwszym testem była próba wytrzymałości.
— Zaniesiesz te skrzynie do ziemianki na drugim końcu lasu — rozkazał Wilk, wskazując na dwie drewniane skrzynie stojące pod prowizorycznym daszkiem z gałęzi.
Wyglądały na solidne już na pierwszy rzut oka. Gdy podniosłem pierwszą, poczułem, jak wbija mi się w ramiona i dłonie. Drewno było grube, a zawartość — pewnie amunicja — sprawiała, że skrzynia bardzo ciążyła.
— Co, Świeży? — rzucił Wilk z kpiną w głosie, idąc tuż za mną. — Myślałeś, że będzie łatwo?
Nie odpowiedziałem. Zacisnąłem zęby i ruszyłem przed siebie. Ścieżka prowadziła przez gęsty las. Ziemia była rozmokła, miejscami grzęzła pod butami. Korzenie wystające spod liści czaiły się, gotowe podstawić mi nogę. Skrzynia wbijała się w dłonie, ramiona piekły z wysiłku. Wilk trzymał się kilka kroków z tyłu, obserwując każdy mój ruch. Czułem jego wzrok na plecach — jakby tylko czekał, aż się potknę i upuszczę skrzynię, byle mieć powód do szyderstw.
— No dalej, Świeży, pokaż, co potrafisz — rzucił z wyraźnym rozbawieniem.
Każdy krok stawał się coraz trudniejszy. Pot spływał mi po twarzy, mieszając się z brudem i kurzem.
Skrzynia z każdym metrem ważyła jakby więcej, jakby ktoś po cichu dorzucał do niej kamienie. W połowie drogi musiałem się zatrzymać. Oparłem ją o ziemię i próbowałem złapać oddech. Wilk stanął kilka kroków za mną, z wyraźnym rozbawieniem w oczach.
— Co jest? — rzucił, trzymając dłoń blisko kabury. — Zmęczony?
Nie odpowiedziałem. Pewnie sądził, że spróbuję uciec. Zacisnąłem zęby, nabrałem powietrza i ponownie uniosłem skrzynię.
— No, no — mruknął Wilk, gdy wreszcie dotarliśmy na miejsce. — Może chociaż nadasz się na tragarza.
Nie czułem triumfu. Ramiona piekły, dłonie paliły od ciężaru skrzyni. Wiedziałem tylko jedno — dałem radę.
Wilk rzucił mi krótkie, chłodne spojrzenie, po czym odwrócił się i odszedł, jakby nic się nie stało. W tamtym jednym zdaniu usłyszałem coś, co zabrzmiało jak zalążek akceptacji. To był dopiero pierwszy test. Wiedziałem, że będą kolejne.
Test II. Przesłuchanie
Dwa dni później, w środku nocy, obudziły mnie przytłumione głosy i szelest kroków. Cichy z częścią oddziału szykowali się do wymarszu. Nie zapytali, czy chcę iść z nimi. Nie powiedzieli, dokąd idą. Leżałem w ciemności, wsłuchując się w cichnące odgłosy lasu, aż w końcu zasnąłem.
Wrócili nad ranem, gdy słońce dopiero zaczynało przebijać się przez gęste korony drzew. Byli zmęczeni, brudni, ale nie sami. Przyprowadzili młodego Niemca — może dwudziestopięcioletniego — z twarzą pokrytą kurzem i krwią. Nie zdążyłem zadać żadnego pytania, bo Cichy od razu rzucił mi krótkie spojrzenie i rozkazał:
— Przygotuj się.
Nie wiedziałem, co miał na myśli, ale już po chwili wszystko stało się jasne. Chcieli sprawdzić, czy będę próbował go chronić albo kręcić.
— Pytaj — rozkazał Cichy, podając mi kartkę z pytaniami.
Spojrzałem na zapisane słowa. Były jasne, zimne, pozbawione emocji.
— Co mam powiedzieć? — zapytałem, czując, jak pot spływa mi po plecach.
— Cokolwiek. Chcemy zobaczyć, jak reagujesz.
Jeniec siedział na drewnianym stołku, ręce miał związane za plecami. Jego mundur był brudny, podarty, a na twarzy miał świeże ślady przesłuchania.
Spojrzałem mu w oczy — zaskakująco młode, wręcz niewinne, lecz przepełnione strachem.
Z trudem wydusiłem pierwsze pytanie.
— Jakie są wasze rozkazy w tej okolicy?
Niemiec milczał, zaciskając szczęki.
— Dalej — ponaglił mnie Cichy, tonem nieznoszącym sprzeciwu.
— Z jakiej jesteście jednostki? — zapytałem, czując, że głos zaczyna mi drżeć.
Zadawałem kolejne pytania, coraz bardziej mechanicznie, starając się nie patrzeć na twarz jeńca.
— Kto was tu wysłał?
— Jakie mieliście rozkazy?
— Co robicie w tym rejonie?
Jego milczenie ciążyło mi coraz bardziej, jakby każde niewypowiedziane słowo oskarżało właśnie mnie.
Cichy w końcu stracił cierpliwość.
— Wstań — rozkazał stanowczo.
Nim zdążyłem zareagować, podszedł do jeńca i uderzył go pięścią w twarz. Rozległ się głuchy dźwięk uderzenia, a Niemiec zachwiał się na stołku.
Ku mojemu zaskoczeniu, po chwili zaczął mówić. Słowa były chaotyczne, urywane, ale odpowiadał na każde pytanie.
Kiedy skończyliśmy, Cichy skinął na dwóch partyzantów.
— Wyprowadźcie go — powiedział oschle.
Wciąż siedziałem na krześle, próbując się uspokoić i usilnie skupiając uwagę na czymś innym — szumie drzew, chłodnym powietrzu…
Nagle myśli przerwał pojedynczy strzał.
Już nigdy więcej nie zobaczyłem tego żołnierza. Wiedziałem, co się stało, ale nie mogłem tego pojąć. W głowie kłębiły się pytania, na które nie znajdowałem odpowiedzi. Czy to naprawdę było konieczne? Czy ten człowiek był aż tak groźny? Widziałem w jego oczach strach; widziałem człowieka, nie wroga. Czy ta śmierć była zasadna?
Nie powiedziałem jednak nic. Nie mogłem. W tej grupie nie było miejsca ani na wątpliwości, ani na pytania. Czułem, jak coś we mnie pęka. Spróbowałem to sobie wytłumaczyć: może partyzanci wiedzieli coś, czego ja nie wiedziałem, może mieli rację, a i ja kiedyś też zrozumiem. Mimo wszystko wciąż miałem wrażenie, że przekroczyliśmy granicę, z której nie ma powrotu.
Nie patrzyłem na Cichego, gdy wrócił do mnie.
— Dobra robota, Świeży — rzucił krótko i klepnął mnie po ramieniu.
Ale to nie była dobra robota. Nie dla mnie.
Milczałem. Wiedziałem, że każda reakcja mogła tylko pogorszyć sprawę.
Cichy był inny. Patrzył na mnie z rezerwą, ale w jego oczach tliła się ocena — jakby próbował zrozumieć, kim jestem i czy można mi zaufać. Nie mówił wiele, ale każde jego słowo miało znaczenie.
Test III. Krąg i ogień
Pewnego wieczoru, siedząc w ziemiance, usłyszałem przytłumione głosy dochodzące z zewnątrz. Było już późno, a las spowijała gęsta ciemność. Cichy i kilku innych siedzieli przy ognisku, rozmawiając półgłosem. Wyszedłem, przyciągnięty trzaskiem płonących polan i napięciem w ich głosach. Zatrzymałem się w półmroku, starając się nie zwracać na siebie uwagi, ale i tak mnie zauważyli.
— Świeży, chodź tutaj — zawołał Cichy, nie odwracając wzroku od ognia.
Podszedłem bliżej. Wokół ogniska siedzieli Wilk, Lis i jeszcze dwóch innych, których imion wciąż nie pamiętałem. Ich twarze były poważne, a w powietrzu wisiało napięcie.
— Dziś w nocy idziesz z nami — oznajmił Cichy, jakby to była zwykła informacja, a nie coś, co w tamtej chwili wywróciło mój spokój.
— Na akcję? — zapytałem, czując, jak serce tłucze się w piersi.
— Niemiecki patrol — wyjaśnił Wilk z krzywym uśmiechem. — Motocykl i ciężarówka. Rozwożą prowiant do okolicznych posterunków. Tej nocy przejadą przez wieś.
— Zatrzymamy ich — dodał Cichy, patrząc mi prosto w oczy.
Nie odpowiedziałem. Czułem, że cokolwiek powiem, obróci się przeciwko mnie. Wilk podszedł bliżej, by wręczyć mi pistolet. Wyciągnął go w moją stronę.
— Masz — powiedział, wciskając mi broń do ręki. — Jeśli spróbujesz nas zdradzić, zginiesz.
Broń była ciężka i zimna. Trzymałem ją w dłoni, czując, jak pot zaczyna spływać mi po plecach.
— Nie zawiedź nas — rzucił Wilk z pogardą, po czym odwrócił się i wrócił do ogniska.
Kilka godzin później byliśmy już na miejscu. Ukryliśmy się w zaroślach wzdłuż drogi, którą miał przejechać niemiecki patrol. Cichy podzielił nas na dwie grupy: pierwsza miała zająć się motocyklem, druga — ciężarówką.
— Świeży, idziesz z Wilkiem — rozkazał Cichy, wskazując na mnie.
Nie miałem wyboru. Wilk spojrzał w sposób, który jasno dawał do zrozumienia, że niczego dobrego się po mnie nie spodziewa. Cisza nocy była przytłaczająca. Słyszałem tylko własny oddech. Po kilku minutach usłyszeliśmy najpierw cichy pomruk, potem coraz wyraźniejszy warkot silników. W oddali pojawił się patrol. Motocykl z bocznym wózkiem jechał z przodu, za nim — ciężarówka.
Cichy dał znak ręką. Wszyscy zamarli.
Motocykl przejechał pierwszy, a ja dojrzałem wyraźnie twarz jednego z dwóch niemieckich żołnierzy. Wyglądał jak chłopak, może niewiele starszy ode mnie.
— Strzelaj — syknął Wilk, szturchając mnie łokciem.
Zawahałem się. Dłonie, wilgotne ze zdenerwowania, trzęsły się, a palec na spuście był jak sparaliżowany.
— Strzelaj, do cholery! — warknął Wilk, jego głos był pełen wściekłości i pogardy.
Zacisnąłem zęby i pociągnąłem za spust. Wystrzał rozdarł nocną ciszę. Przez ułamek sekundy wszystko ucichło, jakby sam las wstrzymał oddech.
Niemiec osunął się z motocykla, jakby nagle opuściły go wszystkie siły. Drugi sięgnął po broń, ale zanim zdążył — padł od strzału Wilka. Równocześnie druga grupa zaatakowała ciężarówkę. Usłyszałem serię wystrzałów, a potem krzyk. Kierowca zginął na miejscu, a ciężarówka uderzyła w drzewo.
Wszystko to trwało może zaledwie kilkanaście sekund. Patrol został unieszkodliwiony, a ja stałem w miejscu z pistoletem w dłoni, czując, jak serce wali jak oszalałe.
Wilk spojrzał na mnie z uśmiechem pełnym kpiny.
— Dziś dałeś radę, ale następnym razem chcę widzieć w tobie więcej pewności — mruknął.
W jego głosie wciąż było więcej wzgardy niż uznania. Nic nie odpowiedziałem. W głowie wciąż miałem tylko obraz chłopaka, niewiele starszego ode mnie. Widziałem jego twarz w chwili, gdy nacisnąłem spust. Nie czułem triumfu. Czułem tylko chłód, który ogarniał mnie od środka i nie chciał puścić.
Test IV. Misja zwiadowcza
Po ataku na patrol wszystko się zmieniło. Partyzanci zaczęli patrzeć na mnie inaczej. Niektórzy, jak Wilk, wciąż byli sceptyczni, ale inni zaczynali dostrzegać, że mogę się przydać. Cichy coraz częściej wykorzystywał moją znajomość niemieckiego — w ich oczach była bezcenna. Przesłuchiwałem jeńców. Początkowo przychodziło mi to z trudem: ich milczenie i strach były jak mur, przez który musiałem się przebić. Tłumaczyłem też przechwycone dokumenty: raporty, listy, a czasem zwykłe notatki. Każde słowo mogło być kluczowe, a ja starałem się nie zawieść. Czułem, że każdy dobrze wykonany test przesuwa mnie o krok dalej — bliżej akceptacji w oddziale.
W obozie pojawił się nowy człowiek — partyzant o pseudonimie Kruk. Był po czterdziestce, z twarzą, która wyglądała, jakby widziała już wszystko. Blizna na policzku i druga, nad brwią, nadawały mu surowy wygląd, a jego oczy — przenikliwe i chłodne — zdawały się widzieć więcej, niż chciały pokazać. Kruk był człowiekiem konkretnym. Nie mówił więcej, niż było konieczne. Każde jego słowo brzmiało jak rozkaz niepodlegający dyskusji. Nigdy nie podnosił głosu, ale jego ton sprawiał, że nikt nie śmiał go zignorować. To właśnie Kruk, razem z Cichym, wziął mnie pod swoje skrzydła.
— Wiesz, co cię zgubi, Świeży? — zapytał Kruk pewnego dnia, gdy ćwiczyliśmy w lesie.
— Co? — odpowiedziałem, próbując złapać oddech po kolejnym biegu między drzewami.
— Strach — powiedział, patrząc na mnie przenikliwie. — Jeśli dasz po sobie poznać, że się boisz, jesteś skończony.
Ćwiczyłem, jak zachować niewzruszoną twarz, nawet gdy serce waliło mi jak oszalałe. Kruk uczył mnie, jak poruszać się bezszelestnie, zdobywać informacje i wyciągać je od ludzi, nawet jeśli nie chcieli mówić.
— Niemcy to nie maszyny — tłumaczył, poprawiając mi kołnierz. — Też się boją. Jeśli pokażesz pewność siebie, uwierzą, że masz nad nimi przewagę.
Cichy z kolei był bardziej praktyczny. Kazał mi trenować ciche przemieszczanie się, obserwację z ukrycia i natychmiastowe reagowanie na niespodziewane sytuacje.
— Nie chodzi tylko o to, co zrobisz, gdy coś pójdzie nie tak — mówił. — Chodzi o to, żebyś wiedział, jak do tego w ogóle nie dopuścić.
Przez sześć tygodni szkolenie stało się moim jedynym światem. Wstawałem o świcie, biegałem po lesie, uczyłem się rozpoznawać dźwięki i zapachy zdradzające obecność wroga. Ćwiczyłem odgrywanie ról — raz byłem chłopem, innym razem żołnierzem, a nawet zwykłym przechodniem. Kruk nie chwalił mnie, ale jego krótkie, lakoniczne uwagi — „dobrze”, „może być” — były dla mnie cenniejsze niż jakiekolwiek pochwały. Wiedziałem, że to wszystko prowadzi do czegoś większego.
W końcu nadszedł dzień, w którym miałem się dowiedzieć do czego.
Cichy wezwał mnie do siebie. Siedział przy ognisku, a obok niego stał Wilk z kpiącym uśmiechem.
— Masz zadanie — powiedział Cichy, patrząc mi prosto w oczy. — Zdobędziesz informacje o rozmieszczeniu niemieckich oddziałów w okolicy.
— Sam? — zapytałem, choć odpowiedź była oczywista.
— Sam — potwierdził.
Wilk podszedł bliżej i wręczył mi niemiecki mundur.
— Jeśli cię złapią, jesteś zdany wyłącznie na siebie — rzucił z wyraźną satysfakcją.
Mundur nie był idealny: lekko znoszony, z drobnymi śladami zaschniętego błota na kołnierzu. Był wystarczająco autentyczny, by nie wzbudzać podejrzeń.
Kruk podszedł i poprawił mi pas.
— Pamiętaj, Świeży — powiedział cicho. — Nie patrz nikomu w oczy dłużej niż trzeba. Zachowuj się pewnie, jakbyś tam należał.
Skinąłem głową i ruszyłem.
Posterunek, który miałem infiltrować, mieścił się w starej, opuszczonej szkole na skraju wsi. Był niewielki, ale dobrze strzeżony. Na dziedzińcu stało dwóch strażników z karabinami, a w oknach budynku dostrzegłem sylwetki żołnierzy. Serce łomotało mi w piersi, gdy zbliżałem się do budynku. Strażnik przy wejściu spojrzał na mnie, ale nie powiedział ani słowa. Unosząc lekko dłoń do salutu, skinąłem mu głową, starając się wyglądać na tyle swobodnie, na ile pozwalała sytuacja.
Wszedłem do środka; powietrze było ciężkie od zapachu tytoniu i wilgoci. W głównym pomieszczeniu kilku żołnierzy siedziało przy stole, grając w karty. Inni rozmawiali półgłosem, a jeden z nich czyścił karabin. Starałem się nie zwracać na siebie uwagi. W rogu pokoju zauważyłem biurko, na którym leżały mapy i notatki. Podszedłem do niego powoli, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Przerzucałem dokumenty, udając, że czegoś szukam. Na jednej z map zauważyłem oznaczenia niemieckich posterunków w okolicy. Obok znajdowały się notatki o liczebności żołnierzy i planach patroli. Szybko wsunąłem mapę i notatki za mundur.
— Hej, ty! — usłyszałem głos za plecami.
Odwróciłem się powoli. Jeden z żołnierzy patrzył na mnie podejrzliwie.
— Co tam robisz? — zapytał, marszcząc brwi.
— Szukam raportu od dowódcy — odpowiedziałem, pilnując, by mój głos brzmiał pewnie.
Żołnierz zmrużył oczy, ale po chwili wzruszył ramionami.
— Pośpiesz się — rzucił, odwracając się do kolegów.
Nie czekałem dłużej. Wyszedłem z budynku, starając się nie przyspieszać kroku. Gdy tylko znalazłem się poza zasięgiem wzroku strażników, pobiegłem w stronę lasu.
Kiedy dotarłem do obozu, partyzanci już na mnie czekali. Cichy spojrzał na mnie, a jego twarz, jak zwykle, nie zdradzała żadnych emocji.
— Masz to? — zapytał.
Wyciągnąłem mapy i notatki.
Cichy skinął głową.
— Dobra robota.
Wilk prychnął, ale nic nie powiedział. Po raz pierwszy od dawna miałem wrażenie, że naprawdę coś osiągnąłem.
Test V. Przysięga
Od mojego ostatniego zadania minęło więcej czasu, niż powinno. Dni zaczęły się zlewać w jedną, monotonną masę, jakby ktoś celowo wyciszył cały świat, a oddział, do którego należałem, zapomniał, że wokół wciąż trwa wojna. Po pierwszych intensywnych akcjach przyszło coś, co trudno było nazwać ciszą — raczej dziwnym zawieszeniem, jakimś stanem pomiędzy czuwaniem a bezruchem. Siedzieliśmy w jednym miejscu zbyt długo. A każdy kolejny dzień bez rozkazu sprawiał, że czułem się coraz mniej potrzebny.
Patrole organizowano sporadycznie, zwykle w tych samych kierunkach. Chodziliśmy utartymi leśnymi ścieżkami, tak znajomymi, że mogłem je przejść z zamkniętymi oczami. Powtarzalność zadań była irytująca, ale nie to doskwierało najbardziej. Najgorsze było wrażenie, że zaczynamy rdzewieć — jak broń pozostawiona zbyt długo bez czyszczenia. A jednak dowódca nie wydawał żadnych poleceń wychodzących ponad rutynę. Nikt z nas nie rozumiał dlaczego, ale nikt też głośno o to nie pytał.
Od czasu do czasu pojawiali się jacyś obcy ludzie — łączniczki z głębokiego terenu, oficerowie w cywilnych płaszczach, których twarze zasłaniały ciemne kapelusze, czasem ktoś, kto wyglądał na zwykłego gospodarza, ale niósł się jak człowiek przyzwyczajony do komend. Przyjeżdżali, rozmawiali z dowódcą, zamykali się w ziemiance, a mnie kierowano wtedy do zadań tak błahych, że czułem irytację. Zbierałem opał, przenosiłem skrzynki z amunicją, odnosiłem meldunki, czyściłem broń oddziału, choć każdy potrafił zrobić to sam.
Czułem, że mnie odsuwają, że wciąż mi nie ufają. Nie mówiłem o tym nikomu, ale świadomość ta rosła we mnie jak ciężki głaz, którego nie dało się już wyrzucić. Ludzie wokół robili swoje, jedni z zapałem, inni z przyzwyczajenia, a ja miałem wrażenie, jakby zepchnięto mnie na margines. Nie rozumiałem tego, a brak wyjaśnienia bolał bardziej niż każde podejrzenie.
Tak mijały tygodnie. Jesień zgasła cicho, prawie niezauważalnie. Ziemia zaczęła twardnieć pod butami, liście szeleściły pod stopami jak suche gałązki. Wkrótce przyszła zima — najpierw nieśmiało, potem z pełną surowością. Wiał ostry, przenikliwy wiatr, a śnieg potrafił przykryć ślady tak szybko, jakby ktoś chciał wymazać po nas wszelki ślad istnienia.
I wtedy nadeszła Wigilia.
Nie była to atmosfera świąteczna. W powietrzu nie czuło się zapachu choinki ani barszczu, a jedynie dym z ogniska i zapach wilgotnej ziemi. Żołnierze siedzieli skuleni nad miskami z mdłą, ale gorącą strawą. Mimo chłodu wiele twarzy miało łagodniejszy wyraz niż zazwyczaj. Jakby ta jedna noc pozwalała im na chwilę zsunąć z siebie ciężar wojny. Nie byli już tylko partyzantami — wyglądali jak rodzina, prowizoryczna, sklecona z niedopasowanych elementów, ale jednak rodzina.
Widziałem w nich smutek. Tęsknotę za domem. Żal po bliskich, o których często nie wiedzieli, czy jeszcze żyją. To wszystko było w ich spojrzeniach, ruchach, w tym, jak zbyt długo trzymali w dłoniach kawałek chleba, zanim się nim podzielili. Ale obok tego widziałem jeszcze coś innego — iskierkę radości. Może wdzięczność, że mieli siebie. Że przetrwali kolejny rok. Że mimo wszystko mogli choć przez chwilę poczuć się ludźmi, a nie tylko trybikami w machinie wojennej.
Częstowali się czym mogli — kawałkami cukru, sucharami, resztkami konserw. Składali sobie życzenia wymamrotane z zakłopotaniem, jakby nie byli pewni, czy wypada wierzyć jeszcze w cokolwiek dobrego.
I wtedy wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałem.
Wilk podszedł do mnie.
Zauważyłem go wcześniej kątem oka, ale myślałem, że idzie po drewno albo zamierza dolać wody do kotła. Tymczasem zatrzymał się przede mną, spojrzał mi w oczy — pierwszy raz od wielu tygodni — i bez słowa wyciągnął w moją stronę niemiecki granat. Prawdziwy, sprawny, z zawleczką i wszystkimi mechanizmami. Dla partyzanta to był nie prezent, tylko symbol zaufania.
— Wesołych Świąt — powiedział cicho.
Zamurowało mnie. W tamtej chwili nie wiedziałem, co bardziej mnie porusza — jego gest czy to, że pierwszy raz od dawna ktoś potraktował mnie jak pełnoprawnego członka oddziału. Uścisnąłem granat w dłoni, czując dziwne ciepło rozlewające się po palcach, jakby przedmiot był rozgrzany, choć w rzeczywistości był lodowaty. Ten krótki gest i to słowa zostawiły we mnie więcej, niż potrafiłem wtedy powiedzieć. Jakby przez moment świat przypomniał sobie, że jesteśmy ludźmi.
Po świętach życie wróciło do tego samego rytmu. Ciągle drobne zadania, brak kontaktu z wrogiem, trwanie gdzieś na uboczu wojny. Zima zdawała się nie kończyć — srogi mróz szczypał w policzki, drzewa pokrywały się ciężkim szronem, a w ziemiankach pachniało mokrą ziemią i dymem. Nikt nie narzekał. Wszyscy wiedzieli, że cierpliwość jest równie ważna jak odwaga.
W styczniu do oddziału zaczęli dołączać nowi ludzie. Niektórzy starzy znajomi odchodzili do innych oddziałów. Ruch był większy niż wcześniej, ale nie tłumaczył naszej bezczynności. Aż w połowie lutego 1942 roku wreszcie wszystko nabrało sensu.
Dowódca zebrał nas w większej ziemiance i odczytał rozkaz — połączenie wszystkich jednostek konspiracyjnych w jedną strukturę. W tym momencie staliśmy się częścią Armii Krajowej.
Poczułem ukłucie dumy, którego nie potrafiłem wyjaśnić. Jakby nagle wszystko, co robiliśmy wcześniej, nabierało znaczenia. Jakbym w końcu miał należeć do czegoś większego niż tylko mały, zapomniany oddział ukryty w lesie.
Nie wiedziałem jeszcze, czy moje przeczucia są słuszne. Ale wydarzenia z końca lutego szybko rozwiały te wątpliwości.
Kiedy już kładłem się spać, usłyszałem głos dowódcy. To nie był zwykły okrzyk ani wezwanie — to było coś więcej. W jego tonie brzmiało napięcie, jakby przeczuwał, że od tej chwili nic już nie będzie takie samo.
Zerwałem się natychmiast. Narzuciłem płaszcz, poprawiłem pas i wybiegłem na zewnątrz. Ziemia skrzypiała pod butami. Powietrze było ostre, lodowate — aż paliło w płucach. Dowódca stał kilka kroków dalej, w cieniu drzewa, i czekał na mnie w milczeniu.
I wtedy zrozumiałem, że ta noc będzie inna niż wszystkie.
Las był cichy, jakby cała przyroda wstrzymała oddech. Był późny wieczór, a w gęstwinie drzew panował półmrok, rozświetlany jedynie przez nikły blask ogniska i księżyca. Kryjówka partyzantów znajdowała się w głębi lasu, w miejscu, do którego prowadziły tylko wąskie, zarośnięte ścieżki. Wokół panowała atmosfera napięcia, ale i czegoś, co trudno było nazwać — może nadziei?
Stanąłem pośrodku polany, otoczony przez mężczyzn, którzy przez tygodnie testowali mnie na wszystkie możliwe sposoby. Wilk, Lis, Skała, Borsuk, każdy z nich patrzył na mnie inaczej, jakby na swój sposób mnie oceniali.
Wilk wciąż miał w oczach cień nieufności, jakby czekał na mój najmniejszy błąd. Lis, jak zawsze, obserwował mnie spokojnie, bez emocji, z cieniem aprobaty w oczach. Skała, największy z nich, stał z założonymi rękami, jakby gotowy mnie powalić, gdybym zrobił coś nie tak. A pośrodku stał Cichy, dowódca. Jego spojrzenie było surowe, ale w tym momencie wydawało się, że coś w nim drgnęło. Może widział we mnie coś, czego ja sam jeszcze nie potrafiłem dostrzec.
— Podejdź — powiedział cicho, ale jego głos przebił ciszę jak ostrze.
Zrobiłem krok do przodu.
Czułem, jak pot spływa mi po plecach, mimo że noc była chłodna.
— Klęknij — rozkazał.
Padłem na jedno kolano. Przed sobą widziałem jedynie ziemię i buty Cichego.
W dłoniach trzymał niewielki, biało-czerwony sztandar. Postrzępiony, zniszczony, a jednak wciąż majestatyczny.
— To sztandar naszej Ojczyzny — powiedział Cichy, unosząc go lekko. — Przetrwał wojnę, zdradę, upokorzenie. Teraz ty przysięgniesz mu wierność.
Przełknąłem ślinę, czując, jak gardło ściska mi się ze wzruszenia. Nie wiedziałem, kim byłem, skąd pochodziłem, ale w tej chwili poczułem coś, co trudno było opisać. Jakby ten sztandar, te barwy, były czymś, czego zawsze szukałem, nawet jeśli nie zdawałem sobie z tego sprawy. Cichy wyciągnął sztandar w moją stronę. Materiał, choć wyblakły i miejscami przetarty, niósł w sobie historię ludzi. Na jego powierzchni widniał Orzeł Biały, który zdawał się patrzeć prosto na mnie, jakby pytał, czy jestem godzien tego momentu.
— Połóż na nim rękę — powiedział Cichy, a jego głos był spokojny, ale stanowczy.
Drżącą dłonią dotknąłem materiału. Był szorstki, a zarazem ciepły. Przez chwilę miałem wrażenie, że słyszę głosy ludzi, którzy oddali życie za coś większego niż oni sami.
Cichy spojrzał mi prosto w oczy.
— Powtarzaj za mną — rozkazał.
Wziąłem głęboki oddech i skupiłem się na jego słowach.
— W obliczu Boga Wszechmogącego — powiedział Cichy — i Najświętszej Marii, Królowej Korony Polskiej — kładę rękę na ten Święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia…
Powtarzałem za nim każde słowo, czując, jak głos łamie mi się od emocji.
— …i przysięgam, że będę wiernie i nieugięcie stać na straży honoru Polski i o wyzwolenie jej z niewoli walczyć będę zawsze ze wszystkich sił moich, aż do ofiary z mego życia.
— Wszelkim rozkazom będę posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało.
Kiedy skończyłem, zapadła cisza. Przez chwilę nikt się nie poruszał, jakby wszyscy czekali na coś więcej.
Cichy opuścił sztandar i spojrzał na mnie z wyrazem twarzy, którego nie potrafiłem odczytać.
— Przyjmuję cię w szeregi żołnierzy Wolności. Obowiązkiem twoim będzie walczyć z bronią w ręku o odzyskanie Ojczyzny. Zwycięstwo będzie twoją nagrodą, zdrada będzie ukarana śmiercią.
Słowa trafiły mnie z taką siłą, że na moment zabrakło mi tchu. Nie było w nich miejsca na wątpliwości ani na kompromisy. Każde zdanie brzmiało jak ostateczne przypieczętowanie mojego losu. Cichy podszedł bliżej i położył mi rękę na ramieniu.
— Pamiętaj, Świeży. To nie tylko przysięga — to zobowiązanie na całe życie.
Spojrzałem na twarze partyzantów. Wilk, jak zwykle, patrzył na mnie z pogardą, choć tym razem w jego oczach mignął cień uznania. Inni skinęli głowami, jakby milcząco przyjmowali mnie do swojego grona. Czułem, jak powoli schodzi ze mnie ciężar ostatnich tygodni. To był moment, który zmieniał wszystko. Teraz byłem jednym z nich.
Rozdział 3
Konflikt moralny (Wrzesień 1942)
Minęło ponad pół roku od dnia, kiedy złożyłem przysięgę przed Cichym i resztą oddziału — miesiące spędzone w cieniu drzew, w głodzie i w strachu, ale też wśród ludzi, którzy stali mi się braćmi. Uczyłem się wszystkiego od nowa: jak strzelać, jak znikać w lesie, jak spać na ziemi w deszczu i jak ufać tym, którzy stali obok mnie w szeregu.
Od tamtej chwili moje życie zmieniło się całkowicie. Z chłopaka bez przeszłości stałem się żołnierzem — najpierw w ZWZ, a potem w Armii Krajowej. Mimo testów, misji i zadań wciąż czułem, że czegoś mi brakuje, jakby część mnie została w tamtym konwoju, w dniu, w którym straciłem pamięć. Nauczyłem się z tym żyć — jak z blizną, której nie da się usunąć. Wiedziałem jednak, że w końcu będę musiał spojrzeć prawdzie w oczy. Nie wiedziałem tylko, kiedy ani jak — a odpowiedź nadeszła szybciej, niż mógłbym przypuszczać.
W połowie września Cichy wezwał mnie do ziemianki, która służyła za sztab. Ściany z ubitej ziemi podparte były drewnianymi belkami, które trzymały całość w ryzach, a jedyne światło dawała lampka karbidowa stojąca na skrzyni z amunicją. W środku czuć było ziemię i dym.
— Świeży — powiedział spokojnie, ale stanowczo. Siedział za prowizorycznym stołem zasłanym mapami i notatkami.
— Jestem — zameldowałem, stając na baczność.
— Siadaj.
Usiadłem, czując, jak napięcie rośnie. Cichy nie wzywał bez powodu.
— Zdecydowaliśmy. Przechodzisz do wywiadu.
Spojrzałem na niego zaskoczony.
— Do wywiadu?
— Masz język, pamięć i potrafisz się dostosować. To tam się liczy. Ale wiedz jedno — to nie będzie łatwe. Sokół cię przeszkoli — on będzie twoim przewodnikiem.
Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc tylko skinąłem głową. W środku miałem chaos. Ja — w wywiadzie?
Cichy wstał i podszedł do mnie. Położył mi rękę na ramieniu.
— Wiem, że to dla ciebie dużo — powiedział ciszej, niemal ojcowskim tonem. — Ale musisz mi zaufać. To jest ważne.
— A jeśli zawiodę? — wyrwało mi się, zanim zdążyłem się powstrzymać.
Cichy zmarszczył brwi, jakby moje słowa go zaskoczyły.
— Nie zawiedziesz — powiedział stanowczo. — Bo nie masz takiej możliwości.
Jego słowa były proste, ale uderzyły mnie swoją powagą. Nie miałem wyboru. Zrozumiałem, że nie ma miejsca na porażkę — była tylko droga naprzód, choć stroma i niebezpieczna.
Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć. Leżałem w ciszy, wsłuchując się w oddechy śpiących obok, a w mojej głowie wciąż brzmiało jedno zdanie: „Nie masz takiej możliwości”. Powtarzałem je w myślach, jakby wyznaczały granicę, której nie wolno mi było przekroczyć. Wiedziałem, że jutro zacznie się nowy etap, a jeśli się potknę — zawiodę nie tylko siebie, ale i zaufanie tych, którzy we mnie zainwestowali.
Gdy w końcu nadszedł poranek, strach ustąpił miejsca spokojnej pewności. Minął dzień, a gdy zapadła noc — zgodnie z zapowiedzią Cichego — pojawił się Sokół. Pożegnałem się z resztą w ciszy, krótkimi skinieniami, bo każdy z nas wiedział, co oznaczają słowa w takim momencie. Ruszyłem za nim. Zostawiłem za sobą dotychczasowe życie — karabiny, zasadzki, wieczny kurz i dym. To, co czekało mnie teraz, miało wymagać czegoś więcej niż siły mięśni.
Droga była długa, choć nie pamiętam jej szczegółów. Szliśmy w ciszy, każdy pogrążony w myślach. We mnie wciąż brzmiało echo słów Cichego, które — jak zaklęcie — trzymało mnie w pionie: „Nie zawiedziesz. Bo nie masz takiej możliwości”. Nie wiedziałem jeszcze, czy to otucha, czy przekleństwo, ale powtarzałem je sobie jak modlitwę, krok za krokiem.
Pierwsze chwile w nowym miejscu były pełne niepewności. Obserwowałem ludzi, jakby mówili innym językiem — w ich spojrzeniach panował spokój, każdy ruch był wyważony, nad wszystkim mieli kontrolę. To nie byli partyzanci z lasów i pól, czekający z karabinem w dłoni na starcie z wrogiem. Tu liczyły się cierpliwość, chłodna kalkulacja i zdolność wyłapywania szczegółów, których inni nie dostrzegali.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, że trafiłem do zupełnie innego świata. Oddział bojowy miał jasne zasady — wróg był zawsze widoczny, a zadania sprowadzały się do walki. Tutaj granice między przyjacielem a przeciwnikiem się rozmywały. Liczył się spryt, umiejętność przewidywania i szybkie myślenie, nie tylko odwaga na polu bitwy.
Sokół, który prowadził mnie od chwili wyjścia z oddziału, okazał się naszym instruktorem. Niski, szczupły, z przenikliwym spojrzeniem, potrafił wyłapać każdy detal. Nie potrzebował wielu słów — jedno zdanie wystarczało, by miało wagę rozkazu i zostawało w głowie na długo.
— Wywiad to nie tylko zbieranie informacji — powiedział pierwszego dnia, gdy siedzieliśmy w dusznym pokoju z oknem zasłoniętym kocem. — To sztuka przetrwania. Macie być niewidzialni — wyglądać jak każdy inny, ale myśleć jak nikt inny.
Na stole przed nami leżały rozmaite przedmioty: niemiecki mundur, jakieś dokumenty, pusta butelka po wódce, a nawet dziecięca zabawka.
— Co widzicie? — zapytał, wskazując na blat.
Zapadła chwila ciszy.
— Niemiecki mundur — rzucił jeden z chłopaków siedzących po mojej lewej.
— Fałszywe dokumenty — dodał inny, zerkając na Sokoła, jakby oczekiwał pochwały.
Sokół pokręcił głową.
— To tylko powierzchnia — powiedział, stukając palcem w stół. — Jeśli chcecie być dobrymi wywiadowcami, musicie widzieć więcej.
— Mundur to historia: kto go nosił, jak długo, czy był prany, czy guziki przyszyto fabrycznie, czy ręcznie. Dokumenty — czy wyglądają na nowe, czy na używane? A butelka? Może leży tu po to, by odwrócić waszą uwagę.
Zamilkł na chwilę, pozwalając, by jego słowa do nas dotarły.
— Wywiad to nie tylko patrzenie — kontynuował. — To myślenie. Każdy szczegół może być kluczowy. Przegapicie — zapłacicie życiem. Swoim albo cudzym.
Ćwiczenia z dnia na dzień stawały się coraz trudniejsze. Sokół zmuszał nas, byśmy patrzyli na rzeczywistość w sposób dla mnie zupełnie nowy. Pewnego dnia kazał nam obserwować mały, opuszczony dom na skraju wsi.
— Macie godzinę — powiedział, wręczając każdemu z nas notatnik. — Chcę wiedzieć wszystko: kto tam był, co robił, jakie ślady zostawił.
Przez godzinę leżałem w krzakach z notatnikiem w dłoniach, wpatrując się w dom. Widziałem ślady butów w błocie przy wejściu, uchylone okno na piętrze, strzęp materiału na parapecie.
Po powrocie Sokół kazał nam zdać raport. Każdy z nas zauważył coś innego.
— Ślady butów — powiedziałem. — Wyglądają na świeże. Ktoś musiał tam być niedawno.
— A co z oknem? — zapytał Sokół.
— Było uchylone. Na parapecie leżał strzęp materiału — odpowiedziałem.
Sokół skinął głową, ale nie wyglądał na zadowolonego.
— A dach? — zapytał.
Zamilkłem. Nie spojrzałem tam.
— Na dachu były ślady, jakby ktoś tam siedział — powiedział jeden z chłopaków.
Sokół spojrzał na mnie wymownie.
— Patrzyłeś, ale nie widziałeś — powiedział surowo. — To różnica między życiem a śmiercią.
Te pierwsze dni pod jego okiem były dla mnie brutalną lekcją. Zrozumiałem, że wywiad to coś więcej niż zbieranie informacji — to umiejętność patrzenia na świat w sposób, którego wcześniej nie znałem. Mimo trudności czułem, że zaczynam rozumieć. Każdy dzień w oddziale wywiadowczym był krokiem ku odpowiedzi na pytanie, które od dawna mnie dręczyło: kim jestem i kim mogę się stać?
Uczyliśmy się fałszować dokumenty, podrabiać podpisy, ukrywać notatki w miejscach, gdzie nikt by ich nie szukał. Sokół powtarzał, że każda pomyłka — nawet ta najmniejsza — mogła skończyć się śmiercią.
— Fałszywy dokument to nie tylko kawałek papieru, ale historia. Musi wyglądać, jakby sam przeżył więcej niż wy. Jeśli Niemiec weźmie go do ręki i coś się nie zgodzi — jesteście martwi.
Przez wiele godzin ćwiczyliśmy, jak postarzać papier, dodawać drobne zagniecenia, plamy atramentu czy odciski palców, żeby wyglądało to naturalnie. Sokół potrafił wychwycić każdy błąd.
— Świeży, co to jest? — zapytał pewnego razu, trzymając mój dokument w dłoniach.
— Dowód tożsamości — odpowiedziałem, zmuszając głos do spokoju.
— Dowód tożsamości? — powtórzył, unosząc brew. — A dlaczego wygląda, jakby wyszedł prosto z drukarni? Gdzie ślady użytkowania? Gdzie przebarwienia od kawy lub atramentu?
Wziął dokument i zgniótł go w dłoni, a potem rzucił na ziemię.
— To nie praca biurowa, Świeży. To wojna.
Miał rację. Tu nie wygrywa się siłą, tylko głową. Najtrudniej jednak było nauczyć się milczeć, kiedy w środku wszystko krzyczało. Sokół uważał, że panowanie nad sobą — nad emocjami w sytuacjach stresowych — to jedyny sposób, by doczekać jutra.
Pewnego dnia ustawił mnie na środku pokoju i kazał odpowiadać na pytania, podczas gdy reszta oddziału krzyczała, obrzucała mnie wyzwiskami i rzucała we mnie różnymi przedmiotami.
— Gdzie jest kryjówka?! — wrzeszczał jeden z chłopaków, podchodząc tak blisko, że czułem jego oddech na twarzy.
— Kto jest twoim dowódcą?! — dodał inny, uderzając pięścią w stół.
Pot zlewał mi plecy, a serce łomotało. Choć wiedziałem, że to tylko ćwiczenie, reagowałem jak w prawdziwej sytuacji.
— Nie wiem — powtarzałem raz za razem, starając się, by mój głos był równy i spokojny.
Jeden z chłopaków rzucił we mnie pustą puszką po konserwie — trafiła mnie w ramię.
— Gadaj, ty zdrajco! — wrzasnął, a jego głos odbił się echem od ścian.
Nie mogłem się złamać. Zacisnąłem zęby i powtórzyłem:
— Nie wiem.
W końcu Sokół przerwał ćwiczenie.
— Dobrze — powiedział, choć w jego głosie nie było ani odrobiny ciepła. — Ale następnym razem nie będzie tak łatwo.
Spojrzałem na niego, próbując odczytać coś z jego twarzy, ale Sokół był nieprzenikniony. Wiedziałem, że nie powiedział tego, żeby mnie pocieszyć. To była zapowiedź.
Innym razem uczyliśmy się rozpoznawać niemieckie stopnie po mundurach, odczytywać mapy i zapamiętywać szczegóły, które na pierwszy rzut oka wydawały się nieistotne.
— Świeży, co widzisz? — zapytał Sokół, wskazując na zdjęcie przedstawiające niemiecki posterunek.
Przyjrzałem się uważnie, starając się dostrzec każdy szczegół.
— Dwóch strażników przy bramie: jeden z karabinem, drugi z pistoletem. Tablica z napisem „Nur für Deutsche”. W tle ciężarówka Wehrmachtu.
Sokół skinął głową, ale jego spojrzenie pozostawało surowe.
— Dobrze. A co widzisz za ciężarówką?
Zmrużyłem oczy, usiłując przywołać w pamięci szczegóły zdjęcia, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
— Nie wiem — przyznałem w końcu.
Sokół westchnął, jakby rozczarowała go moja odpowiedź.
— Właśnie. Nie patrz tylko na to, co jest przed tobą. Patrz poza pierwszy plan. Liczy się to, co kryje się dalej. Strażnicy, ciężarówka, tablica — to rzeczy oczywiste. Dobry wywiadowca widzi to, czego inni nie widzą.
Jego słowa utkwiły mi w głowie. Zrozumiałem, że teraz muszę nauczyć się patrzeć na świat inaczej.
Każdego dnia uczyłem się czegoś nowego: jak działać pod presją, ukrywać strach i wyglądać na kogoś, kto nie ma nic do ukrycia. Sokół powtarzał, że wywiadowca musi być jak kameleon — wtapia się w otoczenie, staje się jego częścią, a jednocześnie jest o krok przed wrogiem. Każde jego słowo brzmiało jak prawda objawiona, ale wciąż miałem poczucie, że sam nie do końca do tego świata pasuję.
Z czasem dostrzegłem, że o sukcesie wywiadowcy decyduje nie tylko zestaw umiejętności. Przede wszystkim liczy się zimna kalkulacja, brak wahania w krytycznym momencie i gotowość do zrobienia tego, co konieczne — niezależnie od ceny. Właśnie to ostatnie budziło we mnie największy lęk. Czy byłem w stanie poświęcić wszystko, nawet siebie, dla sprawy, którą ledwo rozumiałem?
A jednak w głębi duszy wciąż czułem się chłopakiem, który nie zna swojej przeszłości. Każda lekcja, każde ćwiczenie były krokiem naprzód, ale gdzieś w środku nosiłem ciężar, którego nie umiałem zrzucić. Kim byłem, zanim trafiłem do lasu? Czy to, kim się stałem, było prawdziwe, czy też maską, której się nauczyłem?
Bywało, że gdy zapadała noc, a wokół panowała cisza, przerywana tylko trzaskiem ogniska, pozwalałem sobie na chwilę słabości. Zamykając oczy, próbowałem przypomnieć sobie twarze ludzi, którzy może byli moją rodziną, przyjaciółmi — kimkolwiek. Zamiast tego widziałem tylko pustkę.
Zdarzało się, że słyszałem głos kobiety — ciepły, kojący, przywołujący mnie skądś daleko. Im mocniej się skupiałem, tym dalej odpływał. Były też chwile, gdy zaczynałem wątpić, czy chcę poznać prawdę. Może lepiej było żyć w niewiedzy, bez wspomnień, które mogłyby mnie pokonać? Bo co, jeśli moje dawne życie było czymś, czego nie chciałem pamiętać? A jeśli byłem kimś, kim teraz bym pogardzał?
Sokół mówił, że wywiadowca nie ma prawa do wątpliwości.
„Wątpliwości to luksus, na który nie możemy sobie pozwolić” — powtarzał.
Ale ja miałem ich całe morze. I choć starałem się je ukrywać, wiedziałem, że prędzej czy później wypłyną. Pytanie tylko, czy będę wtedy gotowy, by stawić im czoła.
Kiedy szkolenie u Sokoła dobiegło końca, powróciłem do oddziału, choć miałem już wrażenie, że nie jestem już tą samą osobą. Kilka dni później Cichy wezwał mnie do swojej kwatery.
— Siadaj, Świeży — powiedział, wskazując na krzesło naprzeciwko.
Usiadłem, czując, jak przyspiesza mi puls.
— Jak oceniasz swoje szkolenie? — zapytał, patrząc na mnie uważnie.
— Było trudne — przyznałem. — Ale nauczyłem się wiele.
Cichy skinął głową, jakby moja odpowiedź go zadowoliła.
— To dobrze — powiedział. — Mam dla ciebie zadanie.
Poczułem, jak wilgotnieją mi dłonie.
— To będzie coś wymagającego — kontynuował. — W mieszkaniu jednego z oficerów Gestapo znajdują się dokumenty dotyczące polskich więźniów: lista nazwisk, miejsca przetrzymywania i plany wywózek.
Przełknąłem ślinę, czując, jak ściska mnie w gardle.
— Chcemy, żebyś wszedł do środka, znalazł dokumenty i wrócił z nimi.
— Sam? — zapytałem, zanim zdążyłem się powstrzymać.
Cichy spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.
— Nie jesteś już dzieckiem, Świeży. Poradzisz sobie.
Wieczór był chłodny, a powietrze niosło ze sobą ciężar nadchodzącej nocy. Siedziałem na pryczy w niewielkim pomieszczeniu, które służyło nam za kwaterę. Na stole przede mną leżały dokumenty, które Sokół wręczył mi kilka godzin wcześniej. Były to moje nowe papiery — fałszywe, lecz wyglądające na autentyczne.
— Teraz nazywasz się Stefan Kowalski — powiedział Sokół, podając mi te papiery.
Przyjrzałem się im uważnie. Zdjęcie — moje zdjęcie — było przyklejone starannie, a pieczątki wyglądały, jakby zostały odbite w niemieckim urzędzie. Na kartach widniało: „Stefan Kowalski, urzędnik administracji cywilnej, Warszawa”.
— Zapamiętaj wszystko — dodał Sokół. — Imię i nazwisko, miejsce urodzenia, zawód. Jeśli ktoś cię zapyta, odpowiadaj bez wahania. Od teraz to twoje życie.
Przełknąłem ślinę i skinąłem głową.
— Stefan Kowalski — powtórzyłem cicho, jakby te słowa miały stać się częścią mnie.
Sokół spojrzał na mnie uważnie.
— To twoja pierwsza misja. Nie będziemy cię rzucać na głęboką wodę, ale to wciąż niebezpieczne. Oficer Gestapo, którego mieszkanie masz przeszukać, jest ostrożny, ale nie spodziewa się, że ktoś odważy się wejść do jego domu. Twój cel to dokumenty dotyczące polskich więźniów.
— Rozumiem — powiedziałem, choć czułem, jak żołądek zaciska mi się z nerwów.
Sokół nachylił się do przodu.
— Pamiętaj, Stefan — powiedział, celowo używając mojego nowego imienia. — Nie jesteś bohaterem. Jeśli coś pójdzie nie tak, wycofaj się. Dokumenty są ważne, ale twoje życie też.
Przez resztę dnia ćwiczyłem swoją nową tożsamość. Powtarzałem sobie na głos: „Stefan Kowalski, urzędnik administracji cywilnej”. Próbowałem mówić to z niemieckim akcentem, który Sokół kazał mi opanować.
— Niemcy szanują ludzi, którzy mówią ich językiem — tłumaczył. — Ale jeśli będziesz brzmiał zbyt płynnie, mogą zacząć zadawać pytania. Musisz być wystarczająco dobry, ale nie idealny.
Wieczorem Lis przyszedł do mnie z mundurem — prostym, szarym płaszczem z małą opaską na rękawie, która sugerowała, że zajmuję niskie stanowisko w hierarchii administracyjnej.
— To ci pomoże — powiedział, kładąc płaszcz na stole. — Wyglądasz w tym jak urzędnik.
Przymierzyłem płaszcz. Czułem się w nim dziwnie. Materiał był szorstki, a zapach przypominał magazyn pełen kurzu, w którym musiał leżeć przez długi czas.
— Pasuje — stwierdził Lis, patrząc na mnie krytycznie. — Pamiętaj: wygląd to tylko część gry. Jeśli będziesz wyglądał na zdenerwowanego, zdemaskują cię.
— Nie będę zdenerwowany — skłamałem, choć mój głos lekko się załamał.
Lis uśmiechnął się.
— Wszyscy się denerwujemy. Strach trzyma nas przy życiu.
Kiedy wyszedł, zostałem sam z myślami. Spojrzałem na płaszcz, dokumenty i mapę, na której zaznaczono trasę do kamienicy oficera Gestapo. Wszystko wydawało się takie proste na papierze. Wejdź, znajdź dokumenty, wyjdź. Wiedziałem jednak, że w rzeczywistości to nie będzie takie łatwe.
Tej nocy prawie nie spałem. Leżałem na pryczy, wpatrując się w sufit i próbując powstrzymać gonitwę myśli. Co, jeśli mnie złapią? Co, jeśli zawiodę? Co, jeśli przez mój błąd ktoś zginie? Nie potrafiłem ich uciszyć — wracały falami aż do świtu.
Rano Sokół przyszedł, by upewnić się, że jestem gotowy.
— Stefan Kowalski — powiedział, jakby sprawdzał, czy pamiętam swoje nowe imię i nazwisko.
— Tak — odparłem spokojnie, mimo ścisku w żołądku.
— Dobrze — powiedział, kładąc dłoń na moim ramieniu. — Pamiętaj, Stefan. Jesteś jednym z nas i wrócisz cały.
Skinąłem głową, próbując opanować paraliżujący strach.
Jeszcze tego ranka wyruszyłem w stronę Warszawy. Na miejsce dotarłem przed południem. Z wcześniejszych rozpoznań wynikało, że o tej porze nikogo nie powinno być w domu. Ludzie chodzili ulicami z opuszczonymi głowami; nie widać było radości — raczej skrywany smutek. Najczęściej słychać było stukot podkutych butów niemieckich patroli i sporadyczne szczekanie psów.
Stałem w cieniu bramy, próbując opanować oddech. W dłoni kurczowo trzymałem klucz do mieszkania oficera Gestapo. W myślach powtarzałem: „Stefan Kowalski”, jakby te słowa miały mnie uspokoić.
Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze kamienicy. W budynku panowała cisza, poza skrzypieniem schodów pod moimi stopami. Każdy krok wydawał mi się zbyt głośny, jakby mógł obudzić cały świat. Dotarłem do drzwi i wsunąłem klucz do zamka. Pasował idealnie. Przekręciłem go powoli, starając się nie wydać żadnego dźwięku.
Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypieniem. W środku panowała cisza; mieszkanie urządzono schludnie, niemal sterylnie. Na ścianach wisiały obrazy: niemieckie krajobrazy — Alpy, pola, lasy. Na komodzie stało zdjęcie: oficer w mundurze w otoczeniu rodziny.
„To nie czas na podziwianie” — pomyślałem i zacząłem przeszukiwać biurko, które stało w kącie pokoju.
Szuflady były zamknięte na klucz, ale jeden z wytrychów, które dostałem od Sokoła, pasował idealnie. W pierwszej szufladzie znalazłem kilka listów i notatek, które wyglądały jak raporty. W drugiej znajdowała się teczka z pieczęcią Gestapo. Puls przyśpieszył, gdy ją otworzyłem.
Pierwsze strony zawierały listy nazwisk — polskich nazwisk. Przy każdym widniały notatki: „Pawiak”, „Auschwitz”, „rozstrzelanie”. Przełknąłem ślinę, czując, jak palce zaczynają mi sztywnieć. To było to. Szybko wsunąłem dokumenty do torby.
Już miałem zatrzasnąć szufladę, ale wtedy zauważyłem coś jeszcze. Na dnie leżała kolejna teczka, opatrzona pieczęcią Wehrmachtu. Wyglądała na starszą od reszty dokumentów. Coś mnie tknęło, by ją otworzyć.
Zajrzałem do środka — z fotografii spojrzała na mnie moja twarz, a tuż obok widniało imię, nazwisko i wszystkie tak długo poszukiwane dane.
„Krawczyk, Jan (ur. 04.01.1924, Śląsk). W 1941 roku wcielony do Wehrmachtu. Pojmany prawdopodobnie przez polskich bandytów podczas ataku na kolumnę”.
Patrzyłem na te słowa i wszystko we mnie zastygło. Na następnej stronie znajdowały się suche informacje o mojej rodzinie.
„Rodzina: matka Anna Krawczyk (40 l.), brat Franciszek (9 l.)”.
Miałem rodzinę. Matkę. Brata. Oni żyli. A wraz z tą wiedzą wrócił strach. Ale co, jeśli Niemcy odkryją, że jestem z partyzantami? Jeśli dotrą do nich przeze mnie? Czy wtedy ich zabiją?
Przez chwilę stałem nieruchomo, wpatrzony w dokumenty będące kluczem do całej mojej przeszłości. Palce odmówiły mi posłuszeństwa, a oddech zaczął się rwać.
„Rusz się” — rozkazałem sobie w myślach.
Schowałem teczkę z moimi danymi do torby, upewniłem się, że wszystko wygląda tak, jakbym nigdy tu nie był: domknąłem szuflady, poprawiłem krzesło i wymknąłem się z mieszkania tak szybko, jak mogłem.
Gdy wyszedłem na ulicę, poczułem, jak napięcie powoli ze mnie schodzi. W głowie wciąż miałem obraz teczki i notatek, które w niej znalazłem.
Do kryjówki dotarłem wieczorem, tuż po zmroku. Sokół czekał w ziemiance przy stole, z kubkiem kawy w dłoni.
— Masz to? — zapytał, patrząc na mnie uważnie.
Przytaknąłem i podałem torbę. Rozpiął ją i zaczął przerzucać papiery.
— Dobra robota, Świeży — orzekł po chwili. — To może ocalić wielu ludzi.
Otworzyłem usta, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
— Coś się stało? — zmarszczył brwi.
— Nie. To tylko zmęczenie.
— Idź odpocząć. Zasłużyłeś.
Tej nocy niewiele spałem. Myśli o rodzinie wracały uporczywie, nie dając mi spokoju.
Następnego dnia Cichy wezwał mnie do swojej kwatery.
— Sokół twierdzi, że spisałeś się dobrze — powiedział z nutą uznania.
— Dziękuję — odparłem bez entuzjazmu.
Cichy zmrużył oczy, jakby próbował wejść mi do głowy.
— Co cię trapi, Świeży?
Wahałem się chwilę, wreszcie opowiedziałem o teczce, o rodzinie, o Wehrmachcie. Cichy słuchał bez słowa. Gdy skończyłem, westchnął ciężko.
— To wiele wyjaśnia. Teraz rozumiem, czemu jesteś taki rozbity.
— Co mam robić? — zapytałem, czując, jak strach ściska mi gardło. — Jeśli Niemcy dowiedzą się, że jestem z wami, mogą zabić moją rodzinę.
Cichy nie odpowiedział od razu. Przesunął wzrokiem po mojej twarzy, jakby próbował ocenić, ile w tym strachu, a ile poczucia winy. W pokoju zapadła ciężka, gęsta cisza. Przez którą chwilę miałem wrażenie, że waży w myślach każdą możliwość — i każda z nich prowadzi donikąd.
Dopiero wtedy skinął głową.
— Nie mogę pozwolić, żebyś dalej ryzykował. Wyślę cię na wieś. Tam będziesz bezpieczny; wrócisz, gdy wymyślimy, co z tobą zrobić.
Chciałem zaprotestować, ale wiedziałem, że ma rację.
— Dziękuję — powiedziałem cicho, niepewny, co czuję: ulgę, wstyd, bezsilność czy wdzięczność.
Dzień mijał, a ja udawałem, że wszystko jest jak zwykle. Rano z Lisem przeliczyliśmy zapasy i przenieśliśmy skrzynki do ziemianki. Sokół po raz ostatni przepytał mnie z haseł i adresów, a potem przykazał spalić stare notatki; patrzyłem, jak kartki zwijają się w popiół. Zacerowałem pasek plecaka, naostrzyłem nóż, dopiąłem dokumenty.
Wilk oddał mi menażkę bez słowa, tylko krótko skinął głową — jakby nie chciał, bym zobaczył, co naprawdę ma w oczach. Po południu Cichy zaznaczył mi trasę na mapie, powtarzając hasło i odzew.
Słuchałem uważnie, a jednocześnie próbowałem zapamiętać dźwięki obozu, bo tylko one wydawały się prawdziwe.
Ostatnia noc dłużyła się, a w powietrzu wisiała wilgoć zapowiadająca deszcz. W obozie panowała cisza, przerywana tylko trzaskiem ogniska i odległym pohukiwaniem sów. Wiedziałem, że nad ranem odejdę — że żegnam miejsce i ludzi, którzy stali się moją rodziną, choć nigdy nie nazwałem ich tak na głos.
Siedziałem na pniaku przy ognisku i wpatrywałem się w płomienie. Myśli krążyły jak ćmy i nie dawały mi spokoju. Czy to ucieczka? A może decyzja Cichego była najlepsza dla wszystkich? Rozumiałem, że nie mogę dalej narażać ich ani siebie, ale odejście z oddziału było jak wyrwanie korzeni.
Lis usiadł obok, trzymając blaszany kubek parującej herbaty.
— Ciężko ci? — zapytał, zerkając na mnie kątem oka.
— Tak — odparłem, nie odrywając wzroku od ognia.
— Wiesz, Świeży, nikt cię nie osądza. Wszyscy rozumiemy, w jakiej sytuacji się znalazłeś.
Spojrzałem na niego, próbując wyczuć, czy to, co mówi, jest szczere. Lis należał do tych, którzy zawsze wydawali się niewzruszeni, ale w jego głosie pojawiła się nuta, obca mi dotąd — echo troski.
— Nie chcę, żebyście myśleli, że was zostawiam — powiedziałem w końcu. — Po prostu… muszę to wszystko poukładać.
— I dobrze — odparł Lis, klepiąc mnie po ramieniu. — Czasem trzeba się wycofać, żeby wrócić silniejszym.
Do ogniska podszedł Wilk, trzymając w dłoniach kawałek chleba. Jego twarz, jak zwykle, była surowa, ale w oczach nie było gniewu, który widywałem wcześniej.
— Masz — powiedział, rzucając mi chleb. — Na drogę.
— Dzięki — odpowiedziałem, zaskoczony jego gestem.
— Pamiętaj — dodał, siadając na ziemi. — Życie na wsi to nie koniec świata. Może nawet lepiej, że tam trafisz. Tutaj jest coraz gorzej.
Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że miał rację, ale wciąż czułem ból pożegnania.
Nagle Cichy wezwał mnie do siebie.
W środku było ciepło, a na stole leżały meldunki i plany. Dowódca siedział na krześle z papierosem w dłoni i patrzył na mnie uważnie.
— Siadaj, Świeży — powiedział, wskazując na krzesło naprzeciwko siebie.
Usiadłem, czując, jak serce bije mi szybciej.
— Jutro wyjeżdżasz — zaczął, zaciągając się papierosem. — Zorganizowaliśmy wszystko. Na wsi będziesz bezpieczny.
— A co z wami? — zapytałem, próbując ukryć niepokój w głosie.
Cichy uśmiechnął się lekko, choć w jego oczach widać było zmęczenie.
— Poradzimy sobie. Zawsze sobie radzimy.
Przez chwilę panowała cisza, przerywana jedynie trzaskiem drewna w piecyku.
— Słuchaj, Świeży — powiedział w końcu. — To, co odkryłeś, nie jest twoją winą, ale to zmienia wszystko. Nie mogę pozwolić, żebyś ryzykował swoje życie i życie innych.
— Wiem — przyznałem cicho.
Cichy pochylił się do przodu, oparł łokcie na stole.
— Nie traktuj tego jak porażki. Na wsi też będziesz potrzebny. Ludzie tam potrzebują kogoś, kto zna Niemców i potrafi im się przeciwstawić.
Kiwnąłem głową, choć w środku coś we mnie pękało.
— Dziękuję za wszystko — powiedziałem, patrząc mu prosto w oczy.
Cichy uśmiechnął się lekko i podał mi rękę.
— To my dziękujemy. Trzymaj się. Spotkamy się, gdy znajdziemy rozwiązanie.
Gdy wróciłem do ogniska, reszta już tam była. Lis, Wilk, Skała, a nawet Borsuk, który zwykle trzymał się z boku. Siedzieli w ciszy, wpatrzeni w płomienie, lecz kiedy podszedłem, unieśli wzrok. Czułem, że czekają na słowa, choć nie wiedziałem, jakie.
— Nie jestem dobry w pożegnaniach — zacząłem, czując, jak ściska mnie w gardle. — Chcę, żebyście wiedzieli, że nigdy was nie zapomnę.
Lis, wierny swojej naturze, uśmiechnął się lekko.
— My ciebie też — odparł, a w jego głosie pobrzmiała nuta smutku.
Wilk, najbardziej powściągliwy z całej grupy, podszedł i wyciągnął rękę.
— Powodzenia — powiedział krótko, a w jego oczach mignął cień szacunku, może zrozumienie.
— Dzięki — odpowiedziałem, ściskając dłoń mocno.