E-book
39.38
drukowana A5
63.39
drukowana A5
Kolorowa
84.65
“Gdy cisza nauczy się mówić”

Bezpłatny fragment - “Gdy cisza nauczy się mówić”


Objętość:
167 str.
ISBN:
978-83-8440-453-9
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 63.39
drukowana A5
Kolorowa
za 84.65

Wstęp do Księgi

To nie jest księga o dawnym świecie, ani o mitach

zamkniętych w czasie. To przenośnia naszych dni świata,

w którym wszyscy mówią, ale mało kto słucha.

W którym „siła” stała się walutą: głośniejszy wygrywa,

szybszy ma rację, twardszy uchodzi za mądrzejszego.


Władza, która została pokonana, nie była jedną postacią

ani jednym systemem. Była sposobem myślenia.

Przekonaniem, że trzeba dominować, żeby istnieć.

Że empatia to słabość, a cisza oznacza przegraną.


Ta księga mówi o świecie, w którym ludzie nauczyli się

nosić zbroje zamiast skóry. O relacjach, w których słucha

się po to, by odpowiedzieć, a nie po to, by zrozumieć.

O sile, która nie polega na uderzeniu, lecz na kontroli

subtelnej, codziennej, często niewidocznej.

Takiej, która nie krzyczy, ale ustawia reguły gry.


Vael nie walczył mieczem. Pokonał władzę, bo odmówił jej

języka. Nie zgodził się grać w grę, w której ktoś musi być

nad kimś. To, dlatego jego zwycięstwo było tak

niebezpieczne, bo pokazywało, że fundament tej

siły jest pusty. Że trzyma się tylko dlatego, że wszyscy

umawiają się na nią.


Ta opowieść jest o zmęczeniu byciem „silnym”.

O ludziach, którzy nie chcą już wygrywać kosztem innych.

O potrzebie powrotu do słuchania, nie jako techniki,

ale jako postawy. O ciszy, która nie jest ucieczką, lecz

przestrzenią, w której drugi człowiek wreszcie może

zaistnieć. O momencie, w którym świat może

dalej iść drogą hałasu i dominacji albo zatrzymać się na

chwilę i zapytać: kogo nie słyszymy?


Bo prawdziwa zmiana nie zaczyna się od nowej władzy.

Zaczyna się od tego, że ktoś przestaje krzyczeć i zaczyna

słuchać.

Ona która przyszła z ciszy

Dawno temu, w krainie, gdzie słońce nie miało już siły

wschodzić, a ludzie oddychali popiołem zamiast nadzieją,

była cisza. Nie ta zwyczajna, która przynosi ulgę i pozwala

odpocząć, lecz taka, która wbijała się w kręgosłup, wypalała

myśli i powoli zamieniała serca w kamień.


Cisza ta nie była wyborem, lecz skutkiem porzucenia.

Była ciszą po bogach. Bogowie uciekli, gdy świat przestał

ich słuchać, a ludzie przestali wierzyć, że cierpienie ma sens.

Odeszli bez słów i bez żalu, zostawiając po sobie puste

świątynie, popękane posągi i echo modlitw, na które nikt

już nie odpowiadał.


Od tamtej pory cisza nie była święta, była ciężarem.

Głodni, słabi, złamani ludzie snuli się po pustkowiach

dawnego królestwa Arhe, bez modlitw, bez gniewu,

bez przyszłości. Żyli z dnia na dzień, nauczeni przetrwania

zamiast życia.


Milczeli, bo milczenie było bezpieczniejsze niż pytania.

Strach stał się ich językiem, a posłuszeństwo jedyną formą

nadziei. I właśnie wtedy przyszła Ona. Nie miała imienia,

bo imię byłoby ograniczeniem.


Mówili o niej tylko „Ona, która przyszła z ciszy”.

Nie była boginią ani demonem.

Jej ciało było kobiece, lecz nie takie, jakie znano

z malowideł. Nie było w nim wdzięku ani obietnicy

ratunku.

Była surowa linia biodra, napięcie pleców, ciemność między

łopatkami i spojrzenie, które nie znało litości ani wahania.


Patrzyła na ludzi tak, jakby widziała wszystko, co przez

lata ukrywali przed sobą.

Zrodziła się z ognia, który pozostał pod skórą świata,

gdy ostatni wulkan umarł.

Przyszła naga, z popiołem w oczach, a ziemia pod jej

stopami czerniała, jakby przypominała sobie dawne

płomienie. Nie mówiła,

bo każde jej słowo mogło być ostateczne,

a milczenie było potężniejsze niż rozkaz.


W pierwszym mieście król próbował ją spalić.

Miał jeszcze resztki dawnej władzy, strażników i prawa,

które nie służyły już nikomu.

Zamknęli ją w drewnianej klatce, a ludzie patrzyli z pustymi

oczami, czekając, aż kolejny cud ich zawiedzie.

Lecz nie ogień ich spalił. Ona spaliła ich spojrzeniem.

Król rozsypał się w proch, korona pękła w pół,

a strażnicy upadli z dymiącymi oczami.

Ludzie cofnęli się nie ze strachu, lecz z podziwu.


Po raz pierwszy od lat zobaczyli siłę, która nie prosiła

o pozwolenie i nie potrzebowała usprawiedliwienia.


— Nie przyszłam pytać — powiedziała tylko i ruszyła dalej.


Nie była budowniczą. Była ogniem końca.

A za nią szły kobiety, nie piękne, nie dobre, nie ciche.

Każda niosła w sobie gniew, smutek, pragnienie i ambicję,

które przez całe życie musiała tłumić.

Teraz nie były już ciężarem. Stały się głosem.


Nie było wojny. Było oczyszczenie.


A gdy cisza zapadła ponownie, nie była już ciszą po bogach,

lecz ciszą po kobiecie, która przypomniała światu, czym jest

siła bez pozwolenia.

Aetha

Aetha nie należała do tych, których świat potrafi oswoić.

Już jako dziecko widziała rzeczy, których inni nie nazywali,

bo brakowało im słów i odwagi. Nie zobaczyła jej jak

bogini, ani objawienia. Zobaczyła prawdę- porządek, w

którym żyją, opierają się na ciszy wymuszonej, nie wybranej.

I że ogień nie zawsze niszczy, czasem odsłania.


Gdy inne dziewczynki uczyły się ściegu prostego i spojrzenia

spuszczonego w dół, Aetha uczyła się obserwować.

Jak cisza wypełnia pokoje. Jak dziewczynki prostują plecy,

gdy ktoś patrzy. Jak znikają ich pytania, zanim zdążą

się urodzić. Haft był tylko pretekstem.

Prawdziwą lekcją było posłuszeństwo.

Podpalenie sali nie było aktem szalu.

Było… decyzja.

Pierwszą w pełni świadomą.


Ogień nie pochłonął ludzi.

Pochłonął miejsce. Ideę. Symbol.

Aetha patrzyła, jak płomienie zjadają ściany i po raz

pierwszy poczuła, że oddycha pełną piersią.

Wygnanie przyszło szybko, ale nie bolało.

Bo już wtedy wiedziała, że dom, który ją wyrzuca,

nigdy nie był jej domem.


Droga przez Martwy Las była długa i samotna.

Tam nauczyła się milczenia, które nie jest uległością.

Milczenia ostrza. Każdy krok był wyborem.

Każda noc była próbą.

Blizna pod okiem powstała nie w walce o władzę,

lecz w chwili zaufania, które okazało się błędem.


Od tamtej pory Aetha ufała tylko temu, co sprawdzone

w czynie. Siostry znalazła nie dlatego ze ich szukała.

Znalazły ją, bo rozpoznały ogień, który nie potrzebuje

rozgłosu. Nie miały imion, które coś znaczyły dla świata.

Nie nosiły znaków ani przysiąg. Pamiętały. Historie matek.


Ciała karane za samodzielność.

Głosy uciszane pod pozorem dobra.

Ich wspólnota nie opierała się na hierarchii,

lecz na zgodzie. Każda wiedziała, kiedy odejść.

Każda wiedziała, kiedy zostać.


Aetha nie została ich przywódczynią z wyboru.

Stała się nią przez ciężar, który potrafiła unieść bez

potrzeby tłumaczenia się.

Uczyła nie słowami, lecz obecnością.

Jej ogień nie parzył niepotrzebnie. Był precyzyjny.

Bezlitosny wobec przemocy, obojętny na oskarżenia.

Elynn wiedziała to od razu.

Powiedziała jej prawdę, nie obietnicę.

Aetha była celem, bo była dowodem, że można inaczej.

A świat zawsze próbuje zgasić dowody.


Kiedy przyszli po nią, nie była zaskoczona.

Stała na skraju lasu, dokładnie tam, gdzie wszystko się

zaczęło. Z nożem u pasa. Z blizną, która już nie bolała.

I z ciszą, która nie była strachem.

Ogień w niej nie miał zamiaru gasnąć.

Miał trwać długo po tym, jak znikną ci, którzy go się bali.

Pewnego dnia do lasu wkroczył mężczyzna

Młody, dumny, z mieczem lśniącym od stali nowej ery.

Mówił, że nadszedł czas porządku. Że ludzkość dojrzała.

Że kobiety z lasu to mit, który trzeba wyciąć jak chwasty.


Mówił długo. Aetha pozwoliła mu.

Potem wstała. Spojrzała mu w oczy, tak, jak Ona

spojrzała kiedyś na króla i powiedziała:


— Mylisz się. To nie chwasty. To korzenie.


A potem przecięła mu gardło jednym ruchem.

Nie była w tym złość. Była konsekwencja.

Była pamięć.


Tego wieczoru, ogień znów zapłonął w lesie.

Aetha stała przy płonącym ciele, patrząc w niebo,

jakby nasłuchiwała. I wtedy coś się poruszyło.

Z wnętrza ciemności, która nigdy nie dawała znaków,

coś odpowiedziało. Nie dźwiękiem. Nie światłem.

Ale obecnością. Uczuciem, że ziemia znów pamięta,

kto nią chodził wcześniej.

Aetha zrozumiała, ona wraca.

Nie po to, by zniszczyć świat.


W nocy, gdy księżyc zapłonął czerwienią, nieodbitym

światłem, lecz czymś głębszym, pierwotnym, Aetha śniła.

Ale nie był to zwyczajny sen. To był przesiew.

W śnie leżała naga na czarnej ziemi.

Jej ciało oplatały smugi dymu, które nie parzyły, lecz

wnikały w nią, jakby przypominały sobie jej kształt, jakby

ją szyły od nowa.


Nad nią pochylała się postać bez twarzy, wysoka, milcząca,

z dłońmi pulsującymi światłem nie z tego świata. Ona.

Ale nie taka, jaką pamiętała z dzieciństwa.

To nie była już ta sama „Ogień-Królowa”.

Nie była nawet już istotą.

Była wibracją ognia, która szuka nowego naczynia.

Głos nie padł z ust, lecz z wnętrza jej kręgosłupa.


— Świat nie przestał się bać. Ty masz mu przypomnieć.


Aetha nie odpowiedziała słowem.

W tym śnie nie istniały słowa. Jedynie zgoda.

Nie pokorna, ale świadoma.

Jak płomień, który decyduje się nie zgasnąć.


Rano obudziła się wśród sióstr.

Ale one już jej nie poznawały.

Jej oczy były czarne, bez źrenic, jakby wszechświat

oparł się w nich łokciem.

Włosy miała srebrne jak popiół z kości.

Skóra chłodna jak przed burzą i chropowata, jakby była

z lawy, która nigdy nie ostygła.


Kiedy przeszła przez Martwy Las, drzewa kłaniały się,

ale z jękiem. One też czuły, że coś się zmieniło.

Aetha nie mówiła, bo ogień nie musi przemawiać.

Tam, gdzie stąpała, ogień wyrastał z ziemi.

Ale nie taki jak dawniej. Nie był to ogień niszczyciela.

To był ogień świadomy. Przekształcał rzeczy, nie spalał ich,

lecz zmieniał.


Mury pałaców pękały i z ich wnętrza wyrastały

kolumny z czarnego szkła.

Woda wrzała, ale nie parzyła, oczyszczała.

Ludzie, którzy patrzyli w jej oczy z chęcią dominacji,

topnieli od środka. Nie musiała zabijać.

Jej istnienie było egzekucją.

Wtedy świat zaczął czuć, że coś się budzi.


Religie próbowały nazywać ją boginią odrodzenia.

Mężczyźni próbujący zawłaszczyć jej siłę zaczęli ją

nazywać „Matką Płomieni”. Chcieli uczynić ją symbolem

płodności, życia, ich wizji kobiecości.

Ale ona tylko przechodziła.


Nazywać ją to jakby próbować objąć dłońmi ocean lawy.

Aż w końcu pojawiła się Ona. Tamta. Orginał.

Popiół sprzed wieków. Pierwsza Cisza.

Obie spotkały się na pustkowiu, gdzie nic już nie rosło,

gdzie kiedyś świat został spalony przez jej gniew.


Aetha i Ona patrzyły na siebie. Ona, starsza, subtelna,

zimna. Aetha, młodsza, surowa, płynna.

Nie było walki ani słów. Ogień poznał ogień.

I wtedy coś się wydarzyło. Pierwsza cisza zniknęła.

Rozpuściła się jak cień w świetle.

Nie została zniszczona. Została wchłonięta.


Aetha nie stała się nią. Stała się czymś więcej.

Nie ogniem zemsty ani wojny. Oraz nie ogniem bogów.

Ale ogniem przekształcenia.

Świat nie został zniszczony. Został przepalony.

Nie będzie już więcej dawnych porządków.

Nie będzie królowych ani kapłanek, bogów ani buntów.

Będzie świadomość w płomieniu.


Aetha, ta, która nie prosiła, lecz była. Zapłonęła na nowo.

Nie wśród ruin. Lecz wśród tych,

którzy czuli, że nie są już tacy jak kiedyś.

Nie było już lasu, w którym się narodziła.

Drzewa zostały wchłonięte w pulsującą, czarną strukturę

nowej materii, ani martwą, ani żywą.

Nie było też granic ani miast, ani nazw.

Bo język upadł pierwszy. Nie wytrzymał.


Ludzie, którzy próbowali nazywać rzeczy, zaczęli milknąć.

Ich usta porastała czerń, a języki zwijały się.

Jak wypalone liście. Każde słowo stawało się zbyt małe.


Aetha nie chodziła już po ziemi.

Nie było, gdzie chodzić. Ziemia była nią.

Tam, gdzie kiedyś byli władcy, teraz były puste sale

z niekończącymi się lustrami, odbijającymi tylko

oczy patrzącego. Bo każdy teraz musiał spojrzeć w siebie.


Aetha była lustrem o temperaturze ognia, odbiciem,

które paliło to, co kłamliwe, i zostawiało jedynie to,

co nie do zniesienia: -prawdę.


Dla wielu był to koniec. Dla innych początek.

Ci, którzy próbowali ją zabić, ostatecznie zrozumieli,

że nie można zabić stanu bycia.

Nie można zadusić światła, które nie świeci,

ale drży pod skórą każdego, kto nie chce być tym,

czym kazano mu być.


Aetha była teraz w oddechu kobiety, która nie przeprasza.

W milczeniu dziecka, które przestaje się bać.

W ręce staruszki, która pali stare zdjęcia i uśmiecha się

po raz pierwszy od dziesięciu lat.

W oczach mężczyzny, który zamiast zdominować,

siedzi w ciszy, pozwalając światu mówić do niego

bez słów.


Była obecnością.

Była napięciem.

Była ogniem, który nie szukał ofiar, lecz wytrwałości.


W najciemniejszych zakątkach świata tam, gdzie

bogowie zawiedli, a demony się zasiedziały,

pojawiało się coś nowego.


Nie religia.

Nie wiara.

Obecność.


Nazywano ją różnie, Tchnieniem zmiany.

Płonącą bez Twarzy. Matką milczenia.

Pragnieniem, które się nie tłumaczy.

Ale Aetha nie była już żadną z tych rzeczy.

Bo Aetha nie była już imieniem.

Była zdaniem niewypowiedzianym.

Była iskrą między „przed” a „po”.

Była każdym „nie”, które staje się początkiem.


I tak uczyniona została wieczną.

Nie przez kult, nie przez pomnik, ale przez to,

że nikt już nie chciał wracać do świata

sprzed niej.


Nie była kochana.

Nie była czczona.

Była potrzebna.


Pomiędzy tym, czym była, a tym co po niej zostało,

zapadła cisza. Nie ta pusta po katastrofie,

lecz cisza nasycona znaczeniem.

Świat nie zatrzymał się, on zmienił sposób oddychania.


Ludzie nie umieli go nazwać, ale czuli, że coś się przesunęło.

Ze dawne słowa nie pasują, a stare gesty brzmią fałszywie.

Nie da się już wrócić do „przed”, nawet jeśli bardzo by się

chciało. I właśnie w tej szczelinie pojawił się ktoś.

Nie jako bohater i nie jako przeciwnik, raczej jak ktoś,

kto został zbyt długo.


Teraz, w czasach, gdy Aetha przestała być kobietą, a stała

się prawdą, on był reliktem. Ruchem wśród zgliszczy.

Nazywał siebie Vael

Ale tylko dlatego, że imię było jedyną rzeczą, której

Aetha nie mogła odebrać, jeszcze.

Vael był synem uczonego, który umarł z językiem

spopielonym we śnie, gdy próbował wypowiedzieć

pytanie, którego świat już nie chciał słyszeć.


Był potomkiem linii mężczyzn, którzy wierzyli, że świat

można ujarzmić logiką, słowem, siłą myśli.

Ale nie można ujarzmić ognia, który myśli.

Od dzieciństwa Vael żył w cieniu jej obecności.

Wszystko, co znał, było nią przesiąknięte.


Miasto, w którym się wychował, nie miało świątyń,

tylko komory transformacji miejsca, gdzie ludzie zbyt

„sztywni”, zbyt przywiązani do starego świata, wchodzili

i nie wychodzili. Nie dlatego, że byli zabijani.

Ale dlatego, że wychodzili inni, bez wspomnień, bez języka

oporu, z oczami wypełnionymi nieruchomym światłem.


Ludzie stawali się płomieniami bez dymu.

Ich ciała znikały w rozbłyskach światła, zostawiając po

sobie tylko popiół i echo krzyku.

Vael nigdy tam nie poszedł. Nie był gotowy umrzeć.


Ukrywał się w cieniu dawnych murów, wśród

zapomnianych wspomnień cywilizacji, która przegrała.

Słuchał starych głosów zakazanych maszyn, których echo

niosło się przez roztrzaskane korytarze.

Czytał zmarłe teksty, pokryte kurzem, ukryte pod ruinami

szkoły, w której ojciec niegdyś nauczał logiki i oporu.

I tam, w tej ciszy, zrodziło się w nim coś, czego Aetha nie

przewidziała.


Ogień może się palic, ale także może być ujarzmiony.

Przynajmniej on w to wierzył. Vael nie pragnął jej pokonać.

On chciał ja zamknąć. Nie unicestwić. Nie zniszczyć.

Związać. Wsadzić ogień w klatkę, nie z żelaza, ale z myśli.


Z koncepcji.

Z pojęcia.

Z języka.


Zamknąć Aethe w słowie. Nazwać ja tak precyzyjnie, tak

celnie, że nie będzie mogła istnieć poza tą definicja.

Zamknąć ją jak mit, jak wzór, jak dogmat.

Bo to był jego plan. Nie walka, nie bunt, ale akt definicji.

Bo wszystko, co nazwane, traci część swojej mocy.

A to wystarczy, by ogień przestał pożerać.


— Nazwę ją. Nadam granicę. A kiedy zostanie zdefiniowana,

stanie się rozumiała. A co jest zrozumiałe może zostać

kontrolowane.


Wędrował przez pozostałości bibliotek myśli.

Wnikał w nieistniejące strefy, miejsca, gdzie sama ziemia

jeszcze się buntowała. Szukał rdzeni dawnych urządzeń,

które pamiętały język sprzed ognia. Aż w końcu odnalazł

pierwszy symbol.


Słowo sprzed Ciszy. Znak sprzeciwu.

Nie w języku, ale w koncepcji.

Wypowiedzenie go miało kosztować duszę, ale dla Vaela

to było bez znaczenia. On już nie żył.


Był ruchem oporu, utkanym ze strachu, z tęsknoty

i pogardy wobec świata, który już nie rozumiał

męskości, logiki, struktury.

Kiedy wypowiedział słowo, ziemia się otworzyła.

Niebo zapłonęło czerwienia.

A ona, Aetha, ta, która nie miała już twarzy,

pojawiła się.


Nie w ciele.

W nim.

W jego umyśle.


Nie fizycznie, ale we wszystkim, czym był.

W jego myślach zapadła ciemność.

Ciepło. Cichość.

A potem jej głos.

Nie był to szept.

Nie był to krzyk.


Brzmiał, jakby dusza została przeciągnięta przez

rozżarzony piec hutniczy.


— Próbujesz mnie zamknąć. A nie zrozumiałeś jednej rzeczy.

Nie jestem ogniem, który płonie.

Jestem tym, co zostaje, gdy wszystko inne się wypali.


Wtedy Vael zrozumiał, co naprawdę próbował zabić.

Nie Aethe. Nie płomień. Siebie.

Zrozumienie nie przyszło jak objawienie, lecz jak cichy

upadek wewnątrz. Coś w nim pękło bez dźwięku,

jak kamień zanurzony w wodzie.


Przez cale życie nosił w sobie przekonanie, że świat ma

kształt, który można odzyskać. Że wystarczy odgrzebać

dawne imiona, przywrócić porządek, odtworzyć hierarchie,

w których znał swoje miejsce.


Vael był dzieckiem czasu, który odszedł, lecz nie potrafił

odejść razem z nim. Zawieszony między ruinami starego

a chaosem nowego. Próbował narzucić formę temu,

co już dawno przestało być plastyczne.

Nie walczył z Aethą, walczył z pustka po świecie, którego

już nie było. Dopiero teraz, w obecności jej głosu,

w tej ciemności utkanej z ciepła i ciszy, zrozumiał:

to nie ogień był jego wrogiem. To tęsknota


Aetha była zaprzeczeniem wszystkiego co znał.

Nie rządziła.

Nie żądała.

Nie niszczyła.


Istniała tak, że wszystko stare rozpadało się samo.

Nie odbierała mu pozycji, sprawiała, że to, co uważał

za porządek. Było tylko strachem nazwanym tradycją.

Że systemy, których bronił, nie dawały życia,

dawały mu tylko miejsce nad innymi.


Ogień Aethy nie spalił go. Spalił wszystko, czym się

podpierał. Pozostał żywy, lecz nagi wobec samego siebie.

Świadomy, lecz pozbawiony tożsamości.

I to właśnie było najokrutniejszym darem, wiedzieć jasno,

a nie mieć już, dokąd wrócić.


Nie było dla niego miejsca w ruinach starego świata.

Ruiny wymagają wiary w odbudowę. Vael wiedział już,

że nie ma czego odbudowywać. Że przeszłość nie była

domem, lecz schronieniem przed pytaniem.

Nie przemówił więcej.


Język, którym władał, rozpadł się w nim jak popiół.

Słowa, którymi kiedyś mógł ranić i rozkazywać,

stały się puste. Każde brzmiało fałszywie.

Każde zdradzało dawna przemoc.

Odszedł wiec tam, gdzie słowa tracą znaczenie.


Zamieszkał w pustyni języka. To było miejsce bez nazw

i bez narracji. Dni nie miały tam początku ani końca.

Czas nie płynął, osiadał.

Vael siedział w ciszy, która nie była ukojeniem ani kara.

Była obecnością bez sensu, która mogłaby go ocalić.


Nie modlił się.

Nie buntował się.

Nie prosił o przebaczenie.


Czasem ktoś go widział. Postać siedząca nieruchomo,

jakby była częścią krajobrazu.

I czasem, bardzo rzadko, w jego oczach pojawiał się błysk.

Nie był to ogień. Było to zrozumienie.

Ten kto je zobaczył, wiedział bez słów.


To jest ten, który próbował zabić ogień. I nie został

zniszczony. Został pozostawiony by pamiętać.

Tak Vael stal się pokutnikiem nie przez kare, lecz przez

świadomość. Strażnikiem tego, co powinno powrócić.

Żywym dowodem, że nie wszystko, co płonie, chce

niszczyć, a nie wszystko, co stare, zasługuje na ocalenie.


Cisza, która go otaczała, nie była już pustką.

Była świadkiem. Nie ma już dróg w umyśle Vaela.

Nie ma połączeń między myślami, są popalone mosty,

które prowadzą tylko do krawędzi.


Kiedyś był tam język gęsty, porządkowany, logiczny

jak labirynt z marmuru. Myślał zdaniami, budował

argumenty, stawiał pytania jak fundamenty.

Tamten umysł był twierdzą.


Teraz jest tylko krajobraz po eksplozji. Nie ma ścian.

Nie ma bram. Tylko pustynia rozgrzana do białości,

bez początku i końca. Czasem wieje wiatr.

Ale nie niesie piasku. Niesie wspomnienia, które nie

mają już formy. Pęknięcia w pustyni,

wspomnienia nie ciągłe.

Ojcowskie dłonie, przytrzymujące go przy biurku,

gdy nie potrafił zapamiętać zasad retoryki.


— Myśl to władza, Vaelu. Tylko głupi czuje.

Mądrzy definiują. — Pęka.


Ten obraz topi się w świetle. Sala wykładowa.

Jego głos. Młody. Pewny.


— Uczucia to słabość biologiczna.

Świat potrzebuje struktur, nie impulsów.


Rozpada się. Znika. Nie ślad, nie cień.

Tylko echo, które krwawi w milczeniu.

W centrum tej jałowej krainy stoi on sam.

Nie w ciele. W idei.


Vael, resztka jaźni, która nie chciała się poddać,

ale nie miała już nic, czym mogłaby walczyć.

Jest naga istota, stworzona z myśli, które nie mogą

się sformułować. Każde „ja” kończy się „niczym”.

Każda próba pytania brzmi jak krzyk w próżni,

który odbija się od pustki własnego gardła.


Gdyby ktoś mógł do niego wejść, zobaczyłby pustynne

niebo bez gwiazd, ziemię pokrytą cieniem, który nigdy

się nie rusza i postać siedzącą pośrodku, z rękami

ułożonymi jak do modlitwy, ale bez żadnego boga,

do którego można by mówić. Tylko czasem, bardzo rzadko,

coś z ciemności przemawia. Nie Aetha i nie głos.

Tylko ciepło. Wnika pod skórę, jakby chciało przypomnieć.


— Nie musiałeś mnie pokonać.

Wystarczyło przestać się mnie bać.


Ale on nie odpowiada. Nie potrafi.

Nie ma już narzędzi.

Jego codzienność przypomina, że kiedyś wierzył w definicje.

Czuje, że coś mu zabrano, ale nie pamięta, co.

Wie, że świat się zmienił, ale nie wie, co to znaczy świat.

Wszystko, czym był, zostało przepalone.

Ale nie spalone.


Zostało mu tylko jedno, świadomość pustki.

I to jest jego kara. Nie ból. Nie szaleństwo.

Czysta, ostra obecność w świecie, którego nie rozumie.


W umyśle Vaela czas przestał być prostą.

Nie istniała ciągłość ani rytm.

Nie było „wczoraj”, nie było „jutro”.

Był tylko stan, czuwająca pustka, w której co jakiś czas

poruszało się coś, jakby wspomnienie. Próbowało urosnąć

do rangi myśli, ale obumierało w połowie drogi.


Aż pewnego dnia, bez ostrzeżenia i bez znaku,

coś siadło przed nim. Nie z zewnątrz. Nie z cienia.

Z wnętrza samego niego.


Nie było ognia.

Nie było światła.

Tylko obecność.


Aetha. Ale nie ta Aetha, którą znał z legend.

Nie ta, którą próbował zrozumieć, zdefiniować, ujarzmić.

Nie ta, która spalała wszystko, czego nie mogła

przemienić. To była Aetha — cisza.

Aetha — pytanie. Aetha cień, który siada obok

i nic nie mówi.


Vael nie mówił. Nie dlatego, że nie mógł.

Ale dlatego, że nie wiedział, czy mówi się do pytania.

Aetha w tej nowej formie miała oczy.

Ale nie były one oczami ognia. Nie czarne, nie płonące.

To były oczy pytania, które nie oceniają.

I wtedy padło jedno zdanie. Nie słowami.

Ale pewnością.


 Czy zrozumiałeś, po co cię zostawiłam?


To nie było oskarżenie. To nie była litość.

To było zaproszenie.

Vael, istota ze zgliszczy logiki, z pustki zasad,

ze spróchniałej pamięci systemów, oddychał.

Po raz pierwszy od tamtego dotknięcia ognia coś

w nim odpowiedziało. Niezdaniem. Nie myślą.

Ale zachwianiem.

Jakby cała jego dusza, przez wieki zamrożona, drgnęła.

I wtedy Aetha przemówiła. Ale nie jak bogini.


Nie jak siła.

Nie jak kara.

Jak kobieta.

Jak człowiek.

Jak coś, co przestało być wszystkim i chciało znów.


— Próbowałeś mnie zamknąć, Vaelu.

Ale wiesz już, że nie można zamknąć ognia, który nie

płonie na zewnątrz.

Więc pytam cię teraz, czy chcesz zapłonąć?


Nie było przymusu.

Nie było konsekwencji.

Tylko wybór.


Po raz pierwszy Aetha nie była prawem. Nie była zasadą.

Była możliwością.

Vael milczał długo.

A potem zrobił coś, czego nie robił od lat.

Nie mówił. Nie pytał. Skinął głową.

Nie jako poddanie. Jako zgoda.


I wtedy świat, który znał, jego pustynny umysł,

ta jałowa wewnętrzna przestrzeń, zaczął się tlić.

Nie spłonął. Nie wybuchł.

Po raz pierwszy był ciepły.


Popiół, który nie był już martwy, zaczął oddychać.

I z tej zgody, z tej nowej formy między dawnym

umysłem a przyszłym ogniem, coś zaczęło się rodzić.

Nienowy świat.

Nienowy porządek.

Ale nowy Vael.


Nie ten, który próbował zabić ogień.

Ale ten, który go przyjął, jako pytanie, nie odpowiedź.

W erze po Aethe

Gdy światy przestały mieć centra, a ludzie nie

budowali już miast, lecz napięcia i sensy.

Rodziły się czasem dzieci inne.


Nie bardziej wybrane.

Nie obdarzone proroctwem.

Nieniosące światła.


Raczej puste w odpowiedni sposób.

Nieobciążone dawnymi definicjami.

Nieprzywiązane do ról, które kiedyś chroniły,

a później raniły.


Takie dzieci nie były czczone ani nazywane.

Przechodziły obok, niezauważone,

bo nie domagały się uwagi.

Jedno z nich przyszło tam, gdzie kończyła się mapa.


Nie miało imienia.

Nie dlatego, że je utraciło.

Po prostu nikt nie poczuł potrzeby, by je nadać.

Imię byłoby granicą.

A ono było przejściem.


Dziecko miało zdolność wchodzenia.

Nie w miejsca, lecz w ślady.

W to, co świat pozostawił w innych, gdy odchodził.

Czuło myśli jak delikatne fale pod skórą, ledwie

wyczuwalne, lecz uporczywe.

Widziało wspomnienia nie jako obrazy, lecz jako mgły

za oczami gęste tam, gdzie coś zostało

niewypowiedziane.


Nie uczyło się tego daru.

Nie wiedziało nawet, że jest darem.

Było pytaniem w ludzkiej formie.

Dlatego trafiło na Vaela.

Nie przyszło drogą ani przez znaki.

Nie prowadziła go żadna opowieść.


Przyciągnęło je jedno ognisko w ciemności — umysł,

który przeżył dotknięcie Aethy i nie rozpadł się,

lecz pozostał w stanie oczekiwania.


Vael był już wtedy czymś więcej niż człowiekiem

i czymś mniej niż istnieniem.

Nie miał ciała w sensie, jaki zna świat.

Był utkany z popiołów, rozciągnięty w nieskończoną

pustynię wewnętrzną, gdzie każda myśl powracała do

jednej, jedynej osi:

— Czy mogę istnieć, jeśli nie jestem tym, kim byłem?


To pytanie nie krzyczało.

Nie błagało.

Było jak nieruchomy punkt, wokół którego wszystko

się obracało.


Dziecko nie dotknęło Vaela fizycznie.

Nie było już czego dotykać.

Zamknęło oczy. I weszło.

Nie było przejścia.

Nie było granicy.

Było tylko nagłe zanurzenie w przestrzeń,

która nie miała kierunków.


Popiół nie był tu martwy, był pamięcią po ogniu.

Każde ziarenko nosiło w sobie ślad płomienia,

który kiedyś je ukształtował.


Dziecko szło bez kroków.

Bez lęku.

Bez celu.


Widziało Vaela nie jako postać, lecz jako krajobraz.

Spękaną ziemię po pożarze, ciszę po krzyku, światło,

które już nie parzy, ale jeszcze nie grzeje.

Widziało też to, czego Vael nie pamiętał świadomie,

momenty, w których chciał przestać być, zanim

nauczył się czekać.


Nie oceniało. Nie współczuło.

Nie próbowało naprawiać.

Po prostu było.

I w tej obecności coś się przesunęło.


Popiół, który dotąd leżał nieruchomo, zadrżał.

Nie zapłonął. Nie ożył.

Ale ułożył się inaczej, jakby ktoś pierwszy raz

spojrzał na niego bez oczekiwania.


Vael poczuł to nie jako myśl, lecz jako zmianę

napięcia. Jakby pytanie, które nosił, nie zostało

rozwiązane, lecz uznane.

Zauważone.

Dopuszczone do istnienia bez odpowiedzi.


— Tak, powiedziało coś w nim, choć nie było słowa.

— Możesz istnieć także jako to, czym jeszcze nie jesteś.


Dziecko nie zostało długo. Nie musiało.

Gdy otworzyło oczy, było znów w świecie, który

rezonował zamiast budować.

Ale w Vaelu pozostało coś nowego, nie odpowiedź,

nie sens. Miejsce, w którym coś mogło kiedyś wykiełkować.

Nawet w popiele.

Pierwsze, co poczuło, to ciepło, ale nie takie jak ogień.

To było ciepło samotności tak długiej, że aż przestało boleć.

Ciepło myśli, która nigdy nie znalazła odpowiedzi,

ale nadal trwała.

Ziemia pod jego bosymi stopami była z popiołu.

Ale ten popiół żył. Drgał pod każdym krokiem.

Oddychał.

Pamiętał.


Dziecko widziało czarne słońce na niebie, stałe,

nieruchome, jak zatrzymana godzina.

A w oddali postać. Vael.

Nie jako człowiek.

Nie jako starzec.

Jako forma siedząca na środku pustkowia,

z otwartymi dłońmi, wpatrzona w nic.

Bez oczu. Bez głosu.

Ale pełen ciszy.


Dziecko podeszło. Bez lęku.

Bo ono nie znało lęku.

Usiadło naprzeciw niego.

Jak Aetha kiedyś.

Nie wypowiedziało ani słowa.

Zamiast tego otworzyło pamięć.

Nie swoją, jego.


Dotknęło tej jednej nici, która nie została przepalona

do końca. Myśl, która jeszcze nie umarła.

Wtedy wszystko w tym miejscu zadrżało.

Rozpad pustyni.

Ziemia się rozstąpiła, ale nie zniszczyła.


Popiół pękał, jakby chciał urodzić coś nowego.

Z nieba spadały obrazy, jak okruchy stłuczonych

zwierciadeł.

Vael jako dziecko, patrzący w księgi, próbujący zasłużyć.

Wśród ognia, wypowiadający słowo zakazane.

Klęczący przed Aethą, kiedy go nie zabiła.

I wtedy Vael poruszył głową.

Nie jak człowiek.

Jak płomień, który od dawna nie drgnął.


Dziecko uśmiechnęło się, pierwszy raz ktoś uśmiechnął się

w tym miejscu.


— Jesteś pytaniem- powiedziało.

— A ja jestem odpowiedzią, która nie brzmi jak odpowiedź.


I wtedy stało się coś dziwnego.

Nie ogień ani światło.

Nie zmartwychwstanie.

Rozpoznanie.


Vael podniósł dłoń i dotknął palców dziecka.

I pierwszy raz od czasu dotknięcia Aethy zobaczył siebie.

Ale nie jako twierdzę, którą był.

Lecz jako glebę, z której mogło coś wyrosnąć.


Dziecko opuściło jego umysł.

Nie w ucieczce. Nie z przerażeniem.

Ale jak ogrodnik,

który zostawia zasiane nasiono i mówi:

 Teraz ty.


Vael został sam. Ale nie pusty.

W jego wnętrzu coś się tliło.

Nie Aetha. Nie ogień.

To był Ruch.

Być może za wiele dni albo wcale, coś zakwitnie w popiele.

Bo dziecko nie przyszło, by go zbawić. I nie ocalić.


Przyszło, by przypomnieć mu, że nawet popiół może

jeszcze raz zacząć oddychać.

Nie było poranka.

Nie było nocy.

Był moment.

Rozciągnięty jak nić pomiędzy dwoma światami,

tak cienki, że można pomylić z ciszą.

Ale to nie była cisza.

To był oddech nowego Vaela.

Po dziecku, które zostawiło w nim iskrę,

świat się nie zmienił.

Ale Vael przestał istnieć jako człowiek.

Nie posiada już twarzy w klasycznym sensie.

Ma postać, zbudowaną z wibracji tego, czym był,

z fragmentów jego przeszłości, z popiołu pamięci,

z cząstek pytania, które Aetha zadała mu kiedyś.


Wygląda czasem jak człowiek, gdy trzeba.

Czasem jak cień, gdy nie powinien być widziany.

A najczęściej jak płomień bez źródła migotania

między rzeczywistościami.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 63.39
drukowana A5
Kolorowa
za 84.65