E-book
3.94
drukowana A5
49.07
Gasnące spojrzenie

Bezpłatny fragment - Gasnące spojrzenie


5
Objętość:
264 str.
ISBN:
978-83-8440-493-5
E-book
za 3.94
drukowana A5
za 49.07

Z całego serca dziękuję wyjątkowej osobie Justynie, bez której ta książka nie miałaby swojej ostatecznej formy. Dziękuję za nieustanne wsparcie, dobre słowo w chwilach zwątpienia oraz cierpliwą pomoc techniczną przy komputerze, która wielokrotnie ratowała mnie w trakcie pracy. Szczególne podziękowania kieruję również za stworzenie okładek -za kreatywność wyczucie i serce włożone w każdy detal. Twoja obecność, pomoc i zaangażowanie były nieocenione.

Przedmowa

Zaszedł ją od tyłu i zarzucił jej sznur na szyję. Kobieta zaczęła się szarpać. Chciała się uwolnić, nie potrafiła jednak, była za słaba. Ciągnął ją przez drogę, następnie przez burtę do lasu. Przewrócił ją na plecy i zaczął coraz bardziej zaciskać sznur. Spodobała mu się ta martwa twarz, na której już nigdy nie pojawi się uśmiech, usta nie wypowiedzą żadnego słowa. I ten przerażony wzrok, który ostatni raz zatrzymał się na jego twarzy, po czym umarł na zawsze. Patrzył na nią i był szczęśliwy. Widział, jak jej oczy zmieniają swój kształt i kolor. Właśnie tak to sobie wyobrażał. Dokonał zabójstwa w taki sposób, w jaki chciał — widząc zamarłe, gasnące spojrzenie.

1

Sobota

Wrześniowy dzień, 6 września 2024 roku był bardzo ciepły i słoneczny. Festyn w miasteczku Zanmost był zaplanowany na godzinę osiemnastą. Takie wydarzenia nieczęsto gościły w tym mieście, ale po paru latach Burmistrz się postarał i ściągnął kilka zespołów, i to nie byle jakich. Chciał, żeby mieszkańcy rozerwali się trochę. No i zbliżały się wybory.


Obserwował ją od dwóch godzin, podobała mu się. Spośród tylu kobiet wybrał właśnie ją. Coś go w niej zachwyciło, coś czego nie miały inne kobiety. Była bardzo atrakcyjna. Jej długie blond włosy sięgały prawie do ramion. Tańcząc, poruszała się tak delikatnie, że rozbudziła w mężczyźnie erotyczne fantazje. Coraz bardziej mu się podobała, coraz bardziej się podniecał. Zapragnął jej ciała, jej zapachu i głosu. Dopadł ją, gdy poszła za potrzebą.

Koleżanka chciała jej towarzyszyć, ale Wiktoria odmówiła, widząc, jak randkuje z Oliwierem. Poszła tam, gdzie zawsze, gdzie chodziły wszystkie dziewczyny. Szła kawałek piaskową drogą, była wypita. Następnie skręciła w boczną drogę, gdzie napotkała dwie dziewczyny palące papierosy. Postanowiła iść jeszcze dalej i zatrzymać się dopiero wtedy, gdy już straci z pola widzenia owe panie. Bujało nią trochę, ale trzymała się na nogach. Gdy już skończyła, naciągnęła dżinsową spódnicę, zapięła guzik i poprawiła bluzkę. Następnie wyjęła z kieszeni papierosy i zapalniczkę. Wtedy poczuła zapach perfum, bardzo silny zapach męskich perfum.

Obróciła głowę w bok i ujrzała wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę. Zamarła ze strachu. Rzucił się na nią. Jedną ręką zakrył jej usta, żeby nie krzyczała. Następnie zaczął ją ciągnąć piaskową drogę. Gdy już znajdowali się daleko i wiedział, że to miejsce będzie bezpieczne, przytulił się do niej i szepnął do ucha:

— Bądź cicho, a nic ci się nie stanie.

Kobieta skinęła głową, że rozumie. Rzucił ją na burtę porośniętą trawą i tam zamierzał wykonać swój plan. Położył się na niej. Jedną ręką dobierał się do jej ciała, które było zakryte spódnicą i stringami, drugą podtrzymywał jej brodę i całował usta. Następnie zadarł jej krótkie przykrycie do góry. Teraz droga do celu była prostsza. Mężczyzna nabrał większej ochoty na jej ciało, podobało mu się. Światło z lampy, która znajdowała się spory kawałek od nich, delikatnie oświetlało twarz i ciało kobiety.

Gdy było już po wszystkim, mężczyzna wstał i podciągnął spodnie. Po tym jak doprowadził się do porządku, pochylił się nad ofiarą i pomógł jej wstać. Kobieta była roztrzęsiona, włosy miała rozczochrane i pozostawała półnaga.

— Pomogę ci się ogarnąć — szepnął jej do ucha, tak jakby się bał, że zaraz ktoś nadejdzie. –Byłaś cudowna, wspaniała…

Wiktoria była w szoku, nie wierzyła w to, co ten człowiek mówił. Nigdy nie słyszała od nikogo takich słów — od żadnego kochanka, a nawet męża. Tymczasem człowiek, który właśnie ją zgwałcił, przez którego czuła ból, który ją poniżył, powiedział takie słowa. Pomógł jej się ubrać i doprowadzić do porządku, następnie przytulił ją mocno do siebie, pocałował w usta i powiedział:

— Słuchaj teraz, co ci powiem. Ja pójdę pierwszy, a potem ty. Jeżeli to zgłosisz, to bądź pewna, że dorwę twego mężusia i moi kumple go załatwią. A zresztą kto ci uwierzy. Powiem, że sama chciałaś.

— Nikomu nie powiem — odpowiedziała kobieta.

— Mam nadzieję, że niedługo znów się spotkamy. Bądź cierpliwa, znajdę cię, a teraz muszę lecieć.

Wiktoria widziała, jak gwałciciel się oddala. Wyczuła, jak zapach perfum ulatnia się wraz z tym człowiekiem. Wiedziała, że nie może wrócić na festyn. Bała się, że Kacper się domyśli, że pozna po rozdartym ubraniu, po zapachu perfum na jej ciele i rozczochranych włosach. Obawiała się, że się domyśli, iż została zgwałcona. Odczekała jeszcze chwilę i udała się w kierunku domu.

Gdy już doprowadziła się do porządku, zaczęła rozważać, gdzie ukryć podartą bieliznę. Postanowiła włożyć ją do szuflady swojej szafki i jutro wyrzucić do śmieci. Kładąc się do łóżka, wzięła telefon do ręki i zadzwoniła do męża, by powiedzieć mu, że jest już w domu, bo źle się poczuła.

2

Niedziela

Kacper obudził się o szóstej rano. Był jeszcze pijany. Wiktoria spała. Przyglądał się jej i do głowy zaczęły przychodzić mu różne myśli. Zastanawiał się, czemu poszła wczoraj do domu, czemu nie przyszła i nie powiedziała, że źle się czuje. Rozważał nawet, czy nie poszła z kimś na bok. Poczuł się zazdrosny. Zdawał sobie sprawę z tego, że jest ładna, i wiedział, że faceci się za nią oglądają.

Wiktoria otworzyła oczy, spojrzała na męża i odwróciła się na drugi bok.

— Czemu zostawiłaś mnie wczoraj? — zapytał zachrypniętym i przepitym głosem, poprawiając poduszkę.

— Źle się poczułam, kręciło mi się w głowie. Poszłam za potrzebą i wtedy nogi zaczęły mi się plątać. Nie chciałam wracać, żeby ktoś nie zobaczył, że jestem pijana, więc poszłam do domu.

— Trzeba było zadzwonić, to poszedłbym z tobą.

— Przecież ty tańczyłeś z Ulką. I tak byś nie słyszał telefonu.

— A może ty poszłaś z jakimś fagasem na bok?

— Chyba ci się coś w głowie poprzewracało! A może to ty z Ulką gdzieś polazłeś?

— Ty chyba nie wiesz co mówisz. Oliwier, Kornelia i Ulka odprowadzili mnie do domu. Możesz zapytać.

— No tak, a może wcześniej gdzieś z nią byłeś. Mało to krzaków?

— Posrało cię!

— To nie zaczynaj. A teraz daj mi spać.

Wiktoria przykryła się kołdrą po same uszy. Kacper burknął coś pod nosem i odwrócił się do niej tyłkiem.


Artur się obudził. Było jeszcze wcześnie. Wstał i udał się do kuchni zrobić sobie kawę. Przypomniała mu się wczorajsza noc. Czuł jej zapach na swoim ciele, rozmyślał o niej. Nawet nie zapytał, jak ma na imię. Tej nocy na festynie pragnął seksu. Gdy był z Anetą, miał go na co dzień. Ale gdy go zdradziła i uciekła z innym za granicę, wszystko się zmieniło. Był samotny i postanowił szukać zemsty na niewinnych kobietach. Obiecał sobie, że kiedyś też dorwie Anetę i jej kochanka, i zapłacą mu za jego krzywdę. Poświęcił jej dziewięć lat swojego życia. Miała wszystko, czego tylko zapragnęła — najlepsze ubrania, biżuterię, kosmetyki i nawet lekarzy. Zabierał ją do wybitnych restauracji, woził po świecie i rozpieszczał, jak tylko mógł i potrafił. Ale jej zachciało się zmiany — zmiany partnera. Podejrzewał od dłuższego czasu, że coś jest nie tak. Znikała wieczorami na parę godzin i tłumaczyła, że idzie do koleżanki. Ale on jej nie wierzył i postanowił ją śledzić.

Chodził za nią. Widział, jak wchodzi do starej kamienicy, którą zamieszkiwali Cyganie. Zdenerwował się na samą myśl, że Anetę posuwa jakiś Cygan. Wstrząsnęło to nim, ale opanował się i wszedł do środka budynku. Na klatce schodowej strasznie śmierdziało, nawet szczur przebiegł mu drogę. Artur widział, jak Anecie otwiera ciemnoskóry typ. Zobaczył, jak się całują i wchodzą do środka, zamykając za sobą drzwi. W pierwszej chwili chciał wywarzyć je i rozprawić się z nimi. Ale po chwili opamiętał się i postanowił zaczekać, aż Aneta wyjdzie i wtedy im dokopać. Usiadł na schodach przed drzwiami i czekał.

Siedział tam z dziesięć minut, gdy dostrzegł wchodzących po schodach dwóch Cyganów. Kazali mu stamtąd spływać, wymachując kosą przed oczami. Wiedzieli, że ich kumpel spotyka się z jego kobietą i chcieli go postraszyć. Artur obawiał się obu mężczyzn, wiedział, że nie żartują. Odpuścił więc i udał się do domu. Mężczyźni szybko powiadomili kumpla o gościu na schodach. Aneta już nigdy nie wróciła do domu. Napisała mu SMS-a, że wyjeżdża z nowym partnerem za granicę. Artur wpadł w szał, zdemolował całe mieszkanie, a wszystkie jej ubrania i rzeczy spalił. Nie mógł znieść, że puściła się z Cyganem, i że go zostawiła.


Pijąc dziś kawę, zdał sobie sprawę, że przecież tak naprawdę jest przystojnym i dobrze zbudowanym facetem. Ma jasne, blond włosy i niebieskie oczy. Wiedział, że ten Cygan w gruncie rzeczy nie dorasta mu do pięt.

Artur był już dobrze po czterdziestce, ale nie wyglądał na tyle. Ubierał się elegancko, zawsze aż lśnił czystością, dbał o siebie i używał najdroższych perfum. Kobiety oglądały się za nim i zachwycały się nim oraz zapachem jego perfum.

Wstał i poszedł do łazienki, by przejrzeć się w lustrze. Podobał się sobie. Przemył twarz i wrócił do kuchni, by dokończyć picie czarnego napoju. Dziś miał zamiar leniuchować, bo była niedziela. Wiedział, że jutro czeka go dużo pracy w zakładzie — miał dokończyć dwa pomniki, które dwa tygodnie temu jakaś kobieta zamówiła dla swoich rodziców. Dopił kawę i udał się na spoczynek.

Poniedziałek

Wiktoria przebudziła się bardzo wcześnie. Był poniedziałek: 8 września 2024 roku. Kobieta nie cierpiała tej daty. Wiedziała, że będzie musiała pójść na cmentarz i zapalić znicze rodzicom. W tym dniu zginęli w wypadku.

Ojciec był dobrym kierowcą, lubił swój stary motor, którym przemieszczał się wraz matką. Najczęściej jeździli do sklepu na zakupy albo do lasu. Czasami zabierał żonę nad jezioro. Tamtego dnia wracali ze sklepu do domu. Na samym zakręcie jadący z naprzeciwka samochód ciężarowy wpadł w poślizg i uderzył w motor rodziców. Wiktoria miała wtedy dwadzieścia jeden lat. Pamięta dziurę w głowie ojca i wypływający z niej mózg i krew. Matka złamała kręgosłup szyjny. Umarli na miejscu i nawet chyba nic nie poczuli, to trwało na pewno parę sekund. Kierowca samochodu nigdy nie przeprosił za spowodowanie wypadku. Uważał, że to nie była jego wina. Jej rodzice znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i czasie.

Spojrzała na śpiącego Kacpra. Wydał jej się taki przystojny. Jak dobrze, że nie wie, co mnie spotkało w sobotnią noc — pomyślała w duchu.


Dziś w pracy nie miała za dużo do zrobienia. Miesiąc dopiero się rozpoczął, także do zaksięgowania nie było wiele faktur. Wiktoria zajmowała się księgowością od piętnastu lat. Wielki wieżowiec, w którym pracowała, stał w samym centrum miasteczka. Kobieta zawsze wchodziła schodami, nigdy nie korzystała z windy. Uważała, że pokonując codziennie tyle stopni, poprawia sobie kondycję i modeluje przy tym nogi.

Usiadła za biurkiem i zabrała się do pracy. Była zamyślona i trochę wystraszona, że wszystko może się wydać. Zastanawiała się, czy nikt ich wtedy nie widział. Niby nikogo tam nie było, ale nie miała stuprocentowej pewności. Bała się, że będzie musiała się tłumaczyć Kacprowi, który na pewno i tak by ją zostawił, gdyby się dowiedział. Miała kaca moralnego. Było jej wstyd, że poszła tam sama i nie pomyślała, że nie chodzi się samej po ciemku o takiej godzinie. Przecież wiedziała, o trwającym festynie i tłumach kręcących się tam ludzi, a mimo to poszła, nie myśląc o konsekwencjach.

Dzień minął jej bardzo szybko, nic szczególnego się nie wydarzyło. Tylko Antek trochę grał jej na nerwach, bo ciągle o coś się dopytywał. Na staż do biura trafił dwa miesiące temu. Wiktoria nie lubiła go za bardzo. Nie dość, że był brzydki i rudy, to jeszcze tak marudny, że nie wiedziała czasami, o co mu chodzi.


Artur nie lubił poniedziałków, ale musiał zabrać się do pracy. Obiecał tej kobiecie, że dziś zacznie stawiać pomnik. Wszedł do zakładu i zapalił światło. Jacka i Piotra jeszcze nie było. Wiedział, że po weekendzie na pewno zachlali i jak zwykle się spóźnią. Przyzwyczaił się już do tego ich spóźniania i nawet się mocno nie złościł.

Wspólnikami zostali siedem lat temu. Na początku Artur sam prowadził zakład, ale z czasem zaczął dostawać dużo zamówień i nie wyrabiał się, więc postanowił wkręcić do interesu kumpli. Pracowali od rana do wieczora i łupili dużą kasę. Stać ich było na używki, wycieczki, dobre ubrania, najlepsze jedzenie i imprezy.


Jacek był przystojnym trzydziestosześcioletnim kawalerem o piwnych oczach i czarnych włosach. Dobrze zbudowany — podobał się kobietom. Nie chciał jednak wiązać się z żadną dziewczyną na stałe. Wiedział, że nie nadaje się na męża. Zdawał sobie sprawę, że za dużo pije i pali zbyt wiele marychy. Nie chciał, żeby jakaś kobieta się z nim męczyła.

W przeciwieństwie do Jacka, Piotrek pragnął mieć dziewczynę, a nawet żonę. Tylko problem tkwił w tym, że żadna mu się nie podobała. Był wybredny i ciągle coś mu się w nowo napotkanej panience nie podobało. W każdej swojej dziewczynie potrafił doszukać się jakiejś niedoskonałości. Artur i Jacek czasami mu dogryzali, że wymyśla. Nie raz się śmiali, że czterdziestoletni facet wybrzydza jak dwudziestolatek, a przecież nie był wcale taki przystojny. Golił się prawie na łyso, tak że nawet nie wiadomo było jaki ma kolor włosów. Jednak gdy trochę odrosły, można było zauważyć, że są kasztanowe. Chyba trochę się wstydził tego koloru i dlatego tak się golił. Z twarzy nie był za bardzo ładny, ale nadrabiał gadką i dziewczyny go lubiły.


— Cześć — powiedział Piotrek, i wchodząc, podał Arturowi rękę na przywitanie.

— Cześć. Co, zachlaliście? A gdzie Jacek? Nie przyjechał z tobą?

— Wiesz, prosił, aby ci przekazać, że dziś go nie będzie. Bo tak się wczoraj napierdolił i najarał tym gównem, że nie dał rady dziś wstać z łóżka. Nawet pojechałem zobaczyć, co z nim. Aż się boję, żeby zgonu nie zaliczył.

— A to palant! Dziś mamy tyle roboty, a on będzie kaca leczył!

— Ja mu w gardło nie lałem.

— A po chuj chlacie w niedzielę! W sobotę wam nie wystarcza? Wiecie, że jest robota. Przymykam oko na wasze spóźnienia, ale jak tak dalej będzie, to nie wiem, co z wami zrobię.

— Dobra, Szpachel, nie krzycz już. Powiem mu.

— Dobra, dobra. Już to słyszałem tyle razy, a teraz chodź, załadujemy płyty na busa i jedziemy na cmentarz montować pomniki, bo zaraz ta kobiecina będzie wydzwaniać.

Artur miał ksywę Szpachel. To przezwisko wymyślił Jacek. Mężczyzna przeważnie zajmował się montowaniem pomników, a że często używał szpachlówki, to tak się przyjęło. Gdy był bardzo zły, wtedy Jacek z Piotrkiem nazywali go Szpachel. Lubił, kiedy go tak nazywali, i słysząc słowo Szpachel, stawał się łagodniejszy i mniej nerwowy. Nikt więcej go tak nie nazywał, tylko oni, i czasem Krzysiek.


Artur pracował dziś prawie dziesięć godzin. Chcieli z Piotrkiem skończyć stawianie pomnika. Był zły i zmęczony. Wszedł do domu i skierował się prosto do łazienki. Gdy się wykąpał, zaparzył herbatę w swoim ulubionym kubku. Nie był głodny, bo przed godziną zjadł w restauracji obiad.

Pił napar i spoglądał na drugi fotel, w którym zawsze przesiadywała Aneta. Zezłościł się i zacisnął pięści.

— Zabiję cię, suko! I tego cyganiuka też.

Spojrzał jeszcze raz na fotel, wziął kubek i poszedł do kuchni. Dopił herbatę, wsiadł do busa i odjechał.


Babcia Zosia podlewała stojące w pokoju na parapecie roślinki, które parę tygodni temu przywiózł jej na przechowanie wnuk Jacek. Prosił ją, żeby dbała o nie i nawet udzielił jej instrukcji, jak ma to robić. Była to prawie osiemdziesięcioletnia kobieta. Miała długie, ale jeszcze czarne włosy. Jej twarz nie była nawet mocno pomarszczona, co zawdzięczała częstym kąpielom w mleku. Mieszkała w drewnianym domu, dwadzieścia osiem kilometrów od Jacka, w małej wioseczce blisko Puszczy Boreckiej. Żyła samotnie, bo mąż zmarł dawno temu, ale Jacek często ją odwiedzał i pomagał jej. Starsza pani miała już tylko jego. Jej córka uciekła z kochankiem za granicę dwa miesiące po urodzeniu syna i nigdy nie dała znaku życia. Milicja nie mogła nic ustalić. Kobiety i jej kochanka nigdy nie odnaleziono i uznano ich za zaginionych.

Jacka wychowała babcia. Gdy wnuk pojawił się na świecie, jej mąż Edmund już nie żył. Kobiecie ciężko było samej zajmować chłopcem, ale z czasem, gdy stawał się coraz większy, było jej lżej. Jacek zaczął dużo pomagać w gospodarstwie. Babcia kochała tego chłopca nad życie. Gdy dorósł i skończył rybacką szkołę zawodową, przeniósł się do miasta, co babcia strasznie przeżyła. Z czasem się jednak przyzwyczaiła i czekała na niego, kiedy przyjedzie z wizytą.

Był ciepły wieczór. Pani Zosia, jak co dzień, wyszła z domu i udała się nad rzeczkę. Strumień pokrywała zielona rzęsa. Woda miała ciemnozielony kolor, a jej brzegi porośnięte były długą trawą i trzciną. Rzeka ta kryła w sobie coś dziwnego i chyba uzdrawiała. Gdy Jacek miał półtora roku i nie umiał jeszcze chodzić, stara Pilchowa kazała go wsadzić do tej rzeki i uczyć tam chodzić po zamulonym dnie. I wtedy stał się cud — po paru dniach chłopczyk nie chodził, ale biegał już i nie można było za nim nadążyć.

Po pewnym czasie kobieta skręciła w drogę prowadzącą do puszczy. Po przejściu stumetrowego odcinka zawróciła. Bała się. Kiedyś, gdy z Jackiem zapomnieli się i poszli dalej drogą w głąb lasu, wybiegły trzy wilki. Na szczęście chłopiec odgonił je przy pomocy dziecięcego gwizdka. Od tamtej pory już nigdy nie szli tak daleko. Pani Zosia uwielbiała spacerować tą drogą. Jej pobocza były porośnięte mchem i ogromnymi paprociami. Po obu stronach rosły także stare, wysokie drzewa, a powietrze było tak czyste, że nawet chory na płuca człowiek nie miałby problemu z oddychaniem.

Kobieta wróciła do domu i zajęła się roślinami wnuka. Obiecała mu, że będzie je pielęgnować, jak najlepiej potrafi. Zastanawiała się tylko, czemu tak dziwnie pachną.


Artur jeździł ulicami miasta. Miał zamiar wypatrzyć sobie ofiarę. Z tej złości postanowił, że dziś zgwałci jakąś kobietę. Było już dobrze po dziewiętnastej, ale wciąż jeszcze widno. Mężczyzna wiedział, że o tej godzinie na pewno nikogo nie zwabi do swojego busa, bo niby jak miałby to zrobić, nie mając planu.

Postanowił, że poczeka, aż się ściemni i wtedy będzie prościej. W międzyczasie pojedzie na cmentarz i zobaczy, jak prezentuje się nowo postawiony dziś pomnik. Zajechał pod cmentarz, zaparkował na parkingu tuż przy bramie, następnie udał się ścieżką, by zobaczyć, jak się prezentuje jego dzisiejsze marmurowe dzieło. Gdy dotarł na miejsce, przyjrzał się mu z każdej strony. Na jego oko wszystko było w porządku. Prezentował się idealnie, tak jak inne pomniki, które montował.

Gdy już chciał skręcić na główną ścieżkę prowadzącą ku wyjściu, dostrzegł kobietę, którą zgwałcił w sobotnią noc. Był pewny, że ona go nie widzi, bo stała bokiem. Widząc ją, poczuł podniecenie, zrobiło mu się gorąco, nabrał ochoty na jej ciało. Nie zastanawiając się długo, ruszył w jej kierunku, rozglądając się przy tym na boki, aby sprawdzić, czy nikt go nie obserwuje. Podszedł do niej, stanął za jej plecami i nie odzywał się.

Poczuła ten zapach, wiedziała, a nawet była pewna, że to on. Obróciła się i poznała go od razu.

— Witaj piękna. Mówiłem, że cię znajdę, ale nie wiedziałem, że to nastąpi tak szybko. Wiesz, to przypadek, że cię tu dziś spotykam, bo tak w ogóle miałem inne plany. Ale skoro już tu jesteś, to się zabawimy. Teraz grzecznie pójdziesz ze mną tam, do tego białego busa. Kucniesz przy fotelu pasażera i pojedziemy na wycieczkę.

Wiktoria stała osłupiała, nie wiedziała, co ma zrobić. Uciekać, czy iść z nim posłusznie. Rozejrzała się na boki, ale nikogo nie było widać ani na cmentarnej ścieżce, ani przy grobach. Przez moment wydawało się jej, że czyjaś postać chowa się za drzewem, ale pomyślała, że to tylko złudzenie. Szła z nim pokornie i nic się nie odzywała. W duchu przeprosiła rodziców, że tak krótko z nimi była i nie zdążyła opowiedzieć im, co ważnego wydarzyło się w jej życiu w tym miesiącu.

Zawiózł ją do lasu. Zatrzymał się w takim miejscu, gdzie mało kto chodził w dzień, a co dopiero o tej godzinie.

— Wychodź — powiedział i otworzył jej drzwi.

Wiktoria nic się nie odzywała i wysiadła. Ubrana była w obcisłą, czarną koszulkę, która podkreślała jej mały biust. Na biodrach miała granatowe spodenki, w których wyglądała przepięknie. Rozejrzał się dookoła. Nikogo nie było widać. Ucieszył się.

— Nie próbuj nawet uciekać — powiedział, sięgając po koc, który znajdował się na siedzeniu pasażera.

Wiktoria spoglądała na mężczyznę. Nawet nie miała zamiaru uciekać. Dobrze wiedziała, że nie miałaby żadnych szans. Dogoniłby ją. Rozłożył koc i kazał się jej położyć, ale tym razem na brzuchu. Kobieta go usłuchała, nie sprzeciwiała się, bała się go.

Tym razem nie był tak delikatny jak ostatnio. Chciał wyżyć się na kobiecie i zaspokoić swój seksualny głód. Robił to coraz szybciej, podtrzymując rękoma jej biodra. Kobieta nie wytrzymywała z bólu i zaczęła prosić, żeby przestał, ale on nie słuchał i nie przestawał.

— Proszę, przestań, to boli. Błagam cię! — krzyknęła drżącym głosem.

I wtedy się opamiętał. Wyszedł z niej i delikatnie obrócił ją na plecy.

— Już dobrze — powiedział do niej zasapanym głosem. — Przecież ty nie jesteś niczemu winna.

Spojrzał jej w oczy. I znów się odezwał:

— Są piękne, takie lśniące, takie prawdziwe, takie delikatne.

I zaczął całować jej usta, a następnie szyję. Podniecił się jeszcze bardziej. Teraz był delikatniejszy. Robił to tak, że Wiktoria nie czuła już bólu.


Kornelia wybrała numer telefonu do Oliwiera. Była trochę zła na niego, że w sobotę na festynie napił się z Kacprem. Obiecał jej, że tym razem będzie trzymał fason, ale jak zwykle nie dotrzymał słowa. Nie odbierał. Zezłościła się. To ona zawsze musiała bardziej zabiegać o jego względy. Niby ją kochał, ale chyba bardziej udawał. Najwylewniejszy był, gdy się wstawił. To wtedy okazywał jej swoje uczucia. Ciągle głaskał ją po włosach i całował w usta, nie zwracając uwagi, czy ktoś znajduje się w pobliżu. Po prostu miał to gdzieś.

Nacisnęła ponownie na słuchawkę, ale nie odbierał. Zezłościła się jeszcze bardziej. Ubrała sweterek i poszła się przejść. Robiło się już ciemno i chłodno, więc postanowiła, że przejdzie się tylko do parku, posiedzi trochę na ławce, ochłonie i wróci do domu. Usiadła i przyglądała się spacerującym ludziom i pędzącym po głównej ulicy samochodom.

Kobieta miała już dobrze ponad trzydzieści lat. Była ładna i pulchna, ale nie przejmowała się tym. Czasami Oliwier zwracał jej uwagę, że je za dużo słodyczy, ale nigdy nie dogadywał jej, że jest gruba.

Po piętnastu minutach postanowiła wstać i pójść do domu. Po drodze weszła do cukierni i kupiła sobie dwie oponki z czekoladą. Gdy wchodziła już na klatkę schodowa, usłyszała, że woła ją Oliwier.

— Czemu nie odbierasz telefonu! — krzyknął oburzony.

— Bo nie mam, został w domu.

— Nie słyszałem, jak dzwoniłaś. Kąpałem się.

— Nie musisz się tłumaczyć. Znam te twoje: „Nie słyszałem!”.

Weszli do domu. Kornelia podeszła do czajnika, który znajdował się na segmencie, wzięła go w dłonie, podeszła do kranu i nalała wodę. Wyjęła oponkę z papierowej torebki i ugryzła.

— Co ty robisz?

— Jem, a co?

— Przecież tam jest czekolada.

Kornelia obróciła oponkę na drugą stronę.

— Już nie ma — burknęła.

Oliwier nic nie odpowiedział. Podszedł do segmentu — otworzył drzwiczki i wyjął herbatę. Nastawił czajnik.

— Wiesz, nie rób już tej herbaty. Straciłam ochotę. A tak w ogóle, to idź już do domu, nie mam ochoty z tobą rozmawiać.

Jak się nauczysz odbierać telefon, gdy dzwonię, to może

wtedy znajdę dla ciebie czas.

— Tobie to coś dziś pocisnęło na głowę?

— A żebyś wiedział.

Kornelia wstała. Podeszła do drzwi i otworzyła je na rozcież.

— Zapraszam do wyjścia — powiedziała cichym głosem.

Oliwier wyszedł, nic nie mówiąc.


Weszła do domu po cichutku. Kacper siedział w pokoju na kanapie i oglądał mecz. Chciała udać się od razu do łazienki, żeby się wykąpać. Pragnęła jak najszybciej zmyć zapach tego człowieka ze swojego ciała. Czuła się taka brudna.

Kacper usłyszał jednak, kiedy weszła.

— Gdzie byłaś tak długo? –zapytał.

— Na cmentarzu, a co?

— Tak długo?

— Tak, miałam taką potrzebę. Chciałam posiedzieć dziś dłużej przy grobach swoich rodziców.

— No dobra, nie wnikam już.

Wiktoria szybko udała się do łazienki.

3

Wtorek

Wiktoria przebudziła się bardzo wcześnie. Przypomniała sobie o wczorajszym wieczorze. Na samą myśl jej ciało przeszył paraliżujący dreszcz. Szybko wstała i poszła zrobić sobie kawę i zapalić papierosa. Miała nadzieję, że Kacper się nie obudzi. Nie chciała, żeby widział, jak truje się tym świństwem. Wiedziała, że bez komentarza by się nie obeszło. Przypomniała sobie o bieliźnie, którą ukryła w szufladzie i postanowiła, że dziś wychodząc rano do pracy, wyrzuci ją do śmieci.

Kacper miał dziś nocną zmianę. Był ochroniarzem w firmie budowlanej. Wiktorii było to nawet na rękę. Kobieta lubiła czasem spędzić wieczór sama, a i potrzebowała gdzieś wyjść od czasu do czasu z Kornelią, więc była zadowolona, że pracuje.

Kacper był przystojnym i szczupłym mężczyzną w jej wieku. Miał piwne oczy i czarne włosy. Jego jedyną wadą było tylko to, że się trochę garbił i Wiktoria zawsze musiała go upominać, żeby się prostował.

Gdy wyszła z domu na autobus, zatrzymała się przed kubłem na śmieci. Wiedziała, że dziś z rana mają je opróżnić. Rozejrzała się na boki, sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu. Wyjęła bieliznę z kieszeni i ulokowała ją tam, gdzie planowała. Była pewna, że zaraz zjawi się obsługa, która wywozi śmieci i będzie po kłopocie.


Jacek zjawił się dziś w zakładzie przed czasem. Czekając, zaparzył kawę sobie i kumplom. Nie czuł się dziś najlepiej. Wiedział, że w sobotę i niedzielę przeholował i postanowił, że nie będzie więcej tak dużo pić, bo wystraszył się, że może go spotkać to samo co kiedyś, gdy przebywał w wojsku.

Gdy był młodym żołnierzem i nie puszczano go jeszcze na przepustki do domu, dorwał się z kumplem z sali do alkoholu, który dostał od swojej siostry i koleżanki. Dwie butelki wódki skrył w rękawach wojskowej bechatki, następnie przemycił je do sali i schował pod materacem. W nocy w ubikacji opróżnili je wspólnie. Wypił więcej niż kolega i znalazł się w wojskowym szpitalu z powodu zatrzymania krążenia. Gdyby kumpel nie zareagował, byłoby po nim. Chociaż minęło tyle lat, pamiętał doskonale ten dzień.

Upił łyka kawy i zobaczył, jak pod zakład podjeżdża auto Artura. Trochę się obawiał, że będzie się wydzierał, więc postanowił, że gdy mężczyzna wejdzie do zakładu, od razu przeprosi i się wytłumaczy. Ale Artur wyskoczył z pretensjami pierwszy.

— No cześć — powiedział, podając rękę koledze. — Masz się ogarnąć, przestać chlać i jarać, bo jak nie, to poszukam sobie kogoś innego do pomocy. Zrozumiano!

— Tak, postaram się.

— Co zrobisz! Czy ty rozumiesz, co ja mówię do ciebie?

— Tak.

— To dobrze. A teraz idę do siebie.

— A kawa?

— Daj mi ten kubek.

Artur zniknął za drzwiami biura, gdy w tym momencie pod firmę podjechał Piotrek.


Artur zostawił chłopaków w zakładzie i zlecił im dokończenie grobowca dla klientki, która zamówiła go parę dni temu. Sam wyruszył swoim busem po płyty nagrobkowe do Grądowa. Jadąc, podziwiał widoki. Najbardziej lubił przyglądać się terenom porośniętym lasem. Uwielbiał las. To tam jako mały chłopak najwięcej czasu spędzał z kolegami. Kiedyś nawet podejrzeli, jak pani Jakubiec uprawiała seks z jakimś mężczyzną. Byli na tyle duzi, że zaczęli się coraz bardziej interesować seksem i podglądać pary w intymnych sytuacjach. Zakradali się wieczorami pod okna sąsiadów i obserwowali. Potem opowiadali w szkole znajomym, co i kogo widzieli.

Jadąc dalej, nagle dostrzegł idącą poboczem młodą kobietę. I wtedy przez jego ciało przeszedł dreszcz. Gdy się zbliżył, zauważył, że dziewczyna jest nawet ładna i szczupła. Podniecił się i postanowił się zatrzymać.


Piotrek dostał telefon od matki, żeby przyjechał do niej, bo źle się poczuła. Mężczyzna szybko wsiadł do auta i odjechał, powiadomiwszy o tym kolegę. Jacek nawet się ucieszył, że będzie w zakładzie sam, bo spokojnie wypali sobie skręta i nie będzie musiał słuchać marudzenia, że śmierdzi.

Siedział i delektował się, gdy nagle pod zakład podjechało auto. Wiedział, że to Krzysiek. Bardzo dobrze znał ten samochód, nieraz jeździł w nim jako pasażer. Mężczyzna jednak nigdy nie pozwolił nikomu usiąść za kierownicą. Zawsze powtarzał, że samochód to jak żona — nie wolno nikomu dotykać. Kumple podśmiewywali się ukradkiem z niego i jego gadania. Kiedyś Radek chciał wymusić na nim, żeby dał się przejechać chociaż kawałek, ale Krzysiek wpadł w taki szał, że o mało go nie pobił. Od tamtego zdarzenia minęło już trochę czasu, ale nikt ze znajomych nie odważył się żeby nawet dotknąć kierownicy auta. Woleli nie ryzykować i nie wyprowadzać go z równowagi.

— No hej, kolego! Co porabiasz? — zapytał Krzysiek.

— Hej, a płytę szlifowałem. No i jestem sam.

— A gdzie Szpachel i Piotruś?

— Szpachel pojechał po płyty, a Piotrek niedawno do starej, bo niby źle się poczuła.

— Nie chciałem dzwonić. Przyjechałem, bo mam pomysł na nowy towar.

— Co ty kombinujesz znowu? Jaki to towar?

— Zobaczysz. Spotykamy się o ósmej tam gdzie zawsze. A teraz muszę spadać, robota czeka.

— Ja już wiem jaka robota. Moje jeszcze rosną, ale za parę tygodni też będę miał co robić.

— Nara. — Machnął ręką na pożegnanie, wsiadł do auta i odjechał z piskiem.

— Ale dureń — powiedział sam do siebie Jacek.


Emila leżała na swojej wersalce. Jej twarz pokrywały delikatne zmarszczki. Była ładną, zadbaną kobietą o zielonych oczach. Miała już dobrze ponad siedemdziesiąt lat. Siedział przy niej Piotrek i trzymał ją za rękę.

— Synku — odezwała się zachrypniętym głosem. — Powiedz mi, czy ja umrę.

— Tak, mamo. Kiedyś pewnie tak, jak każdy, ale dziś to na pewno jeszcze nie.

— A pewny jesteś? Źle się czuję i myślę, że Zenek już mnie potrzebuje, że jest mu tam smutno.

— Co ty mamo pleciesz. Ciśnienie masz dobre, cukier też, nic ci nie dolega. Ja myślę, że to ze stresu. Przecież lekarz się zna i gdyby było coś nie tak, kazałby zawieźć cię do szpitala albo wezwać karetkę. Mamo, wszystko jest dobrze i nic się nie dzieje.

— Masz rację, synek, ale czuję się taka samotna. Pracujesz codziennie do nocy, a w sobotę i niedzielę balujesz i rzadko mnie odwiedzasz. Może to z samotności tak się dzieje ze mną.

— Mamo, obiecuję, że będę cię częściej odwiedzał.

— Zawsze tak mówisz. — Kobieta ścisnęła dłoń syna tak, jakby się bała, że zaraz uwolni ją z jej dłoni i wyjdzie, mówiąc, że się śpieszy do pracy.

— Mamo, wiesz, że pracuję. Przecież muszę z czegoś żyć.

— Tak, tak, synek, ale może byś znalazł sobie w końcu dziewczynę i założył rodzinę. Przecież już nie jesteś taki młodziutki, a ja bym miała wnuki.

— Jeszcze zdążę, mamo. Jeszcze ta jedyna się nie narodziła.

— O, Piotrek, nie wybrzydzaj, bo zostaniesz na starość sam i co po tobie zostanie. Te pomniki, które stawiasz na cmentarzu?

Piotrek spojrzał na matkę. Wiedział, że ma rację, i że zostanie na starość sam jak palec, jeśli będzie dalej taki wybredny. Zawsze marzył, żeby być pisarzem, wtedy zostawiłby po sobie książki. A tak, co zostawi? Pomniki, o których z czasem ludzie zapomną.

— Mamo, ja muszę już uciekać. Jak coś, to dzwoń.

Emila wiedziała, że musi się rozstać z synem. Już nie nalegała i kazała mu wracać do pracy.


Artur zatrzymał auto i uchylił szybę w samochodzie.

— Dzień dobry, może podwieźć panią?

— Nie, dziękuję, przejdę się — odpowiedziała wystraszonym głosem.

— Jak pani uważa. Chciałem być miły.

— Bardzo dziękuję, ale ja mieszkam tu niedaleko, więc już się nie opłaca wsiadać.

— Jak pani chce.

Artur trochę się zezłościł, bo już nabrał ochoty na jej ciało. Odjeżdżając, spojrzał w lusterko i szepnął cichym głosem sam do siebie: „Jeszcze się spotkamy”.

Gdy dojechał do miasta, postanowił wstąpić do restauracji na obiad i kawę, a dopiero potem udać się do hurtowni kamieniarskiej po płyty. Gdy najadł się do syta i delektował się kawą, zobaczył wchodzącą przez rozsuwane drzwi restauracji Anetę i jej ciemnoskórego fagasa. Zakręciło mu się w głowie. Chciał wstać, ale opadł z powrotem na krzesło. Kobieta zobaczywszy go, złapała szybko za rękę swojego partnera i błyskawicznie udali się ku wyjściu. Po chwili Artur poczuł się już lepiej, chciał wybiec za nimi i stłuc ich. Był silny i wiedział, że poradziłby sobie z nimi z łatwością, ale stwierdził, że w tym szale mógłby zabić — jeśli nie Anetę, to jej nowego kochanka, więc zrezygnował i pozostał na swoim miejscu.

— Proszę pana, czy dobrze się pan czuje? — zapytała kelnerka, przechodząc obok stolika, przy którym siedział Artur.

— Tak, tak, a czemu pani pyta?

— Bo widziałam, jak opadł pan na krzesło. I taki pan blady.

— Wszystko dobrze, ale dziękuję za troskę.

— A może coś jeszcze podać?

— Nie, dziękuję.

Artur wstał i wyszedł z restauracji. Następnie udał się do swojego busa i odjechał w stronę hurtowni.


— Miałeś zaraz wrócić, a nie było cię chyba z dwie godziny. Gdzie ty byłeś?

— Bo w banku była kolejka i na poczcie też, więc mi zeszło — odpowiedział stanowczym głosem Antek.

— Co ty ściemniasz. Pewnie łaziłeś po sklepach — warknęła Wiktoria.

— No gdzie tam, nie miałem czasu. Przecież mówię, że była kolejka.

— Weź mnie nie denerwuj i nie rób ze mnie durnia.

— Przecież wszystko dziś zrobiłem, to o co chodzi?

— Nie bądź taki mądry. Czy jest coś do roboty, czy nie ma, masz tu siedzieć do piętnastej. Zrozumiano!

— Tak, tak — mruknął pod nosem.

— A tak w ogóle to masz krew na policzku. Chyba się zadrapałeś. Idź do łazienki i obmyj to.

— Pewnie kiedy przechodziłem w parku, to zaczepiłem głową o zwisającą gałąź.

— Dobra, idź już, bo działasz mi na nerwy.

Antek wszedł do łazienki, podszedł do lustra i odkręcił kurek z wodą. Najpierw obmył ręce, następnie ranę na policzku. W duchu cieszył się, bo zadrapanie było mało widoczne.

4

O godzinie trzynastej dwadzieścia siedem w parku rozległ się krzyk kobiety. Przechodzący akurat tamtędy mężczyzna, usłyszawszy krzyk, zatrzymał się przy kobiecie, która wybiegła z krzaków z małą szynszylą na rękach. Chyba źle się poczuła, bo aż ukucnęła na ścieżce przed nieznajomym, ściskając w dłoniach zwierzątko.

— Co się stało? — zapytał mężczyzna.

— Bo tam… O Boże, nie mogę złapać powietrza.

— Spokojnie, pomogę pani wstać.

Mężczyzna podał jej dłoń, wziął ją pod rękę i zaprowadził do ławki, która znajdowała się w pobliżu. Kobieta usiadła.

— Już lepiej? — zapytał.

— Tak, tak, już mi przechodzi.

— Proszę nie ściskać tak tej świnki, bo ją pani zaraz udusi.

— To nie świnka, to szynszyla — odpowiedziała drżącym głosem.

— Jak zwał, tak zwał. A teraz niech pani powie, co się stało?

— Bo Zbyszek mi uciekł. O tam. — Kobieta wskazała głową na krzaki, które rosły obok ścieżki.

— I co z tego? Przecież go pani złapała. To powód, żeby tak strasznie krzyczeć?

— Nie, bo widzi pan, tam leży martwa kobieta.

— Co takiego?

— Chyba tak. Nie jestem pewna, ale miała otwarte oczy.


Ulka miała dwa tygodnie urlopu. Całą niedzielę i poniedziałek przeleżała w łóżku po sobotnim piciu. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tak się upiła. A wypiła sporo, bo aż litrowego Ballantine’sa, i to w ciągu paru godzin.

Kobieta była czterdziestoletnią, ładną blondynką o niebieskich oczach. Wysoka, wysportowana i umięśniona jak kulturystka. Ciągle biegała i ćwiczyła na siłowni. Wyglądem przypominała babochłopa, a swoją posturą odstraszała mężczyzn. Bał się jej każdy, kto jej nie znał. Kiedyś miała chłopaka, z którym mieszkała osiem miesięcy. Pewnego razu, gdy się napiła, coś jej odwaliło. Zaczęła czepiać się swojego partnera, którego pod wpływem szału wyrzuciła przez okno. Chłopak miał połamane żebra, ale policji nie zawiadomił. Za to dał nogę do innego miasta, i tyle go już widziała. Od tamtej pory starała się nie spożywać tyle alkoholu. Chociaż w sobotę znowu przeholowała i obiecała sobie, że to ostatni raz.

Dziś był wtorek i miała zamiar wybrać się do matki w odwiedziny. Rzadko ją widywała, może dwa razy do roku, i robiła to tylko z grzeczności. Planowała przebiec dwanaście kilometrów, bo taka odległość je dzieliła. Nie lubiła jej, bo była złą matką. Matką pijaczką i do tego puszczalską.

Ulka miała dziewięcioro rodzeństwa, a połowa z nich swoje dzieciństwo spędziła w domu dziecka. Ojciec ciągle przebywał w więzieniu i tam też umarł. Matki nienawidziła za zło, które im zgotowała. Gdy zaczynała pić, znikała na całe tygodnie. Dzieci zostawały same i były głodne — wtedy Ulka, jako najstarsza z nich, powiadamiała sąsiadkę, która się nimi zajmowała aż do powrotu matki pijaczki. Pewnego razu sąsiadka nie wytrzymała i poinformowała milicję. Dzieci były tak głodne, że gdy ścierała ziemniaki na placki, one pchały się do miski i jadły surowe ciasto. Nie mogła już dłużej zajmować się jej dziećmi, po prostu miała dosyć. Tak naprawdę było jej ich żal, ale nie potrafiła już dłużej się temu przyglądać — jak cierpiały, marzły i głodowały.

Gdy Ulka skończyła osiemnaście lat, wystąpiła do sądu o opiekę nad rodzeństwem i zajmowała się nimi aż do pełnoletności. Kochała je i była dla nich surowa, ale wychowała na ludzi. Matka przestała pić dziesięć lat temu. W jej organizmie zaczęły po prostu wysiadać prawie wszystkie narządy i nie miała wyjścia — musiała odstawić używki.

Ubrała swoje ulubione dresy i adidasy, przewiesiła przez ramię saszetkę i wyszła z domu. Gdy była na chodniku, spojrzała w okna bloku swojego domu, sprawdzając, czy są pozamykane. Bała się os, a najbardziej szerszeni. Przed wyjściem zawsze je zamykała, niezależne od pory roku. Udała się chodnikiem w kierunku ścieżki prowadzącej do rodzinnego domu. Gdy już na nią weszła, postanowiła zacząć biec.


Mężczyzna powiadomił policję, upewniwszy się, czy to prawda z tą martwą kobietą w krzakach. Funkcjonariusze przyjechali bardzo szybko, zabezpieczyli teren i czekali na prokuratora, technika i lekarza sądowego. Śledczy Marian Tęgorski z komendantem policji Adamem Nejmanem zbliżyli się do ofiary. Zauważyli po delikatnych zasinieniach na szyi, że kobieta najprawdopodobniej została uduszona. Leżała na plecach, miała szeroko otwarte oczy. Jej długa sukienka w czerwone kółeczka zasłaniała jej ciało. Ręce miała ułożone tak, jak każdy nieboszczyk w trumnie.

— Ja pierdolę, co za czub! Tylko trumny zapomniał przywieźć — powiedział podniesionym tonem komendant Nejman i spojrzał na śledczego.

— To jakiś szaleniec! I on to chyba zaplanował.

— A może to ona?

— Raczej chyba on.

— Przecież to jeszcze dziecko, całe życie miała przed sobą.

— No tak, szkoda dzieciaka.

— O, zobacz, podjechał prokurator.

Prokurator wysiadł z auta i rozejrzał się na boki. Nieczęsto bywał w tej okolicy. Do morderstw najczęściej dochodziło przy starej stacji kolejowej albo na ulicy Grunwaldzkiej. Tam ćpuny i chuligani najczęściej napadali na bezbronnych ludzi, których okradli, gwałcili, a nawet zabijali. Część ofiar uchodziła z życiem. Napady i zabójstwa najczęściej miały miejsce w nocy albo z samego rana. To właśnie w takich godzinach przestępcy mogli najbezpieczniej dopaść swoje ofiary, bo wtedy prawie całe miasto jeszcze spało.


Prokurator Jarosław Mazur to wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna po trzydziestce. Mimo swojego młodego wieku wyglądał bardzo poważnie. Był przystojnym facetem o niebieskich oczach i czarnych włosach. Wychowała go ciotka, gdyż jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy był bardzo małym chłopcem. Była dla niego bardzo surowa, ale mocno go kochała. Gdy parę lat temu zmarła, Mazur stał się innym człowiekiem. Zaczął się wywyższać i drwić z innych. Nie bał się już, że ciotka będzie zwracała mu uwagę i pouczała go.

Komendant policji Adam Nejman ruszył w jego stronę, by się przywitać.

— Witam pana prokuratora — powiedział, podając mu rękę.

— Witam — burknął. — Co tu mamy?

— Młodziutką kobietę. Najprawdopodobniej uduszona.

— A skąd wiecie? I kto wam pozwolił podchodzić do zwłok?

— My tylko tak z daleka spojrzeliśmy, kiedy zabezpieczaliśmy teren zbrodni. Zauważyliśmy zasinienia na szyi.

— Nejman, ty się tu marnujesz — odpowiedział z ironią prokurator.

Mężczyzna poczerwieniał. Wiedział, że prokurator się z niego nabija. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie nadawałby się do żadnej innej roboty.

Śledczy Tęgorski skończył palić papierosa, podszedł do obu mężczyzn i przywitał się z prokuratorem. Dobrze wiedział, że facet go nie lubi, więc wolał się nie odzywać.

Mazur zaczął wkładać rękawiczki, gdy zauważył, że podjeżdża auto techniczki. Był pewny, że zabrała ze sobą lekarza sądowego — zawsze przyjeżdżali razem. Postanowił na nich poczekać, by razem wzięli się do roboty.

Techniczka Nadia Szwocha wraz z młodym lekarzem wysiedli z auta i podeszli do miejsca zbrodni. Śledczy zobaczywszy kobietę, odwrócił głowę w drugą stronę. Nawet się z nikim nie przywitała, tylko syknęła:

— Co odwracasz głowę, panie śledczy. Znów się spotykamy. Bardzo mi przykro, że będziesz musiał znosić moje towarzystwo.

Tęgorski nic nie odpowiedział, jedynie spojrzał na kobietę spod byka.

— Uspokój się — warknął do techniczki prokurator.

Śledczy nie lubił tego babska, bo była gruba i brzydka. Ważyła chyba ze sto kilo, a włosy koloru białego mleka miała ścięte na chłopaka. Najbardziej obrzydzało go to, że kobieta nie miała brwi, ponoć już od urodzenia. Zawsze zastanawiał się, czemu nie pójdzie do kosmetyczki i nie podda się zabiegowi.

Prokurator, techniczka i lekarz zabrali się do pracy, a śledczy z komendantem przyglądali się uważnie. Nic się nie odzywając, czekali na swoją kolej. Dobrze wiedzieli, że najlepiej być cicho i nie przeszkadzać, tak jak zawsze przy takich zdarzeniach.


Na miejsce zbrodni dotarła matka zamordowanej. Chciała jak najszybciej zobaczyć swoje dziecko. Kobieta wpadła w panikę i zaczęła krzyczeć i biec w stronę krzaków. Nejman z Tęgorskim zatrzymali ją, złapali pod ręce i poprowadzili siłą w stronę ławki.

— Proszę się uspokoić. Musi pani poczekać. Zatrze pani dowody — powiedział Nejman.

— Chcę zobaczyć Magdę!!! — krzyknęła tak głośno, że mężczyźni o mało nie ogłuchli. — Jesteście pewni, że to moje dziecko? — zapytała, szlochając.

— Chyba tak. Miała przy sobie dowód osobisty, ale powinna pani sama zobaczyć ciało i potwierdzić. Musimy jednak jeszcze poczekać, aż zbiorą wszystkie dowody.

— Dobrze, poczekam — odpowiedziała kobieta zapłakanym głosem, poprawiając swoją długą sukienkę.


Matka Magdy wychowywała córkę sama i miała ją tylko jedną. Nigdy nie chciała wiedzieć, kto jest jej ojcem. Gdy dowiedziała się, że będzie miała dziecko, myślała, że oszaleje z radości. Spała z kim popadnie, żeby zajść w ciążę, i po wielu upojnych nocach w końcu się udało. Pragnęła mieć dziecko, ale nie chciała mieć męża. Była niezależna, bo odziedziczyła niewielki spadek po ojcu. Miała przestronne, trzypokojowe mieszkanie w ładnej kamienicy, nowy samochód i dobrą pracę w biurze rachunkowym. Stać ją było na opiekunkę, dobre jedzenie, ubrania i kosmetyki. Nie potrzebowała ani partnera, ani męża. Odczuwając potrzebę seksu, umawiała się z kolegą z pracy. Wprawdzie miał żonę, ale lubił trochę odmiany w życiu. A że lubił też Annę, to nie odmawiał jej i starał się jej dogodzić najlepiej jak potrafił.


Była już na żwirowej drodze, która prowadziła do domu jej matki. Jak na wrzesień było jeszcze bardzo gorąco. Ulka zmęczyła się trochę i postanowiła, że wbiegnie drogą pod górkę i odpocznie na burcie przy brzozie, która tam rosła. Nienawidziła tego drzewa. Przez nie straciła ukochanego.

Gdy zbliżała się już do tego miejsca, usłyszała odgłos samochodu. Postanowiła zejść na pobocze i poczekać, aż auto przejedzie, ale kierowca starego golfa zamiast jechać dalej, zatrzymał się.

— Dzień dobry pani — powiedział nieznajomy, młody mężczyzna przez uchyloną szybę.

— Dzień dobry — odpowiedziała Ulka, odwracając głowę w druga stronę.

— Widzę, że pani nie ma ochoty na rozmowę.

— Dobrze pan widzi — warknęła.

Mężczyzna spojrzał na jej umięśnione, wysportowane ciało i zwątpił.

— Żegnam — odpowiedział i odjechał.

Kobiecie ulżyło, że pozbyła się nieznajomego. Wiedziała, że w razie czego poradziłaby sobie z nim. Domyśliła się, że się jej wystraszył. Zaśmiała się pod nosem i usiadła na burcie przy brzozie, która była porośnięta czerwonymi makami i rumiankiem. Ula bardzo dobrze znała tę brzozę. Przypomniała sobie, jak miała piętnaście lat i przed wypadkiem chłopak wręczył jej bukiet białych rumianków. Właśnie tu, pod tą brzozą. Pamiętała ten dzień bardzo dobrze. Wiedziała, że już nigdy nie dostanie od niego żadnych kwiatów.

Oparła głowę o drzewo i rozpłakała się. Postanowiła, że jutro pójdzie na cmentarz odwiedzić jego grób, a wracając, nazrywa rumianków.

Mateusz, jej chłopak, w wieku osiemnastu lat stracił życie na tej brzozie, przy której teraz siedziała. Wracali z dyskoteki. Kolega, który prowadził auto, był pijany. Jego samochód roztrzaskał się i zatrzymał na tym drzewie. Mateusz zginął na miejscu, a kierowca wypadł przez szybę i przeżył. Ula do tej pory nie odzywała się do niego, gdy go spotykała. A i on też już nie próbował jej przepraszać.

Znów się rozpłakała, objęła drzewo rękoma i wyszeptała cichutko:

— Kocham cię, Mateusz. Ciągle cię kocham i nigdy nie przestanę.


Ulka nie zabawiła długo u matki. Czuła wstręt do niej i do tego domu, w którym się wychowała. Przeżyła tam piekło i ciężką harówkę opiekując się rodzeństwem. Gdy patrzyła na matkę, przypominała sobie całe swoje dzieciństwo. Porozmawiała z nią trochę i, pod pretekstem czekającej ją dalekiej drogi do domu, czmychnęła czym prędzej. Matka wiedziała, że córka nie zabawi u niej długo, i nawet nie prosiła jej oto. Wstydziła się za to wszystko, co ją spotkało w życiu przez jej picie. Nawet była wdzięczna Uli, że jej się nie wyrzekła.


Ciało Magdy znajdowało się już w czarnym worku. Nadia Szwocha podeszła do Anny i powiedziała, że zabierze ją teraz do córki. Kobieta wstała z ławki. Widać było po jej twarzy, że źle się czuła. Techniczka wzięła ją pod rękę i ruszyły w kierunku krzaków.

Anna nachyliła się nad zwłokami córki, a łzy leciały jej po policzkach. Starała się nie dotykać ciała, bo techniczka Szwocha prosiła ją, żeby tego nie robiła.

— Czy to jest pani córka? — zapytała.

— Tak, to moje dziecko — powiedziała i zemdlała.

Karetka przyjechała bardzo szybko i zabrała kobietę do szpitala. Nadia wiedziała, że ona nie ma rodziny, więc postanowiła, że odwiedzi ją wieczorem w szpitalu.


Krzysiek przyszedł wcześniej do szopy znajdującej się przy jego garażu na osiedlu. Miał zamiar popalić sobie zioło i zobaczyć, jaki tam panuje porządek. Umówił się z Jackiem i chłopakami na dwudziestą, więc miał jeszcze sporo czasu. Szopa, w której zawsze palili, była bardzo stara i ledwo trzymała się kupy. Czasami mężczyźni obawiali się, że przy większym wietrze może się zawalić. Kiedyś mieli taki plan, żeby ją podreperować, ale jakoś nigdy nie mogli się zorganizować.

Krzysiek otworzył garaż, wyjął kluczyk skrywany zawsze pod imadłem i udał się do szopy. Taki kluczyk do kłódki garażu posiadali też koledzy, na których teraz czekał. Otworzył kłódkę, zawiesił ja na swoim miejscu i wszedł do środka przez stare, pomalowane na żółto drzwi. Kiedyś Jackowi coś odwaliło i namalował na nich farbą olejną dziwne figury. Kumple kazali mu to zamalować, ale on nawet nie miał zamiaru. Więc musieli zrobić to sami, a że nie mieli innej farby, użyli żółtej. Jacek, gdy spalił za dużo zioła, mówił na te drzwi „słońce”.

Krzysiek od razu wyczuł smród. Był pewien, że był tu niedawno Henryk, by zaspokoić swój głód.

— A to jebany chuj, nawet nie wywietrzał porządnie. Kiedyś nakryją nas w końcu pały i będzie — mruczał sam do siebie pod nosem.

Wiedział, że w dzień kręcą się ludzie i że coś mogą podejrzeć. I tak niektórzy się domyślali, tylko udawali, że nic nie widzą, bo nie chcieli się narażać.

Otworzył drzwi i zaczął wietrzyć pomieszczenie.


Artur wracał właśnie do zakładu. Był wściekły z powodu Anety i jej kochanka, ale też z powodu tej dziewczyny, którą chciał podwieźć. Całą drogę jechał bardzo szybko, a w lesie o mało nie wpadł do rowu. Na zakręcie go trochę zarzuciło, ale w ostatniej chwili udało mu się zapanować nad autem. Podjechał pod zakład. Było już około piątej, chłopaków już nie było. Wiedział, że już ich nie zastanie, bo Piotrek wcześniej zadzwonił i powiedział, że skończyli robotę i wracają do domu.

Artur wjechał busem do garażu.

— Jutro z samego rana chłopcy będą mieli dobrą zaprawę — powiedział sam do siebie mężczyzna.

Na pace znajdowało się sporo płyt, i to bardzo ciężkich, wykonanych z marmuru. Artur lubił marmur. Zawsze sprawdzał każdą wyszlifowaną płytę po chłopakach. Jego dłonie potrafiły wyczuć wszystkie niedoskonałości, był po prostu mistrzem. Kazał im tyle szlifować, aż płyta będzie gładka i przejrzysta jak lustro.

Zamknął garaż, wsiadł do swojego auta i odjechał w stronę domu.


Wiktoria robiła obiad. Wracając z pracy, podsłuchała w sklepie, jak dwie panie rozmawiały o zamordowanej w parku kobiecie. Postanowiła, że sama nie będzie tam chodzić nawet w dzień. Przeraziło ją to, bała się.

Kacper jeszcze spał. Zawsze przed nocną zmianą musiał zrobić sobie drzemkę. Wiktoria cieszyła się, że będzie miała wolny wieczór tylko dla siebie. Przypomniał jej się mężczyzna, który ja zgwałcił. Niby czuła do niego wstręt, ale z drugiej strony coś się jej w nim spodobało. Był przystojny, prawił jej komplementy, a gdy się mu poskarżyła, że ją boli, posłuchał jej i stał się delikatniejszy. Spodobało się jej nawet to, że wybrał właśnie ją spośród tylu kobiet. Dochodziła godzina siedemnasta dwadzieścia cztery. Wiktoria skończyła gotować obiad i postanowiła zbudzić Kacpra. Weszła do pokoju i usłyszała szlochanie męża.

— Co się stało! — krzyknęła przerażona.

— Nic — odpowiedział drżącym głosem.

— Jak to nic? Mów mi szybko.

— Miałem straszny sen, bardzo straszny.

— Myślałam, że coś gorszego, że coś cię boli A co ci się przyśniło?

— Śniło mi się, że ktoś chciał cię wykorzystać i zabić.

Wiktoria poczerwieniała. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć.

— Oj tam, przestań. Nikt mnie nie zabije, nie dam się. Może tak ci się przyśniło, bo dziś w parku znaleziono zwłoki młodej kobiety.

— Może i tak — odpowiedział.

Wiktoria spojrzała na niego i pomyślała, że nawet nie przejął się, jak wspomniała mu o martwej kobiecie w parku. Zdziwiła ją jego obojętność wobec czyjejś śmierci.

Kacper jadł i przyglądał się żonie. Wiktoria była spięta, nawet zastanawiała się w duchu, czy Kacper czegoś nie podejrzewa. Tłumaczyła sobie, że przecież nikt ich nie widział. Bo niby jak? Przecież wtedy w sobotę było ciemno, w lesie nikogo nie było, a bieliznę później wyrzuciła do kosza, z którego zabrali śmieci.


Techniczka Szwocha postanowiła udać się do szpitala i sprawdzić, jak się czuje Anna. Żal jej było tej kobiety. Sama nie miała dzieci, więc nie wiedziała, jak to jest. Mogła tylko sobie wyobrażać, z czym się wiąże macierzyństwo. O stracie dziecka nawet nie chciała myśleć.

Weszła do sali, gdzie przebywała Anna. Widok leżącej na szpitalnym łóżku kobiety o mało nie powalił jej z nóg. Miała zapłakaną twarz. Jej policzki były czerwone, a oczy tak zapuchnięte, że ledwo było je widać. Anna bardzo szlochała i cała się trzęsła. Nadia widząc to, wpadła w szał. Wybiegła z sali i udała się prosto do gabinetu ordynatora.

— Co to ma być, do cholery! — krzyknęła, trzaskając drzwiami.

— Kim pani jest?! — zapytał zdziwiony mężczyzna.

— A co to pana interesuje? Czy to ważne? Pani Anna z sali sto sześć potrzebuje pomocy. Jak ona wygląda? Czy wy jesteście ślepi? Ona straciła dziś córkę! A wy nie pomyliliście zawodów przypadkiem!

— Proszę się uspokoić i opuścić mój gabinet, bo wezwę policję.

— Ja jestem z policji!

Ordynator wymiękł. Przyjrzał się uważnie kobiecie i poznał ją. Mieszkali na tym samym osiedlu. Znał ją z widzenia i wiedział kim jest. Dawno jej nie widział, a nie rozpoznał jej od razu, bo techniczka przybrała na wadzę.

— Proszę się uspokoić, zaraz kogoś tam wyślę. — Ordynator nacisnął dzwonek.

Techniczka spojrzała na niego spod byka i wyszła, mówiąc pod nosem sama do siebie:

— Bydlak. Ma szczęście, że nie oberwał.

Nadia weszła do sali Anny, ale jej tam nie zastała. Leżąca na łóżku obok kobieta powiedziała, że tamta poszła do łazienki i ledwo podtrzymywała się ściany. Techniczka wybiegła za nią. Myślała, że dogoni ją jeszcze na korytarzu, ale już jej tam nie było. Wbiegła do łazienki, ale tam też jej nie zastała. Wychodząc, zauważyła pielęgniarkę.

— Przepraszam panią, czy może widziała tu pani pacjentkę Annę z sali sto sześć.

— Tak, właśnie zabrano ją na badania.

— To dobrze, a już myślałam… Dziękuję.

Nadia siedziała na korytarzu i czekała na kobietę. Trochę się denerwowała, bo już minęła prawie godzina, od kiedy ją zabrali. Zaczęła się coraz bardziej niepokoić, gdy zauważyła, jak pielęgniarka podąża za Anną korytarzem w kierunku sali, w której wcześniej przebywała. Kobieta się podniosła. Miała zamiar udać się za nimi i porozmawiać.

Stała może parę sekund i nagle poczuła się dziwnie. Obraz przed oczami zaczął jej się zamazywać, a nogi zrobiły się bezwładne. Nadia runęła na posadzkę jak długa, uderzając głową o twarde podłoże. Z jej ust wyciekała ciemnoczerwona krew, a palce u rąk podskakiwały do góry tak, jakby ktoś je raził prądem. Pielęgniarka zaczęła wołać o pomoc.


Krzysiek wietrzył porządnie szopę z dymu i zastanawiał się, ile Heniek wypalił tam dziś skrętów. Dobrze wiedział, że na jednym się nie skończyło.

Pomieszczenie było urządzone w sposób nowoczesny i domowy. Panował w niej idealny porządek i wszystko stało jak zwykle na swoim miejscu. Mirek zawsze dbał o to miejsce, a chłopcy wiedzieli, że jak zostawią po sobie syf, nie będą mieli więcej tam wstępu.

Krzysiek podszedł do komody i przesunął ją lekko w bok. Odgarnął delikatnie ziemię z klepiska i podniósł drewnianą klapę, pod którą ukryte było metalowe pudło. Otworzył je i wyjął skręta. Spojrzał na przezroczysty, biały proszek w foliowych torebeczkach, ale zrezygnował.

— Nie dziś, może jutro — powiedział sam do siebie.

Tę skrytkę wymyślił Jacek wiele lat temu. On jako jedyny miał łeb na karku. Policja wiedziała, co oni odwalają w tej szopie, ale sąsiedzi się nie skarżyli za bardzo, więc i oni nie zawracali sobie głowy niegroźnymi ćpunami. Kiedyś, gdy jechali z patrolu, sami widzieli ich wygłupy pod szopą. Zatrzymali się za rogiem budynku i postanowili poobserwować. Widzieli, jak mężczyźni chodzili na rękach, skakali jak zające i śmiali bez opamiętania. Pożartowali sobie z nich i odjechali.


Nadia zmarła. Okazało się, że kobieta miała w głowie tętniaka. Gdy Anna dowiedziała się, że techniczka nie żyje, bardzo się przejęła. W tym trudnym momencie swojego życia miała tak naprawdę tylko ją. Kobietę, która przejęła się śmiercią jej córki i która przyszła ją odwiedzić i pocieszyć mimo swoich obowiązków. Anna zalała się ponownie łzami. Co teraz ze mną będzie i po co mam żyć, kiedy nie ma już mojej córeczki? — pytała w myślach sama siebie.

Nagle wstała z łóżka i wyszła na korytarz. Nie rozumiała, co się z nią dzieje, wiedziała tylko jedno — że chce umrzeć. Szła korytarzem i nikt jej nie zatrzymywał. Wtedy zobaczyła drzwi, na których było napisane „obsługa szpitala”. Otworzyła je, ale w środku nikogo nie było. Chciała otworzyć drzwiczki szafki, ale okazało się, że są zamknięte na klucz. Miała nadzieję, że znajdzie tam Domestos albo jakiś inny żrący płyn i szybko zakończy swoje życie. Zdenerwowała się i zaczęła rozglądać za jakimś ostrym narzędziem, ale nic ciekawego nie wpadło jej w oko. Bała się, że ktoś może wejść i ją nakryć, więc postanowiła, że opuści pomieszczenie. Gdy już miała zamiar wyjść, dostrzegła w rogu na podłodze butelkę po oranżadzie. Podeszła, wzięła ją do ręki i postawiła na stoliku. Przez dłuższy czas przyglądała się szklanemu przedmiotowi. Postanowiła odczekać pięć minut.

— Jeżeli nikt nie wejdzie przez ten czas, dołączę do ciebie córeczko — powiedziała sama do siebie, zalewając się ponownie łzami.

Kobieta wzięła ponownie butelkę w dłonie, zamachnęła się i uderzyła nią w stół. Butelka pękła i została tylko szyjka. Anna spojrzała na narzędzie, które miało odebrać jej życie. Trzymała je mocno i odliczała sekundy. Wiedziała, że z łatwością wbije je w brzuch. Nie bała się. Gdy już minął czas, przebiła brzuch szklanym ostrzem. Zajęczała z bólu i ukucnęła, zaciskając zęby. Czuła jak ciepła krew pokrywa jej dłonie. Wiedziała, że zaraz się wykrwawi, więc zaczęła się modlić, żeby nikt nie wszedł.

— Już idę do ciebie córeczko, zaraz się spotkamy — wyszeptała cichym głosem.

Zaczęła widzieć przed oczami jakieś dziwne postacie. Była pewna, że to aniołowie. Wyciągnęła do nich rękę i padła na podłogę. Przez chwilę widziała Magdę, jak nachyla się nad nią i całuje ją w czoło. Uśmiechnęła się do córki i umarła.


Pani Malwina weszła do pomieszczenia, w którym trzymała wszystkie potrzebne rzeczy do sprzątania. Na podłodze zobaczyła zakrwawioną kobietę. W jej brzuchu tkwiła butelka, a podłoga zalana była krwią. Zaniemówiła i wycofała się na korytarz. Przez dłuższą chwilę stała jak posąg i nie mogła wydobyć z siebie głosu. Doznała szoku. Akurat przechodziła pielęgniarka, spojrzała na nią i widząc, że kobieta dziwnie się zachowuje, zapytała:

— Pni Malwino, wszystko dobrze?

Kobieta nawet nie spojrzała na pielęgniarkę, tylko dalej stała nieruchomo.

— Pani Malwino, co jest?

Kobieta dalej nie reagowała na jej słowa. Pielęgniarka dostrzegła uchylone drzwi do pomieszczenia socjalnego. Weszła do środka i zaczęła krzyczeć.


Dochodziła dwudziesta. Krzysiek czekał na kumpli, miał im dziś przedstawić świetny pomysł, jak zarobić dobrą kasę. Czekając, wspominał swoją żonę Dorotę.

Kochał ją strasznie, ale po pięciu latach opuściła go, bo miała już dość jego zdrad i ćpania. Poznał ją w zawodówce. Ona uczyła się na krawcową, a on na mechanika. I tak się zaczęło. Krzysiek był przystojnym blondynem o niebieskich oczach, a Dorota brunetką o piwnych. Przez wiele lat żyli ze sobą bez ślubu, ale w końcu pobrali się za namową jej matki. Zawsze powtarzała, że kiedy doczekają się dzieci, to będą problemy z chrzcinami i komunią. A i w grzechu żyć nie za bardzo. Tak więc przez to jej gadanie doszło do ślubu. Po jakimś czasie okazało się, że Dorota nie może mieć dzieci i powoli ich związek się psuł. Na początku Krzysiek był dobrym mężem, ale gdy dowiedział się, że żona jest bezpłodna, zaczął ją zdradzać i palić coraz więcej tego świństwa. Dorota prosiła, a nawet błagała, ale on nie słuchał, więc pewnego dnia odeszła. Wyjechała do Anglii do koleżanki i od tamtego czasu już jej nie widział. Bardzo to przeżył i coraz częściej sięgał po używki, a i panienki zmieniał jak rękawiczki.


Gdy wyszedł z szopy, aby zobaczyć, czy idą kumple, dostrzegł staruszka z psem. Bardzo dobrze ich znał. Zwierzę było duże, a staruszek ledwo dawał radę utrzymać go na smyczy. Krzysiek widząc zmęczonego mężczyznę, postanowił mu pomóc.

— Witam pana. Może pomóc z tym psem?

— Raczej nie. On nie lubi ćpunów. –Na te słowa pies wystawił swoje białe kły i zaczął burczeć na Krzyśka. — O, widzi pan, a nie mówiłem.

— Proszę go zabrać, bo jeszcze mnie pogryzie. A tak w ogóle to kaganiec by się przydał.

— A panu to może odwyk!

— Niech pan taki mądry nie będzie! — krzyknął oburzony Krzysiek.

— Dobra, już dobra. Chodź Szarik, idziemy.

— Idź, idź, ty stary dziadzie. Masz szczęście, że masz obrońcę, bo oberwałbyś — mruczał pod nosem Krzysiek.

Gdy staruszek zniknął z pola widzenia, mężczyzna dostrzegł kumpli. Wiedział, że się zmówili, bo szli w czterech.

— Jacy punktualni — powiedział im na przywitanie Krzysiek.

— Jak nie, jak tak — odpowiedział Mirek.

Mężczyźni przybili piątkę na przywitanie.

— Dobra, chodźcie, mam z wami sprawę do obgadania.

— A co tam wymyśliłeś znowu? — zapytał Jacek.

Krzysiek zamknął drzwi i kazał im siadać na plastikowych krzesłach.

— Czekaj, może najpierw zajaramy? — odezwał się Jacek.

— Wytrzymacie. Potem — odparł Krzysiek.

— No dobra, już się nie odzywam.

— Słuchajcie, dwa dni temu spotkałem się z kolegą z Holandii. To zaufany człowiek, znam go wiele lat. Ma dobry towar, a dokładnie słomianki.

— Jakie słomianki? Co ty pierdolisz? — zapytał Jacek.

— Tak, słomianki. Wykonane z łodyg makówek. Trzeba je tylko wywieść z Holandii, a potem zagotować na kompocik i zrobić skręty. Możemy zarobić na tym dużo kasy. I na maryśce kiedy urośnie. Tak myślałem, że zakupimy z dwie kuchenki, najlepiej na prąd, żeby nie ciągać się z gazem, i w stodole babki Jacka otworzymy swoją małą przetwórnię.

— Pojebało cię? Jaką przetwórnię?! Nie zgadzam się. I tak babcia opiekuje się maryśką. Myśli, że to kwiatki. Nie będę jej narażać. Ot wymyślił, przetwórnie zrobić! A maryśka rośnie na nasze potrzeby, a nie na handel. Jak chcesz, to swoją sprzedawaj, ja swojej nie będę.

— Krzysiek, ja w to nie wchodzę — odezwał się Radek.

— I ja też — burknął Mirek.

— A ty, Heniek? — zapytał Krzysiek.

— Jak oni nie chcą, to ja też nie.

— Ja pierdolę, ale z was tchórze!

— Mnie tam się nie śpieszy do paki, a ty jak chcesz, to działaj, ale beze mnie. — Jacek wstał i podszedł do komody.

— Wypierdalaj, nie ma jarania! — krzyknął do Jacka Krzysiek. Aż się opluł, wypowiadając te słowa.

— Sam wypierdalaj. Co to, tylko twoje?

Krzysiek podbiegł do Jacka i złapał go za klapy.

— Zaraz oberwiesz, gnoju! — krzyknął.

Jacek spojrzał na chłopaków, a oni podnieśli się z krzeseł. Krzysiek wystraszył się. Wiedział, że nie ma szans. Uwolnił ręce z bluzki kumpla i wyszedł na zewnątrz. Koledzy spojrzeli na niego i podeszli do komody.


Wiktoria cieszyła się, że została sama. Lubiła samotne wieczory bez Kacpra. Dzisiejszy miała zamiar spędzić sama. Chociaż myślała, czy nie zaprosić Kornelii i Ulki na lampkę wina. Wybrała numer do Kornelii, ale gdy już miała nacisnąć słuchawkę, usłyszała, że ktoś zapukał do drzwi.

— Przecież nikogo się nie spodziewam. — Wstała i podeszła do drzwi.

Przez chwilę stała i nasłuchiwała, ale już nie doszedł jej żaden odgłos pukania. Podeszła do okna w kuchni, wyjrzała przez nie i wtedy zauważyła mężczyznę wchodzącego do auta. Wydawało się jej, że to gwałciciel. Wystraszyła się i sprawdziła szybko, czy drzwi są na pewno zamknięte. Siedziała w fotelu i zastanawiała się, czy to na pewno był on.

W pewnym momencie pomyślała o jego perfumach. Wyszła na klatkę schodową i poczuła ten zapach. Była trochę wystraszona. Domyślała się, że gwałciciel musiał ją śledzić. Teraz już nie była pewna, czy te wieczory będą takie fajne bez Kacpra. Żałowała jednak trochę, że tak szybko zrezygnował i nie zdążyła otworzyć drzwi. Miała mętlik w głowie. Z jednej strony obawiała się mężczyzny, a z drugiej myślała o nim.


Wtedy w sobotnią noc, kiedy Artur zgwałcił Wiktorię, śledził ją, gdy wracała do domu. Ale ona o tym nie wiedziała. Szedł za nią niepostrzeżenie. Widział do którego wchodzi bloku i w którym oknie zapala się światło. Miał nawet zamiar zapukać do drzwi, pragnął ponownie jej ciała, ale bał się, że jej mąż może wrócić i wtedy miałby problemy.

Dziś Artur obserwował dom Wiktorii. Nawet zastanawiał się, czemu go tak ciągnie do tej kobiety. Dzisiejszego wieczoru widział, jak jej mąż wychodzi. Wiedział, jak wygląda, bo na festynie dobrze mu się przyjrzał. Wszedł na klatkę schodową i zapukał do drzwi Wiktorii, po niedługim namyśle jednak zrezygnował i udał się do wyjścia.


Siedział w piwnicy i nie wiedział, co ma zrobić. Nie chciał jej zabić. Sam nie wiedział, co w niego wstąpiło. Szedł sobie przez park i wtedy ją zobaczył. Podążała z trzydzieści metrów przed nim. W tym momencie postanowił, że ją dogoni i poprosi o pięć złotych na piwo. Był skacowany i zły, bo wywalili go wczoraj z roboty.

Miał ponad trzydzieści lat i lubił zaglądać do kielicha. Ciągle był na kacu i śmierdział. Kumple w pracy nazwali go Kacy. Pracował przy załadunku drewna.

Wczoraj dał dupy i to porządnie. Źle spiął bale na samochodzie i gdyby kolega tego nie zauważył, mogłoby dojść do wypadku. Akurat nadjechał kierownik i o wszystkim się dowiedział. Bardzo się wściekł i wywalił go. Kacy prosił, ale szef nie chciał go słuchać, miał już dosyć patrzenia na jego zapijaczoną gębę i trzęsące się ręce. Z tej rozpaczy mężczyzna pił cały poniedziałkowy wieczór.


Gdy ją dogonił i poprosił o pieniądze, kobieta zaczęła się z niego wyśmiewać. Kazała mu się umyć i ogolić, a potem wychodzić do ludzi. Zdenerwował się na te słowa i rozejrzał się na boki. W pobliżu nikogo nie było. Złapał ją za włosy, a drugą ręką zakrył usta, żeby nie krzyczała, i pociągnął za krzaki. Wywrócił ją na trawę i usiadł na niej okrakiem. Kobiecie udało się uwolnić usta spod ręki zapijaczonego człowieka. I wtedy zaczęła krzyczeć. Kacy złapał za ją za szyję. Chciał ją uciszyć, bał się, że ktoś usłyszy jej krzyki. Jego dłonie coraz bardziej zaciskały się na drobnym ciele dziewczyny.

Siedział przy niej i nie wiedział, co zrobił. Myślał, że to zły sen. Domyślił się, że kobieta nie żyje, spoglądał w jej oczy, ale wiedział, że są martwe. Zdenerwował się. Po chwili ułożył jej ręce jak do modlitwy. Wyjrzał zza krzaków, by sprawdzić, czy nikt nie idzie, i uciekł czym prędzej, nie zabierając niczego od ofiary.

Wyszedł z piwnicy i udał się do pokoju. Następnie podszedł do stolika, na którym leżał długopis i stary zeszyt z przepisami kulinarnymi należący do jego nieżyjącej od dawna babci. Wyjął go ostatnio z kredensu kuchni, bo chciał ugotować zupę cebulową. Wyrwał czystą kartkę z końca i napisał list. Nie wiedział, kto go znajdzie pierwszy i nawet go to nie obchodziło. Informował w nim, że zabił dziś młodą kobietę w parku, że jest mu przykro i prosi o wybaczenie.

Powrócił ponownie do piwnicy, podszedł do starej szafy i wyjął z niej pistolet. Gdy miał dwadzieścia jeden lat, jego ojciec na starej żwirowni znalazł poniemiecki pistolet. Wprawdzie był zardzewiały, ale sprawny. Zaśniedziałe i uszkodzone elementy ojciec odbudował drewnem, więc broń nadawała się do użytku. Przeprosił Boga za zabójstwo dziewczyny, załadował pistolet amunicją i strzelił sobie w skroń.


Prokurator Jarosław Mazur wszedł do szpitala. Przy wejściu czekał na niego młody posterunkowy, który miał go zaprowadzić na miejsce samobójstwa pani Anny.

Mężczyzna był już przyzwyczajony do takich widoków. Na początku, gdy zaczynał tę pracę, trochę przeżywał, że nie da rady. Czasem nawet śniły mu się ofiary. Jednak po pewnym czasie uodpornił się na tyle, że nie robiło to na nim już żadnego wrażenia.

Wjechali windą na pierwsze piętro, a Nejman wyszedł prokuratorowi na spotkanie.

— Witam panie prokuratorze. — Nejman podał rękę na przywitanie.

— Witam. Z tego co wiem, to matka tej zamordowanej z parku?

— Tak, popełniła samobójstwo.

Mazur wszedł do środka pomieszczenia. Ten widok nie był zbyt przyjemny dla jego oczu. Jako mały chłopak widział, jak dwaj pijani mężczyźni bili się przed budynkiem jego bloku. Jeden z nich miał właśnie w ręku podobną butelkę, którą potem wbił w twarz swojemu przeciwnikowi. Prokurator wtedy po raz pierwszy widział śmierć człowieka zabitego w tak okrutny sposób. Może dlatego wspomnienia i widok butelki w brzuchu kobiety trochę bardziej nim poruszyły niż inne zbrodnie, które widział do tej pory.

— Ja pierdolę. Odważna kobieta. Musiała bardzo kochać córkę, że postanowiła do niej dołączyć. Dwa trupy jednego dnia, masakra.

— Trzy, bo przecież jeszcze techniczka — odpowiedział komendant Nejman.

— No faktycznie, szkoda kobiety. Nawet ją trochę lubiłem. I to, jak syczała do śledczego. A tak w ogóle to kto ją zastąpi?

— Mają tu przysłać Marka Pruchnickiego.

— Ten cymbał ma tu przyjechać? Przecież on nawet rękawiczek nie potrafi założyć, a co mówić, żeby jakieś dowody zebrał. Proszę go odwołać i ściągnąć tu Katarzynę Milc.

— Już się robi, panie prokuratorze.

Po dziesięciu minutach od przyjazdu Jarosława Mazura na miejsce zdarzenia przybył śledczy Tęgorski. Gdy dowiedział się o śmierci techniczki, nawet zrobiło mu się przykro. Nie lubił tego babska, a w dodatku czuł do niej wstręt, ale nigdy nie życzył jej śmierci. Znał ją już wiele lat i wiedział, czego może się po niej spodziewać. Zastanawiał się, jak będzie układała się współpraca z nową techniczką. Słyszał tylko tyle, że jest ładna i wolna.

Pół godziny później kobieta dotarła i zabrała się do pracy. Panowie, którzy znajdowali się w pobliżu, zaczęli zachwycać się jej urodą oraz figurą i ślinić się na jej widok. Tęgorskiemu nie bardzo się to podobało i chyba nawet poczuł się zazdrosny o kobietę, którą widział po raz pierwszy i jeszcze nawet nie zdążył jej poznać.

Środa

Z samego rana kierownik przyjechał do lasu zobaczyć, czy załadunek drzewa jest już gotowy. Chciał się dowiedzieć, co u Kacego, i czy nie pije z rozpaczy. Mężczyzna podszedł do kierowcy i zapytał:

— Dzień dobry, jak tam Kacy? Bo trochę mam wyrzuty sumienia, że go wywaliłem.

— Nic nie wiem, nie widziałem go wczoraj nigdzie. Nawet pod sklepem go nie było, a telefonu nie odbiera.

— Może śpi pijany. Chyba podjadę do niego do domu i dam mu szansę. Jak się ogarnie i przestanie pić, to pozwolę mu wrócić.

— Ma pan rację, szkoda chłopa. Bez pracy stoczy się całkowicie.

— No dobra. Pośpieszcie się z tym załadunkiem, bo jakoś to wam słabo idzie.

— Bo Kacego zabrakło. — Kierowca zaśmiał się pod nosem do kierownika.

— Może i racja — odpowiedział i ruszył w stronę terenowego samochodu.


Kierownik podjechał pod dom Kacego, który znajdował się na uboczu miasta. Wysiadł z samochodu i rozejrzał się dokoła. Spodobało się mu to miejsce. Panowała tam taka cisza i spokój, prawie tak samo jak w lesie. Nie lubił hałasu i miasta, uwielbiał ciszę, przyrodę i śpiew ptaków.

Czasami wracając od chłopaków z lasu, skręcał w boczną drogę prowadzącą do bagna. Zostawiał tam samochód i szedł na młody zrąb. Tam siadał na przyoranej skibie ziemi i przyglądał się przyrodzie i żyjącym tam zwierzętom. Najczęściej widywał sarny i jelenie oraz wiewiórki. Parę razy dostrzegł lisa i łosia. Uwielbiał przyglądać się ptakom, a najbardziej dzięciołom. Lubił na nie patrzeć i wsłuchiwać się w odgłosy ich stukania.

Spojrzał na drewniany dom. Był bardzo stary, pomalowany na niebiesko. Tuż przy nim rosła lipa. Jej konary zwisały nad domem. Widać było, że zagrażały budynkowi, a najbardziej dachowi. Stanął i przyglądał się lipie.

— Piękne miejsce. Bardzo zaniedbane, ale piękne — powiedział sam do siebie i udał się w kierunku drzwi wejściowych.

Wszedł do sieni, następnie udał się w kierunku drugich drzwi. Nacisnął na klamkę i wkroczył do środka. Znajdował się teraz w kuchni, w której strasznie śmierdziało i panował niesamowity brud. Sprawdził cały dom. Mężczyzny nigdzie nie było. Gdy już miał zamiar wyjść na zewnątrz, zauważył, że w sieni w drewnianej podłodze znajduje się klapa. Podszedł do niej, nabrał powietrza w płuca i złapał za metalowe wieko. W środku paliło się światło. Schody były bardzo strome. Bał się tam schodzić, ale mimo to postanowił sprawdzić, czy Kacego tam nie ma. Nachylił się lekko nad otworem i zawołał:

— Kacy, jesteś tam?

Nie usłyszał żadnej odpowiedzi, więc postanowił zejść. Gdy był w połowie schodów, dostrzegł, że mężczyzna leży na betonowej posadzce. Na jego głowie widniała zaschnięta krew. Nie ruszał się. Kierownik podszedł do mężczyzny. Leżał przy nim list. Wziął go w dłonie i przeczytał.

— O, kurwa — wymamrotał drżącym głosem sam do siebie.

Wyjął z kieszeni telefon i zadzwonił na sto dwanaście.


Radiowóz podjechał pod dom Kacego. Nejman udał się z posterunkowymi na miejsce zbrodni. Kiedy wszedł do kuchni, zatrzymał się przy mężczyźnie siedzącym na starym taborecie przy stole. W ręku trzymał list. Komendant domyślił się, że to on znalazł trupa w piwnicy. Wiedział, że niedługo zjawi się prokurator Mazur z elitą. Nie chciał się narażać.

— Młody, bierzcie się szybko do roboty, a ja pogadam z tym panem. — Skinął głową na mężczyznę siedzącego przy stole.

— Dobra szefie, już to ogarniamy — odpowiedział młody drżącym głosem.

Nejman wysunął taboret i usiadł obok mężczyzny. Po jego minie było widać, że nie czuł się najlepiej.

— Dzień dobry. Proszę podać swoje nazwisko i niech pan po kolei wszystko opowie.

— Nazywam się Wiktor Kowalczyk. Pan Kacy… Znaczy… Marek pracował u mnie przy załadunku drewna. W poniedziałek przeskrobał i zwolniłem go. Po rozmowie z jego kolegą postanowiłem, że dam mu szansę i pozwolę wrócić do pracy. Dlatego tu przyjechałem.

— No dobrze. I znalazł go pan w tej piwnicy?

— Tak. Kiedy tam wszedłem, on już nie żył.

— Czy dotykał pan ciała lub czegokolwiek?

Kowalczyk udzielił odpowiedzi na pytanie, podając Nejmanowi list.

— Nie dotykałem niczego poza tym listem.

Komendant czytając list, aż pobladł. Nie był pewny, czy jego treść to prawda. Wstał i spojrzał na Kowalczyka. Po niedługiej chwili odezwał się ponownie.

— To jakiś koszmar. Trzy trupy w ciągu dwóch dni.

— Słyszałem. Biedna dziewczyna i jej matka. Nie mogę uwierzyć, że Kacy zabił tę małą. Wyglądał na takiego spokojnego faceta. Wprawdzie lubił wychlać, ale żeby zabić?

— Czasami tak jest. Wydaje się, że kogoś dobrze znamy, a tak naprawdę nie znamy. To dziękuję za zeznania. List oczywiście zabezpieczam, a pana jeszcze zaprosimy na posterunek w najbliższym czasie.

5

Oliwier zawziął się na Kornelię i postanowił, że nie odezwie się do niej pierwszy za to, że go tak ostatnio potraktowała. Nie mógł uwierzyć, że wyprosiła go z domu i się mu postawiła. Sam już nie wiedział, czemu z nią jest. Tak naprawdę nigdy jej nie kochał i był z nią tylko z przyzwyczajenia. Nawet odpowiadało mu to, że Kornelia się poniża i ugania za nim. Chociaż czasami chciałby uwolnić się od niej, uciec jak najdalej i naprawdę się zakochać w jakiejś fajnej dziewczynie. Gdyby nie znajomi, już dawno by to zrobił. Ale to oni zawsze powtarzali, że to dobra dziewczyna i takiej nigdzie nie znajdzie, więc słuchał ich i się męczył.

Oliwier był wysokim, dobrze zbudowanym facetem o piwnych oczach. Miał hopla na punkcie siłowni. Wiedział dobrze, że jest uzależniony od ciągania tego żelastwa. Każdego dnia musiał odwiedzić siłownię i spędzić tam przynajmniej z dwie godziny. Kiedyś, gdy uszkodził ścięgno w ramieniu i musiał zrobić sobie przerwę, o mało nie oszalał z nerwów. Kornelia tłumaczyła mu, że musi zregenerować, aż uraz się zagoi, a potem powoli i stopniowo znów będzie mógł zacząć ćwiczyć. Na początku jej słuchał, ale potem zaczął się na niej wyżywać. Ona jednak nic sobie z tego nie robiła, tylko starała się być dla niego miła i posłuszna. Gdy byli gdzieś na imprezie, pilnowała go jak oka w głowie. Jeśli jakaś panienka próbowała go uwieść, odganiała ją, pyskując. Zawsze używała tych samych słów — „Zjeżdżaj stąd suko, bo oberwiesz”. Czasem potrafiła też ścisnąć za rękę lub uszczypnąć, a nawet i kopnąć.

Było już południe. Do końca pracy zostały mu jeszcze dwie godziny. Zaczął powoli sprzątać magazyn. Nie miał tam za wiele pracy, tylko pozamiatać i zmyć podłogę. Oliwier pracował w hurtowni elektrycznej. Lubił doradzać klientom. Nigdy nie podobało mu się wciskanie czegoś na siłę, bo sam też nie cierpiał, gdy ktoś mu coś wciskał na chama.

Jego zmienniczka miała przyjść za niecałe dwie godziny. Nie spieszył się więc za bardzo z robotą. Przez uchylone drzwi spoglądał, czy w hurtowni jest dużo klientów. Na szczęście były tylko trzy osoby. Mietek z Martą doskonale sobie radzili i nie potrzebowali pomocy. Gdy już zrobił swoje i miał zamiar wejść do łazienki, usłyszał, że ktoś go woła. Nie był pewny, czy to do niego były skierowane te słowa. Odwrócił się przez ramię i w drzwiach magazynu dostrzegł młodą kobietę. Na oko była od niego młodsza z piętnaście lat.

— Dzień dobry panu — powiedziała, uśmiechając się.

— Dzień dobry. W czym mogę pomóc? — zapytał zdumiony jej urodą.

— Bo widzi pan, ja szukam ładnej lampki nocnej dla mojego taty. Czy może mi pan pomóc?

— Tak, oczywiście. Zapraszam.

Oliwier zaprowadził kobietę do regału z lampkami i zaczął jej pokazywać tylko te najładniejsze. Ale kobiecie nic nie odpowiadało i żadna jej się nie podobała. Zamiast przyglądać się przedmiotom, ciągle zerkała ukradkiem na Oliwiera.

— Wie pani co, ja już nie wiem. Nic pani nie odpowiada, to może w innej hurtowni coś pani wybierze. Na ulicy Warszawskiej też mają takie rzeczy.

— Tak wiem, już tam byłam, ale nic ciekawego nie wpadło mi w oko. Ale mi tak naprawdę to nie chodzi o żadną lampkę. — Kobieta wyjęła z kieszeni wizytówkę i wcisnęła w dłoń Oliwiera. — Bo widzi pan, ja często was odwiedzam, ale pan zawsze był taki zajęty i nigdy nie zwracał na mnie uwagi. Jeżeli będzie pan miał ochotę na kawę, to proszę zadzwonić.

Oliwier aż zbladł ze zdziwienia i nie zdążył nawet nic odpowiedzieć na jej słowa, gdyż kobieta szybkim krokiem udała się ku wyjściu.


Emilia dalej źle się czuła. Nie chciała zawracać głowy synowi, wiedziała, że ma dużo pracy. Postanowiła, że uda się do lekarza i poprosi, żeby zrobili jej badania (przede wszystkim serca).

Pogoda była dziś słoneczna. Starsza pani lubiła ciepło. Gdy lato się kończyło i zbliżała się jesień, dopadało ją zawsze przygnębienie. Nie lubiła jesieni, a najbardziej wiatru i opadających liści.

Emilia nałożyła swoją długą sukienkę w róże. Lubiła ją. Kiedyś na urodziny dostała ją od swojego męża. Zamknęła drzwi na klucz i udała się chodnikiem w kierunku przychodni.


Młody lekarz spojrzał na kobietę. Po wyglądzie wiedział, że coś niedobrego się z nią dzieje. Zbadał jej serce i ciśnienie. To, na co użalała się kobieta i to, co wykazały badania potwierdziło, że miała zawał parę dni temu i nawet o tym nie wiedziała.

— Muszę panią położyć do szpitala. Miała pani przechodzony zawał.

— Jak to zawał? Wprawdzie czułam się źle, ale zawał? Co pan doktor mówi.

— Tak. EKG to wykazało. Bo widzi pani, czasem tak jest, że nie wiemy nawet o tym, że coś niedobrego się zadziało w naszym organizmie. Ale proszę się nie denerwować, wszystko będzie dobrze.

— Czy ja umrę, panie doktorze?

— Wszystko będzie dobrze. Proszę, tu skierowanie i jak najszybciej trzeba udać się do szpitala na oddział.

— Dobrze i dziękuję.

— Do widzenia pani. I proszę o siebie dbać.

Kobieta wyszła do poczekalni i usiadła na krześle. Nie czuła się dobrze. Strach dopadł ją jeszcze bardziej. Bała się o swoje życie i tego, że może nie zobaczyć już ukochanego syna. W pewnej chwili pomyślała, żeby zadzwonić do niego, ale po niedługim namyśle zrezygnowała. Nie chciała go denerwować. Gdy już trochę lepiej się poczuła, wstała i udała się ku wyjściu.


Emilia weszła do sklepu z odzieżą i kupiła najpotrzebniejsze rzeczy, a następnie udała się w kierunku szpitala. Starszy lekarz przyjął ją na oddział. Był dla niej bardzo miły i wszystko jej wytłumaczył. Kobieta trafiła do trzyosobowej sali, gdzie przebywały już dwie kobiety w podobnym wieku. Łóżko Emilii znajdowało się przy samym oknie. Nawet się ucieszyła, bo lubiła obserwować ludzi, ale najbardziej ptaki. Uwielbiała gołębie. Lubiła na nie patrzeć i słuchać, jak gruchają. Kiedyś, gdy była mała, jej babcia hodowała te ptaki. Emilia nawet zaprzyjaźniła się z jednym z nich. Nazywała go Rubin. Pewnego razu ptak wpadł do studni i utopił się. Emilia bardzo to przeżyła. Gdyby nie babcia, wskoczyłaby za nim, chcąc go ratować. Jego odejście mocno ją przygnębiło i ciągle biegała do tej studni i wołała go, myśląc, że wyfrunie stamtąd i dalej będzie przy niej. Babcia obawiała się o życie wnuczki i kazała zrobić dziadkowi drewnianą pokrywę, którą zamykano na kłódkę.

Emilia zapoznała się z pacjentkami i położyła się na łóżku. Chciała odpocząć. Wiedziała, że niedługo przyjdą po nią i zabiorą na badania. Pomyślała o mężu, zamknęła oczy i zasnęła.


Artur spojrzał na Jacka. Zauważył, że nawet ładnie wychodzi mu malowanie liter na nagrobku. Robił to dokładnie tylko wtedy, gdy nie był na kacu. Po ostatniej rozmowie wierzył, że się ogarnie, i chyba podziałało.

— Szpachel, co tak mi się przyglądasz?

— No widzę, że wyglądasz w miarę i chyba nie chlałeś wczoraj. Ale oczy? — Spojrzał ponownie na kolegę i zaśmiał się pod nosem sam do siebie.

— A co z nimi nie tak? — zapytał Jacek zdziwiony.

— Masz takie spojrzenie jak koza.

— Ja pierdolę, a to wymyśliłeś. Może jak u capa?

— Nie jaraj tego gówna, to nie będę się czepiał.

Jacek już nic nie odpowiedział na te słowa. Dobrze wiedział, że on ma rację.

— Zrobić kawę? — Jacek zmienił temat.

— Dobra, to zrób, a ja zobaczę, jak Piotrek sobie radzi, i czy dużo mu jeszcze zostało szlifowania.

Wszedł na halę. Widział, jak kolega wkłada swoje starania w ten zimny, błyszczący kamień. Nie lubił, kiedy Szpachel się czepiał i zwracał mu uwagę, więc starał się tak go wygładzić, żeby nie wymagał żadnych poprawek. Stał i przyglądał się przez pewien czas Piotrkowi i gdy już miał zamiar udać się ku wyjściu, mężczyzna wyłączył maszynę.

— To co, już skończyłeś? — zapytał.

— Tak. A co chcesz sprawdzić?

Szpachel nic nie odpowiedział, tylko dłonią zaczął delikatnie wyszukiwać niedoskonałości na płycie. Uwielbiał to robić.

— I co, coś wyczułeś tą swoją delikatną rączką?

— Chyba jest okej — odpowiedział po chwili.

— Dobra, już zostaw, bo głaskasz ją jak babę.

— Dobre porównanie — zaśmiał się pod nosem i odsunął od płyty. — Jacek robi kawę, to chodź, idziemy, bo wystygnie.

Mężczyźni udali się ku wyjściu prowadzącemu na podwórze.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 3.94
drukowana A5
za 49.07