E-book
10.97
g.b.n.g. 2

Bezpłatny fragment - g.b.n.g. 2

18+


Objętość:
139 str.
ISBN:
978-83-8104-713-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży

G.B.N.G. 2
Wydanie I

Good but not great.

(Gruby balet na górze)

(Gryzdoły bladego, nieogarniętego gbura)

1

Rozsiadł się na wygodnym, skórzanym fotelu w pozycji półleżącej i mrużąc lekko oczy spoglądał na sufit, po czym spojrzał na człowieka, który siedział w niedalekiej odległości od niego i powiedział:


— Jak chcesz pisać, to musisz się skupić i mieć kurewsko zajebisty dystans.


— Niezłe otwarcie. Mógłbyś coś dodać? — usłyszał w odpowiedzi.


— Okej. Tak sobie istnieję i zastanawiam się czasem na jakim świecie żyję i jak do tej pory w moim naiwnym, dwudziestokilkuletnim umyśle pojawiły się pewne wnioski. Ludzie się od siebie różnią: wiekiem, wzrostem, kolorem skóry, światopoglądem, wielkością penisów i piersi, stanem konta, stanem cywilnym, stanem umysłu, kolorem oczu, możliwościami intelektualnymi, zdolnościami manualnymi i tak dalej.


— Co dalej?


— Z tego co kojarzę, każdy ma prawo do własnych poglądów i do tego by zachować je dla siebie.


— Ma też prawo, by się nimi podzielić. Masz coś jeszcze na myśli?


Spojrzał na niego, spostrzegł, że nie obrasta brudem, po czym spytał:


— Jesteś gejem?


— Nie — usłyszał w odpowiedzi.


Stwierdził, że skoro nie jest gejem i nie obrasta brudem, to najprawdopodobniej jest w porządku, bo nie był wielkim fanem ludzi obrastających brudem innym niż ten, będący wynikiem pracy w fabryce albo na budowie, bo w niektórych fabrykach i na budowach trudno nie obrosnąć brudem, przynajmniej do czasu prysznica lub kąpieli.


— To jesteś w porządku.


— Dzięki.


Osobiście nie miał nic do gejów. W jego opinii mogli się lizać i zapinać i cokolwiek tam sobie jeszcze wymyślili, byle nie miał z tym styczności. Kiedyś rozmawiał z kimś, o kim powiedziano mu, że jest gejem i podczas rozmowy podświadomie miał ochotę walnąć go w pysk gdy znajdował się za blisko albo za długo na niego patrzył, ale tego nie zrobił, bo się powstrzymał, bo stwierdził, że nie ma powodów, by bez większego powodu strzelać kogoś w pysk podczas rozmowy. Lubił swojego psychologa, chociaż nie zdążył go jeszcze dobrze poznać, a rzadko zdarzało mu się polubić kogoś, kogo nie zdążył dobrze poznać. Uznał, że jego psycholog jest wyjątkiem i w jakimś schizolskim filmie mógłby być aniołem, chodzącym w białym garniturze i otaczanym przez kobiety i pieniądze, gdyby tylko lekko podkoloryzować jego postać i przenieść na ekran.


— Traktujesz wulgaryzmy jako rodzaj mentalnych odchodów?


— Co?!


— Nie ty jeden Aleks.


— Co?


— Naśladujesz kogoś podczas pisania?


— Co?


— Przestań odpowiadać pytaniem na pytanie.


— Czasem mam wrażenie, że naśladuję Hellera.


— Robisz to świadomie?


— Nie wiem. Może jestem jego kolejnym wcieleniem. Skąd mam kurwa wiedzieć?


— Momentami czuję się nieco spryskany twoimi mentalnymi odchodami.


— Dobrze, że nie masz na sobie białego garnituru. Jesteś psychologiem kurwa. Powinieneś być przyzwyczajony i traktować mnie z profesjonalną dozą dystansu.


— Powinieneś mi płacić.


— …


— Zbieram na biały garnitur.


— Masz dwa samochody, a nie masz garnituru?


— Jeden jest wzięty w leasing, a co do garniturów to mam chyba trzy: dwa grafitowe, czarny i ani jednego białego.


— Rozumiem — odpowiedział — gdybyś miał biały, mógłbyś być aniołem, otaczanym przez pieniądze i kobiety.


— To mi schlebia. Ale porozmawiajmy o tobie, a finanse pozostawmy na razie na boku.


— …


— Nie jestem bankierem, tylko psychologiem.


— Nie jestem Hellerem.


— Chciałbyś być Hellerem?


— Nie wiem, bo nigdy nim nie byłem.


— A gdybyś mógł, to chciałbyś nim być?


— Skoro nigdy nim nie byłem, to nie wiem, jak to jest nim być, więc skąd mam wiedzieć, czy chciałbym nim być, czy nie?


— …


— Nie mam nawet żadnego punktu odniesienia, poza jego książkami.


— Rozumiem. Trapi cię coś jeszcze?


— … Jakie jest twoje podejście do masturbacji?


— Żadne.


— …


— …


— Aha — powiedział marszcząc brwi i kierując wzrok w bok — a odnosiłeś kiedyś wrażenie, że ktoś zna twoje myśli już na etapie ich formułowania w głowie?


— Może za wolno myślisz.


— To paranoja, czy…


— Czy?


— Co?


— …


— Może powinienem bez większego zastanawiania się spisywać różne teksty, jakie przychodzą mi w danej chwili do głowy, ale to oznaczałoby konieczność zaprzątnięcia tym sporej dozy uwagi, a trzeba to oddzielać od codzienności. Wtedy można po prostu podziałać z tematem w taki sposób, żeby to na siebie nie nachodziło.


— Miewasz problemy z oddzieleniem pisania od przyziemnej codzienności?


— Możliwe. Ty mi powiedz.


— Myślę, że coś jest na rzeczy.


— Uważasz, że to coś dziwnego?


— Być może jest to nieodzowny element pracy twórczej, a ty faktycznie musisz nabrać pewnej dozy… hmm… profesjonalnego dystansu.


— Chyba właśnie po to tu jestem. Trudno mi o tym pogadać z kimś, kto na codzień nie zajmuje się rozmowami z ludźmi, mającymi jakieś problemy, które w oczach większości społeczeństwa nie uchodzą za problemy i ich zdaniem zasługują na wizytę w psychiatryku, w najlepszym wypadku u psychologa, ewentualnie na zignorowanie.


— Ciekawie powiedziane.


— Nie to, żebym był nadmiernie ugodową pizdą, ale stwierdziłem, że można spróbować ich posłuchać i wobec wyboru, przed którym stanąłem psycholog wydał mi się odpowiednim miejscem.


— Rozsądnie.


— Z reguły nie mówię zbyt dużo, chyba, że jestem pijany albo naładowany adrenaliną, co w codziennym życiu nie zdarza się zbyt często. Tutaj mogę sobie ulżyć i właśnie to robię. Chociaż…


— Chociaż?


— Jak jestem pijany albo naładowany adrenaliną to w sumie mówię mało, żeby nie wzbudzać nadmiernych podejrzeń, przez co być może wzbudzam nadmierne podejrzenia.


— Myślę, że może to być objaw lekkiej paranoi.


— …


— Co ostatnio sprawiło ci niekłamaną przyjemność?


— To zbyt intymne sprawy, żeby o tym opowiadać.


— Rozumiem.


— Tak.


— Cieszę się twoim szczęściem.


— Swoją drogą… nie obrażając cię… ale jak to jest z tymi sprawami w twoim wieku?


— To zbyt intymna sprawa, żeby o tym opowiadać.


— Ale nie traktujesz pracy jako próby rozładowania frustracji seksualnej?


— Gdyby tak było, nie siedziałbyś w tym fotelu nie płacąc za to.


— Mówią, że najlepsze rzeczy w życiu są za darmo.


Jego współrozmówca wstał, nalał do szklanki wody z przezroczystego dzbanka, wziął łyka, potem wdech, a potem powiedział:


— Szkopuł w tym, że jesteś całkiem interesującym rozmówcą, ale nie będę mówił na ten temat więcej, bo raz, że mi nie wypada, a dwa, że jesteś za młody. Nie obrażając cię.


— Emm… Okej — odparł, ze wzrokiem zawieszonym nieruchomo na upatrzonym wcześniej punkcie.


— Poza tym, rozczula mnie fakt, że cię na mnie nie stać.


— Stać mnie, ale zbieram na biały garnitur dla ciebie.


— Jesteś przyjemnym przerywnikiem między sprawami, które często wydają mi się sprawami czysto biznesowymi.


— Miało nie być intymnie.


— Fakt. Nieco się zagalopowałem. Uznaj to za pewien rodzaj zboczenia zawodowego.


— Pewnie każdy jakieś miewa.


Możliwe, że różni ludzie mieli różne zboczenia zawodowe. A możliwe, że nie.


— Na dzisiaj chyba, tyle, bo jestem umówiony.


— Firmowy bankiecik, randka, wywiadówka? — spytał, podnosząc głowę z miękkiego oparcia wygodnego, skórzanego fotela, skonstruowanego w taki sposób, by zmaksymalizować komfort, odczuwany przez siedzącego, niezależnie od jego wzrostu i gabarytów.


— Nie twoja sprawa.


— Dobra — odpowiedział, podrywając się z fotela i stawiając nogi na podłodze — to spierdalam. Znaczy, idę. Można tam kiedyś wbić jeszcze kiedyś?


— Masz numer. Dzwoń. Próbuj.


— Okej. Miłego wieczoru i tak dalej.


— Dziękuję.


Chwycił za klamkę, nacisnął ją, po czym zrobił kilka kroków do przodu i zamknął drzwi za sobą. Korytarzowymi schodami zszedł w dół, przesuwając dłoń po poręczy. Uporał się z jeszcze jednymi drzwiami i utonął w mroku, oświetlanym przez uliczne latarnie. Oczy zareagowały rozszerzeniem źrenic. Był piątek, późne popołudnie. Znajdował się na chodniku, z którego mógł korzystać tłum, ale chwilowo żaden się tam nie znajdował. Może dobrze, może nie. Wyprał sobie mózg rozmową, którą skończył przed ponad minutą i właśnie to do niego docierało, bo zrobił głośny wydech i ruszył w kierunku, z którego przyszedł. Był zadowolony z faktu, że jego psycholog nie zalecał mu prochów i nie podejrzewał schizofrenii, którą sam osobiście uważał za wymysł producentów prochów. Kilkaset metrów upłynęło w dziwnie relaksującej atmosferze, wypełnionej miarowym stukotem stawianych kroków. Najbardziej lubił chodzić w sportowych butach, które nie wydawały zbyt głośnych odgłosów przy chodzeniu, ale pora nie była odpowiednia, bo wiało po nogach. Mroziło po twarzy, a szron otulał gałęzie drzew niczym teflon wózki w supermarketach. Uznał, że doskwiera mu niedobór energetyczny i postanowił zatankować trochę paliwa w postaci łatwo przyswajalnych kalorii, zwłaszcza, że niedoborowi energetycznemu towarzyszyło uczucie suchości w ustach. Słodzony napój mógł rozwiązać obydwie kwestie za jednym zamachem. Kilka minut drogi piechotą od miejsca, w którym się znajdował, stał automat z napojami. Po kilku minutach zszedł schodami do tunelu i wrzucił monetę do wrzutnika na monety. Pieniądz zmienił właściciela, a on przyłożył puszkę do czoła i przytrzymał przez kilka sekund. Umysłowe ubezwłasnowolnienie z trudnością mieściło mu się w głowie, ale mogło stanowić pewien stan rzeczy. Stwierdził, że “ma wyjebane na wszystko i rozpierdoli automat”, ale po chwili stwierdził, że “po co?”. Odchylił zawleczkę, kilkoma łykami przelał zawartość puszki do żołądka, beknął i wyrzucił puszkę do kosza.


— To je amelinum — powiedział sam do siebie.


— To amelinium je — odpowiedział mu zza pleców jakiś głos, który zdawał się dochodzić z ust, znajdujących się w dolnej części głowy, którą po kilku sekundach obejrzał od tyłu, a potem przyglądał się zmniejszającej, oddalającej się sylwetce do której należała. Zastanawiało go, “co do chuja może jeść aluminium”.

2

Aleks przejrzał się w lustrze i uznał, że latem jest ładniejszy niż zimą.


— Latem jestem ładniejszy niż zimą — powiedział z łazienki.


— Co? — spytała zaglądając — czy ja wiem? Chyba tak samo brzydki. Będę szła.


— … No… — odrzekł do zamykających się drzwi. Znalazł gdzieś w szufladzie jakieś bokserki, podniósł spodnie z podłogi w kącie pokoju, a resztę ciuchów z podłogi wrzucił do kosza na brudną bieliznę, bo nie lubił tekstyliów na podłodze. Ubrał bokserki, spodnie, świeży t-shirt, skarpetki i sportowe buty i zaległ w fotelu.


— Pfffuu… — pufnął — o kurwa — spalił chyba z dwa kilogramy.


Dwa kilo zioła, pomyślał mimochodem, sporo trochę jak na jedne płuca, ciekawe, czy się da tyle. Przyjmując średnią długość życia człowieka gdzieś tak na siedemdziesiąt lat, zaczynając na dwudziestce, dawałoby to pięćdziesiąt lat, a to jakieś osiemnaście tysięcy dni. Dwa tysiące gram dzieląc przez osiemnaście tysięcy to by było… Odpalił kompa, uruchomił kalkulator, to by wychodziło jakieś 0,111 grama na dzień, 0,222 co drugi dzień, trochę więcej niż połówka na tydzień, taka ważona połówka. Dziesięć lat palenia marihuany, to by było trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt dni, plus dwa lub trzy dni z lat przestępnych, to trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt dwa lub trzy. Dwa tysiące na trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt dwa… Pół gieta na dzień, przez dziesięć lat, w sumie dałoby się zrobić, chociaż nie chciałby próbować na sobie, bo istniało ryzyko, że trochę by go to spowolniło i utrudniało normalne postrzeganie, chociaż może miało by inne pozytywne skutki. Taki Witkacy po dragach robił dobre malowidła, ale on chyba wolał cięższe sprzęty. Jeździł dźwigiem i budował drapacze chmur, chociaż w jego czasach w Polsce raczej nie było ani tego, ani tamtego, chociaż dźwigi mogły już być, bo zbudowano jeden z większych portów na Bałtyku. Taki Cobain palnął sobie w łeb, a Hendrix udławił się na śmierć własnymi rzygami, ale to może po alkoholu, a nie po dragach. Amatorzy przy takim Micku Jaggerze albo Iggym, chociaż Iggy miewał problemy, ale ogarnął, a z tym dźwigiem i drapaczami chmur to była wkręta.

3

Przyszłość rysowała się w ciemnych barwach, być może dlatego, że dochodziła północ, a w okolicy odcięto prąd. Zalegał kilka dni z rachunkiem, ale panująca za oknem ciemność i brak pomarańczowej poświaty ulicznych latarni utwierdziła go w przekonaniu, że mrok nie jest wyłączną domeną jego mieszkania. Wyciągnął telefon z kieszeni spodni, włączył latarkę i poświecił sobie po źrenicach, a te zapewne zmniejszyły się do rozmiarów szpilki. Nie mógł tego widzieć, ale miał dziwne przekonanie, że tak się właśnie stało. Odstawił latarkę od oczu i skierował ją na ścianę, na której powstał biały okrąg. Święcąc latarką po podłodze odnalazł drogę do lodówki. Otworzył ją, stwierdził, że prawie nic w niej nie ma, po czym zamknął i zastanawiał się co dalej począć ze swoim życiem. Stwierdził, że bateria w laptopie raczej nie wytrzyma zbyt długo. Najechał kursorem na ikonkę baterii, przekreśloną czerwonym krzyżykiem i zobaczył napis: “Bateria naładowana w 72 %. Rozważ wymianę baterii”. Z lekkiego letargu wyrwał go głos, który dobiegł z radia, a towarzyszyło mu nagłe przejaśnienie za oknem. Nie było to światło dzienne, ale w porównaniu do egipskich ciemności, które panowały jeszcze kilka sekund wcześniej było niczym renesans w odniesieniu do średniowiecza. On tkwił w XXI wieku. Nie było latających samochodów, teleportów, ani maszyn umożliwiających podróże w czasie, były za to misje na Marsa i lodówki składające w internecie zamówienia na brakujące produkty, chłodząc przy tym jak wirtualny szron w reklamach gum do żucia. Co jakiś czas telewizja straszyła go globalnym ociepleniem klimatu. Czasem widział w niej coś, co przy pomocy szklanego kwadratu kolorowało rzeczywistość w jednym z pokoi jego mieszkania, a czasem coś, co żyło własnym życiem, totalnie oderwane od codziennej rzeczywistości i może właśnie o to w tym wszystkim chodziło. Wracając do globalnego ocieplenia, to nie miał z nim zbyt wiele do czynienia, zwłaszcza zimą w nieogrzewanych wagonach pociągów, w których podróż upływała w miłym towarzystwie ludzi odzianych w kurtki, szaliki, czapki i rękawice. Ci, co z braku miejsc siedzących zmuszeni byli stać, mieli okazję nawiązać nowe znajomości poprzez przymusowe przytulanie, co miało ten plus, że dawało trochę ciepła i być może sprzyjało przyrostowi naturalnemu, chociaż nie potrafił znaleźć w głowie logicznego potwierdzenia tego stwierdzenia, a nie chciało mu się szperać w necie, bo ostatnio używał go głównie do słuchania muzyki i okazjonalnego podziwiania przedstawicieli wyczynowego uprawiania miłości. W takich momentach nieśmiałe wołanie jego własnych kompleksów mieszało się z uznaniem dla ich profesjonalizmu, chociaż miał na ten temat tylko wyobrażenie, które dla własnego dobra starał się hamować, niczym Polacy rozlew bolszewizmu na Europę w drugiej dekadzie XX wieku, jeszcze zanim dwóch idiotów zmniejszyło liczebność tego narodu o połowę, co, obok częstych przerw w dostawach prądu dawało poczucie mobilizacji i położyło podwaliny pod powojenny boom demograficzny w swego czasu najsilniejszym militarnie, poza ZSRR, kraju demokracji ludowej, którego architektoniczną brzydotę można było podziwiać po dziś dzień, wraz z całym stosem urzędowych paradoksów, wytrwale pielęgnowanych z pokolenia na pokolenie nawet pomimo zmiany ustroju na demokrację, prawdziwą przynajmniej z nazwy. Władze Gdańska i Wrocławia wypowiedziały niedawno wojnę wszelkiego rodzaju billboardom na budynkach i innego rodzaju ulicznym reklamom, co być może miało się przyczynić do zwalczania architektonicznej brzydoty, a urzędowe paradoksy opornie, lecz uparcie odchodziły do lamusa, tyle że lamus pozostawał. Pewien element rzeczywistości co jakiś czas przypominał mu o swoim istnieniu rachunkami w skrzynce pocztowej albo sms-ami, wspominającymi o konieczności zapłacenia abonamentu za telefon. Z punktu widzenia globalnej ekonomii czasy były średnie, zwłaszcza dla ludzi, którzy dopiero zdążyli zakończyć edukację, ale może była to pewna cena, jaką musieli zapłacić za młodość, a może nie. Trochę się obawiał, że jego przenikliwy umysł zdążył rozkodować wszelkie schematy i dalsze życie upłynie mu w oparach znudzenia, ewentualnie na wynajdywaniu dziwnych podniet lub toczeniu jałowych dyskusji, przypominających mentalną grę w karty i jeszcze ktoś będzie musiał za to wszystko płacić, a z upływem kolejnych lat coraz bardziej wychodziło na to, że nikt nie będzie płacił za niego, co, biorąc pod uwagę, że uważał się za indywidualistę, uważał za całkiem sensowną kolej rzeczy, ale mógł się mylić. W rywalizacji grupa kontra jednostka szala często przechylała się na tą pierwszą stronę, ale grupa nigdy nie była jednostką, co najwyżej jej zbiorem, także grupowanie się kręciło go średnio, chociaż nie chciał być uznany za buntownika lub rewolucjonistę, bo czasy młodzieńczej anarchii miał już za sobą i została mu już tylko kontrolowana anarchia w głowie, którą traktował jak nieodłączny element kreatywnego umysłu. Jutro goniło go każdego dnia, w regularnych, dwudziestoczterogodzinnych odstępach, ale na przestrzeni lat, które zdążył przeżyć zadbał o to, by nie uważać młodości za zmarnowaną, przynajmniej z pewnego punktu widzenia. Odpalił laptopa i po kilkunastu sekundach stwierdził, że kursor nie reaguje na ruchy palcem po touchpadzie.


— Nowy wirus pojawił się na mieście — powiedział sam do siebie, siedząc przed laptopem z zablokowanym touchpadem. Wcześniej pojeździł po nim trochę palcami, a potem próbował obsługiwać komputer przy użyciu samej klawiatury, w sensie włączyć przeglądarkę by coś poprzeglądać, ale nie miał skrótu na pulpicie, ani skrótów w menu start i spasował po minucie lub dwóch, po czym włączył edytor tekstowy i zaczął pisać. Miał pewne problemy z edytowaniem tekstu i może w jakiś sposób raziło to jego przyzwyczajenia albo poczucie estetyki. Po dłuższej chwili przestał zwracać na to uwagę i skupił się na samym pisaniu, bo szło mu w miarę płynnie i nie chciał przerywać. Nie mógł pozbyć się nawyku czytania ostatniego napisanego zdania lub akapitu po raz drugi w trakcie samego pisania, co go chyba trochę spowalniało, ale nie miał na co dzień do czynienia ze specami od autokorekty na bieżąco. Spauzował na chwilę i pobłądził oczami po betonowym sześcianie, wewnątrz którego się znajdował. Białe ściany, okno, plakat, biurko, łóżko i szafki. Nie bardzo skupiał się na detalach, chociaż ktoś inny mógłby zauważyć więcej szczegółów, nawet nie tykając abstrakcji, a skupiając się jedynie na tym, co namacalne. W oczy rzuciła mu się czerwona diodka, przy przycisku blokującym touchpada. Wcisnął go, diodka zgasła, a on przesunął palcami po touchpadzie, zobaczył poruszający się po ekranie wskaźnik kursora i powiedział sam do siebie:


— Nowy wirus, kurwa.


Wsadził słuchawki do małżowin i zaczął masakrować sobie uszy dobrym bitem, co być może groziło głuchością na starość, ewentualnie zarobkiem dla producentów aparatów słuchowych i wzrostem produktu krajowego brutto lub delikatnym zwiększeniem deficytu w wymianie handlowej z zagranicą, jeśli produkt nie byłby krajowej produkcji. Włączył telewizor, poskakał trochę po programach i zostawił na jakimś pseudo-realistycznym serialu kryminalnym, z dialogami w stylu:


— Co tu się stało?


— Chłopak skoczył z balkonu.


— Ktoś wie dlaczego?


— Mówił, że się nudzi.


— Z nudów wyskoczył z balkonu i się zabił?


— Na to wygląda.


— Aha.


— Po prostu wyszedł na balkon i…


— I skoczył z balkonu?


— Tak.


— Mhm. A kim jest trup?


— Trupem ku*wa. A kim?


Uznał to za przykład czarnego humoru i oglądał dalej, po czym sięgnął do kieszeni bluzy, wyciągnął z niej paczkę papierosów i wyszedł na balkon zapalić. Było trochę zimno, ale szło wytrzymać. Miał nie palić, ale palił, a po kilku minutach skończył, bo palił dość szybko i wrócił do środka, siadając do laptopa. Oczy piekły go od dymu i zmęczenia więc je zamknął i streścił w jednym akapicie to, co mu przyszło do głowy w tamtym momencie, po czym je otworzył i z zadowoleniem stwierdził, że zrobił tylko dwie literówki. W takich chwilach bywał próżny i zapatrzony w siebie i nie miał sobie tego za złe i nikt inny też mu nie miał tego za złe, tym bardziej, że w tamtym momencie w pomieszczeniu nie było nikogo poza nim, co sprzyjało pielęgnowaniu próżności i dziwnym myślom, z których niektóre nie podobały mu się do tego stopnia, że gotów był stłuc ścianę gołymi pięściami, w stylu wielkiego tajskiego zbira z klasycznego filmu o kickbokserach sprzed dwudziestu kilku lat, tyle że on uderzał o beton piszczelami, a to wydało mu się niewykonalne. Włączył YouTube i zapodał jakąś konferencję prasową przed walką jakichś fajterów. Nie był to popis kurtuazji, ale chyba nie o to w tym chodziło. Czasem rzucił okiem na tych hardkorowców. Luty, tak jak miesiąc, w którym tkwił, krew, jakiej litry w każdym, możliwe, że dni lub tygodnie w szpitalach, chociaż pewnie nie zawsze. A przedtem wymiany medialne:


— Ciekawe czy będziesz taki śmieszny jak ci jutro ryj rozwalę.


— Zabawny jesteś pajacu.


— Zabawne to jest twoje udo. Prawie takie duże jak mój biceps.


— Dobrze, że chociaż bicepsy masz duże, bo mózg już nie bardzo. Stłukłbym cię pałką po mordzie, ale nie da rady z ochraniaczem.


— Skąd miałeś na ochraniacze? Tata ci kupił?


— Nie. Manager. Jeszcze by cię kusiło, bo wyglądasz na pedzia.


Dzień później kibice prawie usnęli na hali i przed telewizorami:


— Bijcie się chłopaki trochę!


— Eee… pedały panie.


— Jakby tu taki stanął w drzwiach, to byś dziadek narobił na rzadko.


— Eee… zaraz na rzadko. Poza tym jemu za to płacą duże pieniądze, a ja sobie mogę pokrzyczeć, bo co?


— A w twarz też byś mu tak powiedział?


— Jakbym mu powiedział, że bije się jak moja stara, to co by mi zrobił?


W końcu poszedł dobry cios i na tym się skończyło, bo niby co miało być dalej. W sumie skończyło się jednemu, bo drugiego poniósł tłum. Ale było po walce i zostały już tylko komentarze i gwar. Nawet nic na twarzy nie było widać, ale facet poszedł spać w połowie trzeciej rundy. Wyłożył się wygodnie na plecy i ocknął się po kilkunastu sekundach, chociaż przez ten czas jego klatka piersiowa miarowo się poruszała, a na powtórkach było widać jak przyjmuje strzała centralnie na mordę, a potem ucina sobie krótką drzemkę. Możliwe, że po przebudzeniu nie bardzo wiedział gdzie jest i co się dzieje, a po chwili już go nie było, bo zniknął gdzieś w szatni. Przegrał rewanż i wyszedł na remis:


— Walka chyba była nudna, nie działo się zbyt dużo. Potem chwila nieuwagi i po wszystkim. Co tu więcej mówić.


Był też drugi:


— Trudno było coś zrobić przez długi czas, nie mogłem znaleźć sposobu, udało się wytrzymać kondycyjnie, trafiłem go dobrze prostym i wygrałem.


— Co pan odczuwał kiedy rywal stracił przytomność?


— … Nie wiem. Nic chyba. Działo się wtedy co innego, a potem już w sumie wstał.


— Czy będzie jeszcze jedna walka?


— Przez najbliższy czas nie, bo były już dwie i trzeba się trochę pobić z kimś innym, ale później to nie wiadomo.


Tak  wyglądała medialna przemiana udawanych chamów w gentlemanów. Odpalił przeglądarkę i włączył Facebooka, a jego uwagę przykuł artykuł o strzelaninie z ofiarami śmiertelnymi w Wielkiej Brytanii. Cztery osoby zginęły w przeciągu czterech dni, od kul w głowę, w brzuch i w kolana, przy czym jedną najpierw przywiązano do auta, zastrzelono, a potem wrzucono do pobliskiego kanału. Nie był to Kanał La Manche, tylko jakiś mniejszy, lokalny kanał. Znowu włączył YouTube’a i kliknął na jeden z pierwszych linków, który wpadł mu w oko, a był to kanał internetowej telewizji. Jeden koleś miał mikrofon w ręku, kapelusz na głowie i okulary przeciwsłoneczne na nosie i robił wywiad z innym kolesiem, który stał za barem:


— Dzień Dobry. Tu „Do widzenia TV”, czy kosi pan dobre siano na chłodzonych napojach prosto z lodówki?


— Tak. Muszę przyznać, że faktycznie koszę na tym niezłe siano, ewentualnie mógłbym powiedzieć, że chłodzone napoje dobrze się sprzedają.


— Jak pan myśli, co może być przyczyną takiego stanu rzeczy?


— Od kiedy my na pan?


— …


— Żartuję. Uważam, że przyczyną takiego stanu rzeczy może być fala upałów, jaka opanowała cały kraj.


Spojrzał na datę, opublikowano w czerwcu.


— Czy twoim zdaniem stoją za tym Rosjanie?


— Nic mi na ten temat nie wiadomo. Z tego co wiem najgorszy jest moskiewski smog.


— Rozumiem. A wawelski?


— Co wawelski?


— Co sądzisz o Smoku Wawelskim?


— Nie mam zdania na temat Smoka Wawelskiego. Nigdy nie miałem okazji poznać go osobiście, a do końca nie ufam przekazowi medialnemu.


— Dlaczego?


— Za długo by opowiadać. To idzie na żywo?


— Tak. Znaczy nie. Yyy… Znaczy teraz tak, a potem nie.


— Aha. Chciałbym pozdrowić mamę, tatę, siostrę, brata, ciocię i moją cudowną dziewczynę. Kocham was, jesteście wspaniali.


Obejrzał jeszcze kilka klipów z tego samego szyldu, potem zmienił tematykę filmików na nieco inne, a potem zamknął pokrywę laptopa. Dzień był pochmurny i ponuro nastrajał do życia. Jakiekolwiek przejawy agresji były pozbawione większego sensu, snu miał w nadmiarze, a na laptopa nie mógł już patrzeć. Spojrzał na laptopa i wytarł matrycę chusteczką, bo była uwalona od kurzu i palców. Kolejne półtorej godziny zeszło mu na milczeniu i spaleniu ośmiu papierosów, co mogło oznaczać, że przez najbliższy czas będzie miał nieco przyspieszony metabolizm. To nie była Kalifornia Hanka, tylko komp, muza, fajki, browar i niewiele z tego poza satysfakcją, która mało kto rozumiał. Akurat zrobiła mu się w pokoju niezła zadyma od wypalanych jeden za drugim papierosów i musiał otworzyć okno, a potem zatroszczyć się o firanki, żeby nie zżółkły jak jego zęby, co nie było problemem w dobie rozwiniętego sektora usługowego i laserowego wybielania. Czasami trzeba było posmarować chleb margaryną lub masłem, zrobić pranie i zakupy, posprzątać mieszkanie i zapierdalać w pracy z jakimiś kartonami lub przy biurku i jakoś mu to nie współgrało jedno z drugim. W księgarniach było pełno książek, a niektóre z nich za złotówkę lub mniej, chociaż to głównie te, mające po kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, może w trosce o czytelnictwo i zwalczanie analfabetyzmu, społeczny odruch na miarę pracy organicznej, a może po prostu z braku miejsca na regałach w księgarniach gdzieś w galeriach albo w kameralnych uliczkach w centrach miast. Ktoś podchodzący do świata materialnie mógłby zakupić je na opał zamiast węgla albo podcierać sobie nimi dupę lub spalić na stercie jak naziści lub maoiści, którzy zdawali się lubować w siłowym zamykaniu umysłu w beznadziejnym i okrojonym widoku, który niektórych mógł stłamsić i pozbawić osobowości. Coś czego nie zastąpi się pieniędzmi i przedmiotami. Coś co do czasu może być zabawne, a potem nie da się tego cofnąć. Zagrożenie bezpowrotnego odczłowieczenia. Mroczne niczym zimowe niebo.

4

Usiadł na plastikowej ławce za podświetlaną wiatą przystanku, przykuwając wzrok jakiegoś gościa, który spoglądał na niego z drugiej strony torów, a po chwili przestał spoglądać. Wbił wzrok w jakiś punkt, a po minucie wbił do tramwaju, zawinął się na poręczy prosto na plastikowe siedzisko i spoglądał za szybę, pokrytą spływającymi kroplami wody. Zewnętrzna sceneria wydawała mu się nieco wilgotna. On znalazł się w suchej i ciepłej, wypełnionej rozmowami i tak zeszło mu kolejne kilkanaście minut, którym towarzyszył stale zmieniający się krajobraz, chociaż bez przesady. Zmieniały się miejsca, a krajobraz pozostawał mniej więcej ten sam. Wstał, wysiadł i znowu znalazł się koło jakiejś podświetlanej wiaty, ale tym razem nie zniknął w jej środku. Możliwe, że ktoś był na piwie i bilardzie nieopodal, a możliwe, że nie. Zadzwonił do Młodego:


— Siema Młody.


— Siema.


— Nie jesteście przypadkiem na piwie i bilardzie?


— No w sumie to przypadkiem jesteśmy.


— Pierdolisz?


— Serio mówię.


— Zajebiście. Wpadnę tam jakoś.


— No luz.


— Okej, na razie — odparł i szybko dodał — serio tam jesteście?


— Nie kurwa. Na niby. Wpadasz, czy nie?


— No będę jakoś.


— Spoko.


Zniknął między kamienicami i blokami, przemierzając poukrywane między nimi chodniki, mijając po drodze kałuże, ludzi, samochody i sygnalizatory świetlne. Nacisnął klamkę masywnych, drewnianych drzwi, zszedł kilka stopni w dół i poprzyglądał się neonom z nazwami jakichś browarów, koszulkom piłkarskim z autografami i gablotom z pucharami, które sądząc po wygrawerowanych na nich napisach, miały jakiś związek z ligą darta. Przeszedł przez szerokie na dwa metry przejście do pomieszczenia, w którym znajdowały się cztery stoły bilardowe, kilka stolików i miejsca do siedzenia, w postaci krzesełek, sof, foteli i ławeczek. Młody z Szusterem siedzieli na krzesełkach przy stoliku nieopodal baru.


— Cześć — przywitał się — czemu nie gracie?


— Typy na razie grają, kończą za dwadzieścia minut — powiedział Szuster, ruchem głowy wskazując na stół, przy którym czterech kolesi grało dwóch na dwóch.


— A czemu nie gracie na innych stołach?


— Na tamtym chcemy zagrać.


— Długo tu jesteście?


— Chwilę.


Rozpiął zamek od kurtki, ściągnął ją i powiesił na umocowanym na ścianie wieszaku, po czym znalazł jakieś krzesło i ustawił je przy stoliku, przy którym Szuster i Młody siedzieli i tonęli w piwie i rozmowie.


— Co tam plotkary? — spytał.


— Nic — odparł Młody — ładnie się dzisiaj zgraliśmy. Ale w trzech i tak nie pogramy.


— Mogę popatrzeć — odpowiedział i poszedł do baru po jakiś alkohol. Po minucie na stoliku wylądowała szklanka, a w niej lód, whisky i cola.


— Dzisiaj nie Desperadosy?


— Nie. Dzisiaj nie.


— Na bogato dzisiaj widzę.


— Bo ja wiem? — odparł — dobre ceny mają.


— Luz — odparł Szuster i dodał — jaja wczoraj na meczu.


— Jakie?


— W telewizji.


— Co w telewizji?


— Jaja.


— Jakie jaja?


— Normalne. Trener naubliżał sędziemu, sędzia się wkurwił, jebnął go pysk, po czym liniowy odesłał go do szatni.


— Trenera?


— Nie, sędziego — odparł i zaciągnął się dymem z oczami skierowanymi w dół na stolik — trenera najpierw cucili, a potem wsadzili do ambulansu.


— Aa.


— Szło na żywo w telewizji.


— Aha.


— No.


— To jaja.


— No. Skończyło się na strachu.


— Stachu?


— Nie znasz Stacha?


— Jeśli byś pisał o tym książkę, to tego by nie przetłumaczyli.


— Co?


— Idiomy, takie sprawy. Rozumiesz?


— Nie bardzo.


— Nieważne.


— Rozumiem. Słowa nie do przetłumaczenia na jakikolwiek inny język, po prostu wrosłe w daną kulturę i tak dalej.


— Raczej humor sytuacyjny, bo kurwa co to za idiom: „Stachu”, wiesz co.


— Chuj z tym.


— No.


— Stachu to nie idiom.


— No.


— To kto to jest Stachu?


— Nie znasz Stacha?


— Nie.


— To się Stachu wkurwi.


— O czym ty do mnie mówisz?


— YouTube. Nic więcej.


— Co YouTube?


— Jest Stachu w domu? Hehe. YouTube.


— A wrzuta?


— W pole karne?


— Kurwa. Wrzuta. Do wrzucania plików.


— No, Wrzuta. Co z tą Wrzutą?


— … Nic kurwa — poczuł wzrost ciśnienia w gałkach ocznych i pomachał głową robiąc głośny wydech — nic.


— To po co o tym gadasz?


— Nie wiem kurwa, chce sobie pogadać.


— Czaję. To gadasz chyba. Jesteś w klubie bilardowym. Nie przeklinaj tyle.


— Spierdalaj.


— Uważasz, że istnieje coś takiego jak prewencyjna kontrola wszelkich mentalnych sił sprawczych?


— Możliwe, że coś takiego istnieje, ale nie mówi się o tym.


— Ale jeśli istnieje i teraz sobie o tym rozmawiamy, to co wtedy?


— To wtedy jest bezsens, ewentualnie coś się wzajemnie wyklucza, ewentualnie nic się nie dzieje. Chyba to trochę skomplikowane, żebym spontanicznie o tym rozmawiał. Ale mogę sobie pogadać.


— To sobie gadaj. Ja idę pograć, bo typki już chyba kończą — powiedział Młody, gdy zgasła lampa, zawieszona nad stołem bilardowym, do którego mieli najbliżej ze swojego stolika.


— Pewnie jeszcze chwilę pograją, bo nie skończyli jeszcze. Została czarna i jedna połówka.


Po chwili czarna bila wylądowała w łuzie, a zielona połówka została na stole, pokrytym materiałem w tym samym kolorze. Kolesie odstawili kije na stojaki i zwolnili stół. Szuster chwycił za drewniany trójkąt, zawieszony na lampie, a Aleks wraz z Młodym powyjmowali bile z łuz. Młody rozbił, ale nic nie wpadło.


— Nie umiesz rozbijać.


— Mhm.


Chłopaki grali w bilard, a on popijał drinka przy stoliku. Wypił szybko i podszedł do baru, z którego wrócił z zimnym, wzmacnianym tequilą piwem, z cytrynką wbitą w szyjkę butelki.


— Jednak Desperadosy.


— Miks.


— No.


Posiedział kilka minut, poszedł do wc i wrócił po następnych kilku minutach, z opróżnionym pęcherzem i twarzą opłukaną zimną wodą. Wziął łyka piwa i następne kilkadziesiąt sekund było fantastyczne. Od jakiegoś czasu zajmował się głównie różnymi rodzajami prac, konsumpcją i produkcją śmieci i nie był do końca przekonany, czy reszta jego życia nie upłynie w podobnym klimacie, co mogłoby go nastawić nieco depresyjnie do świata, gdyby się nad tym poważniej i dłużej zastanowił. Najbliższe sto kilkadziesiąt dni miało minąć w klimacie ciemna i zimna i była to okoliczność, która mogła mieć pewien wpływ na szereg spraw, od nadmiaru melatoniny w organizmie zaczynając, nie wspominając o innych kwestiach. Od kilku dni doskwierał mu ból nerek, który starał się neutralizować bawełnianą opaską na brzuch i dolną partię pleców, którą ktoś złośliwy mógłby nazwać ucinanym gorsetem, ale nie było jej widać i nie rzucała się w oczy, a prawdopodobnie sprawiała, że ból pleców powoli ustępował i w większości przypadków był nieodczuwalny, co dawało pewne widoki na jego całkowitą eliminację. Zima ciągnęła się jak papier toaletowy albo brazylijska telenowela, co zapewne irytowało drogowców i wszystkich innych, poza właścicielami składów węgla i producentów soli drogowej, ewentualnie fanów sportów zimowych, narciarzy, snowboardzistów, łyżwiarzy i tym podobnych wyczynowców i amatorów. Niektórzy przejawiali tendencje do spędzania wydłużonych wieczorów przy alkoholu, rozmowach, bilardach, rzutkach i automatach, pożerających pieniądze kilkudziesięciu osób, by wypłacić je jednej lub dwóm, przy czym jedną był właściciel automatu. Nie zaliczał się do wielkich zwolenników gier hazardowych, chociaż lubił czasem wpłacić kilka dych i pograć na internetowych zakładach bukmacherskich, ale nie traktował tego jako sposób na zarabianie pieniędzy. Szuster prawdopodobnie przegrał z Młodym w bilard, bo powiedział:


— Przegrałem, ej.


— Meksykanie po porażce z Włochami w Pucharze Konfederacji poszli na panienki — odpowiedział.


— Jacy Meksykanie?


— Piłkarze.


— Skąd wiesz?


— Napisali w miejscowej gazecie.


— Brazylijskiej?


— Tak.


— Czytasz brazylijskie gazety?


— Nie czytam brazylijskich gazet. Zacytowano ją w necie.


— A byłeś kiedyś Meksykaninem w brazylijskim burdelu?


— Nie.


— A Włosi? Co na to? — spytał Szuster marszcząc brwi i wlepiając w niego swoje bystre spojrzenie.


— Włosi wygrali.


— Przegrani poszli na dziwki.


— Nie wszyscy.


— Nie wszyscy przegrali?


— Nie wszyscy poszli.


— Czyli nie wszyscy poszli?


— Tak. Zawsze tyle pytasz?


— Chcę wiedzieć, co się stało.


— Wejdź sobie na neta, poczytaj newsa, będziesz wiedział — wtrącił Młody.


— Ehe — odparł Szuster — w sumie niewiele interesuje mnie internetowa opowiastka o Meksykanach w brazylijskim burdelu.


— To po co tyle o to wypytywałeś? — spytał.


— Nie wiem. Bo zacząłeś. Nie ogarnia cię czasem smutek, że nigdy nie będziesz Meksykaninem w brazylijskim burdelu?


— Tak kurwa — zacisnął usta i zrobił głową półokrąg, mniej więcej od lewego do prawego ucha, po czym utkwił wzrok we współrozmówcy — myślę o tym nieustannie.


— Nigdy twój meksykański kutas nie będzie posuwał jakiejś brazylijskiej cipki?


— To, że to brazylijski burdel, nie oznacza, że były w nim Brazylijki. Poza tym — dodał — mój pen nie jest meksykański.


— Nie jesteś czasem smutny z tego powodu?


— Nie. Nie ogarnia mnie z tego powodu jakiś nadmierny smutek, jeśli to chciałbyś wiedzieć.


— Rozumiem — odpowiedział Szuster — Chciałbym kiedyś być Meksykaninem w brazylijskim burdelu.


Nie chciał zadać tego pytania, ale je zadał:


— Czemu?


— Bo nigdy nim nie byłem.


— To skąd wiesz, że chciałbyś nim być? — spytał, z powiekami przymrużonymi do połowy i lekko zaciętym wyrazem twarzy.


— Chciałbym zobaczyć, jak to jest.


— To sobie pojedź do Rio i działaj.


— To nie będzie to samo. Nigdy nie będę Meksykaninem.


— Mało tu Meksyku?


— Ale to taki europejski Meksyk. Taka podróba. Tak sobie niektórzy wkręcają, a w życiu nie byli w Meksyku, a tym bardziej w brazylijskim burdelu.


— I co w związku z tym?


— Co najwyżej pili tequilę z cytrynką i solą. Mogą sobie nawet pojechać do Rio, ale nigdy nie będą Meksykanami.


— To dobrze, czy źle?


— Skąd mam wiedzieć. Właśnie chciałbym się przekonać, ale się nie da.


— Kurwa, co to za różnica, czy będziesz Meksykaninem w brazylijskim burdelu, Chińczykiem w rosyjskim, czy kurwa Uzbekiem w Las Vegas?


— Dla mnie elementarna. Jakbyś na przykład był Anglikiem w japońskim. Chińczycy postawili pomnik Kobiemu.


— Co to ma do rzeczy?


— Japonki mają mniejsze cycki niż Brazylijki.


— Na filmach może. Nie znam tematu. W sensie… — spauzował na chwilę — teoretycznie. Ja pierdolę, nigdy nie miałem do czynienia z japońskimi ani brazylijskimi cyckami.


— Ograniczałeś się do jednej narodowości?


— Może do jednego kręgu kulturowego, ale nie wiem, czy to ciągle ten krąg kulturowy.


— No widzisz. Czyli jest różnica.


— W czym jest kurwa różnica?


— W podejściu.


— W podejściu do czego? O kurwa, ja pierdolę.


— Nieważne — odparł Szuster i dodał — nie denerwuj się tak Aleks.


— Luz — odpowiedział i zawiesił wzrok na górnych partiach tylnej części obcisłych, damskich dżinsów, które pojawiły mu się przed oczami, a po kilku sekundach zniknęły. Dopił piwo do końca i poszedł po następne. Po standardowym dialogu z barmanką i schowaniu reszty do spodni usiadł tam, skąd kilkadziesiąt sekund wcześniej wstał.


— Można by było nalać benzyny do baku i pojechać na jakiegoś tripa — powiedział Młody.


— Do Baku?


— No do baku, a do czego?


— Do Azerbejdżanu?


— Co? — spytał — aha. Nie, nie do Azerbejdżanu.


— Słyszałem, że chcą tam zalegalizować zioło, a potem zmienić nazwę stolicy na Baku Baku i całymi dniami jarać.


— Jakie suchary lecą. Rewolucja na miarę „Przedwiośnia”. Benzyny pewnie tam mają pod dostatkiem.


— Taa… Roponośny region Morza Kaspijskiego.


— Można najpierw tam jechać po benzynę, a potem gdzieś indziej.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.