E-book
15.02
drukowana A5
39.66
drukowana A5
Kolorowa
63.35
Frutologia. Najciekawsze owoce Kolumbii

Bezpłatny fragment - Frutologia. Najciekawsze owoce Kolumbii

Od ananasa do zapote

Objętość:
170 str.
ISBN:
978-83-8189-009-0
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 39.66
drukowana A5
Kolorowa
za 63.35

Zapraszam Cię w podróż tropem niesamowitych owoców prosto z Kolumbii. O istnieniu niektórych na pewno nie masz pojęcia. Odkryjemy ich sekrety, jak jeść i jak stosować, aby cieszyć się dobrym zdrowiem i pięknem.

Synkowi

Dlaczego owoce?

Na targu Paloquemao

Wszystko zaczyna się od zachłyśnięcia się sokiem z guanabany i feijoa w 2006 roku. Gęsta to mikstura, bladozielona i niebiańsko słodka. Sok przygotowano na straganie, tuż przede mną, z miąższu monstrualnych rozmiarów guanabany i malutkiego feijoa, zielonego jak szczypiorek i pachnącego jak dojrzała truskawka. Zachłysnęłam się z zachwytu, patrząc dookoła na kolorowe targowisko Paloquemao w samym centrum Bogoty, pełne najdziwniejszych cudów natury — na wszelkich kształtów i kolorów owoce. Na zwisające nad straganami kiście aloesu z nabrzmiałymi miąższem liśćmi i na ogromne kiście zielonych bananów, pozostawionych do dojrzenia w promieniach słońca, przedzierającego się przez blaszany dach.


Pachnie świeżym rumiankiem, rewitalizującymi liśćmi koki, rutą przeganiającą złą energię, cudotwórczą moringą i innymi ziołami, których nie sposób rozróżnić spośród góry zielonych gałązek, zza których prawie nie widać niewielkiej sprzedawczyni. Przechodzi pan z aluminiowym garnkiem, z którego wydostaje się para i krzyczy donośnym, wytrenowanym głosem: „tamales, tamales”. Jeszcze nie wiem, że tamales to tutejsza, tradycyjna potrawa na śniadanie. Nie wiem też, że to długo gotowana masa z ciecierzycy, kukurydzy i warzyw, z boczkiem i kurczakiem, zawinięta w liście bananowca, które tutaj, na targu, misternie ułożone są na podłodze jeden na drugim. Nie wiem również tego, że mięsiste, rozgotowane tamales będą mnie prześladować podczas rodzinnych śniadań przez następne lata w Kolumbii.


Ktoś serwuje mi herbatkę z koki, niezastąpioną na chorobę wysokościową, która tutaj, w Bogocie, przez pierwsze dni towarzyszy poruszaniu się z zadyszką i bólem głowy. Obok sprzedawczyni zaczyna zachwalać maść z liści koki. Tu, w wysokich Andach, Indianie żuli je od wieków po to, aby zachować energię pracując w polu i aby sprostać długim podróżom przez góry. Rozgrzewająca maść z liści koki pomaga na bolące stawy, zmiany reumatyczne, artretyzm i wszelkie nerwobóle.

Stragan dalej sprzedawca promuje różową gujawę. Inna sprzedawczyni oferuje ananasy. Rozsypała się miechunka peruwiańska. Maczetą ostrugano jeszcze oblepiony ziemią korzeń yaconu i podano mi do zjedzenia. Notuję nazwy, wciąż krztusząc się i gubiąc w połowie oraz nie wiedząc jeszcze, że owoce staną się moją obsesją i najcenniejszym produktem, jaki oferuje Kolumbia. Zapisałam: Tamarillo, guama, chontaduro, borojo, gulupa oraz guabanana czyli inaczej graviola…


Gdyby wtedy, na kolumbijskim targowisku Paloquemao, ktoś zapytał, dlaczego tak pasjonują mnie owoce, odpowiedziałabym: ponieważ smak to wspaniała uczta, a ich kolorom, kształtom i zapachom nie ma końca.

Dziś, po ciekawskim obserwowaniu, smakowaniu i poznawaniu właściwości każdego napotkanego owocu dodam: ponieważ stymulują wszystkie nasze zmysły i uczą nas wyostrzenia dotyku, węchu, wzroku, smaku. Ponieważ istnieje niezliczona ilość sposobów podawania i delektowania się ich smakiem i aromatem. Ponieważ dostarczają nierzadko wszystkich potrzebnych substancji do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Ponieważ rozweselają i poprawiają samopoczucie nawet w największym smutku. Ponieważ leczą. Ponieważ zawierają esencję wszystkich żywiołów: wody, powietrza, ziemi i światła. I wreszcie, ponieważ są najdoskonalszą manifestacją życiodajnej i twórczej energii zawartej w roślinie.

Odkryć Amerykę

Czasami wyobrażam sobie, co poczuł się Krzysztof Kolumb, przypływając w 1492 roku po raz pierwszy do wybrzeży archipelagu Bahamów. Jego oczom ukazał się rajski krajobraz turkusowego morza, białej plaży i palm kokosowych. Jestem pewna, że pierwszym jego napojem, jakiego skosztował po zejściu na ląd, była woda kokosowa, która po ponad dwumiesięcznej żegludze musiała ona smakować jak najlepszy trunek. Potem poznał smakujące miodem ananasy, a zagłębiając się w nowo poznane ziemie i wchodząc w coraz bliższy kontakt z lokalną ludnością, Kolumb zauważył, że ich dieta nie jest mięsna, ale oparta na darach morza, na zbożach takich jak kukurydza; na manioku oraz na owocach. W ten sposób przed Hiszpanami na nowych ziemiach otwarł się cały kalejdoskop kolorów, smaków i zapachów, który krok po kroku zaczęli przewozić na swoją rodzinną ziemię. Wiele roślin z nowo poznanej krainy stopniowo zaczynało się zadomawiać w Europie na dobre, a dziś, niektóre z andyjskich darów natury są tak znane w naszych kuchniach, że trudno nam sobie wyobrazić, jak wyglądała nasza dieta zanim zakorzeniły się w niej ziemniaki, pomidory czy wanilia.


Wierzę, że w niebawem będzie słychać więcej o innych skarbach Andów. Niektóre szczęśliwie pojawiają się już na naszych stołach, a renesans lokalnych smaków również widać w krajach Ameryki Łacińskiej. Mowa tutaj o takich wspaniałościach jak: amarantus, quinua, stewia, yacon, arakacznik, ulluco i innych wysokoodżywczych roślinach i owocach, jak miechunka peruwiańska czy gujawa. Ponieważ w czasach kolonii były one pokarmem Indian, kojarzono je z zacofaniem, biedą i gardzono nimi do tego stopnia, że ich uprawy praktycznie zaniknęły. Dziś, niczym nasza polska kasza, wracają do łask, a zagonki wskrzeszane są do życia.

Bo prawie wszystkie cuda natury rosną w Kolumbii

Wielu z nas dziwi fakt, że stolicę Kolumbii założono na niewygodnych 2600 metrach ponad poziomem morza. Ilość tlenu jest tutaj przecież niewielka i organizm ludzki potrzebuje kilku dobrych tygodni na wyprodukowanie wystarczającej ilości czerwonych krwinek. Bogota nie posiada w pobliżu żadnej większej rzeki, zatem łamie europejską zasadę do osiadania przy brzegach arterii wodnych, ku ułatwieniu transportu rzecznego. Najbliższa, a zarazem największa rzeka Kolumbii, Magdalena, oddalona jest od Bogoty o 150 kilometrów. Więc jeszcze sto lat temu, jedyna forma logistyki — transport na grzbiecie konia przez wysokie Andy — była wielodniowym przedsięwzięciem. A mimo to, ważne powody przesądziły o jej powstaniu na płaskowyżu 2600 metrów bliżej gwiazd:

Jednym z nich było strategiczne położenie dla lepszej ochrony przed możliwym kontratakiem Indian Muisca, a drugim klimat, podobny do września w Hiszpanii, który chronił ludzi przed malarią i innymi przenoszonymi przez komary zarazami, a papier pisanych kronik o podbojach nowych ziem — przed gniciem w tropikach. Poza tym, tutaj Hiszpanie mogli uprawiać znane sobie owoce i warzywa, między innymi pszenicę, poziomkę, jeżyny, truskawki. Bogota była więc w swojej izolacji od reszty kraju samowystarczalna — ziemia na płaskowyżu dookoła miasta wydawała plony nie tylko rodzinnej, andyjskiej florze, ale również przyjęła roślinnych, hiszpańskich gości.


Kolumbia, zaraz po Brazylii, jest krajem o największym zróżnicowaniu biologicznym na świecie. Posiada wszystkie piętra wegetacji, od ośnieżonych szczytów Andów, przez gorącą sawannę, i od Amazonii, aż po dwa wybrzeża — Pacyfiku oraz Karaibów. W takim zróżnicowaniu klimatycznym bez trudu rosną wszelkiego rodzaju jadalne warzywa i owoce, zarówno tropikalne, jak i „zimnolubne”, a niektóre z nich wydają plony nawet kilka razy w roku. Dzięki temu, na kolumbijskich stołach codziennie pojawiają się świeże, owocowe przysmaki i według mnie tylko truskawkom brakuje naszej polskiej słodyczy. I to nawet nie przez brak słońca, ale dlatego, że Kolumbijczycy uwierzyli, iż najsmaczniejsze truskawki są słabo wybarwione na czerwono i takież przedwcześnie zrywają do zjedzenia.

Różnorodność biologiczna

Jestem w pełni przekonana, że różnorodność biologiczna wpływa na mentalność Kolumbijczyków i wieczna dostępność wszystkich produktów oddziałuje na wizję świata mieszkańców kraju. Ciesząc się przez cały rok stałą temperaturą i nasłonecznieniem upraw, a w efekcie całorocznymi zbiorami, Kolumbijczycy nie wykształcili w sobie europejskiej konieczności konserwowania owoców i warzyw na zimę. A ponieważ mango czy marakuja prędzej czy później spadną z drzewa, Kolumbijczycy z natury zwolnieni zostali z dalekowzrocznego myślenia naprzód i przygotowywania zapasów na gorsze czasy, co przekłada się na brak jakże europejskiej zapobiegliwości. Poza tym, uwarunkowana klimatycznie gastronomia do dziś serwuje najwięcej owoców w postaci świeżej, naturalnej i do bezpośredniego spożycia. Ponieważ temperatura nigdy nie spada w Kolumbii poniżej zera, a słońce świeci z drobnymi odchyłami w grudniu i w czerwcu dokładnie przez 12 godzin dziennie, nigdy nie trzeba było tutaj zaprawiać jedzenia, wędzić, kisić, fermentować. Owoce i warzywa konserwowane, marmolady, dżemy i kompoty są raczej kaprysem i dodatkiem do diety, a nie jej nieodzownym składnikiem, tak jak w przypadku gastronomicznej kultury w Europie.


Kolumbia jest krainą świeżych soków, które towarzyszą niemal każdemu posiłkowi i są powszechnie dostępne na ulicach miast i wiosek. Świeżo przygotowanego soku nie może brakować w lodówce żadnego szanującego się kolumbijskiego domu. Dlatego, tak jak w Polsce gospodarstwo domowe posiada na wyposażeniu czajnik elektryczny, tak w Kolumbii na poczesnym miejscu w kuchni stoi zawsze jego wysokość — blender. Owoce mieszane są w nim z wodą lub z mlekiem i, dla wygodnych, z dodatkiem cukru, a dla bardziej świadomych — z miodem, z cukrem z trzciny cukrowej — panelą lub ze stewią. W sokach dozwolona jest kreatywność bez granic, zatem miesza się mango z guanabaną, awokado z guawą, banana z papają. Nie trzeba dodawać, że mieniące się kolorami tęczy i wabiące konsystencją soki są najzdrowszymi napojami na świecie. Sok ze świeżego owocu lub jego naturalnej pulpy to prawdziwy eliksir zdrowia, posiada wszystkie witaminy i minerały owoców, a woda dodatkowo nawadnia organizm. Aby się nie utleniły i zachowały wszystkie swoje witaminy i wartości odżywcze, najkorzystniej jest oczywiście wypijać je przyrządzane na bieżąco, mieszając kawałki owoców lub różne owocowe pulpy według upodobań.


Dzięki swojemu owocowemu bogactwu, kolumbijską tradycją są również niemal wszędzie dostępne sałatki owocowe. Wszelkie kolorowe owoce, pokrojone w kawałki na talerzu to tutejsza częsta przekąska, zarówno na drugie śniadanie, jak i na podwieczorek. Kolumbijczycy szczególne upodobanie znajdują w dodawaniu sałatce „treści” interesującymi dodatkami i dekorują owocowy kopiec lodami waniliowymi, polewą z masy krówkowej — arequipe, czekoladą, bitą śmietaną, a wyjątkową delicją jest posypka ze startego, świeżego białego sera.

Co mają wspólnego Curacao i szkorbut?

Wspaniały, silny aromat egzotycznych owoców intrygował kolonizatorów od początku przybycia na nowe ziemie Ameryki Łacińskiej, ale jeszcze nie wiązano ich zapachu, koloru i smaku z wartościami odżywczymi. Nie znano ich roli w codziennej diecie i nie przypuszczano, że dzięki nim można zaradzić poważnym dolegliwościom, jak na przykład szkorbutowi. W epoce odkryć Nowego Świata nie wiedziano, co tak właściwie sprawia, że żeglarze wymierają na statkach w wielkich cierpieniach na szkorbut, ani też nie wiedziano, dlaczego ta prastara choroba grasuje w Europie zwłaszcza w epoce zimy i wczesnej wiosny. Wprawdzie nadanie karaibskiej wyspie Curacao tej nazwy świadczy o tym, że powoli zaczęto kojarzyć chorobę z brakiem dostępu do świeżych owoców i warzyw, niemniej jednak musiało upłynąć jeszcze ponad sto lat, zanim w 1928 roku odkrycie witaminy C spowodowało owocową rewolucję. O nazwie wyspy przesądził cud: w XVIII wieku pozostawiono na jej bajecznym wybrzeżu umierających na szkorbut marynarzy z Portugalii, którzy zaczęli żywić się niemal wyłącznie dostępnymi tam owocami, a gdy kolejny statek przybił do brzegu, straceńcy byli cali i zdrowi. W imię tego cudownego wyzdrowienia — curacao — tak ochrzczono życiodajną wyspę, a od tego czasu, aby marynarzy uchronić przed złem, zarządzono na statkach przymusową konsumpcję soku z cytryny.

Czym jest owoc?

Owocem uniwersalnie nazywamy nasiono lub miąższ różnego rodzaju kwiatostanów, które, po dojrzeniu, nadają się do spożycia przez człowieka. Zawierają dużą ilość węglowodanów i wody, a im bardziej są dojrzałe, tym więcej mają w sobie cukru. Zawierają w większości wysoką dawkę witamin (ACE, grupa B, kwas foliowy) i minerałów (potas, żelazo, wapń, magnez, krzem, cynk), a do tego błonnik, celulozę i pektyny oraz są źródłem przeciwutleniaczy, flawonoidów, selenu, fenoli i innych substancji.


Kolumbijczycy słusznie chwalą się, że w ich kraju każdego dnia w roku można jeść inny owoc. Wiele z nich to naturalne apteki, które z powodzeniem mogą wspomóc, a czasami nawet zastąpić konwencjonalne kuracje zdrowotne. To Kolumbijczycy są wynalazcami formy leczenia owocami– frutoterapii. Fascynujący świat owoców wabi nas przeróżnymi kształtami i kolorami, smakami, zapachami oraz teksturami w dotyku i podczas jedzenia. Są soczyste lub mięsiste, kruche lub o żelowej konsystencji, gładkie lub chropowate, słodkie, kwaśne, a niektóre gorzkawe. W większości egzotyczne owoce smakują bardzo słodko, a dzieje się tak za sprawą klimatu, ponieważ rosną i dojrzewają w wysokich temperaturach strefy tropikalnej, a ta wspomaga szybszą eliminację wody i koncentrację cukrów.


Choć dziś wydaje się to dziwne, niektóre owoce Ameryki Południowej na początku wcale nie przypadły do gustu ich europejskim przybyszom, ani też nie wiedzieli, jak je przyporządkować ani co z nimi zrobić. Pomidora, na przykład, zakwalifikowali jako owoc, niemniej jednak był zbyt kwaśny, aby nadal klasyfikować go razem z owocami. Orzech ziemny w smaku i w teksturze zdał im się być orzechem, jednak jak można nazwać orzechem coś, co rośnie pod ziemią? Natomiast ziemniaki, rosnące z bulw, a nie nasion, były dla nich zupełnym dziwactwem natury. A idąc drogą skojarzeń, według której orzechy włoskie spożywa się na poprawę pracy mózgu — ziemniaki przez swój nieapetyczny wygląd i oczka początkowo podejrzewano o powodowanie trądu i uważano za truciznę. Domniemaną toksyczność ziemniaków potęgowały tylko osobliwe formy ich konserwowania na ziemiach Ameryki Łacińskiej — jak na przykład suszenie ich w niskich temperaturach na szczytach Andów oraz odciskania z nich wody i tworzenia tym samym pierwszych ziemniaczanych czipsów: chuños.

Jak jeść owoce?

W Kolumbii owoce jedzone są głównie rano, najlepiej na czczo i wtedy uważane są za największe źródło zdrowia. Dostarczają wiele witamin i minerałów, które na pusty żołądek szybko się przyswajają, dodają energii na poranek, a przy tym nie obciążają żołądka.


W diecie obfitującej w świeże owoce, polecam trzymać się 12 sprawdzonych wskazówek, pochodzących z ayurvedy:

• Każdy owoc powinien być spożywany możliwie jak najszybciej, kiedy jest najświeższy

• Owoce powinny być spożywane osobno, natomiast nie podczas posiłków. Naturalny cukier zawarty w owocach fermentuje każdy inny produkt w żołądku i powoduje niestrawność, wzdęcia, a witaminy z owoców nie są całkowicie wchłaniane.

• Nie powinno się popijać posiłków sokami owocowymi, lecz odczekać przynajmniej 30 minut

• Nie należy mieszać podczas jednego posiłku owoców i warzyw

• Nie powinno się nadużywać spożycia jednego owocu, ale jeść naprzemiennie

• Pomarańcza, ananas i arbuz powinny być spożywane osobno, bez towarzystwa innych owoców

• Owoce kwaśne powinny być spożywane rano, a najlepiej do godziny 14, ponieważ oczyszczają organizm oraz przygotowują żołądek do podjęcia codziennej pracy. Najlepiej jadać je na czczo, około pół godziny przed śniadaniem. Nie powinno się ich nadużywać.

• Przypomnijmy, że owoce należy spożywać zawsze po umyciu w czystej wodzie. W kolumbijskiej frutoterapii zalecane są następujące, ekologiczne roztwory myjące: roztwór z soli, polegający na rozpuszczeniu 0,5 łyżeczki soli w 1 litrze wody, roztwór z sody oczyszczonej, składający się z wymieszania 0,5 łyżeczki sody rozpuszczonej w 1 litrze wody lub roztwór z octu, otrzymany po rozpuszczeniu 1,5 łyżki octu w 1 litrze wody. Tworzymy płyn i zanurzamy w nim owoce na ok. 15 minut i suszymy ręcznikiem. Wszystkie te roztwory doskonale usuwają zanieczyszczenia i zarazki.

• Kupujemy owoce z myślą o tym, kiedy mamy zamiar je przygotować do spożycia. Jeśli kupujemy ich większą ilość, niektóre z nich wybieramy niedojrzałe, aby „doszły do siebie” w domu.

• Wybieramy owoce o nieperfekcyjnym kształcie, z naturalnymi cętkami i plamkami, które świadczą o niemanipulowaniu genetycznym oraz o niestosowaniu sztucznych nawozów i konserwantów.

• Nie powinno się używać owoców świeżych po posiłku jako deseru, ponieważ mogą zakłócić trawienie

• Owoce, poza kilkoma wyjątkami, najlepiej jeść świeże…

• ...Lub przygotowane w uniwersalnych recepturach na ich konserwację:

• Pulpa owocowa — czyli przecier z oczyszczonych, obranych i wypestkowanych owoców, bez dodatku cukru ani żadnych substancji konserwujących. Owoce przetarte są przez sito i zachowują wszystkie swoje właściwości odżywcze, a w dostępnej, importowanej pulpie jedynym dodatkiem jest witamina C, która zapobiega utlenieniu i pozwala zachować miąższowi naturalny kolor. Pulpa owocowa to wygodny owoc, gotowy do zjedzenia i przygotowania w napojach, deserach, sorbetach, ciastach, polewach, nadzieniach i innych słodkich pysznościach.

• Dżem: zwykle na filiżankę owocu dodajemy ¾ filiżanki cukru. Aby zachować kolor, dodajemy odrobinę soku z cytryny i zagotowujemy. Jeśli chcemy osiągnąć konsystencję żelatyny, dodajemy w czystym, lnianym woreczku pestki, które zawierają pektynę, po czym przelewamy do sterylnych słoików.

• Sosy: do owoców dodajemy wody, aby je przykryła i gotujemy 15 minut. Odsączamy na lnianym materiale przez noc. Następnego dnia dodajemy cukier i całość na nowo gotujemy na średnim ogniu, aż nabierze gęstej konsystencji

• Kompot: do kawałków owoców dodajemy wody i dodajemy cukru do konserwacji. Gotujemy.

• Owoce suszone — metoda polega na suszeniu pokrojonych w kawałki owoców w piecach i pozbawieniu ich wody aż do ok. 8%. Zachowują składniki odżywcze i mogą być przechowywane przez dłuższy czas, jak również transportowane na duże odległości bez obaw, że się popsują.

• Owoce liofilizowane, czyli ostatni hit z Kolumbii!

Najciekawsze owoce Kolumbii

Od ananasa po zapote

A oto najwspanialsze owocowe dary natury i sekrety kolumbijskiej FRUTOLOGII. W imię Hipokratesa: „niech to, co jesz, będzie twoim jedynym lekarstwem”, zachęcam do eksperymentowania z nowymi smakami, kolorami i teksturami.

Odważmy się spróbować nieznanych owoców świeżych oraz gotowych, niesłodzonych pulp owocowych, jak również owoców liofilizowanych lub suszonych. Zdecydujmy się na nowe formy przyrządzania i jedzenia, zaskakujmy zmysły, pozwólmy sobie i bliskim na tropikalną przygodą u siebie w kuchni, zwłaszcza, gdy pogoda lub pora roku wyjątkowo budzi w nas ochotę na ucieczkę w egzotyczny, słodki świat.

Warto zdecydować się na częstsze i obfitsze spożycie surowych egzotycznych owoców, ponieważ właściwie każdy owoc jest zdrowy. Nie znaczy to, że każdy reaguje tak samo na owoc i że każdy owoc będzie smakował i każdemu dodatnio wpływał na zdrowie. Najlepszą radą jest próbowanie nieznanych owoców, smakowanie, eksperymentowanie z przepisami, sposobami krojenia i podawania, mieszaniem w sałatkach, sokach, przetworach. A przy tym — oczywiście najważniejsze jest — słuchanie i obserwacja reakcji własnego organizmu.


Choć poniższe owocowe przepisy i kuracje są stosowane w Kolumbii i choć wiele z nich przetestowałam sama, podaję je wyłącznie jako inspirację, a każdy wypróbuje na własną odpowiedzialność.

ANANAS
(Ananas comosus)
Król zdrowia w zielonej koronie

Ananas (Ananas comosus) Fot.: Mario Carvajal

Jeden z najbardziej lubianych owoców egzotycznych, mający swoje początki w części tropikalnej Ameryki Południowej, gdzie zażywa dużo słońca i szybko rośnie na wysokości od 0 do 1000 metrów nad poziomem morza. Pochodzi z rodziny Bromeliaceae i obejmuje wiele odmian, z których najsmaczniejszą i najpopularniejszą jest złoty ananas — wyhodowana na Hawajach odmiana MD2, znana także pod nazwą Oro Miel, czyli ananas miodowy. Gdy po raz pierwszy dotarłam na ogromną plantację ananasa w kolumbijskim regionie Valle del Cauca, zadziwiła mnie ilość zatrudnionych Kostarykańczyków. Wydawali się wiedzieć wszystko o uprawie i o eksporcie ananasów, oprowadzali po farmie, odłamując zielone ananasy, a maczetą w ciągu kilku sekund wprawnie ścinali z niego skórkę i podawali do zjedzenia. Kostarykańczycy w rzeczy samej są ekspertami od uprawy ananasa, ponieważ nadal produkują go najwięcej na świecie i też najwięcej go eksportują. Kolumbia uczy się bardzo szybko i ma możliwości, aby z czasem przerosnąć swego mistrza; posiada nie tylko regiony klimatycznie doskonale nadające się do jego uprawy, ale również więcej terenu do dyspozycji.

Wbrew częstemu przeświadczeniu, że ananas powinien rosnąć na drzewie lub krzewie, ananas wyrasta z ziemi. Pola uprawne ananasów są pełne wystających kolczastych pióropuszy, wynurzających się z ostrych, długich liści. Z jednej sadzonki w przeciągu sześciu miesięcy wyłania się jeden ananas, a owoc jest gruboskórny, o mięsistym i przeważnie żółtym, a zależnie od odmiany różowym lub fioletowym miąższu. Zawiera żelazo, wapń, potas, sód, białko, błonnik, cukry oraz witaminy C, A, B1, B2, B6, B3, a poza tym magnez, siarkę, kwas jabłkowy i cytrynowy.


Pierwszy ananas, jako „szyszka Indian” został przedstawiony w Europie przez Kolumba, który przywiózł go na dwór króla Ferdynanda II i królowej Izabeli I po swojej pierwszej wyprawie w 1492 roku. Choć na początku ananas był traktowany, jako fenomen natury, później stał się wyzwaniem dla europejskich ogrodników. Z Hiszpanii ananas szybko rozprzestrzenił się na cały świat, a ponieważ jest niezbyt wymagający w uprawie, podobno nawet Ludwik XV cieszył się nim w swoim bajecznym ogrodzie w Wersalu. Do Anglii pierwszy ananas dotarł w 1675 roku, a wydarzenie to jest nawet uwiecznione na obrazie Hendricka Dankertsa, na którym Karol II otrzymuje osobiście dziwny, egzotyczny owoc. Po długim głowieniu się, do czego by tu go wykorzystać, pierwszego przepisu na ciasto ananas doczekał się sześćdziesiąt lat później, w recepturze botanika Ryszarda Bradleya.


W XVII wieku ananas był symbolem luksusu, natomiast dziś żółty, słodki, dojrzały ananas to jeden z najpopularniejszych owoców egzotycznych na świecie. Popularność zdobywał od końca XIX roku, kiedy to w Singapurze zapakowano w puszkę pierwszego ananasa i odtąd konsumpcja tego owocu w zalewie z cukru rozprzestrzeniła się na cały świat. Jeszcze powszechniejszy stał się, gdy w 1913 roku na Hawajach wynalazca Henry Ginaca skonstruował prototyp maszyny, która automatycznie obierała ananasy i usuwała z nich okrągły trzon, pozostawiając owoc gotowy do szybkiego pocięcia w plastry ze słynnym oczkiem w środku i do zanurzenia ich w słodkim syropie.

Wbrew częstemu przeświadczeniu, że ananas powinien rosnąć na drzewie lub krzewie, ananas wyrasta z ziemi. Pola uprawne ananasów są pełne wystających kolczastych pióropuszy, wynurzających się z ostrych, długich liści. Z jednej sadzonki w przeciągu sześciu miesięcy wyłania się jeden ananas, a owoc jest gruboskórny, o mięsistym i przeważnie żółtym, a zależnie od odmiany różowym lub fioletowym miąższu. Zawiera żelazo, wapń, potas, sód, białko, błonnik, cukry oraz witaminy C, A, B1, B2, B6, B3, a poza tym magnez, siarkę, kwas jabłkowy i cytrynowy.


Dziś coraz częściej świeży, dojrzały ananas dostępny jest w naszych sklepach. I całe szczęście, ponieważ ananas jest pyszny, bardzo zdrowy i obiecujący w zrównoważonej gospodarce Dlaczego? Ostatnim innowacyjnym odkryciem jest bowiem nić, wytwarzana z liści ananasa. Podobnie jak z liści agawy wytwarza się szorstką nitkę — fique, tak z liści ananasa wyczesuje się błyszczącą nić, nadającą się do tkania, a nowatorskie ananasowe tkaniny nazywane są „roślinną skórą” i są doskonałą alternatywą do skóry zwierzęcej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 39.66
drukowana A5
Kolorowa
za 63.35