E-book
31.5
drukowana A5
67.21
drukowana A5
Kolorowa
101.02
Frozen Heart

Bezpłatny fragment - Frozen Heart

#Heart 3, część 2


Objętość:
400 str.
ISBN:
978-83-8440-444-7
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 67.21
drukowana A5
Kolorowa
za 101.02

❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆

„Dla wszystkich, którzy przegrali z demonami przeszłości i zatracili się w ich krajnie, oraz dla tych, którzy nie mogli wyleczyć się z miłości

z którą sami przegrali”

❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆ ❆

𝑂𝑠𝑡𝑟𝑧𝑒ż𝑒𝑛𝑖𝑒

𝕌𝕨𝕒𝕘𝕒!

Poniższy tekst jest fikcyjny i nie ma na celu propagowania żadnych szkodliwych zachowań.

Zanim zdecydujesz się kontynuować lekturę, prosimy o zapoznanie się z poniższymi ostrzeżeniami.

Tekst, który zaraz przeczytasz, porusza bardzo trudne tematy i może wywołać silne emocje, szczególnie u osób wrażliwych na kwestie związane z przemocą, samookaleczeniem, samobójstwem oraz emocjonalnymi kryzysami.

Zawiera on opisy cierpienia wewnętrznego bohaterów, ich zmagań z własnymi demonami, a także sytuacji, które mogą być wyzwaniem psychologicznym.

Ważne ostrzeżenie:

1. Sceny samobójstwa i okaleczeń:

W tekście pojawiają się opisy samookaleczeń oraz myśli samobójczych, które są przedstawione w kontekście wewnętrznych zmagań bohaterów. To fikcyjne obrazy, które mają na celu ukazanie skomplikowanej psychologii postaci, ale nie są w żadnym przypadku rekomendacją jakichkolwiek działań. Samobójstwo i samookaleczenie nigdy nie są rozwiązaniem.


Fikcyjność:

2. Przypominamy, że wszystko, co opisane w tej książce, jest wytworem wyobraźni autora. Żadne z przedstawionych zdarzeń nie ma rzeczywistego odzwierciedlenia w życiu ani nie ma na celu gloryfikowania czy normalizowania szkodliwych zachowań. Celem jest jedynie zgłębianie emocji i przeżyć bohaterów, a nie promowanie destrukcyjnych działań.

Bezpieczeństwo emocjonalne:

3. Część z nas może przechodzić przez trudne chwile w życiu, a literatura nie powinna być powodem, by czuć się jeszcze gorzej. Zrozumienie, że fikcja jest tylko wyobrażeniem autora, a nie rzeczywistością, może pomóc w uniknięciu wpływu tej opowieści na nasze własne życie.

Wsparcie:

4. Istnieją liczne organizacje, linie pomocowe oraz terapeuci, którzy oferują wsparcie w takich sytuacjach. Nie bój się szukać pomocy — jesteś ważny, a Twoje zdrowie i bezpieczeństwo są najistotniejsze. Pamiętaj, że nie jesteś sam/a: Nawet jeśli czujesz się osamotniony/a w swoich zmaganiach, ważne jest, by wiedzieć, że są ludzie, którzy cię wspierają. Zrozumienie, że przemoc wobec siebie lub samobójstwo nie są odpowiedzią na problemy, może być pierwszym krokiem w odzyskaniu kontroli nad własnym życiem. Zawsze możesz sięgnąć po pomoc.

Przestroga:

5. Nie wolno powtarzać żadnych przedstawionych w książce czynności! Przemoc, samookaleczenie i myśli samobójcze to poważne problemy, które wymagają profesjonalnej interwencji. W przypadku, gdy masz jakiekolwiek trudności z radzeniem sobie z emocjami przedstawionymi w książce, bardzo ważne jest, by natychmiast poszukać wsparcia. Pamiętaj, że Twoje zdrowie psychiczne ma ogromne znaczenie i masz prawo do poczucia bezpieczeństwa.

Pomoc dostępna dla Ciebie:

W Polsce możesz skontaktować się z Telefonem Zaufania dla Dzieci i Młodzieży pod numerem 116 111, dostępnym 24 godziny na dobę.

Możesz skontaktować się również z Centrum Wsparcia dla Osób w Kryzysie Psychicznym pod numerem 800 70 2222.

W wielu krajach dostępne są różne organizacje i linie wsparcia, w tym także linie anonimowej pomocy kryzysowej. Poszukaj lokalnych numerów telefonów i usług, które są dostępne w Twoim kraju.

𝑃𝑙𝑎𝑦𝑙𝑖𝑠𝑡𝑎

Song parody of La Leva Calcistica della Classe ’68 by Francesco De Gregori

Billie Eilish — Happier Than Ever

Lana Del Rey — Dark Paradise

Banks — Waiting Game

Daughter — Smother

Seafret — Oceans

Lewis Capaldi — Bruises

Halsey — Sorry

Tom Odell — Another Love

London Grammar — Strong

Birdy — Skinny Love

Prolog

Las był gęsty, a powietrze ciężkie od wilgoci i strachu.

Każdy krok dudnił w mojej głowie jak echo wyroku.

Wiedziałam, że nie jestem sama — czułam oddech demonów na karku, ich szepty mieszały się z szelestem liści.

Biegłam, ale ciemność zaciskała się coraz ciaśniej, a serce waliło jak szalone.

Nie uciekałam tylko przed nimi… uciekałam też przed sobą.

𝑅𝑜𝓏𝒹𝓏𝒾𝒶ł 1

✞ "𝒲𝑜𝓁𝓃𝑜ść” ✞

„Każda historia ma sens, nawet jeśli rozumiemy go dopiero na końcu.”

𝓢𝓾𝓼𝓪𝓷

2 lata później

Dwa lata. Tak długo. Dwa lata, które miały zniszczyć mnie od środka, ale także — w dziwny sposób — pozwoliły mi przeżyć. Z czasem nauczyłam się, że moje życie w tym miejscu nie jest moim wyborem. Nie miałam nic. Nie miałam przeszłości, a przyszłość była mgłą, którą trudno było uchwycić. Wszystko, co miało jakiekolwiek znaczenie, stało się odległe, obce, jak wspomnienie, które zniknęło zaraz po tym, jak się pojawiło.

I teraz… wychodzę.

Wyszłam. Tak po prostu. Po sześciu latach.

Mój oddech był nierówny, a w piersi wciąż czułam napięcie. Moje nogi były jak z waty, choć za chwilę miałam opuścić to miejsce. Miałam iść na wolność.

Ale nie czułam się wolna.

Wolność nie istniała w moich myślach, nie istniała w moim ciele. Czułam się jak ktoś, kto przez sześć lat był zamknięty w klatce, a teraz nie potrafił znaleźć drogi na zewnątrz. To uczucie nie było takie, jakbym miała otworzyć nowy rozdział. To było jak ucieczka, jak wyjście z czegoś, co ciążyło na mnie, ale nie potrafiłam się jeszcze w pełni uwolnić.

Gdy tylko opuściłam próg domu dziecka, od razu poczułam różnicę — świat wokół mnie stał się zbyt głośny. Powietrze wydawało się pełne dźwięków, których nie rozumiałam.

Samo życie na zewnątrz było jak grom w moich uszach. Ludzie przechodzili obok mnie, nie zwracając na mnie uwagi. Ich kroki były pewne, pełne energii, jakby dla nich codzienność była czymś naturalnym. A dla mnie?

Codzienność stała się nieznanym terytorium, polem minowym, na którym mogłam w każdej chwili się rozbić.

Dwa lata temu obiecałam sobie, że przeżyję. Z każdą chwilą, z każdym dniem, z każdą próbą sięgnę głębiej w siebie, by nie dać się złamać. I teraz stałam na skraju świata, na skraju rzeczywistości, której nie znałam. Tego, co nazywali życiem.

Chłopaków już nie było. Zniknęli, wyszli sześć miesięcy wcześniej. Każdy z nas w końcu podjął swoje decyzje. Thomas, Dylan, Oliver — wszyscy poszli swoją drogą.

Po dwóch latach nikt z nas nie był tym, kim był na początku. Zmieniło nas wszystko. To, co widziałam, to tylko puste wspomnienia twarzy, które teraz były obce. Owszem, czasem myślałam o nich, ale nie w takim sensie, jak wcześniej. To była nostalgia, pustka, którą starałam się zapełnić, ale nigdy nie potrafiłam.

Axel.

Jego imię wciąż pozostawało w mojej głowie jak echo, które nie przestawało rozbrzmiewać w moim umyśle.

Czy on kiedykolwiek wróci?

Czy jest jeszcze częścią mnie?

Częścią tego, kim byłam przed wszystkim?

Przed tym, co stało się w tym domu? Moje serce ściskało się na samą myśl o nim, ale nie miałam żadnych odpowiedzi. Może już go nie zobaczę. Może był częścią przeszłości, która nigdy nie miała wrócić.

Wyszłam. Bez żadnej torby, bez niczego. Miałam tylko siebie i tę niepokojącą ciszę, która powoli wypełniała mnie po brzegi. Dwa lata. Nie wiedziałam, jak mam sobie poradzić, ale miałam poczucie, że gdzieś muszę iść. Gdzieś, gdzie nie będzie tych ścian, tego nieustającego strachu, tych spojrzeń, które wciąż ważyły na mnie jak ciężar.

Chciałam zacząć żyć. Nie wiedziałam jeszcze jak, ale nie chciałam, by tamta część mnie, która przez te dwa lata zginęła, wróciła.

Chciałam, żeby to, co zostaje, było czymś, co wytrwa.

Wzięłam głęboki wdech, a moje serce zaczęło bić szybciej. Kiedyś to miejsce było wszystkim, czym żyłam. Dwa lata. Czułam, jak ciało zaczyna się rozluźniać, jakby z każdą sekundą tego oddechu odpadały od mnie jakieś niewidzialne kajdany. Być może nie byłam gotowa na przyszłość, ale nie miałam już innego wyjścia.

Przed sobą miałam całe życie — puste, nieznane, zawiłe, ale i pełne szans. Jeśli to miejsce nauczyło mnie czegoś, to właśnie tego: nie ma nic bardziej nieprzewidywalnego niż życie. Każda chwila, każdy wybór, każda decyzja, którą podejmuję, nie zmienia tego, kim jestem. To, co się stało, zostaje w przeszłości, a ja, z każdym krokiem, tworzę siebie na nowo.

Więc dlaczego teraz czuję, że nie potrafię się ruszyć? Czym jest ten ból w mojej piersi?

Może tylko echo tego, co było.

Może to jest moja kara za to, że tak długo nie pozwalałam sobie na oddech, na przeżycie.

Chciałam znaleźć odpowiedzi.

Chciałam je znaleźć tam, na ulicach, w ludziach, w czekających na mnie dniach.

Chciałam zbudować coś, co nie będzie miało nic wspólnego z tym, co było. Ale nie miałam pojęcia, czy to w ogóle możliwe.

Zatrzymałam się na moment na rogu. Przede mną była cała reszta życia. A ja nie wiedziałam, gdzie mam pójść.

Powietrze na zewnątrz było inne. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni je poczułam w taki sposób — świeże, mroźne, zupełnie inne niż to, które czułam w zamkniętych salach i korytarzach domu dziecka. Wydawało się gęste, pełne możliwości, ale i pełne niepokoju. I strachu. Czułam, że wciąż jestem zamknięta w czymś, z czego nie potrafię się wyrwać, nawet stojąc na tym chodniku.

Ulice były zatłoczone, a zgiełk miasta przeszywał ciszę, która była ze mną przez te wszystkie lata. Ludzie spieszyli się w różnych kierunkach. Żaden z ich kroków nie pasował do mojego rytmu. Czułam, jakby moje ciało było zbyt wolne, zbyt niepewne, żeby wpasować się w ten świat, w który nagle musiałam wejść. Wszyscy mieli swoje życie, swoje cele, a ja… ja nie wiedziałam, jak się w tym wszystkim odnaleźć.

Było coś dziwnego w tym wszystkim. Mimo że stałam na chodniku, patrzyłam na ludzi i domy, na reklamy i samochody, miałam wrażenie, że to wszystko jest mi obce. Jakby nie należało do mnie. Jakby nic z tego nie miało żadnego znaczenia, bo ja nie miałam tu miejsca.

Zatrzymałam się na chwilę, nie wiedząc, co dalej. Moje myśli biegły w różnych kierunkach. Co mam teraz zrobić? Co mam poczuć? Gdzie mam pójść? Nie miałam nikogo, kto by mi pomógł, nikogo, kto by mnie wziął za rękę i pokazał drogę. Czułam się jak dziecko, które właśnie opuściło dom, nie mając pojęcia, jak poradzić sobie w rzeczywistości. W rzeczywistości, która nagle stała się zupełnie inna.

Axel. Pojawił się znowu w moich myślach, jak cienie z przeszłości. Może to tylko wspomnienie, może to tylko coś, czego nie mogę zapomnieć, ale zastanawiałam się, czy on także czuje to, co ja. Czy gdzieś tam, w tym świecie, który właśnie zaczynam poznawać, jest on. Czy przeżywał te same dni, tę samą pustkę, tę samą samotność?

Czy w ogóle był częścią mojego życia, czy to tylko iluzja, którą wciąż trzymam? Gdzie on teraz jest? Został w przeszłości? A może, tak jak ja, uciekł, szukając własnej drogi? Tylko, że ja nie wiem, jak ją znaleźć.

Spojrzałam na ludzi przechodzących obok mnie. Na ich twarze, na ich gesty. Nikt mnie nie zauważył. Nie obchodził ich mój stan, moja niepewność, moje pytania. Byli zaabsorbowani sobą. To mnie przerażało. Nie tylko to, że żyli, ale że nie potrzebowali nikogo. Nie było nikogo, kto by ich trzymał za rękę. W tej chwili poczułam się najgorsza z wszystkich. Bo co miałam w rękach, poza pustką?

Nagle poczułam, jakby coś we mnie pękło. Moje ciało zadrżało, a serce zabiło szybciej. Zaczęłam iść, szybko, bez celu. Nogi prowadziły mnie w jakieś miejsce, ale nie miałam pojęcia, dokąd. Czułam się, jakbym błądziła w ciemności, nie mając żadnej latarni, żadnego punktu, do którego mogłabym dążyć. Przechodziłam przez kolejne ulice, mijając ludzi, którzy zdawali się nie zauważać mojej obecności. Zatrzymywałam się, nie wiedząc, czy chcę iść dalej, czy może po prostu usiąść na chwilę i przestać się ruszać. Ale nie mogłam. Nie mogłam stać w jednym miejscu.

Z każdą chwilą zaczynałam tracić kontrolę. Chciałam poczuć coś, choćby cokolwiek. Chciałam, żeby coś się wydarzyło, żeby ktoś mnie dostrzegł, żeby ktoś zapytał: Co się dzieje? Jak się czujesz?. Ale to nie miało miejsca. I nie wiem, dlaczego w tym momencie, w tej chwili, poczułam, jakby ten świat mnie odrzucał. Jakby to, co miało być moją ucieczką, stawało się moim więzieniem.

I wtedy poczułam, że coś się zmienia. Nagle świat stał się wyraźniejszy.

Moje ciało zareagowało na ten dźwięk, na tę obecność, na ten zapach, który zaczynał do mnie dochodzić. To nie był zwykły zapach — to był zapach nieznany, ale znajomy. Zapach, który budził we mnie dawne wspomnienia. Wspomnienia, których nie chciałam sobie przypomnieć, ale które wracały, kiedy najmniej się tego spodziewałam.

To był zapach z domu dziecka.

Serce zaczęło mi bić szybciej. Odwróciłam się, ale nie widziałam nikogo. Tylko ludzie na ulicy, tylko ich cienie. Jednak w powietrzu unosiła się ta sama atmosfera, ten sam chłód. Chłód, który pamiętałam — chłód, który czułam, kiedy byłam tam zamknięta.

To była ta sama rzeczywistość, która mnie wciągała, która wciąż trzymała mnie w swoich szponach.

Miałam ochotę uciec.

Biec.

Wybiec z tego miasta, z tego świata, ale nie miałam siły. Stałam tam, jak zamurowana, czując, jak wszystko, co do tej pory starałam się zapomnieć, wraca do mnie.

Ale wtedy usłyszałam krok. Ktoś szedł w moją stronę. Nie mogłam się ruszyć. Otworzyłam oczy szerzej. I wtedy dostrzegłam go.

Axel.

Staliśmy naprzeciw siebie. Nie wiem, czy to była prawda, czy tylko moja wyobraźnia, ale w tym momencie poczułam, jakby wszystko się zatrzymało.

Miał na sobie ciemną kurtkę, a jego oczy, które zawsze były pełne jakiejś dziwnej głębi, teraz były zamknięte. Był cichszy, poważniejszy, ale to wciąż był on. Mój Axel. Tylko… po co tu był?

I dlaczego właśnie teraz? Czy to naprawdę on, czy to tylko kolejna iluzja mojego zmęczonego umysłu?

Kilka sekund minęło, nim podjął pierwszy krok.

Podszedł do mnie powoli, jakby nie chciał mnie przestraszyć, jakby bał się, że zniknę, jeśli zbliży się za szybko. A może bał się, że ja zniknę.

Wzrok miał pełen niepokoju, jakby nie był pewien, co ma ze mną zrobić.

— Susan… — powiedział. Jego głos był cichy, ale wciąż mocny. Był tam, obok, w rzeczywistości, a nie tylko w moich wspomnieniach.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Stałam tam, z wrażeniem, że moje nogi były zamurowane w ziemi. Z jednej strony chciałam go przytulić, wykrzyczeć wszystkie pytania, które przez te miesiące tłumiłam w sobie. Chciałam zapytać, co się stało z nim, gdzie był. Ale z drugiej strony czułam lęk — lęk, że może nie będę w stanie znieść odpowiedzi. Może on już nie jest tym samym Axelem, którego znałam. Może zmienił się tak samo jak ja.

W końcu odważyłam się zrobić krok do przodu. Nasze spojrzenia spotkały się i wtedy poczułam, jakby cała przestrzeń między nami nagle zniknęła. Tak, jakby wszystko wokół nas przestało istnieć. Tylko my dwoje, w tym momencie, w tym zapomnianym kawałku rzeczywistości.

— Axel… — powiedziałam szeptem, choć nie byłam pewna, co dokładnie chcę mu przekazać tym słowem. Czy chciałam wyrazić ulgę? Radość? A może po prostu tęsknotę, którą skrywałam przez te wszystkie miesiące?

Jego oczy na chwilę przygasły, jakby jego ciało miało odpowiedzi na pytania, które pojawiły się w mojej głowie. Jego ręka powoli przesunęła się w stronę mojej, ale zatrzymał się, zanim ją dotknął.

— Nie spodziewałem się cię zobaczyć. — Jego głos był nieco chrapliwy, jakby nie mówił od bardzo długiego czasu. — Myślałem, że nigdy już się nie spotkamy.

Chciałam coś odpowiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Miałam tyle pytań, tak wiele wątpliwości, ale nie potrafiłam ich ubrać w słowa. Czułam się jak dziecko, które po latach nieobecności wraca do domu, ale nie może go już rozpoznać.

— Gdzie byłeś? Co się stało z tobą? — wydusiłam z siebie w końcu. Moje oczy błysnęły od nagromadzonych łez, które teraz zaczęły niepostrzeżenie wypełniać przestrzeń.

Axel odwrócił wzrok. Jego ręka drgnęła, jakby chciał coś zrobić, ale potem znów ją opuścił. Wciąż milczał, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć, jak wytłumaczyć te dwa lata, które minęły od naszego ostatniego spotkania.

— Susan… — zaczął w końcu. — Wiesz, że to nie było takie proste. Chciałem ci powiedzieć, chciałem być obok ciebie, ale… nie mogłem.

Czułam, jakby coś we mnie pękło. Moje serce zaczęło bić szybciej, jakby próbowało wyrwać się z klatki piersiowej. Co on mówi? Co to miało znaczyć? Tak bardzo chciałam, by powiedział mi wszystko, by rozjaśnił mi tę niepewność, która nieustannie we mnie rosła, ale nie potrafił. A może nie chciał?

Cisza była coraz cięższa.

— Chciałem, ale… — powtórzył cicho. — To nie było takie łatwe, Susan. Przeszłość nas rozdzieliła. I nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będziemy w stanie to naprawić.

Jego słowa, choć pełne bólu, pełne prawdy, były jak cios w serce. Wszystko, co przeżyliśmy, wszystko, czym się dzieliliśmy, wydawało się w tej chwili takie ulotne, jak sen, który nie chce się skończyć.

Byłam rozdarta. Czułam, że cząstka mnie wciąż pragnie go mieć, ale druga część… ta część mnie, która przez te dwa lata stała się silniejsza, bardziej zamknięta, nie potrafiła już dać mu tej samej części siebie.

Nie wiem, co się stało z tą dziewczyną, którą byłam, zanim wszystko zaczęło się zmieniać, ale wiem, że już jej nie ma.

Wtedy poczułam, jakby coś zniknęło. Nagle, jakby całe moje życie, te wszystkie pytania, które trzymałam w sobie przez te lata, nie miały sensu. Axel był tu, ale nie był już moim Axelem. Przynajmniej nie tym, który kiedyś mnie ratował.

Zrobiłam krok wstecz, a moje serce wypełniła pusta przestrzeń. I choć jego twarz była pełna żalu, nie czułam, że to, co nam się kiedyś przydarzyło, może jeszcze wrócić.

— To nie jest nasz czas, Axel — powiedziałam cicho, czując, jak łzy zaczynają mi spływać po policzkach. — Musimy iść każdą swoją drogą. Każdy z nas ma swoją historię do napisania. To nie jest już nasza historia.

Nie czekałam na jego odpowiedź. Obróciłam się i poszłam, choć czułam, że moje nogi ledwo mnie niosły.

Wiedziałam, że to była jedyna decyzja, którą mogłam podjąć. Że nie mogłam się już z nim łączyć w tej samej przestrzeni, w tym samym świecie.

Musiałam zostawić za sobą przeszłość.

Przeszłość, która wciąż mnie prześladowała, ale której nie potrafiłam już zmienić.

𝑅𝑜𝓏𝒹𝓏𝒾𝒶ł 2

♠ "𝒫𝒶𝒸𝓏𝓀𝒶" ♠

„Czasem trzeba się zgubić, żeby naprawdę się odnaleźć.”

𝓐𝔁𝓮𝓵

Tydzień później

Zawsze myślałem, że Nowy Jork nigdy nie śpi, ale to nieprawda. To tylko tak się mówi. Nowy Jork nie śpi, ale ci, którzy w nim żyją, tak. Ja, a może bardziej my — ja i chłopaki — przez ostatni rok spaliśmy tylko na kawałku czasu między dwiema kawami i strefą bezdechu między jednym deadline’em a drugim. Jakoś się nie zauważyło, że życie przeszło przez nas jak rozgrzane powietrze. Z jednej strony pościg, z drugiej — nieistniejąca przestrzeń, która zapełniała się tylko pustką.

To nie było tak, że miałem dość miasta. Wcale nie. Miasto daje tyle możliwości, że czasami nie wiadomo, od czego zacząć. Ale byłem zmęczony tym, że zawsze musiałem coś udowadniać. Każdy projekt, każdy kolejny krok w tej chorej grze, gdzie ludzie oceniają cię na podstawie kilku sekund w Internecie, czy piątej kawy w ciągu dnia. Może i byłem w centrum tego wszystkiego, ale czułem, że odchodzę z niego tak naprawdę daleko.

Kiedy powiedziałem chłopakom, że pomyślałem o zakupie dziupli na obrzeżach, patrzyli na mnie, jakbym zaproponował wyprawę na Marsa. Co to w ogóle miało znaczyć?

Zawsze mówiliśmy o tym, że marzymy o czymś własnym, ale nikt nie traktował tego poważnie. Dziupla? To przecież nie było miejsce na „rozwój kariery”, czy miejsce, gdzie można błyszczeć. To było miejsce na schowanie się. Na schowanie się od tego, co wszyscy uważali za sukces. A jednak, mimo tej atmosfery „przypadkowego żartu” w ich głosach, każdy z nich wiedział, że mam rację.

Więc zaczęliśmy szukać.

Jakoś na początku nie wiedziałem, czego tak naprawdę szukam. Chciałem coś taniego, coś, co mogłoby się chociaż trochę zbliżyć do „domu”. Coś, co daje poczucie przestrzeni. Przestrzeni, której brakowało mi w mieszkaniu na trzecim piętrze w Downtown. Małe, stare domki, opuszczone, z pozarastanymi ogrodami, schowane w cieniu drzew, stawiające się w opozycji do tego całego miejskiego huku — to był początek.

Pamiętam ten pierwszy dom. Stary, drewniany, z jednym oknem, przez które światło o poranku wpadało, jakby ktoś pomieszał je z kurzem z lat minionych. Wyglądał, jakby umierał, a jednak trzymał się z uporem. Jak ja.

Mieliśmy pewne wątpliwości. Pieniądze? Jasne, nie był to majątek, ale i tak każdemu w nas dało to do myślenia. W końcu zrzuciliśmy się, i to wcale nie tak łatwo. Każdy miał swoje wymówki, swoje obawy. Thomas twierdził, że to tylko „więcej problemów” i że nie chce mieszać się w coś, co nie ma przyszłości. Dylan mówił, że lepiej żyć w samym centrum, bo tam są szanse na „coś więcej”. Ale po kilku piwach i kilku godzinach krążenia po przedmieściach w końcu doszliśmy do konsensusu.

W końcu stanęliśmy przed nim — naszą dziuplą. To, co na zdjęciach wyglądało jak podniszczony domek, teraz miało być tym, co nada nasze życie jakiejś strukturze. Nie byliśmy pewni, co dokładnie mamy w rękach, ale coś w tym miejscu wydawało się być prawdziwe. Niezależnie od tego, jak bardzo zrujnowane były ściany i jak bardzo szumy miasta zdawały się wkradać w naszą przestrzeń, czułem, że coś się zmienia. Kiedy przekroczyłem próg, poczułem, jakby cała ta siła, którą miasto na mnie wywierało, po prostu spadła z moich ramion.

— To nasza dziupla — powiedziałem, opierając się o drzwi, które skrzypiały, jakby miały zaraz wypuścić nas z powrotem na zewnątrz.

Zaczęliśmy porządki. Może to było głupie, może trochę romantyczne, ale kto by pomyślał, że właśnie tutaj zaczną się nasze największe plany. W dziupli — w tym zabitym deskami domku na obrzeżach miasta, z widokiem na nic, z rosnącą trawą w ogródku, który ledwo pamiętał, jak się nazywa.

I wtedy zrozumiałem — to, co robimy, nie jest tylko kupnem domu. To była decyzja o byciu sobą, o wyjściu poza to, co wszyscy od nas oczekują. O tym, by mieć swoją przestrzeń, swój rytm, swój spokój, w którym nie musisz ścigać się z czasem. Przestrzeń, w której możesz po prostu być.

Bo nawet dziupla, na końcu świata, może stać się czymś więcej niż tylko dachem nad głową.

Chłopaki zjawili się dopiero późnym wieczorem. Byli już po pracy, więc kiedy dojechali, zgarbieni od zmęczenia, prawie nie mogli uwierzyć, że właśnie stoją przed tym miejscem.

Czuć było, że to dla nich duży krok, nawet jeśli udawali, że to tylko kolejna głupia decyzja. I wiesz co? Może to była głupia decyzja, ale właśnie takie wychodzą najlepiej.

Thomas, jak zawsze, miał w sobie to coś, co sprawiało, że wszystko, co mówił, brzmiało jak prawda. Stał tam przed domem, spoglądając na niego, jakby próbował dostrzec coś, czego my nie widzieliśmy.

— Dziupla, co? — powiedział, patrząc na mnie. — Zawsze myślałem, że będziemy mieć coś… większego.

Nie musiałem nic odpowiadać. Thomas wiedział, że to, co teraz robimy, nie jest o wielkich planach. To była decyzja o przetrwaniu. O znalezieniu przestrzeni, która nie wyciska cię jak pomarańczę. Mieliśmy już dość tego miasta, tego pędu. A tu, na obrzeżach, moglibyśmy na chwilę zwolnić. Może nawet na dłużej.

Dylan, z tym swoim wiecznym uśmiechem, który krył więcej, niż chciałbyś wiedzieć, spojrzał na dom i westchnął.

— Jasne, może nie jest piękny, ale coś w nim jest. Czuć w nim historię. Coś, co nie zostało wyczyszczone na błysk. Czegoś brakuje w tych nowych, idealnych miejscówkach, nie sądzicie? — zapytał, jakby to była jego osobista opinia na temat całego miasta.

Oliver, który nigdy nie był za słowami, rzucił tylko krótkie — Zobaczymy, ale w jego oczach było coś, czego nie mogliśmy zignorować — był gotowy na to wyzwanie, gotowy, by dać temu miejscu szansę. Choć nigdy nie mówił za wiele, w chwilach, gdy milczał, widzieliśmy, że ma to, czego my szukamy — w sobie.

I wtedy — jakby znikąd — temat Susan wcisnął się do rozmowy.

— A co z Susan? — zapytał Thomas, patrząc na mnie. Jego wzrok był taki, jakby od razu wiedział, że pytanie nie jest łatwe, ale jakoś musiało paść.

Ostatnio nie rozmawiałem z Susan tak, jak wcześniej. Kiedy tylko ta dziupla stała się naszą opcją, zaczęło być jasne, że życie z nią wcale nie będzie tak proste, jak myślałem. Susan… Zawsze była tą, która trzymała mnie przy życiu. Była moją kotwicą w tej burzy. Ale z każdym dniem czułem, że to, co nas łączy, jest coraz bardziej rozciągnięte.

— Nie wiem, co z nią… — odpowiedziałem po chwili, starając się brzmieć jak najmniej roztrzęsiony. Nie wiem, czy rozumie, dlaczego to robimy. Może chce, żebym został w mieście. Może wcale tego nie rozumie.

Dylan, zawsze na luzie, wzruszył ramionami.

— Ona ma swoje życie, nie? A ty masz swoje. Wiesz, że nie będziesz szczęśliwy, jeśli będziesz wciąż żył według jej planu.

— To nie jest takie proste, Dylan, — odpowiedziałem, czując, jak ciężar tych słów przytłacza mnie. — Susan to nie jest… to nie jest ktoś, kto bierze to na lekko. Ona ma swoją wizję. Może nie rozumie, co się dzieje. Może nie chce tego rozumieć.

Thomas poklepał mnie po plecach, tak jakby wiedział, co to oznacza. Zawsze starał się być tą osobą, która trzyma wszystkich przy ziemi.

— Czasami trzeba po prostu iść własną drogą, stary. Ona się ogarnie. A ty… Ty musisz ogarnąć siebie.

Cholera, Thomas zawsze miał rację, ale to nie sprawiało, że było łatwiej.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Oliver, który od jakiegoś czasu stał w cieniu, podszedł i powiedział:

— Dla niej to może być trudne, ale to nie znaczy, że masz trwać w martwym punkcie. Kiedy sam siebie nie słuchasz, to potem stajesz się tylko kolejnym trybem w cudzym zegarku.

Te słowa olśniły mnie na chwilę.

Może miał rację.

Może nie chodziło o Susan, tylko o mnie. O to, czego ja naprawdę chcę. To nie było tylko wyjście z miasta. To było wyjście ze wszystkiego, co było dla mnie jedynie strefą komfortu.

— Dobra, koniec tego. Pora zacząć porządki — powiedziałem, chcąc zmienić temat, bo wiedziałem, że rozmyślanie o Susan i jej reakcji nie pomoże niczemu.

Czas na działanie.

Czas na budowanie czegoś, co miałoby sens.

W pierwszym tygodniu było więcej pracy, niż myśleliśmy. Kiedy wchodziliśmy do środka, każdy z nas starał się jakoś odciągnąć myśli od wszystkiego, co zostawiliśmy za sobą. Stare meble, kurz, zapach wilgoci. To nie była ta cudowna utopijna rzeczywistość, którą sobie wyobrażaliśmy, ale z każdym dniem coraz bardziej czuliśmy, że to coś, co mamy. Nie musieliśmy pytać o pozwolenie, nie musieliśmy się martwić o rachunki, nie musieliśmy się martwić o nic.

Za to zaczynaliśmy sobie wyobrażać, jak w tej przestrzeni wszystko może wybuchnąć na nowo. W naszej dziupli wszystko miało szansę się zbudować na nowo.

Ale co z Susan? To było pytanie, które nadal pozostawało w powietrzu.

𝑅𝑜𝓏𝒹𝓏𝒾𝒶ł 3

✞ "𝒦𝓁𝓊𝒷" ✞

„Najważniejsze bitwy toczą się w ciszy.”

𝓢𝓾𝓼𝓪𝓷

Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Może to była desperacja, może po prostu chciałam poczuć, że jeszcze mam kontrolę nad czymś w moim życiu. Axel wybrał swoją drogę, oddalił się, jakby mnie już nigdy nie było w jego planach. To bolało, ale bardziej bolało to, że nie byłam w stanie niczego zrobić, żeby go zatrzymać. W końcu to on zawsze miał kontrolę, nie ja. Zawsze to on miał plany, a ja byłam tym, co mogło tylko za nimi podążać.

Więc wylądowałam tutaj. W klubie.

Zaczęłam pracować jako barmanka. Nigdy nie planowałam takiego kroku, ale kiedy dostałam tę ofertę, czułam, że to jedyna rzecz, którą mogę zrobić. Może nie miałam pojęcia o tym, co się tu dzieje, o tym, jak bardzo ta przestrzeń różni się od tego, co znałam, ale przynajmniej była to moja decyzja. Moje miejsce. Kawałek kontroli.

Pierwszy dzień był… dziwny. Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Kiedy przekroczyłam próg klubu, wszystko wydawało się takie… głośne, rozbłyskujące. Wokół mnie, na każdej twarzy, dostrzegałam ten sam niepokój, który czułam, choć starali się go ukryć. Ktoś patrzył na mnie, inny już wznosił toast, a jeszcze inni krzyczeli i śmiali się, jakby to była ich codzienność. A dla mnie to było nowe. Było dziwne. Ale dziwnie pociągające.

— To nic skomplikowanego — mówiła Miranda, moja nowa szefowa, kiedy przeszła obok mnie w tym pierwszym dniu. Zawsze była zbyt pewna siebie, ale wiedziałam, że nie można jej tego zabrać. — Wystarczy, że będziesz miała oczy dookoła głowy i słuch, który wyłapie każde zamówienie, zanim ktoś zawoła. Reszta to tylko rutyna.

A rutyna, którą teraz miałam w sobie, zaczynała przypominać coś, czego nie chciałam znać. Byłam świadkiem, jak ludzie przychodzą tu w różnym nastroju — jedni pełni życia, inni zmartwieni, jakby świat znowu zabrał im coś, czego nie potrafili zatrzymać. Wszyscy szukali czegokolwiek, co pomoże im uciec od codzienności.

Zaczęłam rozumieć, dlaczego to miejsce istnieje.

Nie dla zabawy, ale by ludzie mieli przestrzeń na to, by schować się przed tym, co nie daje im spokoju. Klub nie był tu po to, by sprawiać radość. To była tylko iluzja. Jak Axel. Jak nasza miłość.

— Kochasz to, prawda? — zapytała mnie Miranda przy jednym z piątkowych wieczorów, kiedy ledwo mogłam nadążyć za szybko rosnącym tłumem. Uśmiechnęłam się wtedy, ale to nie był szczery uśmiech.

— Nie wiem — odpowiedziałam, zerkając na nią przez chwilę. — Może… po prostu muszę się przyzwyczaić.

To było kłamstwo.

Po prostu starałam się wpasować.

Byłam tu, bo czułam, że nie mam niczego innego do stracenia. Wszystko w moim życiu było jak kawałek układanki, który nie pasuje do reszty.

Wszystko w moim życiu było niekompletne. I teraz, w tym klubie, pomiędzy rozbłyskami świateł i tłumem ludzi, czułam się jak jedna z tych osób, które przychodzą tu, by zapomnieć. Zapomnieć o wszystkim.

I wtedy wpadł on. Głos. Niski, z lekką nutą drażnienia, której nigdy wcześniej nie słyszałam. Z daleka usłyszałam, jak rzuca jakieś komentarze w stronę baru. Kiedy podeszłam z drinkiem, jego oczy spotkały moje. Pamiętam, jak mnie to uderzyło — nie było w nich nic złego, ale coś, co przypomniało mi o Axelu. Kiedyś miałam te same oczy w jego oczach. Kiedyś on patrzył na mnie z tym samym skupieniem. A teraz?

— Jestem Lucas — powiedział, kiedy podałam mu napój. Miał dziwny uśmiech, jakby coś wiedział, ale nie mówił tego na głos. Nie próbowałam go rozgryźć. W tej chwili nie chciałam się zagłębiać w żadną z tych opowieści, które zaczynały się w tym miejscu. Chciałam tylko przejść przez tę noc. Jak przez kolejne. Jak przez każdy dzień.

— Susan — odpowiedziałam, przyglądając się mu przez chwilę. — Czego chcesz?

— Nic szczególnego — odpowiedział, śmiejąc się. — Po prostu… chciałem zobaczyć, kto jest tym nowym naborem w barze. I jak radzisz sobie z tym tłumem.

Był pewny siebie, ale nie to mnie zafascynowało. To było coś w jego sposobie bycia. Przypominał mi kogoś, kogo znałam, ale nie wiedziałam, kto to. Może to było tylko moje wyobrażenie, że znów trafiam na kogoś, kto żyje w tym samym chaosie, co ja.

— Jestem tu tylko na chwilę — odpowiedziałam, bo wiedziałam, że nie chcę rozmawiać dłużej.

Lucas nie nalegał. Wrócił do rozmowy z przyjaciółmi, a ja wróciłam do baru, czując na sobie jego wzrok. Nie chciałam tego, ale wiedziałam, że tak naprawdę to nie o niego chodziło. To nie on mnie intrygował. To był ten moment, ten krótki przebłysk, w którym poczułam, że jeszcze mam coś do odkrycia.

𝒟𝓌𝒾𝑒 𝑔𝑜𝒹𝓏𝒾𝓃𝓎 𝓅óź𝓃𝒾𝑒𝒿

Cały wieczór chodziłam wokół nich, serwując drinki, rozmawiając z różnymi ludźmi, ale w głowie wciąż miałam jego słowa. I wtedy przypomniałam sobie Axela. Znowu. Tak, znowu. Zawsze, gdy ktoś wchodził w moją przestrzeń, tak jak Tom, przypominałam sobie, że coś nie zostało zakończone. To wszystko wciąż było w mojej głowie. To wszystko, co nie zostało powiedzone, co zostało zaledwie zarysowane.

Kiedy przerwa na drinka w końcu się zaczęła, usiadłam na zapleczu, czując ciężar całego dnia.

Czułam się wyczerpana, ale nie tylko fizycznie.

Czułam się zmęczona emocjonalnie.

Bo co z tym wszystkim?

Czy naprawdę tego chciałam? Zatracić się w pracy, w ludziach, w klubie, w tej codzienności, w której nie ma miejsca na nic więcej?

Kiedy wróciłam na bar, Lucas nadal siedział z kolegami. Uśmiechnął się lekko, kiedy mnie zauważył, ale nic nie powiedział. Zanim mogłam podejść, jakaś dziewczyna obok zaczęła coś do niego mówić. Śmiali się. Lucas spojrzał na mnie, jakby wiedział, że zauważyłam.

— Co się stało? — zapytałam, nalewając mu kolejną porcję.

— Nic takiego — odpowiedział, chociaż w jego głosie było coś, czego nie potrafiłam zignorować. — Tylko, wiesz… To czasami takie… zaskakujące.

— Co jest zaskakujące?

— Że człowiek może się tak zatracić. I potem nie wie, jak wrócić.

Coś w tym stwierdzeniu mi pasowało. Nie wiedziałam jeszcze, o co dokładnie mu chodziło, ale poczułam się, jakby mówił o czymś, co dotyczyło nas obojga. Może tylko w tym świecie, w tym klubie, oboje mogliśmy się znaleźć w tym samym miejscu, w którym nie musieliśmy rozmawiać o przeszłości. W którym mogliśmy nie patrzeć wstecz, ale jednocześnie szukać czegoś, czego nie mogliśmy znaleźć.

To była tylko jedna z tych chwil, które niczego nie zmieniają, ale pozostają w pamięci.

— I co teraz? — zapytałam, patrząc na niego.

— Teraz? — Tom zamyślił się przez moment, po czym uśmiechnął się szerzej. — Teraz tylko czekamy, co się wydarzy.

Znowu to poczułam — to coś nieokreślonego, to napięcie, które wisiało między nami. Może to była tylko rozmowa, może nic wielkiego. Ale miałam wrażenie, że gdzieś w tym wszystkim jest coś, co łączy nas oboje. Coś, co nie zostało jeszcze nazwane.

𝒫𝒾ęć 𝓂𝒾𝓃𝓊𝓉 𝓅óź𝓃𝒾𝑒𝒿…

W pracy zaczęło mi się robić coraz łatwiej. Każdy wieczór w klubie stał się jak mechanizm, który kręcił się sam, prawie automatycznie. Ludzie wchodzili, pili, tańczyli, a ja — jakby odruchowo — serwowałam drinki, rozmawiałam, śmiałam się.

Czasami czułam, jakby to wszystko było grą, w której nikt nie mówi prawdy, a każdy ma swoją rolę do odegrania. Ale to też było coś, czego nie potrafiłam odrzucić. W tym chaosie, w tej udawanej rzeczywistości, czułam się jak część czegoś większego. Jakby moje życie nagle stało się opowieścią, którą ktoś pisał za mnie.

Ale potem były te momenty, kiedy nie mogłam przestać myśleć o Axelu. O tym, co było, o tym, co mogło się zdarzyć. W klubie, z dymem papierosowym w powietrzu i basami dudniącymi w tle, to wszystko wydawało się takie odległe. Ale potem, gdy wracałam do pustego mieszkania, te wspomnienia były wszędzie — w cichym dźwięku kroków na korytarzu, w szumie wody w prysznicu, w pustce, którą czułam wokół siebie.

Kiedy skończyłam pracę, wróciłam do swojego mieszkania. Czułam, że nie potrafię już w pełni kontrolować tego, co się dzieje wokół mnie. W klubie mogłam być kimkolwiek — mogłam udawać, że wszystko jest w porządku, ale teraz, w ciszy mojego mieszkania, czułam się zagubiona. Wciąż myślałam o Axelu. O tym, jak on i ja wpadliśmy w ten sam wir. O tym, jak jego słowa odbijały się echem w mojej głowie.

Nie miałam odpowiedzi na to, czego szukałam. Ale czułam, że krok po kroku zbliżam się do odkrycia, czego naprawdę chcę. I może to nie miało nic wspólnego z Lucasem, z klubem, z tym wszystkim. Może to był tylko krok w stronę czegoś większego.

A może to tylko kolejny sposób, by zapomnieć.

Następny dzień

Poranek przyszedł szybciej, niż się spodziewałam. Ostatnia noc była… dziwna. Chociaż klub tętnił życiem, ja czułam się, jakby wszyscy dookoła byli z innej planety. Czułam, że coś się zmienia, ale nie wiedziałam jeszcze, co dokładnie. Niezależnie od tego, co się działo w mojej głowie, musiałam wrócić do rzeczywistości. I ta rzeczywistość nazywała się praca.

W ciągu dnia było dość spokojnie. Czasami to dobrze, bo pozwalało mi zebrać myśli. Czasami to było męczące, bo nie miałam nic, czym mogłabym wypełnić pustkę, która zaczynała rosnąć. Nocą jednak było zupełnie inaczej. Cały klub przekształcał się w coś, czego nie rozumiałam, ale czego nie mogłam zignorować.

Weszłam do klubu na kolejny wieczór, stawiając w progu buty, które miały za zadanie wprowadzić mnie w odpowiedni nastrój. Cały proces przebierał w mojej głowie — najpierw praca, potem przeżywanie. To był ten moment, kiedy musiałam na chwilę zapomnieć o wszystkim, czym się martwiłam, i po prostu się wtopić w tłum.

Ale nie było łatwo. Moje myśli nadal błądziły wokół wczorajszego spotkania z Lucasem. Wszystko, co mówił, nie dawało mi spokoju. Te słowa, te spojrzenia. Zamiast być zajętą tym, co się działo wokół mnie, rozmyślałam nad tym, co mogło się wydarzyć, gdybyśmy tylko powiedzieli sobie to, czego naprawdę chcieliśmy powiedzieć. Ale teraz, na miejscu, nie miałam czasu na refleksje. Byłam gotowa na kolejny wieczór, choć nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać.

— Zaczynasz dzisiaj z pełnym impetem, co? — usłyszałam znajomy głos. Lucas siedział przy barze, jak zwykle nieco z boku, ale tego dnia jego obecność była inna. W jego spojrzeniu było coś, co sprawiło, że poczułam, że nie powinnam z nim rozmawiać, ale jednocześnie nie potrafiłam się powstrzymać.

— Jak to? — odpowiedziałam, uśmiechając się lekko, mimo że w głowie czułam lekki niepokój.

— Widać, że nie jesteś tu po to, żeby myśleć — powiedział, wznosząc kieliszek z wodą. — Ale to dobrze. Tylko nie daj się wciągnąć w ten cały cyrk. Wiesz, jak to jest. To nie jest prawdziwe życie.

Jego słowa zabrzmiały jak ostrzeżenie. I choć nie chciałam się do tego przyznać, coś w tym było. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj chciałam być kimś innym. Po prostu nie mogłam o tym myśleć.

— Jestem tu, żeby pracować — odpowiedziałam, nalewając mu drinka. — Nic więcej, nic mniej.

Lucas spojrzał na mnie z takim zainteresowaniem, jakby próbował wyczytać coś z mojej twarzy. Byłam pewna, że widział przez te wszystkie maski, które zakładałam każdego dnia.

— Prawda, jak zawsze — mruknął, a w jego oczach pojawiła się iskra czegoś, co nie pasowało do tego miejsca. Coś, co wykraczało poza te same rozmowy o drinkach i upojonych nocach.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, w klubie zrobiło się głośniej. Zaczęli przychodzić nowi ludzie. Atmosfera zmieniała się z chwili na chwilę. Zaczęło się robić tłoczno. Za mną krzyknął ktoś, kto chciał zamówić drinka, a ja odruchowo wróciłam do pracy. Tom zniknął w tłumie, zostawiając mnie z jednym z tych momentów, które potrafiły zatrzymać czas.

Wieczór zaczął nabierać tempa. Kiedy wszyscy byli już dobrze pod wpływem alkoholu, praca stawała się bardziej intensywna. Zawsze to samo — rozbawieni goście, głośna muzyka, różne zapachy, migające światła. To wszystko łączyło się w jeden z tych chwilowych światów, które były intensywne, ale… puste. To tu, w tej głośnej atmosferze, znikali ludzie, wchodzili i wychodzili, zostawiając po sobie jedynie wspomnienia.

— Znowu zaczynasz opóźniać tempo, Susan? — usłyszałam głos Zeydena, mojego kolegi z pracy. Stał obok baru z szerokim uśmiechem na twarzy. — Uważaj, bo znowu zacznie się wyścig o najlepsze miejsce przy barze. A wiesz, jak to się kończy!

— Nic z tego, Zay — odparłam, przewracając oczami, choć czułam, jak adrenalina zaczyna we mnie buzować. — Dzisiaj nie mam siły na to wszystko.

Zayden zaśmiał się, ale wiedział, że nie żartowałam. Coś w moich słowach brzmiało tak, jakbym miała dość tej całej zabawy. Ale nie chciałam o tym myśleć. Musiałam trzymać się rutyny. To była jedyna rzecz, którą miałam.

Nagle zauważyłam go. Lucasa, jak zwykle w tym samym kącie baru, ale tym razem jego twarz była poważna. Chciałam pójść do niego, coś powiedzieć, ale w tej chwili to nie było ważne. Ktoś ponownie zagadał mnie o drinka. I tak toczyła się ta gra. Zawsze zbyt wiele bodźców, zawsze zbyt dużo hałasu, żeby na moment się zatrzymać.

Ale wtedy coś się wydarzyło.

Ktoś z tłumu zaczepił mnie nieco mocniej, chcąc przekroczyć barierę, którą tak starannie stawiałam pomiędzy sobą a innymi. Zauważyłam to, bo czułam, jak dłoń kogoś obcego zaczyna zbyt długo leżeć na moim ramieniu. Zwykle ignorowałam takie rzeczy, ale teraz… to coś się zmieniło.

— Ej! — rzuciłam w stronę tej osoby, odpychając ją delikatnie, ale stanowczo. — Weź sobie ręce w górę!

— Co, nie masz poczucia humoru? — usłyszałam, a w głosie tej osoby była agresja, której wcześniej nie zauważyłam w tłumie.

Poczułam jak ciśnienie w moich skroniach rośnie. Czułam, że ta granica między pracą a moimi emocjami zaczyna się zacierać. Kiedy poczułam się znowu zagrożona, w moim kierunku ruszył ktoś z ekipy ochrony. Lucas pojawił się tuż obok, a jego spojrzenie było zimne, ale pełne jakiejś dziwnej troski.

— Spokojnie, Susan — powiedział, gdy już wszystko się uspokoiło. — Ludzie czasami nie rozumieją, że nie mają prawa. Ale ty masz. Pamiętaj o tym.

Zatrzymałam się na moment. Czułam, że to, co właśnie się wydarzyło, było testem. Czymś, czego nie mogłam przewidzieć, ale co miało jakiś sens. Może to nie był przypadek. Może właśnie teraz zaczynałam dostrzegać, co tak naprawdę się wydarzyło. Wiesz, co się zmienia, kiedy ktoś wejdzie do twojego świata?

A może to po prostu życie.

𝑅𝑜𝓏𝒹𝓏𝒾𝒶ł 4

♠ „Ś𝓌𝒾𝒶𝓉ł𝒶" ♠

„Życie nie pyta, czy jesteśmy gotowi. Po prostu się zaczyna.”

𝓐𝔁𝓮𝓵

Zbliżam się do wejścia, czując, jak napięcie rośnie w moich ramionach. To zawsze tak samo — ta krótka chwila przed wejściem do klubu, kiedy dźwięki muzyki przebijają się przez ściany, a światło stroboskopów odbija się od ścian.

Thomas idzie obok mnie, jego postura pewna, jakby był zupełnie w swoim żywiole.

Dylan, zawsze ten nieco bardziej zamknięty, rozgląda się niepewnie, a Oliver… no cóż, Oliver to Oliver — uśmiechnięty, jakby wszystko, co się dzieje, było jednym wielkim żartem.

— Czujesz to? — pyta Thomas, lekko wychylając się do mnie, jego głos tonie w hałasie dobiegającym z klubu.

— Czuję — odpowiadam, nawet nie zastanawiając się, co dokładnie mam na myśli. Jest coś w tej atmosferze, co sprawia, że moje serce bije szybciej. To miejsce, te dźwięki, te światła… to wszystko zawsze działa na wyobraźnię. Oliver rzuca nam szybkie spojrzenie, jakby dostrzegał w nas jakąś niewidzialną presję, która jednak nie zmienia jego nastroju.

— No to co, chłopaki, wchodzimy, czy będziecie się kręcić jak święte krowy na pastwisku? — pyta z ironicznym uśmiechem, który sprawia, że przez moment mam ochotę go odtrącić, ale wiem, że to tylko jego sposób na rozluźnienie atmosfery.

Dylan zaciska usta, jakby nie do końca pewny, czy jest gotowy na to wszystko. Ja sam nie jestem wcale pewny, ale coś mnie pcha do przodu. Chcę poczuć ten dreszczyk, tę chwilę, w której nic nie ma znaczenia poza teraz. I może dlatego ruszam do przodu, krok za krokiem, zanim ktoś znowu zacznie wątpić. Wchodzimy do klubu, a dźwięk basu przetacza się przez moje ciało, odbijając się w każdej komórce.

Oliver przód, jakby wciąż traktował to jako jakąś zabawę, a Thomas za nim, trochę bardziej skupiony. Ja i Dylan zostajemy z tyłu, jednak coś w tym miejscu, w tym tłumie, zmienia coś w moim wnętrzu. Czuję się jakbym miał na wyciągnięcie ręki cały świat, gotowy, by go podbić. To może zabrzmieć głupio, ale to właśnie w takich chwilach przypominam sobie, dlaczego w ogóle tu jestem. Oliver nagle zatrzymuje się przy barze, już zamawiając coś, co w jego ustach brzmi jak rytuał.

— Co pijecie? — pyta, patrząc na nas z rozbawieniem.

— Tylko nie wódka — mówi Dylan, jakby to była zasada, której nie można złamać.

— Spokojnie, na początek coś delikatniejszego — odpowiada Oliver, machając ręką, jakby nie zależało mu na niczym. Wydaje się, że nie zwraca uwagi na nikogo ani na nic. Ale to pewnie tylko jego maska. Patrzę na nich przez chwilę, próbując wyczuć, co tak naprawdę myślą. To dziwne, ale czuję, jakbyśmy wszyscy byli w tym samym, dziwnym miejscu, jednak każdy z nas miał inne powody, by tu być.

— Później zatańczymy? — pyta Thomas, i coś w jego głosie brzmi tak, jakby to było pytanie bez pytania. Oczywiście, że zatańczymy. To tylko kwestia czasu. Dylan wzdycha, ale w końcu kiwa głową.

— Chyba nie mam wyjścia, co?

— Oczywiście, że nie — śmieje się Oliver.

— To nie jest demokracja. To klub. Patrzę na nich wszystkich, czując się jednocześnie częścią tej grupy i jednocześnie trochę na uboczu. I to jest chyba najlepsze w takich chwilach — że wszystko może się zdarzyć, a my nie musimy niczego rozwiązywać, dopóki nie nadejdzie odpowiedni moment. Kiedy otrzymujemy nasze drinki, Oliver podnosi szklankę.

— Za zabawę! — woła, jakby nie miało to znaczenia, co tak naprawdę oznacza. A jednak wiem, że to po prostu jedno z tych haseł, które w takich chwilach wypełniają całą przestrzeń. Pijemy. I w tym momencie, kiedy smak alkoholu miesza się z dźwiękami basu, jestem pewien tylko jednej rzeczy: w tej chwili wszystko jest możliwe.

Zanurzam się w tłumie, czując, jak muzyka dosłownie przenika moje ciało. Bas uderza jak fala, wibruje w klatce piersiowej, a reszta świata staje się tylko tłem. Ciało zaczyna się poruszać, zanim zdążam zareagować. Po prostu daję się ponieść. To dziwne uczucie, jakby klub miał swoją własną siłę przyciągania, jakby wymuszał na tobie, byś się bawił, byś poczuł się swobodnie, choć w głębi duszy masz wrażenie, że to tylko gra.

Oliver już tańczy, nie patrząc na nikogo, jakby był w swoim własnym świecie. Ma ten sposób poruszania się, który sprawia, że chce się go naśladować, choć nie wiem dlaczego. Moje nogi same podążają za rytmem, a ręce unoszą się w górę, jakby nie miały żadnego celu, tylko po prostu podążały za muzyką.

Thomas jest obok, jego wzrok skupiony na jakiejś dziewczynie przy barze. Działa jak magnes, przyciągając spojrzenia, ale on jest za bardzo wciągnięty w swoją własną grę, by zauważyć, że ktoś się na niego patrzy.

— Ta dziewczyna cię gapi — mówi Dylan, prawie krzycząc mi do ucha. Odwracam głowę, ale ona już zniknęła, zniknęła w tłumie. Nie mam pojęcia, o kim mówi, ale nie muszę. W tym miejscu wszystko jest tylko chwilowe, mało ważne. Liczy się tylko teraz.

— Musisz się rozluźnić — mówi Dylan, a ja znowu widzę jego cichy, zdystansowany sposób bycia. Czasami wydaje się, jakby był tu ciałem, ale nie duchem. Może po prostu nie lubi tego miejsca? Może to ja mam z tym problem, ale nigdy nie umiałem zrozumieć, dlaczego on nie wchodzi w to tak, jak reszta. Zawsze miał dystans.

— Chyba nie wiesz, jak to działa — odpowiadam z uśmiechem, starając się nie brzmieć jak jakiś mądrala. Ale sam się w tym gubię. Tak naprawdę nie wiem, co właściwie mam na myśli. Oliver, widząc, że Dylan stoi z boku, podchodzi do niego, chwytając go za rękę.

— Hej, hej, przynajmniej spróbuj. Czego się boisz? — mówi, ale w jego tonie nie ma niczego złośliwego. To po prostu Oliver, który chce, by wszyscy czuli się jak on, lekko, swobodnie, bez ograniczeń. Ale to nigdy nie jest takie łatwe.

— Nie jestem tu po to, żeby robić coś, co nie ma sensu — mówi Dylan, ale w jego głosie słyszę coś, co brzmi jak niechęć do całej tej otoczki. Może ma rację. Może ja też to wszystko traktuję zbyt poważnie. Może to tylko ja jestem ten, który czuje, że musi tu być, jakby ten wieczór miał coś zmienić. Oliver się uśmiecha, nawet nie patrząc na niego.

— No cóż, wtedy zostań przy drinku. Ale nie narzekaj później, że nic się nie wydarzyło. Zanim Dylan zdąży odpowiedzieć, już wracam do tańca, nie chcąc tracić rytmu. Jakoś tak się dzieje, że zaczynam się śmiać. Bez powodu. Może to alkohol, może to po prostu ta atmosfera, która sprawia, że wszystko wydaje się prostsze. Zresztą, kto by się przejmował?
Thomas w końcu podchodzi, w ręku trzyma dwa drinki, jedno dla siebie, jedno dla mnie.

— Gdzie się podział Dylan? — pyta, rozglądając się wokół, jakby miał zamiar go zgubić. Jak zwykle, na uboczu — odpowiadam, biorąc drinka.

— Nie wiem, co z nim jest, ale… czasami czuje się jakby był poza tym wszystkim. No cóż, on nigdy nie był fanem takich miejsc.

— Wiesz, że woli spokój — mówi Thomas, ale chyba też nie wierzy w to, co mówi. On sam ma to wszystko w małym palcu. A ja? Może to nie jest moja bajka, ale coś w tej chwili mnie pociąga. Zaczynamy pić, tańczyć, śmiać się. Tłum się rozmywa, a ja czuję się coraz bardziej zanurzony w tym chaosie. Kiedy nie ma nic ważnego, każda minuta staje się cenniejsza. Wiesz, że to nie potrwa długo, ale to jest właśnie piękne — że nie musisz o niczym myśleć.

Liczy się tylko tu i teraz.

Czasem warto zapomnieć o wszystkim, by poczuć, że żyjesz. Kiedy przychodzi moment, by usiąść na chwilę, zauważam, że w powietrzu wciąż coś wisi. To nie jest zwykły wieczór. Cokolwiek się wydarzy, coś się zmienia.

Siadam na barowym stołku, opierając ręce na zimnej ladzie. Powietrze w klubie jest duszne, czuć pot, alkohol i zapach perfum, które mieszają się w nieznośną mieszankę. Thomas zniknął w tłumie, pewnie szuka jakiejś nowej dziewczyny do pogadania, a Oliver dalej tańczy, jakby nie miał końca. Często tak bywa, że on potrafi wtopić się w tłum, a ja nie potrafię się z tego w pełni cieszyć. Czasami mam wrażenie, że jestem tu tylko dla niego, żeby go obserwować, być częścią tej zabawy, którą on tworzy.

Dylan siedzi obok mnie, z nieco ponurą miną. Nie pijemy już dużo, bo coś w jego postawie mówi, że to wszystko go nie rusza, że wolałby być gdzieś indziej. Zawsze tak było — nigdy nie mógł poczuć się naprawdę częścią tej całej euforii. Zbyt duża ilość ludzi, zbyt głośna muzyka, zbyt wiele wszystkiego. Ale to nie jest jego problem. To mój. I w końcu zdaję sobie z tego sprawę.

— Wiesz, że nie musisz tutaj być, jeśli tego nie chcesz — mówię cicho, chociaż wiem, że pewnie już o tym wiedział.

Dylan patrzy na mnie, a w jego oczach pojawia się ta dziwna, niepewna melancholia, jakby wahał się, czy odpowiedzieć, czy po prostu dać mi spokój. W końcu jednak mówi:

— Wiem. Ale czasami chcę sprawdzić, czy coś się zmieni. Może tym razem będzie inaczej.

Jego głos jest cichy, jakby każda jego odpowiedź była decyzją. Decyzją, którą podejmuje tylko w tych chwilach, kiedy czuje, że może. Kiedy nikt go nie ocenia, kiedy może zniknąć w tłumie, ale nie tak jak reszta. Nie rozumiem, co dokładnie chce osiągnąć, ale coś w tym jest. Czasami mam wrażenie, że to nie on jest tutaj, tylko jakaś wersja siebie, którą chce w sobie znaleźć.

— Może nie zmieni się nic. Ale czasami warto próbować. — Mówię to bardziej do siebie niż do niego, zastanawiając się, dlaczego tak długo trwałem w tym samym miejscu. Może to też moja ucieczka, moja chwila zapomnienia. Nie mam pojęcia.

Dylan patrzy na mnie przez chwilę, jakby ważył moje słowa. Po chwili unosi brew.

— To twoje podejście. Tylko wiesz… to nie jest odpowiedź na wszystko. — Odwraca wzrok, jakby sam próbował sobie odpowiedzieć na swoje pytania.

Siadam w milczeniu, wpatrując się w jego twarz. Wiem, że ma rację. Nic się nie zmienia, dopóki nie zrobimy kroku naprzód. Może to, co robimy, to tylko opóźnianie konfrontacji z tym, czego naprawdę się boimy. Może to tylko chwilowe ucieczki, które trwają do momentu, aż wszystko wróci na swoje miejsce.

— W tym samym momencie na stole pojawia się nowy drink — tym razem Oliver przynosi go dla mnie, uśmiechając się szeroko, jakby nie było niczego bardziej naturalnego niż to, co właśnie robi.

— Hej, przyniosłem ci coś mocniejszego — mówi, podając mi szklankę z niebieską cieczą, która wygląda bardziej jak napój chemiczny niż coś, co można by pić.

— Tylko nie za dużo — odpowiadam, patrząc na niego z przymrużonymi oczami. — Nie chcę skończyć jak ty, bez tchu.

Oliver śmieje się głośno, jakby to była najlepsza z możliwych odpowiedzi, ale widać, że cieszy go to, że spędzamy razem czas.

— Spokojnie, na pewno nie umrzemy — mówi, rozsiadając się obok, z pełnym przekonaniem. — Ale jeśli się boisz, to mogę ci pokazać, jak się bawić. Zaufaj mi.

Nie wiem, dlaczego, ale w tej chwili czuję, że mogę z nim pójść dalej. Bez zastanowienia biorę drinka i pociągam łyk. I wtedy wszystko nagle staje się jeszcze jaśniejsze, jakby wszystko wokół było wyraźniejsze, żywsze. Tłum staje się mniejszy, a muzyka nieco cichsza. To nie jest coś, czego się spodziewałem. To nie jest moment, który miałby sens. Ale czuję się żywy, w tej pełnej chaosu chwili.

— Widzisz? — Oliver mówi, patrząc na mnie z lekkim triumfem w oczach. — Czasem warto dać się ponieść.

Patrzę na niego i mam wrażenie, że mimo całej tej zabawy, czegoś w nim brakuje. I wciąż nie wiem, co dokładnie, ale wiem, że to pytanie nie ma odpowiedzi.

Dylan wciąż siedzi obok, teraz już patrzy na nas, ale z zupełnie innym wyrazem twarzy. Nie wiem, co o tym wszystkim myśli, ale może to nie jest najważniejsze. Następnie zmieniamy klub.

Bo w końcu, w tej chwili, liczy się tylko to, co teraz, to, co przeżywamy. Nie myślę o tym, co będzie później.

𝑅𝑜𝓏𝒹𝓏𝒾𝒶ł 5

✞ "𝒪𝓃" ✞

„Nie wszystko, co boli, niszczy. Nie wszystko, co piękne, zostaje.”

𝓢𝓾𝓼𝓪𝓷

Kiedy wchodzę do klubu, czuję, jak moje serce bije szybciej. Mimo że to miejsce jest mi dobrze znane, każda wizyta to jak gra w rosyjską ruletkę. Czasami wszystko idzie gładko, ale dzisiaj mam dziwne przeczucie, że coś pójdzie nie tak. I nie chodzi tylko o to, że za chwilę będę musiała znowu stanąć za barem. Chodzi o mnie. O to, co mam na sobie.

To chyba nie jest najlepszy strój do pracy, zwłaszcza w tym miejscu. Czarne szorty, które są trochę za krótkie, bluzka z odkrytymi ramionami, z delikatnym, prześwitującym materiałem. Moje ręce są opalone, ale nogi nie za bardzo. Czuję się w tym ubraniu dziwnie — niepewnie, jakbym miała na sobie coś, co nie pasuje do mojego ciała, coś, co nie oddaje tego, kim jestem.

Ale cóż, praca to praca. W tym klubie nie patrzy się na to, kto co ma na sobie, tylko jak dobrze robi to, co do niego należy. A ja dobrze wiem, co to znaczy być barmanką i kelnerką. Tylko, że dzisiaj czuję się trochę jakby ktoś za każdym razem oceniającym spojrzeniem rozrywał mnie na kawałki. Próbuję się tego pozbyć, ale i tak nie mogę.

Wchodzę za bar, szepcząc „cześć” w stronę kilku znajomych twarzy, którzy już siedzą przy ladzie. Obserwują mnie z tej swojej wygodnej perspektywy, na luzie, jakby ten cały chaos ich nie dotyczył. Zawsze mieli coś w sobie, coś, czego mi brakowało — swobodę.

A ja? Muszę udawać, że wszystko jest w porządku, choć czuję, że ten stanik i ta bluzka są po prostu niewłaściwe do tego miejsca.

Ustawiam wszystkie szklanki na ladzie i sięgam po shaker, starając się skupić na pracy. „Zrób to profesjonalnie”, powtarzam sobie w myślach. Tylko że w tej chwili nie jestem pewna, co oznacza być profesjonalną w czymś, co zaczyna mnie uwierać. Patrzę na swoje ręce, a one wcale nie wydają się takie pewne jak wtedy, kiedy zaczynałam. Kiedy zaczęłam pracować za barem, czułam się jak w żywiole. Ale teraz? Teraz mam wrażenie, że każda moja decyzja jest analizowana, że każdy ruch jest zauważany.

Kiedy podchodzę do stolika, widzę go — tego faceta, który od początku zauważył mnie w tłumie. Patrzy na mnie intensywnie, nie odwracając wzroku. Oczywiście, że zauważył mój strój. Zauważył każdą niedoskonałość, którą próbuję ukryć. Zauważył moje nogi, moje ręce, każdą część mojego ciała, jakby była dla niego nową zagadką. To tak, jakby nie mógł oderwać wzroku. A ja? Mam wrażenie, że jestem przezroczysta. I nie chodzi o to, że nie lubię uwagi. To po prostu jest niekomfortowe, kiedy wiesz, że ktoś cię ocenia, bo wyglądasz w czymś, co nie pasuje do tego, co robi się w klubach. Czuje się jakby każde spojrzenie obciążało mnie coraz bardziej.

— Hej, co dla ciebie? — pytam, starając się nie brzmieć zbyt nerwowo. Moje dłonie są wciąż pewne, ale głos zdradza lekkie napięcie.

— Coś mocnego — odpowiada, nie spuszczając ze mnie wzroku. — A ty? Co pijesz, kiedy jesteś w pracy?

Czuję, jak moje serce przyspiesza. To pytanie brzmi, jakby chciał mnie sprowokować, jakby w jego oczach nie było miejsca na nic poza oceną. Zawsze miałam ten problem z pewnymi klientami — niektórzy patrzą, jakby próbowali sprawdzić, ile jestem w stanie znieść. A ja? Muszę być twarda, bo jestem tu po to, żeby zarobić.

— Coś, co nie wpłynie na moją efektywność — odpowiadam, starając się zachować neutralność w głosie. W końcu serwuję mu drinka, podając szklankę z twardym alkoholem. Mimo że nie jest to idealny sposób na zachowanie profesjonalizmu, muszę zacisnąć zęby i dać sobie radę.

W międzyczasie, na barze, słyszę cichy śmiech. To kolejna grupa, która wpadła na drinka. Kilka twarzy, które znam, ale nie są tu po to, żeby rozmawiać. Czułam, że moje ciało, moje ruchy, moje zachowanie — wszystko jest jakby nie na miejscu. Ale nie mogę się cofnąć. Praca to praca, nie mam wyjścia. Mimo że patrzą na mnie jak na coś do zabawy, muszę się skupić na tym, co robię. Moje dłonie poruszają się automatycznie, przelewając alkohol do szklanek, mieszając drinki, nalewając piwo. Coś w tym wszystkim nie pozwala mi się zrelaksować, choć powinnam.

Wpadam w rytm, gdy tłum rośnie i staje się coraz bardziej głośny. I wciąż, w tej całej euforii, czuję się jakby za szybą. Patrzę na twarze ludzi, którzy siedzą, rozmawiają, bawią się, ale nie jestem pewna, czy kiedykolwiek naprawdę wtopię się w to wszystko.

Kiedy wracam do baru, spotykam wzrok jeszcze kilku osób, które już mnie zauważyły. Jedna z kobiet uśmiecha się do mnie, ale to uśmiech, który nie ma nic wspólnego z uprzedzeniem. To tylko spojrzenie pełne oceny, jakby moje ciało, mój strój, nie były do końca „w porządku”. I znowu czuję, że wszystko mnie uwiera. A jednak muszę kontynuować. Muszę przetrwać ten wieczór, jak każdy inny.

To tylko praca, prawda? Więc dlaczego czuję się, jakbym była częścią tej gry, której nie rozumiem?

Wracam za bar, starając się nie myśleć o tym, co przed chwilą przeżyłam. Powinnam po prostu skupić się na pracy — na nalewaniu drinków, na przyjmowaniu zamówień, na tej mechanicznej rutynie, która przynajmniej pozwala mi poczuć, że kontroluję sytuację. Ale nie potrafię. Zamiast tego patrzę na swoje ręce, które układają szklanki, podają napoje, a serce wciąż mi bije szybciej niż normalnie.

Cholera, co ze mną jest? Przecież powinnam czuć się pewnie, powinnam być opanowana.

Tyle razy stałam za tym barem, tyle razy widziałam te same spojrzenia, te same gesty, te same uśmiechy, które są równie puste, co szklanki, które codziennie przemywam. Zawsze wydawało mi się, że mam w tym swoim świecie kontrolę, że to ja decyduję, kto dostanie drinka, a kto nie. Ale teraz… teraz mam wrażenie, że ktoś z boku decyduje o mnie, o tym, jak wyglądam, co noszę, jak się zachowuję. Moje ciało, moje wybory — wszystko to, jakby miało należeć do kogoś innego.

Podchodzę do kolejnego stolika, gdzie trójka facetów z uśmiechem wita mnie, jakby to ja miałam wnieść w ich wieczór coś specjalnego. To nie jest nowe, to jest codzienność. Zawsze zaczynają od jakiejś zaczepki, jakby nie potrafili rozmawiać bez wywoływania wrażenia, że wszystko jest żartem. Tak jest, kiedy pracujesz w takich miejscach — wszyscy traktują cię jak część rozrywki, jak jeden z elementów tej układanki, który ma sprawić, że poczują się wyjątkowo. Ale w tym momencie mam dość tej roli. Mam dość bycia tłem, tą, która „właśnie pasuje do całości”.

— Hej, dziewczyno, co tu się dzieje? — pyta jeden z nich, uśmiechając się szeroko, tak jakby wszystkie te pytania były po prostu zwykłą grą. W jego głosie jest coś protekcjonalnego, jakby liczył na to, że zacznę się cieszyć z tej rozmowy.

— Co dla was? — odpowiadam krótko, starając się nie zdradzać niczego w moim głosie, choć czuję, jak wewnętrzny niepokój nieustannie podchodzi mi do gardła.

Nie patrzę im prosto w oczy, ale wyczuwam ich spojrzenia, jakby każdy ruch mojego ciała miał znaczenie. Jakby każdy krok, który stawiam, był analizowany. Nie wiem, czy to przez ten cholerny strój, czy przez to, że po prostu nie mam ochoty na ich zabawne docinki, ale czuję się jakbym była w klatce, która powoli się zamyka. Ich śmiech odbija się od ścian, ale ja nie potrafię się do niego przyłączyć. Czasami myślę, że ten cały hałas jest tylko maską. Że za tymi śmiechami kryje się coś głębszego, coś, co nie ma nic wspólnego z tym, co na zewnątrz. To tylko dla nich.

— Chyba wiesz, co zamówić, co? — mówi drugi facet, jego wzrok teraz wędruje w dół, gdzie widzi moje nogi. Zaczynam czuć się jak obiekt — coś, co ma tylko jedną funkcję. Kiedy w końcu patrzę na niego, staram się nie dać po sobie poznać, jak mnie to wszystko męczy. Zamiast tego uśmiecham się sztywno.

— Podać coś mocnego, jak zawsze — odpowiadam, czułam się jak automat. To odpowiedź, która nie wymagała myślenia, nie wymagała decyzji. Uśmiecham się, ale nie wiem, po co.

Kiedy odchodzę, czuję się, jakby wszystko wokół mnie stawało się coraz bardziej odległe. Tłum, hałas, te rozmowy — to wszystko jest na wyciągnięcie ręki, ale ja czuję się jakbym nie pasowała do tej układanki. Tak jakbym była kimś, kto nie do końca rozumie, jak działa ta cała gra. Daję sobie chwilę, zanim ponownie wrócę za bar. Moje serce nieco zwalnia, ale wciąż czuję ten niepokój, który mnie nie opuszcza.

Jestem tu, by zarobić, tak. Ale nie byłam gotowa na to, jak łatwo można poczuć się… rozebranym na kawałki, kiedy twoje ciało staje się częścią tego miejsca. Kiedy jesteś postrzegana tylko przez pryzmat tego, co masz na sobie, co pokazujesz, jak wyglądasz. I choć wiem, że tu nie chodzi o to, co czuję, nie mogę tego zignorować.

Musisz dać radę, Susan. Jesteś silna — powtarzam sobie w myślach, ale to nie zmienia tego, że czuję się coraz bardziej obca w tym wszystkim. W tym mieście, w tym klubie, w tej sukience. Po raz kolejny próbuję przyjąć maskę profesjonalizmu, ale czuję, jak staje się coraz trudniejsza do założenia. I pomimo tego, że wiem, że muszę przejść przez ten wieczór, w mojej głowie pojawia się jedno pytanie: „Dlaczego to wszystko musi być takie trudne?”

Kiedy znów wracam za bar, zauważam, że już na mnie czekają. I wiem, że nie mam wyjścia — muszę tam wrócić. Muszę wrócić, bo w tym miejscu nie ma miejsca na litość. Tu liczy się tylko to, co widzą inni.

Zanim znów sięgnę po shaker, przyglądam się swoim dłoniom. Są drżące, choć staram się tego nie pokazać. To dziwne, jak niepozorny może być wpływ tego, co czuję na to, co robię.

Niby nadal obsługuję klientów, nalewam napoje, uśmiecham się, ale coś w mojej głowie nie daje mi spokoju. Może to to, że czuję na sobie spojrzenia, które są tak intensywne, że prawie czuję, jak skóra na plecach się kurczy.

Może to przez to, że nie jestem w stanie ukryć tego, jak bardzo to mnie męczy. Kiedy wracam do baru, zauważam go od razu — mężczyzna, który przyciągnął moją uwagę wcześniej. Jest tam, wśród kilku innych osób, patrzy na mnie z takim pewnym uśmiechem, jakby oczekiwał, że się z nim przywitam. Patrzę w jego stronę, ale nie podchodzę.

Chcę, żeby zostawił mnie w spokoju. Ale on nie zamierza tego zrobić. Zbliża się, a ja czuję, jak coś w moim ciele zaczyna się napinać.

— Zdecydowanie za bardzo to czuję. Znowu się spotykamy — mówi, opierając się o bar. W jego głosie jest coś, czego nie potrafię zidentyfikować. Może to pewność siebie, może zainteresowanie, ale wiem, że nie jest to typowy klient, który po prostu chce zamówić drinka i pójść. Wydaje się, że chce coś więcej. Zatrzymuję się na chwilę, choć przez moment zastanawiam się, czy powinnam po prostu odejść. Moje oczy nie chcą odwrócić wzroku, ale nie wiem, jak się zachować. I to mnie wkurza.

— Tak to już bywa — odpowiadam, próbując zachować profesjonalizm, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że z każdym jego słowem czuję się coraz bardziej niekomfortowo. Moje serce bije szybciej, ale staram się, żeby tego nie zauważył. Nie daję mu satysfakcji. Nie teraz. 
— Pomyślałem, że może porozmawiamy. — Jego uśmiech staje się jeszcze szerszy, jakby próbował wyciągnąć ze mnie coś, czego nie chcę mu dać. — Może po pracy?
Nie wiem, jak to dokładnie ująć. Wszystko w tym pytaniu sprawia, że czuję się jeszcze bardziej obca w tym miejscu.

Jakbym była tylko częścią jego rozrywki, jakby to, co robię, nie miało znaczenia. Znowu jestem tylko kimś, kto ma być do dyspozycji. Po pracy mam inne plany — mówię, próbując zachować spokój, ale czuję, jak moje słowa brzmią zbyt sztywno, jakby coś nie pasowało. Oczywiście, że nie mam żadnych planów, ale po co mu o tym mówić? — Jeśli chcesz, mogę zrobić ci drinka. On jednak nie odpuszcza, wciąż patrzy na mnie tym spojrzeniem, które wydaje się szukać odpowiedzi na coś, czego nie chcę mu powiedzieć.

— Może nie chcesz wyjść z pracy, ale… co by było, gdybyś porzuciła te plany na chwilę? — jego głos jest ciepły, zbyt ciepły. I wtedy, gdy dostrzegam to, co kryje się za tym uśmiechem, czuję w sobie coś, czego nigdy nie chciałam poczuć w tym miejscu: strach. Bo wiem, że w oczach niektórych ludzi, nawet w tej pracy, to nie ja mam kontrolę. To oni. Odwracam się, nie czekając na odpowiedź.

Odchodzę, czując jak jego wzrok wbija się w moje plecy. Chcę wrócić do baru, poczuć, że jestem w moim świecie, w którym mam coś, co mogę kontrolować. Ale coś mnie powstrzymuje. Coś w moim ciele, które nie potrafi zignorować tej całej uwagi, tej obecności, która w tym momencie jest jak toksyna.

I tak bardzo bym chciała się tego pozbyć. Za barem panuje nieco większy ruch. Wchodzą nowe grupy, niektórzy domagają się mojej uwagi, inni patrzą z ciekawością, niektórzy śmieją się głośno, jakby próbując zagłuszyć wszystko dookoła.

Wszyscy po prostu bawią się. Ja? Ja stoję za ladą, starając się nie okazać, jak bardzo to wszystko mnie przytłacza. Każdy ruch jest dokładny, każdy gest ma swoje miejsce, ale to wszystko staje się coraz mniej autentyczne. Czuję się, jakbym grała rolę, którą nie potrafię dobrze odegrać.

Kiedy w końcu podchodzę do stolika z zamówieniem, widzę, że uśmiechnięte twarze znowu patrzą na mnie. Znowu jestem w centrum, ale teraz to nie cieszy. Moje ciało jest zbyt zmęczone tym, co się dzieje. Zbyt zmęczone, by patrzeć na tych ludzi, którzy widzą we mnie tylko jedno: kogoś, kogo można wykorzystać do zabawy, kogoś, kto ma spełniać ich potrzeby. I mimo że wiem, że jestem tu po to, by zarobić, to w tej chwili czuję się jak fragment tej układanki, która nie pasuje do reszty. Chcesz coś więcej? — pytam, patrząc na ich twarze. Ale to pytanie nie jest tylko o drinki. To pytanie o coś, co wciąż siedzi we mnie. Kiedy ktoś patrzy na mnie, co naprawdę widzi?

Podchodzę do kolejnego stolika, starając się ignorować szum wokół mnie. Chociaż staram się trzymać to wszystko w ryzach, czuję, że każdy mój ruch, każda decyzja jest analizowana, oceniana. Kolejni klienci rzucają żartami, próbują nawiązać rozmowę, a ja po prostu wykonuję swoje obowiązki, zmieniając drinki, uśmiechając się, choć nie czuję się do końca sobą.

Czuję to spojrzenie na plecach. I wiem, że nie chodzi o nic niewinnego. Wzrok tego faceta jest zbyt intensywny, zbyt… niepokojący. To tak, jakby chciał coś więcej niż tylko drinka. Moje serce bije szybciej, a dłonie, które jeszcze przed chwilą poruszały się z gracją, teraz zaczynają drżeć, mimo że staram się tego nie pokazać. Chciałabym, żeby po prostu mnie zostawił. Chciałabym, żeby przestał patrzeć na mnie jak na coś, czego można sięgnąć, użyć i porzucić.

Zaczynam nalewać piwo, a ich rozmowa staje się bardziej intensywna. Wydaje się, że nie słyszę tego wszystkiego, ale mimo wszystko nie mogę zignorować wrażenia, że widzą we mnie tylko jedno: obiekt. Kiedy wracam z drinkiem do stołu, poczucie tej obcości, tego zimnego dystansu, który mnie dzieli od wszystkich tych ludzi, staje się nie do zniesienia.

— Więc, co powiesz? — mówi jeden z nich, uśmiechając się tak szeroko, że aż czuć w tym pewność siebie. I choć próbuję trzymać emocje w ryzach, czuję, jak moje serce przyspiesza. 
— Po prostu cieszcie się wieczorem, okej? — odpowiadam, a moje słowa brzmią chłodno, niemal obojętnie. Co innego mogłabym powiedzieć? Co innego mogę zrobić, skoro czuję się jak część dekoracji, jak część scenografii w tym teatrze, który jest klubem?

Zanim zdążę pomyśleć o czymkolwiek innym, znowu jestem za barem, zmieniając butelki, nalewając drinki, starając się nie myśleć o tych spojrzeniach, które wciąż czuję na plecach.

Wydaje się, że im więcej czasu tu spędzam, tym bardziej to wszystko zaczyna mnie przytłaczać — te śmiechy, te żarty, te spojrzenia. I mimo że staram się być profesjonalna, czuję, jak coraz mniej pasuję do tej roli. Wzrok tego faceta z poprzedniego stolika wciąż mnie śledzi. Podchodzę do niego, podaję drinka, próbuję nie pokazywać, że czuję się jak zwierzę w klatce.

On patrzy na mnie w ten sposób, jakby chciał, żebym odpowiedziała na coś, czego nie mam ochoty mówić. W momencie, gdy odchodzę, czuję, jak jego oczy są wciąż przyklejone do mojego ciała, jakby każda moja część była analizowana. Na szczęście jest ruch, w którym mogę się schować. Przechodzę między stołami, szukając następnego zamówienia, ale w głowie wciąż mam to samo pytanie: jak długo będę w stanie to znieść? Każdy krok, każdy gest, czuję, że mnie oceniają, patrzą, jakbym była wystawionym towarem. I chociaż wiem, że jestem tu po to, żeby pracować, to nie potrafię uwolnić się od tego wrażenia, że jestem kimś innym. Że nie jestem sobą. Zatrzymuję się przy barze, starając się wymieszać drinka, ale moje dłonie wciąż nie są w pełni stabilne. W tym momencie drzwi do klubu otwierają się szerzej, a ja słyszę, jak tłum na chwilę ucicha.

Zwykle to nic nie znaczy, ale coś w tej ciszy przykuwa moją uwagę. Odwracam się na moment, czując, jak powietrze w klubie nagle się zmienia. Ktoś wchodzi. Ktoś znajomy. Serce mi przeskakuje, a przez moment zapominam, co robię.

To Axel.

Zauważam go natychmiast, choć stara się nie wyróżniać. Ubrany na czarno, w tym swoim typowym, beznamiętnym stylu. Chwila trwa, zanim dostrzega mnie, ale w końcu się orientuje — nasze spojrzenia spotykają się. Przez kilka sekund nie wiem, co mam zrobić. To nie jest tak, że go nie znam. Oczywiście, że go znam — ale to, że tu jest, w tym miejscu, z moją postawą, w tym ubraniu, w tej roli, sprawia, że nagle czuję się… dziwnie. Jakbym znalazła się w zupełnie innym świecie, który nie jest mój.

Axel zatrzymuje się przy barze, jakby przypadkowo. Wydaje się nieco zaskoczony, ale też zafascynowany, jakby widok mnie tutaj był czymś nieoczekiwanym. W tej chwili wszystko staje się dziwnie wyostrzone — nie wiem, czy to z powodu tego, jak intensywnie patrzy, czy przez moje własne poczucie winy. Patrzy na mnie przez chwilę, a potem uśmiecha się lekko, ale to nie jest ten sam uśmiech, który zawsze widziałam. Teraz jest w nim coś innego — coś, co sprawia, że moje serce bije nieco szybciej.

— Cześć — mówi, a jego głos brzmi trochę inaczej niż zwykle. Jakby nie mógł uwierzyć, że mnie tu widzi. — Przypadek?
Jego słowa są lekko żartobliwe, ale w jego oczach dostrzegam coś, czego się nie spodziewałam: zaskoczenie. Może to tylko moje wrażenie, ale wydaje się, jakby nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony to znajomy głos, znajomy wygląd, ale z drugiej… to wszystko jest takie obce. Nie pasuje do tej sytuacji, nie pasuje do mnie.

— Wiesz, że to nie jest moje normalne miejsce pracy — odpowiadam, próbując ukryć, jak dziwnie czuję się w tej chwili. Moje słowa brzmiały sztywno, ale to tylko maska. W środku czułam się, jakbym nie miała kontroli nad tym, co się dzieje. — Ale ktoś musiał to zrobić. Skrzyżowaliśmy spojrzenia na moment, a w jego oczach zauważyłam coś, co mnie zaskoczyło.

Może to zdumienie, może rozczarowanie, a może to, że nie potrafił zrozumieć, jak mogę być tutaj, w tym klubie, w tej roli. W tej chwili pomiędzy nami pojawiła się cisza — nie była to cisza komfortu, nie była to cisza, którą można zignorować. To było coś, co sprawiało, że wszystko inne wokoło nagle zniknęło. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam trzymać kieliszek mocniej, jakby to miało dać mi poczucie bezpieczeństwa.

Axel zamówił drinka, ale wciąż patrzył na mnie, jakby chciał coś powiedzieć. Ja jednak nie potrafiłam odpowiedzieć. Co mogłam mu powiedzieć? Czułam się, jakby to, co robię, nie miało sensu. Jakbym stała na skraju jakiejś granicy, której nie chciałam przekroczyć. W końcu, po krótkiej chwili milczenia, jego uśmiech stał się trochę bardziej rzeczywisty. Wciąż jednak było w nim coś, co mnie zaskakiwało.

— Daj mi tego drinka — powiedział cicho. — A potem porozmawiamy. Jego spojrzenie spotkało moje raz jeszcze, i to był moment, w którym zrozumiałam — coś w tym wszystkim się zmieniało. Ale nie wiedziałam jeszcze, co.

𝑅𝑜𝓏𝒹𝓏𝒾𝒶ł 6

✞ "𝒟𝒶𝓃𝒾𝑒𝓁𝓈" ✞

„Człowiek dojrzewa wtedy, gdy przestaje uciekać przed sobą.”

𝓢𝓾𝓼𝓪𝓷

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Axel już przyglądał się moim rękom, jakby chciał dostrzec najmniejszy ruch, najdrobniejszy gest, który mógłby zdradzić, co czuję. Właściwie nie miałam pojęcia, co sama czuję. Czy to zdenerwowanie? Zdziwienie? Może po prostu wstyd?

Wstyd, bo wszystko, czym się otaczam, wydaje się być nieprawdziwe. Ta rola, którą tu odgrywam, ta postura, którą muszę przyjąć — nic z tego nie pasuje do tego, kim jestem. A mimo to, jestem w tym miejscu, stojąc przed nim, ukrywając w sobie wszystko to, czego nie chcę pokazać.

Podaję mu drinka, ale ręce mi drżą. I nie chodzi tu tylko o to, że nie jestem do końca pewna, co z tym wszystkim zrobić, ale raczej o to, że te emocje, które były ukryte głęboko, zaczynają wyłaniać się na powierzchnię. Jakby to, co zdawało się być zamknięte, pękło pod wpływem jego spojrzenia.

Axel bierze kieliszek, ale nie od razu go pije. Zamiast tego patrzy na mnie przez chwilę, tak intensywnie, że czuję, jakbym była pod mikroskopem. To dziwne uczucie — jakby obserwował mnie nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Chciałabym, żeby odwrócił wzrok, żeby zniknął, ale nie robi tego. Zamiast tego uśmiecha się lekko, jakby rozumiał coś, czego nie chcę mu pokazać.

— To chyba nie jest miejsce, w którym cię spodziewałem — mówi cicho, choć nie brzmi to jak zarzut. Raczej jak stwierdzenie faktu. Oczywiście, że nie spodziewał się mnie tutaj. To miejsce nie pasuje do mojej osoby, do tego, co znam, do tego, czym jestem. Ale w tej chwili nie mogę się z tego wyplątać. Muszę grać swoją rolę, choć nie mam na to siły.

— Cóż, czasami trzeba robić rzeczy, które nie mają sensu — odpowiadam, starając się być obojętna. Staram się, naprawdę. Ale wiem, że nie jestem w stanie ukryć tego, co dzieje się w środku.

Jego spojrzenie jest pełne zrozumienia, ale także jakiejś nieokreślonej troski, która sprawia, że czuję się jeszcze bardziej zagubiona. To spojrzenie nie jest jak wszystkie inne, które widzę w tym klubie. To nie jest spojrzenie klienta, który patrzy na mnie tylko po to, by się zabawić. To coś innego. Może to… współczucie? A może to po prostu ciekawość?

Chciałabym, żeby zniknął, żeby wszystko wróciło do normy, żebym mogła wrócić do tej obojętnej roli barmanki, którą odgrywam. Ale nie mogę. Coś w nim przyciąga mnie do siebie, nie wiem, czy to jego obecność, czy to, że jestem po prostu zmęczona, że nie chcę już udawać.

Próbuję oderwać wzrok, ale nie mogę. Nasze spojrzenia spotykają się na dłużej. I w tej chwili, w tym krótkim momencie, czuję, że coś w tej sytuacji pęka. Moje serce bije szybciej, a ja zaczynam czuć się, jakbym była w miejscu, w którym nigdy nie chciałam być.

— Co teraz? — jego pytanie jest ciche, ale brzmi jak wyzwanie. Tak, jakby oczekiwał, że w końcu wyjawię mu coś, czego nie chcę.

Nie wiem, co odpowiedzieć. Naprawdę nie wiem.

— To, co teraz, zależy od tego, czego chcesz — odpowiadam w końcu, starając się mówić spokojnie, ale słowa wydają się cięższe, niż powinny. Każde z nich waży tonę. Każde z nich jest jak kamień, który upadam na dno.

Axel milczy przez chwilę, a potem bierze łyka z kieliszka. Wzrok nie spuszcza ze mnie, jakby starał się wyczytać każdą moją myśl. Długo nic nie mówi, a ja w końcu zaczynam się czuć, jakbym była zamknięta w klatce, którą sama zbudowałam, a teraz on ma klucz.

Nagle jednak coś się zmienia. Po chwili milczenia jego uśmiech staje się łagodniejszy, bardziej rzeczywisty, jakby zrozumiał coś, czego ja sama nie chciałam dostrzec.

— Wiesz, że jeśli chciałabyś, mogłabyś wyjść stąd, prawda? — mówi spokojnie, jakby to był najnormalniejszy pomysł na świecie.

Patrzę na niego, a przez moment nie wiem, co odpowiedzieć. Co ja mam powiedzieć? Chciałabym po prostu uciec, choć wiem, że to niemożliwe. Że jestem w tym miejscu, bo muszę być. Że to, co robię, nie jest wyborem, a koniecznością.

— Może innym razem — odpowiadam, chociaż nie wiem, dlaczego tak mówię. To tylko mechanizm obronny. Tylko coś, co pozwala mi przetrwać tę chwilę.

Ale w jego oczach dostrzegam coś, czego się nie spodziewałam — nie ma tam litości, nie ma tam żalu. Jest zrozumienie, które mnie przeraża. Tak, to zrozumienie, którego nie chciałam, które sprawia, że czuję się jeszcze bardziej obca.

Zanim zdążę dodać cokolwiek, ktoś z tłumu woła mnie. To kolejny klient, który potrzebuje mojego zdolnego ucha i ręki. Chwytam za kieliszek i wracam do swojej roli. Chociaż czuję, jak moje serce bije mocniej, jak wciąż czuję ten dziwny niepokój w piersi. Axel wciąż patrzy na mnie, ale nie mówi już nic. Jego spojrzenie zostaje w mojej głowie.

I wtedy, gdy wracam do baru, znowu czuję to, co zawsze — tę obcość w tym miejscu, to uczucie, jakbym była tylko częścią tła, częścią dekoracji, której nikt naprawdę nie dostrzega. A jednak jego obecność, jego spojrzenie, sprawiają, że czuję się inaczej. Jakby to, co działo się w mojej głowie, nagle stało się realne.

Moje serce bije coraz szybciej, ale tym razem nie jestem pewna, co to oznacza.

Axel wciąż siedzi przy barze, ale już nie zamawia drinków. Patrzy na mnie, a jego wzrok jest jakby pełen jakiegoś niezrozumiałego zamysłu. Chciałabym uciec od tego spojrzenia, ale nie mogę. I choć nie wiem, co myśleć o tej całej sytuacji, czuję, że coś w powietrzu wciąż wisi. Jakby nie były to tylko przypadkowe spotkania, ale coś, co miało się wydarzyć, choć wcale tego nie chciałam.

— Wiesz… — zaczyna, przerywając moje myśli, a jego głos jest bardziej spokojny, niż bym się spodziewała. — Możesz do nas dołączyć. Z Dylanem, Oliverem i Thomasem. Mamy miejsce, trochę wolnej przestrzeni. To w sumie tylko opcja, ale… może warto pomyśleć.

Jego słowa są zaskakujące, jakby wyrwały się z niego mimo woli. Zanim zdążę odpowiedzieć, czuję, jak uderza mnie to, co powiedział. Moje serce na chwilę zatrzymuje się w piersi, a umysł staje w miejscu. Mieszkanie z nimi? Dylanem, Oliverem i Thomasem? To brzmi jak coś, co nigdy bym nie rozważała. Zawsze byłam samotna, zawsze starałam się radzić sobie sama. Więc dlaczego teraz, w tej chwili, te słowa brzmią tak… kusząco?

Patrzę na niego, starając się nie pokazać, że ta propozycja mnie poruszyła. Może to tylko dlatego, że jest zmęczona. Może to tylko chwilowe rozkojarzenie, że tak łatwo się poddaję tej myśli.

— Mieszkać z wami? — powtarzam, jakby upewniając się, że dobrze usłyszałam. — A dlaczego miałabym to zrobić?

Zaskoczenie w jego oczach nie trwa długo. Chyba spodziewał się mojej reakcji. Ale nie czeka na moją odpowiedź, jakby miał już gotową odpowiedź na każde moje wątpliwości.

— Wiesz, nie musisz się nad tym zastanawiać od razu — mówi spokojnie, biorąc kolejny łyk drinka. — Ale chyba lepiej, żebyś miała gdzie się podziać, niż zostać w tym miejscu, nie? Sytuacja nie wygląda najlepiej.

W tych słowach jest coś, co mnie zaskakuje. Jego ton jest tak lekki, a jednak pełen jakiejś dziwnej troski, jakby wiedział, co czuję, zanim jeszcze ja to rozpoznam. Moje ręce na chwilę przestają drżeć, ale wciąż czuję, jak moje myśli krążą wokół tego pomysłu. Mieszkanie z nimi… to byłoby coś zupełnie nowego, zupełnie innego, niż kiedykolwiek zrobiłam.

— Nie wiem… — zaczynam, czując, jak moje myśli zderzają się ze sobą. — Wcale nie szukam mieszkania… Poza tym, to brzmi jak zbyt wielki krok.

Jego uśmiech nie znika, ale jest inny, mniej pewny. Nadal patrzy na mnie, ale nie jakby czekał na moją decyzję, raczej jakby próbował zrozumieć, dlaczego w ogóle mam wątpliwości. Jego spojrzenie jest pełne jakiejś dziwnej mieszanki spokoju i zainteresowania.

— Wiesz, Dylan, Oliver, Thomas — oni nie są tacy, jak się wydają. To nie będzie takie, jak myślisz. Jeśli to ci pomoże, możemy po prostu dać ci przestrzeń. Ale myślałem, że mogłabyś się z tym poczuć lepiej.

Czuję, jak robi mi się ciepło na sercu, ale zaraz potem pojawia się lęk. To nie jest tak, że chcę się poddać tej propozycji, ale coś w jego głosie sprawia, że zaczynam myśleć, że to może być coś, co mogłoby mi pomóc. Może to tylko chwilowe zmęczenie tym wszystkim, ale przez moment mam wrażenie, że Axel nie mówi tylko o wspólnym mieszkaniu, ale o czymś więcej. O jakiejś propozycji, która niesie za sobą coś głębszego.

— Axel, to nie takie proste — odpowiadam, ale tym razem mam wrażenie, że moja odpowiedź jest trochę słabsza. Wciąż czuję, jak ciężar tej decyzji zaczyna mnie przytłaczać. Chciałabym powiedzieć mu, że to nie jest dla mnie, że muszę poradzić sobie sama, jak zawsze. Ale nie wiem już, co o tym wszystkim myśleć.

— Wiem, że nie jest — mówi, jakby rozumiał, że nie jest to łatwa decyzja. — Ale może spróbuj. Masz dość tego miejsca, prawda? A my… my po prostu oferujemy ci przestrzeń. Nic więcej. Nie musisz niczego zmieniać, nie musisz się angażować. Ale jeśli chcesz… jeśli chcesz spróbować, możesz przyjść.

Patrzę na niego, czując, jak mój umysł zaczyna się mieszać z uczuciami, których nie rozumiem. Wzrok Axela jest pełen pewności, ale też jakiegoś dziwnego spokoju. Może po prostu próbuję znaleźć coś, czego tak bardzo mi brakowało przez ostatni czas. Chciałabym wierzyć, że mam kontrolę nad tym wszystkim, ale coś w jego słowach sprawia, że zaczynam wątpić.

— A co z nimi? — pytam, a moje serce bije szybciej, niż bym chciała. — Co oni o tym myślą?

Axel uśmiecha się szerzej, jakby ta kwestia nie była żadnym problemem.

— Nie przejmuj się nimi. Daj im czas. Jeśli będziesz chciała, to na pewno się dogadacie. A jeśli nie, to po prostu będziesz miała swoje miejsce, a oni swoje. Proste.

Znów pojawia się ta dziwna cisza, której nie potrafię znieść. Zastanawiam się, czy to naprawdę tak proste, jak mówi. Czy to miejsce, do którego mnie zaprasza, naprawdę byłoby bezpieczną przestrzenią? Czy po prostu biorę to wszystko za łatwo?

Ale jego spojrzenie daje mi poczucie, że to nie jest zwykła propozycja. To coś, co ma w sobie głębszy sens. Jakby Axel wiedział, czego mi brakowało, zanim sama to odkryłam. Coś w tym wszystkim sprawia, że czuję, jakbym stawała na granicy czegoś nowego, czegoś, co mogłoby zmienić wszystko.

— Może… — zaczynam niepewnie, ale nie jestem w stanie skończyć zdania.

Axel patrzy na mnie, jakby czekał na odpowiedź. A ja czuję, że w tej chwili wszystko może się zmienić.

Cisza pomiędzy nami staje się coraz bardziej ciężka, wręcz dusząca. Axel czeka, ale w jego oczach nie ma już tej pewności, jak wcześniej. Wydaje się, że jest gotów zaakceptować każdą moją decyzję, ale jednocześnie nie chce dawać mi zbyt wiele przestrzeni do odwrotu. To dziwne, bo choć wciąż nie jestem pewna, co o tym wszystkim myślę, czuję, jak ta propozycja zaczyna rosnąć we mnie, jak ziarenko, które powoli kiełkuje w moich myślach.

Patrzę na niego przez chwilę, czując, jak serce bije mi mocniej. Nie wiem, czy to strach, czy może po prostu… ulga. Ulga, że ktoś wreszcie dostrzega, że to miejsce, ta rola, którą gram, nie jest tym, czego chcę. Może to właśnie Axel widzi to, czego nie potrafię sobie powiedzieć na głos. Że nie chcę już udawać. Że nie chcę dłużej grać w tę grę.

— To nie jest takie proste… — powtarzam cicho, ale tym razem głos mi drży.

— Rozumiem — mówi Axel spokojnie, ale w jego tonie nie ma już żadnej presji. — Ale wiesz, to tylko propozycja. Nie musisz niczego decydować teraz. Jeśli będziesz chciała, po prostu przyjdziesz.

I wtedy znowu czuję to, czego nie potrafię wyjaśnić — uczucie, jakbym stała na rozdrożu, a każda droga, którą widzę, prowadzi w zupełnie innym kierunku. Jakaś część mnie chce odrzucić tę propozycję, bo boi się zmiany, bo boi się, że to tylko kolejna rzecz, którą nie będę w stanie utrzymać. Ale inna część mnie, ta, która nie chce już czuć się tak zgubiona i samotna, zaczyna dostrzegać w tej ofercie coś, czego tak długo mi brakowało.

Zamykam oczy na chwilę, jakby to miało pomóc mi zebrać myśli. W powietrzu unosi się ten dziwny zapach — mieszanka alkoholu, ciała, a może po prostu stresu. W tej chwili wszystko wydaje się odległe. Moje myśli wracają jednak do tego, co powiedział Axel. Do tych czterech osób — Dylana, Olivera i Thomasa — i tego, co mogłoby oznaczać życie z nimi. Coś mi mówi, że to nie będzie takie łatwe, ale jednocześnie czuję, jakby to mogło być szansa na coś nowego. Może na coś, czego tak bardzo potrzebuję.

Nie wiem, co Axel w tym wszystkim widzi, ale jego spojrzenie daje mi do zrozumienia, że on nie oczekuje ode mnie natychmiastowej odpowiedzi. To dziwne — w tym wszystkim jest coś, co sprawia, że czuję się… jakbym nie musiała uciekać przed sobą. Jakbym mogła w końcu zatrzymać się na chwilę i zastanowić, co tak naprawdę chcę.

— Może… — zaczynam powoli, czując, jak słowa same wypływają mi z ust, jakby były nieuniknione. — Może spróbuję. Ale nie obiecuję niczego na stałe.

Uśmiech Axela staje się szerszy, choć wciąż nie wyraża całkowitej pewności. Ale w jego oczach widać, że jest zadowolony. Jakby rozumiał, że to dla mnie duży krok, a jednocześnie nie oczekuje niczego więcej, niż tego, że po prostu spróbuję.

— Spokojnie — mówi cicho. — Nie musisz nic obiecywać. Zobaczysz, jak będzie. Jeśli nie poczujesz się dobrze, zawsze możesz wyjść.

Te słowa brzmią jak wybawienie. Wreszcie czuję, że mam wybór. To nie jest zobowiązanie na zawsze. To po prostu… szansa na coś innego. Może na życie, którego nigdy wcześniej nie próbowałam.

Axel opuszcza bar, ale zanim odchodzi, jeszcze raz spojrzał na mnie. Jego spojrzenie jest pełne jakiejś dziwnej nadziei, ale nie ma w nim żadnej presji. To nie jest coś, co miałby wymusić. Po prostu dał mi możliwość, żeby spróbować czegoś nowego.

Kiedy zniknął w tłumie, poczułam, jakby w powietrzu coś się zmieniło. Jakby to, co powiedział, miało w sobie więcej niż tylko słowa. Może to była tylko propozycja, ale w moim sercu pojawiła się nadzieja — nadzieja, której nie czułam od dawna.

Przez chwilę stałam za barem, patrząc na pustą przestrzeń klubu. Nagle wszystko wydawało się inne — jakby tam, w tym tłumie, była tylko jedna osoba, która widzi mnie taką, jaką jestem, bez tych wszystkich masek, które na sobie noszę. I chociaż nie wiem, co przyniesie przyszłość, czuję, że to spotkanie coś we mnie zmieniło.

Zanim wróciłam do swojej pracy, spojrzałam na drzwi, przez które Axel wyszedł. Może to było tylko chwilowe spotkanie. Może to było tylko przypadkowe zetknięcie naszych dróg. Ale w tej chwili czułam, że coś w końcu się zaczyna.

Po chwili ciszy, w której wciąż stałam za barem, czując ciężar decyzji, wszystko wokół zaczęło wracać do swojego rytmu. Muzyka znów wypełniła przestrzeń, rozmowy klientów stały się głośniejsze, a światło klubu zaczęło mienić się w tej samej, pulsującej barwie, jak wcześniej. Ale coś w mojej głowie się zmieniło. I to nie było nic małego, to było coś, co nie pozwalało mi wrócić do tej samej roli barmanki, jaką byłam przed chwilą. Coś w tej rozmowie z Axelem przesunęło granicę, którą sama sobie wyznaczyłam.

Zanim zdążyłam sięgnąć po kolejną butelkę, poczułam, że moje ręce zaczynają się trząść. Może to zmęczenie, może to wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni, ale czułam, jakby każda komórka mojego ciała była w pełnej gotowości. Zamiast jednak skupić się na pracy, moje myśli wciąż krążyły wokół propozycji Axela. Mieszkanie z nimi — z Dylanem, Oliverem, Thomasem — wciąż brzmiało jak coś nierealnego, jak coś, czego nie spodziewałam się usłyszeć. Jakby to było tylko marzenie, które mignęło mi w chwili słabości.

Ale jednocześnie… ta propozycja była zbyt kusząca, by ją zignorować.

W klubie zrobiło się trochę głośniej, tłum zaczął się zagęszczać. Kolejni ludzie podchodzili do baru, zamawiali drinki, śmiali się. Z jakiegoś powodu wydawali się nie zwracać na mnie uwagi, jakby byłam tylko tłem. Tylko że teraz, po rozmowie z Axelem, przestałam czuć się częścią tego tła. To było jak przebudzenie. Czułam się, jakbym stała w miejscu, które nagle zaczęło się zmieniać, jakby całe moje życie w tej chwili stało się mniej pewne, bardziej… ruchome.

Jeden z klientów, chyba kolejny typ, który chciał się popisać przed swoją grupą, podszedł do baru, zbyt blisko jak na moje gusta. Rozejrzał się wokół, zanim zwrócił na mnie uwagę.

— Hej, laska! — powiedział głośno, machając ręką.

— Czego tu się napijemy? A może… może ty masz jakieś specjalne propozycje?

Jego ton sprawił, że poczułam się jakby znowu była częścią tej samej starej gry. Klient, alkohol, sztuczne uśmiechy. Nic, czego nie znałam. Miałam ochotę go zignorować, ale wtedy pojawił się jeszcze jeden impuls — coś, co kazało mi na chwilę odwrócić uwagę od swoich myśli. Może to była ta potrzeba normalności, tej starej, znajomej roli, która pozwalała mi trzymać się w tym wszystkim.

— Chcesz spróbować mojego polecanego drinka? — zapytałam, podając mu szybki, profesjonalny uśmiech. Zawsze to działało, kiedy musiałam wrócić do rutyny.

Jednak jego odpowiedź była zupełnie inna niż się spodziewałam.

— Polecisz coś, co pozwoli ci się poczuć lepiej? — zapytał, nie przestając się uśmiechać, jakby widział we mnie coś, czego inni nie dostrzegali. Coś, co miało podziałać na mnie bardziej, niż tylko przyciągnięcie uwagi.

Jego spojrzenie było jak próbka tego, co tak dobrze znałam w tym miejscu — ukryte pragnienie, które przysłaniało wszystko inne. Moje serce wypełniła niechęć, ale zamiast reagować od razu, poczułam jakby jakaś część mnie chciała odpowiedzieć. Odruchowo wyprostowałam plecy, jakbym zaczęła znowu przybierać tę maskę, którą zawsze zakładałam. Klient był klientem, a ja byłam barmanką. Nic więcej.

— Skupmy się na tym, co masz teraz na myśli — odpowiedziałam, starając się, by ton mojego głosu zabrzmiał lekko, ale pewnie.

— Co ci podać?

Chłopak skinął głową, choć wciąż trzymał się tej samej sztucznej pewności siebie. Ale zamiast kontynuować grę, w mojej głowie pojawiła się inna myśl, wykraczająca poza to, co działo się na powierzchni. Zaczynałam czuć, jak bardzo tęsknię za czymś, co mogło by być prawdziwe. I to uczucie nie pozwalało mi skupić się na tym kliencie, na tej roli, którą odgrywałam. Zamiast tego, wciąż wracałam myślami do propozycji Axela. Co jeśli to byłoby właśnie to? Co jeśli mieszkanie z nimi mogło dać mi przestrzeń na oddech, na bycie kimś innym niż to, czym się stałam w tym miejscu?

Zamawiający chłopak zniknął w tłumie, a ja wróciłam do swoich myśli, zastanawiając się, czy Axel naprawdę miał rację. Czy po prostu biorę to za łatwo, czy może to coś, czego naprawdę potrzebuję, coś, co mogłoby zmienić to, co wydaje się niezmienne.

Kiedy znowu spojrzałam na drzwi, przez które Axel zniknął, miałam wrażenie, że w tej propozycji kryje się coś więcej niż tylko wspólne mieszkanie. Może to była szansa na to, by wyjść z tej bańki, w której żyłam przez ostatnie lata. Może to była szansa na bycie sobą, na oparcie się na kimś, kto widzi więcej niż tylko barmankę za ladą. Może to właśnie tego mi brakowało.

I choć nie wiedziałam jeszcze, co dokładnie się wydarzy, czułam, że to spotkanie miało w sobie coś, co mogło zmienić wszystko. Moje serce wciąż biło szybciej, ale nie czułam się już tak samotna. To było jakby drzwi, które zostały uchylone — drzwi, za którymi była inna rzeczywistość, inny świat. Może Axel miał rację. Może właśnie to była odpowiedź.

Nie mogłam przestać myśleć o propozycji Axela. Czułam się, jakbym nagle stanęła na krawędzi czegoś, czego nie rozumiałam do końca, ale jednocześnie czegoś, czego bardzo potrzebowałam. Przez resztę nocy, gdy ludzie przewijali się przez bar, a ja podawałam kolejne drinki, miałam wrażenie, że nic dookoła mnie się nie zmienia. Zwykła rutyna. Zwykli ludzie. Ale w środku mnie, coś drgało, coś się budziło. To była ta mała iskra, która zaczynała powoli zapalać we mnie myśli o przyszłości, o tym, jak mogłoby wyglądać życie, które nie polega tylko na przetrwaniu kolejnego dnia. Moje ręce były pewniejsze, kiedy nalewałam kolejnego drinka, ale nie miałam już tego samego poczucia oddzielenia od reszty. Praca, którą wykonywałam, już nie wydawała się taką ucieczką. Była tylko chwilową kotwicą, trzymaniem się tego, co znane. Ale to nie było już wystarczające. Czułam, jakby każda sekunda spędzona za barem stawała się cięższa od poprzedniej. Klub wokół mnie nie zwalniał tempa. Był głośny, rozbawiony, pełen ludzi, którzy nie zdawali sobie sprawy z tego, co naprawdę się działo. A ja — z każdą minutą — czułam się coraz bardziej obca. Przez chwilę miałam wrażenie, że każdy rozmowa, każda uśmiechnięta mina, każdy zamówiony drink były tylko pustymi gestami. Bez sensu. Czułam, jakby klub był tylko fasadą, a za nią nie było niczego, czego naprawdę bym pragnęła. W głowie miałam tylko jedno pytanie — co się stanie, jeśli podejmę decyzję, by spróbować? Co się stanie, jeśli pójdę za tym impulsem i przyjmę propozycję Axela?
Zamieszanie wokół mnie zaczęło się rozmywać, jakby wszystko spowolniło, jakbym patrzyła na to z oddali. I wtedy, kiedy już prawie zapomniałam o wszystkim, usłyszałam znajomy głos.

— Hej, Susan. To był Axel. Jego głos nie brzmiał zaskakująco, ale poczułam, jak moje serce bije mocniej, jakby na nowo zderzało się z tym, co miało się wydarzyć. Odwróciłam się, zaskoczona, ale jednocześnie gotowa na to spotkanie.

— Myślałem, że cię złapię — powiedział, opierając się o bar, jakby był tu zupełnie na luzie.

— Chciałem tylko upewnić się, że pamiętasz, co powiedziałem. Jeśli zmienisz zdanie… jesteśmy tam. Zatrzymał wzrok na mnie, a w jego oczach nie było presji, tylko ta sama, dziwna pewność, jaką miał wcześniej. Było w tym coś, co sprawiało, że poczułam, że to nie jest tylko kolejna propozycja. To było zaproszenie do czegoś nowego. I to coś wcale nie było takie straszne, jak początkowo mi się wydawało. Zastanowiłam się przez chwilę, zanim odpowiedziałam. W głowie wciąż przewijały się obrazy tego, co miałabym zrobić — czy powinnam po prostu spróbować? Może właśnie tego mi brakowało. Może z nimi mogłabym poczuć się trochę mniej… zagubiona.

— Masz rację — odpowiedziałam w końcu, czując, jak moje słowa wydają się mniej pewne niż zazwyczaj.

— Może spróbuję. Axel uśmiechnął się, ale nie wyglądał na zaskoczonego. Jakby od początku wiedział, że tak to się skończy. I to uczucie, że on rozumie coś, czego ja jeszcze nie potrafię w pełni pojąć, sprawiło, że poczułam się jakbym wreszcie mogła postawić krok w nieznane.

— To brzmi dobrze — powiedział spokojnie.

— Pamiętaj, że to nie jest żadna presja. Po prostu jeśli masz ochotę, drzwi są otwarte. W jego słowach było coś, co sprawiało, że nie czułam się jakby coś musiała. To nie była decyzja na zawsze, to była tylko szansa. Na coś nowego. Może na coś, czego naprawdę potrzebowałam.

— A co jeśli się rozmyślę? — zapytałam, czując, jak oddech mi przyspiesza.

— Co jeśli to nie będzie to, czego oczekuję?

— Zawsze możesz odejść — odpowiedział z takim spokojem, że poczułam, jakby to było najprostsze w świecie.

— Nikt cię nie będzie za to winił. Ale jeśli to będzie coś, co da ci poczucie, że nie musisz sama walczyć ze wszystkim, to… warto spróbować. To jego słowa sprawiły, że poczułam się mniej przytłoczona. Może rzeczywiście miał rację — nic nie musiałam, niczego nie musiałam się zobowiązywać. Po prostu mogłam spróbować. Czułam, jak ta mała decyzja, ta mała iskra nadziei, zaczyna rosnąć w mojej głowie.

— Dziękuję — powiedziałam, uśmiechając się lekko, chociaż moje serce nadal biło w dziwnym rytmie. Axel skinął głową, jakby rozumiał, że to był dopiero początek.

— Nie ma za co. W takim razie… do zobaczenia. I kiedy odszedł, poczułam, jak coś w mojej piersi staje się lżejsze. Jakby po raz pierwszy od dawna miałam poczucie, że wybór, który podejmuję, może prowadzić do czegoś, czego wcześniej nie miałam. Że to nie jest tylko ucieczka, ale szansa na nowe życie. I to było wystarczająco dużo, by podjąć decyzję. Więc tego wieczoru, zamiast wrócić do swojego starych schematów, zamknęłam oczy i postanowiłam, że zrobię ten pierwszy krok. Że jutro, może już niebawem, znajdę się w innym miejscu — z innymi ludźmi. I kto wie? Może właśnie to będzie początek nowego rozdziału w moim życiu.

𝑅𝑜𝓏𝒹𝓏𝒾𝒶ł 7

♠ "𝒥𝒶 𝒾 𝓀𝓁𝓊𝒷" ♠

“Proszę, byś przed snem spojrzał w niebo i pomyślał o mnie, że jestem, żyję i zasypiam pod tym samym niebem, co ty.

Skoro nie mogę być przy tobie, to przynajmniej możemy dzielić te chwile i a nuż uda nam się sprawić, by nasza miłość trwała wiecznie.”

𝓐𝔁𝓮𝓵

Byliśmy w tym klubie już parę razy. Każdy zakamarek, każda kawiarnia na parterze, każda dziwna twarz w tłumie, którą wędrujący wzrok uchwycił na krótką chwilę, każda rozmowa w barze… Wszystko to było znajome. A jednak, tego wieczoru, coś czułem w powietrzu. Coś, co przyciągało moją uwagę w sposób nieprzyjemny.

Kiedy wchodziliśmy przez szerokie drzwi, powitał nas zapach mocnych alkoholi, mieszający się z wibrującą muzyką. W powietrzu unosił się kurz, odbijający się od migających świateł, a w tłumie ludzi, wyłaniających się z różnych stron, czułem coś nieznajomego. Czegoś mi brakowało. I nie chodziło o to, że nie lubiłem tego miejsca.

Zawsze sprawiało mi ono frajdę. Ale teraz, w tym tłumie, czułem się jak obcy, jakby moje ciało i umysł były z innego świata niż reszta tego miejsca.

Dylan rzucił mi szybkie spojrzenie, jakby zauważył moją niepewność, ale nic nie powiedział. Zamiast tego, wrócił do swojej zabawy — wyciągnął papierosa z paczki, odpalił go, zaciągając się powoli i po chwili wypluwając dym w stronę tłumu.

Oliver szedł kilka kroków przed nami, nie zważając na nic, z uśmiechem szeroko rozciągniętym na twarzy. Jego energia była niczym błyskawica, zawsze w ruchu, zawsze szukający kogoś, kogo można porwać w wir zabawy.

Mimo że obaj wyglądali, jakby nie mieli żadnych zmartwień, ja nie mogłem się pozbyć tego dziwnego uczucia, że coś się zmieniło. Może to ja się zmieniłem?

— Co się dzieje, Axel? Wyglądasz jakbyś się rozglądał za czymś, czego tu nie ma.

Zawsze był w stanie wyczytać ze mnie każdą emocję, choć nigdy nie mówił o tym głośno. I choć nie odpowiedziałem od razu, to wiedziałem, że nie mogę ukrywać tego, co czułem. Może dlatego milczałem.

Odwzajemniłem jego spojrzenie, zerkając na chwilę na Olivera, który właśnie podchodził do baru. W jego oczach pojawił się błysk — a wtedy usłyszałem głos Dylana.

— Coś jest nie tak, prawda?

Skrzyżowałem ręce na piersi. Zamiast odpowiedzieć, nachyliłem się do przodu i wziąłem głęboki oddech, wchłaniając wszystkie bodźce — muzykę, zapachy, rozmowy. Było to jak labirynt, w którym nie mogłem znaleźć wyjścia.

— Nie wiem. Czuję się jak… jakbym stał poza tym wszystkim.

Przeszliśmy w głąb klubu. Dylan podszedł do baru, zamówił dla nas drinki. Jego obecność była jak gwarancja, że to, co się dzieje, jest pod kontrolą.

Zawsze to on trzymał klucz do zabawy, do rozluźnienia. Zawsze on wiedział, jak się bawić, jak sprawić, by reszta podążała za nim.

Oliver zniknął w tłumie, jakby nie istniał wcale, otoczony przez grupkę nowych twarzy. Zawsze potrafił znaleźć ludzi, którzy chcieli się bawić. I to właśnie on — nieustannie w ruchu, z tym cholernym uśmiechem na twarzy — wydawał się być centrum wszystkiego. To dzięki niemu imprezy miały sens. Był silny, jak żywioł, jak energia, która zmieniała przestrzeń wokół niego.

Ja natomiast — siedziałem. Z dystansem. Przymusowy obserwator.

— Masz zamiar spędzić całą noc w tym stanie?

Patrzył na mnie, nieco zawiedziony. W jego oczach było coś, czego nie rozumiałem. Może próbował mnie wyciągnąć z tego stanu, ale nie wiedział, jak. Nie mogłem mu tego wytłumaczyć. Niezbyt rozumiałem, co się ze mną działo.

— Nie wiem, Dylan. To miejsce nie ma już tego, co kiedyś.

Dylan spojrzał na mnie uważniej, jakby próbował dosłownie przeczytać moje myśli.

— Tak, wiem. Ale to właśnie dlatego tu jesteśmy, prawda? Żeby to poczuć. Żeby się od tego oderwać.

Nadal milczałem, ale nie odpowiedziałem. Miałem wrażenie, że jego słowa były czymś, czego nie mogłem przyjąć. Nie byłem już tym samym człowiekiem, który kiedyś przychodził tutaj, by uciec. Może to był ten moment, w którym musiałem stawić czoła sobie.

— I co z Oliverem?

— Zawsze w grze. Znajdzie coś, czego ty nie widzisz.

Oliver naprawdę był kimś innym.

Zawsze na pierwszej linii, nigdy nie pozostawiający miejsca na nudę. A ja… Ja zaczynałem dostrzegać, że moje miejsce w tej grze powoli znika. Zawsze byłem w tle, tym, który decydował, kiedy dołączyć do zabawy, a kiedy nie. Teraz nie byłem pewny, czy nadal chcę być jej częścią.

Po chwili zobaczyłem Olivera, który z uśmiechem flirtował z jakąś dziewczyną.

Widocznie była to jakaś kolejna znajoma twarz, która pojawiła się w klubie. To nie była żadna nowość.

Zawsze flirtował, zawsze szukał tych krótkich chwil uniesienia, które dawały mu chwilową moc. I to było w nim pociągające. Miał coś, czego ja nie potrafiłem znaleźć.

Czułem jednak dziwną mieszankę emocji — zazdrości, niepokoju, zniechęcenia. Było mi to obce, ale nie mogłem tego ignorować. Może miałem poczucie, że w tej chwili byłem jedynie cieniem. I to uczucie nie było mi wygodne.

— Dlaczego to mnie tak uderza? Dlaczego ja, który zawsze miałem wyjebane na takie rzeczy, teraz czuję się… zignorowany?

Nie znałem odpowiedzi, ale wiedziałem, że coś się zmienia. To, co dawniej wydawało się błahe, teraz stało się dla mnie prawdziwym problemem.

Im dalej wchodziliśmy w tę noc, tym bardziej czułem się obcy w tym miejscu. Miałem wrażenie, że to nie ja wybieram, co robię, tylko okolice, tłum, atmosfera wybierały za mnie. Czułem się, jakbym tracił grunt pod nogami. Dylan zniknął gdzieś w tłumie, Oliver pogrążył się w swojej zabawie. Ja zaś byłem gdzieś pomiędzy — pomiędzy ich rzeczywistościami, pomiędzy tym, co kiedyś było naturalne, a tym, co teraz wydawało się obce.

— Czemu to wszystko wydaje się takie… puste?

I wtedy dostrzegłem go — moment, który miał na zawsze zmienić moje post

Patrzyłem na Olivera, który już teraz, jak zwykle, miał całą uwagę na sobie. Jego uśmiech, błysk w oczach, pewność siebie — to wszystko było jak zaproszenie do zabawy. Był w swoim żywiole. Większość ludzi w tym klubie patrzyła na niego jak na centrum wszechświata, przyciągając wzrok i uwagę jak magnes. Zawsze to on był tym, który mógł przejść przez tłum, a wszyscy mu ustępowali, jakby miał do zaoferowania coś, czego nikt inny nie miał.

Zawsze był najszybszy w zabawie, najszybszy w flirtach, najszybszy w poruszaniu się w tym chaotycznym świecie.

Z kolei ja… stałem tu, jakbym był jedynie cieniem, tylko obserwatorem tej samej gry, w której kiedyś grałem, ale teraz wydawało się, że już nie pasuję do zasad.

W tej chwili, gdy zauważyłem, jak Oliver przekłada rękę na bark jakiejś dziewczyny, ogarnęło mnie dziwne uczucie — coś pomiędzy zazdrością a pustką. Poczułem jakby kawałek mnie odszedł z nim, jakby to, co jeszcze niedawno było częścią mnie, teraz umykało w stronę kogoś, kto wcale tego nie potrzebował. Kogoś, kto w tym wszystkim odnalazł swoje miejsce, a ja… nie. Ja nie byłem już pewny, gdzie jestem.

W tym momencie poczułem, jakby coś w moim wnętrzu pękło. Moje myśli popłynęły do przodu, do wszystkich tych momentów, kiedy byłem częścią tego świata. Wtedy czułem, że mam wszystko pod kontrolą — te same imprezy, te same rytuały, te same zabawy. A teraz? Teraz czułem, jakby coś nie pasowało. Jakby coś się zmieniało, a ja nie potrafiłem nadążyć za tą zmianą.

Nie mogłem dłużej milczeć. Wiedziałem, że jeśli będę wciąż udawał, że nic się nie zmienia, to tylko pogłębię to poczucie pustki. Wtedy, stojąc w tłumie, zacząłem czuć, że naprawdę już nie wiem, co mam zrobić.

— Co się ze mną dzieje? Dlaczego to wszystko nagle wydaje się takie… puste?

W tym momencie, jak na zawołanie, Dylan pojawił się przy moim boku, wyraźnie zauważając, że coś jest nie tak. Zwykle z nim rozmawiałem, żartowałem, pozwalałem, by atmosfera się zmieniała, ale teraz byłem inny. Inny niż zwykle.

— Jestem cię w stanie wyciągnąć z tego stanu, wiesz? Zróbmy to, co zawsze robimy. Co ty na to?

Czułem jego wzrok na sobie, pełen troski, ale też lekko drwiący. Dylan miał dar dostrzegania, kiedy ktoś nie był sobą, ale nigdy nie potrafił naprawdę zrozumieć, co się dzieje. Wystarczył mu jeden uśmiech i porcja zabawy, by po prostu kontynuować życie.

Dla niego to wszystko było prostsze. To on był tym, który nie miał wątpliwości, nie musiał się zatrzymywać, nie musiał zastanawiać nad tym, co jest prawdziwe. I może dlatego nie potrafił pojąć tego, co działo się we mnie.

— Nie wiem, Dylan. Po prostu nie wiem. Może potrzebuję czegoś… czegoś, czego tu nie znajdę.

Dylan milczał przez chwilę, jakby czekając na dalszą część moich słów. Nie było jej. Po prostu siedziałem tam, przy barze, starając się wyjść z tego zaklętego kręgu, w którym byłem zamknięty, ale nie wiedziałem, co zrobić, by uwolnić się od tej nocy.

— Cóż, to już twój wybór, Axel. Ja tu nie zamierzam stać, więc… nie wiem, co ci powiedzieć.

Zacisnąłem pięści na barze. Nie miałem już odpowiedzi. Czułem się jak w pułapce, ale nie potrafiłem znaleźć wyjścia.

Po chwili Dylan zniknął, jakby wchłonął go tłum.

Zostałem sam.

Moje myśli uciekały w różne strony, ale nie potrafiłem nic z nimi zrobić. To nie był ten moment. Nie miałem w sobie energii na to, by podążać za resztą, by czuć się częścią tej zabawy, jak jeszcze kilka dni temu.

Tłum stawał się coraz bardziej chaotyczny. Światła migotały, muzyka stawała się głośniejsza, wibrowała w moim ciele. Moje zmysły były oszołomione, ale ja wciąż stałem w miejscu. Wciąż nie wiedziałem, co dalej.

Nagle z tłumu wyszła postać, którą od razu rozpoznałem. To była dziewczyna, której nigdy wcześniej tu nie widziałem. Szła pewnym krokiem, jakby znała każdy zakamarek tego klubu. Miała coś w sobie — nie była jak te wszystkie twarze, które widywałem każdej nocy. Coś innego przyciągało moją uwagę. Może to była jej postawa, może sposób, w jaki poruszała się w tym chaosie, jakby była jedyną osobą, która naprawdę wiedziała, czego chce.

Stała tam przez chwilę, patrząc na mnie, a potem jej wzrok przesunął się na Dylana, który stał z innymi w tłumie. A ja, mimo że czułem w sobie tę pustkę, byłem ciekaw, co ta dziewczyna może mi zaoferować.

Nie wiem, co to było — jej spojrzenie? Może poczucie, że znowu mogę poczuć się częścią czegoś, co miało sens. I chociaż nie wiedziałem, dokąd zmierzam, czułem, że ten moment mógł coś zmienić. Wystarczyło tylko zrobić krok. Ale czy byłem gotów?

Dziewczyna zbliżyła się.

Była tu, obok.

Na wyciągnięcie ręki.

Patrzyła na mnie, jakby wiedziała, że nie jestem tu tylko dla zabawy. Że coś się zmienia, że coś we mnie pęka, że już nie jestem tym samym Axel, który bawił się z nimi we wszystkim.

Jej spojrzenie przeszywało mnie na wskroś. Nie pytała, nie oceniała. Wystarczyło jedno spojrzenie, bym poczuł, że ktoś wreszcie zauważył, że coś jest nie tak.

Zamiast jednak rozmawiać, milczeliśmy. Wspólnie staliśmy w ciszy, a wokół nas trwała nieprzerwana zabawa. Ale w tej chwili to już nie miało znaczenia.

Tłum się rozpraszał, a ja poczułem, że po raz pierwszy od dawna, nie jestem już tylko obserwatorem.

Poczucie obcości zaczynało zniknąć. Moje własne poczucie kontroli nad tą nocą wróciło.

Wtedy, stojąc z nią w tym szumie, poczułem, że nie muszę już uciekać od siebie.

𝑅𝑜𝓏𝒹𝓏𝒾𝒶ł 8

✞ "𝒫𝓇𝓏𝑒𝓅𝓇𝑜𝓌𝒶𝒹𝓏𝓀𝒶" ✞

„Kocha się nie za coś, ale mimo wszystko.”

𝓢𝓾𝓼𝓪𝓷

3 dni później

Kiedy weszłam do „dziupli” Axela, od razu poczułam się jak w filmie, w którym nikt nie powiedział mi, że to jest wersja bez scenariusza. Gdy drzwi się zamknęły, spojrzałam na niego i stwierdziłam, że wygląda, jakby nie miał pojęcia, co teraz zrobić. On zawsze miał takie spojrzenie, jakby był w pół drogi między „co tu się dzieje?” a „po prostu zróbmy to”. I zawsze go to wkurzało.

— Więc… to ta słynna dziupla? Trochę… rozgardiasz, nie?

Patrzył na mnie przez chwilę, jakby próbował zrozumieć, czy jestem serio, czy żartuję. Ale jak to ja — nie pozwoliłam mu się zastanawiać za długo.

— Nie. To sztuka. Jest minimalistyczna.

Zerknęłam na porozrzucane po podłodze skarpetki, porozrzucane papiery, pustą butelkę po piwie i nie do końca zamkniętą paczkę chipsów.

— Ach, rozumiem. Minimalizm. Jakoś nie zauważyłam, że artysta już rozgościł się na podłodze.

— Mam cię, mamy całą noc na życie w sztuce. Możesz usiąść. Będzie wygodnie. Chociaż może nie wiesz, gdzie, bo jak widzisz… artysta ma problem z utrzymaniem porządku.

Usiadłam na jednej z tych kanap, które wydawały się bardziej „typowo wygrzebane z kanciapy”, niż faktycznie wygodne. Ale hej, nie narzekam, pomyślałam sobie. Na pewno będzie śmiesznie.

Właśnie wtedy z kuchni wyszedł Dylan, trzymając w ręce… tacę pełną pustych kubków i jeden do połowy pełny z sokiem pomarańczowym. Bez słowa postawił to na stole.

— Nie wiedziałam, że dołączyłam do klubu… syndromu naczynia?

Dylan spojrzał na mnie z totalnym brakiem zrozumienia.

— To jest technika. Wiesz, sztuka powinna być codzienna. To takie… refleksyjne. Im więcej pustych kubków, tym większa głębia w tej przestrzeni.

— W takim razie… będziesz musiał zrobić całą wystawę w łazience.

Oliver, który właśnie wrócił z zakupów (i wyglądał, jakby miał w ręku wszystkie napoje gazowane w okolicy), stanął w drzwiach i zamachnął się torbą.

— Słuchajcie! Mam napoje! I całą lodówkę pełną Elektrycznych Czerwonych Chmur, które mogą spalić cię od środka!

Patrzyłam na niego przez chwilę, a potem zaczęłam się śmiać. Ten chłopak był dosłownie chodzącym absurdum.

— Elektryczne Chmury? Czujesz się jak bohater jakiegoś przestarzałego filmu sci-fi?

Oliver dał mi pełną odpowiedź w stylu „oczywiście, że tak”:

— Dokładnie. Tylko bez efektów specjalnych. Ale powiedzmy, że nowe technologie zawsze muszą mieć ten moment błysku!

10 minut później…

Po chwilowej konsternacji wszyscy zaczęliśmy się rozpakowywać, a ja rozważałam, gdzie umiejscowić swoje rzeczy w tym mieszkaniu, które miało wyraźnie swoje prawa.

— Wiesz, że mam rzeczy, które mogą wyjść z tej torby, prawda?

— Czego nie ma w tej torbie, Susan? Chciałaś się wprowadzić, to teraz nie narzekaj — powiedział Axel.

I wtedy rzeczywiście wyjęłam torbę. A była to torba pełna absolutnych absurdów — nie tylko moich rzeczy, ale też tych dziwnych rzeczy, które zdarzyło mi się uzbierać przez ostatnie miesiące.

— Okej, chyba nie jestem gotowa na widok… tej magicznej kolekcji rzeczy, którą tu trzymam. Patrz — mam trzy notatniki, długopis, który nie działa, książkę, której nie przeczytam przez najbliższy rok, oraz… koc, który na pewno jest sprzed 1998.

— Ty jesteś jednym z tych ludzi, którzy wnoszą więcej rzeczy, niż mogą pomieścić, prawda? — zapytał Axel.

— To jest sztuka, Axel. Właśnie się w niej zanurzam.

I wtedy zaczęliśmy się śmiać, bo faktycznie w mojej torbie pojawiły się elementy przypominające totalny chaos. Na szczęście Axel, który siedział obok, miał na twarzy wyraz zmęczenia, jakby już próbował się do tego wszystkiego przyzwyczaić.

— Czyli teraz to już tak będzie? Mam żyć w tym chaosie? — zapytałam.

— Kto powiedział, że to będzie łatwe? Tutaj wszystko ma swoją kolejność… tylko w naszym własnym, dziwnym, artystycznym porządku. — odpowiedział chłopak.

— To jest sztuka, Axel. Właśnie się w niej zanurzam. — zaczęłam się śmiać.

I tak zaczęło się moje życie w tej dziupli. Może to nie było idealne miejsce, ale było… pełne życia, śmiechu i nieoczekiwanych absurdów. I chociaż na początku nie byłam pewna, czy się w tym odnajdę, to właśnie te małe, zabawne chwile sprawiały, że zaczynałam czuć, że to jest moje miejsce. I, jak się okazało, Axel, Dylan, Oliver, Thomas też stanowili część tej dziwnej układanki, którą trzeba było zaakceptować. Z odrobiną humoru, ciepła i… niskiego poziomu porządku.

— Kiedyś cię zapytam, co w niej jeszcze masz, bo podejrzewam, że może tam być nawet starożytny artefakt.

I wtedy wszyscy wy buchnęliśmy śmiechem.

Cztery dni później…

Kilka dni po moim wprowadzeniu w „dziuplę” Axela, zaczynałam przyzwyczajać się do tego miejsca. No dobra, może nie przyzwyczajać się, ale przynajmniej nie potykałam się o rzeczy co pięć minut. Czułam się, jakbym miała jakieś niepisane prawo do porządku, ale raczej byłam w mniejszości, bo cała reszta uznawała bałagan za część naturalnego porządku rzeczy.

Pewnego dnia, tuż po śniadaniu, które jak zawsze wyglądało jak najgorszy koszmar kulinarny (tosty i zimna kawa, z czego połowa tostsów była przypalona), usłyszałam donośny hałas dobiegający z pokoju obok. Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, do pokoju weszli Dylan i Oliver, śmiejąc się jak wariaci, trzymając w rękach… torbę pełną… kurczaków w panierce.

— Dzień dobry, Susan! Mamy prezent! — krzyknął Dylan, trzymając torbę jak trofeum. 
— Prezent? — zapytałam, wytrzeszczając oczy, bo w pierwszej chwili nie miałam pojęcia, co się dzieje. 
— Tak, prezent! — dodał Oliver, szczerząc się jak dziecko. — Możemy je upiec, usmażyć, albo… zjeść na surowo. Kto wie? 
— Ale dlaczego… kurczaki? — zaczęłam się śmiać, nie mogąc opanować zdziwienia. 
— Przypadkowy zakup — wyjaśnił Dylan, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

— Chcieliśmy zrobić obiad, a potem się okazało, że jesteśmy totalnie nieprzygotowani do pieczenia. Więc po prostu wzięliśmy je do domu. Życie to przygoda! 
— A co z piekarnikiem? — zapytałam, przymykając oczy, bo już wiedziałam, że po tej rozmowie wcale nie będę jadła kurczaka na obiad. 
— Jest. Tylko… nie wiem, czy zadziała — dodał Oliver z poważną miną. — Ostatni raz piekliśmy w nim coś, co przypominało spaloną pizzę. 
— Tak, ale teraz to kurczak — zaznaczył Dylan, jakby to miało rozwiązać wszystkie problemy.

W tej chwili poczułam, że to będzie zabawa. Bo jeśli chodziło o nich, to każde przedsięwzięcie, nawet najmniejsze, zamieniało się w totalny chaos. Zamiast więc pytać, co będzie dalej, postanowiłam dołączyć do tego dziwnego planu, bo wiedziałam, że czeka nas coś, o czym długo będziemy rozmawiać.

— No dobra, niech będzie. Ale tylko jeśli przynajmniej nie spalicie tego na węgiel.

Kilka minut później, cała trójka zorganizowała w kuchni jakąś swoją osobliwą wersję gotowania. Axel, który zazwyczaj unikał takich akcji, patrzył na nas z boku, jakby zastanawiał się, w co się wpakował.

— Ja się poddaję — powiedział w końcu, chowając się za gazetą. — To nie jest normalne gotowanie. 
— Nigdy nie mów „nigdy” — odparł Dylan, rzucając mu swój najbardziej błyskotliwy uśmiech. — Ty po prostu nie wiesz, jak to robić w stylu sztuki współczesnej. To jest eksperyment.

W tej chwili kurczaki zaczęły się przypalać. Nie z powodu piekarnika, ale raczej przez to, że Oliver miał w głowie zupełnie inny pomysł na gotowanie niż reszta świata. W końcu, po dziesięciu minutach chaosu, udało się je uratować… no, w zasadzie wyszły jak trochę gumowe, ale daliśmy radę je zjeść.

— Co to za smak? — zapytałam, wbijając widelec w kawałek, który miałby być uważany za „smażony kurczak”. 
— To jest… nowe podejście do kurczaka — stwierdził Oliver, udając, że to zamierzony efekt. — Postawiliśmy na nowoczesność, nie na klasykę. To nowoczesność to chyba twój wymysł — odpowiedziałam, patrząc na niego z przekąsem.

Po tej kulinarnej katastrofie postanowiłam, że muszę znaleźć swoje miejsce w tym szalonym domu.

Bo zaczynałam czuć się jak część tej całej grupy, ale wciąż miałam potrzebę stworzenia jakiejś swojej przestrzeni. Zaczęłam przestawiać rzeczy, ustawiać je tak, jak mi pasowały. Moje książki, torba, zdjęcia na ścianie… wszystko miało swój porządek, tylko nie do końca pasowało do tego miejsca.

Axel, który mnie obserwował przez chwilę, podszedł do mnie z kawą, jakby zastanawiał się, co zrobić.

— Potrzebujesz coś jeszcze? — zapytał, patrząc na moją małą „zupę” z rzeczy.

— Co? — spojrzałam na niego z rozbawieniem.

Przewróciłam oczami i usiadłam na kanapie, patrząc na to wszystko. Właściwie to była niezła zabawa, pomyślałam. Chaos, sztuka, dziupla, kurczaki… i my. Nawet jeśli nie było tu wszystkiego, co w życiu wydawało się ważne, to chyba znalazłam coś, co naprawdę się liczyło — dobrych ludzi, z którymi można przetrwać wszystko, nawet najgorszy kurczak w historii.

— No dobra, może i zmienię wystrój — mruknęłam. — Ale to będzie moje miejsce. Przynajmniej na chwilę. 
— Jak ci się podoba nasz nowy sposób gotowania? — zapytał Dylan, przerywając moje myśli, patrząc na mnie z uśmiechem. 
— Kiedyś trzeba będzie wprowadzić nowe zasady. Na przykład, zakaz gotowania przez Olivera. 
— Nigdy! — Oliver odpowiedział z dramatycznym gestem, jakby to był temat nie do dyskusji.

I tak, w tej zagraconej przestrzeni, gdzie chaos stawał się nowym porządkiem, zaczęłam odnajdywać swoje miejsce. Może nie było idealnie, ale było… nasze.

Pięć dni później..

Kilka dni później, kiedy już w miarę przyzwyczaiłam się do tego całego zamieszania, zaczęło się robić… jeszcze bardziej intensywnie. Okazało się, że w tej eklektycznej grupie z pewnością nie można narzekać na nudę. I choć na początku myślałam, że będzie to spokojna przeprowadzka, z czasem zaczęłam dostrzegać, jak bardzo się myliłam.

Tego dnia Oliver postanowił zorganizować „rozmowę motywacyjną”. Co to oznaczało? Nie miałam pojęcia, ale skoro to był Oliver, wiedziałam, że mogę spodziewać się czegokolwiek.

— Oliver — Zróbmy to teraz, bo nie ma czasu do stracenia! Cała ta przeprowadzka to tylko początek! Przed nami przyszłość! Przyszłość, która jest… pełna wyzwań!

Zastanawiałam się, czy on przypadkiem nie przeczytał jakiegoś motywacyjnego bloga o tym, jak wszystko jest możliwe, a teraz postanowił podzielić się swoją mądrością ze światem.

— Susan. A co to ma wspólnego z tym, że przenosimy poduszki na inne miejsce w salonie? 
— Oliver — To jest strategia! Zmieniamy energię w przestrzeni! Będziemy działać na pełnych obrotach, a nasze poduszki to tylko początek!

Patrzyłam na niego jak na osobę, która właśnie odpaliła rakietę na poduszce, ale nie miałam serca mu tego powiedzieć. Poza tym — jeśli coś by się wydarzyło, przynajmniej nie będę musiała sprzątać.

— Ale serio, Oliver, zmiana poduszek to nie jest za dużo, żeby zbudować fundamenty naszej przyszłości. Może zacznijmy od czyszczenia piekarnika? — zapytał Dylan. — Pieczenie na surowo to nasza przyszłość, Dylan!

Dylan pokręcił głową, a ja zaczęłam się zastanawiać, kiedy to wszystko stało się aż tak absurdalne. Mimo to, siedząc na jednej z tych przeklętych poduszek, które co chwilę trzeba było przestawiać, poczułam, że mimo wszystko czuję się w tym miejscu… dziwnie dobrze.

Tak, może to nie był idealny porządek, ale to był porządek, który stworzony został przez nas, ludzi, którzy przez przypadek stali się współlokatorami.

𝑅𝑜𝓏𝒹𝓏𝒾𝒶ł 9

♠ "𝒞𝒾𝓈𝓏𝒶 𝒾 𝓈𝓅𝑜𝓀ó𝒿" ♠

„To była pierwsza miłość.

Nieprawda, że pierwsza jest najważniejsza.

To wymyśliły zazdrosne i zawistne pierwsze miłości.

Dla mnie najważniejsza jest zawsze ostatnia miłość.

Ale pierwsza ma znaczenie.

Jest najbardziej neurotyczna i najbardziej tajemnicza.

Nie można jej do niczego porównać.”

𝓐𝔁𝓮𝓵

Było już późno, a ja czułem, że muszę się wyrwać.

Wszyscy w dziupli zdawali się być pochłonięci własnym światem — Dylan siedział w kącie z książką, Oliver przeglądał jakieś stare notatki, a Susan znowu coś pisała.

Każdy z nich miał swoją chwilę, swoją przestrzeń, ale ja czułem, że nie mogę tego dłużej znieść.

Powietrze w dziupli stawało się ciężkie, pełne tej samej, nieuchwytnej atmosfery, która rozciągała się od kilku dni — i nie miało sensu udawać, że nic się nie zmienia.

Cisza. I to mnie gniotło.

Siedzenie tam, w tym samym miejscu, z tymi samymi twarzami, wokół tego samego bałaganu. Niby było wygodnie, niby niczego mi nie brakowało, ale jednak czułem się jak w klatce. Zatopiony w tej starej, zakurzonej rzeczywistości. I czułem, że muszę wyjść. Musiałem się wyrwać, choćby na chwilę.

Wstałem bez słowa, starając się nie zwrócić na siebie uwagi. Chciałem, żeby to było szybkie. Cicho. Potrzebowałem tej wolności, tego poczucia, że wciąż mam kontrolę nad czymś. Kiedy drzwi do dziupli zamknęły się za mną, poczułem ten chłód nocy, który był dokładnie tym, czego szukałem. Zatrzymałem się na chwilę przed budynkiem, wciągając powietrze, a potem ruszyłem w stronę miasta.

Miasto.

Zawsze wiedziałem, że ono jest odpowiedzią.

Ciemne ulice, które wciągają, w których można zniknąć. Tam wszystko było jasne. Wystarczyło się tam pojawić, a reszta sama przychodziła. Bez zbędnych pytań, bez oczekiwań. Zawsze mogłem wrócić, ale na razie — miałem tylko siebie.

Szedłem szybkim krokiem, nie patrząc za siebie. Miałem dość siedzenia w tym mieszkaniu, dość tych wszystkich rozmów, które kończyły się niczym.

Przestrzeni, w której nic nie miało sensu. Potrzebowałem czegoś żywego, czegoś, co mogło mi dać oddech, coś, co nie miało żadnych oczekiwań.

Klub był dokładnie tym miejscem. Czułem go zanim do niego dotarłem. Zapach dymu, brzęk butelek, murmur rozmów, które nigdy nie miały początku ani końca. Po prostu szum. A ja byłem w tym, jak zawsze. Całkowicie anonimowy. Tylko ten moment, tylko ta noc.

Wszedłem do środka, czując, jak muzyka odbija się od ścian, jak tłum pulsuje w rytm. Było tłoczno, głośno, ale to wszystko miało w sobie jakąś dziwną harmonię. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ja nie musiałem nikogo szukać. Wiedziałem, co robię. Zawsze wiedziałem, jak to załatwić. Wystarczyło tylko wyciągnąć telefon i przejść przez tłum.

Po kilku minutach zobaczyłem go — gościa, którego znałem od dawna. Typ, który zawsze miał coś do zaoferowania, gdy potrzebowałem tego, czegoś, co pozwoliło mi przetrwać kolejne dni w tym pieprzonym świecie. Zbliżyłem się do niego, ignorując otaczający mnie chaos.

— I co, znowu się pojawiłeś. Potrzebujesz czegoś, czy po prostu tu jesteś, żeby poczuć ten zapach? — zapytał.

— Potrzebuję czegoś, co mnie ruszy. Jak zwykle. — odpowiedziałem rozglądając się.

Facet patrzył na mnie, jakby zastanawiał się, co za tym stoi, ale nie mówił nic.

Wiedziałem, że nie muszę nic wyjaśniać. Na tym polegał cały deal — wszystko było jasne, dopóki byłem tu, w tej przestrzeni. Wszystko, co musiałem zrobić, to przejść przez kilka kroków, żeby wszystko się zgodziło. A potem miałem to, czego potrzebowałem.

Płaciłem, a on przekazywał mi to, czego szukałem — szybki zysk, chwilową ulgę. Bez zbędnych słów. I wiedziałem, że w tej chwili nie muszę niczego udowadniać. To była tylko moja decyzja. Moje „tu i teraz”.

Kiedy wychodziłem, wróciłem do tłumu, by zniknąć w tej sztucznej rzeczywistości, którą kochałem.

Czułem się, jakbym znów miał kontrolę. Jakbym był w stanie decydować, co dalej, jakbym mógł odetchnąć pełną piersią. Nikt mnie nie pytał o nic, nikt nie czekał, nikt nie oczekiwał żadnych odpowiedzi. Byłem tu i teraz, w pełni.

Zniknąłem w ciemności, nie oglądając się za siebie.

Kiedy przekroczyłem próg dziupli, poczułem, jak chłodne powietrze z zewnątrz zostaje za mną, a zapach stęchłego powietrza i przetartych ubrań wypełnia wnętrze mieszkania.

W pierwszej chwili nic się nie zmieniło.

Dylan wciąż siedział w fotelu, otoczony książkami, wpatrzony w pustą kartkę.

Oliver leżał na podłodze z jakimś starym laptopem na kolanach, śledząc na ekranie coś, co pewnie nie miało większego sensu.

Susan była tam, gdzie zawsze, w kuchni, przy kubku z kawą, notując coś w swoim zeszycie.

Wszystko wydawało się takie spokojne. Takie… nieżywe. I to było to, co mnie dręczyło. Czułem, jakbym znowu wchodził do tej samej bańki, do której sam się zamknąłem, a której nie potrafiłem wyjść. Siedziałem w tym miejscu, z tymi ludźmi, a jednak odczuwałem, że to wszystko jest tylko zwykłą codziennością, którą powtarzali wszyscy wokół mnie. Bez wyjścia.

Westchnąłem, rzucając torbę na stół, bez żadnych słów, jakby wcale nie byłem w tym samym pomieszczeniu.

Może miałem trochę zbyt wysokie oczekiwania, jakbym tego dnia wrócił z jakąś głęboką odpowiedzią. Ale wszystko, czego byłem pewny, to to, że potrzebowałem więcej.

Susan uniosła wzrok i przez chwilę spojrzała na mnie bez słowa, jakby wyczuwając coś, czego nie chciałem wyjawić.

Była tak cicha, że prawie nie zauważyłem, kiedy podeszła. Po chwili oparła się o stół obok mnie, patrząc na mnie z tym spokojnym spojrzeniem, które zawsze miała, ale które teraz wydawało się… zbyt rozumiejące.

— Wracasz o tej porze… Znowu coś się wydarzyło, prawda?

W jej głosie nie było oskarżenia, tylko pytanie.

I ta cisza.

Zawsze to czułem — to, że wiedziała.

Nie musiała pytać o szczegóły, nie musiała prosić o odpowiedzi. Znała mnie wystarczająco dobrze. Ale to było jak powtarzający się schemat — ona widziała coś, czego ja jeszcze nie dostrzegałem. Czułem się, jakby te same sceny powtarzały się zbyt często.

— Po prostu potrzebowałem wyjść. To wszystko.

Westchnąłem, spoglądając na nią, jakby próbując znaleźć jakąś odpowiedź w jej oczach. Czasami jej obecność była dla mnie jak ściana, którą nie chciałem zburzyć. Nie miałem zamiaru wchodzić w szczegóły, bo wiedziałem, że to i tak nie zmieni niczego. Że to tylko kolejna chwila, która nie ma sensu. A jednak, nie mogłem nie odpowiedzieć.

— Rozumiem. — odpowiedziała cicho.

Nie musiałem nic mówić dalej.

Odpowiedź wystarczyła, żeby dać nam obojgu przestrzeń na milczenie. Susan była taka. Zawsze dawała ci czas na to, by samemu dojść do tego, co naprawdę chcesz powiedzieć.

Tak jak teraz — siedziała obok mnie, ale wcale nie czułem się przytłoczony jej obecnością. Była jak tło, które zawsze było gotowe, by cię wesprzeć, ale nigdy nie wymuszało niczego.

Dylan rzucił mi spojrzenie z fotela, ale nie zapytał o nic. Zwykle nie pytaliśmy się o te rzeczy. Wiedzieliśmy, że to nie miało sensu, a może nawet po prostu nie chcieliśmy się wtrącać w przestrzeń drugiego człowieka.

Dylan miał swoje książki, Oliver swoje projekty na komputerze, Susan swoje notatki.

Każdy z nas zdawał się unikać pełnej konfrontacji. Ale coś w tej nocy było inne. Może to przez to, że spędziłem tamtą chwilę w klubie, może to przez te rozmowy, które odbywały się w mojej głowie, a których nie chciałem dzielić z nikim.

— Zrobiłem to, co miałem zrobić. Tylko… czasami mam wrażenie, że to wszystko nie prowadzi donikąd. — powiedziałem cicho.

Susan uśmiechnęła się lekko, z tym swoim spokojnym, powściągliwym uśmiechem.

— To naturalne. Wiesz, że każdy ma swoje dni. Ale ważne, że wróciłeś — odpowiedziała.

To zdanie, choć proste, miało w sobie więcej niż tylko gest pocieszenia. Może to ona miała rację — może wszystko, co robiliśmy, prowadziło donikąd, ale wciąż byliśmy razem. Może to była odpowiedź na to, czego tak bardzo szukałem.

Nie musiałem już nic więcej mówić. Usiadłem obok niej przy stole, z dala od ich rozmów. Zostawili mnie w spokoju. Może to wszystko było właśnie tym, czego potrzebowałem — chwilą, w której mogłem tylko być. Bez presji, bez oczekiwań.

Wszystko pozostałe było jak tło.

Zawsze było tam.

Czekało.

A ja po prostu miałem czas, by to docenić.

I chociaż nie miałem zamiaru zatrzymywać się na dłużej w tym stanie, zrozumiałem, że na chwilę — w tej dziupli, w tej chwili ciszy — mogłem być w końcu sobą. I to wystarczało.

Następny dzień…

Poranek. Zawsze to samo. Każdego dnia ten sam rytm. Otwieram oczy i przez chwilę nie wiem, gdzie jestem. Dziupla, tak. Dopiero wtedy przypominam sobie, że to moje miejsce.

Wspólne miejsce, ale czy na pewno? Zawsze się zastanawiam, jak długo jeszcze będziemy tu wszyscy, zanim ta przestrzeń stanie się za mała. Zanim coś w nas pęknie. Zanim jedno z nas po prostu zniknie, jak ja zawsze.

Susan już nie spała. Jej filiżanka była prawie pusta, notatnik leżał obok, pootwierane kartki na stole. Patrzyła na mnie przez moment, ale nie powiedziała nic. To było dziwne — ten moment, kiedy ona wiedziała, że jestem gotów zniknąć, a ja wiedziałem, że ona czuje, że nie chcę tego robić. Ale nie miałem pojęcia, co z tym zrobić. Patrzyłem na nią przez chwilę, zastanawiając się, czy w ogóle mam coś, co mogłoby wyjść z moich ust.

— Musisz gdzieś jechać?

Zawsze stawiała to pytanie tak po prostu, jakby nie było ważne, co się za tym kryło. I to było dziwne, bo w jej głosie nie było troski, nie było pytania o moje plany. To brzmiało jak informacja, jakby stwierdzenie faktu.

— Może. Zobaczymy. — odpowiedziałem.

To wystarczyło. Patrzyła na mnie chwilę dłużej, jakby oczekiwała czegoś, ale zamilkła. Nie mówiła nic więcej. To było coś, co czuliśmy wszyscy. Żadne z nas nie chciało się czepiać, nie chciało pytać.

Wszyscy wiedzieliśmy, co się dzieje, ale nie mówiliśmy o tym. Dziwna cisza. Kiedyś próbowałem się do niej przyzwyczaić, teraz tylko ją czułem. Otaczała nas wszystkich.

Wstałem z kanapy, nie czując, że muszę zrobić cokolwiek więcej. Mój wzrok przesunął się po pokoju, zatrzymał na Dylanie, który znowu wpadł w książki. Kolejna książka, kolejne strony, które zostaną przekartkowane, ale nigdy nie wejdą głębiej. I znowu, ten sam mechanizm, w którym nic się nie zmienia.

Każdy z nas miał swoje ściany, swoje przestrzenie, w których tkwiliśmy. Dylan miał swoje książki, Oliver miał komputer, a Susan… Susan miała swoje notatki. A ja? Ja miałem tę dziupla.

— Znikam na chwilę.

Znowu to powiedziałem, ale Susan tylko skinęła głową. Wiedziała, że to po prostu coś, czego potrzebowałem. I nie próbowała zatrzymać. Nikt zresztą nie próbował.

Ruszyłem na miasto, nie mając żadnego celu.

Znowu miałem ochotę poczuć się wolny, choć wiedziałem, że nie jestem. Nic nie było tu wolne. To była tylko iluzja, którą sobie wmawiałem. Miasto tętniło życiem, ale nie było w nim niczego, co bym naprawdę rozumiał. Dźwięki, tłumy, hałas — wszystko to mijało mnie, jakbym był na zewnątrz tego wszystkiego, ale nigdy w środku.

Wchodzę do klubu, jak zwykle. Znajomi barmani machają mi głową. Znam ich, oni mnie.

Nie muszę nic mówić.

To już nie jest zabawa.

To po prostu transakcja.

Każdy ma tu coś do zaoferowania, ale nigdy nie wymieniamy się słowami. Wystarczy spojrzenie, kiwnięcie głową, drobny gest, i wszystko jest jasne. Zawsze tu byłem. Zawsze wracam.

Po kilku drinkach czuję, że znów jestem blisko tej granicy, którą przekroczyłem setki razy. Znowu czuję to dreszcze, które wcale nie są radosne. Są raczej… puste. Zmierzam w stronę stołu, gdzie czeka gość. Dziwny facet, którego zawsze spotykam, kiedy muszę coś załatwić. Głównie chodzi o to, że tu nie muszę nic tłumaczyć. Przekazuję mu to, co przyniosłem, a on daje mi to, czego oczekuję.

Proste.

Nie rozmawiamy. Obydwaj wiedzieliśmy, że nie warto tracić czasu na słowa. Wiemy, co mamy zrobić. I oboje, na swój sposób, próbujemy to rozumieć. Ale po chwili wstaję. Zawsze wstaję, bo wiem, że to nie jest miejsce, w którym mogę zostać. Znowu czuję, jak ten świat przyciska mnie z każdej strony.

Wracam do dziupli.

Może to miejsce jest moim więzieniem, ale to jedyne, które znam.

Susan siedzi na kanapie, Dylan jak zwykle zagłębiony w książkach, Oliver zniknął w swoim świecie. I znów ja — wróciłem, jakbym nigdy nie wyszedł.

— Wróciłem.

I choć nikt nie odpowiedział, czułem, że znów jesteśmy w tej samej ciszy. Znowu, po wszystkim, co się stało, wciąż tu byliśmy. Każdy w swoim miejscu, z tymi swoimi małymi światem, które trzymały nas razem, ale i oddzielały.

To nie było życie, które można by zrozumieć. To nie było nic, co można było nazwać pełnią. Ale to było… coś. I na razie to wystarczało.

𝑅𝑜𝓏𝒹𝓏𝒾𝒶ł 10

✞ "𝒮𝒶𝓂𝑜𝓉𝓃𝑜ść” ✞

„Miłość to decyzja podejmowana każdego dnia na nowo.”

𝓢𝓾𝓼𝓪𝓷

Kilka dni później…

Weszliśmy do klubu, a dźwięk basu przeszył mnie od stóp do głów, jakby ktoś walnął mnie w brzuch. Dylan obok mnie już unosił ręce, a Axel za nim szedł, przewracając oczami, ale z uśmiechem na twarzy. Świecące neony rzucały migotliwe światła na ich twarze, w powietrzu unosił się zapach perfum wymieszany z alkoholem i potu. Mimo tego, wszystko wydawało się jakby w lekkim spowolnieniu, jak scena z jakiegoś filmowego montażu, w którym widać tylko najlepsze momenty — zero zbędnych detali.

Jestem gotowa na to! — pomyślałam, mimo że nie do końca byłam pewna, co oznacza bycie gotową na to. Zdecydowanie czułam się podekscytowana, ale wciąż trochę niepewna, jak ta noc potoczy się dalej. Kiedy zaczęłam wchodzić w rytm, przypomniałam sobie, że najlepiej spędzam czas, kiedy po prostu przestaję się zastanawiać, co może się wydarzyć, i po prostu zaczynam się bawić.

— Chodź, zamówię coś do picia! — powiedział Dylan, wskazując na bar, zanim rozproszył się w tłumie. Axel kiwnął głową, a potem poszliśmy razem. Chciałam się z nimi zameldować w barze, ale Axel zatrzymał mnie na moment.

— Wiesz co, Susan… na pewno nie będziesz chciała tego piwa. Musisz spróbować tego nowego koktajlu, mówią, że ma pstryczek w nosie — dodał z szelmowskim uśmiechem.

Spojrzałam na niego. Axel miał coś w sobie, co sprawiało, że nigdy nie mogłam mu odmówić, gdy proponował coś, co brzmiało zabawnie. Pewnie wy buchnęłabym śmiechem przy jego propozycji, nawet gdyby była najbardziej absurdalna.

— Zaufaj mi, Axel, pstryczek w nosie brzmi jak coś, czego będę musiała spróbować — odpowiedziałam z teatralnym przekonaniem.

Mówiąc to, ruszyłam za nim w stronę baru, próbując wyczuć, jak głęboko mogę zanurzyć się w tej atmosferze i nie stracić z oczu rzeczywistości.

To był nasz mały rytuał, nasze wspólne odłączenie się od codzienności — pięć osób, które znały się tak dobrze, że mogły w tej przestrzeni poczuć się jak w domu.

Kiedy dotarliśmy do baru, już czułam, że zaczyna się coś dziać — tłum wokół nas bawił się w najlepsze, a DJ na scenie, ubrany w ciemną bluzę z kapturem, puszczał coraz bardziej energetyczne utwory. Z głośników lały się dźwięki, które wypełniały każdą komórkę mojego ciała. Ktoś obok mnie zaczynał tańczyć, inne osoby śmigały z drinkami w rękach, śmiejąc się i rozmawiając. I w tym momencie wszystko zniknęło — tylko muzyka, mój uśmiech i ten moment radości.

I wtedy poczułam go — ciężki bas, który trząsł ziemią, a wokół nas zalał się tłum, każdy na chwilę zatrzymując się w tym samym rytmie, jakby na chwilę wszyscy byli w tej samej bańce, gdzie liczyło się tylko to, co teraz.

— Proszę, specjalność lokalu — powiedział barman, podając nam koktajl, który wyglądał tak, jakby był stworzony specjalnie do wyzwolenia jakiejś nieziemskiej zabawy.

Zacisnęłam usta i spróbowałam, czując ostry smak, który momentalnie wykrzywił mi twarz. Pstryczek w nosie, pomyślałam, czując jak alkohol rozgrzewa moją twarz. Axel, który obserwował moją reakcję, roześmiał się.

— Myślałem, że będzie gorzej — powiedział, ale jego uśmiech zdradzał, że na pewno nie chciałby mnie stracić w tej zabawie. Zaczęliśmy się wszyscy śmiać.

W tym momencie muzyka wzmogła się jeszcze bardziej, a na parkiecie zrobiło się jeszcze bardziej intensywnie. Dźwięki elektroniki, zmieszane z żywym bitem, dosłownie wpadały w ciało, sprawiając, że zaczynało się we mnie coś budować.

Na tyle, że po chwili zaczęłam tańczyć, nie patrząc już na to, jak wyglądam, nie zastanawiając się, co ludzie mogą o mnie pomyśleć. Byłam w tym momencie z nimi — z Axelem, Dylanem, z tą muzyką, z tym klubem.

I oto zobaczyłam, jak Axel robi coś totalnie szalonego — wskoczył na stół i zaczął tańczyć, przyciągając uwagę kilku osób wokół.

Potem Dylan do niego dołączył, a ja nie mogłam przestać się śmiać. Czułam się tak lekko, jakby nic nie miało znaczenia — tylko ten moment.

— Susan, chcesz dołączyć? — krzyknął Dylan, trzymając w ręku jakiegoś drinka, a Axel szaleńczo machał rękami.

Spojrzałam na nich, a potem poczułam, jak tańczę w rytm muzyki, tańcząc razem z nimi, czując, jak mój śmiech odbija się od ścian klubu. Gdzieś w tle ktoś krzyczał, ale w tej chwili nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.

Wszystko, czego potrzebowałam, to oni i ta muzyka.

I w tym momencie wiedziałam, że ta noc może nie mieć końca.

Zaczęłam tańczyć, ale nie w taki sposób, jak zwykle.

Nie myślałam o tym, co będzie, nie czułam tego nieuchronnego, lekkiego niepokoju, który zawsze pojawiał się, kiedy stawiałam krok w nieznane. Teraz byłam po prostu tu, w tym klubie, z Axelem, Dylanem i resztą tych obcych twarzy, które stały się nieważne.

Tylko my się liczyliśmy. Tylko to, co działo się w tej chwili, miało sens. Rytm muzyki przejmował kontrolę nad moim ciałem, a każda nuta, jakby nieco opóźniona, wpadała we mnie jak fala, którą podążałam, nie zadając sobie pytania, dokąd prowadzi.

Axel zrobił piruet, a Dylan obrócił się na pięcie, wrzeszcząc coś do mnie, ale nie słyszałam dokładnie, bo znowu musiałam skupić się na muzyce.

Tylko jej tempo miało znaczenie.

Kiedy podniosłam ręce do góry, poczułam, jak przechodzi przez mnie dreszcz, jak cała energia tego miejsca wzbiera we mnie, jakby była częścią mnie, jakby w tym chaosie znalazł się tylko jeden punkt, który dawał poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu.

Patrzyłam na Axela, który wykrzykiwał coś do barmana, a potem po chwili zaczął pociągać Dylana do jakiegoś szalonego tańca, który przypominał bardziej pogo niż coś, co można by uznać za taniec. Cała ich grupa — z ich chaotycznymi ruchami i śmiechem — wpadała w trans, który był dla mnie absolutnym odzwierciedleniem tej chwili. Czułam się, jakbym była częścią czegoś większego, jakbyśmy wszyscy byli w tym samym rytmie, zlewając się w jedno.

Dylan spojrzał na mnie, krzywiąc się w wyzwolonym uśmiechu.

— Susan, wiesz co, ty to masz w sobie! — krzyknął, chociaż ledwo go słyszałam przez głośną muzykę. Pomyślałam o tym przez chwilę, a potem po prostu się roześmiałam.

W tej chwili Axel podszedł do mnie, uśmiechając się jak dziecko, które właśnie odkryło nową zabawkę.

Zaczął robić jakieś dzikie ruchy rękami, jakby próbował udowodnić, że to on rządzi w tej grze, a ja miałam wrażenie, że jego energia była tak zaraźliwa, że nie potrafiłam się opanować.

— No dalej, Susan! Zatańcz, jakbyś miała się rozpłynąć w tym wszystkim! — dodał Axel, a ja wiedziałam, że nie muszę mu niczego udowadniać. Zresztą, nie było czasu na udowadnianie czegokolwiek. Byliśmy tu, teraz, z tańcem w sercu, a reszta świata? Reszta świata nie istniała.

I tak tańczyłam, całkowicie pochłonięta tą szaloną zabawą.

Zanim się obejrzałam, całkiem zgubiłam rytm i zaczęłam improwizować, robiąc coś, co nawet mnie samej wydawało się dziwne, ale wszyscy dookoła robili to samo. Śmialiśmy się, tańczyliśmy, zapominając o wszystkim — o szkole, pracy, problemach, planach. Czułam się, jakbym była nie tylko częścią tej chwili, ale częścią tej energii, która nie miała końca.

Po jakimś czasie zaczęłam dostrzegać, że wokół nas kręci się coraz więcej ludzi. Ktoś zaczął wykrzykiwać nasze imiona, ktoś inny przytulił mnie bez żadnego ostrzeżenia.

Tłum narastał, ale w tej chwili wszystko było takie proste. Z uśmiechem i podskokiem razem z Axelem ruszyliśmy na parkiet, tańcząc jak dwójka ludzi, którzy w końcu znaleźli swoje miejsce w tym szaleństwie.

— Dawaj, Susan, weź to! — zawołał Axel, gdy już prawie potknęłam się o kabel. Wydawało mi się, że on w tej chwili nie widział granic. — Chcesz, żebyśmy zatańczyli tak, jakby świat miał się zaraz skończyć?

— I co z tego?! — odpowiedziałam, śmiejąc się do rozpuku.

— Przynajmniej będziemy mieli świetną pamiątkę!

Wtedy poczułam, że naprawdę jesteśmy w tym razem.

Nikt nie patrzył na nas z góry.

Nikt nas nie ocenia, nikt nie zwraca uwagi na to, jak wyglądamy, co robimy. To była tylko nasza chwila, nasz klub, nasza muzyka.

Wzrok Axela zapłonął jak ogień.

Wyciągnął rękę w moją stronę, jakby zapraszał do jakiejś nieznanej przygody. Nie zastanawiając się długo, chwyciłam jego dłoń i ruszyliśmy razem na stół, gdzie już ktoś tańczył w ekstazie, a tłum zaczął klaskać w rytm bębnów.

Wszystko zmieniło się w jeden wielki wir — wir śmiechu, świateł, energii, w którym wszystko wydawało się możliwe. Cała przestrzeń, ten tłum, wszystko stało się jedną pulsującą całością, w której zatraciliśmy się bez reszty. Nawet jeśli jutro nie będę pamiętać tych minut, to nie miało znaczenia. Ta chwila była teraz, tu i teraz.

Niech świat się zatrzyma, bo my już mamy swoje chwile. a w tle muyzka

Sbagliare un calcio di rigore
Suonare prima dei Coldplay
Forse sì, forse no
Almeno tu hai sempre ragione (excuse me?)
Quante domande ti farei
Dimmi di sì, dimmi di no
Che ho un tatuaggio da rifare
Perché non mi piace più
A volte ho l’ansia che mi sale (che mi sale!)
La cosa che mi fa incazzare
È quando non mi parli più
E il mondo sembra tutto uguale (tutto uguale!)
Io mi fido più di te che di me
Che dei miei, dei DJ
Presto che non resisto
Italodisco
Scusa se insisto, ma questa notte
Quello che preferisco
È un chiodo fisso
Un imprevisto per far l’amore
Questa non è Ibiza
Festivalbar con la cassa dritta
Ti sto cercando ma è nebbia fitta
Ti giuro se ti penso la mia testa suona
Suona italodisco!
Io sto distratto e tu sei seria
Ognuno tra i pensieri suoi
Forse sì, forse no
Mi parte il basso dei Righeira
Se vado in contro agli occhi tuoi-oi-oi-oi
La cosa che mi fa incazzare
È quando non rispondi più
E a volte ho l’ansia che mi sale (che mi sale!)
Io mi fido più di te che di me
Che dei miei, dei DJ
Presto che non resisto
Italodisco
Scusa se insisto, ma questa notte
Quello che preferisco
È un chiodo fisso
Un imprevisto per far l’amore
Questa non è Ibiza
Festivalbar con la cassa dritta
Ti sto cercando ma è nebbia fitta
Ti giuro se ti penso la mia testa suona
Suona italodisco!

Czas w klubie zlewał się w jedno, jakby nie było niczego poza nami i tym, co działo się teraz. Rytm muzyki zdawał się nas prowadzić, a każdy krok, każdy obrót, każdy śmiech stanowił część jakiegoś większego, nieuchwytnego planu, który właśnie się spełniał. W powietrzu unosiła się chmurka, którą z trudem można było nazwać atmosferą — gorąco, dym, migoczące światła i ludzie, którzy byli tu tylko po to, by przeżyć coś wyjątkowego. Coś, czego nie dało się opisać w słowach, ale coś, co przeżywało się całym ciałem.

Spojrzałam na Axela, który nadal szalał na stole, z rękami uniesionymi w górę, tańcząc w rytm beatów jak szalony twórca jakiejś swojej własnej rzeczywistości. Wciąż miał na twarzy ten uśmiech pełen luzu, jakby nie istniały dla niego żadne ograniczenia. Jego energia była tak zaraźliwa, że nie mogłam się oprzeć, by do niego dołączyć.

Zeskoczyłam z parkietu i podbiegłam do niego, rzucając się w wir tańca razem z nim.

Cały klub patrzył, niektórzy nawet zaczynali klaskać, ale to nie miało znaczenia. Byliśmy tu dla siebie. Zatańczyłam jak nigdy wcześniej, jakbym miała w sobie jakąś nową siłę, jakbym nie była już tą samą osobą, którą byłam przed chwilą. Czułam się wolna. Czułam się jak część tej energii, jak kawałek tej muzyki.

— Susan, musisz spróbować tego, serio! — Axel krzyknął mi do ucha, podając mi jakiś drink, którego nie miałam zamiaru wziąć.

Wiedziałam, co mi proponuje, a mój umysł nadal działał na najwyższych obrotach. Bawiłam się, śmiałam, tańczyłam, ale nie mogłam zapomnieć o tym, co czułam w poprzednich chwilach — tej wolności, tego rozluźnienia, tej radości, którą dawała mi tylko muzyka.

— Nie teraz, mam wystarczająco dużo energii, żeby podnieść jeszcze cały klub na nogi! — odpowiedziałam, co sprawiło, że Axel wybuchnął śmiechem. Jego twarz była taka radosna, że z trudem udawało mi się powstrzymać uśmiech. Czułam, jak nasze śmiechy wymieniały się między nami, jakby były częścią tej samej melodii.

— Ktoś tu ma ego na poziomie DJ-a! — dodał, patrząc na mnie z figlarnym błyskiem w oku. Tylko na moment poczułam ukłucie niepokoju, które zaraz zniknęło w wirze kolejnych dźwięków.

Dylan tymczasem zniknął gdzieś w tłumie, a ja miałam wrażenie, że przestał się liczyć. Dla mnie liczyli się tylko Axel i ta chwila, ta niesamowita energia, która przepływała przez nas jak prąd elektryczny. Po chwili znowu zaczęłam tańczyć, wirując i obracając się w tym chaotycznym tłumie, rozmawiając z nieznajomymi, uśmiechając się do wszystkich wokół.

Z każdą minutą miałam wrażenie, że otaczający nas świat staje się coraz bardziej wyjęty z rzeczywistości, a jedyne, co miało znaczenie, to ta chwila — ta czysta, niepowtarzalna energia, którą dzieliliśmy. Czułam się tak lekka, jakbym mogła unosić się w powietrzu.

Nagle światło w klubie zmieniło się na czerwone, a głośność muzyki wzrosła jeszcze bardziej.

Wzrok Axela przeszył mnie jak błyskawica. Bez słowa ruszyliśmy na parkiet, tym razem razem z kilkoma innymi osobami, które były równie rozkręcone, równie zanurzone w tej chwili. Cały tłum przeszedł w trans, a klub eksplodował w rytm kolejnych basów. I wtedy zrozumiałam — nie było już nic, co mogłoby nas zatrzymać.

— Pokaż mi, jak to robisz! — Axel wzniósł ręce, krzycząc coś do mnie, ale nie czułam potrzeby odpowiadać. Moje ciało po prostu poddało się rytmowi, a w tej chwili to był jedyny język, jakim się komunikowaliśmy. Zaczęłam tańczyć tak, jakbym na zawsze miała tu zostać. Axel, widząc moją energię, dołączył do mnie z jeszcze większą pasją. Jego ruchy były coraz bardziej dzikie, ale w tym szaleństwie było coś niesamowicie pięknego. Widziałam, jak ta chwila łączy nas wszystkich, jak stajemy się częścią tej samej energii.

Nagle poczułam dłoń na swoim ramieniu.

To był Dylan, który wrócił z tłumu, teraz z drinkiem w ręku. Wyglądał na trochę zaskoczonego tym, jak szybko ta cała zabawa przyspieszyła, ale na jego twarzy nie dało się ukryć, że nie zamierza przegapić żadnej sekundy tej chwili.

— No, Susan, widać, że teraz to ty rządzisz! — powiedział, śmiejąc się. Przytulił mnie do siebie na chwilę, a potem ruszył w kierunku baru, gdzie pewnie czekała na niego jakaś nowa przygoda.

— Zawsze rządziłam! — odpowiedziałam, rozbawiona, i kontynuowałam taniec, czując, jak z każdą sekundą coraz bardziej znikam w tej magii klubu.

To było dziwne uczucie — wiedziałam, że ten moment nie będzie trwał wiecznie, ale wcale nie chciałam, żeby się kończył.

Czułam, że coś się zmienia — może to po prostu magia tej nocy, może coś głębszego, coś, co mogło się przydarzyć tylko tutaj, w tym miejscu, w tym czasie. I to był moment, kiedy nie chciałam o niczym myśleć, chciałam tylko tu być, w tej chwili, z moimi przyjaciółmi, tańcząc, śmiejąc się i żyjąc pełnią życia.

Poczułam, jak muzyka wciąga mnie jeszcze głębiej, jakby wkraczała do mojego serca, sprawiając, że każda komórka mojego ciała drżała w tym rytmie. A w tym tłumie, pośród dźwięków i świateł, nie byłam już tylko Susan. Byłam częścią czegoś większego. Częścią tej chwili, tej energii, która teraz rozświetlała wszystko dookoła.

Tak, to była ta noc. Wiesz, to zabawne — nigdy nie wiesz, kiedy coś staje się niezapomnianym wspomnieniem, ale czuję, że teraz… ta chwila, ten klub, te uśmiechy i śmiechy — to wszystko, co mieliśmy, to była magia.

Tłum wokół mnie stawał się coraz bardziej chaotyczny, ale wciąż czułam się, jakbyśmy byli w tym wszyscy razem. Wszyscy poddani tej samej muzyce, tej samej energii, która nas napędzała, jakby nie było innych celów, tylko ta chwila. Potrzebowałam tego — tej wolności, tej radości, tej wspólnoty, która wiązała nas w jeden niepowtarzalny rytm. Wydawało mi się, że moglibyśmy tu tańczyć przez godzinę, dwie, a może całą noc — bo nic więcej się nie liczyło.

Axel zaczął wchodzić w coraz bardziej szalone figury taneczne, podnosząc nogi, kręcąc biodrami w tak dziwny sposób, że aż wybuchłam śmiechem. To było nierealne, ale chyba o to chodziło — o to, by zatracić się w zabawie, by zrobić coś, czego nigdy byś nie zrobił, bo teraz było to możliwe.

W pewnym momencie znowu poczułam dłoń na ramieniu. Kiedy się odwróciłam, ujrzałam Dylana, który wrócił z baru, tym razem z dwoma drinkami w rękach. Uśmiechając się szeroko, podał jeden z nich mi, a drugi sobie.

— Przeżywasz to jak DJ, Susan! — powiedział z błyskiem w oku. Zgarnęłam drinka z jego ręki i natychmiast spróbowałam, czując, jak alkohol przepływa przez moje gardło, mieszając się z ciepłem, które ogarnęło całe moje ciało. „No, okej, to był niezły wybór”, pomyślałam, przyjmując wszystko, co miało mnie wciągnąć w ten niekończący się trans.

Po chwili zauważyłam, że coś się zmienia — nie w muzyce, nie w ludziach wokół nas, ale we mnie.

Poczułam, jak powoli wracam do rzeczywistości, jakby właśnie zderzyłam się z rzeczywistością na chwilę.

A jednak czułam się dobrze — ta energia wciąż była ze mną, ale teraz przyglądałam się wszystkiemu trochę bardziej świadomie. Byłam trochę rozbawiona tym, jak ta cała noc mogła przybierać różne formy, jak szybko zmieniały się nasze nastroje, jak łatwo było pozwolić się porwać. A my, ja, Dylan, Axel — byliśmy jak wir, który raz po raz wracał do tego samego punktu — radości, śmiechu, beztroski.

— Chodź na chwilę na zewnątrz, — zaproponował Dylan, spoglądając na mnie z szelmowskim uśmiechem. — Potrzebujemy odrobiny świeżego powietrza, żeby odświeżyć mózg.

Zgodziłam się bez namysłu. Choć byłam w tej chwili tak bardzo pochłonięta, wiedziałam, że zmiana otoczenia może przynieść coś nowego — choćby chwilę wytchnienia.

Axel, jakby na przekór naszemu pomysłowi, zaczął tańczyć jeszcze bardziej intensywnie, kręcąc się wokół i udając, że jest jakimś niesamowitym bohaterem tej imprezy.

— Idźcie, my tu jeszcze mamy co robić! — rzucił, śmiejąc się.

— Nie martwcie się o mnie”

Dylan zaśmiał się, klepiąc go po plecach.

— Chłopie, ty to masz jakąś nieziemską energię.

Wyszedł z uśmiechem z tłumu, prowadząc mnie w stronę drzwi, które prowadziły na zewnątrz.

Powietrze na zewnątrz było zimniejsze, ale orzeźwiające. Odetchnęłam głęboko, czując, jak rozluźnia mnie ten chłodny wiatr, który wdarł się w moją skórę. Ulica była oświetlona blaskiem lamp, a miasto nocą miało w sobie coś magicznego — coś, czego nie dostrzegałam, gdy biegłam za dniem.

— Jak się czujesz? — zapytał Dylan, a ja spojrzałam na niego. Był w tej chwili zupełnie inny niż w środku klubu — bardziej spokojny, ale wciąż z tym błyskiem w oku.

— Czuję się… lekka. Tak po prostu. Jakby wszystkie problemy zniknęły, a ja tylko tu i teraz, w tej chwili, w tym klubie, z wami — po prostu jestem. Wydobyłam z siebie te słowa powoli, bo wcale nie byłam pewna, czy jestem w stanie to w pełni opisać. Po prostu czułam się, jakby każda komórka mojego ciała tańczyła. Byłam pełna życia. Właśnie to miałam na myśli.

Dylan roześmiał się, patrząc na mnie z uśmiechem, jakby rozumiał dokładnie, co chciałam powiedzieć.

— No to super. Bo to jest to, co w życiu ma największe znaczenie, prawda? Chwile, które po prostu się dzieją, kiedy nie myślisz o niczym innym. Właśnie teraz mamy swoją. A potem… potem będziemy mieli więcej takich. Takie noce nie zdarzają się często, ale jak już się zdarzają, to trzeba je przeżyć do końca.

Spojrzałam na niego i poczułam, jak ciepło wypełnia moje serce.

Tak, dokładnie — to były takie noce, które zostają z tobą na zawsze. I nawet jeśli nie wszystko pamiętasz, to czujesz, jak coś zostaje w tobie na zawsze.

— Masz rację, — odpowiedziałam.

— I wiesz, to chyba najlepsza rzecz, jaką mogę w tej chwili zrobić — po prostu cieszyć się tym, co mam.

Staliśmy tam przez chwilę, patrząc na siebie i na nocne miasto. Kiedy znów spojrzałam na niego, miałam wrażenie, że naprawdę zaczynam rozumieć, co znaczy żyć w tej chwili. Żyć tak, jakby każdy dzień był tym wyjątkowym. I w tej chwili — z tymi przyjaciółmi, z tą muzyką, z tym wszystkim, co działo się w klubie — poczułam, że to naprawdę ma sens.

Ale chciałam wrócić do domu.

Bo przypomnieli mi się oni…

𝑅𝑜𝓏𝒹𝓏𝒾𝒶ł 11

♠ "𝐼𝓈𝒶𝒷𝑒𝓁𝓁𝒶" ♠

„Najtrudniej pokochać kogoś, kto widzi nas naprawdę.”

𝓐𝔁𝓮𝓵

W klubie było gorąco, jak zawsze. Ciało pulsowało rytmem muzyki, światła migały w nieskończonym kalejdoskopie barw.

Uwielbiam to miejsce, ten chaos, który wciąga jak wir. Dźwięki elektronicznej muzyki, skrzypiące basy, wokół mnie masa ciał, a jednak czuję się trochę na uboczu, jakbym miał swoje własne miejsce w tym szaleństwie.

Susan poszła do domu. Niby dobrze, bo nie muszę się martwić, że znów będę musiał zbierać ją z podłogi, ale z drugiej strony, czuję się trochę… samotny.

Zwykle mam kogoś, komu mogę pokazać te wszystkie zabawy, tę absurdalną radość z życia, ale teraz zostaje tylko Dylan. Dylan jest jak… no, jak totalne przeciwieństwo Susan. Susan jest delikatna, jak wiaterek, a Dylan? Dylan to bomba, która wybucha za każdym razem, gdy tylko się pojawi. Ma w sobie coś, co sprawia, że nie można oderwać od niego wzroku. Zresztą, nie tylko ja go zauważam. Dziewczyny, chłopaków, wszyscy patrzą, jakby wchodził do klubu z jakąś magnetyczną aurą. Dla niego to chyba normalne. A ja? Cóż, ja jestem jego towarzyszem do imprez, kimś, kto nie przestaje się uśmiechać, chociaż czasami mam ochotę po prostu zniknąć na chwilę z tego szaleństwa.

— No to jak? — mówi, nachylając się, by krzyknąć mi do ucha.

— Chcesz jeszcze raz spróbować?
Patrzę na niego, zaskoczony, że ma w ogóle pomysł, by robić coś więcej, niż tylko tańczyć. Ale to Dylan — nigdy nie wiadomo, co wymyśli. Więc pytam, zamiast odpowiadać:

— Co tym razem?
On tylko się uśmiecha, szeroko, jakby miał jakiś sekret. Czasami czuję się, jakbym miał w rękach kawałek ognia, nie wiedząc, kiedy i jak może wybuchnąć. Dylan nie patrzy na mnie jak na przyjaciela. On patrzy jak na kogoś, kogo trzeba trochę popchnąć. Wskazuje w stronę baru, a ja kiwam głową, chociaż dobrze wiem, że nie chodzi o drinka. Znowu to samo.

Ale nie mam nic przeciwko.

Nawet lubię tę grę. Wychodzimy z tłumu, przekraczamy barierki, które oddzielają nas od głównej części klubu. Mijamy grupę osób tańczących, zderzamy się z jednym chłopakiem, który patrzy na nas z pogardą.

Na chwilę czuję, jakby wszystko zwolniło, jakby ten moment był czymś bardziej intensywnym niż cały klub razem wzięty. To przez Dylan’a. On nie zauważa tego chłopaka.

Dla niego nie ma żadnych granic. No i to jest zabawne. Ale i trochę niepokojące. Jestem gotów na więcej. Na razie, to ja jestem tym, który podąża za nim, a nie odwrotnie. Ale, cholera, to fajne uczucie, nie wiedzieć, co będzie za chwilę. Tak długo, jak nie skończymy na jakiejś dziwnej przygodzie, której potem będę żałować, wszystko gra.

Zatrzymujemy się przy barze, gdzie kelnerka już nas zauważyła. Dobre towarzystwo — widać, że zna ten typ. Bez słowa nalewa nam coś mocnego. Daję jej znak, żeby podała też coś dla mnie. To nigdy nie jest proste, ale w tej chwili czuję, że potrzebuję tego wspólnego momentu. Też mam coś w głowie, coś, co krąży i nie chce przestać, nie pozwala mi uspokoić myśli. Pijemy. A potem Dylan zaczyna się śmiać, wciągając mnie z powrotem na parkiet.

— Co jest? — pyta, widząc moją chwilową niepewność.

— Po prostu czekam na swoją kolej, żeby cię zaskoczyć.

Dylan uśmiecha się szeroko.

— Zaskocz mnie, Axel. — mówi z takim przekonaniem, jakby liczył na to, że naprawdę w końcu zrobię coś, co go zszokuje. Ta rozmowa mogłaby się zakończyć jednym z tych nudnych, codziennych momentów, gdy kończy się zabawa. Ale nie dzisiaj.

Dzisiaj w klubie nie ma miejsca na nudę. Ostatnie sekundy mijają, a ja czuję, że w moich rękach jest szansa na coś bardziej niebezpiecznego, czego nie mogę kontrolować. Gdy po chwili się odwracam, widzę jego spojrzenie, jego wyczekujący uśmiech. Mam ochotę go ponownie zaskoczyć, ale i wciągnąć w coś, czego oboje nie będziemy w stanie zatrzymać.

— Dobrze, czas na zmiany — mówię, i zanim zdąży zapytać, unoszę jego rękę do góry. Kilka ruchów i wciągam go do tańca w centrum klubu. Wybuch światła, szybkość, energia. Wszystko to, co sprawia, że każdy moment w tym miejscu staje się znośny, mimo że nie wiem, co się wydarzy za chwilę. Wciągam go w wir.

To chyba w tym tkwi cała magia: nigdy nie wiemy, kiedy nas zaskoczy. Jest coś w tym niepewnym oczekiwaniu, które sprawia, że tak naprawdę zaczynamy się czuć żywi.

Dylan zaczyna mnie popychać, przyciąga mnie do siebie, nie zważając na nic. Tańczymy w tłumie, jakby nie istniały żadne granice. Znajomi przechodzą obok, wznoszą dłonie w geście pozdrowienia. Ale w tej chwili nie zwracam uwagi na nikogo. Tylko on, tylko to, co między nami, to jest najważniejsze. Nagle — przerwa.

Światła przygasają, włącza się inna melodia. Dylan patrzy na mnie, szeroko się uśmiechając, jakby czekał na moją reakcję. Może i nie jestem typem, który przyciąga całą uwagę w taki sposób, ale w tym momencie to nie ma znaczenia. Dla niego jestem częścią tej chwili. Częścią tej radości, tego wszystkiego, co jest poza kontrolą.

— Jesteś na fali, Axel. — mówi, zerkając na mnie, jakby to była jakaś zagadka. Ale w tym uśmiechu dostrzegam coś innego — coś, czego wcześniej nie widziałem.

Może… może to nie tylko zabawa.

Może to jest początek czegoś, co będzie trwać dłużej niż ta noc.

Zatrzymuję się na moment, czując, jak napięcie rośnie, gdy Dylan znów przyciąga mnie do siebie. Zbliża się na tyle, że muszę na niego spojrzeć. Jego twarz jest blisko, a jego oddech ciepły na mojej szyi. Zanim zdążę zareagować, on robi krok do przodu, otacza mnie swoimi ramionami i pociąga jeszcze głębiej w wir.

— Myślisz, że możesz mnie zaskoczyć? — pyta, jakby to było wyzwanie, coś, czego oczekuje od mnie. Jego uśmiech jest przebiegły, pełen tej samej pewności siebie, którą zawsze w sobie miał.

Poczucie, że mam kontrolę nad sytuacją, miesza się z tym, że naprawdę nie wiem, co się zaraz wydarzy. Zwykle to Dylan prowadzi, on jest tym, który wyznacza tempo, ale teraz… jest coś w tym spojrzeniu, w tym napięciu, które sprawia, że wszystko zaczyna być inne.

Wchodzimy w kolejny rytm, w którym ruchy stają się bardziej wyraziste, bardziej intensywne. Kiedy sięgamy po kolejny łyk drinka, jego ręka na moich plecach jest nieco silniejsza. Sprawia to, że czuję, jak moje ciało reaguje na każdy jego dotyk. Nie wiem, dlaczego zaczynam się tak niepokoić, ale coś w tym wszystkim wydaje mi się nie do końca normalne. Może to ta chwila, kiedy nie wiem, czy ta gra, w którą się bawimy, jest już tylko zabawą. Może zaczynam dostrzegać, że za tym wszystkim kryje się coś głębszego.

— Co się dzieje? — pytam, próbując złapać jego wzrok.

Dylan przez chwilę nic nie mówi, tylko patrzy na mnie. W jego oczach jest coś, co zmienia całą atmosferę. I w tej ciszy, która następuje po moich słowach, coś się rozwiązuje. Kiedy w końcu mówi, jego głos jest cichy, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek nas usłyszał.

— Wiesz, że nigdy nie mówisz, co naprawdę czujesz. — To nie jest pytanie. To stwierdzenie. Jakby wyciągnął to ze mnie bez pytania.

Zatrzymuję się na chwilę, jakbym został trafiony w twarz. Bo Dylan ma rację. Nigdy nie mówię, co naprawdę czuję. Nigdy nie mówię, co mam w głowie, bo chyba boję się, że to wszystko… wszystko by się zmieniło. Chciałbym to wyjaśnić, odpowiedzieć coś, ale na chwilę milczę. Moje dłonie zaciskają się na jego ramionach, a serce bije mi teraz jeszcze szybciej. Kiedy patrzę na niego, widzę, że on również nie czeka na odpowiedź, bo zna ją już na pewno.

— Nie musisz nic mówić. — Jego uśmiech nie znika, ale w jego oczach jest coś, czego nie potrafię opisać. To jakby… coś głębszego, jakby chciał mnie zrozumieć, ale nie wiedział, jak.

Wciąga mnie znowu w taniec, ale teraz wszystko wydaje się bardziej osobiste. Zbliżam się do niego jeszcze bardziej, czując, jak jego ciało reaguje na moje. Jego ręce dotykają moich bioder w sposób, który jest zdecydowanie bardziej intymny niż przed chwilą. Tłum wokół nas staje się jakby mniej obecny, jakby nas nie było. Liczymy się tylko my. Moje myśli zaczynają się plątać. Wszystko to, czego nie chciałem zrozumieć, teraz staje się zbyt wyraźne, by ignorować.

Chwilę później Dylan zaczyna szepczeć mi coś do ucha, jego oddech na mojej skórze wywołuje nieprzyjemne, ale i ekscytujące uczucie.

— Jesteś silniejszy, niż myślisz, Axel. — To tylko szepty, ale czuję, że mówi coś, co wykracza poza to, co normalnie bym usłyszał w takim miejscu.

Nie potrafię odpowiedzieć. Część mnie chce po prostu zapomnieć o wszystkim i dać się ponieść tej chwili. Druga część zaczyna walczyć, bo wiem, że im dłużej będę z nim tutaj, tym bardziej będę się zatracał. Wiem, że nie mogę tego kontrolować.

Dylan wyczuwa moją niepewność, bo gdy zatrzymujemy się na moment, patrzy na mnie z takim wyczekującym uśmiechem, jakby wiedział, że zaraz zrobię coś, czego sam się boję. W jego oczach nie ma śladu tego chłodnego dystansu, który kiedyś wydawał się naturalny. Jest tylko… coś więcej. To coś, co czuję, ale nie potrafię tego określić.

— Nie musisz się bać. — mówi, choć nie wiem, do końca, co ma na myśli.

Po prostu przymykam oczy na chwilę, próbując złapać oddech. Wszystko to jest jak wir, który wciąga mnie coraz głębiej, nie pozwalając się uwolnić. I wiesz co? Chyba tego właśnie chcę. I to mnie przeraża.

𝒞𝓏𝓉𝑒𝓇𝓎 𝑔𝑜𝒹𝓏𝒾𝓃𝓎 𝓅óź𝓃𝒾𝑒𝒿

Kilka godzin później, kiedy muzyka w klubie zaczęła brzmieć jak daleki echem w moich uszach, a ziemia pod stopami stawała się twardsza, niż bym tego chciał, czuliśmy się z Dylanem trochę jak wyplute z tego szaleństwa, które wciąż dudniło za naszymi plecami.

Kiedy wychodziliśmy na zewnątrz, ciepło nocy było tylko chwilowe, jakby powietrze nie mogło się zdecydować, czy chce być wilgotne, czy suche. Nasze kroki były ciche, a oddechy cięższe niż powinny. Ja czułem się trochę otumaniony, a Dylan… Dylan wyglądał, jakby nic go nie dotykało, jakby nie miał ani odrobiny zmęczenia w sobie.

— Moglibyśmy zrobić coś jeszcze, co? — powiedział, rozglądając się, jakby nie chciał jeszcze kończyć tej nocy. Dłonie w kieszeniach, jego spojrzenie pełne tej swojej, złośliwej pewności siebie.

— Mam dość na dzisiaj. — odpowiedziałem szczerze, chociaż wiedziałem, że nie chodziło mi o samą zabawę.

Może bardziej o to, że miałem ochotę na chwilę ciszy, na spokój, na coś, co mogłoby mi pozwolić wyjść z tego ciągłego tańca.

Może… może na chwilę, by przemyśleć, co tak naprawdę się działo przez ostatnie godziny.

Dylan nie odpowiedział, ale jego wzrok wciąż nie schodził z mnie. Zawsze był jak cień, który podąża za każdym krokiem. W jego obecności, niby to wszystko miało sens, ale i tak czułem, jakby każda decyzja, którą podejmuję, była nieco bardziej niepewna.

Właśnie mieliśmy wejść do taksówki, kiedy z daleka usłyszałem krzyk. Nie był to krzyk radości, raczej coś ostrego, pełnego bólu i frustracji.

Mój wzrok automatycznie przeniósł się w stronę dźwięku, a Dylan podążył za nim bez zastanowienia. W ciemnej uliczce przed klubem, gdzie światła były zgaszone, a cisza królowała, stała para.

Facet miał ręce uniesione w geście obronnym, jakby przygotowywał się na cios. Ale nie to było najdziwniejsze.

To ona — dziewczyna. Wysoka, o długich, czarnych włosach, ubrana w czarną skórzaną kurtkę, trzymała go za koszulę i niemal dosłownie biła go pięściami w twarz. Coś w jej ruchach było tak dzikie, jakby nie bała się absolutnie niczego. Każdy cios był precyzyjny, mocny, pełen wściekłości. Zanim zdążyłem zareagować, już zauważyłem, jak ten facet stara się wyrwać, ale ona nie dawała mu szans.

— Co do cholery? — Dylan wyszeptał, jego głos miał w sobie nutkę rozbawienia, ale też zaskoczenia.

Krok do przodu, potem drugi. Zatrzymujemy się w milczeniu, a ja wciąż patrzę na tę scenę, która nie wydaje się realna. Dziewczyna walczyła, nie oglądając się za siebie, jakby nic, absolutnie nic nie było w stanie jej zatrzymać.

Gdy facet krzyknął coś w jej stronę — nie słyszałem dokładnie, ale z jego tonu mogłem wyczuć bezradność — ona uniosła pięść jeszcze wyżej, jakby chciała zakończyć tę sytuację jednym ostatecznym ciosem.

Dylan, nie tracąc ani chwili, podszedł do niej. Wydawało się, że dostrzegł w tym jakieś wyzwanie — coś, co wzbudziło w nim ciekawość. Ja wciąż stałem, jakby coś trzymało mnie w miejscu.

— Hej! — krzyknął do niej, gdy już był wystarczająco blisko. — Chłopie, zostaw ją! — zwrócił się do faceta, który teraz już tylko starał się podnieść na nogi. Ale nie wydawał się groźny, nie wyglądał na takiego, który byłby w stanie zrobić jej krzywdę.

Dziewczyna zareagowała natychmiast.

Odwróciła się błyskawicznie, jakby wiedziała, że ktoś jest w pobliżu, kto może ją zatrzymać. W jej oczach dostrzegłem coś, czego się nie spodziewałem — coś dzikiego, ale też zrezygnowanego, jakby wcale nie chciała tej konfrontacji, ale nie potrafiła inaczej. Jej spojrzenie było pełne napięcia, złości, jakby wszystko, czego się dotykała, musiało być wyzwaniem.

— Nie twoja sprawa. — odpowiedziała chłodnym tonem, a jej głos był jak szpilka wbita w mięso. Jej ręce były zakrwawione, a oddech szybki i nierówny.

Wtedy dopiero zauważyłem, że nie była w pełni świadoma tego, co robi. To nie była normalna bójka. To było coś więcej — jakby walczyła o swoje życie, nie tylko o jakąś chwilową zemstę.

Dylan przez chwilę milczał, a ja czułem, jak jego spojrzenie przechodzi na mnie, jakby zastanawiał się, co teraz zrobić. Więc podszedłem bliżej, dołączając do niego. To było dziwne — ja, który nigdy nie angażowałem się w coś, czego nie rozumiałem, i Dylan, który nie znał pojęcia „zatrzymać się”.

— Nie warto… — zacząłem, starając się nie wyjść na zbyt łagodnego. Moje słowa brzmiały głupio w tej atmosferze, ale czułem, że nie mogę tylko stać i patrzeć.

Dziewczyna wciąż patrzyła na nas przez chwilę, jakby się zastanawiała, czy naprawdę mamy pojęcie, w czym bierzemy udział. Potem jej wzrok przesunął się na faceta, który teraz ledwie stał na nogach, z dłonią przy twarzy. Był zły, roztrzęsiony, ale też nie miał już siły, by walczyć. To ona miała kontrolę nad sytuacją.

— Zostawcie mnie. — powiedziała cicho, ale w jej głosie było coś, co sprawiało, że poczułem niepokój. Nie była zwykłą dziewczyną z ulicy. To była osoba, która miała za sobą wiele walk, wiele przejść. Tego nie dało się ukryć.

— Isabell. — powiedział facet, zerkając na mnie, a ja zobaczyłem, jak twarz Dylana się zmienia. Jakby znał ją… albo przynajmniej słyszał o niej wcześniej.

— Co? — zapytałem, zaskoczony, nie rozumiejąc, skąd zna jej imię.

Dziewczyna, ta Isabell, spojrzała na niego, a jej twarz na chwilę złagodniała. Jednak wciąż nie odpuszczała. Jej usta zacisnęły się w twardą linię, jakby każda sekunda była dla niej walką.

— Zostawcie mnie. — powtórzyła, a jej głos był teraz bardziej miękki, ale pełen gniewu.

To była dziwna chwila, jakbyśmy wszyscy stali na krawędzi czegoś, co mogło się zmienić w każdej chwili.

Patrzyłem na nią, na jej wyczerpaną twarz, pełną złości i zmęczenia, jakby każde jej słowo było wydarte w bólu. Dylan stał obok mnie, patrząc na nią z nieskrępowanym zaciekawieniem, ale bez tej znajomości, którą próbowałem wyczytać w jej oczach. Zaskoczyło mnie, że nie znał jej, bo coś w tym wszystkim, w tej scenie, wydawało się, jakby byli sobie obcy tylko w tej jednej chwili.

Isabell. Imię, które brzmiało jak echo. Ona była tu, w tym miejscu, na tej mrocznej uliczce, z rękoma zakrwawionymi, jej oddech szybki i ciężki, jakby próbowała zatrzymać w sobie coś, czego nie mogła już dłużej tłumić.

Zawahałem się przez chwilę, jakbym nie wiedział, co mam zrobić. Chciałem jej pomóc, ale jednocześnie… czułem, że to nie jest coś, w co łatwo się wciągnąć. To nie była zwykła bójka, którą widziałem codziennie na ulicach. To było coś osobistego. To było coś, co sięgało głębiej niż tylko ten facet leżący teraz na ziemi.

Facet, który teraz jęczał, próbując podnieść się z bruku, jego twarz była pokryta czerwonymi śladami po ciosach, które dostał. Jednak nie wyglądał na osobę, która by wytrzymała więcej. Może miał nadzieję, że ktoś mu pomoże, ale w tej chwili nie miał już sił.

— Daj spokój. — powiedziałem, trochę cicho, trochę pewniej, podchodząc o krok bliżej. Może to był ten moment, w którym poczułem, że nie możemy tylko stać i patrzeć. Nie chciałem brać w tym udziału, ale nie chciałem też, żeby sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Dylan, jakby sięgnął po najprostszy sposób rozwiązywania problemów, ruszył w stronę faceta. Zatrzymał się jednak na moment, jakby analizował, co robić, a potem odwrócił się w moją stronę.

— Niech on sobie pójdzie. — rzucił do mnie. — To nie jest nasza sprawa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 67.21
drukowana A5
Kolorowa
za 101.02