E-book
23.63
drukowana A5
64.73
Fristelse

Bezpłatny fragment - Fristelse


Objętość:
362 str.
ISBN:
978-83-8467-462-8
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 64.73

Za okładkę dziękuję Kasiaautorka

Miłość tak ciemna, że graniczy z grzechem

Niebezpieczeństwo odziane w drogie garnitury i dwójka niezrównoważonych kapitanów

Promień słońca, który miał pozostać za chmurami

Część pierwsza Mafijnych Romantyków


Dla każdej osoby, która kładzie się spać i wstaje uważając, że nie ma czasu, a lista rzeczy „do zrobienia” przytłacza

Masz czas.

Rozdział pierwszy

Dylan


Czemu zawsze wszystkie podejrzane sprawy muszą mieć miejsce w piwnicy?

Ta, w której stoję jest duża i nie pachnie w niej wilgocią czy pleśnią. Jest chłodno, lecz nie na tyle, bym żałował zostawienia kurtki w samochodzie.

— Tato — witam się z mężczyzną, a on posyła mi sztywne skinienie głową. Gabriel stoi przy wejściu otoczony naszymi żołnierzami. Nie widzę moich kapitanów, ale najwidoczniej nie są tutaj potrzebni.

Nad naszymi głowami dudni klub. Setki osób skaczą po parkiecie w rytmie tandetnego popu, który gra DJ. Co kilka minut światła mrugają.

Tylnego wyjścia pilnują ludzie należący do pana Laruna. Mężczyzna, głowa swojej rodziny, opiera się o jeden z nielicznych stołów. Ma zakola, świńskie, małe oczka i minę, jakby kot zesrał mu się na drogie obuwie, które nosi. Larun jest człowiekiem, z którym mieliśmy od lat kłopoty i rywalizowaliśmy o wpływy. Lubiłem nazywać nasze potyczki niewinnymi. On nam przechwytywał transport, my mu zabijaliśmy ludzi, a później Larun znajdował sposób na odegranie się. I tak w kółko niczym chomik, który nie potrafi zejść z kołowrotka i musi dalej biegać.

Nasze rodziny nigdy nie pałały do siebie miłością. Dlatego spotkanie w tej piwnicy pachnie mi okrucieństwem, alkoholem i ulotnym zapachem rywalizacji. To może skończyć się jedynie na dwa sposoby — umową lub strzelaniną. A mój ojciec nie wyjął broni, co może wskazywać na opcję numer jeden.

I jest jeszcze on.

Filip Larun.

Od prawie sześciu lat nie widziałem tego chłopaka. Nigdy nie stałem tak blisko Filipa, a już na pewno nie w jednym pomieszczeniu. Śledziłem go przez jakiś czas, jak pojawił się w Svelgen. Później, gdy okazało się, że nie stanowi zagrożenia, stracił moje zainteresowanie. Teraz odzyskał je na nowo, niczym drugą szansę na to, bym spieprzył mu życie.

Filip jest przywiązany do krzesła. Z głową nisko spuszczoną i wpatrzony w beton, jakby miał tam zobaczyć odpowiedzi. Nie wiem, dlaczego syn mafiosa jest w beznadziejnej, bezbronnej sytuacji i nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć. Jest tutaj za dużo broni i za małe pomieszczenie, bym otwierał gębę.

— Spójrz na dokumenty, synu — tato prowadzi mnie do Laruna, który otwiera pióro wieczne i podaje mi je, jakbym miał cokolwiek podpisywać. Mam ochotę wlać mu atrament do gardła, ale jeszcze nie mam konkretnych powodów — Przeczytaj, podpisz i pohamuj wszelkie reakcje, jakie będziesz miał. Najlepiej podpisz i się zamknij.

Czy ten człowiek mnie nie zna?

Ale jak tylko patrzę na elegancki, biały papier, mam ochotę go podrzeć i zjeść, by przestał istnieć.

To jest żart i bardzo nieśmieszny. Lubię się pośmiać, jestem wyluzowanym facetem! Ale to gówno? To jest akt małżeństwa i, jak się okazuje, mojego i Filipa.

Nie byłem tak pijany wczoraj, by poślubić wroga. Jego schludne pismo już wybijało się zaschniętym atramentem na papierze. Mam wrażenie, że im dłużej wpatruję się w napisane litery tym bardziej się rozmazują, zmieniają kształt i zamiast aktu małżeństwa widzę cyrograf z diabłem.

— Filip przejmie twoje nazwisko — zapowiada Larun z szyderstwem w głosie. Świńskie oczka błyszczą od triumfu.

Coś boli mnie w karku, gdy za szybko skręcam głową, by spojrzeć na mężczyznę. Tato mówi pierdoły o tym, że powinno odbyć się to przy urzędniku, ale wszyscy w tej obskurnej piwnicy wiedzieliśmy, że mieliśmy większe wpływy od słabo opłacanych urzędników. Larun pokaże się z aktem małżeństwa i będzie ono prawomocne tylko dlatego, że tak chce.

Ale ja tego nie chcę. Czy mam jakiekolwiek prawo głosu? Biję się z własnymi myślami i zasadami, jakimi działa mój świat i nie chcę przyjmować do świadomości informacji, że jednak nie mam żadnego ostatniego słowa. Jestem następcą tronu imperium, noszę z dumą swoje nazwisko, a teraz wróg ma je od tak przejąć? Nie jest mi po nosie ta cała sprawa, ale zaciskam szczęki i kombinuję ostatni raz:

— Nie — mówię. Śmiech zamiera mi w gardle, a w dłoniach ściskam pióro gotów je połamać. Jest ciepłe i śliskie od potu Laruna — Jeśli mam to podpisać to muszę wiedzieć, dlaczego.

— Interesy — razem odpowiada Larun z moim ojcem. Rzucam każdemu z nich spojrzenie, pokazując swoje puste dłonie.

— Interesy załatwia się pieniędzmi i przywilejami, a tutaj żadnych nie widzę.

— Zostaniesz mężaty — tato klepie mnie po ramieniu. Tak mocno, że czuję uderzenie w zębach i wiem, że traci do mnie cierpliwość — Podpisz papiery i nie trać więcej naszego czasu.

Zaczyna być zły, że dalej tego nie zrobiłem. Nie uderzy mnie przy tych wszystkich ludziach, ale nie zamierzam ryzykować poniżenia. Jego słowa mogą stać się pociskami wycelowanymi prosto w moją pierś i dumę skrywaną pod skórą, a ona nie zniesie takiego traktowania. Broń przypomina o sobie swoim ciężarem, lecz rozsądek wzdycha i unosi dłonie w geście kapitulacji.

Znam swoje miejsce w tej cholernej piwnicy i nie chcę usłyszeć tego głośno, dlatego z nienawiścią do otaczającego mnie świata składam swój podpis. Żołądek topi mi się w kwasie i mam ochotę wyjąć broń, lecz zanim bym to zrobił, wrodzy żołnierze już dawno by do mnie strzelili. Nie rozumiem, dlaczego tak zaczyna wyglądać moje życie.

To chyba nazywa się karma. A nie zrobiłem zbyt wiele dobra w swoim życiu. Będąc szczerym, ostatni dobry uczynek zrobiłem prawdopodobnie dekadę temu, ale o nim już los nie pamięta.

I to wszystko w tej jebanej piwnicy.

Mogli mnie chociaż zaprosić gdzieś, gdzie będzie alkohol i jedzenie. Potrzebuję całej butelki szkockiej, która pomogłaby mi w takiej sytuacji. Moi kapitanowie nie dostali zaproszenia na ten cichy, potajemny ślub, ale ja potrzebuję moich druhen.

Larun wyrywa kartki spod moich dłoni, jak tylko są podpisane i cofa się. Ciekawi mnie, czy obawia się, że je mu porwę.

Pióro rzucam na folder z imieniem młodszego mafiosa. Filip dalej nie zmienił swojej pozycji, a gdy podchodzę do niego, jedynie drga. Blond włosy zakrywają mu twarz, a napięcie w ramionach jedynie wzrasta. Obserwuję, jak szybko unosi się klatka piersiowa pod białą koszulą, informując mnie o jego dyskomforcie.

— Zostawcie nas — mówię, ledwo powstrzymując emocje. Zaciskam pięści i staram się oddychać spokojnie, ale mój oddech rwie się i przyśpiesza. Czuję, jak krew szumi mi w głowie, jak serce się rozpędza aż jego bicie boli.

Żołnierze poruszają się powoli i w oczekiwaniu na głowy rodzin, nie zostawiając ich nigdy za swoimi plecami. Szef zawsze idzie pośrodku — zasady bezpieczeństwa, które są wyuczone niczym modlitwa dla tych ludzi.

Larun rzuca klucze od kajdanek na podłogę. Zaraz obok nich lądują kolejne. Ich dźwięk jest głośny w nagłej ciszy, jaka zaczęła mnie otaczać. Mam ochotę kopnąć je z czystej złośliwości, a później zostawić męża jeszcze na kilka godzin w tym miejscu, aż krew odpłynie mu z wykręconych do tyłu dłoni. Może nawet przemęczyłby się tak z dwa dni, nim wróciłbym po niego, łaskawie i ze znudzeniem, pokazując kapitanom, co mnie czeka na kolejne tygodnie.

Potrzebuję jednak odpowiedzi, a by je zyskać, muszę udawać miłego dla Filipa.

Oczywiście, miłego do takiego stopnia, jakiego potrafię grać. Nie jestem typem człowieka, który ma kochające serce, jest dla wszystkich pomocny oraz założył fundację dla bezdomnych kotów.

Moje serce jest ciepłe tylko po to, by utrzymać mnie przy życiu.

— To od waszego domu — ton Laruna sprawia, że mam ochotę wybić mu zęby. A później rozpętać strzelaninę — W folderze masz wszystkie informacje oraz listę swoich obowiązków. Trzy pierwsze punkty są najważniejsze i ich złamanie oznacza zerwanie kontraktu pomiędzy naszymi rodzinami — po czym zwraca się do mojego ojca, uśmiechając się. Z takim wyrazem twarzy nie wpuściłbym go nawet do slumsów, a ojciec kręci z nim interesy? — Panie Nusze, może porozmawiamy na górze?

— Zapraszam do mojego biura — głos taty pełen jest zadowolenia. Dostaję od niego jeszcze jedno klepnięcie w ramię, tym razem lżejsze i dłuższe. Spisałem się dobrze jako jego syn.

Jednak ta cała sytuacja nawarstwia litanię pytań, na którą nikt mi nie chce odpowiedzieć.

Co takiego ugrali na naszym ślubie? I dlaczego zależało im na tym, bym to był ja?

Rozdział drugi

Filip


Metaliczny smak na moim języku jest przytłaczający i sprawia, że mam mdłości.

Głowa pulsuje mi w rytmie muzyki, która dudni w klubie nad nami. Ta cholerna piwnica jest świadkiem mojego upadku, lecz najwidoczniej niżej dostać się nie mogłem.

Dylan podchodzi do mnie niczym w zwolnionym tempie. Mój puls przyśpiesza, jak dotyka brody i podnosi mi głowę, bym na niego spojrzał. Tam, gdzie jego palce stykają się z moją skórą czuję gorąc, roznoszący się na moje policzki i uszy. Prawie nie słyszałem o czym wcześniej rozmawiali przez szum tętna i własne, spanikowane myśli.

Ale to dobrze; dobrze, że się boję. To oznacza, że jestem wciąż człowiekiem i obecność ojca w moim życiu nie zniszczyła mnie do końca.

Dylan patrzy na mnie z zaciśniętymi ustami. Mięśnie jego szczęki drgają i poświęcam chwilę, by i jemu się przyjrzeć. Widzę przystojną, męską twarz i brązowe, gęste włosy, które wpadają mu do oczu. A one? Chrońcie mnie, ponieważ dla tych oczu można przepaść.

Ma heterochronię; lewe oko jest niebieskie, gdy drugie brązowe. Spojrzenie tych oczu jest hipnotyzujące i intensywne na tyle, że zasycha mi bardziej w gardle. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie odpowiednich epitetów, by opisać to, jak ten mężczyzna wygląda dobrze.

Nawet jeśli nie jestem w stanie wypowiedzieć ich głośno w tym momencie.

Moje wargi owinięte są wokół różowej kulki. Czuję posmak plastiku i własnej krwi z wargi, która pękła przy uderzeniu. Powinienem wiedzieć lepiej, by się nie stawiać, gdy między zębami ma się erotyczny knebel, a ojciec twardą rękę.

Dylan uśmiecha się do siebie pod nosem. Jest pewny siebie i zniesmaczony naszym świeżym małżeństwem. Jak się człowiek przyjrzy, widać w nim chłód i gotowość do bestialstwa; w końcu to Nusze — mafiosa i następca tronu.

Obawiam się, co może mi zrobić za zamkniętymi drzwiami. Znam siebie na tyle, że wiem, że będę wrzodem na jego tyłku, lecz nie znam jego, by wiedzieć, jak niszczycielska jest jego wściekłość. Ma rok, by mnie nie zabić i nawet jeśli tego nie zrobi po zakończeniu kontraktu, ma dalej moc by sprawić, bym marzył o zobaczeniu drugiego końca tęczy. Wiem, że dawno już powinienem wąchać kwiatki od spodu. Jedyne, co mnie ratuje to geny, co jest jedną z najsmutniejszych prawd w moim życiu.

Dotyk Dylana na mojej skórze wysyła stado dreszczy, które wędrują mi po ciele niczym rój gorących mrówek. Spanikowane serce dudni w klatce piersiowej i mam wrażenie, że i on je słyszy.

— Dlaczego? — pyta powoli. Ma zachrypnięty, głęboki głos, który wybija się w pomieszczeniu.

Uwalnia mnie z knebla, bym mógł odpowiedzieć. Różowa kulka służyła wcześniej jako gadżet erotyczny i brzydzi mnie myśl, że ktoś mógł tego używać przede mną. Upada na podłogę z cichym dźwiękiem, a ja mogę jedynie patrzeć w te piękne, lecz niebezpieczne oczy. Moje myśli zatrzymały się w momencie, jak mnie dotknął i jedyne, co mogłem zrobić, to po prostu czuć jego skórę na mojej.

Jęczę, jak odchyla mi głowę za włosy. Ból miesza mi się z przyjemnością i najwidoczniej ojciec uderzył mnie mocniej, niż odczułem. Mam okropne uszkodzenie mózgu sądząc, że Dylan Nusze spowoduje u mnie cokolwiek innego, niż cierpienie.

Powtarza pytanie i czeka, aż odpowiem.

— Interesy — odpowiadam. Krzywię się, jak mocno boli mnie gardło od tego jednego słowa. Jest wyschnięte, a rozwalona warga mrowi, jak mówię.

— Jakie interesy sprawiły, że zostaliśmy małżeństwem? — warczy wściekły i zaciska mocniej palce w moich włosach. Kolejny jęk opuszcza moje usta.

A wtedy widzę coś, co jest o wiele bardziej interesujące od moich odpowiedzi.

— Jesteś twardy.

Puszcza mnie tak szybko i się cofa, że o mało się nie potyka o własne stopy. Spodziewam się, że mnie spoliczkuje. Lub uderzy w inne miejsce, a jestem przykuty do krzesła i na jego niełasce. Oddycha coraz szybciej, mięsień przy oku drga, złość paruje z niego porami i wiem, że wydałem na siebie wyrok.

Nie pierwszy i na pewno nieostatni raz.

Niżej upaść nie mogłeś. Przymykam oczy, gdy głos ojca ponownie pojawia mi się w umyśle i bije mnie mocniej od jego pięści.

Nusze podchodzi ponownie do stołu i otwiera folder z moim imieniem. Jego ruch pełen jest nerwów, wyżywa się na papierze, jakby ten był lekiem na jego wściekłość i to, ile jeszcze odpowiedzi potrzebuje dostać.

Arkusz jest gruby na prawie czterdzieści stron i sam nie wiem, co takiego się tam znajduje. Pewnie lista przebytych chorób w dzieciństwie, nałogi i alergie. Na początku znajduje się krótka lista obowiązków mojego świeżo upieczonego męża, na których skupia się, mamrocząc coś do siebie pod nosem.

Korzystając z chwili, przesuwam wzrokiem po całej piwnicy i krzywię się na jej szare ściany, kilka sprzętów i kurz na podłodze. Jak na rodziny mafijne mamy zbyt skromną ceremonię. Dylan nawet nie ubrał garnituru! Gdzie paparazzi, szampan i wolna muzyka, do której będziemy tańczyć?

Wszystko miało się odbyć po cichu, bez skandali, a reszta miasta miała żyć w niewiedzy jak najdłużej. Nusze jest znanym nazwiskiem w Svelgen podobnie jak Larun. Obie rodziny słyną ze swoich małych, legalnych imperium i plotek, jakie opowiadają sobie elity szeptem.

Tym razem przegiąłem zbyt mocno. Ale nie dziwię się sobie i nie mam do siebie żalu.

Staram się przeżyć w świecie, do którego nie należę. Nigdy nie miałem w planach okazać się synem mafiosa ani znaleźć się w tym piekielnym kraju, w którym lato jest zbyt gorące i duszne, a zimy przypominają te na Grenlandii.

— Mam ciebie nie zabijać — mruczy Dylan, niezadowolony z tego faktu. Wyrywa mnie z własnych myśli i dla kaprysu pokazuję mu środkowego palca, którego sam także nie widzę — Ani ciebie nie zdradzić. Kurwa, serio? Wierność małżeńska?! Pieprzone żarty — ostatnie słowa mruczy do siebie i nie wiem, czy chodzi mu o wierność czy o mnie — I mam się o ciebie troszczyć. Przeżyjesz.

— Super — przekręcam oczami — Prawdziwy z ciebie romantyk. Aż łapie mnie za wątrobę na samą myśl, czym jest dla ciebie troska.

Gdy ponownie do mnie pochodzi, staje za moimi plecami. Czuję po sekundach, jak mnie uwalnia i wzdycham z ulgą; krążenie z powrotem wraca do moich palców, które mrowią. Rozmasowuję sobie je spokojnie, czekając na jego ruch.

— Muszę się spakować — Dylan ma napięty głos. Czuję, jak ciało mi się spina na myśl, że weźmie mnie ze sobą. Nie czuję się na siłach, by mu wszędzie towarzyszyć. Potrzebuję samotności i by dopracować swój plan — Ty poczekasz na mnie w domu — wypluwa słowo niczym zarazę.

— Mężu, nie chcesz mnie przedstawić teściowi? — udaje oburzenie w tonie i cieszę się, że głos mi nie drży. Ale mój komentarz szybko doczekuje się konsekwencji.

Jego duża, silna dłoń ląduje między moimi łopatkami i zanim zdążę zareagować, pcha moje ciało z krzesła, aż spadam na kolana. Uderzam nimi o betonową podłogę czując, jak igły bólu rozchodzą się po moich nogach. Syczę przez zęby i rzucam mu wściekłe spojrzenie. Dylan stoi niewzruszony, chowając jedną dłoń za plecami i patrząc znudzony, jak zbieram siebie i resztki swojej godności z podłogi.

Nie jestem pewien, ile resztek mi jej zostało, ale zapas się szybko wyczerpuje. A to, co zaplanowałem na naszą noc poślubną odbierze mi je do końca.

— Bądź grzeczny — to moje jedyne ostrzeżenie nim wychodzi z piwnicy.

Światła mrugają, jakby demon właśnie opuścił pomieszczenie i nie jest to do końca kłamstwo.

Właśnie zostałem mężem Dylana Nusze, syna jednego z największych mafiosów w naszym kraju. Zostałem sprzedany przez własnego ojca kolejnemu oprawcy.

Nasze małżeństwo będzie trwało rok.

Tylko tyle muszę przetrwać, a później, może na sekundę, odzyskam dawno utraconą wolność.

Rozdział trzeci

Dylan


Koszulki, spodnie, bielizna. Nawet nie patrzę, jak je wrzucam, chcę mieć to już za sobą. Torby i walizki ułożone są na łóżku, na którym został pusty materac. Wyładowuję wściekłość na ubraniach i tym, jak mocno je wciskam. Mruczę pod nosem przekleństwa i plany, by zmienić życie Filipa w piekło. Robię ćwiczenia oddechowe. Cokolwiek, co przyniesie mi jebaną ulgę. Ale nic nie działa.

Dwójka idiotów patrzy na mnie z uśmieszkami i tylko czekam, aż w końcu się odezwą. Zaskoczą mnie, jeśli powiedzą coś mądrego.

— Dziwię się, że nie zaprosiłeś nas na ślub — szydzi Shiro jako pierwszy, a Theo patrzy na niego uradowany, że otworzył gębę. Niekiedy mam wrażenie, że gdy któryś z nich to robi, połączenie z mózgiem się zacina — Dylan, nie dbasz o naszą przyjaźń!

— Zrobilibyśmy ci taki dobry kawalerski! — jęczy podekscytowany Theo, dorzucając swoje niepotrzebne nikomu trzy grosze i sprawiając, że prawie drę koszulę.

— Jestem pewien, że rozwiązałaby się z tego strzelanina — podsumowuję kwaśnym tonem.

Shiro i Theo są moimi kapitanami i dwójką najbliższych osób, jakie posiadam w swoim kręgu. Ufam im swoim życiem. Za nich jestem w gotowości przelać krew i za jednego już to zrobiłem. Shiro i jego wybory sercowe są bardziej niebezpieczne i chaotyczne od moich.

Pomagają mi się spakować do nowego domu na obrzeżach miasta. Tam zamieszkam przez najbliższe dwanaście miesięcy. Na samą myśl bolała mnie dusza i wściekłość przysłaniała mi wzrok. Chciałem się zbuntować, może nawet tupnąć nogą i wrzeszczeć, aż zachrypnę. Poczucie niesprawiedliwości ciąży mi na żołądku.

Nigdy wcześniej nie sprzeciwiłem się ojcu. Kwestionowałem jego rozkazy, ale je wykonywałem. Niekiedy musiałem poburczeć swoje pod nosem, ponieważ jestem także jednym z doradców Gabriela, ale akurat moich narzekań nie brał sobie do serca.

Jednakże plan, by wydać mnie za mąż?

To jest wszystko bezcelowe, bez konkretnej przyczyny i skoro ojciec chciał interesów z Larunem, dlaczego nie mogło się to skończyć na umowie? Albo mógł wybrać któregoś ze swoich kapitanów do tego szczytnego celu; jestem pewien, że byliby tak samo szczęśliwi, jak ja. Teraz ojciec schował się w gabinecie, unikając rozmowy i mojego miliona pytań.

Jestem jego synem i następcą imperium, przyszłym szefem. Ufamy sobie i nie rozumiem, skąd nagły kontrakt z rodziną Larun, gdy ojciec nienawidzi go jak psa. Możliwe, że to wszystko ma swój dalszy plan, ale chcę być jego częścią, a nie tylko pionkiem.

Coś piecze mnie w piersi na myśl, jak długo myślał nad tym planem i od kiedy zaczął mieć kontakt z drugą rodziną. Przez tygodnie nic nie mówił o tym i chyba dobrze — uciekłbym na wakacje, by nie stanąć w tej piwnicy ponownie, która okazała się świątynią. Takie interesy wymagają czasu, a ich zarządzanie — zaufania.

Czy ojciec przestał mi ufać w moim osądzie? Skoro obaj nienawidzimy tej rodziny, dlaczego nie wziąć tego, co ich? Czy nie lepszym okazałoby się kilka morderstw i gróźb, przelane, brudne miliony z jednego na drugie konto?

— Dawno nie byłem na dobrym weselu — cierpki głos Shiro wyrywa mnie z rozmyślań i zauważam, że zastygłem bez ruchu, z ubraniami dalej w dłoni. Kilkakrotnie mrugam i potrząsam głową, próbując przebić się przez mgłę emocji.

Shiro i Theo przyjechali, jak tylko do nich zadzwoniłem i powoli zaczynam żałować, że tak szybko im powiedziałem. Jedyne co robią, to rozmawiają i opowiadają sobie żarciki. Z tą dwójką wpadało się w skrajności: albo byli profesjonalistami albo gigantycznymi dziećmi, których nie należało puszczać samemu do miasta.

— To małżeństwo to tylko żart — wzdycham, chowając kilka ważniejszych rzeczy do następnej torby — I próba dominacji nad moim ojcem.

— A może sojusz? — Shiro poważnieje nagle. Wymieniają krótkie spojrzenia z Theo, który kontynuuje:

— Potyczki z rodziną Larun trwają od kilku lat, więc może rok spokoju nam wyjdzie na dobre. Mają władzę na północy Svelgen i dostęp do granicy, o którą walczył szef. To brzmi jak dobry pomysł, by połączyć siły i nie przelewać więcej krwi.

— To dlaczego nie mogli poprzestać na podpisaniu kontraktu? — sapię, szukając logiki w tym planie.

— I kim tak dokładnie jest Filip Larun?

Pytanie Shiro jest trafne i żaden z nas nie ma na nie odpowiedzi. Sam zastanawiałem się nad tym, kim tak naprawdę jest mój mąż i jaki z niego człowiek. Przypomina mi się jego spojrzenie, pełne ognia, lecz i niewinności. To nie było spojrzenie mordercy.

O Filipie dowiedzieliśmy się sześć lat temu, jak po raz pierwszy pojawił się w Svelgen i nosił nazwisko drugiej rodziny. Razem z kapitanami śledziliśmy go przez pierwszy miesiąc, by sprawdzić, jakie zagrożenie wnosi ze sobą. Jego dzieciństwo i dorastanie pozostawało niezapisaną kartą i nawet najlepsi nasi ludzie nie byli w stanie tego się dowiedzieć. Od czterech lat Filip przestał być tak stałym bywalcem restauracji czy klubów, do których lubił się udawać. Ciekawiło mnie, dlaczego, a teraz mam okazję, by dostać pytania na swoje hipotezy.

Może Larun uznał, że Filip zostanie następcą jego imperium i mu się przyda. W ten sposób zapewniłby synowi życie i przyszłość. Moje zdanie jest takie, że Filip nie nadaje się do rządzenia tym światem, lecz mogę się jeszcze mylić. Larun nigdy wcześniej nie uznał blondyna publicznie ani nie oddał mu czegoś swojego, by przetestować, z jakiej gliny jest ulepiony. Nie sądzę, by nadawał się do czegoś innego niż kłopoty odziane w luksusowy płaszcz pokusy.

Gdy pakowanie jest zakończone, a kapitanowie opuszczają mnie, znajduję się przed gabinetem ojca. Czuję, jak serce dudni mi w klatce piersiowej, a dłonie drżą minimalnie. Gabriel schował się za grubymi drzwiami przede mną, nie chcąc mnie słuchać, ponieważ nie mogę pogodzić się z tym, co się wydarzyło tego wieczora.

Nigdy wcześniej nie wyszedłem z domu bez pożegnania się i teraz także tak będzie, zwłaszcza, że przestaniemy dzielić rezydencję na pewien czas.

Moje pukanie do drzwi oczekuje krótkiego zaproszenia. Ojciec siedzi za swoim biurkiem przeglądając dokumenty. Gdy wchodzę, rozłącza się z księgowym bez większego pożegnania. Otacza mnie zapach jego cygara i drogiego drewna. Niedawno biuro przeszło generalny remont i dalej w pokoju pachnie nowością, a meble błyszczą.

— Dlaczego? — zadaję jedno pytanie. Zaciskam palce na pasku torby, która ciąży mi na ramieniu.

Ojciec przygląda mi się w dłużącej, męczącej ciszy. Jest ciężka i atmosfera coraz bardziej się zagęszcza, jakby próbowała nas udusić. Zawsze ufałem Gabrielowi i temu, że wie, jak poprowadzić naszą rodzinę. Nie zawsze musiałem rozumieć jego motywy, ale tym razem jego oddziaływania odczuję na własnym życiu.

— Pan Larun i ja doszliśmy do porozumienia, którego warunki są korzystne dla obu rodzin — zaczyna tato. Jego głos jest głęboki z włoskim akcentem. Ciemne oczy ma jednak pozbawione emocji, a twarz spokojną i zrelaksowaną — Larun ma władzę nad sądami, co nam się przyda oraz uzgodniliśmy, że udostępni nam dostęp do granicy. W ten sposób będziemy mogli przerzucać więcej narkotyków i broni, unikając więzienia przez jakiś czas.

— I potrzebne do tego było moje i Filipa małżeństwo? — warczę, uwalniając trochę złości z siebie. Gabriel uśmiecha się z wyższością, czym przypomina bardziej zadowolonego biznesmena niż okrutnego mafiosa.

Tato nauczył mnie kamuflażu, bym wtopił się w społeczeństwo i udawał najnormalniejszego człowieka. Lecz nie wszystko można było ukryć i już dawno nauczyłem się wyłapywać drobniejsze szczegóły. Tak, jak to, jak zmrużył prawą powiekę, poruszył palcami, które przyzwyczajone są do ciężaru broni.

— To było ultimatum Laruna. Wiem, że nie jesteś szczęśliwy z takiego obrotu spraw, Dylanie, jednak małżeństwo może wyjść ci na dobre, a razem z Larunem uważamy, że jesteś odpowiedni.

— Do czego? — mój puls przyśpiesza. Mogę być odpowiedni do zabicia Filipa lub skazania go na niepełnosprawność do końca życia. Podpisałem się własnym nazwiskiem, że chłopak będzie żyć przez następny rok, ale po rozwodzie? Zamierzam się zemścić. Za. Każdy. Dzień.

— Do tego byś go utemperował.

— Co to znaczy?

Ojciec wzrusza ramionami, a mnie oblepia zimny pot. Odpowiada, że nie dopytywał szczegółów, ale mu nie wierzę. Ten człowiek wierzył, że wiedza to następny filar władzy i sam mnie tego nauczył. Cokolwiek zataja przede mną, wyciągnę to od swojego męża.

— Nie sądziłem, że kiedykolwiek się na to zgodzisz — mówię cichszym i spokojniejszym głosem, do którego się zmuszam. Gabriel wzdycha, kiwając do siebie głową, namyślając się nad tym.

Wiedział od dawna, że jestem gejem. Wtedy, gdy ujawniłem mu prawdę, uznał, że mi przejdzie; byłem następcą tronu naszego imperium i oczekiwał po mnie żony i dzieci. Najlepiej synów, którzy będą skorzy do przejęcia interesu. Noszę na swoich barkach już wystarczająco, ale moja przyszłość to na pewno nie jest gromadka dzieci. One mnie nawet nie lubią i ze wzajemnością.

— Jeśli chcesz być gejem, będziesz nim na moich warunkach.

Jego słowa wbijają mi się w kości i wściekłość na nowo szumi mi w krwiobiegu. Zaciskam pięści, ale nie mogę ich użyć. Coś w tonie głosu mojego ojca mówi mi, że jeszcze pożałuję własnej orientacji. Tłumaczyłem mu wiele razy, że takich spraw nie zmienia się z dnia na dzień i nie mam na nią żadnego cholernego wpływu. Jednak moje argumenty odbijały się od zamkniętych drzwi jego logiki, ponieważ, jak sam uznał, są rzeczy, które są przyjemne oraz takie, które są wymagane.

Mogę być gejem w hotelowych pokojach, gdzie po orgazmie wypraszam kochanka, zapominając jego twarz i imię. Media mogą mnie kreować, jak chcą, dopóki mój wizerunek nie przynosi szkód.

W moich obowiązkach jest jednak to, żeby znaleźć żonę i mieć następcę, nawet jeśli chcę imperium tylko dla siebie z własnej chciwości. Nazwisko Nusze nie powinno umrzeć wraz z jedynym synem.

— Pamiętaj o swoich obowiązkach wobec niego — mówi, jak kieruję się do wyjścia — A najbardziej o tym, że nie może opuszczać samemu domu.

Tego punktu nie przeczytałem głośno w piwnicy.

Cokolwiek przeskrobał mój świeżo upieczony mąż albo jakikolwiek wyrok zapadł na jego piękną głowę, zamierzałem się tego dowiedzieć.

Rozdział czwarty

Dylan


Gdy podjeżdżam pod mój nowy dom otacza mnie wyczerpanie i ciemność. Kilku żołnierzy kręci się dookoła, a jeden z nich staje przy samochodzie. Chłopak jest najwidoczniej świeży, przeskakuje z nogi na nogę i ma spanikowany wyraz twarzy. Jego błędy bolą mnie w oczy.

Niektórzy pakowali się do mafii na własne życzenie. Zwabieni iluzją kontroli i tony forsy. Myślą, że wygląda to jak na filmach czy w książkach, a każdy wychodzi obronną ręką, z uśmiechem na wargach i brakiem akt na policji.

Jedyne wyjście to śmierć. A cudowne bajki sprzedawane w mediach nigdy nie staną się rzeczywistością.

To nie są strzelanki, gdzie główny bohater kroczy wśród pocisków niczym pieprzony Super-Man. Mafia to pasożyt. To śmierć. To wyzysk na tych, co mają już i tak niewiele. Należę do rodziny Nusze, która staje pomiędzy obywatelami a naszym państwem, pomiędzy produkcją a konsumpcją, między dobrem a złem. Nasze zdanie i prawa narzucone są przemocą.

A ten niedouczony dzieciak wpakował się właśnie do własnej trumny, zwabiony życiem, do którego nigdy nie będzie miał dostępu.

Nie wiem, czy jest pod Shiro czy pod Theo, ale najwidoczniej któryś z nich popełnił błąd. Nie potrzebujemy słabych ogniw w naszej maszynie. To prowadzi jedynie do upadku.

— O co chodzi? — mój ton jest pełen groźby, gdy pytam. Wyciągam najważniejszą torbę z bagażnika, a resztę zostawiam służbie do wniesienia.

— Pan Larun nie życzył sobie eskorty — odpowiada żołnierz. Ma wyprostowane plecy i patrzy mi prosto w oczy, co działa na mnie jak płachta na byka — Kazał zatrzymać się przy dzielnicy Rosecha i wrócił na piechotę. Kamery wykryły ruch, gdy pojawił się półtora godziny temu.

Zalewa mnie fala gorąca. A później lodu, który zmraża moje morale. Ten człowiek właśnie podpisał na siebie wyrok.

— Nie pozwoliłem, by mój mąż chodził sam po mieście — wyrzucam przez zęby słowa owinięte nienawiścią. Żołnierz blednie i spuszcza wzrok na swoje buty — Mieliście zadbać o jego bezpieczeństwo i zostaliście jasno poinstruowani, by nie spuszczać go z oczu.

Nie słucham jego następnych słów, ponieważ nie wydostają się z ust. Z torby wyciągam broń, odbezpieczam i strzelam nieszczęśnikowi między oczy. Czuję, jak jego krew ląduje mi na twarzy, a huk roznosi się po okolicy. Sąsiedzi pewnie pomyślą, że ktoś strzela fajerwerkami; to zawsze było lepsze tłumaczenie, niż poczucie obowiązku, by dzwonić na psy.

Dziwi mnie to, jak szybko powiedziałem obcemu człowiekowi o tym, że Filip to mój mąż. To słowo wypala mi się na języku niczym rozżarzony pogrzebacz i podobnie pali. Spluwam śliną na powiększającą się kałużę krwi, a gdy podchodzi do mnie następny żołnierz, kiwam głową na leżące ciało. Nie muszę się już odzywać, ponieważ ten widocznie wie, co ma zrobić.

Jutro, gdy będę wychodzić do pracy, nie zobaczę ciemnej plamy czy ciała żołnierza. Nawet nie będę pamiętać o tym, że zabiłem kogoś w nocy, ponieważ zignorował moje rozkazy.

Dzwoni mi w uszach, jak wchodzę do cichego i ciemnego domu. Ostrożnie stawiam kroki, gdy idę na piętro, niezorientowany w nowej przestrzeni i gdzie co leży. Jedne z drzwi są otwarte i w pokoju pali się światło, oświetlając korytarz i wypełniając przestrzeń cichą, subtelną muzyką. Filip Larun puszcza uwodzącą piosenkę i gdy staję w progu, wiem, skąd ten wybór.

Filip czeka na mnie w łóżku, patrząc, jak krew spływa mi po twarzy. Ciepłe światło sprawia, że wygląda młodzieńczo, a niebieskie oczy ma skupione tylko na mnie.

— Właśnie zabiłem przez ciebie człowieka — drga na moje słowa, uchylając pulchne wargi. Mój głos jest zduszony, a dłonie zaciskam na broni, oddychając szybko — Jesteś z siebie dumny?

— Miałeś wrócić ze mną — mruczy i marszczy brwi, gdy spogląda na pistolet — Przygotowałem dla ciebie małe show.

Widzę.

Mój kutas także to widzi i testuje wytrzymałość rozporka, podjarany, żeby przywitać się z Filipem. Jestem boleśnie twardy i muszę sam ze sobą walczyć. To niesprawiedliwa, pełna brudnych chwytów walka, a krew lokuje mi się poniżej pasa z szybkością, od której kręci mi się w głowie. Mój mąż, jak niesmaczna jest ta nazwa!, przesuwa po mnie spojrzeniem jeszcze raz, zauważając stan, do którego mnie doprowadził.

Siedzi okrakiem na materacu, nagi i z błyskiem w niebieskich oczach. Blond włosy ma rozwiane, a rumieńce na policzkach sprawiają, że wygląda młodziej i bardziej niewinnie. Wargi ma ciemne, a gdy dolną chwyta między zęby, prawie wchodzę głębiej do sypialni. W spojrzeniu ma głód i ogień pożądania, który rozpala i mnie. Nie potrafię nie docenić widoku, jaki mam przed sobą.

Ciało Filipa jest idealnie zbudowane. Bicepsy ma wyraźnie zarysowane, a uda drżą, gdy porusza się. Pot błyszczy na mięśniach brzucha i obojczykach. Wcięcie w talii kusi, bym tam umieścił dłonie lub nad krągłym tyłkiem, gdzie ma dołeczki w plecach. Jego penis stoi na baczność, główka lśni od preejekulatu. Wszystko ma zachowane proporcje, jest delikatne i mocne zarazem, jest po to, by kusić, by zachwycać, by odebrać mi dech.

Do mojej listy słabości dodaję oczy Filipa i dołeczki nad plecami, które kuszą mnie coraz bardziej.

Ponownie unosi się i jęczy miękko, odginając głowę do tyłu. Plecy wyginają się w idealny, seksowny łuk, a miękkie kosmyki włosów opadają na kark. Cichy jęk wypełnia przestrzeń pomiędzy nami, przyciągając mnie bliżej łóżka. Leniwie ujeżdża dildo, a różowa część zabawki, która jest w mężczyźnie przyprawia mnie o zazdrość. Pożądanie tłucze mi się w ciele i przyćmiewa racjonalne myślenie.

Nie sądziłem, że poślubiłem demona. A on właśnie rozpalił mi nerwy do czerwoności, rozwiewając w proch moje myśli.

Ostrożnie odstawiam torbę, a gdy zbliżam się do łóżka, zabezpieczam broń. Oddech Filipa przyśpiesza, jak staję za nim i rzuca mi badawcze spojrzenie przez ramię. Śledzę wzrokiem mięśnie jego pleców, a później wyciągam dłoń i robię to samo, lecz za pomocą lufy pistoletu. Drga, lecz nie ucieka, co sprawia, że moje zainteresowanie jedynie wzrasta.

— Przygotowałem się na ciebie — jego słowa są pełne zaproszenia. Ponownie porusza biodrami, jęcząc nisko, gdy zabawka muska jego prostatę. Widoczny dreszcz przechodzi po jego ciele, a gęsia skórka wyskakuje przy kręgosłupie.

W sypialni pachnie jego wodą kolońską i seksem. Filip zaprasza mnie, bym spędził z nim noc poślubną, ale nie wie, o co dokładnie prosi. Wydaje się zbyt… kruchy na mnie. Nie sądzę, byśmy byli dla siebie satysfakcjonującymi partnerami na dłuższą metę.

Lecz przyszłość nadejdzie dopiero jutro, a dzisiaj mąż zaprasza mnie do łóżka, oferując swoje piękne ciało. Mam listę dziesięciu argumentów, dla których to zły pomysł, a mój kutas ma tylko jeden, dlaczego nie powinienem słuchać mózgu.

Skóra jest gorąca pod moimi palcami, gdy drugą dłonią pcham jego plecy. Opada na dłonie z kolejnym jękiem, który trafia prosto w mojego penisa i kruszącą się wolę. Potrzebuję sobie ulżyć, a nie przedłużać cierpienie. To, jak szybko i mocno stałem się twardy sprawia, że wiruje mi w głowie i zastanawiam się, dlaczego ten człowiek ma już władzę nad moim ciałem. A to już o wiele mniej mi się podoba.

Żaden mężczyzna wcześniej nie miał nade mną władzy w łóżku. Filip nie jest i nie będzie wyjątkiem. A jeśli myśli, że w ten sposób owinie mnie wokół swojego palca — to bardzo się pomylił.

Przyciskam lufę do dołeczka w plecach, wbijając chłodny metal w rozgrzaną tkankę. Jest coś fascynującego w sposobie, w jakim dreszcz targa jego ciałem. Szybki oddech jest głośny w sypialni. A na mojej łasce wygląda jeszcze seksowniej.

— To nasza noc poślubna, Dylan — przekonuje mnie dalej i kręci biodrami. Sam prawie wzdycham na to, jak moje imię brzmi na języku Filipa. Miękki ton pełen uwodzenia i seksapilu i ten głód w spojrzeniu.

Ludzie są w stanie wiele udawać, ale nie spojrzeniem. Nauczyłem się tego, kiedy w nieskończoność razy studiowałem ich twarze w trakcie pracy, legalnej czy nie. Ale Filip pragnie mnie szczerze.

Niebieski jest jasny od emocji, a źrenice rozszerzone. Gryzie dolną wargę, czekając na moją reakcję, gdy ja nie mogę oderwać od niego spojrzenia i swojego ciała. Mam wrażenie, że wylał na siebie kropelkę.

— Nie boisz się, że ciebie postrzelę? — pytam, wciskając lufę mocniej. Mam zachrypnięty głos, napięty od wewnętrznej walki.

Nigdy wcześniej nie odmawiałem flirtującym, młodym mężczyznom, którzy mieli twarze w moim typie i chcieli uraczyć moją noc. Dzisiaj jednak ten dzień wykończył mnie do cna; może gdyby Filip nie był moim mężem, już dawno dołączyłbym do niego w gorącym akcie, dał się ponieść jego dłoniom i skosztowałbym tych warg, które teraz wracają do mnie we wspomnieniach, owinięte wokół różowej kulki.

Filip chichocze jedynie, jakby stracił ostatnią szarą komórkę, co może być prawdą. To w końcu Larun. Z nimi nigdy nic nie wiadomo.

Powoli wyjmuję z niego zabawkę, która wychodzi z mokrym dźwiękiem, na który sam sapię. Jego różowe wejście zaciska się na niczym, niemo zapraszając mnie, bym je wypełnił. Ślina zalewa mi język i potrzebuję chwili, by ją przełknąć. Cała krew ulokowała mi się w twardym, nabrzmiałym penisie, który drga na widok przede mną i przecieka mi na bieliznę.

Mój penis i mąż najwidoczniej przypadli sobie do gustu. Dobrze, że jeszcze mózg ma coś do powiedzenia.

— Jestem większy — mówię obrażonym tonem. Dildo upada na podłogę, a na ten dźwięk Filip lekko unosi biodra. Każdy jego ruch jest idealnie wyważony — Słabo się przyszykowałeś.

— Jeszcze tego nie wiem — ponownie patrzy na mnie przez ramię, rzucając sugestywne spojrzenie na moje krocze.

Filip jest najpiękniejszym mężczyzną, jakiego miałem w łóżku. Zapiera mi na moment dech w piersiach i czuję się zahipnotyzowany jego niebeskimi, jasnymi oczami. Blond włosy rozsypały się na pościeli i utworzyły swego rodzaju aureolę.

Łapię się na tym, że pochylam się, by ucałować pośladki. Posmakować go i podwoić przyjemność, pokazać, na co się pisze. Zaciskam zęby, prostując się, ale żaden punkt na ścianie nie sprawia, że serce zwalnia swoje bicie. Penis ponownie mi drga, gdy słyszę ciche, potrzebujące westchnięcie Filipa.

Błagam samego siebie o kontrolę, ponieważ jeśli ją teraz stracę — równie dobrze mogę zapomnieć o szacunku do samego siebie. Filip jest piękną, kuszącą pokusą, którą muszę odrzucić.

— Idź do łazienki i się umyj — mówię, zmuszając się do znudzonego tonu. Mój głos jednak dalej jest ciężki od pożądania — A od teraz dochodzisz tylko wtedy, gdy tobie na to pozwolę. Jeśli pomyślisz jeszcze raz, że to ty rozdajesz karty, następnym razem będziesz ujeżdżać moją broń.

Patrzy na pistolet w moich palcach z zastanowieniem, aż wzrusza ramionami. Z cichą, młodzieńczą gracją wstaje z posłania.

— To będzie ciekawy rok — mówi, gdy staje obok. Jest niższy o głowę i o wiele smuklejszy ode mnie. Mógłbym owinąć go ramionami i schować za swoim ciałem, robiąc z siebie żywą tarczę, a ta myśl sprawia, że zimny dreszcz spływa po gorącym ciele, które dostaje szoku termicznego na wszystko, co się dzieje dookoła w tak krótkim czasie.

— Też tak uważam, mężu — mówię ostatnie słowo z szyderstwem.

Wymija mnie powoli, lecz jego palce muskają moją erekcję i widzę, jak bardzo zadowolony jest z tego, że wytrącił mnie z równowagi.

Rozdział piąty

Filip


Poranek mógłby być piękniejszy, gdyby nie chrapanie mężczyzny obok.

Nieco dziwi mnie to, że Dylan śpi obok, ale staram się go nie wybudzić. Wygląda na takiego spokojnego i bezpiecznego; jakby nie był tym samym człowiekiem, który wczoraj przesuwał bronią po moim tyłku. Jestem pewien, że chciałby to zrobić dłońmi albo i językiem.

Błagam, moja twarz jest najbardziej udaną rzeczą i jedyną, jaką mój ojciec potrafił zrobić dobrze. Lecz mimo to, Dylan i tak zdołał się jej oprzeć. Siła jego woli mnie zaskoczyła, ponieważ naprawdę sądziłem, że dam radę go uwieść.

Wspomnienie jego rozpalonego wzroku jest wciąż żywe, aż czuję ciepło na własnej skórze. Wiem, że go podnieciłem, ale to jego kontrola sprawiła, że zaschło mi w gardle, a ciało się mu poddało, jakby rzucił na nie czar. Jego odmowa dała odwrotny skutek i podbiła moje ego. Jest coś otumaniającego w tym, jak widzisz, gdy inny mężczyzna trzęsie się i zagryza zęby na twój widok wiedząc, że nie powinien ciebie dotknąć, ale tego pragnie.

Całe szaleństwo z naszego ślubu sprawiło, że czuję się jeszcze bardziej nieodpowiedzialny. To otumaniające uczucie i wiem, że to jeden z powodów, dla których mój ojciec nigdy nie dopuści mnie do władzy. Czuję się niemal nieśmiertelny, a patrząc na mężczyznę obok wiem, że moje dni i tak są policzone.

Nie ma we mnie strachu z wczoraj. Dziś jest tylko resztka szoku, podniecenia i wspomnienie pustki, która zalewała mnie wcześniej.

Poranny wzwód Dylana tworzy wybrzuszenie pod kołdrą. Kusi mnie i chcę zobaczyć, jak wyposażony jest mój mąż.

Rzucam jeszcze jedno spojrzenie na śpiąca twarz. Intensywne oczy ma schowane pod powiekami, a ciemne rzęsy są długie. Wargi z wyraźnie zarysowaną dolną są uchylone, wypuszczając nowy, znienawidzony dźwięk — chrapanie. Dylan ma prosty nos, jakby nigdy nie został złamany, zadbany zarost na policzkach, a ciemne włosy ma w chaosie po spaniu. Wsłuchuję się w jego oddech, który nie zmienia rytmu i upewnia mnie, że mężczyzna ma twardy sen.

Chcę uchylić kołdrę i tylko rzucić okiem. Serio.

Jednak w momencie, jak moje palce stykają się z jej materiałem, jego wystrzeliwują i łapią mnie za nadgarstek. Ten szybki ruch i jego siła sprawiają, że o mało co nie wyskakuję z własnej skóry. Próbuję zabrać dłoń, lecz wtedy Dylan uśmiecha się kącikami wargi i zacieśnia swój uścisk.

— Myślałem, że śpisz — sapię, połykając jęk bólu.

— Nie od godziny — mruczy, uchylając powieki. Niebieski i brązowy mnie wita, pełne irytacji i śpiochów. Jego głos z chrypką działa na mnie, rozpalając każdy nerw. Czuję, jak serce wali mi w piersi, ale nie mam w sobie takiej mocy, by odwrócić od niego wzroku.

Dylan jest przystojny. To jedna rzecz, która sprawia, że przyjemniej się na niego patrzy.

Ale pewność siebie to druga rzecz. Arogancja i duma, zimna obojętność, gdy wie, że jest najsilniejszy w pokoju i nie chodzi tylko o ilość mięśni. Chociaż one na jego ciele sprawiają, że czuję się jeszcze mniejszy.

Mój mąż jest duży. I nie chodzi mi tylko o imponujący namiot, jaki rozbił.

— W takim razie dzień dobry, mężu — uśmiecham się szeroko, mimo zaciśniętych zębów. Mój głos ocieka fałszywą słodyczą, a Dylan unosi się z poduszek.

Trzymając mnie wciąż siada na moich udach, zrzucając z siebie kołdrę. Na skórze ma jej odbicia po śnie. Zaspana twarz jest tylko maską, ponieważ wzrok ma kalkulujący i chłodny. Nie ma w nim tego ognia, który przywitał mnie wczoraj podczas niespełnionej nocy poślubnej, a nagły chłód jest orzeźwiający i przypomina, z kim dokładnie dzieliłem łóżko.

Oddech zamiera mi w gardle, a uszy płoną od tej pozycji. Gdy tak nade mną góruje, wydaje się jeszcze większy. I mówię już tu o wszystkim.

— Niezły numer mi wczoraj wykręciłeś — kwituje niezadowolonym tonem. Jestem pewien, że od niego jego kapitanowie dostają gęsiej skórki — Ale dzisiaj dopilnuję cię, byś zrozumiał, co to znaczy chodzić tam, gdzie ci każę.

Poranna chrypka zniknęła przez złość. Dreszcz ekscytacji i strachu miesza się ze sobą po moim kręgosłupie. Dylan nie wie, kogo poślubił, podobnie jak ja. Obaj nie mamy pojęcia, jak daleko drugi może się posunąć.

Cholera, na tym etapie nie znam nawet samego siebie.

Łapie za moje nadgarstki i pozwalam mu na to, zaciekawiony co zrobi coraz bardziej. Jego palce są szorstkie, ale trzymają mnie delikatnie, specjalnie bym spróbował się oswobodzić. Nie chwytam za jego przynętę, ponieważ nie mam ochotę na przekonanie się, czy użyje na mnie swoich pięści.

Kajdanki zaciskają się na jednym moim, a drugim Dylana nadgarstku. Zanim zdążę zaprotestować, wstaje i ciągnie mnie ku drzwiom sypialni. Potykam się o nogi, o kołdrę, o jego cholerną torbę zostawioną na podłodze. Serce staje mi w gardle, jak o mało nie spadam ze schodów, ciągnąc go ze sobą. Dylan udaje, że nie jestem bagażem, który przypiął do siebie. Ten człowiek jest niepoważny! I mam z nim spędzić następny rok?!

Jest więcej ciągania i złości, słyszę kilka jego wyzwisk w swoją stronę, przez które zapieram się stopami. Gdy robimy kawę, prawie wyrywa mi nadgarstek od reszty ciała, ponieważ gamoń musi mieć tyle cukru w swojej, ile ma Coca-Cola w butelce. A później rozgląda się i czeka, aż przyjdzie kucharz, którego nie mamy.

Jego niezadowolona mina byłaby urocza, gdyby nie fakt, że jest synem mafiosa i prawdopodobnie ma tyle trupów w szafie, co seryjny morderca, którego nie udało się złapać. Chłodne, dwukolorowe oczy w końcu patrzą na mnie, gdy staram się napić kawy. O mało nie wylewam na siebie wrzątku, jak Dylan wyrzuca dłonie w górę i wzdycha z frustracji.

— Czyj to był pomysł, by w tym domu było tylko jedno łóżko? — jego głos jest ciężki od złości. Oddycha szybko i zaciska pięści, pewnie wyobrażając sobie, jak kogoś nimi katuje.

Wzruszam ramionami, walcząc z własnym uśmiechem.

Przy tym, jak szykuję dla nas śniadanie jest już trochę więcej wprawy. Dylan patrzy na mnie uważnie, jak operuję nożem, zachowując dystans, na jaki pozwalają nam kajdanki.

Gdyby poprosił, dałbym mu się nawet związać, ale nie w takim celu, a brak spełnienia sprawia, że czuję coraz większą irytację. Obecność Nusze zaczyna mi coraz bardziej przeszkadzać i zastanawiam się, co muszę zrobić, by dał mi już od siebie odpocząć.

— Papierki do kosza — mówi, gdy zostawiam kolejny na blacie. Wskazuję mu miejsce pod zlewem, by sam wyrzucił.

Nie jestem już w domu ojca, a swoim własnym. No, może własny to za wiele powiedziane, ale nie czuję oddechu tego mężczyzny na karku. Nie muszę się go słuchać i stosować zasad, jakie miały jedynie uprzykrzyć mi życie. Jeśli chcę bałaganić — będę to robić. Nawet mój mąż tego nie zmieni.

Czuję, jak staje za moimi plecami, lekko wyginając mi dłoń na plecy. Jego dotyk ponownie jest delikatny, niby nieśmiały, ale wiem, że mój jeden zły oddech i zmieni się na brutalny. Dylan i delikatność nie istniały ze sobą w parze.

Układa mi wolną dłoń płasko na blacie i milion myśli wiruje mi w głowie, sprawiając, że czuję się zdezorientowany. Odetnie mi palce, ugodzi czy połamie dłoń? A może po prostu wyleje na nią dalej gorącą kawę? Oddech przyśpiesza mi i wiem, że wyłapał wszystkie oznaki mojego strachu.

— Dlaczego ja? — pyta, przyciskając swoją klatkę do moich pleców, więżąc wygiętą dłoń w bolesnej klatce naszych ciał. Blat wbija mi się w biodra i zaciskam zęby.

Czuję jego palce wolnej dłoni na gardle i to, jak zaciskają się ze stalową siłą, zabierając mi oddech.

Prymitywny instynkt przetrwania bierze górę nad logiką, gdy próbuję się rzucić w bok, oswobodzić z jego siły i dostać się do powietrza. Dłonią trącam kubek, który spada z hukiem, brzmiącym dziwnie odlegle w uszach, w których jest pisk tętna. Serce mnie boli, płuca domagają się tlenu, a w oczach wirują ciemne plamy, zasłaniając widok na świeżo wyremontowaną kuchnie. Stłumiony ból odzywa się w barku, jak dalej się wiercę, jak szukam dla siebie ratunku, a Dylan Nusze śmieje się nad moich uchem, co przebija się przez odgłos spanikowanego serca. Jego klatka napiera na moje plecy, czuję gorąc jego ciała, silne palce na gardle i…

Serio?

Ten gość ma wzwód, jak ja walczę o życie?!

Moje kolana ponoszą klęskę i prawie upadam, gdy w końcu Dylan puszcza moje gardło, oddając mi życiodajny tlen. Głęboki oddech boli, ale wciągam go mimo to, kaszląc, a całe ciało trzęsie się ze spazmów. Nusze śmieje się za moimi plecami; ten bogaty dźwięk przypomina nagranie z filmu dla dorosłych, gdy aktorzy jeszcze są ubrani.

Zdaję sobie sprawę, że jego dłoń przeniosła się na tors, trzymając mnie w pionie. Czuje moje serce, które telepie się mi się w ciele, wprowadzając całe w drgania. Zaciskam pięści, starając się zebrać w sobie, odzyskać twarz, ale mąż jednak nie daje mi na to czasu, rzucając:

— Daj mi wartościową odpowiedź inaczej zacznę ciebie przesłuchiwać.

Jego groźba sprawia, że zimny pot zlewa mi ciało. Mój język poddaje się i wykrztuszam z siebie:

— Jesteś nieustraszony. Tak mówią plotki na twój temat.

— I po co jest ci potrzebny ktoś, kto nie boi się ryzykować własnym życiem?

Żebyś mnie uratował. Żebyś mnie ochronił przed następnym i następnym mężem, zniszczył wartość jaką mam dla własnego ojca i może na sekundę sprawił, że poczuję coś innego niż obezwładniającą pustkę.

Lecz nic takiego wydostaje się z moich warg. Zamiast tego udaję brawurę i charczę:

— Jesteś następcą imperium. A ja tylko mężem.

— Właśnie — sapie, na nowo zaciskając palce, ale nie na tyle mocno, bym walczył o oddech. Pokazuje mi tylko tym, że ma nade mną władze, a ja nie mam, jak się obronić, co sprawia, że czuję się jeszcze bardziej bezbronnie i źle — Nie mogę spłodzić dziedzica, a ty okazujesz sobą bunt na każdy możliwy sposób. W jaki sposób mam ciebie chronić, skoro sam pchasz się w kłopoty?

Wiem, do czego pije, dlatego odpowiadam zgodnie z prawdą:

— Od czterech lat nie spacerowałem po mieście. Miałem prawo się z nim pożegnać na własnych zasadach.

— I od dzisiaj przestrzegasz moich. Jeśli jeszcze raz usłyszę, że odprawiłeś żołnierzy i jesteś sam, sprawię, że nie będziesz mógł chodzić.

Nie wiem kiedy odpina moje kajdanki i uwalnia spomiędzy siebie i blatu. Zabiera swoją kawę i odchodzi. Jeszcze chwilę słyszę jego wściekłe mamrotanie i rzucane obelgi w swoją stronę, aż Dylan wchodzi na piętro i zostawia mnie na parterze, w ciszy i dalej walczącego o niebolesny oddech.

Zjadam śniadanie samotnie z wiedzą, że teraz tak mogą wyglądać moje poranki. Przy boku seksownego mężczyzny, który się nie zawaha. Jestem jego mężem, ale tylko na papierze.

Powinienem kupić mu worek treningowy na prezent ślubny bym sam się nim nie stał.

Rozdział szósty

Dylan


Z kawą w ręce zwiedzam moje nowe więzienie. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, byśmy jeszcze ze sobą razem zamieszkali, ale Filip już kosztował mnie nerwów.

Wytoczę Larunowi sprawę o koszty psychiczne spędzenia dwunasty miesięcy z jego synem. Za to małżeństwo należy mi się odszkodowanie.

I kulka w kolano Filipa.

Piętro jest jasne i skąpane w porannych, marcowych promieniach, które ocieplają dom. Szukam ukrytych kamer, ale nic takiego nie rzuca mi się oczy. Zdziwiłbym się, gdyby dom był na podsłuchu, a Filip wyciągnął taki numer, jaki wczoraj, bez poniesienia już konsekwencji. Mam w telefonie numer do Laruna, ale nigdy go nie wybiorę. Mam swoją dumę i dam sobie radę z mężem.

Nie pozwalam, by wspomnienia nagiego Filipa przysłoniły mi wzrok i nieco nerwowo zwiedzam piętro. Nawet jeśli co kilka minut, gdy mrugam, znowu widzę go na materacu, jak ujeżdża dildo, a miękkie, ciemne usta uchylają się zachęcająco. Ten obraz wypalił mi się na umyśle, spaczył całą pamięć i zrobił mi jeden wielki error.

Mam za męża diabła i możliwe, że to było nieodpowiednie dostać erekcji przy podduszaniu go. Ale to, jak jego ciało drżało przy moim, jak ocierał się pośladkami sprawiło, że moje ciało nie potrafiło zareagować inaczej.

Pierwsze drzwi na lewo prowadzą mnie do gabinetu z ciemnymi meblami i dwoma biurkami. Zaciskam zęby nie mając ochoty dzielić swojego czasu pracy jeszcze z Filipem. Nigdy wcześniej Larun nie zabierał go na rozmowy czy spotkania biznesowe, a chłopak także nie wychodził z rezydencji zbyt często. Nie sądzę, by mógłby mi się przydać w biurze.

Następne drzwi prowadzą do przestronnej łazienki, która pełna jest marmuru, złota i drogich dodatków. Duży prysznic stoi w kącie, kosmetyki są już poukładane na półkach, ale nie moje, tylko Filipa; moje walizki wciąż czekały w samochodzie.

Powoli przemierzam naszą sypialnię i garderobę, zauważając powieszone ubrania Filipa i posegregowane koszulki według kolorów. To daje mi nadzieję, że chłopak nie jest takim bałaganiarzem i przy śniadaniu robił mi na złość.

Zwiedzam domową siłownię z uznaniem zauważając ilość sprzętu, dodatkowe dwie sypialnie, w których brakuje łóżek, i jestem w połowie kawy, gdy schodzę na parter. Na dole jest wejście do garażu, mniejsza łazienka z wanną i salon, teraz skąpany w promieniach słońca. Okna od podłogi do sufitu wychodzą na werandę i ukazują skrawek ogrodu. Kuchnia, która ma otwarte wejście do salonu i drugie na korytarz, jest jasna i bogato urządzona.

Ten cały dom wyrwany jest z katalogu sklepu meblowego. Jest ładny, funkcjonalny i to tyle. Nie ma w nim wspomnień i duszy.

Nie chcę budować tutaj swojego życia. Nie chcę wnosić w te cztery ściany swojej osoby i zostawić po sobie ślad.

Zjadam śniadanie w salonie, obserwując żołnierzy, którzy patrolują okolicę. Większość ludzi jest moja i widzę jedynie trzy nieznajome twarze. Przed snem ojciec wysłał mi cały spis ludzi z ich zdjęciami, którzy mają prawo wejść na posesję.

Nie było nikogo innego prócz naszej dwójki i żołnierzy.

Nie ma kucharza, lokaja, gospodyni. A mój cholerny mąż lubi się bawić w bałagan. Gabriel wyznał mi tyle, że Filip nie może mieć z nikim innym kontaktu i najlepiej, by także nie spoufalał się z żołnierzami.

Filip Larun jest moim więźniem. Został odizolowany od ojca, a nie sądzę, by miał jakichkolwiek przyjaciół. Jego postawa pełna jest dumnego buntu i wiem, że specjalnie będzie sprawiać kłopoty. Na nowo napełnia mnie złość, że teraz dzieli moje nazwisko, na które sobie nie zapracował, nie wie, jak nosić je z dumą i co ono oznacza. Jak ludzie powiążą nas ze sobą i moje dobre imię może zostać zszargane.

Zapamiętuję to, jak wyglądał we śnie i porównuję z obudzonym, zirytowanym Filipem. To dwie różne osoby i preferuję tą, która się nie odzywa.

Mąż rozwiewa moje przemyślenia dotyczące jego osoby, gdy przemyka obok kanapy i wręcz frunie do drzwi prowadzących na taras. Zanim dosięga klamki, już jestem za jego plecami i chwytam za biceps, zaciskając na nim palce i ciągnąć go w swoją stronę. Jego plecy uderzają o mój tors, ale pozostaję niewzruszony.

Ciche sapnięcie wypada mu z pełnych, różowych warg. Ten dźwięk wędruje mi po kręgosłupie w dół, trafiając prosto w niespełnionego kutasa. Mam więcej na głowie niż własną frustrację seksualną i na moje nieszczęście, mam także zbyt kuszącego męża. Wiem, że to tylko kwestia czasu, by wygrał grę w uwodzenie.

Do tego jest w moim typie. Jest blondynem o spojrzeniu, którego nie zapomina się po jednej nocy. Jego usta są pulchne i działają mi na wyobraźnię. Jest mniejszy, co sprawia, że mogę przerzucić go na ramię i poustawiać niczym lalkę, ale ona będzie mi przy okazji pyskować. Jak to mówią: nie ma ideałów, po to są liny i kneble.

— Gdzie idziesz? — pytam, nachylając się do jego ucha. Chucham na jego skórę gorącym oddechem, zauważając, jak gęsia skórka pojawia się na jego ramionach i muszę walczyć z uśmiechem na ten widok i to, jaki drżący wziął oddech.

Filip wyjmuje z dresów paczkę papierosów.

— Idę zapalić — jego obrażony, ofensywny ton działa na mnie, jakby ktoś przyłożył mi nóż do gardła. Od razu chcę z nim walczyć — W moim folderze na pewno była informacja, że jestem uzależniony od nikotyny.

— Byłeś uzależniony — wyrzucam i wyrywam paczkę ze zgrabnych palców.

Filip drze się za moimi plecami, jak wrzucam używkę do zlewu i zlewam ją wodą. Słyszę coś o tym, że jestem pojebany, mam się odpieprzyć od niego i że to ostatnia paczka, jaką miał. Mam mu kupić nową i pożałuję co zrobiłem.

Na to ostatnie odwracam się, łapiąc Filipa za włosy i uderzam jego głową o szafki kuchenne. Moje ciało porusza się szybko, napędzane irytacją, frustracją, a gdy jego wargi opuszcza słaby jęk, słyszę go głośniej od dźwięku uderzenia. Niebieskie oczy patrzą na mnie zza tafli łez, lecz z taką samą nienawiścią.

— W tym domu nie pali się papierosów.

— Dlatego wychodziłem na zewnątrz! — wrzeszczy mi prosto w twarz. Czuję na policzku krople jego śliny.

Wygląda pięknie, gdy się wścieka, jak mruży jasne oczy na mnie i zaciska szczęki. Rumieniec rozlał mu się na policzki i szyję, a głos nabrał ostrości. Szybko unosząca się klatka piersiowa ociera się o moją, sprawiając, że zaczyna mi być gorąco. Mam ochotę przerzucić go przez oparcie kanapy i dać klapsy za to, że uniósł na mnie swój głos. Albo pocałować, by odzyskać trochę ciszy w swoim życiu.

Na moment zsuwam spojrzenie z jego oczu na wargi, po których przejeżdża językiem.

Z folderu dowiedziałem się samych ogólników o Filipie, żadnych większych szczegółów. A już na pewno nie przeczytałem nigdzie, kim dokładnie jest ten mężczyzna i jakie zagrożenie wnosi do mojego życia.

Jego przygoda z papierosami zaczęła się krótko po szesnastym roku życia i trwała tak od sześciu lat, ale teraz zaczynała dobiegać końca.

Nienawidzę braku kontroli, a przy uzależnieniach tak właśnie się działo. Filip jest tylko człowiekiem, z którym muszę się użerać. Nie powinno mnie obchodzić, czy blondyn chce dalej palić. Jego zdrowie i życie, mógł je przecież zniszczyć na wiele innych sposobów.

Jednak teraz muszę dbać o kurdupla. To jest ta zmienna, która sprawia, że sam mam ochotę sięgnąć po coś mocniejszego.

— Ostatni raz do mnie krzyknąłeś — ciągnę za miękkie, blond kosmyki, by nasze twarze zbliżyły się do siebie. Na moment niebieskie oczy opadają na moje wargi i czuję na nich ciepło spojrzenia — Jestem twoim mężem. Należy mi się szacunek, o którym zapominasz.

— Szacunek nie jest towarem, który sprzedajesz — prycha. Czuję, jak trzęsie się przy moim ciele. Jego palce odnajdują moje biodra i wbijają się, by pozostawić po sobie siniaki. Jego dotyk rozpala mnie jeszcze mocniej i czuję się, jakbym dostał gorączki.

— Czy naprawdę zostałeś tak źle wychowany, by nie wiedzieć, żeby nie pyskować komuś, kto jest nad tobą? Jak mówię, że chcę szacunku, to kiwasz głową i tak postępujesz. Nawet nie musisz się do tego odzywać.

— Bo co możesz mi gorszego zrobić?

Próbuje się wyrwać, co sprawia, że dociskam jego ciało swoim do szafek. Syczy, jak blat wbija się w jego plecy i czuję, jak jego dłonie próbują mnie zatrzymać. Ma delikatnie palce, które wyglądają na mniejsze na mojej klatce piersiowej. Ich umiejscowienie pozwala mu poczuć szalejące serce pod skórą.

— Myślisz, że nasze małżeństwo to najgorsze, co tobie się przytrafiło?

— Nie — odpowiada z szeroko otwartymi oczami. Twarz ma pobladłą, nad lewą brwią widzę kroplę potu, a mięsień blisko dolnej wargi drga nieznacznie — Myślę, że jesteś to po prostu cały ty.

Uśmiecham się kącikami warg. Dobrze. Niech tak myśli. Niech mnie nienawidzi.

— Wyglądasz pięknie ze złością na twarzy — przejeżdżam palcem po jego policzku, wyczuwając pod opuszkiem kłucia zarostu. Ciepło jego skóry, zapach ciała, uczucie gorącego oddechu na moich ustach — to wszystko sprawia, że coraz ciężej mi się myśli — Ale jeszcze lepiej wyglądasz, jak się boisz.

— Nie boję się ciebie — odpowiada słabo, lecz ogień jest widoczny w spojrzeniu.

— I to jest twój błąd.

Rozdział siódmy

Filip


Pierwsze kilka dni jako małżonek mogę opisać czteroma słowami: chce mi się palić.

Szlag mnie jasny trafi, dostanę kurwicy i zgolę sobie brwi. A to wszystko przez cholernego Dylana Nusze. Jebać go i jego zasady.

Żaden z żołnierzy nie jest palący, który poratowałby mnie w potrzebie. Dlatego zacząłem opracowywać plan ucieczki lub przekupienia ich, by mi kupili paczkę.

A uciekłbym tylko do sklepu i wrócił niczym grzeczna ofiara syndromu sztokholmskiego.

Jezu Chryste, jestem gotów sprzedać te resztki godności za jebanego papierosa.

Pieprzyć Dylana Nusze. Pieprzyć mojego męża i jego pieprzone zasady.

Siedzę obrażony i wściekły na kanapie, próbując skupić się na kulinarnym serialu. Człowiek o miłej twarzy i sympatycznym głosie właśnie opowiada o urokach kraju, w którym jest. Jest coś w tym, jak prowadzi program i jak gotuje, co mnie do niego przyciąga. I może także jego dobre serce widoczne, jak na dłoni.

W poprzednim odcinku pokazywał psa, który zjadł mu koperek. W dzisiejszym ma gościnnego, bezpańskiego kocura, próbującego skubnąć mu kiełbasę. Kucharz macha dłonią na zwierzę, śmiejąc się i będąc zadowolonym z towarzystwa.

Pamiętam stado kotów, które dokarmiała moja mama zanim życie się permanentnie zjebało. Ich miękką sierść, głośnie mruknięcia i wibracje, które czułem na dłoniach. Uśmiech matki i jej pełne dobroci serce, które nie bije od sześciu lat.

Obraz w telewizorze jest zamazany przez łzy. Pociągam mocno nosem, próbując zabrać siebie z pamięci o niej.

Ciepłe uczucie w płucach skutecznie odwraca moje myśli. Ja pierdole. Jak mi się chce palić. Dosłownie czuję wspomnienie dymu w klatce piersiowej, smak mentolu na języku oraz zapach, jakim przesiąkną mi ubrania.

Dlaczego ojciec kazał mi poślubić kogoś, kto nie pali? Kogoś, kto uważa się za bóstwo, a swoje słowa za prawdę objawioną? Dlaczego nie oddał mnie komuś, kto nie zauważy mojej obecności, dla kogo będę duchem, którego później pokaże na gali charytatywnej jako swoją nową, błyszczącą broszkę aż ponownie odstawi mnie do domu?

Dlaczego ze wszystkim osób w tym mieście wybrał Dylana Nusze?

Na stoliku kawowym piętrzą się papierki po wszystkich przekąskach, jakie mieliśmy w domu. Dylan mówi, że jestem powodem, dla którego powinniśmy mieć sprzątaczkę w nim, ponieważ inaczej zmienię go w melinę. Przyznam, wolność nieco uderzyła mi do głowy. Spałem dzisiaj do południa, opuściłem trening i miałem wyjebane na to, jak się prezentuję. Nawet nie wziąłem prysznica.

Wolność? Przejście z jednego do drugiego więzienia nie powinno dla mnie oznaczać tego słowa. Ale Dylan okazuje się lepszym współlokatorem od mojego ojca, nawet jeśli dzisiejszy obiad skończył się awanturą. Nie moja wina, że mój mąż jest czubem na punkcie czystości! Ale najwidoczniej kłótnia była dla niego motywująca, ponieważ sam posprzątał mój bałagan w kuchni.

Niech uczy się, że będzie tak robić przez najbliższy rok.

Nie zamierzam mu niczego ułatwiać.

Tylko niech mi kupi papierosy i może wsadzi we mnie tego ogromnego kutasa. To są dwa argumenty, które mnie zamkną i sprawią, że będę się zachowywać.

— Drinka? — Dylan pojawia się nagle w salonie. Drgam na jego głos, ale przyjmuję szklankę. Ma tłoczenia na spodzie i jest ciężka, a ciemny płyn wypełnia ją do połowy.

Whisky sprawia, że mam jeszcze większą ochotę na nikotynę. Jak tak dalej pójdzie, zjem całe jedzenie w domu i będę walić głową w ścianę. A podobno mam zbyt ładną twarz, by mi ją poharatać.

— Skąd ta kwaśna mina? — mąż drwi ze mnie. Nawet jak jest wredny, jego głos działa na mnie, wysyłając falę gorąca po ciele. Mruży na mnie te niebezpieczne, kolorowe oczy i uśmiecha się szeroko.

Biorę potężny łyk, gdy obserwuję mężczyznę i jego zadowolenie, jak siada w fotelu uszatku. Jest przystojny, koszulka napina się na jego mięśniach, a palce oplatają ciasno szklankę tak samo, jak moją szyję, gdy dusił mnie w kuchni. Jest mi coraz bardziej gorąco i nie chodzi o alkohol.

Dylan stawia pustą butelkę na stoliku pomiędzy nami, lecz ja nie odrywam od niego wzroku. Mam wiele pytań i przemyśleń względem niego, lecz skupiłem się najpierw na tym, by uprzykrzyć mu życie. Ilość planów mojego morderstwa, jaką usłyszałem w przeciągu ostatnich dni jest dowodem, że mi się udaje.

Uśmiecham się lekko do siebie, ale uśmiech więdnie, gdy przypominam sobie, że Dylan wciąż czeka na odpowiedź.

— Jest ciężko — mówię szczerze, wzdychając głośno. Zauważyłem, że moje westchnięcia działają mu na nerwy i robię to tak często, jak mogę. Mięsień przy brązowym oku drga — Zazwyczaj spalam pół paczki dziennie, a przez ciebie nie zapaliłem nic od tak długiego czasu!

Uśmiecha się, ukazując równe, białe zęby, które ktoś powinien mu wybić. Wyzywam go w myślach w trzech językach, ale żaden nie łagodzi głodu nikotynowego. Ale gdy napina ciało, by położyć butelkę na stoliku, moje myśli przejmują inny, mniej kontrolowany tor.

Dylan jest dla mnie dziwną pokusą, którą sam staram się uwieść. Nie chcę zapomnieć, jak niebezpieczny jest, lecz kiedy się uśmiecha i wygląda na zadowolonego i wyluzowanego — jest to ciężkie. Wydaje się normalnym mężczyzną, a nie synem szefa nielegalnej organizacji, który ma dłonie splamione krwią.

— Zagrajmy w butelkę. Jeśli spodoba mi się, jak odpowiadasz, kupię ci paczkę.

Kręci pustym szkłem, gdy kiwam głową, że się zgadzam. Logo zmienia się w czarną plamę, aż nie można odróżnić liter i w końcu szyjka zatrzymuje się na nim. Wybiera zadanie.

— Oddaj mi broń — mówię. Wygląda, jakby tego się po mnie spodziewał i sięga za siebie. Ujmuję pistolet pewnie i wyjmuję magazynek, odkładając wszystko na stolik.

Kręcimy butelką, wymieniając się pytaniami. Są z początku niewinne i nudne; ulubione filmy, kolory, motywy w książkach. Dziwi mnie to, że Dylan czyta romanse, ale dalej jest dupkiem w mojej opinii. Aż w końcu słyszę to, o co chciał zapytać od początku gry:

— Co takiego zrobiłeś, że twój ojciec wybrał mnie, bym ciebie utemperował?

Drgam, jakby mnie spoliczkował. Czuję, jak policzki mnie palą i gryzę dolną wargę, szukając odpowiednio szczerze brzmiącego kłamstwa, ale ono nigdy nie nadchodzi.

Cofam swoje słowa; jednak pozostałość godności zachowam przy sobie.

— Zmieniam to na wyzwanie.

Śmieje się, odchylając na fotelu. Jego oczy błyszczą, są dwoma intensywnymi kolorami, które niektórzy widzieli przed śmiercią.

— To mnie pocałuj.


Dylan


Obserwuję, jak Filip krztusi się śliną, a niebieskie oczy rozszerzają się w szoku. W za dużych dresach i blond włosami w każdą stronę nie przypomina demona, który przywitał mnie nago w sypialni. Jest teraz jego domową, sponiewieraną wersją.

Ma siniaka na skroni od uderzenia w szafki. Pogryzione wargi i czekoladę w ich kąciku. Koszulka jest pognieciona, jakbyśmy nie mieli w tym dużym domu żelazka. Ale mimo to…

W jakiś sposób ten obraz i tak mu pasuje, nadaje młodzieńczego wyglądu zrelaksowanego buntownika, który żyje tylko po to, by spychać na krawędź każdego dookoła. Zwłaszcza, jak wydyma wargi w niezadowoleniu, jak dociera do niego to, co powiedziałem. A po chwili zaciska je w złości, a niebieskie oczy lśnią od emocji, której jeszcze nie mogę nazwać.

Filip zrywa się z kanapy i siada mi na kolanach, lecz zanim poczuję jego ciężar i gorąc ciała, on już przywiera wargami do moich. Jest to szybki i niechlujny buziak, bardziej na odczepnego i by zaliczyć wyzwanie, a nie prawdziwy pocałunek. Ledwo czuję elektryczny dreszcz, jaki spływa mi po kręgosłupie i smak alkoholu na jego ustach. Mąż odskakuje zanim dosięgnę go palcami, moje ciało reaguje wolniej niż mi się to teraz podoba.

Reflektuję się łapiąc jego biodra i ciche westchnięcie ucieka mu przez wargi, które zwilża językiem, jak ciągnę go z powrotem na siebie. Śledzę wszystkie cienie, jakie przeskakują po jego pięknej twarzy.

Filip nie potrafi panować nad swoją mimiką. Teraz jest pełna sprzeczności, gdy kolana uginają się, by ponownie na mnie usiąść, a jednocześnie mi się nie poddać, a niebieskie oczy błyszczą pożądaniem i buntem.

— Zrób to lepiej.

Tym razem Filip całuje mnie rzetelnie.

Jego palce zaciskają się na moich ramionach, ciało jest blisko mojego i czuję się, jakbym czekał na to od lat.

Wargi mojego męża są pulchne, smakują czekoladową whisky, a język sprawnie tańczy z moim. I tak, jak nie potrafię przestać na niego patrzeć, nie mogę się zmusić, by przerwać pocałunek.

Przygryzam mu język, by po chwili go zassać. Jęczy w moje wargi, poruszając powoli biodrami, napierając swoją erekcją na moją. Skoro wybiera milczenie, wybierze je na moich warunkach.

Myślałem, że zrobi więcej, by odzyskać papierosy, ale najwidoczniej jest silniejszy niż sądziłem.

Gdy chce się odsunąć, przyciągam Filipa bliżej, wkładając w pocałunek jeszcze więcej siebie. Wargi ocierają się o siebie w harmonii, pełnej namiętności i budzącego się pożądania. Jest w tym wszystkim jakaś desperacja, a gdy słyszę jego jęk, mało brakuje, bym zaniósł go do sypialni.

Zazwyczaj nie lubię się całować. Uczucie innych ust na swoich jest dla mnie zbyt intymne, podobnie jak uściski. Mam wrażenie, że całuję się z siostrą i to ze swoją własną. Jednak z Filipem pocałunek nie sprawia u mnie poczucie zgorszenia; jestem lżejszy i spełniony. Jestem uzależniony, co wcześniej mnie odrzucało, a teraz nie mam w sobie kontroli, by przestać go całować.

Ma przyśpieszony oddech, rumieńce na policzkach, a niebieskie oczy półprzymknięte, jak odrywamy się od siebie. Sam czuję, jak serce wali mi w piersi. Badam dłońmi jego plecy i powoli wsuwam jedną pod koszulkę, wędrując nią po napinających się mięśniach brzucha. Filip jęczy cicho, miękko i wprost w moje wargi, nachylając się do kolejnego pocałunku.

Wygląda tak, jak wtedy w noc poślubną: podniecony, chętny i głodny wszystkiego, co jest w menu na dzisiaj. A jest wyłącznie on.

Wybieram wyzwanie. A Filip potrzebuje sekundy, by zrozumieć, o co mi chodzi.

Tym razem to on prosi:

— Pocałuj mnie.

Rozdział ósmy

Dylan

Czy to normalne całować pół nocy męża, który mnie wkurwia?

Prawdopodobnie nie.

Czy dalej czuję jego pocałunki na swoich ustach?

Jasna cholera.

Dalej uważam, że żaden mężczyzna nie owinie mnie wokół swojego palca. Nie ulegnę ładnej twarzy, nawet jeśli te oczy są teraz na mojej liście słabości. Będę powtarzać te zdania, aż w końcu zadziałają.

Mam zaczerwienione wargi od Filipa i zbyt twardy wzwód, by myśleć racjonalnie. Pożądanie szumi mi w żyłach, w których płynie za szybko krew. Serce mi ją pompuje w mocniejszych skurczach, jakbym przebiegł półmaraton.

Zrobiłem trening, a później marną owsiankę na śniadanie. Filip kazał mi spierdalać, jak zacząłem go budzić, aż sięgnąłem po bardziej bestialskie metody: wyszedłem z domu i wystrzeliłem w niebo pięć strzałów. Jak wróciłem, siedział już przy kuchennym stole, patrząc na mnie z odrazą.

Wiedział z kim się wiąże.

Cóż, a raczej jego ojciec wiedział, jak zaaranżował ten pieprzony cyrk, nazywany małżeństwem.

Shiro pisze do mnie, jak obserwuję swojego męża. Filip jadł, trzymając łyżkę tak, by cały czas wystawiać mi środkowego palca. To nawet urocze.


Shiro: straciłem człowieka w pracy. Jak do tego doszło?


Odpisuję:


Ja: Było lepiej wybierać. Następnym razem przeprowadzaj im psychotesty, czy się nadają.


Psychotestami nazywaliśmy małe przesłuchania, które robiliśmy kiedyś. Zrezygnowaliśmy z nich, gdy zaczęliśmy się zapominać; zamiast rekrutować nowych żołnierzy, niechcący zabijaliśmy ich. Nie moja wina, że ludzie rodzą się coraz słabsi.

Każdy popełnia błędy.

A pro po błędów: Filip zostawia miseczkę na stole i próbuje wyjść z kuchni. Krzyczę za nim, nim zdąży to zrobić, a on zatrzymuje się z westchnięciem. Głośnym i pokazującym jego niezadowolenie. Jak je słyszę, chcę uderzyć w ścianę; działa na mnie i moje napięte nerwy niczym brzytwa, tnąc je w strzępy.

— Posprzątaj po sobie — wyrzucam przez zęby. Filip zaplata dłonie na ramionach i patrzy na mnie wyzywająco.

— Nie.

— Już!

— Pocałuj mnie w dupę.

— Filip! — drga, gdy unoszę głos, a niebieskie oczy robią się większe. Mięsień przy ustach drga, informując mnie o strachu — Już! Posprzątaj, kurwa, po sobie! — każde moje następne słowo jest głośniejsze, aż kończę drąc się tak, że nawet żołnierze za oknami przystają i nasłuchują czy mają interweniować.

Mój mąż jak na niesubordynowanego, obrażonego i rozpieszczonego bachora przystało, pokazuje mi język. Odwraca się plecami i wychodzi z kuchni, kręcąc biodrami mocniej, niż robił to zazwyczaj.

Ma szczęście, że nie mam czasu na jego gierki. Zanim wychodzę krzyczę tylko, że ma posprzątać nim wrócę.

Wiem, że moje wrzaski nic nie wniosą. Dlatego współczuję osobom, które będą musiały się dzisiaj ze mną użerać. Na kimś w końcu wyładuję swoją energię i całą frustrację, jaka siedzi we mnie od kiedy skosztowałem warg Filipa.


Filip


Próbuję uspokoić swoje serce i oddech. Mam wrażenie, że całe ciało zlał mi gorący pot i dostaję silnej gorączki. Mam dreszcze i niewidzialne dłonie zaciskają mi się na gardle. Odbierają mi każdy głębszy oddech, odcinając od drogocennego powietrza.

To głód nikotynowy czy wrzaski Dylana? Co takiego wytrąciło mnie z równowagi?

Czuję mrowienie na wargach, które całował do późnej nocy. To, jak gryzł moje usta i całował z pasją utwierdziło mnie w przekonaniu, że mój mąż jest niebezpiecznym człowiekiem.

Całuje się tak, jak żyje — jakby nie miał nic do stracenia, a każdą chwilę musiał przeżyć intensywnie.

Wchodzę pod zimny prysznic, który kończy się dla mnie niefortunnie: przy toalecie. Wymiotuję niczym pies, który najadł się trawy. Obiecuję sobie, że od jutra ja szykuję śniadania i mam nadzieję, że Dylan cierpi tak, jak ja.

Do czasu obiadu nie jestem w stanie za wiele robić. Leżę na kanapie z bólem głowy, kaszląc, jakbym był chory. Nie mogę jeść, ale z drugiej strony czuję ssanie w żołądku. Sam nie wiem, czego jestem bardziej głodny i co w końcu mnie zaspokoi.

Odpływam co chwilę myślami od filmu, który leci w telewizji. Przewijam wspomnienia z ostatniego miesiąca, najbardziej rozgrzebując te, które doprowadziły mnie do małżeństwa z Dylanem Nusze. Wiem, że chciał odpowiedź już wcześniej, ale słowa nie przejdą mi przez gardło. Nie upokorzę się tak przed własnym mężem. Nie ufam mu na tyle, by odczuć spokój po wyznaniu grzechów.

A ich stos jedynie się powiększa. Są dni, kiedy myślę, że cała moja egzystencja to jeden wielki, niezaplanowany nawet przez Boga błąd. Moja mama uciekła przed Larunem jak dowiedziała się, że będzie miała syna, a on odszukał ją po długich latach. Gdy nas znalazł, zachowywał się nienagannie, ale od razu widać było po nim niebezpieczeństwo. A może to był fakt, że włamał się do naszego domu.

Obchodziłem wtedy szesnaste urodziny i czułem się zajebistym nastolatkiem. Miałem dziewczynę, kochającą mamę i niczego nam nie brakowało; zabrała mnie na urodzinowego fast fooda, a później do kina. Nie pamiętam, czy dostałem od niej coś jeszcze, ponieważ żadnych drobiazgów nie zabrałem z rodzinnego domu; tak jak wtedy stałem, tak zostałem wyprowadzony.

Larun czekał na nas, czyszcząc spokojnie swoją broń. Na stole miał dokumenty z badań DNA, które potwierdzały, że jest moim ojcem.

Zabił moją mamę w moje urodziny, zabierając mnie z ciepłego, kochającego domu do swojej wielkiej, zimnej rezydencji. Długo marzyłem, by zabił jeszcze i mnie i starałem się, by w końcu skatował mnie o jeden raz za dużo. By kopnął mocniej. By w końcu któryś z jego żołnierzy strzelił do mnie, jak uciekałem z murów poprzedniego więzienia.

Teraz nawet nie miałem w sobie tyle sił na uciekanie. Mogło też tak być, że po prostu ojciec zabił we mnie nadzieję.

Dylan może to zrobić. Zabić mnie. Może. Po rozwodzie. Jak odpowiednio mocno go wkurwię, może nawet już i przed, gdy niefortunnie mnie uderzy.

Nie jest mi obca przemoc domowa od kiedy zamieszkałem z ojcem. Potrafię zauważyć powtarzające się schematy, napięcie w ramionach mężczyzn i spojrzenie, które szuka ofiary. Dylan nie jest lepszy od Laruna; po prostu dopiero się rozkręca.

Jak udaje mi się wyrwać ze wspomnień ze słodkiej szesnastki i przestać się czuć tak gównianie, szykuję na obiad spaghetti, ponieważ tylko na to pozwalają mi składniki w domu. Dylan wraca w okolicach szesnastej, jak ja zdążyłem już zjeść swoją porcję. Kładzie na stole paczkę cienkich, mentolowych papierosów, na których widok serce mi przyśpiesza. Ślina zbiera się na języku, a znajome poczucie ciepła ogarnia mi płuca i czuję, jak wargi wyginają mi się w uśmiechu.

Przetrwałem wystarczająco długo bez nikotyny, ale nie zamierzam tego rzucać. Każdy miał swój sposób, by odreagować. Ja wybrałem papierosy.

— Powiedz mi, dlaczego palisz — mówi. Wciąż ma palce na paczce, udaremniając mi próbę jej zdobycia.

Dylan góruje nade mną, a jego wzrok jest intensywny, gdy czeka na odpowiedź. Czuję się otumaniony władzą, jaką posiada nade mną i to, jak ja jestem gotów sprzedać kilka innych swoich sekretów, by dostać się w końcu do tego, co trzyma w palcach.

— Ojciec tego nienawidzi — jestem szczery. Nie widzę w jego pytaniu powodów, by skłamać, a słowa wychodzą mi z gardła szybko i bezceremonialnie — Palenie papierosów było najlepszą opcją, by mu się sprzeciwić. Wolę je od alkoholu czy innych substancji.

Kiwa głową, studiując mnie wzrokiem cały czas. Delikatnie odchyla do tyłu głowę i zrywa folię. Znajomy dźwięk działa na mnie od razu: zanim otwiera do końca paczkę, jestem tuż przy nim, kołysząc się na piętach i czekając na papierosa. Niczym grzeczne dziecko na prezent świąteczny i walczę tak samo z szerokim uśmiechem.

— Lubisz bunt — stwierdza prosty, widoczny fakt, który mu się nie podoba — Co takiego zrobił Larun, że zacząłeś palić?

Zabił mi mamę na moich oczach. Uprowadził mnie z mojego dobrego życia i wciągnął w swoje, złe i nielegalne. Dylan ma zmęczenie wypisane na twarzy; pokazuje się w półprzymkniętych oczach, zmarszczonym czole i opuchliźnie pod oczami. Jego koszula jest pogięta na ramionach i pachnie tanią restauracją, ale nie komentuję tego. Nie daję mu prawdy ani współczucia dla jego stanu.

Nie jest na tyle dobrym mężem, by sobie na to zasłużyć.

— Nie jest dobrym człowiekiem.

— Ja też nigdy nim nie byłem i nie będę, a ty unikasz mojej odpowiedzi.

Biorę głęboki wdech i zaciskam zęby. Wbijam paznokcie w dłoń, lecz ból nie uziemia mnie, a jedynie podbija ostrość w głosie, gdy rzucam:

— A ty nie paliłbyś, jakby własny ojciec bił cię każdego dnia?

Dylan wyjmuje z paczki dwa papierosy i resztę chowa do swojej kieszeni. Pokazuje używkami swoje policzki, które ogolił dzisiaj rano. Przyglądam im się długo, aż zauważam malutkie, blade blizny. Są delikatne i cienkie i widocznie stare, które ukrywał wcześniej pod zarostem. Wyglądają jak…

— Mój ojciec nosi sygnety. Twój najwidoczniej uderzał w inne miejsce.

Cofam się nagle od niego, jakby i on miał mnie teraz uderzyć.

Dylan jest następcą imperium. Jego ojciec jest szanowanym członkiem społeczności, a gdy pierwszy raz zobaczyłem go, był dumny i wyglądał jak biznesmen. Nie mogłem się przywitać należycie, ponieważ siedziałem przykuty do krzesła z kneblem w buzi, ale… nie wiem, zrobił na mnie dobre wrażenie. Wiem, że to okrutny mafiosa, ale nie sądziłem, by jego okrucieństwo dotykało także i syna.

— Palisz na moich warunkach. Te dwa mają ci starczyć do końca dnia.

O dziwo, jest tak, jak mówi. Palę po dokładce obiadu, a później po kłótni z Dylanem. Poszło o jego niewyprane koszule; on kazał mi natychmiast nastawić pranie i wyprasować czyste ubrania, jakie jeszcze miał. Ja, oczywiście, kazałem mu nauczyć się zrobić to samemu. Bycie jego mężem to wystarczające zadanie; nie zamierzam być do tego jeszcze jego gosposią. Ma dwie, dobrze pracujące dłonie, więc niech ich użyje.

Dylan rozbija szklankę o ścianę w wyrazie swojej wściekłości, celując w moją głowę i omijając ją o milimetry. Jak paliłem, dalej słyszałem jej świst i to, jak pędziło mi serce, szalejące w klatce piersiowej. Nawet nie miałem już siły, by pokazać mu swoją odrazę, tylko uciekłem zapalić.

Toksyczne środowisko? Skarbie, jestem w nim od sześciu lat.

Zaskocz mnie czymś.

Rozdział dziewiąty

Dylan

Palące poczucie winy sprawia, że ostatnia noc kończy się dla mnie na kanapie i z butelką whisky. A to drugie tym bardziej nie pomaga na pogarszające się samopoczucie.

Nienawidzę czuć się jak mój ojciec. Nienawidzę być jego kopią.

Chcę dla siebie lepiej. Chcę być lepszy.

I co z tego mam?

Pieprzony bałagan, niezaplanowane, zaaranżowane małżeństwo i brak cierpliwości.

Pamiętam, jak moja mama unikała ojca, gdy rzeczy szły źle. Jak traciliśmy transport narkotyków lub dobrych ludzi w strzelaninie. Jak ktoś musiał iść do więzienia, a policja węszyła wokół Gabriela, jakby obwiesił się szynką. Zawsze wtedy była cicha, a jej głos spokojny i starała się udobruchać ojca jeszcze zanim zaczął się wściekać. Miała czujne spojrzenie i wiedziała, który moment wybrać, by uciec do fryzjera czy na zakupy, gdy nadchodziła faza ostrej przemocy. Przewidywała rozlew krwi, doznając jej zbyt wiele razy.

Gdy sumienie nie pozwala mi zasnąć, dzwonię do niej. Wiem, że wybieram zły moment na telefon, ponieważ jest kilka minut po trzeciej nad ranem i to u mnie. Gdziekolwiek teraz jest, pewnie odpoczywa.

Powinienem najpierw napisać, czy nie śpi, lecz moje sumienie nie ma tyle cierpliwości. Pamiętam, jak mówiła, że największe zmęczenie miała po tym, jak uwolniła się od Gabriela. Wtedy jej zdrowie upadło i nie miała pojęcia, że lepiej się czuła przy boku przemocowego, mafijnego męża niż teraz gdy jest wolna i bezpieczna i nie musi trwać w ciągłym stresie.

— Coś się stało? — ma zaspany głos, co utwierdza mnie, że spała. Potęguje to moje poczucie winy i mam ochotę walić głową w ścianę.

— Jestem mężaty, mamo — mówię cicho. Jestem pewien, że Filip śpi na piętrze, ale i tak zwlekam się z kanapy i chowam w garażu. Jest ciemno i chłodno, ale to dobrze; w tym miejscu czuję się bezpiecznie na tyle, by się uzewnętrznić — A ja czuję się jak gówno.

— Czy… nie rozumiem, Dylan. Jak to mężaty? — jej głos jest pełen zaskoczenia. Słyszę, jak wstaje z łóżka i spaceruje po sypialny, cichy szum kapci na panelach.

— Ojciec zmusił mnie do małżeństwa z synem Laruna. Filipem — staram się wykrzesać z siebie złość lub zmodyfikować tak głos, lecz sam jestem zbyt zmęczony, by udawać.

— Och. Cóż, nie jest to informacja, jaką myślałam, że usłyszę, gdy mnie obudziłeś. Wystraszyłam się, że zostałeś ranny. Opowiedz mi wszystko, synu.

Spełniam jej prośbę. Zostawiam dla siebie noc poślubną i to, jak Filip na mnie działa.

— Uderzyłem go, mamo — wyznaję na końcu, chowając dłoń do kieszeni dresów. Jak wyznaję grzechy, czuję ich ciężar na barkach i to, jak boli mnie od nich kark — A błagałem siebie samego, bym nie był taki, jak tato.

— Kochanie, nie jesteś taki, jak twój ojciec — ciepło mnie pociesza i pragnę, by była obok. By mnie przytuliła, ponieważ jest jedyną osobą, której na to pozwalałem. Czuję się jak mały chłopiec, a mam trzydzieści lat, ale potrzebuję teraz mojej mamy — Co mówiłam ci o schematach? Żyjesz dalej tymi, którymi znasz. A jak ci powtarzam, byś wypracował zdrowsze, to uważasz, że to jest niemęskie i słabe. Co takiego jest niemęskiego, co sprawi, że nie uniesiesz dłoni na swojego męża?

— Głos ojca w mojej głowie!

— To go wycisz! — odkrzykuje kobieta — Boże, Dylan! Idź do terapeuty i nie zabij tego biednego chłopaka!

— Okej, on nie jest biedny, a ty go nie broń!

— Dylan — mówi moje imię przez zęby. Ostry ton sprawia, że włoski na karku stają mi dęba i muszę złapać za broń, by ponownie poczuć się bezpiecznie — Skoro nie chcesz mojej pomocy, dlaczego dzwonisz?

— Tęsknię za tobą — wypalam, ponieważ to także jest prawda. I bardziej już uzewnętrzniać się nie będę; wyczerpałem limit jak na jedno połączenie.

— Ja za tobą także — odpowiada z westchnięciem, zmiękczając ton — Kocham cię i dbaj o Filipa. Za każdym razem, jak będziesz chciał go uderzyć pomyśl, że bijesz mnie.

Jej słowa zostawiają mnie z ciemną pustką w duszy, jakby garaż wyssał ze mnie światło. Nie jest ani trochę pomocna w tym, jak broni mojego męża, ale wiem, że prawdopodobnie nigdy go nie pozna. Szkoda. Przydałaby się osoba, która także będzie wytykać mu jego bałaganiarstwo.

Jako gałązkę oliwną sprzątam rozbite przez siebie szkło. Udaje mi się przespać godzinę, a nad ranem, zamawiam nam śniadanie, lecz zanim pójdę do męża, słyszę, jak moi kapitanowie wchodzą do domu. Nie spodziewam się ich wizyty, co mnie irytuje. Nawet żołnierze nie dali znać, że ktoś się zbliża.

Powinienem wymienić osoby z mojego otoczenia. Zaczynając od męża.

Stoję w korytarzu, obserwując, jak Shiro z Theo ściągają w nim buty. Szepczą do siebie, mając na wargach uśmieszki i miny, które doskonale znam. Zmajstrowali kłopoty, z których są dumni.

— Co zrobiliście? — pytam, chowając dłonie do kieszeni dresów. Czuję się wypompowany z energii po tej nocy, a w gardle osiadł mi gorzki posmak alkoholu. Ale nie jest to coś, co powstrzymałoby mnie przed przeżyciem następnego dnia.

W rodzinie takiej jak moja słabość była mocno karana. A mnie nie było stać na taki mandat.

— Wczoraj był mecz — zaczyna wyjaśniać ze śmiechem Theo. Prowadzę ich do kuchni, gdzie nastawiam wodę w czajniku i przeglądam szafki w poszukiwaniu kubków — Shiro i ja ubraliśmy się w koszulki klubowe, ja miałem Partnersów, a on Lorsów. Zaczęliśmy udawać bójkę na rynku, aż wywiązała się z tego prawdziwa awantura.

— Trzy osoby w szpitalu, dziesięć na dołku, a reszta uciekła. Podobno jesteśmy bohaterami — Shiro zakańcza, uśmiechając się szeroko i wypinając klatkę piersiową.

— W której bajce? — drwię, kręcąc z niedowierzaniem głową na ich pomysły. Ta dwójka nie mogła zostać bez dorosłego opiekuna sama, ponieważ wymyślała takie durnoty.

Powinienem być z nimi. Wypić piwo, pośmiać się i rozluźnić przed robotą. Moje wieczory jednak wyglądają tak, że albo gram w butelkę z mężem albo spędzam noc na kanapie, bijąc się z wyrzutami sumienia.

— Przez tych kiboli mam zdemolowane lobby w hotelu — poważnieję, patrząc na jednego i drugiego. Teraz ich miny rzedną; wiedzą, ile ten hotel dla mnie znaczy.

Wczoraj oceniałem straty z rzeczoznawcą i suma, która doszła do zbliżającego się remontu generalnego sprawiła, że zbladłem. Miałem już nagranie grupki osób, która jest odpowiedzialna za straty, ale musiałem rozegrać to legalnie. Dlatego moi prawnicy się tym zajęli, a kibice, którzy w ten sposób opłakiwali stratę dojścia do finału nieswojej drużyny, teraz dojdą, ale do aresztu. I pokryją koszty naprawy.

Przy herbacie rozmawiamy o moim nowym domu i tym, jak sprawy się mają w Svelgen. Shiro nie ma urazy o zabicie żołnierza i nawet o nim nie wspomina. Pewnie już zapomniał o biednym chłopaku, którego sprzątnęli pozostali z podjazdu.

Obgadujemy aktualne plotki i to, jak są prawdziwe. Dowiaduję się o podejrzeniu dilowania w moim i ojca klubie, co działa na mnie podobnie do tego, jak zobaczyłem hotel po przejściu tornada kiboli. Pieprzony stan przedzawałowy.

Nigdy nie sądziłem, że dorosłe życie będzie wymagało ode mnie podejścia pedagogicznego do reszty dorosłych; niektórzy taki tytuł powinni zdobywać po jakiś testach.

— Filipinka chce nowy kredyt — mówi Theo, jak zauważam ruch w progu kuchni. Filip najpierw wychyla głowę, oceniając gości i zagrożenie z nich płynące. Duże, niebieskie oczy przeskakują po każdej twarzy, zatrzymując się na mojej. Najwidoczniej uznał, że jest bezpiecznie i wszedł głębiej do nory pełnej jadowitych węży.

— Najpierw niech spłaci poprzednie. Ta kobieta jest uzależniona od brania pożyczek — odpowiadam, śledząc ruchy męża. Jak tylko wszedł do kuchni, przejął całą moją uwagę — Doskonale wie, że pakuje się w mafię, ale ma nadzieję, że któryś z was jej się oświadczy.

Kapitanom rzędną miny na myśl, że któryś z nich miałby poślubić kobiecinę. Była już po pięćdziesiątce i za każdym razem, co ją odwiedzaliśmy, robiła duże, maślane oczy. Jeszcze trochę i zmienią kształt na serduszka.

Odnoszę kubki do zlewu, wyrzucając od razu zużytą herbatę do kosza, gdy słyszę ruch za plecami. Ciche sapnięcie Filipa, gdy uderzył o stół i dźwięk odsuwanych krzeseł. Moi kapitanowie otoczyli mojego męża; pozwalam im go zdominować i sprawdzić, jakie zagrożenie wnosi. Nie ufali blondynowi i nie dziwię im się. Ponadto po tym, co przechodziliśmy z Larunem, mieli w sobie wiele żalu do młodzieńca.

— Ty jesteś Filip Larun. Miło nam ciebie poznać — Shiro uśmiecha się szeroko i przyjacielsko, wygładzając rysy twarzy. Widzę napięte ramiona i to, jak schował dłonie za plecami. Znam go na tyle, by wiedzieć, że ta maska nie jest ani trochę przyjacielska. Zagrywka miała sprawić, by wydawał się mniej niebezpieczny, ale każdy z działającym instynktem samozachowawczym wiedział, że ma przed sobą wilka.

— Kim tak naprawdę jesteś, Larun? — to Theo. On już nie udaje przyjaciela.

Filip odchyla głowę do tyłu, udając spokój na młodzieńczej twarzy. Oddech jednak mu przyspieszył i drga mięsień pod dolną wargą i na moment jego niebieskie oczy odnajdują moje.

Nie idę mu z pomocą, a jedynie cofam się o większy krok, by zobaczyć wszystko. Filip nie jest księżniczką, która potrzebuje ratunku. Jest synem mafiosy, który na pewno go wyszkolił na tyle, by potrafił zabić w samoobronie. Ufam przyjaciołom, że nie podniosą na blondyna dłoni, lecz nie znam swojego męża. Nie mam ochoty stracić kapitanów, a Filip wie, że mężczyźni nie są pod jego rozkazami. Słuchają się tylko mnie i Gabriela.

— Nie wygląda na mordercę, jednakże wiele razy ładna twarz okazywała się idealną maską — Theo mruczy do Shiro. Ujmuje policzki Filipa, ściskając je i sprawiając, że uchyla wargi. Niebieskie oczy robią się jeszcze większe, a klatka piersiowa unosi się w spazmatycznych oddechach. Pamiętam, jak walczył, gdy go podduszałem, jak napięło się jego gorące ciało i zalewa mnie nowa fala ciepła.

— Może jest ekskluzywną, zamkniętą w willi dziwką. Mężczyźni tracą głowę z powodu pożądania, robiąc z siebie łatwiejsze ofiary do morderstwa czy szpiegowania.

Filip drga, a ja zaciskam zęby na to, że kapitan insynuuje takie rzeczy. Ponownie szuka u mnie ratunku spojrzeniem, lecz widzę napięcie w jego mięśniach. To jak bicepsy pracują, gotowe do ciosu. Na moment widzę kalkulację na jego twarzy: który z kapitanów dostanie pierwszy cios?

Ale wtedy Shiro wyciąga dłoń i układa ją na kroczu mojego męża. Fala czerwieni przyćmiewa mi zmysły, jak Filip jęczy miękko, chcąc uciec biodrami. Zazdrość nigdy nie była dla mnie dobrą radą, którą się kierowałem. Spychała mnie jedynie w kłopoty.

— Dosyć — moje jedno słowo wystarcza, by kapitanowie zostawili Filipa. Śmiejąc się do siebie nawzajem udają się na zwiedzanie domu.

Blondyn wzdycha do siebie, spuszczając głowę i uciekając ode mnie spojrzeniem. Podchodzę do niego powoli, kopiując miejsce dłoni Shiro i sam wzdycham, gdy penis pod warstwą ubrań drga. Czuję, jak robi się twardy, a to działa na mnie jak afrodyzjak.

— Kim jesteś? — kontynuuję przesłuchanie. Pcham Filipa, by usiadł na stole, mając mnie pomiędzy swoimi nogami i patrząc na mnie z bezradnością — Jak bardzo zależy ci na władzy?

— Jestem tylko mężem! — krzyczy mi w twarz. Widzę na niej strach zmieszany ze złością, lecz jest w tym spojrzeniu coś jeszcze. Coś bardziej mrocznego i desperackiego i zamierzam dokopać się do prawdy.

Zwiększam nacisk na jego półtwardego penisa, masując kciukiem długość. Filip jęczy cicho, jego powieki trzepoczą, gdy stara się utrzymać spojrzenie. Twardnieje mi pod palcami, napinając materiał spodenek i unosi lekko biodra, by się otrzeć o moją dłoń, by przyśpieszyć ruchy, by ulga stała się dla niego dostępna. Jednak, jeśli uważa, że ma kontrolę, niestety jest w słodkim błędzie. Walczę z uśmiechem na to, jak jego ciało łatwo i szybko odpowiada, co dodaję do listy: Dlaczego Filip jest w moim typie i jest to niebezpieczne. Cholera, ta lista coś za szybko się zapełnia, tak samo jak ta z argumentami, dla których zabiję go po rozwodzie.

— Nie — odpowiadam — Jesteś synem Laruna. Odpowiedz szczerze: Kim jesteś? I czego chcesz ode mnie?

Patrzy na mnie z bezradnością, która mnie rozbraja. Powoli odsuwam gumkę jego spodni i zdejmuję je do połowy ud, które pokrywają się gęsią skórką. Gdy owijam palce wokół jego erekcji, Filip drży na tyle mocno, że prawie kładzie się na stole. Ponownie wypycha do mnie biodra, jęcząc nisko. Ten dźwięk wibruje mi w organizmie, trafiając razem z krwią do mojego twardego penisa.

— Dla ojca jestem nikim — w końcu się łamie, co wywołuje u mnie uśmiech — Jestem nikim także dla ciebie i nic od ciebie nie chcę — oddech Filipa przyśpiesza razem z moją dłonią. Wciąż patrzy mi w oczy i jest to najlepsze, co spotkało mnie w ramach tego małżeństwo. Siła, z jaką trzyma kontakt wzrokowy jest uwodzicielska, ale i sprawia, że to ja czuję się słaby — Nie wyszkolił mnie na mordercę czy szpiega, ponieważ nie chce przybliżyć mnie do władzy. Jedyne, co zrobił, to sprawił, że wiem, jak się prezentować; a za rok, jak się ze mną rozwiedziesz, ojciec ponownie znajdzie mi męża.

Fala czerwieni, która wcześniej przysłoniła wzrok, osadza mi się w oczach na nowo. Tym razem jest szkarłatna i czuję metaliczny posmak na języku. Nie zgadzam się z jego słowami. Chciałbym mu powiedzieć, że się myli i zniszczę go dla każdego następnego męża, lecz to za szybko na takie obietnice. Nie mogę rzucać słów, gdy sam jestem na skraju podniecenia i dojścia we własną bieliznę tylko na widok rozpadającego mi się w palcach Filipa.

Drży w mojej dłoni, ociekając preejekulatem, a pełne wargi są rozchylone. Ciche sapnięcia i jęki wydostają się z nich. Pożądanie sprawia, że oczy mu błyszczą i zmieniam zdanie. To z nim wygląda najpiękniej.

— Bądź ze mną szczery. I nigdy więcej nie unikaj odpowiedzi — proszę — A teraz dojdź dla mnie, Filip.

Filip kiwa głową tak szybko i mocno, że blond włosy rozwiewają się wokół niej. Jak dochodzi z moim imieniem na wargach, całuję je. Jego smak ogarnia wszystkie moje zmysły i wypala się na nich, tworząc nową kupkę smakową. Nie kocham Filipa i jestem bardzo daleko od tego, by mi zależało na nim w tym sensie. Jednak myśl, że za rok zobaczę go z innym mężczyzną, który będzie nazywał siebie jego mężem sprawia, że żołądek napełnia mi się kwasem.

Nigdy nie lubiłem się dzielić swoimi zabawkami, a Filip jest najpiękniejszą z nich wszystkich.

Rozdział dziesiąty

Filip

Palę wydzielonego mi papierosa, który trzęsie się w palcach. Siedzę na trawie za domem, oglądając, jak żołnierze robią obchód. Czuję na sobie ich subtelny, uważny wzrok, oceniający, kiedy poderwę się do ucieczki.

Mam ochotę płakać, a nie uciekać. Co jest nieco żałosne po orgazmie, jaki sprezentował mi Dylan Nusze. W kuchni. Mając za ścianą jego dwóch kapitanów, którzy wszystko słyszeli.

Ale to także pierwszy raz od dawna jak czuję się człowiekiem. Żywym człowiekiem, a nie jakąś żałosną, marną wytłoczką z ładną twarzą i posiniaczonym ciałem. Może to po prostu haj z orgazmu, którego Dylan odmawiał mi od początku małżeństwa.

— Co robisz? — zaskakuje mnie jego spokojny głos i to, jak się do mnie podkradł.

— Myślę — niechętnie odpowiadam.

Wiem, że mogę się sprzeciwić i mu zacząć kłamać. Coś w Dylanie jest takiego, że człowiek jednak słucha tego, co mówi. Może to zwykła chęć odpokutowania bałaganu albo wiedza, że ten człowiek jest mordercą.

Dylan macha dłonią, bym rozwinął i siada obok. Pachnie swoimi drogimi, męskimi perfumami i łapię się nad tym, że pochylam się w jego stronę. Jest ubrany w czarne spodnie na kant i ciemną koszulę, która napina się na jego bicepsach.

— Masz bardzo seksowne dłonie — wypalam.

Dylan śmieje się, rozświetlając okolicę dźwiękiem, a jego uśmiech sprawia, że szybciej bije mi serce. Mruży dwukolorowe oczy, które błyszczą w ciepłym słońcu. Zarost zaczął mu odrastać na policzkach, ukrywając powoli ostre linie szczęki.

— Dziękuję. Unikasz odpowiedzi?

— Mówię to, co myślę. Powiem ci, że to nawet wyzwalające.

Ponownie się śmieje, lecz delikatniej i ciszej, intymniej. Przechodzi mnie przyjemny dreszcz, jakby dotknął mnie tym śmiechem i owinął dookoła, niczym kocem w zimną noc.

Jednak orgazm przepalił mi styki w mózgu. Dylan Nusze zalazł mi za skórę, ale czuję się z tym dobrze. Czuję i to się liczy.

— Zazwyczaj nie czuję emocji — mówię, gdy poważniejemy. Patrzy na mnie z zainteresowaniem i głodem, jakby moje otwieranie się na niego było czymś, co go nakarmi. Zduszam w sobie myśl, że go interesuję — Od kiedy ojciec mnie… przygarnął, zacząłem mieć problemy z własnymi uczuciami. Inni chłopcy w wieku szesnastu lat po prostu nad nimi nie panują i gniew rządzi ich czynami, ale ja nie czułem nic. Bałem się, że już mi tak zostanie na zawsze, a obecność ojca sprawi, że stanę się lodowaty.

— Dlaczego mi o tym mówisz? — pyta cicho, zagryzając dolną wargę. Zduszam w sobie chęć pocałowania go, co sprawia, że zaczynam czuć się ze sobą źle. I wtedy z moich warg wyrywa się kłamstwo:

— Ponieważ teraz czuję się bardzo dobrze.

Widzę, że chce coś powiedzieć, ale gryzie wargę mocniej, aż zęby napinają na pulchną, ciemną skórę. Zaciągam się ostatnim machem papierosa i dmucham mu dymem prosto w twarz. Kaszle, odsuwając się, ale i tak na mnie patrzy.

— Nie wiem, jak sam się czuję z tą informacją, ale nie chcę być w domu, w którym się kłamie. Szczerość zawsze była podstawą w mojej rodzinie i w naszej także tak będzie.

Dosłownie parskam śmiechem, prawie się opluwając śliną. Rodzinie? Ten człowiek myśli, że jeden orgazm i będę o nim myśleć w kategoriach rodziny?

— Nie jesteśmy rodziną — buntuję się od razu — Jesteśmy tylko małżeństwem dla interesów.

— I jaki interes ty na tym masz?

— Możliwość wolności od ojca.

— Jest aż tak złym człowiekiem?

— Jest w mafii, Dylan! — wyrzucam dłonie w powietrze, ale on nie rozumie dokładnie, skąd pochodzi moja frustracja — On nie był moim ojcem przez szesnaście lat! Gdy nas odnalazł, był jedynie nieznajomym, niebezpiecznym facetem, który włamał się do naszego domu! Wszystkie moje wartości i poglądy musiały zostać stłamszone, ponieważ mój ojciec zabija i wyzyskuje na ludziach dookoła. I potrafił to zrobić na moich oczach, gdy byłem nastolatkiem. Dzieckiem.

— Chodzi ci o twoją matkę — domyśla się. Mamy twarz, martwa i blada, staje mi przed oczami, które pieką od łez. Szukam po kieszeniach paczki papierosów, której nie mam, lecz Dylan łaskawie wydziela mi następnego. Dym koi moje połamane serce — Gabriel także nie potrafił traktować mojej dobrze. Przykro mi, że twoją spotkało coś strasznego.

Coś strasznego? Nie wierzę, że ten człowiek tak zrównał śmierć mojej mamy do dwóch, mało oddających tego słów. Jej śmierć była druzgocąca i pozostawiła mnie bez uczuć, bez emocji, bez cholernej kontroli tego, czy będę wściekły czy zrozpaczony. Moja mama nigdy nie zasłużyła sobie na taki los.

— Nigdy nie wybaczę mu, że ją zabił — trzęsie mi się głos i Dylan jest rozmazany w moim spojrzeniu. Przekrzywia głowę, studiując uważniej moją osobę i wiem, o co teraz zapyta.

— Chcesz się zemścić?

— Już nie — to prawda. Na własnym ojcu zemsta była niemożliwa i moje plany zostawały spisane jedynie w myślach, gdzie zaraz płonęły w kontakcie z rzeczywistością. Chcę się uwolnić od jego obecności do końca i zaczynam rozumieć, że małżeństwo z Dylanem może dać mi taką opcję.

Tkwimy w smutnej, ciężkiej ciszy. Dylan patrzy na mnie, jakby dostał skrętu szyi i nie mógł odwrócić głowy. Kończę palić dość szybko, cmokając papierosa wygłodniale.

— To dla ciebie — Dylan wstaje i wyjmuje z kieszeni telefon. To najnowszy model i założył mi nawet ochronne etui. Jestem pewien, że także wgrał aplikację śledzącą — Masz już mój numer i kapitanów. Wiesz, jak się go używa?

— Tak — ze złością mu odpowiadam. Uważa, że nie wiem, jak działa technologia? Naprawdę ten człowiek stara się mnie obrazić nawet nieświadomie.

Ale on tylko się uśmiecha i całuje mój policzek, jakbyśmy byli zakochanym małżeństwem. A nim nie jesteśmy i wątpię, by kiedykolwiek to się wydarzyło.

Pustka emocjonalna nie jest tylko czarną dziurą, która wpędza w niebyt. Jest dziwnym przeświadczeniem, że cudowne osoby, które spotykasz na swojej drodze, odejdą, ponieważ nie dostaną od ciebie miłości.

Mam dni, w których nie pamiętam, jak to jest kochać mamę, co pewnie złamałoby jej serce, gdyby się dowiedziała. Nie wiem także, czy jestem w stanie w ogóle się zakochać.


Rozdział jedenasty


Dylan


Razem z tatą mamy kilka legalnych biznesów, które przynoszą większe lub mniejsze zyski. Ja mam także swoje dziecko w postaci hotelu, który zbudowałem od zera.

Klub Modlitwa jest jednym z tych spółek, które przynoszą dobry dochód. To nie jest ekskluzywny klub dla elit, ale miejsce, gdzie każdy może potańczyć, wypić drinka i się wyluzować. Od dwóch lat trzymamy podium na mapie Svelgen jako najlepsze miejsce dla imprezowiczów.

To legalna lokalizacja, w której plotki czy skandale usuwane są natychmiast. Nie ma w nim miejsca na cokolwiek, co rzuci na nas złe światło.

Dlatego tak ważnym jest, by znaleźć odpowiedzialną osobę za handel narkotykami.

Czuję się, jak hipokryta. W ostatnim tygodniu spłynął do nas towar w postaci białych prochów i teraz był rozprowadzany po mieście z takim samym zaangażowaniem, jak dilera w klubie. Lecz to były dwa światy, które Gabriel kazał mi trzymać osobno.

— Dzieciak wygląda podejrzanie — słyszę Shiro za plecami. Kieruję wzrok nad bar, gdzie wisi lustro i patrzę tam, gdzie przyjaciel. Kapitan namierzył młodzieńca, który właśnie wychodził z jednej loży VIP. Panie za jego plecami miały uśmiechy pełne zadowolenia.

— I ma saszetkę w klubie — odpowiadam z niesmakiem.

Saszetka to za wiele powiedziane. Chłopak nosi czarną nerkę na brzuchu, która z boku ma zielony kwiat marihuany. Od razu rzuca się w oczy, a jego ruchy są pobudzone od towaru, który wziął. Pewnie coś brudnego i taniego.

Jak bramkarze mogli go przepuszczać przez tyle czasu? Pobierali od niego profit czy byli tak znudzeni, że nie wykonywali swoich obowiązków należycie? Skąd mogę wziąć dobrych ludzi, którzy nie będą spieprzali roboty!?

— Przyprowadź go do gabinetu — rozkazuję kapitanowi.

Nie patrzę na Shiro, zabierając swojego drinka. Przecinam parkiet i przy schodach odbijam w prawo w ciemniejszą, mniejszą klatkę schodową. Jeden z ochroniarzy cofa się, jak mnie widzi.

— Będzie szedł tutaj Shiro z młodym człowiekiem — mówię, gdy staję na pierwszym schodku — Wpuść ich.

— Tak jest, szefie.

W gabinecie zrzucam marynarkę i dopijam drinka. Siadam na biurku, oczekując gości i zastanawiając się, jak doszło do takiej sytuacji. Podejrzewano, że młokos dilował od trzech miesięcy, co jest bardzo długim czasem. Zbyt długim, jak na mój gust, co oznacza, że ochrona robi się coraz słabsza i trzeba ukarać kogoś dla przykładu. Chcę zadzwonić do taty i zapytać, co by zrobił na moim miejscu, ponieważ nie lubię rozmawiać z młodymi ludźmi. Ale wiem, że wtedy straciłbym i jego i swój szacunek.

Jestem następny w kolejce do naszego małego tronu. Gabriel ufa mi niemal we wszystkim i niekiedy nawet posłucha się moich rad; zawsze je konsultuje drugi raz ze swoimi doradcami, lecz jestem już na tyle dorosły i sprawdzony, że mogę je wygłosić i zostać wysłuchany.

Dlatego tym problemem muszę zająć się sam, a ojcu jedynie przedstawić rezultaty i to na naszą korzyść. Inna opcja nie wchodzi w grę.

— Dobry — rzuca młokos, gdy Shiro wpycha go do gabinetu. Siada na kanapie, jakby dostał zaproszenie i obrzuca pomieszczenie zadowolonym spojrzeniem. Czuję, jak serce ściska mi się w spazmach wściekłości i muszę odejść od biurka. Trzymam tam za dużo broni.

— Oddaj nerkę — wyrzucam przez zęby, wystawiając dłoń.

Shiro odpina saszetkę od pasa chłopaka, który blednie, jak kapitan się do niego tylko zbliża. I dobrze. Najwidoczniej boi się mojego przyjaciela, co działa na plus. Możliwe, że będzie się nawet trzymać w ryzach.

— Ja nic nie wiem! — broni się nastolatek, unosząc puste dłonie do góry. Gdy zbliżam się do niego, atakuje mnie jego zapach.

Możesz brać narkotyki i udawać, że nic tobie nie robią. Ale wystarczy ciebie powąchać.

Ostry, niemal chemiczny zapach jego potu przyprawia mnie o palenie w nosie. Ma szkliste spojrzenie, a jego źrenice rozszerzyły się, prawie zjadając kolor tęczówki. Kręci tymi oczami na lewo i prawo, jakby był spanikowany, lecz pozę ma arogancką. Do tego ma szczękościsk i tupie nogami, jakby tańczyły do żwawej piosenki, której nie słychać w wyciszonym gabinecie.

— Lubisz amfetaminę? — pytam przyjaźnie. Chłopak się uśmiecha.

Shiro wyjmuje z saszetki jego portfel, w którym jest dowód. Dzieciak ma dziewiętnaście lat, co przyprawia mnie o migrenę, a rodzice nazwali go po prostu Nolan. Reszta nerki jest pełna pakietów z białym proszkiem i marihuaną.

— Lubię to, co ty, ziom.

— Nie jestem twoim ziomem — śmieję się z tego słowa, którym był siebie nigdy nie opisał.

Nolan wydaje się nakręcony pozytywną energią i pewnością siebie, że nie skończy jako nieznany trup w rzece pod miastem.

Nie skończy. Prawdopodobnie.

Jest młody, co oznacza kłopoty. Ktoś będzie go szukać i się za niego wstawi w sądzie, jak go za mocno pobiję i skażę na niepełnosprawność do końca życia. Jak zniknie — matka czy ojciec wynajmą detektywa, który będzie krążył mi wokół klubu jak sęp. Niepotrzebne zainteresowanie przykuje uwagę tych, których nie mam ochoty tutaj widzieć. Dlatego na policję także dzwonić nie będę.

— Roześlę twoje zdjęcie po innych klubach w Svelgen — informuję go, co zrobię — Nie będziesz dilował i niszczył życia wszystkim dookoła. Ty wybrałeś już swój nałóg.

— To tylko jedna kreska, ziom!

Jeszcze raz powie na mnie ziom, a wybiję mu jedynki.

Kończę rozmowę rzucając mu na uda portfel. Shiro robi pierwszy błąd, kierując się do drzwi, by wyrzucić Nolana z klubu. Ja robię drugi, odwracając się do dzieciaka plecami.

Nie wyczuwałem od niego zagrożenia wcześniej i oto proszę — konsekwencje w postaci jebanego noża w plecy.

Najpierw czuję lód. Mój bok ogarnia przeraźliwe zimno, jakbym natarł się świeżym śniegiem i prawie widzę parę wychodzącą mi z ust. Szybko rozgrzewam się od wściekłości i poczucia własnej krwi, która niszczy mi ostatnią, kurwa, czystą koszulę. A Filip nie potrafi szyć, by mi ją naprawić.

Odwracam się, uderzając czołem o nos chłopaka. Shiro jest tuż obok, sprowadzając go na podłogę i wyrywając nóż z palców. Nolan krzyczy coś o tym, że mam mu oddać towar. Ślina miesza mu się z krwią na brodzie.

Teraz nie jest wyluzowany i nakręcony, a desperacja sprawia, że pomieszczenie wypełnia się chemicznym zapachem jego potu. Kręci mnie w nosie, co podwaja dyskomfort i ból w moim ciele. W kącikach warg Nolana widać biały nalot po narkotykach, a jego oczy są duże i pełne łez.

Podejrzewam, że towar wziął w komis, a to oznacza, że jeśli zabiorę mu saszetkę, zabiorę także i możliwość spłaty. Nolan zostanie z długiem, który ciężko jest uregulować i pewnie dosięgłyby go konsekwencje.

Gdyby nie to, że wbił mi nóż, pewnie rozliczyłby się z nim jakiś ponury, mało zabawny człowiek, który dał mu narkotyki. Ale zrobił, co zrobił — i zostaje na mojej niełasce.

— Nie tutaj — dotykam lekko ramienia kapitana, informując go, że mamy otwarte drzwi i ktoś może coś usłyszeć.

Kuśtykam do biurka, wyciągając telefon po drodze. Najpierw dzwonię po Theo, by przyjechał i pomógł Shiro w ogarnięciu tego małego problemu. Najwidoczniej jednak ktoś będzie szukać ciała chłopaka od następnego poranka.

Dzwonię następnie po kierowcę. Przyciskam dłoń do rany czując, jak krew oblepia mi palce, jaka jest ciepła i przebodźcowuje mnie bardziej od tego całego wieczoru.

Więc jednak Filip nauczy się dzisiaj szyć.

Tylko nie koszulę, a mnie.

Rozdział dwunasty

Filip


Huk sprawia, że podskakuję na łóżku i wręcz czuję, jak tracę trzy lata ze swojego życia. Strach gulą osadza się w gardle, utrudniając oddychanie. Potrzebuję chwili, by ochłonąć i wyjrzeć z sypialni, nawet jeśli kolana mam drżące i miękkie i sam nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.

Dom otoczony jest murem i kamerami, a okolicę patrolują żołnierze Nusze i kilka od Laruna; nikt nieproszony nie powinien narobić tyle hałasu, lecz racjonalne myślenie nie przyjaźni się z paniką.

Powinienem bawić się nowym telefonem w salonie, by w razie czego widzieć, kto przyszedł. Lecz jeśli byłby to wróg — mógłbym szybko tego pożałować. Prezent od męża jednak sprawił, że kompletnie straciłem poczucie czasu, a dziwne uczucie w piersi ustąpiło miejsca dopiero strachu. To ciepło to nie jest wdzięczność, czy za telefon, czy orgazm. Po prostu… nie wiem, zrobił na mnie dobre wrażenie? Miłe? Cokolwiek to jest, oby szybko umarło.

W Dylanie Nusze nic nie jest miłe. A jeśli kiedyś miał taką cechę — szybko zdechła pod naporem mafijnych rozwiązań problemów.

Mój mąż wyskakuje mi z myśli i urzeczywistnia się na podłodze kuchni.

Klęczy na kuchennych płytkach, oddychając płytko. Jego kark pokryty jest cienką warstwą potu, a krzesło przewrócone obok. Przyciska dłoń do boku, gdzie biała koszula pokryta jest krwistą plamą, przykuwającą mój wzrok.

Pierwszym, co robię, to wzdycham. Głośno i widząc, jak ramiona męża napinają się od tego dźwięku, co zwiększa u mnie poziom satysfakcji na krótki moment.

Następnie idę po torbę medyczną, która leży schowana w łazience. Jest ciężka i plącze mi między nogami. Dylan rzuca mi zirytowane spojrzenie, sapiąc cicho pod nosem, co mi także działa na nerwy.

Najwidoczniej mamy coś wspólnego w tym małżeństwie — jeden wkurwia drugiego.

— Co się stało? — pytam, pomagając mu wstać i stawiam krzesło, by mógł na nim usiąść.

— Oparłem się o krzesło, a ono się przewróciło — burczy, unikając mojego wzroku.

Kładę pod jego podbródkiem palec wskazujący, by nakierować te ładne, niebezpieczne tęczówki w moją stronę. Mięsień pod brązowym okiem drga, informując mnie o jego gniewie. Ale także jest blady na twarzy i zaciska wargi z bólu.

Czymkolwiek jest to dziwne uczucie na dole mojego brzucha, sprawiające, że żołądek zaciska mi się w spazmach — oby to nie było zmartwienie.

Dylan Nusze miał zapisaną śmierć w gwiazdach i to pewnie przed dosięgnięciem wieku emerytalnego. Możliwe, że to będzie jakaś epicka strzelanina lub w trakcie ucieczki przed policją. Nie powinienem martwić się o niego, wiedząc, jaka jest jego prawdziwa profesja.

— Chodzi mi o twoją ranę, mężu — zaciskam palce na jego skórze, czując buchający z jego ciała gorąc.

Jego palce zaciskają się wokół mojego uda. Nagle jestem świadomy tego, że stoję przed nim w samych bokserkach i gęsia skórka wyskakuje tam, gdzie mnie dotyka. Obaj bierzemy głębokie oddechy, a w kolorowych oczach pojawia się coraz większe zainteresowanie.

— Pieprzone nastolatki — wyrywa swoją twarz z moich palców i opada bokiem o oparcie krzesła. Jego palce są całe we krwi, gdy rozpina swoją koszulę. Patrzę na swoją nogę, gdzie wcześniej mnie dotknął, zauważając szkarłatną smugę. Wycieram ją, chcąc jak najszybciej pozbyć się jego krwi ze swojego ciała.

— Jak bardzo pieprzone? — mruczę pod nosem, ledwo ukrywając zazdrość w głosie i podejrzliwość.

Prawie piszczę, gdy niespodziewanie łapie moje bokserki i za ich gumkę przyciąga mnie jeszcze bliżej swojego ciała. Wiem, że widział już moje ciało nagie i doprowadził mnie na wyżyny przyjemności, lecz w tym momencie mam nieco inne priorytety, niż następny orgazm.

— Nie potrzebuję podpisanej listy swoich obowiązków, bym pozostał ci wierny, jeśli się o to martwisz — grzmi, mrużąc na mnie oczy — Jestem i pozostanę wierny tylko tobie.

Uszy pieką mnie od jego wyznania, a uśmiech wykrzywia wargi. Gorąc obejmuje chyba każdy skrawek mojej skóry, piekąc i rozlewając rumieńce. Serce cały czas obija się o klatkę żeber, wystukując głośne dudnienie.

Pomagam Dylanowi ściągnąć koszulę, a następnie myję dłonie. Gdy przemywam ranę, Dylan opowiada mi, co zaszło w klubie.

— Zabierzesz mnie tam kiedyś?

— Nie — odpowiada z prychnięciem — Gdzie się tego nauczyłeś?

— Mój ojciec kazał mnie wyszkolić — wzruszam ramionami, przełykając ciężko ślinę na jego odmowę. Przy tym etapie nigdy nie wyjdę z tego cholernego, pięknego domu — Wiem, jak podłączyć kroplówkę, opatrzyć rany i co zrobić, jak kula utknie w ciele. Jak mówiłem: jestem twoim mężem.

— Ale to ja mam zapisane w kontrakcie, że mam się o ciebie troszczyć.

Dylan nie rozumie do końca, co oznacza ten zapis. A ja nie mam ochoty mu tego teraz tłumaczyć.

Dziwi mnie to, że potrafi zachować zimną krew i obserwuje uważnie, jak pracuję. Nie peszy mnie jego wzrok, ale staram się być jedynie bardziej dokładny. Nie chcę, by wdało mu się zakażenie. Jego głos jest spokojny i głęboki, a spojrzenie czujne i intensywne, przeszywające moje ciało i rozpalające każdy nerw. Gorąc bucha z jego półnagiego ciała, jednak teraz nie działa ono na mnie.

Skupiam się na pracy. Na własnym oddechu. Na tym, jak jego skóra jest ciepła pod moimi palcami, a brzuch napina się, jak przechodzi go większa fala bólu.

Na tym, by nie martwić się jego ranami. Ponieważ będzie ich więcej i więcej, a torba medyczna została zakupiona właśnie po to. Nie mogę się zamartwiać o Dylana; jeśli zacznę, każde jego wyjście z domu będzie przynosiło mi niepotrzebne nerwy.

Lepiej czułbym się czując znienawidzą pustkę, lecz w moim ciele buzuje nowa, nerwowa energia.

— Jestem pod wrażeniem — mruczy. Jego dwukolorowe oczy błyszczą od pożądania, na które nie mam odpowiedzi zwrotnej.

Przykro mi, wybrałeś zły moment na bycie zszywanym. W moim kutasie nie płynie dzisiaj krew.

— Teraz chcesz mnie zaciągnąć do łóżka? — kręcę na niego z niedowierzaniem głową. Dylana jeansy wyglądają na ciasne, naprężone na erekcji, której mąż nie ukrywa. Ponownie dotyka moich ud, pieszcząc ich wewnętrzną stronę, a ja czuję, jak zasycha mi w gardle.

— Nie — śmieje się, co powoduje cichy, niespodziewany jęk bólu. Dylan odchyla się na krześle, oddychając głęboko i jest nieco bledszy na twarzy niż chwilę wcześniej — Nie chcę być okropnym mężem dla ciebie.

— Co spowodowało takie przemyślenia?

Nie odpowiada mi, co pokazuje, że jego zasada dotycząca szczerości działa w jedną stronę.

Gdy rana jest zszyta i nie zagraża zdrowiu Dylana, chcę wrócić do sypialni. Jednak mąż ma inne plany, łapiąc mnie za dłoń i odwracając w swoją stronę. Czuję gorąc i twardość jego ciała, a po chwili i wargi, którymi napiera na moje. Jego język wślizguje się i spotyka z moim i odwzajemniam pocałunek z udawaną żarliwością.

Nie czuję za bardzo dreszczu, który przechodzi moje ciało, jak jego dłonie suną po mojej klatce piersiowej.

— Uwielbiam się z tobą całować.

Jego wyznanie zbija mnie z nóg i dobrze, że się już go trzymam, inaczej upadłbym na podłogę. Nie spodziewam się po nim takich słów, wypowiedzianych z chrypką pełną pożądania i adoracji. W jego oczach widzę emocję, którą jeszcze nie potrafię nazwać. Ale nie wydaje mi się czymś złym.

Naprawdę niekiedy ciężko jest nienawidzić tego człowieka. Albo być dla niego problemem.

— Mam bardzo przyjemne usta — mruczę, puszczając do niego oczko — Ale teraz mam ochotę się położyć. Jestem zmęczony.

— Czym? — prycha — Robieniem bałaganu czy patrzeniem na niego?

— Posprzątałem — wyrzucam przez zęby, zirytowany, że nie zauważył moich starań, jak wszedł do domu. A raczej się do niego wturlał, sądząc po hałasie.

— Zobaczę to rano i ocenię, czy nadajesz się na gosposię.

W łóżku Dylana dłonie ponownie badają moje ciało, które jest sztywne i niechętne.

— Czy mogę cię jeszcze pocałować? — pyta w moje łopatki, scałowując tam skórę. Wtulam policzek mocniej do poduszki i z westchnięciem przymykam oczy.

— Nie.

Dylan nie odsuwa się ode mnie, a jedynie układa głowę przy moich plecach. Ulotny zapach krwi i jego perfum z połączeniem ciepłego oddechu na mojej skórze sprawiają, że szybciej i lepiej mi się zasypia.

Od kiedy śpię z Dylanem w jednym łóżku wysypiam się. A od śmierci mamy nie spałem tak dobrze, jak przy boku męża.

Rozdział trzynasty

Dylan

Czuję do samego siebie niesmak.

Zastanawiam się, czy to nóż Nolana, który mógł być zatruty. Może to przez to, że mam nabrzmiałe jądra i nawet się nie masturbowałem od kilku dni. Jeszcze jest opcja, że uderzyłem się gdzieś w mój pusty łeb. I to wystarczająco mocno, by odeszła mi ta inteligentna klepka.

Jak wspominam siebie z nocy mam ochotę samemu sobie przywalić.

Jak mogłem być taki…? Potrzebujący? Ugh, samo myślenie o tym słowie sprawia, że mnie trzepie.

Zapytałem się Filipa, czy mogę go ponownie pocałować, a on mi odmówił. I co zrobiłem? Przytuliłem się do niego! Jakbym nie miał ciernia w sercu przez to, że odwrócił się do mnie plecami i pozostawił rannego i niewycałowanego. Samo to powinno być dla mnie zastanawiające — Filip już ma moc, by mnie podłamać, by wbić szpilkę pod paznokieć i jest to dość bolesne.

Potrzebowałem jego czułości po tym, jak zszywał mi skórę i pomagał wstać. Jak widział mnie słabego, z twarzą koloru popiołu i z bólem w oczach, za co zawsze dostawałem od ojca. Ten uważał, że prawdziwi mężczyźni nie mogą okazywać emocji; jednak nie jestem zawsze robotem, który ma dostęp do takich luksusów. A przy mężu udawanie, że rana nie bolała, było niemożliwe.

Staram się przeanalizować całe jego zachowanie z nocy. To, jaki był dziwny, oschły i zdystansowany, a całował się, jakby musiał, na końcu odwracając się do mnie dupą.

Znowu skręca mnie niesmak do siebie na wspomnienie tego, jak wtulałem się w ciepłe plecy blondyna. A nawet nie lubię się przytulać.

Ostatniej nocy to nie byłem ja.

Kogo ja oszukuję?

Oby tylko nie rozpoczął tego tematu. Inaczej będę musiał wyobrazić sobie twarz matki na jego i to, ile zniszczeń zrobi moja dłoń.

Przy szykowaniu porannej kawy, sprawdzam, czy opatrunek na boku jest czysty. Nie widzę na nim krwi, co dobrze znaczy. Skóra w tym miejscu ciągnie mnie i pół ciała wydaje mi się drętwe z bólu. Mimo to zaciskam zęby, ponieważ nikt inny nie przeżyje za mnie tego życia.

— Czy dzieciaka ktoś szuka? — pytam Shiro, gdy tylko odbiera telefon. Słyszę w słuchawce jego sapanie i cichy dźwięk bieżni.

— Nie — kapitan odpowiada — Dokumenty mówią, że mieszka w Truksan, a to trzysta kilometrów od nas. Myślę, że jesteśmy bezpieczni, ale na wszelki wypadek usunąłem monitoring z całego wczorajszego dnia. Gdyby ktoś pytał, mieliśmy awarię kamer.

— Dobrze — jestem zadowolony z takiego obrotu spraw — Pytałeś o niego w policji?

— Jest notowany przez tamtejszy oddział narkotykowy za handel. Siedział w poprawczaku, a gdy skończył osiemnastkę nie widzieli go w mieście.

To sprawia, że lepiej mi się oddycha i czuję, jak jeden ciężar schodzi mi z ramion. Nie chciałem śmierci dzieciaka, ale wbił mi nóż, jak stałem do niego plecami. Darowałem mu handel, podarowałem świeży start, a on co? Niewdzięczny małolat jest teraz martwy i pocięty w kawałki tak małe, że nawet sam Bóg go nie poskleja.

Nie czekam, aż Filip łaskawie wstanie. Od kiedy zamieszkaliśmy razem, jego poranki zaczynały się w okolicach dwunastej. Spał, ile się dało i wiedziałem, że to i tak nie potrwa długo. Działało mi to na nerwy.

Po samotnym śniadaniu, przy którym zamiast smaku jajecznicy czułem posmak warg Filipa, trzaskam drzwiami wejściowymi i kieruję się do samochodu. Mam na sobie czarne jeansy i sweter, na który zarzuciłem kurtkę. Nie jest to zbyt elegancki strój, ale nie chcę się wyróżniać z tłumu.

Jeden z żołnierzy patrzy na mnie z odrazą, gdy wsiadam do samochodu. Jest człowiekiem Laruna i wiem, że nienawidzi mnie jak psa. Zastanawiam się, jak sobie żołnierze radzą, stłoczeni w jednym, wspólnym domu na obrzeżach działki. Ile krwi musiało się tam przelać od kiedy zostaliśmy z Filipem małżeństwem wiedzą tylko tamte cztery ściany. Przynajmniej się chłopaki nie nudzą, a każdemu z nich przyda się dobra bójka.

Moi ludzie i Laruna mieli o co się kłócić i rozwalać sobie knykcie o twarze drugich. Potyczki głów rodzin zawsze najmocniej odczuwali żołnierze, który właśnie po to byli — by ktoś zginął, by ktoś zabił, by ktoś wszedł w pułapkę albo szedł do więzienia. Od kiedy rywalizowaliśmy z drugą rodziną, przelało się bardzo dużo krwi, i to głównie ich. Dlatego przy rekrutacji kapitanowie starali się wbić im, że przyjaźnie w mafii nie są wieczne i szybciej pogrzebią znajomych w głębokich grobach, niż opiją ich przejście na emeryturę.

Przez miasto przedzieram się szybko. Svelgen budzi się do życia w okolicach ósmej rano, jak biura śpieszą się do pracy, matki odwożą dzieciaki do szkoły i wszyscy jeszcze są na oparach pierwszej kawy. Godzina na moim zegarku pokazuje trzy minuty po szóstej rano, co i tak jest wcześnie, jak na interesy.

Na panienki lubiliśmy wychodzić pod osłoną nocy, lecz od kilku tygodni w Svelgen zaczęło krążyć więcej patroli policji i były to twarze, których nie znałem. Nie byli po naszej stronie, co oznaczało, że będą zadawać za dużo pytań. A my już mieliśmy ludzi w więzieniu, którzy poszli do niego za to, że z Shiro odstrzeliliśmy mundurowego.

W mafii głowa rodzina także szła do więzienia, lecz mój ojciec unikał tego jak ognia. Mawiał, że to nie jest miejsce na niego; było tam za dużo wrogów i ludzi, którzy zwęszą kasę, jak tylko przekroczy próg. Ja obstawiałem to, że po prostu się tego boi, lecz szybciej połknąłbym własny język, niż wytknął mu jego słabości.

Ludzie, którzy odsiadują wyrok w więzieniu za zabicie policjanta, byli specjalnie do tego zadania wybrani. Ich sylwetki pokrywały się z naszymi na monitoringu i byli zaufani na tyle, by nigdy nie powiedzieć głośno, jaka jest prawda. A gdy wyjdą — czeka ich sowita zapłata i bilet lotniczy na wakacje, gdziekolwiek zapragną.

Ludzie zrobią wiele dla pieniędzy i pokażą najbrzydszą twarz za kilka tysięcy.

— Gdzie Theo? — pytam, jak Shiro parkuje obok mnie. Jesteśmy w dzielnicy Shelge, która jest luksusowa, droga i pełna pierdół, których elity potrzebują jak wody. Teraz te sklepy są jeszcze zamknięte, a parking prawie pusty — I czy ty przyszedłeś prosto z siłowni?

— Wiesz, szefie, niekiedy jakbyś się przywitał, zamiast od razu zaczynać ze swoimi pytaniami, byłbyś bardziej lubiany — Shiro pyskuje. Wychodzi z samochodu ubrany w czarny dres i trzaska drzwiami tak mocno, że widać, jak trzęsie się szyba. Rzucamy sobie zirytowane spojrzenia i czuję, jak robi mi się gorąco pod swetrem.

— Przez kogo?

— Przeze mnie! Robię dla ciebie tyle dobrego, że to mnie powinieneś poślubić.

Przekręcam oczami tak mocno, że aż mnie bolą. Shiro patrzy na mnie swoimi ciemnymi, w których błyszczy rozbawienie. Jest wysokim brunetem, którego tatuaże wystają znad kołnierza bluzy. Włosy ma ciemniejsze od potu, a oddech jeszcze mu się nie wyrównał. Dres opina jego umięśnione ciało i kapitan prezentuje się normalnie, jak każdy inny człowiek w tym mieście.

Tylko normalni ludzie nie zabijają w prawie każdy dzień tygodnia i nie jeżdżą najnowszą Audi z salonu. To auto się wyróżnia, a debil jeszcze spersonalizował sobie rejestrację swoim imieniem.

Ile razy zatrzymała go policja w przeciągu pierwszego tygodnia, od kiedy odebrał samochód? Dziesięć razy.

I dostał mandat za prędkość po dwudziestu minutach od kupna.

No debil, ale miał to szczęście, że był moim zaufanym przyjacielem i nie widziałem tej pracy i rodziny bez niego.

— Szefie, jesteś coraz bardziej pochmurny — droczy się Shiro — A podobno miesiąc miodowy w małżeństwie jest najlepszy.

— W przemocy także jest taki etap i tak samo go opisują ofiary — burczę, na co kapitan przekręca oczami i szybko zmieniam temat — Jak twój poranek?

— Lepszy od poprzednich. Nie czuję się już taki samotny — patrzę z większym zainteresowaniem na przyjaciela, kierując się powoli w stronę butików. Ta dzielnica jest zawsze bezproblemowa, a niektóre oczy już nas wypatrują.

— Poznałeś kogoś?

— Nie — śmieje się, a błysk w jego oczach jest psotny, rozżarzony od tego, co działo się u niego w nocy, a na policzkach wchodzi ciemny rumieniec — Wpadliśmy z Theo na świetny zakład.

Coś ściska mnie w piersi na myśl, co tym razem wymyślili. Ich zakłady wpadały ze skrajności w skrajność, bywały śmieszne i niewinne, by po chwili przebrać krwawy, niebezpieczny obrót, gdy nuda za mocno dawała im się we znaki. Chociaż nie mam pojęcia, jak oni mogą się nudzić pracując dla mafii, ale Shiro i Theo byli zbudowani z innej materii niż ja.

Wzdycham cicho do siebie, lecz żaden z nas nie podejmuje już wątku. Skoro Shiro nie chce się od razu pochwalić, co tym razem ugrał lub przegrał, woli zachować to dla siebie. Mężczyzna uwielbiał się popisywać, jednakże potrafił być bardzo zamknięty w sobie. Wszystko zależało, w jakim humorze wstał z łóżka, a ja nie będę ciągnąc go za język. Prędzej czy później, Shiro wyjawi historię zakładu.

Theo się spóźnia i dogania nas dopiero, jak wychodzimy z drogiej dzielnicy. Po dwudziestu minutach marszu wkraczamy w ulicę pełną sklepów wielobranżowych, których kolorowe szyldy kuszą, by wejść i coś zakupić. Chodnik tutaj jest nierówny i popękany, a powietrze śmierdzi olejem z wydechów przejeżdżających samochodów. Na ulicę Krustow wchodzimy powoli, rozmawiając między sobą o ostatnich wydarzeniach. Theo sprzedaje kilka tytułów filmów, jakie poleca.

— Przeczytałeś coś ostatnio? — to Shiro mnie pyta. Zawsze jest głodny dobrych romansów i mamy co do nich podobny gust. Kręcę na jego pytanie głową.

— Nie miałem zbyt wiele czasu.

— Ach, no tak — szydzi przyjaciel — Zapomniałem, że jesteś mężaty!

— Mężaty i z niebieskimi jajami — wzdycham, a przyjaciele najpierw są w szoku. Mija sekunda nim mnie wyśmiewają i tworzą dialogi, jakie według nich przeprowadzam z mężem. W ich wersji, jestem tak samo potrzebujący i słaby jak w nocy.

Gdyby to był ktokolwiek inny — nie pozwoliłbym mu na karykaturę mnie. Skończyliby martwi zanim żart by się skończył, lecz Shiro i Theo mają to ciche przyzwolenie, by sobie porobić ze mnie żarty. Niekiedy uda im się i opowiedzą coś śmiesznego.

Poza tym, co najważniejsze, są kompletnie inni od kapitanów mojego ojca. Ci są nudni jak flaki z olejem, pełni ciszy i powagi, nie pozwalając sobie na spontaniczność, trochę zabawy czy nadziei. Ich profesjonalizm i chłód, zgryźliwe odpowiedzi, gdy byłem młodszy sprawiały, że jeszcze mocniej jestem wdzięczny za to, że mam przy swoim boku Shiro i Theo. Gdy kiedyś obejmę tron, jeden z nich zostanie moim doradcą.

Gabriela najstarszy doradca umiera gdzieś samotnie na nowotwór, jest duchem w rezydencji w jakimś ciepłym kraju. Ojciec opłaca mu leki i opiekunkę, lecz robi to bardziej z sentymentu, a nie z miłości do człowieka, który lojalnie służył mu przez trzydzieści lat. Ja nigdy nie pozwolę swoim przyjaciołom umierać gdzieś samotnie, mając przy sobie obcą osobę, która jest miła tylko dlatego, że dostaje za to pieniądze.

Pierwszy sklep, jaki odwiedzamy, ma wyblakły neon nad wejściem i pachnie w nim stęchlizną. Na półkach jest pełno zagranicznych słodyczy, a te pod ścianą już dawno są po dacie ważności. Właściciel blednie na nasz widok, ale bez słowa podaje gotówkę.

Sklep po sklepie, banknoty za banknotami, przestraszone i ciche twarze. Te wszystkie osoby płacą nam za to, że ich sklepy wciąż stoją. Gdy rok temu chcieli je wszystkie zburzyć i postawić centrum handlowe, to nie byliśmy tymi złymi — byliśmy ich obrońcami, ponieważ zapłacili, a my pokrzyżowaliśmy szyki deweloperowi.

Haracz zawsze w tej okolicy szedł gładko i szybko. Zanim wybija dziewiąta jesteśmy po pracy, a nasze kieszenie są ciężkie od pieniędzy. Zrzucamy ją do kasyna ojca, gdzie pieniądze są prane i wymieniane i jedziemy dalej.

Czuję się lżejszy, gdy mogę pracować z kapitanami.

— Gdybyś mój wybrać swoją truciznę, co by to było? — pyta Theo, gdy zatrzymujemy się pod sklepem monopolowym. Jego właściciele zawsze sprawiali kłopoty, gdy musieli zapłacić.

Nakładając na palce kastet myślę o wargach mojego męża i jego pocałunkach. Tych pełnych emocji, zduszonej desperacji, które przyprawiają mnie o dreszcze nawet teraz.


Filip


Mój mąż wrócił do domu w zbyt dobrym humorze.

Nie powinno mnie to obchodzić. I prawie tak jest.

Ktokolwiek rozświetlił jego przystojną twarz uśmiechem i sprawił, że w oczach ma błysk, jest teraz na liście moich wrogów. Nie widziałem jeszcze Dylana w tak lekkim i beztroskim humorze i wygląda w tym wydaniu bardziej ludzko. Dalej przystojnie, ale nie widać ciężaru nielegalnego imperium na jego barkach.

Zazdrość kiełkuje mi w piersi niczym chwast, który tylko z pozoru ma piękne płatki.

Wiem, jak wygląda Dylan Nusze wściekły i jakie zagrywki użyć, by darł się tak, że zdziera sobie gardło. Poznałem zmęczoną twarz i ukazał mi swój ból. Lecz to beztroskie szczęście? Jest mi nowe i nie czuję się dobrze, że to nie ja jestem tego powodem.

Nie powinno to tak wyglądać, próbuję sobie przypomnieć. Ten człowiek jest moim mężem tylko na papierze, wmawiam sobie, jak depczę mu po piętach. Prosząc go o papieros czuję na wargach smak jego pocałunków, a nie mentolu. A spalając go na tarasie, mam wrażenie, że wyparcie przestaje być dla mnie dostępną opcją w mechanizmach obronnych. Nagle brunet jest pod moją skórą, jest w moich płucach razem z dymem, jest na moich palcach i w mrowieniu na ustach.

Także wracam do domu, chcąc następnego papierosa, który spalił się za szybko, jakbym nie mógł doczekać się powrotu do mężczyzny.

Znajduję go w łazience, gdzie się rozbiera do kąpieli. Mięśnie poruszają mu się pod skórą w hipnotyzujących ruchach i chcę polizać te bicepsy. Z wanny unosi się para, sprawiając, że w pomieszczeniu jest coraz cieplej. A może to po prostu mój nagi mąż.

Nie przestanie zadziwiać mnie to, jak umięśniony jest. Brzuch napina się, jak ściąga spodnie, ukazując wyrzeźbione mięśnie i pas Adonisa. Żyły na dłoniach uwidoczniły się, a ślina zalewa mi język na myśl, jak dokładnie one wyglądały na mojej szyi. Porusza jedną piersią, uśmiechając się do siebie, zauważając mój wzrok na sobie.

Zapominam o papierosie, o zazdrości i tym, jak teraz sam wyglądam po całym dniu siedzenia przed telewizorem. Przypomina mi się poczucie bezpieczeństwa, które odczułem w jego ramionach w nocy. Wielkie też było uczucie przy pośladkach, ale to zostawię dla siebie.

Nawet jeśli i tak nie mam nikogo, kto chciałby posłuchać, co się u mnie dzieje.

— Wchodzisz czy się czaisz jak hiena na mięso? — beztroska minęła z Dylana. Teraz jego głos jest zachrypnięty i cyniczny, a ciemne brwi zmarszczył. Bębni palcami o kontur wanny, zniecierpliwiony oczekując mojej odpowiedzi.

— Dużo tego mięsa. Jeszcze mogę się zachłysnąć.

Dylan śmieje się z moich słów, ponownie odsłaniając mi trochę lekkości z wcześniej. Czuję się głodny jego nowych twarzy i tego, jak wiele jeszcze mogę odkryć.

Dylan Nusze okazuje się nie tak strasznym człowiekiem. Jasne, jest potworem, ale prócz tego jednego uderzenia moją głową o szafki nie spowodował u mnie innych szkód. Ma świra na punkcie czystości, musi się rządzić i uważa, że jego słowo jest rozkazem. Ale już uwielbiam walczyć z tym i widzieć, jak się wkurwia. Nie ma innego silniejszego afrodyzjaku, niż wiedza, że doprowadzasz mężczyznę do szału, a on nic nie może z tym zrobić.

Rozbieram się jednak posłusznie i po chwili wzdycham, jak gorąca woda otula moje ciało. Wanna jest duża na tyle, by nas zmieścić i mam miejsce, by wygodnie rozłożyć nogi. Dylan przed dołączeniem do mnie zabiera z pralki dwie szklanki z drinkami.

— To dla mnie? — dziwię się, przez co mój glos jest wyższy. Dylan kiwa jedynie głową i umieszcza się na drugim końcu. Szklanka szybko paruje tam, gdzie ją dotknął — Skąd ta hojność, mężu?

— Och, spierdalaj, już człowiek nic nie może miłego dla ciebie zrobić! — wybucha tak nagle, że czuję, jak mięśnie spinają mi się w ciele. Jestem gotów wyskoczyć z tej wanny i uciekać z gołym tyłkiem. Oddech zatrzymuje mi się w płucach, a włoski na karku stają dęba. Nie mam już ochoty na alkohol i jego towarzystwo.

Ale nie pozwolę mu mieć ostatniego słowa.

Mam tendencję do wydawania zbyt szybkich osądów: Dylan nie jest taki zły, a teraz każe mi spierdalać i ma w tonie więcej jadu od żmii. Mam ochotę uderzyć głową o ścianę, ponieważ najwidoczniej ilość jego mięśni przysłoniła mi widok na to, jaki naprawdę jest.

— Co ugryzło ciebie w dupę? — mój głos jest niski i zimny niczym kostki lodu w naszych drinkach. Dylan opiera się wygodniej o wannę, jego mina pełna wrogości. Pod oczami ma sińce, widzę suche skórki na wargach i to, jakie ciężkie ma powieki od zmęczenia. Lecz to nie jest pora na to, by otrzymał ode mnie współczucie.

— Wszystko — mówi i od razu rozwija: — Nie lubię, jak ludzie chcą wejść mi na moje morale. Och, nie zabijaj mnie, ja mam dzieci! — jego głos przypomina wysoki skrzek, co sprawia, że prawie wybucham śmiechem. Zaciskam zęby na dolnej wardze, ponieważ wciąż jestem zły i przestraszony po tym, jak podniósł na mnie głos — Kurwa, wiem! Wiem! Mam ludzi, którzy je obserwują dwadzieścia cztery na siedem i są gotowi nawet je odstrzelić, gdy będziesz się stawiać o jeden raz za dużo! Zaciągnąłeś kredyt, którego nie możesz spłacić, to albo giniesz, albo dajesz coś wartościowego.

— Zawsze krzyczą tak wysokim głosem?

— I płaczą — przekręca oczami. Najwidoczniej nie słyszy, ile jadu używam w głosie. Nie spodziewam się, że musi się wygadać po pracy, lecz może dzisiejszy dzień był ciężki i dla niego. I, jak miałem zrobić, miałem nie mieć do dupka współczucia, lecz moje zasady topią się niczym kostki w drinku. Jestem cholerną chorągiewką — Nie mam wyboru. I to nie jest nawet mój wybór!

Wiem, co ma na myśli. Nasze geny już w dniu urodził zapowiedziały, kim będziemy dla swoich ojców. Dla mnie była to przepustka w interesach, możliwość szybkiego wzbogacenia się, ale i strach, że kiedyś zapragnę władzy. U Dylana jest inaczej — jego ojciec chce, by zasiadł na tronie i wszystko odziedziczył, a on ma nawet interesy na swoją głowę. Jest wszystkim, czym nie jestem ja.

— Jak dobrze, że mam kogoś, z kim mogę ponarzekać na swoją pracę.

Zmiękczył mnie tymi słowami i wzrokiem, który wydaje się zbyt bezbronny, by być prawdziwym.

— Ucieczka nie wchodzi w grę, a każdy z nas musi przeżyć swoje życie. Ten dzień musiał być dla ciebie ciężki.

Wzdycha na moje słowa, upijając łyk. Obserwuję, jak jego jabłko Adama porusza się, jak powieki przymykają się, gdy alkohol piecze go w przełyk. Na policzkach ukazały się rumieńce od gorącej wody, a ja zapieram się stopami o wannę, by nie przesunąć się do niego bliżej. Mam dziwną, nową ochotę wziąć go w swoje ramiona i wyszeptać kolejne zrozumienie, które nakarmi bestię w moim środku. Ta bestia karmi się nadzieją.

To Dylan jest dotykalski, który przytula się nawet, gdy ja odwracam się od niego, udając, że zasypiam. To on potrafi krzyczeć, by po chwili zniżyć głos do szeptu, ukazując bezbronną twarz młodego mężczyzny, który zakłada gniew i przemoc, ponieważ ta maska została uszyta na miarę.

Chcę powrotu do początku, do tego, jak stanąłem w łazience, obserwując, jak mąż się rozbiera i inaczej poprowadzić tą rozmowę.

— Nagrali film o tym donie, któremu udało się uciec, prawda? — pytam cicho.

— Tak, lecz niech ten film ciebie nie zwiedzie — równie cicho odpowiada Dylan, obserwując mnie uważnie swoimi zmęczonymi, lecz czujnymi oczami — Rzeczywistość dla tego człowieka była brutalniejsza niż to, co pokazali w kinach.

Don Tycjan to słynny mafiosa sprzed dwudziestu lat w naszym państwie. Zabijał z zimną krwią, zgromadził miliony i wymyślił nowy rodzaj tortur, o którym jak się mówiło, to robiło się zielonym na twarzy. Uciekł po kilku latach z pieniędzmi i w prywatnym samolocie, który rozbił dla niepoznaki. Po trzech latach poszukiwań, mafia obrała inną strategię: poszła na policję i wydała każdą zbrodnię Tycjana. Został aresztowany kilka dni później, a w więzieniu zabił go opłacony więzień.

Ani ja ani Dylan nie myślimy o ucieczce. Mąż kochał swojego ojca zbyt mocno, by tak się posunąć i nie mógł także nikogo oszczędzać. Wtedy stałby się łatwym, słabym celem, a takie wieści rozchodziły się bardzo szybko.

Ja nie mam, gdzie uciekać. Nie mam za co. Zaraz znaleźliby mnie ludzie Laruna albo Nusze, którzy mają oczy wszędzie. Konsekwencje ucieczki są takie same, jak w przypadku zdrady, a ja jeszcze chcę sprawdzić, co przyniesie mi życie.

— Co obrzydza ciebie w twojej pracy? — pytam, by nieco zmienić temat. Chcę, by Dylan się wygadał i dał mi możliwość poznania go.

— Organy.

— Chodzi o serca i płuca? — gdy kiwa mi głową, coś skręca mnie w żołądku i czuję mdłości — Nie chcę wiedzieć.

— A ciebie?

— Prawie wszystko brzydzi mnie w tej rodzinie.

Pijemy w ciszy, a gdy odstawiamy puste szklanki, w spojrzeniu mojego męża widzę głód. Pożądanie miesza się z nim w tych kolorowych oczach, od których nie mogę oderwać swojego spojrzenia. Możliwe, że oczy Dylana są najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek widziałem u człowieka.

W jego ciało wchodzi nowa energia, mięśnie się napinają, rozchyla lekko nogi. Gorąca kąpiel sprawiła, że włosy lepią mu się do czoła, a nasze oddechy są ciężkie i lepkie. Czuję, jak przyjemny dreszcz przechodzi przez ciało, kończąc się w podbrzuszu i kumulując się w nim z gorącem i zniecierpliwieniem. Dylan ukazuje mi twarz za twarzą, jakby specjalnie zabrał mnie na emocjonalny rollercoaster tylko po to, by na jego końcu uśmiechnąć się i rzucić zachrypnięte:

— Dość gadania. Chodź do mnie bliżej i pocałuj mnie, mężu.

Rozdział czternasty

Dylan

Czuję smak Coca-Coli i ciepły język, który przejeżdża po mojej dolnej wardze. Ciężar na moich udach jest znajomy i przyjemny, a dotyk delikatnych dłoni rozpala mnie bardziej od gorącej wody.

To nie gadanie o pracy mnie podnieca. To ciało Filipa, wygięte w kuszący sposób, to, jak na mnie patrzy i jego wargi, gdy popijał drinka. Nie udaję, że jego ciało na mnie nie działa. Ponieważ działa aż za mocno i obawiam się, że słyszy, jak bije mi serce. Jedna z dłoni układa się na piersi, przykrywając sutek i wyczuwając mięsień. Przełykam ciężko ślinę, gdy mąż pyta:

— Czy to przeze mnie? — pyta niewinnie, uśmiechając się zadowolony z siebie.

— Wiesz, że tak — odpowiadam zachrypniętym głosem. Przyciągam go jeszcze bliżej siebie, aż pomiędzy nami nie ma wolnej przestrzeni.

Ujmuję przystojną, lecz piękną twarz Filipa w dłonie, przejeżdżając kciukiem po pełnej dolnej wardze. Mąż patrząc mi prosto w oczy owija usta wokół mojego palca, wirując po nim językiem i zasysając policzki. Penis drga mi przy jego pośladkach, na co zuchwale porusza biodrami, ocierając swoją erekcję o nasze brzuchu.

Gryzę się w język, by nie wyznać mu, jak pięknie w tym momencie wygląda. Niebieskie, jasne oczy błyszczą w ciepłym świetle łazienki, policzki ma zarumienione od gorącej kąpieli i mam nadzieję, że także i z mojego powodu. Pulchne wargi smakują alkoholem, słodkim napojem i świeżym początkiem, jakbym narodził się na nowo i to przy jego boku. Blond włosy ma wilgotne od moich palców, zaczesane do tyłu, a kropla wody przytula się do prostego nosa, zdobywając moją zazdrość o to, jak blisko niego jest.

Tym razem jego wargi uchylają się w pocałunku od razu, zapraszając mnie do ciepłego, wilgotnego środa. Czuję na jego języku słonawy posmak swojej skóry. Miękkie dłonie wędrują po moich ramionach, szyi i zjeżdżają w dół. Paznokcie przejeżdżają po mokrej skórze i syczę, gdy haczą o sutki. Dreszcz zbiega mi po kręgosłupie i kumuluje się ciepłem w kutasie, teraz twardym i ocierającym się o pośladki Filipa. A ten porusza leniwie biodrami, drażniąc się ze mną.

— Nie mogę doczekać się, aż dowiem się, jakie to uczucie mieć twoje usta na reszcie swojego ciała — sapię w jego opuchnięte od pocałunków wargi.

Czuję, jak jego ciało jest ciepłe i inne od tego, do którego się przytulałem w nocy. Teraz jest tym samym diabłem, co w noc poślubną. Jest chętny, podniecony i wygląda pięknie. Mogę mieć tylko nadzieję, że chce mnie tak samo mocno, jak ja jego.

Co się ze mną dzieje? Od kiedy zacząłem się robić tak miękki dla tego mężczyzny?

Filip odrzuca głowę do tyłu, jak sam scałowuję krople wody z jego szyi. Gryzę delikatną skórę i wyczuwam, jak drży na to. Ciche sapnięcia wypadają z malinowych warg, do których co chwilę powracam. Nigdy się nim nie nasycę. Nic nie nakarmi tego głodu, jaki odczuwam.

— Chcesz mnie? — zadaje głupie pytanie, patrząc na mnie z góry.

— Zawsze — odpowiadam przez zęby, wkładając moc w słowa.

Każe mi usiąść na wannie, umieszczając się pomiędzy moimi udami. Szklanka ląduje na podłodze, ale nie słyszę, jak się rozbija o kafelki. Jedyne, co mam w uszach to dźwięk własnego tętna i szybkich oddechów męża.

— Niekiedy jesteś inną osobą — mówi, przesuwając mokre wargi od mojego kolana wzdłuż uda. Próbuję ukryć dreszcz, ale słabo mi to wychodzi i Filip uśmiecha się na moją reakcję. Widzę, że jest z siebie dumny, że moje ciało tak szybko mu się poddaje — A niekiedy masz tak urocze momenty, jakby ktoś ciebie podmienił. Jeszcze indziej drzesz się na mnie i pokazujesz twarz, jaką zna twój ojciec i wrogowie. To ja powinienem się zapytać ciebie, kim jesteś, Dylanie?

Łapię za mokre, teraz ciemne kosmyki włosów i przysuwam twarz Filipa tam, gdzie jej teraz potrzebuję.

— Te słodkie usta potrafią cię pogrążyć bardzo szybko. Lepiej spraw nimi, bym zapomniał o twoich słowach.

Na ułamek sekundy widzę zdziwienie na jego twarzy. Wysoko unosi brwi, a źrenice pochłaniają zbyt jasny błękit, rozszerzając się. Jabłko Adama porusza się, jak przełyka głośno ślinę.

A po chwili emocja znika, a Filip pochyla głowę i liże główkę mojego penisa. Jęczę, ledwo utrzymując oczy otwarte i patrząc, jak jego język przesuwa się wzdłuż erekcji. Gorące usta owijają się wokół niej i nie wiem, który głośniej jęczy na to uczucie.

Nie wiem, co mamroczę, ale to coś o tym, jak pięknie wygląda i jak jego wargi na mnie działają. Mruczy, pochłaniając więcej centymetrów mnie, aż się nimi krztusi. Niebieskie oczy łzawią mu szybko, aż ścieram słonie krople z zarumienionych policzków. Jestem pewien, że widzę gwiazdy, jak uderzam główką o tył jego gardła, a on zasysa policzki, poruszając coraz szybciej głową. Czuję jak jego język wiruje na podstawie penisa, a gdy drugą dłonią pieści mi jądra jestem na skraju. Bardzo szybko i bardzo mocno, lecz najwidoczniej cała frustracja musi znaleźć ujście i to teraz.

To jest to, czego właśnie potrzebuję: spokoju i ust męża na swoim ciele.

A te pracują z pasją, owijając się ciasno, a ciche odgłosy krztuszenia się i jęków sprawiają, że kolana mi miękną. Zaciskam palce w jego włosach, gdy ciepło gardło zaciska się, jak przełyka. Wbija paznokcie w moje uda i drapie tam skórę, a łzy lepią się do ciemnych rzęs.

— Filip — jego imię jest zduszone od jęku, jaki ucieka mi z warg. Filip puszcza mi oczko, klęcząc w wannie i pracując swoimi wargami.

Czuję ścisk w podbrzuszu i gorąc, jaki obejmuje moje ciało, gdy dochodzę głęboko w jego gardle. Chyba nawet krzyczę ponownie jego imię. Gwiazdy wybuchają przed oczami, migoczą i są dla mnie łaskawe, a Filip właśnie sprawił, że mam ochotę podarować mu całą Galaktykę. I nawet nazwać go na jego cześć.

Filip wysysa ze mnie każdą kroplę, lawirując uzdolnionym językiem. Gdy odsuwa się ode mnie z mokrym dźwiękiem, jego usta są opuchnięte i zaczerwienione. Lecz zanim się pochylę, by go ucałować, w łazience rozbrzmiewa dźwięk mojego dzwoniącego telefonu, zabierając ze sobą cały haj z chwili.

Zastygam, nagle rozerwany pomiędzy chęciom pocałowania blondyna a przymusem odebrania. Rozum próbuje przebić się ze swoimi krzykami o obowiązkach, lecz mgła pożądania i satysfakcji po orgazmie jest zbyt silna.

— Nie odbieraj — kusi Filip niczym demon, którym jest. Unosi się na kolanach, ukazując swoje zaróżowione, mokre ciało i twardego penisa, który ma ciemnoczerwoną główkę i drży, jak zawieszam na nim wzrok. Jego wargi odnajdują moją pierś, zaciskając zęby na sutku. Mimowolnie wypycham klatkę w jego stronę — Potrzebuję cię, mężu. Teraz.

— Pobaw się sam — mówię, żałując już swoich słów, jak tylko opuszczają mi gardło. Moje zachrypnięte słowa wywołują u mężczyzny grymas na twarzy. Dlatego pozwalam, by dzwonek dalej przerywał nam chwilę, łapiąc jego gorące policzki i skradając krótki pocałunek wargom, by zmiękczyć swoje poprzednie słowa — Muszę odebrać. A ty możesz pokazać mi kolejne twoje małe przedstawienie, które tym razem obejrzę do końca.

Na to Filip uśmiecha się szeroko, pewnie siebie i wiem, że sprawi mi kolejny kłopot. To będzie ciężka rozmowa, jeśli chcę teraz oglądać męża.

Rozdział piętnasty

Dylan

— Ubierz się. Wychodzimy za piętnaście minut.

Obserwuję uważnie, jak twarz Filipa rozświetla się od moich dwóch zdań. Niebieskie oczy rozszerzają się, a wargi wygina szeroki uśmiech, z którym nie potrafi walczyć. Wyskakuje z kanapy i biegnie na piętro, jego każdy krok głośny, jak skacze po stopniach. Nie przypuszczałem, by tak mocno stęsknił się za ulicami Svelgen, ale izolacja zrobiła swoje. Zaciskam zęby, gdy jego pełna nadziei twarz jest cały czas przed moimi oczami i nie potrafię jej wymrugać. Jest coś urzekającego w tym, jak bardzo się ucieszył i nie chcę być także i powodem, który zniszczy jego uśmiech.

Od początku małżeństwa Filip nie opuścił terenu domu i wątpię, by nawet zapuścił się gdzieś dalej, niż jego miejsce do palenia. Z dziwnym spokojem i odpuszczeniem przystosował się do tego, a miałem nadzieję, że będzie walczyć. Może nawet zacznie uciekać i będę mógł go złapać.

Jedyne, co robił, to snuł się po domu, leżał na kanapie i spał do południa. Przypominał zombie, które pyskuje i robi bałagan, dlatego starałem się znaleźć mu zajęcie.

Dałem mu telefon, na którym siedział na mediach społecznościowych i oglądał śmieszne filmiki z kotami. Zaczął powoli sprzątać po sobie i ugrałem wstawanie z łóżka o godzinie dziesiątej rano. Dalej wydzielam mu papierosy i pouczam o tym, jak ważne jest, bym miał wyprasowane koszule na następny dzień.

Staram się być dobrym mężem. Nawet pożyczam mu swoje książki, by miał co czytać i się nie nudził.

W zamian dostaję koszule bez zagięcia i przepyszne obiady i kolacje. Kupuję, co potrzebuje i robię niekiedy pięć rund do sklepu. Nie krzyczę, chyba że już siedzi mi na nerwach, a przed spaniem wycałowuję go za każdą godzinę bez niego.

Po ponad miesiącu małżeństwa wiem, że mógłbym łatwo przywyknąć do takiego życia. Filip w dziwny i niespodziewany sposób wpadł do mojej rzeczywistości, ale nie mam mu już tego za złe. Rozświetla mi dzień, jak jest w lepszym humorze. A gdy wpada w swój obojętny stan, w którym zmusza się nawet do patrzenia na mnie, wycofuję się i daję mu przestrzeń. Cholera, nawet kupuję mu teraz dubajskie czekolady, ponieważ zauważyłem, że ze wszystkich słodyczy, je uwielbia najbardziej.

Shiro i Theo nie mogą się o tym dowiedzieć. Nie wiem, jak się z tego wytłumaczę i z tego, że moje jaja dalej są pełne. Ponieważ od momentu w wannie ja i Filip jedynie się całujemy i to głównie przed snem. Jak stare, znudzone sobą małżeństwo albo nastolatki, które dopiero wtedy zostają same. Dwa tygodnie samych pocałunków; czuję się niczym zakonnica.

To nie jest tak, że nie chcę niczego więcej z Filipem. Chcę go rozebrać nawet zębami, podziwiać i obdarować pocałunkami każdy skrawek jego pięknego ciała. Sprawić, by to on jęczał moje imię i doszedł dzięki mnie. Sam jego widok sprawia, że krew mi spływa w dół. To mój mąż mnie powstrzymuje, gdy moje dłonie wędrują w dół jego ciała.

Czy to moja wina, mojej rodziny czy tego, że po prostu nie chce? A może po prostu przeszło mu pożądanie do mnie? Co, jeśli nie spełniłem jego oczekiwań?

Co, jeśli miałem tylko jedną szansę?

Nie wiem, na czym stoimy. Wiem, że na dłuższą metę to i tak nie wypali. Filip nie da mi tego, czego potrzebuję. Nie odda mi się całkowicie. Zawsze w nim będzie ta iskra buntu, którą będę chciał zgasić, a on i tak mi nie pozwoli. Mam swój określony typ kochanków, a bycie wybrednym także nie jest pomocne.

Lepiej jest mi, gdy uważam, że Filip jest tylko ładną twarzą, cudownymi pocałunkami i bezpieczeństwem, w które mogę się wtulić w nocy. Jeśli zacznę mu przepisywać zbyt wiele cech, które mi się podobają, mogę uznać, że w małżeństwie zmieniłem swój typ, a to otworzy mi furtkę do czegoś o wiele bardziej niebezpiecznego niż skosztowanie jego ciała.

Do czegoś, co odpowie mi na pytania, dlaczego przez ostatnie dwa tygodnie wpieram sam sobie, że to małżeństwo tylko smakuje dobrze, ponieważ jest fałszywe i jest iluzją, a ja w końcu i tak pęknę. A jedynymi uczuciami, jakimi będziemy siebie darzyć, to będą dalej te negatywne.

Gdy zbiega na dół, przebrany jest w czarne spodnie i szarą koszulkę na długi rękaw. Przylega do jego ciała, opinając się na mięśniach. Przesuwam po nim wzrokiem, zauważając ułożone włosy, nowe buty na stopach, na których się kołysze i czuję zapach moich perfum.

— Psikasz się moim zapachem?

— Nie mam swoich — wzrusza ramionami. Przyciągam go do swojego ciała, ujmując drugą dłonią gładki policzek.

— Podoba mi się to.

I to za bardzo. Fakt, że Filip użył moich perfum i pachnie mną przyprawia mnie o poczucie pierwotnego instynktu, pełnego zaborczości, wobec tego mężczyzny. Filip uśmiecha się nim oddaje mój pocałunek, mrucząc w wargi i wysyłając tym samym dreszcz po moich plecach.

Zapominam o zakupach, by przycisnąć blondyna do ściany i pochłaniając jego wargi w coraz namiętniejszym pocałunku. Czuję dłonie na swoich plecach, które przejeżdżają w górę, aż do szyi, wokół której się oplatają. Wciskam swoje udo pomiędzy jego, ocierając nas mocno o siebie i wzdychając z uczucia jego erekcji przy swojej.

— Gdzieś mieliśmy wyjść? — cicho pyta Filip, odrzucając głowę do tyłu, co daje mi dostęp do jego szyi. Gryzę jej kolumnę, przesuwając wargi wzdłuż i zostawiając po sobie ślady zębów — Dylan.

Głos męża pełen jest napięcia i pośpieszania mnie, a palce zaciskają się wokół mojej szyi, zabierając dech. Nie jest to ten sam uścisk, jakim ja obdarowałem Filipa w kuchni, ale ma w sobie taką samą groźbę. Czuję dumę na to, jak mój mężczyzna stara się bronić przed jedyną osobą, z którą nie ma sił.

Wycofuję się i poprawiam najpierw jego, a później swoje ubrania.

— Dobrze wyglądasz — komplementuję, co sprawia, że Filip uśmiecha się lekko i pogodnie. Wygląda na zadowolonego z życia i kołysze się na piętach. Wargi lśnią od naszej śliny i są zaczerwienione, podobnie jak policzki. Niebieskie, jasne oczy błyszczą się.

Prowadzę męża do swojego samochodu, układając dłoń na dole jego pleców. Czuję na sobie spojrzenia żołnierzy, ale nie jestem w stanie wykrzesać z siebie iskry, którą by to obchodziło. Ludzie zawsze będą patrzeć i plotkować; ci dookoła nas jednak wiedzieli, że nie mieli prawa niczego wynieść poza granice posiadłości.

— Co to za okazja? — pyta dalej Filip, jak zapina pasy.

— Zakupy — dostaję kolejny szeroki uśmiech. Jego oczy mrużą się w uroczy sposób i to pierwszy raz, jak widzę męża w tak szczęśliwym humorze. Jeszcze chwila i ucieknie mi na chmurce — Potrzebujemy ubrań na wieczorną imprezę. Pomyślałem, że dobrze ci to zrobi.

— Dziękuję — jego głos pełen jest uniesienia i patrzy na mnie z wdzięcznością. Przypomina psa, który zakochał się we właścicielu, który wziął go ze schroniska.

Ale my nie jesteśmy w takiej sytuacji i nie wiem, co musiałbym zrobić, by Filip mnie pokochał. Nawet mi nie zależy na tym uczuciu.

Chcę jedynie, by poczuł się przy mnie bezpiecznie i dobrze w takich warunkach, na jakie mogę mu pozwolić w ramach kontraktu. Nie złamię zasad, pod którymi podpisałem się własnym nazwiskiem. Jednak nieustanna walka, która trwałaby dwanaście miesięcy mnie nie podnieca; nie jest czymś, co chcę zastać po powrocie do domu.

Mój ojciec nie miał nic przeciwko wracać po pracy do awantur, lecz to on je prowokował. Ja chcę być inny, chcę się postarać i, może mama miała rację, znaleźć nowe, lepsze schematy, które zadziałają na dłuższy czas. Blondyn zasługuje na kogoś, kto nie będzie wrzodem na tyłku, nawet jeśli on sam nim jest — a może po prosu to reakcja obronna na nieznaną, brutalną sytuację, do której doprowadziły interesy naszych ojców.

Dlatego nawet jeśli Filip nie zmienił swojego podejścia, ja robię to za naszą dwójkę.

Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem tak mocno się starałem. W moim życiu nigdy nie było tak ważnej osoby, bym to robił. Nie miałem kochanka, któremu chciałem podarować świat. I chcę wierzyć, że Filip nie jest odstępstwem od reguły. To po prostu ja się zmieniłem i dostałem trochę więcej lat niż ostatnim razem, jak miałem kogoś w swoim życiu na dłużej niż jedną noc.

— Znasz zasady? — pytam, by się upewnić. Odpalam samochód i cichy warkot silnika działa na mnie uspokajająco.

— Mam się trzymać blisko ciebie i nie uciekać — odpowiada z miejsca, nawet nie będąc naburmuszonym. Jest zbyt szczęśliwy wizją pojechania do galerii — Będę się ich trzymać, Dylan.

Wystawiam w jego stronę mały palec.

— Obiecujesz?

Ściska mój palec swoim w silnym uścisku. Jego dłoń jest delikatna i ciepła i doskonale pamiętam, jak wędrowała po jego ciele. Palce pieściły sutki, aż złapał się za gardło i poddusił delikatnie, masturbując się wtedy w wannie. To była moja najbardziej męcząca rozmowa telefoniczna, ponieważ wolałbym być obok męża, sam doprowadzając go do orgazmu.

Trzymając jego palec w swoim, przyciągam delikatną, bladą dłoń do swoich ust i składam na knykciu lekki pocałunek. Filipa oddech przyśpiesza, a rumieńce pokrywają mu uszy. Przez resztę drogi patrzy na swoją dłoń i zakrywając nią wybrzuszenie w spodniach.


Filip


Galeria handlowa o tej porze nie jest wypełniona tłumem, co witam z ulgą. Zapach luksusowych perfum otacza mnie, podobnie jak kolorowe witryny sklepów i muzyka z nich płynąca. Para staruszków przysiadła na miękkich kanapach, by zjeść lody i obserwują nas z daleka.

Na pewno wyglądamy dla nich ciekawie.

Jeden żołnierz idzie kilka metrów przed nami, sprawdzając bezpieczeństwo, a drugi trzyma się z tyłu. Ubrani są w ciemne dresy i szerokie bluzy, spod których nie widać broni. Mają młodzieńcze twarze i twardy wzrok; zastanawiam się, co wpłynęło w ich życiach na decyzję, by dołączyć do organizacji Nusze. Na jakim etapie w życiu stanęli, by uznać, że to dobra droga? Część mnie chce ich ostrzec, że ta autostrada pędzi do Piekła, które jest bliżej i za ostrym zakrętem, niż sądzą, a oni nie są w stanie wyhamować. Jednakże z drugiej strony wiem, że skoro sami się zgodzili, musieli być świadomi, co może ich spotkać.

Mają jednak takie młode twarze! Coś boli mnie w trzewiach na myśl, że są młodsi ode mnie, lecz Dylan patrzy na mnie ostro, jak pytam o żołnierzy, chcąc się czegoś więcej o nich dowiedzieć. Zazdrość błyska w spojrzeniu, którym obrzuca mnie, a później mężczyzn, zaciskając szczęki.

— Wyglądają na zbyt młodych, by być w tym życiu tym, kim są — cicho bronię, dlaczego w ogóle zapytałem, a Dylan oddycha głęboko.

— Ponieważ tego chcieli, a raczej wizji, jaka wykreowała się w ich głowach — odpowiada po chwili, samemu śledząc plecy idącego przed nami żołnierza — Ale to, że wyglądają młodo, nie znaczy, że się nie nadają. Przeszli trening kapitanów.

— Shiro i Theo nie powinni mieć nawet złotej rybki, a ty powierzasz im ludzi? — prycham, czując, jak zimny dreszcz spływa w dół kręgosłupa — Larun miał żołnierzy szkolonych do wyznaczonych celów: pilnowanie i odbieranie towarów, porwania czy „opiekę” nad innymi.

— Masz szczęście, że Jeremy ciebie nie musiał pilnować — mruczy jedynie, jakbym miał znać tego mężczyznę — A raczej to on ma szczęście. Z tym żołnierzem nawet chomik by nie przetrwał.

Nie wiem, o co mu dokładnie chodzi, lecz on jest zadowolony z własnego żartu. Chcę dopytać, lecz przesuwam wtedy po nim wzrokiem, przyglądając się dokładnie jego posturze, nienagannemu zachowaniu i udawanej swobodzie, nawet gdy sam sprawdza wzrokiem zagrożenie, które mogłoby się czaić w cieniach sklepów. Czy on naprawdę obawia się postrzału w galerii handlowej?

W ciemnych jeansach i białej koszulce wygląda jak każdy inny kupujący. Pachnie męsko, a jego postawa jest wyprostowana, dwukolorowe oczy wyglądają intensywniej w jasnym, bezlitosnym świetle, w którym widać każdą niedoskonałość na twarzy. Przysięgam, te światła i lustra w galeriach zostały zaprojektowane przez kogoś, kto nienawidzi ludzi.

Nasze palce są luźno ze sobą splecione, ale jego dotyk na mojej skórze sprawia, że robi mi się gorąco. Serce tłucze mi się w piersi, a myśli nie nadążają za rzeczywistością. Myślałem, że Dylan będzie kazać mi gnić w domu do końca małżeństwa, a dzisiejsza niespodzianka sprawiła, że czuję się wdzięczny. Co jedynie dowodzi, że mam syndrom sztokholmski, a nie że mój mąż jest dobrym człowiekiem.

Dobrze, że z boku wyglądamy jak zwykłe małżeństwo, co sprawia, że Dylan spokojniej oddycha i z pewnością siebie przemierza sklepy.

Małżeństwa w mafii nie były kwestią miłości. To dowód, że jesteś normalnym członkiem społeczności i wiedziesz zwyczajne, standardowe życie, w którym nie ma haraczy, grożenia komuś bronią i zakopywania trupów pod osłoną nocy. Niekiedy nawet uda się, że poślubisz kogoś, z kim się dogadujesz i wylatując na wakacje nie musisz do końca udawać szczęśliwej rodziny.

Małżeństwo w mafii to alibi. To powód, dla którego nie mogłeś zamordować człowieka, ponieważ żona czy mąż potwierdzą, że byłeś wtedy w domu, z nimi. Ta osoba nie zdradzi ciebie i nie odda do więzienia, ponieważ wtedy spotka ją śmierć.

Ja także nie zdradzę Dylana Nusze. Już noszę jego nazwisko i lepiej, bym w końcu zaczął z tego powodu czuć coś innego, niż pustkę.

Rozdział szesnasty

Filip

Impreza to małe określenie tego, w czym środku właśnie stoję.

Z sufitu spływają kryształowe żyrandole pełne drogich diamentów, które lśnią bogactwem i przepychem. Z głośników sączy się cicha muzyka klasyczna, a goście dookoła wyglądają na tych z wyższych sfer. Na gwiazdy i polityków, lecz ich spojrzenia są pełne fałszywej sympatii, podobnie jak uśmiechy i wyważone gesty. Szampan za setki euro za butelkę jest rozlewany przez cichych kelnerów, a przystawki są niewystarczające, by się nimi najeść, lecz jedynie, by poznać smak. Powietrze pachnie dobrobytem i machlojką podatkową. Nie można odmówić tego, że miejsce dookoła mnie wygląda spektakularnie.

To w końcu hotel mojego męża. Dylan ma gust do pięknych rzeczy i najwidoczniej potrafi urządzać imprezy.

Tutaj, w porównaniu z naszym ślubem, jest weselej i są nawet goście. Szampan musuje mi na języku w posmaku bezkarności, jakie krąży mi w żyłach i uderza do głowy razem z poczuciem wolności, która jest ulotna jak jego bąbelki. Napycham żołądek ciastem, głowę myślami o tym, że mąż zabrał mnie w swoje święte miejsce. Wiem, że na pewno ma to swoje drugie dno, lecz w tym momencie — chcę się cieszyć z wyjścia z domu.

Może chce się pochwalić, że jest mężaty albo pokazać mi, nad czym pracuje w legalnym świecie, skoro grzechy nielegalnego już znam. W ten sposób ma mnie także na oku, nie obawiając się o moją ucieczkę, a ochroniarze krążący dookoła z tą samą beznamiętną miną, co kelnerzy, rzucają mi ostrzegawcze, czujne spojrzenia.

Razem z poczuciem bezkarności mam ochotę na małą aferę, szpilkę w tyłek Dylana tylko po to, by zobaczyć, jak złość błyska w jego dwukolorowych oczach. Może wywołam ją wśród grona polityków, którzy zgromadzili się wokół pasztecików? Albo będzie lepiej w gronie inwestorów, którzy za moment podejmą się remontu hotelu, by podnieść jego standardy? Mąż właśnie z nimi rozmawia, mając w jednej dłoni drinka, uśmiecha się do nich szeroko, grając idealnego biznesmena i prawie każdy w tej sali je mu z ręki, karmiąc się charyzmą, kłamstwami oraz iluzją świata, którym rządzi Dylan Nusze, udając, że nie jest on skąpany we krwi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 64.73