E-book
9.45
drukowana A5
31.2
drukowana A5
Kolorowa
55.88
Francesco z Monopoli

Bezpłatny fragment - Francesco z Monopoli


Objętość:
112 str.
ISBN:
978-83-8440-917-6
E-book
za 9.45
drukowana A5
za 31.2
drukowana A5
Kolorowa
za 55.88

ROZDZIAŁ 1 — MONOPOLI

Wrzesień dopiero się zaczynał, ale wieczory przypominały już, że lato nie trwa wiecznie.

Zbliżał się urlop.

Przez chwilę myślałem o czymś oczywistym — Egipt, Maroko, Wyspy Kanaryjskie.

Ciepło, słońce, zero niespodzianek.

Ale szybko odpuściłem. Zawsze kończyło się tak samo.

Włochy.

Byłem tam już wiele razy. Liguria, Toskania, Wenecja, Rzym. Tym razem chciałem czegoś spokojniejszego. Miejsca, w którym wrzesień nie jest jeszcze jesienią.

Przypomniałem sobie o Monopoli. Ktoś mi kiedyś o nim opowiadał — małe miasteczko nad morzem, białe domy, wąskie uliczki, światło, które zostaje do późna. Bez wielkiego ruchu, bez tłumów.

Zarezerwowałem lot bez większego zastanowienia.


Pierwsze dni mijały powoli. Rano kawa na tarasie, potem długie spacery bez planu. Lubiłem to uczucie, kiedy nie trzeba nigdzie iść. Można tylko patrzeć.

Siadałem w kawiarniach i obserwowałem ludzi. Dopowiadałem im historie. Kto czeka, kto wraca, kto się z kim spotka za chwilę. Czasem łapałem się na tym, że bardziej interesują mnie oni niż miejsce.

Stare miasto wciągało. Jedna uliczka prowadziła w drugą. Cień przeplatał się ze słońcem, z balkonów zwisały kwiaty, zza otwartych drzwi dobiegały głosy i zapach jedzenia. Co chwilę miałem wrażenie, że zaraz zobaczę coś, czego nie powinienem przegapić.

I chyba dlatego go zauważyłem.

Siedział na drewnianej ławce, trochę z boku, jakby nie chciał zwracać na siebie uwagi. Na kolanach miał małe płótno. Malował.

Zatrzymałem się kilka kroków dalej.

Na obrazie było miasto widziane od strony morza. Zbliżał się zmierzch. W oknach pojawiało się światło — jedno po drugim, nanoszone cienkim pędzlem. Obraz był prawie gotowy.

Stałem tak przez chwilę, nie chcąc mu przeszkadzać.

Podniósł wzrok i uśmiechnął się lekko.

— Bello? — zapytał.

— Piękne -przytaknąłem próbując odpowiedzieć po włosku, ale szybko się poddałem. Przeszliśmy na angielski. Okazało się, że przez lata pracował na statku. Kapitan.

To wystarczyło, żeby rozmowa potoczyła się sama. Ja też spędziłem parę lat na morzu. Zaczęliśmy mówić tym samym językiem — nie tylko angielskim.

— Comandante — powiedziałem pół żartem.

Uśmiechnął się szerzej.

Zaprosił mnie do środka. Kilka stopni w dół, wąskie drzwi, niewielkie atelier.

Na ścianach wisiały obrazy. Prawie wszystkie przedstawiały miasto widziane od strony morza. Jakby patrzył na nie zawsze z tej samej perspektywy — z burty statku.

Podszedłem bliżej. Każdy był inny. Inne światło, inny moment dnia, inny nastrój.

Na małym stoliku leżały mniejsze płótna. Zacząłem je przeglądać, a on opowiadał — że malował na statku, między rejsami, w domu. Dla siebie.

I wtedy go zobaczyłem.

Twarz młodego chłopaka, z profilu. Patrzył w morze. Za nim zarys miasta, ale niewyraźny, jakby mniej ważny.

Miał ciemne włosy, niesforne, opadające na kark. Wyraźne brwi, spokojne usta. Było w nim coś skupionego, jakby był już gdzie indziej, zanim jeszcze tam dotarł.

Nad nim zbierały się ciężkie chmury. Przebijało przez nie żółte światło.

— To chłopak, który zawsze chciał wypłynąć. — powiedział Comandante.

Nie odpowiedziałem. Patrzyłem.

Był piękny. Prosto i bez wahania — piękny.

Już wiedziałem, że go kupię.

— Jak ma na imię? — zapytałem.

— Francesco

Skinąłem głową.

— Francesco — powtórzyłem bardziej do siebie niż do niego.

Nie targowałem się długo. Zapakował obraz starannie, jakby wiedział, że to coś więcej niż pamiątka.

Wyszedłem na ulicę z płótnem pod pachą.

Wieczór dopiero się zaczynał. Światła zapalały się jedno po drugim, dokładnie tak jak na jego obrazie.

Pomyślałem z radością — Francesco jedzie ze mną do Polski.

Jeszcze nie wiedziałem, że to dopiero początek

ROZDZIAŁ 2 — CHŁOPIEC Z OBRAZU

Po dwóch dniach wróciłem do Polski.

Obraz zawisł w kuchni, naprzeciw mojego ulubionego miejsca — małego stolika przy oknie. Obok białego, kaflowy pieca, który jesienią, a szczególnie zimą robił całą atmosferę domu.

Każdego ranka, kiedy szedłem zrobić kawę, zerkałem na niego i mówiłem w myślach:

— Buongiorno.

Na początku to był tylko obraz.

Potem zacząłem się zatrzymywać na dłużej. Patrzyłem na jego twarz, na linię ust, na włosy opadające na kark. Na to, jak patrzy w morze.

Z czasem przestałem myśleć o nim jak o obrazie.

Pierwszy raz przyszedł do mnie we śnie.

Stał tak samo jak na płótnie, tylko morze za nim było prawdziwe. Poruszało się. Słychać było fale.

Nie mówił nic.

Patrzył.

Potem wracał prawie każdej następnej nocy.

Co noc był wyraźniejszy. Bliżej. Jakby wychodził z obrazu i uczył się świata po drugiej stronie.

Którejś nocy uśmiechnął się.

I wtedy zrozumiałem, że to nie jest już tylko wyobraźnia.

Muszę wrócić do Monopoli.

Odnaleźć uliczkę, Comandante i dowiedzieć się kto to jest Francesco.

Lot do Brindisi, wynajęty samochód, znajoma droga. Wszystko działo się szybko, jakby decyzja zapadła dużo wcześniej.

Zostawiłem bagaż w apartamencie i od razu poszedłem do starego miasta.

Uliczka była na swoim miejscu.

Ławka też.

Ale Comandante nie było.

Drzwi do atelier były zamknięte.

Przyszedłem następnego dnia.

I kolejnego.

Zawsze to samo.

Puste miejsce.

Czwartego dnia usiadłem zrezygnowany na bulwarze, przy małej kawiarni nad morzem. Zamówiłem espresso i patrzyłem przed siebie, bardziej z przyzwyczajenia niż z nadziei.

I wtedy go zobaczyłem.

Stał kilka metrów dalej, oparty o mur. Jedną nogą, jakby zaraz miał odejść. Patrzył w morze.

Wiatr poruszał jego włosami. Biała koszula lekko się rozchylała.

Dokładnie tak jak na obrazie.

Zamarłem.

Stałem i patrzyłem, nie mogąc zrobić kroku.

Bałem się podejść. Bałem się, że zniknie, jeśli się poruszę.

W pewnym momencie odwrócił głowę.

Spojrzał na mnie.

Na chwilę.

I odszedł.

Nie pobiegłem za nim.

Nie potrafiłem.

Stałem jeszcze jakiś czas, a potem usiadłem z powrotem przy stoliku, jakby nic się nie wydarzyło.

Ale wiedziałem.

To był on.

Francesco.

Następnego dnia wróciłem w to samo miejsce.

Czekałem długo.

Nie przyszedł.

Dzień później — też nie.

Dopiero dwa dni przed wylotem zobaczyłem go znowu.

Tym razem nie pozwoliłem mu odejść.

Podszedłem.

— Ciao… jestem Ricardo.

Spojrzał na mnie uważnie, jakby próbował coś dopasować.

Uśmiechnął się.

— Ciao. Francesco.

Ruszył w stronę bulwaru.

Poszedłem za nim.

Przez chwilę szliśmy w ciszy, aż w końcu odwrócił się i zwolnił. Zrównałem się z nim.

Rozmowa szła powoli. Ja łamanym włoskim, on angielskim. Mówiliśmy o prostych rzeczach — pogodzie, pracy, o tym, skąd jesteśmy.

Ale to nie miało znaczenia.

Ważne było, że idziemy obok siebie.

Powiedział, że chce zostać kapitanem.

Tak jak jego wuj.

— Maluje — dodał. — Teraz już tylko maluje.

Wskazał ręką w stronę uliczki.

Znałem ją.

Zaproponowałem kolację.

Kiwnął głową.

Zatrzymaliśmy się przy małej trattorii..

— Tu jest dobrze — powiedział. — I nie płacisz za obrus.

Uśmiechnąłem się.

Rozumiałem.

Usiedliśmy przy stoliku. Zamówiliśmy rybę i wino. Rozmawialiśmy powoli, czasem szukając słów, czasem pomagając sobie gestem.

Co jakiś czas nasze spojrzenia spotykały się na chwilę za długo.

Przy wyjściu zatrzymał się.

— Pracuję jutro — powiedział. — Pizza delivery.

Wyciągnął wizytówkę i podał mi ją.

— Zamów przed dziewiątą. Postaram się, żeby to była moja ostatnia dostawa.

Skinąłem głową.

Nie chciałem nic więcej mówić.

Na pożegnanie pochylił się lekko i musnął mnie w policzek.

Zanim zdążyłem zareagować, odszedł.

Szybko.

Jakby nie chciał zostawić mi czasu na myślenie.

Stałem chwilę na ulicy, trzymając wizytówkę w ręku.

I wiedziałem, że jutro zadzwonię.

ROZDZIAŁ 3 — PIZZA DELIVERY

Wieczór dłużył się bardziej niż zwykle.

Co chwilę sprawdzałem godzinę. Najpierw na zegarku, potem na tym wiszącym w kuchni, jakby któryś z nich miał nagle przyspieszyć czas.

Butelka Chianti stała już otwarta na stoliku. Za wcześnie. Wino miało oddychać — ja nie bardzo.

Zbliżała się dziewiąta.

Wybrałem numer.

Zajęte.

Jeszcze raz.

Dopiero za trzecim razem ktoś odebrał.

Zamówiłem pierwszą lepszą pizzę. Nie słuchałem, co mówią. Adres podałem szybko, jakbym bał się, że się rozłączą.

Liczyło się tylko jedno.

Żeby to on przyjechał.

Dzwonek do drzwi.

Za szybko.

Otworzyłem.

Nie on.

Jakiś chłopak z kartonem.

Zapłaciłem, dałem napiwek i zamknąłem drzwi szybciej, niż wypadało.

Telefon miałem już w ręku.

Tym razem odebrali od razu.

— Pronto…

— Francesco… mogę z nim rozmawiać?

— Skończył pracę. Wyszedł chwilę temu… ale…

Cisza.

— Może jeszcze jest na parkingu.

Czekałem.

Za długo.

W końcu usłyszałem jego głos.

— Pronto?

— Francesco… pizza już jest. Ale ciebie nie ma.

Zaśmiał się cicho.

— Tutto a posto. Będę za pół godziny.

Tym razem czekałem spokojniej.

Jakby wszystko było już ustalone.

Kiedy zadzwonił drugi raz, wiedziałem, że to on.

Otworzyłem drzwi.

Stał w progu.

— Pizza delivery.

W ręku trzymał butelkę wina.

Wpuściłem go do środka.

Rozejrzał się, powoli, jakby chciał zapamiętać to miejsce. Niewielki apartament, jakich wiele — kuchnia, sypialnia, łazienka. Nic szczególnego.

Poza tarasem.

Wyszliśmy na chwilę. Morze było już tylko ciemną plamą. Słychać było fale.

Usiedliśmy na sofie.

Pizza leżała na stoliku. Wino było już otwarte.

Nie spieszyliśmy się.

Rozmawialiśmy. Trochę po angielsku, trochę po włosku. Czasem brakowało słów, więc zostawało spojrzenie albo gest.

To wystarczało.

Z czasem siadł bliżej.

Nie zauważyłem nawet kiedy.

Czułem jego ciepło. Zapach skóry zmieszany z winem.

Nasze dłonie zetknęły się przypadkiem.

Zostały.

Spojrzał na mnie inaczej niż wcześniej.

Nie odwróciłem wzroku.

To on pierwszy się pochylił.

Pocałunek był spokojny, jakby sprawdzał, czy można. Odpowiedziałem.

Reszta przyszła sama.

Nie pamiętam, kto pierwszy wstał.

Pamiętam tylko, że nagle byliśmy w sypialni.

Bliskość była naturalna, jakbyśmy się znali dłużej niż jeden wieczór.

Bez pośpiechu.

Bez słów.

Później leżeliśmy obok siebie.

W ciszy.

Słyszałem jego oddech. Równy, spokojny.

Nie chciałem się ruszać.

Nie wiem, kiedy zasnąłem.

Wiem tylko, że nie myślałem o powrocie.

ROZDZIAŁ 4 — GDY BUDZI SIĘ MORZE

Świt przyszedł cicho.

Najpierw przez szczelinę w zasłonach wślizgnęło się światło, potem kolejne — aż pokój zaczął powoli nabierać kształtów.

Leżał obok mnie.

Spał spokojnie, twarzą zwróconą w moją stronę. Miał na sobie moją koszulę, narzuconą niedbale, jakby w nocy zrobiło mu się chłodno.

Patrzyłem na niego chwilę dłuższą chwilę.

Wysunąłem się z łóżka i poszedłem do kuchni. Apartament był jeszcze półmroczny.

Otworzyłem drzwi na taras.

Miasto dopiero się budziło. Morze, które w nocy było czarne, teraz miało kolor matowego srebra. Fale szumiały cicho.

Postawiłem kawiarkę na palniku.

Zapach kawy szybko wypełnił kuchnię. Oparłem się o blat i przez chwilę tylko słuchałem: bulgot wody, dalekie dźwięki ulicy, morze.

Kiedy się odwróciłem, stał w drzwiach.

W mojej koszuli, z włosami jeszcze potarganymi snem.

— Buongiorno — powiedział cicho, jakby to było najprostsze „dzień dobry” na świecie.

— Buongiorno.

Wsunąłem drugą filiżankę pod kawiarkę. Wziął kubek w obie ręce.

Usiadł przy stole, podciągając nogi pod siebie. Trzymał filiżankę w dłoniach, jakby chciał je ogrzać.

Usiadłem naprzeciwko.

Przez chwilę milczeliśmy.

— Muszę ci coś powiedzieć — zacząłem.

Spojrzał na mnie uważnie.

— Przyjechałem tu… przez ciebie.

Zmarszczył lekko brwi.

Sięgnąłem po telefon i znalazłem zdjęcie obrazu.

— Przez to.

Wziął telefon.

Patrzył długo, bez słowa.

Na jego twarzy pojawiło się najpierw zdziwienie, potem coś jak rozpoznanie.

— To ja — powiedział cicho. — Sprzed paru lat.

Oddał mi telefon, ale jeszcze przez chwilę patrzył gdzieś obok mnie.

— Wuj malował mnie, kiedy byłem młodszy — dodał. — Jeszcze zanim przestał pływać.

Uśmiechnął się lekko.

— Mówił, że na morzu wszystko znika za szybko. Dlatego malował.

Zawahał się.

— Atelier jest zamknięte — powiedział. — Wuj nie czuje się dobrze. Rodzina zabrała go na badania do szpitala.

Skinąłem głową.

Przez chwilę znów było cicho.

— Dziś wyjeżdżasz? — zapytał.

— Mam lot.

Zawahałem się.

— Mogę go zmienić… ale nie wszystko mogę zostawić.

Przyjął to bez słowa.

— Wrócę — powiedziałem po chwili. — Szybciej, niż myślisz.

Spojrzał na mnie.

Na jego twarzy pojawił się uśmiech, ale nie był już tak pewny jak wcześniej.

Przytulił się do mnie.

— Presto — powiedział.

W tym presto była prośba i nadzieja.

Cicho.

Z rynku dobiegł dźwięk zegara.

Jeden, drugi, trzeci…

Zegar czasu — zamyślił się.

Francesco podniósł głowę.

— Kiedyś opowiem ci legendę o tym zegarze, ale teraz musze iść.

Wstał szybko. Szukał butów, jakby nagle przypomniał sobie o czasie.

— Praca — rzucił. — Bo mnie jeszcze zwolnią.

Uśmiechnął się, ale było w tym coś nerwowego.

W drzwiach zatrzymał się na chwilę.

Pochylił się i musnął mnie ustami w policzek.

Tak samo jak pierwszego dnia.

Wyszedłem na taras.

Widziałem, jak idzie w dół ulicy. Na chwilę się zatrzymał i odwrócił.

Pomachałem mu.

Uśmiechnął się i zniknął za rogiem.

Stałem jeszcze chwilę.

Potem wróciłem do środka.

W samolocie sprawdzałem telefon.

Patrzyłem na jego numer.

Jeszcze raz.

I jeszcze raz.

Jakby to było jedyne, co mi zostało

ROZDZIAŁ 5 — BENVENUT

Daję czasowi płynąć, ale niezbyt długo.

Kilka tygodni — do jego przyjazdu.

W drodze na lotnisko słuchałem prognozy pogody. Ocieplenie, dużo słońca — dokładnie to, czego potrzebowaliśmy.

W garażu czekała na niego niespodzianka: dwa skutery o przyzwoitej mocy, przygotowane do drogi. Namiot, śpiwory, turystyczny grill, kuchenka, plany na wyjazd.

Kaszuby, Wrocław, Kraków… a może jeszcze Warszawa, jeśli starczy czasu i sił.

Ale zanim mu to wszystko pokażę, planowałem jeszcze jeden przystanek.

Po drodze do domu chciałem zabrać go do RRMoto.

Na lotnisko przyjechałem dużo wcześniej, niż trzeba. Dzięki temu mogłem spokojnie zaparkować i stanąć w hali przylotów z dużą kartką z napisem FRANCESCO.

„Wylądował samolot linii… z Brindisi” — suchy komunikat, a dla mnie brzmiał jak werdykt losu.

Drzwi sali przylotów otworzyły się.

Najpierw wyszli turyści z Polski, łatwi do rozpoznania po świeżej, południowej opaleniźnie. Potem kolejni pasażerowie — coraz więcej twarzy, coraz więcej walizek.

I w końcu — on.

Z daleka machał do mnie ręką, a po chwili był już w moich ramionach.

Jest tu.

Naprawdę tu.

W drodze do domu zatrzymałem samochód przed ogromnym sklepem z akcesoriami motocyklowymi.

Francesco spojrzał na szyld z lekkim uniesieniem brwi, jakby próbował odgadnąć, dlaczego nie jedziemy prosto do mojego domu, który znał z tylu zdjęć i opowieści.

Weszliśmy do środka.

Zapach skóry, gumy i metalu uderzył nas od razu. Światło odbijało się od chromowanych elementów.

Francesco zatrzymał się na moment. Nie z onieśmielenia — raczej z uznania.

— Mamma mia… — mruknął z uśmiechem.

Usiedliśmy przy małym stoliku. Dla klientów stał tam ekspres do kawy. Dwie filiżanki parowały między nami.

— Ale… po co? — zapytał w końcu.

— Bo w Polskę pojedziemy na skuterach. A ty musisz być do tego przygotowany.

Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu, jakby sprawdzał, czy mówię serio.

A potem jego twarz rozjaśniła się uśmiechem.

— Davvero?

— Naprawdę.

— Okej — powiedziałem. — Zaczynamy od butów.

Nie spieszył się. Przymierzał jedną parę, potem drugą. Przeszedł kilka kroków, spojrzał w lustro.

Nie było w tym pozowania — raczej spokojne sprawdzanie, co naprawdę mu pasuje.

W końcu wybrał proste, czarne buty.

— Te są w porządku.

Kask był już inną historią.

Tu widać było, że ma swoje zdanie. Oglądał detale, dotykał wyściółki, sprawdzał zapięcie.

Przymierzał kilka modeli, bez pośpiechu.

Zatrzymał się przy jednym — białym, typu jet, z delikatnymi barwami włoskiej flagi po bokach.

Uśmiechnął się lekko.

— Questo è il mio.

To jest mój.

Przy kasie zapytałem o intercom. Musiał być tej samej marki co mój — Sena.

Sprzedawca skinął głową.

— Zamontować?

— Tak, proszę.

— A resztę… spodnie, kurtkę, rękawice… dobierzemy w domu. Mam tego trochę za dużo, żeby nie spróbować.

Francesco spojrzał na mnie z lekkim rozbawieniem.

Jakby to było dla niego naturalne — że ktoś chce się podzielić tym, co ma.

Sprzedawca zniknął na zapleczu z kaskiem, a po kilkunastu minutach wrócił z gotowym zestawem.

Wszystko było zamocowane perfekcyjnie, jakby kask od początku był stworzony pod to urządzenie.

Francesco wziął go do rąk, obejrzał uważnie.

— Perfetto.

Zauważyłem, że zerka na metki z ceną.

Kiedy podeszliśmy do kasy, objąłem go ramieniem.

— È tutto a spese della casa — powiedziałem.

Wszystko na koszt gospodarza.

Benvenuti in Polonia.

Uśmiechnął się lekko.

— Grazie…

ROZDZIAŁ 6 — DOM NA KASZUBACH

Dotarliśmy w końcu do domu.

Kiedy zamknęły się za nami drzwi, Francesco podszedł bez słowa i wtulił się we mnie tak, jakby chciał nadrobić wszystkie dni rozłąki. W jego włosach czułem coś, co natychmiast przeniosło mnie z powrotem do Monopoli — zapach morza, ciepło południa, echo naszej ostatniej nocy.

— Ti amo — szepnął mi do ucha.

— Ja ciebie też kocham — odpowiedziałem po polsku.

— Kocham — powtórzył z uśmiechem, jakby smakował to słowo.

Objąłem go mocniej. Francesco uniósł twarz i musnął moje usta krótkimi, niecierpliwymi pocałunkami, jakby upewniał się, że naprawdę tu jestem. A potem ten jeden — długi.

Kiedy nasze usta w końcu się rozdzieliły, Francesco odsunął się o krok, jakby nagle przypomniał sobie, że jest w miejscu, które zna tylko z moich opowieści. Rozejrzał się powoli.

— Posso vedere? — zapytał cicho, jakby chciał zobaczyć dom.

Skinąłem głową.

Ruszył w głąb mieszkania, dotykając wzrokiem każdego szczegółu. Zatrzymywał się przy obrazach, które przywoziłem z moich wyjazdów — pejzaże, porty, światła miast, które kiedyś były moimi przystankami. Przypatrywał się im uważnie

A potem stanął przed swoim portretem z Monopoli.

Zamarł.

W końcu odetchnął głębiej, jakby coś w nim drgnęło. W jego twarzy pojawiła się ta sama miękka zaduma, którą widziałem tamtego dnia na bulwarze. Przez chwilę nie mówił nic. Tylko patrzył — na siebie sprzed lat, na tamto światło, na tamten moment.

— Zio sta meglio

wujek czuje się lepiej — powiedział w końcu, nie odrywając wzroku od obrazu.

— Wrócił do zdrowia. Ale…

Zawahał się.

— Nie maluje już tak jak dawniej. Mówi, że ręka mu się męczy. Że farby nie słuchają go tak jak kiedyś.

Francesco dotknął ramy portretu bardzo delikatnie, jakby bał się naruszyć wspomnienie.

— Ale ten obraz… — uśmiechnął się lekko. — Ten jest jego najlepszym z ostatnich lat. Tak mówi. I że…

Spojrzał na mnie.

— …że dobrze, że trafił do ciebie.

Przesunął dłonią po ramie portretu. Potem odwrócił się do mnie

Podałem mu rękę. Ujął ją bez wahania. Przyciągnąłem go do siebie — odpowiedział natychmiast.

A drzwi do sypialni zamknęły się za nami cicho. A potem świat zniknął — został tylko dotyk i oddech.

Popołudniowe światło przesuwało się po ścianach, kiedy w końcu wyszliśmy z sypialni. Francesco przeciągnął się lekko. Uśmiechnął się do mnie.

— E adesso? — zapytał

— Caffè o sorpresa? — odpowiedziałem, śmiejąc się.

— Sorpresa? — uniósł brwi z rozbawieniem. — Niespodzianka była już w sklepie.

— Teraz… — powiedziałem, zakładając buty — pokażę ci coś, na co czekałem chyba tak samo jak na ciebie.

Wyszliśmy na zewnątrz. Powietrze było rześkie, pachniało lasem otaczającym dom z trzech stron i jeziorem po drugiej stronie drogi — tą mieszanką żywicy, wilgoci i światła, która zawsze otulała mój dom.

Poprowadziłem go ścieżką w stronę osobnego budynku garażu. Sięgnąłem po pilota. Drzwi wjazdowe uniosły się powoli — odsłaniając nasze najbliższe dni.

Francesco stanął w progu — z tym samym zdumieniem, które widziałem u niego wcześniej w sklepie.

W środku stały dwa skutery, gotowe do drogi: moja srebrna Honda i wypożyczone białe, lśniące BMW

— Mamma mia… — wyszeptał z czystym zachwytem.

— Ten po lewej jest mój — powiedziałem.

— A ten… — dotknąłem kierownicy BMW wypożyczyłem dla ciebie.

Francesco podszedł bliżej, przesunął dłonią po białym lakierze.

— Davvero?

— Davvero — odpowiedziałem

Wciąż oglądał biały skuter, kiedy zaproponowałem: — To co… może spróbujemy krótką przejażdżkę?

Podniósł wzrok, jakby czekał na ciąg dalszy.

— To niedaleko, jakieś trzydzieści kilometrów. Jest tam mała, rodzinna restauracja, gdzie serwują ryby z pobliskich jezior.

Francesco uśmiechnął się szeroko.

— Allora… andiamo.

Drzwi garażu były już otwarte.

Szybko ubraliśmy się w motocyklowe ubrania — i ruszyliśmy.

Za bramą skręciliśmy w prawo, na szosę. Dwa silniki przyspieszyły równocześnie, a powietrze opływało nasze głowy ukryte w kaskach.

— Tutto bene? — usłyszałem w interkomie.

— Si. Jedziemy — odpowiedziałem.

Nie było już miejsca na zachwyty. Była droga, lekki dreszcz adrenaliny i cel: mała restauracja „Rybaczówka” trzydzieści kilometrów stąd.

Ryba, frytki, sałatki — wszystko smakowało wybornie, ale czas było wracać, żeby zdążyć przed zmierzchem.

Droga powrotna była prostsza, jakby krótsza niż w tamtą stronę. Słońce stało już niżej, ale wciąż dawało ciepło, takie, które trzyma się skóry jeszcze długo po zachodzie. Jechaliśmy bez pośpiechu, równo, w milczeniu, które nie było ciszą — raczej wspólnym rytmem.

Kiedy skręciliśmy na podjazd i wjechaliśmy do garażu, silniki ucichły jednocześnie.

— Bello… — powiedział tylko. I to wystarczyło.

W domu, na tarasie słońce jeszcze grzało przyjemnie. Otworzyłem wino, nalałem po kieliszku. Francesco usiadł przy stole, opierając łokcie o blat.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy — która przychodzi po długim dniu. Od strony jeziora dochodziło kumkanie żab, a wino przyjemnie rozlewało się po całym ciele.

Nagle Francesco uniósł wzrok.

— Pamiętasz… ten zegar na rynku w Monopoli? — zapytał cicho.

Skinąłem głową.

— Zegar wiatru — powtórzył.

— Mówiłem ci, że kiedyś wiatr ruszył w nim czas.

Wstał nagle, jakby coś sobie przypomniał. Podszedł do swojego bagażu, który wciąż stał nierozpakowany przy drzwiach. Przez chwilę czegoś szukał, aż wyciągnął małe pudełko owinięte papierem.

— To… dla ciebie — powiedział, podając je bez zbędnych słów.

Otworzyłem pudełko. W środku była miniaturka zegara z rynku w Monopoli — misterna, ciężka, z maleńkim kluczykiem.

Francesco usiadł z powrotem, wziął zegarek do ręki i delikatnie przekręcił kluczyk. Mechanizm ożył, a po chwili rozległo się ciche bicie godzin.

— Legenda mówi — zaczął — że bardzo dawno temu, kiedy Monopoli było jeszcze małym miasteczkiem na skraju równiny, żył tam zegarmistrz imieniem Aurelio. Mówiono o nim, że potrafi przywrócić życie każdemu mechanizmowi, nawet takiemu, który inni dawno uznali za martwy.

Mówił spokojnie, jakby powtarzał coś, co znał od zawsze.

— Pewnego roku przyszła susza tak długa, że aż ptaki przestały śpiewać, studnie zamieniły się w puste gardła, a ziemia pękała jak stary pergamin. Wtedy rada miasta poprosiła Aurelia, by stworzył zegar, który nie będzie odmierzał czasu, lecz go przywoła.

Francesco zawiesił głos.

— Mistrz pracował tylko w nocy, bo tylko wtedy powietrze stawało się chłodniejsze, a warsztat przestawał przypominać piec. Mieszkańcy widzieli jedynie światło lampy za jego oknem i słyszeli ciche, uporczywe stukanie.

— W końcu wyniósł na rynek ogromny mechanizm, otwarty jak serce, z kołami zębatymi błyszczącymi w słońcu. Ludzie zebrali się wokół, ale zegar milczał.

Francesco spojrzał na miniaturę stojącą na stole.

— Ani drgnął — mówił dalej. — Aż nagle…

Uniósł lekko dłoń.

— …aż nagle powiał wiatr. Pierwszy od miesięcy. Wpadł w mechanizm, poruszył najmniejszym kołem, potem kolejnym, aż cały zegar westchnął i ruszył.

W jego głosie pojawiła się radosna nuta.

— A godzinę później spadł deszcz. Nie burza, nie ulewa — tylko cichy, równy deszcz, jakby ktoś otworzył ukryte źródło nad miastem. Ludzie mówili, że to zegar przywrócił czas na właściwe miejsce. I od tamtej pory, kiedy wskazówki zatrzymują się choćby na chwilę, mieszkańcy wierzą, że coś w świecie znowu się zacina.

Kiedy skończył, zegar wciąż cicho tykał na stole między nami.

— Zegar ruszył czas — powiedział półgłosem. — Może, kiedy przyjdzie właściwy moment, zatrzyma go dla nas… i przyniesie trochę szczęścia.

Wieczór domykał się powoli. Zapanowała cisza, a od strony jeziora znów dochodziło kumkanie żab.

ROZDZIAŁ 7 — SZWAJCARIA

Obudził mnie szum kawiarki dochodzący z kuchni.

Francesco stał przy blacie. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się tak promiennie, że od razu poczułem ciepło w środku.

W moim dresie — trochę za dużym — wyglądał jak ktoś, kto mieszka tu od dawna.

Kawa po nocy pełnej czułości, wyznań i pożądania smakowała inaczej niż zwykle.

— Dzisiaj zabieram cię do Szwajcarii — powiedziałem.

Zatrzymał filiżankę w połowie drogi.

— Dove?

— Szwajcaria? Jak tam dojedziemy w jeden dzień?

Uśmiechnąłem się.

— Tu, gdzie jesteśmy. To Szwajcaria Kaszubska. Jeziora, wzgórza, lasy.

Patrzył na mnie przez chwilę, jakby nie był pewien, czy żartuję.

Potem się uśmiechnął.

Wbił się w motocyklowe ubranie szybciej, niż się spodziewałem.

Skutery czekały w garażu, obładowane kuframi. Jakby same chciały ruszyć.

Sprawdziliśmy dom. Zamknęliśmy drzwi.

Brama wjazdowa opadła za nami powoli.

Nie będzie nas kilka dni.

Kierunek: Wieżyca.

Szybko opuściliśmy ruchliwą drogę. Wjechaliśmy w wąskie asfaltówki, które zaczęły się wić między jeziorami i pagórkami.

Droga raz znikała w lesie, raz wychodziła na światło.

W interkomie co chwilę słyszałem jego głos.

— Bello…

Chwilę później:

— Bella Kaszuba… bella Polonia…

Uśmiechnąłem się pod kaskiem.

W Ostrzycach zatrzymaliśmy się nad jeziorem. Słońce było już wysoko.

Zrobiliśmy kilka zdjęć.

Nie spieszyliśmy się.

Kolejny przystanek — skansen we Wdzydzach.

Parking pod drzewami. Cisza.

Zdjął kask i przez chwilę tylko patrzył.

Nie na budynki.

Na przestrzeń.

Weszliśmy między drewniane chałupy. Ciemne deski, niskie drzwi, małe okna.

W środku półmrok i zapach starego drewna.

Francesco pochylił się, żeby zajrzeć do środka.

Niczego nie dotykał.

— Mamma mia…

Zatrzymał się na chwilę.

— È tutto vero… sembra vita, non museo.

To wszystko jest prawdziwe. Wygląda jak życie, nie jak muzeum.

Przy piecu, przy warsztacie, przy żarnach.

Patrzył uważnie, jakby próbował zrozumieć, jak to działało.

Przy diabelskich skrzypcach zaśmiał się nagle.

— Che cos’è questo?

— Kaszubski instrument — powiedziałem. — Diabelskie skrzypce.

— Per fare musica?

— Tak. Głośnej. Trochę szalonej.

Na zewnątrz patrzył na pagórki.

— Bella Kaszuba…

Powtórzył to kilka razy, ciszej.

Nie poprawiałem go.

Niech będzie Kaszuba.

Zjechaliśmy nad jezioro.

Weszliśmy na wieżę widokową. Schody skrzypiały pod stopami.

Na górze zatrzymaliśmy się obok siebie.

Widok był szeroki. Lasy, jeziora, światło.

— Bella… — powiedział tylko.

Potem już nic.

Opuściliśmy Kaszuby i ruszyliśmy w stronę Borów Tucholskich.

Droga była spokojniejsza. Dłuższe odcinki, mniej zakrętów.

Las zaczął się zagęszczać.

Jechaliśmy w milczeniu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.45
drukowana A5
za 31.2
drukowana A5
Kolorowa
za 55.88