E-book
32.76
drukowana A5
63.11
drukowana A5
Kolorowa
86.77
Fragmenty tożsamości

Bezpłatny fragment - Fragmenty tożsamości


5
Objętość:
247 str.
ISBN:
978-83-8245-510-6
E-book
za 32.76
drukowana A5
za 63.11
drukowana A5
Kolorowa
za 86.77

Drogim przyjaciółkom, które podzielają moje literackie pasje i które, podobnie jak ja, tęsknią za Japonią. Dziękuję za Waszą otwartość i za to, że nie ma dla Was tematów tabu. 


Rozdział 1
Ogień pod skórą

Daiki Hagino, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, spoglądał na zebranych przed cytadelą ludzi, którzy od kilku dni znajdowali się pod jego nadzorem. W cytadeli mieszkało wielu mężczyzn i chłopców, a wszyscy oni byli strażnikami historii Japonii. Byli szkoleni, by odpierać ataki wojowników z przyszłości — rewizjonistów historii, próbujących naruszyć linię czasu. Daiki chciał myśleć z życzliwością o wszystkich, żyjących w tym miejscu osobach.

Nie było to jednak łatwe, bo cytadela pełna była ekscentryków, podejrzanych indywiduów i rozkrzyczanych dzieciaków. No i był jeszcze on — Saburo Fujikawa. Daiki wciąż nie miał wyrobionego zdania na jego temat. Fujikawa miał sprawować pieczę nad cytadelą wspólnie z Hagino. Daiki już od dłuższego czasu chciał dowiedzieć się czegoś więcej o tym wysokim, noszącym opaskę na oku, czarnowłosym mężczyźnie, ale do tej pory nie miał zbyt wielu okazji, by z nim porozmawiać. Daiki był wdzięczny zwierzchniczce, że wyznaczyła do opieki nad cytadelą nie tylko jego, ale również Saburo. Hagino zdawał sobie sprawę, że gdyby wszystko musiał robić sam, raczej nie udałoby mu się utrzymać nerwów na wodzy, a w cytadeli szybko zapanowałby chaos. Świadomość, że nie będzie za wszystko odpowiadał sam sprawiała, że Hagino czuł się nieco pewniej.

— Na dzisiejszy dzień zaplanowane są następujące zajęcia — Daiki odchrząknął i otworzył przygotowany tradycyjną japońską metodą kaligrafii zwój, na którym zwierzchniczka starannie spisała swoje oczekiwania wobec poszczególnych osób, zamieszkujących cytadelę.

Już samo odczytanie tego wszystkiego zajmowało mnóstwo czasu i wystawiało cierpliwość Hagino na ciężką próbę, a jakby tego było mało do jego uszu docierały niezadowolone pomruki osób, które zwierzchniczka postanowiła tego dnia przydzielić do opieki nad końmi.

— Długo jeszcze będziecie narzekać? — warknął Daiki Hagino. — Skoro już wiecie, czym będziecie się dzisiaj zajmować, to co tu jeszcze robicie?

Stojący po jego lewej stronie Saburo uśmiechnął się pod nosem. To, że Daiki tak łatwo wybuchał zawsze wydawało się Fujikawie dość zabawne, ale inni mieszkańcy cytadeli obawiali się chyba, że Daiki naprawdę spełni swoje groźby.

— Jazda, bo zaraz inaczej się z wami rozprawię — rzucił Daiki w ramach dalszego musztrowania swoich podopiecznych.

Kiedy wszyscy zostali już przydzieleni do swoich zadań, Daiki spojrzał na Saburo. Fujikawa nie pokazał po sobie rozbawienia, bo wiedział, że Hagino mógłby uznać to za brak szacunku i się obrazić.

— Mam dzisiaj dużo pracy — westchnął Hagino. — Muszę przeanalizować, na co w najbliższym czasie zostaną przeznaczone fundusze cytadeli. Wiele osób zgłosiło, że potrzebne są nowe ubrania, więc raczej nici z oszczędzania.

— Ja będę nadzorował prace w kuchni. Możesz przyjść, gdy skończysz już zajmować się budżetem — rzucił wesoło Saburo Fujikawa.

Pozytywnie nastawionemu Fujikawie nie zdarzało się być zniecierpliwionym. Hagino zastanawiał się jak mu się to, do ciężkiej cholery, udawało.

— Saburo ma zupełnie inny charakter niż ja — pomyślał Daiki i wzruszając ramionami przeszedł do pokoju, w którym zajął się skomplikowanymi analizami i ekonomicznymi planami.

Hagino nie miał cierpliwości do ludzi, ale jeśli chodzi o planowanie wydatków podchodził do tego z należytą powagą i skupieniem. Nie chciał zawieść zwierzchniczki. I tak była trochę rozczarowana, że Hagino w relacjach z innymi, zdecydowanie zbyt szybko tracił nad sobą panowanie. Nieraz zwracała mu uwagę, że nie powinien podnosić głosu. Daiki zrobiłby wszystko, by spełnić oczekiwania zwierzchniczki cytadeli, ale tej jednej rzeczy nie mógł jej obiecać — miał wybuchowy charakter i po prostu krzyczał, gdy osoby w cytadeli z czymś zwlekały albo zwyczajnie się leniły. To było silniejsze od niego.

— Nic na to nie poradzę — pomyślał Daiki. — To przecież nie znaczy, że od razu chcę ich wszystkich pozabijać.

Hagino skończył planowanie wydatków szybciej niż się spodziewał, ale nie od razu skierował się do kuchni.

— Co jeśli ktoś poprosi mnie, żebym gotował? Przecież ja nie mam o tym pojęcia — zawahał się mężczyzna.

W końcu jednak ciekawość zwyciężyła i Daiki zajrzał do kuchni. W środku panował radosny chaos — podłoga była śliska od wylanego na nią sosu, a Yamato Honda właśnie wyjmował z piekarnika imponujących rozmiarów czarny strzęp — zapewne hit sezonu, danie godne największych mistrzów kuchni.

— Co tu się dzieje? — karcący ton Hagino sprawił, że kilka osób skuliło się w sobie na sam dźwięk jego głosu.

— Ach, Daiki-kun. Świetnie! — urobiony po łokcie Saburo otarł strużkę potu z czoła. — Mogę cię prosić, żebyś to pokroił?

Jeden rzut oka wystarczył, by Hagino zrozumiał, że Fujikawa wziął na siebie całą robotę. No może jeszcze Kai Kinoshita coś robił. Reszta osób bardziej przeszkadzała niż pomagała, ale Fujikawa nie wydawał się być tym szczególnie zmartwiony.

— Miałeś tylko ich nadzorować, a ty wszystko robisz za nich — Daiki pokręcił głową z niedowierzaniem. — Zrobisz to wszystko sam? Ugotujesz obiad dla kilkudziesięciu osób?

— Nie wiem, o czym mówisz — Saburo tylko się uśmiechał, nic sobie nie robiąc ze swojego zmęczenia. — Zobacz ile osób dzisiaj gotuje. Szybko się uwiniemy.

Daiki Hagino zabrał się za krojenie warzyw, myśląc z dezaprobatą jak pobłażliwy jest Saburo względem mieszkańców cytadeli. Hagino był przekonany, że takie podejście Fujikawy nie wyjdzie nikomu na dobre. Daiki zauważył, że Kai, choć był wprawnym kucharzem, nie dorównywał Saburo, gdy chodziło o tempo pracy, więc tak naprawdę Fujikawa był zdany tylko na siebie. Jakby tego było mało, Fujikawa musiał mieć oczy dookoła głowy, jeśli nie chciał, by komuś coś się stało. W kuchni nietrudno o wypadek i tego dnia również nie obyło się bez problemów.

Niecałą godzinę po tym jak Hagino przyszedł do kuchni, w jednym ze znajdujących się na kuchence garnków zapalił się tłuszcz. Fujikawa nie szukał winnego — nie było na to czasu.

— Odsunąć się! — krzyknął, przystępując do gaszenia ognia. Duży rondel płonął jak pochodnia i choć Fujikawa był ostrożny, dość mocno poparzył się w rękę, zanim ostatecznie udało mu się ujarzmić żywioł.

— Poparzyłeś się — Hagino chciał ściągnąć rękawiczkę z dłoni Fujikawy, by Saburo od razu mógł włożyć rękę pod strumień zimnej wody. Jednak mężczyzna zareagował co najmniej tak jakby znowu się oparzył i stanowczo odsunął dłoń Hagino.

— Nic mi nie jest — Saburo upewnił się, że czarna, skórzana rękawiczka wciąż dokładnie przylega do jego dłoni. Sama myśl, że tak niewiele brakowało, by Daiki ją ściągnął, podziałała na Fujikawę jak płachta na byka. Saburo nie chciał, by ktokolwiek zauważył jaki jest rozdrażniony, więc z wolna przywołał na twarz ten sam pogodny uśmiech, którym zawsze wszystkich czarował. Kąciki ust lekko mu drżały, ale Saburo wiedział, że potrafi być przekonujący i że raczej nikt go nie przejrzy.

— Dobrze, że tylko tak to się skończyło — rzucił niemal beztroskim tonem. — Jeszcze trochę i kuchnia zacznie się nam kojarzyć z polem walki, a tego chyba nie chcemy. Następnym razem uważajmy bardziej.

To powiedziawszy Fujikawa wrócił do swojego stanowiska, by spokojnie dokończyć przygotowanie składników, z których potem zamierzał ugotować ramen. Hagino bardzo się zdenerwował.

— A co z twoją ręką? Trzeba ją obejrzeć — Daiki nie podniósł głosu, ale był stanowczy.

— To nic takiego, naprawdę — Saburo bał się, że Daiki nie przestanie na niego naciskać i będzie wciąż nalegał, by zajął się swoim oparzeniem. Ale Hagino rzucił mu tylko ponure spojrzenie i wrócił do krojenia.

Obiad wyszedł smaczny, biorąc pod uwagę w jak niefortunnych okolicznościach powstawał. Saburo właściwie wszystko zrobił sam, mimo poparzonej ręki. Gdy zasiadł już z wszystkimi przy stole, piekący ból nadal mu doskwierał, ale Fujikawa uśmiechał się słysząc jak inni chwalą przygotowane przez niego dania. Jadł i żartował, nie dając niczego po sobie poznać. Dopiero wieczorem, gdy znalazł się sam w swoim pokoju, zdjął rękawiczki i przyjrzał się oparzeniu. Było dość głębokie, ale nawet gdyby została mu blizna i tak nie wyglądałaby gorzej od tych, które Fujikawa miał na dłoniach już wcześniej. Długie, ciemne szramy znaczyły każdy z jego smukłych palców, a po wewnętrznej stronie dłoni skóra była nierówna i postrzępiona. Można było pomyśleć, że ręce Saburo nie są w pełni sprawne. Jednak mężczyzna miał pełną władzę w rękach. To, że wyglądały tak a nie inaczej, to już inna sprawa. Nic dziwnego, że nigdy ich nie odsłaniał. Na co dzień ubierał się elegancko — miał nawet frak z aksamitnym podszyciem, które to było dodatkowo ozdobione kwiatowym motywem. Jak by to wyglądało, gdyby włożył ten wytworny frak i nie zamaskował zniszczonych dłoni? Fujikawa zawsze starał się robić to czego, w jego mniemaniu, oczekiwali od niego inni. Odsłanianie słabych punktów nie wchodziło w grę.

— Ale Daiki jest bystrzejszy niż reszta — myślał Saburo schładzając poparzoną dłoń, a następnie wcierając w nią łagodzącą maść — W końcu się zorientuje, ile energii kosztuje mnie odgrywanie roli idealnego faceta, przekona się, że to były tylko pozory i zacznie mną gardzić.

Saburo westchnął i przyjrzał się sobie w lustrze.

— Daj sobie z tym spokój — powiedział do swojego odbicia — Nie ma powodu, by ktokolwiek się od ciebie odsunął. Przecież zawsze bardzo się starasz.

Fujikawa czuł ogromne znużenie. Wiedział jednak aż za dobrze, że nie zaśnie tak szybko, jakby sobie tego życzył. Wciąż odtwarzał w myślach wydarzenia minionego dnia, zastanawiając się czy mógł coś zrobić inaczej, lepiej… Kiepsko radził sobie z napięciem, zgromadzonym w ciągu dnia. Prawdę mówiąc nie radził sobie wcale.

— Znowu za dużo myślę — westchnął Fujikawa. Tej nocy długo przewracał się w łóżku, nie mogąc zasnąć.


*


— Masz chwilę, Kai? — Hagino od rana nosił się z zamiarem porozmawiania z kimś o wczorajszym zachowaniu Fujikawy.

Jak zawsze schludny i elegancki, Kai, właśnie wywieszał pranie, podśpiewując sobie przy tym beztrosko jak na prawdziwego artystę przystało.

— Nawet zwykłe, codzienne czynności mogą być sztuką — powiedział Kai Kinoshita. — Wiesz, Hagino-san… cieszy mnie ta pogoda i widok na cytadelę. Mamy szczęście, że mieszkamy w takim pięknym miejscu.

— Porozmawiamy? — Hagino nie był pewien jak sprowadzić na ziemię, wyraźnie płynącego na fali artystycznych uniesień, Kaia. Kinoshita często odpływał do świata fantazji i estetycznych doznań — w wolnych chwilach zajmował się również pisaniem haiku.

— Tak, tak, oczywiście — Kinoshita szybko się zreflektował. — Mów śmiało, Hagino-san.

— Mieszkam w tej cytadeli zaledwie od kilku miesięcy, a więc krócej od ciebie i Fujikawy. Wy jesteście tu już od ponad roku. Niedawno nasza mistrzyni powierzyła mi i Fujikawie nadzór nad cytadelą. Ale Fujikawa wydaje się podchodzić do tego zbyt beztrosko. Czy on… zawsze pozwala na taki chaos w kuchni?

— Fujikawa zawsze lubił gotować, ale nie sprawdza się w roli szefa. Nie lubi wydawać poleceń i wywierać na innych presji. W zależności od tego kogo mistrzyni przydziela do pracy w kuchni, panuje tam mniejszy lub większy chaos. Ale Fujikawa jest otwarty na eksperymenty, nawet za cenę drobnych wypadków. Stara się pokazać innym, że gotowanie to dobra zabawa. Czasem nie udaje mu się wszystkiego dopilnować, czego sam byłeś wczoraj świadkiem — Kai zdawał się ani nie potępiać ani nie pochwalać metod Saburo. To neutralne podejście spodobało się Daikiemu i skłoniło go do zadania kolejnego pytania:

— Powiedz, Kai… Nie wydaje ci się trochę dziwne, że Fujikawa nie zajął się od razu swoim poparzeniem i wolał udawać, że wszystko jest w porządku?

— Fujikawa dużo od siebie wymaga i nigdy się ze sobą nie pieści. Myślę, że to całkiem eleganckie.

Hagino nie słyszał nigdy wcześniej, by Kai pochlebnie wypowiadał się o kimkolwiek. Na ogół Kai zarzucał innym strażnikom historii brak ogłady. To, że Kinoshita nazwał zachowanie Saburo „eleganckim” było niecodzienne i już sam ten fakt sprawiał, że słowa Kaia wybrzmiały jak nie lada komplement. Ale Hagino nie był usatysfakcjonowany taką odpowiedzią Kinoshity.

— Nie obchodzi mnie czy Saburo jest elegancki — burknął Daiki — Dla mnie liczy się to czy jest odpowiedzialny. Skoro mam wspólnie z nim sprawować nadzór nad cytadelą, muszę mieć pewność, że Fujikawa poważnie podchodzi do swoich obowiązków. Jak byś go ocenił pod tym kątem?

— Myślę, że będzie lepiej jak wyrobisz sobie własne zdanie o Saburo — odparł Kai po prostu.

Daiki doceniał tak uczciwe postawienie sprawy przez Kinoshitę, ale mimo wszystko rozczarował się, że Kai nie powiedział mu czegoś więcej.

— Pójdę sprawdzić, co robią dzieciaki — oznajmił Hagino. Mówiąc „dzieciaki” miał na myśli braci Toshiro. Hagino wiedział, że mistrzyni nie zaplanowała dla nich na dziś żadnych większych zadań i że pewnie w coś grają, bawiąc się w najlepsze. Przypuszczenia Hagino okazały się słuszne — zastał dzieciaki, grające na konsoli w pokoju do gier i zabaw. Był z nimi większy dzieciak — Saburo Fujikawa oraz ten stary pierdziel Matsuyo Hamanaka, którego ostatnią rzeczą, o jaką Hagino by podejrzewał było zabawianie młodzieży.

— Co za osobliwe zgromadzenie — pomyślał Daiki — Mogę się jeszcze wycofać. Może nikt nie widział jak wchodzę.

— Daiki-kun! — wesoły okrzyk Saburo pozbawił Hagino złudzeń. Jego obecność została dostrzeżona i nie mógł się już wycofać.

— Właściwie chciałem się tylko przywitać — mruknął Daiki.

— Gramy w nowego „Street Fightera” — zakrzyknął entuzjastycznie Hotohori Toshiro.

Hagino chcąc nie chcąc zerknął na obraz wyświetlany z konsoli. Hotohori, sterując w grze postacią o imieniu Poison właśnie toczył epicki pojedynek z Matsuyo, który grał jako Chun-Li. Wybór takiej, a nie innej postaci przez Hotohoriego, Hagino był jeszcze w stanie jeszcze jako tako zrozumieć, bo Hotohori był chłopakiem, który ubierał kobiece stroje podobnie jak wybrana przez niego w grze postać Poison. Jednak już to, że Matsuyo grał jakąś skąpo ubraną babą o nieprzyzwoicie umięśnionych udach, podziałało na Hagino jak płachta na byka.

— Co to ma w ogóle być?! — rozzłościł się Daiki. — Nawet w przerwie od obowiązków moglibyście zrobić coś pożytecznego. A to… nie jest w ogóle pożyteczne.

— Jak to nie? — rzucił ze śmiechem Saburo. — Gry, takie jak ta pomagają ćwiczyć refleks. No i ci wszyscy wojownicy… spójrz chociażby na postać, którą steruje Hotohori.

— Moja postać też jest całkiem imponująca, prawda? — uśmiechnął się Hamanaka. — Ma ładny strój. Też często noszę niebieskie ubrania.

— Co ty nie powiesz? Ale chyba nie popylasz po cytadeli w niebieskim quipao. Chyba, że o czymś nie wiem? — pieklił się Hagino. Wszyscy się roześmiali i w pierwszej chwili zaskoczony tą reakcją Daiki, dopiero po chwili odpowiedział nieznacznym uśmiechem.

Nie spodziewał się, że jego wypowiedziane w złości słowa staną się dla innych źródłem humoru.

— Gdy Hotohori i ja skończymy tą rundę, jestem za tym, by Daiki i Saburo spróbowali swoich sił — zaproponował Matsuyo.

— Ale ja nie… — uniesiona dłoń Matsuyo Hamanakiego powstrzymała Daikiego, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

— Nikt z nas nie umie grać — oznajmił Hamanaka, dając Daikiemu do zrozumienia, że nie może wykręcać się brakiem umiejętności.

Gdy Matsuyo podał Daikiemu pad od konsoli, Hagino pomyślał, że to może być interesujące. Idąc za radą starszego brata Toshiro — Hisashiego, Hagino wybrał Kena na swoją grywalną postać. Fujikawa, gorąco zachęcany przez braci Toshiro do wybrania postaci Ryu,

miał problemy ze sterowaniem już na etapie poruszania się po menu wyboru bohaterów.

Braci Toshiro to jednak nie zrażało i skandowali radośnie, jakby nie mogli wyobrazić sobie niczego bardziej emocjonującego niż pojedynek opiekunów cytadeli w najnowszej odsłonie „Street Fightera”.

— To teraz patrz — powiedział Saburo do Daikiego, gdy wreszcie zdołał opuścić menu wyboru postaci. — Myślisz, że nie wiem jak się w to gra?

Saburo zaczął na ślepo wciskać przyciski na padzie, w wyniku czego sterowany przez niego Ryu głównie podskakiwał, a czasem kucał. Hotohori wyglądał na zawiedzionego.

— Fujikawa-san, musisz wykonać atak. Same skoki nie wystarczą — powiedział Hotohori.

— Zrobię to w swoim stylu. Patrz i ucz się. To moja najlepsza strategia — ton Fujikawy był poważny, ale jego oczy się śmiały. Bawił się jak dziecko, mimo że kompletnie nie wiedział, co robi. Tymczasem Hagino starał się wyczuć sterowanie. W pewnym momencie zupełnie przypadkiem udało mu się wykonać cios specjalny i łatwo pokonał Fujikawę, który wciąż tylko skakał i kucał.

Druga runda była już bardziej ekscytująca, bo zarówno Daiki jak i Saburo poradzili sobie już nieco lepiej ze sterowaniem. Ryu i Ken długo się na siebie przyczajali, ale gdy już przyszło co do czego, zaczęli nawzajem uszczuplać swoje paski energii. Bracia Toshiro: Hotohori i Hisashi oszaleli z zachwytu, gdy na ekranie pojawił się napis „Double K.O.”

— To było coś — zaśmiał się Matsuyo. — Musimy to kiedyś powtórzyć.

Hagino pokręcił głową z zażenowaniem. Fujikawa, wciąż się śmiejąc, poklepał go po ramieniu:

— Chyba nie było tak źle, Daiki-kun? Nawet ty masz w sobie coś z dzieciaka.

— Zważaj sobie — Hagino spiorunował Fujikawę wzrokiem. Saburo miał nadzieję, że Daiki uśmiechnie się, choćby półgębkiem, ale ten, sztywny i wyprostowany, jeszcze przez chwilę mierzył wszystkich pochmurnym spojrzeniem granatowych oczu, po czym rzucił ponuro:

— Zobaczę jak radzą sobie inni. Saburo, też powinieneś pójść. Lepiej ode mnie ocenisz czy prace przy uprawach dobrze przebiegają.

— Co prawda to prawda — uśmiechnął się Fujikawa zgryźliwie — Ty chyba nawet szczypiorku w życiu nie posadziłeś.

— Nie musisz zaraz wszystkich o tym informować — westchnął zrezygnowany Hagino.

Hagino i Fujikawa zatrzymali się obok Amano Nakamury, który właśnie pochylał się nad grządką marchewek.

— Pamiętaj, że marchew nie potrzebuje zbyt wiele wody — powiedział Fujikawa Nakamurze.

Ten zastygł z konewką w dłoni.

— Nie podlewać więcej?

Fujikawa przyjrzał się kiełkującym warzywom.

— Nie, tyle wystarczy — ocenił z uśmiechem.

W tym czasie najstarsi z rodziny Toshiro zasiewali rzodkiewkę i rzepę. Przestrzeni pod hodowlę warzyw było sporo, więc bracia zdecydowanie mieli co robić. Fujikawa poklepał po ramieniu schylającego się mężczyznę.

— Nie ma w tym nic trudnego, co? — rzucił Saburo z zachętą w głosie. — Na późniejszy ból pleców zalecam gorącą kąpiel.

Saburo zaśmiał się ze swoich słów, wiedząc, że przemycił w nich swego rodzaju złośliwość, po czym zwrócił się do Daikiego: — Widzisz, Daiki-kun? Wszyscy radzą sobie doskonale — nie musimy się martwić. Posiedzimy chwilę?

— Ciekawe gdzie? — burknął Hagino. — Rozwalę się na środku grządki i będę robił za strach na wróble, co ty na to?

— Miałem na myśli ławkę — Saburo wskazał miejsce pod drzewem wiśni.

— W porządku — Daiki wzruszył ramionami i poszedł za Saburo.

Usiedli i przez chwilę w milczeniu cieszyli się wiosenną pogodą. Hagino zerkał co pewien czas na widoczną z profilu twarz Fujikawy — gładką i pogodną i zastanawiał się czy mężczyzna kiedykolwiek czuje się spięty. Jakby o tym pomyśleć, wydawał się drażliwy, gdy Hagino poprosił go, by zajął się swoim oparzeniem. Ale teraz patrząc na Fujikawę, Hagino mógłby z łatwością pomyśleć, że tamta wyolbrzymiona reakcja Saburo tylko mu się przewidziała.

— Jestem trochę zmęczony — odezwał się Fujikawa nieoczekiwanie. — Chyba zabawa z dzieciakami tak mnie wypompowała.

— Myślałem, że ci się podobało — Hagino wzruszył ramionami.

— Bo tak było — odparł szybko Saburo. Daiki dostrzegł w jego gestach swego rodzaju podenerwowanie. — Dobrze się czasem pośmiać.

— Czasem, dobre sobie… Przecież ty ZAWSZE się śmiejesz — Daiki uniósł brwi.

Saburo spłoszył się, bo naraz zdało mu się, że Daiki czyta w nim jak w otwartej księdze. Jeszcze chwila i Hagino zorientuje się, że Fujikawa wcale nie jest takim wesołkiem, za jakiego chciał uchodzić.

— Chyba zdążyłeś się tu zaaklimatyzować? — Fujikawa płynnie zmienił temat. — Cytadela tętni życiem. Każdy z przebywających tu wojowników ma swoją historię.

— Historię… a jaka jest twoja? — podjął Hagino, nieświadomy tego, do jakiego stopnia jego pytanie może spłoszyć Fujikawę.

Saburo natychmiast zrozumiał, że niechcący naprowadził Daikiego na temat, którego tak naprawdę wcale nie chciał z nim poruszać. Uśmiechnął się dla niepoznaki i zamaskował drżenie w swoim głosie: — Nie czas na opowieści. Nie powinniśmy rozpamiętywać przeszłości.

— Sam powiedziałeś, że każdy strażnik historii ma swoje własną opowieść — Daiki wzruszył ramionami. — Myślałem, że mówisz to dlatego, że chcesz mi opowiedzieć komu wcześniej służyłeś.

— Służyłem samurajowi nazwiskiem Aoyama. Na pewno mistrzyni wspomniała ci o tym, gdy wyznaczyła nas obu na opiekunów cytadeli. Ja wiem, że walczyłeś u boku Chano. Na ten moment taka wiedza powinna nam wystarczyć — powiedział Saburo uprzejmie, ale stanowczo.

— To nie tak, że jestem wścibski — Daiki uśmiechnął się półgębkiem. — O czym chciałbyś porozmawiać? Jeśli cię spytam o hobby, to będzie w porządku?

— Wiesz, jakie mam hobby — gotowanie — Saburo wzruszył ramionami.

— Nietrudno zauważyć — mruknął Hagino nie przestając się uśmiechać. — Ale czemu właśnie takie? Skąd się to u ciebie wzięło?

— Aoyama lubił częstować swoich gości różnymi smakołykami — rzucił Saburo beztroskim tonem. — Pewnie po nim mam smykałkę do gotowania. Najbardziej lubię gotować dla innych. Ludzie nastawiają się pozytywnie, gdy stawiam przed nimi dania, które dobrze wyglądają i tak samo dobrze smakują. To pomaga przełamać lody.

— Gotowanie jest praktyczne — mruknął Daiki. — Ale ja nie lubię kucharzyć. A gdybym jeszcze robił to dla większej grupy osób, na przykład tutaj w cytadeli, to byłaby katastrofa.

Saburo zaśmiał się ciepło: — Wczoraj pierwszy raz widziałem cię kuchni. Chyba nie bardzo ci się spodobał ten radosny chaos, mylę się?

— Dzisiaj też nadzorujesz przygotowania do obiadu? — chciał wiedzieć Hagino.

— A kto inny miałby to robić? Ty? — roześmiał się Fujikawa.

Hagino nastroszył się nieco, ale w gruncie rzeczy żarty Fujikawy nie były obraźliwe, więc chcąc nie chcąc Daiki zmusił się do uśmiechu.

W tej samej chwili do Daikiego i Saburo podszedł Matsuyo, by powiedzieć, że mistrzyni chce widzieć się z Hagino.

— Do później, Saburo — rzucił Daiki, kierując się w stronę cytadeli, a następnie do pokojów zwierzchniczki.

Rozdział 2
Zwierzchniczka

Hagino zastał zwierzchniczkę cytadeli ubraną w bogato zdobione kimono — lubiła się przebierać i w jej garderobie nie brakowało tradycyjnych, japońskich strojów. Miała też mnóstwo eleganckich bluzek i spódnic.

Hagino bardzo ją szanował, choć była po prostu młodą, trochę próżną kobietą, która nie zawsze sobie radziła pod presją obowiązków. Właśnie zaplatała warkocz ze swoich ciemnych włosów i nie przerwała tej czynności, gdy Hagino się przed nią ukłonił.

— Podejdź bliżej, Daiki — poprosiła zanurzając palce w swoich włosach, by ułożyć je w imponującą fryzurę. — Chyba masz przetarty rękaw.

— Nie każdy może prezentować się tak zjawiskowo jak pani. Kobieta uśmiechnęła się, słysząc ten gładki komplement: — Wczoraj miałeś okazję przyjrzeć się jak Saburo nadzoruje prace w kuchni. Czy inni nie dali mu się za bardzo we znaki? Czasem martwię się, że osoby, które przydzielam do gotowania, postrzegają to zajęcie bardziej jak zabawę niż pracę.

Hagino postanowił przemilczeć to, że Fujikawa poparzył się próbując zapobiec nieszczęściu w kuchni. Powiedział, że wszystkie prace w kuchni przebiegają sprawnie i że zwierzchniczka nie ma powodów do niepokoju.

— Daiki, od początku twojego pobytu w cytadeli zauważyłam, że nie udaje ci się znaleźć okazji, by porozmawiać z Saburo, więc postanowiłam stworzyć wam taką możliwość — łagodny, ciepły głos mistrzyni poniósł się po ozdobionym wachlarzami pomieszczeniu. — Teraz, gdy przejęliście nadzór nad cytadelą, możecie lepiej się poznać. Oczekuję, że jeszcze dzisiaj wieczorem odbędziecie sparing.

— Czy przyjdzie pani popatrzeć jak sobie radzimy? — spytał Daiki skłoniwszy się lekko.

— Jeszcze pytasz? — odparła ze śmiechem kobieta. Nietrudno było spostrzec, że miała słabość do swoich podopiecznych.

— Postaram się pani nie zawieść — odparł Hagino poważnym tonem.

Saburo poczuł się niepewnie, gdy Hagino powiedział mu o pomyśle mistrzyni. Sparing? Fujikawa od dawna z nikim nie trenował walki na miecze. Mimo że, Hagino przebywał w cytadeli krócej od niego, zdawał się być bardziej doświadczony w walce. Fujikawa zawsze wywierał na sobie presję, by wypaść dobrze w każdej sytuacji. Co jeśli tym razem okaże się to niemożliwe? Co jeśli wszystkie jego słabości wyjdą na jaw w czasie tej jednej, pieprzonej sesji treningowej?

— Nawet nie mam komu powiedzieć o swoich obawach — pomyślał Saburo zrezygnowany. — Jeśli chcę utrzymać swój wizerunek, nie mogę dać po sobie poznać, że denerwuję się tym treningiem. Z jednej strony Saburo wiedział, że cena za wypełnianie narzuconych sobie standardów będzie wysoka, a z drugiej naprawdę bolało go, że tak często zostawał sam ze swoimi myślami.

Był jednak uparty — nie chciał przed nikim odkrywać się ze swoimi rozterkami. Wierzył, że gdyby to zrobił, inni byliby nim rozczarowani i że jeśli chce zachować twarz, powinien wziąć się w garść.

Fujikawa pojawił się na treningu chwilę przed czasem, podczas gdy Hagino przyszedł dokładnie o ustalonej porze. Mistrzyni, zgodnie z zapowiedzią, przyszła obejrzeć ich pojedynek. Oprócz niej zjawiły się jeszcze cztery osoby — zwierzchniczka zabrała ze sobą mających najmniej okazji do walki wojowników, wierząc, że prześledziwszy pojedynek Saburo i Daikiego, zmotywują się do cięższej pracy nad swoimi umiejętnościami. Zwierzchniczka mijając Hotohoriego przy zajmowaniu miejsca na widowni, ujęła szesnastoletniego wojownika za dłoń i z aprobatą skinęła głową widząc jego starannie pomalowane na krwistoczerwony kolor paznokcie.

— Jakie piękne paznokcie, Toshiro — powiedziała z uśmiechem, pokazując Hotohoriemu swoje dłonie, na których również połyskiwał czerwony lakier.

Ten sposób okazywania aprobaty przez kobietę nikogo już nie dziwił — wszyscy w cytadeli wiedzieli jak dużą wagę przywiązywała do wyglądu.

Daiki lubił atmosferę, panującą w sali treningowej, ale jeszcze nigdy jego partnerem w walce nie był Saburo. Podekscytowany zbliżającym się pojedynkiem, Hagino wyciągnął przed siebie miecz i przez chwilę patrzył w mające kolor bursztynu oczy Fujikawy, podczas gdy ten dobywał broni. Hagino dostrzegł determinację w spojrzeniu rywala. Saburo ruszył bez ostrzeżenia, ale Daiki przewidział porywczość jego kolejnych posunięć i z łatwością odparł atak. Saburo spróbował zamierzyć się raz jeszcze — wydawał się impulsywny, ale przynajmniej jego ruchom nie można było zarzucić płochości. Miecze obu mężczyzn skrzyżowały się — ostry metal ciął powietrze raz za razem, gdy Hagino i Fujikawa parowali nawzajem swoje ataki. Hagino był pod wrażeniem pasji i zaangażowania, z jaką walczył Fujikawa. Było jasne, że mógłby bardziej doszlifować swoje umiejętności, ale zawziętość i temperament Saburo rekompensowały w pewnym stopniu niedostatki jego techniki. Daiki szybko zrozumiał, że Saburo nie chce być traktowany ulgowo i zamierzył się na niego, dając mu bardzo mało czasu na reakcję. Fujikawa wprawdzie sparował atak, ale z każdą chwilą trudniej mu było utrzymać równowagę. W końcu się zachwiał i opadł na jedno kolano. Ściskając z całych sił rękojeść miecza starał się wytrzymać napór ze strony Hagino. Gdy w końcu nacisk nieco osłabł, Fujikawie udało się podnieść i z nową energią zamierzył się na przeciwnika. Hagino był zaskoczony — na tym etapie Fujikawa powinien czuć już duże zmęczenie, ale jego zapał nie wydawał się słabnąć. Daiki obrócił się jak w tańcu, by uniknąć trafienia przez Saburo, a następnie wycelował miecz z szybkością i precyzją, które nie dawały Saburo żadnych szans na ucieczkę. Hagino zatrzymał ostrze tuż przy szyi Fujikawy, po czym uśmiechnął się z zadowoleniem i wsunął miecz za osłonę.

— Mogłem walczyć dalej — syknął Saburo, wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu spraw.

— Nie wątpię — odparł Daiki nie przestając się uśmiechać. — To był satysfakcjonujący pojedynek.

Saburo dopiero teraz poczuł jak bardzo jest zmęczony i zrozumiał, że Daiki spostrzegł jego wyczerpanie, zanim on sam je sobie uświadomił. To dlatego Hagino doprowadził do przerwania walki w takim, a nie innym momencie. Adrenalina wciąż krążyła w ciele Fujikawy — niespożytkowana energia nie znalazła swojego ujścia. Mimo że, ciało Saburo pulsowało z wysiłku, on desperacko chciał walczyć dalej.

— Za bardzo się powstrzymujesz — rzucił Fujikawa z nieco złośliwym uśmiechem na zroszonej potem twarzy — Następnym razem pokaż mi wszystko, co masz.

Zwierzchniczka cytadeli nie szczędziła Hagino i Fujikawie pochwał i zapowiedziała, że przewidziała dla nich nagrodę.

— Jutro dowiecie się, co to takiego — uśmiechnęła się — Myślę, że spodoba wam się moja niespodzianka.


*


Następnego dnia mistrzyni przywołała do siebie Hagino i Fujikawę zaraz po porannej zbiórce, na której wszyscy zostali przydzieleni do swoich zajęć. Uśmiechnęła się na ich widok i wyciągnęła dłonie, w których coś trzymała. Gdy mężczyźni podeszli bliżej, rozprostowała palce i mogli spostrzec trzymane przez nią dwie srebrzyste przypinki w kształcie płatków sakury. Fujikawa sam sięgnął po upominek, a Hagino zaczekał po prostu, aż kobieta sama przypnie mu na piersi kosztowną ozdobę.

— Jestem bardzo zadowolona z waszych postępów — zwierzchniczka zarumieniła się, bo po raz kolejny uderzyło ją jak bardzo Daiki oraz Saburo są przystojni. — Jeśli tylko w cytadeli zadzieje się coś niepokojącego, zaraz mnie o tym informujcie. Saburo, myślę, że dzisiaj mógłbyś poświęcić trochę uwagi Nakamurze. Podczas twojego wczorajszego pojedynku z Daikim, Amano zdawał się być myślami gdzieś indziej. Saburo, upewnij się, że Nakamura Amano jest w ogóle zainteresowany walką.

Saburo nie był zaskoczony prośbą zwierzchniczki — rzeczą, której nienawidziła najbardziej zaraz po tym, gdy ktoś krzyczał albo przeklinał, było zaniedbywanie przez kogoś postępów w walce. Fujikawa dziwił się czasem, że mistrzyni, która zdecydowanie nie lubiła krzykliwych i wybuchowych osób, mimo wszystko ufała Daikiemu. Być może było to spowodowane tym, że w jej obecności Hagino zachowywał się pokorniej niż zwykle i mistrzyni łatwo mogła zapomnieć, że miał też drugą, bardziej impulsywną stronę.

— A ciebie, Daiki, chciałabym prosić, żebyś porozmawiał z Matsuyo. Jestem pewna, że jako poprzedni sekretarz cytadeli, może udzielić ci wielu przydatnych wskazówek — kobieta z uroczym uśmiechem musnęła palcami materiał wokół przypinki na piersi Hagino.

— Czy ona… ze mną flirtuje? — nerwowe myśli nie przestawały przepływać przez głowę Hagino. — Nie, to nie to — jest taka dla wszystkich.

Hagino wiedząc, że tego wymaga od niego bycie dżentelmenem łagodnie podniósł dłoń zwierzchniczki i zbliżył ją do swoich ust.

— Zrobię wszystko, o co mnie pani prosi — zapewnił poważnym tonem.

Gdy tylko Hagino i Fujikawa wyszli z pokoju przełożonej cytadeli, Saburo uśmiechnął się raczej kpiąco: — Wszyscy darzymy mistrzynię respektem, ale ty zdajesz się żywić wobec niej wiele więcej niż tylko szacunek. Wyprowadź mnie z błędu, jeśli się mylę.

— Co? — słowa Saburo zaskoczyły Daikiego. Ogarnęła go dziwna mieszanina gniewu i rozbawienia — Skąd ci to przyszło do głowy?

— Czasem myślę, że ona zabawia się nami jak się żywnie podoba — Saburo nie powstrzymywał się wcale — w tonie jego głosu dało się rozpoznać swego rodzaju sprzeciw.

Daiki poczuł, że wzbiera w nim gniew — jego ręka niepostrzeżenie wystrzeliła do przodu, przyszpilając Saburo do ściany:

— Nie waż się mówić o niej w taki sposób.

Saburo zastygł w bezruchu i nawet gdy Daiki ruszył dalej korytarzem, Fujikawa wciąż nie mógł się otrząsnąć. Zdjął przypinkę od mistrzyni i wpatrywał się w nią dłuższą chwilę.

— Nie wiem dlaczego to powiedziałem… mistrzyni nie jest złą osobą — Fujikawa nagle poczuł się rozczarowany sobą — Dzisiaj będę pracować ciężej niż zwykle. Muszę znaleźć Nakamurę, tak jak prosiła zwierzchniczka.

Amano Nakamura stał oparty o niewielki płotek w pobliżu zagrody dla koni, jak zawsze ukrywając twarz za kapturem jasnego, nieco postrzępionego płaszcza.

— Witaj, Amano — odezwał się Saburo uprzejmie, ale bez uśmiechu. Wiedział, że raczej nie uda mu się już dzisiaj uśmiechnąć nawet na potrzeby robienia na innych dobrego wrażenia.

Amano nigdy nie potrafił przejrzeć Fujikaty — tego wysokiego, energicznego człowieka, który niedawno został przecież opiekunem całej cytadeli. Czego ktoś tak onieśmielający i charyzmatyczny jak Saburo Fujikata mógł chcieć od Nakamury — wojownika wciąż niewierzącego we własne siły?

— Amano, chcę cię o coś spytać. Czy przyszedłeś wczoraj na sparing mój i Daikiego tylko dlatego, że prosiła cię o to zwierzchniczka czy dlatego, że sam chciałeś przyjść? — Saburo uznał, że zadanie tego pytania najlepiej pomoże mu się zorientować, jaki stosunek do walki przejawia Amano.

— Staram się wykonywać swoje obowiązki — odpowiedź Amano była wymijająca i Saburo od razu zrozumiał, że będzie musiał podrążyć bardziej.

— Zawsze wierzyłem, że przyglądając się czyimś zmaganiom, sami motywujemy się, by starać się bardziej. Nawet z przyglądania się innym można wyciągnąć jakąś naukę. Zgodzisz się ze mną? — Saburo zdecydowanie wiedział jak dobierać słowa i Nakamura nie był w stanie opierać się dłużej jego łagodnej perswazji.

— Ja… zobaczyłem wczoraj, ile radości sprawia ci walka. Chciałbym, żeby tak było ze mną… żebym też umiał się tym cieszyć — przyznał Amano.

— Więc to o tym myślałeś, obserwując nasz pojedynek — Saburo zamyślił się przez chwilę. — Myślę, że bez trudu możesz wykrzesać z siebie ten sam entuzjazm. Amano… może jeszcze dzisiaj spróbujesz swoich sił, pojedynkując się ze mną?

— Myślisz, że powinienem? — spytał Amano z właściwym sobie wahaniem w głosie. — Nie mogę pochwalić się niczym szczególnym.

Jednak Saburo tylko pokręcił głową i podał godzinę spotkania, nie zostawiwszy Amano wyboru.

Nakamura zdenerwował się na samą myśl, że tego wieczora czeka go pojedynek z Saburo, ale w głębi duszy wiedział, że nie powinien dłużej stronić od walki. Patrzył przez chwilę za oddalającym się Fujikawą, zastanawiając się, czego może się spodziewać, kiedy skrzyżuje z nim miecze.


*


Znalezienie ramola nie okazało się trudnym zadaniem — Hagino znalazł go przy wejściu do cytadeli, popijającego herbatę. Matsuyo Hamanaka, mimo młodzieńczego wyglądu, w rzeczywistości był tysiącletnim mędrcem, więc wszyscy zawsze spodziewali się po nim rad takich, jakie można otrzymać od dobrodusznego staruszka.

Hagino na swój sposób szanował Hamanakę, ale niechętnie zwracał się do niego po radę. Gdyby mistrzyni sama nie poprosiła go, by porozmawiał z Matsuyo, Daiki nie wziąłby nawet pod uwagę możliwości pozyskania wskazówek i informacji od poprzedniego sekretarza cytadeli. Matsuyo delektował się herbatą z płatkami wiśni i gawędził z Taro Hoshikawą, który to strażnik historii był równie wiekowy jak Matsuyo.

Hagino odchrząknął: — Taro, możesz zostawić nas na chwilę samych?

— Czyżbyś planował jakąś niespodziankę? — Taro uśmiechnął się pod nosem, ale spełnił prośbę Daikiego.

Hamanaka przez chwilę przyglądał się badawczo opiekunowi cytadeli, po czym rzucił niby od niechcenia: — Domyślam się, z czym przychodzisz.

— Tak? — zdziwił się Hagino. Czyżby tak łatwo można było go przejrzeć?

— Chodzi o grę, prawda? Tak ci się spodobało, że chcesz pograć ze mną w „Street Fightera” jak na prawdziwego wojownika przystało! — Matsuyo zaśmiał się cicho i popił łyk herbaty z filiżanki.

— Możemy zagrać któregoś razu — odparł Daiki, sam zdziwiony swoją odpowiedzią — Ale nie po to przyszedłem.

— Pewnie chcesz mi powiedzieć, że wypijam za dużo herbaty i że to nie jest wcale takie zdrowe. Martwisz się trochę o tego starca, co? — Hamanaka znowu się zaśmiał.

Daiki zniecierpliwił się widząc, że Hamanaka jak zwykle nazywa siebie starcem i że odciąga jego uwagę od dużo ważniejszych kwestii.

— Matsuyo, co myślisz o mistrzyni? — wypalił Hagino, kując żelazo póki gorące. Uznał, że jeśli uda mu się zaskoczyć Matsuyo nieoczekiwanym pytaniem, ten nie będzie mógł dłużej owijać w bawełnę.

— Sorena Lonning — dziwnie było usłyszeć jak Hamanaka wypowiada imię i nazwisko zwierzchniczki. Nikt w cytadeli tak się do niej nie zwracał. Kiedy Daiki przybył do cytadeli, mistrzyni wprawdzie przedstawiła mu się swoim imieniem i nazwiskiem, ale nigdy potem jej personalia nie były używane w żadnym kontekście. Hagino nigdy nie spytałby nikogo, co myśli o mistrzyni, gdyby nie to, że Fujikawa otwarcie ją skrytykował. To dało Hagino do myślenia.

— Mistrzyni nie mówi wiele o swojej przeszłości — podjął Matsuyo. — Jej ojciec był Norwegiem, a matka — Japonką. Dzieciństwo spędziła w Norwegii. Potem przyjechała do Japonii na studia. Ukończyła studia historyczne z wyróżnieniem i zanim przejęła opiekę nad cytadelą wydała sporo naukowych publikacji. Jest naukowcem — historykiem. To wszystko, co wiem.

— Nie wątpię, że mistrzyni ma na swoim koncie sporo osiągnięć — powiedział Hagino ostrożnie. — Ale chciałbym wiedzieć, co myślisz o niej jako osobie… o jej charakterze.

— Zwierzchniczka… jest urocza i energiczna. Dużo się śmieje i kokietuje. To dla niej pewnego rodzaju gra, w której stała się bardzo dobra. Ma dużą wiedzę teoretyczną, ale praktyka to zupełnie co innego. Za każdym razem, gdy wysyła nas do jakiegoś okresu w historii, byśmy tam zatroszczyli się o spójność historycznych wydarzeń, mistrzyni podejmuje nieco pochopne decyzje. Nie potrafi działać pod presją. Poza tym jest trochę rozrzutna i roztrzepana, ale w końcu to tylko młoda kobieta. Nie jest strategiem i nie umie niczego zaplanować w dłuższej perspektywie — powiedział Matsuyo.

— A więc powierzono jej naszą cytadelę tylko ze względu na jej obszerną wiedzę historyczną? — chciał wiedzieć Daiki.

— Są i inne okoliczności, które o tym zdecydowały — przyznał Matsuyo z powagą kiwając głową. — Jak wiesz, rewizjoniści historii wyruszają do minionych epok, by manipulować historią. Mistrzyni posyła nas w ślad za nimi, byśmy nie pozwolili nawet na najmniejsze zmiany w przebiegu historycznych wydarzeń.

— W innych krajach też działają organizacje, które odpierają ataki rewizjonistów na historię — odparł Hagino z namysłem. — Nasza cytadela jest tylko jedną z wielu. My… strzeżemy historii Japonii.

— Tak — przyznał Matsuyo z nieznacznym uśmiechem. — To nie jest łatwe zadanie. A niedługo stanie się jeszcze trudniejsze.

Hagino wiedział, że starzec często mówi zagadkami, ale teraz nie miał najmniejszej ochoty doszukiwać się ukrytego sensu w zawoalowanych słowach Hamanaki. Jednak Daiki pamiętał, że mistrzyni poprosiła go, by zwrócił się do Matsuyo z prośbą o wskazówki, dlatego rzucił niby od niechcenia: 
— Mówisz, że niedługo upilnowanie biegu historii stanie się jeszcze trudniejsze. Skoro tak, masz może dla mnie radę jak mógłbym stawić czoła ewentualnym problemom? Wiesz jakie zagrożenia mogą się wkrótce pojawić?

Matsuyo zaśmiał się, jakby Daiki opowiedział mu właśnie najlepszy dowcip. Hagino westchnął rozczarowany tym, że Matsuyo jak zwykle nie potrafi zachować powagi w momentach, które tego wymagały.

— Wiem, nie powinienem się śmiać — nawet mówiąc to, Matsuyo wciąż się śmiał. — Po prostu nie spodziewałem się, że przyjdziesz do mnie po radę. Jedyne, co mogę ci doradzić to byś miał oko na zwierzchniczkę. Ale i tak nie spuszczasz jej z oczu, więc moja rada na niewiele ci się przyda.

— Staram się niczego nie przeoczyć — przyznał Daiki. — Nie wiem tylko czy Saburo…

— … Fujikawa zawsze bardzo się stara — wszedł mu w słowo Hamanaka. — Wkrótce się przekonamy czy starania twoje i Saburo okażą się wystarczające.

Hagino zorientował się, że Hamanaka niczego więcej mu nie powie, więc wymienił z nim jeszcze parę uprzejmości i wrócił do swoich codziennych obowiązków, z planowaniem wydatków na czele.

Mijały kolejne godziny i w końcu nadszedł wieczór. Saburo spotkał się z Amano na placu za cytadelą, który również był wykorzystywany do sparingów, choć nieco rzadziej niż sala treningowa. Słońce właśnie udawało się na spoczynek i wtulało się w fiolet i róż wieczornego nieba jak w wygodną poduszkę. Cichy wiatr poruszał podniszczoną peleryną Nakamury i eleganckim frakiem Fujikawy. Głodny walki Saburo, patrzył na szczupłego, nieco przygarbionego mężczyznę z nadzieją, że sparing z nim dostarczy mu takich samych emocji, jakie dało mu pojedynkowanie się z Hagino.

— Pokaż, co potrafisz — Saburo pozwolił Amano wykonać pierwszy ruch. Zaczekał, aż mężczyzna podniesie swój miecz i podbiegnie do niego. Amano nie tyle podbiegł, co poruszył się ociężale i nie włożył w wykonanie pierwszego ataku praktycznie żadnej siły. Saburo poczuł się rozeźlony taką postawą rywala.

— Jeśli tak dalej pójdzie, to nawet nie można będzie tego nazwać walką — pomyślał Fujikawa gniewnie, a na głos powiedział: — Musisz być szybszy. Przecież widzę, że się wahasz.

Nakamura z każdą kolejną próbą ataku czuł się pewniejszy siebie, ale Saburo zupełnie tego nie zauważał. Myślał tylko o tym jak łatwe do odparcia są ataki Amano i z każdą chwilą coraz bardziej go to drażniło.

— Gdybym teraz to ja zaatakował, nie sparowałbyś ani jednego ataku — powiedział Saburo pochmurnym tonem. — Stoję tylko i zastanawiam się, co ty w ogóle robisz. Nie możesz się bardziej przyłożyć?

— Staram się — wykrztusił Amano. Ze swojej perspektywy Nakamura myślał, że daje z siebie wszystko. Z perspektywy kogoś, kto zobaczyłby ten pojedynek, Amano też na pewno nie wydałby się aż tak słaby jak twierdził Saburo. Fujikawa był jednak spragniony prawdziwego wyzwania. Rozczarowanie tym, w jaki sposób walczył Nakamura obudziło w Saburo surową stronę, której zwykle nikomu nie pokazywał.

Do tej pory Fujikawa ograniczał się tylko do odpierania ataków Nakamury. Znudzony tym, postanowił sam zaatakować, choć dobrze wiedział, że Amano może mieć problemy z odparciem jego ciosów. Saburo ruszył energicznie, zaskakując Amano. Nie było to jeszcze szaleństwo, ale już działanie na granicy ryzyka. Nakamura odparł zaledwie kilka ciosów Fujikawy, po czym stracił równowagę i upadł na kamienną posadzkę. Saburo patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, jakby dopiero teraz do niego dotarło, że był zbyt nieustępliwy w swoim podejściu do Amano. Jednak chęć walki, którą czuł Fujikawa była silniejsza niż wyrzuty sumienia na widok obdartych do krwi łokci i kolan Nakamury. Ostatecznie nic takiego się nie stało — ot koleżka upadł i zdarł sobie trochę skóry. Fujikawa rozpaczliwie chciał walczyć dalej. I właśnie wtedy usłyszał za swoimi plecami głos Hagino:

— Saburo?

— Ach, Daiki-kun. Jak długo tu jesteś? — Fujikawa uśmiechnął się dla niepoznaki, ale Hagino patrzył na niego z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

— Tylko chwilę, ale widziałem dość, by wyrobić sobie opinię — mruknął Hagino. — Naprawdę znajdujesz przyjemność w walce.

— To źle? — roześmiał się Saburo — Ty kiedy pojedynkowałeś się ze mną, też miałeś z tego frajdę.
Nakamura podniósł się chwiejnie.

— Mam nadzieję, że nie zapędzicie się w tym za daleko — powiedział tylko.

— Liczyłem, że wykrzesasz z siebie więcej energii, Amano — odparł Saburo, nie przestając się uśmiechać. — Mocno się skaleczyłeś?

— Nie — rzucił Amano powściągliwie.

Przyglądanie się temu, w jaki sposób walczył Saburo to jedno, ale samemu zmierzyć się z nim to zupełnie co innego. Nakamura nie spodziewał się, że Fujikawa okaże się tak nieustępliwy, pojedynkując się z nim. Możliwe, że Fujikawa kazałby mu wstać i walczyć dalej, gdyby nie to, że akurat zjawił się Hagino. Amano zrozumiał, że Saburo, gdy chodzi o walkę, nigdy się nie powstrzymuje i to wzbudziło w niepewnym siebie wojowniku mieszane uczucia.

— Nie wiem, czego się po nim spodziewać — pomyślał Nakamura. — Zwykle pokazuje wszystkim swoją radosną stronę. Ale jaki jest naprawdę? Ktoś, kto tak walczy, nie może być po prostu towarzyskim wesołkiem. Siedzi w nim coś jeszcze.

Kierując się w stronę cytadeli Hagino powiedział Fujikawie, że rozmawiał tego dnia z Hamanaką.

— Wiesz, że Matsuyo zawsze zdaje się dostrzegać więcej niż inni — westchnął Daiki — Kazał mi, a więc również i tobie, mieć oko na zwierzchniczkę.

Fujikawa napiął się jak struna, bo pamiętał aż za dobrze, że wcześniej wyraził się niepochlebnie o mistrzyni. Miał nadzieję, że Daiki nie będzie mu tego wypominał. Jednak Hagino uśmiechnął się tylko, co wyglądało bardziej jak grymas: — Z takim podejściem do walki, raczej nie powinieneś mieć żadnych problemów, kiedy już zwierzchniczka wyśle nas na misję.

Saburo potrzebował tych słów — uśmiechnął się z wdzięcznością i puścił w niepamięć fakt, że kiedykolwiek pomyślał źle o mistrzyni.

Minął tydzień. Mistrzyni powitała wiosenny poranek z uśmiechem na ustach. Zamierzała poćwiczyć jogę, a potem wypocić wszystkie swoje zmartwienia w saunie. Ale to, że jeszcze tego dnia wieczorem będzie musiała wysłać swoich podopiecznych na misję, kładło się cieniem na jej dobrym humorze.

— Wciąż nie wiem kogo wysłać — Sorena przyjmując pozycję kwiatu lotosu, nie potrafiła rozluźnić mięśni. Denerwowała się i nawet joga, którą tak uwielbiała, nie pozwalała jej w pozbyciu się niechcianych myśli.

— Na pewno wyślę Daikiego i Saburo — mruknęła do siebie, zakładając sobie nogi za głowę.

Miała nadzieję, że nie zdekoncentruje się i nie przewróci się ostatecznie na plecy.

Joga i myślenie o problemach zdecydowanie nie szły ze sobą w parze.

— Kto jeszcze powinien wyruszyć? Może Yamato? — nie odpuszczała zwierzchniczka. — Bo kucharza i tak z niego już nie będzie. Udowodnił to nieraz. Za długo już go przydzielam do kuchni. Tylko kuchnia… i znowu kuchnia. Dziwię się, że jeszcze nikomu się nie poskarżył. A może… może poskarżył się Hotohoriemu? Może oni wszyscy… skarżą się na mnie sobie nawzajem?

Te dziecinne, nieco zabawne i niepoukładane myśli przebiegały kobiecie przez głowę jedna po drugiej. Uśmiechnęła się do siebie w duchu, wiedząc dobrze, że jest trochę dziecinna.

Następna pozycja jogi za nic nie chciała jej wyjść i Sorena przewróciła się na plecy.

— Po prostu świetnie — pomyślała uśmiechając się, tym razem trochę nerwowo.

Mistrzyni, nieodmiennie zadowolona z faktu, że w cytadeli znajdowała się sauna, pozwoliła sobie na tę odrobinę luksusu po skończonej sesji jogi. Para otoczyła ją ze wszystkich stron i Sorena poczuła w końcu długo wyczekiwane odprężenie.

— Nieważne kogo wyślę. Jestem pewna, że doskonale sobie poradzą — pomyślała beztrosko.

Matsuyo nie mylił się w tej jednej kwestii — strategie Soreny ograniczały się do losowych wyborów i myślenia, że jakoś to będzie. Uważała chyba, że jej decyzje ostatecznie nie mają aż takiego znaczenia. Ale taka, raz przyjęta postawa, nie mogła się przecież utrzymywać w nieskończoność. Cytadelę czekały poważne zmiany, choć wtedy jeszcze Sorena nie zdawała sobie z tego sprawy.

Rozdział 3
Niefortunne strategie

Podczas gdy Sorena relaksowała się w saunie, Daiki zajrzał do kuchni, by sprawdzić jak Saburo radzi sobie z nadzorowaniem przygotowań do obiadu. Tym razem, o dziwo, na stanowiskach pracy nie panował chaos. Nawet Yamato pomagał przy jakichś prostych czynnościach i wyglądał na skupionego. Uwagę Daikiego od razu zwrócił też ubrany w białe haori Kai, ze swoimi charakterystycznymi włosami o grafitowym połysku, które do pracy w kuchni przewiązał różową, podtrzymującą grzywkę wstążką. Kai przygotowywał właśnie lekki, japoński sernik, podczas gdy Saburo zajmował się daniem głównym. Hagino podszedł bliżej i przyglądał się przez chwilę w milczeniu jak Fujikawa filetuje i oprawia ryby.

— Możesz pokroić warzywa na zupę — powiedział Fujikawa, widząc, że Hagino stanął jak słup soli, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. — Wprawdzie Yamato i Amano już się tym zajmują, ale przyda się każda pomoc.

Hagino zajął stanowisko, przy którym mógł zająć się krojeniem warzyw. Po jego lewej stronie pracował Yamato Honda, po prawej — Amano Nakamura.

Yamato odezwał się trochę niepewnie: — Dzisiaj wieczorem mistrzyni wyśle na misję jakieś osoby. Ostatnim razem, gdy mnie wysłała, niemal doszło do nieszczęścia. Od tamtego czasu raczej nie poprawiłem się w walce, więc… mam nadzieję, że mnie nie wyśle.

— Co masz na myśli mówiąc, że prawie doszło do nieszczęścia? — Daiki zmarszczył brwi. Zauważył, że Nakamura Amano ciężko wzdycha i odwraca wzrok, jakby właśnie przypomniał sobie coś bardzo przykrego.

— Niemal rozstałem się wtedy z życiem — Yamato wzdrygnął się na samo wspomnienie. — Ale mistrzyni o tym nie wie, bo Hotohori przeniósł mnie do lecznicy, zanim zorientowała się jak poważne były moje obrażenia. Yuri przyspieszył mój powrót do zdrowia za pomocą przygotowanych przez siebie leków. Nikomu z nas nie zależało na tym, by mistrzyni się obwiniała, dlatego ukryliśmy przed nią to, co naprawdę się stało.

— A co, jeśli to się powtórzy? — Hagino nie podniósł głosu, ale był stanowczy. — Ukrywanie czegoś takiego przed zwierzchniczką może przynieść więcej szkody niż pożytku. Yamato… czy ktoś jeszcze podczas misji otarł się kiedyś o śmierć?

— Nie wiem — przyznał Honda po chwili milczenia. — Musiałbyś spytać Yuriego. To on zajmuje się leczeniem mieszkańców cytadeli.

Hagino spojrzał na Hondę tak jakby widział go po raz pierwszy. Fakty, które przedstawił mu Yamato były zaskakujące i raczej niepokojące. Czy mistrzyni mogła być do tego stopnia nieuważna, by doprowadzać do skrajnych sytuacji, w których jej podopieczni walczyli o życie, a ona nawet o tym nie wiedziała? Wkrótce po obiedzie, Hagino spotkał się z Yurim Toshiro, który od kilku minut przesadzał rośliny w szklarni z ziołami.

— Yuri, zapytam wprost — rzucił Daiki bez ogródek. — Czy do lecznicy często trafiają osoby z poważnymi obrażeniami?

— Czemu pytasz o coś takiego? — Yuri wzruszył ramionami. — Czy to nie oczywiste? Jako strażnicy przyjęliśmy na siebie ryzyko, związane z walką.

— Chodzi mi to… czy musiałeś kiedyś zajmować się kimś, kto był bliski śmierci? — Hagino był bardzo pobudzony, bo wiedział jak wiele zależy od odpowiedzi Yuriego.

— Pół roku temu… — Yuri wbił sobie paznokcie we wnętrze dłoni. Przez jego twarz przemknął cień. — Yamato…

Daiki skinął głową, dając Yuriemu znak, że nie musi nic więcej mówić.

— Nie pozostaje mi nic innego niż przekazać mistrzyni to, co próbowaliście przed nią ukryć.

Nie wydaje mi się, by nieświadomość była dobra dla niej albo dla kogokolwiek innego — Hagino odwrócił się z zamiarem skierowania się prosto do pokojów zwierzchniczki.

— Nie — rzucił Toshiro stłumionym głosem. — Nie mów jej o tym. Nawet nie było cię jeszcze w tej cytadeli, gdy to się stało. To nie twoja sprawa.

— Nie moja?! — warknął Daiki. — Moim obowiązkiem jest zadbać o to, by nikt nie ucierpiał. Chyba nie myślisz, że będę siedział cicho, wiedząc, że coś takiego może się powtórzyć?!

Yuri pokręcił głową wiedząc, że brutalna szczerość Hagino może okazać się zbyt gorzka dla zwierzchniczki.

Hagino, idąc korytarzem, bił się z myślami, nie wiedząc czy ostatecznie zdecyduje się powiedzieć kobiecie całą prawdę. Takie rozwiązanie wydało mu się nagle równie problematyczne jak zatajenie faktów przed Soreną. Ku zaskoczeniu Hagino, Sorena przyjmowała właśnie w swoich pokojach Fujikawę i Hondę. Gdy zobaczyła stojącego w progu Hagino, przywołała go gestem dłoni.

— Właśnie miałam po ciebie posłać — przyznała kobieta. — Jest coś, co chciałabym omówić z Yamato. Zależy mi żebyście ty i Fujikawa, jako opiekunowie cytadeli, byli obecni przy tej rozmowie.

Daiki usiadł na macie, ponieważ pozostałe osoby, łącznie z Soreną, również siedziały. Daiki postanowił, że zanim cokolwiek powie, zaczeka najpierw jak rozwinie się sytuacja. Sorena nie uśmiechała się, więc Hagino od razu zrozumiał, że sprawa jest poważna.

— Jak ci się wydaje, Yamato — zaczęła Sorena zaskakująco surowym, jak na nią, tonem. — Dlaczego już od tak dawna nie wysłałam cię na żadną misję? Domyślasz się?

— Nie — Yamato pokręcił głową, wyraźnie spłoszony.

— Nie udawaj — ten sam beznamiętny ton towarzyszył kolejnym słowom Soreny — Naprawdę myślisz, że nie wiem, co się WTEDY stało?

— Nie wiem, o czym pani mówi — Yamato zarumienił się aż po cebulki swoich czarnych włosów.

Sorena westchnęła i odezwała się po chwili już łagodniejszym tonem: — Pół roku temu, siedemnastego października o godzinie osiemnastej czterdzieści pięć wysłałam cię na misję do ery Shokuho. Był z tobą Hotohori w roli kapitana, Jirou, Kai, Nakamura oraz Hisashi. — Hagino był zaskoczony tym, w jakich szczegółach Sorena zapamiętała tamten dzień. — Odniosłeś poważne obrażenia, ale nikt nie chciał, żebym się o tym dowiedziała. Tyle, że późno w nocy, gdy nie było już przy tobie Yuriego, przyszłam do lecznicy i zobaczyłam w jak opłakanym byłeś stanie. Pozwoliłam wam wszystkim wierzyć, że o niczym nie wiem, bo nikt z was nie chciał, bym czuła się winna. Yamato… do tej pory żałuję, że przeze mnie musiałeś przez to przejść. Ale nie mogę obiecać, że odtąd moje decyzje już zawsze będą słuszne. Znam historie wszystkich wojowników w tej cytadeli, ale już ich motywacje, uczucia i strategie, jakimi zdecydują kierować się w walce, są dla mnie zagadką. To dlatego nie zawsze mogę przewidzieć, co się stanie. Yamato… zgodzisz się wyruszyć dzisiaj na misję wraz z Daikim, Saburo i trójką innych osób, które wyznaczę?

Yamato starał się nie pokazać po sobie wahania, ale widać było, że martwi się czy sobie poradzi.

— To, co się wtedy stało… gdybym bardziej przykładał się do treningów, na pewno nie zostałbym tak ciężko ranny — powiedział tylko. — Nie wiem czy moje umiejętności poprawiły się od tamtego czasu, ale zrobię wszystko, by pani nie zawieść.

Mistrzyni uśmiechnęła się, ale bez wesołości.

— Kogo próbuję oszukać? — pomyślała. — Zawsze bardzo się przejmuję czy moje decyzje nie okażą się tragiczne w skutkach. Joga i sauna odprężają? Na ciele, tak, może trochę, ale… mój umysł nigdy się nie odpręża. Nigdy. Zawsze do samego końca zwlekam z podjęciem najważniejszych decyzji… staram się od siebie odsuwać to okropne napięcie. A ono i tak mnie w końcu znajduje. Jestem jak dziecko we mgle.

Zwierzchniczka zebrała w sobie całą energię, by się uśmiechnąć i zwróciła się do Fujikawy: — Będziesz kapitanem, Saburo. Wraz z waszą trójką wyruszy Kai, Nakamura oraz Hisashi. Rewizjoniści przedrą się przez zasłonę czasu, próbując przedłużyć okres panowania Ody Nobunagi. Nie muszę chyba mówić, że nie możecie na to pozwolić. Mistrzyni miała tylko jeden ochronny amulet i postanowiła dać go Yamato. Młody mężczyzna przyjął talizman, skłoniwszy się lekko. Jego obawy wcale się nie zmniejszyły, bo niespecjalnie wierzył w moc talizmanów, mających chronić przed nieszczęściem. Wyznaczeni przez Sorenę strażnicy historii zebrali się za cytadelą, by za pomocą niewielkiej, zaklętej przez samą zwierzchniczkę kapliczki przenieść się w czasie w ślad za rewizjonistami.

Nie minęło nawet pięć sekund, a wojownicy poczuli żar, otaczających ich ze wszystkich stron płomieni. Zrozumieli natychmiast, że przybyli do ery Sengoku i że znajdują się w Kioto, w płonącej świątyni Honnouji. To tutaj, zdradzony przez generała Akechiego Mitsuhide, Oda Nobunaga miał popełnić honorowe samobójstwo. Przywódca rewizjonistów, Hibiki Sato nie chciał jednak pozwolić na to, żeby tak to się skończyło. Nobunaga, choć znany ze swojego okrucieństwa, miał znaczący wkład w rozwój kultury całego kraju. Hibiki Sato wierzył, że gdyby władza Nobunagi potrwała dłużej, mogłoby to zaowocować zwiększeniem potęgi Japonii w dłuższej perspektywie. Saburo Fujikawa wiedział, że Hibiki Sato nigdy nie daje za wygraną — w szeregi rewizjonistów wcielił nie tylko ludzi, którzy podzielali jego pragnienie stworzenia historii na nowo, ale miał też po swojej stronie cyfrowo wygenerowanych wojowników. Strażnicy historii nie zawsze mogli od razu rozpoznać czy rewizjoniści, z którymi walczą są ludźmi z krwi i kości czy jedynie projekcjami — symulowanymi bytami.

— Po co to wszystko, Sato-san? — wykrzyknął Saburo Fujikawa. — Dzisiaj Oda Nobunaga poniesie śmierć z własnej ręki, by władzę po nim przejął wkrótce Hideyoshi Toyotomi.

Tak mówi historia. Próbując ją zmienić, wprowadzasz tylko chaos.

— Nobunaga nie może jeszcze odejść — odparł przywódca rewizjonistów, pewny swoich racji. — Moi ludzie wyprowadzą go zaraz z tej płonącej świątyni, by mógł zrobić jeszcze wiele dla przyszłości naszego kraju.

W Fujikawie wzbierał gniew. Szalejący wokół ogień wywoływał w nim przykre wspomnienia. Ostatecznie to właśnie ten żywioł sprawił, że Saburo miał uszkodzone oko, które przykrywał opaską i poprzecinane bliznami dłonie. Hibiki był śmieszny z jego gadką o nowej, lepszej wersji historii i Saburo chciał czym prędzej zmusić jego i jego popleczników do odwrotu. Poplecznicy Hibikiego mieli na sobie zbroje i w walce posługiwali się mieczami, bo przenosząc się w przeszłość, nie chcieli wyróżniać się i używać bardziej współczesnych broni. Rewizjoniści mieli swoje pokrętne zasady, a może nawet i swoje racje, ale Saburo i tak myślał nieraz, że próby manipulacji historią, jakich się dopuszczali, były zbrodnicze.

Fujikawa zauważył kątem oka jak Hagino odciąga rewizjonistów od Nobunagi, by ci nie mogli wyprowadzić go z płonącej świątyni. Pozostali towarzysze też wyciągnęli już swoje miecze i Saburo odetchnął z ulgą, widząc, że nawet ulegający zwykle emocjom, Yamato stara się zachować zimną krew.

— Sato-san! — zakrzyknął Fujikawa. — Ja jestem twoim przeciwnikiem!

Hibiki Sato zaatakował równie gwałtownie jak zawsze — Fujikawa walczył z nim już nieraz i wiedział, jakie możliwości drzemią w przywódcy rewizjonistów.

— Może wiesz dużo o historii — Saburo zacisnął zęby, trafiony w ramię przez miecz Hibikiego. — Ale to nasza zwierzchniczka strzeże historii. Ty chciałbyś pogrywać z przeszłością według swoich chorych zasad.

— Od niedawna możliwe są podróże w czasie i przeprowadzanie zmian w historii. Chory jest ten, kto nie wykorzystuje tego dla polepszenia przyszłości kraju — syknął Sato i ponownie przeciął ramię Fujikawy, pogłębiając już i tak poważną ranę. Saburo był zły na siebie, że stracił czujność i pozwolił Hibikiemu, by ten zranił go już na samym początku walki. Szkarłat krwi, która płynęła z rany, był widoczny nawet z daleka, mimo że Saburo miał na sobie ciemne ubranie. Fujikawa stęknął cicho — rana ramienia spowalniała jego ruchy, więc chcąc nie chcąc musiał walczyć w bardziej powściągliwy i wyważony sposób, na co zwykle decydował się tylko w ostateczności. O wiele bardziej wolałby atakować z właściwą sobie nieposkromioną energią, by móc co chwila zaskakiwać przeciwnika. Jednak w tej sytuacji już samo to, że udawało mu się utrzymać miecz w dłoni było sukcesem.

Fujikawa z trudem odpierał ataki nieprzyjaciela — jego dominująca ręka była zbyt osłabiona, by mógł pozwolić sobie na jakąkolwiek swobodę ruchów. Saburo poprawił swoją posturę, ale jego ciało z każdą chwilą traciło na elastyczności i gibkości, w miarę jak ból ramienia promieniował do palców. Zły uśmiech nie schodził z twarzy lidera rewizjonistów — Sato rozkoszował się każdym momentem tego starcia, wiedząc, że Saburo wkrótce ugnie się pod naporem jego ciosów.

— Cholera, niedobrze. Nie wiem jak długo jeszcze dam radę blokować jego ciosy — pomyślał Fujikawa. — Muszę spróbować uderzyć.

— Saburo! — krzyknął Hisashi Toshiro, starając się dojrzeć kapitana zza szeregu rewizjonistów. Przeciwnicy właśnie zamierzali się na młodego Toshiro

— Skup się na wrogu — Kai przybył z odsieczą i w ostatniej chwili ocalił Hisashiego z opresji.

W innym wypadku Toshiro zostałby trafiony przez jednego z popleczników Sato. Styl, z jakim walczył Kai Kinoshita był elegancki, ale i bezwzględny. Hisashi zastygł na chwilę w bezruchu, podziwiając zapamiętałego w walce Kaia, który wyglądał jak piękny, krwawy motyl.

— Najczęściej walczyłem u boku Matsuyo — pomyślał Hisashi Toshiro. — Wiele się od niego nauczyłem. Nawet jeśli nie pamiętam prawie niczego sprzed czasu, gdy przybyłem do cytadeli, z jakiegoś powodu pamiętam ogień. Właśnie płomienie kojarzą mi się z moim dawnym życiem. Jakbym już gdzieś kiedyś to widział…

— Chęć do walki? Czy to aby nie chęci i entuzjazmu jeszcze niedawno chciałem nauczyć się od Saburo? — przemknęło Nakamurze przez głowę. — Szkoda tylko, że w tej walce nie ma zupełnie nic, co pozwoliłoby mi myśleć o niej z zapałem. Jest zupełnie inna niż wszystkie walki, które stoczyłem do tej pory… dużo trudniejsza… chyba nie powinno mnie tu być.

Hagino, nie tracąc na refleksję tyle czasu, co jego towarzysze, pokonał kilku wojowników, będących hologramami, po czym zmierzył się z tymi rzeczywistymi, o wiele potężniejszymi, z którymi Kai, Hisashi i Amano nie poradziliby sobie bez wsparcia Daikiego. Yamato nie był tak ciężko ranny jak pozostali — amulet od mistrzyni zdawał się faktycznie go chronić.

— Saburo! — zakrzyknął Yamato Honda, widząc jak kapitan zbiera wszystkie swoje siły, by zaatakować Hibikiego.

Hagino zauważył kątem oka, że Fujikawa, nie będąc w stanie dłużej odpierać ataków Sato, podjął ostateczne ryzyko — otworzył się na ciosy, byle tylko choć raz trafić Hibikiego. Jednak miecz Saburo ostatecznie otarł się tylko o lewy bok lidera rewizjonistów. Sato wykorzystał moment wzmożonej podatności Saburo i wbił mu ostrze w brzuch. Z chwilą, gdy stal dotarła do tkanek i przebiła istotne struktury jego ciała, Saburo poczuł jak ciepła ciecz o metalicznym posmaku podchodzi mu do gardła. Zaczął krztusić się krwią. Obezwładniający ból wstrząsnął całym ciałem mężczyzny i miecz niepostrzeżenie wysunął się z jego rąk. Fujikawa zdążył jeszcze tylko przyłożyć drżącą dłoń do rany na brzuchu, po czym z jękiem na pobladłych ustach osunął się na gorącą od ognia, świątynną posadzkę.

Daiki potrząsnął głową z niedowierzaniem, ale nie wykrzyczał imienia Saburo. Wystarczy, że pozostali wojownicy zaczęli raz za razem nawoływać rannego kapitana, zupełnie jakby ten mógł im odpowiedzieć. Hagino swój strach o życie kompana przekuł w wolę walki i mocniej ścisnął miecz w dłoni, by stawić czoła rewizjonistom i ich przywódcy. Daiki miał największy wkład w to, że rewizjoniści ostatecznie się wycofali. Hagino sam wbił miecz w lewy bok Hibikiego Sato, bo jeszcze chwilę temu widział jak to właśnie usiłował zrobić, leżący teraz bez ducha, Fujikawa. Twarz Daikiego zdawała się być maską, wyciosaną z kamienia.

Podczas gdy świątynię wciąż trawił ogień, oczy walczących o spójność historii spoczęły na Nobunadze dla pewności, że ten przejdzie za chwilę do osobnego pomieszczenia, by tam odebrać sobie życie. Tak się też stało — rewizjoniści nie zmienili przeznaczenia potężnego daimyo, który był jednym z najbardziej bezwzględnych przywódców swoich czasów. Wzrok Daikiego przesunął się powoli po każdym z towarzyszy — wszyscy poza nim samym i Yamato byli poważnie ranni. Jednak to rana, którą otrzymał Saburo, najbardziej martwiła Daikiego.

— Wracamy — rzucił krótko Hagino, wciąż z tym samym, nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

W pobliżu kapliczki za cytadelą już czekał na nich Yuri z zapasem opatrunków i lekarstw. Jirou i Kuri też tam byli, gotowi przenieść rannych do lecznicy. Yuri Toshiro pokręcił głową na widok Saburo, ale nic nie powiedział.

— Pomogłeś mi, pomożesz i jemu — Yamato zdawał się nie tracić nadziei.

— Gdyby to było takie proste — pomyślał Yuri, wzdychając ciężko.

Amano, Hisashi i Kai wsparli się na Yamato, Jirou i Yurim, którzy to pomogli im dojść do lecznicy. Z kolei Daiki i Kuri ostrożnie przenieśli nieprzytomnego Saburo. W lecznicy najstarsi spośród licznej rodziny Toshiro zajęli się opatrywaniem ran Amano, Hisashiego i Kaia. Wojownicy mieli wiele głębokich nacięć na rękach i nogach, a Amano Nakamura był dodatkowo ranny w bok, ale wszyscy oni byli przytomni i ich obrażenia, choć poważne, nie zagrażały życiu. Jednak Saburo walczył o każdy oddech i nawet jeśli Yuri nie powiedział tego głośno, wszyscy łatwo się domyślili, że Saburo Fujikawa był nawet w gorszym stanie niż Yamato Honda pół roku temu.

— Co z nim będzie? — Yamato zadał to pytanie odruchowo, ale Yuri wciąż unikał odpowiedzi.

Jirou Toshiro skończywszy bandażować bok Amano, zbliżył się do Saburo i położył mu dłoń na czole.

— Mamy mało czasu — stwierdził. — Niech ktoś pójdzie po panią.

Jirou był posępnym człowiekiem, rzadko opuszczającym swój urządzony w ciemnych kolorach pokój. Miał jednak niesamowitą intuicję i potrafił bezbłędnie ocenić energię życiową innych. Czyżby Saburo miał lada chwila umrzeć i to dlatego Jirou posłał po mistrzynię, by ta zdążyła się jeszcze pożegnać z Fujikawą?

Hagino, stłumiwszy w sobie emocje, ruszył do pokojów Soreny. Nie był pewien jak powiedzieć mistrzyni o tym, co się stało.

— Dlaczego to ty przyszedłeś zdać mi raport ze starcia? — zdziwiła się kobieta na widok Daikiego — Przecież kapitanem był Saburo.

Daiki umknął wzrokiem.

— Mam nadzieję, że tym razem nie będziecie próbować niczego przede mną ukryć. Pół roku temu Hotohori zataił przede mną to, co stało się Yamato. Ale i tak przyszłam do lecznicy i przekonałam się jak było naprawdę. Daiki, jeśli coś się stało, i tak się o tym dowiem.

— Właściwie jestem tu, by prosić panią, by poszła pani ze mną do lecznicy — powiedział Daiki, wypranym z emocji głosem.

Sorena, pełna najgorszych przeczuć, ruszyła za Hagino. Na widok rannych wojowników w sali, poczuła, że kręci się jej w głowie. Jej uwagę zwrócił zwłaszcza nieprzytomny Saburo, który miał przecięty brzuch.

— Saburo — szepnęła słabym głosem. — Czy można mu jeszcze pomóc?

— To krwotok wewnętrzny — usta Yuriego zacisnęły się w wąską linię. — Krew wypełnia jamę brzuszną, a nikt z nas nie potrafi operować. Gdyby na chwilę nałożyła pani na Saburo swoje moce, Jirou mógłby użyć swojej energii duchowej, by go wspomóc. To jedyna nadzieja.

— Dobrze — na twarzy Soreny odmalowała się determinacja. — Zrobię to.

Sorena położyła nieprzytomnemu Fujikawie ręce na ramionach i skupiła w sobie wszystkie swoje moce.

Cała historia tego wojownika stanęła jej przed oczami — Sorena dzięki swojej mocy mistrzyni znała historię wszystkich strażników przebywających w cytadeli. Nie byli oni zwykłymi ludźmi — niektórzy z nich, mimo młodego wyglądu, przeżyli wcześniej już setki lat. Ich dusze spały zaklęte w posągach i przedmiotach o historycznym znaczeniu, dopóki Sorena nie przywołała raz jeszcze tych wojowników z przeszłości. Niektórzy wojownicy pamiętali fakty ze swojego dawnego życia, inni nie. Najczęściej mieli raczej mętne pojęcie o tym w jaki sposób Sorena ich przebudziła. Zwierzchniczka chwyciła Fujikawę mocniej za ramiona, widząc, że łagodne światło otoczyło całą jego postać. Patrzyła na mężczyznę swoimi dużymi, niebieskozielonymi oczami, po czym zwróciła się do Jirou:

— Teraz możesz przekazać mu swoją duchową energię.

Jirou odmówił nad Saburo oczyszczające modlitwy. Po chwili energia Jirou pod postacią białej kuli światła przeniknęła do ciała rannego i zaleczyła przerwane tkanki i struktury.

— Nie krwawi już wewnątrz, więc powinno być dobrze — ocenił medyk, Yuri Toshiro.

Mistrzyni objęła Fujikawę wzrokiem — od czubka ciemnych włosów, poprzez szerokie ramiona, wąską talię, aż po długie, smukłe nogi. Klęcząc przy nim, potrząsnęła głową i jej podwójny warkocz rozplątał się nieco, zlewając się z ciemnym ubraniem, które miał na sobie Saburo. Najgorsze zdawało się minąć, ale kobieta wiedziała, że może upłynąć wiele czasu, zanim Saburo wróci do zdrowia. Daiki stał z rękami skrzyżowanymi na piersiach, jakby ta zamknięta postawa miała pomóc mu w niedopuszczeniu do siebie emocji.

Rozdział 4
Album

Sorena, Daiki i Kuri najdłużej ze wszystkich czuwali tego dnia nad Saburo, przyglądając się jak Yuri i Jirou starają się postawić Fujikawę na nogi. Daiki i Sorena dopytywali też pozostałych, rannych wojowników o to jak się czują — obolały Amano przyznał, że czuje się naprawdę marnie.

W lecznicy unosił się słodkawy zapach krwi i ziołowych opatrunków. Sorena nie mogła przestać zastanawiać się czy to właśnie jej działania doprowadziły wojowników do takiego stanu. Widok nieprzytomnego, walczącego o życie Saburo, był dla niej bardziej niż przykry.

— Może traktowałam ich przedmiotowo? — gorączkowe myśli nie opuszczały Soreny Lonning, która swoim skandynawskim korzeniom zawdzięczała skłonność do analizowania nawet tych kwestii, na które nie miała wpływu. Jednak w przeciwieństwie do jej upartego ojca, z pochodzenia Norwega, Sorena przynajmniej potrafiła przyznać się do swoich błędów.

— To moja wina? — pytała w myślach samą siebie. — Bo za bardzo skupiłam się na ich historiach i nie zwracałam uwagi na to jak czują się tu i teraz?

Kierując się do swoich pokojów, Sorena natknęła się na korytarzu na nikogo innego jak na Matsuyo Hamanakę — poprzedniego sekretarza cytadeli. Już chciała minąć go bez słowa, ale ten zapytał ją czy wszystko w porządku.

— Powiedz Matsuyo… — mruknęła Sorena bezsilnie — Czy to przeze mnie Saburo prawie zginął? Znowu nie poradziłam sobie jako strateg. Tak jak wtedy, gdy Yamato…

— …To nie pani wina — Matsuyo zawsze wchodził innym w słowo, ale tym razem Sorena nawet nie zauważyła, że przerwał jej w połowie zdania — Rewizjoniści rosną w siłę i coraz trudniej będzie nam powstrzymać ich ataki. Jestem przekonany, że Saburo został ranny przez własną nieuwagę i skłonność do ryzyka. To nie obrana przez panią strategia o tym zaważyła.

— Ale powinnam była wiedzieć, że Saburo jest ryzykantem i powierzyć rolę kapitana Daikiemu — - Sorena pokręciła głową. — Za mało znam tych wojowników jako ludzi i potem tylko biernie przeglądam się jak dają się ponieść emocjom, które przejmują nad nimi kontrolę. To prosta droga do porażki.

— Powinna pani spróbować lepiej nas poznać — powiedział Matsuyo z życzliwym uśmiechem. — Pani wiedza w temacie historii jest imponująca, ale by zarządzać cytadelą potrzebna jest nie tylko wiedza — należy włożyć w to sporą część siebie. Może już czas, by pokazała nam pani inne swoje twarze.

Słowa Hamanaki najpierw zdały się Sorenie trochę niejasne, ale zinterpretowała je po swojemu. Uznała, że Matsuyo zachęca ją po prostu, by bardziej się otworzyła i by była w pełni sobą. Ale Sorena nie chciała odsłaniać się ze swoimi słabościami. Była jedyną kobietą w cytadeli i by poradzić sobie w zdominowanym przez mężczyzn otoczeniu, uciekała się do flirtu i kokieteryjnych uśmiechów. Sorena odgrywała swobodę i pewność siebie z taką wprawą, że niemal naprawdę stały się one częścią jej osobowości. Uprzejma i łagodna, a kiedy trzeba stanowcza i dominująca — właśnie za taką chciała uchodzić w oczach mieszkańców cytadeli, by ci nie mogli pożreć jej jednym chłapnięciem. Uśmiechała się dużo, ale mimo wszystko pod uśmiechem często maskowała odczuwany stres i napięcie.

Sorena, idąc dalej korytarzem, natknęła się na wiszące na ścianach zdjęcia mieszkańców cytadeli. Jej uwagę zwróciła zwłaszcza wspólna fotografia Saburo i Daikiego. Fujikawa na zdjęciu uśmiechał się i poklepywał pochmurnego Hagino po ramieniu.

— Tak naprawdę nic o nich nie wiem — pomyślała Sorena Lonning. — Nie wiem, czego chcą od życia i jacy naprawdę są, więc nic dziwnego, że nie potrafię nimi właściwie pokierować.

Złote oczy Saburo i granatowe Daikiego patrzyły na nią ze zdjęcia, poruszając w kobiecie jakieś struny. Ci szczerzy mężczyźni, opiekunowie cytadeli, narażali się w jej imieniu, walcząc z rewizjonistami, a ona zadała sobie tak mało trudu, by czegoś się o nich dowiedzieć. Myślała o nich jedynie przez pryzmat ich historii i dopiero teraz zdała sobie z tego sprawę.

Sorena z ciężkim westchnieniem przeszła do swojego pokoju, gdzie wyciągnęła swój własny album ze zdjęciami. Z pierwszego zdjęcia w albumie uśmiechała się do niej szczerbata, ostrzyżona na krótko dziewczynka na tle norweskich fiordów. Trzymana z obu stron za ręce przez rodziców z mieszanego małżeństwa — Norwega i Japonkę, zdawała się cieszyć tą małą, rodzinną wycieczką. Na innym zdjęciu mała Sorena z czerwonymi od mrozu, odstającymi uszami, śmiała się w kuligu, ciągniętym przez renifery. W albumie było też wiele zdjęć z jej występów w różnego rodzaju przedstawieniach szkolnych i pozaszkolnych. No tak — chciała być aktorką i w dorosłym życiu naprawdę nią została, choć nie w znaczeniu, jakiego oczekiwała. Człowiek wchodząc w dorosłość uczy się odgrywania różnych ról, których często wcale nie chce.

Sorena przyjrzała się szesnastoletniej sobie na zdjęciu z wakacji w Japonii. Wtedy po raz pierwszy odwiedziła Kraj Kwitnącej Wiśni. Nie miała żadnego wspólnego zdjęcia z mamą z tamtego okresu, bo niecały rok wcześniej, Namiko Lonning zginęła w wypadku samochodowym. Pracujący w firmie ubezpieczeniowej Petter Lonning — ojciec Soreny stał się od tamtego czasu bardzo drażliwym, nadpobudliwym człowiekiem, który ciągle podnosił na córkę głos. Było to dla Soreny na tyle męczące, że sama postanowiła nigdy nie przeklinać, a wybuchowi ludzie, z wyjątkiem Hagino, automatycznie lądowali na jej czarnej liście. Nic nie frustrowało zwierzchniczki tak jak to, gdy ktoś na nią krzyczał — zamykała się wtedy w sobie i nie potrafiła się obronić. W gruncie rzeczy cieszyła się, że od czasu wyjazdu na studia, ograniczyła kontakt z ojcem. Matka — Japonka, która od dziecka mieszkała w Norwegii, śpiewaczka kabaretowa, uwielbiająca piec ciasta i grać na pianinie, zawsze była Sorenie bliższa niż niepanujący nad sobą, sfrustrowany pracą w firmie ojciec. Aby wypracować w sobie cierpliwość i nauczyć się ignorować pieklącego się ojca, Sorena jeszcze przed rozpoczęciem studiów zaczęła uczęszczać na grupowe zajęcia jogi.

Studia z kolei pomogły Sorenie w rozwinięciu innej, o wiele ważniejszej dla niej pasji, którą była historia, ale kobieta nie lubiła oglądać zdjęć z tego okresu swojego życia. Na studiach wciąż szukała własnej tożsamości — nosiła krótko ostrzyżone włosy i mocny makijaż. Jej poznany na pierwszym roku studiów narzeczony, Eichii podśmiewał się często z jej wyglądu. To głównie jego docinki sprawiły, że po studiach Sorena zerwała zupełnie ze swoim wizerunkiem buntowniczej kujonki, decydując się na dużo słodszy, kobiecy styl. Mimo że, Eichii Amamiya często złośliwie z niej żartował, Sorena czuła się z nim związana mocniej niż z kimkolwiek wcześniej i byłaby z nim do tej pory, gdyby nie to, co stało się potem. Jednak kobieta nie chciała teraz o tym myśleć. Zamknęła album ze zdjęciami zła na siebie za uleganie wspomnieniom.


*


Następnego dnia rano mistrzyni przyszła do lecznicy, ale nigdzie nie zauważyła Saburo. Opiekujący się pozostałymi wojownikami Jirou poinformował Sorenę, że Fujikawa krzyczał przez sen, więc Yuri musiał go przenieść do sali obok. Kobieta skierowała kilka życzliwych słów do rannych Amano, Kaia i Hisashiego, po czym przeszła do osobnego pomieszczenia, w którym Yuri i Jirou zajmowali się wciąż nieprzytomnym Saburo.

— Podobno krzyczał przez sen — zwróciła się Sorena do Yuriego, z nadzieją, że ten powie jej więcej na temat stanu zdrowia Fujikawy.

— Majaczył — mruknął Yuri Toshiro z rękami skrzyżowanymi na piersiach. — Ale myślę, że już niedługo odzyska przytomność.

— Albo i nie — burknął oparty o ścianę Hagino.

— Przyszedł tu z samego rana, nawet wcześniej ode mnie — pomyślała Sorena o Daikim. — Na pewno martwi się bardziej niż chce to przyznać.

— No dalej, Yuri — rzucił drwiąco Daiki — Powiedz mistrzyni, co nasz Saburo wyczyniał jeszcze przed chwilą.

— Nie — odparł Yuri chłodno. — Sam to powiedz, skoro już tak ci zależy.

Hagino spojrzał na Sorenę i napotkawszy jej zmartwiony wzrok, zawstydził się trochę swojej buty. Uznał, że lepiej nie mówić na razie mistrzyni o tym, co Fujikawa robił i mówił przez sen.

— Znowu coś ukrywacie? — kobieta starała się nadać swojemu głosowi stanowczy ton, ale poczucie winy sprawiało, że trudno jej było mówić z pozycji autorytetu. W takich momentach zapominała, że jest cenionym naukowcem, uznanym historykiem i stawała się na powrót małą dziewczynką. Ale nie tą beztroską, spacerującą po górach albo sunącą na sankach, tylko tą zaszczutą przez ojca, który jakby o tym pomyśleć, nawet wtedy, gdy matka jeszcze żyła, wyładowywał na Sorenie swoje frustracje.

— Zawsze chciałam być taka jak moja matka — pomyślała Sorena. — Pogodna i życzliwa, ale też mająca swoje zdanie. Ale czy ja wręcz nie udaję, że jestem Namiko? Może to dlatego, że tak mi jej brakuje.

Wspomnienia o matce sprawiły, że Sorena jeszcze bardziej uświadomiła sobie swoją bezradność. Aby zamaskować tę słabość swojego charakteru, wyprostowała się i rzuciła bardzo szorstkim, pełnym wyższości tonem: — Daiki, przyjdź wieczorem poinformować mnie o stanie Saburo. Mam nadzieję, że chociaż ty nie będziesz niczego przede mną ukrywał.

Odwróciła się na pięcie i wyszła z lecznicy, wyglądając na bardzo urażoną.

— Zwierzchniczka ma całkiem spore ego — ocenił Yuri chwilę po tym, gdy za Soreną zamknęły się drzwi.

— Zamknij się, co? Nic o niej nie wiesz — burknął Daiki.

— A ty niby wiesz? — wybuchnął Yuri.

— Mistrzyni nie mówi zbyt wiele o sobie — wtrącił Jirou. — Chyba za bardzo się przyzwyczailiśmy do tego, że zawsze tryska energią. Ale w tej sytuacji… trudno, żeby się śmiała, mam rację?

Hagino spochmurniał słysząc te słowa Jirou. Spojrzał na Fujikawę, leżącego bezwładnie na cienkim materacu i musiał przyznać Jirou rację.


*


Brak Kaia i Saburo w kuchni okazał się na tyle problematyczny, że mistrzyni trudno było znaleźć na ich miejsce kogoś, kto byłby w stanie ugotować obiad dla kilkudziesięciu osób, zamieszkujących cytadelę. Yamato i Hisashi ostatecznie poradzili sobie całkiem dobrze z tym zadaniem i przy wsparciu kilku z licznej gromady braci Toshiro stworzyli proste, ale smaczne dania.

Jednak, pogrążony w niewesołych myślach, Hagino, i tak prawie nie tknął jedzenia, a towarzystwo przy stole zmęczyło go bardzo szybko. Zaraz po obiedzie skierował się do lecznicy i oparł się o ścianę, z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakby sprawował wartę. Pochylony nad Saburo, Jirou, zignorował obecność Daikiego, ponieważ wiedział, że sekretarz nie przyszedł rozmawiać z nim ani z Amano. Jedyne, czego Hagino potrzebował to milczące przyzwolenie Yuriego i Jirou na jego obecność w lecznicy, a prawdę mówiąc, nie potrzebował nawet tego. Daiki, lustrując wzrokiem nieprzytomnego kompana, przypomniał sobie słowa, które jakiś czas temu skierował do Saburo: „Z takim podejściem do walki, nie będziesz mieć żadnych trudności, gdy już zwierzchniczka wyśle nas na misję.”

— Po cholerę mu to mówiłem? — pomyślał Daiki ze złością — Przez to Saburo stracił tylko czujność i pomyślał, że nic się nie stanie jak bardziej zaryzykuje. Ale sam walczę w podobny sposób, więc nie mogę go winić. Obaj lubimy ryzyko.

Hagino przypomniał sobie z jakim poświęceniem Fujikawa walczył z Sato Hibikim i jak w akcie desperacji, przejawiając przesadną nawet brawurę, otworzył się na jego ciosy, by raz jeszcze spróbować podejść wroga. Fujikawa wiedział doskonale, że działając w taki sposób niemal na pewno sam zostanie trafiony, ale miał nadzieję, że przedtem uda mu się jeszcze zranić Hibikiego. Saburo wprawdzie się przeliczył, ale Daikiego utwierdziło to tylko w przekonaniu, że Saburo wolał rzucić na szalę swoje życie, niż się poddać. Im bardziej Hagino o tym myślał, tym bardziej uświadamiał sobie, że Fujikawa działa w walce według tych samych zasad, co on.

Hagino uśmiechnął się przekornie.

— Coś siedzi w tym facecie — pomyślał — Chciałbym wiedzieć co.

Saburo, niesamowicie osłabiony, przewiązany bandażami, nie wyglądał jakby miał szybko stanąć na nogi. Gdy Daiki zajrzał do niego wcześniej nad ranem, Saburo rzucał się we śnie. Zerwał nawet swoją opaskę i zsunął z dłoni jedną z rękawiczek. Wykrzykiwał przy tym słowa, których raczej nie należało powtarzać nikomu, a zwłaszcza Sorenie. Ale mistrzyni zdawała się być na tyle dotknięta tym, że inni znów próbują coś przed nią ukryć, że Hagino nie chciał tak tego zostawić. Wieczorem Daiki Hagino skierował się do pokojów Soreny Lonning, mając w pamięci jej pełne goryczy słowa: „Mam nadzieję, że przynajmniej ty nie będziesz niczego przede mną ukrywał, Daiki.”

Sorena, ubrana jedynie w krótki satynowy szlafrok, powitała Daikiego z uśmiechem godnym najlepszej aktorki. Mistrzyni od początku była artystką, a cytadela teatrem, w którym grała, aczkolwiek mieszkańcy cytadeli nadal się tego nie domyślali, może z wyjątkiem Matsuyo.

— Nie spodziewałam się, że przyjdziesz. Nie jestem ubrana — zabawa w uwodzenie była dla Soreny tym prostsza, że pod niemal prześwitującym szlafrokiem wyraźnie rysowały się jej duże, kształtne piersi. Rozpuściła też włosy, o których wiedziała, że są gęste i błyszczące.

— Mogła się pani spodziewać, że nie zignoruję jej prośby i przyjdę tak jak pani sobie wcześniej zażyczyła — Hagino skłonił się uniżenie.

Sorena musiała przyznać, że podoba jej się lojalność Daikiego, a jeszcze bardziej lubiła w nim to, że choć potrafił być wybuchowy, nigdy nie był taki przy niej.

Częściowo grając, częściowo idąc za swymi autentycznymi emocjami, oparła głowę na ramieniu wojownika i uciekając się do kobiecych sztuczek, spytała słodkim, niemal dziecięcym głosem: 
— Ufasz mi, Daiki? Ja czasem nie mam do siebie zaufania. Za bardzo porównuję się z matką i na siłę staram się być taka jak ona. Ale jej już nie ma, wiesz? A na ojca nigdy nie mogłam liczyć. Daiki, opowiedzieć ci jak zostałam zwierzchniczką?

Daiki był zakłopotany, ale ponieważ Sorena w żadnym momencie nie przekroczyła pewnej dopuszczalnej granicy, mężczyzna szybko się uspokoił.

— To nic takiego — pomyślał. — Jest świadoma swoich atutów i się tym bawi. Ale trzeba przyznać: jest dominująca.

Sorena, chcąc znaleźć w Daikim powiernika, zaczęła opowiadać mu, w jaki sposób objęła urząd nad cytadelą:

— Gdy miałam pięć lat, po raz pierwszy miałam wizję czegoś, co wydarzyło się w przeszłości. Moi rodzice dziwili się, bo opowiadałam im o historycznych zdarzeniach, o których przecież nie miałam prawa wiedzieć, skoro nawet nie umiałam jeszcze czytać. Rodzice zachodzili w głowę, czemu wciąż paplam o jakichś walkach na miecze, albo o tym, że widziałam pana Okitę plującego krwią i pana Haradę, przecinającego sobie brzuch. Matka zaprowadziła mnie do profesora historii w mieście Stavanger, w którym wtedy mieszkaliśmy. Jak się okazało, ów profesor również miał dar widzenia minionych wydarzeń i po latach, gdy rewizjoniści zaczęli przeprowadzać ataki na historię Norwegii, został zwierzchnikiem w cytadeli w Oslo. Ja zostałam mistrzynią, bo gdy ten zaprzyjaźniony profesor dowiedział się, że przeprowadziłam się do Japonii, poinformował Światowy Rząd do Spraw Przeciwdziałania Zamachom na Historię o moim wyjątkowym darze. Niecały rok po skończeniu studiów objęłam urząd w tej cytadeli — zbiegło się to z czasem, w którym rewizjoniści z niezbyt oddalonej od naszych czasów przyszłości zaczęli przeprowadzać ataki na historię Japonii. Z tego, co wiem jestem jedyną osobą w Japonii z darem widzenia tego, co miało dawniej miejsce. Wprawdzie moja matka była Japonką, ale… tak naprawdę do tej pory nie wiem, skąd wzięła się u mnie zdolność widzenia historii i to historii konkretnie tego kraju. Zwłaszcza, że nie urodziłam się i nie wychowywałam w Japonii, tylko w Norwegii. Czasem wydaje mi się, jakbyście nie byli prawdziwi, bo wasze życie… różni się od życia innych ludzi.

— Ale też jesteśmy ludźmi — powiedział łagodnie Hagino.

Sorena, wciąż wtulona w jego ramię, uniosła na chwilę głowę, by spojrzeć mu w oczy. Wcześniej sądziła, że odegra tylko swoją rolę, pobawi się trochę w owijanie sobie mężczyzny wokół palca, ale ostatecznie zdziwiło ją, z ilu rzeczy zwierzyła się Daikiemu. Możliwe, że naprawdę mogła mieć w nim powiernika.

— Zejdźmy trochę z tego formalnego tonu — powiedziała. — Nie musisz nazywać mnie mistrzynią, gdy jesteśmy sami. A gdy Saburo dojdzie już do siebie… chciałabym, by i on mówił mi po imieniu.

— Chciałaby pani wiedzieć, co Saburo wykrzykiwał przez sen? — Daiki najwyraźniej wciąż był przekonany, że nie wypada mu zwracać się do niej po imieniu. Zdając sobie z tego sprawę, Sorena westchnęła cicho.

— To nie tak, że ci rozkazuję, byś mi o wszystkim powiedział — powiedziała po chwili.

Sorena zawstydziła się trochę, przypominając sobie swoją wcześniejszą reakcję w lecznicy, kiedy to w niedojrzały sposób dała wyraz swojemu wzburzeniu. Z zaróżowionymi policzkami, pełnymi kształtami i odsłoniętymi udami zwierzchniczka była w tym samym stopniu słodka, co drapieżna. Hagino nie poznał się jeszcze dość dobrze na jej gierkach, by wiedzieć kiedy Sorena udaje, a kiedy nie. Czy Hagino mógł ot tak powtórzyć Sorenie słowa, wykrzyczane we śnie przez Saburo, jeśli te słowa brzmiały: „Niech ją szlag… znowu się nami bawi. Boże, jak to parzy! Wszędzie… tylko… ogień… Tego chcesz? Chcesz widzieć jak się spalam?! No to patrz. Przyjrzyj się dobrze! Może czegoś cię to w końcu nauczy!”

Tym, co zwróciło wtedy szczególną uwagę Daikiego było to, że Saburo nie tylko rzucał się na posłaniu tak jakby obdzierano go właśnie ze skóry, ale też zdjął przepaskę na oko i rękawiczkę. Nikt poza mistrzynią nie wiedział zbyt wiele o przeszłości Saburo. To był pierwszy raz, gdy Daiki zobaczył blizny Saburo, które ten na co dzień tak skrzętnie ukrywał. Ten widok nie dawał Daikiemu spokoju.

— Coś nie tak? — Sorena pochyliła się nad nim łagodnie, dając mu do zrozumienia, że wciąż czeka na jego odpowiedź. Nawet jeśli kobieta zapewniała Hagino, że ten nie musi mówić jej o Fujikawie, wojownik wiedział, że gdyby zataił przed Soreną prawdę, zwyczajnie źle by się z tym czuł.

— Saburo… mówił o ogniu… że go wciąż parzy. Zdjął opaskę i rękawiczkę i krzyczał, by mistrzyni dobrze się przyjrzała. Zdawał się obwiniać panią za to, że jest poparzony. Zdaje się, że on… ma jakąś traumę, związaną z ogniem. Któregoś razu dość mocno poparzył się w kuchni i tylko tyle starczyło, by spowodować nagłą zmianę w jego zachowaniu. Nie chciał ściągnąć rękawiczek i upierał się, że wcale się mocno nie oparzył. Nie chciałem wcześniej o tym pani mówić, ale teraz… uznałem, że powinna pani znać cały kontekst. 
— Daiki, dziękuję za twoją szczerość, ale nie powiedziałeś mi niczego, o czym sama bym nie wiedziała. Nie dziwi mnie, że Saburo reaguje tak, a nie inaczej i że właśnie tak wyglądają jego koszmary. Lepiej bądź dla niego miły, gdy już się obudzi. I unikaj drażliwych tematów.

Daiki ukłonił się nisko i skierował do wyjścia, choć w dalszym ciągu miał więcej pytań niż odpowiedzi.

Gdy Hagino przyszedł następnego dnia do lecznicy, w przerwie między swoimi obowiązkami, przy Fujikawie byli właśnie Kuri i Taro. Hagino zorientował się, że on sam do tej pory tylko podpierał ścianę i że ani razu nie podszedł bliżej, leżącego na cienkim posłaniu Saburo. Chciał nie tylko usiąść przy Saburo, ale też… być może go dotknąć? Wiedział jednak, że nie zrobi tego w obecności Kuriego, Taro czy kogokolwiek innego, kto mógłby dopatrzeć się czegoś w takim geście. Ostatecznie Hagino podszedł bliżej, ale zamiast usiąść, stanął nad Fujikawą, krzyżując ręce na piersi.

— Wstawaj no, starczy już tego spania — burknął Hagino. Saburo poruszył się niespokojnie. Dopóki jego dłonie były ukryte pod skórzanymi rękawiczkami, wyglądały dobrze, ale teraz Daiki już wiedział, że w rzeczywistości były chropowate, wręcz wypukłe od blizn i nie miały nawet jednolitego koloru. Daiki potrząsnął lekko ramieniem Saburo, gdyż był to jedyny sposób, w jaki mógł go dotknąć przy innych i nie zostać posądzonym o tkliwość. Saburo wybudził się chwilę później. Od razu spróbował usiąść, czego szybko pożałował. Stękając z bólu, opadł z powrotem na posłanie.

— Leż spokojnie — poprosił Kuri — Pójdę po Yuriego i powiem mu, by dał ci coś, co uśmierzy ból.

W lecznicy w krótkim czasie zebrała się całkiem spora grupa osób. Niektórzy, jak Daiki, starali się rozluźnić atmosferę nie całkiem poważnymi uwagami, podczas gdy inni otwarcie cieszyli się, że Fujikawa zaczął dochodzić do siebie. Saburo czuł się przytłoczony nadmiarem bodźców, które napływały do niego z każdej strony i w pewnym momencie nie wiedział już na kogo ma w danej chwili patrzeć i kogo słuchać. Tymczasem, zawołany przez Kuriego Yuri, zmieniał Fujikawie opatrunki i podawał mu leki.

— Saburo powinien trochę odpocząć — stwierdził Yuri Toshiro. — Lepiej będzie jak zostanie z nim jedna, góra dwie osoby.

— Chciałbym omówić z Daikim sprawy organizacyjne, podpytać jak sobie radzi z nadzorowaniem wszystkiego — rzucił Saburo mimochodem.

Daiki zwiększył swoją czujność, zaintrygowany tym jak będzie przebiegać jego rozmowa z Saburo. Czy poruszą tylko służbowe tematy, nie wychodząc nawet przez moment poza swoje role sekretarza oraz zastępcy?

Yuri wyszedł, gdy tylko skończył zmieniać Saburo opatrunki. Pozostałe osoby również opuściły salę, zostawiając Saburo i Daikiego samych.

Rozdział 5
Gra pozorów

— Chcesz wiedzieć jak było? — zaczął Hagino nieco zjadliwym tonem. — Potoczyłeś się jak przecięty na pół, spłaszczony pomidor. Już byłem pewien, że schodzisz, ale mistrzyni złożyła cię jakoś do kupy. Koniec końców tylko sobie odpocząłeś.

— Trudno to nazwać odpoczynkiem, skoro męczyły mnie sny, których nie chciałem — Fujikawa wzruszył ramionami. — No i teraz wszyscy już wiedzą.

— O czym? — Hagino spiął się odruchowo.

— O tym, co zawsze próbuję ukryć. Na pewno, gdy byłem nieprzytomny, wyszły na jaw przynajmniej niektóre z moich słabości, jeżeli nie wszystkie. Ale to niczego nie zmienia. Gdy znowu przyjdzie mi walczyć, dam z siebie nawet więcej. Mam jeszcze parę asów w rękawie, Daiki-kun. Szybko się o tym przekonasz.

Saburo mówił dużo i szybko, z każdą chwilą bardziej się nakręcając.

— Czemu zawsze tyle gadasz? — westchnął Daiki. — To twój sposób na odreagowanie stresu?

— Czym niby miałbym się stresować? Jeśli już ktoś tu jest spięty, to ty — Saburo wydawał się dziwnie pobudzony i dość płytko oddychał. Hagino pomyślał najpierw, że to z powodu bólu, jaki musiała sprawiać mu rana, ale w następnej chwili Fujikawa ściągnął rękawiczkę ze swojej prawej dłoni i zacisnął palce na mocnej szczęce sekretarza.

— Już dawno chciałeś mnie lepiej poznać, mylę się? — w śmiechu Fujikawy zagrały niepokojące nuty — Ale nie zrobiłeś pierwszego kroku. Cóż, od tej pory możesz zacząć mnie poznawać… tak bardzo jak sobie tego zażyczysz.

Siedzący naprzeciwko trzymającego go za twarz Fujikawy, Hagino poczuł przebiegający mu po plecach dreszcz ekscytacji. Daiki wiedział jednak, że lepiej będzie, by Saburo za bardzo się nie forsował.

— Już się tak nie popisuj, bo bebechy ci się otworzą i tyle z tego będzie — burknął Daiki na wpół żartobliwie. Saburo zaśmiał się cicho, odrywając swoje długie, bliznowate palce od twarzy sekretarza.

— Może pomyślisz, że zwariowałem, ale nie mogę się już doczekać kolejnych starć z Hibikim — powiedział Saburo swobodnym tonem. — W walce, której stawką jest historia, nie ma miejsca na słabość. Jak się domyślam, zmusiłeś Sato do odwrotu. Mocno go dziabnąłeś?

— Dostał po lewym boku — Hagino wzruszył ramionami. — Rzecz jasna, minąłem serce, bo jak sam świetnie się orientujesz, Światowy Rząd nie godzi się na zabijanie rewizjonistów. Wolno nam tylko z nimi walczyć.

— Mnie wciąż zadziwia, że w przyszłości, w której żyje ten cały Sato, podróżowanie w czasie w celu zmieniania historii jest uznawane za słuszną ideę — wygadany Saburo bynajmniej nie zamierzał zachować swoich przemyśleń dla siebie. — Przecież to wcale nie jest jakoś bardzo oddalona od naszych czasów przyszłość — nieco ponad sto lat różnicy, a ludzie tam mają jakąś pieprzoną obsesję na punkcie manipulowania historią. I akurat nam przypadło w udziale udaremnianie ich bzdurnych pomysłów. A pomyśleć, że gdyby nie zwierzchniczka, nie bylibyśmy strażnikami w tej cytadeli i tego rodzaju rozterki byłyby nam zupełnie obce. Żadnych uczuć, żadnych wrażeń, wyniesionych z walki… Dziwnie jest o tym pomyśleć, prawda, Daiki-kun?

— Dla mnie to już nie jest dziwne — Daiki wzruszył ramionami. — Zazwyczaj się nad tym nie zastanawiam i po prostu robię to, co do mnie należy.

— To z jednej strony proste, a z drugiej trudne wykonywać rozkazy i ani przez moment ich nie kwestionować — zamyślił się Saburo. — Więc to takim wojownikiem chcesz być, Daiki…

— Przecież ty też skoczyłbyś za mistrzynią nawet w ogień — Hagino dopiero po chwili zdał sobie sprawę jak niefortunne okazały się jego słowa. Napiął się jak struna, spodziewając się, że Fujikawa lada moment wybuchnie gniewem. Jednak Saburo ograniczył się do krótkiego ostrzeżenia: — Lepiej ze mną nie pogrywaj.

Saburo zdawał się być bardziej zmęczony niż wściekły i Daiki uznał, że najlepiej będzie dać mu na dzisiaj spokój.

— Porozmawiamy jutro — mruknął Hagino, wychodząc z lecznicy.


*


Następnego dnia Hagino rzeczywiście odwiedził rannego kompana w lecznicy, ale mężczyznom nie udało się dłużej porozmawiać. Hagino miał tego dnia dużo obowiązków i nawet gdy już mu się udawało od nich oderwać, za każdym razem gdy Hagino zaglądał do lecznicy, Fujikawa był oblegany ze wszystkich stron przez coraz to nowych gości. Saburo Fujikawa żartował ze wszystkimi, którzy przychodzili spytać o jego zdrowie.

Poważniej porozmawiał jedynie ze zwierzchniczką cytadeli, która podziękowała mu, że dał z siebie tak wiele jako kapitan.

Popołudniu Sorena miała spotkanie Wewnątrzkrajowej Rady do Spraw Zapobiegania Zamachom na Historię. Spotkania te odbywały się raz w miesiącu w Tokijskiej Siedzibie Organizacji na Rzecz Ochrony Spójności Dziejów i Sorena traktowała je raczej w kategoriach przykrego obowiązku.

— Daiki, miej oko na wszystkich, dobrze? — zwróciła się do sekretarza cytadeli kobieta i ostatni raz przed wyjściem przyjrzała się sobie w lustrze, by upewnić się, że biała bluzka i ołówkowa spódnica dobrze na niej leżą. Sorena była niemal pewna, że na spotkaniu Rady nie dowie się niczego nowego. Gdy podjechała już na miejsce swoim ulubionym samochodem (miała cztery), odetchnęła głęboko, by dodać sobie śmiałości.

— Ćwiczyłam dzisiaj jogę, a nawet zamówiłam nowe rośliny do swojego pokoju. Zrobiłam wszystko, co mogłoby mnie odprężyć. Jestem świeża i rozluźniona i żadna Rada mi niestraszna — próbowała przekonać siebie w myślach.

Jednak gdy tylko Sorena zasiadła przy, ciągnącym się przez całą salę obrad, stole, członkowie Rady nagle wydali jej się jeszcze straszniejsi niż wtedy, gdy widziała ich ostatnim razem. W garsonkach i garniturach od drogich projektantów i (a jakże inaczej) z kijkami w tyłkach, wpatrywali się w wyświetlony na jednej ze ścian hologramowy rzut, przedstawiający w uproszczeniu różne okresy historyczne. Sorena podobnej technologii używała w swojej cytadeli — był to rządowy algorytm, służący do wykrywania kolejnych posunięć rewizjonistów. Dzięki temu oprogramowaniu można było z pewnym, zazwyczaj kilkuminutowym wyprzedzeniem określić, w jakim punkcie historii znajdzie się w danym momencie Hibiki ze swoją świtą.

Sorena wiedziała od Daikiego, że minie jeszcze trochę czasu zanim Hibiki Sato ponownie przeniesie się w czasie, bo w ostatniej walce porządnie mu się dostało. Przewodniczący Rady, Akira Kobayashi, odchrząknął i zaczął na głos odczytywać raporty z całego miesiąca, które wcześniej wysłała mu Sorena. W raportach czarno na białym stało jakich wojowników, gdzie i jak wiele razy Sorena wysyłała na misje — było to coś, z czego musiała rozliczać się z Radą.
Były również i inne statystyki, o których członkowie Rady zawsze z upodobaniem dyskutowali.

Sorena myślała już, że nic podczas tego spotkania jej nie zaskoczy, aż nagle jej uwagę zwróciły słowa przewodniczącego:

— Z raportów wynika, że strażnicy historii nie odpierają już ataków rewizjonistów z tą samą skutecznością jak na początku. Starcia stają się coraz trudniejsze i częstsze. Hibiki Sato rozwinął technologię, która pozwala mu wysłać w przeszłość nawet ośmiu rewizjonistów naraz i do dziesięciu wojowników, będących hologramami. On sam również jest wprawiony w walce. Pamiętajmy, że pani Lonning nie może wysłać ze swojej cytadeli więcej niż sześciu wojowników naraz — mała kapliczka do przenoszenia się w czasie to doprawdy niewiele w porównaniu z technologiami, którymi dysponuje Sato. Strażnicy historii będą odtąd musieli dużo bardziej ćwiczyć się w walce, jeżeli chcą wyrównać swoje szanse. A jeśli to nie wystarczy… Rada podejmie nadzwyczajne działania.

— Jakie kroki ma pan dokładnie na myśli, Kobayashi-san? — spytała Sorena płynną japońszczyzną. Umiała posługiwać się pięcioma językami: norweskim, szwedzkim, japońskim, angielskim i niemieckim.

— Cóż, jeśli strażnicy historii nie staną się w krótkim czasie wystarczająco silni, będzie pani musiała stworzyć więcej amuletów, zwiększających ich wytrzymałość. Odkąd rok i sześć miesięcy temu objęła pani urząd w cytadeli, stworzyła pani tylko jedno omamori, używając swoich mocy. Wykreowanie ich w większej liczbie może okazać się koniecznością, ale wtedy… nie chcę nawet myśleć jak może się to dla pani skończyć.

— Proszę mi powiedzieć — Sorena pytająco uniosła brwi — Nie wiedziałam, że tworzenie omamori pociąga za sobą jakieś skutki.

— Pociąga i owszem — odparł Akira Kobayashi zaskakująco twardym tonem. — Ale jeśli zadba pani o właściwy trening podopiecznych, nie będzie musiała pani zaprzątać sobie tym głowy. Tymczasem dzisiejsze spotkanie Rady uważam za zamknięte.

— Jak to zamknięte, do cholery? — pomyślała Sorena. — Gdy już faktycznie pojawia się jakaś istotna do omówienia kwestia, Rada chowa głowę w piasek. Chcę zapytać o moc tradycyjnych amuletów. I o to jak mogłabym lepiej zadbać o trening mieszkańców cytadeli.

Sorena podejrzewała już dużo wcześniej, że członkowie Rady nie mówią jej wszystkiego, a po dzisiejszym spotkaniu tylko się w tym upewniła. Po powrocie do cytadeli była rozdrażniona i nie powiedziała nawet jednego komplementu żadnemu ze swoich podopiecznych, choć w innych okolicznościach nie szczędziła im przecież miłych słów i pochwał. Daiki przyuważył ją, siedzącą na ławce pod drzewem sakury, ale do niej nie podszedł myśląc, że kobieta chce pobyć sama.

— Szkoda — westchnęła Sorena. — Nie domyślił się, że chcę z nim porozmawiać. Cóż, pewnie i tak przyjdzie wieczorem i powie mi czy coś zadziało się w cytadeli pod moją nieobecność.


*


Trzeba przyznać, że Daiki, w czasie gdy Sorena była na spotkaniu Rady, zdążył trochę sobie pokrzyczeć na mieszkańców cytadeli.

Najpierw zjechał z góry na dół Matsuyo i Taro za to, że ci przez cały dzień nie robili kompletnie nic poza żłopaniem herbaty i to jeszcze tej najdroższej, przeznaczonej na specjalne okazje. Potem Hagino wydarł się na grających w „Street Fightera” braci Toshiro.

W rzeczywistości był po prostu zły, że sam nie miał czasu z nimi zagrać. Złość Daikiego Hagino sięgnęła jednak zenitu, gdy okazało się, że ubrania, które starał się uprać, nadal ranny, ale powoli wracający do codziennych obowiązków, Nakamura, najzwyczajniej w świecie przebarwiły się i wytarły.

— To, że tobie nie przeszkadza noszenie tego, wymiętolonego z każdej możliwej strony, płaszcza, nie oznacza, że inni nie zauważą różnicy. Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, ile kosztowały te ubrania? — pieklił się Hagino.

Nakamura wyglądał tak jakby chciał zapaść się pod ziemię, ale jeśli Daiki miał być szczery, Amano sprawiał takie wrażenie zawsze, nawet wtedy, gdy nikt go nie musztrował.

Minął tydzień. Kai Kinoshita wrócił do pracy w kuchni, a Hisashi Toshiro do opieki nad końmi. Jedyną osobą, która nie odzyskała jeszcze pełni sił po ostatnim starciu z Hibikim był Saburo, ale przynajmniej opuścił w końcu lecznicę i odpoczywał w swoim pokoju. Daiki starał się być miły dla mówiącego dużo mniej niż zazwyczaj Saburo. Takie zamknięcie w sobie było do niego niepodobne i Daiki chciał poznać powód, dla którego Saburo tak się zachowywał. Jednak za każdym razem, gdy Hagino odwiedzał go w jego pokoju, Fujikawa był tylko bardziej milczący i wycofany. Minęły cztery dni, odkąd Fujikawa opuścił lecznicę, a w jego zachowaniu wciąż niewiele się zmieniało — nie wydawał się cieszyć na widok odwiedzającego go Hagino. Piątego dnia w Saburo w końcu coś pękło.

— Daj sobie spokój, dobra? — wybuchnął Fujikawa — Przestań mnie już nachodzić!

— Sam przecież wcześniej mówiłeś, że możemy się lepiej poznać — odparł Hagino defensywnym tonem — A teraz się wycofujesz?

— Nie byłem sobą. Zapomnij, co mówiłem — obojętność, z jaką Saburo to powiedział wstrząsnęła Daikim.

— Skąd u ciebie ta rezygnacja? — chciał wiedzieć Daiki — Przedtem nie widziałem, żebyś się tak zachowywał.

Saburo zawsze starał się przekonać siebie i innych, że nie brakuje mu energii i charyzmy, ale Daiki zdążył poznać jego słabości… widział jak Fujikawa rzuca się we śnie… widział też jego blizny… Fujikawa żałował, że Hagino to właśnie te rzeczy będą się odtąd z nim kojarzyć.

— Wtedy gdy dotknąłem jego twarzy, nie mając na dłoni rękawiczki, zdawało mi się, że Daiki chce tego samego, co ja — pomyślał Saburo — Ale ile prawdy o sobie będę mógł mu pokazać? Może będę musiał udawać?

Saburo od czasu ostatniego starcia każdej nocy śnił ten sam koszmar, w którym płonął żywcem i w którym zwierzchniczka patrzyła na niego wciąż w ten sam nieprzebłagany i hardy sposób. Światło ognia odbijało się w jej oczach, a od niej samej biła nienawistna wręcz satysfakcja.

— Aż się we mnie gotuje, by znowu zmierzyć się z Sato, ale… możliwe, że nie walczę już ze względu na mistrzynię a po to, by dać upust swoim emocjom. Moje sny pokazują dobitnie, że podświadomie oskarżam Sorenę. Może to tylko impuls, ale… łatwo jest mi ją obwiniać.

Zdezorientowany Hagino przyglądał się dłuższą chwilę zatopionemu w myślach Fujikawie i coraz bardziej niepokoiło go to, że ten wciąż nic nie mówi, jakby zdążył już zapomnieć o obecności sekretarza. W spojrzeniu Saburo był ogień, ale inny niż ten, który był przyczyną jego traum i frustracji. Daiki położył mu dłoń mu ramieniu:

— Saburo?

Wyrwany z transu Fujikawa, rzucił Hagino na wpół przytomne spojrzenie. Umysł Saburo zdawał się być zamglony, jakby mężczyzna zawędrował właśnie w najbardziej ukryte rejony świadomości, w które niebezpiecznie jest się zagłębiać. Jednak już po chwili nieposkładane myśli Fujikawy wygasły, a on poczuł się tak jakby nie było w nim nic. Sam nie mógł uwierzyć jak bardzo oddalił się od samego siebie. Zaśmiał się ochrypłym, czarnym śmiechem, w którym było niesprecyzowane bliżej napięcie, a potem popadł w słowotok:

— Myślisz, że jestem zrezygnowany? Ja bym tak tego nie nazwał. Wiesz, Daiki-kun… każdy czasem potrzebuje pobyć sam. To, że nie zawsze i wszędzie się rozgaduję, o niczym jeszcze nie świadczy. Fakt, nie powinienem mówić, żebyś przestał przychodzić — nie miałem tego na myśli. Myślałem trochę o tym całym Hibikim i chciałbym mu w końcu sprawić potężny łomot. Mówię serio, Daiki… nie myśl, że się poddałem. To nie byłoby w moim stylu. Jedyne, co jest w tym przykre to to, że mistrzyni niezbyt zna się na strategii. Żałuję, że nie mogę ci pomóc z nadzorowaniem cytadeli. Na pewno masz mnóstwo pracy — jak już stanę na nogi, odciążę cię trochę, żebyś mógł w końcu odsapnąć.

Hagino ani przez chwilę nie czuł się zirytowany paplaniną Fujikawy, wręcz przeciwnie — cieszył się, że ten, mimo odczuwanego napięcia, w końcu się uśmiecha, zwalczając wewnętrzne demony. Bo tego, że Fujikawa je miał, Hagino był bardziej niż pewien.

— Nakamura zniszczył dzisiaj w praniu sporą część twoich ciuchów. Co ja mam z tymi ludźmi… nawet sobie nie wyobrażasz. Więc dobrze wiedzieć, że palisz się i do walki i do zwykłych obowiązków. To na pewno pomoże utrzymać porządek w cytadeli — powiedział Hagino, dopiero po chwili orientując się, że wyrażenia „palić” być może byłoby lepiej unikać w rozmowie z Fujikawą. Z drugiej strony Hagino wiedział, że bezpośredniość jest tym, co zwykle zbliża ludzi. Poza tym Daiki nie chciał traktować Saburo ulgowo. Obaj byli wojownikami — nie chłopcami, którzy stroszyliby się na siebie z byle powodu.

Daiki uśmiechnął się i dotknął dłoni Saburo.

— Rozumiem, że wciąż chcesz, żebyśmy się lepiej poznali? — spytał Daiki.

Saburo wprawdzie się uśmiechał, ale nadal był spięty. Daiki nie był pewny czy Saburo wyczekuje jeszcze jakiegoś gestu z jego strony, więc poprzestał na przelotnym dotknięciu jego dłoni.

— Niedługo dojdziesz do siebie. I wtedy pewnie zagadasz mnie na śmierć jak to ty już potrafisz — zażartował Daiki i skierował się do wyjścia.

Tymczasem Sorena z użyciem rządowego algorytmu odkryła, że Hibiki Sato lada chwila przeniesie się w czasy Soujiego Okity, by spróbować odmienić los Shinsengumi. Na ułożenie strategii nie było praktycznie czasu — zdarzało się, że algorytm przewidywał ruchy Sato z większym wyprzedzeniem, ale zazwyczaj ograniczenia oprogramowania dawały Sorenie ledwie kilka minut na reakcję. Wiedziała, że tym razem nie może wysłać Saburo na misję, ale nic nie stało na przeszkodzie, by kapitanem został Daiki. Sorena wyznaczyła również Yamato, Hisashiego, Hotohoriego, Kuriego oraz Yuriego.

Hagino, który dopiero skończył rozmawiać z Fujikawą, myślał o swoim kompanie z życzliwością i żałował, że tym razem nie będą walczyć ramię w ramię. Stając w pobliżu kapliczki, służącej do przenoszenia się w czasie, Hagino objął wzrokiem swoich towarzyszy. Hotohori, w krótkiej spódnicy, z długimi, atramentowymi włosami miał wygląd szesnastolatka, ale jego tożsamość była w pełni ukształtowana. Zdecydowanie wyróżniał się swoim sposobem bycia na tle pozostałych wojowników, których tego dnia mistrzyni zdecydowała się wysłać na misję. Hotohori był bardziej dziewczęcy od Yamato, noszącego we włosach kwiatową spinkę, a także od Hisashiego, który malował paznokcie na krwistoczerwony kolor. Męskie i kobiece cechy łączyły się w każdym z tych wojowników, sprawiając, że ostatecznie byli właśnie tym, kim byli i Hagino w pełni to akceptował.

Kapliczka rozbłysła białym światłem i szóstka wojowników trafiła do gospody Ikedaya w Kioto. Roninowie, samurajowie pozbawieni pana, wykorzystywali tą gospodę jako swoją kryjówkę, z której planowali podpalenie miasta oraz porwanie utrzymującego porządek w Kioto Katamoriego Matsudairy. Policja Shinsengumi zamierzała właśnie zaaresztować jednego z roninów — Shuntaro Furutakę i przesłuchać go. Zgodnie z historią to od Furutaki zastępca dowódcy Shinsengumi — Hijikata Toshizo miał wydobyć informacje o prawdziwych zamiarach spotykających się w Ikedayi roninów. Przywódca rewizjonistów — Hibiki Sato postanowił interweniować — nie chciał dopuścić do tego, by Hijikata do wydobycia informacji od jednego z roninów uciekł się do zbyt brutalnych metod. Poza tym Hibiki chciał zapobiec zniszczeniu gospody. Hibiki Sato podszedł do Hijikaty i zaczął mu wmawiać, że to nie jest właściwy moment na to, by zmierzył się z roninami, a już na pewno nie używając do tego krwawych metod. Hagino wiedział, że historia się zmieni, jeśli Hibiki będzie dalej stosować tego rodzaju perswazję, dlatego doskoczył do lidera rewizjonistów i przystawił mu miecz do gardła.

— Nic tu po tobie, Sato-san. Historia musi potoczyć się swoim biegiem — oznajmił Daiki Hagino nieprzebłaganym tonem.

— Ten incydent ostatecznie opóźni całkowite zwycięstwo Shinsengumi o dwa lata — syknął Sato. — Tym razem można by uniknąć rozlewu krwi i zobaczyć jaki wpływ będzie to miało na dalsze losy Shinsengumi. Dlaczego miałbym nie chcieć tych zmian?

Tymczasem Yamato Honda zauważył Okitę, opartego o jedną ze ścian gospody i kaszlącego krwią.

— Okita-san! — bojąc się o swój niezaprzeczalny autorytet, Yamato zaczął biec w jego stronę. Hagino wiedział, że Yamato nigdy tak naprawdę nie pogodził się ze swoją przeszłością, a szczególnie ze śmiercią Okity, przy którego boku Honda trwał w czasach schyłku szogunatu w erze Tokugawa. Hagino musiał przyznać, że emocjonalna postawa Yamato już nieraz była zgubna, zarówno dla niego, jak i dla wojowników, z którymi Nakamura był posyłany na misje. Jednak kaszlący, zginający się w pół Okita był zbyt obolały, by zwrócić uwagę na Yamato, więc wyglądało na to, że impulsywny Honda nie zdąży tym razem zasiać większego zamętu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 32.76
drukowana A5
za 63.11
drukowana A5
Kolorowa
za 86.77