E-book
6.83
drukowana A5
24
Fotoplastykon

Bezpłatny fragment - Fotoplastykon

Opowiadania i refleksje


Objętość:
164 str.
ISBN:
978-83-8126-420-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 24

Gołębnik

Machając szmatą na długim kiju rozpędzała je powoli, pozwalając im szybować zrazu bezładnie, później — coraz bardzie regularnie. Zataczały koła — najpierw małe, potem coraz większe — wznosiły się, opadały, znowu wznosiły, żeby gdzieś się zapodziać w słońcu, a wkrótce potem wrócić.

Wracały do niej, już uładzone, uporządkowane i zajmowały odpowiednie przegródki. Znały swoje miejsca w tym jej gołębniku.

Ich fenomen polegał na tym, że były trochę dzikie (pewnie dlatego, że poświęcała im niewiele czasu), a jednak nie uciekały daleko. No więc były dzikie, wielokolorowe (w tych swoich gołębich kolorach), a to wspólne kołowanie sprawiało, że wydawały się (patrząc z dołu) raz — białe albo niebieskawe, innym razem perłowoszare, a jeszcze kiedy indziej skrzyły się ślicznie, za każdym razem innym (gołębim) kolorem. Czuła z nimi jedność, bo poruszały się według jakiegoś, im tylko znanego, klucza, a może także dlatego, że bywały często — podobnie jak ona sama — chore i smutne, a to, że próbowała je leczyć i zachęcać do lotu, jej także bardzo dodawało energii i pewności siebie.

Kiedy tak szybowały, a ona stała machając tą niegdyś białą szmatą na kiju — wyglądała, jakby sama chciała poddać się temu kołowaniu, wznoszeniu i opadaniu; i ogłosić swoje poddaństwo wobec bezkresu. Bo rzeczywiście — wtedy czuła, że jest zdrowa, silna i że naprawdę potrafi oddychać głęboko, pełną piersią.

Kiedy skończyła mycie podłóg, oczyściła szczotki, wypłukała szarawe ścierki, umyła wiadro i wystawiła cały sprzęt na balkon, na słońce, do wysuszenia.

Damy i panny służące

Melunia

(portret damy w ostrych kolorach; akwarela;
przewaga czerwieni i czerni)

— Melunia to wszystko robiła bez cebuli — powiedziała trochę ni w pięć, ni w dziewięć, ciotka Adela składając powoli sztućce na talerzu.

— A czosnku to po prostu nie znosiła! Toteż wcale się nie dziwię, że zawsze bardziej jej smakowały obiady u kogoś aniżeli własne — dorzuciła z przekąsem, a po chwili ciągnęła dalej:

— Ale, 0czywiście, gdy się u nas pojawiała, natychmiast usuwaliśmy z zupy i z drugiego najmniejsze ślady cebuli używanej do gotowania czy duszenia (!), że już nie wspomnę o czosnku. I to jej najzupełniej wystarczało! Tak jakby wcale nie chodziło o smak, a jedynie o wygląd tego co jadła. Więc może to stosowanie w kuchni cebuli niepotrzebne przed nią ukrywaliśmy? Albo może… gdyby wiedziała, że to robimy — nie odwiedzałaby nas tak chętnie w porze obiadowej… (Tu ciotka znów uśmiechnęła się trochę złośliwie)!

Melunia była niejako postacią historyczną i nikt z naszego pokolenia tak naprawdę dokładnie nie wiedział w jaki sposób była z nami skoligacona. Zresztą za naszej pamięci zawsze mówiono o niej w czasie przeszłym. Wiedzieliśmy tylko, że była jakąś dalszą kuzynką prababci, ale znacznie od niej młodszą.

Teraz, pod koniec tego naszego kameralnego, rodzinnego spotkania pojawiła się okazja, żeby dowiedzieć się o tej Meluni czegoś więcej. Ciotka Adela zawsze była skarbnicą rodzinnych anegdot i plotek, a… sam wątek z cebulą w roli głównej wcale nie przyczyniał się do poszerzenia naszej wiedzy o rodzinie.

Może powiedziałabyś nam coś więcej o tej Meluni, ciociu — poprosiliśmy, a ciotka, nie okazując entuzjazmu, łaskawie przystała jednak na tę propozycję.

— Wiecie, to była dość dziwna osoba… Pojawiała się czasem na różnych spotkaniach i przyjęciach rodzinnych, ale przeważne wychodziła z nich pierwsza albo jako jedna z pierwszych. Nie miałam nigdy okazji, żeby zamienić z nią więcej niż kilka słów i niewiele o niej wiedziałam… A w rodzinie, jak sięgam pamięcią, mówiło się wyłącznie o jej awersji do cebuli. Była na moim ślubie i weselu, ale właściwie poznałam ją lepiej kiedy już byłam mężatką. Ona przekroczyła wówczas pięćdziesiątkę, ale nadal miała ładną twarz i sylwetkę, była elegancka i widać było, że kiedyś musiała być bardzo piękna.

Nie widywałyśmy się zbyt często, więc nawet nie miałam okazji, żeby ją jakoś szczególnie polubić, ale na pewno bardzo jej współczułam… odkąd udało mi się wydusić z waszej prababki jakieś informacje o niej…

— Zdradzisz jakie?

— Skoro obiecałam…

No więc Melania, będąc panną na wydaniu, długo zwlekała z wyborem kandydata na męża. A trzeba wam wiedzieć, że — jak mówiła wasza prababka — była śliczna i miała huk adoratorów; jednak nikt jej się specjalnie nie podobał. Zniechęceni kawalerowie zaczęli stopniowo się usuwać i szukali życiowych partnerek gdzie indziej. W końcu zaniepokojeni rodzice Melanii zwrócili się (w tajemnicy przed córką, która nigdy by im tego nie wybaczyła) do miejscowej swatki. I rzeczywiście, to przyniosło efekt. Niedługo potem pojawił się nagle w ich domu kolejny kandydat do ręki Melanii. Przedstawiono go jej jako syna przyjaciela jakiegoś bardzo dalekiego krewnego.

Dziewczyna od początku była tym młodzieńcem oczarowana. Wysoki, przystojny, ciemnowłosy i niebieskooki, o lekko śniadej cerze z ledwo widocznym delikatnym rumieńcem na kościach policzkowych, pochodził z dobrego domu, był rozmowny, dowcipny, w lot odgadywał jej życzenia i intencje, i co ważne — umiał także rozmawiać z jej rodzicami. Jak się okazało był również zamożny, a w dodatku jego rodzina, która dopiero od niedawna mieszkała w naszym mieście, była zachwycona perspektywą jego ożenku z Melą, pomimo że dziewczyna wprawdzie uchodziła za piękność, ale wcale nie była posażną panną.

Tak więc wszystko wskazywało na to, że młodzi, jeśli się pobiorą, będą stanowili wyjątkowo piękne i szczęśliwe stadło. I rzeczywiście tak było… przynajmniej na początku…

Ślub odbył się w najpiękniejszym z trzech kościołów w mieście, w drugą wrześniową niedzielę, o godzinie trzeciej. Podobno był to prześliczny, ciepły i słoneczny dzień, i państwo młodzi mogli zaprezentować gościom w pełnym blasku swą urodę i elegancję.

Również przyjęcie weselne było — jak orzekły zgodnie wszystkie ciotki — niesłychanie wytworne.

Z późniejszych, znanych twojej prababce informacji wynikało tylko, że młodzi małżonkowie byli sobą zafascynowani, prowadzali się za rączki i że wszystko starali się robić wspólnie. Dawali, na przykład, urlop służącej, żeby móc nacieszyć się swoim towarzystwem, razem gotować i wymyślać nowe potrawy. Twoja prababka opowiedziała mi, jak to przyszła do nich kiedyś bez zapowiedzi wczesnym popołudniem i zastała ich oboje w kuchni, ubranych w fartuchy — Jan kroił właśnie cebulę do pomidorów, Mela smażyła coś na patelni. Nalegali, żeby została u nich na obiedzie, a ona dała im się namówić. Wyglądali na szczęśliwych i — jak się okazało — potrafili już spreparować niezłe jedzonko.

Wkrótce (to było w kilka miesięcy po ich ślubie) okazało się, że rodzice Jana wraz z córkami przenoszą się w inny rejon kraju, ponieważ zmarły niedawno bezpotomnie wuj czy też stryj Jana zostawił im w spadku ładny dworek. Znowu była więc okazja do uroczystości rodzinnej, tym razem pożegnalnej, i młodzi musieli obiecać, że za rok przyjadą do rodziców na wakacje.

Potem, kiedy wszyscy wokół oswoili się z tą idyllą Meli i Jana, młodzi małżonkowie przestali być ośrodkiem zainteresowania całej rodziny. Było to zupełnie zrozumiałe, bo w takiej dużej rodzinie jak nasza, stale się coś dzieje — a to święta, a to urodziny dziecka, a to czyjaś choroba, a to jakaś stypa… Zresztą i sami młodzi także ograniczyli swą aktywność towarzyską. Nie bywali już tak często na okolicznościowych spotkaniach rodzinnych. Zauważano oczywiście ich nieobecność i patrzono na siebie porozumiewawczo, a co bardziej dociekliwe ciotki próbowały dowiedzieć się, patrząc w kalendarz, czy Mela przypadkiem nie jest…

Twoja prababka na pewno wysondowałaby osobiście, co się dzieje, ale akurat gdy przyszły zimowe chłody i mocno się pochorowała, i jeszcze długo potem była słaba. Rzadko więc ruszała się teraz z domu, i robiła to przeważnie wtedy, kiedy naprawdę musiała. Opowiedziała mi jednak, że pewnego razu, a było to już chyba na Wielkanoc, zwróciła uwagę na fakt, że podczas wizyty u niej Mela była dość wyraźnie umalowana. To ją tylko utwierdziło w przekonaniu, że młoda kobieta maskuje w ten sposób swoje złe samopoczucie, powodowane być może… I być może jest to wczesne stadium, bo zmiany w sylwetce nie są jeszcze widoczne… Bo to, że sami małżonkowie nic nie mówili na ten temat — nikogo, kto znał Melę, nie dziwiło. Ona przecież nigdy nie była zbyt skłonna do zwierzeń.

Minęły kolejne dwa miesiące, zbliżały się imieniny ojca Meluni. Ale widocznie młodzi nadal byli sobą tak bardzo zajęci, że Mela nie mogła znaleźć czasu na to, żeby się odezwać do rodziców, zaproponować im jakąś pomoc przy organizowaniu przyjęcia (tak, jak to wcześniej robiła) albo żeby choćby tylko zapytać — co u nich słychać i kiedy najlepiej tacie złożyć życzenia.

Na imieniny Witolda przyszło dużo gości (i wasza prababcia także tam była), ale ani Mela, ani jej mąż nie pojawili się. Jedynie ich służąca przyniosła okazały bukiet kwiatów z bilecikiem podpisanym przez Melunię.

Ta dziewczyna okazała ogromną powściągliwość w udzielaniu wyjaśnień. Zdołała tylko powiedzieć, że właściwie to niewiele wie, bo ostatnio często odbierała zaległe wychodne (i także na dziś i jutro do południa ma wychodne i nie będzie jej w domu, bo zanocuje u swojej matki), ale chyba u Meli wszystko dobrze, tylko pan musiał wyjechał w interesach, a w drodze powrotnej miał jeszcze odwiedzić swoich rodziców…. Wyrzuciwszy to z siebie dziewczyna wybiegła.

Witold o mało nie dostał apopleksji! Kiedy nieco ochłonął, poczuł jak zapala mu się w głowie ostrzegawcze światełko. Prosił o pomoc najsilniejszego spośród obecnych mężczyzn kuzyna i wyszli obaj zostawiając imieninowych gości. Przedtem jednak uspokoił żonę, mówiąc, że idzie tylko sprawdzić, czy Mela jest na pewno zdrowa i czy czegoś jej nie trzeba. Po drodze wstąpili jeszcze po dozorcę.

Drzwi do mieszkania Meli i Jana pozostawały zamknięte, mimo że dzwonili i dobijali się dość długo. Witold czuł jednak, że córka jest w domu… Po kilkunastu minutach usłyszeli w mieszkaniu jakiś szmer. Wtedy zdecydowali się wyważyć drzwi. Udało im się to, ale wejście do środka nie od razu było możliwe, bo drzwi blokowało od wewnątrz ciężkie biurko (ściągnięte z gabinetu!), na którym ktoś ustawił solidne krzesła z jadalni.

Wspólnym wysiłkiem mężczyźni wszystko to przesunęli.

Mela siedziała w kucki przy kuchennym kredensie w nocnej koszuli poplamionej krwią i patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem. Była rozczochrana jakby właśnie wstała z łóżka.

Co tu się stało, na litość boską? — wyjąkał przerażony Witold, ogarniając wzrokiem tę dziwną scenerię z piramidą krzeseł na biurku. — Kto wszystko ustawił i po co?

To chyba ja sama… Nie wiem… Wydaje mi się, że Jan… chyba chciał mnie zabić — powiedziała niepewnie i rozpłakała się. Dopiero teraz całe napięcie zaczęło ustępować. Płakała coraz głośniej, coraz bardziej histerycznie. Łkając, próbowała opowiedzieć co się wydarzyło, ale w ogóle nie można było jej zrozumieć. Ojciec i dwaj pozostali panowie obeszli całe mieszkanie, jednak poza nimi nie było tam nikogo więcej.

Gdzie jest Jan? — wrzasnął Witold.

Nie wiem, może poszedł szukać tego swojego złotego zegarka, który wyrzuciłam mu przez okno. Dostał go przecież w prezencie od swojej ukochanej mamusi… — powiedziała zmęczonym głosem.

Zaprowadzona do łóżka niedługo potem oddychała już miarowo i zasnęła.

Wezwany nazajutrz lekarz stwierdził rzecz oczywistą — młoda kobieta poroniła i przeżyła silne załamanie emocjonalne, jest osłabiona i potrzebuje wypoczynku i spokoju. Doradził też co jeszcze — oprócz leku ‘wyciszającego’, który przepisał — należy jej podawać, żeby szybko się wzmocniła.

O tym, co się wtedy zdarzyło, Melania opowiedziała później swojej matce, która z kolei podzieliła się tymi wiadomościami z twoją prababką [jakoś wszyscy w tej rodzinie największe zaufanie mieli właśnie do prababki], a ta, w największym zaufaniu, powierzyła tę opowieść mnie.

Czy tak było naprawdę? — nie wiem. Na pewno w tym co usłyszałam — jest jakaś część prawdy i jakaś część nieokreślonych lęków obojga bohaterów tej opowieści. Jednak ojcu Meluni — całą tę historię i tak przedstawiono jeszcze bardziej oględnie.

A sama Melania opowiedziała to podobno mniej więcej tak:

Nasze małżeństwo zapowiadało się wspaniale. Jan naprawdę mnie kochał i skoczyłby dla mnie w ogień. Ja zresztą także zrobiłabym dla niego to samo. Chcieliśmy być stale obok siebie; wszystko robiliśmy wspólnie. Przynajmniej tak było na początku.

Od pewnego czasu, to znaczy od kilku miesięcy, Jan zaczął cierpieć na bezsenność. Snuł się po domu po nocach, robił sobie do picia herbatę albo kakao, a czasem nawet, wprawdzie rzadko, ale sięgał po wódkę. Namawiał mnie, żebym mu towarzyszyła, ale przeważnie robiłam to niechętnie. Mniej więcej w tym czasie zaginął mój pierścionek zaręczynowy, nieco później ten drugi, który dostałam od was, a jeszcze później ślubna obrączka. Potem zaczęły znikać jeszcze inne złote drobiazgi. Początkowo nie przywiązywałam do tego większej wagi, sądząc, że przez roztargnienie mogłam położyć pierścionki w jakimś nietypowym (dla mnie) miejscu, a przez to moje nocne czuwanie z Janem, w ciągu dnia po prostu zapominam ich porządnie poszukać. Wiesz przecież, że jestem śpiochem.

Poza tym uważałam, że przy większym sprzątaniu na pewno wszystko się znajdzie.

Ale się nie znalazło.

Potem, gdy takich zdarzeń było więcej — zaczęłam podejrzewać służącą, którą przecież znam od dziecka i zawsze miałam do niej zaufanie. Kiedy jej powiedziałam o tych swoich stratach — ona przysięgała mi, że tych rzeczy nigdy nawet nie dotknęła. Uwierzyłam jej, ale jednocześnie zaczęłam dopuszczać myśl, że może to Jan robi na mnie jakieś niezrozumiałe eksperymenty psychologiczne.

Jan coraz mniej regularnie chodził teraz do biura; sypiał źle i ta bezsenność go wykańczała. Mnie także nie było z tym łatwo.

Pewnego razu, pamiętam, obudziłam się w środku nocy i czułam jakiś ogromny niepokój. Bałam się otworzyć oczy. Kiedy przemogłam strach, zobaczyłam, że Jan siedzi obok łóżka trzymając w ręku świecę i patrzy na mnie z jakimś nieznanym mi dotychczas wyrazem twarzy. Zapytałam — dlaczego nie zapalił lampki nocnej, a on powiedział, że zapalił świecę, bo kiedy się obudził nie było światła, a potem już nie sprawdzał, czy nadal nie ma, bo patrzył na mnie i podziwiał, jak pięknie wyglądałam w blasku świecy…

Przyznam, że to wyciszyło mój niepokój.

Jednak sytuacja powtórzyła się; którejś nocy poczułam jakiś nietypowy, nazwałabym to „uważny”, dotyk jego dłoni na swojej szyi, i przez rzęsy (bo znowu nie miałam odwagi szerzej otworzyć oczu) zobaczyłam, że znowu siedzi przy mnie trzymając świecę w drugiej ręce. Przez moment pomyślałam, że może on tak często się zachowuje, tylko ja o tym nie wiem, bo śpię. Ale kiedy już popatrzyłam na niego zdziwiona, a on uśmiechnął się do mnie ciepło i serdecznie — mój lęk szybko się ulotnił. Natomiast znacznie bardziej zaniepokoiłam się kilka dni później, kiedy Jan nie poszedł do pracy, i prawie cały dzień zajęło mu ostrzenie (domową ostrzałką) wszystkich noży i nożyczek; a na moje uwagi, że przecież od takich rzeczy są lepsi niż on specjaliści — odpowiadał niezbyt uprzejmie.

Jednak następnego dnia zmobilizował siły, żeby iść do biura. W domu znów zapanował spokój, powrócił miły nastrój. Postanowiłam go jednak ukarać za to, że tak nieładnie bawił się ze mną i — dopóki nie zrozumie niewłaściwości swego postępowania — nic mu nie powiem o tym… o czym sama już wiem na pewno…

Kilka dni później, podczas jego nieobecności zajrzałam do biurka (pod wymyślonym szybko, na własny użytek, pretekstem, że potrzebny jest mi ołówek kopiowy) i przy okazji popatrzyłam na skarby Jana. Jakież było moje zdumienie i oburzenie, kiedy w starym, pamiątkowym futerale na okulary znalazłam swoją biżuterię! Moje przeczucia mnie nie jednak zawiodły! On coś na mnie testuje! — pomyślałam ze złością. Nie zabrałam tej biżuterii, ale skoro tak się ze mną bawi, postanowiłam, że z zemsty schowam (chociaż na pewien czas!) jego złoty zegarek kieszonkowy, który nosił od święta i który po prostu uwielbiał, bo to był prezent od kochanej mamusi na jego osiemnaste urodziny. Zegarek leżał na biurku w tej ślicznej hebanowej kasetce. Wyjęłam go stamtąd i ostrożnie owinęłam w moją koszulkę, a następnie schowałam pod poduszkami u wezgłowia łóżka. Myślę, że zadziałał wtedy mój szósty zmysł…

Jan nic nie zauważył ani tego dnia, ani później. Między nami stosunki były poprawne, ale ja jakoś mu nie dowierzałam… Może coś wyczuwał, bo nie był już taki serdeczny w stosunku do mnie…

Tej nocy w ogóle źle spałam, a kiedy w końcu się zdrzemnęłam czy może zupełnie zasnęłam — szybko obudziłam się. Nie wiem dlaczego, ale nigdy wcześniej nie czułam aż takiego przerażenia jak wtedy. Czułam, że jakaś zmora przygniata mi serce. Otworzyłam oczy i szybo zamknęłam je powtórnie. Jan pochylał się nade mną z jakimś dziwnie skupionym wyrazem twarzy. Świeca stała na stoliku, a on trzymał w ręku nóż. Ten duży, którym zwykle kroił jarzyny, kiedy bawiliśmy się w kucharzy!

Zmartwiałam, ale jednocześnie instynkt podpowiadał mi, że teraz właśnie muszę koniecznie coś zrobić. Zmusiłam się, żeby przemóc strach i zaczęłam do niego mówić, mówić, mówić: „Janku, chyba nie będziemy teraz nic gotować, jest tuż za późno. Poza tym chyba nadal nie ma światła, więc lepiej…”.

Przerwał mi na chwilę, mówiąc, że obudził się jakiś głodny i szedł właśnie ukroić sobie plasterek szynki… Ale i tak wiedziałam, że kłamie, i mówiłam dalej:

„Wieczorem, zanim wróciłeś z biura też przez pewien czas nie było światła, i dlatego nie mogłam znaleźć tego twojego złotego zegarka. Bo muszę ci się przyznać, że go dziś sobie od ciebie pożyczyłam. Samowolnie. Czy mi wybaczysz? Chyba musiałam zgubić ten zegarek tutaj na parterze przy schodach albo może na schodach, albo tuż przed wejściem do budynku. Spadł mi gdzieś, kiedy wracałam od rodziców. Szukałam, ale było tak ciemno… Ale myślę, że stróżka pewne jeszcze nie zamknęła bramy, bo dziś w nocy mieli wrócić z wojaży państwo Niemireccy z drugiego piętra. Więc weźmy może świece i chodźmy razem szukać tego zegarka…”.

Jan spojrzał jakby się właśnie obudził z głębokiego snu. Popatrzył na mnie, na nóż, i pobiegł ze świecą do biurka. Sprawdziwszy, że nie ma tam zegarka wrzasnął, jakby ktoś wyrządził mu ogromną krzywdę, rzucił się do drzwi.

— Chyba nie pójdziesz ze mną taka goła –zawołał jeszcze w moim kierunku i z tą świecą, i z tym nieszczęsnym nożem wybiegł z domu. A ja pobiegłam do drzwi, żeby je zamknąć na wszystkie cztery zamki i na łańcuch, a potem, jak szalona zaczęłam barykadować drzwi. Nie mam pojęcia skąd znalazłam w sobie tyle siły, żeby przesunąć do drzwi to biurko i ustawić na nim krzesła… Zobaczyłam, że światło oczywiście już działa! Wtedy staranniej zawinęłam ten jego zegarek w swoją koszulę nocną i wyrzuciłam zawiniątko przez okno. Nie chciałam, żeby zegarek się rozleciał na części… Potem usłyszałam tylko straszny, przeciągły krzyk Jana. Nigdy wcześniej takiego krzyku nie słyszałam. Może znalazł… Zrozumiałam wtedy, że to już koniec. Że więcej go nie zobaczę…


— I naprawdę wtedy widziała go po raz ostatni. A w każdym razie tak twierdziła…

I tak to biedna Melunia została sama — ni to wdowa, ni rozwódka, ni mężatka. Zresztą dla niej samej nie miało to żadnego znaczenia, bo nabawiła się takiego wstrętu do mężczyzn, czy może strachu przed nimi, że później, gdy tylko który powiedział jej jakiś komplement albo okazał więcej przyjaznego zainteresowania, natychmiast zrywała z nim znajomość — zakończyła ciotka Adela. Ale po chwili odezwała się znowu:

— Powinnam jednak coś dopowiedzieć do tej historii. Wprawdzie jej bohaterowie dawno nie żyją, ale skoro już tyle wiecie…

Otóż rodzice Meluni, po przeanalizowaniu całej historii małżeństwa córki zażądali spotkania ze swatką. Ta wzbraniała się jak tylko mogła, ale zagrozili, że załatwią to przez policję i przerażona kobiecina w końcu do nich przyszła.

Zalana lawiną pytań i dyscyplinowana groźnym spojrzeniem Witolda przyznała, że o rodzinie Jana właściwie nigdy za wiele nie wiedziała, „bo oni sprowadzili się do miasta zaledwie miesiąc wcześniej niż się nimi zainteresowałam”. To znaczy wiedziała o nich tyle, ile sami zechcieli jej powiedzieć, no i to, co zdążyli zauważyć sąsiedzi. Ale pewne było, że są to ludzie dobrze wychowani, majętni… Przypomina sobie wprawdzie, że ktoś złośliwy [ale tacy nieżyczliwi często się przecież u nas zdarzają!] szepnął jej kiedyś coś niezbyt pochlebnego o Janie (chyba to, że bywa czasem jakiś niezrównoważony), ale ona sprawdziła to osobiście i nic podobnego nie stwierdziła. Wręcz przeciwnie. Jan był czarujący i bardzo opanowany! Jedynie troszkę ją zdziwiło, że rodzice tego wspaniałego mężczyzny z tak wielkim zadowoleniem przyjęli jej propozycję dyskretnego swatania go Melunią (bo przecież — nic nie ujmując Meluni — aż tak doskonałą partią dla niego nie była). Jednak ona, jako swatka, poczytywała to za sukces własnej dyplomacji; wszyscy przecież wokół wiedzą, że ma wyjątkowo szczęśliwą rękę do kojarzenia par… No… a sama Melunia jest przecież taka śliczna, że nawet książę z bajki straciłby dla niej głowę.

Wielka szkoda, że rodzina Jana tak szybko wyprowadziła się z naszego miasta… Gdyby tu byli, na pewno wszystko potoczyłoby się inaczej… On był tak bardzo przywiązany do rodziców… Szczególnie do matki….


— Tak więc moi kochani, wiecie już kim była Melunia. Zatem, proszę, potraktujcie tę jej historię edukacyjnie. Wypływają z niej bowiem ważne wskazówki. Pierwsza — że zasłyszane informacje, zanim uwierzy się w ich prawdziwość, trzeba dobrze sprawdzać; druga — że nie należy pochopnie wiązać się z ludźmi, o których zbyt mało się wie, no i trzecia — że jeżeli już z kimś się zwiążemy starajmy się go zrozumieć i miejmy jednak do niego trochę zaufania…

— Mówię tak, bo później zastanawiałam się nieraz nad tym, co w tej historii jest prawdą, a co histeryczną konfabulacją; co się właściwie stało z Janem, no i kto tak naprawdę w tym związku został bardziej skrzywdzony. Nie ulega jednak wątpliwości, że w stosunki wzajemne tych dwojga wkradła się podejrzliwość i jakieś szaleństwo.

Ciotka zamilkła, a my tym momencie wymieniliśmy znaczące spojrzenia.

— Wiesz, co zauważyłam, ciociu? — powiedziała po dłuższej chwili moja kuzynka — zauważyłam, że to twoje powiedzenie „A Melunia wszystko robiła bez cebuli” stało się jakby zachętą (!?) do przekazania dalej rodzinnej anegdoty. A może nie tylko tej, ale i każdej, której opowiedzenie wymagałoby specjalnego przyzwolenia? Może inaczej nie opowiedziałabyś nam tego? Czy mam rację?

— A dlaczego tak uważasz? — wyprzedziłam odpowiedź ciotki Adeli.

— A dlatego, że i u nas w rodzinie od zawsze istniały pewne słowa czy wyrażenia ‘klucze’. Nie mów tylko, że nie pamiętasz! Na przykład, kiedy ktoś zaczynał gadać w naszym towarzystwie zupełnie bez sensu, wcale nie na temat tego, o czym się akurat mówiło, albo też wygłaszał kwestie, z którymi głęboko nie zgadzaliśmy się — zazwyczaj ktoś z nas rzucał w przestrzeń zdanie: „danio goni kardynałka” (a jeżeli kogoś z obecnych to zainteresowało i spytał o znaczenie tego przekazu — bohatersko brnęliśmy w opowieść o naszym akwarium!).

— Rzeczywiście tak było! A pamiętasz, jak na poprawę humoru przesyłaliśmy sobie ucałowania „w zbyszek”?

— Słucham, słucham? — ożywiła się ciotka.

— To powiedzenie zrodziło się już dawno; wtedy, gdy nasz kochany wujek przysłał nam z uzdrowiska widokówkę z pozdrowieniami. Opisał (maczkiem), swój tryb życia tamże oraz postępy w leczeniu uzdrowiskowym. Na podpisanie się na karcie ledwo starczyło mu miejsca, więc skrócił zapis do „Całuję, w. Zbyszek” (przy czym tę kropkę po „w” można było dostrzec z pewnym wysiłkiem (a w każdym razie ja ją widziałam wyłącznie przez okulary mego ojca!).

— No to teraz muszę przyznać, że w wypadku opowieści o Meluni — macie rację! W stu procentach! Szczerze mówiąc, nie mogłam się doczekać, kiedy zapytacie o nią bardziej szczegółowo. Sama bałam się wywołać ten temat, bo stale wydawałyście mi się na to zbyt młode… I powiem jeszcze, że teraz rzeczywiście powiedzenie „a Melunia wszystko robiła bez cebuli”, stało się w naszej rodzinie hasłem wywoławczym do rozpoczęcia rozmowy o jakimś przykrym czy drastycznym wydarzeniu…


Ciekawe skąd właściwie się wzięła ta awersja Meluni do cebuli? Jaki to może mieć związek z tym jej nieszczęsnym małżeństwem? — zastanawiałyśmy się z kuzynką, siedząc przy herbacie, już po wyjściu ciotki Adeli.

Myślałam o tym jeszcze późnym wieczorem, nie mogąc zasnąć. I doszłam wówczas do wniosku, że taki związek musi istnieć, bo przecież ani wcześniej, ani wtedy, kiedy Jan i Mela tak lubili wspólnie coś pitrasić — nie nikt nie słyszał o tej jej fobii… Być może, po ich dramatycznym rozstaniu Melania podświadomie uznała, że i z najlepszych wspomnień trzeba coś poświęcić „na ołtarzu cierpienia”, no i przezornie wybrała to, co najmniej lubiła… Cebula, która mimowolnie skłania nas do płaczu, stała się symbolem jej życiowych rozczarowań i jakimś zastępczym przedmiotem niechęci…

Chyba nieźle to wymyśliłam, prawda?

Celinka

(portret pokojówki; plakatówka; połączenie kolorów: beżu, żółtego i niebieskawej szarości

Celinka była ładną dziewczynką o jasnych włosach i niebieskich oczach. Ot, spokojna, grzeczna córeczka, z którą — spośród wszystkich czworga dzieci matka wiązała największe nadzieje.

Jednak, mimo że Celinka sprawiała wrażenie inteligentnej i rezolutnej, w szkole jakoś marnie dawała sobie radę. Nie zdarzyło jej się wprawdzie zostać na drugi rok w tej samej klasie, ale matka spodziewała się po niej znacznie więcej. Rzecz chyba była w tym, że Celinka była zbyt nieśmiała, by chcieć czy też umieć wyraźnie zaistnieć w dużej grupie. Za to w domu była bardzo aktywna, pomagała chętnie; właściwie wprost rwała się do pomocy i starała się wykonać wszystko najlepiej, jak potrafiła. A że charakter miała dobry, nigdy nie sprawiała kłopotów wychowawczych — matka, może zbyt pochopnie porzuciła większe ambicje i postanowiła, że kiedyś przynajmniej dobrze wyda ją za mąż. Jednak w tym swoim czekaniu na dorosłość Celinki, nie mogła przecież wszystkiego przewidzieć ani osobiście dopilnować. Pewnej zimy zapadła na zapalenie płuc, z którym walczyła bezskutecznie przez dwa miesiące. Celinka kończyła wówczas podstawówkę, i mimo szoku, jakim była dla niej śmierć matki — szkołę ukończyła.

Celinka, tak zupełne prywatnie uważała, że matka umarła przede wszystkim ze zgryzoty, bo ojciec miał ciągoty alkoholowe, a nieznośni synowie (starsi bracia Celinki) wcześnie zaczęli chodzić własnym drogami i coś ich nieprzeparcie ciągnęło do miejscowych mętów. Mimo to dziewczyna miała jednak skryty żal do matki, że tak po prostu odeszła, nie zdążywszy przedtem z nią poważnie porozmawiać o życiu i tak w ogóle o wszystkim.

Bo teraz, po jej śmierci, rodzina, którą matka trzymała żelazną ręką, z wolna zaczęła podupadać. Ojciec topił smutki w coraz większej ilości alkoholu, bracia przestali się uczyć i bywali w domu coraz rzadziej, aż w końcu dwóch z nich zupełnie się wyprowadziło, nie podając adresu, a trzeci coraz częściej nie wracał na noc.

Wkrótce Celinka zauważyła z przykrością, że ojciec, kiedy sobie wypije, zaczyna ją uważnie obserwować i zadaje dziwne pytania — czy już dorosła. Rozumiała, że chodzi o to, że skończyła szkolę, a nic nie robi dalej, chociaż powinna. Wiedziała też dobrze, że nie ma szans to, by dostać się do gimnazjum państwowego, a do szkoły prywatnej ojciec jej nie pośle, bo go na to nie stać.

Starała się patrzeć na wszystko realnie, więc po dłuższym namyśle udała się do pobliskiej cukierni i zapytała, czy nie potrzebują kogoś do pomocy. I tu szczęście się do niej uśmiechnęło, bowiem dowiedziała się, że właśnie — po kłótni z szefową — odeszła stamtąd dotychczasowa sprzedawczyni. Przyjęto więc Celinkę na razie na próbę, ale na razie nie jako sprzedawczynię, ale jako pomoc do wszystkiego. Rano miała sprawdzać, czy wszystko jest na miejscu, czy szklana gablotka, półki, lada i podłogi lśnią czystością (a gdyby tak nie było — miała sprawić by lśniły), miała przynosić tace z ciastkami, a przed zamknięciem sprzątać pomieszczenia sklepowe. Tymczasowo sprzedażą zajęła się sama szefowa.

Celina była bardzo z nowej pracy zadowolona i postanowiła starać się pracować jak najlepiej, żeby jak najszybciej pozwolono jej stanąć za ladą.

Ojciec, który ostatnio w żadnej pracy długo miejsca nie zagrzał, z zadowoleniem przyjął jej pomysł zatrudnienia się w cukierni. ‘Jednak cukiernia to coś lepszego niż praca w fabryce’, myślał.

Po tym jej pójściu do pracy nastroje domowników poprawiły się. Jednak Celinka czuła się teraz jakoś niezręcznie przebywając sam na sam z nietrzeźwym przeważnie ojcem. Szczególnie głupio jej było, kiedy zaglądał do niej, kiedy kładła się już spać, poprawiał jej kołdrę, sprawdzał, czy dobrze się przykryła. Poza tym był w stosunku do niej bardzo niesprawiedliwy. Nakazał jej bezwzględnie wracać wieczorem do domu nie późnej niż o dziewiątej.

Budziło to jej sprzeciw. Uważała, że skoro tak chciał, żeby była dorosła, powinien ją traktować jak osobę dorosłą. Bo kiedy właściwie miałaby się spotykać z koleżankami, skoro kończyła pracę o szóstej, a po powrocie do domu nierzadko musiała jeszcze coś ugotować? Ale tak naprawdę nie chodziło jej tylko o koleżanki. Ostatnio częstym gościem w „jej cukierni” był Jędrek, chłopak, który mieszkał w pobliżu. Wpadał jak bomba, gadał jakieś głupstwa, kupował góra dwa ciastka, ale jakiż był przy tym miły! Toteż kiedy pewnego razu zaproponował jej spotkanie o ósmej wieczorem, chętnie się zgodziła. Tego dnia pobiegła po pracy prosto do domu, żeby coś zjeść, odświeżyć się i przebrać. Właśnie miała wychodzić, kiedy wszedł ojciec. Popatrzył na nią krytycznie i syknął: „O dziewiątej — w domu!” Poczuła przypływ pewności siebie i rzuciła beztroskie „Niekoniecznie”.

Randka się udała. Jędrek był opiekuńczy, pocałował ją na powitanie w policzek, na pożegnanie w usta. Wydawało jej się, że czuje od niego lekki zapach alkoholu i nawet zapytała, co pił. „Trochę piwa wypiłem z ojcem do obiadu”, odpowiedział.

Do domu wróciła przed dziesiątą. Ojciec czekał, usłyszał widocznie jej kroki na schodach, bo otworzył drzwi wejściowe, zanim wyjęła z torebki klucze, wycedził: „Mówiłem, że masz być najpóźniej o dziewiątej”, i uderzył ją w twarz. Siłą powstrzymała łzy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 24