E-book
13.65
drukowana A5
59.63
Fotografia Pokoju

Bezpłatny fragment - Fotografia Pokoju


Objętość:
353 str.
ISBN:
978-83-8155-358-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 59.63

Jesienią, dziewięćdziesiątego dziewiątego, Robert często przyłapywał się na dwóch rzeczach: tępym rozpamiętywaniu minionych wakacji, stanowiących nieuniknioną kulminację ciągu pewnych zdarzeń -, oraz gorączkowej próbie wręcz chirurgicznego wyrugowania ich z pamięci. Jedna niestrudzenie determinowała drugą, co stanowiło swoiste circulus vitiosus samoudręczenia, cofającego go nieubłaganie do początków lipca, kiedy to postanowił wziąć rozbrat z dotychczasowością ostatnich lat przyjeżdżając do pięknego górzystego Rodańska — trochę wypocząć i oderwać się w końcu od tego wszystkiego, a przede wszystkim jednak chyba po to, aby przeczekać kulminację burzy, którą (jak wówczas jeszcze tylko przypuszczał, a teraz to już wiedział) wywołał swoim nagłym zniknięciem.


Był początek lipca i znajdował się już za ostatnimi peryferyjnymi zabudowaniami Rodańska zdążając do miejsca będącego finalnym punktem jego ucieczki. Otaczała go bajeczna panorama kopulastych, gęsto zalesionych wzniesień. Robert nie mógł się już dłużej oszukiwać, że nic z tego nie wyjdzie. Zostawiając za sobą cały ten jazgot szerokich ulic — przy akompaniamencie, którego dorastał do swej obecnej dwudziestopięcioletniej postaci — i wjeżdżając w tę leśną krainę, odniósł dziwnie silne wrażenie, że gdzieś po drodze umarł i właśnie rodzi się na nowo zostawiwszy za sobą wylinkę starego ciała. Wiedział, że jeżeli rodzice oraz Paulina będą go kryć, spokojnie będzie mógł przeczekać tutaj te dwa problematyczne miesiące dzielące go od wyswobodzenia. Nie pozostawało mu już w obecnej sytuacji nic innego, jak tylko dojechać tą meandryczną niewiele szerszą od jego mini morrisa coopera clubvana polną asfaltówką do posesji wujka jego mamy (kulturalnie przycupniętej pod samą granicą wspinającego się miarowo do góry lasu), aby mógł w końcu zacząć o wszystkim zapominać. Przynajmniej o tym wszystkim, co wiązało się nierozerwalnie z Pauliną i ich — nie, już tylko jej — Impresario, za którymi poszedł wiernie jak bezpański pies. (Jednak nie bez głębokiego osobistego przekonania o słuszności wszystkiego, czego razem się dopuszczali w imię Ich Wspólnej Wielkiej Miłości, która nawet w tej chwili tliła się w nim jeszcze zazdrośnie. Ale czuł, że tutaj szybko dogoreje.)

Miejscowość, w której tak twardo zasadzone były jego korzenie nie liczyła sobie więcej niż czterdzieści tysięcy mieszkańców. Jednak razem z licznymi mackowatymi przyrostami okolicznych miejscowości i wiosek uzbierałoby się tego trochę więcej. Zamknięta w malowniczej niemałej niecce stopniowo zabudowywanej Kotliny Rodańskiej, okazała się być dla niego jedyną przepustką do wolności, której nie potrafił mu udzielić Kraków, miasto, w którym dorastał i które znał lepiej niż kieszeń własnych spodni, gdzie jego matka zdecydowała się zamieszkać, kiedy na studiach jeszcze poznała pewnego przystojnego krakusa i gdzie w końcu wpadł w sprytnie zastawione sidła Eryka. Choć ten, tak naprawdę rozstawił je zupełnie apersonalnie — co było teraz dla Roberta tak oczywiste jak wszystko to, co się później wydarzyło.

Teraz jednak tylko pragnął o tym jak najszybciej zapomnieć. Przynajmniej na razie przestać o tym myśleć. A tutaj nie powinien mieć z tym raczej większych problemów.

Widok, jaki roztaczało przed nim wczesne trzecio lipcowe popołudnie był wystarczającym świadectwem autentyczności obietnic, jakie przyniosła ze sobą nieoczekiwana śmierć stryja Feliksa. Obietnic tego, o czym tak usilnie marzył od dłuższego już czasu — wyswobodzenia spod jarzma subtelnego niczym przyjaźń.

Jakie to wszystko wydawało się nieistotne w tej zupełnej izolacji od codziennej melodii klaksonów. Cichy dźwięk silnika morrisa był tego jedynym wspomnieniem. Aż za bardzo niepożądanym w tym bastionie baśniowości.

Ostatnie zabudowania zostawił za sobą już dobre dziesięć minut temu, a obraz we wstecznym lusterku stał się wierną kopią tego, co miał przed sobą. Zalesione góry, falujące szachownice pól uprawnych. Jeszcze parę dodatkowych minut i zaparkuje na żwirowym podjeździe domu, który wzniosły w tym leśnym odosobnieniu kaprysy świętej już pamięci stryja Feliksa, które były równie niejasne i nieoczekiwane jak jego śmierć. Lecz dla Roberta liczyły się teraz tylko nadchodzące dwa miesiące, po upływie których będzie mógł rozpocząć całkiem nowe życie, nienaznaczone już jednym wielkim znakiem zapytania wiszącym nad całą jego przyszłością.

Dziwiło go jedynie to, dlaczego wcześniej nie wziął pod uwagę takiej ewentualności, czy też może nawet — oczywistości. I dopiero stryj Feliks swoją nieodżałowaną śmiercią musiał wręcz wykrzyczeć mu ją do ucha.


Choć zrobił to już pięciokrotnie, nacisnął przycisk dzwonka raz jeszcze. Podczas gdy charakterystyczny, niemal już reklamowy, motyw z Carmen Bizeta zaczął z kolei wypełniać pustkę pomieszczeń, Robert złapał za klamkę drzwi wejściowych i tylko przez chwilę zastanawiał się „czy powinien?”. Stawiające stanowczy opór drzwi wejściowe szybko rozproszyły jego wątpliwości. Przyłożył ucho do jednej z czterech romboidalnych (ułożonych w drzwiach w jeden większy romb) szklanych witrażowych szybek opalizujących w blasku wczesnego popołudnia. Wsłuchując się w ciszę jaka nastała niepodzielnie po triumfie Bizeta nacisnął przycisk dzwonka po raz siódmy, prowokując Ogińskiego, by przypomniał się nieśmiertelnym fragmentem „Poloneza”. Zrobił obrót na pięcie prawie o trzysta sześćdziesiąt stopni i z teatralnym niemal westchnieniem irytacji ruszył ścieżką wyłożoną czerwoną kostką biegnącą blisko ściany budynku prowadzącą na jego „zaplecze”.

Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że dom o tej porze będzie pusty.

Dom, podobnie jak korpulentny jegomość, brak wyższych kondygnacji (nie licząc szczątkowego poddasza) rekompensował sobie kubaturą na tyle konkretną, iż śmiało zapewniał funkcjonalny rozkład takiej liczby pomieszczeń, jaką zawierał. Jego architektura nie przedstawiała żadnego konkretnego stylu. Czerwony ozdobny klinkier pod trochę płaskim dwuspadowym dachem. Swoisty mariaż ponadczasowej elegancji z kulturą niedostępności. Ilekroć tutaj bywał, zawsze urzekał go swoją okoloną drzewami prostotą, która w połączeniu z sielskim górzystym obrazkiem wzbudzała zawsze poczucie absolutnej błogości i beztroski.

Budynek postawiony został na niewielkim obszarze płaskiego terenu znajdującego się tuż u stóp gęsto zalesionego wzniesienia, ze szczytu którego (jak pamiętał) można było oglądać, już po jego drugiej stronie, zabudowania innych przedmieść Rodańska. Sprzed domu natomiast roztaczał się widok na dziewicze jeszcze wzniesienia wymazane obecnie wieloma odcieniami zieleni.

Wydawało mu się, że stryjek (bo chyba już nigdy nie przyzwyczai się myśleć o nim inaczej) sam wpadł na pomysł, aby wybudować drugi dom po to, aby w spokoju doczekać kresu swojego życia.

Za domem, gdzie znajdował się ogród, również nie mógł niestety liczyć na niczyje towarzystwo. Wszystko wskazywało jak na razie na to, że naprawdę nikogo tu nie było. Tak piękna pogoda każdego w końcu wygna chyba w plener?

Zaczeka. Zresztą i tak nie miał raczej innego wyjścia. Nie będzie wracał z powrotem do miasta. To przecież dobre pół godziny jazdy samochodem. I chociaż był już trochę głodny, przypuszczał, że długo nie będzie musiał czekać na powrót gospodyni.

Weranda oferowała, prócz plecionego stolika z czterema takimi krzesłami, całkiem wygodną wiklinową ławę, na której będzie mógł się ewentualnie zdrzemnąć do czasu jej (ich?) powrotu. Półtora godzinna jazda w pełnym słońcu dała mu się porządnie we znaki. Od jego nieustającego towarzystwa i papierosów rozbolała go głowa.

Złapał za klamkę drzwi wyróżnionych jedynie framugą na szklanej ścianie-elewacji. Jednak i one nie chciały wpuścić go do środka. Usiadł na jednym z wiklinowych krzeseł, oparł stopy na sąsiednim i założywszy ręce za głowę głośno westchnął.

Na szklanym blacie stał flakon z czerwoną dalią.

Ogarniało go znużenie. Potrzebował czasu, aby nabrać sił przed wrześniowym startem w nowe warszawskie tym razem życie, oraz zrzucić balast tego, co wydarzyło się powiedzmy do wczoraj, począwszy od dnia spotkania Pauliny. Dwa miesiące powinny mu w tym pomóc. Potraktuje to, jako przymusowy urlop.

Wyciągnął paczkę marlboro, a z niej przedostatnią dawkę pobudzającego dymu. Poszła zbyt szybko jak na jego normalne tempo spalania. Kupił ją dzisiaj rano. A nie licząc spotkania z Pauliną, podczas jazdy wypalił ich bodaj pięć czy sześć. Ale Paulina też paliła. Tylko czy sięgała do jego paczki? Chyba przestawał to kontrolować (naturalnie miał na myśli swoje palenie, a nie częstowanie petami). Na razie postanowił jednak o tym tyle nie myśleć. Myśl o papierosach przypominała mu ten specyficzny sposób, w jaki trzymała tlącego się papierosa. Będąc niby lekko roztargnioną. Dlatego cała swoją uwagę postanowił skierować na to, co już wcześniej (praktycznie zaraz po wyjściu z auta) zwróciło jego uwagę.

Nowe ogrodzenia z drewnianych bali, które leżały na polach wcześniej nienależących (jak pamiętał) do stryjka, ogradzały teraz sporą, przeoraną połać ziemi. Zespół niewielkich drewnianych, prawdopodobnie gospodarskich, budynków, leżał tuż pod tym samym co dom lasem w bliskim jego sąsiedztwie. A podczas jego ostatniej wizyty dom otaczały jedynie smagane wiatrami, zapomniane przez swoich właścicieli łąki — teraz po części skrupulatnie zaorane i przygotowane pod przyszłą murawę, a po części tylko dokładnie wykoszone. Wszystko to zagospodarowane, jak nie trudno było się domyślić, pod przyszłą stadninę.

Kiedy tego wszystkiego dokonano? W dniu pogrzebu stryjka Feliksa, kiedy to miała miejsce jego ostatnia wizyta w tych stronach, wszystko to wyglądało jak zawsze. To znaczy bardziej dziko. A było to w październiku ubiegłego roku. Zastanawiało go, czy córka stryja, Joanna, którą w dniu jego pogrzebu spotkał po raz pierwszy, miała z tym coś wspólnego? Jakby nie było, to ona swym nieoczekiwanym pojawieniem się w jego życiu, zainspirowała go do tej ucieczki. Chociaż sama nie mogła zdawać sobie z tego sprawy. Może zadecydowała się pozostać w kraju? Może, pomimo licznych plotek rodzinnych krążących na jej temat, nie zostawiła teraz owdowiałej matki na pastwę samotności takiego wieku? A to, co właśnie oglądał, wyglądało raczej na przejaw działalności osoby młodej. Co nie oznaczało, że Maria Lańskiej sama nie mogłaby stanąć na czele podobnego przedsięwzięcia. Wręcz przeciwnie. Posiadała energii i twórczej woli życia o wiele więcej niż niejeden młodzieniec. Sama jednak powtarzała, że pragnie już tylko spokoju i oderwania od wszystkiego, co mogłoby jej myśli przyciągać ku doczesności. Lecz kto wie?

Jakkolwiek nie przedstawiałaby się prawda, wolałby żeby już się tu zjawiła. Bądź zjawiły. Był coraz bardziej głodny, a ostatniego batona czekoladowego pochłonął dobrą godzinę temu. O obiedzie nie miał czasu dziś nawet pomyśleć. Gdzie się w takim razie podziewała? Samochód Feliksa i Marii stał w przyległym do budynku garażu — co zdążył zauważyć wcześniej zerkając w jego boczne okienko. Więc jeżeli pojechała do miasta, to w jaki sposób się tam dostała? Może zabrała ja jedna z koleżanek, które odwiedzała od czasu do czasu? A może w tak piękną pogodę wybrała się po prostu na spacer? Wiedział, że bardzo lubi fotografować. A przy tak idealnej pogodzie zapewne długo nie zastanawiałaby się czy warto. Miał nadzieję, że wróci szybciej niż zdąży wymyślić cokolwiek, by zająć sobie czymś czas. A jak na razie nic nie przychodziło mu do głowy. Ustalił już, że nie było najmniejszego sensu wracać do Rodańska, choć nie zajęłoby mu to więcej niż dwadzieścia minut. Szkoda paliwa. A poza tym ponowna jazda w pełnym słońcu nie bardzo mu się uśmiechała. I może dlatego jego wzrok powędrował nieznacznie do góry, ku samotnemu wielkiemu drzewu, do którego dotarcie zajęłoby mu troszkę czasu i wycisnęło zeń niemało potu. Kiedy znajdzie się pod jego rozłożystymi konarami, spod ich cienia będzie mógł obejrzeć o wiele rozleglejszą panoramę niż stąd. Ten wiekowy dąb rósł (albo raczej stał już tylko sobie) na tej części niezarośniętego łagodnego zbocza góry, skąd miałby idealny widok na zaplecze domu i częściowo na jego podjazd. Spoglądając na nie z werandy, było trochę tylko większe od zapałki. W rzeczywistości, zażywającego pod jego koroną wytchnienia mógł ogarnąć miły chłód.


I kiedy tak odpoczywał w jego ogromnym chłodzącym cieniu — wypalając przy tym ostatniego papierosa, oraz delektując się pełniejszą panoramą ciemnozielonych i granatowych wypukłości okolicznych wzniesień, sprytnie przesłaniających widok na znajdujące się gdzieś między nimi zabudowania — zauważył poruszenie na tyłach, przypominającego teraz mały domek dla lalek, domu. Na werandzie, którą opuścił dobre dwadzieścia minut temu (z czego podchodzenie pod górę zajęło mu ponad dziesięć), malutka ciemna postać przysiadła na wiklinowej ławie i znieruchomiała. Nie mógł to być nikt inny, jak tylko Maria. Widocznie wróciła ze spaceru akurat wtedy, kiedy on podchodził pod to drzewo. Z pewnością widziała już jego samochód i zachodzi teraz w głowę gdzie się też zapodział?

Chcąc zwrócić na siebie jej uwagę zaczął wymachiwać przepoconą podkoszulką pogwizdując przy tym, na tyle głośno na ile pozwalały mu ta to jego umiejętności. Zaprzestał jednak tego, kiedy ciemna plamka powstała i zaczęła iść w stronę frontu budynku. Dopiero, kiedy postać zniknęła za węgłem, a rozmaite wizje wariantów włamań zaczęły niepodzielnie panować w jego głowie, zaczął zbiegać w stronę domu.

Gdzieś w połowie dystansu dom-samotny dąb zahaczył stopą o jakiś patyk albo korzeń i przez chwilę miał wrażenie, że sobie coś złamał. Powstał jednak szybko i w podobnym tempie pokonał pozostały odcinek. To, co czekało na niego przy domu zaskoczyło go bardziej niż owo twarde kopnięci czegoś nieustępliwego — czegoś, co przyczyniło się do tego bolesnego upadku, kiedy to ziemisty zapach wypełnił mu nozdrza, a jego źródło usta.


A czekało na niego to, co zastał zaraz po swoim przyjeździe. Nie wiedział, co o tym myśleć. Lecz tak naprawdę, przez cały czas, kiedy biegł w dół, bał się nawet spróbować wyobrazić rzeczywistą przyczynę odwiedzin tego kogoś. Kiedy spróbował ponownie otworzyć drzwi wejściowe od frontu i tyłu budynku, wiedział już na sto procent, że to nie Maria wróciła ze spaceru.

Z pewnością ten ktoś nie odjechał nigdzie samochodem. Nie słyszał, żeby cokolwiek zostało odpalone od chwili jego przyjazdu tutaj, gdy silnik jego morrisa zamilkł z wyraźną ulgą. Dokładne oględziny okolic domu również nie były zadowalające, a żwirowy podjazd potwierdził tylko to, iż oprócz niego, od jego przyjazdu, nikt tutaj nie parkował, a już z całą pewnością nie ruszał „z kopyta”. Naturalnie ten ktoś mógł to zrobić nieco dalej. Tutaj jednak panował taki spokój, że z pewnością słyszałby pracujący silnik. Chyba, że ów Ktoś jeszcze nie wystartował?

Po lewej, skąd przyjechał, droga (po jakichś dwustu metrach) niknęła skręcając w lewo. Na przełaj łatwo mógł dotrzeć do jej niewidocznego dalszego ciągu. Nie sądził jednak, aby samochód wchodził w grę. Może powinien zacząć mieć się na baczności? Zakładając oczywiście nieuczciwość zamiarów gościa. Chyba, że to był jakiś smarkacz? Przecież ewidentnie uciekał. A jeżeli nie był sam? Może by wówczas nie uciekał? Albo poleciał zawiadomić kumpli? A może był tylko na tak zwanych czatach?

A może wcale tego nie robił? To znaczy, nie uciekał?

Na samą myśl o ukrytym gdzieś w krzakach zbirze (albo zbirach) dostał gęsiej skórki.

Kiedy wrócił na werandę i usiadł na miejscu, które niedawno zajmował ten Ktoś, zaczął żałować, że tak szybko poszła mu ta paczka fajek.

Przesiadał się właśnie na krzesło, kiedy delikatny szelest najbliższych leśnych zarośli zerwał go ponownie na równe nogi. W sekundzie obrócił się przygotowany wręcz na wszystko. Zza zasłony splątanych gałęzi poszycia nie wystąpił jednak żaden aktor. Antrakt wciąż jeszcze trwał. Ciekawe, kiedy rozpocznie się scena druga? Wiedział tylko jedno. W tej sytuacji pozostawienie domu na czyjąś ewentualną pastwę w ogóle nie wchodziło w grę. A policji również nie mógł jeszcze informować, gdyż tak naprawdę jak na razie były to tylko jego przypuszczenia, a nie chciał potem wyjść na kogoś, kogo wystraszyć może byle głupota. Zwłaszcza przed Marią i jej córką. Jeżeli ta ostatnia faktycznie została przy matce — jak na razie tylko domniemywał.

Jego uwagę przykuł kontrastycznie odcinający się od tła zieleni i brunatnych pni drzew biały liść hamaka, rozpięty między dwiema sosnami. Znajdował się on w miejscu najdogodniejszym do obserwacji. Z dala od domu, na skraju lasu, gdzie wszystko będzie miał jak na dłoni, a z tyłu również go nikt nie zaskoczy. Poza tym w tak absolutnej niemal ciszy wychwyci najlżejszy bodaj szelest nawet wiewiórki.

Minuty przechodziły w ich dziesiątki, a te po zsumowaniu dały już bite dwie godziny, a najcichszy nawet szelest nie zmącił błogiej ciszy. Leżąc tak, jakby odruchowo już, zaczął ponownie trochę wertować stronice księgi swojego życia. Monotonia oczekiwania stawała się coraz bardziej uciążliwa i denerwująca. Zwłaszcza, kiedy mogła zostać niespodziewanie zakłócona. Tak więc leżał, około metra nad ziemią, przeredagowując kolejne etapy swojej dwudziestopięcioletniej „kariery” na tym globie, chcąc wyłowić jakąś obiektywną przyczynę swego obecnego położenia. Ostatnio i tak zajmowało mu to sporo czasu, więc wcale się nie zdziwił, kiedy ponownie zaczął wspominać jak to cień śmierci stryja padł na niego parę miesięcy wcześniej przypominając mu o pewnym postanowieniu podjętym w dniu jego pogrzebu.

Dla rodziny i bliskich śmierć Feliksa Lańskiego była wielkim zaskoczeniem. Od tej chwili minął już niemal rok. Odszedł niepostrzeżenie. Z dwudziestego trzeciego na czwartego października 98-go. Z piątku na sobotę. Podczas snu. Bez wykrytych wcześniej symptomów jakiejkolwiek choroby. Pomimo siedemdziesięciu pięciu lat, wciąż interesujący się losami fabryki obuwia roboczego, której był współzałożycielem. Do ostatniego dnia niewzruszenie chcąc trwać na posterunku.

O śmierci stryja Robert dowiedział się dopiero w przededniu jego pogrzebu. I choć odległość między górzystym Rodańskiem (miejscem, z którego pochodziła jego matka) a Krakowem nie była znaczna — raptem sto kilometrów -, tak nie udało mu się go osobiście pożegnać. Odpowiedzialna za to okoliczność przyniosła jednak, jakby w zamian, rozwiązanie pewnej nieszablonowej sytuacji — która zaczęła doprowadzać go już niemal do szaleństwa — rekompensując wszystkie dni niepewnego jutra blaskiem bliżej nieokreślonej jeszcze wtedy nadziei. Jadąc na pogrzeb stryja, zastanawiał się czy jego śmierć pozostanie nieodżałowana. Wracając z powrotem do Krakowa, myśli Roberta oscylowały już jednak wokół zagadnienia Opatrzności oraz sposobów i możliwości jej oddziaływania, oraz jej interwencji w ludzkie życie.


Kiedy otworzył oczy odniósł wrażenie, iż wcale tego jeszcze nie zrobił, a otaczające go ciemności potraktował jako półsen pozbawiony kompletnie marzeń sennych, zapowiadający dopiero przebudzenie. To jednak nie chciało jakoś nadejść. Momentalnie zerwał się z miejsca. Poczuł przy tym dziwne kołysanie i po chwili lot w ślepej próżni zakończył się bolesnym upadkiem. W nozdrza uderzył go intensywny zapach trawy. Zaklął i szybko wstał. Włosy zaczął przeczesywać mu lekki wiatr. Dwa bolesne upadki jednego dnia to chyba przynajmniej o jeden za dużo. Uświadomił sobie, że przebudzenie faktycznie nastąpiło wtedy, kiedy tylko tak pomyślał. Znajdował się w górskiej daczy nieżyjącego stryja Feliksa, na południu kraju, tuż przy jego granicy. A przyjechał tu szukając schronienia przed Erykiem do czasu jego październikowego wyjazdu do Warszawy, gdzie będzie mógł zacząć wszystko od początku.

Zaczął schodzić z podejścia pod las (na którym między sosnami rozwieszony został hamak) w stronę jasno oświetlonej werandy blaskiem pokojowej lampy. Przypominała scenę z odsłoniętą kurtyną, na której dwójka aktorów odgrywa przy stoliku swoje role. Gdy podszedł na tyle blisko by ciągnąć już za sobą cień, rozpoznał w nich Marię oraz jej córkę (A jednak!) Joannę, którą poznał w dniu pogrzebu jej ojca.


Kiedy dowiedziały się, że przyjechał z zamiarem spędzenia tutaj najbliższych dwóch miesięcy jednoznacznie dały mu do zrozumienia, iż na lepszy pomysł w życiu już chyba raczej nie wpadnie. Joanna zniknęła w kuchni przygotować herbatę, a Robert zaczął opowiadać Marii — na tyle jednak głośno, by Joasia nic nie przegapiła — swoją popołudniową przygodę. Okazało się, że przespał w hamaku prawie pięć godzin. Wydawało mu się to nieprawdopodobne.

Przed Robertem na niskim stole postawiły duży talerz z wydawałoby się niezliczoną ilością różnokolorowych kanapek. Pierwsze łyki gorącego naparu były błogosławieństwem dla wysuszonego nikotyną gardła.

To, co im opowiedział bardzo je poruszyło. Jednak nie na tyle, by od razu zaczęły trwożliwie spoglądać w stronę drzwi i okien. Według Marii był to pierwszy podobny przypadek od dnia, kiedy to dwadzieścia parę lat temu wprowadzili się z Feliksem do tego domu. Wyraziła nawet chęć poważnego rozpatrzenia propozycji córki kupna dużego psa, ponieważ…

— Choć dom posiada sprytnie rozmieszczony system alarmowy i jakakolwiek poważniejsza ingerencja z zewnątrz obudzi całą okoliczną zwierzynę to już raczej nikogo poza nią — dodała Joanna.

— Możemy też naładować broń, którą mój świętej pamięci mąż nabył w sumie to nawet nie wiem, kiedy i po co. Natknęłam się na nią zupełnie przypadkowo. Ale na razie to chyba możemy spokojnie pogadać? — zaśmiała się Maria.

— Jeżeli uciekał — kontynuowała Joanna. — Musiał to być jakiś okoliczny włóczęga, albo dzieciak, którego żeś pewnie nieźle wystraszył.

— Na dzieciaka mi nie wyglądał, a włóczęgi to bym nie bagatelizował. Oni bywają zdesperowani. I to bardzo czasami.

— Wiem wiem — uspokoiła go Maria machnięciem ręki. — Z pewnością był to ktoś pragnący zaspokoić palącą ciekawość. I może jednak tej nocy powinniśmy być bardziej czujni.

Też mu się tak wydawało. Trochę zaskoczyła go ta bagatelizacja tego, co im opowiedział i już zaczynał zastanawiać się nad kolejną sensowną sugestią, kiedy Joanna momentalnie przeskoczyła na inny temat.

— No mam nadzieję, że wciąż jest tu tak bezpiecznie jak mi to reklamowałaś… — westchnęła w stronę Marii — Ale pochwal się, co tam u ciebie, u was. Czy rozmawiamy już z magistrem? — i zapytała Roberta klepnąwszy go przy tym lewą dłonią w kolano.

Niesamowite było to, jak szybko potrafiły sprawić, iż poczuł się tak, jakby mieszkał tu już od dawien dawna. Chociaż z Joanną rozmawiał w ogóle po raz drugi w życiu, już przy okazji pierwszego spotkania odkrył, że należy do tej kategorii kobiet, z którą spędzać czas pragnąłby niejeden mężczyzna. Kobiet, nad którymi szybko nie zawiśnie fatum ich faktycznego wieku. Zawsze wzbudzających zainteresowanie. Dojrzewających do ponętnego mamiącego oko mężczyzny kształtu, by trwać w nim później niby w nieskończoność. A usilne pragnienie tego, aby nikt nie odniósł wrażenia, iż marnuje w ich obecności czas, czyniło z nich naprawdę nietuzinkowe zjawiska.

I tak właśnie było w przypadku Joanny. Razy pięć.

W przeciwieństwie do swojej matki, Marii, która znalazła w małżeństwie upragnione ukojenie, Joanna jeszcze się na ten krok nie zdecydowała. Chociaż słyszał od swojej matki, że jej kuzynka kiedyś tylko o tym marzyła. Zresztą jak każda dziewczyna. Później, okoliczności natury raczej nieprzewidywalnej sprawiły, że zapragnęła zakosztować świata i wyjechała z kimś do Australii. Dlatego tak niewiele o niej w ogóle wiedział. I dopiero to niespodziewane spotkanie zaaranżowane jakby przez śmierć jej ojca pozwoliło im się dopiero poznać w dniu jego pogrzebu.

Od października, kiedy to właśnie miał miejsce pochówek jego stryja, próbował zainteresować się bardziej jej trochę kontrowersyjną osobą. Wypytywał o to i owo swoich rodziców, podczas i tak sporadycznych z nimi rozmów — nie mówiąc już o odwiedzinach -, lecz prócz kilku ogólników nie dowiedział się niczego, co jej lekko wyczuwaną kontrowersyjność mogłoby potwierdzić.

Kiedy w końcu (lecz z pewnością tylko chwilowo i tylko na dzisiaj) wyczerpano kilka najbardziej palących tematów — między innymi jego osoby, najbliższej rodziny, jego przyszłościowych planów, oraz tego, co się mu przytrafiło tutaj na dzień dobry -, damy jednomyślnie doszły do wniosku, że najwyższy czas zrobić sobie małe nocne senne interludium. Miał spać na piętrze (jak mu to oznajmiła Maria) zawierającym dwie sypialnie zajmujące większą część ściętego po obu stronach dachem półpiętra. Okno wychodziło na ogród i wspinającą się ścianę lasu, dlatego w bezchmurne dni wschody słońca nie będą go niepokoić. Pod oknem będzie miał werandę.

Joanna wyszła przynieść mu jakąś pościel, a Maria nadal nie mogła wyrazić swego zadowolenia z jego przyjazdu.

— Nawet nie wyobrażasz sobie jak się cieszę, że przyjechałeś — powiedziała siedząc na skraju łóżka, które miał zajmować od tej pory. Robert stał w drzwiach i patrzył jak ona patrzy na przez siebie tylko dostrzegane fragmenty jakichś wspomnień. — Po pogrzebie Feliksa myślałam już, że będę musiała sprzedać dom i wrócić do świata, co bardzo mi się nie podobało — kontynuowała, i wiedział, że nie ma na myśli problemów finansowych. O to się już martwić nie musiała. — Zbyt wiele wspaniałych chwil spędziliśmy tutaj i poczułabym się jak zdrajczyni odstępując go niewiadomo komu i po co w sumie. Joanna dodała mi sił. Przywróciła chęć dalszego życia po takim ciosie od losu. Na pewno nie pożałujesz, że postanowiłeś spędzić tutaj swoje ostatnie wakacje. Wywieziesz stąd swoje najlepsze prace. Zobaczysz.

— Taką mam nadzieję — usiadł obok niej i objął ramieniem. Miał nadzieję, że w tym uścisku zawarł tyle ciepła ile powinien jej go teraz przekazać. To, co powiedziała o jego rysowaniu może i było czysto kurtuazyjną uwagą, jednak naprawdę przyjechał tu z zamiarem skreślenia zupełnie innych niż dotychczas rzeczy w tym plenerze.

— To super. Mam nadzieję, że kiedy będziesz udzielał wywiadu jako już sławny artysta mówiąc o źródłach swojej twórczej inspiracji nie zapomnisz wspomnieć o tym miejscu i o nas — zaśmiała się i klepnęła go lekko w ramię. — Ale jestem skromna, nie?

— Jasne — odparł. — Będziecie wspominane jako moje najsolidniejsze muzy. A tak a propos tej stadniny, to chyba teraz przyda się wam ktoś do pomocy przy tym wszystkim, prawda? Ktoś do wbicia paru gwoździ do paru desek.

— Gwoździe to my już sobie same potrafimy wbić. Mam na myśli kobiety i obecne czasy. I wcale nie feminizuję. A tak naprawdę to żartuję — dodała szybko i zaczęła się śmiać tym swoim śmiechem, który zapamiętał i który tak zawsze lubił. Nie przypuszczał, że po śmierci stryja Feliksa jeszcze go usłyszy. To chyba dobry znak.

— To była twoja inicjatywa, czy też Joanny?

— W sumie to nasza wspólna. Nie potrafię ci na to tak teraz odpowiedzieć. To nie takie proste. Tak sobie pewnego dnia siedziałyśmy, gadały o tym i owym, wspominały. I nawet nie wiem kiedy zaczęłyśmy rozmawiać o tym coraz poważniej.

— Ale było to już po pogrzebie wujka? — zapytał. Zawsze mówił przy niej (i nie tylko przy niej) do stryjka „wujku” i zawsze wydawało mu się to czymś normalnym.

— Tak — odparła i zamyśliła się na chwilę niby próbując rozgryźć jakiś problem. — Zawsze kochałam konie. Ale nie do tego stopnia. To znaczy może i do tego, ale nigdy jakoś nie myślałam o ich kupnie i wybudowaniu od razu całej stadniny. Coś się jednak we mnie zmieniło. Joanna potrafiła zajrzeć w głąb mojej duszy i odnaleźć to, co dla mnie samej było niejasne, namówić bym poszła za marzeniem. Tak jakby po prostu wiedziała, czego mi teraz potrzeba bym mogła dalej szczęśliwie żyć.

— Tak. To chyba wyjątkowa osoba — stwierdził pytająco.

— Praktycznie dopiero ją poznałeś. — odparła zdziwiona. — Poczekaj trochę i pomieszkaj z nami żebyś mógł stwierdzić, że wspaniała to słowo w ogóle do niej nieprzystające. Będziesz miał okazję pomyśleć nad tym właściwym.

I jakby szybko chcąc zmienić temat, dodała:

— Posłuchaj. Będzie nam bardzo miło, jeżeli pomożesz nam przy tym lub owym. Ale zapewniam cię, że nikt tutaj nie zamierza dysponować twoim cennym czasem. Jednak, jeśli tylko będziesz miał ochotę możemy stanowić całkiem zgrany zespół.

— No moje ręce oprócz machania pędzlem i rysikiem potrafią jeszcze parę innych rzeczy…

— Na przykład? — weszła mu w słowo Joanna i momentalnie wszyscy wybuchnęli śmiechem. Joanna powiedziała, że uporała się już z jego posłaniem i jeżeli jest tak zmęczony jak to stwierdził wcześniej może się już kłaść. O detalach porozmawiają jutro. Sama już o tym myśli, gdyż rano musi wcześnie wstać i wykonać kilka ważnych telefonów, oraz odwiedzić miasto. Maria ostentacyjnym ziewnięciem również dała do zrozumienia, że córka ma absolutną rację. Jeżeli jest jeszcze głodny kuchnia dzisiejszego wieczoru należy już wyłącznie do niego.

— A jeżeli będziesz wychodził jeszcze do samochodu, w kuchni zaraz nad lodówką jest szafka z bezpiecznikami i malutką szarą skrzyneczką. W niej znajdują się dwa przełączniki. Przesunięci ich w górę uruchamia alarm w garażu i całym domu — dodała jeszcze Maria stojąc już w drzwiach. — To chyba tyle. Cóż poza życzeniem ci przyjemnych snów mi pozostaje? Sądzę, że pistolet na pewno nie będzie ci potrzebny. Dobra. Lecę. Może uda mi się wpaść do łazienki przed Joasią. Dobranoc — zaśmiała się i już była za drzwiami.

— Dobranoc — powiedziała Joanna i szybko wybiegła za matką, próbując ją chyba dogonić. — Ja muszę wstać wcześniej. To nie fair.

— Dobranoc — zawołał za nimi.

Został sam. Pokój nie był ani za duży ani za mały. Ale trzem osobom raczej nie było w nim ciasno. Stało w nim jedno podwójne łóżko. Ściany miał białe, ale sufit i podłogę z drewna. Na dwóch ścianach, nie licząc tej z oknem i drzwiami, wisiało kilka obrazów oraz jedna duża głowa jelenia. Z tego, co wiedział, stryj Feliks nie chodził na polowania. W ogóle nie przejawiał chyba podobnych zainteresowań. Może to Maria go tutaj umieściła. Albo kazała umieścić. Zapyta kiedyś. Obrazy nie były raczej wielkimi dziełami sztuki, ale człowiek, który je malował kochał podobne do siebie krajobrazy i odmalowywał je z wielką pasją. Nawet go zainteresowały. O to również będzie musiał zapytać. Nie były jednak podpisane.

Wyciągnął z kieszeni trochę pomiętą paczkę marlboro, lecz kiedy nie znalazł w niej już żadnego papierosa, postanowił ich poszukać gdzie indziej.

Na werandzie znalazł Westy. Z pewnością Joanny. Nie sądził żeby Maria w takim wieku zaczęła palić. Poczęstował się jednym uświadamiając sobie, że od dobrych sześciu czy siedmiu godzin nie miał w ustach papierosa. Musiał jeszcze wyciągnąć torbę z auta, a potem to już będzie się mógł w końcu udać na zasłużony odpoczynek.

Zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień. Przed oczyma widział tylko łóżko. Już długo planowana ucieczka z Krakowa poprzedzona ciężką rozmową z Pauliną wypełnioną miłosnymi obietnicami i zapewnieniami, oraz jego prośby, aby uspokajała Eryka tak długo jak tylko mogła i potrafiła, były wystarczająco wyczerpujące. Potem do tego jeszcze dwugodzinna jazda w pełnym słońcu, a następnie incydent z nieznajomym-intruzem. Ponowne, równie zaskakujące jak to pierwsze, spotkanie z jego niby-ciotką Joanną zakończyło ten zwariowany dzień przynajmniej bardzo miłym i optymistycznym akcentem. Perspektywa spędzenia tu dwóch kolejnych miesięcy działała na niego wręcz odprężająco.

Wyciągnął z tylnego siedzenia morrisa dość pokaźną torbę podróżną i położył ją na żwirowym podjeździe. Tuż obok stał ciemno granatowy focus kombi idealnie zlewające się z mrokiem. Jeden z ostatnich modeli jak przypuszczał.

Dopalał powoli papierosa wsłuchując się w krzyczącą niemal do niego ciszę okolicy. Chyba naprawdę nie mógł jakoś jeszcze uwierzyć, że się tu w końcu znalazł. Z dala od betonu, cementu i tych wszystkich osławionych dóbr kultury, przy których wzrastał, oraz opętanego nimi Eryka. Mógłby tak długo jeszcze postać, ale nocny prawie letni już chłód i koniec nikotyny przemawiały już tylko za jednym. Zamknął zdalnie auto uruchamiając tym samym w nim alarm, a parę minut później w całym domu przesuwając dwa bliźniacze przełączniki, o których wspomniała Maria na pozycję „ON”. Zamknął drzwiczki szafeczki i otworzył jednak jeszcze te niższe, lodówki. Bukiet przytępionych chłodem zapachów uświadomił mu, że tak naprawdę to powinien przed snem jeszcze coś przekąsić.

Kuchnia była nawet dość przestronnym pomieszczeniem, utrzymanym w beżowej tonacji kawy z mlekiem z jaśniejszymi elementami stołu, krzeseł i ścian, oraz lodówki. Prowadziło do niej łukowe przejście z hallu, z którego niemal idealnego kwadratu można było dostać się również do dwóch bliźniaczych pokoi, łazienki, mniejszego pokoju jadalni i drewnianymi, wspinającymi się po dwóch ścianach, schodami na piętro, gdzie zamierzał natychmiast się udać zahaczając jeszcze tylko o łazienkę.


Znowu leżał na hamaku. Był słoneczny dzień. Miał nadzieję, że tu będą budzić go tylko słoneczne poranki. Ale teraz dzień znowu dobiegał już końca. Słońce zbliżało się już do krawędzi dachu. Hamak ustawiony był bliżej domu, bardziej w ogrodzie, z widokiem na pola, łąki i wielki samotny dąb. Nagle jego oczy zogniskowały małą plamkę postaci lecącej w jego stronę i machającej jakąś białą szmatą, chyba podkoszulką, gdyż od pasa w górę była naga. Ale najdziwniejsze było to, że lecąc w jego stronę wyraźnie poruszała ustami wydając z siebie dźwięk sygnału alarmowego jego samochodu. Spróbował wstać. Musiał zrobić to jednak zbyt gwałtownie, gdyż znowu zaczął balansować na granicy upadku. I kiedy się to w końcu jednak dokonało, ogarnęły go nieprzeniknione ciemności, które jakoś dziwnie nie chciały znowu ustąpić. Słyszał jedynie dźwięk alarmu swojego samochodu i odczuwał coraz bardziej natarczywe kołysanie… Czy też może potrząsanie. A potem głos: „Robert. To twój samochód”.

To był jego samochód. A głos należał do Joanny, która chyba już od pewnego czasu próbowała mu to przekazać.

— Gdybyś zostawił kluczyki gdzieś w widocznym miejscu, wyręczyłabym cię, ale… — przerwała widząc jak szybko zerwał się z łóżka.

— Już idę. Która godzina? — zapytał wciągając pospiesznie spodnie.

— Dochodzi trzecia. Najpierw pomyślałam, że to mój. W ogóle zapomniała jak brzmi sygnał mojego alarmu. Dopiero światła twojego samochodu kazały mi tu przyjść.

— W porządku. Przecież się nic nie stało. To znaczy… Taką mam nadzieję.

Jej zgrabna sylwetka — opięta jedyne ciasną podkoszulką sięgającą jej prawie do kolan — wyraźnie została zarysowana przez światło padające z łączącego ich pokoje korytarza. Nieźle jak na czterdzieści plus, pomyślał omijając ją szybko. Nie chciał jakoś sprowokować jej do wyjścia przed nim w bezwstydne światło korytarza. Już miał skierować swoje kroki w stronę schodów, kiedy usłyszał:

— Może lepiej z okna mojego pokoju. Wychodzi przecież na podjazd. Mam dziwne wrażenie, że ktoś chce nas wywabić z domu.

— Dlaczego tak uważasz? — zapytał podchodząc powoli do okna jej pokoju. Nie zapalili światła.

— W sumie to nie wiem. Może twoja wcześniejsza przygoda tak na mnie podziałała, że zaczynam uważać to za całkiem prawdopodobne — odpowiedziała patrząc z niepokojem jak podchodzi w stronę okna. Słuchając jej odnosił wrażenie jakby rozmawiał właściwie z jakąś pełną energii dziewczyną, a nie czterdziestopięcioletnią kobietą, która jak przypuszczał przeszła nie jedno.

— A to nie uruchomi alarmu? Nie trzeba go najpierw wyłączyć?

— Nie. Piętro nie było brane pod uwagę w czasie jego montażu. Jedynie drzwi i okna parteru. Posiadają jakąś niewidoczną siatkę żyłek. W razie ich stłuczenia uruchamiają system. Te tutaj są normalne.

Przekręcił klamkę okna i uchylił je nieznacznie — może dziesięć centymetrów -, wpuszczając do środka nieco chłodniejsze powietrze i jakby podkręcając przy tym potencjometr głośności alarmu. Otworzył okno prawie do połowy, wysunął przez nie dłoń z pilotem chcąc sprowadzić na okolicę upragnioną ciszę. Jednak nic takiego nie nastąpiło, kiedy przyciskał i przyciskał kciukiem przycisk pilota. Z jakiegoś powodu alarm piszczał, trąbił i wył dalej, migając do taktu wszystkimi światłami samochodu. Efekt był wręcz dyskotekowy.

— Cholera. Może to przez te drzewa. Będę musiał tam zejść — powiedział Robert i skierował się ku schodom.

Na dole spotkali Marię z pistoletem w ręce. Poczuł się trochę nieswojo. Zwłaszcza, że owa ręka wcale się jej nie trzęsła. Wyglądała na zdecydowaną na wszystko. Joanna również poczuła się widocznie pewniej, kiedy Robert wziął od Marii pistolet (wcale nie protestowała — zresztą, wyglądało to tak, jakby na niego czekała) kierując się w stronę drzwi frontowych, a ona w stronę kuchni i włączników alarmu.

— Kiedy znajdę się za drzwiami uruchomcie go ponownie. — Chciał dodać, że ów hipotetyczny ktoś może być teraz w ogrodzie, czekając aż alarm zostanie wyłączony, ale nie zrobił tego. Nie chciał ich bardziej straszyć. Wystarczyło, że Maria kiwnęła. Chyba go zrozumiała. — Zaraz będę z powrotem.

Wszystko odbywało się przy zgaszonym świetle, a zdania były niemal wyszeptywane. Miał wyjść przez drzwi frontowe pokoju dziennego, analogicznego do tego, którego całkiem oryginalne przedłużenie stanowiła weranda. Choć różniły się od siebie wystrojem, na planie stanowiły symetrię idealnie odbitego prostokąta z przestrzenią pomiędzy nimi przeznaczoną na inne pomieszczenia gospodarcze. Rozplanowanie piętra było analogiczne, z tą małą różnicą, iż jego kubatura została nieco zredukowana połaciami dachu.

Jego zadanie było proste. Musiał wyjść przez drzwi frontowe — kiedy zamknie je za sobą, Joanna stojąca przy wejściu do korytarza da Marii znak, aby szybko ponownie uruchomiła alarm -, podejść trochę w stronę samochodu, by wyłączyć wiercący już dziury w głowie alarm i wejść z powrotem do budynku, tylko, że od strony werandy. W prawej ręce trzymał pistolet, a w lewej nie lżejszą halogenową latarkę.

Kiedy zamknął za sobą drzwi, nikt o dziwo nie rzucił mu się do gardła, nie zdzielił niczym w głowę, a on nie zaczął krwawić, ani strzelać gdzie popadnie — jakie to rzeczy zaczęły niepodzielnie królować w jego wyobraźni. Bardzo się z tego na razie cieszył, gdyż jak dotąd nie miał do czynienia z bronią. Misja jednak nie została jeszcze zakończona. Starając się rozmieścić równomiernie oczy wokół głowy, podchodził powoli do „grającego” auta. Lufą pistoletu celował tam, gdzie spoglądał. Światła mijania, postojowe, stopu oraz sygnalizujące skręt zapalały się w tej kolejności wysyłając biało czerwono pomarańczowe refleksy. Monotonny dźwięk sygnału alarmowego do złudzenia przypominał przyspieszone zawodzenie karetki pogotowia.

Doszedł do wniosku, że podszedł już dostatecznie blisko, by wyłączyć już to cholerstwo. Zwolnił lewą rękę, kładąc na ziemi latarkę, której promień światła zaczął prześwietlać pobliskie krzaki. Następnie zatopił rękę w lewej kieszeni spodni, wyjął z niej kluczyki z dużym breloczkiem chyba w kształcie serca i sprowadził nim w końcu upragnioną ciszę na ich świat. Szybko okręcił się wokół własnej osi, ale wszędzie panował spokój. „Wręcz nienaturalny” pomyślał, kiedy ucichł alarm. Schował klucze z powrotem do kieszeni, podniósł latarkę i oświetlił mocnym snopem jej światła swój samochód. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku. Szyby nie były powybijane, ani koła poprzebijane, a karoseria porysowana. Z pewnością jakieś małe zwierzątko skoczyło na maskę i pobiegło dalej w las przestraszone tym, co spowodowało.

Rekonesans okolic domu tylko potwierdził tę teorię… Coś mu jednak szeptało, że była trochę naciągana. Faktem jednak było, że nic podejrzanego nie zaalarmowało jego oczu ani uszu. Lecz do momentu, kiedy nie zamknął za sobą w końcu przeźroczystych drzwi werandy, umieszczonych w identycznie przejrzystej ścianie, wrażenie, iż zaraz ktoś lub coś rzuci się na niego nie chciało go jakoś opuścić.

Joanna dała w końcu Marii znak, by włączyła alarm ponownie — wyłączony przed paroma sekundami –, a Robert klapnął na kanapę kładąc zaraz ostrożnie pistolet na szklanym blacie stołu sięgającego mu niewiele powyżej kolan. Dopiero teraz uświadomił sobie, że nawet nie wiedział czy jest odbezpieczony. W ogóle mu to nawet nie przyszło do głowy, kiedy wychodził na zewnątrz. To chyba sprawiła magia broni, pomyślał. Kiedy dostajesz w końcu coś takiego do ręki, nie zastanawiasz się nad tym jak to naprawdę może działać. Już sam fakt, że ktoś ma coś takiego w ręce, czyni z niego kogoś bardziej godnego uwagi.

— Naprawdę sądzisz, że to mogło być jakieś zwierzę — zapytała Maria. Spoglądała mu prosto w oczy, jakby próbując wyczytać w nich prawdę.

— Jeżeli tak, to ciekawe jak duże — Joanna wydawała się być o wiele spokojniejsza od swojej matki.

— To mogła być nawet wiewiórka. Jeżeli taka skoczy z odpowiednio dużej wysokości, spokojnie może uruchomić alarm. Czasami wystarczy się tylko oprzeć o samochód, żeby…

— Czyli to mógł być również jednak człowiek — Maria nie dawała za wygraną. Widocznie dawno już nie miała takiej pobudki. I to w środku nocy.

— Spokojnie — odparł. — Gdyby rzeczywiście ktoś tam czyhał jak to przypuszczaliśmy, z pewnością próbowałby wykorzystać sprowokowaną przez siebie okoliczność, nie sądzicie? Na pewno próbowałby mnie jakoś zaskoczyć.

— Może się jednak przestraszył? — Joanna wydawała się być już nawet trochę rozbawiona tą sytuacją.

— Jeżeli tak, to możemy spać spokojnie. Oznaczałoby to, że w ogóle nie jest uzbrojony. Ale tak naprawdę tam nie było nikogo. Takie rzeczy się przeczuwa i ja właśnie miałem takie wrażenie. — Mówił szczerze. Jednak faktem było również to, iż z każdym stawianym krokiem oczekiwał ataku. Zapewne owo wrażenie potęgowały presja misji oraz zasugerowana myśl o rzekomym intruzie, pomimo tego, że jakoś po prostu wiedział, iż nikogo tam nie ma. Tak naprawdę, gdyby ktoś tam był, taki prawdziwy zakapior, Robert dostałby w łeb od razu po przekroczeniu progu frontowych drzwi. Przecież zależałoby mu na dostaniu się do środka? Do konfrontacji mogło dojść też trochę później. Ale tak się nie stało.

— Myślę, że lepiej będzie jak pójdziemy z powrotem spać. Jest zbyt późno, albo za wcześnie, żeby się nad tym rozwodzić teraz. Przecież nic się nie stało. Dajmy już temu na razie spokój — Maria, wyraźnie już tym znużona, wstała z kanapy i z bronią w lewej ręce skierowała się w stronę holu. Joanna wciąż była w samym tylko podkoszulku. Musiało jej być już trochę chłodno. Na ramionach i odsłoniętych złączonych razem nogach można było zauważyć gęsią skórkę. Nie można było nie zwrócić uwagi na to, jak zgrabne miała nogi. Ona ostentacyjnie gwizdała na czas.

— Na górze możemy pootwierać okna — powiedział. — Ja i tak chyba szybko nie zasnę… Więc mogę jeszcze trochę poczatować. Jutro to sobie odbiję dopołudniowym spaniem.

— Całkiem niezły pomysł — dodała Joanna. — W kompletnej ciszy na pewno będzie słychać kogoś skradającego się wokół domu.

— A pistolet to może zostać na dole — powiedziała Maria, stojąc już w przejściu z uniesioną bronią w dłoni. I z uśmiechem dodała jeszcze:

— To znaczy, ze mną. Jak tylko coś usłyszę zacznę strzelać. — I nie czekając dłużej na to, co może ktoś mieć jeszcze do dodania w tej sprawie, obróciła się i skierowała swoje kroki w stronę frontowego pokoju. W czerwonej, przechodzącej w róż koszuli nocnej, z paroma wałkami na głowie i pistoletem w dłoni przedstawiała naprawdę niecodzienny widok.

Joanna również zniknęła w holu. Robert powiedział, że pogasi wszystkie światła. Musiał skorzystać jeszcze z toalety.

Wychodząc parę minut później na korytarz piętra, usłyszał po swojej lewej stronie:

— Masz może ochotę na późnego papierosa? — zapytała Joanna. — Nie żebym cię chciała wciągać w nałóg, ale widziałam jak paliłeś. Chyba, że nie masz akurat ochoty. A tak naprawdę to chodzi mi o ogień. Zapodziałam gdzieś zapalniczkę.

Długo nie musiał szukać ani lecieć do swojego pokoju. Zazwyczaj miał ją w kieszeni. Tym razem było podobnie. Kiedy jej tam nie było, zakładał, że ją zgubił. Poza tym, miał wielką ochotę sobie zapalić. I dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jemu przecież papierosy niestety się już skończyły.

Stała prawie w drzwiach prowadzących do jej pokoju. Niecały metr przed nimi pogrążona w półmroku pomieszczenia. Tym razem miała na sobie ciemny (czarny albo granatowy) szlafrok. Podeszli do otwartego okna, wzięli jasne patyczki papierosów do ust (tych samych, którymi poczęstował się wcześniej na werandzie) i zaciągnęli się pierwszym dymem, wydmuchując go w stronę leżących gdzieś tam wzniesień, wąwozów oraz niewidocznych nawet za dnia zabudowań okolicznych miejscowości.

Ciszę, jaka nastała po odpaleniu papierosów przerwała Joanna.

— To ciekawe, jak byle głupstwo potrafi wytrącić człowieka z równowagi.

Nie wiedział, czy mówi o nich wszystkich, o Marii, ale założył, że o sobie.

— Jeszcze parę minut temu nie nazwałabyś tego głupstwem. Byłaś raczej przestraszona. Chyba też już przestałaś wierzyć w jakiegoś intruza. — Być może to fakt, iż wcześniej (poza tym jednym październikowym „pogrzebowym” spotkaniem) w ogóle się nie widzieli pozwolił im rozmawiać ze sobą tak swobodnie — na prawie przyjacielskiej stopie? Nie obarczeni tym, co niosłyby ze sobą wspólne rodzinne lata, rozmawiali tak szczerze, jak tylko mogą to robić obce sobie osoby, czujące, że razem mogą pogadać o wszystkim.

— Musisz wiedzieć, że kobiety bywają często nadpobudliwe i czasami trzeba się namęczyć, żeby je uspokoić. Ale tym razem powiedzmy, że przestraszyłam się tak tylko w pięćdziesięciu procentach.

— Tak. Wiem coś o tym — odparł z lekkim uśmiechem wspominając chociażby ostatnią rozmowę z Pauliną, kiedy to praktycznie postawił ją przed faktem dokonanym własnej „ucieczki”. Kiedy cisza znowu zaczynała przypominać o swoim istnieniu, Joanna zapytała:

— Co cię tu tak naprawdę sprowadza? — patrząc mu przy tym prosto w oczy. Cieszył się nie raz z tego, że potrafi mówić „nie do końca prawdę” patrząc komuś prosto w oczy w ten sposób, jakby mówił szczerą prawdę. Lata pracy z Erykiem nauczyły go tego. Ale jej nie chciał jakoś zwodzić byle czym. Nie mógł jej też, ot tak sobie, zdradzić prawdziwej przyczyny swojego przyjazdu. To też było przecież oczywiste.

— Dlaczego, dwudziestopięcioletni prawda? — kontynuowała — facet, z magisterium w kieszeni i takim talentem plastycznym, swoje ostatnie wakacje chce spędzić w tej leśnej głuszy z dwiema staruszkami? Chyba doprawdy usprawiedliwia cię jedynie tylko ten twój talent. Piękniejszych widoków w okolicy Krakowa długo musiałbyś szukać.

— Z tymi staruszkami to przesadziłaś.

— Dobra dobra. Swoje najlepsze lata i tak już mam chyba za sobą. A ty jeszcze przed. Więc może to ucieczka przed czymś albo kimś — spojrzała na niego tajemniczo nie dając jakby za wygraną. Jednak i tak nie sprawiała wrażenia osoby, która musi za wszelką cenę czegoś się dowiedzieć. Czuł, że chodzi jej raczej o samo podtrzymanie rozmowy i towarzystwo. Nie miał nic przeciwko temu.

— Raczej chęć wypoczęcia od dotychczasowości — próbował odpowiedzieć wymijająco. — Chociaż we wszystkich tych wariantach jest trochę prawdy. A w którym z nich najwięcej… — Czuł, że mógłby powiedzieć jej teraz wszystko. Wcale by się do tego nie zmuszał. Wręcz przeciwnie. Teraz zmuszał się do tego, aby tego nie zrobić. Tak naprawdę, to potrzebował kogoś, komu mógłby wszystko opowiedzieć. Od samego początku do dnia dzisiejszego, a czuł, że Joanna jest właśnie tym odpowiednim słuchaczem, który potrafi — patrząc na to, co usłyszy z dystansu — w razie konieczności doradzić. Rady to może nie potrzebował, ale lojalnego słuchacza to nawet bardzo. — Chyba w każdym po trochę.

Może i zabrzmiało to enigmatycznie, ale coś w ostatniej jakby chwili zabroniło mu zagłębiać się bardziej we własne dzieje. Przynajmniej na razie. Gdyby zaczął, dziura w tamie wspomnień szybko przekształciła się w wielki wyłom, stale powiększający się przez prąd wskrzeszanych wydarzeń. A potem, to już by było po tamie. I tajemnicy. Mogłyby z tego wyniknąć różne rzeczy. Również takie niepożądane. I to bardzo. Powinien raczej jeszcze się wstrzymać. Było to jednak bardzo trudne.

Przed jego oczami rozciągnęła się panorama ostatnich lat. A następnie wyobraził sobie Eryka szalejącego w Krakowie w nadziei na szybkie dorwanie go w swoje ręce. Oby tylko Paulina skutecznie go teraz uspokajała. Ciężko mu było wyobrazić sobie konsekwencje takiego niepowodzenia.

— Może i będą trochę nietypowe te moje ostatnie wakacje — powiedział Robert. — Ale chyba tylko tutaj będę mógł nad czymś konkretnie popracować.

— Coś poważnego?

— Nad czymkolwiek, co nie będzie wiązało się z dotychczasowością. I nie mam na myśli ucieczki w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale poszukiwanie świeżości artystycznej. Nowych tematów dla moich nie powstałych jeszcze rysunków. Mieszkałem przez cały czas w jednym miejscu, mam na myśli Kraków, i chociaż to przepiękne miasto pełne możliwości, czuję, że w pewien osobisty sposób zaczęło mnie już krępować artystycznie. Wpadłem w nim w błędne koło coraz bardziej mi obcej inspiracji. Poza tym, ostatnio nie mogłem zająć się niczym innym poza szkołą i pracą…

— Mówisz trochę enigmatycznie. Albo może nawet bardziej niż trochę. Ale no właśnie, co z pracą? Wziąłeś urlop? — Zgasiła papierosa i okryła szczelniej połami szlafroka.

— Nie. Zwolniłem się.

— No proszę. — Była wyraźnie zaskoczona i ciekawa tego, co może jeszcze usłyszeć.

— Ale i zatrudniłem. — Doszedł do wniosku, że jedynie w kwestii swojej pracy może być z nią na razie szczery. Lecz ta szczerość również miała swoje granice. Jednak świadomość, że nie musi okłamywać jej w stu procentach poprawiła mu samopoczucie.

— A więc wiesz, co cię czeka po wakacjach. Udało ci się dogadać z pracodawcą, co do terminu rozpoczęcia pracy?

— No nie do końca — odpowiedział. Joanna zapaliła drugiego papierosa. On swojego wypalił dopiero do połowy. Nie wyglądała na nałogową palaczkę. Może to z zimna? A może po prostu chciała zająć czymś ręce? Temat rozmowy nie należał raczej do stresujących. Przynajmniej dla niej. — Praktycznie mógłbym już tam pracować… Wakacje są mi jednak potrzebne. Była taka możliwość, więc w papierach zadeklarowałem wrzesień. Mam nadzieję, że te dwa miesiące wystarczą.

— A czym będziesz się zajmował? — zapytała, patrząc w stronę i tak niewidocznych gór.

— Podatki. To firma konsultingowa.

Widocznie zdziwiona spojrzała na niego.

— To chyba coś zupełnie innego, niż to, czym zajmowałeś się dotychczas, no i od urodzenia — zażartowała.

— Ale tego czegoś innego uczyłem się na uczelni. I postanowiłem zrobić z tego jednak jakiś użytek. Może mi się spodoba.

— Pod względem finansowym to raczej na pewno.

— To również brałem pod uwagę — odparł.

Nie ona pierwsza była tym zaskoczona. Dla większości, jego decyzja była co najmniej niezrozumiała. Dla niego, jak najbardziej oczywista. Choć tak naprawdę to nie wiedział, kiedy ją podjął. Z całą pewnością — w przeciwieństwie do decyzji pochopnych -, ta jego była naturalnym procesem, którego początków i tak by się nie doszukał chyba nawet on sam. A sam start w konkursie o jeden z kilku wakatów w renomowanej firmie podatkowej, był jedynie jej pochodną.

— Malowanie to wspaniała sprawa — kontynuował gasząc papierosa w porcelanowej popielniczce leżącej na wewnętrznym parapecie uchylonego już na oścież do środka drewnianego okna. — Ale bez zaplecza finansowego możne to być bardziej trudne niż w przypadku, kiedy jest się pochłoniętym jeszcze jakąś zupełnie inną, dodatkową pracą. Mit wielkich biednych niech pozostanie mitem, a artyści niech żyją tak jak chcą i robią co chcą, byle tworzyli. Dla mnie nie ma żadnej w tym reguły. Chyba że ktoś zaczyna w sztuce odnosić od razu wielkie sukcesy i może od razu poświęcić się jej bez reszty. Ale to, to chyba rzadkość.

— A jeżeli ten ktoś, zajmujący się dwiema rzeczami naraz, nie potrafi jednak tego pogodzić ze sobą? — zapytała tak jakby właśnie dała mu dyskusyjnego mata.

— To wtedy nie ma innego wyjścia jak zająć się jedną z tych dwóch kolidujących ze sobą rzeczy zawodowo. Jeżeli jest dobry w uprawianiu swojej sztuki to może odnieść sukces. Ale musi być tego pewien. To najistotniejsze…

— Może, ale nie musi. Prawda?

— No tak. Istnieją jeszcze czynniki zewnętrzne, na które rzadko mamy wpływ. Ale możemy. Czasami. Tak mi się wydaje. A tak naprawdę to bardzo trudny i niejednoznaczny temat.

— Właśnie. A od czego zamierzasz rozpocząć jutrzejszy dzień? — zapytała.

— Chyba już jednak dzisiejszy — zauważył ze śmiechem spoglądając w stronę leżącej blisko popielniczki paczki papierosów. — Może od spania do południa. Potem będzie rozpakowywanie i zwiedzanie okolicy do późnego popołudnia i zastanawianie się jeszcze, jak znajdę czas, od czego zacząć pojutrze.

— Ok. Tak napiętego planu to jeszcze nigdy nie miałam.

— Chyba że znajdziecie mi już coś do roboty, to mogę ten plan trochę zmodyfikować naturalnie. — Próbował skierować rozmowę jeszcze na trochę inne tory i zadać kilka pytań związanych z przyszłą stadniną, ale kiedy zobaczył jak szeroko ziewnęła (próbując to naturalnie ukryć) postanowił, że na zadawanie takich pytań będzie miał jeszcze wiele okazji chociażby jutro.

— Zapewniam cię, że jutro możesz jeszcze labować — odparła gasząc niedopalonego papierosa. — Może to jednak rzeczywiście dobry pomysł. Spróbujmy się mimo wszystko przespać. Sądzę, że ten ktoś, jeżeli w ogóle tu był, dawno już sobie poszedł. Padam ze zmęczenia.

Spoglądając na nią w delikatnej poświacie padającej z otwartych drzwi wyglądała raczej na dziewczynę niż dojrzałą kobietę. Gdyby nie wiedział ile ma faktycznie lat, z pewnością nie dałby jej tylu. Nie na podstawie takiego widoku. I na pewno miałby ochotę ją pocałować.

— Ja chyba też padnę od razu. Wyłapywanie tajemniczych szelestów z pewnością mi w tym pomoże.

Starając się zapanować nad kolejnym wybuchem śmiechu, pożyczyli sobie dobrej nocy, wiedząc, że mają przed sobą jeszcze sporo czasu, który dany im będzie spędzić razem.

Leżąc już w swoim łóżku — przed ułożeniem w nim swojego zmęczonego ciała otworzył na oścież okno — Robert starał się wyodrębnić z mieszaniny nocnych dźwięków jakieś nietypowe i nieprzystające do całości szelesty. Był przekonany, że sen nadejdzie szybko, ale ten jakoś, pomimo całego zmęczenia i senności, długo jeszcze nie chciał nadejść. Podobnie jak ów nieznajomy. Ale z tego to się akurat cieszył.

*

Już wielokrotnie przed śmiercią stryja Feliksa i całą tą, wynikłą ostatnimi czasy, zagmatwaną sytuacją z Erykiem zadawałem sobie pytanie, czy moje życie mogło ułożyć się inaczej? Czy gdyby choć jeden z miliarda, albo i więcej, czynników składających się na sumę równania mojego obecnego JA w ogóle nie został do niego dodany, to czy ukrywałbym się tutaj dzisiaj przed człowiekiem, który nieformalnie wciąż był moim pracodawcą? Albo który wciąż o sobie tak myślał.

Bardzo wcześnie „zdałem sobie sprawę” z tego, iż zostałem naznaczony przez los tą wciąż dziwną i nieuleczalną przypadłością wyrażającą się plastyczną potrzebą ujmowania rzeczywistości. Wszyscy bliscy mający ze mną kontakt od samego mojego przyjścia na ten świat, zgodnie twierdzili, że mniej więcej od czwartego roku życia zacząłem rysować po wszystkim, co przejawiało choćby szczątkową chęć współpracy z moim kiełkującym talentem. Pomijając wszelakiego rodzaju papiery i dokumenty będące w zasięgu mojej ręki, zagrożone były przede wszystkim ściany, futryny oraz jaśniejsza odzież, nie tylko moja własna, moich rodziców, ale i osób ich odwiedzających. Po prostu rysowałem po wszystkim, po czym ochotę porysować sobie miała moja ręka, bardziej świadoma mojej przyszłej roli niż ja sam. Ale potem, jakimś cudem, uświadomiłem sobie (podejrzewałem jednak, że raczej wybito mi to po prostu z głowy) prawdziwy charakter takiego procederu i zacząłem ograniczać się do kartek papieru, bloków rysunkowych i szkicowników. Jeżeli czymś typowym nazwać można wykonywanie szkiców, których nie powstydziłby się niejeden dorosły i uznany artysta, w wieku niespełna już pięciu lat, byłem właśnie takim typowym dzieckiem, którego spośród rówieśników wyróżniała jedynie ta „mała” cecha. Oglądając niektóre z tych moich bardzo wczesnych prac każdy odnosił ogromne przeświadczenie o ich wręcz niestosownej do wieku autora dojrzałości. Były nad wyraz wymowne i obezwładniająco sugestywne. Potrafiłem pogrążyć się w tej niecodziennej dla dorastającego parolatka pracy na wiele godzin, a każdą próbę oderwania mnie od niej (jeżeli sam nie uznałem tego za stosowne) uciąć krótkim paroksyzmem sprzeciwu, właściwym dzieciom pozbawianym ich ulubionych zabawek. Będąc, sprawiałem jednocześnie, iż inni potrafili zapomnieć na jakiś czas o moim istnieniu — pogrążonym we własnym świecie trochę innych zabawek.

Kiedy podrosłem już na tyle, że zacząłem zastanawiać się nad celem, jaki może przyświecać mojej rysującej dłoni, zauważałem, że innych interesowało to nie bardziej niż obrazy, które były dla mnie tym, czym niestety nie zawsze były dla innych — pomostem łączącym mnie z sam do końca nie wiedziałem czym. Czy podobnie odbierali je inni? Czy patrząc na nie, widzieli to, co faktycznie w sobie zawierały? Fragment mojej duszy? Czy potrafili wyczytać w nich to, co ja potrafiłem z dzieł innych twórców, jakby to były zapisane nieskomplikowanym językiem stronice? Wpatrywałem się w nie, nie tylko jak w obrazy same w sobie (jakimi były wyłącznie dla ich walorów artystycznych), lecz również jak w swoiste wehikuły przenoszące mnie w inny wymiar czasoprzestrzeni. W formie zwartej — na kawałku płótna, bądź papieru — przedstawiały całą prawdę o twórcy obrazu i okresie w jakim tworzył, lub też pozwalały spojrzeć na coś oczami tajemniczego obserwatora. Patrząc na obraz, spoglądało się na świat zupełnie innymi oczami — bądź też tymi zwykłymi na zupełnie odmienną rzeczywistość. Dzięki jego osobie można było „ubrać”, „wypożyczyć” sobie takie oczy i zobaczyć coś pod zupełnie innym kątem. I to chyba było w tym tak ekscytujące. Możliwość pokazania ludziom czegoś, o istnieniu czego myśleli na co dzień jedynie w kategoriach potencjalnych.

Nie dotarłem jednak jeszcze do granicy piętnastu lat, gdy zrozumiałem, że dla kogoś innego równie istotne (tak, jak dla mnie rysowanie) może być coś zupełnie innego.

*

Przy śniadaniu o dziwo panie niewiele rozmawiały o nocnym incydencie. Widocznie musiały w nocy śnić jakiś ten sam sen, który po przebudzeniu nakazał im spojrzeć na to już z dystansu. Zachowywały się tak, jakby to w ogóle nie miało miejsca. A przynajmniej nie tej nocy. Postanowił sam nie przypominać im o tym.

Nie wiedział, o której wstały, ale kiedy się w końcu ubrał (prawie kwadrans przeleżał w łóżku gapiąc się w gałęzie drzew i zastanawiając się od czego zacząć nowy dzień nowego rozdziału życia) i zszedł do kuchni zegar ścienny wskazywał za kwadrans dziewiątą. Sprawiały wrażenie jakby były na chodzie od przynajmniej dobrej godziny. Pełne wigoru i niekryjące zainteresowania tym, co prowadzący audycję właśnie próbował przekazać w radio (ustawionym w bezpiecznej odległości od zlewozmywaka) na temat nowej płyty jakiegoś powracającego zza grobu zespołu częstowały się z dużego talerza przygotowanymi przez siebie kanapkami, w których, jak nie trudno było zauważyć, był duży liść sałaty. Naprawdę czuły się bardzo dobrze w swoim towarzystwie. Spotykając się po latach rozłąki nadrabiały to, czego pielęgnowanie udaremniły niejasne jeszcze dla Roberta okoliczności. Poczuł się trochę jak intruz. Szybko jednak rozbudziły w nim krańcowo odmienne wrażenie.

Okazało się, że nie wstały znowu tak wcześnie jak przypuszczał. Z całą pewnością obudziło go radio w pokoju frontowym — stwierdziła Maria. „Automatycznie włącza się już o ósmej”. A jeżeli nic nie słyszał, to dlatego, że nauczyła się już go niemal od razu wyłączać zaraz po uruchomieniu.

— Pierwsze takty obudziłyby chyba nawet niedźwiedzia — dodała jeszcze śmiejąc się i kładąc przed nim smakowity gruby omlet. Była cała w skowronkach. Ubrana w zwiewną bluzkę i eleganckie ciemne spodnie nie sprawiała jednak wrażenia cierpiącej wdowy. A jeżeli już, to takiej, która o tym stanie zdążyła zapomnieć i przygotować się do nowych wyzwań. Zrobiło mu się trochę głupio, że coś takiego w ogóle przyszło mu do głowy.

Goniła, donosiła, przekładała na patelni naleśniki i non stop opowiadała z Joanną, jakby spotkały się przed dopiero przed pięcioma minutami po raz pierwszy od wielu lat.

I tak dowiedział się że ich harmonogram dzisiejszego dnia jest bardzo napięty więc może spokojnie zająć się tym na co będzie miał tylko ochotę. Przynajmniej do południa. A tak w ogóle, to na co ma ochotę dzisiejszego dnia?

— Chciałem się trochę rozejrzeć się po okolicy. Zobaczyć postępy prac — odpowiedział. — Spróbuję znaleźć jakiś ciekawy plener no i odwiedzę dziadków.

— To całkiem niezły plan jak na pierwszy dzień pobytu, nie licząc wczorajszego — odparła Maria. — I złap za jaja przy okazji tego nocnego kawalarza, jeżeli figle ciągle będą trzymały się jego głowy — dokończyła przełykając ostatni kęs kanapki z żółtym serem.

— Mamo — powiedziała niby podirytowana Joanna, krztusząc się (bardziej na pokaz) odgryzanym właśnie kęsem własnej kanapki i próbując z nim sklecić kolejne zdanie. — Czasami się chyba zapominasz. Wiesz?

— Wiem. Ale powiedz, czy nie zrobiłabyś tego na moim miejscu? — zapytała figlarnie Maria.

— Raczej nie — odpowiedziała Joanna trochę speszona. Albo tylko taką umiejętnie udawała. — W naszym wieku byłoby to trochę niestosowne, nie sądzisz?

— Nie — odparła stanowczo dolewając sobie kawy do filiżanki. — tak mnie w nocy przestraszył, że nie zawahałabym się nawet przed tym ani na moment. — I jakby nie chcąc dopuścić córki do głosu, szybko zwróciła się do Roberta. — Odwiedzić dziadków możemy razem, po południu, jeżeli masz ochotę. Powiem szczerze, że choć mieszkamy tak blisko siebie, w porównaniu na przykład z Krakowem, ostatnio zaniedbywaliśmy siebie troszeczkę. Chętnie sprawdzę, co porabia Olusia.

— Mamo — weszła jej delikatnie w słowo Joanna -, byliśmy tam przecież w tamtym tygodniu. To znaczy, nie mam nic przeciwko temu ale z tym dawno to trochę przesadziłaś. Może Robert chce jechać tam sam?

— To samo powiedziałabym, gdyby ostatnia nasza wizyta u nich miała miejsce wczoraj — Maria wstała i zaczęła po sobie sprzątać.

— Chyba że tak — Joanna zaczęła iść jej śladem przełykając ostatniego kęsa już na stojąco. — W takim razie zostawiamy cie samego. Ja przyjadę wcześniej. Może o dwunastej. Gdzieś tak. Oprowadzę cię wtedy i pokażę gdzie co ma stać, czy też powstać w najbliższym czasie, ok?

— Jasne — odpowiedział Robert. — Do tego czasu może się rozkręcę. Wypakuję, trochę poskrobię i może będę już wiedział co mam zjeść.

— Hmm? — zapytała zaskoczona Maria.

— No, po papierze naturalnie.

— Aaa. Przestraszyłam się, że próbujesz go już wykorzystać — szturchnęła Joannę, która porwała torebkę i mrugnąwszy do niego okiem pomachała mu na pożegnanie i zniknęła w przejściu kuchennym prowadzącym do halu — zaczekaj trochę, bo się jeszcze zniechęci i zmieni nocleg. Roboty trochę tu jest, a kto będzie potem gwoździe wbijał i drewno rąbał, hę? Jeżeli przepuścimy taką okazję, to ci tego nie przebaczę — mówiąc to udawała, że go ignoruje, przez cały czas przygotowując się do wyjścia, pojawiając się i znikając w łukowym wejściu do kuchni. W końcu stanęła w nim, również mrugnęła do niego znacząco i wyszła. Joanna czekała na nią już w samochodzie trąbiąc. Po chwili szum silnika wyciszyła zupełnie odległość, a on mógł w spokoju dosłuchać wiadomości.

Był sam. Przez moment nie mógł w ogóle uwierzyć w to, że jego plan okazał się jednak skuteczny tak jak chciał. Jak tego pragnął. Tylko przez chwilę zastanawiał się nad tym, co tam teraz może robić Paulina — gdyż osobę Eryka Lenarda dawno zdążył już zredukować wyłącznie do czegoś stojącego mu zawadą na drodze do wolności — i czy rzeczywiście teraz myśli wyłącznie o nim jak go solennie zapewniała. Ale tylko przez jedną niekontrolowaną chwilę. Zaraz potem zainteresował się tym, czy Joanna zabrała ze sobą papierosy? Nie wyglądała na palącą nałogowo. Poza wczorajszym wspólnym paleniem nie widział, żeby puszczała jeszcze jakiegoś dymka. Niczego chyba bardziej nie lubił robić rano jak zapalić sobie pierwszego papierosa. Szkoda, że każdy kolejny nie jest pierwszy, pomyślał. Ale wtedy trudniej byłoby to chyba rzucić. Może dlatego w ogóle ludzie wpadają w ten nałóg? Gdyby każdy kolejny smakował jak pierwszy. Przez cały dzień żyją z nadzieją, że następny papieros będzie miał smak tego pierwszego. No cóż, nadzieję można mieć.

Kiedy skończył jeść dwie naprędce sklecone kanapki z żółtym serem i pomidorem posprzątał i zabrał się za zmywanie, a to wszystko do taktu jakiegoś nowego hitu z bardzo hałaśliwą sekcją rytmiczną. Następnie ulżył w cierpieniu rozczulającemu się nad sobą muzykowi, po prostu go wyłączając, i czym prędzej udał się na poszukiwania fajek. Nigdzie jednak nie mógł ich znaleźć. Nawet w Jej pokoju, do którego zaglądnął i wszedł tylko i wyłącznie dlatego, że zostawiła drzwi otwarte na oścież. Wczoraj w nocy nie miał okazji mu się w ogóle przyglądnąć. Poza dwiema sukienkami leżącymi na łóżku niewiele wskazywało na to, że pokój ten zamieszkuje tak piękna kobieta.

Runął na łóżko obok leżących na nim sukienek. Jakoś będzie musiał przeżyć. Tylko ile? Od braku nikotyny chyba jeszcze nikt nie umarł? Przypomniało mu się, jak zapalił swojego pierwszego papierosa. Kończył wtedy podstawówkę. Koledzy, którzy go poczęstowali papierosem siedzieli w tym chyba już od przedszkola. Prawdopodobnie tylko i wyłącznie z tego powodu, że palili już tak długo i nic im się z tego powodu nie działo wszystkie opowieści ku przestrodze rodziców wydały mu się nieuzasadnione i bezpodstawne więc zapalił. Pamiętał, że siedzieli wówczas w bardzo dużych betonowych rurach kanalizacyjnych za starą fabryką papieru i zaniósł się takim kaszlem, że koledzy przestali palić razem z nim. On jednak ćwiczył i wszystkich później zadziwił. Nawet (a może zwłaszcza) swoich rodziców.

Przypuszczał, że odcisnął swój ślad na łóżku Joanny, ale nie dbał o to. Może potraktuje to jako wiadomość od niego? Zapatrzył się w sufit i zaczął rozbierać ją w myślach.

Musiał chyba przysnąć. Odniósł wrażenie, że cienie w pokoju zbladły, a za otwartym oknem panował większy ruch i gwar szeleszczących, stukających i ćwierkających w gałęziach drzew ptaków, przelatujących tam i z powrotem polnych owadów (niektóre z nich nie omieszkały go odwiedzić) oraz niemal wyczuwalnego tętna nagrzewającego się coraz bardziej z każdą minutą powietrza. Zegarek uświadomił mu, że w stanie uśpionej świadomości przeżył niemal dwie godziny. Było siedemnaście po jedenastej, a on nadal miał ochotę na pierwszego papierosa. I to coraz bardziej przybierającą na sile. Ale po tej niekontrolowanej drzemce ogarnęło go tak ogromne rozleniwienie, iż postanowił jego największą falę przeczekać mimo wszystko w łóżku Joanny.

Zaczął rozmyślać nie tylko o tym, o czym rozmawiał z Martą i Joanną dotychczas i o tym co do tej pory z nimi już zdążył przeżyć. Ludzki umysł ma już chyba to do siebie, że lubi wywlekać na światło dzienne czasami rzeczy pozornie kompletnie nie powiązane z głównym nurtem rozmyślań. Zaczął przypominać sobie jak to będąc brzdącem zaczął z rodzicami odwiedzać te okolice. Był nimi zachwycony. Oczarowany. Ilekroć nadchodził czas wyjazdu z Krakowa w te strony, czuł się tak, jakby wybierał się do kina na jakiś egzotyczny film. Do momentu, kiedy wkroczył już w „średnie” życie i jego uwagi nie zaczęły zaprzątać różne nieistotności z nim związane miały one miejsce średnio co parę tygodni. Czyli dość często jak na taką odległość.

Od rodziców dowiedział się, że przyszedł na świat prawie rok po ich poznaniu się i podobno już wtedy wujek jego mamy był w trakcie budowy tego domu. A kiedy tylko już jako nastolatek zaczął odwiedzać Rodańsk bardziej „świadomie”, budynek — w którym właśnie leżał zastanawiając się, co zrobić z resztą pierwszego dnia swojego pobytu w nim — był już ukończony i zamieszkany.

Przed rozpoczęciem jego budowy Feliks Lański wraz z żoną Marią (tą właśnie Marią), córką Joanną i jej starszą siostrą Natalią mieszkał w Rodańsku. Podobnie jak jego siostra Aleksandra (babcia Roberta), która razem z dziadkiem Roberta (Józefem Tomalą) sprowadziła na ten świat Andrzeja i jego prześliczną siostrę Dorotę, która później urodziła Roberta.

Tak więc Joanna i Dorota były kuzynkami. Urodziły się w tym samym roku, z małą różnicą czterech miesięcy. Były najmłodszymi dziećmi swoich rodziców i niemalże od kołyski zapałały do siebie szczególną sympatią, która w miarę upływu lat zacieśniała się coraz bardziej. Od pewnego momentu w ich życiu nie mogły bez siebie żyć. Ta szczególna zażyłość trwała całą podstawówkę i szkołę średnią. Nie chciały, by kiedykolwiek w ich wspólnym już życiu zabrakło im tematów do niekończących się rozmów. Od mamy zdołał jedynie wyciągnąć tylko tyle, że poróżnił je pewien chłopak. Były to pierwsze wolne dni po maturach. To wtedy właśnie pozwoliły „dorwać się” pewnemu starszemu od nich przystojniakowi, same nie wiedząc jeszcze o tym, że wykorzystał po prostu ich przyjaźń. Bardzo to przeżyły. Joanna od razu po otrzymaniu świadectwa maturalnego zamiast złożyć je na Akademii Ekonomicznej w Krakowie wraz z Dorotą — jak planowały już niemal przez całą szkołę średnią -, poznała jakiegoś faceta i po prostu gdzieś z nim uciekła. Dopiero po roku odnalazła się w Australii. Natomiast Dorota, jego młoda mama, przeżyła chyba małe załamanie nerwowe, które przez kolejne miesiące nie pozwalało jej w ogóle wychodzić z domu i normalnie egzystować jak na młodą kobietę przystało.

Mniej więcej w tym okresie Feliks Lański (ojciec Joanny, wujek Doroty, jego mamy, a jego stryj, któremu do emerytury już wówczas niewiele brakowało) zaczął budowę domu, w którym teraz Robert znalazł schronienie przed Erykiem. Kiedy Dorota otrząsnęła się już trochę z tego koszmaru (jeżeli tak naprawdę kiedykolwiek to nastąpiło) przeprowadziła się do Krakowa, prawdopodobnie po to, aby zapomnieć o tym, co ją spotkało w jej mieście. Zawsze jednak odwiedzała rodzinne strony.

Powroty do Rodańska stanowiły nieodłączny element jego dzieciństwa. Pamiętał dobrze, że do momentu ukończenia podstawówki część wakacji spędzał właśnie tutaj — w Rodańsku. Przynajmniej dwa niezapomniane sielskie tygodnie, które nieodmiennie przeznaczał na niczym nieskrępowaną swobodę gonitwy po lasach z garstką miejscowych chłopaków — o których przypominał sobie jeszcze od czasu do czasu (bardziej przy okazji odwiedzin w tych stronach) i wymyślanie z nimi coraz to nowych gier i zabaw wciąż porażających go swoją oryginalnością oraz niepowtarzalną spontanicznością i improwizacją — oraz oczywiście na malowanie. Pozostawił tu w tej głuszy, oraz u swoich dziadków w Rodańsku, wiele rysunków, które nawet dzisiaj porażały go swoją profesjonalnością wykonania. Oglądając te niektóre pozostałe — większość przepadła bezpowrotnie nie wiadomo gdzie — zawsze stwierdzał, że nie różniły one się zbyt wiele od jego obecnych prac. Nawet tych wykonywanych dla Eryka. Zresztą, nie tylko on tak uważał.

Wracając jednak myślami z powrotem do Joanny i kontrowersyjności jej osoby uświadomił sobie, że o jej istocie dowiedział się od mamy dopiero niedawno, bo tuż po pogrzebie stryja Feliksa. Jego zdaniem musiała mieć swoje powody po temu, aby nie uczestniczyć w ceremonii pogrzebowej swojego ojca. Ale przez to przecież w ogóle doszło do ich spotkania. I to właśnie wtedy natchnęła go pomysłem, który właśnie realizował — mianowicie tych jego ostatnich wakacji tak naprawdę stanowiących ucieczkę przed Erykiem Lenardem. Gdyby jednak zdecydowała się nie przyjeżdżać w ogóle albo uczestniczyć w pogrzebie ojca, prawdopodobnie w ogóle by go tutaj teraz nie było. Może by się poznali na pogrzebie i porozmawiali o tym i owym, ale z całą pewnością nie stałaby się dla niego inspiracją go do ucieczki przed Erykiem w tę leśną głuszę.

O śmierci Feliksa Lubicza dowiedział się od Pauliny. Było to w przededniu ceremonii. Często, kiedy pracował nad czymś absorbującym go bez reszty wrzucał komórkę do nienoszonej akurat kurtki i zapominał o bożym świecie. Rezydował wówczas w mieszkaniu Eryka. Wiedział, że musi pożegnać stryja. Po prostu. Wiadomość, którą przekazała mu Paulina była jednak na tyle lakoniczna, że praktycznie oprócz samego faktu śmierci stryjka nie informowała o niczym innym, nawet o dacie i miejscu pochówku. Kiedy zadzwonił do domu — było to pod wieczór — zapytać o szczegóły, mama powiedziała tylko, że ceremonia odbędzie się w dniu jutrzejszym i jeżeli ma czas, to może przyjechać. Dlatego bez zastanowienia pojechał do Rodańska. Wyruszył następnego dnia jeszcze przed południem, aby zdążyć na czternastą. Naturalnie od razu przyjechał tutaj. Nie przyszło mu nawet do głowy, że cała ceremonia zostanie zorganizowana i przeniesiona do miasta, Rodańska, a córka stryja nie będzie miała ochoty w niej uczestniczyć. Nigdy by mu nawet nie przyszło do głowy, że jego mama może mieć AŻ TAK wystrzałową kuzynkę! I to w pod każdym względem. Tak pokierowała rozmową, że zupełnie zapomniał (zapomnieli!) o pogrzebie. Zaowocowało to parę miesięcy później — kiedy myślał, że już nigdy się od Eryka już nie uwolni — tym, że postanowił przed wrześniowym wyjazdem do Warszawy schronić się tutaj, w miejscu, które go do tego natchnęło za sprawą tej niezwykłej kobiety. Wystarczyło odpowiednio przekonać Paulinę, by ta z kolei jakoś uspokoiła Eryka na czas tych wakacji, przynajmniej do momentu kiedy wyjedzie już z Krakowa. O swoich planach nie wspomniał jej słowem.

I dlatego właśnie leżał teraz w tym łóżku, gdzieś tam w środku wciąż odczuwając palącą potrzebę zapalenia tego pierwszego papierosa i zostawienia jakiejś informacji Joannie.


Nagle wstał i wszystko straciło swoją ostrość. Jakby trochę pociemniało, przy lekkim nacisku na tył głowy. Zbyt szybka zmiana pozycji spowodowała natychmiastowy napływ krwi do głowy. Trochę sekund minęło zanim mógł odjąć dłonie od skroni i spokojnie zająć się ścieleniem łóżka.

Musiał zapalić. Wsiądzie do samochodu i w pierwszym napotkanym sklepie kupi po prostu fajki i zaraz wróci. Planowaniem dnia może przecież zająć się później. Przyjechał tutaj właśnie po to, aby kompletnie przestać czymkolwiek się przejmować.

Kiedy tylko pozamykał dom na głucho (alarm uzbroił się automatycznie po zamknięciu drzwi frontowych) i wygodnie usadowił się w swoim morrisie włączając radio coś zaczęło mu nagle nie pasować. Znajomy, ledwie wyczuwalny, ucisk na prawy pośladek zelżał. Tak naprawdę, w ogóle go teraz nie odczuwał. Gdzieś zostawił portfel.

Dwa razy pomylił szyfr zanim wszedł z powrotem do domu i tyleż razy go dokładnie przeszukał. Nigdzie go nie mógł jednak znaleźć. Nie obwiniając już dłużej swojej pamięci zasępił się trochę i usiadł w frontowym pokoju dziennym na wzorzystej kanapie stojącej tuż przy oknie (tyłem do niego i niemal tej samej szerokości) wychodzącym na ścianę lasu i znajdujący się przed nią garaż. Przez identyczne, znajdujące się naprzeciw niego mógł obserwować wznoszące się polany z malutkim w tej perspektywie Wielkim Dębem.

Przez chwilę jednak dał się zaabsorbować dość oryginalnemu wystrojowi pokoju — ścianom z ozdobnej cegły klinkierowej (takiej samej jaką zastosowano na zewnątrz budynku) podkreślonej jasną fugą — zachodząc w głowę, gdzie mógł posiać ten cholerny portfel? Kiedy tak dumał nad swoją zgubą jego wzrok zogniskował się nagle na pewnym elemencie obrazu uchwyconego w ramy okienne. Nagle coś go kopnęło, podbiło z wygodnego siedziska kanapy, kazało wstać i wyjść z domu. Znalazł się po chwili w ramach obrazu okiennego, na który jeszcze przed chwilą z takim roztargnieniem spoglądał. Próbował w miarę dokładnie sprecyzować trasę wczorajszego niefortunnego biegu, podczas którego to właśnie niechybnie musiał zgubić portfel. A zwłaszcza zlokalizować miejsce tego niefortunnego upadku.

Dotarcie w owo miejsce zajęło mu jakieś pół godziny. Przysiadł dokładnie w miejscu wczorajszego upadku na soczyście zielonej powalonej trawie. Chwilę rozglądał sie wokół siebie zanim przeszedł do rzeczy i zaczął skrupulatnie przeczesywać rękami samo miejsce upadku oraz najbliższy teren wokół niego, parokrotnie wracając w miejsca, które właśnie przeglądnął. Jedynym owocem jego poszukiwań były zielone zabarwienia na jego spranych jeansach. Wyłożył się na plecach i głośno westchnął. Tak jakby tylko tego mu brakowało. Ale przynajmniej teraz nie będzie zastanawiał się nad tym, co począć z resztą tego dnia. Co on teraz zrobi bez portfela? I dokumentów? Miał w nim wszystko — dowód osobisty, prawo jazdy i parę kart płatniczych, z którymi się nie rozstawał. No i parę stówek, które wybrał na drogę. Jakby coś nie chciało, żeby zapalił. Albo mu nie pozwalało. Dość śmiałe domniemywanie, pomyślał. Postanowił jednak kontynuować poszukiwania aż do samego Wielkiego Dębu, gdzie przecież dość długo przeleżał. A może wypadł mu drogą jak zlatywał? Pole poszukiwań niebezpiecznie mu się rozszerzało coraz bardziej. Jeżeli w drodze do Dębu, i pod nim samym, nic nie znajdzie, będzie musiał również przeszukać okolice domu (hamak!). A może wypadł mu jednak w samochodzie. Czy dokładnie go przeszukał?

Ze zwieszoną głową — dla przygodnego obserwatora mógł kojarzyć się z myślicielem rozgryzającym pewien ważki problem — powoli posuwał się w stronę dębu lawirując wzrokiem pomiędzy źdźbłami traw. Kiedy podszedł do niego na tyle blisko, aby dopuścić do głosu przekonanie, iż na tym odcinku również niczego raczej nie wypatrzy, tylko przelotnie zlustrował okolice pnia (gdzie trawa przypominała włosy dopiero co ostrzyżonego rekruta — „Kto tu kosi trawę?” przeszło mu przez myśl), po czym ruszył z powrotem, również z nosem spuszczonym na kwintę, w stronę domu drogą, którą wczoraj zbiegał. I dopiero kawałek (jakieś dziesięć metrów) za miejscem wczorajszego upadku przystanął i uniósł nieznacznie głowę uchwyciwszy kątem oka jakiś ruch. Momentalnie zamarł, dalej wpatrując się, już teraz na niby, w trawę. To był ułamek sekundy, ale bez wątpienia czyjaś sylwetka zniknęła za niewielką szopą znajdującą się za przysłoniętym bryłą domu garażem, przycupniętą bliżej lasu. Tylko przez krótką chwilę zastanawiał się dlaczego nie wystartował z miejsca tak jak wczoraj, tylko wciąż spokojnie oglądał zielony dywan trawy miarowo podążając w kierunku domu szlakiem wczorajszego biegu. Chciał go zaskoczyć. Chciał mu pokazać, że go nie spostrzegł. Niczym flara rozbłysnął w jego głowie pewien plan, według którego najpierw spokojnie dotarł do domu, a potem wyłączył alarm (tym razem nie pomylił kombinacji cyfr — 9872591) i zamknął za sobą spokojnie drzwi. Dopiero potem biegiem puścił sie w stronę masywnego dębowego kredensu stojącego przy ścianie, w której widniało łukowe przejście do hallu. Pistolet leżał w skrajnej najwyżej szufladzie, mniej więcej na wysokości pasa, przyłożony świeżymi poszwami — po nocnej interwencji Maria nie omieszkała zakomunikować wszem i wobec, gdzie będzie leżał w razie potrzeby.

Kiedy wepchnął go za pasek przykrywając podkoszulek, skierował się w stronę kuchni, a następnie jej okna — znajdującego się nad dwukomorowym emaliowanym zlewozmywakiem -, które otworzył i odchylił nieznacznie do środka na niecałe pięć centymetrów. Przypuszczał, że jeżeli intruz odkryje to poważne „niedopatrzenie” dźwięk alarmu nie powinien mu przeszkodzić w załatwieniu tej sprawy po swojemu. Intruz wejdzie do środka, a on na niego zaczeka przy oknie dotąd dopóki nie wyjdzie z powrotem. Przypuszczał, że po prostu alarm się nie uruchomi, a on będzie mógł go złapać na gorącym uczynku. Nie podejrzewał, aby ten ktoś był groźniejszy niż on sam z tą spluwą.

Zamknął frontowe drzwi, uaktywniając tym samym alarm, i beztrosko pogwizdując ruszył w stronę samochodu. Jak odjedzie na bezpieczną odległość — to znaczy, mniej więcej taką, przy której praca silnika jego morrisa mogłaby być już niesłyszalna — zatrzyma samochód i podejdzie lasem z powrotem pod dom. Kiedy dostrzeże już między drzewami jego sylwetkę będzie musiał bezszelestnie do niego dotrzeć. Potem będzie musiał być jeszcze bardziej ostrożny, ale to już będzie potem, kiedy tu dotrze z powrotem.

W tej niczym niezakłócanej niespotykanej do tej pory dla niego ciszy dźwięk towarzyszący otwieraniu samochodu i wyłączaniu alarmu zabrzmiał bardzo przenikliwie i nienaturalnie głośno. Być może upłynie trochę czasu zanim przyzwyczai się do tego tutaj. W mieście w ogóle na to nie zwracał uwagi. Dźwięk zamykanego czy otwieranego auta ginął w gąszczu tysiąca innych. Uruchomił silnik, wyprowadził morrisa na drogę i skierował go w stronę, z której wczoraj przyjechał.

Zastanawiał się dokąd dzisiaj dojechała Joanna, kiedy praca silnika jej forda zlała się z tą absolutną ciszą tej bajecznej okolicy? Nie sądził aby okoliczne pagórki i wzniesienia, między którymi zacznie zaraz kluczyć, pozwoliły rozprzestrzeniać się dźwiękom silnika jego morrisa zbyt daleko. Pomyślał, że kilometr najzupełniej wystarczy.

Ruszył, nie rozglądając się po bokach, ani nie zerkając we wsteczne lusterko. Kiedy w końcu licznik zakomunikował mu, że przejechał prawie kilometr zaczął rozglądać się za jakimś dogodnym miejscem do zatrzymania i pozostawienia auta.

Po około kilometrze — licząc od końca podjazdu — zauważył wreszcie po prawej boczną gruntową drogę w las, która po jakichś trzystu metrach ginęła w gęstwinie leśnej. Nawet się nad tym nie zastanawiając odbił w prawo nakierowując morrisa na ślady kolein przedzielonych pasem bujnej trawy. Wiedział, że w trzewiach kniei, w której znikała samochód będzie bezpieczny.


Odcinek, który pokonał w niecałe pięć minut, przy prędkości niespełna czterdziestu kilometrów na godzinę, w drodze powrotnej zabrał mu ich niemal dwadzieścia. Nie wychodząc z tej części lasu, w której zostawił samochód Robert przedzierał się przez gęsty liściasty las (około dwudziestu metrów od jego skraju, starając się utrzymać tę odległość, aby nie stracić z oczu szarego paska asfaltu) za drogę wybierając sobie najmniej zarośnięte krzakami i bujnymi trawami miejsca. Kiedy tylko dotarł do odcinka asfaltowego dojazdu (stryj Feliks niemal w całości pokrył koszty jego wyasfaltowania — od jakichś stu metrów od drogi głównej -, gdyż w gminie mieli non stop ważniejsze wydatki), w którym droga zakręcała ostro w prawo i niknęła za wzniesieniem Robert wynurzył się z lasu, przeciął asfalt i wbiegł na polanę znajdującą się po jego drugiej stronie i po jakichś pięćdziesięciu metrach ponownie zniknął tym razem pomiędzy świerkami wspinającymi się jak on pod wzniesienie, po którego drugiej stronie jakiś intruz prawdopodobnie dokładnie lustrował wszystkie drzwi i okna w poszukiwaniu tych szczęśliwych.

Śpieszył się na tyle na ile pozwalały mu na to rosnące pomiędzy wielkimi pniami świerków karłowate drzewka, pleniące się wszędzie krzewy i krzaki będące najwidoczniej w zmowie z tym intruzem. Miał wrażenie, że za wszelką cenę próbowały go zatrzymać. Jakby wyrastały nagle w miejscach, które najpierw wydawały się być najdogodniejszymi do kontynuowania biegu. Kontynuując bieg przez chaszcze obawiał się przez cały czas tete-a-tete z nieznajomym. Gdyby na przykład zaczął odgrywać rolę przygodnego spacerowicza Robert miałby poważny orzech do zgryzienia. Przecież te tereny z całą pewnością nie należały do świętej już pamięci stryja (a teraz Marii). Parcela, na której postawił dom pod lasem, u stóp góry, którą właśnie okrążał, oraz połacie traw — zakupione prawdopodobnie już po jego śmierci przez Marię — mające służyć za wybieg dla koni stanowiły prawdopodobnie sumę własności Lańskich. Nie, tutaj naprawdę mógł spacerować ktokolwiek i na tyle zaczął obawiać się tej ewentualności, że w biegu wetknął z powrotem pistolet za pasek spodni. Poczuł się jak aktor w jakimś trzeciorzędnym filmie sensacyjnym. Na szczęście nikogo na trasie tego szaleńczego slalomu nie zogniskował aż do miejsca, które mógł już traktować jako forpocztę swojego celu.

W końcu, gdy między drzewami zaczęły majaczyć mu kontury budynku zwolnił i zatrzymał się opierając o pień wielkiego, wiekowego z wyglądu, świerku. Teraz będzie musiał być szczególnie ostrożny, jeżeli będzie chciał żeby jego plan się powiódł. Skierował powoli swoje kroki w stronę domu starając się omijać każdą napotkaną suchą gałąź i miejsce grożące wywołaniem jakiegoś niepożądanego dźwięku. Było ciężko, ale w końcu dotarł do etapu planu, w którym zaledwie parę kroków dzieliło go od wyjścia z ukrycia na część podwórka znajdującego się tuż za garażem. Przywarł do jego bocznej ściany już z pistoletem w dłoni (tym razem odblokowanym — wystarczyło tylko przesunąć małą dźwigienkę do góry) i szybko zerknął w znajdujące się na niej okienko. Był pusty. Nikogo w nim nie spostrzegł. Nie wychwycił żadnego ruchu. Przeczołgał się pod oknem frontowego pokoju i na palcach podszedł do frontowych drzwi przykładając do nich powoli ucho. Nic słyszał. Ale z drugiej strony to czego się spodziewał? Totalnej demolki? Może poszedł na górę? Akurat. A może …? Nagle usłyszał coś, co sprawiło, że lodowata woda spłynęła mu po spoconych plecach. Z kuchni dobiegł go wyraźny stuk talerzy! A jednak! Na szczęście budynek dookoła otoczony był, poza żwirowym podjazdem, świeżutką soczystą niedawno widocznie podkoszoną trawą, dlatego podejście pod okno kuchni nie mogło być aż tak ryzykowne, żeby mógł obawiać się niepowodzenia swojego spontanicznego planu.

W dłoniach, na wyprostowanych rękach, trzymał pistolet i nie spuszczając muszki ani na sekundę z okna kuchni powoli podchodził do niego utrzymując stały trzymetrowy dystans od ściany budynku (na której fugi były ciemniejsze aniżeli te w środku). Okno otwierało się do wewnątrz i teraz właśnie było odchylone maksymalnie ukazując mu powoli wnętrze kuchni.

Gdyby podczas tego szaleńczego slalomu przez las potknął się i wpadł na pień drzewa i tym samym utracił zdolność percepcji otaczającego go świata mógłby jeszcze to jakoś przełknąć, wiedząc, że to wszystko nie jest prawdą. Lecz nic podobnego się nie stało, a przy stole kuchennym, zwrócony do Roberta lewym profilem, pochylony nad talerzem z paroma kanapkami siedział sobie zupełnie spokojnie Eryk Lenard!

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, kanapka, która zamierzała właśnie w stronę ust Lenarda, zatrzymała się w połowie drogi.

Eryk Lenard uśmiechnął się bezgłośnie do Roberta.

*

Miałem około piętnastu lat i dopiero zaczynałem utożsamiać się z czymkolwiek na tym świecie, być pewnym własnego przeznaczenia, kiedy moje rysunki zachwycały już nie tylko rodzinę i szkołę, ale trafiały także dalej, poza obszar chwilowego zainteresowania przygodnych obserwatorów, w dłonie bardziej pokrewne moim, pod oko skłonne rozpoznać w nich coś efemerycznego w swojej niepowtarzalności, ale wciąż dorastającego i wymagającego pokierowania i zdecydowanego doszlifowania.

Do końca nie wiedziałem za czyją sprawą to się dokonywało — przypuszczałem, że rodziców oraz niektórych egzaltowanych nauczycieli -, ale moje prace (lub pseudoprace, jak sam lubiłem się o nich z biegiem czasu wypowiadać, chcąc dać tym samym wyraz swojego dystansu do tego całego przesadnego demonstrowania zachwytu nad moim talentem) zaczęły trafiać w jakiś obieg, nieznany tak naprawdę chyba nawet osobom puszczającym je w ten „odkrywczy” nurt. Nierzadko „podróż” moich prac kończyła się wizytą kogoś zainteresowanego całokształtem moich dokonań i nierzadko ten ktoś wyrażał tyleż samo zachwytu nad nimi co niewiary w ich autorstwo.

Jeden z tych „zainteresowanych” od razu dał swoim zachowaniem do zrozumienia, iż nie trafił pod zły adres, nawet po poznaniu metryki autora. Przedstawił się jako artysta rekonwalescent poszukujący „ewenementu”, który narysował wszystkie te rysunki — i tu wskazał na białą wypchaną teczkę. Jak długo się zajmuje malarstwem — a zajęło mu do tej pory całe życie — czegoś podobnego jeszcze nigdy nie doświadczył. Nie marzył, iż dane mu będzie doświadczyć jeszcze uczucia tak wielkiej fascynacji, mającej swe źródło w totalnym zauroczeniu. Sprawiał wrażenie sympatycznego czterdziestolatka. I takim właśnie był Marek Just. Moje prace trafiły do niego za pośrednictwem osoby w ogóle nie znanej nawet moim rodzicom, co już dało im sporo do myślenia.

Oglądając moje prace Marek Just stwierdził, że podświadomie przez cały czas oczekiwał czegoś takiego. Choć każdemu ze swoich terminatorów prorokował sukces — mając wśród nich nawet paru faworytów -, to TO było po prostu solidnym ciosem w szczękę jego pewności siebie, że już szkoli potencjalne nieprzeciętności. Jednym spojrzeniem oka Justa zdeklasowałem ich wszystkich do roli przyszłych odtwórców. Wprowadziłem „lekki” dysonans w harmonię jego twórczo kontemplacyjno eksploracyjnej egzystencji, pragnącej być świadkiem wzrastających malarskich nieprzeciętności. Spotkanie z moimi pracami zaowocowało dziecięco kapryśnym wręcz pragnieniem podglądania mnie przy pracy. Myślał, że mógłbym jakoś wpłynąć na jego „kursantów”, nie wykluczając wyniesienia przez niego samego „czegoś” wyjątkowego z tej znajomości. Początkowo sam nie miałem nic przeciwko uczestnictwu w tych warsztatach. Była to dla mnie szansa na poznanie ludzi podobnych sobie, pragnących bardziej potwierdzić w grupie własną tożsamość niż tak naprawdę nauczyć się czegoś.

Moi rodzice widzieli w tym natomiast dobrą alternatywę dla mojej wzrastającej stale chęci rozpoczęcia edukacji w liceum plastycznym, co ich zgodnym — acz nie autorytarnym — zdaniem mogłoby przesłonić mi widok na wiele innych możliwości pojawiających się przecież w dzisiejszych czasach dla osób pragnących w bardziej intratny sposób spożytkować swój talent. Choć naturalnie nigdy nie zwerbalizowali w obecności Marka Justa podobnych wątpliwości co do obieranej przeze mnie drogi. Z czasem jednak doszedłem do wniosku, że nie mogli mieć nic innego na myśli sankcjonując tę moją, większą niż dotychczas, zażyłość z pędzlem, gdyż już wówczas mieli poważne wątpliwości co do trafności i racjonalności przyszłościowych decyzji ich dziecka potrafiącego z taką łatwością ożywiać czyste kartki papieru, a które do czasu ukończenia szkoły średniej (oczywiście tej właściwej) powinno już poskładać sobie do kupy prawdziwy obraz życia, a pasję tworzenia chcieć wykorzystać w bardziej intratny sposób. Przypuszczali, że warsztaty plastyczne prowadzone przez prawdziwie zatraconego w sztuce artystę malarza, ledwie wiążącego koniec z końcem — bo takie wrażenie sprawiał pan Just -, odsłonią mi i przedstawią tę drugą, mniej idealistyczną stronę tej sztuki. Nawet nie przypuszczali, że może to faktycznie odnieść jakiś skutek. Jednak stało się to z powodów zupełnie innych niż zakładali.

Tak więc przez dwa kolejne lata — z paromiesięcznym hakiem i jednostajnym spadkiem entuzjazmu dla pasji podglądania pracy trzódki Marka Justa — co najmniej raz w tygodniu spotykałem się z nią i przez blisko pięć godzin, przy okazji każdego takiego warsztatowego spotkania, próbowałem w jej towarzystwie robić to, czemu dotychczas oddawałem się tylko w samotności.

*

Robert wiedział, że dwa nierozłączne komponenty wszechświata, przyczyna i skutek, muszą mieć coś z tym wspólnego. Inaczej nie byłoby tutaj Eryka. Powinien właśnie znajdować się co najmniej około stu kilometrów od niego, w Krakowie, z którego przyjechał zaledwie wczoraj po południu, zupełnie sam. Nikt za nim nie jechał! Tego był pewien! Teraz jednak Eryk Lenard był takim samym zjawiskiem w tym odludnym miejscu jak on. Nic dziwnego, że automatycznie szukał odpowiedzi na pytanie „dlaczego, do jasnej cholery?”

Na pewno któraś z części układanki jego planu musiała okazać się nieadekwatna do pozostałych. Lecz która? Teraz, to już tylko odpowiedź na TO pytanie mogłaby go uspokoić. Aczkolwiek, wbrew pozorom, jej sformułowanie nie było znowu takie trudne; Eryk musiał się od kogoś tego dowiedzieć. A kto, poza Pauliną, jeszcze o tym wiedział? Przecież to ona byłą tym wątpliwym ogniwem łańcucha mającego utrzymać Eryka z dala od niego; jedyną gwarancją na to, że ten łańcuch się nie zerwie. A tu masz! Eryka Lenarda w pełnej okazałości! Napychającego się zawartością lodówki stryjecznej babki Roberta, jak gdyby nigdy nic.

Kiedy jechał tutaj w październiku ubiegłego roku na pogrzeb stryja przestał głowić się nad tym jak tu wyswobodzić się od Eryka. Myślał wówczas wyłącznie o ludzkim losie, przeznaczeniu i krętych drogach jakimi razem spacerują. Cieszył się tylko z jednej rzeczy. Mianowicie tego, że choć na chwilę może o Krakowie w ogóle nie myśleć. Jednak powodem tego mogłoby być coś zupełnie innego aniżeli śmierć stryja Feliksa. Kiedy dotarł już na miejsce okazało się, że ceremonia odbywała się w mieście, a w górskiej daczy spotkał tylko Joannę, która, choć przyjechała na nią specjalnie z Australii, z sobie tylko wiadomych powodów nie chciała w niej uczestniczyć. Może nie miała ochoty spotkać się tak nagle ze wszystkimi członkami rodziny, od której tak nagle i zdecydowanie się odcięła? I dopiero za jej przyczyną Robert nagle znalazł rozwiązanie — wyjście z tej rozpaczliwej już dla niego sytuacji, z jakiej do tej pory nie mógł, albo nie potrafił, wybrnąć.

W dniu, w którym dowiedział się, że testy wypadły pozytywnie, wiedział, że zapaliło się dla niego zielone światło. Potwierdzeniem tego były przesłane mu foldery informacyjne, z gratulacjami, traktujące o wszystkich placówkach firmy w kraju. Nie wiedział w sumie dlaczego, ale Warszawa wydawała mu się optymalną opcją. I taką opcję zakreślił w odesłanym formularzu. Od września miał już zacząć pracę. Pozostawało mu tylko uzyskać konieczne magisterium (czerwiec) i przeczekać dwa kolejne miesiące (lipiec, sierpień). Tylko gdzie?! I to było pytanie!

A w tej samotni, w obecności Joanny, odpowiedź nawiedziła go z siłą lewego sierpowego. I była ona bardzo sensowna. Ostatnie wakacje przeczeka tutaj. W miejscu, o którym zupełnie nic nie wiedział Eryk. Ani Paulina, osoba tak niepewna, a zarazem niezbędna w realizacji jego planu, że również ją musiał utrzymać w niewiedzy, aby spokojnie we wrześniu wyjechać do Warszawy. Nie mógł tego zrobić z dnia na dzień z uśmiechem na twarzy żegnając się z nimi. Nie w sytuacji, kiedy uprawiał się przez ładnych parę lat taki proceder! Bez wątpienia trzymaliby się jego dupy już do końca życia. Wchodząc w taki układ (początkowo tak dla niego atrakcyjny) nie przypuszczał, że okaże się później aż tak krępujący jego swobodę nie tylko twórczą, lecz także osobistą. Tylko niespodziewana ucieczka w nieznane im miejsce, zupełnie odizolowanie się na dwa miesiące i bezpośredni wyjazd stąd do Warszawy mogły coś wskórać. Naturalnie pozostawała jeszcze kwestia uspokojenia szalejącego lwa, czym zająć miałaby się Paulina, która w tym czasie była w nim, Robercie, tak zadłużona, iż nie omieszkał tego nie wykorzystać. Choć próbował tego długo przed śmiercią stryja, to dopiero o wiele później dała się przekonać, że musiał stąd wyjechać, przynajmniej na pewien czas (o pracy również nic jej nie powiedział i zabronił robić to rodzicom), by pozbierać myśli oraz trochę pomalować w spokoju. Wszystkie jego wizje tłamszone były wykonywaniem „fotografii”, których Eryk starał się dostarczać mu nieprzerwanie. Może nawet później zadzwoni i będzie mogła go odwiedzić, ale i tak wróci i będzie gotowy do dalszej pracy i miłości. Jednak jej kobieca subtelność była nieodzowna, aby to wszystko jakoś przetłumaczyć Erykowi, którego zrozumiałe przewrażliwienie może wziąć górę nad rozsądkiem. Osobiście bał się z nim rozmawiać na ten temat, ponieważ obawiał się, że może wypaść w jego oczach mało przekonująco.

Więc tak zrobili. Wczoraj wyjechał sobie spokojnie przeświadczony o swoim sprycie, a teraz, następnego dnia, przez niski parapet okna kuchennego złapał kontakt wzrokowy z osobą, o której myślał, że należała do zamkniętego rozdziału jego życia, bądź przynajmniej, która miała obecnie gorąco przeklinać jego osobę z próbującą odpowiednio naświetlić mu problem Pauliną.

Widocznie jej się to nie udało. Ale skąd u diabła Eryk wiedział, gdzie go szukać i dlaczego obżerał się teraz tak jakby nic się nie stało w kuchni jego stryjostwa?!


Pierwszy odezwał się Robert. Jego napięte do granic możliwości nerwy z radością wręcz przywitały intruza.

— Cześć.

— No, cześć — odpowiedział Eryk tak jakby nigdy nic między nimi nie zaszło i ponownie uwagę skupił na zawartości talerza. — Lepiej to odłóż, albo chociaż opuść, bo to czasem lubi samo wypalić. Nawet jeżeli nie przypuszczam, żeby te palce były zdolne odebrać życie. Sądzę, że zdolne są tylko do obdarzania nim.

Ten sam co zawsze. Niemal stoicki (nie czytać cyniczny; co to to nie). Zupełnie jakby zszedł właśnie na śniadanie, a nie kradł go.

— Słuchaj — powiedział wyluzowany czterdziestolatek. — Nie powiem, że mnie nie zaskoczyłeś, albo nawet troszkę przestraszyłeś. Ale ostatnio straszysz mnie cały czas, więc zdążyłem się już trochę przyzwyczaić.

— Co masz na myśli — zapytał Robert powoli podchodząc do parapetu i myśląc sobie jak głupio musi w jego oczach wyglądać z tą spluwą.

— Jak to co? — odparł Eryk biorąc do ręki ostatnią kanapkę z szynką grubo przyłożoną żółtym serem. — Najpierw ta wiadomość o twoim wybryku, który jeszcze wczoraj do przedpołudnia traktowałem w kategoriach „rzekomych”. Później ta szalona cholerna podróż…

— Jechałeś za mną — wszedł mu twierdząco w słowo Robert.

— A żebyś wiedział, że za tobą. Jeżeli już doszło do tej przedwczesnej, przynajmniej dla mnie, konfrontacji, to należy wyłożyć kawę na ławę. — Podszedł do zlewozmywaka z talerzem i zaczął go opłukiwać pod strumieniem wody. Stali prawie twarzą. — Jechałem w twoim cholernym bagażniku, i żeby było jeszcze zabawniej od wczoraj nic nie miałem w ustach. Wybacz.

— Jak to w moim bagażniku — zapytał z niedowierzaniem Robert, wskazując pistoletem w stronę podjazdu. — Chyba nie moim?

— A czyim, Sherlocku? — odpowiedział pytaniem Eryk.

— Skąd wiedziałeś? — padło kolejne pytanie Roberta. — Paulina — stwierdził po chwili i wszystko zaczęło mu się układać w głowie.

— Temu nie będę zaprzeczał, gdyż nie widzę już teraz po temu powodu i jest to teraz raczej oczywiste. Człowieku, a co ty sobie wyobrażałeś, że ci w to wszystko uwierzy? Nie bądź śmieszny. Myślisz, że ona nie obawia się o własną skórę? Siedzi w tym po uszy i troszkę dłużej niż ty. Nie wiem, czy od razu, ale po pewnym czasie zaczęło jej się to w ogóle nie podobać.

— To znaczy, co? — zapytał Robert leżąc w trawie na plecach gapiąc się na połyskujące w słońcu liście sumaków. Nie mógł na razie patrzeć mu w oczy.

— Te twoje obietnice. — Z kolei Eryk oparł się o zlewozmywak spoglądając to tu to tam, jakby nad niczym konkretnym się nie zastanawiając. — Choć powiem ci, że początkowo naprawdę ci wierzyła. Coś jednak diametralnie zmieniło jej nastawienie. Stała się więcej niż tylko podejrzliwa. Spowiadała mi się niemal z każdego swojego wrażenia i twojego kroku. Kiedy wczoraj żegnaliście się podkradłem się do twojego samochodu, otworzyłem, niedomknięty tak naprawdę, bagażnik i zablokowałem kawałkiem szmatki oczywiście od środka. Paulina mi go wcześniej przygotowała. To znaczy, otworzyła i nie domknęła. Pamiętasz. Wcześniej pożyczyła twój samochód na zakupy. Człowieku, tej podróży nie nigdy nie zapomnę. Krzyczy we mnie każda kość. — Nagle podskoczył i znalazł się na zlewozmywaku. Później zeskoczył na trawnik i klapnął tuż obok Roberta. — Przepraszam, że was w nocy obudziłem, ale już tam nie mogłem wytrzymać. Musiałem wyjść.

— Co się w ogóle napadło. — Robert nadal beznamiętnie patrzył się w listowie.

— Napadło? — zapytał szczerze zdziwiony pytaniem Eryk. — Wiesz co, to dobre pytanie, zadane tylko przez niewłaściwą osobę niewłaściwej osobie. Co tobie odbiło, hę?

— Dokładnie to, o czym bez wątpienia mówiła ci już Paulina.

— Słuchaj, lepiej z tym skończ, albo zmień płytę, gdyż to z powodu wciskania jej tego kitu jestem tutaj, gdzie jestem. A nawet nie wiem dokładnie gdzie.

— W Rodańsku. To tyle jeżeli chodzi o GPS. Nic nie rozumiesz. Ale chyba najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że byłem boleśnie szczery.

— Tego się obawiałem — powiedział Eryk założywszy ręce za głowę starając się wypatrzyć tego, co już parę minut temu wypatrzył Robert.

— Czego? — zapytał Robert.

— Będę musiał tu zabawić dłużej.

— Co — to go momentalnie stymulowało. Podparł się na lewym łokciu i spojrzał na Eryka. — Jak to, chcesz tutaj zostać?

— Przynajmniej do chwili, kiedy zmądrzejesz i powiesz mi o co w tym wszystkim chodzi. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz, więc lepiej dobrze się zastanów.

— O czym ty kurwa mówisz? Nie rozumiesz, że właśnie dlatego to chciałem TAK zrobić –przedostatnie wypowiedziane słowo zaakcentował wyraźnie Robert. — Po prostu w żadnym razie byś mi nie uwierzył. Ja naprawdę potrzebowałem odpoczynku, a znając ciebie zaraz kazałbyś przyczepić się do mnie Paulinie. Ale ja chciałem naprawdę odpocząć od tego wszystkiego, nie jarzysz? — Jeszcze nie krzyczał, ale był bardzo bliski tego. Jak tak dalej pójdzie i dyskusja potoczy się tym torem, to na pewno na tym zakończą.

— Słuchaj, ja mam czas — odparł równie spokojnie Eryk jak zaczął. Tak, jakby Robert w ogóle nie podnosił na niego głosu. — Ciebie i tak by nie było, a Paulina będzie kontrolować resztę, wszystkie zlecenia. To bystra dziewczyna. A ja wziąłem sobie dwutygodniowy urlop. I zawsze go sobie mogę przedłużyć. — Poklepał się po przedniej kieszeni spodni, pod których materiałem wyraźnie odznaczał się kształt komórki. — Człowieku. Ja się martwię tylko o swoje marzenia. Mówię swoje, bo do wczoraj myślałem, że są nasze. Co ty byś zrobił na moim miejscu?

— Może i to samo. Ale dlaczego nie jechałeś za mną autem, tylko ten bagażnik — zapytał Robert, podkreślając swoje słowa gestem prawej ręki.

— Chciałem dostać się bezpośrednio tam, gdzie chciałeś uciec przede mną zupełnie niezauważony. Zawsze istniało niebezpieczeństwo, że stracę rachubę czasu i przysnę, ale bez choćby odrobiny ryzyka raczej nic nie można osiągnąć.

— A jakbym zostawił auto w Krakowie, a tutaj przyjechał pociągiem albo autobusem?

— To wtedy musiałbym śledzić cię w tradycyjny sposób. Czyli jechać za tobą — odpowiadał Eryk bez najmniejszego zawahania i zająknięcia. — Ale jak widać nie myliłem się. Albo raczej, nie myliła się. Paulina doszła do wniosku, że po przyjeździe z tego pogrzebu stałeś się bardziej pewny siebie, ale zarazem jakby mniej przystępny. Jakoś wykombinowała, czy też może raczej wywnioskowała, tylko nie wiem po czym, że tu chcesz właśnie zwiać nikomu nic o tym nie mówiąc. A musiałem jechać za tobą, a w tym przypadku z tobą, ponieważ nie znam tego miejsca i w ogóle tych stron. Nie mogłem dojechać tu sam za tobą po pewnym czasie. Ale skojarzyła o jakim miejscu myślisz, bo coś wspominałeś o nim zaraz przed wyjazdem na pogrzeb. Według niej odpowiadało to twoim potrzebom izolacji i harmonii — choć zapewne nie miał zamiaru wypowiedzieć tych słów ze słyszalną emfazą, w odczuciu Roberta Erykowi nie powiodło się to. — Zwłaszcza, że później w ogóle już o tym nie wspominałeś, mam na myśli to miejsce. Więc tylko czekaliśmy na ten dzień. Wczorajszy dzień. Mądra z niej dziewczyna.

— Bez wątpienia. — Jeżeli nie wyczuł sarkazmu w jego głosie (a sądząc po jego wyrazie twarzy najnormalniej w świecie go zignorował), to chyba tylko dlatego, że naprawdę był czegoś pewien, bądź też wiek dobrze go na niego uodpornił. — I co zamierzasz z tym teraz zrobić?

— Ja? — Zapytał zaskoczony Eryk, jakby ktoś nagle wyrwał go z zamyślenia. I nie było to raczej dalekie od prawdy. — Nic. Kompletnie nic. Reszta należy do ciebie. Albo szybko zmienisz repertuar na właściwy, albo… — Tu zawiesił głos, czego nie omieszkał wykorzystać Robert.

— Albo co — zapytał odważnie ponownie wypatrując czegoś pomiędzy mrugającymi do niego liśćmi.

— Będę zmuszony zafundować sobie tutaj nieco dłuższe wakacje niż planowałem. Ot co. Jestem za stary, żeby uwierzyć w te brednie, które, nie obraź się, próbowałeś wcisnąć Paulinie. A tutaj jest naprawdę pięknie.

— Dla mnie z każdą chwilą coraz mniej — powiedział bardziej do siebie Robert.

— Nie tragizuj — odparł Eryk. — I nie przesadzaj. Pożyjemy zobaczymy. Może nawet zmądrzejemy.

— Człowieku. — Roberta również zaczynało wyprowadzać to z równowagi. — Ty naprawdę sądzisz, że… — Nagle przerwał jakby zapomniał języka, albo coś istotniejszego pojawiło się w jego myślach i musiał przez chwilę skoncentrować na tym całą swoją uwagę, aby tego nie utracić. — A właściwie co ty sobie myślisz, hę? Że po co ja tu przytaszczyłem w twoim bagażniku swoje cztery litery, co? — Nie ustępował Eryk w przekonywaniu chyba bardziej samego siebie, pomyślał Robert, aniżeli jego o swoich racjach. — Oświeć mnie, wtedy będę wiedział jak zagrać, żeby wszystkim pasowało. No, słucham.

Eryk wstał, podszedł do ściany i oparł się o nią, dokładnie naprzeciw leżącego na trawie Roberta, który widocznie tym zaintrygowany oparł podbródek między kośćmi barkowymi.

— Wyjaśnijmy sobie to, na czy stoimy — powiedział po chwili zastanowienia Eryk zakładając ręce, a Robert podtrzymując złożonymi rękami kark ponownie ostentacyjnie zainteresował się czymś widocznym tylko dla niego, a co przez cały czas wisiało dokładnie nad nim wśród listowia sumaków. — Mamy czas, więc…

— Nie sądzę, aby było go tak wiele — przerwał mu Robert. — W każdej chwili może przyjechać moja, no powiedzmy, ciotka.

— Co masz na myśli? — zapytał Eryk.

— To co powiedziałem — odparł poirytowany już lekko Robert. — Kuzynka mojej mamy, ale nieważne. W każdym bądź razie miała przyjechać już około południa, a jest już — spojrzał na zegarek — prawie pierwsza. Jeżeli chodzi o ścisłość dwunasta czterdzieści dwie. Nie wiem, co jej powiem jak nas tu zobaczy. Byłaby trochę zaskoczona naszym widokiem. Twoim widokiem.

— No, nie byłoby to również i po mojej myśli — powiedział Eryk Lenard, ale nie zabrzmiał dla Roberta zbyt przekonująco.

— Raczej. Zwłaszcza nie po twojej. — Spodobało się Robertowi, że Eryk widocznie zareagował na tę uwagę. Trochę ściągnął brwi i skoncentrował swój wzrok na czymś znajdującym się dokładnie pomiędzy nimi. Ciekawe — myślał Robert -, co by zrobił, gdyby właśnie teraz usłyszeli przepowiedziany dźwięk silnika zbliżającego się samochodu Joanny? Czegokolwiek chciał się tutaj Eryk dowiedzieć wykrycie jego nie zakładanej przez nikogo mieszkającego w tym domu obecności mogłoby poważnie zminimalizować prawdopodobieństwo jego zamierzenia. Jakiekolwiek by ono nie było. W końcu się odezwał nie podnosząc wzroku:

— Co proponujesz — zapytał tak, jakby to co zamierzał rozwinąć jeszcze minutę temu puścił już w niepamięć.

— Wejdę do środka, zamknę okna, schowam pistolet (który leżał teraz dokładnie tam, gdzie spoglądał Eryk), wyjdę i włączę alarm zamykając drzwi, a później możemy spokojnie usiąść na werandzie i pogadać. Gdy usłyszymy samochód po prostu wejdziemy w las — dokończył zgięty w pół chwytając za lufę pistoletu, a następnie osiągając swój stały już wzrost.

— Dobra. — Robert zauważył jego niepewność w oczach, kiedy zaczął obracać bronią w rękach, oraz — co bardziej go ucieszyło — charakterystyczne wybrzuszenie na jego koszuli. Cenną zawartość koszuli.

— Masz papierosy — bardziej stwierdził niż zapytał zatrzymując się już w drodze do drzwi frontowych. Eryk poklepał się po lewej kieszeni koszuli.

— Co ty byś beze mnie zrobił — już bardziej uspokojony zaczął rozpinać guzik kieszeni koszuli.

— Spokojnie spędził swoje ostatnie wakacje — odparł Robert, po czym zniknął z oczu Eryka za załomem ściany.

Wykonanie wszystkich niezbędnych czynności aby zabezpieczyć dom zajęło mu zaledwie pięć minut. Kiedy wyszedł na werandę i usiadł naprzeciwko Eryka na słomianym krześle, ten oddychał już bardziej widocznie niż jest to możliwe o tej porze roku.

— Częstuj się. — Na szklanym blacie okolonym drewnianą obręczą, w której został osadzony leżały camele i bordowa zapalniczka. Paczka byłą opróżniona tylko do połowy, co Roberta bardzo zaciekawiło i ucieszyło zarazem.

— Rzucasz? — zapytał Robert odpalając papierosa.

— Nie. Po prostu nie przywykłem palić na pusty żołądek — odparł widocznie z czegoś zadowolony Eryk. — Od momentu, kiedy zamknąłem się wczoraj w twoim bagażniku, czyli od drugiej z hakiem, do dzisiaj, nie miałem nic w ustach, więc…

— Ja ci tam nie kazałem włazić — nie pozostawał mu dłużny Robert.

— Zaraz się postaram udowodnić, że jednak tak.

— A to ciekawe. Zamieniam się w słuch. Widocznie posiadam jakieś nie uświadomione jeszcze możliwości.

Zdążył się już trochę oswoić z widokiem Eryka — w końcu oglądał go prawie codziennie przez lata, a dzisiaj nie przedstawiał sobą niczego nowszego aniżeli wczoraj -, jednak jego obecność w tym miejscu była dla niego druzgocząca. A jeżeli głos porażki nie rozsadzał mu jeszcze czaszki, to potencjometr zamierzał wkrótce zacząć podkręcać chyba sam Eryk, jeśli już nie robił tego sukcesywnie.

Chociaż nie podnosił jak na razie głosu (może nie pozwalała mu na to jego bratnia nie znajdująca w tym nigdy upodobania natura), Robert jakimś sposobem wyczuwał, że Eryk trzyma nerwy na wodzy, a wytwarzająca się pomiędzy nimi atmosfera wzajemnej podejrzliwości spowijająca ich stopniowo niby ten dym kłębiący się wokół nich była napięta niczym owe przysłowiowe jaja barana, o których tak beztrosko nadmieniła dzisiaj rano przy śniadaniu Maria.

Eryk postawił sprawę jasno. Zbyt jasno, aby Robert po skończonej rozmowie miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości co do faktycznego charakteru jego postanowień i tej jego wizyty. Nie zamierzał stąd wyjeżdżać dopóki to, czego się tutaj dowie i to, co tutaj zobaczy nie będzie wystarczająco przekonujące po temu. A jeżeli wieści nie będą zbyt wesołe, wówczas będzie musiał improwizować. Ale to czas pokaże jak ta improwizacja miałaby wyglądać. A o tym, że Eryk potrafił improwizować Robert wiedział chyba najlepiej.

— Pokaże co? — zapytał lekko poirytowany tym Robert.

— Czy nasze przeczucia, Pauliny i moje, okazały się słuszne.

Już dawno wypalił swojego papierosa, a teraz oparł prawą nogę na kolanie lewej tworząc pomiędzy nimi niemal idealnie kąt prosty bawiąc się przy tym zapalniczką.

— Jakie przeczucia i względem kogo? — Robert nie ustawał w dociekaniach.

— Względem ciebie i w tej kwestii twojej niesubordynacji.

— Czego? — Nie mógł w to uwierzyć. Poczuł się nagle jak besztany uczniak na dywaniku dyrektora. Wystarczyło tylko przymknąć powieki, żeby cofnąć się w czasie. Wiedział, że rozmowa ta nie może zakończyć się kompromisem. Czekał na dalsze rewelacje.

— Może zabrzmiało to zbyt pretensjonalnie, może niezbyt jasno, no ale zawiodłeś mnie i tyle. A może aż tyle. — Jednak nie przemawiał jak dyrektor. Zdania wypowiadał ze stoickim spokojem, jak gdyby nie opowiadał o przeżyciach własnych tylko swojego znajomego, do tego zasłyszanych nie wiadomo gdzie. — Już prawie po roku stałeś się dla mnie, dla nas, bratnią duszą. Naprawdę, człowieku. Już zaraz po tym jak Paulina zadzwoniła z wystawy karząc mi na nią zaraz przyjechać, serce zaczęło mi szybciej bić. Galopowało. Czujesz?! Spoglądała na jeden z twoich szkiców i rozmawiała ze mną opisując mi go dokładnie. Też ma do tego cholera talent. Powinna zacząć książki pisać. Tak, jakbym tam stał i miał go przed sobą.

— Z pewnością — odparł trochę zgryźliwie Robert, pozwalając mimowolnie chmurce dymu wydostać się nieśmiało na zewnątrz. A Eryk ciągnął dalej, tak jakby nikt w ogóle nie wszedł mu w słowo. Zachowywał się tak jakby dopiero ćwiczył w samotności ten zaadresowany już konkretnie monolog nagrywając go na dyktafon, by móc później go odsłuchać korygując ewentualnie podczas ponownego nagrywania.

„On naprawdę wspomina” — pomyślał Robert.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 59.63