E-book
13.65
drukowana A5
56.58
Fotografia Pokoju

Bezpłatny fragment - Fotografia Pokoju


Objętość:
353 str.
ISBN:
978-83-8155-358-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 56.58

Jesienią, dziewięćdziesiątego dziewiątego, Robert często przyłapywał się na dwóch rzeczach: tępym rozpamiętywaniu minionych wakacji, stanowiących nieuniknioną kulminację ciągu pewnych zdarzeń -, oraz gorączkowej próbie wręcz chirurgicznego wyrugowania ich z pamięci. Jedna niestrudzenie determinowała drugą, co stanowiło swoiste circulus vitiosus samoudręczenia, cofającego go nieubłaganie do początków lipca, kiedy to postanowił wziąć rozbrat z dotychczasowością ostatnich lat przyjeżdżając do pięknego górzystego Rodańska — trochę wypocząć i oderwać się w końcu od tego wszystkiego, a przede wszystkim jednak chyba po to, aby przeczekać kulminację burzy, którą (jak wówczas jeszcze tylko przypuszczał, a teraz to już wiedział) wywołał swoim nagłym zniknięciem.


Był początek lipca i znajdował się już za ostatnimi peryferyjnymi zabudowaniami Rodańska zdążając do miejsca będącego finalnym punktem jego ucieczki. Otaczała go bajeczna panorama kopulastych, gęsto zalesionych wzniesień. Robert nie mógł się już dłużej oszukiwać, że nic z tego nie wyjdzie. Zostawiając za sobą cały ten jazgot szerokich ulic — przy akompaniamencie, którego dorastał do swej obecnej dwudziestopięcioletniej postaci — i wjeżdżając w tę leśną krainę, odniósł dziwnie silne wrażenie, że gdzieś po drodze umarł i właśnie rodzi się na nowo zostawiwszy za sobą wylinkę starego ciała. Wiedział, że jeżeli rodzice oraz Paulina będą go kryć, spokojnie będzie mógł przeczekać tutaj te dwa problematyczne miesiące dzielące go od wyswobodzenia. Nie pozostawało mu już w obecnej sytuacji nic innego, jak tylko dojechać tą meandryczną niewiele szerszą od jego mini morrisa coopera clubvana polną asfaltówką do posesji wujka jego mamy (kulturalnie przycupniętej pod samą granicą wspinającego się miarowo do góry lasu), aby mógł w końcu zacząć o wszystkim zapominać. Przynajmniej o tym wszystkim, co wiązało się nierozerwalnie z Pauliną i ich — nie, już tylko jej — Impresario, za którymi poszedł wiernie jak bezpański pies. (Jednak nie bez głębokiego osobistego przekonania o słuszności wszystkiego, czego razem się dopuszczali w imię Ich Wspólnej Wielkiej Miłości, która nawet w tej chwili tliła się w nim jeszcze zazdrośnie. Ale czuł, że tutaj szybko dogoreje.)

Miejscowość, w której tak twardo zasadzone były jego korzenie nie liczyła sobie więcej niż czterdzieści tysięcy mieszkańców. Jednak razem z licznymi mackowatymi przyrostami okolicznych miejscowości i wiosek uzbierałoby się tego trochę więcej. Zamknięta w malowniczej niemałej niecce stopniowo zabudowywanej Kotliny Rodańskiej, okazała się być dla niego jedyną przepustką do wolności, której nie potrafił mu udzielić Kraków, miasto, w którym dorastał i które znał lepiej niż kieszeń własnych spodni, gdzie jego matka zdecydowała się zamieszkać, kiedy na studiach jeszcze poznała pewnego przystojnego krakusa i gdzie w końcu wpadł w sprytnie zastawione sidła Eryka. Choć ten, tak naprawdę rozstawił je zupełnie apersonalnie — co było teraz dla Roberta tak oczywiste jak wszystko to, co się później wydarzyło.

Teraz jednak tylko pragnął o tym jak najszybciej zapomnieć. Przynajmniej na razie przestać o tym myśleć. A tutaj nie powinien mieć z tym raczej większych problemów.

Widok, jaki roztaczało przed nim wczesne trzecio lipcowe popołudnie był wystarczającym świadectwem autentyczności obietnic, jakie przyniosła ze sobą nieoczekiwana śmierć stryja Feliksa. Obietnic tego, o czym tak usilnie marzył od dłuższego już czasu — wyswobodzenia spod jarzma subtelnego niczym przyjaźń.

Jakie to wszystko wydawało się nieistotne w tej zupełnej izolacji od codziennej melodii klaksonów. Cichy dźwięk silnika morrisa był tego jedynym wspomnieniem. Aż za bardzo niepożądanym w tym bastionie baśniowości.

Ostatnie zabudowania zostawił za sobą już dobre dziesięć minut temu, a obraz we wstecznym lusterku stał się wierną kopią tego, co miał przed sobą. Zalesione góry, falujące szachownice pól uprawnych. Jeszcze parę dodatkowych minut i zaparkuje na żwirowym podjeździe domu, który wzniosły w tym leśnym odosobnieniu kaprysy świętej już pamięci stryja Feliksa, które były równie niejasne i nieoczekiwane jak jego śmierć. Lecz dla Roberta liczyły się teraz tylko nadchodzące dwa miesiące, po upływie których będzie mógł rozpocząć całkiem nowe życie, nienaznaczone już jednym wielkim znakiem zapytania wiszącym nad całą jego przyszłością.

Dziwiło go jedynie to, dlaczego wcześniej nie wziął pod uwagę takiej ewentualności, czy też może nawet — oczywistości. I dopiero stryj Feliks swoją nieodżałowaną śmiercią musiał wręcz wykrzyczeć mu ją do ucha.


Choć zrobił to już pięciokrotnie, nacisnął przycisk dzwonka raz jeszcze. Podczas gdy charakterystyczny, niemal już reklamowy, motyw z Carmen Bizeta zaczął z kolei wypełniać pustkę pomieszczeń, Robert złapał za klamkę drzwi wejściowych i tylko przez chwilę zastanawiał się „czy powinien?”. Stawiające stanowczy opór drzwi wejściowe szybko rozproszyły jego wątpliwości. Przyłożył ucho do jednej z czterech romboidalnych (ułożonych w drzwiach w jeden większy romb) szklanych witrażowych szybek opalizujących w blasku wczesnego popołudnia. Wsłuchując się w ciszę jaka nastała niepodzielnie po triumfie Bizeta nacisnął przycisk dzwonka po raz siódmy, prowokując Ogińskiego, by przypomniał się nieśmiertelnym fragmentem „Poloneza”. Zrobił obrót na pięcie prawie o trzysta sześćdziesiąt stopni i z teatralnym niemal westchnieniem irytacji ruszył ścieżką wyłożoną czerwoną kostką biegnącą blisko ściany budynku prowadzącą na jego „zaplecze”.

Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że dom o tej porze będzie pusty.

Dom, podobnie jak korpulentny jegomość, brak wyższych kondygnacji (nie licząc szczątkowego poddasza) rekompensował sobie kubaturą na tyle konkretną, iż śmiało zapewniał funkcjonalny rozkład takiej liczby pomieszczeń, jaką zawierał. Jego architektura nie przedstawiała żadnego konkretnego stylu. Czerwony ozdobny klinkier pod trochę płaskim dwuspadowym dachem. Swoisty mariaż ponadczasowej elegancji z kulturą niedostępności. Ilekroć tutaj bywał, zawsze urzekał go swoją okoloną drzewami prostotą, która w połączeniu z sielskim górzystym obrazkiem wzbudzała zawsze poczucie absolutnej błogości i beztroski.

Budynek postawiony został na niewielkim obszarze płaskiego terenu znajdującego się tuż u stóp gęsto zalesionego wzniesienia, ze szczytu którego (jak pamiętał) można było oglądać, już po jego drugiej stronie, zabudowania innych przedmieść Rodańska. Sprzed domu natomiast roztaczał się widok na dziewicze jeszcze wzniesienia wymazane obecnie wieloma odcieniami zieleni.

Wydawało mu się, że stryjek (bo chyba już nigdy nie przyzwyczai się myśleć o nim inaczej) sam wpadł na pomysł, aby wybudować drugi dom po to, aby w spokoju doczekać kresu swojego życia.

Za domem, gdzie znajdował się ogród, również nie mógł niestety liczyć na niczyje towarzystwo. Wszystko wskazywało jak na razie na to, że naprawdę nikogo tu nie było. Tak piękna pogoda każdego w końcu wygna chyba w plener?

Zaczeka. Zresztą i tak nie miał raczej innego wyjścia. Nie będzie wracał z powrotem do miasta. To przecież dobre pół godziny jazdy samochodem. I chociaż był już trochę głodny, przypuszczał, że długo nie będzie musiał czekać na powrót gospodyni.

Weranda oferowała, prócz plecionego stolika z czterema takimi krzesłami, całkiem wygodną wiklinową ławę, na której będzie mógł się ewentualnie zdrzemnąć do czasu jej (ich?) powrotu. Półtora godzinna jazda w pełnym słońcu dała mu się porządnie we znaki. Od jego nieustającego towarzystwa i papierosów rozbolała go głowa.

Złapał za klamkę drzwi wyróżnionych jedynie framugą na szklanej ścianie-elewacji. Jednak i one nie chciały wpuścić go do środka. Usiadł na jednym z wiklinowych krzeseł, oparł stopy na sąsiednim i założywszy ręce za głowę głośno westchnął.

Na szklanym blacie stał flakon z czerwoną dalią.

Ogarniało go znużenie. Potrzebował czasu, aby nabrać sił przed wrześniowym startem w nowe warszawskie tym razem życie, oraz zrzucić balast tego, co wydarzyło się powiedzmy do wczoraj, począwszy od dnia spotkania Pauliny. Dwa miesiące powinny mu w tym pomóc. Potraktuje to, jako przymusowy urlop.

Wyciągnął paczkę marlboro, a z niej przedostatnią dawkę pobudzającego dymu. Poszła zbyt szybko jak na jego normalne tempo spalania. Kupił ją dzisiaj rano. A nie licząc spotkania z Pauliną, podczas jazdy wypalił ich bodaj pięć czy sześć. Ale Paulina też paliła. Tylko czy sięgała do jego paczki? Chyba przestawał to kontrolować (naturalnie miał na myśli swoje palenie, a nie częstowanie petami). Na razie postanowił jednak o tym tyle nie myśleć. Myśl o papierosach przypominała mu ten specyficzny sposób, w jaki trzymała tlącego się papierosa. Będąc niby lekko roztargnioną. Dlatego cała swoją uwagę postanowił skierować na to, co już wcześniej (praktycznie zaraz po wyjściu z auta) zwróciło jego uwagę.

Nowe ogrodzenia z drewnianych bali, które leżały na polach wcześniej nienależących (jak pamiętał) do stryjka, ogradzały teraz sporą, przeoraną połać ziemi. Zespół niewielkich drewnianych, prawdopodobnie gospodarskich, budynków, leżał tuż pod tym samym co dom lasem w bliskim jego sąsiedztwie. A podczas jego ostatniej wizyty dom otaczały jedynie smagane wiatrami, zapomniane przez swoich właścicieli łąki — teraz po części skrupulatnie zaorane i przygotowane pod przyszłą murawę, a po części tylko dokładnie wykoszone. Wszystko to zagospodarowane, jak nie trudno było się domyślić, pod przyszłą stadninę.

Kiedy tego wszystkiego dokonano? W dniu pogrzebu stryjka Feliksa, kiedy to miała miejsce jego ostatnia wizyta w tych stronach, wszystko to wyglądało jak zawsze. To znaczy bardziej dziko. A było to w październiku ubiegłego roku. Zastanawiało go, czy córka stryja, Joanna, którą w dniu jego pogrzebu spotkał po raz pierwszy, miała z tym coś wspólnego? Jakby nie było, to ona swym nieoczekiwanym pojawieniem się w jego życiu, zainspirowała go do tej ucieczki. Chociaż sama nie mogła zdawać sobie z tego sprawy. Może zadecydowała się pozostać w kraju? Może, pomimo licznych plotek rodzinnych krążących na jej temat, nie zostawiła teraz owdowiałej matki na pastwę samotności takiego wieku? A to, co właśnie oglądał, wyglądało raczej na przejaw działalności osoby młodej. Co nie oznaczało, że Maria Lańskiej sama nie mogłaby stanąć na czele podobnego przedsięwzięcia. Wręcz przeciwnie. Posiadała energii i twórczej woli życia o wiele więcej niż niejeden młodzieniec. Sama jednak powtarzała, że pragnie już tylko spokoju i oderwania od wszystkiego, co mogłoby jej myśli przyciągać ku doczesności. Lecz kto wie?

Jakkolwiek nie przedstawiałaby się prawda, wolałby żeby już się tu zjawiła. Bądź zjawiły. Był coraz bardziej głodny, a ostatniego batona czekoladowego pochłonął dobrą godzinę temu. O obiedzie nie miał czasu dziś nawet pomyśleć. Gdzie się w takim razie podziewała? Samochód Feliksa i Marii stał w przyległym do budynku garażu — co zdążył zauważyć wcześniej zerkając w jego boczne okienko. Więc jeżeli pojechała do miasta, to w jaki sposób się tam dostała? Może zabrała ja jedna z koleżanek, które odwiedzała od czasu do czasu? A może w tak piękną pogodę wybrała się po prostu na spacer? Wiedział, że bardzo lubi fotografować. A przy tak idealnej pogodzie zapewne długo nie zastanawiałaby się czy warto. Miał nadzieję, że wróci szybciej niż zdąży wymyślić cokolwiek, by zająć sobie czymś czas. A jak na razie nic nie przychodziło mu do głowy. Ustalił już, że nie było najmniejszego sensu wracać do Rodańska, choć nie zajęłoby mu to więcej niż dwadzieścia minut. Szkoda paliwa. A poza tym ponowna jazda w pełnym słońcu nie bardzo mu się uśmiechała. I może dlatego jego wzrok powędrował nieznacznie do góry, ku samotnemu wielkiemu drzewu, do którego dotarcie zajęłoby mu troszkę czasu i wycisnęło zeń niemało potu. Kiedy znajdzie się pod jego rozłożystymi konarami, spod ich cienia będzie mógł obejrzeć o wiele rozleglejszą panoramę niż stąd. Ten wiekowy dąb rósł (albo raczej stał już tylko sobie) na tej części niezarośniętego łagodnego zbocza góry, skąd miałby idealny widok na zaplecze domu i częściowo na jego podjazd. Spoglądając na nie z werandy, było trochę tylko większe od zapałki. W rzeczywistości, zażywającego pod jego koroną wytchnienia mógł ogarnąć miły chłód.


I kiedy tak odpoczywał w jego ogromnym chłodzącym cieniu — wypalając przy tym ostatniego papierosa, oraz delektując się pełniejszą panoramą ciemnozielonych i granatowych wypukłości okolicznych wzniesień, sprytnie przesłaniających widok na znajdujące się gdzieś między nimi zabudowania — zauważył poruszenie na tyłach, przypominającego teraz mały domek dla lalek, domu. Na werandzie, którą opuścił dobre dwadzieścia minut temu (z czego podchodzenie pod górę zajęło mu ponad dziesięć), malutka ciemna postać przysiadła na wiklinowej ławie i znieruchomiała. Nie mógł to być nikt inny, jak tylko Maria. Widocznie wróciła ze spaceru akurat wtedy, kiedy on podchodził pod to drzewo. Z pewnością widziała już jego samochód i zachodzi teraz w głowę gdzie się też zapodział?

Chcąc zwrócić na siebie jej uwagę zaczął wymachiwać przepoconą podkoszulką pogwizdując przy tym, na tyle głośno na ile pozwalały mu ta to jego umiejętności. Zaprzestał jednak tego, kiedy ciemna plamka powstała i zaczęła iść w stronę frontu budynku. Dopiero, kiedy postać zniknęła za węgłem, a rozmaite wizje wariantów włamań zaczęły niepodzielnie panować w jego głowie, zaczął zbiegać w stronę domu.

Gdzieś w połowie dystansu dom-samotny dąb zahaczył stopą o jakiś patyk albo korzeń i przez chwilę miał wrażenie, że sobie coś złamał. Powstał jednak szybko i w podobnym tempie pokonał pozostały odcinek. To, co czekało na niego przy domu zaskoczyło go bardziej niż owo twarde kopnięci czegoś nieustępliwego — czegoś, co przyczyniło się do tego bolesnego upadku, kiedy to ziemisty zapach wypełnił mu nozdrza, a jego źródło usta.


A czekało na niego to, co zastał zaraz po swoim przyjeździe. Nie wiedział, co o tym myśleć. Lecz tak naprawdę, przez cały czas, kiedy biegł w dół, bał się nawet spróbować wyobrazić rzeczywistą przyczynę odwiedzin tego kogoś. Kiedy spróbował ponownie otworzyć drzwi wejściowe od frontu i tyłu budynku, wiedział już na sto procent, że to nie Maria wróciła ze spaceru.

Z pewnością ten ktoś nie odjechał nigdzie samochodem. Nie słyszał, żeby cokolwiek zostało odpalone od chwili jego przyjazdu tutaj, gdy silnik jego morrisa zamilkł z wyraźną ulgą. Dokładne oględziny okolic domu również nie były zadowalające, a żwirowy podjazd potwierdził tylko to, iż oprócz niego, od jego przyjazdu, nikt tutaj nie parkował, a już z całą pewnością nie ruszał „z kopyta”. Naturalnie ten ktoś mógł to zrobić nieco dalej. Tutaj jednak panował taki spokój, że z pewnością słyszałby pracujący silnik. Chyba, że ów Ktoś jeszcze nie wystartował?

Po lewej, skąd przyjechał, droga (po jakichś dwustu metrach) niknęła skręcając w lewo. Na przełaj łatwo mógł dotrzeć do jej niewidocznego dalszego ciągu. Nie sądził jednak, aby samochód wchodził w grę. Może powinien zacząć mieć się na baczności? Zakładając oczywiście nieuczciwość zamiarów gościa. Chyba, że to był jakiś smarkacz? Przecież ewidentnie uciekał. A jeżeli nie był sam? Może by wówczas nie uciekał? Albo poleciał zawiadomić kumpli? A może był tylko na tak zwanych czatach?

A może wcale tego nie robił? To znaczy, nie uciekał?

Na samą myśl o ukrytym gdzieś w krzakach zbirze (albo zbirach) dostał gęsiej skórki.

Kiedy wrócił na werandę i usiadł na miejscu, które niedawno zajmował ten Ktoś, zaczął żałować, że tak szybko poszła mu ta paczka fajek.

Przesiadał się właśnie na krzesło, kiedy delikatny szelest najbliższych leśnych zarośli zerwał go ponownie na równe nogi. W sekundzie obrócił się przygotowany wręcz na wszystko. Zza zasłony splątanych gałęzi poszycia nie wystąpił jednak żaden aktor. Antrakt wciąż jeszcze trwał. Ciekawe, kiedy rozpocznie się scena druga? Wiedział tylko jedno. W tej sytuacji pozostawienie domu na czyjąś ewentualną pastwę w ogóle nie wchodziło w grę. A policji również nie mógł jeszcze informować, gdyż tak naprawdę jak na razie były to tylko jego przypuszczenia, a nie chciał potem wyjść na kogoś, kogo wystraszyć może byle głupota. Zwłaszcza przed Marią i jej córką. Jeżeli ta ostatnia faktycznie została przy matce — jak na razie tylko domniemywał.

Jego uwagę przykuł kontrastycznie odcinający się od tła zieleni i brunatnych pni drzew biały liść hamaka, rozpięty między dwiema sosnami. Znajdował się on w miejscu najdogodniejszym do obserwacji. Z dala od domu, na skraju lasu, gdzie wszystko będzie miał jak na dłoni, a z tyłu również go nikt nie zaskoczy. Poza tym w tak absolutnej niemal ciszy wychwyci najlżejszy bodaj szelest nawet wiewiórki.

Minuty przechodziły w ich dziesiątki, a te po zsumowaniu dały już bite dwie godziny, a najcichszy nawet szelest nie zmącił błogiej ciszy. Leżąc tak, jakby odruchowo już, zaczął ponownie trochę wertować stronice księgi swojego życia. Monotonia oczekiwania stawała się coraz bardziej uciążliwa i denerwująca. Zwłaszcza, kiedy mogła zostać niespodziewanie zakłócona. Tak więc leżał, około metra nad ziemią, przeredagowując kolejne etapy swojej dwudziestopięcioletniej „kariery” na tym globie, chcąc wyłowić jakąś obiektywną przyczynę swego obecnego położenia. Ostatnio i tak zajmowało mu to sporo czasu, więc wcale się nie zdziwił, kiedy ponownie zaczął wspominać jak to cień śmierci stryja padł na niego parę miesięcy wcześniej przypominając mu o pewnym postanowieniu podjętym w dniu jego pogrzebu.

Dla rodziny i bliskich śmierć Feliksa Lańskiego była wielkim zaskoczeniem. Od tej chwili minął już niemal rok. Odszedł niepostrzeżenie. Z dwudziestego trzeciego na czwartego października 98-go. Z piątku na sobotę. Podczas snu. Bez wykrytych wcześniej symptomów jakiejkolwiek choroby. Pomimo siedemdziesięciu pięciu lat, wciąż interesujący się losami fabryki obuwia roboczego, której był współzałożycielem. Do ostatniego dnia niewzruszenie chcąc trwać na posterunku.

O śmierci stryja Robert dowiedział się dopiero w przededniu jego pogrzebu. I choć odległość między górzystym Rodańskiem (miejscem, z którego pochodziła jego matka) a Krakowem nie była znaczna — raptem sto kilometrów -, tak nie udało mu się go osobiście pożegnać. Odpowiedzialna za to okoliczność przyniosła jednak, jakby w zamian, rozwiązanie pewnej nieszablonowej sytuacji — która zaczęła doprowadzać go już niemal do szaleństwa — rekompensując wszystkie dni niepewnego jutra blaskiem bliżej nieokreślonej jeszcze wtedy nadziei. Jadąc na pogrzeb stryja, zastanawiał się czy jego śmierć pozostanie nieodżałowana. Wracając z powrotem do Krakowa, myśli Roberta oscylowały już jednak wokół zagadnienia Opatrzności oraz sposobów i możliwości jej oddziaływania, oraz jej interwencji w ludzkie życie.


Kiedy otworzył oczy odniósł wrażenie, iż wcale tego jeszcze nie zrobił, a otaczające go ciemności potraktował jako półsen pozbawiony kompletnie marzeń sennych, zapowiadający dopiero przebudzenie. To jednak nie chciało jakoś nadejść. Momentalnie zerwał się z miejsca. Poczuł przy tym dziwne kołysanie i po chwili lot w ślepej próżni zakończył się bolesnym upadkiem. W nozdrza uderzył go intensywny zapach trawy. Zaklął i szybko wstał. Włosy zaczął przeczesywać mu lekki wiatr. Dwa bolesne upadki jednego dnia to chyba przynajmniej o jeden za dużo. Uświadomił sobie, że przebudzenie faktycznie nastąpiło wtedy, kiedy tylko tak pomyślał. Znajdował się w górskiej daczy nieżyjącego stryja Feliksa, na południu kraju, tuż przy jego granicy. A przyjechał tu szukając schronienia przed Erykiem do czasu jego październikowego wyjazdu do Warszawy, gdzie będzie mógł zacząć wszystko od początku.

Zaczął schodzić z podejścia pod las (na którym między sosnami rozwieszony został hamak) w stronę jasno oświetlonej werandy blaskiem pokojowej lampy. Przypominała scenę z odsłoniętą kurtyną, na której dwójka aktorów odgrywa przy stoliku swoje role. Gdy podszedł na tyle blisko by ciągnąć już za sobą cień, rozpoznał w nich Marię oraz jej córkę (A jednak!) Joannę, którą poznał w dniu pogrzebu jej ojca.


Kiedy dowiedziały się, że przyjechał z zamiarem spędzenia tutaj najbliższych dwóch miesięcy jednoznacznie dały mu do zrozumienia, iż na lepszy pomysł w życiu już chyba raczej nie wpadnie. Joanna zniknęła w kuchni przygotować herbatę, a Robert zaczął opowiadać Marii — na tyle jednak głośno, by Joasia nic nie przegapiła — swoją popołudniową przygodę. Okazało się, że przespał w hamaku prawie pięć godzin. Wydawało mu się to nieprawdopodobne.

Przed Robertem na niskim stole postawiły duży talerz z wydawałoby się niezliczoną ilością różnokolorowych kanapek. Pierwsze łyki gorącego naparu były błogosławieństwem dla wysuszonego nikotyną gardła.

To, co im opowiedział bardzo je poruszyło. Jednak nie na tyle, by od razu zaczęły trwożliwie spoglądać w stronę drzwi i okien. Według Marii był to pierwszy podobny przypadek od dnia, kiedy to dwadzieścia parę lat temu wprowadzili się z Feliksem do tego domu. Wyraziła nawet chęć poważnego rozpatrzenia propozycji córki kupna dużego psa, ponieważ…

— Choć dom posiada sprytnie rozmieszczony system alarmowy i jakakolwiek poważniejsza ingerencja z zewnątrz obudzi całą okoliczną zwierzynę to już raczej nikogo poza nią — dodała Joanna.

— Możemy też naładować broń, którą mój świętej pamięci mąż nabył w sumie to nawet nie wiem, kiedy i po co. Natknęłam się na nią zupełnie przypadkowo. Ale na razie to chyba możemy spokojnie pogadać? — zaśmiała się Maria.

— Jeżeli uciekał — kontynuowała Joanna. — Musiał to być jakiś okoliczny włóczęga, albo dzieciak, którego żeś pewnie nieźle wystraszył.

— Na dzieciaka mi nie wyglądał, a włóczęgi to bym nie bagatelizował. Oni bywają zdesperowani. I to bardzo czasami.

— Wiem wiem — uspokoiła go Maria machnięciem ręki. — Z pewnością był to ktoś pragnący zaspokoić palącą ciekawość. I może jednak tej nocy powinniśmy być bardziej czujni.

Też mu się tak wydawało. Trochę zaskoczyła go ta bagatelizacja tego, co im opowiedział i już zaczynał zastanawiać się nad kolejną sensowną sugestią, kiedy Joanna momentalnie przeskoczyła na inny temat.

— No mam nadzieję, że wciąż jest tu tak bezpiecznie jak mi to reklamowałaś… — westchnęła w stronę Marii — Ale pochwal się, co tam u ciebie, u was. Czy rozmawiamy już z magistrem? — i zapytała Roberta klepnąwszy go przy tym lewą dłonią w kolano.

Niesamowite było to, jak szybko potrafiły sprawić, iż poczuł się tak, jakby mieszkał tu już od dawien dawna. Chociaż z Joanną rozmawiał w ogóle po raz drugi w życiu, już przy okazji pierwszego spotkania odkrył, że należy do tej kategorii kobiet, z którą spędzać czas pragnąłby niejeden mężczyzna. Kobiet, nad którymi szybko nie zawiśnie fatum ich faktycznego wieku. Zawsze wzbudzających zainteresowanie. Dojrzewających do ponętnego mamiącego oko mężczyzny kształtu, by trwać w nim później niby w nieskończoność. A usilne pragnienie tego, aby nikt nie odniósł wrażenia, iż marnuje w ich obecności czas, czyniło z nich naprawdę nietuzinkowe zjawiska.

I tak właśnie było w przypadku Joanny. Razy pięć.

W przeciwieństwie do swojej matki, Marii, która znalazła w małżeństwie upragnione ukojenie, Joanna jeszcze się na ten krok nie zdecydowała. Chociaż słyszał od swojej matki, że jej kuzynka kiedyś tylko o tym marzyła. Zresztą jak każda dziewczyna. Później, okoliczności natury raczej nieprzewidywalnej sprawiły, że zapragnęła zakosztować świata i wyjechała z kimś do Australii. Dlatego tak niewiele o niej w ogóle wiedział. I dopiero to niespodziewane spotkanie zaaranżowane jakby przez śmierć jej ojca pozwoliło im się dopiero poznać w dniu jego pogrzebu.

Od października, kiedy to właśnie miał miejsce pochówek jego stryja, próbował zainteresować się bardziej jej trochę kontrowersyjną osobą. Wypytywał o to i owo swoich rodziców, podczas i tak sporadycznych z nimi rozmów — nie mówiąc już o odwiedzinach -, lecz prócz kilku ogólników nie dowiedział się niczego, co jej lekko wyczuwaną kontrowersyjność mogłoby potwierdzić.

Kiedy w końcu (lecz z pewnością tylko chwilowo i tylko na dzisiaj) wyczerpano kilka najbardziej palących tematów — między innymi jego osoby, najbliższej rodziny, jego przyszłościowych planów, oraz tego, co się mu przytrafiło tutaj na dzień dobry -, damy jednomyślnie doszły do wniosku, że najwyższy czas zrobić sobie małe nocne senne interludium. Miał spać na piętrze (jak mu to oznajmiła Maria) zawierającym dwie sypialnie zajmujące większą część ściętego po obu stronach dachem półpiętra. Okno wychodziło na ogród i wspinającą się ścianę lasu, dlatego w bezchmurne dni wschody słońca nie będą go niepokoić. Pod oknem będzie miał werandę.

Joanna wyszła przynieść mu jakąś pościel, a Maria nadal nie mogła wyrazić swego zadowolenia z jego przyjazdu.

— Nawet nie wyobrażasz sobie jak się cieszę, że przyjechałeś — powiedziała siedząc na skraju łóżka, które miał zajmować od tej pory. Robert stał w drzwiach i patrzył jak ona patrzy na przez siebie tylko dostrzegane fragmenty jakichś wspomnień. — Po pogrzebie Feliksa myślałam już, że będę musiała sprzedać dom i wrócić do świata, co bardzo mi się nie podobało — kontynuowała, i wiedział, że nie ma na myśli problemów finansowych. O to się już martwić nie musiała. — Zbyt wiele wspaniałych chwil spędziliśmy tutaj i poczułabym się jak zdrajczyni odstępując go niewiadomo komu i po co w sumie. Joanna dodała mi sił. Przywróciła chęć dalszego życia po takim ciosie od losu. Na pewno nie pożałujesz, że postanowiłeś spędzić tutaj swoje ostatnie wakacje. Wywieziesz stąd swoje najlepsze prace. Zobaczysz.

— Taką mam nadzieję — usiadł obok niej i objął ramieniem. Miał nadzieję, że w tym uścisku zawarł tyle ciepła ile powinien jej go teraz przekazać. To, co powiedziała o jego rysowaniu może i było czysto kurtuazyjną uwagą, jednak naprawdę przyjechał tu z zamiarem skreślenia zupełnie innych niż dotychczas rzeczy w tym plenerze.

— To super. Mam nadzieję, że kiedy będziesz udzielał wywiadu jako już sławny artysta mówiąc o źródłach swojej twórczej inspiracji nie zapomnisz wspomnieć o tym miejscu i o nas — zaśmiała się i klepnęła go lekko w ramię. — Ale jestem skromna, nie?

— Jasne — odparł. — Będziecie wspominane jako moje najsolidniejsze muzy. A tak a propos tej stadniny, to chyba teraz przyda się wam ktoś do pomocy przy tym wszystkim, prawda? Ktoś do wbicia paru gwoździ do paru desek.

— Gwoździe to my już sobie same potrafimy wbić. Mam na myśli kobiety i obecne czasy. I wcale nie feminizuję. A tak naprawdę to żartuję — dodała szybko i zaczęła się śmiać tym swoim śmiechem, który zapamiętał i który tak zawsze lubił. Nie przypuszczał, że po śmierci stryja Feliksa jeszcze go usłyszy. To chyba dobry znak.

— To była twoja inicjatywa, czy też Joanny?

— W sumie to nasza wspólna. Nie potrafię ci na to tak teraz odpowiedzieć. To nie takie proste. Tak sobie pewnego dnia siedziałyśmy, gadały o tym i owym, wspominały. I nawet nie wiem kiedy zaczęłyśmy rozmawiać o tym coraz poważniej.

— Ale było to już po pogrzebie wujka? — zapytał. Zawsze mówił przy niej (i nie tylko przy niej) do stryjka „wujku” i zawsze wydawało mu się to czymś normalnym.

— Tak — odparła i zamyśliła się na chwilę niby próbując rozgryźć jakiś problem. — Zawsze kochałam konie. Ale nie do tego stopnia. To znaczy może i do tego, ale nigdy jakoś nie myślałam o ich kupnie i wybudowaniu od razu całej stadniny. Coś się jednak we mnie zmieniło. Joanna potrafiła zajrzeć w głąb mojej duszy i odnaleźć to, co dla mnie samej było niejasne, namówić bym poszła za marzeniem. Tak jakby po prostu wiedziała, czego mi teraz potrzeba bym mogła dalej szczęśliwie żyć.

— Tak. To chyba wyjątkowa osoba — stwierdził pytająco.

— Praktycznie dopiero ją poznałeś. — odparła zdziwiona. — Poczekaj trochę i pomieszkaj z nami żebyś mógł stwierdzić, że wspaniała to słowo w ogóle do niej nieprzystające. Będziesz miał okazję pomyśleć nad tym właściwym.

I jakby szybko chcąc zmienić temat, dodała:

— Posłuchaj. Będzie nam bardzo miło, jeżeli pomożesz nam przy tym lub owym. Ale zapewniam cię, że nikt tutaj nie zamierza dysponować twoim cennym czasem. Jednak, jeśli tylko będziesz miał ochotę możemy stanowić całkiem zgrany zespół.

— No moje ręce oprócz machania pędzlem i rysikiem potrafią jeszcze parę innych rzeczy…

— Na przykład? — weszła mu w słowo Joanna i momentalnie wszyscy wybuchnęli śmiechem. Joanna powiedziała, że uporała się już z jego posłaniem i jeżeli jest tak zmęczony jak to stwierdził wcześniej może się już kłaść. O detalach porozmawiają jutro. Sama już o tym myśli, gdyż rano musi wcześnie wstać i wykonać kilka ważnych telefonów, oraz odwiedzić miasto. Maria ostentacyjnym ziewnięciem również dała do zrozumienia, że córka ma absolutną rację. Jeżeli jest jeszcze głodny kuchnia dzisiejszego wieczoru należy już wyłącznie do niego.

— A jeżeli będziesz wychodził jeszcze do samochodu, w kuchni zaraz nad lodówką jest szafka z bezpiecznikami i malutką szarą skrzyneczką. W niej znajdują się dwa przełączniki. Przesunięci ich w górę uruchamia alarm w garażu i całym domu — dodała jeszcze Maria stojąc już w drzwiach. — To chyba tyle. Cóż poza życzeniem ci przyjemnych snów mi pozostaje? Sądzę, że pistolet na pewno nie będzie ci potrzebny. Dobra. Lecę. Może uda mi się wpaść do łazienki przed Joasią. Dobranoc — zaśmiała się i już była za drzwiami.

— Dobranoc — powiedziała Joanna i szybko wybiegła za matką, próbując ją chyba dogonić. — Ja muszę wstać wcześniej. To nie fair.

— Dobranoc — zawołał za nimi.

Został sam. Pokój nie był ani za duży ani za mały. Ale trzem osobom raczej nie było w nim ciasno. Stało w nim jedno podwójne łóżko. Ściany miał białe, ale sufit i podłogę z drewna. Na dwóch ścianach, nie licząc tej z oknem i drzwiami, wisiało kilka obrazów oraz jedna duża głowa jelenia. Z tego, co wiedział, stryj Feliks nie chodził na polowania. W ogóle nie przejawiał chyba podobnych zainteresowań. Może to Maria go tutaj umieściła. Albo kazała umieścić. Zapyta kiedyś. Obrazy nie były raczej wielkimi dziełami sztuki, ale człowiek, który je malował kochał podobne do siebie krajobrazy i odmalowywał je z wielką pasją. Nawet go zainteresowały. O to również będzie musiał zapytać. Nie były jednak podpisane.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 56.58