E-book
15.02
drukowana A5
60.22
Fotografia

Bezpłatny fragment - Fotografia


Objętość:
400 str.
ISBN:
978-83-8189-959-8
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 60.22

Fotografując staraj się pokazać to, czego bez ciebie nikt by nie zobaczył

Robert Bresson


You know what’s inside that bank, man? There’s 16 million dollars worth of gold in the bank, sweetheart.

Oddball, Kelly’s Heroes

Wał usypano z betonowych płyt.

Pomiędzy całymi kwadratami płyt chodnikowych wciśnięte są ich połamane fragmenty, jakieś pomniejsze odłamki, do tego gruz, cegły, kamienie. Towarzyszą im kawałki mebli, połamane krzesła, stoły, gdzieś z tyłu potężne ozdobnie rzeźbione drzwi szafy. Z prawej strony drewniany trzepak z jedną nogą pochłoniętą przez betonowy stos, drugą wystawia na gładko zamiecione przedpole. Na jego górnej poziomej belce opierają się litery J.FRA, fragment szyldu umieszczonego na narożniku budynku w tle. Po drugiej stronie przeszkody, częściowo zasłonięty stalowy szkielet wagonu tramwajowego. Kiedyś pewnie czerwony, ale teraz szary jak wszystko wokół. Biała tabliczka umieszczona w połowie długości dachu oznajmia, że jest to „osiemnastka”, kursująca z Placu Żelaznej Bramy przez Królewską, Marszałkowską, Śniadeckich, Nowowiejską i Filtrową na plac Narutowicza. Drugi wagon, przewrócony na bok, bezwstydnie odsłania swoje brudne podbrzusze. W jeszcze całych szybach okien kamienicy na trzecim planie odbijają się jasne plamy nieba, tylko narożne okno balkonowe pierwszego piętra straszy ostrymi odłamkami sterczącymi z drewnianej framugi. Budynki po prawej stronie są w większym skrócie i ich okna są tylko ciemnymi, pionowymi kreskami. Okna, przynajmniej te widoczne są wysokie, ich kamienne ozdoby, wsporniki i balustrady balkonów są eleganckie. Stojące wzdłuż niknącej w oddali ulicy drzewa nadal jeszcze mają szare liście.

Stoją na tle betonowej przeszkody. Ubrani w ciemne marynarki, szare wełniane kamizelki narzucone na białe koszule, grube spodnie, często wpuszczone w wysokie buty, lub kończące się niewiele nad cholewkami spódnice. Na szyjach szare chusty, apaszki. Dwóch chłopaków wyciągnęło skądś oryginalne bluzy mundurowe, jeszcze z września i teraz z dumą wypinają piersi mogąc zaprezentować się choć w namiastce prawdziwego munduru. Mimo, że to przecież sierpień praktycznie każdy ma czapkę. Tych charakterystycznych, wojskowych jest więcej, tak niewielki element umundurowania łatwiej przecież było ukryć, bezpiecznie przechować. Są też jednak i berety i furażerki, a także zwykłe, cywilne kaszkiety. Jedna z dziewczyn obwiązała głowę chustką w kolorowe, ale teraz szare, kwiaty. Każde nakrycie głowy, niezależnie od rodzaju noszone jest z fasonem, zawadiacko przekrzywione, zsunięte do tyłu czy naciągnięte na czoło. Atmosfera jest beztroska, na twarzach uśmiechy, w postawach siła i pewność siebie. Nieliczni z bronią, ci uśmiechnięci najszerzej, ustawiają się tak, by jak najlepiej ją zaprezentować.

Stoją.

Czekają.

Myślą, że patrzą w przyszłość, nieświadomi tego, że to jednak przyszłość patrzy na nich, trzymając w swoich niemłodych już rękach ramkę czarno-białej fotografii. Wypielęgnowane, ale zdecydowanie męskie palce delikatnie pocierają pozłacaną ramkę, palec wskazujący powoli przesuwa się po niewyraźnych młodych twarzach, zatrzymując na stojącym w drugim rzędzie po lewej stronie chłopaku w berecie. Biała plama na jego ciemnym materiale pozwala się domyśleć obecności orzełka. Ciemne, zdaje się, że kręcone włosy wystają spod przekrzywionego beretu, w szerokim uśmiechu świecą białe, nierówne zęby. Trzymany w dłoniach automat uniesiony jest wysoko, tak by był widoczny nawet z drugiego rzędu. Chwilę później zdjęcie wraca na swoje miejsce na wypełnionym książkami regale.

1

Sobota, 1 lipca 1944

1 lipca 1944 roku Rada Wojskowa 1 Armii Wojska Polskiego w odezwie do Polaków wzywała do powstania zbrojnego i apelowała: „Bądźcie gotowi do powstania z bronią w ręku przeciwko niemieckim oprawcom”.


Imieniny obchodzą Halina, Marian i Otton.

Wschód słońca: 04:17, zachód: 21:02.


Ocknął się nagle, czując jak coś zimnego i mokrego obmywa mu twarz. Poderwał się kaszląc i plując, starając się usilnie pozbyć z ust obrzydliwego smaku…

…ścieków?

Gwałtowny ruch przywołał tępy, pulsujący ból, który rozlewał się po ciele, zaczynając gdzieś pod lewym ramieniem i obejmując swoim zasięgiem całą klatkę piersiową. Otworzył szeroko oczy, przynajmniej tak mu się wydawało, ale mrok, który go otaczał nadal był nieprzenikniony. Wyprostował się ostrożnie i namacał wrażliwe miejsce pod pachą. Ból, wcześniej przytępiony, eksplodował teraz z pełną siłą. Oskar zacisnął z całej siły zęby, za wszelką cenę nie chcąc krzyczeć w tej ciemności, nie będąc pewnym czy hałas go nie zdradzi. Komu i dlaczego miałby go zdradzić tego nie był jeszcze pewien, ciągle był zdezorientowany tym nagłym przebudzeniem w nieznanym miejscu. Przetarł mokrą i śliską ręką oczy, w nadziei, że uda mu się coś dostrzec.

Nic z tego.

Otaczająca go ciemność wydawała się być doskonała. Wiedział, czuł przecież, że ma otwarte, wręcz wytrzeszczone oczy ale mimo to nie widział kompletnie nic.

Oślepłem? O Boże…

Ból pozwolił mu jednak odzyskać jako taką jasność umysłu i powoli zaczął sobie przypominać co się wydarzyło. Skulony oddychał ciężko i czekał w bezruchu, aż to wściekłe pulsowanie choć trochę się uspokoi. Z zaciśniętymi wargami liczył kolejne nadciągające i przewalające się przez ciało fale bólu. Przy pięćdziesięciu zaczęło mu się wydawać, że kolejne przypływy są jakby trochę słabsze. Przy stu przestał liczyć i pozwolił sobie na ostrożną zmianę pozycji, starając się oszczędzać lewą stronę ciała. Oparł się plecami o ścianę i kiedy ból się nie nasilił, z ulgą wypuścił wstrzymywane bezwiednie powietrze. Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności, ale pomimo tego nie widział dalej niż na wyciągnięcie ręki. Oślizgła i zimna ceglana ściana za jego plecami łagodnym łukiem przechodziła nad głową w ledwo widoczne sklepienie. Ściana naprzeciwko majaczyła gdzieś na granicy widzialności, właściwie sygnalizując tylko swoją obecność, czuł jednak, że jest bardzo blisko. W kanale było naprawdę ciasno, tak ciasno, że gdyby wyprostował podkurczone nogi dotknąłby jej czubkiem zniszczonych i przemoczonych butów. Podnosząc rękę nad głowę mógł nie ruszając się z miejsca pogładzić śliskie i lepkie ceglane sklepienie. W ciszy otaczającej go wraz z ciemnością wyraźnie słyszał bicie swojego serca i szum krwi pulsującej w uszach. Woda, lub raczej cuchnąca ciecz, w której siedział lekko falowała. Raz na jakiś czas słychać było cichy plusk, po którym następowało głośniejsze szamotanie i znowu zapadała cisza, podkreślana jeszcze dalekim, ale wyraźnym, miarowym odgłosem kapiącej wody. Popiskiwania zamieszkujących tę podziemną część miasta gryzoni dochodzące gdzieś z czarnej jak smoła otchłani tunelu przyprawiały go o gęsią skórkę. Sama myśl o możliwości spotkania się z gromadą szczurów w ciemnym, ciasnym kanale wzbudzała w nim nieracjonalny wstręt. Przypomniał sobie wielkie jak koty i bezczelne, pławiące się w swojej bezkarności, szare bestie grasujące po podwórku domu Waldka. Jako dzieci toczyli z nimi nieustającą wojnę, w której w ruch szły najczęściej kamienie i ewentualnie kije, te drugie jednak tylko wtedy jeśli dany osobnik dał się bliżej podejść. Mimo tego szczury nie dawały za wygraną i wydawało się, że nic nie jest w stanie ich powstrzymać w zdobywaniu pożywienia. Na wspomnienie długich, różowych i obrzydliwie łysych ogonów przeszedł go dreszcz. Na szczęście piski umilkły w oddali.

Rozejrzał się dookoła. Po lewej, tuż obok niego pod ścianą majaczył się jakiś niewyraźny kształt, a za nim, patrząc kątem oka, można było domyślać się ściany. Czy tunel faktycznie się tam kończył, czy też może tylko zakręcał, Oskar nie był w stanie ocenić. Z prawej strony tunel ciągnął się prosto w ciemność. Przynajmniej tak mu się wydawało, choć tak naprawdę równie dobrze mógł spokojnie zakręcać i dwa metry od niego, a i tak by tego nie był w stanie stwierdzić na pewno. Wyciągnął z kieszeni na piersi kraciastą chustkę do nosa i przetarł sobie nią twarz. Smród jakby trochę zelżał. Trwało to jednak tylko chwilkę, bo zaraz zaatakował znowu ze zdwojoną siłą. Oskar schował chustkę i wymacał w kieszeni paczkę zapałek. Drżącymi rękami delikatnie rozsunął wilgotne pudełko i wyłuskał jedną z czterech pozostałych zapałek. Wbrew oczekiwaniu zapaliła się od pierwszego potarcia i zajaśniała słabym płomykiem. Migocące światełko rozjaśniło ciasny krąg wokół Oskara, ale jednocześnie ciemność tunelu stała się intensywniejsza i podeszła bliżej, do granicy wyznaczonej przez krąg światła. Spojrzał ponownie w lewo i o mało nie upuścił dogasającej zapałki.

Waldi leżał na boku, z twarzą do połowy zanurzoną w wodzie i nie ulegało wątpliwości, że nie żyje. Wystające nad powierzchnię lewe oko patrzyło bezmyślnie na tańczące na ścianie tunelu cienie. Zanim zapałka sparzyła go w palce i zgasła Oskar przypomniał sobie wszystko.


***


Stoją z Waldim w Alejach Ujazdowskich, oparci niedbale o słup ogłoszeniowy na wysokości ulicy Chopina obserwując łączniczkę na rogu Alei Róż. Dziewczyna właśnie zdejmuje z głowy chustę i poprawia długie, jasne włosy przechodząc na drugą stronę Alei Ujazdowskich.

To sygnał.

Czarny Opel Admirał, który majestatycznie wysunął się przed chwilą z ulicy 6–go Sierpnia i skręcił w lewo, w stronę śródmieścia to właśnie ten. U wylotu ulicy Chopina dowodzący akcją Edmund składa trzymaną w rękach gazetę.

Przygotować się.

Po obu stronach ulicy spacerujący do tej pory pozornie beztrosko młodzi ludzie nerwowo poprawiają ukrytą pod płaszczami broń. Opel zbliża się do wylotu Chopina. Edmund zdejmuje czapkę i przeczesuje ręką włosy.

Zaczynać!

Zaparkowany wzdłuż Alej elegancki Mercedes rusza powoli w kierunku Szucha, ale zaraz próbuje zawrócić w stronę Placu Trzech Krzyży. Precyzyjnie wykonany manewr skutecznie blokuje drogę Oplowi, który na widok przeszkody zwalnia.

Biegną razem z Waldim wyszarpując jednocześnie spod płaszczów Steny. Z drugiej strony do toczącego się teraz wolno Opla jakby od niechcenia podchodzi Edmund, jak zwykle nieludzko opanowany. Zupełnie jakby się nie spieszył płynnym ruchem unosi rękę z pistoletem i strzela prosto w przerażoną twarz adiutanta. Inny chłopak wali przez przednią szybę do kierowcy. Opel staje. Powietrze przeszywa wzmagający się huk wystrzałów i świst kul. Teraz strzelają do nich już „wachy” z otaczających budynków. Strzelają też Niemcy z okien po obu stronach ulicy. Oskar podbiega z prawej strony auta i widzi na tylnym siedzeniu skuloną postać. Niemiec w czarnym płaszczu bezskutecznie próbuje się wcisnąć w siedzenie, wtula się w martwe ciało adiutanta chcąc odsunąć jak najdalej od drzwi. Oskar podnosi automat z satysfakcją odnotowując wyraz zwierzęcego przerażenia w oczach wroga i…

…wybuch blokującego Aleje Mercedesa rzuca go na jezdnię. Oszołomiony unosi głowę, w uszach słyszy tylko jednostajny pisk. Widzi jak z płonącego, poskręcanego wraku wytacza się Felek, twarz zalewa krew. Przebiega kilka niepewnych kroków w stronę Oskara i pada trafiony w plecy.

Dźwięk wraca powoli, falami. Od strony ulicy Piusa, z parku, bije ciężki karabin maszynowy. Duży kaliber szatkuje osłaniającego go od tej strony Mercedesa. Niemcy walą długimi seriami, pomiędzy nimi słychać pojedyncze, kontrolowane strzały i krótkie serie chłopaków zmuszonych oszczędzać amunicję. Oskar widzi jak pada trafiony w głowę Edmund. Zza słupa ogłoszeniowego Jeleń ostrzeliwuje okna budynków wzdłuż Alej, usiłując zmusić strzelających stamtąd Niemców przynajmniej do chwilowego przerwania ognia tak, żeby dać czas chłopakom na wycofanie się do samochodów, które wyjeżdżają teraz z ulicy Chopina.

Z Szucha wypada z piskiem opon motocykl z przyczepą a za nim niebezpiecznie przechylając się na zakręcie ciężarówka żandarmerii. Zamontowany na przyczepie MG pluje ogniem i Jeleń pada z rozpostartymi rękami na ulicę. Ciężarówka hamuje ostro ustawiając się w poprzek ulicy i z budy wyskakują żołnierze. Ostrzał z okien słabnie, Niemcy nie chcą trafić biegnących ulicą żandarmów. Ci jednak również przyłączają się do ogólnej kanonady i powietrze jest teraz gęste od kul. Oskar chwiejnie podnosi się na nogi. Waldi łapie go za ramię i ciągnie za sobą krzycząc mu coś bezpośrednio do ucha.

— ...nie żyją! Spadamy! — słyszy Oskar.

Omiata ulicę wzrokiem. Mercedes, którym zablokowali Opla już dogasa. Oba samochody ewakuacyjne stoją u wlotu ulicy Chopina podziurawione kulami. Z otwartych drzwiczek jednego zwisa bezwładne ciało kierowcy. Od strony Placu Wolności słychać tupot buciorów nadbiegających Niemców. Oskar przypomina sobie rozkazy. Bezwzględnie zabrać wszelkie dokumenty! Dopada do Opla i szarpnięciem otwiera drzwiczki. Tylne siedzenie zbryzgane jest krwią. Z szyi Niemca w czarnym płaszczu sterczy spory fragment karoserii. Wygląda na to, że mimo wszystko zadanie zostało wykonane.

Kule gwiżdżą w powietrzu i uderzają o blachę coraz bliżej, Oskar stara się jednak skupić na wnętrzu wozu. Wie, że Waldi go osłania. Pocisk przelatuje mu koło głowy roztrzaskując jedyną pozostałą szybę. Nie ma czasu na przeszukanie zwłok. Każda sekunda naraża życie osłaniających go kolegów. W ostatniej chwili dostrzega cienką brązową teczkę, wciśniętą między oparcie przedniego fotela a martwe ciało adiutanta. Szarpie mocno, ale bez skutku. Teczka zaczepiła się zamkiem o pas żołnierza i nawet po śmierci dzielny młody adiutant broni tajemnic Rzeszy. Oskar rzuca stena na siedzenie, obraca ciało i uwalnia teczkę. Chwyta ją i poślizgnąwszy się w rosnącej pod drzwiami kałuży krwi pada na jezdnię. W tym samym momencie długa seria z karabinu maszynowego roznosi kabinę Opla dosłownie na strzępy.

— Kanał! — krzyczy Waldi zatrzymując serią nadbiegającego Niemca i szarpie Oskara za ramię w stronę chodnika. Oskar ogląda się na Opla z żalem. Na siedzeniu zostawił Stena. Taki dobry pistolet…

— Do włazu!

Oskar dopiero teraz zauważa na wpół otwartą studzienkę przy krawężniku. Obok w nienaturalnej pozie leży człowiek w dziwnym płaszczu. Skąd on tutaj…? Przecież ktoś powinien był go ostrzec… Trzema susami dopada do włazu, ląduje na brzuchu wśród odprysków kostki brukowej znaczących drogę niemieckich serii i odsuwa pokrywę na bok. Martwy kanalarz obserwuje go szklanymi oczami z niemym wyrzutem.

— Wskakuj! — woła Waldi przyklękając obok i strzelając krótkimi seriami. Oskar jest po pachy zanurzony w otwór włazu kiedy widzi jak Waldi pada bezwładnie na bok. Nie słyszy strzału, jednak potwierdza go kałuża krwi wypływająca spod ciała przyjaciela.

Wszystko nagle zwalnia.

Oskar widzi wyraźnie wykrzywioną bólem twarz Waldka, tamten coś mówi, ale Oskar nic nie słyszy. Kolejny pocisk uderza z gwizdem w odsuniętą na bok pokrywę włazu i wyrywa go z transu. Z charakterystycznym stukotem wzbijając w powietrze pył i ostre fragmenty kostki brukowej w miniaturowych wybuchach zbliża się seria ze Schmeissera.

Oskar jednym ruchem podciąga się na rękach i już leży na ziemi obok Waldka. Łapie go za kurtkę i podciąga do siebie, rozglądając się na boki, oceniając odległość. Do domów jest teraz za daleko, zresztą we wszystkich są Niemcy. Czuje pod ręką jak Waldi rzuca się nagle i widzi, że dostał ponownie, tym razem w plecy. Nie ma czasu do namysłu, łapie przyjaciela pod pachy i wpycha do otworu. Następny pocisk uderza w ziemię tuż obok niego i wzbija chmurkę pyłu. Chcąc zyskać na czasie wyrywa jeszcze zza paska filipinkę i rzuca w stronę nadbiegających żandarmów. Granat nie wybucha, jednak przestraszeni Niemcy na moment zwalniają i Oskar wykorzystując tę chwilę wahania podrywa się i trafia nogami we właz, na ślepo próbuje wcelować w szczebelki drabinki. W tym momencie czuje potężne uderzenie i ostry ból pod lewym ramieniem. Pocisk obraca nim jak kukłą i rzuca w otchłań kanału.


***


Ciężko ranny Waldek nie był w stanie iść.

Oskar wlókł go za sobą, starając się jak najszybciej oddalić od snopu światła znaczącego wejście do kanału. Intuicyjnie czuł, że im dalej uda im się zagłębić w tunel tym większe mają szanse. Nie miał czasu zająć się swoimi obrażeniami, ale wyglądało na to, że podczas upadku raczej nie złamał sobie niczego. Rana pod pachą krwawiła za to obficie i cały lewy bok kurtki miał już przesiąknięty. Wyciągnął z pod pachy śliską od krwi skórzaną teczkę z dokumentami, którą jakimś cudem musiał tam włożyć choć zupełnie tego nie pamiętał. Wcisnął ją głęboko za pasek spodni na plecach. Nie było to wygodne, ale przynajmniej obie ręce pozostawały swobodne.

Zaciskając zęby namacał palcami okolicę rany. Zakręciło mu się w głowie, jasne plamy zawirowały przed oczami. Oparł się o nierówną ścianę tunelu. Sycząc z bólu sprawdzał centymetr po centymetrze wokół niewielkiego otworu. Przy każdym naciśnięciu świeża porcja krwi wsiąkała w koszulę. Nabrzmiały boleśnie ślad prowadził przez cały bok w stronę pleców gdzie znajdował się większy otwór. Namacawszy ranę wylotową Oskar z ulgą stwierdził, że kula raczej nie została w ciele. Przystanął i wepchnął pod pachę zwinięty opatrunek przygotowany na akcję. Nic więcej nie był w stanie zrobić, musiał mieć nadzieję, że uda mu się w ten sposób zatamować krwawienie. Przynajmniej z jednej strony, bo drugiego opatrunku i tak nie miał. Zresztą i tak nie dałby go rady sobie założyć samemu. Waldek, również oparty o ścianę kanału, przyglądał się mu ciężko dysząc.

Krzywiąc się z bólu Oskar chwycił kolegę pod ramię i z wysiłkiem ruszyli z miejsca. Krok za krokiem brnęli w ciemność, przez płytką, śmierdzącą wodę. Oskar czuł coraz większą lekkość w głowie, było mu na przemian zimno i gorąco, wiedział, że długo takiego tempa nie wytrzyma. W każdej chwili spodziewał się też wybuchu granatu, który Niemcy przecież na pewno wrzucą za nimi do kanału.

— Poczekaj — jęknął słabo Waldi — Nie dam rady. Idź sam…

Zatrzymali się znowu. Posadziwszy przyjaciela po ścianą, Oskar, klęcząc w brudnej wodzie próbował złapać oddech. Rana pulsowała, ale wydawało mu się, że nie krwawi już tak bardzo jak na początku.

— Przecież nie zostawię cię tutaj — powiedział szukając po kieszeniach zapałek. Zgrzytnęło krzesiwo i w tunelu zamigotało światło. Waldi leżał oparty o ścianę kanału, w zakrwawionej ręce trzymał zapalniczkę oświetlającą mu w upiorny sposób pokrytą gęstymi kroplami potu twarz. Łapczywie chwytał ustami powietrze. Przy każdym oddechu w kąciku ust tworzyły się jasnoróżowe bąble.

— Sam zobacz — zupełnie przytomnie popatrzył na Oskara — Mam… chyba przestrzelone… płuco. Ty… też niespecjalnie… wyglądasz — skrzywił się. Mówienie sprawiało mu widoczną trudność.

— Zwariowałeś? — jęknął Oskar — Waldek… Tak nie można — głos mu się łamał — Wyjdziemy stąd razem…

— Sam… widzisz przecież… jak to wygląda — uśmiechnął się kwaśno tamten i zakaszlał cicho. Z ust pociekła mu krew. — Powiedz Zosi… — zamknął oczy i przez chwilę słychać było tylko jego świszczący, płytki oddech. Oskar też nie miał siły nic mówić, stał tylko oparty o ścianę nad umierającym przyjacielem. Po dłuższej chwili Waldek poruszył się. Płomyk zapalniczki tańczył demonicznie w jego ciemnych oczach kiedy spojrzał na Oskara. Próbował się uśmiechnąć. Oskar nachylił się, chcąc usłyszeć co Waldek chce mu powiedzieć, ale usłyszał tylko szept.

— …zimno…

Reszta słów utonęła w potoku gęstej krwi, która wylała się tak po prostu z ust chłopaka. Głowa opadła mu na pierś, z bezwładnej dłoni wysunęła się zapalniczka i zgasła wpadając z cichym pluskiem do wody. Znowu ogarnęła ich ciemność. Oskar osunął się w wodę obok Waldiego. W ostatniej chwili przypomniał sobie o teczce z dokumentami i żeby ich nie zamoczyć przełożył ją pod koszulę na piersi. Chwycił Waldka za rękę próbując namacać puls. Słaby, nierówny, raz wolny, raz galopujący. Siedzieli tak w ciszy i ciemności długo, bardzo długo. Oskar słuchał nierównego, świszczącego oddechu przyjaciela, bicia swojego serca, cichego plusku ścieków i popiskiwania szczurów w głębi kanału. Wreszcie Waldi westchnął głęboko, wypuścił powietrze i tak pozostał. Oskar ukrył twarz w dłoniach i bezgłośnie zaszlochał.


***


Zapałka zgasła i ciemność błyskawicznie rzuciła się do przodu okrywając go czarnym welonem. Oskar skulił się i objął kolana ramionami. Wiedział, że musi iść dalej, ale nie był w stanie się ruszyć. Strach przed ciasnym i ciemnym tunelem przenikał go na wskroś. A może by tak trochę posiedzieć, odpocząć?

Jeszcze tylko chwilę…

Za wszelką cenę chciał opóźnić to co nieuniknione. Sytuacja, w której samotnie miał stawić czoła labiryntowi kanałów, ranny i osłabiony, bez światła, zupełnie go przerastała. Paraliżowała go myśl o czekającym na niego ciasnym tunelu, wręcz całej sieci tuneli wijących się gdzieś tam przed nim, w mroku. W miarę trzeźwo jeszcze myśląca, ale już bardzo malutka cząstka jego świadomości, nieśmiało napominała, że nie ma innej drogi. Nie może w żadnym wypadku wrócić do włazu w niemieckiej dzielnicy. Jeśli chce żyć musi zaryzykować drogę tunelem, przynajmniej idąc kanałami nie spotka Niemców. Zaraz jednak odezwał się drugi, dużo mocniejszy i pewny siebie głos. Bezlitośnie zaczął wyliczać wszystkie możliwe niebezpieczeństwa czyhające na zapuszczającego się w podziemny labirynt.

Wystarczy, mówił, że raz źle skręcisz.

Potem kolejny raz.

Zgubisz drogę i zostaniesz tam na zawsze. Będziesz błąkał się w kompletnej ciemności aż do końca. Nie masz nawet broni żeby w razie czego chociaż o tym końcu samemu zadecydować. Umrzesz z głodu, pragnienia i wycieńczenia skulony gdzieś w ciemnej kiszce kanału. Staniesz się pokarmem dla szczurów, które może nawet nie będą czekać aż odejdziesz.

Zjedzą cię żywcem.

Lepiej zostań.

Zostań tu. Posiedź. Odpocznij…

Zerwał się i nie zważając na ból w boku, ruszył w ciemność. Szedł zataczając się i obijając o ściany, które starał się odpychać prawą ręką. Lewą trzymał podkurczoną i przyciśniętą do boku, chroniąc zranione miejsce. W kanale robiło się coraz ciaśniej i duszniej, z trudnością łapał oddech i coraz bardziej kręciło mu się w głowie. Wreszcie nie był w stanie zrobić kolejnego kroku naprzód. Osunął się na kolana po środku tunelu.

Zgrzytnęło krzesiwo.

Malutki płomień chwiał się pod wpływem wydychanego przez niego powietrza i Oskar miał wrażenie, że razem z nim ruszają się ściany tunelu. Szczególnie ta przed nim drgała i wybrzuszała się na granicy światła. Uniósł rękę przed siebie, tylko trochę dziwiąc się, że trzyma w ręku niewielkie srebrne, metalowe pudełeczko. Dolny narożnik ozdobiony był dwoma charakterystycznymi skośnymi nacięciami.

Zippo Waldiego. Ale skąd…?

Światło zapalniczki dotarło do ściany na przeciwko lub raczej to ściana przybliżyła się i wdarła w niewielki krąg jasności. Z ust Oskara wyrwał się cichy jęk.

Ściana żyła.

Coś w niej przewalało się, kłębiło, pulsowało. Długie, cienkie wypustki wiły się i znikały pod powierzchnią. Małe pyski wyzierały z kłębowiska ciał, za sekundę ustępując kolejnym i kolejnym. Niezliczone łapy zgrzytały pazurami po ceglanych ścianach tunelu. Oskar chciał zawrócić, ale tunel osaczał go ze wszystkich stron. W panice zaczął cofać się na kolanach, nie zwracając uwagi na ranę pod pachą odpychał się lewą ręką. W prawej cały czas trzymał zapalniczkę, odgradzając się wątłym płomykiem od zbliżającej się fali szczurów. Te jednak parły nieprzerwanie do przodu, popychane przez napierające z tyłu niezliczone kohorty swoich pobratymców. Widział jak światło zapalniczki migocze w ich czarnych oczach, których były setki, a może już tysiące. Z kłębowiska wyrwał się olbrzymi, szary szczur z naderwanym, krwawiącym jeszcze uchem.

Odbił się od posadzki tunelu i skoczył…

Oskar zasłaniając twarz upuścił zapalniczkę i tunel pogrążył się w ciemności. Jego przeraźliwy krzyk tonął w odgłosie tysięcy sunących tunelem małych gryzoni. Ostre zęby wbiły mu się w ramie, kolejne czuł na brzuchu, nogach… Szarpał się, próbował walczyć, ale w ciasnym tunelu nie mógł się obrócić ani porządnie zamachnąć. Nagle zabrakło mu powietrza, w ustach poczuł sztywne, szczeciniaste futro. Małe zęby wgryzały mu się w język, ostre pazury rozrywały od środka dziąsła i policzki.

Metaliczny smak krwi w gardle.

Boże, niech to się szybko skończy…

Głowa zsunęła się Oskarowi z kolan. Nagły ruch wyrwał go z objęć koszmaru. Serce waliło mu jak młotem, łapczywie wciągał do płuc powietrze i czuł, że nie nadąża, nie ma czym oddychać. A może to nie był żaden koszmar? Jak mógł być pewien, że z głębi tunelu nie zbliża się na prawdę mordercza fala? Wpatrywał się usilnie w mrok, ale jedyne co mógł dostrzec to ciemność. Bał się poruszyć, zmienić pozycję czy wyciągnąć rękę, wyobrażając sobie z obrzydzeniem, że dotknie futrzanego kłębowiska małych ciał. Siedział tak skulony w ciszy dłuższy czas, aż wreszcie tę ciszę usłyszał. Powoli zaczęło docierać do niego, że jednak jest w tunelu sam. Potarł ręką twarz a potem wymierzył sobie solidny policzek.

I kolejny.

I jeszcze jeden, dla pewności.

Musiał wziąć się w garść i zachować spokój. Spokój i trzeźwy umysł, tylko to mogło go uratować. Twarz go piekła, ale czuł się znacznie lepiej. Nie miał już wątpliwości, pozostawała jeszcze kwestia kierunku w jakim miał iść.

Starał się sobie przypomnieć w którą stronę pociągnął Waldiego kiedy wskoczyli do kanału. W stronę Placu Trzech Krzyży czy może w kierunku Szucha? Głupio by było tak sobie wyjść w sercu niemieckiej dzielnicy. Znalazłszy się w ciemnym tunelu działał instynktownie i pociągnął rannego kolegę za sobą, byle dalej od włazu. Wydawało mu się, że szli w kierunku Śródmieścia, ale to było tylko przeczucie. Uczciwie musiał przed sobą przyznać, że nie miał zielonego pojęcia. Niejasne wrażenie jakby poszli w lewą stronę było przecież zupełnie niewiarygodne. Skąd w tunelu lewa czy prawa strona? A jeśli po prostu rzucił się ślepo na przód, byle dalej od zdradzieckiego wejścia, którym zaraz mogły posypać się granaty? Czy był w stanie określić w jakim kierunku w stosunku do ulicy na powierzchni poszli? Pamiętał tylko, że żandarmi nadbiegali od strony Szucha i w tym kierunku musiał strzelać Waldi kiedy go trafili. Była więc szansa, że w kanale odruchowo ruszyli w przeciwną stronę. Co prawda rozumowanie to było bardzo naciągane, ale w tych warunkach jedyne możliwe.

Zakładając, że rannego towarzysza cały czas ciągnął za sobą, Oskar przyjął, że droga do Śródmieścia leży przed nim, ciało Waldka zaś wskazuje kierunek skąd przyszli. Podjąwszy wreszcie decyzję wziął kilka głębokich oddechów i zebrał się w sobie, tłumiąc wzbierający na nowo lęk. Nigdy w życiu nie był w takiej sytuacji i perspektywa szukania wyjścia w ciemnościach cuchnących kanałów napawała go przerażeniem. Nie miał jednak wyboru i chociaż bolała go myśl, że zostawia Waldka, to racjonalna część świadomości podpowiadała mu, że tak być musi.

Podniósł się i ruszył powoli w ciemność, zostawiając za sobą zwłoki przyjaciela i kierując się w stronę, w której jak podpowiadał mu instynkt było Śródmieście. Mimo, że nie był wysokim chłopakiem, to przy swoich stu siedemdziesięciu dwóch centymetrach wzrostu nie mógł się tu wyprostować, o czym boleśnie przekonał się stawiając pierwsze kroki. W efekcie szedł zgięty nieomal wpół, prawą ręką wodząc po ścianie przed sobą jak ślepiec. Po jakimś czasie zorientował się, że coś mu przeszkadza.

Coś, co ma zawieszone na szyi.

To coś wisiało na pasku przerzuconym przez głowę, huśtając się swobodnie w rytm kroków i co chwila uderzało go, to w brzuch, to w biodro. Namacał przedmiot i rozpoznawszy go, wstrzymał oddech.

Boże, żeby tylko działała…

Ręka mu się trzęsła kiedy próbował po omacku znaleźć włącznik.

Pstryknęło.

Zaklął i zdesperowany potrząsnął latarką nie myśląc, że może zniszczyć w ten sposób żarówkę.

Udało się!

Żółty snop światła rozdarł ciemność.

Ulga jaką poczuł była tak wielka, że zrobiło mu się słabo. Oparł się o ścianę, dotykając czołem chłodnej i śliskiej cegły. Zamknął oczy. Nie miał pojęcia skąd miał tę latarkę. Najwidoczniej musiał ją zabrać temu zabitemu przy włazie… Ciekawe jak daleko jeszcze by tak brnął po omacku nieświadomy, że ma latarkę na szyi. Wzdrygnął się słysząc urywany, skrzeczący śmiech. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że to on sam wydaje ten dziwny dźwięk. Opanował się z wysiłkiem, głęboko wdychając ciężkie i gęste powietrze kanału. Po dłuższej chwili zebrał się w sobie na tyle, żeby oderwać się od ściany. Skierował światło latarki w stronę, z której przyszedł ale wydobyło z ciemności tylko owalny kształt tunelu, nie dosięgając ciała Waldka. Myśl, że zostawił go tam gdzieś w ciemnym tunelu wróciła razem z poczuciem winy ze zdwojoną siłą.

Ale cóż innego mógł zrobić?

Odwrócił się i omiótł światłem latarki drogę przed sobą. Ceglany tunel o owalnym przekroju, lekko szerszy u góry niż w dolnej, przykrytej płytką warstwą czarnej wody, części, przedzielały co jakiś czas idące w poprzek zgrubienia, przypominające żebra. Za drugim żebrem tunel ginął w mroku. Światło latarki ślizgało się po wygładzonych przez lata kontaktu z wodą ścianach i odbijało od powierzchni lekko falującej wody. W którym kierunku ściek płynął Oskar nie był w stanie ocenić.

Snop światła zamigotał, przygasł. Oskar potrząsnął latarką.

Zaświeciła z powrotem jaśniej, ale wiedział, że musi oszczędzać baterię. Przez chwilę walczył ze sobą nie chcąc rezygnować ze światła i bojąc się, że raz zgaszona latarka nie zapali się ponownie, ale rozsądek wreszcie zwyciężył. Zgasił latarkę i ostrożnie ruszył przed siebie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 60.22