E-book
4.1
drukowana A5
7.67
Fortepian

Bezpłatny fragment - Fortepian


Objętość:
16 str.
ISBN:
978-83-8245-037-8
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 7.67

Zatrzymał się przed tuż przed asfaltem. Stał w miejscu, w którym piasek powoli przechodził w ulicę i tylko gdzieniegdzie widać było małe jego sterty. Nie pamiętał, kiedy ostatnio widział tak słabo zakopane miasto. W przeciwieństwie do poprzednich, w których mieszkał, Marthan znajdowało się niemal w całości nad powierzchnią pustyni. Można było dostrzec pierwsze piętra budynków, wjazdy do garaży, a nawet zewnętrze schody prowadzące do piwnic.

Skoro tak bardzo różniło się ono od reszty kontynentu, istniała szansa, że to właśnie w nim Szczur znajdzie upragniony spokój. Mógłby wejść do któregoś z domów, zostać tam na dłużej, a może nawet kogoś spotkać. Może w końcu nie byłby sam.

Prychnął, uświadamiając sobie, jak głupie są jego myśli.

Wziął głębszy wdech i ruszył przed siebie. Nie miał żadnego konkretnego celu. Jedyne, co musiał zrobić, to jak najszybciej znaleźć porządnie wyglądający budynek i schować się w nim przed kwaśnym deszczem, który, według jego obliczeń, miał spaść już za niecałe czterdzieści minut.

W tym celu włóczył się po metropolii powolnym, jakby zrezygnowanym tempem. Mijał w połowie zniszczone, rodzinne domy. Przechodził obok zrujnowanych przez katastrofy sklepów, w którym ocalali stworzyli swoje domostwa, obchodził namioty z plandek, a nawet przeskakiwał nad kamieniami porozrzucanymi po ulicy. Przez cały ten czas rozglądał się z uwagą i w całkowitym skupieniu. Wyciągnął nóż, gdy zauważył obiecująco wyglądającą alejkę. Była wąska, zaciemniona i wzbudzająca niepokój. Jednym słowem, idealna. Dokładnie taka, w którą nie chciałby wejść żaden inny bezstrefowy. Zacisnął dłoń na rękojeści. Był gotów użyć broni, ale na szczęście nie spotkał nikogo w uliczce. Zatrzymał się przy pierwszym pustostanie, który wydawał mu się wystarczająco stabilny, po czym wszedł do środka.

Był wycieńczony. Nie dawał tego po sobie poznać, lecz tak naprawdę ledwo utrzymywał równowagę. Czterodniowy marsz przez pustynię był nie do zniesienia. Nie dość, że Szczur nie jadł nic przez cały ten czas, to na dodatek się zranił. Podczas poprzedniej ulewy przypadkowo rozdarł namiot, w którym się ukrywał. Zanim zdążył się odsunąć, kwas poparzył mu kostkę i prawie całe lewe przedramię. Mężczyzna opatrzył ranę, ale ból nie ustąpił.

Nagle usłyszał szelest. Cichy i delikatny, a jednocześnie niezwykle szybki odgłos ruchu. Poprawił ułożenie noża, po czym rzucił nim za siebie. Nie musiał całkowicie się odwracać, by trafić dokładnie w kręgosłup przebiegającego obok wyjścia szczura. Tym samym zapewnił sobie kolację.

Bezstrefowy dawno aż tak się nie cieszył. Dzięki zapalniczce oraz starej, grubej książce, którą znalazł w poprzednim mieście, rozpalił ognisko. Ściągnął skórę ze zwierzęcia, pozbył się niechcianych części mięsa, a potem upiekł i zjadł. Za każdym razem, gdy posilał się takimi smakołykami, zastanawiał się nad tym, jak zareagowałby na nie w świecie przed katastrofami. Pewnie od razu by zwymiotował. Nie musiałby nawet próbować, wystarczyłaby mu wiedza o pochodzeniu jego dania. Żałował, że teraz nie może oddać talerza kelnerowi i zamówić czegoś innego. Jedyne, co miał do wyboru, to szczury, niewielkie ptaki oraz dzikie psy, które były zbyt niebezpieczne, by próbować z nimi walczyć. Poza tym zawsze poruszały się w grupach. Szczur nie miałby z nimi szans.

Oblizał palce po wyrzuceniu kostek do ogniska. Podsunął plecak pod głowę, po czym wygodnie się na nim ułożył. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w sufit, myśląc o kolejnym dniu, lecz gdy tylko zamknął oczy, zasnął.

Obudził go hałas. Zupełnie inny od takiego, jaki robiły zwierzęta. Wstał natychmiast, wyciągnął przed siebie ostrze, a na widok światła cofnął się parę kroków. Stanął przy ścianie, by mieć pewność, że nikt nie zajdzie go od tyłu.

— Jestem uzbrojony! Odejdź! — krzyknął groźnym tonem.

Nieznajomy się zatrzymał. Po jego niepewnych ruchach widać było, że się waha, ale w końcu wyszedł zza ściany, by Szczur mógł go zobaczyć.

Postać ta okazała się dużym mężczyzną z jeszcze większą torbą na plecach i chustą na twarzy. Na szczęście nie miał pistoletu. Jedyną bronią, którą dostrzegł Szczur, był nóż, ale on wciąż tkwił w jego kieszeni. Bezstrefowy nie zdążyłby go wyciągnąć przed reakcją przeciwnika.

— Chcemy tylko schować się przed deszczem — powiedział niskim głosem.

Wytatuowany mężczyzna rozejrzał się niepostrzeżenie po pomieszczeniu, jednak nie znalazł żadnej innej osoby.

— My? — zapytał.

— Ja i moja rodzina.

Po tych słowach wyłoniły się z cienia dwie kobiety. Jedna z nich ciągnęła za sobą nieduży wózek, a druga niosła na plecach dokładnie zawinięty pakunek.

Szczur otwierał już usta, by zaprzeczyć, ale w ostatniej chwili rozpoznał to, co trzymała nieznajoma. Zmrużywszy oczy, chciał udowodnić sobie, że się myli, po czym przeklął w myślach. To było dziecko. Schowane przed deszczem pod nieprzemakalną płachtą wydawało się zwykłym plecakiem, ale to na pewno było dziecko. Po jego rozmiarze dało się wywnioskować, że miało co najwyżej pięć lat.

Kogoś takiego nie można było wyrzucić. Szczur niejednokrotnie walczył o schronienie, czasami z o wiele silniejszym przeciwnikiem, jednak jeszcze nigdy z dzieckiem. Nie musiał zaczynać, by wiedzieć, że przegra.

— W porządku — burknął. — Możecie zostać, ale tylko na jedną noc.

Usiadł w kącie i obserwował nieznajomych. Wydawali się niegroźni. Rozłożyli swój bagaż na środku pokoju, zdjęli z siebie wilgotne ubrania, rozłożyli je na ziemi, a następnie usiedli w kole. Starali się nie zwracać uwagi na groźnie wyglądającego, wytatuowanego po szyję wyrzutka. Odwrócili się do niego dopiero, gdy wyższa kobieta, najprawdopodobniej matka, położyła obok siebie śpiącego chłopca. Owinęła go ręcznikiem i zaczęła rozmowę. Mimo karcącego spojrzenia męża mówiła o miejscu, skąd przyszła rodzina. O tym, że gang przywłaszczył sobie ich dom, przez co musieli uciekać. O podróży samochodem między dzielnicami, o wszystkich dziwnych i niebezpiecznych sytuacjach, które ich spotkały, a dopiero na końcu przypomniała sobie, że się nie przedstawiła.

— Nazywam się Lara — rzekła z uśmiechem. — Mój niezadowolony małżonek to Otto, syn ma na imię Ben, a ta śliczna dziewczyna to Eva — mówiąc to, wskazała bezstrefową w kapturze.

To ona wydała się Szczurowi najbardziej interesująca. Noc była zbyt ciemna, by zobaczyć całą jej twarz, ale chwilę temu dostrzegł jej oczy. Były zaskakująco jasne i skupione. Wpatrywały się w niego z uwagą, jednak bez strachu i odrazy, z którymi zazwyczaj się spotykał. Robiły coś, przez co trudno było się od nich oderwać. Szczur patrzył na bezstrefową nawet podczas opowiadania o sobie. Dzięki nadzwyczajnie dobrej podzielności uwagi przyglądał się Evie, jednocześnie pilnując, by nie zdradzić w swojej historii czegoś, co może mu zaszkodzić. Mówił niedużo, ale wystarczająco przekonująco, aby wzbudzić zaufanie rodziny. Gdy skończył uśmiechnął się niepewnie. Wsadził nóż pod ramię, przywiązał sobie pasek plecaka do nadgarstka, po czym ponownie się na nim położył i zasnął.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 7.67