E-book
9.56
drukowana A5
24.15
Fobie filie

Bezpłatny fragment - Fobie filie

tomik wierszy


4.8
Objętość:
111 str.
ISBN:
978-83-8189-108-0
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 24.15

Natręctwo niedopowiedzianego

pytań podejrzliwych robale drążą

w mózgu korytarze niedopowiedzeń

z ich prześwitów wypełzają wyobrażenia

włochate gdybania pętają czaszkę

struta krew odpływa do stóp

by bezmyślnie pomknąć byle gdzie


na ostrzu słów zasycha życie

na krawędzi snu dusi się świadomość

i wisi coś ponad nabrzmiałą skronią

chmura gradowa rąk i paranoi

odrywa powód by w napięciu trwać

i runie całość i ciało w ręce byle jakie

2011.04.14

Skrystalizowany

powoli powoli

się stałem

matowym kryształem


nie urobisz mnie jak ciasto

nie ulepisz jak garnki

nie ukujesz w żarze jak stal

nie zmienisz formy


co najwyżej pokruszysz

2011.10.22

Czerwone

czerwone emocje płonęły

w umysłach skrząc słowa z ust


jeszcze energia dźwięków

niosła się przez krew

nadając tym skrom pędu


nagle chwila moment

nieuwaga czerwony stop

kurwa krwisty krzyk


trzask zgrzyt

brzęk szkła

krew i ból


czerwona krew

czerwony strach

koguty niebieskie

koguty czerwone

czerwona nadzieja


strach sączył się

z pogiętych blach

wybitych szyb

czas sączył się ze strachem


przekrwione oczy zabiły sen

2012.03.09

Słyszysz?

Słyszysz? — Cichnę.

Uwagi nie poświęcasz

na tak niewidoczny wrzask.

Ze świętości obdarty,

tak nijaki wtapiam się w noc.


Kwitnie bezimiennie

drętwota chęci i zmrożony wzrok.

Patrzę ku pustce,

przeliczam ziarenka w klepsydrze

i zapisuję tę ciszę pod powieką.


Krzyczysz o pracy,

krzyczysz o obowiązku

i codziennym takim tam.


Posłuchaj choć raz.

Jestem daleko,

na tych polach,

gdzie zbierałem kwiaty.

2014.10.08

Bezcelowe zabieganie

bezcelowe zabieganie pora strząsnąć machnięciem ręki

nie ma sensu strzępić języka — niech pozostanie ostry

na pokorę nie ma czasu i nie ma na żałowanie

tak — to dreptanie w kółko

tak — trzeba zapomnieć


zapominam co znaczą namiętne wieczory

ukradziono ich esencję i wyschły z ohydy

zapominam czym jest intymna cisza

wpuszczono obce ręce po tajemnice


depczę wyhodowane na krwi słowa

w gardle bezdźwięcznie tracą sens

depczę ścieżki wprost w usta nocy

niech krzyczy ciszą w bezsenność


żałowana wiedza nieżałowane wspomnienia

pokora odbiera siły pokora pobudza winy


język głodny jest materii i ciała

język zbyt pewny słów że to żałosne

machanie ręką bo to bez znaczenia

może być machaniem na nie do widzenia

zabieganie zbyt trudne więc bez sensu

zamienić na zabieganie na co dzień


wszystko w sobie już bezcelowe

2014.12.10

Powietrze

łoskot kości rzuconych lata temu

odbija się echem drwiny losu

o ile łatwiej można by utonąć

o ile prościej można by wierzyć


zaklinam chwilę by się zatrzymała

ucieka by przyjść z czasem

ten wyłamuje ręce, obija głowę

po stronie duszy polała się krew


poczułem powietrze

łapczywie zasysam je przez nos

obejmuję tę pustkę wśród ciszy

by przekonać ją do bycia ciałem


niemoc przelewa się w słowa

jak nóż który tnie marzenia

łza podlewa kiełkujący świat

bajka zapuszcza korzenie we krwi


zamiast umierać wyrasta przez krzyż

i plecie skrzydła dreszczem po plecach

spokojnie nabieram do ust powietrza

niech mnie poniesie do morza


sól zagłuszy łoskot i drwinę

woda oczyści zaropiałe rany

powietrze wypełni pustkę duszy

by powoli i namiętnie zatonąć


chwila kopie w łydkę i ucieka

czas drze się w oczy że minął

chcę kiedyś go ciszą uciszyć

by powietrzem głęboko oddychać

2015.02.18 (ndr.)

Ostrożność

ostrożność przykłada delikatnie palec do ust

napięcie niewypowiedzianych słów napręża

te które wypłynęły w eter

i stają się kruche i miałkie


iskry rozłożyły się na ładunki i wirują w kącie oka

czekając aż magia zadziała by błysnąć i płonąć

lub spłynąć przez policzki głusząc ciszę


obezwładniający pat okoliczności schładza

drżące dłonie ostrożnością

w półmroku nie widać drżenia

nie widać ścisku w przełyku

spojrzenie zlewa się z nim


ostrożność karci palcem za wczoraj zbyt odważne

i myśli w ścisku uderzają w skroń

przyprawiając o ból

ostrożnie na świat wyjdą te bez zabarwienia


przez drzwi otwarte na palcach skrada się wątpliwość

i podszeptuje na temat rys na pryzmacie wyobrażeń

który tak pięknie rozczepia słowa na pragnienia


ostrożność jak zimny

prysznic przywraca trzeźwe spojrzenie

pod którym nieustannie skraplane słowa

osiadają na duszy

tam czysty kryształ narasta

w ciszy nadając życiu sens

2015.02.28

Dzień i noc

Cieszyć może chwila. Ponadto jest tylko cisza.

Radość jest zazwyczaj głośna. Ja milczę.

Poranna kawa i trochę dymu papierosa. Zamiast śniadania.

Zamiast życia nie wystarczą same myśli.


Droga do pracy upływa w dźwiękach i obrazach.

Przekładam je na swój język.

Tłumaczenie skrapla minuty do słów.


Praca odpręża zajmując głowę swoim.

Ludzie potrafią pomagać, najczęściej o tym nie wiedząc.

Terapia ludźmi. Terapia pracą.

Na poprawę smaku szczypta zakupów.


Droga do domu przebiega jak kot przez ulicę.

Wróż z smsów humory

i uważaj na szczegóły znaków przestankowych.


Trochę uśmiechu i adrenaliny

przyniesie harmider małych stóp.

Rytuał kąpieli i bajek układa dzień do snu.

On jest zmęczony.


Ja nie potrafię zasnąć.

Otulam się w ciszę i lgnę do słów,

i tych ludzkich, i tych dla maszyn.

Chwila bycia bogiem, który stwarza. Chwila, która cieszy.

2015.03.08 (ndr.)

Niecierpliwy

cierpliwość się mnie boi

chowa z dłońmi w kieszeniach

karabin myśli wystrzeliwuje

rozrywając usta

z hukiem słów

ostro bez ostrzeżeń


samozapłon ciała

wybija z drżenia czas

aż chwile już w nim zastygłe

rozsypują się po policzkach


natychmiast

teraz

już


potem przełykam garść wstydu

a ciszą zaplatam ręce

2015.03.10

Pokój myśli

chodzisz na palcach po mojej głowie

stopą zmieniając znaczenie słów

delikatne zawirowania w eterze myśli

układając w namacalną treść


niech już odpocznie pamięć

pełna szczegółów rysujących po oczach

niech już odpocznie nadzieja

zgarbiona pod ciężarem rozczarowań


spokój rozlewasz potokiem uśmiechu

w ciemnych obawach rozbudzając ufność

by rozpłynęły się na niedorzeczności

i przywdziały stroje dla żartów


niech już obudzi się radość

ukryta przed hordami krwawych zarzutów

niech już obudzi się istnienie

zaklęte od wspomnień w maszynę nocy

2015.03.10

Kalejdoskop chwil

nie patrz zamglona strachem

przez pryzmat moich emocji

oślepi cię wiązką ich istota

zamknij oczy — poczuj ją na ustach


cisza niech cię nie drażni

i dźwięcznie ponagla pozostałe zmysły

posłuchaj jak pulsuje w niej życie

oddechy istotnie głębokie


powszedni harmider ruchu materii

strzep z dłoni przemywając twarz

zerknij bez pośpiechu na lustro

ukryłem się gdzieś w spojrzeniu


wiem że w zmierzch zachodząc

oderwany siedzę pozornie daleko

przy słowie i kodzie majstrując

i jakby w czasie nietutejszym


ty leżysz wpatrzona w iluzje

pod noc dostrajając je pilotem

bądź w wenie apetytu stwarzasz poezję

łącząc syczące ciepło i dobre smaki


ty czekasz na moje słowa

choć wolałabyś wtulić się w życie

chemia drąży neurony energią

czekając na noc by wystrzelić


mrok owiewa ciszą bezdotyk

wiele powiedziano i zrobiono

w tym czy w tamtym świecie

jestem pomiędzy bez zrozumienia

2015.03.17

Jak John Snow

niecierpliwie tak dopowiadam sobie w myślach

dalsze sceny tej sztuki — nic nie wiem, jak widać,

choć nie raz się analogicznie wydarzyło…


tak podobne są słowa, podobne obrazy,

że aż samo się prosi — nic nie wiem, jak widać —

przesączone przez mgłę wieczorną do ust kapią

wypłukując smakiem esencji kwaśny odczyn

przeżuwanych sztywnych założeń — wstyd nie wypluć.


wycofany składam ze wspomnień rysy makiet

możliwych jutr i pojutrz — nic nie wiem, jak widać,

bo nowe się historie piszą im na przekór…


na antrakt czekam niemo, by zebrać emocje,

by potem je rozsypać — nic nie wiem, jak widać —

gubiąc z nich treść u drzwi spoconymi oczyma

i przygryzam wargi, odkładam na bok gdybań

orzeszki i osąd bez gazu… tylko patrzę…


niepokoję się przekonany wyjątkowo

słowem, ciszą i nocą — nic nie wiem, jak widać —

co stać się może, jak Ygritte zejdzie ze sceny…

2015.03.17

Przedrostki

„za” pachnie konwaliami i pyłkami zbóż

przyniesionych do namiotu pod lasem

ma radośnie podkrążone oczy

po całonocnym śledzeniu nieba

i nasłuchiwaniu fałszu w świerszcza skrzypcach

słodko brzmi od określeń i zdrobnień

bawiąc się jak lizakiem w ustach

zaimkami dzierżawczymi

ma głęboki oddech

by móc wykarmić tlenem powstający świat


„po” ma głos pewności odbitej echem od witraży

pachnie zjonizowanym powietrzem

wyładowań charakterów

smakuje soczystymi truskawkami na zgodę

ma setki planów na przyszłe wakacje

domek z ogródkiem i wystrój sypialni


bez — smakuje pomidorową i schabowym

ciepłem ust na policzku po porannym rozstaniu

brzęczy piskliwymi głosami wchodzącymi na głowę

i ciszą wtuloną przy wieczornym rozgrzeszaniu dnia

bez słowa wrzuci skarpety do pralki

z uśmiechem wyniesie śmieci

zgrzyta od powszednich ułomności

rozdrabniając je w żart

zestarzeje się pięknie wśród ciepłych ścian



gdzieś na boku „pod” nieśmiało śledzi kroki

wieczorami zanosi modlitwy do pełni

odsuwając dłonią kolejne słone paciorki z policzków

innymi znów destyluje ze szklanek śmiech

ucichnie od zgiełku niepilnych spraw

i zeschnie jak niepodlewany na strychu kwiat


a na końcu „od” pachnie zmiętą nocą

i z bólem głowy upadłszy na chłodną pościel

zarzeka się podkreślając przysłówki skrajne

częstotliwości aż zdarte od powtórzeń

zszarzeją wyblakną i zobojętnieją

potem zmieni głos na metaliczny

potem gamę smaków przeleje z ust do ust

aż któryś zapachnie miętą

aż któryś zapachnie konwalią jak „za”

2015.03.18 (ndr.)

Nocny

Psy sąsiadów próbują śpiewać kołysanki.

Zupełnie jak ja, kiedy się uśmiecham.

Nauczę się nocy na pamięć,

by ją cytować na wyrywki —

zwłaszcza kiedy zbyt jasno

przytoczone będzie moje zaślepienie.


Zegar przetacza przez ciszę

dyskretne skrawki odbytego już czasu.

Ulicą przemknął pospiesznie samotny samochód.

Przemyka smuga światła po oknach.

Pospiesznie zakrada się kątem oka

i zaślepia zobojętniale.

Samotny mrok powraca zza szafy.



Wiatr szarpnął za furtkę.

Nikt mu nie otworzył.

To takie mało istotne po czasie.

Można by deklamować nowe androny,

by stracić go więcej.

Znam już na pamięć

zapętlone litanie gdybania.

Przegryzłem sens z ogórkiem kiszonym

i popiłem letnią herbatą.

Niezawodny palec u nogi

znalazł ból na krawędzi łóżka.

Czas położyć koszmary spać.


Psy sąsiadów już nawet nie fałszują.

Uśmiechnę się obejmując dłonią nowe życie.

Z nocy zapamiętam te krótsze wersy —

zajęte bardziej sobą niż treścią.

2015.03.20

Wybaczanie

Od serca do serca ponoć tak blisko,

a jednak dla dłoni wciąż za daleko —

drży w ciszy i się waha wziąć podaną…

zastyga, tak jakby czas pękł i stanął.

Spojrzenie ponagla, ciąży powiekom,

aż słowo prześlizgnie się przez ciszy tłok…


Tysiące oskarżeń zwróci przeszłości —

niech zasną, zamilkną i mchem obrosną.

Kark boli, gdy patrzysz wciąż w tył, a nogi

do przodu — bo trzeba — wciąż prą bez trwogi.

Obrócić ku sobie oczy, rzec głośno —

zapomnieć się nie da, lecz żyć to owszem…


Od serca do serca ponoć tak blisko,

choć dłonie zawiodły się za daleko —

popłyną łzy w ciszy, przyjdzie zrozumieć,

co warte istotnie… spłynie słów strumień…

Zderzą się nurty brzmień, staną się rzeką

spiętrzoną, głęboką do dna prawd czystą.


Wzajemne trucizny zniosą swe treści —

obojętne, bez smaku wtopią się w dotyk.

Nauczmy na nowo siebie nawzajem,

co trzeba, należy… Życie powstaje,

by dać nam radości, pchnąć nas w kłopoty

i bardziej się zrosnąć w żywej powieści.


Od serca do serca jednak tak blisko,

mimo że przez ciernie tak daleko…

Napijmy się ciszy z oczu zwierciadeł —

niech księżyc zagląda i już niech diabeł

zabierze to licho, które tu zdechło…

bo serce dla serca znaczy wciąż wszystko.

2015.03.22

Los drzew

Drzew, co już się zakorzenią,

przesadzać nie można.

Uschną prędzej lub później.

Podlewanie niewiele się zda.

Potem pociąć tylko

i spalić na kominku.


Rozłamane po burzy

można podeprzeć belkami.

Posmarować wapnem

i liczyć, że nie spróchnieją.

Może jeszcze zakwitną,

wydadzą owoce.


Cierpliwie trwają.

Nie jęczą nad losem.

Znoszą szarugi i wiatry.

Nie krzyczą na scyzoryki

ryjące serca i inicjały.

Dźwigają swój ciężar,

huśtawki i hamaki.

Uschną. Na meble. Na opał.

Na wieki.

2015.03.23

Pierwiastki

w głowie mam twoją esencję

rozłożoną na żywioły zmysłów

odmienioną przez przypadki emocji


radość pachnie bukietem róż

kiedy wkładasz je do wazonu

złość dźwięczy rozbitym talerzem na podłodze

na przypadkową mozaikę z porcelany

pożądanie smakuje czekoladą z chili

rozpływającą się po języku i drażniącą podniebienie

smutek ciąży ciepłą kroplą słonych łez

nim ta podda się grawitacji tnąc policzek


ty, ciebie, tobie, ciebie, tobie, tobie, ty!


i z niedowierzaniem próbuję łączyć puzzle

porozrzucanych chaotycznie blednących migawek chwil

i cichnącego echa słów

tak jakby wszechświat się rozszczepił

i rozsypał przypadkowo

pierwiastki tworzące przedwieczny byt


czas zrównoleglił je w osobnych pajęczynach

delikatnie drżących zdarzeń

pomiędzy nieprawdopodobnym a pewnym

rozciągniętych od zawsze do nigdy

nakazując grawitacji lekceważyć

ich wzajemne przyciąganie


żeby chociaż raz ta równoległość

zbiegła się przed nigdy

tak jak ta dowcipna perspektywa

lubi szeptać kłamstwa

by znów się połączyły w byt

zanim powstał czas

2015.03.27 (ndr.)

Fobie

pod czaszką wszystko co warte

reszta niech macha stoi kopie czy leży

strach zamknięty do zmroku

potem niech się wybiega

zaszczeka o utracie możliwej

zaskomli o skreślonych planach

zawarczy na niepewność


zaufanie pochowam w skarpety

same straty z kredytów za uśmiech

drobnego szeptu na boku

oczy w okularach nie dojrzały

co mieli ukraść nakradli zanadto

rozłożę cichą spłatę na raty


z ekranu pod czaszkę na dobranoc

ogon skuli strach przed karabinem

i hukiem granatu w obcym języku

zawyje do zórz na horyzoncie

wznieconych z nalotów

niebajkowych szarych dywanów

zawarczy przy odebraniu pokoju

niewinnemu pokoleniu


puste pokoje i brak dłoni pomocnej

gdy z drewna kość podeprze ciało

pusta pierś zapadnięta z braku

pod pustym uśmiechem lub bez niego

nienasycenie i pozostawienie bez śladu

na stronach, które chciało się

zapełnić myśli migawką trwale

gdy w kokon przyjdzie czas się skulić

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 24.15