— Zacznijmy od prostego pytania — gdzie, Twoim zdaniem, w codziennym życiu znajduje się świadomość?
— Najczęściej mam wrażenie, że jest rozproszona. Jakby była wszędzie i nigdzie jednocześnie. W czynnościach wykonywanych niemal automatycznie. W rolach przyjmowanych bez namysłu. Jest aktywna, ale nieobecna.
— Aktywna, ale nieobecna?
— Tak. Działa, reaguje, podejmuje decyzje, a jednak rzadko mam poczucie, że naprawdę widzę. Raczej funkcjonuję. Jakby świadomość była wciągnięta w mechanizm trwania.
— A jednak mówisz o niej w czasie teraźniejszym.
— Bo ona tam jest. Nawet jeśli przytłumiona. Myślę, że świadomość nigdy nie znika — zmienia się tylko stopień jej uważności. Albo raczej: stopień refleksji, która jest z nią nierozłączna.
— Czyli refleksja nie jako dodatek, lecz jako warunek?
— Właśnie tak. Bez refleksji świadomość byłaby tylko reakcją. Z refleksją staje się relacją — z tym, co się wydarza, i z tym, kto obserwuje.
— Kim jest ten obserwator?
— Nie wiem. I to „nie wiem” wydaje mi się uczciwe. Gdy próbuję go nazwać, natychmiast upraszczam. Ale czuję wyraźnie, że istnieje punkt odniesienia — coś, dzięki czemu mogę powiedzieć: jestem świadomy.
— Punkt, który nie jest przedmiotem obserwacji, a jednak umożliwia obserwację.
— Tak. Jakby przestrzeń, w której rzeczy mogą się pojawić. Nie sama rzecz — raczej warunek jej zaistnienia.
— Czy ten punkt odniesienia jest stały?
— Mam wrażenie, że tak. Wszystko inne się zmienia: myśli, emocje, role, nawet obrazy świata. A on pozostaje. Cichy. Nienazwany. Dzięki niemu mogę zauważyć zmianę jako zmianę.
— A materia? Gdzie w tym wszystkim znajduje się materia?
— Materia jest dla mnie ruchem. Energią o strukturze — krystalicznej i jednocześnie organicznej. Plastycznej. Podatnej na bodźce. Zmienia się nieustannie, czasem chaotycznie, czasem jakby kierunkowo. Ale zawsze w odniesieniu do czegoś, co samo nie podlega zmianie.
— Do sensu?
— Być może. Albo do braku sensu, który paradoksalnie wszystko podtrzymuje. Trudno to wyrazić. Jakby u podstaw było coś, co samo nie ma potencjału, a jednak pozwala, by potencjał się pojawiał.
— Mówisz o tle.
— Tak. O tle, które nie jest puste. Raczej nasycone obecnością. Bez formy, bez koloru, a jednak stabilne.
— Czy to tło można nazwać?
— Kiedy próbuję, pojawia się obraz, nie pojęcie. Światło. Źródło. Coś, co nie potrzebuje materii, by istnieć. Co jest ruchem samym dla siebie.
— A jednak materia się w nim pojawia.
— Jak wrzeciono. Skupisko. Przenikane przez coś subtelniejszego. Są miejsca, w których dochodzi do dopasowania. Jakby sens na chwilę stykał się z formą.
— I wtedy pojawia się uważność?
— Tak to czuję. Jakby świadomość na moment przestawała być uwikłana. Jakby mogła zobaczyć nie tylko co jest, ale że jest.
— I to wystarcza?
— Na chwilę. Ale ta chwila zmienia wszystko. Nawet jeśli potem wracam do codzienności, coś już zostało poruszone. Jakby światło raz zobaczone nie dawało się całkiem zapomnieć.
— Może o tym właśnie jest ta rozmowa.
— Być może. O tych chwilach. I o przestrzeni, która pozwala im się wydarzyć.
— Powiedziałeś, że ta chwila uważności zmienia wszystko, nawet jeśli trwa krótko. Co dokładnie się wtedy zmienia?
— Zmienia się sposób bycia w świecie. Nie w sensie zewnętrznym. Raczej jakby przesuwał się środek ciężkości. To, co dotąd było najważniejsze — role, cele, napięcia — na moment traci swoją absolutność.
— A co ją zastępuje?
— Nic konkretnego. I to jest istotne. Nie pojawia się nowa treść, raczej zmienia się proporcja. Jakby przestrzeń była ważniejsza niż to, co ją wypełnia.
— Przestrzeń jako warunek, nie jako puste miejsce.
— Tak. Przestrzeń, która pozwala rzeczom być sobą, bez przymusu natychmiastowego użycia czy oceny. W codziennym życiu wszystko chce być natychmiast funkcjonalne. Tu funkcja się zawiesza.
— Czy to zawieszenie jest dla Ciebie komfortowe?
— Na początku nie. Jest w nim coś niepokojącego. Jakby grunt na chwilę przestawał być twardy. Ale potem pojawia się spokój. Cichy, bez euforii.
— Spokój wynikający z czego?
— Z braku konieczności. Z tego, że nie muszę niczego dowodzić ani podtrzymywać. Świadomość nie musi się już bronić swoją aktywnością.
— Czy dlatego mówisz o „uwikłaniu” świadomości w codzienność?
— Tak. Uwikłanie polega na tym, że świadomość służy wyłącznie przetrwaniu — biologicznemu, społecznemu, kulturowemu. To nie jest złe samo w sobie, ale staje się totalne. Nie zostawia miejsca na pytanie „dlaczego”.
— A refleksja to właśnie to pytanie?
— Raczej gotowość na to pytanie. Ono nie zawsze musi paść wprost. Czasem wystarczy uczucie, że coś jest nie do końca oczywiste.
— To brzmi jak moment pęknięcia.
— Tak. Pęknięcie w ciągłości automatyzmu. I ono często przychodzi nie wtedy, gdy go szukamy, ale gdy jesteśmy wystarczająco uważni, by je zauważyć.
— Czy sztuka może być takim pęknięciem?
— Zdecydowanie. Ale tylko wtedy, gdy nie jest ilustracją czegoś, co już wiemy. Dobre dzieło nie potwierdza. Ono destabilizuje — łagodnie, ale skutecznie.
— W jakim sensie?
— Otwiera przestrzeń, której nie da się natychmiast nazwać. Zmusza do zatrzymania. Do spojrzenia bez gotowej kategorii. Jakby na chwilę odbierało nam język.
— I to jest wartość?
— Ogromna. Bo język bardzo szybko wszystko domyka. A są doświadczenia, które potrzebują bezimienności, żeby w ogóle zaistnieć.
— Czy podobnie działa sen?
— Tak. Sen jest przestrzenią, w której sens jeszcze nie został rozdzielony na pojęcia. Obrazy są tam gęste, wieloznaczne, nieposłuszne logice dnia.
— Chcesz powiedzieć, że sen jest bliżej tego tła, o którym mówiliśmy?
— Myślę, że tak. Jest jakby bliżej źródła obrazów, zanim zostaną podporządkowane funkcji i narracji. Dlatego tak łatwo go zlekceważyć — i tak trudno zapomnieć.
— Czy pamiętasz moment, w którym jakiś sen zatrzymał Cię na dłużej?
— Tak. Choć wtedy nie wiedziałem jeszcze dlaczego. Dopiero z perspektywy czasu widzę, że był to jeden z tych momentów, w których świadomość na chwilę wyszła poza swoje codzienne uwikłanie.
— I co wtedy zobaczyłeś?
— Nie „co”, lecz „jak”. Skalę. Przemieszczenie punktu odniesienia. To, że to, co uznawałem za centrum, okazało się tylko jednym z możliwych punktów widzenia.
— To brzmi jak zmiana perspektywy, nie treści.
— Dokładnie. Treść jest wtórna. Najważniejsze było doświadczenie bycia obserwowanym przez coś większego niż własna historia.
— Przez sens?
— Być może. Albo przez samo istnienie, które nie potrzebuje mojego udziału, a jednak mnie obejmuje.
— I wróciłeś stamtąd do codzienności.
— Tak. Ale nie całkiem taki sam. Jakby coś we mnie wiedziało już, że codzienność nie jest całością.
— Może właśnie dlatego ta rozmowa w ogóle się wydarza.
— Być może. Nie po to, by coś wyjaśnić. Raczej po to, by nie zapomnieć.
— Zatrzymajmy się jeszcze przy sztuce. Powiedziałeś, że dobre dzieło destabilizuje. Co dokładnie ulega w nim przesunięciu?
— Przede wszystkim punkt odniesienia. W codziennym życiu jest on niemal zawsze ustawiony w jednym miejscu: w użyteczności, w celu, w rozpoznawalnej formie. Dzieło, które naprawdę działa, przesuwa ten punkt — często niepostrzeżenie.
— Widz nie wie od razu, co się z nim dzieje.
— Właśnie. I to jest kluczowe. Gdyby wiedział, natychmiast uruchomiłby mechanizmy obronne: interpretację, klasyfikację, ocenę. A tu coś wymyka się tym procedurom.
— Czy dlatego mówisz o „rozświetleniu tego, co drzemało w ukryciu”?
— Tak. Dobre dzieło nie dodaje nowej treści do świata. Ono raczej wydobywa coś, co już było obecne, ale pozostawało w cieniu — albo poza zasięgiem uwagi.
— Czy to rozświetlenie dotyczy bardziej świata czy widza?
— Nie da się tego oddzielić. To jedno z tych doświadczeń, w których granica między „wewnątrz” a „na zewnątrz” traci ostrość. Widzę obraz — ale jednocześnie coś zaczyna się poruszać we mnie.
— Jakby sens nie był przypisany do przedmiotu.
— Raczej jakby sens wydarzał się pomiędzy. Między formą a uważnością. Bez tej relacji dzieło pozostaje martwe.
— To stawia artystę w szczególnej sytuacji.
— Tak. Bo artysta nie „produkuje sensu”. On przygotowuje warunki. Tworzy strukturę — krystaliczną, plastyczną — która może zostać przeniknięta czymś więcej.
— Ale ta struktura wymaga pracy. Często bardzo ciężkiej.
— Oczywiście. I tu pojawia się napięcie. Z jednej strony konieczność: technika, warsztat, wysiłek, czas. Z drugiej — coś, co nie daje się wymusić. Moment skupienia, w którym forma przestaje być tylko formą.
— Czy ten moment jest rozpoznawalny?
— Tak. I zarazem nie. W trakcie pracy często pojawia się cisza. Jakby coś mówiło: „teraz nie przeszkadzaj”. Ręka jeszcze pracuje, ale decyzje zapadają gdzie indziej.
— Poza refleksją?
— Raczej poniżej niej. Albo przed nią. Refleksja przychodzi później, kiedy próbujemy zrozumieć, co właściwie się wydarzyło.
— Czy to jest moment, w którym świadomość przestaje być uwikłana?