PROLOG
Flame
Ludzie lubią tworzyć bohaterów, wystarczy kilka zdjęć w internecie, kilka artykułów, kilka akcji o których zrobi się głośno i potem zaczynają dopowiadać sobie resztę. Twierdzą, że się nie boisz i zawsze wiesz, co robić, a kiedy wchodzisz w ogień, nie czujesz strachu. Bzdura. Strach jest zawsze. Trzeba tylko nauczyć się nie pozwalać mu wygrać. Tak się składa, że ostatnio media znowu się mną zainteresowały. Jakby uratowanie kilku osób z płonącego budynku było czymś niezwykłym. Nie było, to była moja robota. Dokładnie taka sama jak tysiące innych rzeczy, które robiłem wcześniej. Ale ludzie uwielbiają takie historie, z głównym bohaterem na tapecie. Zwłaszcza takich, których tak naprawdę nie znają i nigdy nie poznają. Gdyby znali mnie naprawdę, pewnie nie byliby już tacy zachwyceni. Nie jestem święty. Nigdy nie byłem. Po prostu wykonuję swoją pracę i robię to cholernie dobrze. Choć może czasem po prostu mam więcej szczęścia? To wszystko. Reszta to legenda, którą stworzyli za mnie obcy ludzie. Legenda, która z roku na rok coraz mniej przypominała człowieka, którym byłem naprawdę. Najgorsze było jednak to, że czasami sam zaczynałem wierzyć, że Flame istnieje, że jest kimś więcej niż tylko przezwiskiem. Kimś silniejszym, odważniejszym, kimś, kto nie budzi się czasem w środku nocy zlany potem przez wspomnienia, których od lat nie potrafi pogrzebać. Kimś, kto nie pamięta zapachu dymu sprzed wielu lat. Kimś, kto dawno temu nie stracił czegoś, czego nigdy już nie odzyska. Ale prawda była inna. Flame był legendą. A legendy nie wracają samotnie do domu. To robił Artem Krawski.
Magly
Magly nie znała historii Flame’a osobiście. Ale słyszała je… w urywkach rozmów, w półszeptach ludzi, którzy pracowali tu dłużej niż ona. „Flame znowu był na akcji.” „Flame nie wychodzi bez roboty.” „Flame to nie jest zwykły strażak.” Brzmiało to bardziej jak legenda niż człowiek. A ona? Ona w końcu miała spokój. Nie tymczasową pracę. Nie coś „na chwilę”. Tylko miejsce, w którym mogła zacząć od nowa. Stanowisko Kierowania PSP. Głos, który ratuje zanim pojawi się ogień. Nowy etap. Nowe życie. Pierwszy dzień zaczynał się spokojnie, za spokojnie, bo nie wiedziała jeszcze, że niektóre głosy w słuchawce zostają w człowieku na dłużej niż zgłoszenie. Pragnienie poznać dobrze Krawskiego i stać się częścią jego życia zaczęło spalać Magdę od środka, ale ćma zawsze leci do światła...nawet jeśli nie wie jeszcze, że to światło może okazać się ogniem.
ROZDZIAŁ I
Korytarz pachniał kawą i czymś metalicznym, jakby całe to miejsce było zawsze lekko napięte. Magdalena Skowronek poprawiła włosy przed wejściem. Skosy jej poddasza wydawały się teraz czymś z innego życia. Zostawiła tam poranną ciszę, kubek niedopitej kawy i balkon pełen roślin, które pielęgnowała z większą cierpliwością niż samą siebie. Wszystkie poprzednie stanowiska na których pracowała, wydawały się dziś przystankami. Prawdziwy egzamin zaczynał się dopiero tutaj — tam, gdzie od jednego spokojnie wypowiedzianego słowa mogło zależeć czyjeś życie.
— Gotowa? — rzucił ktoś z tyłu.
— Muszę — odpowiedziała krótko.
Drzwi do stanowiska kierowania otworzyły się automatycznie. Światła były chłodne. Monitory migotały. Telefony nie milczały nawet sekundę. Ktoś podał jej słuchawkę.
— Twoje miejsce. Dyspozytorka Magdalena Skowronek…?
— Magly — poprawiła od razu. — Tak będzie szybciej — dodała.
Ktoś uniósł brew, ale nie skomentował.
— Dobra. Magly. Słuchaj, to nie jest telefon do pogadania, tu się ratuje ludzi. Krótko, konkretnie, bez emocji.
Kiwnęła głową.
„To akurat umiem” — pomyślała.
Przez chwilę tylko patrzyła. Nie tak wyobrażała sobie to miejsce. W filmach zawsze wyglądało inaczej. Bardziej widowiskowo, głośniej, dramatyczniej. Tutaj wszystko wydawało się zaskakująco zwyczajne, a jednocześnie miało w sobie coś, co natychmiast kazało zachować powagę. Pomieszczenie było przestronne i jasne. Jedną ze ścian niemal w całości zajmowały duże monitory. Na ekranach pulsowały mapy Katowic i okolicznych miast, oznaczenia jednostek, statusy wyjazdów oraz dziesiątki danych, których znaczenia dopiero miała się nauczyć. Pod ścianą stały stanowiska dyspozytorskie. Kilka biurek ustawionych obok siebie. Po kilka monitorów na każdym. Telefony. Mikrofony. Słuchawki. Klawiatury. Kubki po kawie i notatniki zapisane drobnym pismem. Nic nadzwyczajnego, a jednak Magda odniosła wrażenie, że siedzący tutaj ludzie trzymają w dłoniach niewidzialne nici całego miasta. W tle cicho szumiały radiostacje, a co kilka sekund rozlegały się krótkie komunikaty. Spokojne. Rzeczowe. Pozbawione emocji. Jakby rozmowy o pożarach, wypadkach i ludzkich tragediach były czymś całkowicie normalnym. Dla rutyniarzy zapewne tak było, dla niej jeszcze nie. Poczuła lekki ucisk w żołądku. Nie ze strachu, raczej z odpowiedzialności. Bo nagle dotarło do niej, że każdy telefon, który tutaj zadzwoni, będzie oznaczał czyjś problem. Czyjś najgorszy dzień. Czyjeś wołanie o pomoc. A od tego, co zrobią ludzie siedzący przy tych biurkach, może zależeć naprawdę wiele. Przesunęła wzrokiem po pomieszczeniu. Na jednej ze ścian wisiało duże godło Państwowej Straży Pożarnej. Obok znajdowały się zdjęcia z dawnych akcji ratowniczych. Strażacy stojący przy wozach. Uśmiechnięte załogi. Grupowe fotografie z ćwiczeń. Historie zapisane w kadrach. W powietrzu unosił się zapach świeżo zaparzonej kawy zmieszany z charakterystyczną wonią sprzętu elektronicznego. Dziwnie uspokajający. Domowy. Jakby ktoś chciał przypomnieć wszystkim, że nawet w miejscu, gdzie codziennie odbiera się dramatyczne telefony, życie toczy się normalnym rytmem. To nie był chaos. To była kontrolowana cisza, w której wszystko miało swoje miejsce.
— Nowa? — odezwał się męski głos z głębi pomieszczenia.
Magda odwróciła wzrok.
Przy jednym ze stanowisk siedział mężczyzna około pięćdziesiątki. Zmęczona twarz, przerzedzone włosy, kubek kawy ustawiony zawsze w tym samym miejscu, jakby był częścią sprzętu. Spojrzenie miał szybkie, uważne, trochę zbyt przenikliwe jak na pierwsze spotkanie.
— Skowronek — dodał po chwili, jakby sprawdzał coś w głowie.
Nie zapytał. Stwierdził.
— Maciek — wtrąciła spokojniej kobieta siedząca obok.
Była w podobnym wieku, może odrobinę młodsza, z ciepłym spojrzeniem i spokojnym uśmiechem, który od razu łagodził napięcie w pomieszczeniu. W przeciwieństwie do Maćka jej głos miał w sobie coś miękkiego, niemal uspokajającego.
— Nie przestrasz jej na dzień dobry — dodała lekko, poprawiając słuchawkę na szyi.
— Ja nikogo nie straszę — mruknął Maciek, nawet nie odrywając wzroku od monitorów.
Kobieta uśmiechnęła się pod nosem i skinęła głową w stronę wolnego stanowiska.
— Ida — przedstawiła się już normalnie, bez napięcia. — Jak coś, to krzycz, ale najlepiej nie za często.
Magda mimowolnie rozluźniła ramiona.
— Magda lub Magly, jak kto woli — odpowiedziała.
— Dobrze już dobrze, do pracy rodacy. — mruknął Maciek.
Ida wskazała jej miejsce przy jednym z biurek.
— Siadaj. Tu będzie Twoje stanowisko na zmianie.
Magda przeszła między stanowiskami, czując na sobie krótkie, dyskretne spojrzenia. Nie było w nich oceny wprost, raczej coś w rodzaju cichego „zobaczymy”. Usiadła. Fotel był bardziej wygodny, niż się spodziewała. Przesunęła go lekko, dopasowując do biurka. Na blacie stał kubek termiczny, który przyniosła ze sobą. Zakręciła go powoli w dłoniach, jakby to był jedyny element, który jeszcze należał tylko do niej. Na monitorze przed nią pulsowała mapa regionu. Zielone i czerwone oznaczenia. Numery jednostek. Statusy wyjazdów. Magda wzięła cichy wdech. Ida wróciła do swojego stanowiska, już pochylona nad słuchawkami. Maciek stuknął w klawiaturę, rzucając krótkie spojrzenie na ekran.
— Pierwsze zgłoszenie zwykle przychodzi szybciej, niż się człowiek przyzwyczai — powiedział spokojnie, bardziej do siebie niż do niej.
Magda nie odpowiedziała tylko skinęła lekko głową i czekała na pierwszy telefon.
Telefon. Pierwszy. Serce minimalnie przyspieszyło, ale ręka była stabilna.
— Stanowisko Kierowania, Skowronek Magdalena, słucham.
Po drugiej stronie: krzyk. Kobieta. Płacz.
— Pali się! Pali się mieszkanie! Ludzie tam są!
Magly już pisała. Adres. Piętro. Dym.
— Proszę się uspokoić. Które piętro? Ile osób?
W piersi serce zaczynało kołatać niemiłosiernie szybko i choć od zawsze uważała się za osobę opanowaną bardzo dużo kosztowało ją utrzymanie spokojnego tonu rozmowy.
Tymczasem w jednostce panował ten specyficzny spokój, który dla postronnego obserwatora mógłby wyglądać jak lenistwo. Ale to nie było lenistwo. To była cisza przed tym, co zawsze przychodzi bez ostrzeżenia. W pokoju socjalnym pachniało kawą, przypaloną tostami i czymś, co chyba kiedyś miało być obiadem z mikrofali. Telewizor grał cicho w tle, ale nikt tak naprawdę go nie oglądał. Bardziej był niż działał. Flame siedział na oparciu krzesła, jak zwykle jakby meble były tylko sugestią, a nie zasadą. Obok niego Grom przewracał coś w telefonie, od czasu do czasu komentując pod nosem z takim spokojem, jakby świat nie miał prawa go zaskoczyć. Ficho natomiast był w ciągłym ruchu — otwierał lodówkę, zamykał lodówkę, patrzył do środka, jakby liczył, że coś się w niej magicznie zmieni.
— Ja Wam mówię — odezwał się Ficho — jakby dziś była akcja, to ja jestem gotowy.
— Ty jesteś gotowy zawsze, dopóki nie trzeba biec — mruknął Grom, nie odrywając wzroku od ekranu.
— To jest niesprawiedliwe oskarżenie.
— Ale trafne — wtrącił Flame spokojnie.
Ficho wskazał na niego palcem.
— Ty się nie odzywaj, Ty jesteś chodząca reklama zmęczenia.
Flame uniósł brew.
— W przeciwieństwie do Ciebie przynajmniej nie udaję sportowca.
— Ja nie udaję, ja mam potencjał.
— Potencjał to Ty masz w lodówce — skomentował Grom.
Na chwilę zapadła cisza, po czym wszyscy trzej parsknęli śmiechem. Rozmowy były luźne. Bez celu. O wszystkim i o niczym. O tym, kto co zjadł na nocnej zmianie. O tym, że kawa w jednostce „znowu smakuje jak kara”. O jakimś głupim filmie, którego nikt nie oglądał do końca. Flame odchylił głowę, patrząc w sufit. Wyglądał, jakby odpoczywał. Ale oczy miał czujne. Zawsze czujne. Artem Krawski czyli człowiek legenda. Bohater lokalsów. Ucieleśnienie totalnej siły. Człowiek, który samą posturą budził respekt. Był wysoki, silny i miał niepokojącą urodę. Dzikość. Czarne włosy opadały nieco na twarz, a kilkudniowy zarost dodawał twarzy mroku. Oczy były ciemnoniebieskie i bardzo przenikliwe.
Grom pierwszy zauważył zmianę w radiu. Krótki trzask. Pojedynczy komunikat. Wszyscy zamilkli. Ficho przestał się ruszać. Flame zsunął się z oparcia krzesła. Powoli. Jakby dokładnie wiedział, że to nie jest już czas rozmowy. I wtedy w jednostce zrobiło się tak cicho, jak zawsze tuż przed tym, kiedy coś zaczyna się palić, psuć albo walić na ludzi bez ostrzeżenia.
Syrena.
— Jedziemy! — głos rozciął garaż szybciej niż światło alarmu.
Flame nie patrzył już na nikogo. Ruch był automatyczny. Kurtka, rękawice, hełm. Każdy element jak procedura, którą ciało znało lepiej niż głowa.
— Zgłoszenie? — rzucił ktoś z tyłu.
— Pożar mieszkania, Załęże. Możliwa osoba uwięziona.
Krótko. Wystarczająco. Drzwi wozu zatrzasnęły się ciężko. Silnik zawył. I miasto zostało za szybą.
— GBA-RT jedzie — rzucił dowódca.
Flame poprawił rękawicę.
— Co mamy? — Ficho z tyłu.
— Mieszkanie, ogień, ludzie w środku — odpowiedział Grom spokojnie.
Kajtek przełknął ślinę.
— Pierwszy taki?
— Nie ostatni — mruknął Flame.
— JRG 1 do SK, wyjazd.
Magly zacisnęła palce na mikrofonie.
— Przyjęłam. Zastęp JRG 1 w drodze.
Chwila ciszy. I wtedy:
— SK… nowa?
Głos niski. Spokojny. Zbyt pewny siebie jak na taką sytuację. Magly uniosła wzrok.
— Tak?
— Nie krzyczysz w radio.
— A powinno się?
W tle ktoś w wozie parsknął śmiechem.
— Zobaczymy, jak długo.
Klik. Magly zdjęła na sekundę słuchawkę.
— Kto to był?
Iga uśmiechnęła się pod nosem.
— Flame.
I wtedy coś się w niej minimalnie zmieniło. Nie wiedziała jeszcze co, ale ten głos… brzmiał jak problem.
Flame siedział z przodu, miał wzrok wbity w drogę. Za szybą Katowice zmieniały się w rozmazane światła.
— Szopienice czy Załęże? — ktoś zapytał z tyłu.
— Załęże — odpowiedział bez wahania.
Krótko. Jak zawsze. I wtedy w radiu odezwał się głos.
— JRG 1, potwierdzam wyjazd. Załęże, ulica…
Flame nie patrzył na radio, ale coś w tym głosie sprawiło, że przez sekundę był trochę bardziej obecny.
— Przyjęłam — powiedziała Magly.
Nie wiedziała dlaczego, ale przez ułamek sekundy miała wrażenie, że ten głos nie jest tylko procedurą, że ktoś po drugiej stronie właśnie jedzie na spotkanie z czymś, czego nie da się przewidzieć.
Kamienica na Załężu była stara. Dym wychodził z okien na drugim piętrze jak ciężka zasłona, a ludzie stali na ulicy i krzyczeli jeden przez drugiego.
— Tam ktoś jest! Tam ktoś został!
Flame wyskoczył pierwszy. Spojrzał w górę. Jedno okno. Jedno źródło. I zero czasu na dyskusję.
— Linia w gotowości! — rzucił.
— Idę!
I wszedł.
— Jednostka weszła do środka. — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do systemu.
Na ekranie pulsowały punkty lokalizacji. Katowice żyły, ale w tym jednym miejscu właśnie zaczynało się coś, co nie miało już nic wspólnego z miastem.
Dym uderzył go od razu. Gęsty, gryzący, gorący. Latarka przecięła czarną ścianę tylko na kilka metrów.
— Grom, prawa strona! Ficho, ze mną! Kontrola pomieszczeń! — rzucił spokojnie.
Nie podnosił głosu. Nie musiał. Strażacy poruszali się niemal bez słów. Każdy wiedział, gdzie ma być. Na klatce schodowej huknęło pękające okno. Ogień dostał świeżego powietrza i momentalnie nabrał siły.
— Temperatura rośnie! — zameldował Grom.
Flame tylko skinął głową.
— Linia wyżej! Pilnujcie stropu!
W słuchawce radiostacji zatrzeszczał głos dowódcy z zewnątrz.
— Flame, sytuacja?
— Pożar rozwinięty na drugim piętrze. Przeszukujemy lokale. Możliwa jedna osoba w środku.
Kilka sekund. Tylko kilka. I wtedy…
— Mam ją!
Ficho klęczał przy starszej kobiecie skulonej pod oknem. Nieprzytomna, ale z wyczuwalnym oddechem.
— Bierzemy! — zdecydował Flame.
Bez wahania zarzucił kobietę na barki.
— Grom, osłona prądem! Ruszamy!
Płomienie zaczynały już pełznąć po suficie. Drewno jęczało coraz głośniej.
— Dowódco! — krzyknął ktoś zza pleców.
Flame odwrócił głowę tylko na moment.
— Wyjdziemy wszyscy.
To nie brzmiało jak obietnica. To był rozkaz. Kilkadziesiąt sekund później drzwi kamienicy otworzyły się z hukiem. Ratownicy medyczni natychmiast przejęli poszkodowaną. Na ulicy rozległy się brawa. Flame nawet nie spojrzał na ludzi. Zdjął maskę, odetchnął głęboko i od razu odwrócił się do budynku.
— Dogaszanie. Sprawdźcie poddasze.
Jakby właśnie nie wyniósł z płonącego mieszkania człowieka.
Jednostka jeszcze nie zdążyła w pełni ostygnąć po akcji. W powietrzu był ten charakterystyczny stan — zmęczenie, adrenalina i cisza, która nigdy nie jest naprawdę ciszą. Filip „Ficho” Carter kręcił się między szafkami jakby był tu od zawsze. A jednocześnie — jakby dopiero się rozglądał.
— Ty jesteś ta nowa od dyspozytorni, co? — zapytał w końcu, opierając się o blat z kubkiem kawy.
Magly uniosła wzrok.
— Zależy kto pyta.
Uśmiechnął się lekko.
— Ten, który nie gryzie.
I już w tym jednym zdaniu było coś, co rozładowywało napięcie. Nie nachalne. Naturalne.
— Filip — dodał po chwili. — Ale wszyscy mówią Ficho.
— Magdalena. Magly…
— Wiem. Słychać po radiu.
Zatrzymała się na sekundę.
— Słychać?
— No. Jak się człowiek trochę wsłucha, to zaczyna poznawać głosy.
To ją zaskoczyło bardziej niż powinno. Ficho usiadł na krawędzi stołu, jakby to było najnormalniejsze miejsce na świecie.
— Pierwszy dzień i już akcja — powiedział. — Witamy w Katowicach.
— Zawsze tak jest?
— Nie. Czasem jest gorzej. Na szczęście dowodzi nami lokalny celebryta, przepraszam! Bohater niczym Strażak Sam, czyli Flame. Zresztą miałaś przyjemność słyszeć w słuchawce. Generalnie dzięki niemu jakoś ten interes jeszcze się kręci.
Uśmiechnął się, ale bez cienia złośliwości. Magly zawahała się przez moment, a potem padło pytanie, które samo przyszło.
— Ten… Flame. Naprawdę jest taki słynny?
Ficho spojrzał na nią uważniej. Jakby sprawdzał, czy to ciekawość, czy coś więcej.
— Krawski. — poprawił spokojnie.
Kiwnęła głową.
— Tak — powiedział w końcu.
„Flame” nagle przestał być głosem w słuchawce, a stał się kimś, o kim inni mówią tak, jakby to nie był człowiek, tylko zdarzenie.
— I co? — zapytała ostrożniej, niż chciała. — Faktycznie jest taki…?
— Jaki? — Ficho przechylił głowę.
— No… jak Strażak Sam — z trudem nie wybuchła.
Ficho parsknął cicho.
— Mało mówi. Dużo robi. I nie lubi jak ktoś mu wchodzi w drogę. Strażak Sam z tego co pamiętam był raczej ekstrawertyczny, no i grzeczny.
Mimo żartobliwego tonu Magda zachowała powagę. Porównania Flamea do Strażaka Sama były śmieszne, ale w samym Krawskim raczej nic śmiesznego nie było. Wystarczyło kilka minut, jeden głos w radio i sposób, w jaki wszyscy wypowiadali jego pseudonim, żeby zrozumiała, że nie jest zwykłym strażakiem.
— Jak trzeba, to wejdzie tam, gdzie inni już nie patrzą. — dodał Filip Carter.
Magly nie odpowiedziała od razu. Bo przez sekundę w głowie wrócił jej ten głos z radia.
— Brzmi trochę jak legenda — powiedziała w końcu.
— Trochę? On już jest legendą — odpowiedział Ficho, ale bez patosu. Jakby to była zwykła informacja, nie opinia.
I wtedy się uśmiechnął.
— Ale spokojnie. On też jest tylko człowiekiem, nie bohaterem z bajki.
Pożegnał się i poszedł. Miły ten Ficho — pomyślała Magda. I dobrze mu z oczu patrzy. Natomiast Flame…
Flame oparł się na chwilę o bok wozu. Oddychał równo, ale wzrok miał czujny — jeszcze „w trybie akcji”, mimo że formalnie już było po wszystkim. Ficho przechodził obok, coś komentując Kajtkowi, Grom sprawdzał sprzęt. Normalny chaos po powrocie. Flame uniósł głowę. I wtedy ją zobaczył. Przez otwarte drzwi stanowiska kierowania — w środku, przy monitorach.
Magly.
Siedziała pochylona nad dokumentacją. Jedna ręka na słuchawce, druga szybko coś notowała. Skupiona i spokojna. W tle ktoś do niej mówił, ale ona reagowała natychmiast, bez zawahania. Profesjonalnie. Dokładnie. Obok Maciej smętnym wzrokiem sunął po monitorze. Jak zwykle za karę w robocie — pomyślał.
Flame zmrużył oczy.
— …to ona? — rzucił półgłosem, bardziej do siebie.
Ficho, który akurat przechodził obok, spojrzał w tym samym kierunku.
— Kto?
— Dyspozytorka.
Ficho uśmiechnął się lekko.
— Magly, a właściwie Magdalena Skowronek. Chwilę temu uciąłem sobie z nią miłą pogawędkę. Jeśli nie będziesz dużo do niej mówił może się nie zwolni Strażaku Samie — zakpił Ficho.
Flame nie odpowiedział od razu. Tylko patrzył jeszcze sekundę dłużej niż „trzeba”. Magly podniosła wzrok na moment. Nie widziała go dokładnie — tylko sylwetkę w mundurze, przy wozie. Ale Flame już wiedział, że to wystarczyło. Nie to, że ją „poznał”, raczej… że zapamiętał. Ficho szturchnął go lekko łokciem.
— Nie patrz tak, bo jeszcze pomyśli, że jesteś miły.
Flame odwrócił wzrok od razu. Była piękna. Miała długie włosy zaplecione w warkocz i piękny profil, wyglądała trochę jak mały elf. W życiu by się nie spodziewał takich skojarzeń. Wizualnie kompletnie nie pasowała do siły głosu jaką prowadziła z nim rozmowę przez radio. Jej głos to była siła i opanowanie, natomiast na fotelu siedziała dziewczynka, którą zapewne proszą jeszcze o dowód osobisty w sklepie.
— Zamknij się. — zbyt długo zwlekał z odpowiedzią. Ficho nie był głupi. Mimo, że znają się już parę lat Flame nie umiał odnaleźć się w nonszalanckim stylu bycia amerykańskiego chłopca Filipa Ficho Cartera. Po prostu za dużo pajacowania, za mało ciszy i skupienia. Niemniej jednak Ficho był wspaniałym profesjonalistą, absolwentem San Francisco Fire Academy*, a swoje doświadczenie zdobywał w SFFD* więc nie był jakimś tam leszczem. To Firefighter z krwi i kości. No i można na niego liczyć.
— Już się robi, legenda.
Flame ruszył dalej, ale tym razem coś było minimalnie inne. Nie akcja i adrenalina. Tylko ta jedna, krótka chwila obrazu, która nie powinna zostać w głowie, a jednak została. Skowronek na jednostce i niestety kurwa mamy tutaj wiosnę — pomyślał Flame.
Mieszkanie na Ceglanej było ciche w sposób, który nie zawsze mu odpowiadał. Nie dlatego, że było puste tylko dlatego, że było… stabilne, a on nie był przyzwyczajony do stabilności. Artem Krawski zamknął drzwi bez pośpiechu. Klamka kliknęła miękko. Koniec służby nie był dla niego nagłym przełączeniem tylko raczej powolnym wyciszaniem hałasu, który cały dzień miał w głowie. Dym, krzyk, radio, procedury.
I ten głos.
Zdjął kurtkę, rzucając ją na oparcie krzesła. Przez chwilę stał w przedpokoju bez ruchu jakby nie do końca był pewien, czy już naprawdę wrócił.
Włączył światło w kuchni. Była ona minimalistyczna i uporządkowana. Nie znajdowało się w niej nic zbędnego. Każda rzecz miała swoje miejsce — jak w jednostce. Otworzył lodówkę, ale zbyt dużego wyboru nie było.
— Klasycznie — mruknął pod nosem.
Jajka. Chleb. Coś, co udawało, że jest posiłkiem. Patelnia rozgrzała się szybko, a dźwięk smażenia był przyjemny, prosty i przewidywalny. Inny niż sygnały alarmowe. I wtedy wróciła ona. Nie jako obraz. Nie jako twarz. Tylko jako głos. „JRG 1, potwierdzam wyjazd…” Spokojny. Jakby nie wiedziała, że po drugiej stronie właśnie pali się czyjeś życie. Zatrzymał się na sekundę z łopatką w dłoni.
— Co to było… — powiedział cicho do siebie.
Nie chodziło nawet o głos. Bardziej o to nieuchwytne wrażenie, które zostało z nim po zakończonej akcji. Jakby po drugiej stronie radia wydarzyło się coś więcej niż tylko poprawnie wydana dyspozycja. Irracjonalne. Nielogiczne… a jednak uparcie wracało. Wracał też jej obraz.
Pragnął wyrównać myśli, a skupienie się na przygotowaniu posiłku miało mu w tym pomóc. Musiał przyznać, że jajecznica wyszła wyborna.
— Krawski jesteś top chef — parsknął. Potrzebował prysznica.
Woda była gorąca, ale tego właśnie potrzebował. Oparł dłonie o ścianę kabiny i pozwolił, żeby hałas dnia spływał razem z wodą. Dym. Krzyk. Okno w Załężu. I ten moment, kiedy wszedł bez wahania jak zawsze. Ale potem był jeszcze coś. Ten głos. Zaklął cicho, przesuwając dłoń po twarzy. To nie powinno zostawać w głowie. Procedura to procedura. Ludzie to ludzie. Radio to radio. A jednak zostało. Kiedy wyszedł z łazienki, mieszkanie było jeszcze cichsze niż wcześniej. Założył czarne spodnie, luźny T-shirt. Usiadł na kanapie. Nie włączył telewizora. Nie muzyki. Nic. Tylko myśli. „Magly.” Tylko głos. Tylko sposób, w jaki mówiła „przyjęłam”, jakby trzymała cały chaos świata w jednym zdaniu. Odchylił głowę. Zmęczenie wreszcie zaczęło wychodzić. Ale nie myśli. Te zostały. I pierwszy raz od dawna Flame nie był pewien, czy to on kontroluje ogień.
Droga z Katowic do Mysłowic minęła szybciej, niż się spodziewała. Jej czerwony Ford Ka nie należał do najnowszych samochodów, ale był jej. Kupiony za własne pieniądze. Po miesiącach łapania się różnych prac. Po telefonach, które nigdy nie kończyły się etatem. Po rozmowach kwalifikacyjnych, z których wracała z tym samym uczuciem rozczarowania. Był symbolem tego, że mimo wszystko szła do przodu. Gdy skręciła w spokojną uliczkę Brzęczkowic, słońce zaczynało już chować się za dachami budynków. Czerwiec pachniał świeżą trawą. I czymś jeszcze, nowym początkiem? Mieszkanie znajdowało się na poddaszu niewielkiej kamienicy po remoncie. To nie był apartament z katalogu. Nie było marmurów. Nie było wielkich przeszkleń, ale to była jej bezpieczna przystań. Najbardziej kochała balkon, a właściwie taras. Był duży, drewniany i częściowo osłonięty skosami dachu. Latem stawał się drugim salonem.
Kiedy weszła do mieszkania, od razu otworzyła drzwi tarasowe. Ciepłe powietrze wpłynęło do środka. Na balustradzie wisiały skrzynki z pelargoniami, w kącie stały lawendy. Na małym stoliku piętrzyły się doniczki, które dopiero czekały na przesadzenie. Przebrała się w luźny T-shirt i krótkie spodenki. Związała włosy niedbale nad karkiem, a potem usiadła na podłodze tarasu. To zawsze ją uspokajało. Ziemia. Rośliny. Zapach mokrego podłoża. Przez chwilę po prostu przesypywała ziemię między palcami. Bez pośpiechu. Bez telefonu. Bez radia. Bez alarmów. Myśli i tak wracały. Pierwszy dzień, pierwsza akcja i pierwsza odpowiedzialność. Stanowisko kierowania wyglądało zupełnie inaczej, kiedy oglądało się je na szkoleniu. Tam wszystko było teorią, procedurą i instrukcją. Natomiast dzisiaj, po drugiej stronie słuchawki byli prawdziwi ludzie oraz prawdziwy strach. I to właśnie nie dawało jej spokoju. Nie stres. Nie zmęczenie. Tylko świadomość, że od jej głosu może zależeć czyjś spokój. Potem przypomniał jej się Ficho i mimowolnie się uśmiechnęła. Był dokładnym przeciwieństwem wszystkiego, czego spodziewała się po strażaku. Luźny. Zabawny. Naturalny. Jakby znał wszystkich od lat. A potem… Flame. Samo wspomnienie tego pseudonimu brzmiało trochę absurdalnie jak ksywka bohatera filmu. A jednak nikt w jednostce nie wymawiał jej z uśmiechem. Nie znała jego twarzy. Nie wiedziała nawet, ile ma lat. Pamiętała tylko głos: spokojny, niski, pewny. I słowa Ficha: „Mało mówi. Dużo robi.” Spojrzała przed siebie. Czerwcowy wiatr poruszył lawendę, a gdzieś w oddali zaszczekał pies. Po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuła coś, czego bardzo jej brakowało. Nie szczęście. Jeszcze nie. Zaczynała mieć nadzieję, że może tym razem trafiła we właściwe miejsce i że ten nowy rozdział jej życia właśnie się zaczyna. Nie miała pojęcia, że człowiek, o którym myślała siedząc pośród kwiatów na tarasie w Mysłowicach, właśnie kilka kilometrów dalej również nie mógł wyrzucić z głowy pewnego głosu.
Krawski naprawdę marzył tylko o własnym łóżku. Choć miewał gorsze dni, tragiczniejsze sytuacje, totalne maratony gigantycznych akcji, tak dziś chciał tylko przyłożyć głowę do poduszki i odpalić jak zawsze przed snem „Nothing else matters” Metallica. I tak by zapewne było gdyby nie telefon od Michała „Groma” Domańskiego.
— Krawski.
— Rusz się, Stary, za pół godziny w „Szyb i płomień”.
— Nie chce mi się.
— Nie pytałem.
Klik. Flame patrzył przez chwilę na telefon, westchnął i założył czarną koszulkę. Kluczyki. Portfel. No dobra. Gromowi się nie odmawia.
Pub „Szyb i płomień” o tej porze był prawie pełny. Nie klubowy. Nie modny. Prawdziwy. Czerwona cegła, ciężkie drewniane stoły i ludzie, którzy po pracy chcieli przez chwilę nie myśleć o pracy. Z głośników płynęła stara muzyka. Ficho siedział już rozwalony na krześle jak właściciel lokalu. Wziął łyk piwa i zaczął:
— Swoją drogą, ta nowa dyspozytorka pytała o Ciebie.
Artem nawet nie podniósł wzroku znad burgera.
— I?
— I nic.
— To po co o tym mówisz?
— Bo pytała.
Grom wybuchnął śmiechem.
— Stary, kobieta pyta o Ciebie i nawet Cię to nie rusza?
— Nie pytała o mnie. Pytała o Flame’a.
I wtedy zapadło kilka sekund ciszy. Bo wszyscy wiedzieli, że Krawski ma rację. Ludzie często są ciekawi legendy, nie człowieka, ale potem któryś z chłopaków rzucił:
— A może tym razem ktoś będzie ciekawy jednego i drugiego?
— Skończmy… — Flame uciął. Nie lubił kiedy uwaga zbyt długo koncentrowała się na nim.
Ktoś puścił Pink Floyd. Gitara leniwie rozlała się po sali.
— No proszę — mruknął Ficho. — Dzisiaj kierownik baru ma dobry gust.
— Albo kryzys wieku średniego — rzucił Grom.
Przy stole wybuchł śmiech. Artem siedział bokiem do sali. Czarna koszulka, przedramiona oparte o blat. Piwo nietknięte i jak zwykle bardziej obserwował niż uczestniczył.
— A skoro już jesteśmy przy dziwnych decyzjach — odezwał się jeden ze strażaków. — To powiedzcie mi, jakim cudem komendant przyjął tę nową?
— Magly? — zapytał Ficho.
— No.
Ficho wzruszył ramionami.
— Normalnie.
— U nas nic nie jest normalnie.
Kolejny śmiech.
— Słyszałem, że miała szczęście. — powiedział ktoś.
— A ja słyszałem, że stanowisko było potrzebne od miesięcy.
Ficho pokręcił głową.
— Wy naprawdę nie potraficie przyjąć do wiadomości, że ktoś mógł dostać robotę dlatego, że się nadaje?
— Potrafimy.
— Ale wolimy plotki.
Przy stole znowu zrobiło się głośno. Artem milczał.
— A Ty co? — spojrzał na niego Ficho. — Nic nie powiesz?
— O czym?
— O nowej.
Krawski spojrzał na niego bez emocji.
— Nie znam Jej.
— Jeszcze.
— Carter.
— No co?
— Nie zaczynaj.
Przez chwilę wszyscy się śmiali bo dokładnie wiedzieli, że Ficho właśnie zacznie.
— Ja tylko mówię, że zrobiła dobre pierwsze wrażenie.
— Na Tobie każdy robi dobre pierwsze wrażenie.
— Nieprawda.
— Nawet pies ze schroniska zrobił Ci dobre pierwsze wrażenie.
— Bo był sympatyczny.
Śmiech ponownie przeszedł przez stół. Gitara Pink Floyd nadal sączyła się z głośników. Za oknem Katowice tonęły w czerwcowym wieczorze.
— A tak między nami — odezwał się Ficho, sięgając po szklankę — Zapytała o Ciebie bo była ciekawa do kogo należy głos po drugiej stronie słuchawki i czy jesteś miły. — Ficho wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Artem nawet nie drgnął.
— Chcesz wiedzieć co jej powiedziałem? — doprecyzował.
Na sekundę zrobiło się ciszej.
— Co takiego? — zapytał spokojnie Krawski.
Uśmiech Ficha powoli się poszerzył.
— Że jesteś nieznośny.
— Wreszcie ktoś mówi prawdę — rzucił Grom.
Tym razem nawet Artem ledwo zauważalnie się uśmiechnął. Ale tylko na chwilę bo gdzieś głęboko w głowie znów usłyszał ten spokojny głos z radia. Pytała o niego. Ciekawe dlaczego? Być może Ona też miała przeczucie, że coś niewypowiedzianego właśnie zaczyna się dziać wokół nich?
ROZDZIAŁ II
Budzik zadzwonił zdecydowanie za wcześnie. Magdalena otworzyła jedno oko i przez chwilę próbowała sobie przypomnieć, dlaczego w ogóle wstaje. Potem zobaczyła identyfikator leżący na komodzie. Stanowisko Kierowania. Nowa praca. Nowe życie. No tak — pomyślała. Jednostka czeka. Na balkonie pachniało mokrą lawendą. Nocą musiało trochę popadać. Usiadła na krześle z kubkiem kawy. Boso, w za dużej bluzie i przez kilka minut po prostu patrzyła na budzące się osiedle. Oczywiście długo nie wytrzymała bo wróciły myśli.
Ficho. Uśmiechnęła się. Facet miał energię golden retrievera zamkniętego w ciele strażaka.
A potem… Flame. Natychmiast przestała się uśmiechać bo nie rozumiała, dlaczego o nim myśli. Nie znała go. Nie widziała go. Nie wiedziała nawet, czy jest wysoki, a jednak… „Mało mówi. Dużo robi.” Słowa Ficha wróciły do niej same.
Tymczasem Artem Krawski właśnie kończył trening. Pot spływał po karku. Ręcznik wisiał na ramieniu. Siłownia była jednym z niewielu miejsc, gdzie potrafił wyłączyć głowę. Przynajmniej tak było dotychczas bo dzisiaj coś nie działało.
— Skup się, Krawski. — mruknął sam do siebie. Nie pomogło. Bo gdzieś z tyłu głowy nadal siedział głos nowej dyspozytorki. I dokładnie wtedy zadzwonił telefon.
Wyświetliło się:
FICHO
— Czego?
— Dzień dobry również Tobie.
— Carter.
— Krawski.
— Mów.
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
— Komendant chce nas wszystkich dzisiaj na odprawie.
— Po co?
— Podobno mamy dostać nowe procedury współpracy ze stanowiskiem kierowania.
Artem zmarszczył brwi.
— I?
— I podobno będzie tam też nowa.
Cisza.
— No i?
Ficho zaczął się śmiać.
— Nic.
Absolutnie nic. Klik. Rozłączył się. A Artem przez chwilę patrzył na wygaszony ekran telefonu. Po czym po raz pierwszy od bardzo dawna… przeklął pod nosem.
W remizie wszystko wróciło do normalnego rytmu — kawa w plastikowych kubkach, krótkie rozmowy o akcjach, papierach i tym, co jeszcze trzeba ogarnąć po zmianie. Oficjalnie był to jej drugi dzień pracy, ale dopiero teraz miała zostać przedstawiona reszcie zespołu. Wczoraj wszystko rozproszyło się przez bieżące sprawy i nikt nie zdążył zrobić tego „normalnie”.
W sali odpraw pierwsi weszli strażacy. Rozsiadali się, ktoś oparł się o ścianę, ktoś przewrócił krzesło nogą, Ficho już coś komentował półgłosem, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył zacząć spotkanie. Grom zajął swoje miejsce jak zwykle — spokojnie, bez zbędnych ruchów, w bojówkach i opiętym t-shircie, z tym swoim chłodnym, uważnym spojrzeniem. Flame stał trochę z boku, oparty, jakby obserwował całą salę bez potrzeby angażowania się w hałas.
Komendant wszedł ostatni.
— Dobra, zaczynamy — rzucił krótko, zamykając drzwi.
I wtedy, kiedy wszyscy już byli skupieni na nim, drzwi otworzyły się ponownie. Magly weszła chwilę później. I od razu zrobiło się inaczej. Nie dlatego, że coś powiedziała — wręcz przeciwnie, przez sekundę w ogóle nie powiedziała nic, ale kiedy stanęła w progu, wszystkie rozmowy urwały się o ułamek sekundy za późno, jakby dopiero mózg reszty zespołu zarejestrował, że ktoś nowy wszedł. Miała warkocz — dziś bardziej praktyczny, równy, związany nisko, ale nadal dziewczęcy w swoim charakterze. Strój już w pełni służbowy, prosty i wygodny, dopasowany do pracy w dyspozytorni. Lekki makijaż podkreślał oczy, ale nie dominował twarzy. Było w niej coś świeżego, ale jednocześnie skupionego — jak ktoś, kto stara się nie wyglądać na zagubionego, nawet jeśli w środku jeszcze wszystko się układa. Weszła krok dalej. I wtedy oczy wszystkich faktycznie się na niej zatrzymały. Ficho pierwszy uniósł brew, jakby chciał coś powiedzieć, ale tym razem nawet on się wstrzymał, tylko obserwował z zainteresowaniem mimo że wczoraj zamienili kilka słów. Grom spojrzał krótko — oceniająco, spokojnie, bez emocji, ale z uwagą, która sugerowała, że zapamiętuje więcej niż pokazuje. Flame natomiast… spojrzał na nią trochę dłużej niż powinien. Nie było w tym żadnego ostentacyjnego gestu, żadnego uśmiechu. Raczej coś bardzo cichego — moment zawieszenia, w którym człowiek nie analizuje, tylko po prostu rejestruje: „okej, to jest ktoś nowy”. I przez tę sekundę w jego spojrzeniu faktycznie pojawiło się coś na kształt delikatnego „wow”, zanim wrócił do swojej neutralnej, spokojnej twarzy. Magly to zauważyła. Albo przynajmniej poczuła, że została zauważona. Zatrzymała się na chwilę przy wejściu, po czym zrobiła krok do środka, już trochę pewniej, choć nadal z lekkim napięciem w barkach.
Komendant odchrząknął.
— Dobra. To jest Magly, Magdalena Skowronek. Od wczoraj w zespole, ale dziś oficjalnie — dyspozytorka.
Wskazał ją krótko, bez zbędnych ceremonii. Magly skinęła głową.
— Cześć — powiedziała spokojnie, ale głos miała trochę bardziej opanowany niż wczoraj, jakby właśnie to „oficjalnie” pomagało jej złapać grunt.
Ficho natychmiast się ożywił.
— O, czyli jednak mamy wersję pełną prezentację, a nie demo?
— Ficho… — westchnął komendant ostrzegawczo.
— Już, już, milczę.
Magly pozwoliła sobie na lekki uśmiech, bardziej z grzeczności niż rozbawienia, ale napięcie w niej minimalnie puściło. Flame jeszcze raz na nią spojrzał — krótko, jakby sprawdzał, czy ta pierwsza reakcja nie była przypadkiem. Nie była. Grom tylko skinął jej głową w sposób bardzo rzeczowy, ale akceptujący. Komendant przeszedł dalej.
— Druga sprawa. We wrześniu do zespołu dołączy jeszcze jedna osoba. Też kobieta. Również dyspozytorka.
W sali zrobiło się od razu bardziej „żywo”.
Ficho aż rozłożył ręce.
— Dobra, czyli oficjalnie: remiza zaczyna update systemu operacyjnego.
— Jeszcze jedno słowo i wracasz do papierów — uciął komendant.
— Zrozumiałem.
Magly na moment spojrzała w bok, kiedy usłyszała „druga kobieta”. Nie było w tym niepokoju, raczej ciekawość — jakby właśnie zaczynała układać sobie w głowie, jak będzie wyglądała ta nowa dynamika. Flame wrócił do neutralnej miny, ale już bez tego pierwszego „zatrzymania”. A mimo to w powietrzu zostało coś krótkiego, niewypowiedzianego — ten moment, w którym wszyscy już wiedzą, że coś nowego właśnie zaczęło się w tej ekipie układać.
Po krótkim przedstawieniu atmosfera na jednostce wróciła do codziennego rytmu. Komendant na koniec rozdał nowe procedury współpracy ze stanowiskiem kierowania, a strażacy rozeszli się do swoich zajęć. Jeszcze przez chwilę przypominał Magdzie zasady pracy dyspozytorni, a po kilku minutach została sama. Stanęła przed biurkiem, na którym leżały słuchawki, radiostacja i monitor z mapą miasta. Przesunęła dłonią po blacie, próbując uspokoić myśli.
Usiadła na swoim krześle, wzięła głęboki oddech i po raz pierwszy świadomie bez,,efektu pierwszego dnia w pracy” spojrzała na Katowice z perspektywy dyspozytorni.
Tymczasem na placu przed remizą dwóch strażaków powoli kierowało się w stronę parkingu.
Artem Krawski wrzucił sportową torbę na tylne siedzenie swojego czarnego Jeepa i bez słowa zatrzasnął drzwi. Miał wolny dzień. Po krótkim spotkaniu z nową dyspozytorką nie było już powodu, by zostawać na jednostce.
Kilka miejsc dalej Ficho wyciągnął z kieszeni kluczyki, uśmiechnął się pod nosem i rzucił jeszcze przez ramię:
— No to do zobaczenia jutro… albo pojutrze.
Artem odpowiedział tylko krótkim skinieniem głowy.
Silniki dwóch samochodów niemal jednocześnie ożyły. Po chwili wyjechali z terenu jednostki, każdy w swoją stronę, nie mając pojęcia, że niepozorne spotkanie z nową dyspozytorką było początkiem historii, która na zawsze odmieni życie ich wszystkich.
Magda nie miała pojęcia jak będzie. Zawsze okazywało się, że było jakoś po prostu żeby nie powiedzieć, że byle jak. Zgłoszeń pojawiało się dużo, ale były to raczej małe wypadki i kilka fałszywych telefonów, za które naprawdę dzwoniących należałoby co najmniej porządnie opierdolić. Tyle, że ona przeczuwała, że doczeka się telefonu, który będzie wymagał od niej wzniesienia się na wyżyny opanowania. Telefon zawył pierwszy raz, jakby nie był pewien, czy powinien. Potem drugi. Trzeci. A potem już wszystko działo się naraz. Magly jeszcze nie zdążyła się przyzwyczaić do ciszy między zgłoszeniami. I właśnie wtedy ta cisza pękła.
— Pożar obiektu użyteczności publicznej… muzeum… ulica Niezależnych Szewców… — głos w słuchawce był napięty.
Magly zamarła na sekundę.
— Powtórz adres.
Palce już były na klawiaturze, a system przyjmował zgłoszenie. Mapy zaczęły się wypełniać czerwonymi punktami.
— Potwierdzam, wysyłam pierwsze zastępy.
Szpilka podniósł głowę znad monitora.
— Muzeum?
Lis już był poważny.
— To nie będzie małe.
Magly słyszała w słuchawkach coraz więcej.
— Dym widoczny z kilku ulic…
— Rozprzestrzenianie się ognia w części dachowej…
Syreny rozcinały Katowice jak ostrze. Noc nie była już nocą. Była światłem odbitym od dymu. Pierwsze zastępy meldowały się na miejscu.
— Potwierdzam, rozwinięty pożar obiektu zabytkowego.
— Ogień w konstrukcji dachowej.
— Zagrożenie dla sąsiednich budynków mieszkalnych.
— Potrzebują więcej sił — rzucił ktoś z terenu.
— Wysyłam kolejne jednostki — odpowiedziała Magly.
Głos jej się nie łamał, a dłonie były zimne. Szpilka spojrzał na nią kątem oka.
— Pierwszy duży?
— Pierwszy — odpowiedziała krótko.
Lis tylko dodał:
— To widać.
Ogień nie zachowywał się jak zwykły pożar. On się rozrastał. Jakby budynek oddychał ogniem.
— Dach siada! — krzyk w radiu.
— Ewakuacja strefy zagrożenia!
— Sąsiedni blok w odległości krytycznej!
— Potrzebuję oceny ryzyka dla budynków sąsiednich!
— Już!
— Hydranty niewystarczające!
— Wysyłam OSP wsparcie!
Jej głos był coraz bardziej stabilny. Ale w środku… wszystko przyspieszało. Na monitorze pojawiło się nowe okno komunikacji. Komendant.
— Sytuacja?
Magly przełknęła ślinę.
— Rozwinięty pożar muzeum. Zagrożenie dla zabudowy wielorodzinnej. Braki w sile.
Krótka cisza.
— Ściągnąć Krawskiego.
Szpilka uniósł brwi. Lis przestał pisać.
— Potwierdzam — odpowiedziała Magly.
Magly nacisnęła przycisk. Linia otwarta.
— JRG 1 do Krawskiego. Pilne.
Chwila ciszy. I ten głos. Spokojny. Zbyt spokojny jak na to, co miało się dziać.
— Krawski.
Magly zacisnęła palce na mikrofonie.
— Potrzebujemy Ciebie na Niezależnych Szewców. Pożar muzeum. Rozwój w kierunku zabudowy mieszkalnej.
Cisza.
— Przyjąłem.
Jedno słowo i koniec rozmowy.
Silnik zawył. Dach budynku był już jednym płonącym organizmem. Iskry szły w górę jak deszcz. Dym zasłaniał pół ulicy.
— Wchodzimy w obronę sąsiednich budynków!
— Linia 2 w gotowości!
— Podaj wodę na dach!
— Jednostki Krawskiego w drodze.
Szpilka spojrzał na Lisa.
— Teraz będzie ciekawie.
Lis tylko skinął głową.
— Teraz zaczyna się prawdziwa robota.
Magly patrzyła na ekran. Czerwone punkty. Ruch jednostek. Dym. I świadomość, że gdzieś w tym wszystkim jest on — Flame, a za chwilę jego głos znów pojawi się w jej słuchawkach. Już nie jako legenda tylko jako człowiek w środku płomieni. Żywy płomień.
Muzeum było już żywym organizmem ognia. Dach się zapadał. Iskry szły w górę jak deszcz odwrócony w niebo. Dym zasłaniał połowę ulicy.
— Rozwinąć linie!
— Zabezpieczyć sąsiednie budynki!
— Woda na dach, natychmiast!
Głos dowodzącego tonął w chaosie, ale Artem nawet nie czekał na pełne rozwinięcie. Już był w ruchu.
— Krawski! — krzyknął ktoś. — Czekaj na sekcję!
— Nie ma czasu — rzucił krótko.
I wszedł. W środku nie było już budynku. Była temperatura, a ściany oddychały ogniem. Metal pracował. Drewno krzyczało. Radio trzaskało:
— Sufit niestabilny! Powtarzam: niestabilny!
Flame poruszał się nisko. Szybko. Dokładnie. Nie heroicznie. Profesjonalnie. W jednym z korytarzy pojawiło się ryzyko rozprzestrzenienia ognia na część ekspozycyjną, gdzie znajdowały się materiały historyczne i konstrukcja nośna.
— Jeśli to pójdzie dalej, mamy zawalenie całego skrzydła! — krzyk w radiu.
Flame spojrzał w górę. Szybka decyzja.
— Odciąć strefę. Teraz.
— Ale tam jest…
— TERAZ!
Zespół poszedł zgodnie z jego komendą. Sekundy miały wagę minut. Minuty miały wagę katastrofy. Woda uderzyła w ogień. Para eksplodowała w przestrzeń. Widoczność spadła do zera, ale linia się utrzymała.
Radio:
— Zawalenie części dachu!
— Wycofanie!
Artem nie cofnął się od razu, tylko dopiero gdy upewnił się, że wszyscy są poza strefą. I wyszedł ostatni. Noc już nie była nocą. Była odbiciem czerwieni. Ficho podbiegł do niego.
— Stary, Ty masz problem z normalnym wychodzeniem, wiesz?
— Wszyscy wyszli?
— Tak.
Flame skinął głową. I wtedy dopiero napięcie puściło.
— Pożar opanowany w fazie rozwoju, przechodzimy do dogaszania — meldował dowódca.
Magly oddychała wolniej niż wcześniej, ale dłonie nadal były napięte.
— Straty?
Cisza.
— Budynek częściowo zniszczony, skrzydło ekspozycyjne utracone, ale reszta uratowana.
Flame stał z boku. Brudny od sadzy. Zimny od potu. I po raz pierwszy tego wieczoru… nie był już w ruchu.
Było grubo po północy, kiedy ostatni wóz wtoczył się na teren jednostki. Niebieskie światła już nie migały. Silniki milkły jeden po drugim. Powietrze pachniało mokrą sadzą. Nikt nie miał ochoty na rozmowę. Takie akcje wysysały człowieka do samego dna.
— Dobra robota Panowie — rzucił dowódca.
— Dzięki.
— Do jutra.
— Cześć.
Krótko. Po strażacku. Artem zeskoczył z podestu samochodu. Hełm zostawił w skrytce. Kurtkę rzucił na ławkę. I bez słowa skierował się do szatni. Ficho obserwował go przez chwilę.
— Znowu będzie myślał.
— O czym? — zapytał Grom.
Ficho wzruszył ramionami.
— O tym, o czym zawsze po dużych pożarach.
Prysznic szumiał jednostajnie. Gorąca woda spływała po karku Artema. Zmywała sadzę, pot i zapach dymu, ale nie mogła zmyć wspomnień. Zamknął oczy i przez sekundę nie widział kafelków. Widział ogień. Nie ten dzisiejszy, tylko ten stary. Słyszał krzyki, czuł dym, widział błyski świateł i twarz. Twarz, której nie potrafił zapomnieć od lat. Natychmiast otworzył oczy ponieważ bał się zobaczyć więcej. Odkręcił wodę mocniej.
Nie dzisiaj, proszę… Nie teraz. Jeszcze nie.
Magly siedziała przy biurku i mimo zmęczenia była dziwnie pobudzona. Jej pierwszy wielki pożar, pierwsza naprawdę poważna akcja. Pierwszy raz, kiedy zobaczyła, jak ogromna machina ratownicza potrafi ruszyć w ciągu kilku minut. Wciąż analizowała zgłoszenia, czasy, decyzje i głos Flame’a.
— Przyjąłem.
Jedno słowo, a brzmiało tak, jakby nie istniała sytuacja, której nie da się opanować. Drzwi otworzyły się nagle.
— No proszę.
Magly podniosła wzrok. Ficho. Rozczochrany, zmęczony i ubrudzony sadzą. Uśmiechnięty jak zwykle.
— Żyjesz? — zapytał.
— Chyba tak.
— To dobrze bo już się bałem.
— Czego?
— Że po dzisiejszym dniu rzucisz papierami i uciekniesz w Bieszczady.
Magly roześmiała się pierwszy raz od kilku godzin.
— Nie planuję.
— Doskonale. Bo właśnie podjąłem ważną decyzję.
— O nie.
— O tak.
Ficho usiadł na brzegu biurka.
— Skowronek. Przetrwałaś pierwszy wielki pożar, nie spanikowałaś, nie pomyliłaś jednostek. — wyliczał Ficho — Nie wysłałaś strażaków do Sosnowca zamiast do Katowic.
— Dziękuję za wiarę we mnie — parsknęła Magda.
— To były realne zagrożenia.
Znów się uśmiechnęła. Ficho wskazał na nią palcem.
— W związku z powyższym…
— Boję się ciągu dalszego.
— …zabieram Cię do Szybu & Płomienia.
Magly zmarszczyła brwi.
— To brzmi bardziej jak kara niż nagroda.
— Tak mówi każdy za pierwszym razem.
— A potem?
— Potem zamawia drugie piwo.
Przez chwilę przyglądał się jej uważniej. Była zmęczona, ale w oczach miała coś, czego nie miała jeszcze dzień wcześniej. Pewność. Zaczynała już należeć do tego świata i wiedział, że inni też to zauważą. Zwłaszcza jeden bardzo uparty strażak.
— To co? — zapytał.
— Piątek?
Magly pokiwała głową.
— Piątek.
— Świetnie.
Ficho zeskoczył z biurka.
— I nie martw się.
— Czym?
Uśmiechnął się szeroko.
— Jeśli Flame będzie miał zły humor, to posadzimy go daleko od Ciebie.
Magly przewróciła oczami, ale kiedy wyszedł… mimowolnie się uśmiechnęła. I sama nie była pewna, czy bardziej rozbawił ją Ficho… czy fakt, że odruchowo pomyślała o Artemie Krawskim.
ROZDZIAŁ III
Czerwcowe słońce zaglądało przez okna poddasza już od wczesnego rana. Magda obudziła się później niż zwykle. Pierwszy raz od wielu godzin nie słyszała syren, radiostacji ani dźwięku telefonu tylko śpiew ptaków za otwartym oknem. Przez chwilę leżała nieruchomo i patrzyła w drewniane belki pod sufitem swojego mieszkania. Lubiła to miejsce. Może dlatego, że było pierwszą rzeczą w jej życiu, którą urządziła po swojemu. Bez rad, ocen i komentarzy. Po prostu po swojemu. Po kilku minutach zrobiła kawę i wyszła na balkon. Pelargonie kołysały się delikatnie na wietrze, w oddali budziły się Mysłowice. Przez moment wszystko było spokojne. Potem sięgnęła po telefon.
Powiadomienia.
Artykuły.
Zdjęcia.
Relacje.
Wszędzie to samo. Pożar muzeum. Strażacy. Katowice. Bohaterowie.
Przewinęła ekran niżej i wtedy zobaczyła Jego zdjęcie. Artem Krawski. W hełmie, ubrudzony sadzą, zmęczony, patrzący gdzieś poza kadr. Nagłówek brzmiał: „Dowódca sekcji, który pomógł uratować zabytkowy obiekt przed całkowitym zniszczeniem.” Magda sama nie zauważyła, kiedy zaczęła czytać cały artykuł. Potem drugi. I trzeci. Przy jednym z nich nawet się uśmiechnęła.
— Legenda… — powiedziała do siebie.
Tak go nazywali. I chyba mieli rację, a ona zaczynała rozumieć dlaczego. Był po prostu człowiekiem na odpowiednim stanowisku. Jego poświęcenie i bohaterskość zostały zauważone.
Telefon zadzwonił nagle. Na ekranie pojawiło się jedno słowo. Mama. Uśmiech Magdy zniknął, ale po chwili odebrała.
— Dzień dobry.
— Magdaleno.
Już po pierwszym słowie wiedziała, jaki będzie ton rozmowy.
— Tak, mamo?
— Widziałam w internecie informacje o pożarze.
— Tak.
— Podobno byłaś wtedy w pracy.
— Byłam.
— Nie za wcześnie na takie odpowiedzialne stanowisko? — zapytała z kpiną w głosie
Magda zamknęła oczy. Dokładnie to samo. Od lat.
— Poradziłam sobie.
— Skoro tak mówisz…
Magda milczała.
— Wiesz, Magdaleno, zawsze byłaś bardzo emocjonalna. Nigdy nie rozumiałaś, że niektóre rzeczy wymagają stabilności, dlatego tak często zmieniałaś pracę i miałaś problemy ze znalezieniem swojego miejsca. Może powinnaś jeszcze raz przemyśleć, czy to rzeczywiście stanowisko dla Ciebie.
Magda patrzyła na kubek z kawą. Nie odpowiedziała od razu. Kiedyś takie słowa zostawały z nią tygodniami, a dziś tylko zabolały. Już trochę mniej niż dawniej.
— Mamo.
— Tak?
— To będzie praca na stałe.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Krótka. Nieprzyjemna.
— Oczywiście zrobisz jak uważasz.
Jak zwykle.
— Tak.
— Dobrze. Muszę kończyć. Do widzenia, Magdaleno.
— Do widzenia.
Połączenie zostało przerwane. Magda odłożyła telefon na stół. I przez chwilę siedziała nieruchomo. Matka już taka była…
A potem spojrzała znowu na artykuł o Flame i pomyślała coś, czego nie powiedziałaby nikomu. Że są ludzie, przy których czujesz się mniejsza oraz ludzie, przy których masz ochotę stać się większa. Nie wiedziała jeszcze, do której kategorii należy Artem Krawski, ale chciała się przekonać.
Kilka kilometrów dalej Artem siedział przy kuchennym blacie swojego mieszkania na Ceglanej. W telewizji leciał materiał o pożarze. Ściszył go. Potem wyłączył całkowicie. Nie lubił oglądać siebie. Nigdy nie lubił. Telefon leżał obok. Kilka nieodebranych połączeń. Dziennikarze. Portal lokalny. Radio. Zignorował wszystkie. Wstał i podszedł do okna. Na moment zamknął oczy. I wtedy wrócił ten zapach. Nie sadzy. Nie dymu. Tamtego pożaru. Sprzed lat. Krzyków. Świateł. I czyjejś dłoni znikającej w dymie. Natychmiast otworzył oczy. Jak zawsze. Nie pozwalając wspomnieniu pójść dalej.
Na drugi dzień w dyspozytorni wszyscy mówili już tylko o muzeum. Szpilka miał własną wersję wydarzeń bo w jego opowieści ogień miał chyba pięćdziesiąt metrów wysokości. Lis twierdził, że trzydzieści, a ktoś inny mówił o zawalającym się dachu. Jeszcze ktoś o ewakuacji mieszkańców. Z każdą godziną historia stawała się coraz większa, a wraz z nią rosła legenda Krawskiego. Magda próbowała pracować, ale po rozmowie z matką krótko mówiąc noc i poranek nie należały do najweselszych. Kiedy od osoby, która powinna być dla Ciebie wsparciem słyszysz ciągłe przytyki masz ochotę ociąć się. Maria była toksykiem. Niestety jedynactwo, pozycja matki i choć brzmi to w dzisiejszych czasach irracjonalnie wysokie urodzenie sprawiały, że odcięcie nie było możliwe. Jeszcze nie…
— Kurwa mać…
Niestety słowa matki całą drogę do pracy siedziały jej w głowie: „Może mama ma rację?”
Tymczasem w pracy ciągle to samo… co chwilę słyszała:
Krawski zrobił to.
Krawski powiedział tamto.
Krawski wszedł pierwszy.
Krawski wyszedł ostatni.
Dzień wlókł się niemiłosiernie. Żadnych wielkich akcji. Zamyślony Szpilka siedział przy kawie, a Lis coś wpisywał do systemu. To był ten czas kiedy z nudów można było zerknąć na tablicę i właśnie wtedy Magly zauważyła przypięty do tablicy plakat. Na nim ogromne zdjęcie chłopca. Poparzenia. Zbiórka. Bieg charytatywny. 10 kilometrów. Trzy Stawy. Spontanicznie zapytała:
— Ktoś od Was biegnie?
Szpilka prycha.
— Pół jednostki.
— Naprawdę?
— No.
Lis nawet nie podnosi głowy.
— Flame też.
Magda automatycznie podniosła wzrok.
— On biega?
Szpilka wybucha śmiechem.
— Skowronek…
— Co?
— Ten człowiek biega więcej niż śpi.
— Dwa lata temu przebiegł półmaraton po nocnej służbie.
— Niemożliwe.
— Możliwe.
— Po co?
Szpilka wzrusza ramionami.
— Bo jest nienormalny.
Lis dodaje spokojnie:
— Bo jak stoi w miejscu za długo, zaczyna myśleć.
I zapada cisza. Bo wszyscy wiedzą, że to prawda. Magda zerka raz jeszcze na plakat. Blizny chłopca są tak rozległe, serce się łamie. Oczy wyrażają smutek i nadzieję. Biedny. Też bym pobiegła — pomyślała. Gdyby nie to cholerne kolano. Jedno źle postawione kolano podczas górskiej wycieczki, kilka miesięcy rehabilitacji i lekarz, który bez ogródek oznajmił, że z długimi dystansami będzie musiała się pożegnać. Owszem, mogła biegać rekreacyjnie, ale każdy większy wysiłek kończył się bólem przypominającym, że organizm ma długą pamięć.
Westchnęła cicho.
— Szkoda… — mruknęła bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Chętnie stanęłaby na linii startu. Choćby po to, żeby dołożyć swoją cegiełkę do tej zbiórki.
Kiedy zegar wybił godzinę 15:00 Magda skończyła zmianę. Wolne. Nie planowała jechać, naprawdę, ale wracając do samochodu dostrzegła jeszcze raz plakat, tym razem wisiał na drzwiach jednostki. Zanim wsiadła do auta wyszukała w internecie artykuł o chłopcu, potem wyświetliła sobie zdjęcie Flame’a z muzeum. Sama nie wiedziała po co? I nagle usłyszała własny głos:
— A co mi tam.
Pojechała na Brzęczkowice tylko po szybki prysznic i lekkie ubranie. Celem na dzisiejsze popołudnie było dotarcie na Trzy Stawy. W korkach niestety stało się to trochę stresującym zadaniem. Westchnęła i odruchowo podgłośniła radio. Z głośników popłynęła spokojna piosenka o tym, że niektórych ludzi spotyka się tylko raz, a mimo to zostają w człowieku na zawsze. Uśmiechnęła się pod nosem.
— Serio? Teraz? — mruknęła do radia.
Zmieniła stację. Na kolejnej leciał stary rockowy numer. Przez chwilę rytm pozwolił jej oderwać myśli od korków, od pracy, od wszystkiego. Wystukała palcami takt o kierownicę i ruszyła kilka metrów do przodu. Potem samochody znów stanęły. Spojrzała na zegarek.
— No dalej… jeszcze tylko kawałek…
Za oknem powoli przesuwały się kolejne budynki Katowic, a ona pomyślała, że czasami człowiek bardziej spieszy się do ludzi niż do samego miejsca. Skoro tylu kolegów z pracy biegnie, to ona chociaż pokibicuje. Będzie też Filip „Ficho”. Sama jego obecność działała na nią uspokajająco. Kilka zdań, jeden żart i człowiek od razu łapał oddech. Był jak balsam na skołatane nerwy, w przeciwieństwie do Flame’a. On mimo swojej ksywki porażał swoim chłodem, był mrukliwy lub małomówny, ale cholera jasna...był też niesamowicie pociągający.
Kiedy dotarła w końcu na miejsce na starcie biegu był istny tłum zawodników, a obok rodziny, dzieci, kolorowe balony, mnóstwo strażaków i ratowników. Wypatrzyć naszych orłów to chyba będzie prawdziwa sztuka. Tyle, że taką postać jak Flamea nie trudno przeoczyć. Nagle Go zobaczyła… Nie w mundurze. Nie w hełmie, ale w zwykłej czarnej koszulce. Numer przypięty do klatki piersiowej. Słuchawki przewieszone przez szyję. Po raz pierwszy wyglądał bardziej na mężczyznę niż legendę.
MAGLY
Chyba się tutaj rozpłynę… Jest mi gorąco i zaczynam wątpić czy prysznic jaki wzięłam przeszło godzinę temu jeszcze daje jakiekolwiek rezultaty. Patrząc na Niego nie mogę zaprzeczyć...Jest przystojny, a ja z tą otwartą buzią muszę wyglądać jak jakaś napalona nastolatka. Nie potrafię odwrócić wzroku, ale jest tak skupiony na zadaniu, że mnie nie zauważa. Jeszcze nie. Dlaczego nie może być prosto? Przyjęłam się do pracy i skupiam się na niej. Tymczasem każde zamknięcie oczu, a Artem Krawski już tam jest… w moich marzeniach. Zaczynam myśleć o nim jak mężczyźnie, który będzie mnie chciał i pragną taką jaką jestem. Nie wiem na jakiej podstawie sądzę, że coś między nami może być? Ponosi mnie… Nie wiem dlaczego właściwie przyjechałam. Ciekawość? Chęć uczestniczenia w czymś dobrym? Czy chęć zobaczenia Artema Krawskiego? Przecież mogłam wrócić do domu i posiedzieć na balkonie, podlać kwiaty, odpocząć, a jednak byłam tutaj i gapiłam się śliniąc przy tym do obcego faceta. Przy linii startu panował gwar, krótka wspólna rozgrzewka, głośne śmiechy i dużo zdjęć. Artem stał kilka metrów od reszty. Jak zwykle trochę z boku. Cały Krawski. Nasz outsider jednostki. Czarna koszulka przylegała do szerokich ramion. Spodenki biegowe. Numer startowy przypięty do koszulki. Nie wyglądał jak bohater z gazet. Wyglądał jak facet, który przyszedł wykonać zadanie. Wystarczyło na chwilę spojrzeć w tłum nieopodal Krawskiego żebym dojrzała wlepione w niego ślepia dziewczyn, kobiet i zapewne matek, a może nawet i babć. Kobiety zerkały na niego, niektóre ukradkiem, jak ja! A inne, te bardziej odważniejsze rozciągały się niby przypadkiem w zasięgu jego wzroku pokazując mu swoje zgrabne pośladki. Nie jest to na moje nerwy! Zdecydowanie nie. Podirytowana próbowałam znaleźć wzrokiem jakiegokolwiek strażaka pracującego w naszej jednostce (którego oczywiście już znam) ale o dziwo w tym dzikim tłumie nie mogłam ich dostrzec. Z trudem więc zatrzymałam wzrok na kimś innym i to piekielnie trudne bo Flame wyglądał cholernie pociągająco.
Ficho machnął do niej pierwszy.
— Skowronek!
— Cześć!
— Jednak przyjechałaś.
— Tak…
— Doskonała decyzja. Przynajmniej ktoś będzie mnie podziwiał, a trzeba przyznać, że jest co — zrobił przy tym tekście zabawny gest prezentując swoją muskulaturę.
W tym całym szaleństwie wypatrywania Artema w tłumie, włączenia się u niej dzikiej zazdrości...Ficho po prostu powiedział coś śmiesznego i nagle atmosfera zrobiła się znośna.
— Biegniesz? Pytanie retoryczne, sorry.
— Oczywiście, ale tylko dlatego, że obiecałem sobie po mecie trzy kiełbasy.
Magda roześmiała się. Lubiła Ficho. Jest jak słońce, które wyjrzy choćby na chwilę zza chmur w letni dzień. I choć to porównanie przyszło do niej całkowicie niespodziewanie, nie próbowała go już od siebie odganiać. Przy nim świat na moment robił się po prostu lżejszy.
Kilka minut później zawodnicy ustawili się na starcie. Artem był w pierwszej grupie. Nie rozmawiał, nie żartował, po prostu patrzył przed siebie totalnie skupiony jak przed akcją. Strzał startera. Tłum ruszył. Pierwsze okrążenie. Drugie. Magda chodziła między kibicami. Klaskała, dopingowała wszystkich, nie tylko jego. Strażaków. Ratowników. Ludzi w koszulkach fundacji. Natomiast ilekroć pojawiała się czarna koszulka z numerem Artema… jej wzrok sam ją odnajdywał. Przy trzecim okrążeniu był już bardzo wysoko. Nie prowadził, ale trzymał tempo najlepszych. Pot spływał mu po skroni, koszulka była mokra, oddech cięższy, a mimo to wyglądał, jakby mógł przebiec kolejne dziesięć kilometrów. On po prostu był w transie. Zapewne tak samo musiał wyglądać podczas gaszenia pożarów.
ARTEM
Przy jednym z nawrotów tłum zrobił się gęstszy, a ja podniosłem wzrok. Tylko na sekundę. I wtedy ją zobaczyłem. Stała przy barierce. Uśmiechała się i nasze spojrzenia się spotkały, a ten uśmiech został, na sekundę, może dwie, mimowolnie? Tak jakby zapomniała go schować. Coś ścisnęło mi klatkę piersiową i nie, na pewno nie było to od wysiłku. Kurwa! Od czegoś znacznie bardziej niewygodnego. Bo przez ostatnie kilometry skupiałem się tylko na biegu i na tempie. Na oddechu. Na rytmie. A teraz nagle zauważyłem ją. Tylko ją. I to było irytujące. Bardzo! Była zajebiście piękna. Miała twarz tak niewinną i doskonałą. Ale nie! Dość tego kurwa, dość tych pieprzonych romantyzmów! Ficho pewnie później powiedziałby, że wtedy przyspieszyłem i zapewne miałby rację. Zacząłem wyprzedzać kolejnych zawodników. Jeden. Drugi. Trzeci. Na ostatnim kilometrze byłem już w ścisłej czołówce. Tłum szalał. Dzieci krzyczały. Ludzie bili brawo. Czułem, jak adrenalina krąży w moim ciele i przysięgam kurwa, że chciałem myśleć tylko o jej ślicznej buźce, ale niestety moje demony znowu mnie goniły.
Magda pierwszy raz zobaczyła coś, czego nie widziała nawet podczas pożaru. Determinację. Nie tę zawodową, ale prywatną. Jakby walczył nie z innymi biegaczami tylko z czymś, czego nikt poza nim nie widział. Przeciął linię mety wśród najlepszych. Nie wygrał, ale osiągnął jeden z najlepszych czasów całej imprezy. Zatrzymał się dopiero kilkadziesiąt metrów dalej. Oddychał ciężko, a ręce oparł o kolana. Pot spływał po karku. Magda, stojąc kilka metrów dalej pomyślała coś do czego nigdy by się nikomu nie przyznała. Artykuły nie miały racji bo żaden z nich nie potrafił pokazać jaki naprawdę jest Flame. Był to po prostu człowiek, który po dziesięciu kilometrach wyglądał na zmęczonego… a mimo to sprawiał wrażenie, jakby nadal miał siłę ruszyć prosto w ogień. Determinację i jakieś dziwne przekonanie, że nic go nie może złamać bo wszystko co najgorsze w życiu już przeżył.
Flame zwolnił dopiero za linią mety. Oddychał ciężko. Koszulka kleiła się do ciała od potu, a mięśnie paliły żywym ogniem. Nie wygrał. Nie musiał. Wiedział, że pobiegł najlepiej, jak potrafił. Rozległy się brawa, a ktoś klepnął go w ramię.
— Stary, kawał roboty! — rzucił Grom.
Ficho już chciał powiedzieć coś złośliwego, ale Flame nawet nie słuchał. Patrzył tylko w jedną stronę. Na chłopca. Małego, poparzonego bohatera, dla którego dziś kilkaset osób założyło sportowe buty. Ruszył powoli bo nie lubił takich sytuacji. Akcje ratownicze były prostsze, tam wiedział, co robić, a tutaj… kompletnie nie. Chłopiec siedział na wózku, na jego twarzy widniały ślady po oparzeniach, ale uśmiechał się szerzej niż ktokolwiek wokół. Kiedy Flame stanął przed nim, przez chwilę obaj nic nie mówili.
— Cześć, młody… — odezwał się w końcu Artem, drapiąc się niezręcznie po karku. — Podobno to przez Ciebie musiałem dziś tyle biegać.
Chłopiec parsknął śmiechem.
— Mama mówiła, że Pan przyjdzie.
— Mama trochę za bardzo we mnie wierzy.
— Ale Pan naprawdę jest strażakiem?
— No… podobno.
— A boi się Pan ognia?
Flame zamilkł.
— Każdy strażak powinien się go trochę bać. Wtedy łatwiej wrócić do domu.
Chłopiec skinął głową z powagą, jakby właśnie usłyszał największą życiową mądrość. Po chwili wyciągnął do niego rękę.
— Dziękuję, że Pan pobiegł.
Artem uścisnął ją ostrożnie.
— To ja dziękuję.
— Za co?
— Za to, że przypomniałeś nam wszystkim, po co to robimy.
Mały bez zastanowienia objął go. Tak po prostu. Flame znieruchomiał by po sekundzie nieporadnie odwzajemnić uścisk. W tym samym momencie błysnął flesz. Raz. Drugi. Trzeci. Artem odwrócił głowę, a reporter z aparatem uśmiechał się, jakby właśnie zrobił zdjęcie roku. Twarz Flame’a natychmiast stwardniała.
— Serio? — rzucił chłodno. — Wszystko musi być pod aparat?
Fotograf opuścił aparat.
— To piękny moment…
— To był prywatny moment.
Zapadła niezręczna cisza, reporter odszedł, a Ficho, który wszystko obserwował z kilku metrów podszedł do Artema.
— Wiesz, że to zdjęcie obiegnie Internet?
— Gówno mnie to obchodzi.
— Nie. Ciebie obchodzi, że ktoś zobaczy, jaki jesteś naprawdę.
Flame prychnął.
— Zamknij się.
— Trafiłem?
Artem spojrzał jeszcze raz na chłopca, który machał mu z uśmiechem.
— Spierdalaj, Ficho.
Ficho tylko się uśmiechnął.
— No właśnie. Trafiłem.
Kilka metrów dalej Magly obserwowała całą scenę. Nie słyszała ani słowa. Ale pierwszy raz pomyślała, że człowiek, którego wszyscy uważają za najtwardszego w jednostce… być może jest jednocześnie tym, który najbardziej boi się pokazać własne serce. Wystarczy jedna iskra. Patrzyła na niego znowu nieco dłużej niż powinna. Był wzburzony, a Ficho chyba dolał oliwy do ognia i oczywiście oddalił się na bezpieczną odległość do reszty ekipy. Flame wyłapał ją wzrokiem. Nie spuszczając z niej oczu szedł w jej stronę szybkim krokiem. Nieco się wzdrygnęła bo czuła w kościach, że cała ta złość którą aktualnie niesie ze sobą Flame może przenieść się na nią. Na szczęście z odsieczą ruszyła ekipa jednostki.
— Oho — mruknął Ficho.
— Co? — zapytała Magda.
— Nic. Absolutnie nic.
Szpilka parsknął śmiechem, a Lis tylko pokręcił głową. Artem zatrzymał się przy nich. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedział od czego zacząć. Przeszkodzili mu w czymś. Szedł do Magdy bo odkąd pojawiła się tutaj, na Trzech Stawach, jako kibic nie spuszczała z niego wzroku i on to czuł doskonale. Czegoś od niego oczekiwała, a on od dawna wiedział jedno, że ludzie zbyt często chcieli od niego więcej, niż potrafił im dać. Była piękna, ale nie o to chodziło. Pięknych kobiet widział w życiu setki. Ta jedna nie próbowała niczego udowadniać. Nie kokietowała. Nie walczyła o jego uwagę. Po prostu tam była. I właśnie to doprowadzało go do szaleństwa. Kurwa mać! Najgorsze było to, że pierwszy raz od bardzo dawna nie reagowało tylko jego ciało. Coś znacznie bardziej niebezpiecznego zaczynało budzić się pod żebrami, a z tym Artem Flame nigdy nie umiał walczyć. Trzeba było zachować twarz i podejść do towarzystwa na luzie. Gdyby jeszcze nie ten pierdolony reporter, który oczywiście musiał zrobić zdjęcie w takim momencie. Ten dzieciak...Nie! Nie mógł teraz o tym myśleć. W jego głowie przez chwilę pojawił się obraz koszmaru, który nie pozwalał mu normalnie żyć.
Koszulka była jeszcze mokra od potu. Włosy ciemniejsze niż zwykle. Na przedramionach wciąż pulsowały żyły po wysiłku. Zmęczenie było widać, ale nie odbierało mu tej charakterystycznej pewności. Wręcz przeciwnie dodawało mu autentyczności.
— Cześć.
— Cześć — odpowiedziała Magda.
Zapadła niezręczna cisza.
— Dobry czas — rzucił Ficho.
— Mógł być lepszy.
— Oczywiście. Bo pierwsze miejsce było za wolne.
Artem przewrócił oczami.
— Carter.
— Krawski.
Magda ledwo powstrzymała uśmiech. Kiedy Ficho odszedł kilka kroków dalej po wodę, zrobiło się dziwnie spokojnie, a Artem spojrzał na nią.
— Dzięki.
— Za co?
— Za kibicowanie.
Magda uniosła brwi.
— Kibicowałam wszystkim.
— Wiem.
Powiedział to tak szybko, jakby przygotował odpowiedź wcześniej.
— Ale widziałem.
I nagle sam chyba uznał, że zabrzmiało to głupio. Bo odchrząknął, poprawił kark dłonią i spojrzał gdzieś w bok. Magda pierwszy raz zobaczyła, że Artem Krawski potrafi być zakłopotany i było to zaskakująco ujmujące.
— Ty biegasz? — zapytał nagle.
— Ja?
— No.
— Sporadycznie. Kiedyś.
— Czyli nie.
— Dzięki za szczerość.
Kącik jego ust drgnął.
— Powinnaś spróbować.
— Dziesięć kilometrów?
— Nie od razu.
— Brzmi podejrzanie.
— W jednostce większość biega.
— Serio?
— Serio.
Skinął głową w stronę strażaków.
— Szpilka, Lis, Ficho. Ja.
— Ficho biega?
— Głównie do jedzenia.
Magda roześmiała się bo kilka metrów dalej Ficho oburzony uniósł rękę.
— Słyszałem!
— I komendant też biega — dodał Artem.
— Komendant?
— Półmaratony.
— Żartujesz.
— Nie.
Przez chwilę patrzyli na ludzi kończących bieg. Dzieci biegały między barierkami, organizatorzy składali sprzęt. Słońce zaczynało powoli opadać.
— Może kiedyś spróbujesz.
Powiedział to spokojnie i bez nacisku, ale Magda miała dziwne wrażenie, że naprawdę chciałby ją tam zobaczyć.
— To nie tak… Po prostu mam trochę problemów zdrowotnych… — zaczęła niepewna, czy w ogóle powinna podejmować temat. — Mam problemy z kolanem, ale wierzę, że jeszcze kiedyś będę mogła sobie pozwolić na jakieś większe aktywności niż pilates…
Nie skomentował tego. Nie wiedział co powiedzieć. Czy brnąć w dociekanie co się wydarzyło, że ma problemy z kolanem? Czy to jakaś kontuzja? Zresztą nieważne. Na dziś miał już po prostu dosyć myślenia o tej pięknej dziewczynie. Magdalenie Skowronek. To go spalało. Wytrącało z poczucia, że nad wszystkim panuje, a przede wszystkim nad sobą.
— OK.
Znów zapadła cisza. Tym razem już mniej niezręczna i bardziej wygodna. W końcu Artem spojrzał na nią uważniej.
— Piątek aktualny?
Magda zamrugała.
— Skąd wiesz?
— Carter.
To wyjaśniało wszystko.
— Więc tak, aktualny.
— Dobrze.
— Dobrze?
— Tak.
— To bardzo rozwinięta odpowiedź.
Po raz pierwszy uśmiechnął się naprawdę. Krótko, ale szczerze.
— Nie jestem dobry w takich rozmowach.
— Zauważyłam.
Ku jego zaskoczeniu nie obraziła się. Wręcz przeciwnie, śmiała się i z jakiegoś powodu ten dźwięk spodobał mu się bardziej, niż powinien.
— To do zobaczenia w piątek, Skowronek.
Powiedział to już swoim zwykłym głosem. Pewnym i spokojnym, ale kiedy odchodził Magda była niemal pewna, że dowódca najtrudniejszych akcji ratowniczych w Katowicach właśnie przeżył znacznie większy stres podczas tej rozmowy niż podczas biegu. Rozmowa z Flamem trwała może kilka minut, a jednak, kiedy odchodziła spod linii mety, miała wrażenie, że wydarzyło się coś ważnego. Coś małego, coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać. Telefon zawibrował w kieszeni. Spojrzała na ekran. Mama. Westchnęła. Już sam widok tego słowa wywoływał w niej dziwny ścisk w żołądku. Odebrała.
— Tak?
— Magdaleno.
Oczywiście. Nie „cześć”. Nie „jak się masz”. Nie „kochanie”. Magdaleno. Jak zawsze.
— Właśnie pomyślałam o Tobie — odezwała się matka niespodziewanie ciepłym tonem. — Tak dawno Cię nie widziałam. Nie przyjechałabyś dziś na kolację?
Magda aż odsunęła telefon od ucha. To było… nietypowe. Bardzo nietypowe.
— Dzisiaj?
— A dlaczego nie dzisiaj?
— Nie wiem. Po prostu…
— Tęsknię za Tobą.
Te słowa zabrzmiały tak obco, że Magda przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć. Po kilku sekundach zgodziła się, jak zwykle. Bo choć miała dwadzieścia pięć lat, przy swojej matce nadal czasem czuła się jak zagubiona nastolatka.
Dom na Morgach wyglądał dokładnie tak jak zawsze: piękny, zadbany, idealny. Duże przeszklenia, starannie przycięty ogród i kwiaty ustawione z aptekarską dokładnością. Dom, który z zewnątrz wyglądał jak reklama szczęśliwego życia.
Magda zaparkowała czerwonego Forda Ka przed bramą. Siedziała w samochodzie minutę dłużej, opierając dłonie o kierownicę. Wzięła głęboki oddech bo wiedziała, że za chwilę znów usłyszy uwagi wypowiadane z troską, która od lat bardziej raniła, niż pomagała. Dopiero gdy poczuła, że serce bije jej trochę spokojniej zgasiła silnik, poprawiła włosy i weszła do środka.
Kolacja przebiegała zaskakująco dobrze. Za dobrze. Matka była miła. Pytała. Słuchała. Nawet się uśmiechała więc Magda zaczęła się rozluźniać i chętnie opowiedziała o nowej pracy, o dyspozytorni, o pierwszych dniach, o ludziach. Po raz pierwszy od dawna mówiła z prawdziwym entuzjazmem.
— Naprawdę to lubię — przyznała. — Wreszcie mam poczucie, że jestem na swoim miejscu.
Matka odłożyła widelec.
— W straży pożarnej?
— Tak.
— Cóż.
Magda poczuła znajome ukłucie. To jedno słowo: „Cóż.” Od dzieciństwa oznaczało kłopoty.
— Co?
Matka wzruszyła ramionami.
— Nic.
Po prostu myślałam, że w Twoim wieku będziesz miała już poważniejszą karierę.
Zapadła cisza.
— Słucham?
— Magdaleno, nie denerwuj się. Ja tylko mówię, że odbieranie telefonów to chyba nie jest szczyt marzeń.
Magda patrzyła na nią przez kilka sekund. Nie wierząc. Naprawdę nie wierząc.
— Odbieranie telefonów?
— Przecież właśnie to robisz.
I wtedy coś pękło.
— Nie. Nie odbieram telefonów. Pomagam ratować ludzi.
— Och, proszę Cię…
— Nie!
Krzesło odsunęło się gwałtownie.
— Wiesz co? Nieważne. Naprawdę nieważne. Po prostu nie potrafisz się cieszyć z czegokolwiek, co robię. Nigdy!
Matka otworzyła usta.
Ale Magda już szła do wyjścia bo nie chciała słyszeć już ani jednego słowa więcej. Czuła, że jeszcze chwila, a rozsypie się na kawałki. Zamknęła za sobą drzwi i dopiero wtedy pozwoliła sobie wypuścić powietrze, które wstrzymywała od początku kolacji. Nie chciała płakać przy niej, już nigdy więcej.
ROZDZIAŁ IV
Kilka minut później jechała przed siebie. Bez celu, ze łzami w oczach. Z całą swoją złością i bólem wzbierającym od lat. Dopiero gdy samochód szarpnął pierwszy raz, spojrzała na wskaźnik paliwa. Pusty.
— O nie…
Kilkanaście sekund później Ford zatrzymał się całkowicie. Na ciemnej, niemal pustej drodze. Daleko od domu. Daleko od wszystkiego. Magda oparła głowę o kierownicę.
— Fantastycznie.
Po prostu fantastycznie. Wyciągnęła telefon i zaczęła przewijać kontakty. Niewiele ich było. Zatrzymała się na jednym nazwisku. Filip Carter. Ficho.
— Nie ma mowy…
Mruknęła.
— Nawet tygodnia tam nie pracuję...Co On sobie o mnie pomyśli? Że jestem sierotką Marysią zagubioną w ciemnym lesie.
Niestety nie było nad czym się zastanawiać. Mapy google pokazywały, że znajduje się gdzieś na granicy Katowic i Mikołowa!
— Boże drogi, chyba w życiu tędy nie jechałam.
Trzeba było przełamać wstyd i nacisnąć zieloną słuchawkę. Oby odebrał…
Kilka kilometrów dalej Filip siedział właśnie na kanapie w wygodnych dresach, miską chipsów i meczem lecącym w telewizji. Telefon zadzwonił. Kiedy spojrzał na ekran zmarszczył brwi.
— Skowronek?
Odebrał.
— No proszę. Minęło całe kilka godzin i już za mną tęsknisz?
Po drugiej stronie zapadła cisza. Krótka i nerwowa. Filip od razu spoważniał bo zrozumiał, że tym razem Magda nie dzwoni po żart.
— Magda?
Usłyszał tylko cichy oddech.
— Nie śmiej się… — powiedziała w końcu. — Utknęłam.
— Gdzie?
— Chyba… zabrakło mi paliwa.
Przez krótką chwilę znów milczał.
— Wyślij mi lokalizację. Przyjadę.
— Ficho, naprawdę nie musisz…
— Oj Skowronek...Przyjadę
Powiedział to spokojnie, ale czuła, że usłyszy reprymendę kiedy Ficho przyjedzie jej z pomocą.
Światła samochodu pojawiły się na drodze po około trzydziestu minutach. Magda siedziała na masce swojego Forda. Noc była już chłodna. Ramiona miała skrzyżowane na piersi. Czarny SUV zatrzymał się kilka metrów dalej. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.
— No nie wierzę.
Magda westchnęła. Już po głosie wiedziała, że to on.
— Naprawdę nie wierzę.
Ficho szedł w jej stronę z czerwonym kanistrem w ręce.
— Kobieto, Ty pracujesz ze strażakami. Jak można zapomnieć zatankować samochód? Przecież to jest poziom organizacji godny przedszkolaka.
— Cześć, Ficho.
— Nie, nie „cześć”. Ja specjalnie dla ciebie opuściłem kanapę. Miałem chipsy, mecz i święty spokój, a teraz stoję na jakimś końcu świata z bańką benzyny.
Magda parsknęła cicho. Pierwszy raz od kilkunastu minut.
— Dzięki.
— O, proszę. Jeszcze podziękuje. Zaznaczę ten dzień w kalendarzu.
Podszedł bliżej i wtedy ją zobaczył. Naprawdę zobaczył, ale nie przypominała tej Magly z dyspozytorni. Miała zaczerwienione od płaczu oczy. Zmęczoną twarz. Była przybita, jakby przez ostatnią godzinę walczyła z czymś znacznie trudniejszym niż brak paliwa. Żart zamarł mu na ustach.
— Hej.
Tylko tyle. Magda spuściła wzrok. I to wystarczyło.
— Kto?
Zapytał cicho. Magda prychnęła gorzko.
— Aż tak widać?
— Trochę.
— Super.
— Nie wygląda na super.
— Odpowiedz…
— Matka.
Przez chwilę stali w ciszy. W końcu Magda wzruszyła ramionami. Tak jak robią ludzie, którzy są o krok od rozpłakania się po raz drugi.
— Nieważne.
— Jasne.
— Serio.
— Skowronek.
— Co?
— Jestem strażakiem. Jak ktoś mówi „nieważne”, to zazwyczaj właśnie jest bardzo ważne.
Zaśmiała się przez łzy. Był to moment, w którym coś pękło. Nie spektakularnie, tylko po prostu zabrakło jej siły. Ficho zrobił krok do przodu, potem drugi i bez słowa objął ją ramieniem. Niepewnie, ostrożnie, jakby dawał jej możliwość odejścia. Nie odeszła. Wręcz przeciwnie. Na sekundę oparła czoło o jego bark, a Filip poczuł dziwny ścisk gdzieś pod żebrami. Nie był na to przygotowany bo przez ostatnie dni Magda była po prostu Magdą, nową dziewczyną w jednostce. Fajną i sympatyczną, może trochę zagubioną. A teraz nagle wydawała się boleśnie prawdziwa, krucha i z jakiegoś powodu bardzo ważne stało się dla niego, żeby przestała płakać. To było dziwne uczucie. Niebezpieczne. Dlatego szybko je zignorował.
— Dobra.
Powiedział po chwili.
— Dość tego.
— Czego?
— Tego smutnego filmu. Przyjechałem ratować sytuację. Mam paliwo, mam samochód, mam nawet żelki.
Magda uniosła głowę.
— Żelki?
— Jestem przygotowany na każdą akcję.
Pierwszy raz od wyjścia z domu matki uśmiechnęła się naprawdę. A Filip poczuł ulgę większą, niż powinien i właśnie to zaniepokoiło go najbardziej.
— Naprawdę nie wiem, jak Ci dziękować.
Ficho uśmiecha się.
— Następnym razem po prostu nie doprowadzaj samochodu do zawału.
— Postaram się.
Ficho zamknął klapkę wlewu paliwa.
— Jedź już do domu, Skowronek.
— A Ty?
— Ja też. Chociaż najchętniej przespałbym cały czwartek.
Magda uśmiechnęła się lekko.
— Aż tak źle?
Ficho westchnął teatralnie.
— Ćwiczenia.
— Jakie?
— Wojewódzkie. Pół dnia latania, rozwijania linii, pozoranci, dym, ewakuacje… Będzie młyn, a jak komendant ma dobry humor, to wymyśli jeszcze coś ekstra.
— Brzmi… intensywnie.
— Bo będzie. Ty też nie będziesz się nudzić na dyspozytorni. Podczas takich ćwiczeń wszystko musi chodzić jak w zegarku.
Pokiwała głową.
— Czyli jutro ciężki dzień.
— Bardzo ciężki.
Zamknął klapkę wlewu paliwa i spojrzał na nią ciepło.
— Dlatego teraz wracaj do domu, wyśpij się i spróbuj choć przez jedną noc nie martwić się całym światem.
— Postaram się.
— Dobranoc, Skowronek.
— Dobranoc, Ficho.
Jednostka żyła dziś zupełnie innym rytmem. Nie było leniwego zapachu pierwszej kawy ani porannego przeciągania się strażaków po nocnej zmianie. Od świtu trwał kontrolowany chaos. Silniki samochodów były już sprawdzone, pompy przetestowane, węże ułożone z wojskową dokładnością. Dowódcy sprawdzali listy obecności, a magazynier po raz kolejny liczył sprzęt, jakby bał się, że przez noc zginęła jakaś prądownica. Na placu co chwilę rozlegało się:
— Hełmy!
— Aparaty!
— Butle!
— Meldować gotowość!
Grom, jak zwykle niewzruszony, dopinał pas bojowy. Flame siedział na zderzaku ciężkiego wozu i poprawiał rękawice. Milczał, jak zawsze przed czymś ważnym. Szpilka chodził od jednego zastępu do drugiego.
— Chłopy, dziś nie ma kompromisów. Jak ktoś odwali manianę, to będzie rozwijał linię do Bożego Narodzenia.
Kilku strażaków parsknęło śmiechem. Nagle na plac wpadł rozpędzony samochód. Ficho. Wysiadł, poprawiając koszulkę.
— Dzień dobry, moje słoneczka!
— Ty chyba zegarek kupiłeś na odpuście! — krzyknął ktoś.
— Nie spóźniłem się.
— Człowieku, za pięć minut zaczynamy!
— Ale jeszcze nie zaczęliśmy.
— Kiedyś Cię zabiję.
— Ustaw się w kolejce.
Nawet Grom uśmiechnął się pod nosem. Flame tylko pokręcił głową.
— Idiota…
— Ale Twój ulubiony.
— Nie.
— Tak.
— Artem! — Kajtek odwraca telefon w stronę Flame’a.
— Co?
— Jesteś sławny.
— Co znowu?
— Zdjęcie z biegu.
Kajtek pokazał ekran. Na fotografii Flame klęczy przy poparzonym chłopcu i obaj się przytulają. Nagłówek: „Strażak z Katowic poruszył serca uczestników biegu charytatywnego.” Zapadła cisza. Ficho zerknął na zdjęcie.
— Ładne.
Flame oddaje telefon.
— Gówno, nie ładne.
— Dlaczego?
— Bo nie lubię, jak ktoś zarabia na cudzych emocjach.
— Uparty osioł...Ale, ale! Szanowni Panowie, zaczynamy jazdę bez trzymanki i wkłada na głowę hełm.
Kajtek jeszcze przez chwilę trzymał telefon przed nosem Flame’a.
— No dobra, już nie bądź taki obrażony. Ludzie Cię chwalą.
Artem machnął ręką.
— Nie potrzebuję lajków.
— Ale chłopak pewnie się ucieszy.
To zdanie sprawiło, że Flame na moment zamilkł. Spojrzał jeszcze raz na ekran na którym Mały uśmiechał się szeroko, wtulony w jego ramię, jakby właśnie przytulił największego bohatera na świecie. Ale Artem doskonale wiedział, że bohaterem nie jest.
— Dobra… — mruknął cicho. — Niech już będzie.
Kajtek uśmiechnął się zwycięsko.
— Wiedziałem.
W tej samej chwili donośny gwizdek przeciął poranne rozmowy. Na plac wyszedł Zastępca Śląskiego Komendanta Wojewódzkiego PSP w towarzystwie kilku oficerów oraz kierownika ćwiczeń. W jednostce natychmiast zapadła cisza, nawet Ficho przestał żartować. Strażacy ustawili się w równych szeregach.
Magda obserwowała wszystko zza szyby dyspozytorni. Nie spodziewała się, że ci sami ludzie, którzy jeszcze minutę temu śmiali się z Ficha, w jednej chwili zamienią się w idealnie zorganizowany zespół. Ida szepnęła do Magdy:
— Chodź z nami na plac, zobaczysz jak wyglądają duże ćwiczenia od środka. Na dyspozytorni na razie nic się nie dzieje, a taka lekcja więcej Ci da niż pół dnia czytania procedur. Poza tym, skinęła głową na Maćka. — Nasz kolega nigdzie się stąd nie ruszy i mrugnęła porozumiewawczo okiem.
Kilkanaście metrów dalej gromadzili się pracownicy jednostki, którzy nie brali udziału w ćwiczeniach, Ida i Magda dołączyły do nich.
— Zawsze jest taki rozmach? — zapytała półgłosem.
— Nie, ale dzisiaj przyjeżdża pół województwa.
Atmosfera z minuty na minutę robiła się coraz bardziej oficjalna.
— Dzień dobry.
Oficer skinął głową.
— Dzisiejsze ćwiczenia mają sprawdzić nie tylko waszą sprawność fizyczną, ale przede wszystkim współpracę między zastępami, dowodzenie, komunikację radiową oraz podejmowanie decyzji pod presją czasu.
Na placu panowała absolutna cisza.
— Scenariusz zakłada pożar opuszczonego budynku biurowego. W obiekcie znajdują się osoby poszkodowane oraz pracownicy firmy remontowej. W wyniku wybuchu butli z acetylenem dochodzi do zawalenia części stropu. Zadaniem zastępów będzie ugaszenie pożaru, odnalezienie wszystkich osób, ewakuacja rannych i zabezpieczenie terenu.
— Proszę pamiętać — kontynuował oficer. — Dziś nie oceniamy tego, kto jest najszybszy. Oceniamy, kto myśli. W pożarze nie wygrywa najsilniejszy. Wygrywa ten, kto wróci do jednostki razem ze swoim zastępem.
Kilku strażaków skinęło głowami. Flame nawet nie drgnął. Patrzył przed siebie z rękami splecionymi za plecami jakby właśnie czekał na sygnał do wejścia.
— Zastępy, przygotować się do wyjazdu!
Silniki samochodów zawarczały niemal jednocześnie. Wielkie czerwone wozy zaczęły opuszczać garaże. Magda pierwszy raz widziała ten widok z tak bliska. Zapach spalin mieszał się z dźwiękiem syren testowych. Strażacy wskakiwali do kabin z taką płynnością, jakby każdy ruch ćwiczyli setki razy. Bo dokładnie tak było. Ficho wskoczył do wozu jako ostatni. Opuścił szybę.
— Skowronek!
Spojrzała na niego.
— Nie stresuj się!
— Ja?
— No! To tylko ćwiczenia!
Flame siedzący obok przewrócił oczami.
— Zamknij się i zapnij pasy.
— Już się robi, szefie.
Silnik zawył i konwój ruszył. Magda została na placu. Patrzyła za odjeżdżającymi samochodami jeszcze przez długą chwilę. Dopiero teraz zrozumiała coś, czego wcześniej nie dostrzegała. Dla niej syrena oznaczała początek pracy, a dla nich… każdy wyjazd był wejściem w nieznane.
Kabina ciężkiego wozu bojowego wypełniła się charakterystycznym pomrukiem silnika. Konwój powoli opuszczał teren jednostki. Przez chwilę panowała cisza. Każdy sprawdzał jeszcze rękawice, pasy i sprzęt. Dopiero kiedy wyjechali na główną drogę, Ficho odchylił się wygodniej w fotelu.
— Dobra… skoro jedziemy na ćwiczenia, to mam pytanie.
Nikt nie zareagował.
— Dlaczego wszyscy udajecie, że jesteście tacy poważni?
Kajtek prychnął.
— Bo siedzimy z Tobą w jednym samochodzie.
— A to współczuję.
Grom tylko pokręcił głową.
— Ty się kiedyś obudzisz z butem w ustach.
— Byle nie swoim.
Kabina wybuchła śmiechem. Nawet kierowca uśmiechnął się pod nosem. Tylko Flame siedział nieruchomo, obserwując drogę przed sobą.
Ficho zerknął na niego.
— Ty też się kiedyś uśmiechniesz czy dopiero na emeryturze?
— Skup się na ćwiczeniach.
— Już się skupiam.
Zapadła chwila ciszy. Po czym Ficho odezwał się zupełnie mimochodem:
— A swoją drogą… Skowronek to jednak ma szczęście.
Flame odwrócił głowę.
— Dlaczego?
— Bo zabrakło jej wczoraj paliwa, a trafiła akurat na mnie.
Kajtek aż się odwrócił.
— Dzwoniła do Ciebie?
— No.
— O której?
— Koło dziewiątej.
— I co?
— Nic. Pojechałem z kanistrem.
Grom gwizdnął cicho.
— Daleko?
— Kawałek był.
— Toś się poświęcił.
Ficho wzruszył ramionami.
— E tam. Każdemu mogło się zdarzyć.
Flame odezwał się dopiero po kilku sekundach. Spokojnym głosem. Zbyt spokojnym.
— Wszystko z nią było w porządku?
Ficho spojrzał na niego.
— Chyba tak… Chociaż wyglądała, jakby coś ją mocno gryzło. Powiedziała tylko, że miała ciężki wieczór.
Flame zacisnął szczękę. Odwrócił wzrok do bocznej szyby. Za oknem migały kolejne ulice Katowic. Kajtek nieświadomie przerwał ciszę.
— Dobrze, że miała do kogo zadzwonić.
— No… — odparł Ficho. — Czasem wystarczy po prostu być.
Flame nic nie odpowiedział. Patrzył przed siebie. Nie wiedział, dlaczego ta rozmowa tak bardzo go uwiera, a może wiedział? I właśnie dlatego milczał.
W tej samej chwili z radiostacji rozległ się głos dowódcy kolumny:
— Wszystkie zastępy, za trzysta metrów skręt w prawo. Przygotować się do wjazdu na teren ćwiczeń.
Ficho westchnął.
— No dobra, panowie. Koniec wakacji.
Kabina momentalnie spoważniała. Każdy instynktownie poprawił rękawice. Za kilka minut żarty miały ustąpić miejsca roboczej koncentracji. Na miejscu nikt nie tracił czasu. Rozkaz. Meldunek. Wejście do budynku. W jednej chwili strażacy zniknęli w gęstym, sztucznie wytworzonym zadymieniu. Przez radiostacje co chwilę przebijały się krótkie komunikaty.
— Rota pierwsza weszła do środka.
— Poszkodowany odnaleziony.
— Rozwijamy drugą linię.
— Ewakuacja przez klatkę schodową.
Nie było tu miejsca na przypadek. Każdy ruch miał swoje znaczenie, każde polecenie padało we właściwym momencie, a cały zespół działał jak jeden organizm. Flame prowadził swoją rotę z charakterystycznym spokojem. Wydawał krótkie komendy, a jego zdecydowane gesty i pełne skupienie sprawiały, że nawet obserwatorzy z zewnątrz zwracali na niego uwagę. Kilka metrów dalej Ficho, mimo zmęczenia, zdążył jeszcze rzucić jakiś żart do młodszych strażaków, wywołując śmiech nawet podczas rozwijania linii gaśniczej. Po niespełna dwóch godzinach ostatni meldunek oznajmił zakończenie działań.
— Wszystkie zadania wykonane. Ćwiczenia zakończone.
Strażacy zaczęli zwijać sprzęt. Zmęczeni, spoceni, okopceni sztucznym dymem, wracali do samochodów z poczuciem dobrze wykonanej pracy. Kolumna ponownie ruszyła w stronę jednostki. Jednak tego dnia nie był to jeszcze koniec.
Pomruk silników odbijał się od ścian garaży, a na placu natychmiast zrobiło się gwarno. Strażacy wyskakiwali z kabin, poprawiając pasy i hełmy. Jedni zwijali sprzęt, inni uzupełniali butle aparatów powietrznych. Nie było jednak czasu na odpoczynek. To był dopiero drugi etap wojewódzkich ćwiczeń. Przed remizą zgromadziło się już kilkudziesięciu obserwatorów.
Wśród nich byli oficerowie z innych jednostek, przedstawiciele Komendy Wojewódzkiej PSP, instruktorzy oraz grupa kadetów szkoły pożarniczej, którzy z ogromnym zainteresowaniem śledzili każdy ruch doświadczonych strażaków. Na placu ustawiono stanowiska do kolejnych zadań. Wieża ćwiczeń górowała nad jednostką niczym milczący egzaminator. Obok przygotowano stanowisko ratownictwa wysokościowego, tor rozwijania linii gaśniczych oraz punkt sprawdzający pracę w aparatach ochrony dróg oddechowych. Każdy zastęp miał wykonać zadania na czas, ale przede wszystkim zgodnie z obowiązującymi procedurami.
W tym samym czasie Maciek, jak zwykle niewzruszony, siedział w dyspozytorni.
— Idźcie, dziewczyny — rzucił z uśmiechem, nie odrywając wzroku od monitorów. — Ja przypilnuję telefonów. Jak świat postanowi zapłonąć, dam wam znać.
Ida zaśmiała się.
— Widzisz? Mówiłam, że go stąd nie ruszysz.
Spojrzała na Magdę.
— Chodź. Takiej okazji nie będziesz miała codziennie. Zobaczysz strażaków od trochę innej strony.
Magda nie protestowała. Razem wyszły na plac. Słońce odbijało się od czerwonych wozów bojowych. Powietrze pachniało rozgrzanym asfaltem i spalinami. Gdzieś z boku rozległ się gwizdek sędziego technicznego.
— Zastęp pierwszy, przygotować się do wejścia na wieżę!
MAGLY
Od czterech dni jestem częścią tego świata. Czterech dni. A mam wrażenie, jakbym była tutaj od miesięcy. To dziwne uczucie. Przez większość dorosłego życia zmieniałam pracę częściej, niż powinnam. W każdym nowym miejscu najpierw pojawiały się spojrzenia, później szepty, a na końcu zawsze ktoś odkrywał, kim jest moja matka. Wtedy wszystko się zmieniało. Nagle przestawałam być Magdą. Stawałam się córką Marii Skowronek. Tutaj… nikt nie patrzy na mnie przez pryzmat nazwiska. Jestem po prostu Magdą. Nową dyspozytorką. Dziewczyną, która jeszcze myli niektóre skróty i czasami dwa razy sprawdza, czy dobrze zapisała adres zgłoszenia.
To jest cholernie uwalniające. Patrzę na strażaków przygotowujących się do kolejnego zadania. Są głośni, potrafią dogryzać sobie bez litości, śmieją się z najgłupszych rzeczy, ale kiedy przychodzi moment działania, każdy z nich dokładnie wie, co ma robić. Chyba właśnie dlatego tak dobrze się tutaj czuję. Bo nikt niczego nie udaje, każdy nosi jakiś ciężar. Jedni walczą z ogniem. Inni z własną przeszłością. A jeszcze inni z samymi sobą. Może właśnie dlatego odnalazłam tu kawałek siebie. Mama… To chyba pierwszy raz, kiedy naprawdę dotrzymała słowa. Obiecała, że nie będzie ingerowała w moją pracę. Że pozwoli mi samej budować własne życie. I dotąd tego nie zrobiła. To dla niej naprawdę wiele. Dla mnie jeszcze więcej. Choć nadal boli mnie, że przy niemal każdym naszym spotkaniu potrafi jednym zdaniem sprawić, że znowu czuję się tą małą dziewczynką, która za wszelką cenę próbuje zasłużyć na jej uznanie. Ostatnia kolacja tylko mnie w tym utwierdziła. Tym razem jednak nie spuściłam głowy. Po raz pierwszy powiedziałam „dość”. I może właśnie dlatego dzisiaj oddycha mi się trochę lżej? Może dlatego z taką radością patrzę na ludzi, którzy od czterech dni stają się częścią mojego świata? Bo pierwszy raz od bardzo dawna mam wrażenie… …że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.
Na placu panował kontrolowany chaos. Strażacy szykowali kolejne stanowiska, instruktorzy wydawali polecenia, a obserwatorzy przemieszczali się między wyznaczonymi strefami. Ida skinęła na Magdę.
— Chodź, pokażę Ci stanowisko ratownictwa wysokościowego.
Magda ruszyła za nią, ale niemal od razu zatrzymała się, chcąc przepuścić przechodzących strażaków. Odwróciła się… I niechcący wpadła na mężczyznę w galowym mundurze. Dokumenty, które trzymała pod pachą, rozsypały się po asfalcie.
— Przepraszam! Naprawdę przepraszam… Nie zauważyłam Pana.
Kucnęła, by pozbierać kartki. Mężczyzna zrobił to samo.
— Nic się nie stało.
Podał jej ostatnią teczkę. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Zastępca komendanta wojewódzkiego zamarł. Patrzył na nią odrobinę dłużej, niż nakazywała zwykła uprzejmość. Nie dlatego, że była piękną młodą kobietą. Było w jej twarzy coś… boleśnie znajomego. Jakby cofnął się o ponad dwadzieścia lat. Magda speszona pierwsza przerwała ciszę.
— Jeszcze raz przepraszam. Magda Skowronek.
Nazwisko uderzyło w niego mocniej niż samo zderzenie.
— Skowronek…? — powtórzył cicho.
Przez chwilę przyglądał jej się uważnie.
— Proszę mi wybaczyć pytanie… Czy pani Maria Skowronek jest pani mamą?
Magda skinęła głową.
— Tak.
Na twarzy oficera nie drgnął żaden mięsień. Tylko w oczach pojawiło się coś, czego nie potrafił ukryć. Ciepło. Tęsknota. I cień bólu. Zniknęły równie szybko, jak się pojawiły.
— To… proszę przekazać Pani Dyrektor moje wyrazy szacunku. Dawno się nie widzieliśmy.
— Oczywiście.
Uśmiechnął się delikatnie.
— Życzę Pani powodzenia w służbie, pani Skowronek.
Odwrócił się i odszedł. Magda patrzyła za nim przez chwilę. Kurwa mać! Jeszcze przed chwilą mamiła się złudną nadzieją, że nikt nie będzie jej kojarzył z matką. Niestety. Przez ułamek sekundy poczuła ten znajomy ucisk w żołądku. Dokładnie taki sam, który towarzyszył jej za każdym razem, gdy ktoś orientował się, czyją jest córką. Zawsze zaczynało się niewinnie. Jedno pytanie. Jedno nazwisko. A potem przychodziły domysły, szepty i spojrzenia, których tak bardzo nie znosiła. Szybko jednak zganiła samą siebie za te myśli.
— Przesadzasz, Magda.
To był tylko krótki przypadkowy dialog. Zastępca komendanta wojewódzkiego ma ważniejsze sprawy na głowie niż nowa dyspozytorka z Katowic. Pewnie więcej już Go nie spotka. A nawet jeśli, nie będzie przecież analizował jej nazwiska. Magda chciała w to wierzyć i miała nadzieję, że ta krótka rozmowa rozejdzie się po kościach i na jednostce nadal będzie po prostu Magdą Magly. Nie córką Pani Dyrektor. Nie „tą Skowronek”. Zwyczajnie… sobą.
— Znasz go? — zapytała Ida.
— Nie…
Spojrzała jeszcze raz w stronę odchodzącego oficera.
— Ale mam dziwne wrażenie… że patrzył na mnie, jakby mnie znał.
Plac powoli pustoszał. Ostatnie zastępy zwijały sprzęt, a strażacy wracali do codziennych obowiązków. Kilkanaście metrów dalej komendant miejski PSP w Katowicach, Antoni Wróbel, rozmawiał z zastępcą śląskiego komendanta wojewódzkiego PSP, Tomaszem Ostrowskim.
— Muszę przyznać, Antoni, że Twoi ludzie wykonali dziś kawał dobrej roboty — powiedział Ostrowski, obserwując strażaków wracających do garaży. — Dobra współpraca, opanowanie, żadnej zbędnej brawury.
— Cieszę się, że tak Pan to ocenia. Chłopaki naprawdę włożyli w te ćwiczenia sporo pracy.
— Widać.
Przez chwilę obaj milczeli. Tomasz odprowadził wzrokiem młodą kobietę, która wraz z Idą kierowała się w stronę budynku jednostki.
— Ta nowa dyspozytorka…
Antoni spojrzał w tym samym kierunku.
— Magdalena Skowronek.
— Tak. Od dawna u was?
— Nie. To świeży nabytek.
Ostrowski skinął głową, jakby potwierdzał własne przypuszczenia.
— Powiedz mi… wiesz może, czy to córka Marii Skowronek?
Antoni zmarszczył brwi.
— Marii Skowronek… dyrektor Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Urzędu Wojewódzkiego?
— Właśnie tej.
Komendant przez chwilę wyglądał na szczerze zaskoczonego.
— Szczerze? Nie miałem o tym pojęcia. Nie prowadziłem jej rekrutacji. Kadry zajmowały się całym naborem.
Ostrowski uśmiechnął się pod nosem.
— Świat jednak jest mały.
— Jeśli rzeczywiście to jej córka… to muszę przyznać, że nazwisko niczego jej u mnie nie ułatwiło.
— I bardzo dobrze.
Zapadła chwila ciszy. Antoni odezwał się pierwszy.
— Nie zamierzam tego rozgłaszać.
Ostrowski spojrzał na niego uważnie.
— Dlaczego?
— Bo zanim zdążyłaby się komukolwiek przedstawić, już usłyszałaby, że pracuje tutaj dzięki matce, a ta dziewczyna zasługuje na to, żeby oceniano ją za własną pracę, nie za nazwisko.
Na twarzy Tomasza pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
— Mądrze powiedziane.
Jeszcze raz spojrzał w stronę Magdy. Tym razem znacznie dłużej.
— Oby kiedyś sama uwierzyła, że nie musi niczego nikomu udowadniać.
Antoni nie zrozumiał, dlaczego zastępca komendanta wypowiedział te słowa z tak dziwnym smutkiem. Nie zapytał. A Tomasz… nie zamierzał niczego wyjaśniać.
Magda odwróciła się i ruszyła w stronę budynku jednostki. Nie zdążyła jednak zrobić kilku kroków, gdy z garaży zaczęli wychodzić strażacy kończący porządkowanie sprzętu po ćwiczeniach. Ficho jako pierwszy zauważył ją z daleka.
— O, Skowronek! No i jak? Nie uciekłaś po pierwszym dniu oglądania naszego cyrku?
Magda uśmiechnęła się.
— Jeszcze się zastanawiam.
— To dobrze. Daj sobie jeszcze z tydzień. Potem już nie będzie odwrotu.
Kajtek pokręcił głową.
— Nie słuchaj go. On sam próbował odejść trzy razy.
— Kłamie — oburzył się Ficho. — Dwa.
— Raz.
— Dobra… ani razu.
Wybuchnęli śmiechem. Grom poprawił rękawice i spojrzał na Magdę.
— To co, Skowronek? Jutro piątek.
— No właśnie.
— Widzimy się w „Szyb i Płomień”?
— O ile nikt mnie wcześniej nie uwięzi na dyspozytorni.
— Nie ma szans, Ficho już wszystkim powiedział, że masz się pojawić.
— Halo! — zaprotestował Ficho. — Ja tylko dbam o integrację zespołu.
— Ty dbasz o darmowe przekąski — rzucił Kajtek.
— Też.
Magda roześmiała się cicho. W tej samej chwili jej spojrzenie odnalazło Flame’a. Stał kilka metrów dalej, opierając hełm o biodro. Nie mówił nic. Patrzył tylko. Jak zawsze spokojnie i trochę zbyt długo. Ich spojrzenia spotkały się na kilka sekund. Magda uśmiechnęła się niemal niezauważalnie. Na twarzy Flame’a nie pojawił się uśmiech. Jedynie ledwo dostrzegalne skinienie głową. Dla postronnych nic nieznaczące, a dla nich… wystarczające.
— Dobra! — klasnął Ficho. — Koniec romantycznego kina. Do roboty, bo jeszcze ktoś pomyśli, że nam za to płacą.
— Tobie na pewno nie — odparł Grom.
Śmiejąc się, strażacy rozeszli się do swoich obowiązków. Magda weszła po schodach na piętro i zajęła miejsce przy stanowisku dyspozytorskim. Maciek odsunął się od monitora.
— I jak? Warto było?
— Bardzo.
— Mówiłem.
Usiadła w fotelu. Przez chwilę patrzyła bezmyślnie na migające ekrany. Nie potrafiła jednak skupić się na pracy. Przed oczami wciąż miała twarz zastępcy komendanta wojewódzkiego. Tomasz Ostrowski. Jego spojrzenie. Nie było ani chłodne, ani oficjalne, było… dziwnie ciepłe. Jakby patrzył na kogoś, kogo znał od bardzo dawna. Poczuła wtedy coś, czego nie umiała nazwać. Dziwny spokój, a jednocześnie niewytłumaczalny niepokój. Potrząsnęła lekko głową.
— Głupoty… — mruknęła sama do siebie.
Przecież widziała tego człowieka pierwszy raz w życiu. Jej wzrok mimowolnie powędrował do kalendarza stojącego obok monitora. Piątek. Jutro. Na samą myśl o wieczorze w „Szyb i Płomień” poczuła, jak kąciki ust same unoszą się do góry. W końcu miała zobaczyć Flame’a. Nie w akcji. Nie przelotnie na korytarzu. Nie między jednym a drugim zgłoszeniem. Po prostu… spędzić z nim wieczór.
FLAME
Zmęczenie wygrało, nawet nie pamiętałem chwili, w której zamknąłem oczy. Po dzisiejszych ćwiczeniach, i szybkim obiedzie położyłem się na łóżku tylko na moment. Tak przynajmniej sobie powiedziałem. Najpierw była cisza. Potem zapach. Nie dymu. Benzyny. Gęsty. Duszący. Znajomy.
— Prysznic. Koniecznie Krawski, to jest to czego potrzebujesz.
Gorąca woda spływała po moim karku. Po barkach. Po tatuażach, które od lat stały się częścią mojej skóry równie naturalnie jak blizny. Ćwiczenia były ciężkie. Dokładnie takie, jaki lubiłem. Takie, po którym mięśnie paliły żywym ogniem, a głowa choć na chwilę przestawała myśleć. Przynajmniej teoretycznie.
Kilka minut później stanąłem przed lustrem. Z ręcznikiem przewieszonym przez szyję. W łazience było cicho. Słychać było jedynie pojedyncze krople wody spadające na kafelki. Spojrzałem na swoje odbicie. Metr dziewięćdziesiąt kilka wzrostu. Szerokie barki. Ramiona wypracowane latami służby, treningów i akcji, których nikt rozsądny nie chciałby przeżyć. Nie wyglądałem jak bohater z okładki magazynu. Choć chłopaki nieraz mi dogryzali takimi porównaniami. Byłem bardziej jak człowiek, który zbyt długo walczył z ogniem i czasem z samym sobą. Ostatnio coraz częściej. Ciemne włosy były jeszcze mokre. Naturalnie lekko kręcone. Niesforne. Nigdy nie układały się tak, jak powinny. Tatuaże oplatały oba ramiona. Przechodziły przez barki. Część schodziła aż na dłonie. Płomienie. Poszarpane linie. Symbole, których znaczenie znałem tylko ja. I Kruk. Bo do niego nie idzie się po tatuaż, tylko po historię. Pamiątki po różnych etapach życia. Po różnych wersjach samego siebie.
Moje oczy. Niebieskie. Nie lubiłem ich. Bo zbyt łatwo zdradzały emocje. Przejechał dłonią po twarzy. Zmęczenie było widoczne. Coraz bardziej. Z roku na rok. Czasami ludzie pytają mnie, skąd jestem. Nigdy nie potrafię odpowiedzieć jednym zdaniem. Urodziłem się tutaj. Wychowałem się tutaj. Mówię po polsku, myślę po polsku i to Polska jest moim domem. Ale moja krew zawsze była trochę bardziej skomplikowana. Mama przyjechała do Polski z Gruzji. Niosła ze sobą inny świat, inne wspomnienia i twardość, której długo nie rozumiałem. Ojciec miał kaukaskie korzenie, ale jego ojciec był Polakiem. Po nim odziedziczyłem ciemne włosy, upór i temperament, z którym do dziś próbuję się dogadać. Charakter miałem po matce. Nino Krawskiej.
Od zawsze czułem się trochę pomiędzy. Nigdy do końca stąd. Nigdy do końca stamtąd. Jednego tylko byłem pewien, że człowieka nie definiuje miejsce, z którego pochodzi. Definiują go decyzje, które podejmuje, kiedy robi się naprawdę gorąco.
I wtedy, zupełnie nieproszona, pojawiła się w mojej głowie Magda. Nie wtedy, gdy siedziała przy monitorach. Nie wtedy, gdy odbierała zgłoszenia. Nie wtedy, gdy próbowała udowodnić wszystkim, że zasługuje na miejsce w jednostce. Tylko ta z wczoraj: uśmiechnięta, stojąca gdzieś przy mecie biegu i patrząca na mnie tak, jakby nie widziała legendy. Tylko człowieka.
— Cholera…
Mruknąłem pod nosem i odwróciłem wzrok od lustra jakby to miało pomóc. Nie pomogło. Bo zaraz przypomniałem sobie kolejną rzecz, że zabrakło jej paliwa i zadzwoniła do Cartera, a Carter pojechał jej pomóc. Bez sensu. Kompletna bzdura. Przecież byli dorosłymi ludźmi. Mogli robić, co chcieli, a jednak coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie gdzieś pod żebrami.
— Ogarnij się, Krawski.
Nie potrafię się przyznać sam przed sobą, że ta młodziutka dyspozytorka mi się podoba. Ale nie w sposób który podobały mi się dotychczas kobiety, które miałem. Przeważnie na jedną noc. To była piękna dusza, bardzo samotna, pogubiona, ale też silna. Czułem, że wiem o niej więcej niż o sobie mimo że znałem ją zaledwie cztery dni. Wczoraj coś musiało się wydarzyć, że taka ogarnięta dziewczyna jechała samochodem po nocach na rezerwie. Może to przez faceta? Myśl, że jakiś pierdolony pajac mógł ją skrzywdzić była dla mnie nie do wytrzymania. I jeszcze ten cały Ficho jako bohater jadący do niej z kanistrem benzyny. Nie no kurwa tego nie mogłem przeżyć najbardziej! Czy ta dziewczyna nie ma jakiś przyjaciół? Bliskich osób? Bliższych od naszego błazna na jednostce? I właśnie to mnie wkurwiało najbardziej, nie sam Ficho, tylko fakt, że kiedy coś się z nią dzieje, pierwszym człowiekiem który jedzie jej na pomoc nie jestem ja. Nawet nie miałem do tego prawa, znałem ją cztery dni. Cztery pieprzone dni. To było irracjonalne i niebezpieczne.
Nie miałem żadnych zastrzeżeń do typa. On był po prostu naszym kompletnym przeciwieństwem. To był odklejony od polskich realiów amerykański chłoptaś, choć warsztat strażacki miał wybitny i świetnie się rozumieliśmy podczas większych akcji. Był szybki. Myślał kilka ruchów do przodu. W akcjach nie panikował, nawet kiedy wokół wszystko się sypało. Miał instynkt, którego nie da się nauczyć na żadnym szkoleniu. Po prostu wiedział, co zrobić i kiedy to zrobić. I właśnie to mnie w nim najbardziej wkurwiało. Bo nie mogłem powiedzieć o nim złego słowa jako o strażaku.
Za to poza akcjami… Był chodzącym chaosem. Gadał za trzech, żartował nawet wtedy, kiedy człowiek nie miał ochoty się uśmiechnąć, a ludzi przyciągał do siebie jak pieprzony magnes. Każdy go lubił. Nawet ci, którzy po pięciu minutach mieli go serdecznie dosyć. Magda też się przy nim śmiała. I właśnie to nie dawało mi spokoju.
ROZDZIAŁ V
Powrót do domu był cichy. Miasto tego wieczoru nie wydawało się już tak głośne jak w ciągu dnia, a światła latarni rozlewały się po chodniku w miękkich, żółtych plamach. Magda zamknęła za sobą drzwi mieszkania i przez chwilę tylko stała w bezruchu. Cisza. Inna niż ta w dyspozytorni. Cięższa, bardziej prywatna. Zsunęła buty i odruchowo przeszła do kuchni, zapalając delikatne światło. Rośliny na parapecie wyglądały tak, jakby nic się dziś nie wydarzyło — spokojne, uporządkowane, żyjące swoim rytmem, niezależnym od jej dnia. Oparła dłonie o blat i przez chwilę po prostu oddychała. Obrazy z całego dnia wracały falami — krzyk radiostacji, ruch na placu, spojrzenia strażaków, krótkie żarty Ficha, spokojna obecność Flame’a, a gdzieś dalej, na samym początku tej układanki, twarz Tomasza Ostrowskiego. To wspomnienie nie wróciło już z taką siłą jak wcześniej. Raczej jak echo. Ciche, niepewne, bez ostrości. Potrząsnęła głową, jakby chciała je odsunąć.
— Dość na dziś — mruknęła sama do siebie.
Wzięła prysznic, który bardziej uspokajał niż odświeżał, a potem długo stała przed szafą, próbując znaleźć coś, co pasowałoby do jutrzejszego wieczoru. „Szyb i Płomień”. Nazwa sama w sobie brzmiała jak coś, co nie powinno mieć w sobie tak dużo znaczenia. A jednak miała. Przeglądała ubrania bez większego skupienia, aż w końcu zatrzymała się na prostym zestawie. Nic przesadnego. Nic, co mogłoby wyglądać jak próba zwrócenia uwagi. Chociaż gdzieś w środku wiedziała, że i tak będzie chciała ją zwrócić. Myśl o Artemie pojawiła się naturalnie, bez zapowiedzi. Zbyt spokojny. Zbyt zamknięty. Zbyt trudny do rozszyfrowania i jednocześnie… coraz bardziej obecny w jej myślach. Chciałaby z nim porozmawiać. Normalnie. Bez hałasu jednostki, bez spojrzeń innych strażaków, bez krótkich, urwanych zdań między zgłoszeniami. Ale wiedziała, że tam — wśród nich — będzie to trudne. Może nawet niemożliwe.
Oparła się na moment o ścianę i uśmiechnęła sama do siebie, bardziej z rezygnacją niż z radości. Jutro piątek. I mimo zmęczenia, mimo całego ciężaru dnia, ta jedna myśl była jak mała iskra. Jutro go zobaczy.
Poranek w jednostce zaczął się wcześniej niż zwykle. Jeszcze zanim Magda zdążyła dobrze włączyć się w rytm dyspozytorni, w budynku panował już charakterystyczny chaos — półgłośne rozmowy, stukot sprzętu, zapach kawy i ten specyficzny pośpiech ludzi, którzy od rana są w trybie gotowości, choć formalnie jeszcze nic się nie dzieje.
— Piątek! — rzucił Ficho, wpadając do środka jak zawsze trochę za głośno. — Najlepszy dzień tygodnia!
— Dla Ciebie każdy dzień jest najlepszy — mruknął Grom, nie odrywając wzroku od wyposażenia.
— Bo ja mam pozytywne nastawienie do życia, a nie jak niektórzy — odparł Ficho i zerknął w stronę Flame’a.
Flame nawet nie zareagował od razu. Stał przy szafce, spokojnie dopinając elementy munduru. Ruchy miał precyzyjne, opanowane, jakby każdy dzień zaczynał w ten sam sposób, niezależnie od tego, co miało się wydarzyć. Dopiero po chwili spojrzał na resztę.
— Skupcie się — rzucił krótko. — Dzisiaj mamy szkolenie wewnętrzne przed wyjazdem. Nie róbcie z tego cyrku.
— Ale to Ty jesteś cyrkiem — Ficho uśmiechnął się szeroko.
— Ficho — ostrzegł Grom.
— Dobra, dobra. Już jestem poważny. Prawie.
W tym czasie Magda weszła do dyspozytorni. Ida już była na miejscu, przeglądając dokumenty.
— Gotowa na piątek? — zapytała z lekkim uśmiechem.
Magda zawahała się tylko sekundę.
— Chyba tak.
Ale prawda była taka, że „Szyb i Płomień” siedziało jej w głowie od samego rana. I nie tylko miejsce. Przede wszystkim ludzie, którzy mieli tam być. Artem. Flame. Nie potrafiła jeszcze nawet zdecydować, które imię bardziej do niego pasuje. Przez chwilę spojrzała przez szybę na plac, gdzie strażacy przygotowywali sprzęt. Ich ruchy były znajome już po tych kilku dniach. Każdy miał swój rytm, swój sposób bycia. Flame stał trochę z boku. I jak zwykle — wyglądał, jakby był gdzieś pomiędzy tym wszystkim, a jednocześnie dokładnie w centrum. Jakby nie potrzebował mówić, żeby być zauważonym. Magda szybko odwróciła wzrok, zanim ktokolwiek zdążyłby zauważyć, że patrzyła trochę za długo.
— Dzisiaj będzie spokojniej — powiedziała Ida.
Magda tylko skinęła głową. Ale gdzieś w środku wiedziała, że to nie będzie spokojny dzień.
Zmiana minęła bardzo szybko. Czas cudownie przyspieszył, wszystko sprzyjało temu aby niebawem usiadła przy jednym stoliku z obiektem swoich rozmyślań. A może marzeń? Pożegnała się z Idą i Maćkiem, wsiadła do samochodu i zamiast wracać do mieszkania pojechała do pobliskiego marketu. Kupiła zaledwie kilka drobiazgów — wodę, owoce, coś na śniadanie, odżywkę do kwiatów. Uśmiech nie schodził z jej twarzy. Czyli tak smakuje szczęście i radość prostych chwil? Być może.
Zakupy odstawiła do domu w ekspresowym tempie. Torby wylądowały na blacie w kuchni, a ona sama niemal od razu zniknęła pod prysznicem. Kilka minut później poprawiła tylko włosy, założyła delikatne srebrne kolczyki, zarzuciła na ramię niewielką torebkę i jeszcze raz spojrzała w lustro.
— Może być… — mruknęła z uśmiechem.
Wieczór zapowiadał się dobrze.
Silnik czerwonego Forda Ka cicho zamruczał, gdy wyjechała z osiedla. Miasto powoli przechodziło w wieczorny rytm. Ludzie wracali z pracy, światła sygnalizacji odbijały się w mokrym asfalcie po krótkim popołudniowym deszczu, a zachodzące słońce malowało niebo nad Katowicami odcieniami pomarańczu i różu.
Z radia popłynęła stara, pogodna piosenka. Taka, przy której człowiek mimowolnie zaczyna wystukiwać rytm palcami o kierownicę. Magda uśmiechnęła się szerzej i ściszyła klimatyzację. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz z taką lekkością jechała na spotkanie ze znajomymi.