E-book
31.5
drukowana A5
42.91
Filip w Zaczarowanym Lesie

Bezpłatny fragment - Filip w Zaczarowanym Lesie


Objętość:
48 str.
ISBN:
978-83-8467-423-9
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 42.91

Wynalazek Filipa

Filip był małym chłopcem, który bardzo lubił majsterkować. Mieszkał w małym domku i miał swój własny warsztacik, pełen narzędzi i kolorowych rysunków. Każdego dnia, gdy wracał ze szkoły, biegał do swojego warsztatu, gdzie budował różne wynalazki. Jego największym marzeniem było stworzyć coś, co sprawiłoby, że dzieci będą się uśmiechać.

Pewnego dnia, siedząc przy stoliku, Filip pomyślał:

— Chciałbym zbudować maszynę, która zrobi pluszowe zwierzątka, którymi dzieci będą mogły się bawić i przytulać. — Ta myśl sprawiła, że serce mu zabiło szybciej, a uśmiech pojawił się na jego twarzy.

Przez kilka dni pracował bez przerwy. Przykręcał śrubki, łączył kabelki, sprawdzał, czy wszystko działa. W końcu maszyna była gotowa! Wyglądała jak duża skrzynka z mnóstwem kolorowych przycisków, dźwigni i małym ekranem. Filip nie mógł się doczekać, żeby ją uruchomić. Wcisnął zielony przycisk i… Nic się nie stało.

— Hmm… Może coś źle podłączyłem? — zastanowił się.


Sprawdził wszystko jeszcze raz i spróbował ponownie.

Nagle maszyna zaczęła drżeć i świecić na różne kolory. Filip patrzył z zachwytem, aż nagle urządzenie zaczęło wydawać dziwne dźwięki. Serce zabiło mu szybciej. Maszyna zaczęła błyskać, a ekran zrobił się jasny jak słońce. Filip poczuł, jak jego nogi unoszą się nad ziemią!

— O nie! — krzyknął, próbując się czegoś złapać.

Kolorowe światła otoczyły go ze wszystkich stron. Czuł się, jakby leciał przez tęczowy tunel. Nie wiedział, co się dzieje. Nagle chłopiec poczuł, że ląduje na czymś miękkim. Powoli otworzył oczy i rozejrzał się. Nie był już w swoim warsztacie. Zamiast tego stał w środku pięknego lasu! Drzewa były ogromne, a ich liście świeciły na fioletowo, niebiesko i złoto. Powietrze pachniało jak wanilia i cytrusy, a wokół latały maleńkie świetliki. Filip przetarł oczy.

— Gdzie ja jestem? — wyszeptał.

Nagle usłyszał szelest. Z pobliskiego krzaka coś się poruszyło. Filip wstrzymał oddech. Z liści wyskoczyło małe, puchate stworzenie. Miało srebrne futerko, mięciutkie srebrzyste kolce i oczy świecące jak księżyc.


— W końcu jesteś! — zapiszczało radośnie. — Witaj w Zaczarowanym Lesie!

Filip aż otworzył buzię ze zdziwienia. Jego oczy błyszczały z zachwytu, gdy rozglądał się wokół. Czuł, jak serce bije mu szybciej. W tym momencie z innego krzaka wyskoczyło kolejne zwierzątko — mała wiewiórka, która zamiast futerka miała pióra jak ptak! Jej ogon mienił się wszystkimi kolorami tęczy.

— Spóźniłeś się! — powiedziała radośnie. — Czekaliśmy na ciebie!

— Czekaliście na mnie? — zapytał Filip zaskoczony.

Filip poczuł, jak robi mu się cieplej na sercu. Wciągnął powietrze i zrobił krok w stronę nowych przyjaciół. Zrobił krok w stronę nowych przyjaciół, gotowy na wszystko, co może przynieść Zaczarowany Las.

Tajemniczy las

Filip rozejrzał się dookoła. Nigdy wcześniej nie widział takiego miejsca. Wysokie drzewa o grubych, skręconych pniach rozciągały się nad nim niczym wielkie parasole, a ich liście świeciły delikatnym, nieziemskim blaskiem.

Fioletowe, złote i błękitne refleksy odbijały się od ich powierzchni, tworząc bajeczny spektakl świateł. Powietrze było ciepłe i pachniało jak mieszanka wanilii, miodu i świeżych kwiatów. Z każdym krokiem pod jego stopami rozbłyskiwały świetliste iskierki, jakby ziemia była pokryta drobnymi gwiazdami. Filip zmarszczył brwi i powiedział cicho do siebie:

— Jak się tu znalazłem?

Jego głos odbił się echem między drzewami, jakby sam las słuchał i zastanawiał się nad odpowiedzią. Nagle puchate stworzonko, które przywitało go jako pierwsze podskoczyło, a jego futerko zajaśniało delikatnym, srebrnym blaskiem. Był to mały jeżyk o srebrzystych igłach, które lśniły jak gwiazdy na nocnym niebie. Jego futerko było miękkie i delikatne, kontrastujące z twardymi, błyszczącymi igłami, które mieniły się w świetle, nadając mu tajemniczy, magiczny wygląd.

— Maszyna cię tu przysłała! — zapiszczało z entuzjazmem, a jego srebrzyste futerko zafalowało w powietrzu. — Czekaliśmy na ciebie, bo tylko ty możesz nam pomóc!

Filip spojrzał na nie zaskoczony.

— Pomóc? W czym? — zapytał, czując, jak w jego brzuchu pojawia się lekkie ukłucie niepokoju.

— Las jest w niebezpieczeństwie! — powiedziała wiewiórka, która przedstawiła się jako Tosia. Jej ogon lśnił wszystkimi kolorami tęczy, a oczy błyszczały inteligencją. Przeskoczyła zwinnie z jednego kamienia na drugi, aż w końcu zatrzymała się tuż przed nim. Jej pióra mieniły się odcieniami złota i bursztynu. Kiedy poruszała ogonem, rozsypywała wokół siebie drobinki świetlistego pyłu.

— Kiedyś wszystko tu było jasne i radosne, ale coś sprawia, że niektóre części Zaczarowanego Lasu zaczynają ciemnieć. Jeśli nic z tym nie zrobimy, cała nasza kraina może zniknąć!

Filip przełknął ślinę. Spojrzał na swoje dłonie. Wciąż czuł w nich ciepło po przejściu przez magiczny tunel.

— Ale jak ja mogę wam pomóc? — zapytał, próbując zrozumieć, dlaczego to właśnie on został tu sprowadzony.

Jeż Stefek podszedł bliżej, jego kolczaste futerko delikatnie falowało na wietrze.

— Jesteś wynalazcą, prawda? Może znajdziesz sposób, żeby uratować naszą krainę! Ale najpierw musimy zaprowadzić cię do Strażnika Lasu. On powie ci więcej!

Filip zamyślił się przez chwilę, ale potem poczuł, jak jego serce przyspiesza z ekscytacji. To wszystko brzmiało jak niesamowita przygoda!

— No dobrze, prowadźcie mnie do niego! — powiedział, starając się ukryć nutkę niepewności.

Tak rozpoczęła się jego niezwykła podróż przez Zaczarowany Las. Szli wąską ścieżką, pokrytą miękkim, świecącym mchem, który przy każdym kroku delikatnie pulsował światłem. Filip nie mógł oderwać wzroku od otoczenia. Wysokie drzewa zdawały się delikatnie poruszać, jakby chciały im pomachać na powitanie. Z ich konarów zwisały długie pasma lśniących pnączy, a w powietrzu unosiły się maleńkie świetliki, wirujące wokół jak żywe iskierki.

Gdzieniegdzie na pniach drzew pojawiały się tajemnicze symbole wyryte w korze. Miały kształty spiral, gwiazd i geometrycznych wzorów. Filip podszedł bliżej i dotknął jednego z nich opuszkami palców. Symbol

rozjarzył się złotym światłem i przez chwilę miał wrażenie, że usłyszał cichy, melodyjny szept.

— Te znaki prowadzą do Strażnika — wyjaśniła wiewiórka, zatrzymując się na chwilę i patrząc na niego z ciekawością. — Musimy podążać ich śladem!

Im dalej szli, tym bardziej Filip czuł, że coś w otoczeniu zaczyna się zmieniać. Powietrze, wcześniej ciepłe i pachnące kwiatami, stawało się coraz chłodniejsze. Światła wokół nich bladły, a drzewa zaczęły wyglądać inaczej — ich liście traciły blask, a kora pokrywała się cienką warstwą ciemnego nalotu.

Filip poczuł nieprzyjemny dreszcz na plecach.

— Co się dzieje? — zapytał, ściszając głos.

— Zbliżamy się do granicy Jasnego Lasu — odpowiedziało srebrnokolczaste stworzonko, stając tuż przy jego nodze. — Za nią zaczyna się Ciemny Jar, gdzie kryje się tajemnica mroku…

Filip spojrzał przed siebie. Ścieżka, którą szli, zaczynała zanikać w gęstej, mrocznej mgle. Przełknął ślinę, ale postanowił iść dalej. W końcu obiecał pomóc. Wtedy, zza drzew, dobiegł ich tajemniczy szept. Brzmiał jak odległy głos, który wołał ich po imieniu. Filip zadrżał,

ale jednocześnie poczuł w sobie odwagę. Cokolwiek czekało na niego po drugiej stronie, musiał się tego dowiedzieć.

Strażnik Lasu

Filip wstrzymał oddech. Tajemniczy szept, który jeszcze chwilę temu zdawał się jedynie echem wiatru, teraz stał się wyraźniejszy. Brzmiał, jakby ktoś delikatnie wołał go po imieniu, a jednocześnie niósł w sobie coś więcej — dziwną melodię, której nie potrafił rozpoznać.

Wiewiórka o tęczowym ogonie i srebrnofutrzastokolczaste stworzonko stanęły bliżej niego. Ich ciała lekko napięły się z niepokoju.

— To głos Strażnika — szepnęła wiewiórka. — Ale brzmi inaczej niż zwykle.

Filip spojrzał na nią ze zdziwieniem.

— Co masz na myśli?

— Strażnik zwykle przemawia donośnie i pewnie — wyjaśniło puchate stworzenie, mrużąc oczy z niepokojem — Teraz brzmi, jakby był słaby.

Filip poczuł, jak serce mu mocniej bije. Czy to właśnie było to niebezpieczeństwo, o którym mówili jego nowi przyjaciele? Czy coś złego stało się ze Strażnikiem? Zrobił krok do przodu i nie oglądając się za siebie, wszedł w gęstniejącą mgłę. Świat wokół niego zmienił się. Powietrze stało się gęste i chłodne, a świetliste drzewa Jasnego Lasu ustąpiły miejsca ciemnym, poskręcanym pniom, których liście przypominały cienie. Filip poczuł dreszcz na plecach, ale nie zatrzymał się. Szept narastał. Nie był już jedynie echem — był głosem.

— Filipie… podejdź bliżej…

Chłopiec poczuł, jak coś ściska go w żołądku. Nie wiedział, czy to strach, czy ekscytacja. Wtem mgła nagle się rozstąpiła, odsłaniając przed nim coś niesamowitego. Na środku niewielkiej polany stało drzewo. Jednak nie było to zwykłe drzewo — jego pień był olbrzymi, a korona rozciągała się na wszystkie strony, jakby próbowała objąć cały las. Kora błyszczała delikatnym, srebrnym światłem, a po jej powierzchni przebiegały świetliste symbole, podobne do tych, które widział wcześniej na ścieżce.

Pod drzewem, wsparty na swoim lasce, stał ktoś. Był to wysoki, dostojny stwór, przypominający po części

człowieka, a po części drzewo. Jego ciało było pokryte czymś, co wyglądało jak kora, a długie gałęziaste palce trzymały ciężki kostur, spleciony z korzeni i liści. Jego oczy błyszczały bladozielonym światłem, ale Filip zauważył, że migoczą one słabiej, jakby coś odbierało im siłę.

— Witaj Filipie! — powiedział Strażnik Lasu, a jego głos był niski i pełen mocy, choć rzeczywiście brzmiał… słabiej, jak zauważyła wiewiórka. Chłopiec zrobił krok do przodu.

— To naprawdę ty mnie wołałeś? — zapytał, a jego głos odbił się echem od wielkiego drzewa.

Strażnik skinął głową.

— Wiedziałem, że przybędziesz. Masz w sobie iskrę twórcy, a tylko wynalazca może ocalić Zaczarowany Las.

Filip zmarszczył brwi.

— Ocalić? Ale przed czym?

Strażnik Lasu westchnął ciężko i podniósł laskę. Delikatnie stuknął nią w ziemię, a w powietrzu zaczęły tańczyć srebrzyste światła.

— Spójrz.

Filip patrzył, jak światła wirują i układają się w obraz. Najpierw zobaczył piękny, pełen blasku las, który tętnił życiem. Ptaki o skrzydłach z kryształu, lśniące wodospady i kwiaty, które poruszały się w rytm delikatnego wiatru.

Jednak potem coś się zmieniło. Z głębi lasu wyłonił się mrok. Ciemna, lepka mgła zaczęła pokrywać drzewa, tłumiąc ich blask. Rośliny więdły, świetliki gasły, a stworzenia lasu uciekały w popłochu. Mgła sunęła coraz dalej, pochłaniając kolejne części krainy. Filip wstrzymał oddech.

— Co to jest?

Strażnik Lasu spuścił wzrok.

— To ciemność. Pojawiła się nagle, a my nie wiemy skąd. Rozprzestrzenia się coraz szybciej, niszcząc wszystko, co napotka na swojej drodze.

Filip przełknął ślinę.

— Ale jak mogę wam pomóc? Nie jestem żadnym bohaterem, tylko chłopcem, który lubi budować różne rzeczy.

Strażnik spojrzał na niego łagodnie.

— To właśnie dlatego tu jesteś, Filipie. Wynalazca to ktoś, kto widzi świat inaczej. Kto znajduje rozwiązania tam, gdzie inni widzą problem.

Chłopiec poczuł ciepło na sercu.

— A więc, co mam zrobić?

Strażnik Lasu podniósł laskę, a w jej wnętrzu rozbłysła iskra światła.

— Znajdź źródło ciemności. Zrozum, skąd pochodzi, a potem wymyśl sposób, by ją pokonać.

Filip spojrzał w dal, gdzie mgła powoli pochłaniała kolejne drzewa. Nie wiedział jeszcze jak tego dokona, ale był gotowy spróbować.

Mądrość sowy Klary

Filip wpatrywał się w mgłę, która powoli sunęła się między drzewami. Czuł, jak serce bije mu szybciej. Zadanie, które powierzył mu Strażnik Lasu, było trudne — miał odnaleźć źródło ciemności i wymyślić sposób, by ją pokonać. Ale jak?

— Co teraz? — zapytała Tosia, pusząc swoje pióra. — Nie możemy tam po prostu wejść. Może to jakaś pułapka?

— A może ciemność to jakaś istota? — dodał Stefek, przytulając się do Filipowej nogi.

Chłopiec westchnął. Nie miał pojęcia, od czego zacząć. Wtedy usłyszał łagodne pohukiwanie dochodzące z gałęzi nad jego głową.

— Myślenie na chybił trafił nigdzie was nie zaprowadzi — powiedział spokojny, melodyjny głos.

Filip uniósł głowę i zobaczył sowę siedzącą na niskiej gałęzi. Jej pióra były w odcieniach ciepłego brązu, a na czole miała jasną plamkę w kształcie gwiazdy. Oczy Klary błyszczały mądrością, a jej spojrzenie było uważne i przenikliwe.

— Kim jesteś? — zapytał Filip.

— Jestem Klara, a wy, jak widzę, potrzebujecie pomocy.

Sowa sfrunęła na ziemię i złożyła skrzydła. Spojrzała na mgłę, która otulała drzewa, i zamyśliła się.

— Ciemność nie pojawia się bez powodu — powiedziała powoli. — Musi być coś, co ją tworzy. Jakaś siła, która sprawia, że się rozrasta.

— Ale co? — zapytała Tosia, podskakując z ekscytacji.

Klara obróciła głowę o dziewięćdziesiąt stopni i spojrzała na Filipa.

— Odpowiedź jest bliżej, niż myślisz — powiedziała tajemniczo. — Żeby ją znaleźć, musisz zadawać właściwe pytania.

Filip zmarszczył brwi i usiadł na pniu przewróconego drzewa. Przypomniał sobie słowa Strażnika: „Zrozum, skąd pochodzi.”

Zaczął głośno myśleć:

— Skoro ciemność rozprzestrzenia się, to znaczy, że coś ją karmi. Może pochodzi z jakiegoś miejsca, albo jest tworzona przez kogoś, kto chce, żeby las zniknął?

— Bardzo dobrze! — pochwaliła go Klara. — Musisz zbadać, gdzie mgła jest najgęstsza. To da ci wskazówkę, gdzie zacząć poszukiwania.

Filip spojrzał w stronę drzew skrytych w szarej mgle. W oddali widać było majaczące kształty — zarysy drzew, ale też coś więcej.

— Tam! — wskazał palcem. — Musimy tam pójść!

Stefek zadrżał i skulił się w kulkę.

— A jeśli tam jest niebezpiecznie?

— Dlatego pójdziemy razem — powiedziała Klara. — Wspólnie jesteśmy silniejsi. A ja pomogę wam myśleć rozsądnie.

Filip poczuł przypływ pewności. Wiedział, że z pomocą swoich nowych przyjaciół ma szansę rozwikłać zagadkę ciemności.

— To co? Idziemy? — zapytał z uśmiechem.

Tosia i Stefek pokiwali głowami, a Klara rozpostarła skrzydła i wzbiła się w powietrze, gotowa prowadzić drużynę przez tajemniczą mgłę.

— Musimy dotrzeć na koniec Labiryntu Pnączy. Tylko tam mgła jest najgęstsza. Jednak uważajcie! Labirynt nie lubi intruzów.

Tosia zadrżała, a Stefek skulił kolce.

— Labirynt Pnączy? — pisnęła wiewiórka. — Przecież to najtrudniejsze miejsce w całym lesie!

Filip zacisnął pięści.

— Nie mamy wyboru. Musimy tam iść.

Sowa spojrzała na niego uważnie, po czym skinęła głową.

— W takim razie dam ci coś, co może ci pomóc — powiedziała, podlatując do swojej dziupli. Po chwili wróciła i podała mu mały, szklany kryształ.

— Co to jest? — zapytał chłopiec.

— Kamień Światła — odparła Klara. — Gdy znajdziesz się w największej ciemności, on wskaże ci drogę. Ale pamiętaj, Filipie…

Sowa nachyliła się do niego bliżej, a jej złote oczy rozbłysły.

— Mgła nie znika sama z siebie. Musisz dowiedzieć się, co ją stworzyło i dlaczego.

Filip ścisnął kryształ w dłoni i spojrzał na swoich przyjaciół.

— W takim razie ruszajmy!

Labirynt Pnączy

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 42.91