Dla wszystkich, których spotkałam na swojej drodze
Prolog
Pociąg przyjechał wcześniej. Wanda z dziewczynami wysiadła na małym dworcu, gdzie powietrze pachniało kurzem, starym drewnem i tanią kawą z automatu. Stała z plecakiem pamiętającym jeszcze jej maturę i torbą z ubraniami na festiwal — miała tam świętować dwudzieste siódme urodziny przyjaciółki. Słońce odbijało się od metalowych ławek, a w cieniu kryły się pajęczyny. Wyglądało na to, że pająki całkowicie przejęły to miejsce.
Pod wiatą, na ziemi, siedział chłopak w spranych dżinsach i czarnej koszulce Iron Maiden. Miał długie włosy, a plecak wcisnął między kolana. Ziewnął, po czym wyjął z torby mały głośnik. Po chwili w powietrzu unosił się cichy szum, a zaraz potem pierwsze charakterystyczne akordy „The Passenger” Iggy’ego Popa. Leniwy, pulsujący głos rozlał się po peronie. Refren brzmiał jak obietnica podróży w nieznane — rytm sam pchał stopę do wystukiwania taktu.
Wanda przymknęła oczy. Poczuła, że sama jest trochę jak ten pasażer: patrzy przez szybę na mijające obrazy, nie do końca wiedząc, dokąd zmierza. Dworzec, ze swoimi pęknięciami, startymi tablicami i ławkami z wygrawerowanymi inicjałami, wydawał się częścią tej samej opowieści. Patrzyła na niego jak architekt, dostrzegając linie, faktury i proporcje, a jednocześnie jak ktoś stojący na rozdrożu.
Po stażu dostała propozycję pracy w wymarzonym biurze w Düsseldorfie. Brzmiało to jak wolność i nowe życie, ale powrót do domu przypomniał jej, jak bardzo rutyna potrafi przydusić. Ledwo wróciła, a rodzina już zaplanowała jej przyszłość — i to w najdrobniejszych szczegółach, włącznie z nią i Filipem: praca u wujka w biurze architektonicznym, najlepiej wkrótce ślub z Filipem (w końcu są ze sobą pięć lat), poza tym, żeby dziecko nie pojawiło się „za późno”. Idealnie byłoby zdążyć z dwójką przed trzydziestymi pierwszymi urodzinami. A ona miała dopiero dwadzieścia siedem lat. Kilka lat z góry rozpisane. I w sumie nikt nie pytał jej o zdanie.
Telefon zawibrował.
„Baw się dobrze” — napisał Filip.
Krótko. Jak życzenia imieninowe dla cioci. Kiedyś wysyłał żarty, zdjęcia, zapewnienia o miłości i tęsknocie. Teraz tylko te trzy słowa. Wanda wciąż pytała siebie: kiedy to się zmieniło? Kiedy przegapiła ten moment? Czy można jeszcze wrócić do tego, co było?
Przez chwilę patrzyła w ekran, jakby szukając w tych słowach czegoś, czego tam nie było. Wzięła głęboki wdech i schowała urządzenie. W tle słychać było śmiechy i rozmowy dziewczyn — jak echo innego świata, w którym nie trzeba było się jeszcze na nic decydować.
Monika, jedna z najbliższych przyjaciółek, zerknęła na ekran.
— No, Wanda… studia skończone, staż zaliczony, wspaniała praca na horyzoncie… to teraz, tak jak powinno być, czas na zaręczyny, co? — mrugnęła i szturchnęła ją łokciem.
Wanda uśmiechnęła się krzywo, udając, że wszystko jest w porządku.
— Tak. Jak powinno być.
Ale w środku wiedziała, że nie chce „jak powinno być”. Ten dworzec, stary i pełen rys, był jak jej życie — solidny, lecz gotowy do przebudowy. Tylko nie miała pewności, czy starczy jej odwagi, by ruszyć pierwszy kamień. Mógłby przecież wszystko zburzyć, a tyle osób na nią liczyło. Nie chciała nikogo rozczarować. Wzięła głęboki wdech i kiedy chowała telefon, spojrzała na niego. Ekran pokazał, że zostało jej ostatnie 10% baterii.
— Świetnie… — mruknęła cicho. To milczenie, które niebawem nastąpi, miało być najlepszym prezentem, jaki mogła dostać.
Zza rogu dobiegł głośny śmiech pozostałych dziewczyn. Kolejny pociąg nadjechał z piskiem hamulców. Wanda złapała swoją torbę, weszła w tłum — jeszcze nie wiedząc, że właśnie zaczyna się historia, którą będzie nosić w sobie przez całe życie.
1
Pociąg przyjechał na mały dworzec, z którego do miejsca festiwalu trzeba było jeszcze podjechać autobusem. Wanda i jej przyjaciółki — Sara, Monika, Julia, Paula i Mila — właśnie wysiadły i skierowały się na przystanek autobusowy. Na szczęście transport już czekał, a sama droga do miejsca docelowego nie trwała długo. Chociaż pojazd pamiętał czasy młodości ich rodziców, nikomu to nie przeszkadzało.
Kiedy wysiadły, Wanda stanęła, zamknęła oczy i poczuła, że powietrze, choć gęste od kurzu, pachniało świeżą trawą. Było wczesne popołudnie, a na polach namiotowych panował jeszcze spokojny pół-chaos: tu ktoś rozkładał plandekę, a grupki ludzi krążyły między parcelami, starając się znaleźć idealne miejsce na kolejne dwie noce. Muzyka jeszcze nie grała, więc w powietrzu unosiło się tylko brzęczenie rozmów, śmiechów i odgłosów stawianych namiotów.
Dziewczyny były podekscytowane, ich śmiech — głośniejszy niż na dworcu — wypełniał przestrzeń. Monika wyciągnęła telefon i zaczęła nagrywać relację na Instagram:
— Jesteśmy na festiwalu Echo Fields! Lecimy! — krzyknęła do obiektywu.
Po chwili zmarszczyła brwi i dodała z lekkim grymasem:
— Cholera, nie wiem, czy w ogóle dodałam status… Zasięg jest kiepski.
— Odłóż to, oszczędzaj baterię — wtrąciła Wanda. — Znając ciebie, za chwilę będziesz robić tysiące zdjęć.
— Wanda, ty nie znasz mojej siostry? Nie odklei się od tego urządzenia — skwitowała Paula. — Monika! Pani psycholog! Odłóż to, tak jak Wanda powiedziała, bo powiem mamie!
Wszystkie zaczęły się śmiać. Monika spojrzała na Wandę z udawaną powagą, choć w oczach miała rozbawienie.
— Wanda, moja kochana, nie każdy ma palce Picassa i potrafi szkicować jak ty.
— Akurat jak Picasso to ty malujesz — odpaliła Wanda z przekąsem.
Monika teatralnie udawała obrażoną i popchnęła ją lekko w ramię.
— A ty nic nie powiesz mamie! Co się dzieje na festiwalu, zostaje na festiwalu — zwróciła się do Pauli.
Julia zaczęła tańczyć w rytm „Take Me Out” Franz Ferdinand, która sączyła się z jednego z małych głośników w pobliskim namiocie. Brzmiało to trochę płasko, ale nie był to dla nikogo problem. Julia jakby kompletnie ignorowała spojrzenia przechodniów; zresztą, jak zawsze, nie obchodziło jej, co inni o niej myślą. Była jak wolny ptak. Po chwili dołączył do niej chłopak z sąsiedniej grupy. Dziewczyny obserwowały tę mini-scenę, chichocząc. Po piosence Julia i chłopak wykonali przesadne, teatralne ukłony i rozeszli się w przeciwnych kierunkach. Wszędzie czuło się pozytywną energię.
Wanda uśmiechnęła się pod nosem. Powoli udzielał jej się dobry humor reszty. Wiedziała, że te dwa dni mają być jej oddechem — chwilą bez myślenia o tym, co czeka ją po powrocie. Patrzyła na tłum nie jak na chaotyczną masę, ale jak na żywą, pulsującą strukturę. Jakby wszystkie problemy świata w tej chwili przestały istnieć. Jej architektoniczne oko dostrzegało w tej pozornej przypadkowości układ: ciemne plamy ubrań, wśród których co chwilę błyskały kolory, namioty układające się w prowizoryczne osiedla, tworzące ulice i place. Festiwalowe miasteczko — prowizoryczne, a jednak na swój sposób piękne.
Dostrzegała rzeczy, które inni pewnie ignorowali: plątaninę kabli, które wieczorem rozbłysną światłami; w oddali scenę — teraz jeszcze pustą i milczącą stalową konstrukcję — która dopiero przy pierwszych akordach „ożyje” i dostanie duszę. Wszystko chciała zapamiętać, by później przenieść na papier. Wszyscy wokół zachowywali się tak, jakby znali się od lat. Wanda powoli zaczynała się czuć częścią większej całości.
— O, tutaj! — zadecydowała Sara po krótkim spacerze. — Rozstawiamy się. Nie za daleko do sceny i toalet!
Odwróciła się do reszty i rzuciła:
— Jaka jest główna zasada festiwalu?
Dziewczyny odpowiedziały chórem:
— Najpierw postaw namiot, potem szukaj piwa! — i wybuchły śmiechem.
Wanda poczuła, że naprawdę się rozluźnia. Znała te dziewczyny od lat i wiedziała, że z nimi zawsze jest dobra zabawa. Pomagała Sarze z namiotem, w którym przez dwie noce miały dzielić przestrzeń. To zwykłe wbicie śledzia w ziemię miało w sobie coś symbolicznego. Było jak powrót do samej siebie, do dawnych, dzikich czasów, kiedy wsiadały w pociąg, brały namiot i jechały gdziekolwiek.
Filip nie znosił biwakowania. Materac był niewygodny, komary wszędzie, a wspólna toaleta — najgorsza kara. Na samym początku Wandzie udało się go wyciągnąć raz na biwak. Zamiast tygodnia wytrzymał dwie noce i wrócili. Ona wtedy nie chciała się z nim kłócić, nie o coś takiego. Wiedziała, że jemu było przykro, że musieli skrócić urlop, i on zorganizował jej u swoich rodziców w ogrodzie kino polowe, żeby chociaż tak naprawić sytuację. To było miłe. I odległe. Kiedyś jednak się starał. Nie chciała już o tym myśleć.
— A pamiętasz nasz pierwszy biwak w górach? — zagadnęła Wanda Sarę.
— Jasne. Miałyśmy szesnaście lat. Szaleństwo, że rodzice puścili nas z moim kuzynem. Jakby wiedzieli, że widziałyśmy go tylko pierwszego i ostatniego dnia, miałby szlaban do emerytury.
Obie parsknęły śmiechem.
— A pierwszej nocy namiot się zawalił… Dobrze, że tamta rodzina nam pomogła. Bogu dzięki za to ząbkujące dziecko, bo inaczej ojciec by nie krążył po polu i by nas nie zauważył — wspominała Sara, kręcąc z niedowierzaniem głową.
— A pamiętasz biwak nad morzem? — zapytała Wanda, mrużąc oczy na wspomnienie tamtego lata. — Te źle przymocowane śledzie… i ten podziurawiony namiot, który musiałyśmy wyciągnąć z lasu. Całe szczęście, że wtedy nie padało.
Sara uśmiechnęła się, rozejrzała się, czy nikt jej nie usłyszy, i pół żartem powiedziała:
— Nikomu nie mów, ale jesteś moją ulubioną osobą.
— Ty moją też — odpowiedziała Wanda.
Po rozstawieniu namiotów dziewczyny chciały od razu ruszyć na zwiad — znaleźć stoiska z piwem, jedzeniem i oczywiście toalety. Wanda schyliła się, by podłączyć telefon do powerbanku, ale Sara zatrzymała ją.
— Wanda, dajesz, idziemy. Później podłączysz. Dziś są moje urodziny i przejmuję dowodzenie. Wrócimy tu za chwilę.
Wanda zawahała się, ale wsunęła telefon pod śpiwór. Pół godziny mnie nie zbawi — pomyślała.
— Hej, poczekajcie, jeszcze ja! — zawołała, doganiając przyjaciółki.
Lawirując między grupkami ludzi, które gęstniały z każdą minutą. Festiwal przypominał żywy obraz — eksplozję kolorów, dźwięków i zapachów. Mijały kogoś w puchatym kombinezonie jednorożca, kogoś innego w pidżamie w dinozaury, dziewczynę z twarzą pomalowaną w motyle, chłopaka w kapeluszu obsypanym cekinami. Wanda, w swoich ciemnych dżinsach i prostym podkoszulku, czuła się nudna i niewidzialna.
Kiedy zaczęłam tak się ubierać? — przemknęło jej przez myśl.
Na plecach miała stary, wysłużony plecak, który zawsze towarzyszył jej podczas młodzieńczych wypraw. Leżał latami na dnie szafy u rodziców, aż wzięła go przy okazji wizyty po powrocie z półrocznego stażu w Niemczech. Zabrała go niemal odruchowo — przypominał czas, gdy świat był otwarty, a każda decyzja niosła obietnicę. Teraz to wspomnienie bolało lekko, jak pęknięcie w tynku starego domu — niewielkie, ale wciąż widoczne. Czuła, że zaczyna dorastać. Może nawet za szybko.
Kiedy minęły rząd stoisk z jedzeniem, ich oczom ukazały się rozstawione stoliki z rękodziełem. W powietrzu unosił się zapach waty cukrowej i drewna ogrzanego słońcem. W końcu dostrzegły upragnione stoisko z piwem.
— Dziewczyny, pierwsza kolejka na mnie! — zawołała Sara, wyciągając portfel. — Dziś moje urodziny i… cieszę się, że spędzamy je razem. To najlepszy prezent! Wiecie, latem przyszłego roku ślub, potem może bobas, więc korzystajmy, póki można. Zdrowie!
Plastikowe kubki stuknęły się nad ich głowami. Trochę się wylało, a piwo było ciepłe — ale kogo to obchodziło.
— A u was? Jak po powrocie? Pewnie tęskniłaś za Filipem? Myślicie już o zaręczynach? — zapytała Mila.
Wandę przeszył chłodny dreszcz, choć na twarzy zachowała wyuczony uśmiech.
— Oczywiście — odpowiedziała lekko, choć wspomnienie powitania nadal kłuło ją gdzieś głęboko. Filip po długiej rozłące przytulił ją jak daleką krewną, poinformował, że zrobił zakupy i ugotował jej ulubione danie, po czym wyszedł pomagać w schronisku. Lubił się angażować społecznie. Jak mogła mu powiedzieć, że chciała po prostu pobyć z nim? Przecież te psy nie miały nikogo. A ona — miała jego. Nie miała prawa się skarżyć, a jednak czuła rozczarowanie — i winę, że jest egoistką.
Sara przyglądała jej się zbyt uważnie jak na zwykłą rozmowę, więc Wanda odwróciła wzrok. Na szczęście Sara przerzuciła żart na Milę:
— Akurat o to pyta nasza główna fanka związków. Przypomnij mi, jak nazywa się twój chłopak?
Dziewczyny wybuchnęły śmiechem. Mila wzruszyła ramionami z udawaną powagą:
— Winna. Jestem obywatelką świata. Trzeba spróbować wszystkiego. Teraz czas na hiszpańską krew albo angielskiego dżentelmena.
Wanda podziwiała ją — za odwagę, za lekkość. Znała jej rodziców: spokojnych, ciepłych ludzi, którzy nigdy nie narzucali córce planów. Mila studiowała anglistykę, miała podróżować tylko na chwilę, a od dwóch lat uczyła angielskiego w różnych zakątkach świata. Jej rodzice mówili, że „dobrze, że ma szansę coś zobaczyć”. Wanda wiedziała, że to szczera duma, nie tylko usprawiedliwienie.
Rozmowa potoczyła się ku wspomnieniom i planom. Julia — beztroska dusza — opowiadała, jak na swoim pierwszym festiwalu przesadziła z piwem, a jakaś para pozwoliła jej przespać się w przedsionku namiotu. Wanda zawsze podziwiała jej lekkość życia i długie blond włosy zaplecione w drobne warkoczyki, które składała zgrabnymi ruchami nawet w kolejce po hot doga. Julia była nauczycielką matematyki, choć nikt, kto ją widział, by w to nie uwierzył. Miała w sobie luz, który dzieciaki w szkole kochały.
Monika, starsza od nich o trzy lata, mówiła o marzeniu pracy z dziećmi. Rodzina jej męża prowadziła gabinet psychologiczny, a ona chciała do nich dołączyć, ale przy tym skupić się tylko na dzieciach. Wanda słuchała z nutą zazdrości — Monika zawsze wiedziała, czego chce, i potrafiła cierpliwie do tego dojść.
Paula wspomniała, że uczy się grać na ukulele. To brzmiało jak ona — spontanicznie i bez planu. Młodsza siostra Moniki, ale jej totalne przeciwieństwo. Rok temu ruszyła w podróż po Europie, zatrzymała się w małym francuskim miasteczku i zakochała w chłopaku imieniem Jean. Została. Teraz prowadzili razem piekarnię. Ostatnio prawie ją spaliła, bo zaczytała się w powieści — zorientowała się dopiero, gdy klientka wpadła do środka, pytając, czy ktoś jeszcze żyje. Paula nie nauczyła się francuskiego, a mimo to dogadywała się z Jeanem i jego rodziną. Widać było, że byli szczęśliwi. Promieniała.
Śmiech dziewczyn mieszał się z dźwiękami ze sceny. Ktoś robił próbę i grał melodię „November Rain” Guns N’ Roses. Wanda rozpoznała utwór od pierwszych dźwięków. Pamiętała ich koncert w Düsseldorfie — jej ostatni wieczór przed powrotem do domu. Uśmiechnęła się lekko. Wspomnienie muzyki było jak powiew ciepłego wiatru.
— Misja toalety! — zawołała Julia, wybudzając Wandę ze wspomnień i pociągając dziewczyny za sobą.
Wanda ruszyła, ale jej wzrok co chwilę uciekał ku straganom. Bransoletki z lawy wulkanicznej, lniane torby, ręcznie malowane kubki… Aż zatrzymała się. Na niewielkim stoisku leżał obrazek — zachód słońca, krople deszczu, ludzie tańczący w strugach. Poczuła ukłucie w sercu. Nie wiedziała, ile tak stała.
— Hej, poczekajcie, muszę coś kupić! — zawołała, ale zbyt cicho.
Odwróciła się — i zobaczyła, że dziewczyn już nie ma. Zniknęły w tłumie.
— Sara! Julia! — wołała, ale muzyka i śmiechy zagłuszały jej głos.
Sięgnęła do kieszeni. Pustka. Telefon został w namiocie. Zostawiła go „tylko na chwilę”.
Wanda rozejrzała się. Setki obcych twarzy, z każdej strony muzyka i zgiełk. Serce przyspieszyło. Spokój. Myśl jak topograf, nie turystka.
Plan był prosty: wrócić do namiotu, wziąć telefon, zadzwonić do Sary. Tylko że wszystkie alejki wyglądały tak samo. Każda inna, a jednak identyczna. Szła, próbując wychwycić punkty orientacyjne: niebieska plandeka, flaga z czaszką, sznur lampek jak z paryskiej kawiarenki.
Im dalej, tym bardziej wszystko się zlewało. Pachniało smażonym serem, piwem, kadzidłem i lawendą. Festiwalowe miasteczko było jak miasto chaosu — dzielnice tworzone przez przypadek, bez planu, a jednak pełne życia.
Zgubić się na festiwalu. Typowe dla mnie — pomyślała gorzko. Dziewczyny będą miały z tego ubaw.
Właśnie wtedy konferansjer powitał publiczność, a tłum ruszył w stronę sceny. Wanda zatrzymała się na moment, zauroczona grą świateł. Scena — jeszcze przed chwilą stalowa konstrukcja — teraz pulsowała jak serce miasta.
Piękny widok — pomyślała. Sięgnęła do plecaka po szkicownik, ale zaraz sama siebie zganiła — Nie teraz. Najpierw znajdź namiot.
Minęło może pół godziny. Z głośników dudniło „Blitzkrieg Bop”, ale Wanda była zbyt skupiona, by słuchać. Rozpoznała jedynie, że to nie jest oryginalny głos wokalisty. Analizowała namioty jak architekt — jedne przypominały kopułę Hagia Sophii, inne gotyckie katedry w miniaturze, jeszcze inne futurystyczne pawilony z EXPO. Pod drzewem siedział chłopak i majstrował coś przy gitarze. Była ciekawa, co planuje, ale nie miała czasu — teraz priorytetem był ciemnoniebieski namiot Sary.
I wtedy go zobaczyła. Na samym skraju obozowiska — stał tam z lekko przekrzywionym masztem, a charakterystyczny odcień materiału nie pozostawiał wątpliwości. Ulga rozlała się po jej ciele.
Dzięki Bogu. Może będą się śmiać tylko dwa dni, a nie pięć lat.
Prawie podskakiwała jak dziecko, które widzi budkę z lodami. Otworzyła zamek namiotu i pochyliła się nad śpiworem. Szukała telefonu. Ale… nic.
Cholera, ukradli mi go — pomyślała.
Wtedy usłyszała za sobą czyjś oddech. Nie odwracając się, rzuciła z rezygnacją:
— Nie uwierzysz, ale tak, zgubiłam się już, a na dodatek ukradli mi telefon!
Serce nagle zabiło mocniej. Wnętrze namiotu pachniało inaczej. Obco. Jakby ktoś rozpylił w nim inną historię. Powoli odwróciła głowę. W wejściu kucał chłopak — zbyt wysoki na to miejsce, oparty o stelaż z lekkim uśmiechem.
— Zazwyczaj okrada się namioty trochę później — powiedział z przekąsem. — Jak większość już jest pijana.
2
Siedział skulony w ciasnym wejściu do namiotu, z kolanami podciągniętymi i ramionami niemal wypychającymi elastyczny dach igloo. Nawet w tej skompresowanej pozycji wypełniał przestrzeń, wyglądając jak ktoś, kto czuje się tu jak u siebie.
W jej głowie, przyzwyczajonej do analizowania konstrukcji, przemknęła myśl, że maleńka powierzchnia tego namiotu jest zbyt delikatna na tak duży ciężar i naprężenie. W każdej chwili mógł przebić materiał plecami lub, co gorsza, załamać całą konstrukcję, zrywając podłogę pod naporem swojej masy.
Przez chwilę ta myśl wydała jej się nawet zabawna — katastrofa namiotowa wyrwałaby go nieprzyjemnie z jego pewnej siebie pozy i faktycznie sprowadziła na ziemię. I dałaby jej pretekst, by zniknąć.
Zamiast tego spojrzała mu w brązowe oczy, w których czaił się cień rozbawienia.
— Chyba podmieniłeś nasze rzeczy — powiedziała z pewnością, której sama się po sobie nie spodziewała. — Jeszcze przed chwilą były tu moje torby.
Uniósł kącik ust w lekkim uśmiechu.
— To moja festiwalowa tradycja. Czekam, aż ktoś rozbije namiot, a potem przejmuję go, kiedy wychodzi. Oszczędza mi to wysiłku.
— Tak myślałam — odparła, krzyżując ręce na piersi.
Zastygł w przyklęku, opierając lekko głowę o stelaż namiotu, podpierał sie rękami, aby nie upaść. Spojrzał na nią z pobłażaniem.
— A tak serio, co ty tu robisz?
— Szukam telefonu.
— Mojego? Bo twojego chyba tu nie ma. — Zmierzył ją wzrokiem. — Nie wyglądało to najlepiej, jak przeszukiwałaś moje rzeczy.
— Wcale nie przeszukiwałam! — oburzyła się Wanda. — Zostawiłam telefon pod śpiworem. Tylko… chyba nie tym.
— Naprawdę? — zapytał z ironią. — Co się stało, że tak szaleńczo go szukasz?
— Zgubiłam przyjaciółki.
Zaśmiał się krótko.
— Serio? Ile masz lat?
— Serio. Bateria padła. Chciałam podłączyć powerbank, ale dziewczyny poszły na piwo, więc wyszłam.
— Pilne sprawy.
— Tak — przyznała z zażenowaniem.
— Jeden plus punkt dla ciebie. Ale za włamanie i tak wisisz mi jedno. Jakaś kara musi być.
— Nie mam na to czasu. Muszę znaleźć namiot. Masz telefon?
— Mam. Chcesz go skroić, bo nic nie znalazłaś?
— Nie. Chciałam tylko zadzwonić. Możesz stać obok, żebym ci nie uciekła.
— Do siebie?
— Nie, do przyjaciółki. Jak sobie przypomnę numer. — Zamyśliła się, po czym machnęła ręką. — Albo… masz Instagram?
— Nie.
— Nie masz?
— Nie mam Instagrama ani internetu.
— Żartujesz?
— Telefon na kartę, najprostszy abonament. Mam znajomych i muzykę, wystarczy. Nie potrzebuję rozpraszaczy.
— A twoi znajomi?
— Dojadą później. A poza tym — przerwał, marszcząc brwi — czemu ja ci się tłumaczę? To ty włamałaś się do mojego namiotu.
— Dobra, już idę — rzuciła z irytacją. Dopiero teraz poczuła rumieniec na policzkach. Zaskoczyło ją, że nie uciekła natychmiast, tylko odpowiadała mu z uporem. — Przepraszam, że zajęłam czas jaśnie panu.
— Wybaczam — mruknął, odwracając się. Kiedy przechodziła obok, poczuł jej zapach — kokos i coś jeszcze, czego nie potrafił nazwać. Zapamiętał go.
Wanda szła, kipiąc z nerwów. Co za wkurzający typ. Nie weszłam tam specjalnie. Przeprosiłam, a on jeszcze się czepia. Na bank jest sam, bez znajomych. Pewnie wszyscy go unikają.
On z kolei patrzył za nią z rozbawieniem, widząc, że naprawdę nie wie, dokąd iść.
— Który raz na festiwalu? — zawołał.
— Na tym pierwszy. — Odwróciła się. — To ulubiony festiwal Julii. Świętujemy urodziny Sary. A poza tym, co cię to obchodzi?
— Spokojnie. Pytam z ciekawości. Jestem tu siódmy raz. Znam każdy skrót. Mogę pomóc. Pod warunkiem, że kupisz mi piwo.
— Nie mam czasu na piwo. Muszę znaleźć dziewczyny, zanim się ściemni. To mój pierwszy festiwal od pięciu lat i nie zamierzam spędzać go z kimś takim jak ty. — spojrzała na niego surowo, chcąc jak najszybciej zakończyć tę rozmowę.
— Uff, dzięki Bogu, bo ty też nie jesteś moim typem. Nie gustuję w złodziejkach ani dziewczynach, które wpadają do namiotu bez zaproszenia. Nie jestem łatwy, musisz się trochę postarać, żeby mnie zdobyć.
— Mówiłam ci… — zaczęła, ale urwała. — Nieważne. Nie, dziękuję. Poradzę sobie sama.
— Jeśli obiecam, że będę milszy, przyjmiesz pomoc? — spytał z udawaną powagą. — Nie zostawia się kobiety w potrzebie.
— Nie jestem kobietą w potrzebie.
— A kim?
— Dziewczyną, która chwilowo straciła orientację.
Spojrzał na nią z rozbawieniem.
— To co, zgoda?
Wanda rozejrzała się dookoła. Nie widziała nikogo znajomego. Nie wiedziała nawet, gdzie jest. Tłum wzbierał z każdą godziną. Nie miała planu. Zrezygnowana westchnęła.
— Dobra. To co, piwo?
— No, i teraz mówisz w moim języku.
Ruszyli wzdłuż namiotów.
— To masz jakiś plan? — zapytał, wkładając ręce do kieszeni.
— Kupię nam piwo i pomyślimy — odparła Wanda. — Powiem ci, gdzie byłam i gdzie na pewno nie ma mojego namiotu.
— Okej, to zawsze coś.
Szli w milczeniu przez festiwalowe alejki. Powietrze pachniało trawą, kurzem i smażonym jedzeniem z foodtrucków. On, idąc obok, przyglądał się jej kątem oka. Była szczupła, ale nie za bardzo. Miała pełne usta i mały, zabawny nosek — taki, który jakoś nie pasował do reszty, ale właśnie dzięki temu przyciągał wzrok. Dopiero po chwili zauważył kolczyki z Johnnym Bravo. Okej, pomyślał. Nie może być nudna.
Wanda czuła się nieswojo. Z każdą minutą jej pewność siebie topniała. W głowie przez chwilę przemknęła myśl, żeby po prostu odbić w bok i zniknąć między namiotami. Ale nie zrobiła tego.
— Naprawdę jesteś tu siódmy raz? — zagadnęła, żeby przerwać niezręczną ciszę.
— Tak. To najlepszy festiwal na świecie. — Uśmiechnął się lekko. — Pierwszego dnia mamy noc coverów. Lecą klasyki i mniej znane kawałki, a drugiego dnia zespoły grają swoje nowości. Nigdy nie jest nudno.
Odsunął z czoła kosmyk włosów.
— Mam nawet swoją grę na pierwszy dzień. Jeśli chcesz, możemy w nią zagrać. Za każdym razem, gdy poleci nowy utwór, punkt dostaje ten, kto pierwszy poda tytuł i wykonawcę.
— Wyzwanie przyjęte — odpowiedziała z lekkim uśmiechem i wyciągnęła rękę. — Ale mam nadzieję, że nie będziemy grać za długo. Muszę znaleźć dziewczyny.
On spojrzał na nią, odwzajemnił uśmiech i uścisnął jej dłoń. W tym momencie z głośników popłynęły pierwsze nuty.
— „Come Together”. The Beatles — rzucił natychmiast.
Wanda spojrzała na niego z krzywym uśmiechem.
— Tak, to idealnie do nas pasuje.
Parsknął śmiechem.
— Koleżanka ma poczucie humoru. Fantastycznie, już myślałem, że utkniemy w tej niezręczności.
— Miałeś być miły — przypomniała mu z udawaną surowością.
— Dobrze, będę. A propos, jak ta „wbijaczka do obcych namiotów” ma właściwie na imię?
Wanda zawahała się tylko chwilę. Czuła, że to dobra okazja, żeby na moment zrzucić starą skórę i pobawić się w kogoś innego.
— Dzisiaj mam na imię Maja.
— A jutro? — zapytał z lekkim uśmiechem.
— Zapytaj jutro.
Oboje wybuchnęli śmiechem.
— Okej, jesteś Maja. Dzień dobry, Maju.
— A ty? — spojrzała na niego. — Chyba kultura nakazuje się w tym momencie przedstawić.
— Ty jesteś Maja, a ja jestem M.
— M.? — uniosła brwi. — Serio? To twoje najlepsze zagranie?
— No dobra, a tak poważnie — M. ruszył w stronę stoiska z napojami. — Gdzie twoim zdaniem może być ten namiot? Jakiś punkt orientacyjny?
Maja zamyśliła się, próbując odtworzyć w głowie mapę.
— Pamiętam, że rozbijałyśmy się gdzieś przy niebieskiej plandece, na lewo od rzędu namiotów, które wyglądały jak małe kopuły… — urwała, widząc jego minę. — No tak, zapomniałam, że patrzę na to okiem architekta.
M. roześmiał się głośniej.
— Oko architekta? Co to w ogóle znaczy?
— To znaczy, że zamiast ludzi widzę konstrukcje, a w chaosie próbuję znaleźć porządek. Wiesz, strukturalny instynkt.
— Strukturalny instynkt? — powtórzył, rozbawiony. — Brzmi jak tytuł filmu.
— Tylko bez Sharon Stone — odparła sucho.
Tym razem naprawdę się roześmiał, a w jego oczach pojawiło się coś więcej niż rozbawienie — coś w rodzaju uznania.
— Dobra, pani architekt. Czyli niebieska plandeka i miniaturowe kopuły. — Pokiwał głową. — Damy radę. Najpierw piwo, potem ratowanie architekta w potrzebie.
— Zakład, że do końca naszego spotkania odgadnę twoje prawdziwe imię?
— Okej, ale wtedy ja tobie stawiam piwo.
Szli chwilę w milczeniu, wypatrując znajomych namiotów.
— Masz na imię Leon! — krzyknęła nagle Maja.
M. spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Serio? Ze wszystkich imion wybrałaś Leon?
— Czasem najbardziej nieoczywista odpowiedź okazuje się prawidłowa.
— Wyczytałaś to w gazetce dla nastolatek?
— Spadaj! — fuknęła, ale śmiała się, zanim skończyła mówić.
Odwrócił się nagle i spojrzał na nią poważnie.
— Możesz, proszę, chwilę na mnie poczekać?
Maja potaknęła, a on ruszył w stronę chłopaka z gitarą, który nadal coś stroił. Jego palce delikatnie biegały po strunach, jakby próbowały wydobyć z nich idealne brzmienie. Maja patrzyła na nich z rosnącym zaciekawieniem. Zauważyła, jak witają się pewnym, serdecznym uściskiem dłoni, potem śmiechy, krótkie spojrzenia pełne zrozumienia — jakby znali się od lat, może nawet od zawsze.
Wokół rozlewał się festiwalowy gwar — rozmowy, śmiech, nawoływania, odległe echa muzyki z innych scen. Powietrze pachniało kurzem, dymem z grilli i słodkawą wonią kwiatów, które ktoś musiał przynieść z pobliskiego lasu.
Po chwili chłopak skinął głową i wrócił do strojenia instrumentu, a M. z uśmiechem pełnym satysfakcji podszedł z powrotem do niej, ruszając głową w rytm muzyki. Usłyszała pierwsze takty piosenki, którą tak lubiła
— „You Shook Me All Night Long”! — rzuciła Maja triumfalnie, zanim jeszcze zdążył się odezwać. Chciała pokazać, że nie zamierza odpuszczać ich gry, choć czuła, jak policzki zaczynają jej różowieć.
M. spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, a potem uśmiechnął się, jakby właśnie przypomniał sobie ich umowę.
— Tytuł się zgadza — powiedział z uznaniem. — A wykonawca?
— AC/DC — odparła tonem, jakby to było oczywiste.
— Jeden do jednego. Ale to było łatwe — przyznał.
— Znasz go? — zapytała, wskazując na chłopaka z gitarą.
— A co, chcesz numer? — odparł z błyskiem w oku. — Choć może być ciężko zadzwonić, skoro nie masz telefonu.
Maja skrzywiła się lekko i spojrzała na niego krzywo.
— Nie, dziękuję. Mam kogoś.
Słowa wymknęły się jej szybciej, niż zdążyła je powstrzymać. Nie było w nich ani dumy, ani pewności — raczej coś kruchego, coś, co zabrzmiało jak żal. Dopiero teraz dotarło do niej, że od początku tej przygody ani razu nie pomyślała o Filipie. Nie był pierwszym, do kogo chciała zadzwonić. Nie pamiętała nawet jego numeru. Następnym razem powinnam sobie kupić bransoletkę jak dzieci — z numerem telefonu, pomyślała gorzko.
M. wyczuł zmianę bez słów. Na jego twarzy przemknął cień powagi. Nie dopytywał, nie komentował — tylko pozwolił jej mieć ten moment dla siebie. W tym milczeniu było coś w rodzaju cichego szacunku.
— Po prostu zastanawiam się, co będzie grał — powiedziała po chwili, próbując wrócić do lekkiego tonu. — Mijałam go raz.
— Nie pamiętam, jak ma na imię. Pewnie już się sobie wiele razy przedstawialiśmy, ale wstyd mi zapytać kolejny raz. Wiem tylko, że przyjeżdża tu co roku i zawsze gra ten sam utwór. W zeszłym roku było „Ain’t No Sunshine” — chyba wtedy rozstał się z dziewczyną. Jestem ciekaw, co wybierze tym razem — wyjaśnił M.
Maja skinęła głową i uśmiechnęła się półgębkiem.
— Kamil. Masz na imię Kamil.
M. skrzywił się teatralnie.
— Kamil to był mój największy wróg z piaskownicy. Zawsze rozwalał mi babki z piasku. Nie wymawiaj tego imienia przy mnie.
— To bądź miły — odparła z przekąsem, unosząc brew.
W tym momencie chłopak z gitarą zaczął grać. Dźwięki płynęły nieśmiało, trochę nierówno, ale było w nich coś prawdziwego. Kilka osób przystanęło, jakby chcieli zatrzymać ten drobny moment ciszy w środku festiwalowego chaosu.
Maja słuchała jak zahipnotyzowana. Nie rozpoznawała melodii, ale czuła, że coś w niej pęka. Dźwięki były obce, a jednak dziwnie znajome.
— „Have You Ever Seen the Rain” — powiedział M. cicho. — CCR.
Jego głos, zwykle lekki i ironiczny, teraz złagodniał.
Dla Mai ta piosenka była jak światło przesączające się przez szkło — miękka, ale przenikająca. W hałasie festiwalu nagle poczuła spokój. Deszcz, który słyszała w tej melodii, padał tylko w jej głowie.
M. patrzył na nią uważnie. Widział, jak słucha, jak w jej oczach odbija się coś, czego nie potrafił nazwać.
— Dwa do jednego dla mnie — powiedział po chwili, próbując rozładować napięcie.
— Chyba żartujesz! — oburzyła się Maja, wyrywając się z zamyślenia. — To nie ze sceny, więc się nie liczy!
— No dobra, niech będzie. Jeśli boisz się przegrać — dodał z uśmiechem. I zaczął iść przed siebie.
W tej samej chwili ze sceny popłynął nowy utwór.
— „Zombie”! Cranberries! — zawołała Maja, z tą iskrą triumfu w oczach.
Odwrócił się rozbawiony w jej stronę.
— To nie rock. To krzyk w rytmie rocka — skomentował M., ale Maja już nie słuchała. W jej głowie ten krzyk był odbiciem wszystkiego, co w sobie tłumiła.
— Nie znasz się — rzuciła i oboje wybuchnęli śmiechem, który rozwiał napięcie.
— Henryk — powiedziała po chwili Maja, z błyskiem w oku. — Masz na imię Henryk.
— Król Henryk, jeśli już — odparł M. z udawanym dostojeństwem, poprawiając włosy. — Ale nie próbuj dalej.
— Wasza Wysokość wybaczy, ale korona chyba trochę krzywo leży — zaśmiała się, wskazując na jego rozczochraną czuprynę. Poczuła, jak ciężar, który nosiła na ramionach od rana, nagle staje się o połowę lżejszy.
3
Maja szła za mężczyzną. Mimo że miała buty, czuła pod stopami suchy, piaszczysty grunt, który przy każdym kroku skrzypiał lekko, jakby podpowiadał jej, że wciąż idzie w nieznane. Drobinki kurzu unosiły się w powietrzu i osiadały na jej sneakersach oraz spodniach, zostawiając matowy nalot. W rozgrzanym powietrzu mieszały się zapachy: lepka woń słońca, dym papierosowy i aromat rozlanego piwa. Do tego dochodził intensywny zapach smażonych kiełbasek, kukurydzy z masłem i waty cukrowej — wszystko razem tworzyło kakofonię woni, jak muzyka grana jednocześnie z pięciu scen.
Mijali rzędy kolorowych namiotów, z których każdy próbował przyciągnąć uwagę bardziej niż poprzedni. Jeden obwieszono plastikowymi flamingami, z drugiego dobiegało głośne disco lat osiemdziesiątych, a obok ktoś rozłożył prowizoryczny „salon” tatuażu z henny pod gołym niebem. W powietrzu drżał cichy śmiech ludzi. Maja na moment przystanęła, spoglądając na chłopaka, który tatuował coś dziewczynie na kostce. Pomyślała, że zawsze chciała mieć tatuaż, ale nigdy nie potrafiła znaleźć motywu, który zostałby z nią na dłużej niż jeden dzień.
— No i jak, zgadzasz się, że to trochę jak miasteczko w miniaturze? — odezwała się po chwili, chcąc przełamać ciszę. Jej głos zabrzmiał nieco zbyt głośno, jakby próbowała nadać ich spacerowi bardziej cywilizowany ton. — Drewniane konstrukcje, wąskie uliczki… trochę jak w Rumunii, a może nawet jak w południowej Francji.
— Może — odparł, odwracając się przez ramię. W jego oczach mignęło rozbawienie. — Masz szczęście, to jedno z najlepszych miejsc, żeby się zgubić. Chaos jest niedoceniany. — Zrobił krótką pauzę, po czym dodał z lekkim przekąsem: — Ale ty chyba wolisz mieć wszystko pod kontrolą, co?
Maja uniosła podbródek, jakby chciała ukryć lekkie zakłopotanie za pozą pewności siebie.
— Wcale nie. Po prostu lubię wiedzieć, dokąd idę.
— I dlatego zgubiłaś się w labiryncie festiwalu? — spytał z tym tonem, który sprawiał, że przez sekundę miała ochotę przyznać mu rację. Zacisnęła jednak usta i milczała.
Ktoś w przebraniu królika przebiegł obok, trzymając w dłoniach dwie gigantyczne porcje frytek. Maja roześmiała się pod nosem, potrząsając głową. Kiedy spojrzała na mężczyznę, zauważyła, że też się uśmiecha. Właśnie wtedy dotarli do małego browaru ukrytego w bocznej uliczce. Drewniany szyld, chwiejący się na wietrze, skrzypiał cicho, a z wnętrza dobiegał gwar rozmów i brzęk kufli.
— To jest to, które zawsze tu piję — powiedział, wskazując na jedno z piw w menu zapisanym kredą na tablicy. — Rzemieślnicze, trochę droższe, ale ma w sobie coś… — zawahał się, mrużąc oczy, jakby szukał odpowiedniego słowa — …coś wyjątkowego. Duszę.
— A jednak filozofujesz! — Maja uniosła brwi z lekkim uśmiechem, zamawiając to samo. — No dobra, jeśli w piwie jest dusza, to spróbuję. Masz na imię Platon?
— Właściwie to Elvis Presley, ale nie mów nikomu. Staram się unikać fanów — skwitował, unosząc kącik ust.
— Ha, ha. Bardzo śmieszne. To ty zacząłeś filozofować — odpowiedziała, poprawiając włosy, które przykleiły się jej do policzka.
— Ja? Skądże! — roześmiał się, a jego śmiech zabrzmiał lekko i ciepło. — Po prostu w piwie, jak w życiu, szukam czegoś więcej niż tylko… płynu. Takimi rzeczami trzeba się delektować, cieszyć z tego, co się ma.
M. przyniósł po chwili dwa piwa. Gdy stawiał je na stole, piana przelała się delikatnie przez krawędź plastiku. Maja, obserwując go ukradkiem, zastanawiała się, jakie imię mogłoby do niego pasować.
— Ricardo? — rzuciła z udawaną pewnością, opierając łokieć o stół.
— Ricardo?! — parsknął śmiechem tak głośno, że kilka osób przy barze odwróciło głowy. — Brzmi jak z telenoweli. Chyba sporo takich oglądałaś.
— No dobra… czyli nie egzotycznie. To może Norbert?
Skrzywił się teatralnie, unosząc brew.
— Tak miał na imię mój nauczyciel matematyki. Był koszmarny. I codziennie nosił tę samą koszulę w czerwoną kratę.
Maja zachichotała, podnosząc kufel do ust. Zanim zdążyła wymyślić kolejną propozycję, z głośników popłynęła nowa piosenka.
— „She Moves in Her Own Way” zespołu The Kooks — powiedział z dumą.
Melodia ze sceny wypełniła wnętrze prowizorycznego browaru lekkością, której Maja potrzebowała po całym upale i kurzu. Zamknęła na chwilę oczy i pozwoliła, by rytm utworu rozluźnił jej ramiona. Delikatnie kiwała głową, a on, widząc to, uśmiechnął się pod nosem, jakby zapamiętywał ten moment.
— No proszę — mruknął z udawaną powagą. — Jednak potrafisz się wyluzować. Myślałem już, że jesteś robotem.
— Czasem zachowaj komentarze dla siebie — odparła spokojnie, a jej spojrzenie zatrzymało się na jego twarzy. W jego oczach migotało coś pomiędzy żartem a ciekawością, coś, co sprawiało, że trudno było oderwać wzrok.
Wyjęła z plecaka notatnik i kilka ołówków.
— No to już wiem, kim jesteś — powiedział z przekornym uśmiechem. — Artystką. To by wiele wyjaśniało.
— Przestań — machnęła ręką, ale jej policzki delikatnie zaróżowiły się. Gdy położyła notes na stoliku, on pochylił się, by zajrzeć do środka. Oglądał szkice: pałace, wiejskie domki, wąskie kamienne uliczki. Wszystko rysowane ze starannością i czułością.
— Są świetne — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do niej. — Naprawdę to ty naszkicowałaś?
— Tak. To mnie odpręża…
Zanim zdążyła dokończyć, zabrał jej ołówek i zaczął szkicować prowizoryczną mapę festiwalu — z polami namiotowymi, straganami, sceną główną i diabelskim młynem.
— Maja, tutaj diabelski młyn? — jej oczy rozbłysły.
— Na pewno nie masz pięciu lat? — zażartował, ale uśmiechnął się kącikami ust.
— A ty jesteś stary! — odparła natychmiast.
— Oczywiście, że jest. Jak na każdym festiwalu. Naprawdę go nie zauważyłaś? Patrz tam.
Spojrzała w stronę, którą wskazał. Gdy zobaczyła błysk świateł nad tłumem, jej twarz rozjaśnił uśmiech.
— Muszę tam iść! — zawołała, a jej oczy błyszczały jak u dziecka. Mężczyzna przyglądał się jej, lekko przechylając głowę. Zastanawiał się, kim właściwie jest ta dziewczyna. Z jednej strony pragnęła kontroli, z drugiej — potrafiła cieszyć się drobiazgami, które inni dawno przestali zauważać. Zaczeła go intrygować.
Ich kufle były już prawie puste, gdy z głośników popłynął kolejny utwór. Tym razem Maja nie miała szans.
— „Snap Out of It” — Arctic Monkeys — powiedział błyskawicznie, unosząc ręce w geście triumfu. — Prowadzę! Piwo i muzyka — to moje specjalizacje.
— Jeszcze nie znaleźliśmy namiotu — odparła, unosząc brew. — Wszystko się jeszcze może zdarzyć.
Poza prowizorycznym browarem festiwal pulsował życiem: gwar rozmów, pojedyncze okrzyki, śmiechy, mieszanka muzyki z różnych stron. W środku browaru czas płynął wolniej, jakby ktoś przyciszył świat. Maja czuła jednak, że to tylko chwilowy oddech przed kolejną falą chaosu. Nie była pewna, co ma zrobić. Zaufać mu? Tylko problem, bo nie potrafiła być sama, no i ten jej całkowity brak planu.
Po wyjściu M. wyciągnął z kieszeni narysowaną mapę festiwalu. Papier zagiął się na rogu, a linie rysowane ołówkiem wyglądały jak ścieżki z dziecięcej zabawy. Uśmiechnął się, widząc jej lekkie wahanie, czy mu zaufać.
— Nie martw się, jestem niegroźny — starał się ją uspokoić.
Maja zaczynała czuć się swobodnie. W jej sercu nie było już miejsca na wstyd. Wanda — jej prawdziwe imię — została gdzieś daleko. On znał tylko Maję, i tak miało pozostać. Sama zaczynała lubić tę wersję siebie — odważną, pewną, potrafiącą postawić na swoim. Była ciekawa, na co jeszcze stać Maję.
— Dobra, generale — powiedziała z lekkim uśmiechem, unosząc brew. — Prowadzisz nas do zwycięstwa? O, wiem! Masz na imię Władysław! — zawołała triumfalnie.
— Chyba nie ta generacja. Dziewczyno, skąd ty bierzesz te imiona? Ja przynajmniej mam plan, a ty masz tylko Władysława — zaśmiał się, po czym spoważniał. — Słuchaj, jesteśmy w pierwszym kwartale. Przejdziemy przez to pole namiotowe, a potem skierujemy się na pola w pobliżu głównej sceny.
Maja, już dużo bardziej rozluźniona niż wcześniej, roześmiała się szczerze.
— To chyba nie najlepszy moment, żebyś tak dumnie się wypowiadał — powiedziała, mrużąc oczy. — Zwłaszcza że ja, w przeciwieństwie do ciebie, wiem, jak wygląda mój namiot.
— Chcesz przejąć dowodzenie? — podał jej mapę.
— Nie, zachowaj ją. Pozwolę ci się wykazać.
Spojrzał na nią poważniej, ale w kącikach jego ust czaił się uśmiech.
— Właśnie. Mam plan. Tak więc — niech mnie poprowadzą!
Ruszyli w głąb pola namiotowego. Mijali namioty obwieszone flagami różnych państw: Polski, Włoch, Hiszpanii, a nawet Argentyny. Zewsząd dobiegały głosy w wielu językach, mieszające się z rytmem bębnów i gwarem tłumu. Maja miała wrażenie, że dopiero teraz dostrzega prawdziwą różnorodność tego miejsca — kalejdoskop ludzi, dźwięków i barw, w którym przez chwilę czuła się częścią czegoś większego.
— Co widzisz? — zapytał M. z ciekawością.
Ona, wciąż patrząc oczami architekta, zawahała się na moment, po czym zaczęła mówić cicho, jakby komentowała plan miasta.
— Ten z flagą Włoch ma konstrukcję jak małe, kamienne domki w Toskanii. A ten z flagą Argentyny… — zmrużyła oczy — …ma w sobie coś z ich barwnej, chaotycznej energii.
— A ludzie? — dopytał łagodnie, pochylając się lekko w jej stronę, jakby chciał, by zobaczyła coś więcej niż tylko formy i kolory.
Zamilkła, przestępując z nogi na nogę. Jej spojrzenie powędrowało po twarzach mijających ich ludzi.
— Niektórzy są zmęczeni słońcem, inni już trochę podpici, ale wszyscy mają ten sam błysk w oczach. Śpiewają, śmieją się, patrzą w niebo… — urwała, po czym dodała ciszej: — Wszyscy są tu po to, żeby przez chwilę poczuć się wolnymi.
Z głośników popłynęły pierwsze nuty kolejnego utworu. Maja uniosła głowę, a w jej oczach pojawiła się iskra.
— To znam! — powiedziała z entuzjazmem. — Zawsze słucham tego w drodze do pracy. „I Will Wait”, Mumford & Sons. Punkt dla mnie, i to w jakim stylu! Panie i panowie ta dama jest znów w grze.
M. uśmiechnął się pod nosem.
— Możesz przecież udawać, że znasz tytuł — zażartował, obserwując, jak przez jej twarz przenika dumny uśmiech.
— Nie udaję. Pewnie wstyd ci się przyznać, że nie znasz takiej piosenki. — Zmrużyła oczy i uniosła kącik ust. — No dobra, a ty co widzisz, M.? A może… Marcin? Co widzisz, Marcin?
— Nie mam pojęcia, co widzi Marcin — odparł spokojnie. Maja uniosła brew, czekając na ciąg dalszy. — Marcin to imię dla miłego sąsiada, którego spotyka się na spacerze z psem. A ja… — jego głos na moment złagodniał — …ja widzę ludzi, którzy naprawdę są „tu i teraz”. Słyszę ich śmiechy, muzykę, rozmowy. Czuję ten puls, który drży w powietrzu. I widzę też to, co się stanie, gdy to wszystko się skończy — kiedy trzeba będzie wrócić do codzienności, w której śmiech nie brzmi już tak często.
Zamilkł. Poczuła, że się odsłonił, choć starał się tego nie okazać. On również to wyczuł i odchrząknął, zmieniając temat. Idąc chwilę w ciszy, Maja myślała o tym, co powiedział. Rzeczywiście, już się tyle nie śmiała co kiedyś, a dziś — tak. I to przez niego. Po głowie chodziła jej myśl, że może nie powinna się tak dobrze bawić.
Scena znów odezwała się z nowymi dźwiękami.
— „What You Know” — Two Door Cinema Club — rzucił, odzyskując lekkość. — I dama znów w tyle.
— Masz rację, trzeba będzie kiedyś wrócić — odpowiedziała cicho, z czułością, której sama się nie spodziewała. — Ale do tego czasu spróbujmy się już nie zgubić. A ja ci pokażę, co ta dama potrafi.
M. spojrzał na nią z miękkim uśmiechem.
— Mam tylko nadzieję, że naprawdę wiesz, jak wygląda twój namiot. I że setki innych ludzi nie kupiły identycznego.
Maja roześmiała się, potrząsając głową. W duchu pomyślała, że on pewnie ma rację. Co, jeśli takich namiotów ja Sary, były dziesiątki? Kiedy Sara go kupiła? I gdzie?
Ruszyli dalej w głąb festiwalowego zgiełku. Maja czuła, że misja poszukiwawcza potrwa dłużej, więc w końcu przyznała:
— Właśnie sobie przypomniałam, że muszę coś zjeść. Zaczynam tracić siły — powiedziała, przeciągając się lekko. — Jak jestem głodna, robię się marudna.
— Tylko jak jesteś głodna? — M. przewrócił oczami, ale w jego tonie brzmiała rozbawiona troska. — A jesteś pewna, że twoje przyjaciółki cię nie zgubiły celowo? — dodał z przekąsem.
— Jestem fantastyczną towarzyszką! Na pewno tęsknią i się martwią. — Udając oburzenie, oparła dłonie na biodrach. — Poza tym jesteś okropny! Właśnie dlatego musimy coś zjeść. Bo nie chcę się zmienić w Zgredka.
— W takim razie przerwa strategiczna — podsumował i zaczął się rozglądać za stoiskami z jedzeniem. — Z tym nie mogę dyskutować.
Szli przez tłum — obok ktoś biegł owinięty we flagę i tylko w nią, inny tańczył z butelką w dłoni. W powietrzu unosił się pył, a z głośników popłynęły znajome akordy.
— „Scar Tissue”, Red Hot Chili Peppers — rzuciła natychmiast. — Jestem w tym naprawdę świetna.
On spojrzał na nią i otworzył usta, by coś powiedzieć, a wtedy jego telefon zawibrował. Spojrzał na ekran. Nie odszedł, rozmawiał przy niej.
— Tak, muszę coś zjeść i ogarnąć parę rzeczy, ale zaraz będę. Tak, namiot jest tam, gdzie w zeszłym roku. — powiedział do słuchawki. — Odezwę się, jak będzie po wszystkim.
Gdy odłożył telefon, Maja uniosła brew.
— Twoi znajomi nie mogą pomóc w poszukiwaniach? — w głosie było słychać nadzieję.
— Gdyby pomogli, poznałabyś moje imię — odparł z lekkim uśmiechem. — A przecież masz je odgadnąć sama.
— Okej, czyli nie jesteś Dawid? — zapytała z rozbawieniem.
— Tak, oczywiście, jestem Dawid. Raz do roku uciekam z muzeum we Florencji, żeby wpaść tu na festiwal. — Pokiwał głową z udawaną powagą.
Maja parsknęła śmiechem.
— Chciałbyś być Dawidem. Ja do dziś mam jego miniaturową kopię na biurku.
— Nigdy nie chciałbym nim być. Wyobraź sobie cały czas stać nago. Na co masz ochotę? — zapytał, nagle poważniejąc. — Nie pozwolę, żebyś mi tu padła z głodu.
— Skoro ty wybierałeś piwo, ja wybiorę jedzenie. Burgera — szybko, konkretnie i bez zbędnych filozofii.
Stanęli w kolejce do food trucka, który znajdował się niedaleko. Z wnętrza dobiegał syk tłuszczu, zapach mięsa mieszał się z karmelizowaną cebulą i dymem z grilla, co sprawiło, że oboje poczuli się bardzo głodni. Ludzie wokół śmiali się, ktoś grał na ukulele, a dziewczyna obok śpiewała refren piosenki w języku, którego oboje nie rozpoznali.
— Dwa burgery i jedną porcję frytek — zamówiła Maja.
— Jedną? — uniósł brew M.
— Tak, będziemy się dzielić. Nie zjem całej, a nie wyrzucam jedzenia. I nie dyskutuj, to decyzja ostateczna.
M. tylko uśmiechnął się pod nosem.
— Tak jest szefowo.
Po chwili siedzieli w cieniu, z tackami w rękach. Maja oparła głowę o drzewo, wsłuchując się w melodię — znajomą, ale nie potrafiła dopasować tytułu i wykonawcy.
— „Last Nite” — The Strokes — dodał bez pośpiechu.
— No nie! — zaprotestowała Maja. — Przez ten hałas nie mogłam się skupić!
— Wymówki. Trzeba umieć przegrywać z godnością — stwierdził z szelmowskim uśmiechem.
Jedli w milczeniu. Sos spływał po jej dłoni, a Maja oblizała palce, śmiejąc się cicho.
— To najlepsze burgery, jakie jadłam — stwierdziła z zachwytem.
— Jadłem lepsze — odparł beznamiętnie, choć w oczach błyszczał mu uśmiech.
— Czy jest coś, co kiedykolwiek cię zadowoliło?
— Jeszcze nie — rzucił, a potem dodał ciszej: — Ale może dziś. Jak się w końcu ciebie pozbędę.
Maja wiedziała, że on żartuje. Poczuła ciepło, które nie miało nic wspólnego z upałem. Skupili się na jedzeniu, czuli jakby znali się od lat. W tle rozbrzmiały nowe dźwięki, które przerwały im posiłek.
— „Gold on the Calling”! — krzyknęła z entuzjazmem.
M. zachichotał.
— Prawie. „Gold on the Ceiling” — The Black Keys.
— Pan mądrala — mruknęła, szturchając go łokciem. — Na pewno masz na imię Teodor? Jak mój nauczyciel geografii — taki wszystko wiedzący.
— Znowu pudło. — Uśmiechnął się, rozsiadając wygodniej.
— Uwielbiam festiwale — westchnęła, przymykając oczy. — Zawsze czułam się na nich jak na innej planecie. Muzyka, która przechodzi aż do duszy… i ludzie, którzy zachowują się, jakby znali cię od lat.
— Ja lubię siedzieć i słuchać muzyki — powiedział cicho, niemal szeptem. — Zamykam oczy i przenoszę się. Tutaj czas płynie inaczej. — W prawdziwym świecie biegasz z telefonem i kalendarzem w ręku. A tutaj liczy się tylko to, czy twoje ciało poczuje tę piosenkę. W codzienności słuchasz czegoś i przechodzisz obok. Tutaj… tutaj stajesz się częścią muzyki.
Oni siedzieli i słuchali a wokół toczyło się życie — piłka plażowa wędrowała od rąk do rąk, ktoś podrzucał dziewczynę w powietrze. Jakaś para robiła sobie selfie na tle tłumu. Ktoś szukał Zbyszka.
— A jak tam twoje okno architekta? Co widzisz teraz? — zapytał półżartem.
Maja rzuciła mu spojrzenie spod przymkniętych powiek.
— Oko, nie okno. I może przestań wszystko wyszydzać. Nie miałeś nigdy czegoś, co naprawdę miało dla ciebie sens?
W tym momencie obok nich przeszedł chłopak z gitarą — ten sam, który wcześniej stroił instrument. Zagrał „Have You Ever Seen The Rain”. Maja zamknęła oczy. Czując spokój, który sam ją zaskoczył.
— Ten utwór zaczyna mi się naprawdę podobać — powiedziała. — Nie wiem tylko, czy jest wesoły, czy smutny.
Siedzieli obok siebie, ale z przestrzenią między nimi. W ich ciszy było teraz coś naturalnego, coś co łaczy ludzi, którzy znają się od lat. Słońce było jeszcze wysoko na niebie, a światło ślizgało się po ich twarzach. Gdzieś w oddali słychać było wiwatujący tłum, jak oddech samego festiwalu.
Maja czuła, że pierwszy raz od dawna jest „tu i teraz”. Nie myślała o Filipie, o namiocie, ani o tym, kim naprawdę jest. Była Mają — lekką, wolną, obecną, słuchająca muzyki.
M. przyglądał się jej ukradkiem, zaskoczony tym, jak dobrze się przy niej czuje. W końcu odchrząknął.
— Chodź księżniczko — powiedział cicho. — Musimy iść dalej. Zostało jeszcze kilka miejsc a do północy niedaleko.
— A co? O dwunastej musisz byc w śpiworze? — była dumna ze swojej uwagi.
— Auć, na pewno się najadłaś? Niemiła jesteś — M. nie dawał za wygraną.
Powoli przedzierali się w stronę strefy koncertowej, a każdy krok wciągał ich głębiej w wir festiwalu. Wokół pulsowało życie — z oddali dobiegały basy, które drżały w powietrzu, jakby serce całego wydarzenia biło gdzieś przed nimi. Zapach smażonych burgerów, przypalonego sera i słodkiego, lepkiego piwa mieszał się w gęstym powietrzu, które aż tętniło kurzem.
Maja miała na sobie czarny T-shirt i ulubione ciemnoniebieskie jeansy, które do połowy łydek były już szare. Włosy, rozjaśnione słońcem, były lekko splątane od wiatru, a na nadgarstkach brzęczały kolorowe festiwalowe opaski. M., idący obok, trzymał dłonie w kieszeniach luźnej bluzy z podwiniętymi rękawami; na jego lewym przedramieniu widniał tatuaż gitary, a ciemne włosy miał potargane, jakby wiatr specjalnie układał je w artystyczny nieład.
— Mogę zapytać, jak to w ogóle możliwe, że się zgubiłaś? — odezwał się po chwili, z uśmiechem, w którym nie było już kpiny. — Chyba że zrobiłaś to specjalnie?
Maja teatralnie przewróciła oczami.
— Oczywiście, że nie! — odparła, a jej głos na moment przycichł. — To… trochę wstydliwe.
Nagle zza tłumu dobiegły charakterystyczne akordy. Zmrużyła oczy, nasłuchując.
— The Killers, „Mr. Brightside”! — krzyknęła, a jej twarz rozświetlił uśmiech. — Jeden z moich ulubionych!
M. spojrzał na nią z czymś, co wyglądało jak czysta sympatia.
— Punkt dla ciebie. Więc? Co się takiego wstydliwego stało?
Podmuch wiatru przyniósł z pobliskiego stoiska zapach przyprawionych frytek. Maja, czując, że moment jest dobry, zaczęła mówić:
— Zatrzymałam się przy stoisku z rękodziełem. Był tam obraz… obrazek, ilustracja. Sama nie wiem, jak się nazywał, ale wiem, że to była akwarela. Wszystko wydawało się rozmyte, jak we śnie — jakby ktoś malował wodą na wodzie. W centrum znajdowała się scena — maleńka, delikatnie zaznaczona kilkoma pociągnięciami pędzla. Muzycy byli ledwie szkicami, sylwetkami, które prawie znikały w barwach. Ale pod sceną… pod sceną kłębił się tłum. Nie ludzie, tylko plamy i smugi kolorów, setki rąk wzniesionych ku górze, jakby malarz uchwycił nie ciała, a samo uniesienie. Nad nimi ciemne, granatowe niebo rozmywało się w strugach deszczu. Krople nie były kroplami — wyglądały jak strzępy atramentu rozlewające się po papierze, jak muzyka, która spływała z góry razem z wodą. Wszyscy na tym obrazie tańczyli. Tańczyli w deszczu, który nie gasił ich, ale stawał się częścią muzyki. Byli wolni, mieli energię. Patrzyłam na to tak długo, że kiedy się odwróciłam, dziewczyn już nie było.
Przy ostatnich słowach nieświadomie dotknęła karku — jakby chciała się upewnić, że sama nie rozpływa się w tym wspomnieniu.
M. słuchał w milczeniu, a jego wzrok złagodniał, jakby naprawdę widział ten obraz.
— Deszcz to dla mnie po prostu woda. Mokra, zimna. Plus taki, że nie muszę podlewać ogródka — mruknął, ale w jego tonie nie było kpiny.
— Wiem, że to brzmi głupio, ale zawsze chciałam zatańczyć w deszczu — przyznała, splatając dłonie na kolanach, jakby bała się zabrzmieć zbyt naiwnie. — Powiedziałam kiedyś o tym Filipowi… uznał, że to bez sensu.
— Widziałaś to w filmie?
— Nie, to znacz tak, ale dla mnie to takie oczyszczenie, takie magiczne. Ma w sobie coś, o czym się dziś zapomina.
W tłumie obok nich ktoś wybuchnął śmiechem, a niedaleko rozległ się dźwięk otwieranej w pośpiechu puszki. Za nimi grupa ludzi w kapeluszach z papieru bez koszulek machała transparentem z napisem FREE HUGS.
— Jesteś na festiwalu — powiedział M., uśmiechając się już zupełnie inaczej. — Tutaj wszystko może się zdarzyć. Jeśli zacznie padać, wleję w ciebie tyle piwa, że zatańczysz. A jak nie będzie deszczu… wezmę konewkę i będę cię polewał.
Maja parsknęła śmiechem.
— Będziesz trzymał konewkę w namiocie?
— Może. A może lepiej nie — wyprowadzę cię na zewnątrz. Pamiętaj, żadne marzenie nie jest głupie.
Jej oczy błysnęły.
— Dobra. Adam?
M. roześmiał się głośno.
— Adam to był sąsiad z najlepszymi śliwkami w ogródku. Wkradaliśmy się tam z bratem i kradliśmy je.