E-book
12.6
drukowana A5
44.21
Feniks w szpilkach

Bezpłatny fragment - Feniks w szpilkach

Spłonęła… ale wróciła w szpilkach tak ostrych, że nauczyła się tańczyć nawet na rozżarzonych węglach.


5
Objętość:
158 str.
ISBN:
978-83-8440-163-7
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 44.21

Rozdział 1 — dupa. oficjalny początek historii

Aaaaaaaa!!! Krzyk wyrwał mi się tak gwałtownie, że aż echo wróciło do mnie podwójne — dramat w wersji premium.

Przyszłość wyparowała.

Przeszłość przestała mieć sens.

A ja stałam pośrodku pokoju jak pendrive po praniu: przemoczona emocjonalnie, bezużyteczna i wątpliwie sprawna.

Jeszcze godzinę temu byłam dziewczyną mężczyzny, który — KTÓRY DZIĘKI MNIE — był najszczęśliwszym facetem na świecie.

Miałam plan na życie.

Wizję starości pod kocem.

Listę marzeń z kategorii „MY” — dzieci z naszymi oczami, jego głupim poczuciem humoru i moją upartością.

Godzinę temu.

A teraz?

Pozostało jedno słowo, brutalnie szczere:

Dupa. Spektakularna, panoramiczna, kinowa dupa.

Bo mój ukochany — na potrzeby historii: Dupencjusz (wszakże nie chciałabym umniejszać jego charakterowi) — właśnie zakończył czteroletni związek.

Nie patrząc mi w oczy.

Nie dzwoniąc.

Nie wysyłając nawet marnego SMS-a.

WhatsApp.

Jedno piknięcie.

Jedno zdanie krótsze niż ulotka od tabletek na ból brzucha:

„Między nami koniec. Nie mogę być dalej z tobą. Potrzebuję oddechu.”

Oddechu.

Jakby nasze cztery lata były kebabem na ostro, po którym dusza się poci.

Świetnie.

Czyli gdybym godzinę wcześniej wyłączyła Wi-Fi, dalej żyłabym w bajce.

I wtedy myśl — ta najstarsza, najobrzydliwsza, najgłębsza — słowa, które znam od dziecka — wrzasnęły mi w głowie:

„No bo kogo zostawia facet? Idealną laskę? Nie. Taką jak ty: niby fajną, niby mądrą, ale jednak grubą.”

To był ten głos.

Głos mojej matki.

Głos, który potrafił zrobić ze mnie emocjonalną pulpę w pięć sekund.

Właśnie straciłam pierwszego chłopaka.

Pierwszą miłość.

Pierwszą osobę, która złamała mi serce z precyzją chirurga-amatora.

Byłam mistrzynią w jednym:

byciu jego dziewczyną.

Bycie porzuconą? Tego w programie nie było.

Zdjęłam z ognia garnek żurku, który gotowałam specjalnie dla niego.

Po chwili… postawiłam go z powrotem.

A jeśli wróci?

Nadzieja umiera ostatnia.

Wpełza bez zaproszenia i udaje, że płaci czynsz.

Potem przyszło to, co nieuniknione:

Sześć godzin płaczu.

Dramatycznego.

Operowego.

Z repertuarem „kocie zawodzenie w marcu”.

Aż drzwi otworzyły się z hukiem, który mógłby obudzić duchy całego bloku.

To była Marta.

Moja przyjaciółka, współlokatorka i jedyna kobieta, która potrafi wejść jak służby specjalne, a przytulić jak pluszowy miś XXL.

Rzuciła się na mnie, pachnąc zimnym powietrzem i winogronowym żelem pod prysznic.

W jej ramionach pierwszy raz od sześciu godzin poczułam, że jeszcze żyję.

Marta znała moje stany.

Widziała mój płacz po testach, po komentarzach ludzi i — co najgorsze — po moich własnych myślach.

Zawsze powtarzała:

„Ty jesteś dla siebie gorsza niż wszyscy idioci razem wzięci.”

Niestety — miała rację.

Kiedy łkanie trochę odpuściło, Marta spojrzała na mnie jak generał na pobojowisko:

— Idę po wódkę.

Bez filozofii.

Bez „czas leczy rany”.

Bez „jesteś silna”.

Praktyczna kobieta. Skarb.

Butelkę później, bez konsultacji z mózgiem, wyplułam:

— Dupencjusz mnie zostawił.

Marta eksplodowała emocjami:

— CO?! Jak mógł?! Dlaczego?! Ma kogoś?! A nie, wiem! Jest gejem! Tylko gej by cię nie chciał! Jesteś piękna! I mądra!

— I gruba… i mam brzydką cerę…

— Tamara, błagam cię, odpieprz się od siebie. Faceci kochają pełne kształty. To jest sexy!

— To czemu ty sobie nie zrobisz boczków?

— Bo mi wszystko idzie w brodę! Innym w cycki, innym w tyłek, a mnie w drugą brodę!

Pękłyśmy.

Śmiałyśmy się jak dwie wariatki po terapii szokowej.

Łzy leciały, ale pierwszy raz od śmiechu.

I wtedy — PYK.

Reset systemu.

Zasnęłyśmy jak dwie wyczerpane foki wyrzucone na brzeg.

Rozdział 2 — Jak zostać zdradzoną i przeżyć (chyba)

Postanowiłam wziąć dwa tygodnie urlopu w Warzywniaku — należały mi się jak psu kość.

Nie za ciężką pracę fizyczną, tylko za ilość emocji, które rozniosły mnie od środka jak petardę w puszce po groszku.

Czułam się jak ekspres do kawy po trzydziestu latach pracy: syczę, paruję, trzęsę się, ale nic z tego nie wychodzi.

W jednej chwili tęskniłam za tym, co jeszcze niedawno było „naszym życiem”.

W następnej — nienawidziłam Dupencjusza za to, że skasował mnie jednym kliknięciem, jakby usuwał ciasteczka z przeglądarki.

Czy były sygnały?

Czy byłam ślepa?

Czy chciałam być ślepa?!

A może po prostu wolałam nie widzieć, gdy prawda nie pasowała mi do dekoracji?

I wtedy wróciła ta myśl.

Najgorsza.

Ta, którą mama wdrukowała mi do głowy jak hasło startowe.

Byłam niegodna niczyjej miłości.

Sama siebie nie znosiłam, swojego odbicia w lustrze… więc czego wymagać od innych?

W głowie słyszałam głos mamy:

„Tamarko, dziecko drogie… dziewczyna musi wyglądać. Jak się nie postarasz, to on cię zostawi.”

„Może nie jedz więcej, zostaw te ziemniaki, kochanie, bo nie będę ci kupować większych sukieneczek.”

Tak właśnie zaczyna się kariera człowieka, który wierzy, że musi zasłużyć na miłość.

Nic dziwnego, że pierwsza myśl po rozstaniu brzmiała:

Gdybym nie była taka gruba, dalej by ze mną był.

A jednak trwał przy mnie cztery lata.

Czy to nie heroizm?

Albo chociaż medal za odwagę cywilną?

Teraz patrzę na niego jak na bohatera — cztery lata z paszczurem!

Może dlatego wkręciłam sobie, że muszę dawać sto pięćdziesiąt procent, żeby zatrzymać kogoś, kto dawał dwadzieścia.

Kupowałam mu prezenty ponad stan.

Mój bank mnie nienawidził.

A Dupencjusz?

Nie zauważał nawet, że się zadłużyłam bardziej niż budżet państwa po obietnicach wyborczych.

To ja jeszcze sobie popłaczę — pomyślałam.

Nie można wszak tłumić emocji, mówią.

Cztery kolejne dni wyglądały jak powtarzalny program kulinarny:

płacz → analiza → płacz → analiza → wódka → płacz.

W pewnym momencie dotarła do mnie informacja tak dramatyczna, że powinnam była ją zgłosić na policję:

Wódka przestała działać.

A ona NIGDY wcześniej mnie nie zawiodła.

Mam 23 lata.

Czy to etap, w którym kupuję kota, kapcie i przestaję liczyć na cokolwiek poza emeryturą?

Tyle pytań.

Zero odpowiedzi.

Rozdział 3 — Noc, w której zwymiotowałam godność — prosto na żmiję

Gdy przyszła Marta, ujrzała mnie siedzącą na kopcu pluszaków, które przez cztery lata zbierałam od Dupencjusza — z nożyczkami w ręce i uśmiechem psychopaty po katharsis.

— Yyy… to wypruwanie misiów to taki rytuał oczyszczenia, tak?

— Yhy.

— Ale tak… bez wódki?

— Marta, błagam cię. Ja bez ciebie to jak bez ręki.

Dwie godziny później — czyli o 11:00 rano — po kilku drinkach ze świeżego ogórka i Sprite’a i po symbolicznym pogrzebie dowodów na istnienie ostatnich czterech lat, Marta oznajmiła:

— Taniec!

— Tak!

Tamara-Mode: aktywacja

Odpicowałam się jak NIGDY.

Przez cztery lata słyszałam tylko:

„Lubię naturalne dziewczyny, bez tego badziewia na twarzy.”

Więc zrobiłam odwrotnie.

Włosy ułożyłam w drobne loki.

Czerwona szminka — odcień „zjem ci duszę”.

Żołądek — zaciśnięty jak pięść, bo nie jadłam od chwili wiadomości o rozstaniu.

Mój ukochany czarny T-shirt (wyszczupla bosko), jeansowe szorty i czerwone szpilki.

Tak, TE szpilki.

Kupiłam je na wesele kuzynki, przekonana, że zatańczę jak normalna, szczęśliwa dziewczyna.

Ale zamiast tańca dostałam wykład Dupencjusza:

„Tylko puste kobiety tak się noszą.”

„Nie będę patrzył, jak kręcisz tyłkiem przed ludźmi.”

„Tańczyć? Ze mną? Chyba żartujesz.”

Całe wesele siedziałam jak figurantka przy torcie, a on był dumny, że „ogarnął sytuację”.

Wtedy nazwałam to miłością.

Dziś wiem, że to była czerwona flaga w rozmiarze XXL.

Marta spojrzała na mnie jak na nowe Ferrari.

— Uuuu, gdzie jest Tamara?

— To teraz jest Tamara. Przyzwyczaj się — odpowiedziałam.

W Klubie

Nasze miasto jest małe. Bardzo małe.

Mamy jeden klub i pół kebaba.

I właśnie tam poszłyśmy.

Czułam przypływ adrenaliny, bo nigdy tam nie byłam.

W środku zamówiłyśmy po dwa wściekłe psy i wskoczyłyśmy na parkiet.

DJ puszczał hity jak playlistę na moje życie:

„Złość — Play.”

„Upokorzenie — Remix.”

„Zemsta — Extended Version.”

I wtedy ją zobaczyłam.

Dziewczyna tańcząca na stole.

Raz w dół, raz w górę, włosy jak satelity.

Bogini chaosu.

Oczywiście, że chciałam zrobić to samo.

Wdrapanie się na stół w szpilkach to sport olimpijski, ale alkohol powiedział:

„Dawaj, królowo! Co może pójść nie tak?!”

Wyprostowałam się, złapałam kolana, zaczęłam kręcić włosami…

I wtedy stolik zrobił:

TRACH.

Przechylił się na jedną nogę, a ja przeleciałam przez powietrze swoim rozmiarem L na grupę niewinnych ludzi.

Śmiech.

Łzy.

Brak tlenu.

Ja i Marta turlałyśmy się po podłodze jak dwa wieloryby wyciągnięte na brzeg.

— Jutro się o to pomartwię… — wyjęczałam.

Wejście Smoka: Oni.

Nad nami stanęła tancerka ze stołu.

— Do tańca na stole nadaje się stół z co najmniej czterema nogami — powiedziała z litością.

Za jej plecami stanął mężczyzna.

Czas się zatrzymał.

Dupencjusz.

A obok niego — Żmija-Tyczka.

Ta sama, opisana przez mamę z chirurgiczną precyzją.

Żołądek zacisnął mi się jak imadło.

Kolana odmówiły współpracy.

Organizm powiedział: „To jest wasz problem, ja wychodzę.”

I wtedy…

Zwymiotowałam.

Prosto na buty Żmii-Tyczki.

Buty nie przeżyły tej nocy.

Ja — trochę tak, trochę nie.

Poranek po Apokalipsie

Słońce — za jasne.

Ptaki — za radosne.

Życie — za głośne.

Obudziłam się w różowej, pluszowej piżamie, wyglądając jak maskotka lokalnego zoo.

Zatoczyłam kurs na kawę.

Tyłek bolał mnie bardziej niż zdradzone serce.

Co mogło oznaczać tylko jedno:

Moje lądowanie musiało wyglądać jak scena z taniego filmu akcji.

I w tym stanie — połamanej żyrafy z moralniakiem — pomyślałam:

„No dobra… To był początek zemsty.

Może nie tak to planowałam, ale karma dostarczyła pierwszą wiadomość.”

Rozdział 4 Od spa do zemsty

Pukanie do drzwi wyrwało mnie z próby odzyskania cząstkowych wspomnień z wczorajszego wieczoru. Nim zdążyłam powiedzieć „proszę”, ktoś wparował do mojego pokoju jak funkcjonariusz ABW. Podskoczyłam i oblałam się kawą.

— Tamara, ja zawsze byłam porannym ptaszkiem. Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Moja droga, jest dwunasta! Ja już mam posprzątane, ugotowane i jestem gotowa, by z odsieczą przyjść do mojej córki. Wymyśliłaś sobie osobne mieszkanie…

— Mamo…

— Wiedziałam, że tak będzie! Mało pokojów mamy z ojcem w domu? Jak ty wyglądasz? Rozczochrana, blada… kiedy ty na solarium byłaś? I jeszcze plama! Nie tak cię wychowałam. Dobrze, że ojciec tego nie widzi. Wiesz, co by powiedział?

Wiedziałam.

Nic.

On nigdy nic nie mówił.

A w ślad za mamą, jak posiłki w operacji specjalnej, na kanapie siedziała ciotka, babcia i kuzynka Anka.

Komisja ds. Życia Uczuciowego — pełen skład, kworum osiągnięte.

— Przyszłyśmy się o ciebie zatroszczyć! — oznajmiła Anka z uśmiechem, który absolutnie nie zawierał litości. — Jedziesz do spa. Prysznic, coś na siebie, a my tu wypijemy kawę. Nie śpiesz się.

Weszłam do łazienki i zobaczyłam na suszarce mój wczorajszy T-shirt z karteczką:

„Dałaś czadu, mała! T-shirt wyprałam, ale butów żmii tyczki już nic nie uratuje. — Marta.”

Zalała mnie fala wstydu, triumfu i lekkiego PTSD.

Tak. Zemsty chciałam.

Ale może nie aż tak… organicznej.

Fryzjer — pierwszy etap reinkarnacji

Potrzebowałam zmiany.

— Jaki kolor sobie pani życzy? — zapytała fryzjerka.

— Czerwone — oznajmiła babcia, z dumą lwa. — Kupiłam wczoraj kolczyki. Musi pasować.

Babcia była wulkanem w ciele siedemdziesięciolatki.

Ja — ciastem drożdżowym, które nie miało siły urosnąć.

— A ty, Tamaro?

Zanim zdążyłam wybrać odcień „bezpieczna szarość”, babcia wbiła palec w najbardziej agresywną rudość, jaka istnieje.

— Ten. Będziesz wyglądać jak ktoś, kto przeżył burzę… i wyszedł z niej piękniejszy.

I pierwszy raz ktoś powiedział mi coś, co nie miało formy wyrzutu.

Po spłukaniu farby patrzyłam w lustro na rudzielca.

Żywego.

Jaskrawego.

Niepokornego.

„Chyba jeszcze nie umarłam.”

Pedicure — lekcja babcinej miłości

Babcia pochyliła się do mnie konspiracyjnie.

— Wiesz, kochanie… ja też kiedyś cierpiałam.

Jej historia o żołnierzu, pocałunkach w stodole i złamanym sercu była jak telenowela po kieliszku wina.

Słuchałam jak zaczarowana.

A potem padło:

— Mężczyźni lubią gonić króliczki. A jak króliczek sam wskakuje na patelnię, to żadna frajda!

Ja?

Ja byłam króliczkiem z instrukcją obsługi i bonusem w postaci darmowego masażu pleców.

— Nie dawaj 150 procent, gdy ktoś daje dwadzieścia.

— I pamiętaj: liczy się ostatnia miłość, pierwsza to wersja demo.

Te słowa weszły we mnie jak rozżarzony gwóźdź.

Paznokcie — kolor zmartwychwstania

— A pani jaki kolor? — zapytała kosmetyczka.

— Czerwony! — wypaliłam, nim mózg zdążył ocenzurować.

Babcia aż się wyprostowała.

— No! Odwaga w paznokciach to odwaga w życiu!

I muszę przyznać — miała rację.

Czerwone paznokcie u stóp sprawiły, że poczułam coś na kształt… sprawczości.

Masaż — chrzest bojowy, nie relaks

Ciotka zabrała mnie na masaż gorącymi kamieniami.

— Masz 23 lata — zaczęła tonem komornika. — Jak długo zamierzasz kisić się w tym warzywniaku?

Kamień przejechał mi po plecach jak walec, ale nie protestowałam.

— Znalazłam ci pracę. Masz rozmowę jutro o dziesiątej.

— Jutro?!

— Lepiej zacznij żyć, niż czekać aż życie zacznie czekać na ciebie.

Wtedy weszła mama.

Zawsze przygotowana, zawsze z planem, zawsze o krok za mną — czasem za bardzo.

— Kurs prawa jazdy — opłacony. Siłownia — wykupiona. Dietetyczka — umówiona.

I nagle zrozumiałam coś, czego wcześniej nie widziałam:

Mama kochała mnie tak, jak sama nigdy nie została pokochana.

Wymaganiami.

Popychaniem.

Chęcią perfekcji, która miała przykryć jej własne niespełnienia.

Może czasem bolało.

Ale było prawdziwe.

Zakupy — scena warta Oscara

Ekspedientka podała mi czarną ołówkową spódnicę i zieloną satynową bluzkę.

Wyglądałam… zaskakująco apetycznie.

Anka wsunęła głowę między kotary.

— Fuj, co ona ci dała? Powiedziała patrząc na stertę ubrań na krzesełku.

Zaraz znajdę coś lepszego!

Spojrzałam na nią telenowelowym dramatem.

— Anka… w tym przyszłam… to moje!

Jej mina… bezcenna.

A gdy założyłam zestaw ekspedientki — zobaczyłam kobietę, która dopiero zaczyna żyć.

Rude włosy.

Czerwone usta.

Sylwetka, którą pierwszy raz uznałam za swoją, a nie za defekt.

BIBLIOTEKA — MOMENT, KTÓRY WSZYSTKO ZMIENIŁ

— Teraz coś dla duszy! — oznajmiła Anka. — Jedziemy do biblioteki.

Kocham książki, ale poradniki?

Zawsze wydawały mi się napisane przez ludzi, którzy jedyne, co przeżyli, to brak dostępu do Wi-Fi.

A jednak…

Kiedy weszłyśmy w dział „Związki”, poczułam dziwne ukłucie.

Jakby coś mnie tam wołało.

I wtedy ją zobaczyłam.

Okładkę.

Kobieta w garniturze, pewna siebie, piękna, patrząca prosto w obiektyw jak ktoś, kto odnalazł odpowiedzi, których ja nawet nie umiałam jeszcze zadać.

Wzięłam książkę do ręki.

Była cięższa niż wyglądała.

Otworzyłam na chybił–trafił.

Pierwsze zdanie:

„Jeśli dajesz za dużo, uczysz innych nie dawać wcale.”

Poczułam, jakby ktoś włożył latarkę w moje wnętrzności i w końcu oświetlił, o co chodzi w całym moim życiu.

Pomyślałam:

„Może ja też mogę nauczyć się żyć… inaczej?”

To był ten moment.

Nie paznokcie.

Nie włosy.

Nie spa.

Tylko to jedno zdanie z poradnika zaczęło moją prawdziwą przemianę.

Wieczór na poddaszu — iskra zemsty

Wieczorem bluzka pachnąca zmianą wisiała na suszarce.

Pustka wróciła.

Ale nie bolała już tak samo.

Bo tym razem miałam plan:

— Schudnę.

— Wzmocnię się.

— Nabiorę pewności siebie.

— Nauczę się tańczyć na stole i nie spadać.

— Będę wyglądać tak, że mu szczęka odpadnie z hukiem.

A kiedy wróci?

Zobaczy NOWĄ TAMARĘ.

Może nawet uklęknie.

Bo pierwszy raz w życiu pomyślałam:

„Ja naprawdę mogę wygrać swoje życie

Rozdział 5 Zaspałam na nowe życie

Rano obudził mnie telefon. Mama.

— Tak, mamo? — udawałam człowieka, który istnieje już od świtu, a nie glona po przejściach.

— Jesteś już na miejscu?

— Jakim?

— Tamaro. Roz-mo-wa kwalifikacyjna!

— Wiadomo! Nie mogę mówić, bo zaraz moja kolej! Pa!

Rozłączyłam się i dopiero wtedy dotarło.

Zaspałam.

Zaspałam!

Moje loki? Normalnie potrzebują pół godziny.

Teraz miałam pół minuty i jedną nerwową tikę pod okiem.

Kok!

Szybki, desperacki, byleby trzymał. Wygrzebałam z czeluści mieszkania gumkę do warkoczyków — cieniutką jak moje poczucie godności, ale działała. W tym momencie liczyło się tylko „działa”.

Na kanapie leżały nowe ubrania — wskoczyłam w nie tak szybko, że mogłabym startować w mistrzostwach świata w przebieraniu.

Buty.

40 par, ale żadnych wygodnych.

Wybór padł na czółenka na lekkim koturnie. Uwierały mnie tak, jakby chciały powiedzieć:

„Tamara, serio? Dzisiaj? Po co nam to robisz?”

Nie tym razem.

To był pierwszy dzień mojego nowego życia.

Ból stóp to tylko tło.

Zbiegłam po schodach jak gazela w żałobie, wpadłam do taksówki i zatrzasnęłam drzwi.

— Na ulicę Kowalską!

Kierowca nie ruszył. Jeno patrzył na mnie, potem na moje włosy, potem znowu na mnie.

Trzask.

— AAAAAŁŁ!

— Przytrzasnęła pani włosy drzwiami! — wykrztusił między napadami śmiechu.

Mój kok został na zewnątrz, ja w środku. Symbolicznie.

Otworzyłam drzwi, uwolniłam włosy, poprawiłam resztki godności.

— Na ulicę Kowalską — powtórzyłam chłodno.

Kierowca całą drogę chichotał jak nastolatek, który zobaczył mema z nauczycielem.

9:59.

Wypadłam z auta, wbiegłam do recepcji, a tam… nikogo.

Super.

Cudownie.

W moim stylu.

— Czy ja pomyliłam godzinę? Miejsce? Życie?

— Witam! Zapewne pani Tamara?

Odwróciłam się tak szybko, że moje kręgosłupy lędźwiowe złożyły kartę ewakuacyjną.

W drzwiach stał on.

Dryblas.

Brunet. Wysoki. Spojrzenie zimne jak mrożonki w Lidlu.

— Dobrze się pani czuje?

— Oczywiście — skłamałam, wyglądając jak osoba, która biegła w panice i przegryzła powietrze.

— Wody?

— Chętnie.

Usiadłam naprzeciwko. Atmosfera była tak gęsta, że można by ją rozsmarować na chlebie.

Wzięłam szklankę. I wtedy… mrowienie w stopach.

Niepokojąco intensywne.

Jakby stopy próbowały odciąć się od mojego życia i zacząć swoje.

Spojrzałam w dół.

Lewy but na prawej.

Prawy na lewej.

Znów to zrobiłam.

Opracowałam strategię:

Plan But:

• zero mrugania,

• kontakt wzrokowy,

• pod biurkiem — cichy, szybki zamach stanu.

— Ma pani CV? — zapytał.

— Oczywiście! — entuzjazm w moim głosie był tak sztuczny, że powinnam dostać za niego Oscara.

Podałam dokument.

On czytał.

Ja zdjęłam pierwszy but.

Drugi… jest! Zdjęłam! Prawie wygrana!

— W jakim stopniu zna pani język niemiecki? — zapytał.

— Bardzo dobrym — odpowiedziałam, jednocześnie próbując złapać coś stopą pod krzesłem.

Złapałam.

Ale… to nie był mój but.

— Pani Tamaro — jego głos zmienił temperaturę pokoju.

— Tak? — uniosłam głowę jak osoba, która panuje nad sytuacją (a nie panuje nad niczym).

— Dlaczego bawi się pani moim butem?

Pragnęłam umrzeć.

Albo przynajmniej zniknąć w kratkę wentylacyjną.

— Zdaję się, że pańskie biurko usiłowało ukryć mojego buta… a moje stopy, w ramach… hm… wyrównania strat… próbowały przywłaszczyć pański — wydukałam z dumą samobójcy.

Znalazłam swój but, triumfalnie uniosłam go jak puchar świata i wślizgnęłam stopę.

Dryblas walczył z uśmiechem.

Lewy kącik drgnął.

U niego to już flirt.

— W naszej firmie potrzebna jest osoba mobilna. Widzę, że w CV nie ma informacji o prawie jazdy.

Prawo jazdy.

Prawo.

Jazdy.

Mama właśnie wygrała bitwę.

— Jestem w trakcie… — skłamałam tak pewnie, że aż sama mi uwierzyłam.

— Autobus nie będzie optymalny — zauważył sucho.

No shit, Sherlock.

— Czy ma pani doświadczenie z trudnymi klientami?

— Trudni klienci nie istnieją — uśmiechnęłam się słodko. — Ludzie są dla mnie mili, bo ja jestem miła.

W głowie przybiłam sobie piątkę.

On spojrzał, jakbym proponowała negocjacje pokojowe z rekinem.

A potem… jego wzrok powędrował w dół.

Na moje piersi.

Dlaczego?

Dlaczego tak patrzy?

O nie! Ja nie mam stanika!

Satynowa bluzka dawała pełen skan 3D, łącznie z cieniowaniem i efektem głębi.

— Skontaktuję się z panią — powiedział tonem lekarza, który właśnie zobaczył wyniki badań i nie wie, co powiedzieć.

Wyszłam na nogach z waty.

Serce waliło mi jak orkiestra dęta.

Stopy paliły jak ognisko harcerskie.

Piersi… przeżyły właśnie publiczny debiut życia.

Telefon mógłby spokojnie wysłać komunikat:

„Twoje sutki stały się administratorami konta.”

Przeszłam kilka kroków i zawyłam w głowie:

„Tamaro… czy ty w ogóle nadajesz się do społeczeństwa?!”

A potem przyszła druga myśl:

„A co jeśli… on MIMO WSZYSTKO mnie zatrudni?”

I wtedy parsknęłam śmiechem.

Ja.

Przedstawicielka handlowa firmy obuwniczej.

Kobieta, która założyła buty na odwrót i prawie ukradła but szefa.

Zatrzymałam się przy witrynie, spojrzałam na swoje odbicie:

Rude loki rozwalone.

Policzki czerwone.

Oczy przerażone.

Ale… błysk.

Jakby ta nowa, wkurzona, odrodzona Tamara złapała mnie za ramiona i powiedziała:

„Dobra. Dzisiaj dałaś cyrk Monte Carlo.

Ale żyjesz. I idziesz dalej.”

— Dupencjusz… trzymaj się — mruknęłam. — Jak ogarnę życie, pożałujesz, że mnie nie doceniłeś.

Zrobiłam krok, potknęłam się o nierówność chodnika i omal nie wyrżnęłam w hydrant.

— No dobra. Najpierw ogarnę chodzenie.

Potem życie.

Bieg po nowe życie

(wersja ostateczna — książkowa)

Przyszłam do domu, starając się nie myśleć o dzisiejszym poranku. Przebrałam się w dres i poszłam na siłownię. Pierwszy raz w życiu. Wszystko wyglądało jak sprzęt do tortur dla ludzi, którzy w domu nie trzymają nawet okruszka ciastka.

Pokazałam złoty karnet. Dziewczyna za barem z koktajlami białkowymi zmierzyła mnie wzrokiem, jakby właśnie oceniała szanse mojego przetrwania. Podeszła ze mną do bieżni, ustawiła nachylenie na minimum, prędkość na trucht i rzuciła:

— Za dwadzieścia minut wrócę po panią.

Spojrzałam na panel. Prawie zero.

Tak. Zobaczyła mój tyłek i w myślach postawiła diagnozę: „z tej mąki chleba nie będzie”.

Ja jej pokażę.

Moje palce szybko znalazły właściwe guziki. Ustawiłam wszystko prawie na maksymalny poziom.

Bieżnia uniosła się jakby chciała przenieść mnie nie pod górkę, ale prosto na Everest. Szybkość rosła. Musiałam przebierać nogami jak struś pędziwiatr, a i tak oddalałam się od przycisku STOP, który mógł zakończyć ten dramat.

Pot zalewał mi oczy, adrenalina brała stery. Biegłam jak Forrest Gump, tylko z większą paniką i mniejszą nadzieją na happy end.

Kiedy wreszcie wyciągnęłam rękę w stronę panelu, moje nogi stwierdziły, że wypowiadają współpracę.

Obok na bieżni biegł młody chłopak. Ratunek! Przysłało go samo niebo.

— Proszę pana! Halo! Pomocy!

Oczywiście. Trafiłam na jedyną osobę w tej sali, która mnie nie słyszy.

Spróbowałam wskoczyć na boczne poręcze, ale jedna noga nie zdążyła. Upadłam na taśmę, a bieżnia zaczęła mielić mnie jak parówkę w obiegu zamkniętym. Za każdym razem, gdy próbowałam wstać, ta machina zrzucała mnie ponownie.

W końcu się poddałam.

Niech wyrzuci.

I wyrzuciła.

Moje 74 kilogramy z hukiem wylądowały na podłodze. Zobaczyłam gwiazdy — realne, błyszczące, jakby ktoś nasypał mi je przed twarz.

Nadbiegła instruktorka — chuda, jakby żywiła się tylko powietrzem i proteinowym koktajlem dziennie.

— Nic pani jest? — zapytała, ale wzrok miała utkwiony ponad moją głową. — Dobrze, że tu stałeś. Jesteś bohaterem…

Odwróciłam się.

Siedziałam na czyichś stopach.

— Dryblas? — wyrwało mi się.

W tym momencie gumka trzymająca mój kok strzeliła z hukiem. Włosy opadły na ramiona jak efekt specjalny z telenoweli.

— Tak naprawdę jestem Grzesiek — powiedział, unosząc kącik ust. — Ale Dryblas też może być.

Instruktorka wbiła w niego spojrzenie, którym mogłaby wypolerować stal.

— To wy się znacie?

— Tak — odpowiedział. — Tamara próbowała dziś ukraść mój but.

Wypowiedział moje imię. Gęsia skórka natychmiast.

— I teraz chyba dalej do tego dąży — dodał cicho, patrząc na mnie w sposób, który podcinał mi kolana bardziej niż ta bieżnia.

Dopiero wtedy zrozumiałam, że wciąż siedzę na jego butach. Poderwałam się, próbując ogarnąć włosy dłońmi.

— Przepraszam. Pierwszy raz tu jestem… coś nacisnęłam…

Kręciło mi się w głowie, a w żołądku miałam coś między wymiotami a egzystencjalnym kryzysem.

— Jak rozmowy kwalifikacyjne? — zapytałam, robiąc dobrą minę do tragicznej gry. — Kogoś znalazłeś?

— Na rozmowę przyszłaś tylko ty. Miałem jutro dzwonić.

— Czyli… jestem przyjęta?!

— Tak.

— Dzięki! Nie pożałujesz! Kiedy mam przyjść?

— Jutro. Bądź przed dziewiątą. Chcę mieć gotową czarną kawę z ekspresu. Bez cukru, bez śmietanki.

— A jak wejdę?

— Klucze mam przy sobie. Ale jeszcze ćwiczę. Wychodzisz?

Wychodziłam. Oczywiście, że wychodziłam.

Ale nie dam satysfakcji tej wysuszonej nimfie.

— Nie. — Spojrzałam na instruktorkę. — Jakieś kolejne zadanie?

— Aerobik na piłce. Czterdzieści minut.

— Za czterdzieści–pięćdziesiąt minut pasuje? — zapytałam Dryblasa z nutą satysfakcji.

— Pasuje — odparł.

Sala aerobiku była przeszklona. Ściana siłowni patrzyła na mnie jak publiczność areny.

Stanęłam obok najpulchniejszych pań, tworząc iluzję, że wyglądam na chudszą, niż jestem. Spryt zawsze w cenie.

— Wchodzimy na piłeczki! — zakomenderowała prowadząca.

Weszłam. Równowaga — zero.

— A teraz dwadzieścia przysiadów!

Przy dziesiątym duch mój uciekł z ciała. Przy piętnastym ja chciałam uciec za nim.

— Przesada, nie uważa pani? — spytałam panią obok.

— Co pani! Ja się jeszcze nie spociłam.

Patrzyłam na nią, jakby była gatunkiem chronionym. Ja tonęłam w pocie. Ona — w gracji.

Po dwudziestu pięciu minutach padło zbawienne:

— Przerwa! Ręczniki i woda!

Super. Wytrę oczy, napiję się—

Aha. Każda ma swoje.

Ja nie mam nic.

Nawet godności już niewiele.

— Koniec przerwy! Wracamy!

— Można wyjść? Bo mam autobus… — zagadnęłam do mojej pulchnej towarzyszki.

Jej spojrzenie mówiło: „nawet nie próbuj kłamać”.

Wytrzymam. Dla kluczy wytrzymam.

Po kolejnych torturach prowadząca wreszcie ogłosiła:

— Dziękuję! Do następnego razu!

Upadłam w duchu, ale fizycznie — przetrwałam.

Pod prysznicem odzyskałam człowieczeństwo. Makijaż naprawiłam. Włosy ogarnęłam. Wyszłam z szatni… a on czekał.

Opierał jedną rękę o ścianę. Spocony, z koszulką mokrą od treningu. Jakby ustawiony specjalnie w świetle, które miało mi zniszczyć resztki odporności psychicznej.

— Zapomniałem powiedzieć — nachylił się do mojego ucha — że po prawej stronie trzeba wpisać kod.

Wyszeptał cyfry.

Ciarki poszły mi od karku po kostki.

Uniósł głowę, spojrzał mi prosto w oczy — z bliska, bardzo bliska.

— Zapisz. Żeby nie wzywać mnie bez potrzeby.

Odwrócił się i odszedł, jakby właśnie nie zostawił mi miniaturowego trzęsienia ziemi w sercu.

Przez to wszystko zapomniałam zwolnić się z warzywniaka.

Pobiegłam do pana Stefana. Słuchał uważnie, uśmiechając się ciepło.

— Dziwiłem się, że taka dziewczyna jak ty się tu marnuje. Powodzenia, kochana. I wpadaj czasem.

W domu Marta piła herbatę.

— Mam nową pracę! — oznajmiłam.

Opowiedziałam jej cały dzień — dzień, który trwał jak tydzień.

— Uważaj na tego Dryblasa — mruknęła. — Słyszałam o jego firmie. On nie jest potulną owcą.

— Jak będzie źle, to…

— To co? Znowu pokażesz mu sutki?

— Nie przypominaj mi!

Śmiałyśmy się długo. Śmiech był naszym lekiem na cały świat.

W swoim pokoju otworzyłam książkę „Jaką kobietą chcesz być?”.

Pierwsza lekcja: Bądź pewna swojej wartości.

Ćwiczenia:

• Napisz dziesięć swoich mocnych stron.

• Uśmiechnij się do dziesięciu obcych mężczyzn i patrz im prosto w oczy.

Zamknęłam książkę, czując puls w łydkach po moim dzisiejszym „Everest Challenge”.

Jeśli to był test nowego życia…

zdałam go poturbowana.

Ale zdałam.

Spojrzałam w swoje odbicie.

Skoro wystartowałam — pobiegnę dalej.

Po swoje.

Rozdział 6: Pierwszy dzień i pierwsza katastrofa

Zaczęłam intensywnie myśleć nad swoimi dobrymi cechami.

W teorii zadanie banalne.

W praktyce — mój mózg zachował się jak stary Windows proszący o aktualizację: „Może później”.

Z wysiłku mentalnego odpłynęłam w głęboki, ciężki sen.

Rano obudziłam się godzinę przed budzikiem.

To nie zdarzało się nigdy. Nawet w Boże Narodzenie.

Ale dziś był pierwszy dzień mojej nowej pracy.

Pierwszy test poradnika.

„Bądź pewna siebie”.

Brzmiało prosto.

Brzmiało.

Założyłam nową ołówkową spódniczkę. Po wczorajszym „stanikowym incydencie” — dziś bezpieczny, czarny golf.

Włosy spięłam w perfekcyjny kok, choć moje loki jak zawsze próbowały ucieczki.

Usiadłam w fotelu z kawą, patrząc przez okno na ludzi biegających w parku.

Rano.

Z własnej woli.

Zastanawiałam się, co im tak bardzo nie wychodzi w życiu, że wolą truchtać o szóstej niż pospać pół godziny dłużej.

Może uciekają od domowej atmosfery.

Może od dzieci.

A single? No tak — „połykacze kijów”, którzy mają zaplanowaną każdą sekundę i nie mają czasu na spontaniczność.

Nikt normalny nie biega o tej porze.

Nikt.

Dobra. Koniec kontemplacji.

Nowy rozdział — start.

W drodze na autobus wdrożyłam kolejną zasadę z poradnika: Uśmiechaj się do mężczyzn.

Teoria łatwa.

Praktyka — uśmiech numer trzy wyglądał jak grymas psychopaty, ale chłopak kiwnął głową, więc chyba weszło.

Może powinnam to zapisać jako pierwszą mocną stronę?

„Dobry uśmiech numer trzy — umiarkowanie przerażający, ale skuteczny”.

Podjechałam pod biuro. W głowie powtarzałam czterocyfrowy kod, który wczoraj wyszeptał mi do ucha Dryblas.

Weszłam. Skręciłam w prawo.

Zamarłam.

Alarmu… nie było.

Żadnej klawiatury.

Żadnych cyfr.

Sekundę później cały budynek zaczął wyć jak parowiec na sygnałach świetlnych.

Pierwszy dzień.

Pierwsze pięć minut.

Pierwsza katastrofa.

W panice szukałam numeru do Dryblasa. Wpisywałam nazwę firmy w Google, gdy nagle podjechało czarne sportowe auto. Niskie, błyszczące, droższe niż trzy moje mieszkania i balkon.

Drzwi się otworzyły.

On.

Jakby czas zrobił pauzę.

Spocony po biegu.

Oddychający miarowo.

A to ubranie sportowe… nie musiało wyglądać tak dobrze. A jednak wyglądało.

Jego spojrzenie…

nie dotykało skóry.

Przenikało do środka, jakby właśnie oceniał mój poziom przydatności do pracy i życia.

Moje kolana postanowiły zostać płynną formą człowieka.

— Dzień dobry! — wyrzuciłam z siebie. — Stało się coś strasznego.

— Tak? — zapytał tonem lekarza, który zamierza operować bez znieczulenia. — Niby co?

— Ukradli Panu alarm.

W tym momencie powinnam była dostać Oscara.

Dostałam natomiast jego spojrzenie typu: „Ta kobieta jest zagrożeniem dla samej siebie.”

Wszedł pierwszy, trzy kroki przede mną. Skręcił w lewo, nacisnął kilka klawiszy i alarm ucichł.

Odwrócił się wolno.

Zbyt wolno.

— Pani Tamaro… gdzie według pani jest prawa strona?

Dotarło.

W prawo poszłam ja.

Alarm — w lewo.

Czuję, że moje IQ wyparowało razem z resztkami godności.

Rumieniec zrobił mi się taki, że mogłabym nim ogrzać dom.

— Biegałem — powiedział chłodno. — Ochrona zadzwoniła. Wracam się przebrać. Za czterdzieści minut proszę o kawę.

Czterdzieści minut później zjawił się jak z okładki magazynu.

Garnitur szyty na miarę.

Różowa koszula, która na kimkolwiek innym wyglądałaby jak „krawiecki błąd młodości”.

Na nim — totalny luksus.

Na sekundę jego wzrok prześlizgnął się po mnie.

Sekunda, której nie przewidział podręcznik od pewności siebie.

Coś w nim drgnęło — drobiazg, ale prawdziwy.

Moje ciało zareagowało jak na prąd:

serce sprint, kolana miękkie, mózg spóźniony o trzy sekundy.

— Kawa do gabinetu — rzucił.

— Już tam czeka — powiedziałam z dumą, której nie planowałam.

Wprowadził mnie w podstawowe obowiązki, po czym zniknął w swoim lodowato nowoczesnym gabinecie.

Usiadłam przy biurku i zaczęłam studiować telefon z większą liczbą przycisków niż moja komórka widziała przez całe życie.

I wtedy zadzwonił.

Odebrałam.

— Tamara Sobiewska, biuro pana Wilsy. W czym mogę pomóc?

Po drugiej stronie przedstawiła się Angelika z „Box&Sid”, mocno poddenerwowana. Mówiła szybciej niż ja myślę:

— Nie dostaliśmy towaru. Nasza produkcja stanie. Potrzebujemy natychmiastowego potwierdzenia!

Serce mi przyspieszyło.

Pierwszy dzień. Pierwsza poważna rozmowa. Pierwszy stres.

— Już przełączam do pana Grzegorza — odparłam, starając się brzmieć profesjonalnie.

Spojrzałam na telefon na biurku. Przed chwilą instrukcja mówiła wyraźnie:

Przycisk z zieloną ikonką to przełączanie rozmów.

Nacisnęłam go pewnie, jak bohaterka reklamy banku.

Usłyszałam „pik”.

Byłam absolutnie przekonana, że zrobiłam to dobrze.

Odłożyłam słuchawkę z poczuciem satysfakcji.

Tak! Pierwsze zadanie wykonane!

Tak myślałam… przez kolejne trzydzieści minut.

Po pół godzinie wyszedł Dryblas. Widziałam po jego twarzy, że rozmawiał przez telefon — ale nie mój.

— Wychodzę na spotkanie. Zapisuj wszystko — powiedział.

Zerknęłam na kartkę, a tam nazwa firmy: „Box&Sid”.

— O, spotkanie z „Box&Sid”? — wyrwało mi się.

Odwrócił się wolno, jak w horrorze, w którym bohater zdaje sobie sprawę, że drzwi są zamknięte.

— Z kim? Dlaczego miałbym mieć z nimi spotkanie?

I wtedy pojęłam.

Nie przełączyłam rozmowy do jego gabinetu.

Ja ją… rozłączyłam.

Całkowicie.

Tak po prostu.

Jakby nigdy nie dzwonili. Jakby problemu nie było.

Firma tonie, a ja jednym kliknięciem odcięłam im tlen.

— Dzwonili? — spytał wolno, niebezpiecznie. — Co mówili?

— Że ich produkcja stanie… jeśli nie dostaną towaru. Dlatego… przełączyłam do pana. A przynajmniej… myślałam, że przełączałam.

Jego spojrzenie przebiło mnie jak igła balon.

— To czemu tego nie zrobiłaś?

— Myślałam, że zrobiłam… — wyszeptałam, czując jak mój głos kurczy się do rozmiaru komara.

Wyjął telefon, wykręcił numer i wyszedł, mówiąc twardo:

— Wilsa. Proszę z prezesem.

Drzwi się zamknęły.

Siedziałam chwilę w ciszy, czując, jak gorąco rozlewa mi się po twarzy. Mogłam uciec. Mogłam się rozpłakać. Mogłam wrócić do warzywniaka i przepraszać pana Stefana, że jednak potrafię zrobić tylko sałatkę owocową i niech da mi jeszcze jedną szansę.

Tak zrobiłaby stara Tamara.

Ta, którą znali wszyscy.

Ta, która bała się własnego cienia, a porażki traktowała jak wyrok sądu najwyższego.

Ale wczoraj usłyszałam swoje imię z ust Dryblasa i coś się we mnie odblokowało.

Jakiś nowy tryb.

Nowe oprogramowanie.

Tamara Mode 2.0.

Wzięłam głęboki oddech, wypięłam pierś (w granicach rozsądku, żeby znowu niczego nie odsłonić) i powiedziałam sobie w myślach:

„Jeśli mnie zwolni — jego strata.

Ja już nie jestem tą Tamarą, którą byłam miesiąc temu.

Ani nawet wczoraj.

Jestem nowa. Z kodem i bez kodu.

I jak się nauczę przełączać rozmowy… to cały świat niech drży.”

Oparłam łokcie na biurku, poprawiłam kok i uśmiechnęłam się do samej siebie.

Może jestem katastrofą.

Ale jestem katastrofą, która dopiero się rozkręca.

I to on powinien uważać.

ROZDZIAŁ 7: KIEDY PO RAZY PIERWSZY POCZUAM SWOJĄ WARTOŚĆ

W kolejnych dniach pracowałam jak zaczarowana.

Jakby ktoś otworzył moją klapkę z tyłu głowy, wymienił baterie na nowe i wciskał przycisk „start” codziennie o świcie.

Każde kolejne zadanie było trudniejsze od poprzedniego.

Jakby Dryblas sprawdzał, kiedy pęknę.

Nie pękałam.

A przynajmniej… nie w widocznych miejscach.

Po pracy chodziłam na siłownię, gdzie próbowałam robić rzeczy niebezpieczne, takie jak oddychanie podczas biegania i utrzymywanie życia w kończynach.

Zakwasy paliły mnie jak ogień piekielny, ale myśl o zemście na Dupencjuszu była jak doping testowany na rakietach kosmicznych.

Lista zalet?

Wciąż pusta.

Mój mózg reagował na to zadanie jak stary Windows:

błąd — za mało pamięci — zamykam system.

DZIEŃ 10. Pierwsze pieniądze. Pierwszy szok.

Gdy zobaczyłam przelew, musiałam usiąść.

Moja wypłata za… dziesięć dni.

Więcej niż w warzywniaku za cały miesiąc.

Nie wiedziałam, czy to pomyłka, czy nagroda za przetrwanie życia.

Zapukałam do gabinetu Dryblasa.

— Proszę.

Weszłam, a on uniósł wzrok.

Ten wzrok… ostry, precyzyjny, jak skalpel.

Widział we mnie każde drżenie, każdą wątpliwość.

I coś jeszcze — coś, czego nie byłam gotowa nazwać.

— Panie Grzegorzu, dostałam przelew…

— Tak? — zapytał spokojnie, ale jego spojrzenie było jak zimny ogień.

Jednocześnie mroził i rozpalał.

— Czy ta kwota… nie jest za duża?

Zrobił krok w moją stronę.

Potem drugi.

Trzeci.

I stanął tak blisko, że powinnam była dostać regulamin bezpieczeństwa pracy.

— Za duża? — powtórzył cicho. — W którą stronę?

Ten głos dotykał mnie bardziej niż powinien.

— Jak na dziesięć dni pracy… — głos mi zadrżał.

— Czy pani uważa, że nie zasłużyła? — zapytał, patrząc mi prosto w oczy.

Jak on to zrobił, że moje serce zaczęło bić jak orkiestra dęta na dopalaczach?

— Chciałam się tylko upewnić, że to nie pomyłka.

— Nie toleruję pomyłek — odparł, podając mi dokumenty.

Jego dłoń musnęła moją.

Sekunda.

A ja poczułam ten dotyk aż w kolanach.

— To miesięczna premia reprezentacyjna. Pięćset złotych. Będzie co miesiąc.

Słowo „premia” brzmiało jak symfonia.

Brzmiało jak nowy rozdział.

— Jutro wieczorem jest bankiet. Odbiorę panią o osiemnastej. Strój: wieczorowy.

Na jego twarzy nie było nic, ale…

W oczach — coś jak iskra.

— Coś jeszcze? — zapytałam, sama nie wiedząc czemu. Coś mnie pchało do tego mężczyzny jak magnes.

Krótka pauza.

Jego wzrok zatrzymał się na mojej twarzy.

— To wszystko.

Ale to nie brzmiało jak „to wszystko”.

Bankiet. Słowo, które pachniało przeszłością.

Tata często zabierał mnie na bankiety, zanim skończyłam osiemnaście lat.

Elegancja, projekty z metkami, włoskie skóry, idealne maniery… i brak taty w domu.

Mama kochała mnie prezentami, nie słowami.

A ciotki — plotkami, jak bardzo „nie jestem do życia”.

Wtedy obiecałam sobie, że będę samodzielna.

A gdy Marta została wyrzucona z domu, a ja wzięłam ją do siebie — to był mój własny, cichy bunt przeciwko światu dorosłych.

Nie wracałam po pieniądze, choć od czasu do czasu dostawałam od nich drogie prezenty.

Oni tak mówili „kocham”.

Nie potrafili inaczej.

Wieczorem. Ja i dokumenty Dryblasa. I pierwsza lista zalet.

Usiadłam na fotelu.

Czas wypisać swoje dobre cechy.

Pierwsza w życiu uczciwa próba.

Pracowita.

Rude, kręcone włosy — piękne, nawet gdy żyją własnym życiem.

Wąska talia (reszty nie komentuję).

Niezależna.

Duże oczy, które robią część roboty.

Odważna — czasem przez przypadek, ale jednak.

Sportsmenka-amator: nie umiem umierać cicho.

Uśmiecham się do obcych (czasem wygląda to jak atak paniki, ale zawsze to plus).

Piękne stopy z czerwonym pedicurem.

Zarabiam pieniądze, których się nie wstydzę.

Patrzyłam na tę listę i… pierwszy raz poczułam coś nowego.

Może ja naprawdę jestem coś warta.

Marta wróciła z pracy.

— Jutro idę na bankiet — powiedziałam.

— Z kim?

— Z Dryblasem.

Usiadła jakby ktoś włączył jej tryb „reset”.

— To nie żart…?

— Jak żyję. I zarabiam dwa tysiące za dziesięć dni.

— Ty to masz wewnętrzny kocioł losu. Masz jakieś ubranie?

— Nie mam… dlatego błagam, butik jutro?

— 14:30. I Tamara…?

— Hm?

— Ty się zmieniasz. Serio to widać.

Zamknęłam oczy i poczułam…

Coś niezwykłego.

Nie strach.

Nie niepewność.

Coś, czego nie znałam wcześniej.

Wartość.

Bo wtedy nie wiedziałam jeszcze, że

to dopiero pierwszy dzień TAMARY 2.0.

Nazajutrz w pracy ukradkiem powtarzałam sobie informacje o firmie partnerskiej. Nazwy, liczby, wskaźniki, których jeszcze nie rozumiałam, ale brzmiały wystarczająco mądrze, by nie wyjść na „roztargnioną dziewczynkę z warzywniaka”.

Chciałam, żeby choć raz nikt nie pomyślał, że jestem tą, która myli lewy z prawym i pyta trzy razy o to samo.

Dzień mijał swoim rytmem: maile, telefony, dokumenty, kawa, a potem jeszcze więcej dokumentów. O czternastej zaczęłam dyskretnie zbierać rzeczy.

— Pani Tamaro.

Głos Dryblasa przeciął powietrze jak skalpel.

Podniosłam wzrok. Patrzył na mnie swoim surowym, spokojnym spojrzeniem człowieka, który nigdy nie gubi kartki z dokumentami — ani cierpliwości.

— Będę o osiemnastej. Proszę być gotowa.

— Oczywiście — odparłam tonem kobiety, która ma życie pod absolutną kontrolą.

Ten ton był dla mnie nowy. I zaskakująco przyjemny.

Po pracy poleciałyśmy z Martą na zakupy.

A ja — jak zwykle — weszłam do butiku jak na pole walki.

Nie znoszę zakupów. Manekiny wyglądają jak greckie boginie, a ja — jeśli w ogóle znajdę swój rozmiar — jak wersja „przed” w reklamie odchudzania.

Gdybym była projektantką, stworzyłabym linię „Elegancki Namiot”:

namiot na wieczór, namiot „po obfitym obiedzie”, namiot „nic nie pytajcie”.

Wszystko w czerni, żeby ratować godność ludzkości.

Ale nie. My jesteśmy w salonie sukienek. Bez namiotów.

Czułam na sobie spojrzenia ekspedientek. W mojej głowie brzmiało:

„Czy ta pani nie pomyliła adresu ze sklepem ciążowym?”

— Dla tej pani najpiękniejszą suknię na wieczór — oznajmiła Marta tonem, który nie przewidywał sprzeciwu. — Taką, która podkreśli jej piękne atuty. W zieleni.

Ekspedientka uniosła brwi, ale przyniosła suknię.

Satynową. Zieloną. Taliowaną jak marzenie i długą do ziemi.

— Nie, dziękuję. Satyna podkreśli każdy mój wałeczek.

— Przymierz. Już. — Marta spojrzała na mnie jak generał na rekruta.

Weszłam do przymierzalni z myślą, że zaraz będziemy we trzy walczyć o każdy centymetr zamka.

— Możesz zapiąć — rzuciłam, gotowa na dramat.

A tu… klik. Zamek poszedł jak po maśle.

Marta zaczęła klaskać jak porwana przez religijne uniesienie.

A ja spojrzałam w lustro…

I nie było wałeczków.

Była talia. Plecy. Linia, której nie znałam.

Siłownia działa. Ja działam.

To ja tam chodzę, ja pocę się jak roztapiająca się świeczka, ja walczę o siebie.

Może… faktycznie zasługuję na tę suknię.

Marta zrobiła mi makijaż — lekki, ale z ustami w mojej ukochanej czerwieni, tak odważnej, jakby chciała za mnie powiedzieć: „Wchodzę w to życie na pełnej”.

Włosy upięła w asymetryczny kok przy lewym uchu.

A na nogi założyłam jej szpilki — tak wysokie, że powinny mieć własne instrukcje bezpieczeństwa.

O 17:55 pod oknem zaparkował jego samochód.

Niski. Sportowy. Taki, co nawet stojąc wydaje się przekraczać dozwoloną prędkość.

Zeszłam po schodach, trzymając się barierki jak tonący tratwy.

Dłonie miałam tak spocone, że mogłabym po nich zjechać w dół jak po poręczy.

Wsiadłam, nie patrząc na niego.

— Czym się pani stresuje?

— Ja? Niczym.

— Pani postawa twierdzi coś innego.

Siedziałam jak żołnierz na przysiędze.

— Może trochę stresuję się jazdą tym samochodem.

— A pani nie wygląda na osobę, która boi się szybkiej jazdy.

— A pan nie wygląda na kogoś, kto umie ją zapewnić.

Spojrzał na mnie kątem oka.

Nawet się uśmiechnął.

— Nos ma pani oryginalny. Nie ma czego się wstydzić.

— Skąd przypuszczenie, że się go wstydzę?

— Ostatnie trzy dni poprawia pani grzywkę przy każdym dłuższym spojrzeniu.

Parsknął śmiechem.

— Jesteśmy na miejscu.

Sala bankietowa była jak inny świat — świat, do którego zwykle patrzyłam z daleka.

Kryształowe światła odbijały się w szybach, tworząc na podłodze błyszczące plamy, jakby ktoś rozsypał tam gwiazdy. Muzyka grała cicho, elegancko, tak jakby nie chciała przeszkadzać rozmowom.

Gdy tylko przekroczyliśmy próg, poczułam na sobie spojrzenia.

Nie jedno.

Całą kolekcję — krótkich, długich, oceniających, ciekawskich.

Szłam powoli, świadomie stawiając każdy krok, a jednocześnie czułam, jak Dryblas tuż obok napina mięśnie ramienia, zupełnie jakby przygotowywał się na odparcie niewidzialnych ataków. Jego postura była wyprostowana, niemal ochronna.

A jednak to nie spojrzenia kobiet mnie zaskoczyły.

Zaskoczyło mnie to, co zobaczyłam na twarzy Dryblasa.

Zdziwienie. Autentyczne. Mocne. Nieukrywane.

Spoglądał na mnie tak, jakby obraz, który widzi — ja, w zielonej satynie, z czerwonymi ustami, z błyszczącymi włosami — nie mieścił mu się w dotychczasowym katalogu „Tamara”.

Jakby musiał mnie na nowo poskładać z puzzli.

A ja… poczułam, jak powietrze robi mi się cieplejsze wokół skóry.

„Kto to jest?” — pytały oczy kobiet

Gdy przechodziliśmy między stolikami, widziałam, jak na mnie patrzą.

Jedne z politowaniem.

Inne z ciekawością.

Jeszcze inne z zazdrością, która układała się na ich twarzach jak cienka warstwa lodu.

A jednak żadne spojrzenie nie było tak intensywne jak tego mężczyzny obok mnie.

Dryblas szedł wolniej niż zwykle.

Jakby chciał dać mi czas, by oswoić ten świat.

Jakby chcąc nie chcąc — pilnował mnie.

To było… dziwne. Nieprofesjonalne. Ryzykowne.

I niebezpiecznie przyjemne.

Spotkanie z Markiem — moment, który zamroził powietrze

Do naszego stolika zbliżył się mężczyzna około pięćdziesiątki. Elegancki, z brzuszkiem, z oczami, które wyglądały jakby wiedziały o mnie dużo więcej, niż bym chciała.

— Tamaro, kochanie, dawno cię nie widziałem — powiedział z jakąś lekkością, jakbyśmy byli starymi znajomymi.

W tym jednym zdaniu były wspomnienia, rodzina, tradycja, przeszłość, czyli wszystko to, czego nie chciałam wnosić do nowego życia.

— Jesteś tu z ojcem? — dodał.

Cisza.

I wtedy to poczułam.

Na mnie patrzyły dwa spojrzenia.

Jedno znajome, rodzinne.

Drugie — obok mnie — ostre, uważne, analizujące.

Dryblas.

Moje dwa światy właśnie zderzyły się na jego oczach.

— Nie, panie Marku, dzisiaj jestem służbowo — odpowiedziałam, starając się mówić pewnym głosem. — Pracuję u pana Grzegorza.

Gdy to powiedziałam, delikatnie odsunęłam łokieć od jego ramienia.

Było to jak przecięcie nici, która nas łączyła o kilka centymetrów za blisko.

Widziałam, że Dryblas to zauważył.

Jego ramię naprężyło się, jakby mój gest coś w nim dotknął.

— To nie pracujesz w rodzinnej firmie? — zdziwił się Marek.

Nie chciałam, żeby Dryblas słyszał tę część mojego życia — tę część, od której uciekłam.

— Które przystawki pan poleca? — przerwałam szybko, wrzucając temat na inne tory.

— Owoców morza. Są wyborne.

Kątem oka uchwyciłam chwilę, w której Dryblas zmarszczył brwi.

Pierwszy raz.

Pierwszy raz pozwolił sobie na reakcję, której nie ukrył.

W jego spojrzeniu pojawiło się coś nowego:

Nie kontrola.

Nie dystans.

Coś… jak lekkie ukłucie ciekawości połączone z czymś, czego nie od razu potrafiłam nazwać.

Czy to było… zazdrość?

Nie. Bez sensu.

To był mężczyzna, który nie okazuje emocji.

A jednak…

Gdyby spojrzenia mogły mówić

Po tym spotkaniu między nami uniosło się napięcie.

Ciche, niewidoczne, ale realne.

Jakby Dryblas patrzył na mnie i próbował dopasować dwa obrazy:

— Tamara, którą znał: chaotyczna, niepewna, spóźniająca się do pracy.

— Tamara tu i teraz: pewniejsza siebie, rozpoznawalna, znana komuś, kogo on nie znał.

Było w nim coś surowego… ale też coś uważnego.

Jakby nagle zobaczył mnie w pełnym świetle, bez biurowego filtra.

A jego wzrok zatrzymywał się na mnie sekundę za długo.

Zanim zdążyłam wziąć głęboki oddech po rozmowie z Markiem, usłyszałam za sobą znajome stuknięcie obcasów.

Zbyt szybkie, zbyt żywe, zbyt pewne siebie.

MAMA.

Moje ciało zareagowało jeszcze zanim ją zobaczyłam — ramiona mimowolnie się spięły, żołądek zacisnął w twardą kulkę, a w gardle pojawiła się znajoma sucha łuska strachu.

Jej perfumy były pierwsze.

Zawsze takie same: ciężkie, intensywne, jakby chciały wejść do pomieszczenia pięć sekund przed właścicielką.

Odwróciłam się powoli.

I zobaczyłam ją.

Ubraną jak zawsze perfekcyjnie — z kokiem nie do ruszenia, z tą samą oceną w oczach, którą pamiętałam od dziecka.

Tylko że tym razem coś było inaczej.

Tym razem mnie zobaczyła.

Całą.

W sukni, makijażu, czerwonych ustach.

I obok… jego.

Zatrzymała się.

W jej spojrzeniu pojawiło się coś, czego nie potrafiłam od razu nazwać.

Zaskoczenie?

Niedowierzanie?

Ocena?

A może… zazdrość o to, kim nagle się staję?

— Kochanie, czemu nic nie mówiłaś, że będziesz? — powiedziała przesłodzonym tonem, który w moim języku oznaczał: „zaraz cię ocenię”.

Powietrze zgęstniało.

Czułam obok siebie obecność Dryblasa.

Stał o centymetr bliżej niż wcześniej.

Jakby wyczuł, że grunt pod moimi nogami zaczyna mięknąć.

— Mamo… to mój szef, pan Grzegorz — wypowiedziałam wolno.

Czas zwolnił.

Mama spojrzała na niego.

On spojrzał na mamę.

I to, co zobaczyłam w tym jednym spojrzeniu Dryblasa, sprawiło, że przeszły mnie dreszcze.

Analiza.

Ocena.

Kalkulacja.

I cień emocji, której w nim jeszcze nie widziałam.

Jakby chciał powiedzieć:

„Jeśli ją skrzywdzisz choć jednym słowem… zobaczysz.”

MAMA W TRYBIE „PEŁNEJ AMUNICJI”

— Miło pana poznać! — zaczęła mama, wyciągając dłoń. — Cieszę się, że dał pan szansę na rozwój naszej córce. Mówiliśmy jej, że warzywniak to nie było dla niej dobre miejsce.

Warzywniak.

Oczywiście.

Jakby celowała prosto w miejsce, którego najbardziej się wstydziłam.

Poczułam, jak moje policzki zalewa gorąco. Nie od wstydu — od wściekłości, która rosła we mnie jak fala.

I wtedy zobaczyłam reakcję Dryblasa.

Najpierw znieruchomiał.

Potem delikatnie odsunął bark, jakby chciał stanąć bardziej obok mnie niż obok niej.

A jego spojrzenie…

Otuliło mnie, zanim zdążyłam się posypać.

To nie było spojrzenie szefa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 44.21