Ta książka została poświęcona Ewuni.
Mojej ulubionej generał.Przyjaciółce domu.
Koleżance macochy.
Oraz opiekunce kilku kocich urwisów.
Ewunia zawsze pamięta o moich urodzinach, przysmakach
i królewskiej godności.
Pozwoliłem poświęcić jej tę książkę.
Wasza Wysokość
Felix Rex
Wstęp
Niektóre koty mieszkają w domach.
Felix posiada personel.
Do personelu należą między innymi:
Michał, Anita oraz autorka tej książki.
Naszym głównym zadaniem jest terminowe
dostarczanie karmy, otwieranie drzwi,
zamykanie drzwi, ponowne otwieranie
tych samych drzwi oraz okazywanie szacunku.
Felix przybył do naszego domu wiele lat temu
i od pierwszej chwili nie miał,
kto będzie tu rządził.
My jeszcze przez pewien czas żyliśmy
w błędnym przekonaniu,
że to nasze mieszkanie.
On wiedział lepiej.
Z biegiem lat królestwo rosło.
Przybywało poddanych, gości, sąsiadów,
a nawet czytelników, którzy poznali Feliksa
dzięki moim opowieściom.
Sam zainteresowany przyjmował
tę popularność ze stoickim spokojem.
W końcu trudno zachwycać się czymś,
co uważa się za całkowicie naturalne.
Felix jest kotem niezwykłym.
Potrafi przez kilka godzin spać w pozycji,
która budzi niepokój lekarzy ortopedów.
Potrafi obrazić się śmiertelnie
za niewłaściwą karmę.
Potrafi także spojrzeć tak,
że człowiek natychmiast
zaczyna zastanawiać się,
za co powinien przeprosić.
Bywa czuły, bywa uparty
i bywa majestatyczny.
A czasem zachowuje się jak rozrabiaka.
Ta książka nie jest jednak o zwyczajnym kocie.
To kronika panowania Jego Wysokości
Feliksa Rexa — Władcy Kanapy, Strażnika Kuchni,
Pogromcy Much i Niekwestionowanego Króla
Wszystkiego, co Obejmie Wzrokiem.
Jeżeli więc otwierasz tę książkę,
pamiętaj o jednej ważnej rzeczy.
Nie jesteś czytelnikiem.
Jesteś gościem na królewskim dworze.
Czwartki bez Steni
Jeżeli czytaliście moje „Czwartki u Steni”,
to doskonale wiecie, że w pozostałe dni tygodnia
również wiele się działo.
Przecież na moich usługach nie pozostaje
wyłącznie stara karmicielka.
Jest jeszcze samiec alfa. A właściwie omega,
tylko on sam najwyraźniej o tym nie wie.
Pojawia się też gościnnie Irmina wraz ze swoim
młodym i starszym.
Bywa Eryk brat Anity i Irminy,
który zawsze mi przywozi ulubione saszetki.
Nie mogę jednak pojąć jednej rzeczy.
Dlaczego Irmina na swoje młode woła „Michał”,
skoro stara na swojego samca
też mówi „Michał”?
Czy naprawdę tak trudno wymyślić inne imię?
Ale to jeszcze nic.
Samiec Irminy całkowicie postradał zmysły.
Na samca starej woła „tato”.
A na moją starą mówi „mamo”.
Próbowałem to zrozumieć.
Naprawdę próbowałem.
Bezskutecznie.
Kto jest czyim młodym?
Kto jest czyim samcem?
Kto należy do którego stada?
Im dłużej obserwuję gatunek humanów,
tym bardziej dochodzę do wniosku,
że kuweta jest jednak znacznie prostszym
systemem organizacji życia społecznego.
Kocia mamusia
To jakieś kompletne nieporozumienie.
Matkę ma się jedną.
Moją była Koszka.
Tymczasem ta istota uparła się,
że będzie się mną opiekować.
Zaczęło się niewinnie.
Pozwalałem jej głaskać moje królewskie futro.
Potem pozwoliłem siedzieć obok siebie.
Następnie bez pytania zaczęła zasypiać
w moim pokoju.
A teraz śpi na moim łóżku. Moim!
To zachowanie karygodne
i trudne do wybaczenia.
Żeby chociaż pachniała przyzwoicie.
Ale nie.
Regularnie moczy całe ciało w wannie,
a potem naciera się jakimiś żelami,
balsamami i innymi podejrzanymi substancjami.
A później dziwi się,
kiedy okazuję swoje niezadowolenie.
Czasami demonstracyjnie zajmuję pół poduszki.
Czasami odwracam się do niej ogonem.
A czasami pozostawiam na pościeli
specjalny komunikat.
Nie wiem, dlaczego nazywają
to „problemem z pęcherzem”.
Dla mnie jest to zwyczajna forma
kociej korespondencji.
Niestety, kocia mamuśka nie rozumie
subtelnych sygnałów.
Podejrzewam więc,
że będę musiał pisać do niej częściej.
Macocha
Zapamiętajcie jedno.
Anita nie jest moją matką.
Może co najwyżej macochą.
Królestwo natomiast jest moje
i nie podlega negocjacjom.
Pamiętacie, jak karmicielka udawała pisarkę?
Macocha jest jeszcze gorsza.
Siedzi godzinami przed komputerem
i tworzy jakieś anime,
mangi i inne dziwactwa,
których żaden szanujący się kot nie jest
w stanie zrozumieć.
Potem pakuje swoje obrazki, przypinki, breloczki
i ciągnie mnie na jakieś konwenty.
Japan Expo.
Comic Con.
Festiwale fantastyki.
I inne zgromadzenia humanów przebranych
za postacie, które najwyraźniej nie potrafią
zdecydować, czy są ludźmi,
elfami, wojownikami czy wielkimi
pluszowymi królikami.
Muszę wtedy pełnić obowiązki reprezentacyjne.
Pozować do zdjęć.
Pozwalać się podziwiać.
Przyjmować hołdy od poddanych.
Bywa męczące.
Na szczęście większość uczestników takich
wydarzeń
szybko rozpoznaje, kto jest najważniejszą
osobą przy stoisku.
Patrzą na macochę przez kilka sekund.
Na mnie przez kilka minut.
Niektórzy nawet proszą o wspólne zdjęcie.
Jak przystało na dobrego władcę, zgadzam się.
W końcu kontakt z monarchą
nie zdarza się codziennie.
Macocha twierdzi potem,
że pomagam jej w promocji.
Nie mam serca wyprowadzać jej z błędu.
Niech sobie wierzy.
Każdy kot wie, że to nie ja towarzyszę
jej na konwentach.
To ona ma zaszczyt towarzyszyć mnie.
Nowy Jork i okolice
Muszę wam opowiedzieć o swoich
męczarniach w USA.
Macocha postanowiła,
że w ciągu jednego tygodnia
zobaczy wszystkie najważniejsze miejsca
w Stanach Zjednoczonych.
Dla niej była to przygoda życia.
Dla mnie zesłanie.
Większość czasu spędziliśmy w podróży.
Ona podróżowała samolotami,
pociągami i samochodami.
Ja podróżowałem w transporterze.
Ze zwierzętami.
I to jeszcze w transporterze różowym.
Słyszycie? RÓŻOWYM!
Do dziś nie odzyskałem po tej traumie
królewskiej godności.
Macocha zachwycała się Nowym Jorkiem.
Potem Waszyngtonem.
Potem jakimiś muzeami,
pomnikami i budynkami.
Ja natomiast oglądałem głównie
kratki wentylacyjne,
buty współpasażerów i własne wąsy.
Najgłupsze było jednak zakończenie tej wyprawy.
Po przejechaniu setek kilometrów macocha
skręciła nagle do małej wioski.
Tam znalazła sklepik z napisem „U Polaka”.
Byłem przekonany,
że wydarzy się coś sensownego.
Kupiła pachnącą kiełbasę.
Prawdziwą. Wędzoną.
Taką, od której nawet królewski ogon
zaczyna machać. I wiecie co?
Nie dała mi nawet plasterka. Ani jednego!
Co więcej, ten cały Polak okazał się
wnuczkiem Polaka
i nie znał ani słowa po polsku.
Nie wiem, czy bardziej rozczarował mnie
brak kiełbasy, czy brak Polaka.
Jednego jestem pewien.
Po tej podróży zrozumiałem,
że ludzie potrafią przejechać pół świata,
żeby zobaczyć słynne budynki.
Kot przejechałby pół świata wyłącznie dla kiełbasy.
I kot miałby rację.