E-book
7.88
drukowana A5
Kolorowa
44.54
Felix Rex

Bezpłatny fragment - Felix Rex

Tekst stworzony z pomocą AI


Objętość:
57 str.
ISBN:
978-83-8455-720-4
E-book
za 7.88
drukowana A5
Kolorowa
za 44.54

Ta książka została poświęcona Ewuni.

Mojej ulubionej generał.Przyjaciółce domu.

Koleżance macochy.

Oraz opiekunce kilku kocich urwisów.

Ewunia zawsze pamięta o moich urodzinach, przysmakach

i królewskiej godności.

Pozwoliłem poświęcić jej tę książkę.

Wasza Wysokość

Felix Rex

Wstęp

Niektóre koty mieszkają w domach.

Felix posiada personel.

Do personelu należą między innymi:

Michał, Anita oraz autorka tej książki.

Naszym głównym zadaniem jest terminowe

dostarczanie karmy, otwieranie drzwi,

zamykanie drzwi, ponowne otwieranie

tych samych drzwi oraz okazywanie szacunku.

Felix przybył do naszego domu wiele lat temu

i od pierwszej chwili nie miał,

kto będzie tu rządził.

My jeszcze przez pewien czas żyliśmy

w błędnym przekonaniu,

że to nasze mieszkanie.

On wiedział lepiej.

Z biegiem lat królestwo rosło.

Przybywało poddanych, gości, sąsiadów,

a nawet czytelników, którzy poznali Feliksa

dzięki moim opowieściom.

Sam zainteresowany przyjmował

tę popularność ze stoickim spokojem.

W końcu trudno zachwycać się czymś,

co uważa się za całkowicie naturalne.

Felix jest kotem niezwykłym.

Potrafi przez kilka godzin spać w pozycji,

która budzi niepokój lekarzy ortopedów.

Potrafi obrazić się śmiertelnie

za niewłaściwą karmę.

Potrafi także spojrzeć tak,

że człowiek natychmiast

zaczyna zastanawiać się,

za co powinien przeprosić.

Bywa czuły, bywa uparty

i bywa majestatyczny.

A czasem zachowuje się jak rozrabiaka.

Ta książka nie jest jednak o zwyczajnym kocie.

To kronika panowania Jego Wysokości

Feliksa Rexa — Władcy Kanapy, Strażnika Kuchni,

Pogromcy Much i Niekwestionowanego Króla

Wszystkiego, co Obejmie Wzrokiem.

Jeżeli więc otwierasz tę książkę,

pamiętaj o jednej ważnej rzeczy.

Nie jesteś czytelnikiem.

Jesteś gościem na królewskim dworze.

Czwartki bez Steni

Jeżeli czytaliście moje „Czwartki u Steni”,

to doskonale wiecie, że w pozostałe dni tygodnia

również wiele się działo.

Przecież na moich usługach nie pozostaje

wyłącznie stara karmicielka.

Jest jeszcze samiec alfa. A właściwie omega,

tylko on sam najwyraźniej o tym nie wie.

Pojawia się też gościnnie Irmina wraz ze swoim

młodym i starszym.

Bywa Eryk brat Anity i Irminy,

który zawsze mi przywozi ulubione saszetki.

Nie mogę jednak pojąć jednej rzeczy.

Dlaczego Irmina na swoje młode woła „Michał”,

skoro stara na swojego samca

też mówi „Michał”?

Czy naprawdę tak trudno wymyślić inne imię?

Ale to jeszcze nic.

Samiec Irminy całkowicie postradał zmysły.

Na samca starej woła „tato”.

A na moją starą mówi „mamo”.

Próbowałem to zrozumieć.

Naprawdę próbowałem.

Bezskutecznie.

Kto jest czyim młodym?

Kto jest czyim samcem?

Kto należy do którego stada?

Im dłużej obserwuję gatunek humanów,

tym bardziej dochodzę do wniosku,

że kuweta jest jednak znacznie prostszym

systemem organizacji życia społecznego.

Kocia mamusia

To jakieś kompletne nieporozumienie.

Matkę ma się jedną.

Moją była Koszka.

Tymczasem ta istota uparła się,

że będzie się mną opiekować.

Zaczęło się niewinnie.

Pozwalałem jej głaskać moje królewskie futro.

Potem pozwoliłem siedzieć obok siebie.

Następnie bez pytania zaczęła zasypiać

w moim pokoju.

A teraz śpi na moim łóżku. Moim!

To zachowanie karygodne

i trudne do wybaczenia.

Żeby chociaż pachniała przyzwoicie.

Ale nie.

Regularnie moczy całe ciało w wannie,

a potem naciera się jakimiś żelami,

balsamami i innymi podejrzanymi substancjami.

A później dziwi się,

kiedy okazuję swoje niezadowolenie.

Czasami demonstracyjnie zajmuję pół poduszki.

Czasami odwracam się do niej ogonem.

A czasami pozostawiam na pościeli

specjalny komunikat.

Nie wiem, dlaczego nazywają

to „problemem z pęcherzem”.

Dla mnie jest to zwyczajna forma

kociej korespondencji.

Niestety, kocia mamuśka nie rozumie

subtelnych sygnałów.

Podejrzewam więc,

że będę musiał pisać do niej częściej.

Macocha

Zapamiętajcie jedno.

Anita nie jest moją matką.

Może co najwyżej macochą.

Królestwo natomiast jest moje

i nie podlega negocjacjom.

Pamiętacie, jak karmicielka udawała pisarkę?

Macocha jest jeszcze gorsza.

Siedzi godzinami przed komputerem

i tworzy jakieś anime,

mangi i inne dziwactwa,

których żaden szanujący się kot nie jest

w stanie zrozumieć.

Potem pakuje swoje obrazki, przypinki, breloczki

i ciągnie mnie na jakieś konwenty.

Japan Expo.

Comic Con.

Festiwale fantastyki.

I inne zgromadzenia humanów przebranych

za postacie, które najwyraźniej nie potrafią

zdecydować, czy są ludźmi,

elfami, wojownikami czy wielkimi

pluszowymi królikami.

Muszę wtedy pełnić obowiązki reprezentacyjne.

Pozować do zdjęć.

Pozwalać się podziwiać.

Przyjmować hołdy od poddanych.

Bywa męczące.

Na szczęście większość uczestników takich

wydarzeń

szybko rozpoznaje, kto jest najważniejszą

osobą przy stoisku.

Patrzą na macochę przez kilka sekund.

Na mnie przez kilka minut.

Niektórzy nawet proszą o wspólne zdjęcie.

Jak przystało na dobrego władcę, zgadzam się.

W końcu kontakt z monarchą

nie zdarza się codziennie.

Macocha twierdzi potem,

że pomagam jej w promocji.

Nie mam serca wyprowadzać jej z błędu.

Niech sobie wierzy.

Każdy kot wie, że to nie ja towarzyszę

jej na konwentach.

To ona ma zaszczyt towarzyszyć mnie.

Nowy Jork i okolice

Muszę wam opowiedzieć o swoich

męczarniach w USA.

Macocha postanowiła,

że w ciągu jednego tygodnia

zobaczy wszystkie najważniejsze miejsca

w Stanach Zjednoczonych.

Dla niej była to przygoda życia.

Dla mnie zesłanie.

Większość czasu spędziliśmy w podróży.

Ona podróżowała samolotami,

pociągami i samochodami.

Ja podróżowałem w transporterze.

Ze zwierzętami.

I to jeszcze w transporterze różowym.

Słyszycie? RÓŻOWYM!

Do dziś nie odzyskałem po tej traumie

królewskiej godności.

Macocha zachwycała się Nowym Jorkiem.

Potem Waszyngtonem.

Potem jakimiś muzeami,

pomnikami i budynkami.

Ja natomiast oglądałem głównie

kratki wentylacyjne,

buty współpasażerów i własne wąsy.

Najgłupsze było jednak zakończenie tej wyprawy.

Po przejechaniu setek kilometrów macocha

skręciła nagle do małej wioski.

Tam znalazła sklepik z napisem „U Polaka”.

Byłem przekonany,

że wydarzy się coś sensownego.

Kupiła pachnącą kiełbasę.

Prawdziwą. Wędzoną.

Taką, od której nawet królewski ogon

zaczyna machać. I wiecie co?

Nie dała mi nawet plasterka. Ani jednego!

Co więcej, ten cały Polak okazał się

wnuczkiem Polaka

i nie znał ani słowa po polsku.

Nie wiem, czy bardziej rozczarował mnie

brak kiełbasy, czy brak Polaka.

Jednego jestem pewien.

Po tej podróży zrozumiałem,

że ludzie potrafią przejechać pół świata,

żeby zobaczyć słynne budynki.

Kot przejechałby pół świata wyłącznie dla kiełbasy.

I kot miałby rację.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
Kolorowa
za 44.54