E-book
10.92
Faust. Tragedii część pierwsza

Bezpłatny fragment - Faust. Tragedii część pierwsza

przełożył Paweł Jan Węcławski

Objętość:
246 str.
ISBN:
978-83-65236-52-4

Dedykacja

Znów się zbliżacie, wy chwiejne postaci,

Które widziałem niegdyś jak przez mgłę.

Może spróbuję was dziś nie utracić?

Czując, jak serce ku zwidom skłania się.

Pchacie się do mnie! Tak będzie, jak chcecie,

Jak z dymu i z mgły krążycie wokół mnie.

Pierś moja dzisiaj jak niegdyś wstrząśnięta

Tym tchem magicznym, co z wami się pęta.

Przypominacie obrazy lat szczęśliwych,

Kochane cienie powstają obok was;

Jak i w legendach, tych przebrzmiałych, ckliwych

Mą pierwszą miłość, przyjaźń zakrył czas;

Boli na nowo, boli to wrażliwych

Gdy cel swego życia gubią raz po raz.

Wzywając wybranych, Bożych ulubieńców

Co pewnej godziny zaginęli w szczęściu.

Nie słyszą już pieśni, które śpiewały,

Te dusze, co były tam pierwsze.

Ach! Sprzeczność, ten jakże przejrzały,

Ton mojej pieśni, niedojrzałe wiersze,

Rozproszą nasz bratni, przecudny tłum cały,

Choć mnie wasz poklask uchwycił za serce.

A co, prócz tego, się z pieśni raduje,

Jeśli wciąż żywe: błądzi, poszukuje.

Ogarnia mnie z dawna nieznane pragnienie

Za Zaświatami, co ciche, poważne,

Gdzie dziś przebrzmiewa tak nieokreślenie

Pieśń moja, z harfami tożsamie szeptana,

Przechodzą mnie dreszcze, łez łzami gonienie,

Ma silna dusza — słabością owiana;

To, co posiadam, widzę jak z oddali,

To, co prawdziwe — już mi odebrali.

Prolog w teatrze

Dyrektor. Poeta. Wesołek.

DYREKTOR

Wy obaj, co zawsze u boku mojego

W biedzie, w potrzebie wytrwaliście wiernie,

Powiedzcie, jak w Niemczech, czy dobrze, czy miernie

Wyglądają dziś szanse przedsięwzięcia tego?

Bardzo bym chciał być ludu ostoją

Zwłaszcza, ponieważ żyjąc, żyć pozwala.

Deski gotowe! I podpory stoją,

Chciałbym już wierzyć — pełna będzie sala.

Widzowie siedzą, już zaciekawieni

Oczekują, chcąc być zadziwieni.

Umiem się przecież w gusta ich wpasować;

Lecz nigdy nie byłem tak zakłopotany:

Bo nie potrafię się dziś to przygotować,

Nawet, jak każdy z nas jest oczytany.

Jak to zrobimy, aby wszystko świeże

Miało znaczenie takie, jak w nie wierzę?

Chętnie bym tłumy tutaj, dzisiaj zoczył

Jak naród przyjmie nasza buda ta,

Naród cierpiący, niemalże krwią broczy

A jednak — w wąskie drzwi się pcha;

W pełnym słońcu, o wczesnej godzinie,

W kolejce do kasy stoją tak bark w bark

Jak niegdyś z głodu, by chleb dać rodzinie,

Dziś dla biletu –warto złamać kark.

Tak działa Sztuka na cały nasz lud:

Poeto, mój bracie, spraw nam dziś ten cud!

POETA

Nie mów mi, proszę, o tłumie kolorowym,

Na widok którego opuszcza nas duch.

Jak mnie ogarnia, zapominam mowy,

Wbrew własnej woli, gdy widzę ten ruch.

Zaprowadź mnie, bracie, na nieba kobierce,

Gdzie tylko twórca zna radości woń;

Gdzie miłość, przyjaźń błogosławią serce

Które stworzywszy, pieści boska dłoń.

Ach! W głębinach piersi urodzone,

Wybełkotane przez wargi nieśmiałe,

Niechaj się ziści! Choć niegdyś poronione,

Niechaj pochłonie moce chwil tych całe.

Niechaj, choćby przez lata tworzone,

Zjawi się dzisiaj w swej skończonej chwale.

Stworzone dla tej chwili, błyszczy,

Niech się prawdziwie dla potomnych ziści.

WESOŁEK

Nie powinienem słuchać o potomnych.

Chociaż, gdym o nich mówić skłonnym,

Kto z nas pozwalał światu tak się bawić?

Tego dziś żąda, tego mieć powinna.

Teraźniejszość. Jak dziecko — niewinna.

To, myślę sobie, wystarczy, by zbawić.

Kto się potrafi wygodnie urządzić,

Ten nie narazi ludu na zgorzknienie;

Życząc dziś sobie nad wieloma rządzić,

Wywrze na ludzie olbrzymie wrażenie.

Grzecznymi bądźcie, i wśród cnót wszelakich,

Zabrońcie fantazji z jej chórami wszemi,

Rozumu, rozsądku, namiętności takich,

Zapomnieć. O błazeństwie Ziemi.

DYREKTOR

Lecz zwłaszcza, niech to wszystko się wydarzy!

Lud tu przychodzi, by widzieć, o czym marzy.

Gdy wiele będzie przed oczyma uplecione,

Aby ci ludzie wytrzeszczali oczy,

Walki już zostały zwyciężone

Będziecie, Panie, człekiem przeuroczym.

Na tłumy zwykły tłum wystarczy,

Każdy coś wreszcie wyszuka dla siebie

Kto coś potrafi, innym też dostarczy;

Opuści tę budę, będąc jakby w niebie.

Wystawcie sztukę, i w sztukach już będzie!

Takie wzmocnienie, niech się Wam powiedzie;

Powiedzieć jest łatwo, łatwo też wykonać.

Co wam pomoże, jeśli całość skona?

Przecież publiczność nie opuści w biedzie.

POETA

Nie wiecie nawet, jakie to jest złe!

Jak mało to może artyście dziś dać!

Gdy wielkim panom — zwykle nie chce się

Obok artysty, w dziele jego, trwać.

DYREKTOR

Takim zarzutom trzeba sprostowania:

Mężczyzna, co żywi potrzebę działania,

Trzymać się musi słusznego narzędzia.

Pomyślcie: to drewno łatwe jest do rżnięcia,

Spójrz zatem tylko, komu piszesz, panie!

Kiedy ta nuda będzie wreszcie w stanie,

Niechaj powstaną sztuki jak ze stali,

I niech to będą żary takie tanie,

Które przeczytać można na stronach żurnali.

Przybiegną do nas tak, jak na festyny

Ciekawość uskrzydli każdy jeden krok;

Damom, tak pięknym, mimo swej patyny

Grającym za darmo tutaj, rok w rok!

O czym marzycie, talentu krynice?

Cieszą was wszystkie miejsca wyprzedane?

Gdy mecenasa ujrzycie oblicze!

Na wpół surowe, wpół rozradowane.

Jednemu po sztuce marzy się hazardzik,

Drugiemu spędzenie z ladacznicą nocy.

Czemuż was ciągnie, wy idioci marni,

Do tak przyziemnych, choć przecudnych mocy?

Powtarzam wam zawsze, dajcie z siebie więcej,

Aby nie stracić z oczu celu swego

Ciężko jest dzisiaj człowieka prostego,

Tak zadowolić, ach, jak najgoręcej —

Czego potrzeba? Bólu, czy zachwytu?

POETA

Odejdź! I sługę znajdź sobie innego!

Poeta, co w służbie prawa najwyższego,

Prawa człowieka, danego z natury,

Dla twej zachcianki w żart dziś nie obróci!

Myślisz, że serca wzruszone porzuci?

Myślisz, że ruszą go te twoje bzdury?

Czyż nie harmonia, co z piersi wynika,

Gdy jego serce świat cały połyka?

Kiedy w Naturze nić tę nieskończoną,

Nawija, i wciąż uwikłany tkwi,

Kiedy tłum istnień, próżnie, unisono

Wiecznie, niepewnie, przemieszanie brzmi —

Kto może podzielić te perfidne rzędy,

Ożywić rytmikę rytualnych mordów?

Jednostki przywołać, i przeżyć obrzędy,

Usłyszeć te dźwięki niebiańskich akordów?

Kto dziś rozpęta burzę namiętności?

Rozpali pierwszego dziś wieczoru mrok?

Kto uzewnętrzni emocje młodości

Da na miłości ścieżkę pierwszy krok?

Kto dziś każdego widza zauroczy,

Wieńcem laurowym ozdobi swe skronie?

Podbije dziś Olimp? I bogów zjednoczy?

Siła ludzkości. Co w artyście tonie.

WESOŁEK

Więc potrzebuje tej rozkosznej siły,

Aby móc tworzyć, artysta nasz miły

Jak w tych klasycznych romansach nastanie.

Przypadkiem się zbliży. Poczuje. Zostanie

Tak kruchy, tak słaby, wiecznie pokonany;

Chociaż do szczęścia wiecznie zapraszany

W swym przerażeniu, gdy nadejdzie ból

Nim się spostrzeże — romantyczny król!

Zatem wystawmy sztukę tę w rozkwicie!

Wpłyńmy na miałkie, nędzne ludzkie życie!

Wielu tak żyje, niewielu jest to znanym,

Ten, który dąży, zainteresowany.

W kolorach świata jasności nie widzi,

Wśród wielu błędów prawdy się nie wstydzi,

Tak też dojrzeją najprzedniejsze wina,

Świat się upije! Ale nie zatrzyma.

Niech zbierze kwiaty najpiękniejsze młodość

Z występu tego, co był objawieniem,

I niech zdobędzie, ze swoją urodą

Efekty pracy. Duszy pożywienie,

I już niedługo, każdego poruszy

Każdy dostrzeże, co w głębinach duszy,

Wciąż jest ukryte. Śmieje się, i płacze,

Chwali tę zmianę. Niechaj to zobaczę;

Kto to zakończy, wdzięczny być ci musi;

Już nie błądzący, który sam się dusi.

POETA

Więc zwróć mi mój cały utracony czas,

Kiedym sam błądził, świat ten urojony

W źródle mych pieśni widząc raz po raz.

Niechaj więc będę — na nowo zrodzony,

Niechaj mi świata mgła już nie przesłania,

Niechaj nie trawię już licznych miesięcy,

Niechaj nie łamię kwiatów tych tysięcy,

Kwitnących w dolinach od czasów zarania.

Nie miałem nic. Zbyt wiele to było;

By odkryć prawdę życia nie starczyło.

Nie było w tym żadnych wymiernych korzyści.

Bolesne szczęście, niespożyta chuć,

Siło miłości, siło nienawiści,

Zaklinam Cię dzisiaj. Młodość mą mi zwróć!

WESOŁEK

Młodości, bracie, potrzebujesz wtedy,

Kiedy wokoło cisną się wrogowie,

Kiedy przemocą wyzwalasz się z biedy,

Kiedy z niewiastą jesteście po słowie,

Kiedy w oddali wieniec zwycięstwa

Widać w obliczu najwyższego celu,

Jako pochwała najwyższego męstwa.

Wtedy swą młodość straciło tak wielu.

Lecz, aby w jakąś znaną grę

Odważnie móc dziś ingerować,

By znaleźć swój wyśniony cel

I każdy błąd uregulować,

Jest obowiązkiem starszych ludzi,

Szanuje ich wszystko co żywe.

Wiek nie ogłupia. Wiek nie łudzi,

Wiek robi z nas prawdziwe dzieci.

DYREKTOR

Padło już dostatecznie wiele słów,

Chciałbym więc w końcu ujrzeć czyny!

Zanim zaczniecie słodzić znów,

Niech pożyteczne będą rymy.

W czym wam pomaga mowa o nastroju?

Która, nieznana wielkim czarodziejom.

By wiedzieć, w poetyckim znoju,

Dzieje Poezji. I Poezja — Dziejom.

Czego potrzeba, wszyscy przecież wiecie,

Potężne wino, najmocniejsze w świecie;

Niech będzie teraz moim przedstawieniem!

Czego nie było, nie będzie zwątpieniem,

Lecz już nie wolno stracić ani dnia,

Niechaj uparcie działa sztuki stwórca

Co jednocześnie w swej twórczości trwa,

Niech nie przestaje, niechaj ciągle gra

I działa ciągle. Jak go stworzył Stwórca.

Na deskach niemieckich teatrów

Próbuje każdy, czegokolwiek chce;

Jak nie potrafi, niech nie kryje się

Nie ma preludiów. Nie ma też antraktów.

Potrzeba światła. Światła? Oświecenia,

By płomień gwiezdny zawsze, wiecznie trwał;

Ten, co on wodę, ogień, progi skał,

Ptactwo i faunę wiecznie opromienia.

Więc wkroczmy na deski naszego teatru

W blasku promienia, i powiewach wiatru,

Krążmy. W podejrzany sposób

Od niebios przez świat do piekielnego losu.

Prolog w niebiosach

Pan. Niebiańscy wodzowie. Później: Mefistofeles.

Występują trzej Archaniołowie.

RAFAEL

Słońce przemierza, na swój stary sposób,

Cały nieboskłon, i w strumieniach potu,

Ta jego podróż, co zrządzeniem losu

Zakończyć się musi uderzeniem grzmotu.

Wasz wzrok, mój Panie, da aniołom siłę,

Co, jak Wy, Panie, wiecznie będzie trwać;

By mogli tworzyć dzieła Tobie miłe

Takie cudowne, jak pierwszego dnia.

GABRIEL

Biegnie aż do horyzontu skraju

I opromienia Ziemię mocą;

Wymienia się tu światłość Raju

Z głęboką, pełną strachów Nocą.

Morza szeroki prąd się pieni

W głębinie wiecznych, zimnych skał.

Skały i morze. Powierzchnia Ziemi

To ten odwieczny planet cwał.

MICHAEL

Burze huczące, uporczywe.

Z lądu nad morze, z morza nad ląd,

I niech się kryje to, co żywe

Przed burz naporem, ucieka stąd.

Huczą płomienie, w ogniu pławią

Się dziś ofiary gniewu Twego.

Lecz Twoi słudzy, Panie, sławią

Słodką codzienność dnia naszego.

WE TRZECH

Wasz wzrok, mój Panie, da aniołom siłę,

Co, jak Wy, Panie, wiecznie będzie trwać;

By mogli tworzyć dzieła Tobie miłe

Takie cudowne, jak pierwszego dnia.

MEFISTOFELES

Ty, o Panie, już się zbliżasz, pytasz

Co się w świecie dzieje?

Moje emocje, moje myśli czytasz

I na mój widok aż się śmiejesz.

Bo nie potrafię władać słowem,

I każdy wokół mnie wyszydza;

W patosie swym zachodzę w głowę,

Czy Cię ma marność nie obrzydza?

Czy świat, czy słońce, niech się ziści

Wiem tylko, jak człowieka zniszczyć.

Malutki bożek czynu złego,

Cudowny tak, jak dnia pierwszego.

Gdybym był żył — troszeczkę lepiej,

Gdybyś mi nie dał władzy w niebie;

Choć rozsądkowi memu trzeba,

Najgorszym być zjadaczem chleba.

Chodź sądzę, z łaski pozwolenia,

Żem jest insektem. Do zwątpienia,

Skaczącą bezustannie pchłą

Żywiącą się marnością swą;

Lecz dopuść tylko do człowieka!

Zagryzę. Spójrz no, jak ucieka.

PAN

Coś więcej masz do powiedzenia?

Czy nie znasz nic, oprócz zrzędzenia?

Czy moja Ziemia znów cię brzydzi?

MEFISTOFELES

Nie, Panie. Jam jest tym co widzi.

Ludzi, zmęczonych swoim życiem,

Jakżesz ich trapić należycie?

PAN

Znasz, synu, Fausta?

MEFISTOFELES

Doktora?

PAN

Sługę mego!

MEFISTOFELES

Sługę! Służy on Wam do upadłego.

On życia nie zna człowieczego.

On widzi cel. Cel gdzieś w oddali,

On świadom jest swego błazeństwa;

On świat od podstaw gotów spalić.

Lecz nie dla niego bezeceństwa,

Lecz nerwy jego, jak ze stali

Ukoi tylko czas męczeństwa.

PAN

Nawet, gdy służy mi przypadkiem,

Nim mu pokażę słuszną drogę.

To wiedz! Choć niezłym jest gagatkiem,

Zrobię go świętym. Ponieważ mogę!

MEFISTOFELES

To zakład? Zatem już wygrałem!

Jeśli mi dacie pozwolenie,

Abym go zwiódł. Kunsztem mem całem.

PAN

Dopóki zamieszkuje Ziemię,

Wszystko ci dozwolone będzie,

Bo życie ludzkie — to błądzenie.

MEFISTOFELES

Dziękuję zatem. Byłbym w błędzie,

Gdybym z oferty nie skorzystał.

Ofiara boska. Ludzka. Czysta!

Zatem wprowadzę Fausta w błąd;

Jak z kotem mysz — odejdzie stąd.

PAN

Więc dobrze, w twojej mocy będzie!

Oderwij ducha od tych źródeł,

Możesz go zabrać, synu, wszędzie,

Powalaj ducha ziemskim brudem,

Byś się zawstydził, kiedy przyznasz:

Kiedy ten człowiek, w twoim mroku,

Swą dobrą duszę wreszcie wyzna.

MEFISTOFELES

Dobrze! Trzeba mi mniej, niż roku.

By człowiek grzeszył. Nie patrzył z boku.

By diabłem był, na każdym kroku,

Kiedy zwyciężę, z Twojej woli.

Faust będzie w błocie. Po niewoli,

Niech wie — z Twojego to wyroku.

PAN

Działaj w postaci swej prawdziwej;

Ciebie najbardziej ukochałem.

Ze wszystkich dusz, z ich prawdy krzywej,

Tyś jest, figlarzu, moim ciałem.

Zbyt łatwo uśpić ludzką czynność,

Nużą go wszelkie życia znoje;

Więc oddam go w pazury twoje,

Czyńże więc, diable, swą powinność.

Lecz ty, prawdziwy synu boski,

Cieszże się z życia, pełnego troski!

Błądzący wiecznie działa, krąży,

Obejmie cię swoim uściskiem,

On ma nadzieję, że on zdąży,

Zbawienie dzisiaj jest tak bliskiem!

(niebo zamyka się, Archaniołowie się oddalają.)

MEFISTOFELES (samotnie):

Czasem zobaczyć starca tego,

Obym nie musiał go zostawiać.

To piękne jest! Na Boga mego,

Po ludzku z diabłem tak rozmawiać.

Noc (I)

W wysoko sklepionym, gotyckim pokoju. Faust, niespokojny, w fotelu przed biurkiem.

FAUST

Nie ma tajemnic już żadnych przede mną,

Ni medycyna, ani prawo,

Niestety, wiedzę tę tajemną

Dzisiaj nazywam własną strawą.

I wciąż tu stoję, dureń biedny!

Niewiedza ma, jak chleb powszedni;

Magistrem jestem! Doktorem tego świata

I wciąż próbuję, przez te wszystkie lata —

Stoję. I chodzę. I nieśmiało siedzę,

Próbując uczniom przekazać swą wiedzę —

Niewiedza! To wielka rozterka,

Która ugasza płomień mego serca.

Choć nie zanoszą nauki pod strzechy,

Nudni magistrzy, pisarze czy klechy;

Nie mam skrupułów, pasja ma wściekła,

Nie da mi lękać się demonów czy piekła —

Lecz pozbawione me życie radości,

Nie znam już szczęścia, wiedzy, słuszności,

Nie mogę nikogo niczego nauczyć,

Ludzi nie naprawię, nie mogę nawrócić.

Nie mam już złota czy dóbr materialnych,

Zgubiłem splendor rzeczy nierealnych;

Pieskie to życie, nie warte niczego!

Więc magią się bawię, przyzywaniem Złego,

Niech moc i potęga istoty przeklętej

Dadzą mi władzę, część wiedzy tajemnej;

Bym nigdy już więcej, potem zimnym zlany

Na teren nie wchodził, wiedzy mej nieznany;

Abym rozpoznał, co Wszechświat nasz cały

Utwardza, uprawnia, co czyni go stałym,

Bym dojrzał źródła wszelkiej sprawczej mocy,

Więcej nie błądził pośród ciemnej nocy.

Zwróć ostatecznie, o pełnio księżyca,

Ku mej udręce zacne swoje lica,

Uświęć te setki nieprzespanych nocy

Którem przy pracy miał spędzić, w niemocy:

Nad mądrą księgą, ryzami papieru,

Pomóż mi teraz, drogi przyjacielu!

Ach! Gdybym dziś mógł, po górskich łańcuchach

Pławić się wiecznie w świetlistych podmuchach,

Z duchami pływać po górskich jaskiniach,

I w twoim mroku na łąkach zaklinać,

Od wszelkiej wiedzy już wolny ciężaru,

Dla zdrowia wciąż pływać, już nie znać umiaru!

Biada! Bom wciąż w tej piwnicy!

W przeklętej, wilgotnej, śmierdzącej zimnicy,

Gdzie przez malowane szyby, nieprzejrzyste

Nie dotrze już światło z tych niebios, przeczyste!

Ograniczony dziś stosem mych ksiąg,

Żywiących robactwo, i pokrytych kurzem,

Co niemym światkiem piekielnych mych mąk

Wyryje swą mądrość w mej głowy marmurze;

Szklanice i puszki, stojące dokoła,

Wśród instrumentów budzi wstręt,

Wciśnięty pradziadowy sprzęt —

To właśnie świat twój! To twój świat cię woła!

Czemu twe serce, wciąż się zapytujesz,

Nie może wyrwać się z ciała ukrycia?

Czemu ból dziwny, który ciągle czujesz,

Pozbawia wszelkiej cię radości życia?

Nie masz narodu, nie masz tej natury,

Dla której Bóg stworzył ludzkość całą,

Bo dookoła kurz, dym i szczury

Ich martwe kości. Lśnią swą martwą chwałą.

Biada! Uciekaj! Przed wieczną udręką!

Czy tom tajemny, wiedzy niebezpiecznej

Nostradamusa napisany ręką,

Nie dopomoże w życiu dostatecznie?

Gdy poznasz gwiazd bieg, na wszechmocnym niebie,

Kiedy przyroda się ciebie posłucha,

To wtedy spłynie moc duszna na ciebie,

Poznasz, jak duch przemawia do ducha.

Na próżno twoje suche zmysły

Pojąć próbują święte znaki te:

Duchy wokoło dzisiaj się rozprysły;

Odpowiadajcie, gdy słyszycie mnie!

(otwiera księgę. Ogląda kosmiczne znaki)


Ha! Jakie szczęście płynie w tym widoku

Tak jednocześnie przez wszystkie me zmysły!

Czuję się młodo, nie patrzę już z boku;

Nowe przez nerwy przechodzą pomysły.

Czy był to Bóg, co nakreślił znaki,

Zawsze wewnętrzne daje ukojenie,

Biednemu sercu z radości spełnienie,

Z moim popędem, tajemniczym takim

Siły natury, czuję swe pragnienie.

Czy jestem już bogiem? Czuję oświecenie!

Dopiero dziś widzę swym światłym umysłem

Działanie Natury. Przed sercem mem czystem.

Dopiero pojąłem słów mędrca znaczenie:

„Nie jest zamkniętą duchowa dziedzina;

Dla ciebie, mój uczniu, choć martwe twe serce!

Niech ci utopić pozwoli kraina

Twe ziemskie smutki w porannej rozterce!”

(ogląda znak.)


Jak jedno w drugim, drugie w trzecim,

Splata się to jak wszystko w świecie!

Gdy sił niebiańskich wyżyn sięgnę

I gdy się pokus nie ulęknę!

Błogosławieni będą ludzie

W swym świętym, acz codziennym trudzie,

Gdy już podbiją Wszechświat cały!

Ach, przedstawienie! Ach! To sztuka!

Gdzie znajdzie cię ten, który szuka?

Święta Naturo? Źródło życia,

Święta jedności ziemi, nieba,

Ja już znalazłem. Tam, gdzie trzeba —

Twe źródła. Pijmy… Prozę życia?

(przypadkiem przewraca stronę. Widzi znak Ducha Ziemi)


Jak działa na mnie znak ów, tak tajemny!

Ty, Duchu Ziemi, tyś jest mi najbliższy;

Wzmocnij me siły więc słowem najwyższym,

Jak drogim winem, niezwykle przyjemnym.

Czuję swą siłę, podbiję tę Ziemię,

Pogrzebię szczęście i zniszczę cierpienie,

Na skrzydłach burzy, zawsze wszechobecny

I przed wahaniem na wieki bezpieczny.

Ciemność zapada —

Zaćmienie Księżyca —

Lampa przygasła!

We mgle… Dojrzałem poblask ognia!

Płonie w mej głowie! — Przebiega

Mnie zimny dreszcz. Wyczuwam…

Złą wolę! Tu, pod moim dachem!

Pokaż się, duchu! Istoto przeklęta!

Ujawnij się!

Ha! W mym sercu się dziś moc twa skręca!

Pokaż więc duchu swe jestestwo całe!

Niech cię doświadczą zmysły pozostałe!

Oddam się tobie moją duszą całą!

Przyjdź! Choć życia mego mało!

(trzyma księgę. Wypowiada tajemnicze zaklęcia. Płonie czerwony ogień, w ogniu Duch)

DUCH

KTÓŻ MNIE WOŁA?

FAUST (odwracając się)

Cóż za straszna twarz!

DUCH

TYŚ MNIE, CZŁOWIECZE, WYWOŁAŁ BYŁ

ZE SFERY MEJ! ZAŚPIEWEM SWYM,

WIĘC —

FAUST

Odejdźcie! Straszny widok wasz!

DUCH

TY TCHÓRZU, CO BOISZ SIĘ MEGO WIDOKU,

MOJEJ POSTACI, I MOJEGO GŁOSU;

WIĘC BĘDĘ TERAZ PANEM TWEGO LOSU,

WIĘC JESTEM! — SOLĄ W TWOIM OKU

I WYŻSZYM BYTEM, CO RZADZI TWĄ DUSZĄ!

NIECH MYŚLI TWOJĄ PIERŚ PORUSZĄ,

JAKIE CI KŁAMSTWO PRAWO DAŁO

NA RÓWNI STAWIAĆ SWOJE CIAŁO?

CZEMU, DOKTORZE, SWOIM GŁOSEM,

CHCESZ ZŁĄCZYĆ LOS SWÓJ Z MOIM LOSEM?

KIEDY, OWIANY MOJĄ MOCĄ,

DRŻYSZ! PEŁEN LĘKU KAŻDĄ NOCĄ,

NĘDZNA, ŻAŁOSNA KREATURO?

FAUST

Mam ci ustąpić, istoto płomienia?

Jam, Faust, powołał cię do istnienia!

DUCH

SĄ MOJE SŁOWA UWERTURĄ

CZY PRZEJDZIESZ KAŻDĄ Z MOICH PRÓB?

STABILNYŚ TAK, JAK TA CHORĄGIEW!

OD SWYCH NARODZIN AŻ PO GRÓB,

MIOTAJĄ TOBĄ TWOJE ŻĄDZE,

NA OCEANIE TWEGO ŻYCIA,

BŁYSZCZYSZ, PRZYGASASZ, BEZ ODKRYCIA,

PO CO ZOSTAŁEŚ UTWORZONY

NA BOŻY OBRAZ. ZNIEWOLONY!

FAUST

Potęga twoja nic ci nie pomoże,

Duchu, wszechwładny, jakżeś jest mi bliski!

DUCH

PODOBNYŚ DUCHOM, KTÓRE POJĄĆ MOŻESZ,

NIE MNIE, CZŁOWIECZE! POMIOCIE NISKI!

(znika.)

FAUST (załamany):

Nie tobie?

Więc komu?

Ja, stworzenie boże!

Komum podobny?

(pukanie.)

O Boże! To Wagner, przyjaciel rodziny —

Nie mogę dopuścić go do konfidencji!

Nie pojmie historii i jej konsekwencji

Ten hipokryta, nieświadom swej winy!

(Wagner w szlafroku i szlafmycy, lampa w dłoni. Faust niechętnie się odwraca.)

WAGNER

Pan recytował, nie chcę się narzucać;

Grecką tragedię? Jaka jej wymowa?

W tej sztuce chciałbym korzyści odnosić,

Dziś się opłaca każda obca mowa.

Często to słychać, nie dajcie się prosić,

I komik może proboszcza nauczać.

FAUST

Tak, jeśli komediant sam jest tym proboszczem;

Co dzisiaj przecież ciągle się przydarza.

WAGNER

Ach! Jeśli sam w swoim muzeum się goszczę,

I nic nie widzę, świata ni ołtarza,

Ni przez lunetę, ani gołym okiem,

Jak ich przegadać, czy obejść ich bokiem?

FAUST

Gdy nie poczujesz, sam nic nie uzyskasz,

Jeśli na wskroś twej nie przenika duszy

Ta moc pradawna, odzwierzęca, czysta

Serca słuchaczy nic już nie poruszy.

Już tylko siedźcie! I klejcie radośnie,

Gotujcie swe zupki z innymi pospołu

I podsycajcie płomienie żałosne

Z tych marnych kupek waszego popiołu!

Wzbudzicie podziw pośród małp i dzieci,

Jeśli się takiej oddacie podniecie —

Lecz serce z sercem nigdy się nie zleci,

Jeśli waszego serca nie roznieci.

WAGNER

Sama przemowa jest szczęściem dla mówcy;

Lecz z moją wiedzą — wołacie na puszczy.

FAUST

Więc szukaj sobie zysku tam, gdzie zechcesz!

Nie bądź już więcej zwykłym ślepcem głośnym!

Nie po próżnicy zmysły swoje łechcesz

Mając swój rozum, mędrcem bądź radosnym!

Jeśli poważna ma być twoja mowa,

Musisz wciąż gonić słowa, swoje słowa?

Tak, własne słowa, wiecznie migające,

W których przyrządzasz ludzkości sznycelki,

Jak mgła, jak wiatr, wciąż uciekające,

Wśród suchych liści zanika sens wszelki!

WAGNER

Boże, o Boże! Przemowa ta długa;

Ją porównajmy do długości życia.

I chociaż chciałbym dokonać odkrycia —

Boli mnie głowa, i pierś jedna, druga.

Nie jest to trudne, zgromadzić te środki,

Przez które już można dorosnąć do źródeł!

Lecz zanim półmetek osiągnąć się uda,

Umierać już musi biedny diabeł słodki.

FAUST

Pergamin, to jest to święte źródło,

Z którego łyk pragnienie ususzy?

Lecz odświeżenie osiągnąć jest trudno,

Jeśli nie tryska zdrój z twej własnej duszy.

WAGNER

Wybaczcie! To nie dla nieuków,

Postawić się w miejscu świętych czasu duchów;

Zobaczyć co niegdyś człek mądry wymyślił,

I w życie obrócić te jego zamysły.

FAUST

O tak, o tak, i aż po kres świata!

Mój drogi, zamknięte dla nas stare lata

Za siedmiu zamki tajemniczej księgi.

To, co my duchem czasów nazywamy,

To w rzeczy samej duch, co wciąż jest z nami,

W którym to czasy widzą swoje wdzięki.

Wstyd i żałoba to jest nazbyt często!

Uciekaj od niego na pierwszy rzut oka.

Do zwykłej graciarni, gdzie od kurzu gęsto.

Ha, co najwyżej Rada ta wysoka,

Co pragmatyczne maksymy wypuszcza

Co brzmią, cóż, dobrze, ale w lalki ustach!

WAGNER

Ależ to świat! Ludzki duch i serce!

Nie mogę poddać się przecież zwątpieniu.

FAUST

Tak, tak, lecz jesteś wciąż w wielkiej rozterce!

Któż może nazwać rzeczy po imieniu?

Co poniektórych, co los swój poznali,

Głupcy, nie mogli serce trzymać na wodzy,

Uczucia wskazali, tychże ku przestrodze

Lud ukrzyżował albo żywcem spalił.

Wybacz mi, druhu, północ przeminęła,

Przerwijmy natenczas, jestem zbyt zmęczony.

WAGNER

Chętnie i teraz dokończyłbym dzieła,

I z wami rozmawiał jakbym był uczony.

No ale jutro, wraz z dniem Wielkanocy,

Raz albo drugi poszukam pomocy.

Bo zapalczywie wiecznie studiowałbym;

Bo choć wiem wiele, wszystko wiedzieć chciałbym.

(odchodzi.)

FAUST (samotnie):

Trzyma się dureń nadziei wszelakich,

Prastare świadectwa w sobie utrzymuje,

I w swej chciwości skarbów poszukuje,

Będąc szczęśliwym, gdy znajdzie robaki!

Czy wolno w tym miejscu głosowi człowieka

Wolno rozbrzmiewać, pośród duchów cieni?

Niestety! Natenczas dziękuję, że czekasz,

Ty najmarniejszy z wszystkich synów ziemi.

Boś mnie wydobył z rozpaczy otchłani,

Co już zniszczyła wszystkie moje zmysły.

Ach! Wielki to stwór był, gdy spoczęły na nim,

Me oczy — w mig nadzieje prysły.

Ja, na obraz stworzony, podobieństwo boże

Co się przejrzałem w lustrze prawdy wiecznej,

Wciąż w blasku nieba, w jasności odwiecznej,

Nadal syn ludzki, który wszystko może;

Ja, ponad Cheruby, mocen siłą woli

Płynąć odwiecznie w natury rozłogach

Tworzyć i czerpać z krynic mocy Boga

Pełen przeczucia, nagle — taka trwoga!

Lecz mi przeklętnik tworzyć nie pozwolił.

Lecz się nie mogę mierzyć z twoją mocą;

Choć cię swym słowem ściągnąłem przemocą,

Nie utrzymałem — uciekłeś z niewoli.

Podczas tej chwili błogiej, pięknej, krótkiej

Byłem tak wielki, a jednak tak mały;

Tak ty mnie znowu wepchnąłeś okrutnie,

W tory człowieczej, tajemniczej chwały.

Któż mnie nauczy? Czegóż mam unikać?

Czyż mogę wielkiej swej pokusie ulec?

Ach! Działać i cierpieć, kroczyć, się potykać,

Na drodze życia — cóż to za hamulec.

To najwznioślejsze, co z ducha pochodzi,

Jest zagrożone naporem obcości:

Gdy w nas się dobro światowe odrodzi,

Będzie to kłamstwem i złudą nicości.

Piękne uczucie, co życie nam dało,

Zakrzepnie też w formę, tę jałową, stałą.

Nasza fantazja, będąc wiecznym lotem

W płonnej nadziei na rozwój tak wieczny,

W ciasne umysły zawraca z powrotem,

Jeśli splot szczęścia spotka niebezpieczny.

W sercach się gnieżdżą te smutki wszelakie,

Zadając cierpienia, tajemne, nijakie,

Niepokój w spokoju, powietrze wytchnienia;

Z licem ukrytym pod maską sumienia,

Dom i obejście, kobieta i dziecko,

Ogień lub woda, trucizna lub sztylet;

Lękasz się tego, co zostawiasz w tyle,

Stracisz, nie stracisz, opłaczesz zdradziecko.

Bogom nie równym? Odczuwam, że żyję;

Tak marnie jak robak, co w kurzu się wije,

Jak każde, co glebą się żywi stworzenie,

W grobie głębokim wędrowca zniszczenie.

Człowiek — proch marny, co wiele rozumie?

Co się na setkach sztuk wszelakich zna?

Brud, śmieć, ubóstwo, co wbrew mojej dumie

W tenże mnie dzisiaj świat żałosny pcha?

Czy w bibliotekach, wśród książek tysięcy,

Rozprawiających o ludzkiej niedoli,

Odnajdę tych którym, choć kilka miesięcy

Los ludzkie życie docenić pozwolił?

Czemu się szczerzysz do mnie, czaszko trupa?

Jakby ten mózg twój był jak mój, zbłąkany,

Gdy łatwo dniem było, ale ciężko w mroku,

Szukać tej prawdy — myśmy obłąkani.

Instrumentarium, cośmy wyszydzili,

Koła i wałki, wsporniki, przekładnie:

Gdy stałem u bram, wyście kluczem byli;

Choć się kręcicie, drzwi nic nie uchyli.

W pełnym tajemnic świetle dnia białego

Sama natura rąbka tajemnicy

Twemu duchowi nie wyjawionego,

Uchylić nie chce — także po próżnicy

Wysiłki i sprzęty — wy już niepotrzebne.

Jesteście wy tylko mym spadkiem po ojcu.

Ty stara rolko, ty spłoniesz haniebnie,

Niechaj oczyszczę swe pulpity w końcu!

Lepiej by było, gdybym to roztrwonił,

Żebym w wątpliwym bogactwie nie osiadł!

O instrumentach tych odziedziczonych

Zapomniał, nim nabył, zapomniał, nim posiadł.

Zbyteczne sprzęty, obciążone trony,

Skorzystam wyłącznie z tej chwili pokłosia.

Dlaczego wzrok mój lgnie do tego miejsca?

Czy ta flaszeczka magnesem dla oczu?

I skąd się wzięła poświata jaśniejsza?

Jak poblask księżyca w półmroku urocza?

Do ciebie, o fiolko, swe modły zanoszę,

Bo ciebie z szacunkiem jedyną podnoszę!

Podziwiam kunszt sztuki, ludzkiego rozumu.

Tyś jest obrazem słodkiego snu soków,

W tobie jest wyciąg śmiertelnych uroków,

Szacunek dla twego stworzyciela umu!

Na twój widok bóle odchodzą mnie wszelkie,

Trzymając cię w ręku, zapomnę rozterkę,

Nadchodzi przypływ fal ducha, się wznosi.

Odsyłasz mój umysł na wodę głęboką,

Gdzie u stóp moich rozlana szeroko

Woda nowości dzień nowy unosi.

Straży ogniowej wóz lekko przemyka,

Przemyka koło mnie! Już jestem gotowy,

By eter na nowo, inaczej przenikać,

Ku nowym sferom działania i mowy.

To zacne jest życie, to zachwyt jest boski!

Lecz czy jestem godny, ja, niegdyś poczwara?

Tak, gdy zostawię za sobą swe troski,

Na pewno, na zawsze, i ode mnie wara!

Wymierzę swe siły, drzwi wyrwę z futryny,

Które na każdym stoją życia progu!

To czas jest najwyższy, potwierdzić moc czynem,

Że człowiek, choć przecież nie jest równy Bogu,

Nie będzie się lękać tych ponurych jaskiń,

Co jego fantazje obracają w męki,

Że dążyć wciąż będzie do tych dziedzin jasnych,

Gdzie płomień piekielny sam weźmie do ręki;

Wesoły zdecyduj, czy krok ten podejmiesz,

I czy zagrożenie, czy nicość — obejmiesz?

Wyjdź teraz, skorupo czysta jak kryształy

Wyjdź z futerału, który jest prastary,

O którym na lata długie zapomniano!

Ty, coś ojcowe uczty rozpalała,

Któraś poważnych gości ożywiała,

Kiedy cię z rąk do rąk podawano.

Obrazy sztucznie nabierają mocy,

Ten obowiązek, objaśnić je w rymie,

I jednym łykiem opróżnić naczynie,

To przypomina o młodzieńczej nocy.

Nie oddam cię teraz w ręce następnego,

I nie pokażę ci dowcipu swego.

Oto jest moc twa, sam zapach upija;

Napój brązowy wypełnia me ciało.

Jestem już gotów, choć ciągle mi mało:

„Ostatni to łyk już, pijmy duszą całą,

Uroczyście pijmy, skoro noc przemija!”

(przystawia naczynie do ust.)

Dzwon, zaśpiew chóru.

CHÓR ANIELSKI

Chrystus zmartwychwstał!

Radość śmiertelnikom!

Świata niewolnikom!

Marności dziedzicom!

Dola ich już czysta.

FAUST

Jakiż cichy pomruk, jakie jasne brzmienie

Przemocą od ust mi trunek odejmuje?

Już te ciche dzwony koją me sumienie.

Pierwsza Wielkanocna msza tutaj triumfuje?

I chóry radośnie zaśpiew podejmują,

Co niegdyś nad grobem chóry wyśpiewują.

Zapewne… Przymierze nowe zapanuje?

CHÓR KOBIET

Ziołami wonnemi

Go pielęgnowano —

My, jemu wiernemi,

Gdy go w grób składano,

Gdy w całun go święty

Starannie owito —

Ach! A grobu odmęty

Puste, gdzież on przeto?

CHÓR ANIELSKI

Chrystus zmartwychwstał!

Błogosławion wierny!

Smutny niewierny!

W grzechy swoje wzierny!

Przetrwał swą próbę, dusza jego czysta.

FAUST

Czego szukacie, potężne, łagodne,

Niebiańskie tony, we mnie, ludzkim prochu?

Dźwięczycie w miejscu, gdzie ludzie niegodne.

Słyszę posłanie, nie wierze ni trochę.

Wierni jak w dzieci w cuda swoje płodne.

Ja nie odważę się dążyć do wiary,

Nie dla mnie przesłanie święte przeznaczone;

Od młodu je słyszę, sądząc: urojone,

Wrócę do życia, bowiem już za stary.

Inaczej opadnie na mnie nieba miłość

W sabatu czarownic tej ciszy poważnej;

Gdy dzwon znowu zabrzmi tak głośno, odważnie,

Żarliwa modlitwa pobudzi zażyłość;

Niezrozumiałe, acz słodkie pragnienie

Mocy mi doda, by łąki przekraczać!

Poczuję palące wśród łez mych pragnienie

Aby swą wiedzą świat ludzki nawracać!

Zapowiedziane młodzieńczą zabawą,

Wiosenne święto, woli szczęścia pełne;

Gama tych uczuć mej pamięci strawą,

W nim powstrzymanie przed końcem zupełnym.

Brzmijcie po wieczność, o, niebiańskie pieśni!

Abym wśród łez swych na Ziemi już nie śnił.

CHÓR MŁODZIKÓW

Czy ten pogrzebany

Już się w górę wznosi?

Ponad żywe pany,

Cudem krzyż swój wznosi?

Czy już wokół niego

Anioły kroczące:

Ach! Wśród grobu ziemskiego

Są ludzie cierpiące.

Powiedz, Panie, czemuś

Sługi wzgardził swoje?

Niestety! Płaczemy,

Panie, szczęście twoje!

CHÓR ANIELSKI

Chrystus z martwych powstał!

Nowiny unoście!

Martwy nie pozostał!

Śpiewajcie radośnie!

Chwalcie Pana swego!

Nas kochającego!

I brata naszego!

Boga jedynego!

Boga prawdziwego!

Panie, jesteś blisko!

Twoje jest to wszystko!

Przed bramą

Przechadzają się różni spacerowicze. Wpierw pięciu uczniów.

DRUGI, CZWARTY

Gdzież mamy pójść, gdzie dziś ślą nas?

TRZECI, PIĄTY

Mamy się wspiąć na Jägerhaus.

DRUGI, CZWARTY

Warto by było pójść również do młyna.

PIERWSZY

Na Wasserhof, tam nikt nie zatrzyma.

DRUGI

Tam droga niepiękna, zakręca, przemierza…

CZWARTY, PIĄTY

A ty, kolego, co zatem zamierzasz?

TRZECI

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.