Wstęp
Fabryka już działa
Jeszcze niedawno mężczyzna, który chciał pokazać obcym ludziom swoje ciało, potrzebował do tego przynajmniej pewnej determinacji. Musiał znaleźć odpowiednie miejsce, fotografa, magazyn, klub, branżę albo po prostu wykazać się odwagą większą niż przeciętna. Dziś wystarczy telefon. W ciągu kilkunastu sekund można nagrać tors, biodra, pośladki, trening, prysznic, przebieranie się albo dowolny inny fragment własnej cielesności i natychmiast wystawić go na ocenę tysięcy osób. Część pełnoletnich młodych mężczyzn idzie jeszcze dalej, publikując coraz śmielsze krótkie filmy i materiały, w których granica między prezentacją sylwetki a jawną ekspozycją seksualną niemal zanika. Na platformach dopuszczających nagość przyrodzenie może stać się zwyczajnym elementem kadru, natomiast w bardziej restrykcyjnych mediach bywa sugerowane tak precyzyjnie, że brakujący szczegół pozostaje właściwie wyłącznie konsekwencją regulaminu. Jeszcze jedno pokolenie temu publiczne pokazanie penisa należało do zachowań wymagających bardzo określonego kontekstu. Dzisiaj może stać się częścią strategii wizerunkowej człowieka, który chwilę później promuje suplement, ubranie, trening albo własny profil. Nie chodzi przy tym o moralną ocenę nagości. Ludzie eksponowali ciało na długo przed pojawieniem się telefonów wyposażonych w kamery, a seksualność nie narodziła się wraz z mediami społecznościowymi. Zmieniła się przede wszystkim infrastruktura. Nigdy wcześniej tak wielu zwyczajnych ludzi nie posiadało stale dostępnego kanału dystrybucji własnej cielesności ani możliwości niemal natychmiastowego sprawdzenia, ile osób zatrzymało wzrok na brzuchu, klatce piersiowej, twarzy czy wypukłości pod bielizną. Ciało przestało być wyłącznie czymś, co się posiada i okazjonalnie pokazuje. Dla części użytkowników stało się materiałem: można je fotografować, kadrować, poprawiać, monetyzować, testować i analizować tak samo jak każdy inny rodzaj treści. Jeśli jedna wersja ciała wywołuje większą reakcję niż druga, właściciel otrzymuje informację zwrotną szybciej niż jakikolwiek człowiek przed epoką cyfrową.
W tym właśnie miejscu rozpoczyna się zasadnicze pytanie tej książki: czy środowisko cyfrowe zaczęło pośrednio produkować określony typ mężczyzny? Człowieka trochę wyższego w odbiorze, trochę szerszego w ramionach, bardziej umięśnionego, z gęstszą linią włosów, równiejszymi zębami, gładszą skórą, wyraźniejszą żuchwą i rosnącą świadomością, że niemal każdy fragment jego ciała może zostać poddany publicznej ocenie. Jeżeli atrakcyjność przyciąga uwagę, uwaga zwiększa zasięg, a zasięg może przynosić pieniądze, status, zainteresowanie seksualne i większy wybór potencjalnych partnerów, wówczas wygląd przestaje być jedynie prywatną cechą człowieka. Staje się kapitałem. W takim środowisku ciało zaczyna podlegać podobnej logice jak każdy zasób, który można rozwijać, optymalizować i wystawiać na rynek.
Najbardziej niewygodny element tej historii znajduje się jednak niżej niż linia żuchwy. Od kilku dekad męskie ciało jest przedmiotem coraz dokładniejszego pomiaru. Wzrost, masa, obwód ramienia, poziom tkanki tłuszczowej, szerokość barków, gęstość włosów, proporcje twarzy, a wreszcie parametr wyjątkowo silnie obciążony kulturowymi znaczeniami — długość penisa. W literaturze naukowej pojawiły się wyniki sugerujące, że średnia długość penisa w erekcji mogła w ostatnich dekadach wzrosnąć. Dane te wymagają ostrożności, ponieważ poszczególne badania różnią się populacjami, sposobem pomiaru i warunkami, w których pomiar wykonywano, a sama zbieżność czasowa nie pozwala jeszcze wskazać przyczyny. Nie zmienia to jednak faktu, że obserwacja jest intrygująca. Rosnące wymiary pojawiają się bowiem w tej samej epoce, w której męska atrakcyjność została poddana wyjątkowo intensywnej publicznej ocenie, aplikacje randkowe przyspieszyły selekcję potencjalnych partnerów, a część młodych mężczyzn zaczęła traktować własną seksualność jako treść przeznaczoną do oglądania, porównywania i niekiedy także sprzedaży.
Najprostsze wyjaśnienia należy oczywiście rozpocząć od czynników biologicznych i metodologicznych: zmian środowiskowych, odżywiania, działania hormonów, różnic między badanymi populacjami, jakości pomiarów czy sposobu gromadzenia danych. Nie wyczerpuje to jednak szerszego pytania o to, czy kultura może pośrednio wpływać na kierunek, w którym rozwija się męskie ciało. Jeżeli określone cechy przynoszą większą widoczność, atrakcyjność i powodzenie, a ich posiadacze częściej stają się wzorcami dla innych, zaczyna działać mechanizm przypominający selekcję. Nie musi on początkowo dotyczyć genetyki. W pierwszej kolejności wystarczy imitacja. Fryzura rozmnaża się bez DNA, sposób budowania sylwetki przenosi się między kontynentami bez udziału dziedziczenia, tatuaż może w ciągu miesięcy pojawić się na tysiącach ciał, a określony kształt zarostu czy sposób prezentowania torsu zostaje skopiowany szybciej, niż jakakolwiek cecha biologiczna mogłaby rozprzestrzenić się w populacji. Kultura potrafi w ciągu kilku sezonów dokonać tego, na co ewolucja potrzebowałaby wielu pokoleń.
Współczesny człowiek znalazł się zatem w nowym środowisku selekcyjnym. Nie jest nim sawanna, las ani zimny klimat, lecz ekran. W tym środowisku jedne ciała radzą sobie lepiej od innych. Są bardziej fotogeniczne, szybciej przyciągają uwagę, skuteczniej zamieniają wygląd w status i częściej zostają powielane jako wzorzec. Ich właściciele mogą stać się influencerami, modelami, bohaterami materiałów fitness, twórcami treści erotycznych albo zwykłymi użytkownikami, których nagranie z jakiegoś powodu obejrzały setki tysięcy osób. Z biologicznego punktu widzenia samo wyświetlenie filmu może nie znaczyć nic. Kulturowo ma jednak ogromne znaczenie, ponieważ to, co wyjątkowo widoczne, z czasem zaczyna wyglądać na zwyczajne. Im częściej oglądamy wysportowanych mężczyzn, tym bardziej wysportowana sylwetka przestaje wydawać się wyjątkiem. Im częściej widzimy idealną linię włosów, tym łatwiej zwykłe zakola zaczynają wyglądać jak problem. Im więcej śnieżnobiałych zębów pojawia się na ekranie, tym bardziej naturalny kolor szkliwa może sprawiać wrażenie czegoś, co należałoby poprawić.
Ten sam mechanizm działa w obszarze seksualności. Jeżeli ciało staje się publiczne, coraz większa liczba jego parametrów trafia pod ocenę. Penis, który przez większość codziennego życia pozostaje niewidoczny, otrzymuje w kulturze obrazów szczególny status: jest jednocześnie parametrem ukrytym i symbolem męskiej wartości. Tam, gdzie nagość jest dozwolona, można pokazać go bezpośrednio. Tam, gdzie obowiązują ograniczenia, jego obecność można zasugerować poprzez bieliznę, sposób ułożenia ciała, kadr, ruch, komentarz lub całą konstrukcję materiału. Nie trzeba wszystkiego zobaczyć, aby wszystko podlegało ocenie. Wystarczy świadomość, że parametr istnieje, może zostać porównany i posiada przypisaną mu kulturową hierarchię.
Szczególnie interesująca jest w tym kontekście zmiana stosunku części młodych, pełnoletnich mężczyzn do własnej cielesności. Dawny stereotyp męskości zakładał raczej demonstracyjną obojętność wobec wyglądu. Mężczyzna miał dobrze wyglądać, ale nie powinien ujawniać, ile pracy kosztowało osiągnięcie tego efektu. Współczesny twórca może natomiast poświęcać lata na budowanie sylwetki, regularnie eksponować ciało, omawiać pielęgnację, wykonywać zabiegi estetyczne, monitorować skład ciała i jednocześnie traktować własną seksualność jako element marki osobistej. Nagość nie musi już oznaczać wyłącznie odsłonięcia. Może stać się narzędziem budowania uwagi. Im odważniejszy materiał, tym większa możliwość wywołania reakcji, a reakcja jest podstawową walutą współczesnych platform.
Nie należy więc pytać jedynie, dlaczego mężczyźni pokazują ciało. Znacznie ważniejsze pytanie brzmi: jakie ciało najbardziej opłaca się pokazywać? Jeśli pewne typy sylwetek, twarzy i proporcji wywołują większe zainteresowanie, ich właściciele otrzymują nagrodę w postaci widoczności. Inni obserwują sukces i próbują go odtworzyć. Powstaje mechanizm selekcji kulturowej: cecha zostaje pokazana, publiczność reaguje, wzorzec zostaje powielony. Nie ma przy tym znaczenia, czy ktokolwiek świadomie zaplanował rezultat. Wystarczy system, w którym atrakcyjność przynosi wymierne korzyści, a ludzie mogą obserwować te korzyści niemal w czasie rzeczywistym. Jeden mężczyzna poprawia włosy, drugi sylwetkę, trzeci zęby, czwarty jakość zdjęć, piąty sposób prezentowania seksualności. Każdy podejmuje indywidualną decyzję, lecz zbiorowy rezultat zaczyna wyglądać tak, jakby realizowano wspólny projekt.
Możliwe więc, że fabryka już działa, chociaż nie słychać w niej maszyn i nie ma taśm produkcyjnych ani pracowników w kombinezonach. Tworzą ją ekrany, kamery, lustra, siłownie, kliniki, salony fryzjerskie, aplikacje randkowe, platformy społecznościowe i miliony codziennych decyzji dotyczących tego, kogo oglądamy, kogo wybieramy i do kogo próbujemy się upodobnić. Surowcem jest ciało, kontrolą jakości — uwaga, a informacją zwrotną komentarz, spojrzenie, polubienie, zapisanie materiału albo ruch palca odrzucający jednego człowieka i wybierający następnego. Produkt końcowy nie został jeszcze ustalony i być może nigdy nie zostanie, ponieważ system może działać najskuteczniej właśnie wtedy, gdy człowiek pozostaje permanentnie niedokończony. Zawsze można mieć szersze barki, lepszą twarz, gęstsze włosy, równiejsze zęby, atrakcyjniejsze zdjęcie, bardziej imponującą sylwetkę albo dodatkowy centymetr tam, gdzie kultura nauczyła nas przywiązywać do centymetrów szczególną wagę.
Pozostaje więc pytanie, czy wszystkie te procesy mogą wspólnie wytwarzać efekt, którego nie zaplanował żaden pojedynczy uczestnik. Czy kultura obrazu, selekcja partnerska, rynek atrakcyjności, rozwój medycyny estetycznej i nieustanna możliwość porównywania ciał mogą stopniowo przesuwać granicę tego, co uznajemy za zwyczajne? A jeśli tak, czego właściwie oczekujemy od kolejnej wersji mężczyzny: większych barków, lepszej twarzy, większej ilości włosów, dłuższego penisa czy po prostu człowieka, którego nie przewiniemy po dwóch sekundach?
Rozdział 1
Mężczyzna 9:16
Przez większą część historii człowiek miał stosunkowo proste zadanie: przeżyć wystarczająco długo, by pozostawić po sobie następnego człowieka. Natura nie wymagała szczególnie dobrego oświetlenia, symetrycznej linii żuchwy ani umiejętności patrzenia z kontrolowanym dystansem w obiektyw umieszczony kilka centymetrów nad linią oczu. Można było być niskim, krzywym, łysiejącym, mieć kiepską cerę, nierówny zgryz, nos zdecydowanie zbyt ambitny wobec reszty twarzy i uszy odstające w dwóch różnych kierunkach, a mimo to z powodzeniem uczestniczyć w biologicznym przedsięwzięciu zwanym reprodukcją. Dowody znajdują się w niemal każdym rodzinnym albumie fotograficznym. Dziadkowie i pradziadkowie, którzy według dzisiejszych standardów aplikacji randkowych mogliby mieć trudności z przejściem pierwszego etapu selekcji, zakładali rodziny, płodzili dzieci, budowali domy i przekazywali swoje geny dalej bez konieczności sprawdzania, czy profil prezentuje się korzystniej z lewej strony. Biologia była pod tym względem zadziwiająco tolerancyjna. Wystarczyło być żywym, względnie sprawnym i znaleźć kogoś, kto spełniał podobne warunki oraz znajdował się w rozsądnej odległości.
Sytuacja zaczęła się komplikować w chwili, gdy człowiek przestał być oglądany przede wszystkim przez osoby znajdujące się w tym samym pomieszczeniu. Najpierw pojawiła się fotografia, później kino, telewizja i reklama, następnie internet, telefon wyposażony w aparat, kamera przednia oraz media społecznościowe. Wreszcie nastąpiło wydarzenie o znaczeniu antropologicznym, którego konsekwencje wciąż bywają niedoceniane: ludzkość ustawiła ekran pionowo. Można uznać to za prostą konsekwencję konstrukcji telefonu i sposobu, w jaki naturalnie trzymamy go w dłoni, jednak format 9:16 zrobił coś więcej niż tylko zmienił sposób oglądania filmów. Stworzył nowe środowisko wizualne, w którym człowiek coraz częściej funkcjonuje jako obraz. Miliony lat ewolucji przygotowywały nas do postrzegania szerokiego horyzontu, innych członków grupy, drzew, zwierząt, schronienia i potencjalnego zagrożenia nadchodzącego z boku. Kilkanaście lat wystarczyło natomiast, by znaczną część ludzkiej uwagi zamknąć w wąskim prostokącie obejmującym najczęściej głowę, barki, klatkę piersiową i fragment otoczenia. Resztę świata można było przyciąć.
Współczesnego mężczyznę warto więc potraktować jako organizm funkcjonujący w nowym ekosystemie, w którym określone cechy ciała okazują się szczególnie użyteczne. Dzisiejszy ideał męskiej sylwetki posiada zaskakująco wiele właściwości przydatnych nie tyle podczas polowania, ciężkiej pracy, długiego marszu czy wychowywania dzieci, ile podczas pojawienia się na ekranie telefonu przez kilka lub kilkanaście sekund. Szerokie barki dobrze wypełniają górną część pionowego kadru, wąska talia tworzy wyraźny kontrast, a mocno zaznaczona linia żuchwy pozostaje czytelna nawet na niewielkim wyświetlaczu. Gęste włosy sprzyjają ujęciom wykonywanym z góry, zaś stosunkowo niski poziom tkanki tłuszczowej zwiększa widoczność konturów twarzy i ciała. Nawet proporcje sylwetki coraz częściej oceniane są nie według tego, jak człowiek wygląda stojąc przed nami, lecz według tego, jak prezentuje się w pionowym prostokącie o szerokości kilku centymetrów.
Nie oznacza to, że środowisko cyfrowe stworzyło te preferencje od podstaw. Szerokie barki, wzrost, symetria twarzy czy oznaki zdrowia były elementami atrakcyjności znacznie wcześniej. Zmieniła się natomiast skala ekspozycji. Przez większą część historii przeciętny człowiek widział przede wszystkim twarze kilkudziesięciu lub kilkuset osób należących do bezpośredniego otoczenia, a jego punkt odniesienia pozostawał ograniczony geograficznie i społecznie. Najatrakcyjniejszy mężczyzna w niewielkiej społeczności był najatrakcyjniejszym mężczyzną, którego większość jej członków rzeczywiście znała. Dziś konkurencja nie kończy się na granicy miejscowości, kraju ani kontynentu. W ciągu kilkunastu minut można zobaczyć dziesiątki mężczyzn wyselekcjonowanych z populacji liczącej miliardy osób, a następnie zacząć traktować ich wygląd jak reprezentatywny obraz współczesności.
To pierwszy mechanizm, który należy zrozumieć. Media społecznościowe nie pokazują populacji. Pokazują populację po selekcji, ustawieniu światła, wyborze najlepszego ujęcia, obróbce obrazu i często po kilku latach treningu, zabiegach kosmetycznych, odpowiedniej diecie oraz szeregu działań, których rezultatem jest starannie opracowana wersja człowieka. Użytkownik nie ogląda losowo wybranych mężczyzn jadących rano autobusem do pracy. Ogląda tych, których obraz okazał się wystarczająco skuteczny, by zdobyć większą liczbę reakcji i zostać pokazany kolejnym osobom. Nie jest do tego potrzebna centralna instytucja ustalająca preferowaną szerokość barków. Wystarczy, że określony typ twarzy lub sylwetki zatrzymuje uwagę odrobinę dłużej, a system częściej wprowadza go do obiegu. Użytkownicy widzą więcej podobnych mężczyzn, coraz łatwiej uznają taki wygląd za pożądany, a część z nich zaczyna się do niego upodabniać. Najpierw pojawia się obraz, później reakcja, następnie powielenie wzorca, aż w końcu człowiek zaczyna przekształcać własne ciało tak, by lepiej odpowiadało temu, co wcześniej zostało nagrodzone uwagą.
Produkcja ludzi nie musi więc oznaczać laboratoriów, zbiorników z płynem ani serii identycznych organizmów opuszczających taśmę montażową. Produkcja organizmów od dawna może polegać na selekcji i wzmacnianiu określonych cech. Hodowca nie konstruuje każdego fragmentu zwierzęcia ręcznie, lecz wybiera właściwości, które uważa za korzystne i które chce utrwalić. Jeśli środowisko społeczne systematycznie nagradza pewne cechy wyglądu większą uwagą, statusem, zainteresowaniem seksualnym i pieniędzmi, powstaje proces funkcjonalnie przypominający selekcję. Nie oznacza to jeszcze zmiany ludzkiego genomu. Na tym etapie wystarczy zauważyć, że zmianie podlega fenotyp wystawiony na publiczną ocenę, a człowiek posiada dziś narzędzia pozwalające modyfikować go znacznie szybciej, niż mogłyby to zrobić mechanizmy biologiczne.
Dawniej mężczyzna otrzymywał twarz i w znacznej mierze musiał się z nią pogodzić. Mógł zapuścić wąsy, zgolić brodę, zmienić fryzurę albo liczyć na to, że z wiekiem nabierze charakteru. Współczesny mężczyzna dysponuje znacznie bogatszym zestawem możliwości. Może skorygować zgryz, wybielić zęby, poprawić linię włosów, zmienić kształt nosa, zagęścić brodę, poprawić strukturę skóry, usunąć owłosienie, zwiększyć masę mięśniową, obniżyć poziom tkanki tłuszczowej, podkreślić żuchwę, regulować brwi i zmieniać kolor skóry. Następnie wykonuje zdjęcie urządzeniem, którego oprogramowanie może jeszcze przed zapisaniem obrazu wygładzić cerę, zmienić kontrast i skorygować kolory. Jeżeli rezultat nadal nie odpowiada oczekiwaniom, pozostają filtry oraz programy do edycji. Granica pomiędzy naturalnym wyglądem a obrazem wytworzonym technicznie zaczyna się rozmywać, a następnie dochodzi do zjawiska jeszcze bardziej interesującego: człowiek zaczyna próbować upodobnić ciało rzeczywiste do własnej poprawionej wersji cyfrowej.
Kamera przestaje tym samym pełnić wyłącznie funkcję dokumentacyjną i zaczyna uczestniczyć w projektowaniu. Dawniej fotografia odpowiadała przede wszystkim na pytanie: „Jak wyglądam?”. Dzisiaj może odpowiadać również na pytanie: „Jak mógłbym wyglądać?”. Jeśli filtr wygładza skórę, wyostrza szczękę albo nadaje twarzy korzystniejsze proporcje, użytkownik otrzymuje natychmiastową wizualizację potencjalnej wersji siebie. Każdego dnia miliony ludzi testują kolejne warianty własnego wyglądu, obserwują reakcję publiczności i zachowują te rozwiązania, które okazują się skuteczniejsze. Jedne obrazy zyskują widoczność, inne znikają. Jedni mężczyźni budują ogromną publiczność, podczas gdy inni pozostają niewidoczni poza własnym kręgiem znajomych. System nie musi przy tym rozumieć ludzkiego piękna. Musi jedynie rejestrować, który obraz okazał się skuteczniejszy.
Szczególnie interesująca jest kwestia wzrostu. Wysoki mężczyzna od dawna korzystał z określonej przewagi kulturowej, lecz środowisko cyfrowe jeszcze mocniej przekształciło wzrost w parametr. W aplikacjach randkowych można podać go jako liczbę, w mediach społecznościowych podkreślić za pomocą perspektywy, a w komentarzach staje się niekiedy jednym z pierwszych elementów oceny. Człowiek zostaje więc rozpisany na zestaw danych: wzrost, masa ciała, obwód ramienia, poziom tkanki tłuszczowej, rozmiar buta, liczba obserwujących, a w określonych kontekstach również kolejne pomiary dotyczące anatomii. Ciało, które przez tysiące lat było po prostu organizmem, coraz łatwiej przyjmuje postać tabeli parametrów. Można je mierzyć, porównywać, klasyfikować i zestawiać z innymi egzemplarzami niemal tak samo jak urządzenie techniczne.
Nie powinno więc dziwić, że współczesny ideał męskiej atrakcyjności coraz bardziej przypomina specyfikację. Odpowiedni wzrost, masa, fryzura, linia żuchwy, proporcje twarzy, dłonie, szerokość barków, talia, brzuch, mięśnie, zarost i kondycja skóry. Idealny mężczyzna powinien sprawiać wrażenie silnego, lecz nie przemęczonego, zamożnego, lecz niekoniecznie wykonującego widoczną pracę, seksualnego, lecz w sposób mieszczący się w granicach regulaminów platform. Powinien wyglądać tak, jakby właśnie wrócił z treningu, ale przed uruchomieniem kamery zdążył odwiedzić fryzjera, dermatologa i człowieka odpowiedzialnego za światło. Jego ciało ma wyglądać na naturalne, a jednocześnie posiadać parametry wymagające ogromnej liczby świadomych decyzji.
Ciało przystosowane do środowiska cyfrowego nie musi jednak być najlepszym ciałem poza nim. Fotogeniczność nie jest synonimem atrakcyjności w bezpośrednim kontakcie. Kamera spłaszcza przestrzeń, zmienia proporcje i faworyzuje określone kąty oraz odległości. Twarz, która na zdjęciu wydaje się monumentalna, może w rzeczywistości wyglądać zupełnie zwyczajnie, natomiast osoba niezwykle atrakcyjna podczas bezpośredniego spotkania może nie posiadać szczególnej fotogeniczności. Przez dziesięciolecia problem ten dotyczył przede wszystkim modeli, aktorów i osób zawodowo związanych z obrazem. Dzisiaj obejmuje znaczną część społeczeństwa. Człowiek musi coraz częściej brać pod uwagę nie tylko to, jak wygląda, lecz także to, jak jego wygląd zostanie przetłumaczony przez obiektyw, oprogramowanie i wyświetlacz.
Prowadzi to do pytania o możliwość rzeczywistego dostosowywania ciała do urządzenia. Nie trzeba od razu odwoływać się do biologicznej ewolucji, ponieważ kilkanaście lat stanowi z punktu widzenia zmian genetycznych okres niezwykle krótki. Zmiana kulturowa może jednak zachodzić niemal natychmiast. Mężczyzna widzi, jakie sylwetki zdobywają uwagę, i buduje podobną sylwetkę. Widzi fryzurę, która dobrze funkcjonuje w obrazie, i pokazuje ją fryzjerowi na ekranie telefonu. Obserwuje sposób noszenia zarostu, tatuaże, ubrania, biżuterię, pozy fotograficzne, sposób uśmiechania się i charakterystyczne ustawienie twarzy, po czym odtwarza cały zestaw. Proces przypomina mimikrę, lecz jego celem nie jest ukrycie się przed drapieżnikiem. Przeciwnie — celem jest zwiększenie widoczności.
Algorytm nie musi przy tym posiadać żadnej ideologii. Nie musi preferować wysokich mężczyzn, umięśnionych sylwetek ani gęstych włosów w znaczeniu ludzkiego upodobania. Wystarczy, że optymalizuje czas spędzony przez użytkownika na platformie. Jeżeli określony typ twarzy zatrzymuje uwagę trochę dłużej, może częściej pojawiać się w obiegu. Jeżeli użytkownicy chętniej oglądają nagrania osób o określonym typie sylwetki, podobnych materiałów będzie więcej. Jeżeli mężczyzna o szerokich barkach i wyrzeźbionym brzuchu osiąga lepszy wynik, inni widzą jego sukces i częściej próbują odtworzyć ten wzorzec. System zaczyna przypominać hodowlę pozbawioną pojedynczego hodowcy. Nikt nie musi ogłaszać, że od przyszłego roku przeciętna szerokość barków powinna wzrosnąć o trzy centymetry. Wystarczy, że na ekranach częściej pojawia się populacja, w której taki wygląd zaczyna sprawiać wrażenie normy.
Nie trzeba nawet zakładać, że najbardziej atrakcyjni ludzie zawsze otrzymują największy zasięg. Wystarczy znacznie subtelniejsza zależność: wygląd jest jednym z czynników wpływających na uwagę, a uwagę można przeliczyć na pieniądze, status oraz możliwości zawodowe. Jeżeli dobrze wyglądający mężczyzna potrafi szybciej zbudować publiczność, skuteczniej sprzedać produkt, zdobyć kontrakt reklamowy lub zwiększyć własną rozpoznawalność, jego ciało otrzymuje wymierną wartość ekonomiczną. Przestaje być wyłącznie opakowaniem właściciela i staje się środkiem produkcji. Klatka piersiowa może sprzedawać perfumy, przedramię zegarek, włosy kosmetyk, a twarz niemal wszystko. W takim systemie inwestowanie w wygląd nie musi już oznaczać próżności. Może stać się strategią zawodową i modernizacją podstawowego narzędzia pracy.
Stąd tylko krok do głównej hipotezy: ludzi rzeczywiście można zacząć produkować w taki sposób, aby lepiej pasowali do środowiska cyfrowego, mimo że proces nie posiada centralnego kierownika. Fabryką jest kultura, działem kontroli jakości publiczność, laboratorium platforma, a formularzem oceny liczba wyświetleń i reakcje użytkowników. Każdy człowiek zatrzymujący się przy konkretnym obrazie uczestniczy w mikroskopijnym głosowaniu nad tym, jaki typ człowieka powinien zostać pokazany ponownie. Nikt świadomie nie wybiera kolejnego etapu ewolucji. Wybieramy po prostu obraz, przy którym pozostajemy trochę dłużej. Kilka miliardów takich drobnych decyzji może jednak stworzyć presję, której pojedynczy uczestnik niemal nie zauważa.
Nie wszystkie części ciała mają przy tym taką samą wartość w pionowym kadrze. Twarz jest uprzywilejowana, ponieważ najczęściej pozostaje w centrum. Barkom i klatce piersiowej przypada funkcja budowania natychmiastowego wrażenia sylwetki. Brzuch wymaga nieco szerszego kadru, dlatego pojawia się w określonych typach materiałów. Nogi znajdują się zdecydowanie niżej w hierarchii widzialności. Środowisko cyfrowe tworzy więc własną anatomię znaczenia: żuchwa może osiągnąć znacznie większą karierę medialną niż łydka, mimo że z punktu widzenia poruszania się po świecie proporcje ich praktycznej przydatności wyglądają zupełnie inaczej. Gdyby ciało miało zostać projektowane wyłącznie pod wymagania pionowego ekranu, można byłoby oczekiwać przesunięcia zasobów właśnie w stronę elementów najczęściej obecnych w kadrze.
Należy przy tym rozróżnić realną zmianę populacji od zmiany jej obrazu. Nie wiemy, czy współczesny mężczyzna rzeczywiście staje się coraz bardziej atrakcyjny. Wiemy natomiast, że przeciętny użytkownik może oglądać coraz więcej wyjątkowo atrakcyjnych mężczyzn, a oba zjawiska nie są tym samym. Jeśli każdego dnia widzimy starannie wybraną część populacji, intuicja statystyczna zaczyna zawodzić. To sytuacja podobna do codziennego oglądania wyłącznie finałów zawodów sportowych i późniejszego zdziwienia, że sąsiedzi biegają znacznie wolniej. Media społecznościowe mogą więc produkować nie piękniejszych ludzi, lecz przekonanie, że piękniejsi ludzie stali się powszechni. Samo to wystarcza, by podnieść oczekiwania wobec wszystkich pozostałych, a tym samym uruchomić proces rzeczywistego dostosowywania wyglądu.
Mężczyzna patrzy więc na ekran i widzi innych mężczyzn. Porównuje barki, wzrost, włosy, skórę, brzuch, ubrania oraz twarz. Później patrzy w lustro i dokonuje audytu. Jeszcze kilka pokoleń wcześniej podobny przegląd możliwości organizmu miał znacznie skromniejszy zakres. Dzisiaj może prowadzić do programu obejmującego siłownię, dietę, suplementację, pielęgnację skóry, zmianę fryzury, korektę zębów, usunięcie owłosienia i profesjonalizację sposobu fotografowania. Ciało staje się projektem bez wyraźnego momentu zakończenia, ponieważ zawsze istnieje kolejny parametr, który można poprawić.
Jeżeli zaś poprawiony wygląd zwiększa szansę na uwagę, trudno zakładać, że proces zatrzyma się na twarzy i mięśniach. Kultura może zainteresować się wzrostem, gęstością włosów, proporcjami kończyn, kształtem dłoni, głosem, zapachem, płodnością i genitaliami. Każda cecha, którą można zmierzyć, może zostać porównana. Każda cecha poddawana porównaniu może otrzymać hierarchię, a każda hierarchia tworzy przestrzeń dla produktów i usług obiecujących przesunięcie człowieka o kilka pozycji wyżej. Żaden element ciała nie musi przy tym być stale widoczny, aby posiadał wartość kulturową. Samo przekonanie, że istnieje pożądany standard, wystarcza, by część ludzi zaczęła próbować go osiągnąć. Człowiek może więc zostać przystosowany do ekranu również w tych obszarach, których ekran oficjalnie prawie nigdy nie pokazuje.
Jeżeli zapytamy zatem, czy produkuje się dziś mężczyzn coraz lepiej dostosowanych do mediów społecznościowych, aplikacji randkowych i krótkich materiałów wideo, odpowiedź nie musi odwoływać się do laboratorium ani biologicznego projektu populacji. Wystarczy środowisko nagradzające określony rezultat i ludzie wystarczająco inteligentni, by rozpoznać jego reguły. Mężczyzna XXI wieku obserwuje je codziennie. Widzi, kto zostaje zauważony, kto otrzymuje reakcje, kto staje się obiektem pożądania i kto potrafi zamienić własną twarz oraz ciało w źródło dochodu. Następnie dokonuje korekt — niekiedy niewielkich, innym razem radykalnych, lecz w większości podejmowanych dobrowolnie.
Najskuteczniejszy system selekcji nie potrzebuje bowiem rozkazów. Wystarczy, że człowiek sam pójdzie na siłownię, sam poprawi zęby, kupi kosmetyki, nauczy się korzystnego ustawienia telefonu, sprawdzi własne wymiary i dojdzie do wniosku, że wszystkie te decyzje podejmuje wyłącznie dla siebie. Platforma może ograniczyć się do obserwowania wyników, wzmacniania najbardziej skutecznych obrazów i nieustannego dostarczania kolejnych punktów odniesienia.
A człowiek, przekonany o pełnej autonomii własnych wyborów, ustawi kamerę pionowo.
Rozdział 2
Centymetry prawdy
Każda hipoteza dotycząca zmian zachodzących w ludzkim ciele potrzebuje liczby. Bez niej pozostaje jedynie obserwacją, intuicją albo zbiorem luźno powiązanych wrażeń. Liczba daje możliwość porównania, wykres pozwala zobaczyć kierunek, a linia trendu zmusza do postawienia pytania o przyczynę. W przypadku współczesnego mężczyzny nauka dostarczyła danych szczególnie interesujących, ponieważ dotyczą one jednego z najbardziej kulturowo obciążonych parametrów męskiego ciała. W 2023 roku opublikowano metaanalizę obejmującą 75 badań z lat 1942–2021 oraz dane dotyczące 55 761 mężczyzn. Autorzy wyliczyli średnią długość penisa na 8,70 centymetra w stanie spoczynku, 12,93 centymetra po rozciągnięciu oraz 13,93 centymetra podczas erekcji. Znacznie ciekawsze okazało się jednak uporządkowanie wyników według czasu. Model statystyczny wskazał, że przeciętna długość penisa w erekcji mogła wzrosnąć w ciągu 29 lat z około 12,27 do 15,23 centymetra, czyli o mniej więcej 24 procent. Podobnego trendu nie zaobserwowano natomiast w przypadku długości w stanie spoczynku ani po rozciągnięciu. Sam wynik nie wyjaśnia przyczyny, ale jest wystarczająco wyraźny, by trudno było potraktować go wyłącznie jako anatomiczną ciekawostkę.
Dwadzieścia cztery procent to wartość niewygodna, ponieważ jest zbyt duża, by ją zignorować, a jednocześnie wymaga bardzo ostrożnej interpretacji. Autorzy badania nie twierdzili, że wykazali gwałtowną ewolucję męskiego ciała. Zwracali uwagę na potrzebę dalszego badania możliwych przyczyn obserwowanego trendu, w tym czynników środowiskowych i hormonalnych. Analizowane publikacje pochodziły z różnych krajów, okresów i populacji, a historia naukowego mierzenia penisa nie należy do najbardziej jednorodnych metodologicznie obszarów medycyny. Sposób wykonywania pomiaru, pozycja badanego, warunki badania i technika przykładania przyrządu mogły różnić się między zespołami. Wcześniejsza szeroko cytowana analiza z 2015 roku, obejmująca pomiary wykonywane przez personel medyczny według określonych kryteriów, oszacowała przeciętną długość penisa w erekcji na 13,12 centymetra, choć dla tego konkretnego parametru dysponowano znacznie mniejszą próbą. Naukowa ostrożność jest więc konieczna: zanim uznamy, że męska anatomia ulega szybkiemu przeobrażeniu, należy bardzo dokładnie sprawdzić sposób, w jaki przez kolejne dekady posługiwano się linijką.
Nie zmienia to jednak faktu, że sam kierunek obserwacji pojawia się w szczególnym momencie historycznym. Ostatnie trzy dekady to jednocześnie okres gwałtownego rozwoju smartfonów, mediów społecznościowych, aplikacji randkowych, pornografii internetowej i kultury nieustannego porównywania ciała. Jeden z najbardziej symbolicznie obciążonych elementów męskiej anatomii wykazuje w tym samym czasie trend wzrostowy, podczas gdy całe środowisko kulturowe coraz intensywniej mierzy, klasyfikuje i ocenia mężczyzn. Nie jest to jeszcze dowód zależności przyczynowej, ale stanowi wystarczający powód, by zapytać, czy proces dostosowywania człowieka do kultury obrazu rzeczywiście kończy się na twarzy, włosach, barkach i sylwetce. Trudno znaleźć przekonujący powód, dla którego miałby się zatrzymać dokładnie na granicy wyznaczonej przez regulaminy platform społecznościowych.
Kultura nie przestaje interesować się częścią ciała tylko dlatego, że nie można jej pokazać w popularnych mediach. Niektóre cechy zyskują wręcz szczególną wartość właśnie dlatego, że pozostają częściowo ukryte. Funkcjonują jako obietnica, reputacja albo niewidoczny parametr techniczny. Samochód nie musi prezentować silnika na billboardzie, aby jego moc wpływała na prestiż modelu, podobnie jak zegarek może być odporny na zanurzenie na głębokość, której właściciel nigdy nie osiągnie. W kulturze cyfrowej męskie ciało zaczyna działać podobnie. Część właściwości musi być widoczna natychmiast: twarz, wzrost, barki, włosy, sylwetka. Inne mogą pozostać elementem dalszej specyfikacji, niewidocznym przy pierwszym kontakcie, ale nadal uczestniczącym w hierarchii atrakcyjności. Żuchwa otwiera katalog. Genitalia pojawiają się w dalszych danych technicznych.
Penis wyjątkowo dobrze wpisuje się w taki system, ponieważ kultura od dawna przypisuje mu znaczenia znacznie wykraczające poza funkcję biologiczną. Centymetry zostają przekształcone w komunikat dotyczący męskości, pewności siebie, sprawności seksualnej, a czasami nawet wartości właściciela, chociaż z medycznego punktu widzenia takie uproszczenie ma niewiele sensu. Badania dotyczące obrazu własnego ciała pokazują, że rozmiar genitaliów może być dla części mężczyzn źródłem niezadowolenia podobnie jak wzrost, masa ciała czy stopień umięśnienia. Duży internetowy sondaż obejmujący ponad 52 tysiące heteroseksualnych kobiet i mężczyzn wykazał przy tym szczególną asymetrię: zdecydowana większość kobiet deklarowała zadowolenie z rozmiaru penisa partnera, podczas gdy sami mężczyźni byli z własnego rozmiaru zadowoleni wyraźnie rzadziej. Co istotne, chęć posiadania większego penisa pojawiała się również wśród części mężczyzn uznających własny rozmiar za przeciętny albo ponadprzeciętny. Nowsze analizy wiedzy o normach anatomicznych wskazują z kolei, że mężczyźni mogą przeceniać częstość występowania dużych rozmiarów i uznawać prawidłowe własne wymiary za niewystarczające.
Mechanizm zaczyna więc wyglądać wyjątkowo znajomo. Najpierw cecha zostaje sprowadzona do parametru, później parametr otrzymuje kulturową wartość, następnie wyobrażenie o średniej zostaje przesunięte przez obrazy przedstawiające przede wszystkim przypadki ponadprzeciętne, a w końcu rzeczywisty wynik przeciętny zaczyna wydawać się niedostateczny. Nie trzeba przy tym przekonywać wszystkich mężczyzn, że ich ciała są wadliwe. Wystarczy wprowadzić niepewność. Jeśli człowiek nie wie, czy jest wystarczająco wysoki, szczupły, umięśniony, owłosiony albo odpowiednio wyposażony, zaczyna porównywać, szukać informacji i mierzyć. Pojawia się tabela, a tabela początkowo uspokaja tylko do momentu, w którym użytkownik odkrywa, że znajduje się dokładnie w jej środkowej części. Statystyczna przeciętność oznacza przecież normalność, lecz w kulturze nieustannej optymalizacji coraz łatwiej zaczyna brzmieć jak informacja o produkcie w wersji podstawowej.
Zmiana ta nie dotyczy wyłącznie genitaliów. Nigdy wcześniej przeciętny człowiek nie dysponował tak dużą ilością danych pozwalających porównywać własne ciało z ciałami innych ludzi. Może kontrolować masę, obwód ramienia, procent tkanki tłuszczowej, liczbę kroków, długość snu, tętno, wyniki siłowe, spożycie białka i obwód pasa. Urządzenia informują go o jakości regeneracji, aplikacje o spalonych kaloriach, sprzęt treningowy o kolejnych rekordach, a internet dostarcza norm niemal dla każdej cechy organizmu. W takim środowisku penis nie mógł pozostać jedynie częścią anatomii. Musiał zostać liczbą. Gdy zaś staje się liczbą, pojawiają się średnie, mediany, percentyle, rankingi, mapy świata, kalkulatory oraz niezliczone deklaracje użytkowników, których precyzji nikt nigdy niezależnie nie zweryfikował.
Powstaje przy tym paradoks. Im większy mamy dostęp do informacji, tym mniej pewni możemy być tego, co rzeczywiście jest normalne. Internet teoretycznie powinien ograniczać kompleksy wynikające z niewiedzy, ponieważ wiarygodne dane dotyczące przeciętnych wymiarów są dostępne niemal natychmiast. Ta sama przestrzeń dostarcza jednak pornografii, reklam zabiegów, anonimowych deklaracji, materiałów promocyjnych i obrazów wyselekcjonowanych właśnie dlatego, że przedstawiają coś nietypowego. Człowiek otrzymuje zatem jednocześnie tabelę norm i tysiące przykładów odstępstwa od niej. Problem polega na tym, że ludzkiej pamięci znacznie łatwiej zachować przypadek spektakularny niż wartość mediany. Norma zostaje przeczytana, wyjątek zapamiętany.
Selekcja wizualna działa nawet tam, gdzie jawna nagość pozostaje ograniczona. Nie trzeba zobaczyć konkretnej części ciała, aby powstało przekonanie o jej znaczeniu. Pornografia, żarty, memy, rozmowy, aplikacje randkowe i sugestywne materiały tworzą wspólny język, w którym określone parametry zaczynają funkcjonować jak kapitał. Badania analizujące treści dotyczące powiększania penisa w mediach społecznościowych pokazały, że platformy mogą być miejscem obiegu materiałów promujących tego rodzaju ingerencje oraz wpływać na sposób, w jaki młodzi mężczyźni postrzegają własne ciało. Oznacza to, że można stworzyć popyt na modyfikację nawet tej części anatomii, której w najbardziej popularnych mediach oficjalnie niemal się nie pokazuje. Widoczność nie jest konieczna. Wystarczy przekonanie, że istnieje parametr, który inni oceniają.
Rynek szybko odpowiada na taką niepewność. Literatura medyczna opisuje mężczyzn o prawidłowych wymiarach, którzy mimo to poszukują metod zwiększania rozmiaru, podczas gdy przeglądy badań wskazują, że wiele oferowanych interwencji ma ograniczoną podstawę dowodową, a część może wiązać się z realnym ryzykiem powikłań. Specjaliści podkreślają również znaczenie edukacji i oceny psychologicznej, ponieważ sama zmiana anatomiczna nie zawsze usuwa źródło niezadowolenia. Z punktu widzenia rynku nie jest to jednak przeszkoda. System optymalizacji ciała nie potrzebuje parametru, który rzeczywiście można łatwo poprawić. Potrzebuje parametru, wobec którego człowiek wierzy, że powinien osiągnąć lepszy wynik. Jeżeli pierwsza metoda nie przynosi oczekiwanego poczucia poprawy, pojawia się przestrzeń dla następnej.
Można więc sformułować prostą zasadę współczesnej gospodarki ciała: najbardziej dochodowym centymetrem jest centymetr, którego człowiek jeszcze nie posiada. Dotyczy to obwodu ramienia, szerokości klatki piersiowej, obwodu pasa, a w szczególnym sensie również genitaliów. Różnica polega przede wszystkim na sposobie ekspozycji. Biceps można pokazać w koszulce bez rękawów, żuchwę w zbliżeniu, brzuch w materiale z wakacji, a wzrost odpowiednią perspektywą lub zestawieniem z innymi ludźmi. Penis funkcjonuje bardziej dyskretnie, lecz właśnie dzięki temu może pełnić funkcję ukrytego parametru premium. Nie musi pojawiać się na ekranie, by wpływać na wyobrażenie mężczyzny o własnej pozycji. Wystarczy świadomość, że gdzieś istnieje hierarchia, a wynik właściciela można w niej umieścić.
W tym miejscu warto ponownie wrócić do wzrostu o około 24 procent sugerowanego przez analizę zmian czasowych. Naukowe podejście wymaga uwzględnienia heterogeniczności badań, metod pomiarowych, geografii, wieku uczestników, populacji i różnic między poszczególnymi dekadami. Autorzy metaanalizy uwzględnili część tych zmiennych w swoich modelach, a trend dotyczący długości podczas erekcji pozostawał istotny także po korektach. Jednocześnie brak podobnego trendu dla długości w stanie spoczynku i po rozciągnięciu nakazuje zachować ostrożność. Z punktu widzenia szerszej analizy kulturowej szczególnie interesujące pozostaje jednak to, że wzrost pojawił się akurat w parametrze najsilniej symbolicznie związanym z seksualną prezentacją mężczyzny. Nie wystarcza to do wskazania przyczyny, lecz poszerza pytanie o możliwe zależności między biologią, środowiskiem i zmieniającym się systemem wyboru partnerów.
Gdyby trend został potwierdzony w kolejnych, bardziej standaryzowanych badaniach, należałoby rozważyć wiele możliwych przyczyn. Rozwój genitaliów zależy od czynników genetycznych i hormonalnych, a na rozwój całego organizmu wpływają odżywianie, stan zdrowia, warunki środowiskowe oraz ekspozycja na substancje oddziałujące na układ hormonalny. Nie istnieją obecnie podstawy, by przypisywać obserwowaną zmianę bezpośrednio selekcji seksualnej związanej z mediami społecznościowymi czy aplikacjami randkowymi. Trzy dekady są z perspektywy ewolucyjnej okresem bardzo krótkim, zwłaszcza dla zmiany o takiej skali. Nie oznacza to jednak, że należy całkowicie oddzielić biologiczne ciało od kultury, w której funkcjonuje. Środowisko wpływa na rozwój człowieka, kultura wpływa na dobór partnerów, a dobór partnerów jest jednym z mechanizmów, przez które określone cechy mogą w bardzo długiej perspektywie zmieniać częstość występowania w populacji. Zależność ta pozostaje na razie hipotezą wymagającą danych, ale sam kierunek pytania jest biologicznie uzasadniony.
Produkcja atrakcyjności może bowiem działać na kilku poziomach jednocześnie. Pierwszy jest wizualny: większą widoczność otrzymują mężczyźni, którzy najlepiej prezentują się na ekranie. Drugi jest behawioralny: inni obserwują ich i kopiują trening, fryzurę, dietę, sposób ubierania oraz prezentowania własnego ciała. Trzeci jest medyczny, ponieważ część cech można zmieniać za pomocą zabiegów i procedur. Czwarty dotyczy wyboru partnerów: jeśli określony wygląd zwiększa liczbę potencjalnych kontaktów i zainteresowanie seksualne, wpływa na strukturę rynku partnerskiego. Dopiero piąty poziom byłby biologiczny i wymagałby wykazania, że określone dziedziczne właściwości systematycznie zwiększają sukces reprodukcyjny przez dostatecznie dużą liczbę pokoleń. Na tym poziomie danych jeszcze nie posiadamy, ale wcześniejsze etapy procesu są już obserwowalne.
Pozostaje pytanie, dlaczego kultura cyfrowa miałaby premiować większy penis, skoro w większości najpopularniejszych mediów nie jest on nawet widoczny. Odpowiedź może tkwić w tym, że atrakcyjność nie składa się wyłącznie z cech funkcjonalnych ani publicznie eksponowanych. W gospodarce estetycznej ogromną rolę odgrywają cechy statusowe. Samochód nie potrzebuje ogromnej mocy, żeby poruszać się po mieście, a kosztowny zegarek nie pokazuje godziny proporcjonalnie lepiej od taniego. Wartość części parametrów polega właśnie na przekraczaniu praktycznej potrzeby. Nadmiar staje się komunikatem. Jeżeli kultura od dawna łączy większy rozmiar z męskością i potencjałem seksualnym, wówczas także niewidoczna cecha może uczestniczyć w budowaniu hierarchii. Nie musi być przydatniejsza. Wystarczy, że jest postrzegana jako lepsza.
Ta zasada dotyczy zresztą całego współczesnego ciała. Nie zawsze musi ono być bardziej funkcjonalne. Ma być przede wszystkim czytelne. Duży biceps natychmiast komunikuje siłę, nawet jeśli właściciel wykorzystuje ją głównie podczas treningu. Niski poziom tkanki tłuszczowej może sygnalizować dyscyplinę, choć jego długotrwałe utrzymywanie nie zawsze jest wygodne czy korzystne. Wyraźna szczęka komunikuje określony typ męskości, gęste włosy młodość, wzrost pozycję, a rozmiar genitaliów funkcjonuje jako symbol potencjału seksualnego. Człowiek zostaje złożony z szeregu wizualnych i wyobrażonych sygnałów, które nie muszą dokładnie odpowiadać jego rzeczywistym możliwościom. Ma wyglądać jak siła, zdrowie, sukces, płodność i seksualność skondensowane w jednym organizmie.
Nic dziwnego, że samoocena mężczyzny coraz łatwiej przypomina panel kontrolny. Jeśli włosy się przerzedzają, istnieje procedura. Jeśli zęby są zbyt ciemne, istnieje metoda korekty. Jeśli mięśni jest za mało, istnieje program treningowy. Jeśli tkanki tłuszczowej jest za dużo, istnieją aplikacje, diety i plany. Jeśli penis wydaje się zbyt mały, wyszukiwarka natychmiast dostarcza ofert obiecujących rozwiązanie również tego problemu. Nie produkujemy jeszcze nowych ludzi w sensie biologicznym, ale coraz sprawniej wydajemy aktualizacje do już istniejących. Człowiek może poprawić włosy, zgryz, sylwetkę, skórę i nos, a następnie wrócić do przestrzeni cyfrowej jako wersja bardziej kompatybilna z obowiązującym standardem atrakcyjności.
Najbardziej charakterystyczne jest to, że proces ten odbywa się pod hasłem indywidualności. Każdy ma zostać „najlepszą wersją siebie”, a mimo to ogromna liczba ludzi wybiera bardzo podobne wersje: zbliżone proporcje sylwetki, podobne fryzury, zarosty, brzuchy i sposoby fotografowania. Człowiek ma pozostać sobą, ale najlepiej w wariancie zgodnym z aktualnymi wymaganiami środowiska. Jeśli indywidualność nie mieści się w formacie, można zmodyfikować sposób jej prezentacji albo sam wygląd.
Penis okazuje się w tym systemie szczególnie interesujący właśnie dlatego, że ujawnia zakres działania mechanizmu. Nie jest parametrem potrzebnym do zbudowania popularnego profilu, podpisania kontraktu reklamowego czy sprzedania kosmetyków, a mimo to może zajmować znaczące miejsce w męskiej hierarchii porównań. Pokazuje, że ciało nie jest dostosowywane wyłącznie do tego, co bezpośrednio widzi kamera. Jest dostosowywane także do wyobrażonego obserwatora, którego człowiek zabiera ze sobą nawet wtedy, gdy urządzenie pozostaje wyłączone. Obserwator ten ocenia skórę, mięśnie, włosy, wzrost i genitalia, a jego standard powstaje z reklamy, pornografii, popkultury, aplikacji randkowych, mediów społecznościowych oraz opowieści innych ludzi o własnych ciałach.
Do utrzymania takiego systemu nie jest potrzebne laboratorium. Wystarczy linijka. Linijka jest jednym z najbardziej niedocenianych narzędzi społecznej hierarchizacji właśnie dlatego, że wygląda całkowicie neutralnie. Nie mówi człowiekowi, czy jest dobry, atrakcyjny albo wartościowy. Pokazuje wyłącznie liczbę. Dopiero właściciel sprawdza, jak ta liczba wypada na tle innych, i wykonuje pozostałą część pracy sam. System oparty na pomiarze jest dzięki temu wyjątkowo skuteczny: nie musi formułować oceny. Wystarczy podać średnią.
Jeżeli zaś średnia rzeczywiście zaczęła się zmieniać, pytanie staje się jeszcze ciekawsze. Nie oznacza to, że ktoś świadomie produkuje mężczyzn z większym penisem ani że wzrost o 24 procent należy przyjmować jako bezsporny fakt biologiczny niezależny od metodologii badań. Oznacza natomiast, że pojawiła się obserwacja na tyle niezwykła, by zapytać, jakie inne parametry męskiego ciała mogą zmieniać się w świecie, który bez przerwy mierzy, porównuje i premiuje atrakcyjność. Przyszłe badania mogą wykazać, że znaczna część trendu wynikała z różnic metodologicznych albo populacyjnych. Mogą również potwierdzić realną zmianę i wskazać jej przyczyny środowiskowe. Jeżeli jednak za kilkadziesiąt lat kolejne standaryzowane pomiary pokażą dalszy wzrost, samo pytanie o kulturowe i reprodukcyjne mechanizmy selekcji stanie się jeszcze trudniejsze do pominięcia.
Na razie nie potrzebujemy więc ukrytego programu ani centralnej instytucji. Wystarczą zmieniające się ideały wyglądu, przemysł zarabiający na niezadowoleniu z ciała, technologia umożliwiająca modyfikowanie coraz większej liczby parametrów, media nieustannie porównujące skuteczność ludzkich obrazów oraz dane sugerujące, że najbardziej symboliczny z męskich wymiarów może zmieniać się w czasie. Każdy z tych elementów z osobna posiada racjonalne wyjaśnienie. Razem tworzą jednak środowisko, w którym ciało jest coraz dokładniej mierzone, oceniane i przebudowywane zgodnie z tym, co aktualnie uchodzi za pożądane.
W następnym rozdziale pozostawimy linijkę i przesuniemy uwagę znacznie wyżej, przynajmniej z punktu widzenia anatomii. Jeśli mężczyzna coraz częściej funkcjonuje jak produkt poddawany selekcji wizualnej, najważniejszą częścią jego opakowania nadal pozostaje twarz. Penis może należeć do ukrytej specyfikacji, ale to żuchwa, włosy, skóra i proporcje twarzy decydują o pierwszych sekundach oceny. I właśnie w przypadku twarzy coraz trudniej stwierdzić, gdzie kończy się naturalna różnorodność człowieka, a zaczyna standaryzacja wynikająca z powtarzania tych samych wzorców.
Rozdział 3
Fabryka twarzy
Jeżeli ciało coraz częściej funkcjonuje jak produkt, twarz staje się jego logo. Można posiadać imponującą sylwetkę, ponadprzeciętny wzrost, niski poziom tkanki tłuszczowej i cały zestaw cech uznawanych za atrakcyjne, lecz to twarz pojawia się pierwsza. Jest kartą startową, ekranem powitalnym, wizualnym skrótem człowieka. To ona w ciągu ułamka sekundy decyduje, czy odbiorca zatrzyma wzrok, czy przesunie palcem dalej. Przez większą część historii twarz służyła przede wszystkim rozpoznawaniu właściciela oraz odczytywaniu jego wieku, emocji, zdrowia, pokrewieństwa i intencji. Współcześnie otrzymała dodatkowe zadanie: musi dobrze funkcjonować w miniaturze. Powinna być czytelna, fotogeniczna, względnie symetryczna, odpowiednio kontrastowa i na tyle charakterystyczna, by przyciągnąć uwagę, lecz jednocześnie nie tak nietypowa, by wykraczać poza dominujący wzorzec atrakcyjności. To wymagająca równowaga i właśnie dlatego współczesne atrakcyjne twarze coraz częściej wydają się zmierzać w podobnych kierunkach.