E-book
13.65
drukowana A5
32.31
drukowana A5
Kolorowa
58.95
Europo, piękna Europo!

Bezpłatny fragment - Europo, piękna Europo!

Część II


Objętość:
185 str.
ISBN:
978-83-8221-951-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 32.31
drukowana A5
Kolorowa
za 58.95

Mojemu mężowi i synom

Rozdział 1 — Włochy, Francja i Monako 2016

„Życie bez podróży jest jak potrawa bez soli” — Elżbieta Dzikowska

Po podróży poślubnej przyszedł czas na wakacje z dziećmi. Tym razem jednak nie rozpoczynają się w Burghausen. Krzysiek na czas urlopu zawiesił pracę, nauczony doświadczeniem z Chorwacji, a ja wynalazłam dla nas prześliczną miejscówkę w Toskanii — i to ma być nasza kolejna przygoda.

Chłopcy wyrośli mocno przez ten rok, pracujemy z Patrykiem nad „pępkowością świata” — to znaczy próbujemy znaleźć jakiś wspólny mianownik w komunikacji, żeby uniknąć ciągłych awantur. Zależy mi też bardzo na Maxie, bo przez to całe zamieszanie z zespołem Aspergera mam wrażenie, że źle się w tym wszystkim czuje. Mam nadzieję, że ten wyjazd pomoże nam złapać równowagę, nacieszyć się sobą i nadrobić braki z całego roku.


Dzień pierwszy

19.08.2016 — piątek


Wyjeżdżamy około dziesiątej, wyjątkowo w tym roku bez stresu, zdążyłam wszystko zapakować i chyba niczego nie zapomniałam. Docelowo jedziemy do Riparbelli, jakieś tysiąc pięćset kilometrów, więc rozbijamy dojazd na dwa dni. Krzyś załatwił nam nocleg u mamy swojego przyjaciela w Monachium — Frau Otti.

Chłopcy cieszą się, bo ciekawi są Włoch i wymarzonej przeze mnie Toskanii — zawsze mówiłam, że pojechanie tam to jedno z moich marzeń, szczególnie po obejrzeniu filmu Pod słońcem Toskanii. Do tego zapowiadam im przystanek nad Gardą, bardzo chcę pokazać to przepiękne jezioro — planujemy tam być jutro około szesnastej.

Droga mija nawet spokojnie, Patryk dopytuje się, czy wzięliśmy mu hulajnogę — ten nowy nabytek to strzał w dziesiątkę, lekarstwo na jego pieszą niemoc. Wzięliśmy — to była pierwsza rzecz na liście.

Po drodze jak zwykle korki, bo pełno remontów, ale bez większych przeszkód trafiamy na miejsce. Frau Otti wita nas bardzo serdecznie, dopiero teraz mamy okazję się poznać, chociaż mojego męża zna już ze dwadzieścia lat. Chłopcy trochę onieśmieleni, ponieważ Otti ciągle o coś ich pyta po niemiecku i nic nie rozumieją. Jesteśmy mocno zmęczeni. Ale kolacja jest przepyszna, ciężko się oderwać od stołu. Wiemy jednak, że o ósmej musimy wyjechać, żeby na spokojnie dotrzeć na miejsce, więc w końcu idziemy spać.


Dzień drugi

20.08.2016 — sobota


Wyjeżdżamy prawie zgodnie z planem, bo o ósmej trzydzieści — no nie dało się inaczej, Otti zrobiła nam takie śniadanie, że grzechem by było nim wzgardzić. Dostajemy od niej porządną wałówkę na drogę, aż się głupio czuję, ale ona Krzyśka traktuje prawie jak syna, więc może stąd ta hojność.

Z Monachium wyjeżdżamy w korku, droga bardzo zatłoczona, już wiem, że znacznie dłużej pojedziemy, niż zakładaliśmy. Pogoda naprzemienna: raz bardzo mocno grzeje słońce, raz leje deszcz. Krzysiek jest już bardzo zniecierpliwiony, bo namówiłam go, żeby zjechał z autostrady, a teraz stoimy w jeszcze większym korku, bo większość kierowców, jak się okazało, wpadła na ten sam pomysł.

Sprawdzam czas: do Gardy zostały nam jeszcze ze dwie godziny drogi, a jest osiemnasta. Powoli tracę nadzieję, że zajedziemy, zanim zajdzie słońce. Nieszczęśliwie mam rację, ponieważ docieramy do Gardy na wpół do dziesiątej wieczorem, w miejscu jeziora jest… mgła. Z nieba siąpi. Nic nie widać. Stoimy na brzegu jeziora i pokazuję właśnie moim dzieciom, co powinny zobaczyć:

— Wyobraźcie sobie, że to jest jezioro, które powstało u podnóża gór, wokół rosną palmy i kolorowe kwiaty, można przejść sobie deptakiem przy brzegu…

Krzyś obejmuje mnie i szepcze do ucha, że jeszcze tu przyjedziemy, że mam się nie przejmować. Kochany jest.

— Yhy… Mamo, a możemy już coś zjeść? — Patryk sprowadza mnie na ziemię.

— Może być pizza? — pytam, chociaż znam odpowiedź.

— Taaaak — krzyczą zgodnie wszyscy trzej.


No dobra, to idziemy na pierwszą włoską i, jak się okazuje, przepyszną pizzę. Mniam.

Dajemy sobie jeszcze chwilę i zbieramy się w dalszą drogę. Znów wjeżdżamy na autostradę, która na szczęście już nie jest tak zatłoczona. Mimo to, chyba ze zmęczenia, droga nam się bardzo dłuży. Chłopcy dawno już śpią, ja próbuję zagadywać Krzyśka, ale sama ledwo widzę na oczy. Jesteśmy już na szczęście blisko Livorno, mamy zjazd z autostrady, ale nagle słyszymy jakiś hałas. Krzyś zatrzymuje się, żeby sprawdzić, co się stało, bo wydaje nam się, że złapaliśmy gumę. Niestety mamy rację. W oponie znajduje się wielki, gruby gwóźdź. Siadamy na krawężniku i nie wiemy, śmiać się czy płakać.

— Co dalej? — pytam cicho.

— Wiesz co, powietrze nie zeszło, pojedziemy powolutku, to około godzina drogi, może się uda, a jeśli nie, będziemy się wtedy martwić. Dobrze, że zjechaliśmy z autostrady.

Dojeżdżamy szczęśliwie, gdy Riparbella pogrążona jest w głębokim śnie. Na szczęście klucze do naszego domku mamy zostawione w sekretnym miejscu. Musimy świecić sobie latarką, żeby znaleźć wejście. Budzimy chłopców i przenosimy bagaże, a potem wszyscy padamy.

Co za dzień.


Dzień trzeci

21.08.2016 — niedziela


— Wstajecie już? — Do sypialni zagląda Max. — Widzieliśmy z Patrykiem basen na zewnątrz, ładnie tu. Może pójdziemy popływać?

— Co dzisiaj robimy, mamo? Nudzi mi się i Internet nie działa. — Patryk przepycha się przez Maxa.

— Dajcie chwilę pomyśleć — mówię — przebierzcie się w kąpielówki i poczekajcie na mnie przy basenie.

— Ja pójdę z nimi, a ty sobie jeszcze poleż — odzywa się Krzyś.

W ten sposób za chwilę wszyscy jesteśmy już na nogach. Idę wziąć prysznic, który okazuje się moją zmorą, bo nie dość, że ma zasłonkę, a nie cierpię tego oślizgłego, przyklejającego się do mojego ciała wynalazku, to w dodatku jest strasznie mały! I przecieka. Taka rzecz jednak nie zmąci mojego szczęścia. Wycieram podłogę i idę robić śniadanie, które zamierzam podać na zewnątrz. Przez otwarte okno w kuchni docierają do mnie radosne wrzaski mojej trójki.

Akurat gdy jemy śniadanie, przychodzi pośredniczka, dzięki której wynajęliśmy ten domek. Dostajemy mapę i wskazówki co do pobytu. Załatwia nam żelazko, jest mi potrzebne, a nie ma na stanie wyposażenia. Ustalamy, że dziś pojedziemy zobaczyć Cecinę, małe miasteczko nad morzem, niedaleko naszego lokum. Jest tam też Lidl, gdzie chcemy zrobić zakupy.

Miasteczko jest malutkie, ale śliczne. Patryk szaleje na swojej hulajnodze, że ledwo możemy za nim zdążyć. Maxowi buzia się nie zamyka. Po zakupach wracamy do Riparbelli, bo potrzebujemy dzisiaj luźnego popołudnia. Niestety nie udaje nam się znaleźć zakładu z wulkanizacją opon, więc nadal jeździmy z naszym nieodłącznym przyjacielem gwoździem.

W zasadzie do wieczora nic nie robimy. Chłopcy szaleją w basenie, Krzyś razem z nimi, a ja leżę sobie na leżaczku i jestem szczęśliwa… Po obiedzie ustalamy, że jutro popłyniemy na Elbę. Włączam Internet, żeby kupić bilety na prom, i już się cieszę na jutro.


Dzień czwarty

22.08.2016 — poniedziałek


Najbardziej z tego dnia to chyba cieszy się Patryk. Wstał pierwszy i już jest gotowy. Max pomaga mi przygotować śniadanie, Krzyś pakuje nas na cały dzień.

Nagle coś podcina mi nogi.

— Co to było? — krzyczę i z niedowierzaniem patrzę na psa, który zjawił się nie wiadomo skąd i właśnie dobrał się do naszych śmieci, rozwalając je po całej kuchni.

— Psikus! — dobiega z zewnątrz. — Psikuuuuus! Boże, gdzie on się podział? Paweł, widziałeś psa?

— Jest u nas — wychylam się zza okna — chyba przyszedł na śniadanie.

— O rany, przepraszam! Jestem Anka — przedstawia mi się nowa znajoma — mieszkamy w domku obok. Zaraz go zabieram. Maryyysiaaaa!

Za chwilę przybiega śliczna dziewczynka, na oko ma jakieś osiem lat. Pies na jej widok dostaje szału, z radości strasznie głośno szczeka, na szczęście Marysia zakłada mu smycz i zabiera go.

— Niezły początek znajomości — śmieje się Anka.

Obie wychodzimy na dwór i witamy się z naszymi mężami. Nowi znajomi są z Katowic, będą tutaj dwa dni dłużej niż my.

Paweł ma kompresor samochodowy, który uratuje nam oponę, gdyby zeszło powietrze, więc pożycza go nam i w ten sposób jesteśmy już w pełni wyposażeni na wyprawę.

Na Elbę płyniemy z miasteczka Piombino. Mamy wypłynąć o jedenastej i wrócić o osiemnastej, powinno nam wystarczyć tyle godzin, żeby nacieszyć się wyspą i co nieco zobaczyć.

Na promie Patryk trochę się boi, ale z ciekawością patrzy, jak parkowane są auta. Gdy wchodzimy na pokład, od razu musimy zamówić coś do jedzenia, tak smakowicie wyglądają wystawowe bułeczki. Pogoda jest piękna, na szczęście zabraliśmy też rzeczy na plażę, więc jeśli będziemy mogli, na pewno się wykąpiemy. O samej Elbie prawie nic nie wiemy poza tym, że był tu Napoleon.

Okazuje się, że wyspa jest prześliczna. Zwiedzamy sobie Portoferraio wraz z pięknymi fortami i willą Napoleona, ale chcemy objechać wyspę samochodem — może się uda. Ruszamy więc w zakorkowaną drogę — korki się nas trzymają bardzo mocno, jak widać. Po drodze zajeżdżamy na plażę, gdzie znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem. Na szczęście cud się zdarza. Parkujemy na małym placyku, idziemy na pizzę i potem na plażę. Patrykowi bardzo się tu podoba, proponuje nawet zamienić miejscówki.

Gdy trochę nas przypieka, decydujemy się na dalszą jazdę wokół Elby — ile zdążymy, tyle nasze. Dopompowujemy oponę i udajemy się w stronę Marciany, w górze widać jakieś miasteczko, nad którym wznosi się wieża kościoła. Decydujemy się na wjazd na tę górę. Po drodze dostrzegam za wycieraczką jakiś świstek. Zatrzymujemy się, Krzyś ogląda ten papier, wygląda jak paragon. Zaglądam mu przez ramię i wydaje mi się, że to mandat. Włączamy Internet i tłumaczymy treść z papierka. Tak, to mandat za złe parkowanie. Okazuje się, że miejsca parkingowe oznaczone są różnymi kolorami i trzeba wiedzieć, jaki kolor co znaczy. Teraz już będziemy wiedzieć na pewno.

To miasteczko na górze to Poggio. To tu napijemy się espresso. Niewielki placyk, przy którym parkujemy, jest prawie pusty, bo jest sjesta. Na szczęście espresso można kupić. W dole widać lazurowe morze, nie mogę się wręcz napatrzeć. Patryk chce swoją hulajnogę, szaleje na niej, ale nie może wjechać po schodkach, których tu jest całe mnóstwo. Od razu psuje mu się humor, ale dzielimy się na grupki — Krzyś z Maxem idzie w jedną stronę, ja z Patrykiem w drugą, pomagam mu wnieść po schodach hulajnogę. Zwiedzamy tak całe miasteczko, dużo domów jest na sprzedaż. W zasadzie to się nie dziwię, trochę wygląda na wymarłe, ale może to przez sjestę. Sprawdzam czas i widzę, że musimy już wracać, bo nie zdążymy na prom, a nie wiem, czy znów nie będzie korków.

Krzyś chce jeszcze jedno espresso i trochę się kłócimy, bo ja nie chcę jechać na ostatnią chwilę i wolę to espresso wypić spokojnie, czekając na prom. No i masz ci los, mój mąż się na mnie obraża i w tej skwaszonej atmosferze wracamy do portu.

— Nie mów, że się na mnie gniewasz — przerywam dłuuugą ciszę.

— Nie gniewam się, ale nie rozumiem, dlaczego tak się uparłaś, przecież spokojnie byśmy zdążyli wypić to espresso. Taki piękny był tam widok, na dole już nie będzie takiego klimatu.

Z jednej strony bronię swojej decyzji, ale w duchu przyznaję mu rację. Sobie z drugiej strony też — co by było, gdybyśmy się spóźnili?

Na szczęście nie ma korków i docieramy pół godziny przed czasem. W zasadzie to na moje nieszczęście, bo widzę ten wielki wyrzut w oczach Krzysia, więc zaciągam go na espresso, no ale wiem, że to już nie ten klimat, nie ten widok i czas. Taka namiastka malutka tylko.

Dzięki wcześniejszej rozmowie zły humor jednak szybko mu mija i za chwilę już płyniemy. Gdy docieramy do domu, już jest ciemno. Mój mąż szepcze mi do ucha, że uwielbia się godzić. Lubię te nasze wieczory, przeciągające się do późnej nocy.

Jutro atakujemy kontynent.


Dzień piąty

23.08.2016 — wtorek


Budzi nas Patryk, który siedzi na mnie i krzyczy.

— Mamo, wstawajcie, jedziemy dziś do Pizy!!!

Boże Święty, po co ja mu to wczoraj powiedziałam. Piza jest najważniejszym punktem wakacji, ponieważ marzeniem Patryka jest zobaczenie krzywej wieży. Cieszę się razem z nim na ten dzień, bo fajnie jest spełniać dziecięce marzenia. Nie przypuszczałam tylko, że on od szóstej będzie na nogach!

W ogóle to miałam dziś dziwny sen. W tym domku mamy taki stary kredens z prześliczną porcelaną, no i śniło mi się, że ten kredens cały się trząsł, a porcelana się rozbiła. Sen był tak rzeczywisty, że aż idę sprawdzić, czy to prawda. Na szczęście kredens jak stał, tak stoi, a naczynia w środku są całe.

Cóż, czas się zbierać, więc szykujemy śniadanie i ustalamy, że pojedziemy z samego rana, żeby mieć więcej czasu po południu.

Około dziewiątej dzwoni moja siostra, czy u nas wszystko w porządku. Mniej więcej w tym samym czasie pisze mój brat z podobnym pytaniem. Jestem trochę zaskoczona, ale informacja od Reni zupełnie zwala mnie z nóg. W środkowych Włoszech było w nocy silne trzęsienie ziemi i są już ofiary. Smutna to wiadomość, od razu szukamy w Internecie, w jakim regionie dokładnie to się stało. Myślę sobie, że życie jest bardzo kruche, można wieczorem położyć się spać i rano już nie wstać. Nie nakręcam się jednak, tylko kończymy śniadanie, pakowanie i siadamy do auta

— Mamo, czy wzięłaś moją hulajnogę? — Patryk jak zwykle pilnuje swoich spraw.

— Jak mogłabym nie wziąć, bez niej się nie ruszam! — odpowiadam zgodnie z prawdą. Hulajnoga bowiem to genialny pomysł.

Po drodze szukamy jeszcze wulkanizacji i tym razem udaje nam się ją znaleźć. Wymieniamy oponę, na szczęście mają taką na stanie, i jedziemy dalej.

Droga jest kręta — gdy widzę na nawigacji zakręty sto osiemdziesiąt stopni, to mi słabo. Łapię się na tym, że mówię Krzyśkowi, ile stopni będzie miał zakręt. Gdy dojeżdżamy do Pizy, oddycham z ulgą.

Patryk dostaje przyspieszenia i prawie biegniemy za nim i jego hulajnogą, co sprawia, że w tempie iście błyskawicznym, jak na nasze możliwości, przybywamy pod wieżę, która wraz z katedrą i Polem Cudów w ogóle nie pasuje do reszty zabudowań. Całość wygląda bardzo imponująco. Patryk prawie natychmiast ustawia się w kolejce, bo chce wejść na wieżę, ale okazuje się, że trzeba kupić bilety. Teraz z kolei ja się ustawiam w kolejce po nie, ale niestety sprawa nie jest prosta, ponieważ najbliższe wejście będzie za trzy godziny, a tyle nie chce mi się czekać.

Patryk jest niepocieszony, nawet zdjęcia pod wieżą nie chce sobie zrobić, ale obiecuję mu, że następnym razem to kupimy te bilety on-line i nie będzie problemu.

Siedzimy chwilę na schodach katedry, obserwujemy przewalający się tłum, a mój telefon urywa się od zawodowych propozycji. Rzeczywiście Pole Cudów.

Wycofujemy się z ryczącym Patrykiem, na szczęście hulajnoga potrafi rozwiać niezadowolenie i znów nastawiamy się na bieg za nim. Max idzie z nami, trzymając mnie za rękę, co jest wzruszające, bo jest już mojego wzrostu. Miło. Robimy krótki przystanek na kupno wachlarzy i pędzimy dalej.

— Skoro jeszcze mamy taką młodą godzinę, to może zahaczymy o San Gimignano? Średniowieczny Manhattan? — pytam w samochodzie mojego męża. — To tylko około półtorej godziny drogi stąd…

— Taaaak, chcę na Manhattan! — Patryk natychmiast podłapuje, Max mniej wylewnie, ale też jest za, więc zmieniamy kierunek i jedziemy w głąb Toskanii.

Droga znów jest bardzo kręta, po drodze odwiedzamy winnicę i kupujemy sobie kilka butelek wina. Jest tak pięknie, że przestaję się skupiać na serpentynach, co jest niezwykłe.

San Gimignano widoczne jest z daleka — jego panorama na szczycie góry robi imponujące wrażenie. Nie możemy zaparkować, bo pomimo kilku parkingów nigdzie nie ma miejsca! Po półgodzinnym jeżdżeniu w kółko w końcu ktoś wyjeżdża i kończymy krążenie. Patryk mówi, że on bez hulajnogi nie idzie, no ale z hulajnogą za bardzo się nie da, tak przynajmniej mi się wydaje. Najpierw musimy dostać się na górę, na szczęście jest winda. Krzysiek nie chce jechać windą, więc mamy mały zgrzyt, bo Patryk już się przy niej zaparł. Tłumaczymy mu, że idąc na górę na piechotę, więcej zobaczymy, ale to nie działa. W końcu wjeżdżamy tą windą, bo w zasadzie nie mam mocnych argumentów na „nie”, a szkoda mi czasu na kłótnie. Patryk stwierdza, że schodząc na nogach, też zobaczymy to samo. Nie sposób nie przyznać mu racji, o ile patrzy się plecami.

— Wiesz co — mówię do Krzysia, gdy już jesteśmy na górze — to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie! — Jestem zauroczona, zachwycona i wszystko razem wzięte.

— Mam wrażenie, że mówisz to za każdym razem, jak coś zwiedzamy — śmieje się mój mąż, obejmując mnie.

— Może i tak, w końcu tu jest wiele takich miejsc — odpowiadam mu, opierając się na jego ramieniu. — Ale mi fajnie!

Wszystko z kamienia, zastanawiamy się, w jaki sposób budowano te wieże. Wszędzie wąskie uliczki i schodki, małe sklepiki, w których można kupić trochę szafranu, z którego słynie to miejsce.

Przysiadamy sobie na schodkach. Patryk biega po uliczkach razem z Maxem, więc jestem już spokojniejsza, a ich tempo jest jednak znacznie wolniejsze od hulajnogi.

Zatrzymujemy się na niewielkim placyku w kawiarni, słońce chyli się ku zachodowi i chociaż to piękna chwila, to trochę mi smutno, że kończy się kolejny dzień, a ja jeszcze się nie nasyciłam Toskanią.

Zrywam się, gdy uświadamiam sobie, że droga powrotna to serpentyny, a po ciemku to ja dostanę zawału serca, więc powoli zaganiam wycieczkę do auta. Idziemy w dół na nogach, zgodnie z umową. Patryk nawet za mocno nie jęczy, Max zadowolony, bo jemu też tu się bardzo podoba.

Z parkingu ciężko wyjechać, to chyba taka pora, że już większość turystów opuszcza miasteczko. Po drodze chciałabym jeszcze zobaczyć Volterrę, ale gdy dojeżdżamy, jest już całkowicie ciemno i jedyne, co możemy zrobić, to krótki spacer i podziwianie iluminacji. Szkoda.

Jutro jeszcze nie wiem, co będziemy robić, bo marzy mi się Florencja, ale nie wiem, czy w tym upale dam radę. Robimy kolację, Patryk pada, Max siedzi sobie z nami przy basenie i gadamy. Tego było mi trzeba. Przychodzą do nas Anka z Pawłem, oddajemy im kompresor, dzielimy się wrażeniami z dzisiejszego dnia i my polecamy im San Gimignano, a oni nam Lukkę.

Gdy w nocy przytulam się do mojego męża, szepczę do niego, że mogłabym tu zamieszkać.

— Wszędzie, gdzie chcesz, kiciu, byle ze mną — mruczy mi do ucha i oddajemy się pieszczotom księżycowej nocy.


Dzień szósty

24.08.2016 — środa


Budzę się pierwsza. Nie wiem, która jest godzina, ale słyszę radosne szczekanie psa. Wolałabym śpiewanie ptaków, ale Psikuś skutecznie je zagłusza. Zanim chłopcy wstaną, przytulam się jeszcze do pleców mojego męża i szepczę mu do ucha, że dziś moja kolej na zrobienie kawy.

Jest bardzo gorąco, więc dzieci korzystają z basenu, a my ustalamy plan na kolejne dni. Chcielibyśmy zobaczyć jak najwięcej, ja chciałabym Florencję, ale jest tak gorąco, że nie da się zwiedzać, szczególnie z dziećmi. Lukka jednak jest mniej wymagająca czasowo, więc kusi i nęci, i w końcu decydujemy się na pojechanie tam zaraz po obiedzie. Oczywiście z hulajnogą.

Po drodze czytam na głos przewodnik.

Gdy dojeżdżamy, na szczęście nie ma problemu z parkingiem, za to Patryk ciągle nam znika z pola widzenia, więc się denerwuję, bo tu co chwila są jakieś place i placyki, od których rozchodzą się gwiaździście uliczki i ja nie wiem, jak on się znajdzie, gdy się zgubi. Biegam więc za nim i krzyczę:

— Zaczeeeeekaaaaaj!!! Patryyyyyyk!

Krzyś się śmieje, że się role odwróciły.

Razem ze mną biega Max i krzyczy to samo.

Lukka ma sporo wysokich wież i to jest nasze wybawienie, bo Patryk wprost uwielbia wszelkie punkty widokowe. Krzysiek próbuje go dogonić i proponuje mu wejście na jedną z nich. Wraz z Maxem zostajemy na dole, pilnując hulajnogi — oboje mamy lęk wysokości. Siedzimy sobie u podnóża tej wieży w cieniu i możemy trochę odpocząć. Na chwilę przymykam oczy.

— Mamo, mamo, tam na górze rosną drzewa! Widziałem całą Lukkę i jeszcze więcej! Mógłbym na tej wieży zamieszkać! — Potok słów natychmiast przywraca mnie do rzeczywistości. — Chcę wejść na każdą wieżę tutaj, OK? Widziałem ich z góry całe mnóstwo!

Patrzę na Krzysia, który uśmiecha się do mnie od ucha do ucha.

— Nie ma problemu, jeśli o mnie chodzi — mówi. — Max, może jednak wejdziesz z nami? Na górze są naprawdę piękne widoki. — Pokazuje nam zdjęcia, jakie udało mu się zrobić.

— To ja już jadę — słyszymy nagle i to jest koniec postoju. Widzimy tylko plecy Patryka.

Rzeczywiście Patryk wchodzi na wszystkie wieże, na które się da i które znajdujemy, kluczymy po uliczkach, szukając ich na mapie, bo nie wszystkie widać z daleka — w ten sposób mamy przynajmniej dodatkowe cele wycieczki, a ja mam czas na odpoczynek, pilnując hulajnogi. Max się przełamuje i wchodzi z nimi. Myślę sobie jednak, że ja to ja, ale mojemu mężowi też należy się chwila spokoju, i gdy docieramy na Piazza San Michele, proponuję mu espresso, na co z wdzięcznością przystaje.

— I lody! — krzyczy Patryk.

— To ja zajmę miejsce! — Max wybiera kawiarniany ogródek, skąd mamy piękny widok na kościół San Michele in Foro, który mnie absolutnie zachwyca. Słońce jest coraz niżej, kościół mieni się w jego promieniach, ale tylko do połowy, reszta chowa się w cieniu. Obchodzimy cały plac, właściwie obiegamy, bo chociaż ustaliłam z Patrykiem jakieś zasady poruszania się na tej hulajnodze, to jednak tempo robi swoje.

Docieramy do kolejnego pięknego zabytku, jakim jest Duomo di San Martino. To miasto, to miejsce, gdzie na pewno wrócę bez dzieci. Do samochodu mamy niedaleko, wracamy do domu, gdy już jest ciemno.

Dzieci kładą się spać, a mój mąż szykuje dla mnie winko przy basenie. Kąpiemy się tam tylko we dwoje, przy świetle księżyca i z lampką wina. Cudowna, włoska noc.


Dzień siódmy

25.08.2016 — czwartek


Dziś mamy dzień lenia. Upał leje się z nieba taki, że nie chce się ruszać ani rączką, ani nóżką, więc większość dnia spędzamy przy basenie. Patryk już nawet zaczyna się nudzić, pomimo że ma towarzystwo, bo Ania z Pawłem też na razie nigdzie nie jadą. Robimy dziś wspólny obiad i nie mamy żadnych planów.

Patryk leży na materacu i udaje, że śpi, bo się obraził o coś na Marysię. Nie reaguje na moje prośby, żeby przyszedł na obiad ani na żadne inne typu: „trzeba posmarować się kremem”. Dla nas to znak, że jednak trzeba coś wymyślić, bo inaczej będziemy musieli reagować siłowo. Wymyślamy więc krótki objazd po okolicy, plażę w Cecinie plus na końcu zakupy w Lidlu. Pomysł wszystkim się podoba, więc idziemy się ogarnąć i wyjeżdżamy.

Wszystkie miasteczka, które mijamy po drodze, wyglądają podobnie! Kamienne, wąskie uliczki, kolorowe tabliczki na domach i kościółek z cmentarzem. Większość leży na wierzchołkach licznych tutaj wzgórz. Kluczymy czasem po wąskich uliczkach, bo są jednokierunkowe i często bardzo strome. W jednym z miasteczek zatrzymujemy się na lody i espresso. Mam wrażenie, że życie tutaj zamarło, a to po prostu sjesta. Po lodach wracamy w stronę Ceciny, bo chcemy jeszcze skorzystać ze słońca i plaży.

Wybieramy Spiagge Bianche koło Vady, bo jest to biała plaża, z piaskiem mieniącym się w słońcu, gdzie miejscami wygląda, jakbyśmy chodzili po diamentach.

Jedna rzecz mnie tu zaskakuje: wiatr! Moja sukienka wydyma się jak żagiel, Patryk mówi, że się nie rozbiera, bo mu zimno, Max za to z Krzyśkiem biegną jak zwykle poskakać przez fale. Mi też chłodno, więc owijamy się z Patrykiem ręcznikami i patrzymy na szalejących w morzu Maxa i Krzyśka. Mam ochotę zamoczyć sobie stopy, ale woda jest strasznie zimna! Właściwie to mi zawsze zimno, jak tak sobie myślę, tylko Morze Czarne było dla mnie na tyle ciepłe, że mogłam się w nim wykąpać.

Nawet nie wiem, ile tu siedzimy, Patryk nie marudzi, bo bawi się piaskiem, zmęczeni skoczkowie właśnie wracają i pryskając naokoło wodą, mówią do mnie jeden przez drugiego, a ja czytam książkę i nie bardzo wiem, o co chodzi.

— Mamo, poczekajmy na zachód słońca!

— Lena, nie wiem, która godzina, a mamy jeszcze zrobić zakupy…

— Sklep jest do dwudziestej pierwszej, na pewno zdążymy i zobaczyć zachód słońca, i zrobić zakupy — odpowiadam, powoli zbierając rzeczy, bo ten zachód to już za chwilę.

Do Lidla zdążamy i Patryk kupuje sobie w nim bułkę z nadzieniem, która wygląda jak wielki pieróg i jest tym wręcz zachwycony. Szkoda, że w Polsce nie ma takich bułek.

Kolację robimy sobie razem z Anką i Pawłem i bardzo miło nam leci czas. Lubię tutaj wieczory ze wszystkimi odgłosami, jakie wydaje przyroda, ostatecznie wliczając w to Psikusia. Kiedy patrzę, co on wyczynia, to dziwię się, że jeszcze nie wskoczył do basenu. Cud jakiś. Za to gdy tylko otwieram drzwi od domku, zjawia się natychmiast, wpada jak piorun kulisty i tak samo wypada z naszymi śmieciami w pysku — bo śmieci trzymamy w reklamówce przy zlewie w ramach segregacji. Już się nawet do tego przyzwyczaiłam, że muszę odczekać chwilę, zanim wyjdę, żeby nie zabić się o wpadającego do domu psa.

Jutro musimy wyjeżdżać — czas minął zdecydowanie za szybko, Florencję przekładamy na następny raz, Sienę również. Nie żałuję jednak, że mieliśmy inne priorytety, bo chcieliśmy poznać szlaki Toskanii i trochę nam się udało.

Gdy leżymy w łóżku, wpadam na pomysł, żeby przedłużyć wakacje, bo Krzyś ma jeszcze wolne, ja też. W zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pojechać dalej.

— Kochanie, tak patrzę na mapę i myślę sobie, że skoro już tu jesteśmy, możemy wracać przez Szwajcarię i przedłużyć nasze wakacje o kilka nocy, zahaczając o Lazurowe Wybrzeże… Co o tym myślisz? — Patrzę na Krzysia wzrokiem Kota w Butach ze Shreka.

— A masz jakiś konkretny pomysł? Bo w zasadzie czemu nie? Pytanie, ile to będzie kosztować i co chcesz zobaczyć, lub odwrotna kolejność — śmieje się do mnie.

— Czekaj, zaraz podam ci plan — odpowiadam, studiując jeszcze przez chwilę mapę. — Pojedziemy do Cannes i to będzie nasza baza wypadowa. Co nam się uda zobaczyć, to nasze, ale najbardziej chciałabym pojechać do Cannes właśnie i do San Tropez, śladami Louisa de Funèsa, zobaczyć posterunek żandarmerii i uliczki, gdzie kręcone były ulubione filmy moje i mojego ukochanego dziadka. Z tymi filmami kojarzy mi się dzieciństwo!

Krzyś wie, o czym mówię, bo on też kocha kino francuskie, w szczególności komedie. Wiem, że się zgodzi, czuję to w kościach, zresztą, dlaczego miałoby być inaczej. W tym roku finanse nam na to pozwalają, Bóg jeden raczy wiedzieć, jak to będzie później, więc szybko szukam noclegów w Cannes. Znajduję w całkiem dobrej cenie mieszkanie w pięknym budynku, trzysta metrów od morza. Jeśli wyjedziemy najpóźniej o jedenastej, to powinniśmy zdążyć do siedemnastej, osiemnastej, wybierając drogę E80 i potem A10 — myślę, że będzie malowniczo, bo trasa biegnie wzdłuż linii brzegowej morza.

Z podekscytowania nie mogę zasnąć. Krzyś też nie może, chociaż powód jest inny — ja naprawdę nigdy nie wiem, skąd on czerpie energię. Gdy w końcu czuję nadchodzący sen, uświadamiam sobie, że zapomniałam się z tego wszystkiego spakować.


Dzień ósmy

26.08.2016 — piątek


To, że zapomniałam się spakować, to mniejszy problem, niż to, że zapomniałam nastawić budzik i, gdyby nie mój mąż, a właściwie Psikuś, na którego zawsze rano można liczyć, to byśmy wyjechali pewnie o piętnastej. Tymczasem mój mąż budzi mnie śniadaniem do łóżka i aromatycznym espresso. Mówi, że chłopcy już sami się spakowali, pozostało tylko sprawdzić, czy niczego nie zapomnieli.

Krzyś siada na łóżku naprzeciwko mnie.

— Lubię patrzeć, gdy jesz — mówi, trącając mnie nogą.

— A ja lubię, gdy mi przynosisz do łóżka śniadanie — odpowiadam z pełną buzią. — Pycha!

Gdy w końcu się ogarniam, okazuje się, że prawie wszystko już spakowane i gotowe, zostały tylko moje rzeczy, bo Krzyś nie wiedział, co chcę założyć.

Pakujemy więc wszystko do samochodu, żegnamy się z sąsiadami i ruszamy w drogę. Dopiero teraz mówimy dzieciom o zmianie planów.

— Wow, naprawdę??? Naprawdę jedziemy do Cannes??? To tam, gdzie przyjeżdżają wszystkie gwiazdy filmowe?? — Max nie może uwierzyć.

— No tak — śmieję się — może kogoś rozpoznasz, a już na pewno zobaczymy Aleję Gwiazd.

Nie przewidziałam jednego: korki. Droga nam się wydłuża znów o jakieś dwie godziny, bo większość turystów mieszka przecież nad morzem i ta trasa może i jest malownicza, ale niekoniecznie najszybsza. Robimy sobie tylko jeden przystanek na pizzę i zbliżamy się w końcu do Genui. Na moście korek, chociaż sam most robi wrażenie. Gdy stoimy jednak prawie godzinę, wrażenie blednie i zaczynam się denerwować. Muszę zawiadomić gospodarza mieszkania, że się spóźnimy. Na Bookingu mam informację, że jeśli przyjedziemy po osiemnastej, to płacimy dodatkowo piętnaście euro. No, ale kto mógł przewidzieć takie korki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 32.31
drukowana A5
Kolorowa
za 58.95