E-book
13.65
drukowana A5
23.48
drukowana A5
kolorowa
42.34
Epizody

Bezpłatny fragment - Epizody

Raj utracony


Objętość:
37 str.
ISBN:
978-83-8126-052-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 23.48
drukowana A5
kolorowa
za 42.34

Epizod 1 — „Rzeka”

„Synami byli Ojca odwiecznego

I chwałę Jego wspólnym czcili hymnem;

Lecz oto zerwał się okrzyk bitewny,

A odgłos armii biegnących w natarciu

Zagłuszył wszelkie łagodniejsze myśli”

John Milton „Raj utracony”

Deszcz i błoto. I smród. Woda spływała wąskimi stróżkami po betonowych ścianach. W zagłębieniach podłogi tworzyły się cuchnące kałuże. Bunkier nie był duży. Na przestrzeni około ośmiu metrów musiał jednak pomieścić siedem osób. Było ciasno. Najgorsze były dni. Nocami przynajmniej byliśmy w ruchu, przy okienkach strzelniczych, na moście. W dzień odsypialiśmy, w gnijących oparach znad rzeki i porastających jej oba brzegi lasów, które teraz przypominały raczej bagna. Ataki Rebeliantów zaczynały się zazwyczaj o zmierzchu. Wyrywały nas z dziennego marazmu pozwalając zapomnieć o naszej, niezbyt wesołej, sytuacji. Mieliśmy utrzymać ten bunkier. I most za nami. Byliśmy najdalej wysuniętą placówką naszych oddziałów na tym obszarze frontu. Sam most zdobyliśmy już miesiąc temu. Teraz wystarczyło poczekać na główne siły generała Michaelsa idące gdzieś za nami. Jednak ani On, ani jego Dragoni nie nadciągali. Rebelianci — wręcz przeciwnie. Zażarcie próbowali odebrać nam most będący jedyną drogą przez Rzekę. Jak na razie trwaliśmy. Jak długo jeszcze, tego nikt nie wiedział. Nie mieliśmy żadnej łączności, amunicja też była na wyczerpaniu — po prostu wegetacja, instynktowne odpieranie nocnych ataków.

Ten wieczór wyglądał podobnie. Zapadł zmrok, czekaliśmy. Nie było żadnych rozmów. Nie mieliśmy już sobie nic nowego do powiedzenia.

— Idą — krótko rzucił przyciśnięty do otworu strzelniczego obserwator. Było to jego ostatnie słowo. Strzelec wyborowy rozwalił mu głowę. Odsunęliśmy ciało, właściwie niepotrzebnie. Sierżant przeładował ciężki karabin. Otworzyliśmy osłony, w mrok poszła pierwsza salwa. Było ich dużo. Prawdopodobnie dostali posiłki. Tak samo jak my zdawali sobie sprawę ze znaczenia strategicznego mostu. Nie byli głupi. W końcu byli jednymi z nas. Pierwsza fala ataku załamała się na wysokości drzew. Cofnęli się w głąb lasu. Sierżant splunął i nie spuszczając wzroku z masywu zarośli zapalił papierosa.

— Przygotować się — powiedział tylko, gdy pojedyncze sylwetki pojawiły się na tle lasu. Puściliśmy ich bliżej. Zapłonął ostatni, nie zniszczony reflektor. Rozległ się ogłuszający w ścianach bunkra stukot karabinów. Nasze zacięcie nie płynęło z żadnych wyższych pobudek. My chcieliśmy to przeżyć. Byliśmy tutaj i mieliśmy dość. Wojna ciągnęła się już zbyt długo, by można było wierzyć jeszcze w jakieś szczytne idee. Dawniej, na początku i owszem. Teraz już nie. Gniliśmy w tym błocie wystarczająco dużo czasu. Jedynym marzeniem było przeniesieniu na tyły, na jakąś spokojną placówkę, by tam doczekać końca tej przeklętej wojny.

Znowu chwila oddechu. Spod pomiętej bluzy wyciągnąłem paczkę wilgotnych papierosów. Bez słowa poczęstowałem pozostałych. I wtedy padły pierwsze pociski.

— Moździerze — syknął sierżant poprawiając hełm. Wyjrzałem na zewnątrz. Na linii lasu rozbłyskiwały ognie wystrzałów. Ze świstem leciały w naszym kierunku kilogramy żelastwa by zaryć się w plażę. Niebezpiecznie blisko. Jeszcze chwila i poprawią celownik a wtedy… Rozległ się brzęk szkła. Odłamek trafił w reflektor. Pod osłoną artylerii ruszyła rebeliancka falanga. Siekliśmy na oślep starając się wytłuc ile się dało zanim podejdą. Mój karabin ucichł. Zanim zdążyłem ponownie załadować do środka wpadł granat. Ktoś go złapał, wyrzucił. Żelastwo wybuchło zaraz potem. Szeregowiec który wyrzucał ten śmiertelny prezent odwrócił się w moim kierunku. Był blady jak ściana. Z urwanej ręki tryskała fontanna krwi. Nie było czasu by udzielać pomocy. Rzuciłem mu jedynie kawał szmaty, żeby zatamował krwawienie. Potem go już nie widziałem. Pewnie odszedł, tak jak inni martwi. Nie zostawiając po sobie ciała. Wielkich nadziei nie miałem. Było ich więcej, mieli osłonę. Nas została garstka. Sześć osób heroicznie trzymających się życia. Życia, za które byliby w stanie poświęcić życie. Innych. Rebelianci byli coraz bliżej. Okopywali się w piasku plaży i siekli w nas seriami z karabinów. Od czasu do czasu któryś próbował wzlecieć w górę i posłać nam granat. Tych jednak szybko kosiliśmy. Spadali w dół jak pomięte ścierki. Jeszcze dziesięć metrów i pierwsi dotrą do bunkra. Sucho zagrzechotał pusty magazynek ciężkiego karabinu. Sierżant zaklął siarczyście i splunął okrawkiem papierosa. Wyciągnął granat.

— Chodźcie skurwysyny. Jeszcze troszeczkę — mruczał przez zęby — jeszcze kawałek — Zamachnął się gwałtownie i posłał granat w tłum szturmujących. Gdy opadł dym, przez chwilę nic się nie działo. Po chwili jednak pierwsze sylwetki zaczęły się wolno podnosić z piasku i dalej twardo zmierzać w kierunku naszej betonowej skorupy. I wtedy, gdy już byliśmy przygotowani na walkę wręcz, rozległ się głęboki pomruk nadciągającego pocisku. Pomruk narastał bardzo szybko, i zaraz za plecami Rebeliantów powietrzem targnęła potężna eksplozja. I my i oni padliśmy na ziemię. Nie zdążyłem unieść głowy gdy rozległa się kolejna, i jeszcze jedna. Atak załamał się. Definitywnie.

— Michaels — powiedział jedynie sierżant. Usiadł opierając się plecami o mokrą ścianę. To był cud. Tylko w ten, niezbyt zresztą wyszukany sposób, byłem w stanie wyjaśnić pojawienie się Dragonów właśnie w tej chwili. Byli naszą ostatnią nadzieją, i przybyli gdy już właściwie ją utraciliśmy. Pociski z dział czołgów generała tłukły jak szalone linię drzew. Jeżeli ktokolwiek tam był, przeżyć nie mógł. Powoli wysunąłem głowę w kierunku rzeki. Po moście toczyło się kilka masywnych kształtów. Za nimi, luźnym szykiem szła piechota. Nie spieszyli się. Już się nie było do czego spieszyć. Spomiędzy czołgów wyrwał się niewielki dżip. Siedzący w nim mężczyzna patrzył na drugi brzeg przez lornetkę. Zaczęliśmy wychodzić. Samochód przystanął przy nas. Generał obrzucił grupę wzrokiem. Poklepał rubasznie sierżanta po ramieniu.

— Dobra robota — powiedział głosem głębokim jak dźwięk dzwonu — zluzują was moi chłopcy. Wy idźcie na tył odpocząć. Należy wam się w końcu do cholery!

Sierżant jedynie niezdarnie zasalutował. Pozostali skinęli głowami. Jak cienie powlekliśmy się w kierunku rozbijanych namiotów. Nie pamiętam już o czym wtedy myślałem. Prawdopodobnie o łyku czegoś mocniejszego, albo o śnie. Raczej o tym drugim, bo gdy wreszcie dostaliśmy jakieś prycze zapadłem w sen prawie natychmiast. Pierwszy raz spokojnie. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu.


Rano zbudził mnie ruch w obozie. Dopiero świtało, cienie kładły się długimi smugami. W namiocie w którym kwaterowaliśmy, wszyscy jeszcze spali. Wyszedłem na zewnątrz dociągając pas. Na środku, pomiędzy brezentowymi domkami, otoczona kilkoma osobami, stała jakaś postać. Była wyższa od pozostałych, wyróżniała się także mniej zniszczonym mundurem. Podszedłem bliżej. Wokół kręciło się jeszcze paru w podobnych strojach. Wyglądali jakoś lepiej od naszych, może mniej zmęczeni czy co? Dopiero gdy podszedłem wystarczająco blisko, poznałem jednostki powietrzne. Byli pewni siebie, żeby nie powiedzieć wyniośli. Ten po środku to ich dowódca. Znany w całej armii. Niejaki Rafl. Miał rangę generała, ale kilka razy ominęła go degradacja. A to z powodu pijackich ekscesów, a to przez skandal z kobietami… Fakt jest faktem, dowódcą był świetnym, a jego żołnierze poszli by za nim w ogień. Stał teraz razem z przysadzistym Michaelsem i głośno perorował. Prawdopodobnie dopiero co przybył, i jeszcze nie miał czasu rozejrzeć się po okolicy. „Nasz” generał, wsparty na swojej ulubionej broni, wielkim miotaczu ognia zwanym popularnie „Mieczem Ognistym”, objaśniał mu szczegóły wczorajszej akcji. Rafl patrzył na niego z góry i zaciągając się cygarem kiwał tylko głową od czasu do czasu rzucając niezbyt cenzuralne komentarze tyczące się głównie Rebeliantów. Poszedłem poszukać latryny i nie wiedział bym za pewne czym się ta rozmowa skończyła, gdyby nie kolejka przed ustępem. Nagle bowiem siły powietrzne wezwano do odlotu i wszyscy od Rafl’a wzbili się w powietrze. Zatoczyli koło nad obozem i polecieli w kierunku rzeki. Nie minęło parę chwil, gdy gdzieś z tamtej strony doszła mnie głośna seria eksplozji a następnie dzika kanonada działek przeciw lotniczych. Wybuchy powtórzyły się jeszcze parokrotnie a potem nastąpiła cisza. Tak szybko jak odlecieli, tak wrócili. Rafl, cały rozpromieniony stanął przed Michaelsem, klepnął go przyjacielsko w ramię, a następnie ruszył w kierunku kantyny. Dowódca Dragonów pokręcił tylko głową, splunął, a następnie wraz ze swym adiutantem ruszył w kierunku dżipa. Pojechali nad rzekę.

Las z drugiej strony płonął. Prawdopodobnie napalm. Lotnicy nie przejmowali się czymkolwiek. Nie ważne jak — ważne żeby zniszczyć przeciwnika. Słodkawy dym kładł się na powierzchni wody przedziwnymi kształtami od czasu do czasu omiatając naszą stronę brzegu. Gdy reszta obsady mojego bunkra obudziła się, właściwie było już po wszystkim. Kikuty drzew na tamtej stronie żałośnie dogasały, dym powoli rozchodził się w chłodnym porannym powietrzu.

Gdy Michaels wrócił znad rzeki, jego i tak nabrzmiałe policzki wyglądały jak natarte burakiem. Wpadł do obozu jak burza klnąc siarczyście.

— Ta Dziwka, ta Kurwa! — krzyczał — Rafl!! Chodź tu do kurwy nędzy!!

Dowódca lotnictwa wyszedł spokojnie z namiotu robiącego aktualnie za kantynę. Z błogim uśmieszkiem na twarzy zaciągnął się połówką wielkiego cygara, leniwym gestem zgasił je o najbliższe drzewo, i dopiero wtedy raczył wyrazić zainteresowanie pokrzykiwaniami „pancerniaka”.

— O co chodzi? — jego głos był czysty, przepełniony ukrytą melodyką, stworzony raczej do śpiewu niż wydawania rozkazów. Cóż, takie czasy.

— Ta przeklęta Kurwa jest po drugiej stronie! — darł się dalej Michaels — Sam widziałem przez lornetkę! Chodzi Suka, i rannych dogląda! A swoją drogą — lekko się uśmiechnął — to nieźle im przypierdoliłeś. Pierwsza klasa.

Wokół generałów zebrało się już niemałe grono zainteresowanych. Wszyscy byliśmy niezmiernie poruszeni wiadomością że Ona tam jest. Ona — czyli Generał Armii Lucy Feerows, była głównodowodzącą Rebeliantów. To jej pucz wywołał tą wojnę. Wszyscy liczyliśmy na to, że usunięcie Pani Generał zakończy tą bezsensowną bratobójczą walkę. Jej wojsko ją uwielbiało, bez niej natomiast byliby bezradni jak niemowlaki. Na to przynajmniej liczyło dowództwo, a za nim my. Możliwość, że to właśnie my weźmiemy udział w akcji ostatecznie kończącej wojnę, podziałała na całe wojsko jak zastrzyk adrenaliny prosto w serce. Szybko się jednak okazało, że to nie nam przypaść miały zaszczyty i sława. Rafl jednym machnięciem skrzydła zebrał swoich ludzi, i z twarzą zaciśniętą aż do białości odlecieli. Nie było sensu ich ścigać. Nie byliśmy ani przystosowani, ani przeszkoleni do akcji powietrznych. Kilku chłopaków wzbiło się pomimo protestów naszych oficerów, i poleciało za Lotnikami. Większość jednak stała nadal na leśnej polanie klnąc na czym świat stoi. Michaels także klął przez jakiś czas, po czym ryknął na sztab i zniknął w namiocie. Oficerowie posłusznie podążyli za nim. Rozchodziliśmy się w kierunku naszych namiotów dyskutując zawzięcie o poczynaniach Rafl’a, o możliwym bliskim końcu wojny i różnych innych głupotach. Czekaliśmy. To jedno, co w tej chwili my żołnierze mogliśmy zrobić.

Nie minęło pięć minut, gdy powietrze przeszył ostry dźwięk sygnalizacyjnego gwizdka. Prawie w tym samym momencie, po drugiej stronie rzeki rozpętało się piekło. Starając się nie patrzeć w tamtym kierunku, zbieraliśmy w pośpiechu nasz ekwipunek. Czołgi leniwie mruczały na jałowym biegu, piechota ustawiała się w kolumny. Ruszaliśmy do walki. Nad lasem z tamtej strony grzmiały wybuchy dział przeciw lotniczych. Resztki pozostałych zarośli płonęły po raz drugi tego dnia. Krążące nad drzewami sylwetki lotników były dziwnie nieliczne. Ich liczba wciąż malała. Bardzo szybko. Ogień zaporowy z ziemi był huraganowy. Wraz z Lucy, przybyły prawdopodobnie dodatkowe jednostki. Wjechaliśmy na most. Pierwsze pociski z naszych czołgów zaryły w plaży po jego drugiej stronie. Wtedy Ją zobaczyłem. Unosiła się na wysokości drzew koordynując ostrzał. Otoczona swoją przyboczną gwardią, wyglądała jak błyskawica jaśniejąca wśród chmur. Lotnicy Rafla kruszyli się w makabrycznym tempie. Zanim dojechaliśmy do plaży żadnego już nie było w powietrzu. Wstrząsnęła nami siła oporu. Pierwsza linia naszych wozów praktycznie została zmieciona z powierzchni ziemi. Dobrze okopana piechota wroga kosiła szeregi wojsk rządowych jak dojrzałe zboże. Cofnęliśmy się. Michaels wysunął się do przodu grzejąc z „Ognistego Miecza”. Ryczał przy tym jak wściekły niedźwiedź. Ruszyliśmy za nim. Po przebyciu może kilkunastu metrów, ponownie przygnietli nas do ziemi. Linia drzew była nadal strasznie daleko. Bunkier, tak długo przez nas broniony, wyglądał jak rozbity żółw. Dymił. Rebelianci ruszyli do walki wręcz. Poderwaliśmy się. Krótka komenda, żadnych zbędnych słów. Byle jak najdalej do przodu.. Zwarcie nastąpiło w połowie plaży. W ruch poszły kolby, pięści i zęby. Jak zwierzęta. Darliśmy z siebie mundury i skórę, wyrywaliśmy sobie włosy. Poczułem silne uderzenie w brzuch, zwinąłem się, upadłem. Gdzieś na de mną, świsnęła kula. Słyszałem rozkazy odwrotu., nie wiem z których szeregów. Zamknąłem oczy. Ktoś szarpnął mną. Postawił na nogi. Mój sierżant spojrzał mi w oczy.

— Już po wszystkim — powiedział spokojnie, z czoła płynęła mu krew — uciekli.

Skinąłem głową, zakręciło mną, podtrzymał mnie.

— A co z Nią? — głos miałem chrapliwy, wyplułem trochę piasku.

Wzruszył ramionami.

— Nie wiem. Prawdopodobnie też. Rafl ciężko ranny, już go odwieźli, Michaels wściekły, to wszystko co wiem.

Powlekliśmy się do linii drzew. Usiadłem ciężko pod spalonym pniakiem. Mijały mnie przypominające duchy postacie. Wlokły za sobą postrzępione skrzydła. Straty były ogromne. Tak przynajmniej wyglądało patrząc na ilość żywych. Obok przejechał dżip generała. Dowódca był blady jak ściana, rękę miał na temblaku. Ocalałe czołgi stały nadal na moście. Nawet nie wjechały na plażę. Zwyciężyliśmy. Tymczasem zwyciężyliśmy. Rebelianci uciekli. Pewnie będziemy ich ścigać. Przy naszych stratach, wynik kolejnego starcia jest więcej niż niepewny. Oparłem głowę o pień. Zamknąłem oczy. Wizja odesłania na tyły i przeczekania wojny oddalała się z wielką szybkością. Uśmiechnąłem się gorzko do samego siebie i sięgnąłem po ostatniego papierosa jaki mi został. Sierżanta, jeszcze przed chwilą siedzącego koło mnie już nie było. Została tylko plama krwi na piasku i karabin z pustym magazynkiem. Mocno się zaciągnąłem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 23.48
drukowana A5
kolorowa
za 42.34