ROZDZIAŁ 283
Uciekali przez trzy dni niemal bez snu.
Rzym został za nimi, ale jego cień nadal ciągnął się za każdym krokiem.
Alojzy i Claire przemieszczali się nocami — ciężarówkami z uchodźcami, pieszo wzdłuż torów kolejowych, czasem na platformach przepełnionych wagonów towarowych jadących na południe Italii. Wojna rozrywała kraj na kawałki.
Wszędzie było czuć rozpad.
Spalone stacje. Kolumny niemieckich pojazdów. Włoscy cywile śpiący w ruinach kościołów. Alianci bombardujący drogi kilka kilometrów dalej.
Claire coraz częściej kaszlała od pyłu i zimna.
Alojzy wyglądał jeszcze gorzej.
Rany z Koloseum zaczynały się otwierać przy każdym większym wysiłku, ale nie zwalniał nawet na chwilę.
Bo wiedział jedno:
jeśli Adler zrozumiał prawdę… Europa znowu zacznie się zamykać.
I właśnie to się stało.
Neapol przywitał ich dymem.
I morzem.
Miasto wyglądało jak organizm, który przeżył zbyt wiele bombardowań, by jeszcze reagować na kolejne. Część kamienic przy porcie była wypalona do gołych ścian, a wąskie uliczki cuchnęły benzyną, rybami i wilgocią.
Nad wszystkim górował Wezuwiusz.
Ciemny. Milczący.
Jakby obserwował miasto z obojętnością starszą niż wojna.
Claire siedziała ukryta pomiędzy skrzyniami w opuszczonym magazynie portowym i próbowała ogrzać dłonie.
Alojzy stał przy wybitym oknie, obserwując doki.
Port był pełen ludzi.
Żołnierzy. Przemytników. Uchodźców. Marynarzy.
I Niemców.
Zbyt wielu Niemców.
Na nabrzeżach pojawiły się dodatkowe posterunki. Reflektory przeczesywały statki stojące przy kei, a żandarmi sprawdzali dokumenty każdego, kto próbował dostać się na pokład.
Claire spojrzała na niego cicho:
— On już wie.
Alojzy nie odpowiedział od razu.
Bo wiedział, że ma rację.
Kilka godzin wcześniej, w Rzymie, Vogt rzucił notesem o ścianę z taką siłą, że kartki rozsypały się po gabinecie.
— On nas okłamał.
Adler stał nieruchomo przy oknie.
Wpatrzony w nocne światła Wiecznego Miasta.
Nie wyglądał na zaskoczonego.
Wyglądał na człowieka, który właśnie utracił ostatnie resztki cierpliwości.
— Kiedy?
Vogt oddychał ciężko.
— Od początku. Morze Północne nie ma sensu. To była desperacka improwizacja.
Adler bardzo powoli odwrócił głowę.
I Vogt po raz pierwszy od dawna naprawdę się go przestraszył.
Bo w oczach Adlera nie było już gniewu.
Była pustka.
— Egipt — powiedział cicho Adler. — Abu Mena.
Potem podszedł do telefonu polowego.
I uruchomił całą machinę wojenną.
Rozkazy poszły natychmiast.
Porty południowych Włoch. Neapol. Salerno. Sycylia. Patrole Kriegsmarine. Kontrole dokumentów. Listy gończe.
Schwytać żywych lub martwych.
W dokach Neapolu Alojzy poczuł nagle ten sam chłód co wtedy na Syberii.
Nie strach.
Polowanie.
Claire podeszła do niego powoli.
— Nie wydostaniemy się stąd normalnie, prawda?
Pokręcił głową.
— Nie.
Spojrzał na port.
Na statki kołyszące się w ciemności.
Na marynarzy przemykających pomiędzy magazynami.
Na żołnierzy SS sprawdzających kolejne listy pasażerów.
— Adler zamknie każdy oficjalny szlak.
Claire oparła głowę o zimną ścianę magazynu.
— To co robimy?
Alojzy milczał chwilę.
Potem spojrzał na morze.
Czarne. Ogromne. Nieznane.
I właśnie wtedy usłyszeli gwizdek.
Krótki.
Umówiony.
Nie byli sami.
W cieniu doków ktoś właśnie ich obserwował.
ROZDZIAŁ 284
Gwizdek rozległ się ponownie.
Krótki. Nerwowy. Jak sygnał człowieka, który nie chce czekać zbyt długo w jednym miejscu.
Alojzy momentalnie odsunął się od okna magazynu.
Claire zesztywniała.
W cieniu pomiędzy skrzyniami portowymi stał niski, siwiejący mężczyzna w wyblakłej marynarce i czapce rybackiej naciągniętej głęboko na oczy.
Palił papierosa.
Nie wyglądał groźnie.
I właśnie dlatego był niebezpieczny.
Mężczyzna spojrzał na nich szybko.
— Wy jesteście od „księdza”?
Alojzy zmrużył oczy.
Nie znał tego hasła.
Ale w Neapolu nie było już miejsca na ostrożne gry.
— To zależy, kto pyta.
Włoch prychnął cicho.
— Człowiek, który może was stąd zabrać… albo sprzedać Niemcom za skrzynkę koniaku.
Claire poczuła, jak napięcie wraca natychmiast.
Mężczyzna rzucił niedopałek na ziemię i rozgniótł go butem.
— Decydujcie szybko. Port zaraz zostanie zamknięty.
Daleko nad dokami zawyły syreny.
Alojzy spojrzał na Claire.
Potem podszedł bliżej.
— Dokąd płynie statek?
— Malta. Może Aleksandria. Zależy, kto więcej zapłaci i kto pierwszy zacznie strzelać.
Brzmiało to jak żart.
Ale jego oczy nie żartowały ani trochę.
Kilka godzin później szli już przez najciemniejszą część portu.
Przemytnik miał na imię Salvatore i poruszał się po dokach z pewnością człowieka, który przeżył tutaj pół życia pomiędzy mafią, wojną i marynarką wojenną.
Prowadził ich wąskimi przejściami pomiędzy magazynami i zniszczonymi kutrami rybackimi.
Wszędzie pachniało smołą, solą i gnijącymi rybami.
Claire szła blisko Alojzego.
Coraz bardziej zmęczona.
— Możemy mu ufać? — wyszeptała po polsku.
Salvatore nawet się nie odwrócił.
— Nie.
Claire zamilkła momentalnie.
Włoch uśmiechnął się lekko.
— Ale Niemcom możecie ufać jeszcze mniej.
W końcu dotarli do końca drewnianego pomostu.
Tam czekał kuter.
„Santa Maria”.
Nazwa była ledwo widoczna pod odpadającą farbą.
Jednostka wyglądała bardziej jak wrak niż statek zdolny przepłynąć Morze Śródziemne. Kadłub nosił ślady starych uszkodzeń, maszt był krzywy, a silnik wydawał niski, nierówny pomruk.
Claire spojrzała niepewnie na morze.
— Tym mamy dopłynąć do Afryki?
Salvatore wzruszył ramionami.
— Jeśli Matka Boska będzie miała dobry humor.
Na pokładzie kręciło się jeszcze trzech marynarzy.
Brudni. Zmęczeni. Uzbrojeni.
Jeden z nich spojrzał na Claire trochę zbyt długo.
Alojzy momentalnie stanął bliżej niej.
Salvatore zauważył to natychmiast.
— Spokojnie, Polacco. Dopóki płyniecie z nami, jesteście ładunkiem. Nie problemem.
Alojzy wyciągnął mały woreczek.
Resztki kosztowności Claire.
Pierścionek. Srebrny medalik. Kilka monet.
Całe ich dawne życie praktycznie mieściło się teraz w dłoni.
Salvatore zważył woreczek w ręce.
— Mało.
— To wszystko, co mamy.
Włoch spojrzał na nich chwilę.
Potem schował kosztowności do kieszeni.
— W takim razie resztę zapłacicie szczęściem.
Nagle nad portem rozległ się krzyk.
Niemieckie głosy.
Reflektory zaczęły przeczesywać kolejne doki.
Salvatore zaklął po włosku.
— Cholera. Szybciej!
Marynarze natychmiast zaczęli odpinać cumy.
Silnik Santa Marii zawył ciężko.
Alojzy pomógł Claire wejść na pokład.
W tej samej chwili gdzieś za nimi rozległ się niemiecki megafon:
— HALT! KONTROLA PORTOWA!
Reflektor przeciął ciemność i przesunął się niebezpiecznie blisko ich pomostu.
Claire ścisnęła rękę Alojzego.
Alojzy spojrzał na Neapol po raz ostatni.
Na ruiny miasta. Na Wezuwiusza majaczącego w oddali. Na Europę płonącą za ich plecami.
Potem Santa Maria oderwała się od nabrzeża i zaczęła powoli wpływać w czarne wody Morza Śródziemnego.
Ku Malcie.
Ku Egiptowi.
Ku Abu Mena.
ROZDZIAŁ 285
Morze nocą było czarne jak smoła.
„Santa Maria” kołysała się ciężko na falach, opuszczając powoli neapolitański port. Silnik pracował nierówno, kaszląc co chwilę chmurami ciemnego dymu, które mieszały się z mgłą unoszącą się nad wodą.
Claire siedziała skulona pod brezentem przy burcie.
Alojzy nie spuszczał wzroku z oddalającego się brzegu.
Neapol wyglądał z morza jak płonące widmo.
Daleko nad miastem wisiała czerwona łuna wojny.
Salvatore stał przy sterze z papierosem w ustach.
Nie wyglądał na człowieka przejętego sytuacją.
I właśnie to niepokoiło najbardziej.
— Jeśli dopisze szczęście, za godzinę miniemy patrolową strefę — mruknął.
— A jeśli nie? — zapytała Claire cicho.
Włoch splunął za burtę.
— To wszyscy będziemy mieli bardzo krótki wieczór.
Morze odpowiedziało tylko szumem fal.
Przez chwilę naprawdę wydawało się, że mogą się wymknąć.
Port zostawał coraz dalej. Reflektory na wybrzeżu robiły się mniejsze.
Aż nagle…
na wodzie pojawiło się światło.
Silne. Białe. Przesuwające się szybko po falach.
Salvatore momentalnie zesztywniał.
— Merda…
Z ciemności wyłoniła się sylwetka niemieckiej motorówki patrolowej.
Schnellboot.
Niska. Szybka. Uzbrojona.
Reflektor przeciął noc i zatrzymał się dokładnie na „Santa Marii”.
Claire pobladła.
Alojzy poczuł lodowaty ciężar w żołądku.
Z motorówki rozległ się głos przez megafon:
— ZATRZYMAĆ SILNIK! PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO KONTROLI!
Marynarze Santa Marii zaczęli przeklinać pod nosem.
Jeden odruchowo sięgnął po nóż przy pasie, ale Salvatore natychmiast spojrzał na niego ostro.
— Schowaj to, idioto. To nie wojna dla bohaterów.
Spojrzał szybko na Alojzego i Claire.
— Wy. Natychmiast pod pokład.
Nie trzeba było powtarzać.
Zaprowadził ich do małego luku rybackiego przy rufie.
Claire zatrzymała się gwałtownie, gdy poczuła zapach.
Ryby. Krew. Sól. Zepsuta woda.
Alojzy spojrzał do środka.
Ciemna, ciasna przestrzeń pełna skrzyń i sieci.
Piekło.
— Nie mamy czasu — syknął Salvatore. — Jeśli was znajdą, wszyscy kończymy na dnie.
Claire weszła pierwsza.
Niemal od razu zaczęła kaszleć od smrodu.
Alojzy zsunął się za nią.
Luk zamknął się nad ich głowami.
Ciemność pochłonęła wszystko.
Słyszeli tylko własne oddechy.
I kroki Niemców wchodzących na pokład.
Na górze rozległy się ciężkie buty i metaliczny stuk broni.
— Dokumenty.
Głos oficera SS był zimny i znudzony.
Salvatore odpowiedział spokojnie:
— Rybacki transport do Salerno. Wracamy pusti.
— O tej godzinie?
Krótka cisza.
Alojzy siedział w całkowitej ciemności, obejmując Claire ramieniem. Czuł, jak drży.
Nie ze strachu.
Z wyczerpania.
Nad nimi rozległ się trzask otwieranych skrzyń.
Potem kroki coraz bliżej luku.
Claire ścisnęła dłoń Alojzego tak mocno, że aż zabolało.
— Jeśli otworzą…
Alojzy przyłożył palec do jej ust.
Cisza.
Kroki zatrzymały się dokładnie nad nimi.
Oficer SS odezwał się chłodno:
— Co jest tutaj?
Sekunda.
Dwie.
Potem śmiech Salvatore.
— Ryby, Herr Offizier. Chce pan sprawdzić? Ostrzegam tylko, że od smrodu można umrzeć szybciej niż od wojny.
Kilku Niemców parsknęło śmiechem.
Ale oficer nie odszedł.
Alojzy słyszał, jak przesuwa but po pokrywie luku.
Jeszcze chwila… jeszcze jeden ruch…
i wszystko się skończy.
Claire wtuliła twarz w jego ramię, próbując powstrzymać oddech.
Na górze zaległa długa cisza.
W końcu oficer powiedział:
— Ostatnio wielu ludzi próbuje uciekać na południe.
Salvatore odpowiedział spokojnie:
— A dokąd mają uciekać? Wszędzie jest wojna.
Kolejna chwila ciszy.
Potem nagle rozległ się głośny huk.
Pięść oficera uderzyła w pokrywę luku dokładnie nad ich głowami.
Claire drgnęła.
Alojzy zamknął oczy.
Ale pokrywa się nie otworzyła.
Po kilku sekundach kroki zaczęły się oddalać.
Oficer rzucił tylko:
— Możecie płynąć. Ale jeśli znajdziemy kogokolwiek na pokładzie… wrócimy po was.
Silnik motorówki zawył.
Reflektory przesunęły się po wodzie i zaczęły oddalać w noc.
Dopiero wtedy Alojzy pozwolił sobie odetchnąć.
A nad nimi „Santa Maria” powoli wypływała z portu.
Ku otwartemu morzu. Ku Afryce. Ku miejscu, którego wszyscy bali się bardziej niż wojny.
ROZDZIAŁ 286
Neapol o świcie wyglądał jak miasto po końcu świata.
Port tonął w mlecznej mgle i dymie unoszącym się nad dokami. Żurawie przeładunkowe sterczały nad wodą niczym szkielety gigantycznych zwierząt, a fale Morza Tyrreńskiego uderzały o nabrzeża ciężko i monotonnie.
I właśnie tam, pomiędzy syrenami okrętów i wrzaskami żołnierzy, pojawił się Adler.
Czarny samochód SS zatrzymał się gwałtownie przy głównym pomoście.
Drzwi otworzyły się niemal zanim pojazd całkiem stanął.
Adler wysiadł pierwszy.
Bez płaszcza. Bez rękawiczek. Z twarzą tak napiętą, że wyglądała jak wykuta z kamienia.
Vogt wysiadł chwilę później.
Zmęczony. Blady. Coraz bardziej świadomy, że sytuacja zaczyna wymykać się poza obsesję Codexu.
Żołnierze Kriegsmarine natychmiast wyprostowali się na widok oficera SS.
— Gdzie jest statek? — rzucił Adler jeszcze zanim ktokolwiek zdążył zasalutować.
Nikt nie odpowiedział od razu.
To wystarczyło.
Adler podszedł do pierwszego marynarza i chwycił go brutalnie za kołnierz.
— GDZIE. JEST. STATEK.
— Herr Standartenführer… odpłynął przed pół godziną…
Cisza.
Krótka. Przerażająca.
Vogt widział już ten stan wcześniej.
Na froncie wschodnim.
Moment, w którym Adler przestawał być człowiekiem kierującym operacją.
A zaczynał być drapieżnikiem.
— Kto ich przepuścił?
Marynarz spojrzał nerwowo w stronę magazynów.
I wtedy wyprowadzono informatora.
Niski Włoch w brudnym garniturze, który jeszcze poprzedniej nocy sprzedawał Niemcom informacje o ruchu przemytników w porcie.
Był przerażony.
— Herr Offizier, ja nie wiedziałem — myślałem, że chodzi o zwykłych uchodźców—
Adler patrzył na niego bez emocji.
— Nie wiedziałeś.
Nie było w tym pytania.
Tylko wyrok.
Włoch zaczął mówić szybciej:
— Mogę ich znaleźć! Mam ludzi w Salerno! Na Sycylii! Ja mogę—
Strzał przeciął poranne powietrze.
Krótki. Suchy.
Informator osunął się martwy na mokre deski nabrzeża.
Wokół zapadła absolutna cisza.
Nawet marynarze Kriegsmarine patrzyli na Adlera z niepokojem.
Vogt zamknął oczy na sekundę.
— Karl-Heinz…
Adler schował pistolet powoli.
— Żadnych więcej błędów.
Spojrzał na morze.
Daleko na horyzoncie nie było już widać Santa Marii.
Tylko mgłę.
I wodę.
— Oni płyną do Afryki.
Vogt podszedł bliżej.
— Jeśli naprawdę kierują się do Abu Mena… powinniśmy działać precyzyjnie. Nie impulsywnie.
Adler odwrócił się bardzo powoli.
— Precyzyjnie?
Na jego twarzy pojawił się zimny uśmiech.
— Wiesz, co dała nam precyzja? Koloseum. Rzym. Kłamstwa Mlenta.
Vogt milczał.
Bo wiedział, że Adler już go nie słucha.
Nie naprawdę.
Kilku oficerów Kriegsmarine podeszło niepewnie.
— Herr Standartenführer, mamy do dyspozycji jedynie jednostki patrolowe i—
— Nie.
Adler spojrzał w stronę większego okrętu stojącego dalej przy wojskowym pomoście.
Smukły. Elegancki. Uzbrojony.
Luksusowy jacht rewirowy Kriegsmarine wykorzystywany dotąd do transportu oficerów wysokiego szczebla.
— Bierzemy tamten.
Oficer marynarki pobladł.
— Herr Standartenführer, ta jednostka wymaga zgody dowództwa floty—
Adler podszedł tak blisko, że marynarz natychmiast zamilkł.
— W takim razie przekaż dowództwu, że teraz ja jestem zgodą.
Kilka minut później na pokładzie jachtu trwała już gorączkowa mobilizacja.
Silniki uruchamiano w pośpiechu. Ładowano broń. Przygotowywano mapy Morza Śródziemnego.
Vogt stał przy relingu i patrzył na Adlera wydającego kolejne rozkazy.
I po raz pierwszy naprawdę zrozumiał coś przerażającego.
Adler przestał ścigać Codex.
On ścigał Mlenta.
Osobiście. Instynktownie. Z nienawiścią tak głęboką, że wojna stała się już tylko tłem.
Morze rozbłysło pierwszym światłem poranka.
Silniki jachtu zawyły ciężko.
Adler spojrzał ku południu.
Ku Afryce.
I wyszeptał niemal spokojnie:
— Tym razem już nie uciekniesz.
PIERWSZA KREW NA WODZIE
Morze o świcie wyglądało spokojnie.
Zbyt spokojnie.
„Santa Maria” przecinała ciemne fale ciężko i powoli, zostawiając za sobą smugę dymu i oleju. Silnik pracował nierówno, ale nadal płynęli na południe.
Ku Malcie. Ku Aleksandrii. Ku Egiptowi.
Claire siedziała oparta o skrzynie rybackie przy burcie, owinięta starym kocem znalezionym pod pokładem. Była wyczerpana do granic możliwości.
Alojzy stał obok sterówki i patrzył na horyzont.
Nie ufał ciszy.
Po wszystkim, co przeszli, cisza wydawała się bardziej niebezpieczna niż strzały.
Salvatore zapalił kolejnego papierosa.
— Jeśli morze będzie spokojne, za dwa dni—
Urwał nagle.
Alojzy momentalnie zauważył zmianę w jego twarzy.
Włoch patrzył gdzieś za ich rufę.
We mgłę.
— Co jest?
Salvatore nie odpowiedział od razu.
Tylko wyrzucił papierosa za burtę.
— Cholera.
Claire podniosła głowę.
I wtedy też to zobaczyła.
Cień.
Długi. Niski. Szybko rosnący pomiędzy poranną mgłą.
Potem rozbłysły reflektory.
A chwilę później rozległ się niski ryk silników wojskowej jednostki.
Alojzy poczuł, jak serce momentalnie zamienia się w lód.
— Nie…
Mgła rozsunęła się szerzej.
I zobaczyli go.
Elegancki, uzbrojony jacht Kriegsmarine pruł wodę z ogromną prędkością prosto ku nim. Na maszcie wisiała bandera III Rzeszy.
A na dziobie stał Adler.
Nieruchomy.
Patrzący dokładnie na Santa Marię.
Claire wyszeptała:
— On nas znalazł…
Na niemieckim okręcie rozległ się megafon:
— ZATRZYMAĆ JEDNOSTKĘ! PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO KONTROLI!
Salvatore roześmiał się nerwowo.
— Kontroli… Tak, jasne.
Odwrócił się gwałtownie do załogi.
— PEŁNA MOC!
Silnik Santa Marii zawył rozpaczliwie.
Kuter przyspieszył, ale było to żałosne porównanie wobec wojskowej jednostki Kriegsmarine.
Adler nawet się nie poruszył.
Tylko uniósł rękę.
I wtedy rozpoczęło się piekło.
Ciężkie karabiny maszynowe otworzyły ogień.
Morze eksplodowało fontannami wody wokół kutra. Kule rozrywały drewno burty, maszty i sieci rybackie.
Claire rzuciła się na pokład.
Alojzy natychmiast przykrył ją własnym ciałem.
Salvatore wrzeszczał coś po włosku do załogi.
Jeden z marynarzy runął przy relingu, trafiony odłamkiem drewna.
Kolejna seria.
Sterówka eksplodowała szkłem.
„Santa Maria” zakołysała się gwałtownie.
— Oni nas zatopią! — krzyknęła Claire.
Alojzy spojrzał na Adlerowski okręt.
Był coraz bliżej.
Za blisko.
Na jego pokładzie niemieccy marynarze przygotowywali już liny abordażowe.
Adler chciał ich żywych.
Przynajmniej jeszcze przez chwilę.
Nagle rozległ się huk.
Jedna z kul trafiła w zbiornik paliwa przy rufie.
Ogień buchnął natychmiast.
Płomienie rozlały się po pokładzie Santa Marii jak żywe stworzenie.
Claire krzyknęła.
Dym zaczął dusić wszystkich niemal natychmiast.
Salvatore wypadł ze sterówki z zakrwawionym ramieniem.
Spojrzał na Alojzego dzikim wzrokiem.
— KONIEC! SKACZCIE!
Alojzy zawahał się sekundę.
Morze było wzburzone. Lodowate. Ogromne.
Ale za nimi była Kriegsmarine.
I Adler.
Salvatore chwycił go brutalnie za kurtkę.
— Jeśli zostaniecie na pokładzie, spłoniecie albo was zabiorą!
Kolejna seria przecięła pokład.
Płomienie były już wszędzie.
Claire kaszlała od dymu.
Alojzy spojrzał na nią.
Potem na morze.
I wtedy zobaczył coś jeszcze gorszego.
Adlera schodzącego już na dziób okrętu.
Z pistoletem w dłoni.
Czekającego, aż skoczą.
Jak myśliwy obserwujący zwierzynę wpadającą do oceanu.
Salvatore wrzasnął ostatni raz:
— TERAZ!
Alojzy objął Claire.
I razem skoczyli w płonące, czarne Morze Śródziemne, podczas gdy za ich plecami „Santa Maria” zaczynała zamieniać się w tonący wrak.
ROZDZIAŁ 287
Uderzenie o wodę odebrało im oddech.
Morze Śródziemne było lodowate mimo południowego klimatu. Fale natychmiast pochłonęły ich pod powierzchnię, a huk płonącej „Santa Marii” mieszał się z odległymi seriami niemieckich karabinów.
Claire spanikowała pierwsza.
Szarpnęła się gwałtownie pod wodą, tracąc orientację.
Alojzy chwycił ją instynktownie.
Wynurzyli się kilka metrów dalej pośród piany, dymu i szczątków kutra.
Claire kaszlała rozpaczliwie.
— Alojzy…!
— Trzymaj się mnie!
Nad nimi rozległ się kolejny wybuch.
„Santa Maria” stała już cała w ogniu.
Sylwetka niemieckiego jachtu krążyła wokół płonącego wraku niczym drapieżnik. Reflektory przeczesywały fale w poszukiwaniu ludzi.
Alojzy rozejrzał się gorączkowo.
I wtedy zobaczył szalupę.
Małą. Drewnianą. Oderwaną od tonącego kutra.
Dryfowała kilka metrów dalej pomiędzy szczątkami.
— Tam!
Fale utrudniały każdy ruch. Claire była coraz słabsza, a mokre ubrania ciągnęły ich w dół jak kamienie.
Alojzy płynął praktycznie za dwoje.
Każdy ruch palił mięśnie.
W końcu dopadli szalupy.
Alojzy wepchnął Claire do środka pierwszy, potem sam ledwo wdrapał się przez mokrą burtę.
Przez chwilę oboje leżeli nieruchomo, kaszląc i próbując odzyskać oddech.
Wokół nich rozciągało się tylko morze.
Bez końca.
Bez brzegu.
Bez ratunku.
Daleko za nimi „Santa Maria” przechyliła się ciężko.
Płonęła jeszcze kilka sekund.
A potem zniknęła pod wodą.
Claire patrzyła na miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu był ich jedyny transport.
— Salvatore…
Alojzy milczał.
Nie wiedział, czy ktokolwiek z załogi przeżył.
Niemiecki okręt nadal krążył niedaleko wraku, ale dym i poranne fale utrudniały dostrzeżenie małej łodzi ratunkowej.
Na razie byli niewidoczni.
Na razie.
Claire objęła się ramionami.
Drżała.
Alojzy spojrzał na jej rany z Koloseum i przecięty policzek. Sól morska sprawiała, że każda rana wyglądała teraz jeszcze gorzej.
— Musimy utrzymać cię przytomną.
— Ty też wyglądasz jak trup…
Spróbowała się uśmiechnąć.
Nie wyszło.
Słońce zaczynało powoli wschodzić nad Morzem Śródziemnym.
I wtedy zaczęło się coś znacznie gorszego niż nocny pościg.
Upał.
Nie mieli wody. Nie mieli jedzenia. Nie mieli żagla ani silnika.
Tylko kawałek drewna unoszący się pośrodku ogromnego morza.
Alojzy rozejrzał się po szalupie.
Dwie wiosła. Mokra lina. Mała skrzynka ratunkowa.
Natychmiast ją otworzył.
W środku znajdowały się tylko: stary kompas, flara, i pół butelki deszczówki.
Claire spojrzała na wodę jak na cud.
Alojzy natychmiast zakręcił butelkę.
— Powoli.
— Alojzy—
— Jeśli wypijemy wszystko teraz, jutro umrzemy.
Te słowa zawisły pomiędzy nimi ciężko.
Bo oboje wiedzieli, że mówi prawdę.
Słońce wspinało się coraz wyżej.
Niemiecki jacht na horyzoncie nadal był widoczny.
Czasami znikał za falami. Potem pojawiał się znowu.
Jak rekin.
Claire położyła głowę na mokrej burcie.
— Myślisz, że nadal nas szukają?
Alojzy patrzył na oddalony okręt długo.
— Adler nie przestanie.
Morze kołysało szalupę coraz dalej od płonącego miejsca katastrofy.
Ku południu.
Ku Afryce.
Ale też…
ku śmierci z pragnienia.
A nad nimi bezlitosne śródziemnomorskie słońce zaczynało swoją własną wojnę.
ROZDZIAŁ 288
Dzień na morzu wypalił z nich resztki sił.
Słońce wisiało nad Morzem Śródziemnym jak rozgrzany metal, a mała szalupa dryfowała bez celu pośród fal, które z każdą godziną stawały się coraz cięższe.
Claire była blada.
Jej usta popękały od słonej wody i pragnienia, a rany z Koloseum zaczynały wyglądać coraz gorzej.
Alojzy siedział przy burcie i wpatrywał się w kompas, choć doskonale wiedział, że bez żagla i silnika kierunek nie miał już większego znaczenia.
Morze prowadziło ich samo.
I właśnie to było najgorsze.
Wieczorem niebo zaczęło ciemnieć.
Najpierw powoli.
Potem nagle.
Na horyzoncie pojawiły się ciężkie chmury przypominające ścianę dymu.
Wiatr zmienił kierunek.
Fale uderzyły mocniej.
Claire spojrzała niespokojnie ku zachodowi.
— Alojzy…
Nie musiała kończyć.
On też to czuł.
Burza.
Pierwszy grzmot rozdarł niebo dokładnie w chwili, gdy morze gwałtownie się podniosło.
Szalupa zakołysała się niebezpiecznie.
Alojzy natychmiast złapał linę przy burcie.
— Trzymaj się!
Wiatr uderzył z pełną siłą kilka sekund później.
Deszcz spadł niemal poziomo.
Fale zaczęły rzucać ich łodzią jak zabawką.
Claire krzyknęła, gdy zimna ściana wody przelała się przez pokład.
Alojzy próbował utrzymać równowagę, ale szalupa przechyliła się tak mocno, że przez moment naprawdę byli pewni, że to koniec.
Morze ryczało wokół nich.
Niebo błyskało białym światłem.
Każda fala wydawała się większa od poprzedniej.
Claire zacisnęła dłonie na burcie tak mocno, że pobielały jej knykcie.
— Nie dam rady…
— Dasz.
Sam nie wierzył już w to, co mówił.
Burza trwała godzinami.
Albo minutami.
Na morzu czas przestawał istnieć.
Liczyły się tylko kolejne fale.
Kolejne oddechy.
Kolejne sekundy życia.
A potem…
wszystko nagle ucichło.
Nie całkiem.
Ale wystarczająco, by usłyszeli coś nowego.
Niski. Metaliczny dźwięk.
Claire uniosła głowę powoli.
Alojzy momentalnie zesztywniał.
Kilka metrów od nich, pośród ciemnych fal, coś wynurzało się z morza.
Najpierw cień.
Potem stalowy kadłub.
Długi. Czarny. Nieludzko cichy.
U-Boot.
Okręt podwodny przesuwał się przez noc niemal bezszelestnie, rozcinając fale jak morski potwór.
Claire odruchowo nabrała powietrza.
Alojzy natychmiast zasłonił jej usta dłonią.
— Cicho.
Wyszeptał to niemal bezgłośnie.
Burza osłabiła się na tyle, że każdy dźwięk na wodzie mógł zostać usłyszany.
Szalupa dryfowała teraz tuż obok stalowego kolosa.
Zbyt blisko.
Z pokładu U-Boota dochodziły niemieckie głosy.
Niewyraźne. Zmęczone.
Ktoś się śmiał. Ktoś palił papierosa.
Błysk czerwonego żaru pojawił się na kiosku okrętu.
Claire drżała.
Nie tylko ze strachu.
Z wyczerpania.
Alojzy czuł, jak serce wali mu tak mocno, że był pewien, iż Niemcy zaraz je usłyszą.
Szalupa uniosła się na fali.
I przez krótką chwilę znaleźli się niemal przy samym burcie U-Boota.
Tak blisko, że widzieli krople wody spływające po stalowym kadłubie.
Tak blisko, że jeden reflektor wystarczyłby, by ich zobaczyć.
Nagle na pokładzie rozległ się głos oficera:
— Kurs südlich halten. Keine unnötigen Stopps.
Po chwili silniki zawarczały mocniej.
U-Boot zaczął oddalać się powoli w ciemność.
Ale fala wywołana jego ruchem uderzyła w szalupę gwałtownie.
Claire niemal krzyknęła, tracąc równowagę.
Alojzy objął ją natychmiast i przyciągnął do siebie, tłumiąc każdy dźwięk.
Przez kilka sekund oboje pozostali nieruchomi.
Absolutnie nieruchomi.
Na U-Boocie ktoś odwrócił głowę.
Cisza.
Morze. Deszcz. Silniki.
I nic więcej.
Po chwili okręt podwodny zniknął znowu w czerni Morza Śródziemnego.
Jakby nigdy tam nie istniał.
Claire wtuliła twarz w ramię Alojzego.
Drżała cała.
A on patrzył w miejsce, gdzie zniknął stalowy cień.
I po raz pierwszy od bardzo dawna zrozumiał coś przerażającego.
Na tym morzu wojna była wszędzie.
Nawet pod wodą.
ROZDZIAŁ 289
Ranek po burzy był nienaturalnie spokojny.
Morze wygładziło się niemal całkowicie, jakby nocne piekło nigdy się nie wydarzyło. Tylko ciężkie, ciemne chmury wiszące jeszcze daleko na zachodzie przypominały o sztormie, który prawie ich zabił.
Szalupa dryfowała bez celu.
Mokra. Obita. Coraz bardziej rozpadająca się.
Claire spała półprzytomnie oparta o burtę, owinięta mokrym kocem. Oddychała płytko. Gorączka wracała falami.
Alojzy siedział nieruchomo z kompasem w dłoni.
Nie wiedział już nawet, czy nadal płyną ku Afryce.
Słońce znowu zaczynało palić.
Morze pachniało solą i rdzą.
I wtedy Alojzy zobaczył dym.
Daleko na horyzoncie.
Najpierw cienką smugę.
Potem sylwetkę.
Natychmiast poczuł chłód przebiegający po całym ciele.
Nie musiał zgadywać.
Claire otworzyła oczy powoli.
— Co się stało…?
Nie odpowiedział od razu.
Tylko patrzył.
Jacht Kriegsmarine przecinał morze z metodycznym spokojem drapieżnika pewnego, że ofiara nie może już uciec.
Nie pędził.
Nie musiał.
Słońce odbijało się od stalowego kadłuba i szyb mostka kapitańskiego. Reflektory były wyłączone. Teraz polowali za dnia.
Dokładnie. Systematycznie.
Claire momentalnie zrozumiała.
— Nie…
Alojzy chwycił wiosła.
— Musimy zmienić kierunek.
Ale oboje wiedzieli, jak absurdalnie to brzmi.
Mała szalupa przeciw wojskowej jednostce.
Mimo to zaczął wiosłować.
Każdy ruch sprawiał ból.
Rany otwierały się na nowo pod mokrą koszulą.
Claire próbowała pomóc drugim wiosłem, ale była zbyt słaba.
Na jachcie Kriegsmarine ktoś podniósł lornetkę.
Alojzy widział to wyraźnie.
Na dziobie stał Adler.
Sam.
Nieruchomy jak posąg.
Morze wokół niego wydawało się spokojniejsze niż wszędzie indziej.
Claire wyszeptała:
— On nas widzi…
Tak.
Adler widział ich doskonale.
Przez kilka sekund patrzył przez lornetkę bez ruchu.
Na maleńką szalupę. Na ludzi ledwo żywych od słońca i morza.
I wtedy powoli opuścił lornetkę.
Na jego twarzy pojawił się cień czegoś znacznie gorszego niż gniew.
Satysfakcji.
Na pokładzie jachtu Vogt podszedł bliżej.
— To oni?
Adler skinął głową.
— Tak.
Vogt spojrzał na małą łódź dryfującą pośród bezkresnej wody.
Przez moment wyglądał niemal… niepewnie.
— Karl-Heinz… oni już praktycznie nie żyją.
Adler nie odpowiedział.
Jeden z oficerów Kriegsmarine czekał na rozkaz.
— Herr Standartenführer?
Adler nadal patrzył na szalupę.
— Zwolnić.
— Herr?
— Powiedziałem zwolnić.
Silniki jachtu zeszły na niższe obroty.
Jednostka zaczęła krążyć szerokim łukiem wokół szalupy.
Jak rekin badający ranną zdobycz.
Claire obserwowała to z przerażeniem.
— Dlaczego nie strzelają…?
Alojzy wiedział.
Adler nie chciał szybkiej śmierci.
Chciał kontroli.
Na pokładzie jachtu kilku marynarzy przygotowywało już liny i broń.
Adler uniósł megafon.
Jego głos poniósł się po spokojnym morzu z przerażającą wyrazistością:
— Mlent!
Echo odbiło się od pustki wody.
— To koniec. Nie masz już dokąd uciekać.
Claire zacisnęła palce na burcie szalupy.
Alojzy milczał.
Adler mówił dalej:
— Rzym. Koloseum. Morze. I nadal uciekasz.
Krótka pauza.
— Zaczynam podziwiać twoją determinację.
Vogt odwrócił wzrok.
Bo słyszał już w głosie Adlera coś niebezpiecznego.
Coś, co nie miało nic wspólnego z wojną ani rozkazami.
Obsesję.
Alojzy spojrzał na jacht.
Potem na morze wokół nich.
Nie mieli dokąd płynąć. Nie mieli czym walczyć.
Tylko słońce. Woda. I demon stojący kilka setek metrów dalej.
Adler opuścił megafon.
I wtedy wykonał spokojny gest dłonią.
Jacht zaczął powoli zacieśniać krąg wokół szalupy.
ROZDZIAŁ 290
Krąg wokół szalupy zaciskał się coraz bardziej.
Jacht Kriegsmarine płynął powoli, niemal leniwie, przecinając spokojne fale Morza Śródziemnego z chłodną pewnością drapieżnika.
Claire siedziała nieruchomo.
Zbyt wyczerpana, by nawet mówić.
Alojzy nadal trzymał wiosło, choć oboje wiedzieli, że nie ma już żadnego znaczenia.
Adler stał na dziobie i obserwował ich bez mrugnięcia.
Jakby chciał zapamiętać tę chwilę.
Moment, w którym człowiek przestaje mieć gdzie uciekać.
Megafon znów zatrzeszczał.
— Oddaj Codex, Mlent. To jedyna rzecz, która może jeszcze uratować wam życie.
Alojzy spojrzał na niego z pustym spokojem.
Codex był zawinięty pod mokrym płaszczem przy dnie szalupy.
Cięższy niż kiedykolwiek wcześniej.
Adler zrobił kolejny gest dłonią.
Marynarze Kriegsmarine zaczęli przygotowywać liny abordażowe.
Kilku żołnierzy podniosło broń.
Claire zamknęła oczy.
I wtedy usłyszeli dźwięk.
Niski. Daleki. Mechaniczny.
Alojzy uniósł głowę pierwszy.
Adler również.
Wszyscy spojrzeli ku niebu.
Z chmur nad Morzem Śródziemnym wyłonił się samolot.
Dwusilnikowy. Ciężki. Lecący nisko nad wodą.
Brytyjski Wellington patrolujący wybrzeże.
Przez sekundę nikt się nie poruszył.
Potem na jachcie Kriegsmarine rozległy się wrzaski.
— Flugzeug! ALARM!
Adler odwrócił się gwałtownie ku mostkowi.
— Otworzyć ogień!
Karabiny przeciwlotnicze poderwały się natychmiast.
Ale Wellington już schodził niżej.
Pilot najwyraźniej zobaczył niemiecką jednostkę wojenną na otwartym morzu i nie zamierzał przepuścić okazji.
Claire wyszeptała:
— Boże…
Samolot przemknął nad wodą z ogłuszającym rykiem silników.
Na sekundę Alojzy zobaczył nawet sylwetki lotników w kabinie.
Potem od spodu maszyny oderwały się ciemne kształty.
Bomby.
Adler wrzasnął coś do marynarzy, ale było za późno.
Pierwsza eksplozja rozerwała morze kilkadziesiąt metrów od jachtu.
Ściana wody wystrzeliła wysoko w powietrze.
Druga bomba trafiła bliżej.
Zbyt blisko.
Potężny huk wstrząsnął całym morzem.
Jacht Kriegsmarine przechylił się gwałtownie. Fragment pokładu eksplodował drewnem i ogniem, a jeden z reflektorów wyleciał w powietrze.
Karabiny przeciwlotnicze zamilkły.
Chaos wybuchł natychmiast.
Marynarze biegali po pokładzie. Ktoś krzyczał o pożarze. Ktoś inny wypadł za burtę.
Vogt został rzucony o reling tak mocno, że stracił okulary.
A Adler…
Adler nadal stał.
Mokra fala eksplozji uderzyła w niego niemal frontalnie, ale nawet wtedy nie oderwał wzroku od szalupy.
Jakby wszystko inne przestało istnieć.
Kolejna eksplozja wstrząsnęła wodą.
I wtedy fala uderzeniowa dotarła do nich.
Szalupa została poderwana gwałtownie przez morze.
Claire krzyknęła.
Alojzy chwycił ją instynktownie, gdy łódź niemal przewróciła się bokiem.
Potem fala popchnęła ich z ogromną siłą.
Daleko od jachtu.
Daleko od eksplozji.
Ku czemuś jeszcze.
Mgła.
Gęsta, ciężka śródziemnomorska mgła zaczynała rozlewać się nad wodą po burzy i bombardowaniu.
W kilka sekund pochłonęła szalupę niemal całkowicie.
Na jachcie Kriegsmarine rozległy się rozpaczliwe rozkazy.
— Wo ist das Boot?! WO?!
Ale było już za późno.
Alojzy i Claire znikali w mlecznej pustce morza.
Ostatnie, co zobaczył Alojzy przed całkowitym zanurzeniem się we mgle, to Adler stojący pośród chaosu uszkodzonego jachtu.
Nieruchomy.
Patrzący za nimi z nienawiścią tak wielką, że wydawała się silniejsza od wojny, ognia i morza razem wziętych.
A potem mgła zamknęła się całkowicie.
ROZDZIAŁ 291
Mgła nie chciała się kończyć.
Szalupa dryfowała przez wiele godzin, może nawet dni — Alojzy przestał już odróżniać czas. Morze i niebo zlały się w jedną, mlecznoszarą pustkę, w której istnieli tylko oni, fale i cisza.
Claire leżała nieruchomo przy burcie.
Jej oddech był płytki.
Usta miała spękane do krwi.
Alojzy siedział obok niej, próbując chronić ją przed słońcem własnym ciałem, choć sam ledwo utrzymywał przytomność.
Butelka deszczówki była już prawie pusta.
Morze odbierało im wszystko powoli.
Nie gwałtownie jak wojna. Nie brutalnie jak Adler.
Tylko spokojnie. Nieubłaganie.
Claire otworzyła oczy ledwie na moment.
— Alojzy…
— Jestem tutaj.
Spojrzała gdzieś ponad nim.
W dal.
— Widzisz to…?
Podniósł głowę.
Na początku pomyślał, że to kolejna fatamorgana.
Na horyzoncie pojawił się cień.
Wysoki. Nierealny. Jak miasto wyrastające z morza.
Potem usłyszał dźwięk.
Głęboki pomruk silnika.
Statek.
Prawdziwy.
Alojzy zerwał się tak gwałtownie, że niemal wypadł z szalupy.
— STATEK!
Głos ledwo wyszedł z gardła.
Machnął ręką rozpaczliwie.
Jeszcze raz.
I jeszcze.
Statek był większy niż wszystko, co widzieli od czasu opuszczenia Włoch. Handlowy parowiec o ciemnym kadłubie przecinał mgłę spokojnie i ciężko.
Na maszcie powiewała grecka bandera.
Claire próbowała się podnieść, ale zabrakło jej sił.
— Oni nas nie zobaczą…
Alojzy chwycił flarę z dna szalupy.
Ostatnią rzecz, która mogła ich uratować.
Przez sekundę bał się, że jest zamoczona.
Że nie zadziała.
Potem pociągnął za mechanizm.
Czerwona smuga wystrzeliła w niebo.
Jasna. Płonąca. Piękna jak krzyk człowieka, który nie chce umrzeć.
Na statku rozległy się okrzyki.
Syrena zawyła nisko.
Claire zaczęła płakać.
Nie z bólu.
Z ulgi.
Kilka minut później lina opadła z burty statku.
Greccy marynarze wyciągali ich z wody niemal bez słów.
Alojzy ledwo czuł własne ciało.
Pamiętał tylko silne dłonie chwytające go pod ramiona i twarz starego kapitana o pooranej zmarszczkami skórze.
Kapitan mówił po grecku z domieszką włoskiego.
— Spokojnie… już dobrze… jesteście bezpieczni…
Bezpieczni.
To słowo brzmiało obco.
Claire straciła przytomność niemal natychmiast po wniesieniu na pokład.
Alojzy próbował jeszcze sięgnąć pod mokry płaszcz.
Codex.
Nadal tam był.
Przemoczony z zewnątrz, ale ocalony.
Ukrył go instynktownie pod posłaniem w ciasnej kajucie, zanim sam niemal runął na podłogę.
Lekarz pokładowy pojawił się chwilę później.
Niski, siwy człowiek w poplamionym fartuchu.
Spojrzał na ich stan i tylko pokręcił głową.
— Odwodnienie. Gorączka. Rany zakażone solą…
Przyłożył Claire dłoń do czoła.
— Jeszcze kilka godzin i morze zabrałoby ją pierwszą.
Alojzy próbował coś powiedzieć, ale lekarz uciszył go natychmiast.
— Nie mów. Śpij.
Kapitan wszedł do kajuty dopiero wieczorem.
Usiadł ciężko przy stole i zapalił papierosa.
— Nazywam się Nikolaos. Płyniemy do Aleksandrii.
Alojzy uniósł wzrok powoli.
Aleksandria.
Egipt.
Byli blisko.
Naprawdę blisko.
Kapitan obserwował go chwilę uważnie.
— Ścigał was niemiecki okręt.
To nie było pytanie.
Alojzy milczał.
Nikolaos uśmiechnął się lekko.
— Spokojnie. Na tym morzu wszyscy przed kimś uciekają.
Za ścianą kajuty morze uderzało spokojnie o kadłub statku.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nie słyszeli strzałów.
Tylko fale.
I oddech życia, które cudem udało się odzyskać.
ROZDZIAŁ 292
Morze wokół niemieckiego jachtu było spokojne.
Zbyt spokojne po chaosie bombardowania.
Uszkodzona jednostka Kriegsmarine dryfowała ciężko na południe, zostawiając za sobą smugę oleju i dymu. Jedna z burt była osmalona, część relingu wyrwana eksplozją, a silniki pracowały nierówno, wydając niski, drażniący jęk przy każdym większym przeciążeniu.
Załoga poruszała się po pokładzie w napiętej ciszy.
Nikt nie żartował. Nikt nie palił.
Wszyscy czuli atmosferę gęstszą od dymu unoszącego się nad maszynownią.
Adler stał przy dziobie od wielu godzin.
Nieruchomy.
Patrzył w morze tak, jakby próbował dostrzec na horyzoncie samą nienawiść.
Vogt obserwował go z daleka.
I po raz pierwszy od początku tej podróży naprawdę zaczął się bać.
Nie wojny. Nie Codexu.
Adlera.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Karl-Heinz Adler był dla niego idealnym narzędziem Rzeszy.
Bezwzględnym. Inteligentnym. Zdolnym do wszystkiego.
Ale nadal racjonalnym.
Teraz racjonalność znikała z niego z każdym kolejnym dniem pościgu.
Koloseum. Morze. Bombardowanie. Mlent wymykający się po raz kolejny.
To wszystko zaczynało niszczyć w Adlerze coś fundamentalnego.
Vogt zauważył to wyraźnie kilka minut wcześniej, gdy mechanik Kriegsmarine zameldował stan jednostki.
— Herr Standartenführer… uszkodzona śruba ogranicza prędkość. Powinniśmy zawinąć do portu na Sycylii albo do Tarentu.
Adler nawet się nie odwrócił.
— Nie.
Mechanik zawahał się.
— Ale jeśli przeciążymy silniki—
— Powiedziałem nie.
Ton jego głosu wystarczył, by człowiek natychmiast zamilkł.
Vogt podszedł wtedy bliżej.
— Karl-Heinz. On ma rację. Potrzebujemy napraw. Bez tego nie dopłyniemy dalej niż Kreta.
Adler spojrzał na niego powoli.
I Vogt poczuł coś dziwnego.
Jakby patrzył w oczy człowieka, który od dawna nie śpi.
— A ty nadal tego nie rozumiesz.
— Czego?
Adler zrobił krok bliżej.
Morze odbijało się w jego oczach ciemnym światłem.
— To już nie jest kwestia Codexu.
Te słowa zabrzmiały gorzej niż krzyk.
Bo Vogt natychmiast zrozumiał, że Adler mówi prawdę.
— Karl-Heinz…
— On mnie okłamał. Upokorzył. Uciekł mi w Rzymie. Na morzu. W Koloseum.
Każde kolejne zdanie wypowiadał coraz ciszej.
Coraz spokojniej.
A właśnie to było najbardziej niepokojące.
— Myślisz, że chodzi jeszcze o rozkazy Berlina? O Rzeszę? O twoje mistyczne fantazje?
Vogt milczał.
Adler uśmiechnął się blado.
— Nie, Vogt. Teraz chodzi tylko o niego.
Wiatr poruszył czarnym płaszczem oficera SS.
Gdzieś pod pokładem uszkodzony silnik zawył ciężko.
Vogt spojrzał na Codex leżący na stole nawigacyjnym.
Jeszcze niedawno uważał tę księgę za największą tajemnicę Europy.
Teraz zaczynał rozumieć coś znacznie bardziej przerażającego.
Codex nie niszczył ludzi wiedzą.
Niszczył ich obsesją.
A Adler był już praktycznie stracony.
— Jeśli dalej będziemy przeciążać jednostkę — powiedział ostrożnie Vogt — możemy zatonąć zanim dopłyniemy do Egiptu.
Adler odwrócił się ku morzu.
Daleko na południu niebo miało już inny kolor.
Jaśniejszy. Suchszy.
Afryka była coraz bliżej.
— W takim razie dopłyniemy szybciej.
Vogt patrzył na niego długo.
I po raz pierwszy od początku tej historii przemknęła mu przez głowę myśl, której nigdy wcześniej nie dopuściłby do siebie.
Może Mlent powinien wygrać.
Może są rzeczy, których świat naprawdę nie powinien odnaleźć.
Za plecami Adlera załoga uruchamiała silniki ponownie.
Uszkodzony jacht Kriegsmarine ruszył ciężko ku południu.
Ku Egiptowi.
Ku Abu Mena.
Ku końcowi czegoś znacznie większego niż wojna.
ROZDZIAŁ 293
Aleksandria pojawiła się o świcie.
Najpierw jako jasna linia na horyzoncie.
Potem jako miasto.
Ogromne. Rozgrzane słońcem. Żywe.
Statek Nikolaosa wpływał do portu powoli, przecinając zatłoczone wody pełne brytyjskich jednostek wojskowych, greckich statków handlowych, arabskich łodzi rybackich i barek załadowanych skrzyniami.
Claire stała przy burcie w milczeniu.
Patrzyła na Afrykę tak, jakby nie wierzyła, że naprawdę istnieje.
Po wszystkim, co przeszli — Syberii, Tatrach, Rzymie, morzu — Egipt wydawał się bardziej snem niż miejscem.
Powietrze pachniało inaczej niż Europa.
Solą. Piaskiem. Tytoniem. Przyprawami.
I czymś jeszcze.
Życiem.
Port Aleksandrii pulsował gwarem dziesiątek języków. Angielski mieszał się z arabskim, greckim, francuskim i włoskim. Brytyjscy żołnierze spacerowali po nabrzeżach obok handlarzy owoców i mężczyzn prowadzących osły pomiędzy skrzyniami z towarem.
Claire prawie się uśmiechnęła.
— To wygląda jak inny świat…
Alojzy milczał.
Bo wiedział, że dla nich świat nadal wygląda tak samo.
Uciekają. Są ścigani. I mają coraz mniej czasu.
Nikolaos zatrzymał ich jeszcze przed zejściem z pokładu.
Stary Grek wręczył Alojzemu niewielki pakunek.
— Jedzenie. Woda. I trochę pieniędzy.
Alojzy spojrzał zaskoczony.
— Dlaczego nam pomagasz?
Nikolaos wzruszył ramionami.
— Widziałem ludzi uciekających przed wojną przez całe życie. Po pewnym czasie przestajesz pytać przed czym.
Claire ścisnęła dłoń kapitana.
— Dziękujemy.
Grek spojrzał jeszcze raz na nich oboje.
Zmęczonych. Poszarpanych przez Europę.
— Cokolwiek tam wieziecie… mam nadzieję, że jest warte tego piekła.
Alojzy odruchowo dotknął torby z ukrytym Codexem.
Nie odpowiedział.
Aleksandria uderzyła ich pełnią życia niemal natychmiast po opuszczeniu portu.
Słońce paliło bez litości.
Ulice były zatłoczone tak bardzo, że momentami trudno było oddychać. Brytyjskie ciężarówki przeciskały się pomiędzy dorożkami i starymi samochodami, a handlarze nawoływali klientów z każdej strony.
Claire obracała głowę co chwilę.
Wszystko było nowe.
Kobiety w jasnych sukniach. Arabskie targi. Zapach kawy i kardamonu. Meczety wyrastające ponad kolonialne budynki.
Po raz pierwszy od dawna wyglądała bardziej na zafascynowaną niż przerażoną.
Alojzy jednak co chwilę oglądał się za siebie.
Nawet tutaj.
Nawet w Afryce.
Nie potrafił już przestać.
— Musimy zdobyć transport — powiedział krótko. — I zniknąć zanim Adler dotrze do Egiptu.
Claire spojrzała na niego.
— Myślisz, że naprawdę za nami tu przypłynie?
Alojzy odpowiedział bez zawahania:
— Tak.
Van znaleźli dopiero pod wieczór.
Stał za warsztatem mechanicznym na obrzeżach portowej dzielnicy — stary, piaskowy samochód dostawczy z popękaną szybą i drzwiami trzymającymi się chyba wyłącznie siłą woli.
Handlarz był Egipcjaninem w białej galabii i brytyjskiej czapce wojskowej.
Uśmiechał się zbyt szeroko.
— Piękna maszyna.
Claire spojrzała na vana z niedowierzaniem.
— To ledwo jeździ.
— Ale jeździ! — odparł handlarz z dumą. — A na pustyni to najważniejsze.
Alojzy obszedł samochód powoli.
Silnik był stary. Opony zużyte. Bak prawie pusty.
Idealne warunki do katastrofy.
Ale nie mieli wyboru.
— Dokąd jedziecie? — zapytał handlarz.
Claire spojrzała szybko na Alojzego.
Alojzy odpowiedział spokojnie:
— Na zachód.
Mężczyzna zmrużył oczy lekko.
Jakby wiedział, że to kłamstwo.
Ale nie zadał więcej pytań.
Na tym kontynencie ludzie również uciekali przed wojną.
I nauczyli się nie pytać dlaczego.
Wieczorem opuścili Aleksandrię.
Van kaszlał i trząsł się przy każdym większym wyboju, gdy jechali przez obrzeża miasta ku pustynnym drogom prowadzącym w głąb Egiptu.
Za nimi zostawały światła portu.
Przed nimi rozciągała się pustka.
Piasek. Ciemność. I Abu Mena gdzieś pośród niej.
Claire spojrzała przez okno na bezkresną noc pustyni.
— Wiesz, co jest najgorsze?
— Co?
— W Europie mogliśmy się ukryć.
Spojrzała przed siebie.
Na pustynię.
— A tutaj… nie ma gdzie zniknąć.
ROZDZIAŁ 294
Pustynia zaczynała się powoli.
Najpierw znikały pojedyncze domy. Potem drzewa. Potem drogi przypominające jeszcze Europę.
Aż w końcu został tylko piasek.
Van trząsł się niemiłosiernie na rozgrzanej drodze prowadzącej przez zachodnie obrzeża Delty Nilu. Słońce wisiało wysoko nad Egiptem, bezlitosne i ogromne, a powietrze falowało od gorąca.
Claire siedziała przy otwartym oknie, próbując oddychać mimo pyłu wciskającego się wszędzie.
Alojzy prowadził w milczeniu.
Obaj wyglądali już bardziej jak ludzie pustyni niż uciekinierzy z Europy — spaleni słońcem, zmęczeni, w ubraniach pokrytych kurzem i solą.
Silnik vana zawył ciężko.
Kontrolka temperatury zadrżała niebezpiecznie.
Alojzy zaklął pod nosem.
— Jeszcze tylko tego brakowało.
Van zwolnił gwałtownie.
Musieli zatrzymać się pośrodku pustkowia.
Claire wysiadła pierwsza.
Fala gorąca uderzyła w nią niemal fizycznie.
Pustynia była zupełnie inna niż morze.
Morze próbowało ich połknąć.
Pustynia po prostu chciała ich wypalić.
Alojzy otworzył maskę samochodu.
Para buchnęła natychmiast.
— Przegrzany.
Claire rozejrzała się wokół.
Piasek. Kamienie. Wydmy.
I absolutna cisza.
Nie było gdzie się schować. Nie było dokąd uciec.
Tylko droga przecinająca bezkresną pustkę.
Usiadła na cieniu rzucanym przez vana i wyciągnęła notatki oraz fragmenty Codexu.
Papier był już wielokrotnie mokry, suszony, składany i ratowany przed ogniem, ale nadal istniał.
Tak samo jak oni.
Alojzy spojrzał na nią znad silnika.
— Nadal próbujesz to zrozumieć?
Claire skinęła głową.
Na kolanach miała mapę starożytnego chrześcijańskiego kompleksu Abu Mena, kupioną jeszcze w Aleksandrii od brytyjskiego archeologa w barze portowym.
Ruiny wyglądały jak labirynt.
Bazyliki. Katakumby. Podziemne cysterny.
A pomiędzy nimi symbole z Codexu.
Claire przesunęła palcem po jednej z notatek.
— Papież powiedział „pośród piasków, w ruinach jednego z kościołów”. Nie „pod”. Nie „wewnątrz”.
Alojzy przetarł twarz dłonią.
— Co sugerujesz?
— Że wszyscy szukaliby pod ziemią.
Spojrzała na symbole.
— A może odpowiedź cały czas była na widoku.
Wiatr poruszył kartkami.
Piasek przesypał się przez drogę cienką falą.
Alojzy patrzył na Claire chwilę w milczeniu.
Była wyczerpana. Ranna. Spalona słońcem.
A mimo to nadal próbowała rozwiązać zagadkę, która zniszczyła pół Europy.
Silnik vana zasyczał cicho.
Alojzy zamknął maskę.
— Powinien jeszcze trochę wytrzymać.
Claire spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.
— Mówisz dokładnie to samo co o nas.
Ruszyli dalej.
Droga stawała się coraz gorsza.
Asfalt kończył się stopniowo, przechodząc w pyliste szlaki przecinające pustynię. Van podskakiwał na kamieniach i wydmach tak mocno, że momentami wydawało się, iż rozpadnie się na kawałki.
Słońce powoli zaczynało zachodzić.
I wtedy Claire zauważyła coś jeszcze.
Na jednej ze stron Codexu znajdował się symbol przypominający gwiazdę wpisaną w okrąg.
Dokładnie taki sam symbol widziała wcześniej na starej mapie Abu Mena.
Tyle że…
nie przy głównej bazylice.
Tylko dalej.
Na obrzeżach ruin.
Przy czymś opisanym po grecku jako „Dom Pielgrzyma”.
Claire poczuła przyspieszone bicie serca.
— Alojzy…
— Co?
Pokazała mu mapę.
— Myślę, że źle szukaliśmy.
Van zwolnił.
Daleko przed nimi pustynia zaczynała zmieniać kolor pod zachodzącym słońcem.
A pośród piasków, gdzieś niewidoczne jeszcze dla nich, leżało Abu Mena.
I odpowiedź, dla której tylu ludzi zabijało od początku tej historii.
ROZDZIAŁ 295
Egipskie wybrzeże nocą było niemal całkowicie ciemne.
Tylko księżyc odbijał się srebrnie od spokojnych fal Morza Śródziemnego. Daleko na południu pustynia wyglądała jak czarna ściana ciągnąca się bez końca.
Uszkodzony jacht Kriegsmarine wpłynął do małej zatoki bez świateł.
Silniki pracowały cicho, ostrożnie.
To nie była już operacja wojskowa.
To było wtargnięcie.
Adler stał przy dziobie w lekkim pustynnym płaszczu narzuconym na czarny mundur SS. Wiatr od morza poruszał materiałem, ale on pozostawał nieruchomy.
Patrzył na Afrykę.
Jak człowiek wchodzący do obcego świata tylko po to, by dokończyć polowanie.
Za nim ustawiono już elitarny oddział esesmanów — kilku najbardziej zaufanych ludzi, którzy przetrwali z nim Rzym, morze i bombardowanie.
Milczący. Uzbrojeni. Gotowi.
Vogt zszedł na pokład ostatni.
Wyraźnie zmęczony.
Coraz bardziej świadomy, że przekroczyli granicę, zza której nie było już odwrotu.
— Brytyjczycy patrolują Aleksandrię — powiedział cicho. — Jeśli nas wykryją—
Adler przerwał mu bez spojrzenia:
— W takim razie ich zabijemy.
Vogt zamilkł.
Bo nie był już pewien, czy Adler mówi metaforycznie.
Desant odbył się szybko.
Małe łodzie przewiozły ludzi i skrzynie z bronią na pusty, skalisty brzeg. Piasek Egiptu był zimny nocą, ale wszyscy wiedzieli, że za kilka godzin zamieni się w piekło.
Adler uklęknął na moment przy ziemi.
Dotknął dłonią piasku.
Jakby chciał poczuć, że naprawdę dotarli aż tutaj.
Potem wstał.
— Ruszamy.
Pierwszy trop znaleźli jeszcze przed świtem.
Beduini.
Kilka namiotów przy wyschniętym źródle i ludzie, którzy widzieli zbyt wiele, by wierzyć w niewinnych podróżników.
Adler nie tracił czasu na dyplomację.
Złoto działało szybko.
Strach jeszcze szybciej.
Starszy Beduin siedział naprzeciw niego w milczeniu, obracając w dłoniach srebrną monetę.
— Dwójka Europejczyków? Mężczyzna i kobieta?
Beduin skinął głową.
— Tak. Stary samochód. Jechali na zachód.
Vogt od razu spojrzał na mapę.
— Abu Mena…
Adler jednak nadal patrzył na Beduina.
— Kiedy?
— Wczoraj rano.
Za późno.
Za wolno.
To słowo praktycznie eksplodowało w głowie Adlera.
Esesman stojący obok Beduina zauważył jego spojrzenie i ścisnął mocniej karabin.
Vogt podszedł szybko bliżej.
— Karl-Heinz. Mamy trop. To wystarczy.
Adler milczał kilka sekund.
Potem odwrócił się gwałtownie.
— Samochody.
Po godzinie pustynia ryczała już od silników.
Kolumna niemieckich pojazdów pruła przez bezdroża Egiptu, wzbijając za sobą ogromne chmury piasku. Wojna, która jeszcze niedawno należała do Europy, właśnie wtargnęła w serce pustyni.
Vogt siedział obok Adlera w pierwszym aucie.
Patrzył na niego ukradkiem.
I coraz bardziej przestawał widzieć oficera SS.
Adler wyglądał teraz jak człowiek, którego trzyma przy życiu wyłącznie pościg.
— Co zrobisz, kiedy ich złapiemy? — zapytał nagle Vogt.
Adler nie odpowiedział od razu.
Piasek uderzał o szyby. Silnik wył przeciążony gorącem.
W końcu Adler powiedział spokojnie:
— Odbiorę mu wszystko.
— Codex?
Adler spojrzał przed siebie.
Daleko na horyzoncie pustynia drgała od upału.
— Nie. Nadzieję.
Vogt poczuł chłód mimo afrykańskiego słońca.
Bo w tamtym momencie zrozumiał już całkowicie:
Adler nie ścigał tajemnicy.
On ścigał człowieka, który ośmielił się przeżyć.
ROZDZIAŁ 296
Pustynia drżała od gorąca.
Van Alojzego sunął po kamienistym szlaku coraz wolniej, ciężko walcząc z piaskiem wciskającym się w silnik i chłodnicę. Cały pojazd trząsł się przy każdym wyboju, jakby miał rozpaść się jeszcze przed zachodem słońca.
Claire siedziała pochylona nad mapą Abu Mena.
Palcem śledziła symbole z Codexu, próbując połączyć je z ruinami rozsianymi po pustyni.
— Jeśli „Dom Pielgrzyma” naprawdę istnieje… to nie był częścią głównej bazyliki — powiedziała cicho. — Mógł być miejscem ukrycia dla ludzi spoza Kościoła.
Alojzy nie odpowiedział.
Bo właśnie spojrzał w lusterko.
I zobaczył kurz.
Daleko za nimi. Rosnący z każdą sekundą.
Serce natychmiast zabiło mu mocniej.
— Claire…
Ona podniosła wzrok.
I też to zobaczyła.
Kilka wojskowych pojazdów pędziło przez pustynię wprost ku nim, wzbijając ogromne chmury piasku.
Niemcy.
Claire pobladła.
— Nie… to niemożliwe…
Alojzy zacisnął dłonie mocniej na kierownicy.
— Adler.
Jakby samo wypowiedzenie tego nazwiska wystarczyło, by pustynia zrobiła się chłodniejsza.
Kilka kilometrów dalej Adler stał w otwartym łaziku wojskowym, trzymając lornetkę przy oczach.
Wreszcie ich widział.
Mały, zdezelowany van samotnie przecinający pustynię.
Po tylu miesiącach.
Po Europie. Morzu. Rzymie.
Byli tuż przed nim.
Vogt siedzący obok zauważył wyraz jego twarzy i poczuł niepokój.
— Karl-Heinz… jeśli uszkodzimy pojazd zbyt mocno, możemy stracić Codex.
Adler opuścił lornetkę powoli.
— W takim razie nie pudłujcie.
Potem uniósł rękę.
I rozpoczęło się polowanie.
Pierwsze kule uderzyły w piasek tuż obok vana.
Claire krzyknęła.
Alojzy momentalnie skręcił gwałtownie, omijając kamienie i wydmy.
Silnik zawył protestująco.
— Oni strzelają!
— Wiem!
Kolejna seria roztrzaskała boczne lusterko.
Piasek eksplodował wokół samochodu.
Niemieckie łaziki były szybsze. Mocniejsze. Stworzone do pustyni.
Van był tylko rozpadającym się wrakiem.
Claire odwróciła się przez tylne okno.
I zobaczyła Adlera.
Stał wyprostowany w pierwszym pojeździe, trzymając broń z absolutnym spokojem człowieka pewnego zwycięstwa.
Potem sam oddał strzał.
Kula przebiła tylną szybę vana.
Claire rzuciła się w dół instynktownie.
Alojzy poczuł, jak narasta w nim czysta adrenalina.
Nie mogli już uciekać długo.
I właśnie wtedy niebo zmieniło kolor.
Najpierw lekko.
Potem gwałtownie.
Horyzont zaczął ciemnieć brunatną ścianą pyłu.
Wiatr uderzył nagle z taką siłą, że van zakołysał się na drodze.
Claire spojrzała przed siebie.
— Alojzy…
Chamsin.
Potężna pustynna burza piaskowa pędziła ku nim niczym żywa ściana.
Kilka sekund później uderzyła.
Świat zniknął.
Piasek wdarł się wszędzie jednocześnie — do oczu, ust, silnika, płuc. Widoczność spadła niemal do zera.
Van podskakiwał chaotycznie po niewidocznych kamieniach.
Niemieckie pojazdy za nimi zaczęły tracić formację.
Rozległy się wrzaski. Hamowanie. Metaliczny huk.
Jeden z łazików wpadł bokiem na wydmę i przewrócił się gwałtownie w chmurze piasku.
Alojzy ledwo widział drogę.
Prowadził praktycznie na ślepo.
Silnik wył. Wiatr ryczał jak potwór.
Claire trzymała się deski rozdzielczej z całej siły.
— Nie widzę nic!
— Ja też!
Kolejna seria strzałów przecięła burzę.
Adler nadal strzelał.
Jakby sama pustynia nie mogła go zatrzymać.
Nagle obok nich z mgły piasku wyłonił się niemiecki łazik.
Za blisko.
Zderzenie było nieuniknione.
Pojazdy uderzyły o siebie bokami z ogłuszającym hukiem. Van obrócił się gwałtownie, niemal przewracając na bok.
Claire krzyknęła.
Alojzy walczył z kierownicą desperacko.
Łazik Niemców zniknął chwilę później w ścianie piasku.
Potem rozległa się eksplozja.
Nie wiadomo było czy pojazdu. Czy paliwa. Czy samej pustyni.
Burza pochłaniała wszystko.
Silniki. Krzyki. Strzały.
A gdzieś pośród tego chaosu Adler nadal próbował ich dopaść, strzelając praktycznie w ślepo, jak człowiek, który dawno przestał walczyć z rzeczywistością, a zaczął walczyć z własną obsesją.
ROZDZIAŁ 297
Burza urwała się niemal tak nagle, jak się zaczęła.
Jeszcze chwilę wcześniej świat był tylko rykiem wiatru i ścianą piasku.
A potem…
cisza.
Ciężka. Nierealna.
Van zatrzymał się gwałtownie pomiędzy kamieniami pustyni. Silnik zgasł z ostatnim, rozpaczliwym jękiem.
I już nie zapalił.
Alojzy siedział przez kilka sekund nieruchomo, ściskając kierownicę tak mocno, że pobielały mu knykcie.
Krew spływała mu po policzku od rozbitego szkła.
Claire oddychała ciężko obok niego.
Oboje wyglądali bardziej jak duchy niż ludzie.
Powoli podniosła głowę.
I wtedy zobaczyła to pierwsza.
— Alojzy…
Przed nimi, pośród opadającego pyłu pustyni, wyrastały ruiny.
Ogromne. Milczące. Na wpół pogrzebane przez piasek.
Abu Mena.
Miasto widmo.
Pozostałości bazylik, kamiennych kolumn i zawalonych krużganków ciągnęły się aż po horyzont, jakby pustynia próbowała połknąć całe starożytne chrześcijańskie sanktuarium, ale nigdy nie zdołała dokończyć dzieła.
Słońce przebijało się przez resztki burzy, rzucając złote światło na ruiny.
Claire wyszeptała niemal z niedowierzaniem:
— Boże…
Alojzy poczuł, jak serce zaczyna bić szybciej.
Po wszystkim.
Po Syberii. Tatrach. Rzymie. Morzu.
Dotarli tutaj.
Naprawdę.
W oddali ponad ruinami górowały resztki ogromnej bazyliki — popękane łuki i częściowo zasypane schody prowadzące ku ciemnym wnętrzom.
Dom Pielgrzyma. Kościół. Ostatni manuskrypt.
Odpowiedź.
Van zasyczał cicho.
Dym wydobył się spod maski.
Koniec drogi.
Alojzy spojrzał za siebie.
Burza nadal przesuwała się po pustyni, ale coraz słabiej. Widoczność wracała.
I właśnie dlatego zobaczył ich.
Niemieckie pojazdy.
Rozrzucone po pustyni niczym wraki po bitwie.
Jeden przewrócony. Drugi częściowo zasypany piaskiem.
Ale jeden nadal działał.
I ktoś szedł pieszo.
Powoli.
Prosto ku nim.
Claire momentalnie zesztywniała.
Adler.
Wyłaniał się z wirującego pyłu jak zjawa.
Sam.
Płaszcz poszarpany przez burzę. Twarz zakrwawiona od piasku. Broń w dłoni.
Ale oczy…
oczy miał gorsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Nie było w nich już wojny. Nie było Rzeszy. Nie było nawet Codexu.
Tylko obsesja.
Za nim, dalej w piasku, pojawił się Vogt wraz z dwoma ocalałymi esesmanami.
Vogt wyglądał jak człowiek, który właśnie zrozumiał, że dotarli za daleko.
Adler jednak szedł dalej.
Nie zatrzymywał się ani na sekundę.
Alojzy wysiadł z vana natychmiast.
Claire również.
— Musimy biec — powiedział.
— Dokąd?
Spojrzał na ruiny bazyliki.
Na starożytne schody prowadzące w dół, pod piasek i kamień.
— Do środka.
Pierwszy strzał padł kilka sekund później.
Kula uderzyła w kamień obok vana, rozrzucając pył.
Adler nawet nie próbował ostrzegać.
Claire chwyciła torbę z Codexem.
I ruszyli biegiem.
Pustynny piasek utrudniał każdy krok. Byli wyczerpani, odwodnieni, ledwo żywi, ale adrenalina pchała ich naprzód.
Ruiny Abu Mena rosły przed nimi z każdym metrem.
Martwe miasto. Świątynia na skraju świata.
Za ich plecami rozległy się kolejne strzały.
Alojzy obejrzał się tylko raz.
Adler biegł za nimi przez pustynię niczym człowiek, którego już nic nie powstrzyma.
A nad ruinami starożytnego sanktuarium wiatr poruszał piaskiem tak, jakby sama pustynia wiedziała, że za chwilę wydarzy się coś, co zmieni wszystko.
ROZDZIAŁ 298
Pierwsza kula roztrzaskała fragment kolumny dokładnie obok głowy Claire.
Kamienny pył eksplodował jej w twarz.
— BIEGNIJ! — wrzasnął Alojzy.
Ruiny Abu Mena pochłonęły ich natychmiast.
Wpadli pomiędzy popękane arkady starożytnej bazyliki, gdzie piasek mieszał się z czarnym bazaltem i resztkami marmurowych posadzek. Wszystko wyglądało jak martwe miasto pogrzebane przez czas i pustynię.
A jednak nadal żyło.
Echem.
Wiatrem.
I strzałami.
Adler wbiegł do ruin kilka sekund za nimi.
— MLENT!
Jego głos odbił się od kolumn jak głos szaleńca wołającego w grobowcu.
Kolejne strzały przecięły powietrze.
Alojzy chwycił Claire za rękę i pociągnął ją pomiędzy przewróconymi filarami. Kamienie ślizgały się pod nogami, a piasek utrudniał każdy ruch.
Byli wyczerpani.
Za bardzo.
Ale adrenalina nadal utrzymywała ich przy życiu.
Claire obejrzała się przez ramię.
Dwóch esesmanów przeskakiwało właśnie przez zawalony fragment ściany kilka metrów za nimi.
— Są blisko!
Alojzy dostrzegł wąskie przejście pomiędzy ruinami dawnych zabudowań pielgrzymich.
— Tędy!
Wpadli do środka w ostatniej chwili.
Kule uderzyły w kamień za ich plecami.
Przejście prowadziło w dół.
Do podziemi.
Temperatura zmieniła się natychmiast.
Chłód starożytnych murów uderzył ich po rozpalonej pustyni niemal boleśnie. Wąskie korytarze dawnych term i łaźni ciągnęły się pod ruinami niczym labirynt wykuty z bazaltu i wilgotnego kamienia.
Woda dawno zniknęła.
Został tylko cień dawnego życia.
I echo kroków.
Claire oddychała ciężko.
— Alojzy… dokąd my właściwie biegniemy?!
Nie odpowiedział od razu.
Bo sam już nie wiedział.
Korytarze rozgałęziały się co chwilę. Schody prowadziły w dół i znowu w górę. Stare mozaiki przebijały spod piasku niczym kości pogrzebanego miasta.
A za nimi…
coraz bliżej rozlegały się kroki Adlera.
Kilka poziomów wyżej Vogt zatrzymał się przy jednej z kolumn.
Oddychał ciężko.
Nie z wysiłku.
Z czegoś innego.
Ruiny Abu Mena działały na niego dziwnie.
Wszystko tutaj wydawało się starsze niż wojna. Starsze niż Rzesza. Starsze niż obsesja Adlera.
Spojrzał na symbole wyryte na kamieniu.
I zrozumiał, że to miejsce naprawdę było przygotowane.
Nie jako świątynia.
Jako skrytka.
Adler jednak nie zwracał uwagi na nic poza pościgiem.
Przeskoczył przez zawalony fragment muru i oddał kolejny strzał w ciemność korytarza.
— NIE UCIEKNIESZ MI!
Echo jego wrzasku rozniosło się po ruinach jak głos demona.
Vogt poczuł nagły niepokój.
Bo coraz bardziej miał wrażenie, że Abu Mena nie jest miejscem, do którego ludzie powinni byli wracać.
Alojzy i Claire wbiegli do ogromnej podziemnej sali.
Dawna łaźnia pielgrzymów.
Wysokie sklepienie częściowo zawaliło się wieki temu, przez co do środka wpadały smugi pustynnego światła przecinające pył unoszący się w powietrzu.
Pośrodku stały potężne, popękane kolumny.
Idealne schronienie.
Alojzy przyciągnął Claire za jedną z nich dokładnie w chwili, gdy Adler wbiegł do sali z drugiej strony.
Strzał.
Kula przecięła przestrzeń tak blisko, że Claire poczuła powiew powietrza przy twarzy.
Adler nie zatrzymywał się ani na sekundę.
Był zakrwawiony. Brudny. Półobłąkany.
Ale nadal śmiertelnie skuteczny.
— Oddaj mi księgę! — wrzasnął.
Alojzy nie odpowiedział.
Spojrzał tylko na Claire.
Potem na ciemne przejście po drugiej stronie sali.
Może prowadziło głębiej. Może donikąd.
Nie mieli wyboru.
Kolejne kule roztrzaskały kamień wokół nich.
Alojzy złapał Claire i oboje rzucili się biegiem pomiędzy kolumnami starożytnej łaźni, podczas gdy echo strzałów i kroków odbijało się od ruin Abu Mena niczym od wnętrza gigantycznego grobowca.
ROZDZIAŁ 299
Echo strzałów rozdzierało wnętrze Wielkiej Bazyliki.
Alojzy i Claire wbiegli pomiędzy potężne kolumny dawnej świątyni, których szczyty ginęły gdzieś wysoko w półmroku zasypanym pyłem. Resztki mozaik lśniły pod stopami niczym fragmenty martwego świata.
Za nimi rozlegały się kroki.
Coraz bliżej.
Adler był już niemal przy nich.
— MLENT!
Kolejna kula uderzyła w kamień obok głowy Alojzego.
Odłamek rozciął mu skroń.
Claire prawie się potknęła ze zmęczenia.
— Nie dam rady…
Alojzy objął ją ramieniem i praktycznie ciągnął dalej przez ruiny.
Bazylika kończyła się ogromnym, częściowo zawalonym dziedzińcem otwartym na pustynię.
I właśnie tam wszystko się zmieniło.
Najpierw pojawił się wiatr.
Silniejszy niż wcześniej.
Potem światło zaczęło gasnąć.
Nie jak przy zachodzie słońca.
Jak podczas zaćmienia.
Claire spojrzała w górę.
Nad ruinami Abu Mena rosła gigantyczna ściana czerwonego pyłu.
Prawdziwy Chamsin.
Nie zwykła pustynna burza.
Gniew całej pustyni.
Adler również zatrzymał się na sekundę.
W jego oczach po raz pierwszy od dawna pojawiło się coś innego niż obsesja.
Niepokój.
A potem burza uderzyła.
Świat zniknął.
Czerwony pył wdarł się wszędzie jednocześnie — do oczu, płuc, ust, ruin bazyliki. Wiatr zawył pomiędzy kolumnami z siłą przypominającą ryk setek zwierząt.
Widoczność spadła praktycznie do zera.
Claire krzyknęła, ale dźwięk natychmiast pochłonął huragan piasku.
Alojzy nie widział już nawet własnych dłoni.
Tylko cień ruin wokół.
I właśnie wtedy dostrzegł coś jeszcze.
Ciemny otwór przy ziemi. Na wpół zasypany piaskiem.
Krypta.
Starożytne wejście prowadzące pod bazylikę.
Bez zastanowienia pociągnął Claire w tamtą stronę.
Za nimi rozległy się chaotyczne wrzaski Niemców.
— Herr Standartenführer! Nic nie widać!
— Rozdzielić się!
— Nie zgubcie—
Krzyk urwał się nagle gdzieś w ryku burzy.
Alojzy praktycznie wrzucił Claire do wnętrza krypty i sam wskoczył za nią sekundę później.
W tej samej chwili wiatr zasypał wejście kolejną falą piasku.
Ciemność pochłonęła wszystko.
Przez kilka minut słyszeli tylko burzę.
Prawdziwe piekło.
Wiatr dudnił nad kryptą jak eksplozje artylerii, a piasek przesypywał się przez szczeliny w kamieniu niczym deszcz.
Claire kaszlała rozpaczliwie.
Alojzy próbował oddychać spokojniej, ale pył nadal palił płuca.
W końcu dźwięki z zewnątrz zaczęły oddalać się powoli.
Albo oni tracili już słuch.
Nie wiedzieli.
Claire wtuliła twarz w jego ramię.
Drżała.
— Oni nas znajdą…
Alojzy spojrzał w stronę zasypanego wejścia.
Nie widział nic.
Absolutnie nic.
Tylko ciemność.
— Nie teraz.
Na powierzchni sytuacja zamieniła się w chaos.
Żołnierze SS błądzili pomiędzy ruinami niemal po omacku. Pojazdy częściowo zasypywał piasek, a silniki dławiły się pyłem.
Vogt osłaniał twarz płaszczem i próbował odnaleźć Adlera pośród czerwonej zawiei.
W końcu dostrzegł go.
Stał samotnie pomiędzy kolumnami bazyliki.
Nieruchomy.
Jak człowiek odmawiający uznania, że natura właśnie odebrała mu zdobycz.
— Karl-Heinz! — krzyknął Vogt, ledwo słyszalny w ryku wiatru. — Musimy wracać do pojazdów!
Adler nie ruszył się.
Patrzył w pustkę burzy.
Jakby nadal próbował zobaczyć Mlenta pośród pyłu.
Vogt podszedł bliżej i złapał go brutalnie za ramię.
— Jeśli zostaniemy tutaj, wszyscy zginiemy!
Przez chwilę Adler wyglądał, jakby chciał go uderzyć.
Ale w końcu odwrócił się powoli.
Burza zmusiła nawet jego do odwrotu.
Żołnierze zaczęli wycofywać się ku pojazdom, podczas gdy Abu Mena znikało pod coraz grubszą warstwą czerwonego piasku.
Głęboko pod ruinami Alojzy i Claire siedzieli skuleni w starożytnej krypcie.
Uwięzieni.
Sami.
A nad nimi pustynia ryczała tak, jakby próbowała pogrzebać całe miasto raz jeszcze.
PASJA W CIENIU RUIN
Burza nadal szalała nad Abu Mena.
Nawet głęboko pod ziemią słyszeli jej gniew — niski, nieustanny pomruk piasku uderzającego o kamień. Czasami całe sklepienie krypty drżało lekko, jakby pustynia próbowała zasypać ich żywcem.
A jednak tutaj panował spokój.
Dziwny. Niemal święty.
Wąska krypta była chłodna i ciasna. Starożytne ściany pokrywały wyblakłe inskrypcje i resztki koptyjskich symboli, częściowo ukrytych pod wiekami pyłu.
Claire siedziała oparta o kamień, owinięta płaszczem.
Obserwowała Alojzego.
Od kilku minut zachowywał się inaczej.
Spokojniej.
Jakby pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę znalazł się w miejscu, które rozumiał.
Klęczał przy ścianie krypty i ostrożnie przecierał dłonią warstwę piasku z jednej z inskrypcji.
Delikatnie. Prawie z czułością.
Claire patrzyła na niego w milczeniu.
Ten sam człowiek, który walczył z lwem w Koloseum, uciekał przez pół Europy i prowadził ich przez pustynię…
teraz wyglądał jak student w muzeum.
Alojzy odsunął trochę pyłu.
Pod spodem pojawiły się greckie litery.
Uśmiechnął się lekko.
Pierwszy prawdziwy uśmiech od bardzo dawna.
— Co tam jest? — zapytała cicho Claire.
Nie odwrócił się od razu.
— Fragment modlitwy pielgrzymów. Prawdopodobnie IV albo V wiek.
Przesunął dłonią po kolejnym symbolu.
— Niesamowite…
Claire zmrużyła lekko oczy.
— Nigdy wcześniej tak o czymś nie mówiłeś.
Alojzy usiadł w końcu obok niej.
Przez chwilę słuchali tylko burzy.
Potem odezwał się cicho:
— Bo dawno o tym nie myślałem.
Claire patrzyła na niego uważnie.
Na zakrwawioną twarz. Zmęczone oczy. Dłonie brudne od piasku i starego kamienia.
— Kim byłeś przed tym wszystkim?
Alojzy długo milczał.
Jakby sam próbował sobie przypomnieć.
— Chciałem zostać archeologiem.
Claire uniosła brwi lekko.
— Naprawdę?
Skinął głową.
— Historia była jedyną rzeczą, która miała dla mnie sens. Ruiny. Stare języki. Cywilizacje. Ludzie zostawiają po sobie ślady… i próbują wierzyć, że dzięki temu nie umrą naprawdę.
Spojrzał na ściany krypty.
— Kiedy pierwszy raz zobaczyłem wzmianki o Codexie… nie traktowałem tego jak broni. Ani polityki.
Uśmiechnął się gorzko.
— Dla mnie to była największa zagadka, jaką można znaleźć.
Claire słuchała w absolutnej ciszy.
Alojzy mówił dalej, coraz spokojniej.
— Wyobraź sobie tekst tak stary i niebezpieczny, że przez stulecia ukrywały go imperia, Kościół i całe państwa. Coś, czego nikt nie potrafił w pełni zrozumieć. Coś, co przewijało się przez historię jak cień.
Spojrzał na nią.
— Jak miałem tego nie szukać?
Claire zauważyła wtedy coś dziwnego.
Kiedy mówił o Codexie… przestawał być zmęczonym uciekinierem.
W jego oczach pojawiało się życie.
Pasja.
Ta sama, która prawdopodobnie doprowadziła go aż tutaj, na koniec świata.
— I nadal chcesz go znaleźć? — zapytała cicho. — Po wszystkim?
Alojzy spojrzał na torbę z ukrytym Codexem.
Potem na starożytne inskrypcje wokół.
Burza dudniła nad nimi niczym odległe bombardowanie.
— Już nawet nie wiem, czy chcę. Ale wiem, że muszę dowiedzieć się prawdy.
Claire przyglądała mu się długo.
I pierwszy raz od początku tej podróży zobaczyła go naprawdę.
Nie jako człowieka, który po prostu ucieka.
Ale jako kogoś, kto całe życie próbował odnaleźć odpowiedź większą od siebie.
Przysunęła się bliżej niego powoli.
— Wiesz… kiedy pierwszy raz cię spotkałam, myślałam, że jesteś tylko przerażonym bibliotekarzem.
Alojzy parsknął cicho śmiechem.
— A teraz?
Claire spojrzała na niego z czymś pomiędzy czułością a smutkiem.
— Teraz myślę, że jesteś człowiekiem, który nigdy nie potrafił przestać szukać.
Na chwilę zapadła cisza.
Tylko wiatr i piasek dudniły gdzieś nad ruinami Abu Mena.
A w ciasnej, starożytnej krypcie dwoje ludzi siedziało pośród historii starszej niż wojna, podczas gdy świat na powierzchni próbował ich zabić.
ROZDZIAŁ 300
Burza umarła powoli.
Jak bestia, która wyczerpała już cały gniew.
Najpierw ucichł wiatr. Potem opadł pył. Aż w końcu nad Abu Mena zapadła cisza tak głęboka, że wydawała się nierealna.
Alojzy pierwszy odsunął część piasku blokującego wejście do krypty.
Chłodne, nocne powietrze wpłynęło do środka.
Claire wyszła zaraz za nim.
I zatrzymała się natychmiast.
Niebo nad pustynią było absolutnie czyste.
Miliony gwiazd rozciągały się nad ruinami Abu Mena niczym świetlista kopuła zawieszona nad końcem świata. Nie było tutaj świateł miast ani dymu wojny.
Tylko pustynia. Kamień. I kosmos.
Claire spojrzała w górę z zachwytem.
— Nigdy czegoś takiego nie widziałam…
Alojzy milczał chwilę.
Ruiny wokół nich wyglądały teraz inaczej niż za dnia.
Mniej jak martwe miasto.
Bardziej jak świątynia zapomniana przez czas.
Piasek pokrywał schody i krużganki cienką warstwą czerwieni po burzy. Kolumny rzucały długie, czarne cienie w świetle księżyca.
Gdzieś daleko w ruinach coś metalicznie stuknęło.
Claire momentalnie zesztywniała.
— Niemcy?
Alojzy nasłuchiwał chwilę.
Cisza.
— Może wiatr. Może oni.
Spojrzał na nią poważnie.
— Ale rano wrócą. Na pewno.
Claire skinęła głową.
Nie musieli tego mówić.
Mieli jedną noc.
Jedną.
Alojzy wyjął małą latarkę z torby.
Słabe światło przecięło ciemność ruin.
— Szukamy wszystkiego, co nie pasuje do reszty. Pius XII nie podałby nam miejsca wprost.
Ruszyli pomiędzy ruinami.
Powoli. Ostrożnie.
Kroki odbijały się cicho od kamienia. Abu Mena przypominało gigantyczny labirynt — zawalone krużganki, częściowo zasypane dziedzińce, portyki pochłonięte przez pustynię.
Claire coraz częściej zerkała na notatki z Codexu.
Symbole zaczynały powtarzać się w dziwny sposób.
Gwiazdy. Krzyże. Koła.
Jakby cała architektura miejsca była częścią większej układanki.
Alojzy zatrzymał się przy jednej z kolumn.
Przesunął światłem latarki po wyblakłych inskrypcjach.
— Grecki… koptyjski… i coś jeszcze.
Claire obeszła częściowo zasypany portyk kilka metrów dalej.
Piasek sięgał tam prawie do pasa.
I właśnie wtedy coś zauważyła.
— Alojzy.
Ton jej głosu sprawił, że natychmiast podszedł bliżej.
Claire uklękła przy kamieniu wystającym spod piasku.
Przetarła go dłonią powoli.
Pod warstwą pyłu pojawił się symbol.
Nie zwykły krzyż.
Chrystogram.
Ale dziwny.
Połączony z okręgiem i liniami przypominającymi współrzędne lub mapę gwiazd.
Alojzy momentalnie pobladł.
— To jest z Codexu…
Claire spojrzała na niego szybko.
— Ten sam symbol był przy „Domu Pielgrzyma”.
Alojzy przesunął światło niżej.
Tam, gdzie piasek osunął się po burzy.
I wtedy zobaczyli szczelinę.
Wąskie, niemal całkowicie zasypane wejście prowadzące pod ziemię.
Ukryte tak dobrze, że za dnia prawdopodobnie przeszliby obok niego dziesięć razy.
Claire wyszeptała:
— Boże…
Alojzy uklęknął przy wejściu.
Z wnętrza bił chłód.
Stary. Głęboki. Nienaturalny pośród pustyni.
Jak oddech miejsca zamkniętego od setek lat.
Spojrzeli na siebie w milczeniu.
Oboje wiedzieli.
To tutaj.
Gdzieś pod ruinami Abu Mena znajdowało się coś, czego przez stulecia bali się papieże, imperia i całe państwa.
A nad nimi gwiazdy świeciły nad pustynią tak spokojnie, jakby świat wcale nie stał właśnie na krawędzi odkrycia największej tajemnicy swojej historii.
ROZDZIAŁ 301
Wejście było niemal całkowicie zasypane.
Tylko wąska szczelina pomiędzy kamieniami i piaskiem pozwalała zajrzeć w dół. Latarka Alojzego oświetlała fragment schodów prowadzących pod ziemię — schodów starszych niż większość państw Europy.
Claire oddychała szybciej.
— To naprawdę tutaj…
Alojzy uklęknął przy otworze.
Dotknął kamienia dłonią.
Chłodny.
Suchy.
Nieruszany od stuleci.
Pod warstwą piasku widniały wyryte symbole podobne do tych z Codexu — chrystogramy, greckie litery, dziwne geometryczne układy przypominające mapy nieba.
Biblioteka mnichów.
Ukryta pod Abu Mena.
Miejsce, którego Kościół nie chciał odnaleźć ponownie.
Claire spojrzała na niego z ekscytacją zmieszaną ze strachem.
— Alojzy… my naprawdę to znaleźliśmy.
Przez moment wyglądał niemal szczęśliwie.
Jak człowiek, który przez całe życie szukał jednego miejsca… i nagle stanął dokładnie przed nim.
Ale potem spojrzał na zasypane wejście.
I rzeczywistość wróciła natychmiast.
Potrzebowali dostać się do środka.
A wejście było pogrzebane pod tonami piasku i gruzu.
Zaczęli kopać.
Najpierw rękami.
Potem wszystkim, co znaleźli wokół.
Claire używała odłamanego fragmentu starożytnego naczynia jak łopaty, odgarniając ciężki piasek ze schodów. Alojzy próbował odsuwać większe kamienie i fragmenty zawalonego sklepienia.
Przez pierwsze minuty adrenalina jeszcze pomagała.
Potem przyszło zmęczenie.
Prawdziwe.
Brutalne.
Piasek osypywał się z powrotem niemal natychmiast po każdym ruchu.
Kamienie były zbyt ciężkie. Schody zbyt głęboko zasypane.
Claire oddychała coraz ciężej.
Ręce zaczęły jej drżeć od wysiłku.
— To nie ma końca…
Alojzy nie odpowiedział.
Pchał kolejny kamień z zaciśniętymi zębami, aż nagle syknął z bólu.
Rana na boku otworzyła się znowu.
Koszula momentalnie zaczęła nasiąkać krwią.
Claire odwróciła się natychmiast.
— Alojzy!
— Nic mi nie jest.
Kłamał.
Oddychał coraz płycej.
Pot mieszał się z pyłem pustyni i krwią spływającą po skórze.
Ale nie przestawał.
Bo schody były coraz bardziej widoczne.
A wraz z nimi…
coś jeszcze.
Drewniane drzwi.
Stare. Pęknięte. Pokryte piaskiem i symbolami.
Claire spojrzała na nie z niedowierzaniem.
— Boże…
Alojzy uklęknął ciężko.
Przyłożył dłoń do drewna.
— Biblioteka…
Przez sekundę oboje tylko patrzyli.
Na miejsce, które przetrwało setki lat pod pustynią.
Na drzwi, których nikt nie otwierał od czasów imperiów.
I wtedy usłyszeli silnik.
Daleko.
Ale wyraźnie.
Claire zesztywniała.
Potem drugi.
I trzeci.
Nazistowskie łaziki budziły się do życia gdzieś pośród ruin Abu Mena.
Świt zbliżał się szybko.
Niebo nad pustynią zaczynało jaśnieć bladym błękitem.
Alojzy spojrzał ku horyzontowi.
— Oni wracają.
Claire zacisnęła dłonie na kawałku ceramiki tak mocno, że aż pobielały jej palce.
— Nie zdążymy…
Alojzy milczał chwilę.
Potem spojrzał na drzwi biblioteki.
Na zasypane wejście.
Na piasek, który nadal osypywał się z góry z każdym ich ruchem.
Cała ich podróż. Cała Europa. Morze. Krew.
I teraz przegrywali z pustynią.
Zaczął odgarniać piasek jeszcze szybciej.
Desperacko.
Jak człowiek próbujący wykopać własne przeznaczenie gołymi rękami.
Silniki nazistowskich pojazdów ryczały coraz bliżej.
ROZDZIAŁ 302
Silniki były coraz bliżej.
Ryk nazistowskich łazików odbijał się od ruin Abu Mena niczym odgłos nadciągającej burzy. Świt zaczynał rozjaśniać pustynię chłodnym, bladym światłem, a piasek osypywał się na schody szybciej, niż Alojzy i Claire byli w stanie go odgarniać.
Claire była już na granicy sił.
Dłonie miała poranione do krwi od kamieni i ceramiki.
Alojzy wyglądał jeszcze gorzej.
Pot spływał mu po twarzy zmieszany z pyłem i krwią z otwierających się ran.
Ale nie przestawał.
Nie mógł.
Schody były już niemal odsłonięte całkowicie.
I właśnie wtedy zauważył coś dziwnego.
Jedna z kamiennych płyt przy drzwiach biblioteki była pęknięta.
Minimalnie przesunięta.
Jakby pod nią znajdowała się pustka.
Alojzy przyłożył dłonie do kamienia.
Napierał.
Nic.
Jeszcze raz.
Płyta drgnęła ledwo zauważalnie.
Claire spojrzała na niego natychmiast.
— Alojzy…
— Pomóż mi.
Razem zaparli się ramionami o popękany blok.
Kamień jęknął głucho.
Piasek osunął się gwałtownie wokół nich.
Silniki Niemców zabrzmiały już bardzo blisko.
Jeszcze chwila.
Jeszcze kilka minut.
Alojzy zacisnął zęby tak mocno, że aż poczuł smak krwi.
I wtedy płyta puściła.
Zapadła się nagle pod ich ciężarem.
Claire krzyknęła.
Oboje runęli w dół w chmurze piasku i pyłu.
Upadek był krótki.
Twardy.
A potem…
cisza.
Absolutna.
Alojzy otworzył oczy powoli.
Powietrze było inne.
Suche. Ciężkie. Stare.
Tak stare, że wydawało się nienaruszone od stuleci.
Claire leżała obok niego pośród pyłu.
Kasznęła kilka razy.
— Żyjemy…?
Alojzy uniósł latarkę drżącą dłonią.
Światło przecięło ciemność.
I oboje zamarli.
Znajdowali się w małej, zapomnianej krypcie ukrytej pod biblioteką Abu Mena.
Kamienne ściany pokrywały wyblakłe symbole i resztki fresków przedstawiających pielgrzymów oraz świętych. W powietrzu unosił się zapach starego pergaminu, kurzu i czegoś jeszcze.
Historii.
Pośrodku pomieszczenia stała skrzynia.
Ołowiana.
Nienaruszona.
Claire wyszeptała niemal bezgłośnie:
— Boże…
Alojzy podszedł do niej powoli.
Jak człowiek bojący się, że wszystko zniknie, jeśli dotknie tego zbyt gwałtownie.
Na wieku widniał symbol identyczny jak w Codexie.
Chrystogram. Gwiazda. Krąg.
Drżącymi palcami odsunął ciężkie zamknięcie.
Metal jęknął głucho po setkach lat milczenia.
Wieko otworzyło się powoli.
W środku znajdowało się tylko jedno naczynie.
Proste. Kamienne.
A w nim…
pergamin.
Claire natychmiast skierowała światło latarki bliżej.
Pergamin był stary tak bardzo, że wyglądał niemal jak wysuszona skóra. Litery zapisano ciemnym atramentem po łacinie.
Alojzy patrzył na tekst z niedowierzaniem.
Potem bardzo ostrożnie rozwinął fragment dokumentu.
I nagle przestał oddychać.
— Co? Co tam jest? — wyszeptała Claire.
Alojzy przełknął ślinę.
— To… to list.
Spojrzał niżej.
Na podpis.
I wtedy naprawdę zadrżały mu dłonie.
— Papież Leon I…
Claire poczuła gęsią skórkę.
Leon Wielki.
V wiek.
Czasy upadku Rzymu.
Alojzy zaczął tłumaczyć powoli, głosem cichym i pełnym niedowierzania:
— „…nakazuję, by najświętsza relikwia została potajemnie wywieziona poza granice Cesarstwa…” — „…tam, gdzie ręka cesarzy nie sięgnie…” — „…do Krainy Synów Ezawa…”
Claire zmarszczyła brwi.
— Ezaw… Edom?
Alojzy skinął głową powoli.
— Bliski Wschód. Pustynne ziemie na południowym wschodzie.
Czytał dalej.
Coraz ciszej.
Coraz bardziej przerażony.
— „…ukryć ją należy w skale, która płonie czerwienią o wschodzie słońca…”
Zapadła cisza.
Tylko oddechy. Kurz. I pustynia dudniąca gdzieś daleko nad nimi.
Claire spojrzała na niego powoli.
— Czerwona skała…
Alojzy uniósł wzrok.
I oboje pomyśleli dokładnie o tym samym miejscu.
Petra.
A gdzieś wysoko ponad kryptą silniki niemieckich pojazdów zatrzymały się pośród ruin Abu Mena.
ROZDZIAŁ 303
Przez kilka sekund w krypcie panowała absolutna cisza.
Alojzy nadal trzymał pergamin w drżących dłoniach.
Petra.
Czerwona skała. Kraina Synów Ezawa.
Odpowiedź była tak blisko, że niemal mogli ją poczuć.
Claire spojrzała na niego z mieszaniną zachwytu i niedowierzania.
— Alojzy… my naprawdę—
Światło przecięło ciemność nagle.
Ostre. Białe. Oślepiające.
Snop wojskowej latarki wpadł do krypty przez otwór, którym przed chwilą się tu dostali.
Claire momentalnie zasłoniła oczy.
Alojzy odwrócił się gwałtownie ku górze.
I wtedy usłyszeli głos.
Chłodny. Spokojny. Przesiąknięty ironią.
— Piękne znalezisko, Mlent.
Adler.
Stał nad nimi w otworze krypty niczym cień samej wojny.
Zakurzony płaszcz wisiał rozpięty na ramionach, twarz miał pokrytą piaskiem i zaschniętą krwią, ale broń w jego dłoni była nieruchoma i pewna.
Za nim stał Vogt.
Blady. Zmęczony.
I całkowicie zahipnotyzowany tym, co znajdowało się pod nimi.
Światło latarki przesunęło się po ścianach krypty, po ołowianej skrzyni… aż zatrzymało się na pergaminie w rękach Alojzego.
Vogt niemal wyszeptał:
— Leon I… Mój Boże…
Claire odruchowo wyrwała pergamin z dłoni Alojzego i schowała go pod ubranie.
Adler zauważył to natychmiast.
Uśmiechnął się blado.
— Rozsądnie. Ale chwilowo bez znaczenia.
Krypta momentalnie wydała się mniejsza.
Niższa. Dusząca.
Alojzy rozejrzał się błyskawicznie.
Nie było drugiego wyjścia.
Tylko kamienne ściany. Starożytne freski. I otwór nad nimi.
Pułapka.
Adler zeskoczył do środka bez chwili wahania.
Ciężkie buty uderzyły o kamień głuchym echem.
Pistolet nadal mierzył prosto w Alojzego.
Vogt został na górze jeszcze moment, jakby bał się wejść głębiej do miejsca, które przez stulecia pozostawało zamknięte.
W końcu jednak również zszedł powoli do krypty.
Światło latarki drżało lekko w jego dłoni.
Nie ze strachu.
Z obsesji.
Adler spojrzał wokół.
Na inskrypcje. Na skrzynię. Na pergamin ukryty przez Claire.
Potem na Alojzego.
— Wiesz, co jest najbardziej irytujące?
Jego głos był niemal spokojny.
Alojzy milczał.
Adler zrobił krok bliżej.
— Że naprawdę zacząłem cię szanować.
Claire poczuła chłód przebiegający po plecach.
Adler wyglądał gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.
Jak człowiek podtrzymywany przy życiu wyłącznie przez nienawiść.
Vogt uklęknął przy ołowianej skrzyni niemal z nabożeństwem.
Przesunął dłonią po symbolach.
— To wszystko było prawdziwe… Boże…
Alojzy patrzył tylko na Adlera.
— Nawet jeśli nas zabijesz… i tak już przegrałeś.
Te słowa zawisły w powietrzu ciężko.
Adler uniósł lekko brwi.
— Naprawdę?
Alojzy spojrzał mu prosto w oczy.
— Rzesza umiera. Berlin płonie. A ty gonisz dwóch ludzi przez pustynię jak obłąkany.
Przez moment wydawało się, że Adler natychmiast strzeli.
Ale zamiast tego…
roześmiał się cicho.
Zmęczonym, pustym śmiechem człowieka, który dawno przestał odróżniać zwycięstwo od porażki.
— Nie rozumiesz, Mlent. Ja już nie walczę o Rzeszę.
Claire ścisnęła ukryty pergamin pod ubraniem.
Serce waliło jej tak mocno, że była pewna, iż wszyscy to słyszą.
Krypta wydawała się coraz ciaśniejsza.
Powietrze cięższe.
A nad nimi pustynny wiatr przesypywał piasek przez ruiny Abu Mena, jakby samo miejsce wiedziało, że za chwilę wydarzy się coś nieodwracalnego.
ROZDZIAŁ 304
Wyciągnęli ich brutalnie na powierzchnię.
Świt nad Abu Mena był zimny i blady. Piasek po burzy pokrywał ruiny cienką warstwą czerwonego pyłu, a pierwsze promienie słońca przeciskały się pomiędzy kolumnami Wielkiej Bazyliki.
Dwóch esesmanów rzuciło Alojzego na kamienne schody przy wejściu do krypty.
Claire upadła obok niego ciężko, próbując osłonić ręką ukryty pod ubraniem pergamin.
Adler wyszedł na powierzchnię ostatni.
Powoli.
Jak człowiek, który właśnie dotarł do końca wieloletniego polowania.
Nie było już w nim triumfu.
Tylko napięcie.
Niebezpieczne. Prawie chore.
Vogt natomiast wyglądał jak opętany.
Niemal wyrwał Codex z rąk Alojzego jeszcze przy wyjściu z krypty i teraz gorączkowo przeglądał strony, zestawiając symbole z notatkami znalezionymi pod biblioteką.
Mruczał coś do siebie po niemiecku.
Nazwy. Daty. Fragmenty łaciny.
Jak człowiek stojący nad krawędzią odkrycia większego niż własny rozum.
Adler podszedł do Alojzego bliżej.
Pistolet nadal trzymał w dłoni.
Ale nie podniósł go.
Jeszcze nie.
— Petra — powiedział spokojnie. — Kraina Synów Ezawa. Czerwona skała.
Spojrzał na niego chłodno.
— Więc tam prowadził cały ten teatr.
Alojzy milczał.
Adler uklęknął przed nim.
Bardzo blisko.
— Wiesz, co jest zabawne? Gdybyś od początku powiedział prawdę… może uniknęlibyśmy połowy tego piekła.
Alojzy uniósł wzrok powoli.
Zmęczony. Zakrwawiony. Ale nadal nieugięty.
— Nie. Wtedy byłbyś tam już dawno.
Na twarzy Adlera pojawił się cień uśmiechu.
Nieprzyjemnego.
— Nadal próbujesz być bohaterem.
— A ty nadal próbujesz być bogiem.
Przez sekundę zapadła absolutna cisza.
Esesmani spojrzeli po sobie nerwowo.
Nawet Vogt oderwał wzrok od Codexu.
Adler powoli wstał.
— Nie. Bóg przynajmniej wierzy, że działa dla dobra świata.
Te słowa zabrzmiały gorzej niż groźba.
Claire poczuła lodowaty strach.
Bo Adler mówił teraz jak człowiek, który naprawdę już niczego się nie boi.
Vogt nagle zesztywniał nad jedną ze stron Codexu.
— Karl-Heinz…
Adler odwrócił głowę niecierpliwie.
Vogt pokazał mu symbol.
— To nie jest mapa. To ciąg wskazówek pielgrzymich. Petra to tylko kolejny etap.
Alojzy momentalnie poczuł zimno w żołądku.
Vogt mówił dalej coraz szybciej:
— Abu Mena miało być zabezpieczeniem. Miejscem przechowania wiedzy. Ale sama relikwia…
Urwał nagle.
Spojrzał na Claire.
Dokładnie na miejsce, gdzie ukrywała pergamin Leona I.
Adler zauważył to natychmiast.
Jego oczy zwęziły się lekko.
— Co ona chowa?
Claire instynktownie cofnęła się o krok.
Esesmani odbezpieczyli broń.
Alojzy odezwał się natychmiast:
— Nawet jeśli dostaniesz list… i tak niczego nie zrozumiesz.
Adler spojrzał na niego z chłodnym zainteresowaniem.
— Naprawdę?
Alojzy podniósł się powoli mimo bólu.
— Myślisz, że jesteś pierwszy? Rzymianie szukali tego. Bizancjum szukało. Kościół ukrywał to przez półtora tysiąca lat.
Spojrzał na ruiny Abu Mena.
Na pustynię.
Na świt rozlewający się nad starożytnym miastem.
— To miejsce nie zostało stworzone po to, by ktoś wygrał. Tylko po to, żeby nikt nigdy nie dotarł dalej.
Vogt słuchał go z fascynacją.
Adler natomiast patrzył już tylko na Claire.
I na pergamin.
Alojzy wiedział jedno.
Jeśli oddadzą wszystko teraz…
zginą natychmiast.
Dlatego musiał kupić czas.
Jeszcze trochę.
Jeszcze kilka minut życia pośród ruin Abu Mena.
ROZDZIAŁ 305
Świt nad Abu Mena był krwawy.
Czerwone światło wschodzącego słońca rozlewało się po ruinach i pustyni niczym świeża rana. Piasek po nocnej burzy nadal unosił się lekko w powietrzu, a starożytne kolumny bazyliki rzucały długie, poszarpane cienie.
Alojzy i Claire siedzieli pod strażą przy wejściu do krypty.
Dwóch esesmanów trzymało broń wymierzoną prosto w ich piersi.
Vogt praktycznie nie odrywał wzroku od pergaminu Leona I i Codexu rozłożonych na kamiennym bloku.
Był blady.
Podekscytowany.
Niemal drżący.
— To niemożliwe… — mruczał pod nosem. — Wszystko się zgadza… Edom… Petra… czerwona skała…
Adler stał kilka metrów dalej.
Nieruchomy.
Patrzył na Alojzego.
Nie na pergaminy. Nie na symbole.
Tylko na niego.
I właśnie to przerażało najbardziej.
Vogt nagle podniósł głowę.
— Karl-Heinz. Musimy ruszać natychmiast.
Adler nawet się nie poruszył.
— Nie.
Vogt spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Co?
— Powiedziałem nie.
Głos Adlera był spokojny.
Za spokojny.
Vogt podszedł bliżej gwałtownie.
— Czy ty w ogóle rozumiesz, co właśnie znaleźliśmy?! Abu Mena było tylko przystankiem! Prawdziwy trop prowadzi dalej!
Adler spojrzał na niego powoli.
— A ty nadal wierzysz we wszystko, co mówi Mlent.
— To nie Mlent! To Leon I! To dokument z V wieku!
Vogt niemal krzyczał teraz z emocji.
— Petra może być miejscem ukrycia właściwej relikwii! Jeśli ruszymy od razu—
— Nigdzie nie ruszamy.
Zapadła cisza.
Napięta. Niebezpieczna.
Vogt patrzył na Adlera coraz bardziej zszokowany.
— Ty już nawet nie słuchasz.
Adler zrobił krok bliżej.
— A ty już nie myślisz.
Słońce wychodziło coraz wyżej nad pustynią.
Esesmani zaczynali zerkać po sobie nerwowo.
Bo obaj oficerowie SS wyglądali teraz bardziej jak ludzie stojący po przeciwnych stronach wojny niż sojusznicy.
Vogt ścisnął pergamin tak mocno, że aż zadrżał papier.
— To nie jest kolejna mapa. To logiczny ciąg ukrywania relikwii! Egipt był tylko punktem przechowania!
Adler roześmiał się krótko.
Sucho. Pusto.
— Oczywiście. A potem pewnie następna pustynia. Kolejna legenda. Kolejna ucieczka.
Spojrzał nagle na Alojzego.
— On robi z tobą dokładnie to samo co ze mną.
Vogt zamilkł na moment.
I wtedy pierwszy raz naprawdę zobaczył coś w oczach Adlera.
Nie obsesję Codexu.
Zazdrość.
Nienawiść człowieka, który nie może znieść, że ktoś inny nadal kontroluje grę.
— Karl-Heinz… to już nie chodzi o Mlenta.
Adler odwrócił się gwałtownie.
— Właśnie że chodzi WYŁĄCZNIE o niego!
Wrzasnął to tak nagle, że nawet esesmani drgnęli.
Echo odbiło się od ruin Abu Mena.
Ptaki zerwały się gdzieś z ruin bazyliki.
Adler oddychał ciężko.
— Od miesięcy prowadzisz mnie przez piekło za człowiekiem, który ciągle ucieka! Rzym! Morze! Koloseum! Pustynia!
Spojrzał na Alojzego z czystą nienawiścią.
— To się kończy tutaj.
Powoli podniósł broń.
Claire poczuła lodowaty skurcz w żołądku.
Vogt zrobił krok między nimi.
— Nie! Jeśli go zabijesz, możemy stracić jedyną osobę, która rozumie Codex!
— Mam już dość tego przeklętego tekstu!
Adler praktycznie wypluł te słowa.
I właśnie wtedy wszystko zaczęło się rozpadać.
Esesmani odwrócili uwagę ku kłócącym się oficerom.
Jeden opuścił broń minimalnie. Drugi spojrzał na Vogta.
Tylko sekunda.
Ale wystarczyła.
Claire spojrzała na Alojzego.
Bardzo lekko.
Prawie niezauważalnie.
I dała mu znak oczami.
Teraz.
Ich ostatnia szansa.
ROZDZIAŁ 306
Świt nad Abu Mena miał kolor krwi i ognia.
Czerwone światło wschodzącego słońca rozlewało się po ruinach starożytnego miasta, odbijając się od popękanych kolumn, zasypanych krużganków i kamieni pamiętających jeszcze czasy późnego Cesarstwa. Pustynny wiatr unosił cienkie smugi piasku ponad ziemią, jakby sama pustynia oddychała niespokojnie przed nadchodzącą katastrofą.
A katastrofa wisiała w powietrzu.
Czuć ją było w spojrzeniu Adlera. W napięciu esesmanów. W drżących dłoniach Vogta zaciskających pergamin Leona I.
Wszystko stało na granicy wybuchu.
Adler powoli podnosił broń.
Jego twarz była nieruchoma, niemal martwa emocjonalnie, ale oczy płonęły czymś znacznie gorszym niż gniew.
Czystą, zwierzęcą potrzebą zakończenia tego pościgu.
Tutaj. Teraz. Wśród ruin na końcu świata.
Alojzy zobaczył moment zawahania strażnika dokładnie w chwili, gdy Vogt zrobił kolejny krok między nimi.
Jedna sekunda.
Nic więcej.
Ale po miesiącach ucieczki nauczył się żyć właśnie w takich sekundach.
Rzucił się pierwszy.
Całym ciężarem ciała uderzył w najbliższego esesmana, zanim tamten zdążył podnieść broń. Obaj runęli na kamienne schody przy wejściu do krypty, a karabin wystrzelił przypadkowo w niebo z ogłuszającym hukiem.
Wszystko eksplodowało chaosem.
— WAS ZUM — ?!
Drugi strażnik odwrócił się gwałtownie.
Claire już się poruszała.
Kilka metrów dalej, obok skrzyń z wyposażeniem i wojskowych lamp, stał metalowy kanister benzyny, którego Niemcy używali do zasilania generatora oraz prowizorycznego oświetlenia ruin podczas nocnych poszukiwań.
Jedna z lamp przewróciła się chwilę wcześniej podczas kłótni Adlera i Vogta.
Płomień nadal drgał na piasku.
Claire kopnęła kanister z całej siły.
Metal potoczył się po kamieniach i uderzył w płonącą lampę.
Przez krótką sekundę nic się nie wydarzyło.
Potem świat rozdarł wybuch.
Ogień buchnął gwałtownie pomiędzy ruinami Abu Mena niczym eksplozja piekła. Płomienie wspięły się po drewnianych skrzyniach, linach i brezentach rozstawionych przez Niemców, a czarny dym zaczął natychmiast zalewać dziedziniec bazyliki.
Esesmani krzyczeli coś po niemiecku.
Jeden został przewrócony falą uderzeniową. Drugi próbował ratować mapy i sprzęt radiowy.
Vogt osłonił twarz ramieniem, cofając się od płomieni.
A Adler…
Adler stał pośrodku tego chaosu nieruchomo przez ułamek sekundy.
Jakby naprawdę nie wierzył, że Mlent znowu wymyka mu się z rąk.
Potem wrzasnął:
— STRZELAĆ!
Seria kul przecięła dym.
Kamienie eksplodowały pyłem obok Claire, gdy rzuciła się ku pustynnym pojazdom.
Alojzy właśnie podnosił się z ziemi po brutalnej walce ze strażnikiem. Twarz miał zakrwawioną, dłonie obdarte do żywego, ale adrenalina tłumiła już każdy ból.
Zobaczył łazik.
Silnik nadal pracował.
Kluczyki były w środku.
— CLAIRE!
Pobiegli jednocześnie.
Za nimi Abu Mena zaczynało tonąć w czarnym dymie i ogniu. Płonące fragmenty brezentów unosiły się nad ruinami niczym spalone ptaki, a starożytne kolumny bazyliki ginęły powoli w gryzącym pyle i sadzy.
Claire wskoczyła do pojazdu pierwsza.
Alojzy praktycznie wpadł za kierownicę.
Kolejna kula rozbiła boczną szybę.
Adler wyszedł z dymu kilka metrów dalej.
Wyglądał jak demon wyłaniający się z samego środka pożaru — zakurzony płaszcz rozwiewał pustynny wiatr, twarz miał brudną od sadzy i krwi, a pistolet w jego dłoni błyszczał w świetle płomieni.
Strzelał dalej.
Metodycznie.
Bez paniki.
Jak człowiek próbujący zastrzelić własne przeznaczenie.
Alojzy wrzucił bieg.
Silnik zawył rozpaczliwie.
Łazik ruszył gwałtownie, rozrzucając piasek spod kół.
Claire odwróciła się jeszcze przez ramię.
W ostatniej chwili zobaczyła Vogta stojącego nieruchomo pośród dymu z pergaminem Leona I w dłoniach.
Nie gonił ich.
Patrzył tylko.
Jak człowiek, który właśnie zrozumiał, że historia wymyka mu się z rąk razem z nimi.
Łazik wystrzelił w pustynię.
Za nimi Abu Mena płonęło w świetle wschodzącego słońca, a Adler stał pośród ruin i strzelał za nimi jeszcze długo, nawet wtedy, gdy pojazd zniknął już w tumanach czerwonego egipskiego kurzu.
ROZDZIAŁ 307
Pustynia pochłonęła ich szybko.
Ruiny Abu Mena zniknęły za horyzontem już po kilkunastu minutach szalonej jazdy, ale Alojzy nadal co chwilę zerkał w lusterko, jakby spodziewał się zobaczyć za sobą sylwetkę Adlera wyłaniającą się z kurzu.
Silnik łazika wył przeciążony.
Słońce wspinało się coraz wyżej nad Egiptem i już przed południem zamieniło pustynię w piec. Powietrze falowało od gorąca, a rozgrzany piasek odbijał światło tak mocno, że oczy zaczynały boleć od samego patrzenia przed siebie.
Claire siedziała obok niego w milczeniu.
Zmęczenie wracało gwałtownie, kiedy adrenalina po ucieczce zaczynała opadać.
Dłonie nadal drżały jej lekko.
Na ubraniu miała ślady sadzy i piasku z Abu Mena.
Pergamin Leona I wciąż ukrywała pod koszulą.
Jak relikwię.
Jak wyrok.
Alojzy prowadził coraz wolniej.
W końcu łazik szarpnął gwałtownie.
Potem drugi raz.
I zgasł.
Zapadła cisza.
Tylko pustynia.
Alojzy przeklął cicho pod nosem.
Spróbował odpalić silnik jeszcze raz.
Nic.
Jeszcze raz.
Tylko suchy zgrzyt.
Claire spojrzała na niego bez słowa.
Oboje wiedzieli.
Paliwo.
Albo przegrzanie.
Może jedno i drugie.
Nie miało znaczenia.
Zostali sami pośrodku pustyni.
Słońce paliło bez litości.
Szli pieszo od godzin.
Piasek wciskał się do butów, ust i oczu, a każdy krok wydawał się cięższy od poprzedniego. Woda kończyła się szybciej, niż chcieli przyznać.
Claire coraz częściej milczała.
Alojzy również.
Na pustyni człowiek bardzo szybko uczył się oszczędzać słowa.
Horyzont drgał od gorąca.
Czasami wydawało im się, że widzą wodę.
Cień miasta. Palmy. Budynki.
Fatamorgany.
Nic więcej.
Dopiero pod wieczór zauważyli ruch.
Daleko.
Powolny.
Alojzy zmrużył oczy.
Nie pojazdy.
Ludzie.
I wielbłądy.
Karawana.
Beduini przyjęli ich z ostrożnością.
Kilku mężczyzn w jasnych szatach obserwowało ich długo, zanim pozwolili podejść bliżej ogniska rozbitego pomiędzy skałami.
Claire ledwo trzymała się na nogach.
Alojzy próbował jeszcze zachować czujność, ale pustynia zdążyła już odebrać mu resztki sił.
Starszy Beduin podał im wodę bez słowa.
Nigdy wcześniej zwykła woda nie smakowała tak bardzo jak życie.
Noc na pustyni była lodowata.
Siedzieli przy ogniu owinięci grubymi kocami, podczas gdy wielbłądy odpoczywały spokojnie kilka metrów dalej.
Niebo znowu było pełne gwiazd.
Beduini nie pytali o wojnę.
Nie pytali, przed kim uciekają.
Na pustyni ludzie nauczyli się, że czasami lepiej nie wiedzieć.
Alojzy obserwował karawanę uważnie.
Sposób poruszania się. Pakowania wody. Zakrywania twarzy przed słońcem.
Nowy świat miał własne zasady.
I jeśli chcieli przeżyć dalej…
musieli się ich nauczyć.
Następne dni zmieniły wszystko.
Podróż przez pustynię przestała przypominać europejską ucieczkę.
Nie było już miast. Pociągów. Hoteli. Tłumów.
Był tylko piasek.
I rytm pustyni.
Beduini nauczyli ich podstaw przetrwania — jak oszczędzać wodę, jak czytać wiatr, jak rozpoznawać nadchodzące burze po kolorze nieba.
Claire pierwszy raz próbowała jechać na wielbłądzie i niemal spadła już po kilku sekundach, wywołując pierwszy prawdziwy śmiech Alojzego od bardzo dawna.
Krótki. Zmęczony. Ale prawdziwy.
Wieczorami siedzieli przy ogniskach pośród wydm.
Alojzy studiował pergamin Leona I oraz notatki z Codexu przy świetle płomieni, podczas gdy Beduini opowiadali historie o ruinach ukrytych pośród czerwonych skał dalej na wschodzie.
O mieście wykutym w kamieniu.
O miejscu starszym od islamu i chrześcijaństwa.
Petra.
Claire zauważyła pewnej nocy, że Alojzy znowu się zmienia.
Nie był już tylko uciekinierem.
Na pustyni powoli stawał się odkrywcą.
Kimś, kto naprawdę wierzył, że odpowiedź istnieje gdzieś tam — pośród skał płonących czerwienią o wschodzie słońca.
Ale czasami, gdy myślał, że nikt nie patrzy, nadal oglądał się za siebie.
Jakby spodziewał się, że pewnego dnia Adler wyłoni się nawet z samej pustyni.
ROZDZIAŁ 308
Poranek na pustyni był złoty.
Nie czerwony jak w Abu Mena. Nie szary jak Europa.
Złoty.
Słońce powoli wynurzało się zza wydm, zalewając piasek ciepłym światłem przypominającym stopiony metal. Powietrze było jeszcze chłodne po lodowatej nocy, a karawana budziła się powoli do życia.
Wielbłądy mruczały gardłowo i poruszały się leniwie pośród namiotów.
Claire obserwowała je z wyraźnym sceptycyzmem.
— To naprawdę ma nas donieść aż do Petry?
Starszy Beduin skinął głową spokojnie.
— Jeśli was wcześniej nie zrzuci.
Claire spojrzała na niego niepewnie.
Beduin uśmiechnął się lekko.
Alojzy próbował zachować powagę.
— To tylko kwestia równowagi.
— Mhm — mruknęła Claire. — Mówi człowiek, który nigdy nawet nie widział wielbłąda z bliska.
Alojzy poprawił torbę z Codexem przewieszoną przez ramię i podszedł do swojego zwierzęcia.
Wielbłąd spojrzał na niego z absolutną pogardą.
Claire parsknęła śmiechem.
— On cię nie lubi.
— Zwierzęta nie działają na zasadzie „lubienia”.
Wielbłąd prychnął mu prosto w twarz.
Claire wybuchnęła śmiechem głośniej.
Prawdziwym.
Pierwszym od miesięcy.
Tak nagłym i szczerym, że nawet Alojzy zamilkł na moment.
Od czasu Rzymu. Koloseum. Morza.
Nie słyszał już czegoś takiego.
Claire próbowała się uspokoić, ale kiedy Alojzy ostrożnie próbował wejść na siodło i wielbłąd specjalnie podniósł się gwałtownie tyłem do góry, niemal wyrzucając go głową w piasek…
straciła resztki kontroli.
— BOŻE, ALOJZY!
Śmiała się tak mocno, że aż musiała złapać się własnego wielbłąda.
Alojzy siedział przekrzywiony na siodle z miną człowieka, który właśnie został publicznie upokorzony przez pustynne zwierzę.
— To nie było zabawne.
Wielbłąd wydał z siebie niski, obrażony dźwięk.
Claire otarła łzy śmiechu.
— Mam wrażenie, że on się z tobą nie zgadza.
Pierwsze godziny jazdy były katastrofą.
Karawana poruszała się spokojnie pomiędzy wydmami, ale dla ludzi wychowanych w Europie sama jazda na wielbłądzie wydawała się kompletnie nienaturalna.
Ruch był kołyszący. Nieregularny. Jakby pustynia próbowała ich wyrzucić z własnego rytmu.
Claire co chwilę łapała równowagę, śmiejąc się pod nosem przy każdym mocniejszym szarpnięciu.
Alojzy natomiast siedział sztywno jak człowiek jadący na machinie tortur.
— Rozluźnij się — rzuciła Claire z rozbawieniem. — Wyglądasz, jakbyś analizował wykład z matematyki.
— Próbuję nie umrzeć.
— Od wielbłąda?
Spojrzał na swoje zwierzę podejrzliwie.
— Temu konkretnemu bym ufał najmniej.
Jakby słysząc obelgę, wielbłąd nagle skręcił gwałtownie w bok.
Alojzy zaklął po polsku tak nagle, że Beduini odwrócili się z zaciekawieniem.
Claire prawie spadła ze śmiechu.
Pustynia niosła ten śmiech daleko pomiędzy wydmami.
Lekki. Wolny.
Przez chwilę wojna wydawała się bardzo odległa.
Dni zaczęły płynąć inaczej.
Powoli.
Karawana przecinała pustynię w rytmie wschodów i zachodów słońca. Złote wydmy przechodziły wieczorami w głęboką czerwień, a nocą pustynia zamieniała się w ocean gwiazd.
Claire coraz bardziej fascynowała nowa kultura.
Sposób, w jaki Beduini rozmawiali przy ogniskach. Jak parzyli herbatę. Jak odnajdywali drogę bez map.
Alojzy również się zmieniał.
Coraz częściej łapała go na tym, że patrzył na pustynię nie jak uciekinier…
ale jak odkrywca.
Jak człowiek, który odnalazł świat starszy i większy niż Europa pogrążona w wojnie.
Wieczorem, kiedy karawana zatrzymała się przy skalnym wąwozie, Claire usiadła obok niego na wydmie.
Wielbłądy odpoczywały spokojnie kilka metrów dalej.
Ten Alojzego nadal patrzył na niego podejrzliwie.
Claire uśmiechnęła się pod nosem.
— Chyba się pogodziliście.
Alojzy spojrzał na zwierzę.
— Nie. My po prostu zawarliśmy tymczasowy rozejm.
Claire znowu się roześmiała.
A pustynny wiatr poniósł ten dźwięk gdzieś daleko ponad piaskami, jakby przez krótką chwilę naprawdę byli wolni.
ROZDZIAŁ 309
Trzeci dzień podróży był najgorszy.
Pustynia przestała być egzotyczna.
Przestała być piękna.
Teraz była już tylko ogromna, paląca i bezlitosna.
Słońce wisiało nad nimi nieruchomo niczym oko boga, który od dawna przestał interesować się losem ludzi. Piasek odbijał światło tak mocno, że wszystko drżało i rozmywało się na horyzoncie.
Karawana poruszała się coraz wolniej.
Nawet wielbłądy wydawały się zmęczone.
Claire miała spierzchnięte usta i twarz zaczerwienioną od upału. Woda była racjonowana coraz ostrożniej, a każdy łyk smakował bardziej jak walka o przetrwanie niż ulga.
Alojzy również ledwo trzymał się siodła.
Ale nadal obserwował pustynię uważnie.
I właśnie dlatego zauważył zmianę w Claire wcześniej niż inni.
Wyprostowała się nagle na wielbłądzie.
Oczy rozszerzyły jej się z niedowierzaniem.
— Alojzy…
Nie odpowiedział od razu.
Spojrzał przed siebie.
I zobaczył jezioro.
Ogromne. Błękitne. Lśniące w słońcu.
Pośród niego kołysały się palmy.
Woda wyglądała tak prawdziwie, że przez sekundę nawet on poczuł ukłucie pragnienia.
Claire niemal zeskoczyła z wielbłąda.
— Woda… Boże, tam jest woda!
Ruszyła kilka kroków przez piasek, prawie biegnąc.
Alojzy natychmiast zeskoczył za nią.
— Claire!
Ale ona już nie słuchała.
Zmęczenie. Pragnienie. Upał.
Pustynia zaczynała mieszać jej rzeczywistość.
— Claire, zatrzymaj się!
Dogonił ją i złapał mocno za rękę.
Szarpnęła się odruchowo.
— Puść mnie! Tam jest jezioro!
Alojzy objął ją gwałtownie ramionami, praktycznie zatrzymując siłą.
— Nie ma tam nic!
Claire oddychała szybko, niemal panicznie.
Spojrzała jeszcze raz przed siebie.
Jezioro nadal tam było.
Błękitne. Piękne. Niemożliwie prawdziwe.
Łzy napłynęły jej do oczu.
— Alojzy…
Głos jej się załamał.
— Ja już nie mogę…
Te słowa uderzyły go mocniej niż wszystko wcześniej.
Nie dlatego, że brzmiały dramatycznie.
Dlatego, że były całkowicie szczere.
Przyciągnął ją bliżej siebie, osłaniając przed słońcem własnym ciałem.
— To fatamorgana — powiedział cicho. — Powietrze załamuje światło. Pustynia pokazuje ci to, co chcesz zobaczyć.
Claire patrzyła na jezioro z rozpaczą.
— Ale wygląda tak prawdziwie…
Alojzy skinął głową powoli.
— Właśnie dlatego ludzie umierają na pustyni.
Przez chwilę stali tak nieruchomo pośród bezkresnego piasku.
Claire oddychała ciężko, oparta o niego.
Alojzy nadal trzymał jej dłoń.
Mocno.
Jakby bał się, że jeśli puści choć na sekundę, pustynia naprawdę ją zabierze.
Minuty mijały powoli.
A potem jezioro zaczęło znikać.
Najpierw rozmyły się palmy. Potem woda.
Aż w końcu został tylko drżący od gorąca piasek.
Nic więcej.
Claire patrzyła jeszcze chwilę w pustkę.
Potem ukryła twarz w ramieniu Alojzego.
I rozpłakała się cicho.
Nie teatralnie.
Nie gwałtownie.
Tak, jak płaczą ludzie naprawdę wyczerpani.
Alojzy nic nie powiedział.
Po prostu trzymał ją za rękę.
Długo.
Dopóki drżenie jej oddechu nie uspokoiło się choć trochę.
Wokół nich pustynia była nieskończona i obojętna.
Ale po raz pierwszy od bardzo dawna żadne z nich nie czuło się w niej całkowicie samotne.
ROZDZIAŁ 310
Wieczór przyszedł powoli.
Jak ulga po dniu, który próbował ich wypalić żywcem.
Słońce osuwało się ku horyzontowi, a pustynia zmieniała kolory z oślepiającego złota w głęboką pomarańcz i czerwień. Wydmy rzucały długie cienie przypominające fale zastygłego morza.
Karawana Beduinów zatrzymała się przy niewielkim skalnym zagłębieniu, gdzie od lat podróżni rozbijali obozy chroniące choć trochę przed nocnym wiatrem.
Claire siedziała cicho przy ogniu.
Zmęczona po wydarzeniach dnia.
Alojzy podał jej metalowy kubek z gorzką herbatą.
Ich dłonie zetknęły się na chwilę.
Już nie odsunęła swojej od razu.
Nagle jeden z Beduinów stojących na wydmie gwizdnął krótko.
Wszyscy odwrócili głowy.
Na horyzoncie pojawiły się światła.
Nie samochody.
Lampy zawieszone przy siodłach.
Druga karawana.
Powolna, długa linia wielbłądów wyłaniała się z ciemniejącej pustyni niczym zjawa z dawnych wieków. Zwierzęta obładowane były tkaninami, skrzyniami i workami przypraw, a ludzie ubrani w jasne szaty rozmawiali między sobą spokojnym, śpiewnym arabskim.
Kupcy.
Przybyli z głębi Afryki.
Wieczorem oba obozy połączyły się w jeden.
Ognisko rosło wysoko, rzucając ciepłe światło na twarze ludzi i wielbłądy odpoczywające wokół. W powietrzu unosił się zapach pieczonego chleba, przypraw i mocnej kawy.
Claire chłonęła wszystko z fascynacją.
To nie przypominało już Europy w żadnym stopniu.
Nie było mundurów. Rozkazów. Bomb.
Tylko ludzie podróżujący przez pustynię tak samo od setek lat.
Jeden z kupców podał jej miskę z prostym jedzeniem — ryżem, pieczonym mięsem i czymś pachnącym kardamonem.
Claire spojrzała na Alojzego pytająco.
— Powiedział, że jeśli nie zjesz, pustynia uzna cię za słabą.
— Pocieszające.
Alojzy uśmiechnął się lekko.
Coraz częściej się uśmiechał od czasu opuszczenia Europy.
Kupcy zaczęli śpiewać późnym wieczorem.
Cicho. Melodyjnie.
Pieśni płynęły pośród ognia i pustyni jak coś starszego niż granice i wojny. Claire słuchała zahipnotyzowana, choć nie rozumiała ani słowa.
Spojrzała na Alojzego.
— O czym śpiewają?
Alojzy nasłuchiwał chwilę.
Potem zaczął tłumaczyć spokojnie:
— O człowieku, który całe życie szukał miasta ukrytego pośród skał. I o kobiecie, która poszła za nim mimo strachu.
Claire spojrzała na niego powoli.
— To brzmi podejrzanie znajomo.
Alojzy parsknął cicho śmiechem.
Kupcy śpiewali dalej.
O dawnych królach pustyni. Karawanach ginących w burzach piaskowych. O miastach wykutych w czerwonym kamieniu.
Petra pojawiła się w pieśni kilka razy.
Jako miejsce przeklęte i święte jednocześnie.
Claire słuchała coraz bardziej skupiona.
— Oni wiedzą o Petrze?
— Wszyscy tutaj wiedzą — odpowiedział Alojzy. — Na pustyni historie żyją dłużej niż ludzie.
Wiatr poruszał płomieniami ogniska.
Nad nimi niebo pełne było gwiazd tak jasnych, że wydawały się niemal nierealne.
Claire siedziała bardzo blisko niego.
Bliżej niż wcześniej.
Nie dlatego, że było zimno.
Po prostu pustynia zaczynała powoli zabierać między nimi dystans, którego Europa nie pozwalała przekroczyć.
Jeden z kupców zaczął grać na starym instrumencie przypominającym lutnię.
Melodia była spokojna. Hipnotyczna.
Alojzy spojrzał w ogień.
I po raz pierwszy od początku tej historii naprawdę wyglądał jak człowiek, który przez chwilę zapomniał, że ktoś nadal może ich ścigać przez cały świat.
ROZDZIAŁ 311
Pustynia skończyła się nagle.
Po dniach wydm, skał i bezkresnego piasku pojawiła się zieleń.
Najpierw pojedyncze krzewy. Potem palmy. W końcu woda.
Nil.
Rzeka wyglądała niemal nierealnie po wszystkim, co przeszli. Ciemna, spokojna tafla przecinała suchy krajobraz niczym żyła podtrzymująca przy życiu cały ten świat.
Ale razem z końcem pustyni wróciło coś jeszcze.
Rzeczywistość.
Małe egipskie miasteczko targowe budziło się do życia w bladym świetle świtu. Na wąskich ulicach pojawiali się handlarze, osły ciągnące wozy i kobiety niosące kosze z chlebem. Powietrze pachniało dymem, przyprawami i świeżo pieczonym ciastem.
Ten zapach był brutalny.
Bo przypominał im, jak bardzo są głodni.
Claire szła obok Alojzego powoli.
Za wolno.
Była blada, zmęczona, wychudzona po tygodniach ucieczki, pustyni i głodzie. Ostatnie zapasy od Beduinów skończyły się poprzedniego wieczoru.
Nie mieli już praktycznie nic.
Ani pieniędzy. Ani jedzenia.
Tylko Codex. Pergamin Leona I. I drogę prowadzącą dalej ku Petrze.
Targ powoli zapełniał się ludźmi.
Ktoś sprzedawał daktyle. Ktoś inny piekł płaskie chleby na gorącym kamieniu.
Claire mimowolnie spojrzała w tamtą stronę.
Zapach świeżego chleba niemal fizycznie ścisnął jej żołądek.
Odwróciła wzrok natychmiast.
Jakby sam fakt patrzenia był czymś wstydliwym.
Alojzy zauważył wszystko.
To, jak coraz ciężej oddychała. Jak chwiała się lekko przy każdym kroku. Jak próbowała ukryć głód.
Zatrzymał się pod cieniem jednej z glinianych ścian.
— Usiądź chwilę.
— Nic mi nie jest.
Kłamstwo.
Nawet nie próbowała, żeby zabrzmiało przekonująco.
Usiadła ciężko na kamiennym murku.
Kilka metrów dalej dzieci targowały się o owoce, a życie miasteczka toczyło się normalnie, jakby wojna nigdy tutaj nie dotarła.
Ale dotarła.
Widać ją było w twarzach ludzi. W brakujących produktach. W brytyjskich żołnierzach przechodzących przez targ.
Afryka również była zmęczona wojną.
Claire obserwowała piekarza wyciągającego kolejne chleby z glinianego pieca.
Para unosiła się w chłodnym porannym powietrzu.
Przełknęła ślinę odruchowo.
Alojzy spojrzał na swoje dłonie.
Puste.
Całe życie wierzył, że wiedza potrafi otworzyć każdą drogę.
Teraz wiedza nie mogła kupić nawet kawałka chleba.
Przez chwilę siedział nieruchomo.
Potem wstał nagle.
Claire spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem.
— Dokąd idziesz?
Alojzy zawahał się sekundę.
— Zaraz wrócę.
Ruszył w stronę targu.
Powoli. Bez planu.
Mijał ludzi zajętych własnym życiem — handlarzy, rybaków, kobiety z dziećmi. Wszyscy wyglądali na równie zmęczonych wojną jak oni.
Ale mieli coś, czego im brakowało.
Dom. Jedzenie. Normalność.
Alojzy zatrzymał się przy piekarzu.
Zapach chleba był niemal obłędny.
Starszy Egipcjanin spojrzał na niego podejrzliwie.
Na brudne ubranie. Zmęczoną twarz. Obce oczy.
Alojzy przez chwilę nie wiedział nawet, co powiedzieć.
Nigdy wcześniej nie musiał prosić.
W końcu odezwał się cicho po angielsku:
— Potrzebuję jedzenia dla niej.
Wskazał dyskretnie Claire siedzącą pod ścianą.
Piekarz milczał chwilę.
Potem spojrzał na Claire.
Długo.
Jak człowiek, który widział już zbyt wielu ludzi uciekających przed wojną.
Bez słowa odłamał kawałek jeszcze gorącego chleba.
A potem drugi.
Podał je Alojzemu.
Alojzy sięgnął odruchowo po kieszeń.
Pustą.
— Nie mam czym zapłacić.
Starszy mężczyzna wzruszył ramionami lekko.
— Wojna kiedyś się skończy. Głód nie czeka.
Alojzy patrzył na niego przez moment w milczeniu.
Potem skinął głową powoli.
— Dziękuję.
Kiedy wrócił do Claire i podał jej jeszcze ciepły chleb, przez chwilę patrzyła na niego tak, jakby nie wierzyła, że to prawdziwe.
A potem ugryzła kawałek.
Powoli.
I zamknęła oczy.
Jakby przez krótką chwilę sam smak zwykłego chleba przypomniał jej, że nadal są ludźmi, a nie tylko cieniami uciekającymi przez świat.
ROZDZIAŁ 312
Chleb od starego piekarza wystarczył tylko na chwilę.
Kilka kęsów. Trochę siły. Złudzenie, że znowu mają kontrolę nad własnym losem.
Ale rzeczywistość wróciła szybko.
Petra była daleko. Pustynia nadal przed nimi. A oni nie mieli nic.
Absolutnie nic.
Słońce podniosło się już wysoko nad miasteczkiem nad Nilem. Targ pulsował życiem — ludzie krzyczeli po arabsku, osły przeciskały się między straganami, dzieci biegały z koszami owoców, a w powietrzu mieszały się zapachy przypraw, potu i pieczonego mięsa.
Dla wygłodzonych ludzi było to niemal okrucieństwo.
Claire siedziała w cieniu glinianego budynku, obserwując tłum.
— Nie damy rady dojść do Petry bez zapasów.
Alojzy milczał.
Patrzył na stragany.
Daktyle. Suszone mięso. Woda.
Wszystko, czego potrzebowali.
I wszystko, na co nie było ich stać.
Claire spojrzała na niego uważnie.
— O czym myślisz?
Alojzy długo nie odpowiadał.
W końcu powiedział cicho:
— O tym, że wojna zmienia ludzi szybciej niż oni sami zauważają.
Claire zrozumiała od razu.
Spojrzała na największy stragan na targu.
Prowadził go ogromny mężczyzna z gęstą brodą i głosem słyszalnym chyba w całym Egipcie.
Tłum wokół był gęsty.
Idealny chaos.
Claire przełknęła ślinę.
— Nigdy wcześniej nie kradłam.
Alojzy uśmiechnął się gorzko.
— Ja też nie.
Zapadła chwila ciszy.
Potem Claire westchnęła cicho.
— Dobrze. Jak?
Serce waliło jej jak oszalałe.
Targ wydawał się nagle zbyt głośny, zbyt ciasny, zbyt pełen ludzi. Każdy krok brzmiał podejrzanie.
Alojzy szedł kilka metrów za nią, udając zwykłego przechodnia.
Claire zbliżyła się do straganu.
Handlarz spojrzał na nią natychmiast.
Była obca. Zmęczona. Piękna mimo pyłu i wojny.
Idealne odwrócenie uwagi.
— Sir… — zaczęła słabym głosem po angielsku. — Woda…
Mężczyzna zmarszczył brwi.
Claire zrobiła jeszcze krok.
I wtedy „straciła równowagę”.
Zachwiała się teatralnie i opadła na skrzynie obok straganu.
— Ya Allah! — ryknął handlarz.
Tłum od razu zwrócił uwagę na nią.
Kilka kobiet podbiegło bliżej. Ktoś zaczął coś krzyczeć.
Chaos.
Dokładnie o to chodziło.
Alojzy poruszył się natychmiast.
Spokojnie. Precyzyjnie.
Jak człowiek, który przez całe życie uczył się obserwować.
Jego dłonie działały szybciej niż myśli.
Bochenek chleba pod koszulę. Daktyle do torby. Suszone mięso.
Jeszcze trochę.
Handlarz nadal próbował ocucić Claire wodą.
— Wszystko w porządku! — mówiła słabym głosem. — Po prostu… gorąco…
Alojzy właśnie sięgał po ostatni pakunek, kiedy usłyszał krzyk.
Jeden z chłopców zauważył ruch.
Ich spojrzenia spotkały się na sekundę.
Za długo.
— HEJ!
Alojzy nie czekał.
— CLAIRE!
Claire zerwała się natychmiast.
Już nie udawała.
Ruszyli biegiem.
Targ eksplodował wrzaskami.
Handlarz ryknął coś po arabsku i rzucił się za nimi, przewracając skrzynie z owocami. Ludzie uskakiwali na boki, osły wpadały w panikę, a całe miasteczko nagle zamieniło się w labirynt pościgu.
Claire śmiała się nerwowo, biegnąc obok Alojzego.
— O mój Boże!
— Szybciej!
Wpadli w ciasne, gliniane uliczki.
Kurz unosił się spod nóg, a echo krzyków odbijało się pomiędzy ścianami domów.
Alojzy skręcił gwałtownie w boczny zaułek.
Claire prawie zderzyła się z nim przy zakręcie.
Oboje oddychali ciężko.
Nasłuchiwali.
Krzyki oddaliły się stopniowo.
Potem zniknęły całkowicie.
Zapadła cisza.
Claire oparła się o ścianę i wybuchnęła śmiechem.
Głośnym. Niedowierzającym. Prawie histerycznym po całym napięciu.
Alojzy patrzył na nią chwilę.
Potem sam parsknął śmiechem pod nosem.
Pierwszy raz od dawna śmiali się nie z absurdu wojny.
Tylko dlatego, że żyli.
Claire spojrzała na bochenki chleba wystające spod jego koszuli.
— Profesor archeologii i złodziej.
Alojzy poprawił ukradzione jedzenie z absolutnie poważną miną.
— Człowiek wielu talentów.
Claire znowu się roześmiała.
A gdzieś daleko za glinianymi uliczkami miasteczka Nil płynął spokojnie, obojętny na to, że dwoje ludzi właśnie zawarło kolejny mały pakt z przetrwaniem.
ROZDZIAŁ 313
Uciekali przez miasteczko jeszcze długo po tym, jak krzyki handlarza ucichły.
Dopiero gdy słońce zaczęło opadać niżej, znaleźli schronienie na obrzeżach targu — stare, częściowo zawalone ruiny meczetu stojącego samotnie pomiędzy glinianymi domami i pustymi podwórzami.
Minaret był pęknięty. Dziedziniec zasypany piaskiem.
Ale wewnątrz panował chłód i cień.
Najcenniejsze rzeczy w Afryce.
Claire osunęła się ciężko pod ścianą.
Oddychała szybko po biegu.
Alojzy usiadł naprzeciw niej i wyciągnął zdobyte jedzenie.
Chleb. Daktyle. Suszone mięso.
Niewielki skarb.
Przez chwilę oboje tylko patrzyli na jedzenie w milczeniu.
Po tygodniach głodu sam widok był niemal przytłaczający.
Claire sięgnęła po chleb powoli.
I wtedy usłyszeli szelest.
Alojzy momentalnie zesztywniał.
Ręka odruchowo powędrowała ku nożowi przy pasku.
Zza załomu popękanego muru wyłoniła się trójka dzieci.
Dwóch chłopców i mała dziewczynka.
Bosi. Wychudzeni. Ubrani w poszarpane, brudne ubrania.
Patrzyli tylko na jedzenie.
Ogromnymi, ciemnymi oczami ludzi, którzy znali głód zbyt dobrze.
Najmłodsza dziewczynka ściskała w dłoniach kawałek starej tkaniny zamiast zabawki.
Nie powiedzieli ani słowa.
Nie musieli.
Claire zamarła.
Powoli spojrzała na chleb we własnych dłoniach.
Potem na dzieci.
Alojzy wiedział już, co zrobi, zanim jeszcze się poruszyła.
Claire westchnęła cicho.
I bez chwili zawahania złamała bochenek na pół.
Potem jeszcze raz.
Oddała dzieciom większość jedzenia.
Chleb. Daktyle. Nawet część mięsa.
Najstarszy chłopiec patrzył na nią przez chwilę kompletnie zaskoczony.
Jakby nie rozumiał.
Dopiero potem ostrożnie podszedł bliżej i wziął jedzenie.
Mała dziewczynka uśmiechnęła się nieśmiało.
Pierwszy prawdziwy uśmiech w tym rozdziale wojny.
Claire odpowiedziała jej tym samym.
Alojzy obserwował wszystko w milczeniu.
Z dziwnym bólem w klatce piersiowej.
Bo po tym wszystkim… po Koloseum, pustyni, kradzieżach i ucieczkach…
Claire nadal potrafiła dzielić się z innymi.
Nawet wtedy, gdy sama miała prawie nic.
Dzieci zniknęły równie cicho, jak się pojawiły.
Zapadła cisza.
Na dziedzińcu starego meczetu wiatr przesypywał piasek pomiędzy kamieniami, a z oddali dochodziły odgłosy wieczornego targu nad Nilem.
Claire spojrzała na resztki jedzenia.
Niewiele zostało.
— Pewnie właśnie popełniłam bardzo nierozsądną decyzję.
Alojzy pokręcił głową powoli.
— Nie.
Usiadł bliżej niej.
Ich ramiona prawie się stykały.
— Wiesz, co jest najgorsze w wojnie?
Claire spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem.
— Że po pewnym czasie człowiek zaczyna wierzyć, że musi przestać być człowiekiem, żeby przeżyć.
Spojrzał w stronę, gdzie zniknęły dzieci.
— Ty jeszcze tego nie zrobiłaś.
Claire milczała chwilę.
Potem uśmiechnęła się lekko, smutno.
— Ty też nie.
Jedli powoli to, co zostało.
Po trochu. W ciszy.
Ciepłe światło zachodzącego słońca wpadało przez pęknięte arkady meczetu, malując złote pasy na kamiennych ścianach.
Claire odgarnęła włosy z twarzy zmęczonym ruchem.
Alojzy zauważył smugę pustynnego pyłu na jej policzku.
Nie myśląc długo, uniósł dłoń.
Przesunął kciukiem po jej skórze bardzo delikatnie, ścierając kurz.
Claire zamarła lekko.
Ich spojrzenia spotkały się na kilka sekund.
Blisko.
Bardzo blisko.
Pustynia za murami starego meczetu wydawała się nagle bardzo daleko.
Alojzy opuścił rękę powoli.
Claire nadal patrzyła na niego w ciszy.
I żadne z nich nie odsunęło się ani o centymetr.
ROZDZIAŁ 314
Noc nad Nilem była ciepła.
Nie duszna jak europejskie miasta podczas bombardowań. Nie zimna jak pustynne wydmy.
Po prostu żywa.
Alojzy i Claire wspięli się na dach opuszczonego, glinianego domu stojącego na obrzeżach targowego miasteczka. Schody były popękane, a dach częściowo zasypany piaskiem, ale stąd widzieli niemal całe nocne życie rozciągające się pod nimi.
I przez chwilę oboje tylko patrzyli.
Światła lamp oliwnych migotały pomiędzy uliczkami niczym rozsypane gwiazdy. Z targu nadal dobiegały głosy handlarzy, śmiech ludzi i odległe dźwięki muzyki granej na instrumentach, których Claire nigdy wcześniej nie słyszała.
Powietrze pachniało przyprawami. Dymem. Kawą. Nocą.
Mężczyźni siedzieli przed kawiarniami, paląc i rozmawiając spokojnie, jakby wojna była jedynie odległą plotką z innego świata. Kobiety przechodziły uliczkami z koszami owoców, a dzieci nadal biegały pomiędzy straganami mimo późnej godziny.
Nil odbijał światła miasta ciemnym, spokojnym blaskiem.
Claire siedziała przy krawędzi dachu z podciągniętymi nogami.
Patrzyła na wszystko w milczeniu.
— To dziwne — powiedziała w końcu cicho. — Wojna jest tutaj… a jednocześnie jakby jej nie było.
Alojzy siedział obok niej oparty o glinianą ścianę.
Spojrzał na miasto poniżej.
— Afryka jest starsza od tej wojny. Starsza od Europy, którą znaliśmy.
Claire odwróciła głowę lekko.
— Europa wygląda teraz jak umierający świat.
Te słowa zawisły pomiędzy nimi ciężko.
Bo oboje wiedzieli, że są prawdziwe.
Berlin. Warszawa. Rzym.
Wszystko, przez co przeszli, wydawało się teraz bardzo dalekie.
A jednak nadal nosili to w sobie.
Claire obserwowała ludzi spacerujących po targu.
— W Europie wszyscy żyli wojną. Tutaj… ludzie po prostu żyją.
Alojzy skinął głową powoli.
— Bo pustynia nauczyła ich czegoś, czego Europa nigdy nie rozumiała.
— Czego?
Spojrzał na Nil.
Na wodę płynącą nieprzerwanie od tysięcy lat.
— Że imperia przychodzą i odchodzą. A życie i tak płynie dalej.
Na chwilę zapadła cisza.
Z pobliskiego minaretu rozległ się nocny śpiew muezina. Dźwięk popłynął ponad dachami miasta miękko i melancholijnie, mieszając się z odgłosami targu i szumem rzeki.
Claire zamknęła oczy na moment.
— To wszystko wydaje się takie… stare.
Alojzy uśmiechnął się lekko.
— Bo jest. Tutaj ludzie żyli, kiedy Europa była jeszcze lasem.
Claire spojrzała na niego z cieniem rozbawienia.
— Ty naprawdę potrafisz zamienić każdą rozmowę w wykład historyczny.
— To choroba zawodowa.
Parsknęła cicho śmiechem.
Wiatr poruszył jej włosami.
Alojzy patrzył na nią chwilę dłużej, niż powinien.
Zmieniła się od początku podróży.
Była bardziej zmęczona. Bardziej dojrzała.
Ale jednocześnie… żywsza.
Jakby Europa powoli umierała w nich obojgu, robiąc miejsce dla czegoś nowego.
Claire położyła się na ciepłym jeszcze dachu i spojrzała w niebo.
Gwiazdy nad Afryką były ogromne.
Niemal przytłaczające.
Alojzy po chwili zrobił to samo obok niej.
Leżeli w ciszy, słuchając nocnego miasta pod sobą.
— Myślisz czasem o tym, co będzie później? — zapytała nagle Claire.
Alojzy długo nie odpowiadał.
— Jeśli przeżyjemy?
— Tak.
Spojrzał w gwiazdy.
— Coraz rzadziej umiem wyobrazić sobie powrót do dawnego życia.
Claire odwróciła głowę lekko w jego stronę.
— Ja chyba też nie.
Poniżej nocny bazar nadal pulsował życiem.
A nad nimi afrykańskie niebo rozciągało się bez końca, jakby świat był znacznie większy niż wojna, która próbowała ich pochłonąć.
ROZDZIAŁ 315
Pustynia kończyła się powoli.
Najpierw pojawił się zapach.
Wilgoć.
Delikatna, niemal niewyczuwalna po tylu dniach piachu i gorąca, a jednak natychmiast rozpoznawalna. Potem wiatr zrobił się chłodniejszy, cięższy od życia.
Claire uniosła głowę znad siodła wielbłąda.
— Czujesz to?
Alojzy skinął lekko głową.
Tak.
Woda.
Karawana szła jeszcze przez kilkanaście minut pomiędzy suchymi skałami i wydmami, aż nagle krajobraz otworzył się przed nimi całkowicie.
I wtedy ją zobaczyli.
Nil.
Jedna z odnóg wielkiej rzeki płynęła szeroko pośród zieleni tak intensywnej, że po pustyni wydawała się wręcz nierealna. Palmy pochylały się nad wodą, wysokie trawy falowały na wietrze, a światło słońca odbijało się od powierzchni rzeki tysiącami srebrnych refleksów.
Po dniach piasku wyglądało to jak raj.
Claire patrzyła z absolutnym zachwytem.
— Boże…
Alojzy również milczał chwilę.
Bo nawet on nie był przygotowany na ten widok.
Pustynia nauczyła ich, że życie jest kruche.
Tutaj nagle wszystko znowu wydawało się żywe.
Ptaki krążyły nad wodą. Liście palm szumiały spokojnie. Powietrze pachniało mokrą ziemią i roślinnością.
Tak bardzo inaczej niż piach, pył i śmierć.
Claire zeskoczyła z wielbłąda pierwsza.
Prawie się potknęła przy lądowaniu, ale nawet się tym nie przejęła.
Pobiegła ku wodzie jak dziecko.
Alojzy patrzył chwilę z rozbawieniem.
Potem sam zeskoczył i ruszył za nią.
Claire była już przy brzegu.
Stała po kostki w wodzie i śmiała się cicho z niedowierzaniem, kiedy chłód objął jej stopy.
— Alojzy! To naprawdę zimne!
— To chyba dobrze po pustyni.
Spojrzała na niego przez ramię.
W oczach miała coś, czego nie widział od bardzo dawna.
Radość.
Prawdziwą.
Następnej sekundy weszła głębiej bez zastanowienia, rozpryskując wodę wokół siebie.
Alojzy pokręcił głową z lekkim uśmiechem.
— Claire, nawet nie wiesz, co tam—
Chlusnęła wodą prosto w niego.
Zamilkł natychmiast.
Claire wyglądała na absolutnie dumną z siebie.
— Za wykłady historyczne.
Alojzy spojrzał na mokrą koszulę.
Potem na nią.
I pierwszy raz od bardzo dawna zrobił coś całkowicie spontanicznego.
Wszedł do rzeki w ubraniu.
Claire wybuchnęła śmiechem, kiedy ochlapał ją wodą przy wejściu.
Chłód był niemal szokujący po dniach pustynnego żaru. Woda obmywała z nich kurz, pot i sól nagromadzoną przez tygodnie podróży.
Alojzy zanurzył twarz na moment.
Kiedy wynurzył się z powrotem, włosy opadały mu mokre na czoło, a pył pustyni spływał z niego razem z wodą.
Claire patrzyła na niego chwilę.
Potem sama zanurzyła się głębiej.
Nil płynął spokojnie wokół nich, obojętny na wojny i granice.
Przez kilka minut po prostu tam byli.
Bez pościgu. Bez Adlera. Bez Codexu.
Tylko oni i chłodna woda pośród zieleni.
Claire odgarnęła mokre włosy z twarzy.
— Myślisz, że pustynia naprawdę się kiedyś kończy?
Alojzy spojrzał na rzekę.
Na palmy kołyszące się na wietrze.
— Chyba nie. Człowiek po prostu uczy się czasem oddychać pomiędzy jej fragmentami.
Claire podpłynęła bliżej.
Bardzo blisko.
Krople wody spływały jej po twarzy i szyi, błyszcząc w popołudniowym słońcu.
Alojzy przez chwilę nie potrafił odwrócić wzroku.
Wokół nich Nil płynął dalej spokojnie, a pustynia pozostawała gdzieś za linią zieleni niczym zły sen, który choć na moment przestał mieć nad nimi władzę.
ROZDZIAŁ 316
Nil zmieniał wszystko.
Po tygodniach pustyni sama obecność wody zaczynała wpływać na rytm ich podróży. Powietrze było cięższe, chłodniejsze, a brzegi rzeki pełne życia — palm, trzcin, małych osad rybackich i ludzi żyjących dokładnie tak samo jak ich przodkowie setki lat wcześniej.
Karawana Beduinów miała skręcić dalej na południe.
Petra leżała na wschodzie.
To oznaczało rozstanie.
Claire patrzyła, jak wielbłądy odpoczywają w cieniu palm nad wodą.
Przywiązała się do nich bardziej, niż chciała przyznać.
Nawet do złośliwego wielbłąda Alojzego.
— Nie wierzę, że naprawdę zaczynam lubić te stworzenia.
Alojzy siedział na brzegu rzeki z mapą rozłożoną na kolanach.
— Jeśli chcemy dotrzeć szybciej na wschód, musimy zmienić sposób podróży.
Claire spojrzała na Nil.
Na łodzie przesuwające się spokojnie po wodzie.
I wtedy zrozumiała.
— Chcesz płynąć rzeką?
Alojzy skinął głową.
— Woda jest szybsza niż pustynia. I trudniej nas śledzić.
Nazwiska Adlera nie wypowiedzieli od dni.
Ale oboje nadal o nim myśleli.
Rybak mieszkał na obrzeżach niewielkiej osady ukrytej pomiędzy palmami i trzcinami. Był stary, spalony słońcem i mówił mieszaniną arabskiego oraz łamanego angielskiego.
Przyglądał się Alojzemu długo.
Potem spojrzał na wielbłąda.
Potem znowu na Alojzego.
— Zły interes — stwierdził spokojnie. — Wielbłąd wart więcej.
Alojzy spojrzał na prowizoryczne czółno leżące przy brzegu.
Było wąskie. Zrobione z drewna i grubych wiązek trzciny. Wyglądało bardziej jak coś, co powinno rozpaść się po kilku kilometrach.
Idealne dla nich.
— Potrzebujemy tylko, żeby utrzymało się na wodzie.
Rybak roześmiał się cicho.
— W takim razie może przeżyjecie.
Claire obserwowała negocjacje siedząc w cieniu palm.
Trochę smutno patrzyła na wielbłądy.
Zwłaszcza kiedy ten należący wcześniej do Alojzego spojrzał na niego z absolutnym brakiem szacunku po raz ostatni.
Claire uśmiechnęła się pod nosem.
— Nawet się z tobą nie pożegnał.
— To uczucie było wzajemne.
Popołudniu pakowali już wszystko do czółna.
Niewiele mieli.
Kilka koców. Wodę. Resztki jedzenia. Codex. Pergamin Leona I.
Całe ich życie mieściło się teraz w małej łodzi z trzciny.
Nil płynął spokojnie obok.
Claire uklęknęła przy brzegu i dotknęła dłonią wody.
— Myślisz, że to bezpieczne?
Alojzy spojrzał na prowizoryczny kajak.
Potem na nurt.
— Nie.
— Pocieszające.
Pomógł jej wejść do środka ostrożnie.
Łódź zakołysała się niebezpiecznie.
Claire złapała jego ramię natychmiast.
— O nie. Nie podoba mi się to.
Alojzy wszedł za nią.
Kajak zaskrzypiał.
Przez chwilę oboje siedzieli kompletnie nieruchomo, jakby bali się oddychać.
Rybak stojący na brzegu pokręcił głową z rozbawieniem.
— Europejczycy.
Odepchnął łódź od brzegu mocnym ruchem.
Kajak zakołysał się gwałtownie i wypłynął na spokojniejszy nurt Nilu.
Claire momentalnie ścisnęła boki łodzi.
— Jeśli utoniemy po tym wszystkim… to będzie naprawdę ironiczne.
Alojzy zaczął powoli sterować prowizorycznym wiosłem.
Nil niósł ich coraz dalej od brzegu.
Palmy szumiały nad wodą. Trzciny poruszały się lekko na wietrze.
Za nimi zostawała pustynia.
Przed nimi czekał wschód.
I Petra.
Claire spojrzała na Alojzego siedzącego naprzeciw niej w chybotliwej łodzi.
— Wiesz… kilka miesięcy temu moje największe problemy były kompletnie inne.
Alojzy uśmiechnął się lekko.
— A teraz?
Spojrzała na kołyszącą się wodę.
— Teraz płynę przez Nil z polskim archeologiem i zakazaną księgą sprzed półtora tysiąca lat.
Zapadła chwila ciszy.
A potem oboje wybuchnęli śmiechem.
Cichym. Zmęczonym.
Ale szczerym.
Kajak płynął dalej po wodach Nilu, niosąc ich coraz głębiej w świat, którego Europa nigdy nie potrafiła zrozumieć.
ROZDZIAŁ 317
Nil niósł ich powoli.
Kajak z trzciny sunął po spokojnej tafli rzeki niemal bezszelestnie, pozostawiając za sobą jedynie delikatne kręgi rozchodzące się po wodzie. Pośpiech pustyni został gdzieś daleko za nimi.
Tutaj świat płynął inaczej.
Wolniej.
Miękko.
Słońce wisiało nisko nad horyzontem, zalewając rzekę ciepłym, złotym światłem. Papirusowe zarośla rosły gęsto po obu stronach nurtu, poruszając się lekko na wietrze niczym zielone morze.
Egzotyczne ptaki unosiły się nad wodą szerokimi skrzydłami.
Czasami któryś z nich siadał na trzcinach tuż obok łodzi, obserwując ich chwilę czarnymi, błyszczącymi oczami.
Claire siedziała z przodu kajaka.
Boso.
Nogi miała podciągnięte lekko, a dłonie zanurzone w chłodnej wodzie. Przesuwała palcami po powierzchni Nilu, tworząc cienkie smugi ciągnące się za łodzią.
Alojzy wiosłował spokojnie.
Rytmicznie.
Bez wysiłku.
Plusk wioseł mieszał się z szumem trzcin i odległymi odgłosami ptaków.
Nie rozmawiali od dłuższego czasu.
I żadne z nich nie czuło potrzeby przerywania tej ciszy.
Była dobra.
Pełna.
Jakby po miesiącach ucieczki nauczyli się w końcu po prostu być obok siebie.
Claire zamknęła oczy na chwilę.
Wiatr chłodził jej twarz, pachniał wodą i roślinnością. Nie było piachu wciskającego się do ust, huku strzałów ani syren alarmowych.
Tylko rzeka.
I człowiek siedzący kilka metrów za nią.
Spojrzała przez ramię.
Alojzy wyglądał inaczej niż w Europie.
Bardziej spokojnie.
Słońce opaliło mu skórę, włosy miał dłuższe i ciągle trochę rozczochrane od wiatru. W jego ruchach zniknęło coś nerwowego, co towarzyszyło mu od samego początku wojny.
Jakby Nil powoli wypłukiwał z niego strach.
Poczuł jej spojrzenie i uniósł wzrok.
Nie powiedział nic.
Tylko lekko się uśmiechnął.
Claire odwzajemniła ten uśmiech równie cicho.
Potem znowu spojrzała przed siebie.
Na wodę.
Po południu rzeka zwęziła się pomiędzy wysokimi trzcinami.
Kajak wpływał momentami w cieniste tunele z papirusu, gdzie światło przeciskało się jedynie cienkimi smugami pomiędzy liśćmi. Powietrze było chłodne i wilgotne.
Claire przesunęła dłonią po wodzie wolniej.
— Myślisz, że Nil pamięta wszystkich ludzi, którzy nim płynęli?
Alojzy oparł wiosło o burtę na chwilę.
— Egipcjanie wierzyli, że rzeka jest wieczna. Że wszystko wraca do niej wcześniej czy później.
Claire spojrzała na wodę zamyślona.
— To trochę piękne.
— Trochę przerażające też.
Znów zapadła cisza.
Ale dobra.
Między nimi coraz częściej pojawiały się takie chwile — bez napięcia, bez konieczności ukrywania emocji pod słowami.
Claire wyciągnęła rękę za siebie bez patrzenia.
Po prostu.
Alojzy spojrzał na nią zaskoczony przez sekundę.
Potem chwycił jej dłoń.
Naturalnie.
Jakby robili to od lat.
Kajak płynął dalej po wodach Nilu, a słońce zaczynało powoli zachodzić nad Afryką, zamieniając rzekę w płynną taflę złota.
I przez krótką chwilę świat wydawał się całkowicie cichy.
ROZDZIAŁ 318
Wyspa była niewielka.
Ledwie fragment piasku i trzcin wystający ponad spokojny nurt Nilu. Kilka pochylonych palm rosło przy brzegu, a pośrodku znajdował się pas suchego piasku wystarczający, by zatrzymać kajak i rozpalić małe ognisko.
Słońce zachodziło właśnie nad Afryką.
Niebo płonęło czerwienią i pomarańczą odbijającą się w wodzie, a rzeka wyglądała jak płynny metal.
Alojzy wyciągnął kajak na brzeg.
Claire siedziała chwilę nieruchomo na piasku, wsłuchując się w odgłos wody.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nic ich nie goniło.
Żadne silniki. Żadne strzały.
Tylko Nil.
Ognisko paliło się spokojnie pomiędzy kamieniami.
Małe. Ciche.
Claire siedziała bardzo blisko niego, owinięta grubym kocem. Noc nad rzeką była chłodniejsza, niż można było się spodziewać po afrykańskim dniu.
Alojzy dorzucił kawałek drewna do ognia.
Płomienie zatańczyły wyżej.
Codex leżał obok nich.
Pergamin Leona I również.
Dwie rzeczy, dla których pół Europy byłoby gotowe zabijać.
Claire patrzyła na nie długo.
— Pamiętasz, jak pierwszy raz zobaczyłam tę księgę?
Alojzy skinął głową lekko.
— W Hadze.
— Wydawała mi się wtedy przeklęta.
Spojrzała na niego.
— Nadal trochę taka jest.
Alojzy uśmiechnął się blado.
— To chyba jedyna rzecz, co do której wszyscy się zgadzają.
Przez chwilę słuchali tylko ognia i wody.
Nil szumiał cicho wokół wyspy, a nad nimi niebo wypełniały gwiazdy odbijające się w czarnej tafli rzeki.
Claire przyciągnęła koc mocniej do siebie.
— Myślisz czasem, że powinniśmy byli to wszystko zostawić? Codex. Petrę. Całą tę historię.
Alojzy długo patrzył w płomienie.
— Każdego dnia.
— A mimo to nadal idziemy dalej.
Spojrzał na pergamin Leona I.
Na słowa zapisane piętnaście wieków wcześniej przez ludzi, którzy również czegoś się bali.
— Bo jeśli coś naprawdę ukrywano przez tyle stuleci… to znaczy, że ktoś kiedyś uznał tę tajemnicę za ważniejszą od własnego życia.
Claire milczała chwilę.
Potem powiedziała bardzo cicho:
— Ja już chyba przestałam się bać tego, co znajdziemy.
Alojzy spojrzał na nią uważnie.
— Naprawdę?
Skinęła głową powoli.
W świetle ogniska jej twarz wyglądała miękko i spokojnie mimo zmęczenia.
— Bo nieważne już, co tam będzie. Ważne, że idziemy tam razem.
Te słowa zawisły pomiędzy nimi ciepło i cicho.
Alojzy poczuł coś ściskającego go w środku.
Nie strach.
Coś znacznie trudniejszego.
Claire odwróciła wzrok ku wodzie, jakby nagle speszyła się własną szczerością.
Alojzy bardzo powoli przesunął dłoń po kocu.
Ostrożnie.
Jakby bał się zniszczyć tę chwilę.
Odnalazł jej palce.
I splótł je ze swoimi.
Delikatnie.
Claire zesztywniała lekko tylko przez sekundę.
Potem zamiast cofnąć rękę…
przysunęła się bliżej.
Oparła głowę o jego ramię.
Alojzy poczuł jej ciepło pod wspólnym kocem.
Nil płynął wokół nich spokojnie, obojętny na wojny, tajemnice i ludzi ścigających się przez kontynenty.
Ogień trzaskał cicho.
Claire zamknęła oczy.
— Dziwne. Po tym wszystkim pierwszy raz od miesięcy czuję się bezpiecznie.
Alojzy spojrzał na ciemną wodę.
Na gwiazdy nad Afryką.
Potem bardzo lekko oparł policzek o jej włosy.
— Ja też.
I tak siedzieli długo na małej wyspie pośrodku Nilu — dwoje ludzi zagubionych pomiędzy wojną a legendą, trzymających się siebie tak, jakby świat poza tą chwilą przestał istnieć.
ROZDZIAŁ 319
Poranek nad Nilem był mleczny i spokojny.
Mgła unosiła się nisko nad wodą, rozmywając brzegi rzeki i sprawiając, że świat wyglądał jak sen. Kajak płynął powoli pośród cichych odnóg i kanałów, które rozdzielały się coraz częściej niczym żyły rozchodzące się przez deltę.
Ptaki budziły się wraz ze słońcem.
Ich krzyki odbijały się echem od trzcin i palm, a woda pod łodzią była gładka jak szkło.
Claire siedziała z podciągniętymi nogami na dziobie kajaka.
Koc nadal spoczywał na jej ramionach po chłodnej nocy.
Alojzy wiosłował spokojnie.
Ale coraz częściej rozglądał się wokół z rosnącą uwagą.
Claire zauważyła to.
— Coś się stało?
Alojzy zwolnił ruch wiosła.
Spojrzał przed siebie.
Rzeka rozdzielała się właśnie na kilka różnych nurtów.
Jeden prowadził dalej na południowy wschód. Drugi ku północy. Jeszcze inny ginął pośród mokradeł i trzcin.
Miejsce wyglądało zwyczajnie.
A jednak Alojzy patrzył na nie niemal z nabożeństwem.
— To tutaj zaczyna się cały ten świat — powiedział cicho.
Claire zmarszczyła lekko brwi.
— Jak to?
Alojzy przesunął dłonią po wodzie.
— Szlaki. Religie. Historie. Ludzie.
Spojrzał ku odległemu horyzontowi.
— Tam dalej zaczyna się Synaj. A jeśli podążać odpowiednimi wodami i karawanami… dotrzesz kiedyś do Jordanu.
Claire słuchała uważnie.
Alojzy mówił teraz inaczej niż zwykle.
Ciszej. Spokojniej.
Jak człowiek opowiadający o czymś bardzo osobistym.
Przesunął kajak bliżej spokojniejszego brzegu i odłożył wiosło.
Nil kołysał ich lekko na wodzie.
— W Europie wiara była zawsze zamknięta w murach — powiedział. — Katedrach. Bibliotekach. Pałacach.
Spojrzał wokół.
Na wodę. Na pustynne niebo. Na trzcinowiska poruszające się na wietrze.
— Tutaj narodziła się pomiędzy rzekami i piaskiem.
Claire patrzyła na niego jak zahipnotyzowana.
Alojzy usiadł bliżej niej.
Bardzo blisko.
Ich ramiona niemal się stykały.
— W tych miejscach ludzie wierzyli, że woda naprawdę może coś zmienić. Nie symbolicznie. Naprawdę.
Claire odezwała się cicho:
— Jan Chrzciciel.
Alojzy skinął głową.
— Jordan. Woda, która miała zmywać stare życie. Dawać nowy początek.
Spojrzał na swoje dłonie.
Na blizny. Na ślady wojny.
— Ludzie przychodzili tam brudni od własnych błędów, przemocy, strachu… i wierzyli, że mogą wyjść z tej rzeki inni.
Nil kołysał kajak delikatnie.
Claire nie odrywała od niego wzroku.
— A ty? Wierzysz w to?
Alojzy milczał bardzo długo.
Tak długo, że Claire zaczęła myśleć, że nie odpowie.
W końcu spojrzał na wodę.
— Nie wiem. Ale czasami… po tym wszystkim… chciałbym wierzyć, że człowiek może zacząć od nowa.
Wiatr poruszył lekko trzcinami wokół nich.
Claire przesunęła dłoń po wodzie powoli.
— Może właśnie to robimy.
Alojzy spojrzał na nią.
W jej oczach nie było już tej samej dziewczyny, którą spotkał w Europie.
Wojna zmieniła ich oboje.
Ale może nie tylko niszczyła.
Może czasami prowadziła ludzi aż na koniec świata po to, żeby mogli odnaleźć siebie od nowa.
Claire uśmiechnęła się lekko.
— Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby ktoś opowiadał o geografii jak o modlitwie.
Alojzy parsknął cicho śmiechem.
— Archeolodzy mają dziwne hobby.
Claire oparła głowę o jego ramię.
Naturalnie.
Bez wahania.
Kajak dryfował spokojnie na wodzie pośród rozwidleń prowadzących ku ziemiom, gdzie tysiące lat wcześniej rodziły się religie, imperia i legendy.
A nad nimi słońce powoli przebijało się przez poranną mgłę, zalewając cały świat miękkim, złotym światłem.
ROZDZIAŁ 320
Nil nie kończył się nagle.
Po prostu powoli przestawał być rzeką, którą znali.
Nurt stawał się coraz płytszy, spokojniejszy, a szerokie rozlewiska zaczynały przechodzić w wąskie kanały przecinające kamienistą ziemię. Papirusowe zarośla robiły się rzadsze, palmy znikały jedna po drugiej, aż w końcu na horyzoncie pojawiło się coś zupełnie innego.
Góry.
Ogromne. Surowe. Spalone słońcem.
Synaj.
Claire siedziała nieruchomo na dziobie kajaka, patrząc przed siebie z mieszaniną zachwytu i niepokoju.
Czerwono-brunatne skały wyrastały z pustyni niczym ruiny świata starszego od człowieka. Nie przypominały łagodnych wzgórz Europy.
Te góry wyglądały jak coś biblijnego.
Jak miejsce, w którym naprawdę mogły rozmawiać z ludźmi gniewne, starożytne bóstwa.
Alojzy przestał wiosłować.
Kajak osiadł lekko na mule.
Dalej nie mogli już płynąć.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.
Claire spojrzała na wodę.
Na ich prowizoryczną łódź z trzciny, która przez ostatnie dni była domem, schronieniem i drogą jednocześnie.
— Chyba właśnie kończy się nasz spokojny etap podróży.
Alojzy uśmiechnął się blado.
— Miałem dokładnie tę samą myśl.
Wyciągnęli kajak na kamienisty brzeg wspólnie.
Powoli.
Jakby nie chcieli żegnać się z rzeką.
Nil dał im coś, czego Europa już nie potrafiła.
Ciszę.
Kiedy Claire po raz ostatni dotknęła dłonią wody, poczuła dziwny smutek.
— Myślisz, że jeszcze kiedyś tu wrócimy?
Alojzy spojrzał na nurt.
— Jeśli przeżyjemy… chciałbym.
Claire skinęła lekko głową.
Potem odwrócili się ku górom.
I natychmiast poczuli różnicę.
Woda zostawała za nimi. Przed nimi był kamień.
Suchy. Surowy. Nieprzyjazny.
Powietrze pachniało pyłem i rozgrzanym granitem.
Erem znaleźli późnym popołudniem.
Mały, niemal niewidoczny pośród skał.
Kilka kamiennych budynków przyklejonych do zbocza góry, drewniany krzyż i mały ogród utrzymywany przy życiu resztkami wody zbieranej z górskich źródeł.
Wyglądało to bardziej jak miejsce zapomniane przez świat niż prawdziwy klasztor.
Stary mnich przyjął ich spokojnie.
Był chudy, siwy i miał twarz człowieka, który spędził zbyt wiele lat w ciszy pustyni.
Spojrzał na nich długo.
Na ich zmęczone twarze. Na Codex owinięty w materiał. Na pył pustyni.
Jakby rozumiał więcej, niż powinien.
— Podróżnicy — powiedział cicho po grecku.
Alojzy odpowiedział tym samym językiem.
Claire spojrzała na niego zaskoczona.
— Ty naprawdę znasz każdy język na świecie?
— Tylko te najbardziej niepraktyczne.
Mnich uśmiechnął się lekko.
Noc spędzili przy eremie.
Mnisi dali im wodę, trochę chleba i miejsce przy małym ognisku rozpalonym pomiędzy skałami.
W oddali wielbłądy odpoczywały już przygotowane do dalszej drogi przez góry Synaju.
Claire patrzyła na krajobraz wokół nich.
Czerwone skały zmieniały kolor wraz z zachodem słońca — od złota po głęboki brąz i purpurę.
— Teraz naprawdę czuję, że jesteśmy daleko od Europy.
Alojzy siedział obok niej w ciszy.
— Tutaj Europa nigdy nie była ważna. To starszy świat.
Spojrzał ku górom.
— Ludzie wierzyli, że właśnie w takich miejscach człowiek spotyka Boga.
Claire ścisnęła mocniej koc wokół ramion.
Góry Synaju rzeczywiście wyglądały jak miejsce stworzone dla objawień.
Surowe. Milczące. Wieczne.
Mnich podszedł do nich jeszcze przed snem.
— Jeśli idziecie na wschód… uważajcie na góry.
Claire spojrzała na niego pytająco.
Stary człowiek spojrzał gdzieś w ciemność pomiędzy skałami.
— Pustynia zabija ciało. Ale góry… góry potrafią wejść człowiekowi do duszy.
Potem odszedł bez słowa.
Alojzy długo patrzył za nim w milczeniu.
Nad Synajem wschodziły gwiazdy.
A gdzieś bardzo daleko na wschodzie czekała Petra — czerwona skała ukryta pośród kamiennych pustkowi świata.
ROZDZIAŁ 321
Synaj nie przypominał pustyni, którą znali wcześniej.
Tamta była otwarta. Nieskończona. Pełna światła.
Tutaj świat zamykał się wokół nich w kamieniu.
Karawana wielbłądów poruszała się powoli pomiędzy gigantycznymi ścianami skał wyrastających ku niebu niczym mury jakiegoś pradawnego miasta. Wąwozy były tak wąskie, że momentami zwierzęta ledwo mogły się przecisnąć.
Każdy krok odbijał się echem.
Głuchym. Ciężkim.
Jak odgłos marszu armii ukrytej gdzieś w głębi gór.
Claire siedziała na wielbłądzie w milczeniu, rozglądając się wokół z rosnącym niepokojem.
Skały miały kolor rdzy i zaschniętej krwi.
Słońce wpadało do wąwozów jedynie cienkimi smugami, przez co temperatura zmieniała się gwałtownie — raz palący żar, chwilę później chłodny cień.
Powietrze pachniało pyłem i minerałami.
Nie było tutaj życia.
Żadnych ptaków. Żadnej zieleni.
Tylko kamień.
I echo.
Wielbłąd Alojzego prychnął zirytowany, gdy musiał przeciskać się przez szczególnie wąski fragment ścieżki.
Claire spojrzała na zwierzę z cieniem rozbawienia.
— Nadal cię nie lubi.
— To uczucie ewoluuje. Jesteśmy już na etapie wzajemnej tolerancji.
Echo jego głosu odbiło się od skał dziwnie wydłużone.
Claire uśmiechnęła się lekko.
Ale szybko spoważniała znowu, patrząc na ogrom gór wokół nich.
— To miejsce wygląda jak koniec świata.
Alojzy zwolnił trochę.
Spojrzał ku skalnym ścianom.
I Claire od razu zauważyła zmianę w jego oczach.
To spojrzenie archeologa.
Człowieka, który widzi więcej niż sam krajobraz.
— W pewnym sensie dla wielu ludzi właśnie nim było — powiedział cicho. — Synaj był granicą pomiędzy niewolą a wolnością.
Claire spojrzała na niego uważnie.
Alojzy przesunął dłonią po jednej ze skał, gdy przechodzili obok.
— Tysiące lat temu przez te ziemie szli ludzie uciekający z Egiptu. Bez armii. Bez domu. Bez pewności, czy przeżyją następny dzień.
Echo kroków wielbłądów rozniosło się po wąwozie.
— Izraelici — wyszeptała Claire.
Alojzy skinął głową.
— Według tradycji właśnie tutaj błądzili przez pustynię, szukając ziemi obiecanej. Wolności.
Spojrzał przed siebie.
Na wijącą się ścieżkę pomiędzy skałami.
— I chyba dlatego te góry robią takie wrażenie. Bo człowiek naprawdę czuje tutaj, czym jest zagubienie.
Claire milczała chwilę.
Potem rozejrzała się wokół.
Na kamienne ściany. Na wąskie przejścia. Na pustkę.
I nagle zrozumiała.
— To trochę my.
Alojzy spojrzał na nią pytająco.
— Uciekamy przez pół świata. Nie mamy domu. Nie wiemy nawet, co znajdziemy na końcu.
Uśmiechnęła się smutno.
— Tylko zamiast Morza Czerwonego mamy Adlera.
Alojzy parsknął cicho śmiechem.
— To zdecydowanie mniej biblijna wersja historii.
Claire spojrzała przed siebie.
— A jednak idziemy dalej.
Zapadła cisza.
Ale dobra.
Wielbłądy poruszały się powoli przez skalny labirynt, a echo ich kroków mieszało się z odległym szumem wiatru przeciskającego się przez góry.
Słońce zaczynało zachodzić.
Czerwone światło zalewało skały tak intensywnie, że całe góry wyglądały, jakby płonęły od środka.
Claire obserwowała ten widok z zachwytem.
— Rozumiem już, dlaczego ludzie wierzyli, że Bóg przemawia właśnie w takich miejscach.
Alojzy spojrzał na nią.
— Bo tutaj człowiek pierwszy raz naprawdę słyszy własne myśli.
Wiatr zawył pomiędzy skałami głęboko i przeciągle.
Jak głos czegoś starszego niż historia.
Karawana szła dalej przez Synaj — dwoje ludzi zagubionych pośród gór Mojżesza, szukających własnej ziemi obiecanej gdzieś daleko na końcu czerwonego świata.
ROZDZIAŁ 322
Wieczór w górach Synaju nadchodził gwałtownie.
Jeszcze chwilę wcześniej skały płonęły czerwienią zachodzącego słońca, a powietrze było suche i gorące. Potem światło zaczęło gasnąć.
I razem z nim przyszło zimno.
Prawdziwe.
Przenikające.
Karawana zatrzymała się wysoko na skalnej półce zawieszonej ponad bezkresnymi wąwozami Synaju. Miejsce było osłonięte od jednej strony stromą ścianą skały, ale z drugiej otwierał się widok na całe morze czarnych gór ciągnących się aż po horyzont.
Claire stała chwilę przy krawędzi.
Wiatr rozwiewał jej włosy i ubranie, a poniżej rozciągał się świat tak ogromny i pusty, że człowiek czuł się przy nim niemal niewidzialny.
Nad górami pojawiały się już pierwsze gwiazdy.
Alojzy rozpalał niewielkie ognisko pomiędzy kamieniami.
Płomienie walczyły z wiatrem desperacko, rzucając pomarańczowe światło na ich zmęczone twarze.
Claire usiadła blisko ognia i dopiero wtedy poczuła, jak bardzo jest wyczerpana.
Droga przez skalny labirynt Synaju zabrała z nich więcej sił niż pustynia.
Tutaj każdy krok był walką.
Każdy oddech przypominał, jak mali są wobec tych gór.
Wiatr zawył mocniej.
Claire zadrżała odruchowo.
Alojzy zauważył to natychmiast.
Bez słowa zdjął swój cięższy płaszcz i podał jej.
— Weź.
Claire spojrzała na niego.
— A ty?
— Mam koszulę.
— Alojzy—
— Claire.
Ton jego głosu zakończył dyskusję.
Westchnęła cicho i okryła się płaszczem.
Był jeszcze ciepły od jego ciała.
Pachniał kurzem, dymem z ognisk i pustynią.
Przez chwilę siedzieli w ciszy.
Ogień trzaskał cicho. Wiatr świszczał pomiędzy skałami.
Temperatura spadała coraz szybciej.
Claire obserwowała Alojzego ukradkiem.
Siedział naprzeciw niej w cienkiej koszuli, próbując zachowywać spokój, ale dłonie miał coraz bardziej sztywne od chłodu.
W końcu zauważyła drżenie.
Ledwo widoczne.
Ale jednak.
Zmarszczyła lekko brwi.
— Idiota.
Alojzy spojrzał na nią zaskoczony.
Claire przesunęła się bliżej ognia.
Potem rozchyliła poły płaszcza i skinęła głową obok siebie.
— Chodź tutaj.
Alojzy zawahał się.
— Claire…
— Przestań udawać bohatera.
Wiatr uderzył mocniej w skalną półkę.
Alojzy westchnął cicho.
I w końcu usiadł obok niej.
Bardzo blisko.
Claire rozłożyła płaszcz szerzej, okrywając ich oboje.
Ciepło wróciło powoli.
Nie tylko od materiału.
Ich ramiona stykały się teraz całkowicie.
Alojzy poczuł, jak Claire przysuwa się odrobinę bliżej, szukając ochrony przed lodowatym wiatrem Synaju.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.
Patrzyli tylko na góry.
Na czarne szczyty przecinające rozgwieżdżone niebo.
Claire odezwała się pierwsza.
Bardzo cicho.
— Myślisz, że Mojżesz naprawdę gdzieś tutaj był?
Alojzy spojrzał na ciemne grzbiety gór.
— Nie wiem. Ale jeśli człowiek miał usłyszeć głos Boga… to właśnie w takim miejscu.
Wiatr zawył przeciągle gdzieś daleko pomiędzy skałami.
Claire oparła głowę o jego ramię.
Naturalnie.
Jakby robiła to od dawna.
Alojzy poczuł jej ciepły oddech przez materiał koszuli.
— Dziwne — wyszeptała. — Nigdy wcześniej nie czułam się tak daleko od świata.
Alojzy spojrzał na gwiazdy nad Synajem.
Potem bardzo delikatnie oparł policzek o jej włosy.
— Może właśnie dlatego łatwiej tutaj odnaleźć siebie.
Ogień palił się coraz słabiej.
A oni siedzieli razem na skalnej półce ponad bezkresem gór — mali wobec pustyni, historii i nieba, ale już nie samotni.
ROZDZIAŁ 323
Poranek nad Synajem był surowy i cichy.
Słońce dopiero wychylało się zza postrzępionych szczytów, ale skały już zaczynały nagrzewać się od światła. Powietrze pachniało pyłem, zimnym kamieniem i dymem wygasłego ogniska.
Alojzy i Claire ruszyli dalej wąskim szlakiem przecinającym góry.
Wielbłądy stawiały kroki ostrożnie pomiędzy ostrymi skałami i stromymi zboczami. Echo niosło każdy dźwięk daleko przez kamienne pustkowie.
Przez dłuższy czas wydawało się, że są sami.
Aż do momentu, gdy z góry spadł kamień.
Claire drgnęła gwałtownie.
Wielbłądy zatrzymały się niespokojnie.
Alojzy natychmiast uniósł wzrok ku skałom.
I zobaczył ich.
Cztery sylwetki stały nieruchomo na skalnym grzbiecie ponad nimi.
Uzbrojeni mężczyźni.
Beduińscy wojownicy.
Twarze mieli częściowo zasłonięte materiałem chroniącym przed pyłem, ale oczy obserwowały ich uważnie i chłodno.
Jeden z nich trzymał stary karabin przewieszony przez ramię.
Drugi powoli zszedł kilka kroków niżej.
Claire poczuła napięcie ściskające żołądek.
Po miesiącach wojny człowiek bardzo szybko uczył się rozpoznawać momenty, kiedy wszystko może skończyć się jednym błędnym ruchem.
Alojzy również to wiedział.
Nie sięgnął po broń.
Nie odwrócił wzroku.
Powoli zeskoczył z wielbłąda.
Jeden z Beduinów odezwał się ostro po arabsku.
Claire nie rozumiała słów, ale ton był jasny.
Kim jesteście? Dlaczego jesteście tutaj?
Alojzy odpowiedział spokojnie.
W tym samym języku.
Claire spojrzała na niego z zaskoczeniem.
Mężczyźni na skałach wymienili krótkie spojrzenia.
Najstarszy z nich zszedł niżej.
Był wysoki, szczupły i miał twarz pooraną zmarszczkami od słońca i pustyni. Jego spojrzenie było twarde jak same góry Synaju.
Zatrzymał się kilka metrów od Alojzego.
Powiedział coś krótko.
Alojzy odpowiedział równie spokojnie.
Potem bardzo powoli sięgnął pod koszulę.
Claire napięła się natychmiast.
Ale Alojzy wyciągnął tylko mały przedmiot zawieszony na cienkim rzemyku.
Stary medalion.
Chrześcijański.
Jeden z tych, które dostali jeszcze w Europie od duchownych pomagających im w drodze do Watykanu.
Słońce odbiło się od metalu.
Beduin spojrzał na medalion długo.
Potem na Alojzego.
— Nasrani… — mruknął cicho. Chrześcijanin.
Alojzy skinął głową z szacunkiem.
I wtedy napięcie zaczęło powoli znikać.
Broń opadła niżej. Twarze złagodniały.
Najstarszy Beduin odezwał się znowu, tym razem spokojniej.
Alojzy odpowiedział.
Claire obserwowała wszystko z fascynacją.
To nie przypominało Europy.
Tutaj szacunek i sposób mówienia znaczyły więcej niż mundury czy dokumenty.
W końcu starszy wojownik uśmiechnął się lekko.
Krótko.
Ale szczerze.
— Ahlan wa sahlan. Witajcie.
Kilka godzin później siedzieli już razem przy małym ognisku ukrytym pomiędzy skałami.
Beduini podzielili się z nimi jedzeniem — kozim serem, suszonymi figami i cienkim, gorącym chlebem pieczonym na kamieniach.
Claire jadła powoli, obserwując wojowników rozmawiających cicho pomiędzy sobą.
Ich twarze wyglądały jak część tych gór.
Stare. Spokojne. Nieporuszone przez czas.
Alojzy tłumaczył jej fragmenty rozmów.
— Pilnują szlaków swoich rodzin od pokoleń. Twierdzą, że pustynia pamięta każdego człowieka, który przechodzi przez ich ziemie.
Claire spojrzała na otaczające ich góry.
— Zaczynam wierzyć, że pustynia naprawdę wszystko pamięta.
Starszy Beduin usłyszał ostatnie słowo.
— Edom pamięta szczególnie dobrze — powiedział łamaną angielszczyzną.
Zapadła krótka cisza.
Claire i Alojzy spojrzeli na niego jednocześnie.
— Byliście tam? — zapytał Alojzy ostrożnie.
Mężczyzna spojrzał gdzieś ku wschodowi.
Ku górom ciągnącym się daleko poza Synajem.
— Czerwona ziemia. Miasto w skałach. Stare duchy.
Przez chwilę w jego oczach pojawiło się coś dziwnego.
Nie strach.
Szacunek.
Wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu Alojzego.
— Jeśli naprawdę tam idziecie… niech Bóg prowadzi waszą drogę.
Potem podał Claire kilka suszonych fig.
Uśmiechnął się lekko.
— Do Krainy Edomu nie idzie się przypadkiem.
Wieczorne światło zalewało góry Synaju czerwienią.
Alojzy siedział obok Claire przy ognisku, słuchając trzasku drewna i cichych rozmów pustynnych wojowników.
I pierwszy raz od bardzo dawna miał wrażenie, że są bliżej celu niż kiedykolwiek wcześniej.
ROZDZIAŁ 333
Synaj zostawał za nimi powoli.
Góry, które jeszcze kilka dni wcześniej wydawały się nie do przejścia, teraz malały na horyzoncie niczym poszarpana ściana oddzielająca ich od dawnego życia. Kamienne wąwozy ustępowały miejsca coraz bardziej otwartej przestrzeni.
A potem świat znowu zamienił się w pustynię.
Wadi Araba.
Ogromna, płaska kraina rozciągająca się pomiędzy górami niczym wypalone morze piasku i kamienia. Nie była tak piękna jak wydmy Egiptu ani tak mistyczna jak Synaj.
Była surowa.
Naga.
Bezlitosna.
Słońce wróciło jako wróg.
Stało wysoko nad nimi od samego rana, wypalając powietrze do granic możliwości. Wiatr niósł drobny pył, który wciskał się do oczu i ust, a horyzont drżał od gorąca.
Wielbłądy szły wolno.
Rytmicznie.
Jakby znały tę drogę lepiej od ludzi.
Claire poprawiła materiał osłaniający twarz przed słońcem i spojrzała przed siebie.
Pustka ciągnęła się aż po granicę świata.
A mimo to…
nie czuła już tego samego strachu co kiedyś.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej taki krajobraz doprowadziłby ją do paniki. Środek niczego. Brak ludzi. Brak schronienia.
Teraz było inaczej.
Spojrzała na Alojzego jadącego obok.
Zmęczony. Spalony słońcem. Milczący.
Ale obecny.
I właśnie to wystarczało.
Po południu zatrzymali się przy grupie czarnych skał dających odrobinę cienia.
Alojzy podał jej wodę.
— Pij powoli.
Claire upiła łyk i oddała manierkę.
— Zaczynasz brzmieć jak pustynny przewodnik.
— To awans zawodowy.
Uśmiechnęła się lekko.
Potem oparła głowę o rozgrzany kamień i spojrzała gdzieś daleko przed siebie.
— Wiesz, co jest dziwne?
Alojzy usiadł obok niej w cieniu.
— Co?
Claire długo nie odpowiadała.
Słuchała tylko wiatru przesuwającego piasek po pustyni.
— Już się nie boję.
Alojzy spojrzał na nią uważnie.
Claire mówiła spokojnie.
Szczerze.
— Nawet tutaj. Na środku niczego.
Spojrzała na niego.
— Chyba dlatego, że ty jesteś obok.
Te słowa zabrzmiały cicho.
Ale mocniej niż wszystko wokół.
Alojzy przez moment nie potrafił odpowiedzieć.
Patrzył tylko na nią — na zmęczoną twarz pokrytą pustynnym pyłem, włosy rozwiewane przez gorący wiatr i oczy, które mimo całego strachu ostatnich miesięcy wciąż potrafiły patrzeć na świat z nadzieją.
Powoli wyciągnął dłoń.
Poprawił jej materiał chroniący przed słońcem, odsłaniając trochę twarz.
— A ja chyba pierwszy raz od wojny nie czuję, że uciekam sam.
Claire uśmiechnęła się bardzo lekko.
Potem ich dłonie odnalazły się naturalnie pośród cienia i rozgrzanego piasku.
Bez słów.
Wieczorem ruszyli dalej.
Wadi Araba zmieniała kolory wraz z zachodem słońca — od bladego złota po głęboką czerwień. Góry Jordanii zaczynały być już widoczne na horyzoncie.
Petra była gdzieś tam.
Ukryta pośród skał Krainy Edomu.
Legenda. Cel. Ostatni etap ich drogi.
Claire spojrzała ku czerwonym górom daleko przed nimi.
— Czujesz to?
Alojzy skinął głową powoli.
Tak.
Coś się kończyło.
I coś nowego właśnie zaczynało się pośród piasków ostatniej pustyni.
ROZDZIAŁ 334
Najpierw usłyszeli dźwięk.
Delikatny. Prawie nierealny po tygodniach pustyni.
Szum wody.
Claire uniosła głowę gwałtownie.
Wielbłądy szły dalej powoli przez kamienisty teren Wadi Araba, ale wiatr niósł już wyraźnie ten odgłos — żywy, chłodny, nieustanny.
Alojzy zatrzymał się.
Nasłuchiwał.
I wtedy uśmiechnął się pierwszy raz od wielu godzin marszu.
— Jordan.
Te jedno słowo zabrzmiało inaczej niż nazwy wszystkich wcześniejszych miejsc.
Ciszej.
Jak modlitwa.
Szli jeszcze przez kilkanaście minut pomiędzy suchymi skałami i niskimi krzewami, aż pustynia nagle rozstąpiła się przed nimi.
I zobaczyli rzekę.
Jordan nie był ogromny.
Nie przypominał majestatycznego Nilu.
Był dziki. Wąski. Żywy.
Woda płynęła szybko pomiędzy gęstymi zaroślami trzcin i dzikich oliwek, odbijając światło popołudniowego słońca tysiącami srebrnych błysków. Nad brzegami rosły niskie drzewa pochylające się ku nurtowi, a powietrze pachniało mokrą ziemią i roślinnością.
Po pustyni wydawało się to cudem.
Claire zeszła z wielbłąda bardzo powoli.
Jakby bała się, że wszystko zniknie, jeśli poruszy się zbyt gwałtownie.
Jordan szumiał cicho.
Spokojnie.
Tak, jak szumiał tutaj od tysięcy lat.
Wojna wydawała się nagle czymś absurdalnie odległym.
Nie było tutaj Niemców. Bomb. Krzyków.
Tylko rzeka.
I cisza starsza od historii.
Claire podeszła bliżej brzegu.
— To naprawdę tutaj?
Alojzy stanął obok niej.
Spojrzał na wodę.
Na trzcinowiska poruszające się na wietrze.
— Według tradycji… właśnie tutaj Jan Chrzciciel zanurzał ludzi w wodzie.
Claire milczała.
Jordan wyglądał zwyczajnie.
I właśnie dlatego był tak niezwykły.
Bo tyle ludzkiej wiary narodziło się przy czymś tak prostym.
Alojzy uklęknął przy brzegu.
Zanurzył dłoń w wodzie.
Była chłodna.
Prawdziwa.
Claire patrzyła na niego chwilę.
Potem zrobiła to samo.
Przez moment oboje siedzieli w ciszy, słuchając jedynie nurtu rzeki i śpiewu niewidocznych ptaków ukrytych pośród oliwek.
Alojzy odezwał się pierwszy.
Bardzo cicho.
— Wiesz… ludzie wierzyli, że Jordan oddziela stare życie od nowego.
Claire spojrzała na swoje odbicie drżące w wodzie.
Trudno było rozpoznać w nim dawną siebie.
Dziewczynę z Europy. Sprzed wojny. Sprzed ucieczki.
— Chyba już dawno przekroczyliśmy tę granicę.
Alojzy spojrzał na nią powoli.
— Może właśnie tutaj naprawdę ją przekraczamy.
Wiatr poruszył gałęziami dzikich oliwek.
Światło słońca przesączało się przez liście i odbijało na powierzchni rzeki złotymi plamami.
Claire zdjęła buty.
Potem weszła do wody.
Powoli.
Jordan objął jej stopy chłodem.
Alojzy obserwował ją chwilę.
Potem sam wszedł za nią.
Woda sięgała im do kolan.
Nurt był silniejszy, niż wyglądał z brzegu.
Claire zamknęła oczy na moment.
Czuła wodę przesuwającą się wokół nóg, zmywającą kurz pustyni i tygodnie ucieczki.
— Dziwnie spokojnie tutaj — wyszeptała.
Alojzy stał obok niej nieruchomo.
— Bo niektóre miejsca istnieją poza wojną.
Claire spojrzała na niego.
Na mokrą koszulę przyklejoną do skóry. Na twarz zmęczoną podróżą. Na oczy, w których pierwszy raz od bardzo dawna nie widziała strachu.
Tylko spokój.
Jordan szumiał wokół nich jak obietnica czegoś nowego.
I przez krótką chwilę dwoje ludzi uciekających przez pół świata stało pośrodku świętej rzeki, jakby naprawdę mogli zostawić za sobą wszystko, czym byli wcześniej.
ROZDZIAŁ 335
Jordan prowadził ich dalej w ciszy.
Rzeka wiła się pomiędzy zaroślami trzcin i niskimi drzewami oliwnymi, a świat wokół stawał się coraz spokojniejszy, coraz bardziej odcięty od wszystkiego, co znali wcześniej.
Nie było tutaj dróg. Nie było miast.
Tylko woda. Piasek. I wiatr.
Alojzy zwolnił wielbłąda nagle.
Potem zatrzymał się całkowicie.
Claire spojrzała na niego pytająco.
— Co się stało?
Alojzy przez chwilę nic nie mówił.
Patrzył tylko na rzekę.
Na fragment spokojnego brzegu osłoniętego przez stare drzewa i wyschnięte trzcinowiska. Woda płynęła tutaj wolniej, niemal miękko, odbijając złote światło popołudnia.
Miejsce wyglądało zwyczajnie.
A jednak atmosfera była inna.
Cięższa od historii.
— Według starych zapisów… to gdzieś tutaj.
Claire zeszła z wielbłąda powoli.
— Tutaj?
Alojzy skinął głową.
— Jedno z miejsc, które od wieków uważa się za miejsce chrztów Jana. Miejsce, gdzie ludzie przychodzili z pustyni, żeby zostawić stare życie za sobą.
Jego głos był cichy.
Prawie drżący.
Claire zauważyła to natychmiast.
Alojzy rzadko mówił o czymś z takim wzruszeniem.
Usiedli na piaszczystym brzegu rzeki.
Jordan szumiał spokojnie kilka metrów od nich.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu.
Claire patrzyła na wodę.
Czystą. Żywą. Nieustannie płynącą naprzód.
Alojzy przesunął dłonią po piasku.
— Wiesz, dlaczego chrzest był tak ważny dla ludzi tutaj?
Claire pokręciła lekko głową.
Spojrzał na rzekę.
— Bo pustynia zmienia człowieka. Odbiera wszystko, co zbędne. Zostawia tylko prawdę o nim samym.
Wiatr poruszył trzcinami.
— A potem przychodziła woda. I człowiek wierzył, że może wejść do niej jako ktoś stary… a wyjść jako ktoś nowy.
Claire słuchała jak zahipnotyzowana.
Alojzy mówił teraz nie jak archeolog.
Bardziej jak człowiek próbujący zrozumieć samego siebie.
— Ludzie przynosili tutaj strach. Wstyd. Ból. Wojnę.
Spojrzał na własne dłonie.
Na stare blizny i ślady podróży.
— I wierzyli, że nurt zabiera to wszystko dalej.
Claire powoli zanurzyła palce w wodzie.
Chłód przeszedł przez całe ciało.
Nagle przypomniała sobie wszystko.
Koloseum. Kajdany. Krzyki. Piasek pustyni. Ból.
Przez tyle miesięcy nosiła to w sobie jak ciężar przyrośnięty do skóry.
A teraz, siedząc nad Jordanem, pierwszy raz poczuła…
że może nie musi już tego dźwigać.
Łzy napłynęły jej do oczu niespodziewanie.
Nie gwałtownie.
Cicho.
Spojrzała na płynącą wodę.
I naprawdę miała wrażenie, że coś z niej schodzi.
Jakby Jordan zabierał po kawałku cały strach i cierpienie, które przywarły do niej od czasu Europy.
Alojzy zauważył jej drżący oddech.
Przysunął się bliżej bez słowa.
Claire oparła głowę o jego ramię.
Nie protestował.
Siedzieli tak długo.
W ciszy.
Jordan płynął obok nich spokojnie, tak samo jak tysiące lat wcześniej, gdy inni ludzie przychodzili tutaj zmęczeni światem i szukali nowego początku.
Claire zamknęła oczy.
— Myślisz, że człowiek naprawdę może zostawić przeszłość za sobą?
Alojzy długo nie odpowiadał.
W końcu spojrzał na wodę.
— Nie. Ale może nauczyć się, że nie musi już pozwalać jej sobą rządzić.