E-book
40.95
drukowana A5
55.59
Empty Gold

Bezpłatny fragment - Empty Gold


4.9
Objętość:
340 str.
ISBN:
978-83-8189-196-7
E-book
za 40.95
drukowana A5
za 55.59

Dla Pauliny, Ani, Martyny, Karoli, Marty i Karoliny, bo jakoś zawsze we mnie wierzyły.

prolog

— Wygrałeś, wygrałeś! — ktoś krzyczy. Ludzie wydają z siebie nienaturalne dźwięki, niektórzy płaczą. Obserwujesz ich, nie będąc do końca pewnym, co tak naprawdę się zdarzyło. Stoisz, patrząc na bulę, na zeskok, potem na trybuny. Twoje serce niemiłosiernie kołacze, nogi uginają się pod ciężarem ciała, które z zimna i z emocji po prostu skamieniało. Twoja drużyna przybiega ci gratulować, ale ty wiesz, że coś jest nie tak, prawda? Gula w gardle rośnie niemiłosiernie, a do oczu cisną się łzy, na twarz wchodzi uśmiech, bo przecież wygrałeś, jesteś najlepszy! Szkoda, że jesteś zwykłym pustym złotem.

eins

— Niezaliczone? To chyba jakiś żart! — krzyczę i chowam twarz w dłonie. To już drugi raz, kiedy to się dzieje, cholera. Wzdycham głośno, odstawiając laptopa na stół, po czym wchodzę do kuchni, przypominając sobie, ile godzin spędziłam nad czytaniem notatek. Przecież nie robię nic innego oprócz siedzenia nad tym durnym zeszytem, nawet już zaczęłam obklejać dom fiszkami, żeby codziennie coś sobie powtarzać. Jestem bardzo ambitna, jeśli chodzi o mój kierunek, bo jakby nie patrzeć, był on moim wymarzonym, a nad dzisiejszym zestawem ćwiczeń i pytań siedziałam z jakieś trzydzieści minut, więc mówiąc szczerze, po prostu się poddałam. Może za szybko rezygnuję, a może to po prostu nie był mój dzień, tydzień, miesiąc, rok? Staram się jak najlepiej to wszystko ogarnąć, ale czasem już po prostu nie wytrzymuję, zwłaszcza że ze wszystkimi rachunkami i innymi sprawami, którymi zajmować się jeszcze nie powinnam, zostałam sama. Jest jeszcze oczywiście mój brat, ale mało mogę powiedzieć na temat jego obecności w domu. Biorę karton soku pomarańczowego i popełniam jeden podstawowy błąd — nawet nie sprawdzam daty przydatności.

— Gabriel, cholera jasna! — krzyczę, wcześniej wypluwając wszystko do zlewu i wręcz kipiąc ze złości i tupiąc nogami, wchodzę po schodach do pokoju mojego brata. — Zostawiam cię tylko na tydzień, a jedzenie w lodówce zaczyna swoje drugie życie! Ruszyłbyś tę dupę i się w końcu na coś przydał!

— Miałem treningi cały czas — wzrusza ramionami, odrywając się od ćwiczeń, które powiedzmy szczerze, nic mu nie dają. Raz człowiek wyjdzie z formy, to już koniec. — Trener kazał mi się przyłożyć, jeśli chcę wystąpić w Pucharze Świ…

— Mam to gdzieś. Te twoje narty nie są aż tak wymagające, żebyś nie mógł posprzątać, wiesz o tym? Dorośnij w końcu i znajdź sobie normalną pracę — mówię, może trochę za ostro. Wiem, że dla niego skoki dużo znaczą, ale błagam. Są ważniejsze rzeczy, normalniejsze i bezpieczniejsze.

— Wow, ktoś tu chyba ma zły dzień — prycha, mierząc mnie od góry do dołu. — Nie musisz się na wszystkich wyżywać, bo coś ci nie wyszło.

— Znowu oblałam — mówię po chwili, a on wzdycha. Zaczynam bawić się palcami, bo szczerze nie wiem, co zrobić. — Tak bardzo zależy mi na dyplomie, a już drugi raz nie zaliczyłam. Jestem beznadziejna.

— Nie jesteś, Nora. Może potrzebujesz po prostu trochę odpoczynku? — proponuje, a ja marszczę brwi. Czy on jest poważny? Nie mogę rzucić studiów, to najbardziej idiotyczny pomysł, na jaki mógł wpaść, po prostu muszę się bardziej postarać i tyle. Zero wypadów do miasta w weekendy i zero spotkań z dziewczynami, koniec z winem i filmami, nie mogę marnować więcej czasu..

— Nie, jutro mam kolejnego kolosa i zobaczysz, uda mi się — zapewniam, a on kręci głową, śmiejąc się cicho pod nosem. Wiem, że w to nie wierzy, ja też nie, ale czy nie o to chodzi, żeby udowodnić sobie, że się potrafi?

— Załóżmy się — mówi, oblizując usta. — Jeśli dostaniesz przynajmniej cztery, jesteś bezpieczna. Wszystko poniżej załatwia ci cały Puchar Świata spędzone ze mną i całą kadrą austriacką. Trochę odpoczniesz i po Planicy będziesz mogła znowu zacząć myśleć o studiach. Co ty na to?

— Padło ci na łeb — śmieję się nerwowo. Nienawidzę tych narciarzy i mówię to z największą pasją, to tak idiotyczny sport, a ludzie płacą za to, żeby przez dwie godziny patrzeć na to, jak ktoś skacze. Do tego ci wszyscy utalentowani „sportowcy”, to nadęte dupki, spójrzcie na mojego brata. — Tylko dlatego, że wiem, że wygram, zgadzam się.

•••

Śnieg sypał już trzecią godzinę i jestem pewna, że właśnie tyle, bo staram się przedłużyć powrót do domu, jak najbardziej się da. I to nie tak, że przez półtorej godziny siedziałam pod uniwersytetem, topiąc swoją rozpacz w jakiejś przypadkowej książce, którą znalazłam w bibliotece. I nie powiem, że tego żałuję, bo zimne schody, na których siedziałam, odmroziły mi tyłek oraz wszystkie moje dziesięć palców nadaje się do amputacji z powodu martwicy.

— Jak ci poszło? — pyta Gabriel od razu, kiedy tylko przekraczam próg domu. Stoi w kuchni z patelnią i w fartuchu, co trochę poprawia mi humor i gdyby nie fakt, że przez całą drogę do domu rozważałam skok z ósmego piętra, to pewnie bym się zaśmiała.

— Słuchaj, możemy spojrzeć na to racjonalnie? Nie powinnam lecieć z wami do Wisły i tak dalej, bo to równałoby się zwolnieniu się z pracy, a muszę jakoś zarabiać. Studia to studia, ale jestem dopiero na drugim roku i słabo by było po prostu wypaść. Myślę, że to nie najlepszy pomysł, abym w ogóle opuszczała kraj. Także, leć Gabriel, ciesz się karierą, wierzę w ciebie i będę ci kibicować z kanapy w salonie — kończę, a on patrzy na mnie z politowaniem, przynajmniej próbowałam.

— Pakuj się, Manuel będzie za godzinę.

•••

Skup się, po prostu się skoncentruj. Jesteś w stanie to zrobić, jesteś w stanie to wygrać. Skup się, Anthony. Po prostu się skoncentruj. Cztery zdania, które wirowały w mojej głowie całe czterdzieści minut, nie chciały na choćby chwilę mnie zostawić. Odbicie na progu, to kazali mi poćwiczyć, bo zbyt często je spóźniałem. Oczywiście, ich zdaniem i mam na myśli trenera, ale także resztę kadry A, która nagle znała się na wszystkim lepiej niż ja. Zacieram ręce oglądając skok Kubackiego. Beznadzieja, jest tyle rzeczy, które mógłby poprawić, ale przecież on nie ma sobie nic do zarzucenia, błagam. Operator kamery kręci się po całym pomieszczeniu, gdy nagle staje przede mną, także więc macham, uśmiechając się najlepiej jak potrafię. Niech się nacieszą.

Odbicie na progu, stabilizacja podczas lotu, wyciągasz najbardziej jak się da, telemark i wygrywasz, Anthony. Jak zawsze zresztą. Dzisiaj jest dobry dzień, w końcu jesteśmy w Wiśle, a tu co ciekawe, nigdy nie ma jakichś przerażających warunków, czego nie mogę powiedzieć o Kuusamo. Po dwudziestu minutach czekania w końcu siedzę na belce. Spoglądam na trybuny, nie powiedziałbym, że widzę tłumy. Jestem pewny, że gdybyśmy byli w Niemczech, to nie potrafiłbym nawet zliczyć ludzi, ale o atutach niemieckiej ziemi porozmawiajmy kiedy indziej. Zielone światło. Nie spóźnij, nie spóźnij. Nigdy nie spóźniasz. Po dosłownie siedmiu, czy tam ośmiu sekundach ląduję. Muszę być pierwszy, to nie była jakaś wybitna odległość, lecz też nie najgorsza. Sto trzydzieści pięć i pół metra. Wygrałem. I dlaczego do cholery Polacy się nie cieszą, taki ładny skok, czy oni są poważni? Przewracam oczami i macham do kamery przede mną. Pokazuję dwa kciuki w górę i zaraz potem wchodzę przez bramkę. Lider. Nikt mi tego nie odbierze.

— Brawo, Wellinger! — rzuca się na mnie Kris, a ja tylko posyłam mu krótki uśmiech. Pierwszy konkurs, pierwsze zwycięstwo. Dobrze rozpoczęty sezon i na co miałbym narzekać. Mark i Roscoe klepią mnie po plecach i już mam coś powiedzieć, gdy moje uszy przeszywa niesamowity gwar i krzyk. Odwracam się, aby zobaczyć telebim i… Cholera, zapomniałem o Stochu. Obserwuję, jak rośnie żółty wskaźnik, nie stresuję się za bardzo, ale niestety się przeliczam. Od kiedy tu się da skoczyć sto czterdzieści metrów.

— Spróbujesz w Ruce — mówi pocieszająco Freitag, a ja zaciskam pieści. No pewnie, że spróbuję. — Tak szczerze, to wydawało mi się, że trochę spóźniłeś na progu.

— Wydawało ci się — warczę i naciągam czapkę na uszy. Odchodzę trochę od drużyny i po prostu wciągam śląskie powietrze. Moją uwagę przykuwa jakaś dziewczyna, bardzo dynamicznie gestykulująca. Namiętnie się o coś kłóci ze sprzedawczynią i gdyby nie fakt, że mam dekorację do odbębnienia, to pewnie bym się z niej trochę pośmiał. Przyglądam się im jeszcze przez chwilę, ale kiedy słyszę moje imię od razu wracam do reszty. Wywołują podium, więc muszę udawać, że choć trochę mi zależy.

— Drugie miejsce, Anthony Wellinger! — więc wbiegam na skocznię, uśmiechając się do kamer i ludzi na trybunach. Mój wzrok błądzi gdzieś w ciemnym niebie, ale mój umysł nieświadomie wraca do Raw Air, gdzie tak niewiele brakowało. Przyjmuję gratulacje od prezydenta i mówię po polsku dziękuję. Jakoś straciłem zapał do całego konkursu. Trzeci, jak na złość jest Kubacki. Stoch pierwszy. Kiedyś to ja będę stał na pierwszym miejscu.Na Igrzyskach. Ze złotem.

•••

— Po co tu jesteśmy? — jęczę nad uchem Gabriela już kolejną minutę i podziwiam jego wytrwałość. Ja bym nie wytrzymała. — Nawet nie skaczesz dzisiaj, w Ruce też nie, w Niżnym też, zaczynasz dopiero w Titisee, a my przyjechaliśmy na inaugurację, czy ty jesteś normalny?

— Cieszę się, że zapamiętałaś miejscowości konkursowe, ale muszę cię zmartwić, bo jest ich znacznie więcej. Jeszcze do tego dochodzi Korea — zaczyna, a ja już mam dosyć. Uśmiecham się do niego pobłażliwie i idę w kierunku skoczni. Boże, co ja tu robię, myślę i zakładam ręce na piersi. Jesteśmy na terenie Wisły już jakąś dobrą godzinę, a nie zrobiliśmy nic, oprócz siedzenia w samochodzie i picia gorącej czekolady, o którą walczyłam z kobietą, która nie za bardzo chciała słuchać mojego lekko kaleczonego angielskiego.

— Patrz, Polak wygrał — mówię, a Gabriel podnosi głowę. Wzdycha cicho i wkłada ręce do kieszeni. Widzę, że mu tego brakuje i to cholernie, ale nie mogę pozwolić, żeby całe życie narażał siebie i swoje zdrowie tylko dla czegoś takiego. Jest moim bratem i moim obowiązkiem jest pokazać mu, że nie wszystkie jego pomysły muszą być dobre.

— Anthony nie wygląda na szczęśliwego — śmieje się, a ja marszczę brwi. Po pierwsze kto, po drugie dlaczego, po trzecie czemu go to śmieszy. Patrzę na podium, ale żaden nie wygląda na niepocieszonego, dlatego też po prostu ignoruję wypowiedź Gabriela. Rozglądam się dookoła, lecz oczywiście, nie dostrzegam za dużo, zważając na to, że jest już po osiemnastej i jest po prostu ciemno.

— Czy możemy już jechać do hotelu? — pytam, ale mój brat zaprzecza, nalegając abyśmy poczekali, aż kadra austriacka pojawi się w wiosce. Nie zostawił mi innego wyjścia, jak tylko znowu iść do stoiska i uzbroić się w coś gorącego do picia.

zwei

— Schlierenzauer! — ktoś krzyczy, więc szybko się rozglądam i następne, co widzę, to obrazek mojego brata, będącego okrutnie obleganym przez jakichś czterech facetów. Jeden z nich jest chyba niższy ode mnie, ale nawet nie mam szansy się przyjrzeć, gdy ktoś z impetem wpada na mnie, rozlewając na mojej bordowej kurtce gorącą czekoladę, którą sekundę temu jeszcze trzymałam. Krzywię się lekko, bo nie powiem że nie, ale trochę się poparzyłam. Sprawczyni całego zamieszania nawet na mnie nie patrzy, tylko biegnie dalej w kierunku domku niemieckich skoczków. Wzdycham cicho i wrzucam pusty kubeczek do kosza. Już odpuszczam wycieranie plamy, zostanie lub nie, zajmę się tym w hotelu. Obserwuję tłumy ludzi, wychodzących po zakończonym konkursie. Wszyscy są tacy uśmiechnięci, jakby nie wiem, co tu się odbyło. Śpiewają coś po polsku, ale nie przytoczę wam tego, bo najzwyczajniej w świecie, nie mam pojęcia, co oni mówią. I nagle, oślepia mnie lampa błyskowa, ktoś zaczyna rozpychać się łokciami, w tle lecą przekleństwa. Czy to prezydent? Boże, co za dzicz. Czemu nie możecie iść w jednej linii, Chryste. Reporterzy zebrali się pod bramkami wioski i cholera, nie mam pojęcia, jak się tam wedrę bez robienia większego show. Tak więc zaczynam się przedzierać przez tłum ludzi, którzy chcą jak najszybciej znaleźć się w samochodach.

— Przepraszam, uwaga, powiedziałam przepraszam! — mówię, kiedy przechodzę obok kamer i aparatów. Patrzę, jak Gabriel swobodnie odpowiada na pytania reportera i aż mi się ciepło robi na sercu, ale nie na długo.

Kabel. Czarny gruby kabel postanowił rozpocząć serię najbadziej niefortunnych zdarzeń w moim życiu. Co winić? Zrządzenie losu, może sam wszechświat? Nie, w tym przypadku winić będę moją własną głupotę. Gdybym nie mogła poczekać, aż wszyscy się rozejdą. Gdy moje buty zaczepiają o napięty sznur, ja lecę do przodu, wystawiając ręce w czarnych rękawiczkach przed siebie. I słyszę, jak jakaś kobieta wciągnęła szybko powietrze, ktoś powiedział „Uważaj!”, ale i też „O Matko!”, a ja nie czuję uderzenia. Czy moje modlitwy zostały wysłuchane? Czy już umarłam? Otwieram oczy, które najprawdopodobniej zamknęłam spadając i pierwsze, co widzę, to twarz chłopaka, który patrzy na mnie i marszczy brwi, jakby zastanawiał się, czy mną o tą ziemię nie pierdyknąć. Odchrząkuję i wyrwam się z uścisku.

— Dziękuję — mówię po angielsku, bo nie za bardzo wiem, jakiej narodowości jest. Otrzepuję się i uśmiecham do Gabriela, który stoi blady jak ściana.

— W porządku, ważne że nic ci nie jest — odpowiada, a ja tylko kiwam głową. Z zapewne twarzą czerwoną jak nie wiem co, wchodzę do domku austriackiego z nadzieją, że zaraz po prostu pojedziemy do hotelu i będę mogła się ukryć.

•••

— Chryste Jezu, Nora! Myślałem, że tam umrzesz! — budzi mnie znajomy głos. Nie za bardzo jeszcze wiem, gdzie jestem i co się dzieje. Wygląda na to, że zasnęłam na kanapie od razu, jak tylko tu przyszłam. Po chwili orientuję się, że obok Gabriela stoi jeszcze pięciu innych mężczyzn, do tego jest tu ten, który uratował mnie przed zmiażdżeniem kości czołowej.

— Poznaj Stefana, Clemensa, Michaela, Manuela już znasz i to jest Derek, kadra norweska — mówi, a ja bezczelnie gapię się na każdego z nich. Narciarze.

— Dziękuję ci jeszcze raz Derek i miło mi was wszystkich poznać — rzucam, a głos zabiera, jeśli dobrze pamiętam, Michael.

— Nie wierzę, młoda Schlierenzauer na terenie skoczni — prycha, co trochę zbija mnie z tropu. — Ile lat miałaś, kiedy ostatnio cię widziałem? Sześć?

— Dwanaście i zostaw ją już Michael — głos zabiera Stefan. — Dobra, to co, zwijamy się i lecimy do hotelu? — zaciera ręce, a ja udaję, że wcale nie marzyłam, aby to usłyszeć. Derek żegna się z nami i cholera, ten akcent.

Gdy wychodzimy na zewnątrz moją uwagę przykuwa ostra wymiana zdań, zachodząca w domku należącego do Niemców. Chłopcy powoli ładują się do busa, ale ja specjalnie spowalniam krok, przysłuchując się kłótni.

— Po co to wziąłeś?! — krzyk, ale to przeraźliwy. Łamiący się głos dziewczyny przyprawia mnie o dreszcze, nie zazdroszczę ofierze. — Pytam się, po co?! Jeżeli znowu się uzależnisz, do tego przed Igrzyskami, do jasnej cholery! Czy ty zdajesz sobie sprawę, jakie mogą być tego konsekwencje?

— Możesz w końcu przestać mi matkować?! Jedyne, co robisz, to tylko łazisz za mną i patrzysz na każdy mój ruch! Nie powinno cię obchodzić, co robię. Masa ludzi to bierze, a ja muszę być najlepszy, nie mogę przegrać, to po prostu nie wchodzi w grę — z transu wywołuje mnie Clemens, który lekko szturcha mnie w ramię.

— Żyjesz? — śmieje się. — Chodź, bo nas tu zostawią. Nie, że narzekam, czy coś, ale nie uśmiecha mi się spędzenie pod skocznią całej nocy — prycham cicho i idę za nim w kierunku busa.

— Jesteś obrzydliwą porażką, Anthony — to ostatnie zdanie, jakie słyszę, zanim odbiegam od drzwi i wchodzę do samochodu. Może nie będzie tak nudno.

•••

Wzrok zatrzymuję na butach, unikając spojrzenia trenera, ale chyba i też pytania, które tak przerażająco głośno odbija się w mojej głowie. Spoglądam za okno hotelowego pokoju na trzecim piętrze i śnieg tak ładnie prószy, że chciałbym tam teraz być. Chciałbym być wszędzie, tylko nie tutaj, nie z wkurzonym Wernonem.

— Tak, trenerze — szepczę, jak jakaś przestraszona dziewczynka. Cholera, weź się w garść.

— Nie słyszałem, Wellinger — prawie krzyczy, jakbym sobie na to zasłużył. Gdyby nie zależała od niego moja dalsza kariera, to pewnie bym mu to wszystko wygarnął. Ale niestety nie mogę i to chyba jeszcze bardziej podjudza całą i tak już napiętą atmosferę.

— Tak — warczę. — Chcę zostać w kadrze — on tylko wzdycha głośno i kręci głową, jakby zobaczył swoje największe niepowodzenie. Chowa na chwilę twarz w dłoniach, żeby potem tylko na mnie spojrzeć i tak szczerze, to nie wiem, jak mam to odebrać. Uważając, że rozmowa jest już skończona, po prostu się odwracam i siadam na białej pościeli, która mocno pachnie jakimś proszkiem do prania. Kładę się na plecach i wyjmuję telefon, sprawdzając czy Lena nie wysłała mi żadnych nowych informacji od sponsora, ale na głównym ekranie nie pojawia się żadna wiadomość.

— I co ja mam z tobą niby zrobić Anthony, co — mówi, jakby łamiącym się głosem. — Olewasz resztę, nie przychodzisz na treningi, masz po prostu gdzieś moje uwagi. Chłopie, cały sztab chce dla ciebie jak najlepiej, ale mógłbyś się w końcu odwdzięczyć, wiesz? Pokazać, że jednak nie jesteś chamskim dupkiem i może choć trochę podratować swoją reputację. Zachowujesz się jak jakiś rozpieszczony szczeniak i my wszyscy mamy tego już naprawdę dosyć — to nie tak, że go nie słuchałem, bo nagadał się chłopak, ale ciągle wykłada mi to samo. Ziewam, wracając do pozycji siedzącej i patrzę w oczy trenera. — Nic nie powiesz? — pyta, a ja wzruszam ramionami. On ponownie wzdycha ociężale i nawet już się nie odwracając, wychodzi. To nie pierwszy raz, kiedy próbuje do mnie „dotrzeć”, ale błagam. Jeśli mam na kogoś liczyć, to tylko na siebie. Freitag, Eisenbichler, oni już dawno mnie skreślili, widzę to za każdym razem, kiedy szykujemy się na jakiś konkurs. Nie boją się, że ich przeskoczę, jakby w ogóle przestali na mnie zwracać uwagę. A to ja jestem najsilniejszą jednostką w całej drużynie i to na mnie powinni liczyć, jeśli którykolwiek zawiedzie. Po upadku w Kuusamo, harowałem jak wariat po to, żeby wrócić do formy i niby też Lena nalegała, wręcz naciskała, żebym każdy dzień, gdy poczuję się lepiej, spędził na siłowni, ale moją aktualną sytuację zawdzięczam sobie i tylko sobie. Jestem w tym momencie tak sfrustrowany, że szczerze mówiąc bym coś rozwalił, ale może lepiej, jak po prostu się przewietrzę. Tak więc zakładam zieloną kurtkę reprezentacji i wychodzę z pokoju. Niby jutro drużynówka i po dwudziestej trzeciej powinienem już leżeć w łóżku, ale godzina mniej snu mnie nie zabije, prawda? Po pięciu minutach spędzonych w windzie znajduję się na placu przed hotelem, a zimne powietrze dociera do moich zatok, co daje mi nieskończone uczucie orzeźwienia. I mógłbym tak zostać, naprawdę, z dala od skoczni, od kadry, od trenera, od tych wszystkich nastoletnich pisków i pytań o autografy, o zdjęcia. Bez Leny, bez wymagań, bez problemów. Przełykam głośno ślinę i sięgam do kieszeni w moich czarnych spodniach, palcami macam małą foliową torebkę z proszkiem. Moje oczy delikatnie się szklą i pozwolę sobie wierzyć, że to przez ujemną temperaturę i okrutnie zimny wiatr. Po chwili stania i trzymania w dłoni mojej jedynej tak naprawdę deski ratunku, wracam do stanu sprzed minuty, wycierając swoje policzki i odchrząkując głośno. Czując się nieco spłoszonym, przyspieszonym krokiem okrążam budynek, aby znaleźć wejście, bo nie wiem kiedy i jak, znalazłem się po drugiej stronie hotelu. Prawie zaczynam biec i już widzę drzwi obrotowe, gdy coś odbija się od mojej klatki piersiowej z ogromną siłą, a ja słyszę tylko jak upadają jakieś torby i chyba jakieś ciało, nie jestem pewny.

— Cholera! — krzyczymy obydwoje, po czym orientuję się, że swoim sześćdziesięciokilogramowym ciałem wjechałem w jakąś dziewczynę. Na moje szczęście to Niemka, bo jakbym znowu musiał pitolić po angielsku, to bym się tu zabił. Podciągam swoją czapkę, która zjechała mi na oczy i szybko ocieram się z mokrego śniegu. Od razu patrzę, czy ów osobnika płci żeńskiej przypadkiem nie uszkodziłem. Już mam szukać jakiegoś badyla, żeby sprawdzić, jak tam jej funkcje życiowe, gdy ona podrywa się do góry, wyglądając jakby miała atakować.

— Już naprawdę, żeby nie można było na spokojnie po chodniku chodzić, to tylko Polska! — prycha, a ja się krzywię, bo słyszę austriacki akcent. Jeszcze mi powiedźcie, że to rodzina kurdupla z rekordem świata. — Kim ty w ogóle jesteś, przepraszam co? Myślisz, że jak jesteś narciarzem, to masz jakieś przywileje, żeby wpadać w ludzi, o nie kochany, o nie — nakręciła się, nie powiem. Poza tym, narciarzem? Mruczy coś tam jeszcze pod nosem, podnosząc swoje torby, ale robi to tak nieumiejętnie, że aż mi źle, jak na nią patrzę, więc jej pomagam.

— Zostaw — syczy, a ja tylko przewracam oczami i zabieram resztę tobołów z jej rąk. — Hej! — krzyczy i zaczyna za mną iść. Boże, przecież nie kradnę tego, tylko pomagam.

— Zamknij się i doceń — mówię i słyszę, jak wciąga szybko i głośno powietrze. Cholera, jak ona mnie irytuje. Ma bardzo jasne niebieskie oczy i ciemne włosy, w świetle latarni jej skóra wyglądała na stonowaną, jakby była świeżo po opalaniu, ale jest do cholery listopad, więc myślę, że raczej jest to jej naturalny odcień. Do tego jest prawie mojego wzrostu, co jest w sumie czymś nowym. Wchodzę z nią do holu, odstawiając trzy torby na czerwoną wykładzinę.

— Proszę bardzo — mówię i uśmiecham się najładniej, jak o dwudziestej trzeciej potrafię, a ona mierzy mnie morderczym spojrzeniem, następnie ładując na siebie swoje rzeczy. Mija mnie, nawet nie dziękując. Kiwam tylko do gościa na recepcji i postanawiam iść na górę schodami, bo chyba nie chcę z Austriaczką spędzać jazdy windą. Czuję pewną ulgę, kiedy z końca korytarza widzę białe wrota, za którymi są wszystkie moje pierdoły, ale mój humor rzednie, kiedy dostrzegam czarną torbę z białym znaczkiem znikającą w drzwiach cztery pokoje dalej. Spokojnie, od poniedziałku już jej więcej nie zobaczę. I właśnie z taką myślą walę się na łóżko, gratulując sobie, że jednak mam coś takiego jak sumienie, które nie pozwoliło mi zostawić brunetki przed hotelem.

— Nigdy więcej, co za irytująca dziewczyna.

drei

Dzień zaczynam od powolnego zejścia z trzeciego piętra na sam dół. Spałam chyba z osiem godzin, ale wciąż jedyne, o czym marzę, to szybki powrót pod kołdrę. Moje włosy są skołtunione, twarz jeszcze wczorajsza, a żeby nie zmarznąć, zarzuciłam na siebie jakąś bluzę Gabriela. Otwieram wielkie drzwi do sali, na której powinna być stołówka i się nie zawodzę. Pierwsze, co widzę, to po prostu wielki tabun facetów, którzy albo głośno o czymś dyskutują albo delektują się jedzeniem, na co wzdycham głośno, bo nawet na chwilę nie mogę od nich odpocząć i podchodzę do długiego stołu. Ziewając zabieram jeden talerz i idę na poszukiwania czegoś, co jestem w stanie szybko spałaszować i uciec do pokoju. Nie, że nie jestem skłonna do nawiązywania nowych znajomości, po prostu emocje związane z sytuacją z wczorajszego wieczoru jeszcze ze mnie mnie nie zeszły. Czy on myślał, że sama nie dam sobie rady? Błagam, byłabym w stanie unieść dwa razy więcej takich toreb i nawet bym się nie zachwiała. Bezczelnie we mnie wpadł, a potem udawał bohatera, żałosne. I myślę tak dalej, nakładając sobie jajecznicę, kiedy nagle ktoś trąca mnie ramieniem, wytrącając mnie z amoku.

— Nora, cześć — mówi, a ja mrużę oczy, próbując sobie przypomnieć, kim jest osoba naprzeciwko mnie i co takiego może ode mnie chcieć. Po chwili jednak wszystko staje się jasne, bo rejestruję norweski akcent i te śliczne oczy.

— Derek, co tam u ciebie? — pytam, może trochę za bardzo entuzjastycznie. — Znaczy, pewnie nie nie dużo się zmieniło od wczoraj, ale wypadało zapytać, rozumiesz. Przepraszam, że tyle gadam, ale jeszcze nic nie jadłam i po prostu nie wytrzymuję — nakręcam się, a on śmieje się cicho.

— Spokojnie, naleję sobie herbaty, usiądziemy sobie i dam ci zjeść — wow, łaskawy jesteś. Czy oni wszyscy mają się za panów życia, czy to może pojedyncze jednostki. Niemniej jednak zgadzam się na propozycję Norwega i po chwili siedzę przy okrągłym stole z białym obrusem. Podpieram głowę na dłoni, widelcem grzebiąc w tej cholernej jajecznicy, rozglądając się po sali. Gabriel ma mnie ewidentnie gdzieś, skoro nawet nie przyszedł rano, zobaczyć czy dotarłam do hotelu. Wciąż się zastanawiam, czy wybaczę mu, że zostawił mnie na tym parkingu samą, bo jak stwierdził „idzie posiedzieć z chłopakami”. Patrzę na niego, jak to cudownie bawi się w towarzystwie swoich znajomych, kiedy ja mogłabym robić to samo, będąc w Tyrolu. Po co mnie tu ze sobą wziął? Żebym tęskniła i płakała za domem, czy żeby odciąć mnie od studiów? Mój wzrok dalej skanuje salę, ale gdy zatrzymuje się przy wysokim jak Big Ben chłopaku, momentalnie staje mi serce. No nie, błagam tylko nie on. Pan daj-poniosę-ci-torby-ale-najpierw-cię-znokautuję także mnie zauważa, co podsyca atmosferę. Wpatrujemy się w siebie nawzajem, ja ze szczerą niechęcią, a on z oburzeniem. Przewracam oczami i powracam do jedzenia śniadania.

— Chryste, wybacz że tak długo, ale zepsuł się czajnik i musiałem iść na drugi koniec hotelu po drugi. Hej, wszystko w porządku, wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha — mówi, a ja uśmiecham się ironicznie.

— To tylko moja twarz, Derek — sarkam, bo Niemiec całkowicie popsuł mi humor. Sama jego obecność psuje mi humor. Kończę swój posiłek, czekając aż mój towarzysz zrobi to samo. Czuję się trochę źle z faktem, że je mniej ode mnie, ale widziałam dietę Gabriela i w sumie mnie to nie dziwi. — Jakie plany na dzisiaj?

— O czternastej zaczynamy trening — zaczyna, wycierając usta chusteczką. — Chyba o siedemnastej jest pierwsza seria drużynówki, około dziewiętnastej koniec konkursu, a potem kompletny chillout. Może potem pojedziemy na termy. Ale mi się marzy basen, nawet nie wiesz — śmieję się cicho, a on to odwzajemnia. Nawet miły gość, muszę przyznać, nie wydaje się takim bucem, jak Niemiec.

— Faktycznie, termy brzmią kusząco — naszą pogawędkę przerywa nie kto inny, jak mój brat, znienacka waląc dłońmi w stół. Odskakuję przerażona, bo czegoś takiego się nie spodziewałam. Zwraca tym uwagę wszystkich obecnych, a ja robię skwaszoną minę. — Czy ty się dobrze czujesz?

— Chciałem tylko powiedzieć, że ty — wskazuje na chłopaka. — Masz trening za jakieś cztery godziny, a ty — patrzy na mnie. — Albo zostajesz w hotelu albo idziesz na skocznię. Nie ma wychodzenia bez mojej wiedzy, zrozumiano? — mówi, a ja hamuję śmiech. On tak na serio?

— Dzięki za przypomnienie, tato, ale od takich rzeczy mam trenera i cały zespół szkoleniowy. Miło się rozmawiało Nora, mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy — żegna się Norweg, a ja zakładam ręce na piersi. Gabriel, jakby zadowolony z całego obrotu spraw, tylko prostuje się i wzrokiem odprowadza Dereka do wyjścia. Ja, wkurzona wstaję od stołu i swoje kroki kieruję w stronę drzwi, ale nie tylko mój brat postanawia zagrać mi na nerwach. Zostaję wręcz brutalnie szturchnięta przez chłopaka w szarej bluzie z trzema zielonymi paskami, na co dostaję tiku nerwowego w prawej powiece. Wytrzymałabym cały dzień pokoju bez schodzenia na to śniadanie, naprawdę.

•••

— Zachowujesz się jak jakaś natrętna niańka — sarkam, tupiąc nogami o śnieg. Nie chciałam zostawać sama w hotelowym pokoju, więc zgodziłam się na półtorej godziny tortur i oglądania jakichś samobójców, skaczących z urwiska. Gabriel prycha ostentacyjnie, co oznacza tyle, że dyskusję już zakończył. Stoi, przypatrując się jakiemuś Polakowi, który wylądował przed czerwoną linią, cokolwiek to znaczy. Rozglądam się dookoła i jestem po prostu zauroczona tym miejscem. Góry, cholera jak ja kocham góry. Wciągam głęboko powietrze i uśmiecham się do siebie. Taka wolna, bez żadnych zmartwień, po prostu egzystująca. Nagle moją twarz oblewa wręcz paraliżujące zimno, a ja od razu wiem, co to jest. Śnieg. Dostałam śniegiem w twarz. Zgarniam resztki zamarzniętej wody z moich powiek i szukam sprawcy, co długo mi nie zajmuje. Niemiec mało nie dławi się śmiechem, co jest wręcz idiotyczne, patrząc na to, że nie ma w tym nic śmiesznego.

— Palant! — krzyczę w jego stronę, a on odpowiada mi uśmiechem. Mój brat już nie stoi obok mnie, co wcale nie poprawia mi humoru, bo muszę się zmierzyć z ujemnym ilorazem inteligencji sama. Namierzam zieloną kurtkę i zbieram kulkę lodowatego śniegu. Tak chcesz się bawić? Rozpędzam się i dobrze wiem, że słyszy, jak biegnę. Mimo wszystko, rzucam się na niego i wcieram śnieżkę w twarz, w duchu śmiejąc się zwycięsko. I cieszę się tak, dopóki sytuacja nie wyrywa się spod kontroli i chłopak nie przewraca się do tyłu, zabierając mnie ze sobą. Słyszę jakieś „ohy” i „ahy”, ale bardziej koncentruję się na tym, jakim cudem, to on wylądował na plecach, a ja na nim.

— Czemu zawsze kończymy na ziemi? — pyta, śmiejąc się, a ja przewracam na niego oczami. Podnoszę się z gracją i nawet na niego nie patrzę, chciałam się tylko odegrać. Otrzepuję swoje zwłoki z wszystkiego, co się do mnie przykleiło lub przyczepiło i swoją uwagę kieruję na skocznię. Chłopak w kombinezonie z USA na udzie właśnie ląduje. Sto trzynaście metrów, nawet nie wiem, czy to dobrze.

— Anthony, szykuj się, zaraz wjeżdżasz! — krzyczy ktoś po niemiecku, a ja marszczę brwi, myśląc o co chodzi. Mój zamachowiec bierze do rąk narty i dosyć sporą torbę, od razu idąc w kierunku wyciągu. Więc tak się nazywa, Anthony.

•••

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 40.95
drukowana A5
za 55.59