E-book
1.37
drukowana A5
17.38
Emma Bovary w Krainie Tysiąca i Jednej Nocy

Bezpłatny fragment - Emma Bovary w Krainie Tysiąca i Jednej Nocy


Objętość:
104 str.
ISBN:
978-83-8221-300-3
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 17.38

Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy!

Zapraszam Was do wspaniałej podróży po świecie lat 70., głównie Iranie, który był zupełnie inny niż teraz. Ten kraj to bogactwo widoków, zapachów oraz przeżyć. W podróż zabierze Was kobieta o egzotycznym imieniu — Jaśmina. Wspaniałej lektury!

Autor

P.S. Przepraszam z góry za błędy i nieścisłości — nie były one zamierzone

Konrad Knitter

Emma Bovary w krainie Tysiąca i jednej Nocy

Rozdział I

Jaśmina Zarif urodziła się w tych dniach, kiedy wielka trójka obradowała w Teheranie co do zakończenie ówcześnie trwającej wojny. Te narodziny to nie było nic szczególnego. Ot, kolejna dziewczynka urodzona w Persji, w Teheranie. W kraju zacofanym, rządzonym przez nieudolnego rozpieszczonego bachora, gdzie tak naprawdę realną władzę sprawują mułłowie. Jej mamą była Gulnar, rodowita Teheranka. Jej mąż, Mohammed, nie pochodził z Teheranu, ale z takiej dziury o nazwie Meszhed — jak nie wiecie, gdzie to jest, to sobie poszukajcie. Jaśmina nigdy nie była dzieckiem ponadprzeciętnym czy wyróżniającym się. Miała nawet opóźnienia, do rodziców odezwała się dopiero w czwartym roku życia, jakby ich nie lubiła. Chodzić też nie chciała, do drugiego roku życia cały czas jeździła w wózku. Uczyła się też dosyć przeciętnie, bez ekstrawagancji. Żeby nie przynudzać i dać dojść do głosu samej zainteresowanej, wspomnijmy na koniec, co było dla niej charakterystyczne. Zawsze słuchała oryginalnych, angielskich audycji BBC.

Rozdział II

Czerwiec roku 1962

Nie wiem jak to się stało, ale zdałam maturę. Po prostu nie wiem. Chyba mnie natchnęło. Pomyślałam sobie: You’ll do it! And I’ll do it. Tak, najlepiej poszła mi z angielskiego. Potem z perskiego. Najgorzej z matmy. Myślę jednak, że najważniejsze jest to, że zdałam. Teraz czeka mnie najważniejsze zadanie w moim życiu — a przynajmniej na razie. Muszę wybrać kierunek studiów. Zupełnie nie wiem, co wybrać. Pytałam się moich rodziców — oni tylko mówią, żebym podążała za głosem serca. Nie będę używać niecenzuralnych słów, ale niektórym to rodzice całe życie mówią na jakie studia muszą iść i już. Może będę się za 10 lat z tego cieszyć, ale na razie to po nic mi to jest.

No dobra. Muszę chwilę pomyśleć. Z czego ja jestem dobra? Z perskiego? A gdzie ja znajdę pracę po filologii perskiej? Chyba w spożywczaku. Z matmy jestem noga, na francuski chodziłam bo musiałam, jakieś pierdoły typu religia się nie liczą. Zostaje angielski. Tak, właściwie tylko on mi został. Ostałam się z nim jak normalnie tonący z brzytwą. On the other hand, lubię a nawet bardzo lubię angielski. Zawsze słuchałam tych z BBC. Dzięki naszemu oświeconemu szachowi możemy być na bieżąco. Podsumowując angielski. Ale nie wiem co potem. To już po studiach. Nie będę decydować teraz.

Rozdział III

Tak, wiem co sobie myślicie. Będzie tutaj przynudzać na 100 stron o swoich studiach filologicznych. Otóż powiem wam: nie! Opowiem, to co jest najważniejsze, to co się istotnego wydarzyło przez te pięć lat. Zaczynając od roku 1962: na uniwersytet w Teheranie poszłam całkiem w ciemno. Na wydziale było nas około 30 studentów, w tym nas 15 studentek. Pełne równouprawnienie. W liceum dość dobrze mówiłam po angielsku, tak mi się przynajmniej wydawało. Czasami lepiej nie wiedzieć. Na pierwszych zajęciach z anglikiem prawie mnie zamurowało. Mówił tak z dwa albo trzy razy szybciej niż w BBC. W tym momencie się obraziłam na BBC, bo pomyślałam, że robili z Irańczyków niedorozwojów intelektualnych, którzy nie mogą słuchać normalnych audycji BBC tylko ich irańskich odpowiedników mówionych w zwolnionym tempie. Ale nieważne. Po jakimś miesiącu przyzwyczaiłam się i już normalnie rozumiałam ok. 70% tego co mówił wykładowca. Bez problemu zdałam egzaminy. Przez kolejny rok tak samo. I kolejny. I kolejny. I nadszedł ten piąty rok, rok obrony pracy studenckiej. Musiałam wybrać jakiś temat. Musiał on dotyczyć krajów angielskojęzycznych. Zastanawiałam się długo, ponieważ miałam też dużo czasu, logiczne. Podsumowując, wybrałam taki temat: Miasta angielskie kontra Londyn — zrobiłam prezentację o Londynie i innych miastach angielskich i dokonałam ich analizy porównawczej. O Boże, zajeżdża erudycją. Tak czy siak, zdałam. W czerwcu 1967 ukończyłam studia. Moi rodzice byli ze mnie naprawdę dumni. Ja z siebie również.

Rozdział IV

To nie jest tak, że nie miałam wcześniej chłopaków. Oczywiście że miałam. W państwie Pahlavich (znaczy tak mi się wydaje, bo to państwo traktują jak swoją własność) panowały dosyć swobodne normy obyczajowe. Do Hamida miałam około pięciu różnych chłopaków. Mogliśmy się trzymać za ręce na ulicy, nawet całować. Mułłowie patrzyli na nas krzywym okiem, ale nie ważne. Nie mogli nic zrobić. Może i byłam religijna, jednak wybierałam z tej religii co mi się podobało. Po skończeniu studiów (a właściwie na ostatniej, pożegnalnej imprezie) w 1967r. gdy przeglądałam gazetę z nowymi trendami w modzie europejskiej, podszedł do mnie on. Powiedział mi, że wydawałam się taka smutna, a ja byłam po prostu zaczytana. Bardzo miło się nam rozmawiało, po czym wymieniliśmy się adresami. Wsiadłam do swojego samochodu i pojechałam prawie tam, gdzie on mieszka. Był to oczywiście północny Teheran, miejsce, gdzie mieszkają bogaci Irańczycy. Gdy jednak minutę później jego auto śmignęło mi tuż obok, odjechałam. Parę dni później znowu się spotkaliśmy. Było to w kawiarni w centrum miasta. Boże, jakie on miał oczy! A jakie usta! Podczas tej randki pocałowaliśmy się, powiedział, żebym pojechała z nim do niego. Zgodziłam się. Od razu zaczęliśmy z siebie ściągać ubrania. Dawno nie miałam tak dobrego seksu jak z nim. To był 20 lipca. Po tym razie zostaliśmy parą. W październiku, a dokładnie 16 października Hamid mi się oświadczył. Przyjęłam je oczywiście z wielką chęcią — chyba się tak nie mówi, by the way. Zaczęliśmy wspólnie planować ślub i wesele. Miał się odbyć w sierpniu. Miał być tradycyjny, muzułmański. Zgodziłam się. W sierpniu roku następnego, tak, dobrze liczycie, 1968 miałam ślub. Boże, ile było gości! A jaką miałam śliczną sukienkę! Zapamiętam ten ślub na zawsze jako ślub z bajki.

Rozdział V

Początki są zawsze trudne, jak mawiają. Nie wydaje mi się jednak, bo zaraz po skończeniu studiów mogłam zacząć uczyć w Liceum Żeńskim nr 2 w Teheranie, czyli tam, gdzie ja chodziłam. Nie chciałam uczyć w szkole koedukacyjnej, bo tam jest trochę dla mnie za głośno — przecież chodziłam pięć lat na Uniwersytet. Uczyłam w pierwszym roku swojej pracy tylko pierwsze i drugie klasy, dla mojej koleżanki zostały trzecie i czwarte. Poziom był tragiczny. Dziewczęta nie umiały nic powiedzieć po angielsku. Wkroczyłam do akcji w dobrym momencie. Zaczęłam od zmiany podręczników na Modern English. Kolorowe obrazki im się spodobały. Potem kupiłam trochę płyt z angielskimi znanymi ówcześnie przebojami i zaczęłam im to puszczać. Na końcu zaprosiłam kilku znajomych anglików z Teheranu oraz nawet raz udało mi się nie wiem jakim cudem zaprosić wice ambasadora Wielkiej Brytanii. Nie pytajcie! Przez ten rok szkolny moja praca była bardzo intensywna. W czerwcu 1968r. dowiedziałam się o pierwszej ciąży. Byłam bardzo szczęśliwa. Przynajmniej ten rok (68—69) mogę sobie darować, bo oprócz uczenia się angielskiego dla siebie nic więcej nie robiłam. Mam nadzieję, że ta młoda studentka na zastępstwo coś ich nauczy angielskiego.

W następnym roku szkolnym, czyli 1969/1970 znowu uczyłam, z tym że klasy trzecie i czwarte, czyli te same, które uczyłam dwa lata wcześniej. Bardzo się ucieszyli, że ich znowu uczę. Razem śpiewaliśmy piosenki na lekcjach angielskiego, z których dało się wyciągnąć trochę gramatyki. Nie minął nawet maj, jak dowiedziałam się, że znowu jestem w ciąży. Mój kochany Hamid. Miałam wtedy tylko 27 lat. We wrześniu 70 roku znowu poszłam na macierzyński. Mogłam się całkowicie skupić na życiu rodzinnym. Co jakiś czas jeździliśmy nad Morze Kaspijskie, rodzinnie, wypoczywać. Bardzo skąpe stroje, swobodne obyczaje, plaże dla naturystów. To wszystko w Iranie rodziny Pahlavich!

Po drugim porodzie (pierwszym dzieckiem była moja ukochana Amina) znowu wróciłam do szkoły. Dostałam klasę na wychowawstwo. Ucieszyłam się. Co prawda, Mohammed dawał w kość, ale dawałam radę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam moją ukochaną nauczycielkę z czasów licealnych, panią Barbarę Rutkowską. Polka, Pani Basia, bo tak do niej mówiliśmy uczyła nas historii nie tylko perskiej ale przede wszystkim tej europejskiej i światowej. Zaczęła nas uczyć w roku 1958, kiedy byłam w pierwszej klasie liceum i pani Zahir (uczyła mnie w 3 i 4 klasie) się do nie nawet nie umywała! Chociaż miała wtedy niewielkie doświadczenie (a właściwie zerowe) to przez swoje doświadczenie bywania na obczyźnie (Rosja, Francja) potrafiła świetnie uczyć. Z wielkim smutkiem ją żegnaliśmy w roku 1960, w dniu ukończenia drugiej klasy. I to jeszcze do tego świetnie mówiła po persku, choć zaledwie mieszkała tu kilka lat. Przywitałam się z nią serdecznie. Ona również mnie poznała. I zaprosiła na kawę do centrum miasta. Mówiła, że po wyjeździe do Afganistanu w 1960r. nigdy nie doznała tak wielkiego szoku kulturowego. Prawie wszystkie dziewczyny chusty a faceci jak królowie. Na szczęście w szybkim tempie się to zmieniało. Tak bardzo, że w roku 1969 myślała, że Kabul to Warszawa w 1939. Niestety, krótkie zamieszki w 70 spowodowały że już od września zaczęła uczyć w naszej szkole. Przez cały rok 1971/1972 moje życie składało się z pilnowania dzieci, uczenia większych angielskiego oraz jako dziecko wspominanie wraz z moją byłą nauczycielką życia w Iranie w tamtych latach (50). I tak nastały wakacje roku 1972. Wyjechaliśmy wszyscy nad morze Kaspijskie (tzn. ja, moja rodzina i rodzina Hamida). Były cudowne. Mój mąż się trochę dziwnie zachowywał, ale uprawialiśmy seks tak z 4 razy w tygodniu więc spokojnie. Gdy wróciliśmy z wakacji we wrześniu roku 1972 znowu uczyłam już moją drugą klasę a przy okazji zajmowałam się dorastającymi dziećmi.

Rozdział VI

The Day has come, jak uczę moje dziewczyny w szkole. Nastał 13 października 1972 roku. Niby nic się nie zapowiadało, normalnie wstałam. Zrobiłam sobie na początek włosy. Nie robię makijażu, bo nie zakrywam włosów, nie będę przesadzać, szkoła to nie jakiś park czy kawiarnia. Włączyłam radio, a tam leciała jakaś piosenka Googoosh. Robiłam sobie śniadanie, chleb, nie wiem dlaczego z Nutellą. Wszedł Hamid, przywitaliśmy się. Zawsze zaspany. Zrobiłam sobie też kanapki do pracy i siódma trzydzieści wyszłam z domu. Na chodniku pod blokiem wsiadłam w samochód i pojechałam przez korki do pracy. Odstałam w tych korkach dobre piętnaście minut, więc w klasie dokładnie byłam o 7.59. Prawie byłam too late, czego bardzo nie lubię. Pierwsza była moja klasa i sprawdzian. Mogłam uporządkować myśli. Na drugiej tłumaczyłam niesfornym pierwszoklasistkom, na czym polega czas Present Simple. Na trzeciej miałam okienko, na czwartej z czwartoklasistkami przerabiałyśmy materiał do matury. Na piątej lekcji znowu okienko a na szóstej z trzecioklasistkami próbowałyśmy mówić w mowie zależnej, śmiesznie wyszło. Około wpół do drugiej wyszłam ze szkoły, przy okazji gawędząc sobie chwilę z panią Barbarą Rutkowską. Wybierała się na weekend z mężem i córką nad Morze Kaspijskie. Zazdroszczę jej. Mogła sobie tak po prostu jechać, w sumie jej córka to już była już duża dziewczyna, dwunastoletnia. Zrobiłam jeszcze małe zakupy na targu, kupując towary od kobiet w czadorach. Po drugiej byłam w domu, aż zdziwiłam się, że tak szybko, zważając na to, że do pracy mam ponad dziesięć kilometrów. Zrobiłam obiad, jak wrócił Hamid czyli około godziny 16.00, podałam. Dzieci też jadły, oczywiście zmniejszone porcje. Dobra, nie będzie takich wstawek, bo nawet w Ameryce pewnie o takich rzeczach nie piszą. Wyprałam pranie. Zaczęłam sprawdzanie klasówek moich podopiecznych. Pierwsza praca i pała. Druga tak samo. Trzecia lepiej, trójka. Byłam przy sprawdzaniu trzynastej pracy, kiedy to usłyszałam krzyk męża. Przyszłam do łazienki. Był wściekły. Strasznie się darł, że kolejną białą koszulę zrobiłam mu różową. No nie jestem mistrzynią prania, trudno. Parę razy się tak zdarzyło, pokrzyczał sobie i wszystko było OK. Zabrałam mu tą koszulę, a on zrobił coś takiego, że po prostu mnie zatkało. Uderzył mnie. Po prostu stałam jak wryta, on się dalej na mnie darł, ja potem też zaczęłam. Spoliczkował mnie i szybko uciekł z łazienki. Nie odzywaliśmy się do siebie do końca dnia. Nie mogłam uwierzyć po prostu w to, że coś takiego się stało. To po prostu jest nie możliwe. Przewidziało mi się.

Rozdział VII

Jednak mi się nie przywidziało. Od tego dnia, 13 października 1972 roku Hamid bił mnie coraz regularniej. Na początku było to mniej więcej raz w tygodniu. Później co kilka dni. Około grudnia zaczął mnie lać codziennie. To było dla mnie straszne doświadczenie, uwierzcie. Zresztą nie muszę mówić tym udręczonym żonom jak to jest kiedy je bije mąż. Najgorsze jest to, że zostałam sama. Moje przyjaciółki za piątkę nie chciały rozmawiać o tym, moja rodzina również a tym bardziej męża. Czułam się All alone in danger zone, wszyscy mnie opuścili. W czerwcu następnego roku, czyli 1973 spytałam się pewnego razu męża — dlaczego mnie bije. Odpowiedział mi w sposób następujący: Muszę Cię bić, ponieważ w islamie jest wymagane, aby mąż bił żonę, musi zaznaczyć swój autorytet. Mężczyzna w islamie będzie zawsze dominujący nad kobietą. Odpowiedziałam mu: ale tu, w Iranie mogę dostać rozwód i zabiorę dzieci, a ty, nie będziesz miał nic do gadania! On na to: no i co? Zabieraj sobie dzieci, a ja sobie znajdę nową żonę. Naprawdę myślałaś, że przez całe życie będę znosił, jak chodzisz bez chusty i jak obcy faceci się gapią na Ciebie? Myślałem, że się choć trochę zmienisz, ale widzę, że w ogóle nie chciałaś tego zrobić. Masz teraz dwa wyjścia: albo założysz chustę i będziesz posłuszną, skromną żoną albo dalej Cię będę lał. To koniec naszej rozmowy. Nie miałam wyjścia. Od wakacji zaczęłam nosić lekką chustę, ale ona była naprawdę niewygodna. Nosiłam ją chyba przez dwa tygodnie i rzeczywiście mnie nie lał. Gdy przestałam, zaczął na nowo. Przez cały sierpień, wrzesień, październik, listopad byłam przygnębiona. Hamid cały czas mnie bił, coraz silniej, coraz mocniej. W grudniu poczułam przebudzenie mocy, postanowiłam udać się do prawniczki, która by mnie obroniła przed nim w sądzie. Udało się. W styczniu 1974 zaczęła się pierwsza rozprawa. Hamid miał na swoją obronę fakt, że rodzina zachowała milczenie. Na drugiej rozprawie miesiąc później pokazywałam siniaki. Na trzeciej w kwietniu dokładnie przesłuchiwano każdego członka rodziny. Na ostatecznej, czwartej sprawie w czerwcu 1974 sąd orzekł, że rzeczywiście doświadczałam przemocy domowej. Nasze małżeństwo zostało rozwiązane, a do dzieci mieliśmy równy dostęp.

Rozdział IX

Nie wiem, dlaczego nadałam tak pompatyczną nazwę temu artykułowi, oddaje on jednak istotę mojego życia, które po prostu było nowe. Ile zmian zaszło w moim życiu w tych kilku miesiącach! Muszę zacząć od rodziny. Rodzina mojego męża nie odzywała się do mnie, moja również przestała to robić. Jedynie z mamą czasami rozmawiałam przez telefon. Z dziećmi mogłam się widywać przez 3 dni w tygodniu, mój były mąż przez 4. Dobrze mu tak. Zostawmy rodzinę, bo to jest najbardziej smutny aspekt mojego życia, oprócz dzieci oczywiście. A teraz czas na przyziemne rzeczy: mieszkałam w nowym, dwupokojowym wynajmowanym mieszkaniu w północnej części miasta. Stać mnie było na nie, to pokazuje jak mnie cenią. A propos, teraz przejdźmy do pracy. Przez ostatnie dwa lata wykonywałam swoją podstawową pracę, bez angażowania się ani w pracę wychowawczą ani nauczycielską. Na szczęście 90% uczennic zdało maturę, więc mnie nie wylali. Od roku 1974/1975 mogłam się na nowo, pełna pasji zabrać za nauczanie moich dziewczynek. Czekała ich maturalna klasa. Ciężki czas. Tyle jeśli chodzi o pracę, nic tu się za wiele nie zmieniło. Przejdźmy do moich znajomości. Dobrze było powrócić do moich pogaduszek przy kawie, z nowymi przyjaciółkami, Aminą i Taji, dobrze było powrócić do moich pogaduszek przy kawie z panią Barbarą Rutkowską. Bardzo ich mi brakowało przez te ostatnie 2 lata, były one bardzo rzadko. Do mojego życia powróciła pełna harmonia. Po dwóch latach batalii o godność znowu mogłam powiedzieć — jestem wolna i szczęśliwa.

Rozdział X

Nastał rok 1975. Moje życie nabrało rozpędu. Na początku stycznia leżąc w łóżku z Ebim… Zaraz, zaraz, pomyślicie sobie, co to za suka tu się puszcza. Nie jestem żadną suką. Po prostu znalazłam miłość. I to nie byle gdzie, nie w jakimś klubie tylko na spotkaniu klubu języka angielskiego. Tak, uczęszczam do takiego klubu na rozmowy angielskie. Tam poznałam Ebiego. Był bardzo miły i przystojny. Po trzech randkach poszliśmy do łóżka. Wracając, w styczniu 1975, to był chyba 7, czytam sobie gazetę, a tam oferty z Paryża i Londyna. Iran Air obniża loty o 1/3! Powiedzieliśmy sobie, że pojedziemy tam w lipcu. Zaczęłam udzielać korepetycji, ograniczać wydatki i oszczędzać na wszystkim. Nie ukrywam, że było to dla mnie drogie, ale czego nie zrobi się do pojechania do kraju anglojęzycznego. Co tydzień kupowałam sobie gazety w języku angielskim. Czytałam je bardzo chętnie. Mój angielski się ożywił. Zaczęłam kupować zagraniczne płyty, które przynosiłam na imprezy. Chodziłam tam oczywiście razem z Ebim. Bardzo się kochaliśmy, wtedy, na wiosnę 1975r. Chodziliśmy razem, trzymaliśmy się za ręce i całowaliśmy się i to wszystko w kraju, gdzie większość społeczeństwa to otwarci muzułmanie, a większość kobiet jest co najmniej w hidżabach. Niech żyje państwo Pahlavich! W kwietniu pożegnałam moje maturzystki, powiedziały, że będą tęsknić, ja powiedziałam, że również. Naprawdę, te dziewczyny były wspaniałe. W maju prawie się zajechałam sprawdzaniem matur i odpytywaniem zestresowanych dziewczyn i to jeszcze wszystko w nieznanym im języku! Nie, żartuję, przez te 4 lata postarałam się, żeby ten język nie był im obcy. W czerwcu nareszcie skończył się rok szkolny i mogłam zacząć myśleć o wakacjach. Paszport miałam wyrobiony, bilet zarezerwowany, miejsce noclegu wykupione, atrakcje wyszukane. Nic tylko jechać! 17 lipca udaliśmy się na lotnisko Mehrabad. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że będzie więcej osób. Do Londynu leciał wtedy tylko 1 samolot dziennie, ale to nieważne. Ważne jest to, że polubiłam latanie samolotami. Ebi chyba też. Obsługa była wyśmienita, jedzenie smakowite. Iran Air robi dobrą robotę. Kilka godzin później wylądowaliśmy na lotnisku London-Heathrow. Wszystko nas oszołomiło: było tu tyle ludzi, dziesięć więcej razy niż w Teheranie. Witano nas, Irańczyków bardzo serdecznie. Mówiono nam, że miło się rozmawia z Irańczykami, na co tylko się uśmiechnęliśmy. Tak minęła kontrola. Chwilę jazdy pociągiem i już byliśmy pod Big Benem. Boże! Czekałam na tę chwilę. Zapytałam się o drogę do naszego hotelu. Mogłam choć przez chwilę od nie wiem kiedy porozmawiać z prawdziwym anglikiem. Jak ryba w wodzie! Po kolacji w hotelu udaliśmy się na krótką aklimatyzacyjną przechadzkę po mieście. Na drugi dzień mieliśmy zaplanowanie zwiedzania najważniejszych atrakcji, m.in. Pałacu Królewskiego. Ile tam było ludzi! Całe tłumy. Zobaczyliśmy też zmianę warty. Ten równy szyk, naprawdę zachwycający. Super. Na trzeci dzień byliśmy w muzeach. Trzeba by mieć gust, żeby rozumieć te dzieła. Nie wszystko jest dla motłochu, więc szybko się znudziłam. Czwarty dzień mieliśmy zaplanowane zwiedzanie Oksfordu. Średniowieczny uniwersytet. Tak byli rozwinięci, nie to co my, Irańczycy. Dopiero w latach 30. Tego wieku uniwersytet! Co za kraj. Ale to przeszłość. W piątek zwiedzaliśmy Cambridge. W sobotę udaliśmy się do klubu na imprezę. Super było. Ebiemu oczywiście też się podobało. W niedzielę kupiliśmy jakieś fajne souveniry i spakowaliśmy się. Mieliśmy o 9.00 prom do Francji. Nastał nowy tydzień. Gare du Nord przywitał nas chłodno, w końcu to Paryż. Wysmakowane miasto. Chodziliśmy sobie po mieście cały dzień, delektując się widokami i nie delektując się nieprzyjaznymi Paryżanami. Siadywaliśmy sobie raz co raz w kawiarence i delektowaliśmy się kawą i rozmową z przypadkową panią z sąsiedniego stolika, angielką. Po prostu sobie usiedliśmy i rozmawialiśmy po persku, a ona się zapytała czy jesteśmy z Iranu. Odpowiedzieliśmy, że tak. Powiedziała, że jej siostra mieszka w Iranie, wyszła za mąż za Irańczyka. Była dla nas bardzo miła, świetnie się z nią rozmawiało. Złożyła nam nietypową propozycję. Zdziwiło nas to, ale przystaliśmy na to, że oprowadzi nas jutro po najpiękniejszych kawiarniach Paryża. Nazajutrz tak się stało, ale nie będę tutaj przytaczać nazw, bo i tak nie napiszę ich poprawnie. Kawa za to była przepyszna, tyle mogę powiedzieć. Nawet się jakoś tak ociepliło, w końcu Paryż leży troszkę bardziej na południe niż Londyn. Bardzo podziękowaliśmy pani za spędzony z nią czas, a ona powiedziała, że jest trochę obywatelką świata i pomieszkuje trochę tu, trochę tam, więc ma kąt u rodziców w Londynie, swoje mieszkanie w Paryżu, kąt u siostry w Iranie. Gdybyśmy się wybierali z większym wyprzedzeniem do Paryża lub Londynu, to żeby do niej zadzwonić pod podane przez nią numery. Przyjedzie i nam pomoże. Boże, jaka to była cudownie miła i towarzyska kobieta! A była troszkę starsza ode mnie. Środę spędziliśmy zwykle, na zwiedzaniu muzeów i wieży Eiffla. Tutaj kolejna ciekawa historia. Staliśmy sobie w kolejce do windy i rozmawialiśmy sobie po persku, mężczyzna przed nami obrócił się w naszą stronę i zapytał się, czy my jesteśmy z Iranu. Odpowiedzieliśmy, że tak. Ucieszył się. Porozmawialiśmy sobie o najlepszych klubach w północnym Teheranie, filmach amerykańskich i o tej strasznej kolejce do wieży Eiffla. Dał nam swój numer i adres i powiedział, że we wrześniu wraca do Teheranu na uczelnię (ukończył I rok architektury). Powiedział, że jeśli chcemy możemy się kiedyś jeszcze spotkać. Był młody, ale bardzo dojrzały. Byliśmy zdziwieni, ale także zachwyceni, że poznawaliśmy tylu wspaniałych ludzi w jednym mieście — Paryżu. Czwartek — dzień rejsu po Sekwanie. Chwilka przerwy od spotkań towarzyskich. Piątek — dzielnica łacińska. Pełno studentów, takich jak Reza. Sobota — dzień kupowania pamiątek. Sunday — it’s time to buy a souvenir. Lubię angielski, co poradzić. Po tym kupowaniu udaliśmy się na lotnisko — tak, wylatywaliśmy z Paryża. Gdy dojechaliśmy na lotnisko, byliśmy zaskoczeni jak wielu francuskich turystów udaje się do Iranu. Chyba przez to, że nasz kraj jest teraz tak łatwo dostępny. W kolejce do odprawy przed nami stała para, w naszym wieku. Rozmawiali po persku. Zapytałam się, czy są z Iranu. Odpowiedzieli, że tak, mieszkają w Zachodnim Teheranie. Powiedziałam im, że chyba lecimy tym samym lotem. Zaczęliśmy rozmawiać o codziennych irańskich bolączkach — korupcji, przepaści społecznych, biedzie i blichtrze. Zajęło nam to całą odprawę i połowę lotu. Pod koniec tegoż samego lotu dali nam swój adres i powiedzieli, że możemy się kiedyś jeszcze spotkać. Ucieszyliśmy się. Pożegnaliśmy się po wylądowaniu w Teheranie. Nakarmieni przez Iran Air pojechaliśmy do domu. Po dwóch tygodniach nareszcie we własnym domu! Home, sweet Home, jak to się mówi. Tyle ludzi poznaliśmy! Ebi był zachwycony, on oczywiście też brał czynny udział w dyskusjach. Tyle zdjęć, świat zachodni, kolorowy, podobny do świata zachodnio-irańskiego ale jednak lepszy. Zawsze chciałam tam pojechać, to było moje marzenie zobaczyć zagranicę. Świetny wyjazd. We wrześniu otrzymałam kolejną klasę, kolejne uczennice. Niezbyt fajne, ale na pewno wszystko się ułoży. W listopadzie moje relacje z Ebim zaczęły się psuć. Oskarżył mnie, że nie spędzam z nim tyle czasu, ile by chciał. Po prostu byłam zajęta pracą. W końcu, w grudniu przyznał mi się, że od kilku tygodni ma kochankę. Rozstaliśmy się bez słowa, lecz w końcu się przeprosiliśmy. W końcu grudnia byłam już wolną osobą, bez żadnych zobowiązań. Wtedy też wymyśliłam sobie nowy cel podróży, bo rzeczywiście, polubiłam podróżowanie. To była wtedy moja nowa pasja. Wracając, ten nowy cel podróży musiał leżeć gdzieś dalej niż Europa. Chwila zastanowienia i pomysł gotowy. Nowy Jork.

Rozdział XI

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 17.38