E-book
23.63
drukowana A5
66.22
Emigrant

Bezpłatny fragment - Emigrant


Objętość:
366 str.
ISBN:
978-83-8455-723-5
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 66.22

Rozdział I

Woda w rowach nareszcie zaczęła płynąć w stronę kanału. Ślad był wyraźny na zaschniętych roślinach pozostałych po zimie. Powoli unosiła z dna ciemny muł, niosąc z sobą zapach wilgotnej ziemi i zeszłorocznych trzcin. Między kępami pożółkłej trawy pojawiały się pierwsze ostre źdźbła nowej zieleni, a na brzegach rowów błyszczały drobne kałuże, w których odbijało się blade, jeszcze chłodne słońce. Nad wodą krążyły mewy przybyłe znad morza, skrzecząc tak głośno, jakby chciały obwieścić całej krainie koniec zimowego uśpienia. Dalej, za siecią grobli i rowów, wiatr poruszał pasami nagich wierzb, których cienkie gałęzie gięły się i drżały bez ustanku.

Na niewielkim wyniesieniu, szczytem zwrócony ku rowowi, stał dom z czerwonej cegły, ciemnej od wilgoci i wielu lat deszczu. Wąski front wznosił się wysoko, zakończony ostrym trójkątem ściany, jakby budynek chciał oprzeć się każdej wichurze nadciągającej od morza. Dach miał stromy, ciężki, grubo kryty trzciną, miejscami przyprószony jeszcze resztkami zeszłorocznego pyłu i mchu. Po nocnych chłodach unosiła się z niego para, gdy tylko słońce ogrzało mokre wiązki.

Duże okna, osadzone w białych ramach, lśniły czystością. Były podzielone cienkimi szczebelkami, które z daleka stawały się prawie niewidoczne. W ich szybach odbijały się rowy, niebo i przelatujące ptaki, tak że zdawały się pełne ruchu. W części jednego okna wisiała firana poruszająca się lekko. Pewnie ktoś właśnie się budził, dotykając ją przypadkowo. Spomiędzy trzcin przy kalenicy sączył się dym, przez chwilę snujący się nad dachem, nim wiatr porwał go nad pola. Ktoś w izbie rozpalał już ogień, by podgrzać resztki wieczerzy na poranny posiłek.

Wokół domu ziemia była starannie uporządkowana. Kamienna ścieżka prowadziła do drzwi, po obu stronach otoczona niskimi grządkami, gdzie czarna gleba czekała na pierwsze nasiona. Przy ścianie stały drewniane beczki na deszczówkę, a pod okapem wisiały sieci i narzędzia pachnące smołą oraz mokrym drewnem. Wszystko zdawało się gotowe na nowy rok pracy — pola, woda, wiatr i ludzie, którzy jeszcze spali, choć nie wszyscy za grubymi murami.

Drzwi otworzyły się z jękiem zawiasów i na próg wyszedł Jan van der Meer, jeszcze zaspany, lecz już liczący poziom wody w rowach

W izbie krzątała się już Geertruida, zawiązując chustę pod brodą i sprawdzając po raz ostatni wiklinowe kosze. W jednym i drugim spoczywały jajka odkładane przez wiele dni, każde owinięte słomą, by nie popękało na wybojach drogi. Obok, w drewnianej klatce, tłoczyły się cztery tłuste króliki, niespokojne od porannego hałasu.

Na podwórzu czekał wół — szeroki w karku, o sierści płowej i jeszcze wilgotnej od rosy. Z nozdrzy buchała mu para, gdy potrząsał ciężką głową. Rogi miał krótkie, starte pracą, a oczy spokojne, niemal obojętne na świat. Stał cierpliwie, zaprzęgany przez gospodarza do niskiego wozu o grubych kołach oblepionych zeszłorocznym błotem. Deski skrzyni nosiły ślady wielu napraw, lecz oś była świeżo nasmarowana łojem.

Przy studni stali chłopcy. Wszyscy trzej mieli na sobie zgrzebne lniane koszule, grube wełniane kaftany i spodnie sięgające za kolano, związane pod nim rzemieniem. Stopy tkwiły w ciężkich, drewnianych chodakach popękanych od wilgoci. Pieter, najstarszy, już wyższy od matki, trzymał uzdę i zerkał ku drodze prowadzącej do miasta. Hendrik próbował zajrzeć do koszy z jajami, a Willem drażnił króliki źdźbłem słomy, dopóki matka nie zgromiła go spojrzeniem.

— Pieter, nie stój tak po próżnicy. Wyrzuć gnój od krowy i wypuść kozy — krzyknął ojciec głosem nieznoszącym sprzeciwu.

— Dlaczego ciągle ja? — zaprotestował chłopiec. — Oni się tylko śmieją i wyzywają od małp. Cita, cita!

Hendrik i Willem, naśladując małpy, spojrzeli ukradkiem na siebie i zachichotali. To przezwisko przylgnęło do Pietera od zeszłego roku, od jarmarku w Amsterdamie, i żadne protesty nie pomagały.

Jan van der Meer obszedł wóz, kopnął koło, sprawdził pasy i spojrzał raz jeszcze ku rowom. Woda wracała. To był dobry znak. Jeśli targ pójdzie pomyślnie, wrócą z nasionami i może jeszcze z kawałkiem soli. Jeśli nie — wiosna okaże się długa i skąpa.

Jeszcze wóz nie skrył się za horyzontem, a Hendrik i Willem szeptali coś między sobą. Zerkali ku niemu, po czym odwracali twarze, dusząc śmiech. Pieter znał ten sposób aż nazbyt dobrze.

Znowu namawiają się na mnie. Kolejny dzień to samo, jakbym był trędowaty.

Stał nieco z boku, jakby należał do tego podwórza mniej niż inni. Ramiona miał opuszczone, wzrok wbity gdzieś ponad rowy i pola, tam, gdzie droga znikała za groblą. Myślami był daleko stąd. Nie przy ojcu, nie przy wozie, nie przy braciach. Nie przy zwyczajnym porannym zamieszaniu. Wszystko dochodziło do niego jak przez mgłę.

W tej samej chwili mewa zanurkowała zbyt nisko i przestraszona z wrzaskiem, niemal musnęła go skrzydłem po twarzy. Poderwał głowę, wyrwany z zamyślenia. Serce uderzyło mocniej. Bracia parsknęli śmiechem. To wystarczyło.

Bez słowa obszedł ich od tyłu. Szedł miękko, ostrożnie, jak kot skradający się do ptaków. Nim którykolwiek zdążył się obejrzeć, pchnął jednego na drugiego z całej siły. Hendrik runął barkiem na Willema, a obaj wpadli prosto w mokre błoto przy studni. Rozchlapała się brunatna woda, krzyk mieszał się z przekleństwami. Pieter odskoczył w bok i stanął dalej, patrząc, jak gramolą się z ziemi.

Nie śmiał się. Patrzył chłodno, z twardą satysfakcją.

Musiałem oddać. Za wszystko.

Bracia podnieśli się czerwoni z gniewu. Hendrik pierwszy schwycił patyk i cisnął nim z całej siły. Willem zrobił to samo. Zaraz w powietrzu śmigały kolejne gałęzie, grudki ziemi i kawałki słomy. Pieter łapał część z nich zręcznie, jakby to była zabawa, część mijała go o włos.

— Łap, smrodzie!

— Łamago!

Odrzucał patyki niedbale, nawet nie patrząc, czy trafił. Gardził nimi w tej chwili bardziej niż bolało go to wszystko. Odwrócił się demonstracyjnie plecami i ruszył ku studni po cynowy kubek. Chciał napić się wody. Chciał pokazać, że nic go nie obchodzą.

Usłyszał tylko świst.

Potem nastąpiło uderzenie. Tępe, ciężkie, straszliwie nagłe.

Coś roztrzaskało mu tył głowy. Świat błysnął bielą. Nogi ugięły się pod nim jak z mokrej słomy. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest, czy stoi, czy już leży. W uszach zadudniło. Obraz zachwiał się i popłynął.

Zdołał chwycić się krawędzi studni. Oddychał krótko, spazmatycznie. Powoli uniósł dłoń do włosów. Palce natrafiły na mokre ciepło. Cofnął rękę. Była czerwona.

Krew.

Spojrzał przed siebie półprzytomnym wzrokiem. Bracia stali kilka kroków dalej. Jeszcze przed chwilą rozjuszeni, teraz zastygli jak wbici w ziemię. Hendrik wciąż trzymał w ręku połowę cegły. Palce zaciskały się na niej tak mocno, że pobielały mu knykcie. Twarz miał bladą, oczy szeroko otwarte.

— To Hendrik! — wyrwało się Willemowi piskliwie. — To on rzucił! To on!

Głos drżał mu ze strachu. Cofnął się o krok, jakby chciał oddalić się zarówno od brata, jak i od tego, co się stało.

Hendrik milczał. Patrzył na krew spływającą po karku Pietera i nie mógł oderwać wzroku. W gniewie rzucił, nie myśląc. Teraz gniew uleciał. Został tylko lęk.

Pieter osunął się na kamień przy studni. Oparł głowę o chłodne cegły cembrowiny. Zimno przenikało skórę i przynosiło krótką ulgę palącej ranie. Strużka krwi spływała po szyi, potem po ramieniu, wsiąkając w lnianą koszulę. Każde uderzenie serca odzywało się bólem.

Zamknął oczy. Nie chciał, by widzieli łzy, które same cisnęły się pod powieki — nie tyle z bólu, ile z upokorzenia.

Niech odpocznę… tylko chwilę.

Lecz pod bólem rodziło się już coś twardszego. Ciemniejszego.

Ja im pokażę.

Muszą zostać ukarani.

Usiadł na chybotliwej ławce stojącej tuż przy ścianie domu, w miejscu, gdzie zazwyczaj przesiadywał ojciec. Nie była to prawdziwa ława, takie widział tylko raz w Amsterdamie — szerokie, równe, gładko heblowane, z oparciami, stojące przed gospodami i domami kupców. Ta była zwyczajna: deska położona na dwóch wbitych w ziemię słupkach, spróchniała od deszczu i wyślizgana od lat użytkowania. Skrzypiała przy każdym poruszeniu, lecz dawała odpoczynek zmęczonym nogom.

Dziś jednak nie miała służyć odpoczynkowi. Dziś była posterunkiem.

Pieter miał plan.

Ławka stała tuż przy drzwiach prowadzących do spiżarni, a Pieter od dłuższej chwili nie patrzył już ani na rowy, ani na podwórze, lecz tylko na to jedno miejsce. Siedział z pochyloną głową, niby senny po porannym zamieszaniu, a w środku kipiał. Rana na głowie tępo pulsowała pod zaschniętą krwią, kark miał sztywny, lecz ból tylko podsycał złość.

Jeszcze chwila. Jeszcze trochę.

Wiedział, że Hendrik musi w końcu przejść sam. Willem był tchórzem i trzymał się teraz z dala, ale Hendrik prędzej czy później zapomni o ostrożności. Pieter czekał cierpliwie, zaciskając dłonie na krawędzi deski tak mocno, aż pobielały mu palce.

Minuty dłużyły się niemiłosiernie. Z domu dochodził stuk garnków. To Willem zapewne wygarniał resztki po śniadaniu. Hendrik zapewne niedługo przyniesie wodę — pomyślał. Oni zawsze działają razem. Gdakanie kur niosło się spod płotu, gdzieś dalej zaszczekał pies sąsiada. Nad rowem przeleciała mewa. Wszystko zwyczajne, spokojne — tylko w nim samym nie było spokoju.

I wtedy zobaczył go.

Hendrik wyszedł zza narożnika domu sam, niosąc wiadro. Szedł pewnym krokiem, nie oglądając się za siebie. Jeszcze nie wiedział.

Teraz.

Pieter poderwał się z ławki tak gwałtownie, że deska zatrzeszczała. Dopadł brata w dwóch susach i chwycił go wpół, nim ten zdążył wydać okrzyk. Wiadro upadło z łoskotem, rozlewając wodę po ziemi. Hendrik szarpał się dziko, wymachiwał rękami, próbował kopać, drapać, gryźć. Pieter zacisnął zęby. Rana zapiekła tak mocno, że przed oczami zamigotały mu ciemne plamy.

— Puść! Puść mnie!

Nie odpowiedział. podrzucił brata wyżej pod pachę i zataczając się od wysiłku, zaniósł go ku spiżarni. Każdy krok kosztował go coraz więcej sił. Ramiona drżały, oddech rwał się w piersi, lecz wściekłość niosła go dalej.

Do skrzyni. Do ciemności. Do pająków. Niech wie, jak to jest.

Drzwi spiżarni otworzyły się z jękiem. W środku pachniało ziemią, cebulą i wilgotnym drewnem. W kątach wisiały pajęczyny, a w cieniu stała duża skrzynia po kartoflach. Pieter cisnął Hendrika do środka. Chłopak wrzasnął i próbował wyskoczyć, lecz wieko opadło z hukiem. Pieter przytrzymał je całym ciężarem ciała, aż brat zaczął walić pięściami od środka.

— Wypuść mnie! Pieter!

Szarpnął skobel. Raz. Drugi. Metal wszedł na miejsce.

Nastała cisza przerywana tylko głuchym dudnieniem od środka.

Pieter cofnął się o krok. Patrzył na zamkniętą skrzynię, nie dowierzając, że naprawdę mu się udało. Serce waliło mu jak młot. Krew szumiała w uszach. W ustach czuł suchość.

— Masz za swoje… — wyszeptał ochryple gdy ślina wreszcie zwilżyła usta.

Jeszcze chwilę nasłuchiwał. Hendrik tłukł pięściami, potem zaczął krzyczeć, wreszcie głos przeszedł w gniewne pomruki. Nikt jednak nie nadchodził. Podwórze było puste.

Pieter zamknął drzwi spiżarni i wrócił ku ławce. Nogi miał miękkie jak po długim biegu. Usiadł ciężko, przekręcił się bokiem i oparł plecy o ścianę domu. Powietrze zdawało się lżejsze. Ból głowy nie ustąpił, ale stracił dawną ostrość. Złość, która jeszcze przed chwilą paliła go od środka, powoli rozpływała się w przyjemnym zmęczeniu.

Słońce wspinało się coraz wyżej. Ogrzewało twarz, ramiona, dłonie. Ciepło wnikało w niego powoli, kojąco, jakby samo chciało zagłuszyć wszystko, co wydarzyło się tego ranka.

Z wnętrza spiżarni dobiegało już tylko stłumione dudnienie. Coraz rzadsze. Coraz słabsze.

Pieter przymknął oczy.

Po raz pierwszy tego dnia poczuł spokój.

Głowa opadła mu na ramię. Oddech się wyrównał.

I zasnął.

Tymczasem z oddali wyłaniał się wóz, chwiejący się leniwie na wyboistej drodze. Na koźle siedział Jan van der Meer, pokrzykując ochryple na woła, który stawiał ciężkie kroki z uporem stworzenia przekonanego, że i tak dojdzie wtedy, kiedy zechce. Obok niego siedziała Trui, zgarbiona nad sakiewką. Przesuwała w palcach drobne monety, licząc raz jeszcze duity pozostałe po handlu. Niewiele zostało po zakupie nasion do domowego ogródka. Każdy grosz ważył dziś więcej niż zwykle.

Gdy tylko znaleźli się na środku podwórza, blisko studni, wół stanął sam z siebie, jakby miejsce to miał zapisane głębiej niż człowiek drogę do domu. Jan zeskoczył z wozu zwinnie, choć zmęczenie całego dnia ciążyło mu w barkach. W ręku trzymał rzemień do poganiania zwierzęcia.

Już miał rzucić krótkie polecenie żonie, gdy wzrok padł mu na ławkę przy ścianie domu.

Pieter leżał na niej bez ruchu. Głowa opadła mu na bok, włosy miał zlepione krwią. Twarz bladą jak popiół.

Jan zamarł tylko na mgnienie oka. Potem ruszył ku niemu gwałtownie.

— Wstań! Słyszysz mnie? Wstań!

Szarpnął chłopca za ramię. Pieter zakołysał się bezwładnie, lecz dopiero po chwili powieki drgnęły. Otworzył oczy powoli, jakby wydobywał się z głębokiej studni snu. Słońce uderzyło go w twarz, więc odwrócił głowę. Ujrzał nad sobą ojca — i strach natychmiast rozbudził go do reszty.

W tej samej chwili przypomniał sobie o Hendriku. O skrzyni. O zamknięciu.

To już po mnie.

— Jezu miłosierny… Pieter! — krzyknęła Trui, zsuwając się z wozu. — Co ci się stało?

Lecz Jan nie patrzył już na ranę. Szukał wzrokiem pozostałych synów. Podwórze było puste.

— Gdzie Hendrik? Gdzie Willem? Gadaj szybko! Trui, wodę!

— Naprawdę nie wiem, ojcze…

Pieter skłamał z rozmysłem. W głowie gorączkowo szukał chwili, w której zdoła pobiec do spiżarni i wypuścić brata, zanim prawda wyjdzie na jaw.

— Mów, łobuzie! Gdzie brat?!

Jan nie czekał na odpowiedź. Gniew, strach i wyobraźnia zlały się w jedno. Rzemień świsnął w powietrzu i spadł na plecy chłopca. Potem drugi raz. I trzeci. Uderzenia lądowały bezładnie — po ramionach, po bokach, po nogach.

Pieter próbował się cofnąć, lecz twarda ręka ojca trzymała go za ramię jak żelazny hak. Nie było ucieczki.

Trui dopadła do nich z drewnianym czerpakiem, który wypadł jej z dłoni i rozlał wodę po ziemi.

— Janie, dosyć! Dosyć już! Chłopak krwawi!

Chwyciła męża za przedramię, próbując odciągnąć go od syna. Jan odepchnął ją gwałtownie barkiem, nie odrywając wzroku od Pietera.

— Nie wtrącaj się! Gdzie jest Hendrik?!

— Zabijesz go! Opamiętaj się!

Trui stanęła między nimi, rozkładając ręce, lecz Jan odepchnął ją ponownie. Cofnęła się o krok, potknęła o kamień przy studni i złapała za cembrowinę, by nie upaść. W oczach miała przerażenie większe niż gniew.

Pieter milczał.

Łzy popłynęły mu po twarzy, lecz nie z bólu. Z niesprawiedliwości. Z tego, że zawsze kończyło się tak samo. Że nikt nie pytał. Ani jedno spokojne pytanie. Zawsze winny był on.

Nie krzyczał. Zacisnął zęby tak mocno, aż przygryzł wargę. Cienka strużka krwi spłynęła mu po brodzie.

Rzemień znów uniósł się w górę.

A wtedy ze spiżarni dobiegło głuche walenie w drewno i stłumiony wrzask.

Jan jeszcze tego nie usłyszał. Oślepiony gniewem tłukł syna dalej, jakby każdy raz miał wydrzeć z niego prawdę. Oddech rwał mu się ciężko, twarz poczerwieniała, włosy przykleiły się do skroni od potu. Nie widział nic poza chłopcem przed sobą.

Trui usłyszała pierwsza.

Głowa drgnęła jej nagle, jak u zwierzęcia chwytającego dźwięk z daleka. Spojrzała ku domowi, ku drzwiom spiżarni, skąd dochodziło rozpaczliwe kołatanie i zduszony krzyk Hendrika. Przez chwilę stała nieruchomo, nie wierząc własnym uszom.

Miała na sobie grubą spódnicę z ciemnej wełny, przyprószoną kurzem z drogi, lniany fartuch związany ciasno w talii i brązowy kaftan napięty na ramionach od pośpiechu. Chusta, zawiązana rano starannie pod brodą, zsunęła się teraz na kark. Kilka pasm jasnych, posiwiałych już włosów przykleiło się do spoconego czoła. Dłonie, spracowane i popękane od zimna, uniosła nagle do ust, jakby chciała zatamować krzyk albo słowa, których kobiecie wypowiadać nie przystało.

W tym samym momencie kątem oka dostrzegła Willema. Chłopak biegł od drugiego końca pola, gdzie jeszcze przed chwilą rył patykiem kanał dla kałuży. Pędził teraz wystraszony, potykając się o grudki ziemi, z szeroko otwartymi oczami.

Naraz pojęła wszystko.

— Przestań!

Krzyk wyrwał się z niej z siłą, o jaką sama by siebie nie podejrzewała. Rozdarł podwórze ostrzej niż świst rzemienia. Jan zastygł w pół ruchu i spojrzał na nią z wściekłym zdumieniem.

Pierś Trui unosiła się gwałtownie. Oddychała szybko, niemal chrapliwie. Nogi zaczęły się pod nią uginać.

— Są obaj… są… — wyjąkała, osuwając się niemal do przysiadu.

Wskazała drżącą ręką na dom.

— Zobacz w spiżarni! Zobacz, idioto!

To ostatnie słowo spadło ciężko jak kamień. Nigdy jeszcze nie mówiła do męża w ten sposób.

Jan pobladł. Rzemień opadł mu z dłoni w błoto. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby nie rozumiał znaczenia usłyszanych słów. Potem odwrócił się ku drzwiom spiżarni.

Pieter poczuł, że uchwyt ojcowskiej dłoni zelżał. Wyrwał ramię i cofnął się chwiejnie. Plecy paliły go ogniem, głowa dudniła, nogi miał miękkie jak trzcina na wietrze. Nie spojrzał na nikogo. Pobiegł ku szopie.

Tam, w półmroku szopy pachnącej sianem, ususzonym torfem i starym drewnem, leżał pies. Stary, o zmierzwionej sierści, miejscami wyleniały. Nigdy nie miał ochoty bawić się z chłopcami. Jedynie bardziej ożywiał się na widok Jana.

Podniósł łeb, merdnął ogonem i ciężko podpełznął ku chłopcu. Pieter padł obok niego na kolana, objął go za szyję i wtulił twarz w ciepłą sierść.

— Za co… dlaczego… — szeptał urywanym głosem. — To ja mam rozciętą głowę… To ja…

Pies tylko westchnął cicho i polizał go po zakrwawionej dłoni.

— Widzisz, taki nasz los. Nikt nas nie chce… — wyszeptał Pieter, patrząc mu w zamglone oczy.

Potem zagrzebał się głęboko w siano i zasnął. Suche źdźbła pachniały kurzem, latem zeszłego roku i spokojem, którego od dawna nie zaznał. Nad nim trzeszczały belki szopy, gdzieś w kącie popiskiwała mysz, a wiatr przeciskał się przez szpary między deskami. Tu nikt go nie wołał, nie szarpał, nie szydził. Tu był sam i wolny, choćby tylko na kilka godzin.

Gdy się ocknął, noc leżała już nad obejściem. Ciemność była miękka, przesycona wilgocią i ciszą. Pieter przez chwilę nasłuchiwał. Z domu nie dochodził żaden głos, tylko czasem skrzypnięcie drewna i głuchy pomruk bydła w oborze. Wtedy plan, który nosił w sobie od dawna jak rozżarzone węgielki, rozpalił się na dobre.

Gdy zasną wszyscy, zakradnę się do domu.

Tak też uczynił. Zsunął się z siana, bose stopy wcisnął w chłodną ziemię i ostrożnie zostawił chodaki oraz wełniane skarpety przy wejściu do szopy. Drewno stuknęłoby o próg i zdradziło go od razu. Szedł więc boso, powoli, lekko, jak duch.

Każdy krok znał na pamięć. Minął beczkę pod ścianą, kamień przy studni, próg, który zawsze skrzypiał po lewej stronie. W izbie czuć było wygasłym dymem, kapustą i ludzkim snem. Ojciec chrapał ciężko za zasłoną. Pieter zacisnął zęby i wstrzymał oddech.

Muszę znaleźć mój gruby kubrak… jeszcze kawałek chleba… i ruszam przed świtem.

Kubrak wisiał tam, gdzie zawsze, przy drzwiach. Twardy od deszczu i starego potu, lecz ciepły. Z półki zabrał napoczęty bochenek chleba i mały nóż z kościaną rękojeścią. Potem wymknął się z domu tak cicho, jak wszedł.

Wrócił do szopy po chodaki. Wziął je pod pachę i przeszedł przez podwórze.

Za wcześnie na drogę. Poczekam jeszcze trochę — do świtu.

Wrócił w to samo miejsce. Nie mógł już zasnąć. Czekał, aż się rozwidni.

Już czas.

Z butami pod pachą przebiegł podwórko, nisko schylony, jakby uciekał z niewoli, i dopiero za płotem wsunął je na nogi. Drewno objęło stopy znajomym chłodem. Nad wschodem niebo zaczynało blednąć.

Ruszył.

Wiosna jeszcze nieśmiała. Ziemia dopiero budziła się po zimie i pachniała mokrą gliną, trawą oraz wodą stojącą w rowach. Nad polami wisiała mgła tak niska, że zdawało się, iż można ją rozgarniać rękami. Grobla, którą szedł, ciągnęła się wąskim pasem między kanałami. Po obu stronach stała czarna woda, nieruchoma jak lustro, tylko czasem zmarszczona kręgiem po rybie albo trzepotem skrzydeł dzikiej kaczki.

Z daleka majaczyły wiatraki. Ich ramiona obracały się leniwie, jakby nie śpieszyły się nigdzie, choć cały świat gnał naprzód. Przy jednym z nich stał młynarz w ciemnej kapocie i patrzył ku drodze, więc Pieter zszedł niżej, między wierzby, i przeczekał, aż człowiek zniknie.

Słońce wyszło zza chmur bladym krążkiem. Rozświetliło dachy wsi, które mijał z daleka: niskie ceglane domy z ciemnymi dachówkami, stodoły kryte strzechą, płoty splecione z wiklinowych gałęzi. Z kominów podnosił się dym. Psy ujadały, gdy przechodził, lecz nie zbliżał się do zagród. Bał się pytań bardziej niż głodu.

W południe usiadł na kamieniu przy małym mostku. Most był drewniany, wilgotny, wyślizgany od kół wozów i setek stóp. Zjadł skórkę chleba, popił wodą z rowu, która smakowała ziemią i trzciną, po czym ruszył dalej.

Im bliżej miasta, tym droga stawała się żywsza. Mijały go wozy wyładowane beczkami z serem, workami zboża i starannie porąbanym drewnem. Chłopi prowadzili krowy na targ, kobiety niosły kosze jaj. Wszyscy spieszyli się ku temu samemu: znaleźć nocleg, odpocząć i przed świtem zająć dobre miejsce na targu.

Dwóch starszych chłopców rzuciło ku niemu kilka kpiących słów. Pieter nie podniósł nawet głowy. Szedł dalej, bo podobne słowa znał od dawna.

Po południu zobaczył więcej łodzi niż ptaków. Kanały rozszerzały się, a przy brzegach cumowały barki z żaglami zwiniętymi jak skrzydła śpiących ptaków. Pachniało smołą, mokrym drewnem i rybą. Nad wodą krążyły mewy, wrzeszcząc tak donośnie, jakby kłóciły się o całe niebo.

Droga prowadziła teraz między coraz gęstszą zabudową. Domy stały bliżej siebie, wyższe, z wąskimi frontami zwróconymi ku wodzie. Na podwórzach suszyły się sieci, a ludzie mówili głośniej i szybciej. Nadchodził wieczór.

Rozejrzał się wokół i jak mysz czmychnął pod żagle leżące na łodzi.

Tu odpocznę.

Nim nastał ranek, mgła wdzierająca się w każdą szczelinę łodzi sprowadziła jeszcze większy chłód. Wpełzała pod żagle, osiadała na deskach, wciskała się pod kubrak i kąsała ciało wilgotnym zimnem. Dobrze, że Pieter właśnie się obudził — jeszcze chwila snu, a skostniałby do reszty.

Ręce miał zesztywniałe, nogi zdrętwiałe, a ząb nie trafiał na ząb.

— Pieter Meer… uspokój się… — wyszeptał do siebie, szczękając zębami.

Przez moment siedział skulony, obejmując kolana, jakby samym uściskiem mógł zatrzymać ciepło. Potem ostrożnie uchylił skraj żagla i spojrzał za burtę.

Wokół była tylko ciemność rozmyta mlekiem mgły. Woda i powietrze zlewały się w jedno. Ledwie można było odróżnić pomost od kanału.

Jest ciemno… ale skoro mgła taka gęsta, ranek musi być blisko.

Musiał coś zrobić. Bez ruchu zamarznie.

Zaczął więc ćwiczyć w ciasnej kryjówce, jak potrafił. Zginał ręce, rozcierał dłonie, prostował nogi. Potem podciągał kolana do piersi, dotykał łokciem raz jednego, raz drugiego. Deski pod nim cicho skrzypiały. Oddech przyspieszył, serce ruszyło żywiej, a po chwili w piersi pojawiło się upragnione ciepło.

— Dobrze… już lepiej… — mruknął.

Nasłuchiwał. To był czas, by pomyśleć o dalszej drodze. Był głodny i spragniony. Ostatni kęs chleba zjadł, nim zasnął. W ustach czuł suchość, a brzuch ściskał się boleśnie.

Wtedy usłyszał coś nowego.

Nie był to plusk wody bijącej o burtę. Nie był to też jęk drewna. Coś lekkiego, urywanego — jak ostrożne kroki na mokrych deskach pomostu.

Skulił się natychmiast i zamarł.

Co to może być?

Serce zaczęło mu walić mocniej niż przed chwilą podczas ćwiczeń. Wstrzymał oddech. Ostrożnie, ledwie na szerokość palca, odchylił żagiel.

Z mgły wyłaniała się postać.

Najpierw cień, potem zarys spódnicy poruszanej wilgotnym wiatrem, potem twarz młodej dziewczyny. Mogła być niewiele starsza od niego — a właściwie nie, raczej młodsza. Szła pewnie po pomoście, jak ktoś przywykły do wody i łodzi. Na głowie miała ciemną chustkę, spod której wymykały się jasne pasma włosów. Policzki zaróżowione od zimna, dłonie czerwone i spracowane.

W rękach niosła dwa kosze pełne sucharów. Twardych, jasnych, pachnących mąką i piecem. Zapach uderzył Pietera tak mocno, że aż zakręciło mu się w głowie. Ślina napłynęła mu do ust.

Jeszcze chwila, a mogłaby przejść obok.

Lecz nos, zdradziecki bardziej niż strach, zareagował na pył z sucharów.

Pieter zacisnął twarz, walczył ze sobą rozpaczliwie — lecz nie zdołał.

Kichnął.

Krótko, głośno, nieszczęśliwie.

Dziewczyna stanęła jak wryta, jakby zderzyła się z niewidzialną ścianą. Kosze zakołysały się w jej dłoniach. Oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

Przez ułamek chwili patrzyła prosto na fałdę żagla.

Potem cofnęła się o krok i krzyknęła tak przenikliwie, że mewy zerwały się z pali nad wodą.

— Tato! Tato! Ktoś tu jest!

Z pobliskiego domu wybiegł rosły mężczyzna z drewnianą łopatą do wyjmowania chleba z pieca. Trzymał ją oburącz niby broń, choć bardziej z odruchu niż z gniewu. Miał szerokie barki, ramiona osypane mąką i twarz zaczerwienioną od gorąca pieca.

— Maartje! Co się dzieje, na litość boską? Co znowu?

Mgła unosiła się znad kanału powoli, jakby z niechęcią oddawała ziemię porankowi. Leżała jeszcze nisko nad wodą i łąkami, lecz od wschodu zaczynała się rwać na długie, poszarpane smugi. Horyzont płonął czerwienią tak świeżą, jakby ktoś rozlał żar po krawędzi świata. Słońca jeszcze nie było widać, tylko jego zapowiedź. Wilgotne powietrze szczypało w twarz, a wszystko wokół lśniło rosą: deski pomostu, trzciny przy brzegu, czarne burty łodzi i dachówki na domach.

Spod osłony żagla wygramolił się zziębnięty chłopiec. Drżały mu ręce, włosy miał wilgotne od mgły, a kubrak nasiąknięty nocnym chłodem. Przez chwilę stał bez ruchu, jak zwierzę wypłoszone z kryjówki.

Za plecami piekarza, w otwartych drzwiach domu, skryła się dziewczyna. Miała na sobie lniany fartuch lekko przybrudzony mąką i sadzą. Jasne włosy chowała pod białym czepkiem, spod którego wymykały się niesforne kosmyki. Patrzyła uważnie, bez lęku, raczej z ciekawością niż z obawą.

Pieter ruszył niepewnie ku nim.

Dopiero teraz mógł dobrze przyjrzeć się miejscu. Dom piekarza stał tuż przy kanale, z czerwonej cegły, osmolony wokół kominów. Dach opadał nisko, ciężki od dachówek ciemnych po nocnej wilgoci. Z boku przylegała piekarnia — dłuższa, niższa przybudówka z szerokimi drzwiami stojącymi otworem. Ze środka buchało ciepło i zapach świeżego chleba, kwaśnego ciasta oraz palonego drewna. Przy ścianie leżały ułożone stosy opału, beczki z wodą i worki mąki nakryte płótnem. Nad wszystkim wznosił się gruby komin, z którego sączył się dym prosty i siny w nieruchomym poranku.

Obok domu cumowała łódź żaglowa — niewielka, lecz zadbana, o świeżo smołowanych burtach. Widać było, że służyła nie dla zabawy, lecz do pracy: przewożenia worków, chleba, drewna albo towarów na pobliskie targi. Tego dnia miała posłużyć do przewozu suchego chleba dla marynarzy.

Piekarz opuścił łopatę i machnął ręką, jakby chciał zarazem przywołać i uspokoić.

— Chodź, chłopcze — rzekł już łagodniej. — Pewnie miałeś chłodną noc.

Pieter podszedł jeszcze kilka kroków. Czuł, jak zapach pieca ciągnie go mocniej niż słowa.

— W naszym domu jest zawsze ciepło. Czasami za ciepło. Piece grzeją — dodał mężczyzna, krzywiąc się w czymś na kształt uśmiechu.

Chłopiec przełknął ślinę. Gardło miał suche od zimna i strachu.

— Jestem Pieter Meer — powiedział w końcu cicho.

Piekarz skinął głową.

— A ja piekarz. Po prostu piekarz.

Taka odpowiedź musiała wystarczyć.

Maartje za plecami ojca uśmiechnęła się ledwie dostrzegalnie. Tymczasem nad kanałem mgła podnosiła się coraz wyżej, odsłaniając dzień, który dla Pietera mógł okazać się pierwszym dniem nowego życia.

— Maartje, nośże wreszcie te suchary i syp do beczek! A ty, chłopcze, chodź do domu. Ogrzej się. Pewnieś głodny. Siadaj.

Pieter ruszył za gospodarzem jak cień, cicho i niepewnie, rozglądając się na wszystkie strony. Każdy krok stawiał ostrożnie, jakby lękał się, że ktoś nagle cofnie zaproszenie i wyrzuci go z powrotem na chłodny poranek.

Wszystko tu było inne niż… urwał myśl, nim zdążyła przybrać kształt. Inne niż dom, z którego uciekł. Inne niż krzyk, ciężkie kroki i wieczny strach.

Wnętrze izby uderzyło go najpierw ciepłem. Było ono gęste, niemal namacalne, płynęło z pieca stojącego przy ścianie i z drugiego paleniska połączonego z piekarnią. Pachniało świeżym chlebem, mlekiem, dymem i kwaśnym zaczynem. Belki pod stropem były ciemne od lat sadzy, lecz wyszorowane. Podłoga z cegieł nosiła ślady wielu kroków i rozsypanej mąki. Przy ścianach stały ciężkie ławy, stół poorany nożami i pracą, skrzynia okutą żelazem oraz półki zastawione glinianymi miskami, cynowymi kubkami i bochenkami przykrytymi płótnem.

W małym oknie drżało blade światło świtu, lecz w izbie panował blask ognia. Na hakach suszyły się pęta cebuli i zioła. W kącie stała kołyska z drewna, poruszana czasem stopą kobiety.

— Siadaj.

Piekarz postawił przed nim gliniany kubek ciepłego, gotowanego mleka i podał odłamany kawałek chleba, jeszcze miękki w środku.

Pieter spojrzał na gospodarza tylko przelotnie. Nie podziękował. Głód był szybszy od dobrych obyczajów. Wepchnął pierwszy kęs do ust tak łapczywie, jakby bał się, że ktoś zaraz mu go odbierze. Żuł prędko, niemal dławiąc się, i popijał mlekiem, parząc sobie wargi.

To nic, pomyślał. Ważne, że brzuch będzie pełny.

Z kąta izby spoglądała na niego kobieta przewijająca niemowlę. Była to żona piekarza, Annetje. Twarz miała spokojną, nieco zmęczoną, o jasnej cerze zaróżowionej od ciepła pieca. Włosy starannie ukrywała pod lnianym czepkiem. Ręce miała drobniejsze niż mąż, lecz silne i sprawne, przywykłe do pracy tak samo jak jego. Poruszała się bez pośpiechu, z cichą wprawą kobiety, która każdego dnia musi zdążyć ze wszystkim.

Nie patrzyła na Pietera z nieufnością, raczej z tym rodzajem ostrożnej litości, który rodzi się u matek.

Piekarz skinął głową ku dziecku.

— Widzisz? I to dziewczynka. Taki los. A dziedzica brak.

Powiedział to tonem człowieka, który żartuje z własnego zmartwienia, bo inaczej musiałby je poczuć naprawdę.

Annetje uniosła na niego wzrok.

— Lepiej dziękuj za zdrowe dzieci niż szemraj o syna — odrzekła spokojnie.

Dirk mruknął coś pod nosem i wzruszył barkami.

Pieter jadł dalej w milczeniu, lecz pierwszy raz od dawna słyszał sprzeczkę, w której nie było gniewu. Tylko życie.

Dopiero teraz piekarz spojrzał uważniej na chłopca. Wcześniej widział w nim tylko zbiedzonego włóczęgę, głodne dziecko wyciągnięte spod żagla, parę rąk do pracy. Teraz dostrzegł zaschniętą krew we włosach, ciemny strup ciągnący się ku skroni i opuchliznę ukrytą pod zmierzwioną czupryną.

Zmarszczył brwi.

Podszedł do żony, pochylił się ku niej tak blisko, że ich czoła niemal się zetknęły, i wyszeptał:

— On jest ranny. Opatrz go… i niech się umyje.

Annetje skinęła głową, jakby od dawna już to wiedziała.

Tymczasem Pieter, jakby niczego nie słyszał, pochwycił następny kosz z sucharami. Niósł go do beczek stojących w łodzi, podawał Maartje, a ona zręcznie wsypywała twarde pieczywo i rozdzielała po równo do każdej beczki. Potem przykładała wieko, poprawiała obręcz i uderzała drewnianym młotkiem, aż wszystko siadało ciasno i pewnie. Pracowali bez słów, w rytmie prostym i zgodnym, jakby robili to razem od lat.

Po chwili niemowlę w kołysce ucichło i zapadło w sen. Wtedy Annetje otarła ręce o fartuch i podeszła do chłopca.

— Chodź. Umyjesz się — rzekła. — Zapracowałeś na opiekę.

W izbie, niemal pośrodku, stała już gliniana misa z ciepłą wodą, postawiona na niskim, trójnożnym stołku. Obok na ławie leżało lniane płótno, stał mały garneczek z gęsim tłuszczem, garść suszonych ziół i czysta opaska skręcona z paska bielonego lnu.

Pieter podszedł niepewnie. Sięgnął do koszuli, chcąc ją zdjąć, lecz zawahał się i zamarł.

— No dalej. Nie wstydź się — powiedziała spokojnie Annetje. — Widziałam już chłopa nagiego i mam córkę w twoim wieku.

Spuścił wzrok.

— Ale…

— Żadne ale. Szybko, bo czasu mało. Popłyniesz z mężem z sucharami dla marynarzy. Ktoś musi pilnować łodzi i towaru. Córki nie puszczę do tej hałastry.

W jej głosie było tyle pewności, jakby decyzja zapadła już dawno i bez jego udziału.

Pieter zdjął kubrak, potem koszulę. Na ramionach i plecach nosił ślady dawnych razów: sine pręgi, żółknące sińce, zadrapania. Annetje nic nie powiedziała. Tylko westchnęła przez nos, cicho, tak by nie usłyszał.

Zmoczyła płótno w ciepłej wodzie i zaczęła obmywać mu twarz, szyję i ręce. Brud schodził smugami. Potem rozchyliła włosy przy skroni. Rana nie była głęboka, lecz rozcięcie szerokie. Krew zaschła twardą skorupą.

— Siedź spokojnie.

Namoczyła strup wodą, aż zmiękł, po czym delikatnie oczyściła miejsce. Pieter syknął z bólu i odruchowo cofnął głowę.

— Nie wierć się. Głowa krwawiła mocno, lecz od takiego razu jeszcze się nie umiera.

Wzięła kilka listków babki lancetowatej i krwawnika, utłukła je w moździerzu, po czym zmieszała z odrobiną gęsiego tłuszczu. Przyłożyła do rozcięcia chłodną, zielonkawą maść. Na koniec owinęła mu głowę czystym płótnem i zawiązała pewnie nad uchem.

Spojrzała na niego uważnie.

— Kto ci to zrobił?

Pieter nagle odwrócił twarz. W oczach stanęły mu łzy. Zamrugał szybko, jakby chciał je przepędzić, zanim ktokolwiek zobaczy.

Spokojnie… spokojnie, pomyślał. To tylko obcy ludzie.

Stanął bokiem, wpatrzony w cegły podłogi.

— Ojciec. To ojciec.

Zamilkł, po czym od razu poprawił się cicho:

— Ale nie wszystko. Rana na głowie… to brat.

Annetje nie zapytała o nic więcej. Położyła mu tylko dłoń na ramieniu — lekko, na chwilę. Tak lekko, że niemal bardziej zabolało niż opatrunek.


Pieter wyszedł z domu na drogę i przystanął. Nie podziękował za jedzenie i opatrunek. Nie potrafił — nikt go tego nie nauczył.

Poranek rozjaśnił się już na dobre. Mgła ustąpiła nad kanałami, pozostawiając po sobie wilgoć na deskach pomostów, dachówkach i trawie. Spojrzał na ścieżkę bardziej wydeptaną od innych, szerzej ubijaną przez koła wozów i setki stóp.

To na pewno droga do Amsterdamu, pomyślał.

Już miał ruszyć, gdy usłyszał za sobą głos niecierpliwy, szorstki, a przecież nie zły.

— Chodź tu, Pieter! Wskakuj na łódź. Wiem, że wędrujesz do miasta.

Odwrócił się. Dirk van Rijn stał przy burcie i poprawiał linę przy palu cumowniczym.

— Zrobimy interes — ciągnął. — Ty popilnujesz łodzi i towaru na niej, a ja podwiozę cię do Amsterdamu. Właśnie tam płynę. No, wskakuj.

Pieter nie potrzebował namysłu.

— Dobrze. Zgoda, proszę pana.

Gdy Dirk wciągał trap na pokład, chłopak już trzymał wiosło w dłoniach, gotów odepchnąć łódź od nabrzeża. Było mu jakoś inaczej niż dotąd. Lżej. Czuł, że nie jest zawadą ani ciężarem. Czuł się potrzebny.

Łódź była typowa dla tych stron — niewielka, szeroka w brzuchu, z płaskim dnem, aby mogła ślizgać się po płytkich wodach kanałów i przybrzeżnych zatok. Burty miała ciemne od smoły, pokład prosty, z desek wybłyszczonych tysiącem kroków oraz przesuwanych skrzyń i beczek. Pośrodku wznosił się jeden maszt, niezbyt wysoki, lecz mocny, z pojedynczym czworokątnym żaglem z grubego płótna. Na rufie sterczało szerokie wiosło sterowe, a pod ławkami leżały liny, bosaki i zapasowe drągi do odpychania się od brzegu. Był tam też kamienny kotwicznik i sieci do połowu ryb.

Na dziobie stały beczki nabite sucharami, związane sznurem tak, by nie przesunęły się przy przechyle.

— Pchaj! — rzucił Dirk.

Pieter wsparł się wiosłem o pal i popchnął z całej siły. Burta otarła się głucho o drewno nabrzeża, łódź odsunęła się leniwie, zaskrzypiała, po czym weszła na wodę swobodniej. Dirk pociągnął za fał, linę podnoszącą żagiel. Płótno poszło w górę, zatrzepotało gwałtownie jak schwytany ptak, po czym napełniło się wiatrem. Linę zarzucił na knagę, drewniany kołek przy maszcie, i obłożył ją sprytnymi ósemkami. Pieter patrzył, jak lina sama niemal układa się pod palcami piekarza.

Łódź ruszyła.

Najpierw powoli, niemal niechętnie, potem coraz pewniej sunęła kanałem. Woda rozstępowała się przy dziobie w dwa ciemne pasma. Mijali groble, pastwiska z krowami, wierzby pochylone nad rowami i niskie domy z czerwonej cegły. Z kominów unosił się dym śniadań, a nad trzcinami krzyczały ptaki wodne.

Pieter siedział przy beczkach i chłonął wszystko oczami. Po chwili nie wytrzymał.

— Po co tyle tego… tak dużo wieziemy?

Dirk spojrzał na niego spod zmrużonych powiek.

— Tego? — stuknął pięścią w jedną z beczek. — Tego, chłopcze, potrzeba więcej niż piwa i modlitwy. To chleb suchy. Marynarski.

Usiadł szerzej przy sterze i splunął za burtę.

— Zwykły bochen po trzech dniach na morzu łapie pleśń. Po tygodniu cuchnie. A na statku nieraz płynie się tygodnie, miesiące. Wilgoć wszędzie. Sól w powietrzu. Szczury w ładowni. Jeśli chleb miękki, to po nim.

Uniósł palec.

— Suchar musi być twardy jak deska. Wtedy przetrwa.

Pieter dotknął beczki, jakby nagle nabrała większej wartości.

— Jak się go robi?

Dirk parsknął cicho.

— Ciężko i długo. Najpierw mąka żytnia albo pszenna, jak kto bogatszy. Do tego woda, trochę soli. Mało zaczynu albo wcale, żeby nie wyrósł za miękki. Zagniatasz ciasto twarde, takie, co ręce bolą od wyrabiania.

Pokazał dłońmi ruch ugniatania.

— Potem pieczesz raz. Kroisz na kawały albo formujesz od razu małe placki. W nich robisz dziury patykiem, by szybciej schły. I pieczesz drugi raz. Długo. Nie po to, by przyrumienić, lecz by wypędzić z niego całą wilgoć.

— Drugi raz? — zdziwił się Pieter.

— A czasem i trzeci, jeśli pogoda mokra — odparł Dirk. — Im suchszy, tym lepszy. Twardy tak, że zęby można stracić. Marynarze moczą go w piwie, w zupie, w wodzie, by dało się gryźć.

Chłopak spojrzał na swoje dłonie.

— I to wystarcza?

— Wystarcza, by nie zdechnąć z głodu — mruknął piekarz. — A na morzu nieraz to już wiele.

Wiatr przybrał. Żagiel napiął się mocniej, łódź przechyliła lekko i przyspieszyła. Przed nimi kanał rozszerzał się ku większej wodzie, a gdzieś dalej, poza linią grobli i wiatraków, czekał Amsterdam.

Pieter poprawił kubrak, sprawdził węzeł liny i uśmiechnął się do siebie tak, by nikt nie widział. Pierwszy raz płynął nie uciekając przed kimś, lecz dążąc ku czemuś.

Pieter wszystkiego był ciekaw. Rozglądał się bez ustanku, chłonąc każdy szczegół. Przymrużył oczy i w oddali ujrzał las masztów. Sterczały nad dachami niczym nagi zagajnik — gęste, nieruchome, czarne na tle jasnego nieba. Za nimi unosił się dym miasta i blask wielu szyb odbijających światło południowego dnia.

— Amsterdam! Amsterdam, mistrzu! — wyrwało mu się z zachwytem.

Dirk van Rijn parsknął pod nosem.

— Tak, Pieterze. Amsterdam. A teraz uważaj i zapamiętaj. Podpłyniemy nie do nabrzeża, lecz z boku, od strony zatoki. Tam już będzie wiele łodzi takich jak nasza — będą czekać.

Chłopiec spojrzał na niego zdziwiony.

— Nie patrz tak. To rzecz zwyczajna. Dobre miejsce przy nabrzeżu kosztuje drogo. Dlatego statek trzeba ładować szybko, z obu burt naraz. Od strony morza mamy lepiej — mniej dźwigania.

Wskazał ręką przed siebie.

— Każda łódź podpływa, daje towar do siatki uwiązanej na linie. Czasem jest jeden dźwig, czasem dwa, gdy się spieszą. Z pierwszymi beczkami z sucharami wskakuję i ja do siatki.

Uśmiechnął się krzywo.

— Trzeba przecież odebrać zapłatę, no nie?

Klepnął chłopca w ramię, lecz zaraz pożałował, bo Pieter syknął z bólu.

— A ty zostajesz w łodzi i podajesz resztę towaru.

Rozdział II

Zanim zdążył powiedzieć coś więcej, obok nich przeszedł wielki statek handlowy, przeciskający się między oczekującymi łodziami ku wolnemu miejscu przy nabrzeżu. Jego wysoka burta przesunęła się niczym mur z ciemnego drewna, świeżo smołowanego i połyskującego w słońcu. Kadłub miał pękaty, szeroki, z rufą wyniesioną wysoko nad wodę, pełną okienek i rzeźbionych listew. Na dziobie wyrzeźbiono złoconą głowę lwa z rozwartą paszczą.

Na burcie, białymi literami, widniała nazwa:

De Gouden Meeuw — Złota Mewa.

Z pokładu niósł się gwar pracy i pośpiechu.

— Rzuć cumę!

— Trzymaj dziób prosto!

— Fał luzem!

— Bosakiem odpychaj tamtą łajbę!

— Ostrożnie z beczkami, psie syny!

Zatrzeszczały liny, jęknęły wanty, gdzieś spadł hak, aż zadudnił o pokład. Drewno skrzypiało pod ciężarem ludzi biegnących z miejsca na miejsce. Nad wszystkim krążyły mewy, wrzeszcząc tak głośno, jakby i one chciały wydawać rozkazy.

Pieter patrzył z otwartymi ustami.

Tu wszystko było większe, głośniejsze, szybsze. Nawet przekleństwa zdawały się bogatsze niż na wsi.

— Panie… — odezwał się nieśmiało.

Dirk zerknął na niego spod krzaczastych brwi.

— Czego?

— Czy… czy ja też tak mogę wskoczyć na siatkę?

Dirk zmrużył oczy.

— Co ci chodzi po głowie?

Pytanie padło niewinnie, lecz piekarz już domyślał się, co będzie dalej.

Pieter spojrzał na niego wzrokiem tak twardym, jakiego nie powinno mieć dziecko.

— Pogada pan z kapitanem… no… — wskazał palcem na siebie. — Ja chcę płynąć. Umiem pracować. Proszę.

Słowo proszę wyszło z jego ust niezgrabnie, jakby było nowe, obce i dopiero co nauczone. Być może pierwszy raz użyte w całym jego życiu.

Dirk nie odpowiedział od razu. Patrzył tylko przed siebie, gdzie nad wodą kołysał się las masztów, a za nim zaczynał się świat większy niż wszystko, co chłopiec znał dotąd.

— Szykuj się. Nasza kolej.

Dirk powiedział to krótko, lecz w jego głosie zabrzmiała nagła czujność człowieka, który wchodzi w znany sobie rytm pracy. Chwycił wiosło sterowe, poprawił kurs i łódź wsunęła się między dwie inne jednostki, czekające cierpliwie na swój obrót.

Nad nimi, z burty wielkiego statku, opadała już siatka ładunkowa — gruba, spleciona z lin, szeroka jak stóg siana, kołysząca się nad wodą niczym pajęcza sieć.

Jednym mocnym ruchem wiosła Dirk podprowadził łódź dokładnie pod nią. Kadłub obrócił się posłusznie i zatrzymał niemal bez szmeru. Widać było, że nie pierwszy raz to robił.

Zaraz potem uniósł kamień kotwiczny przewiązany liną i opuścił go za burtę. Głaz zniknął w wodzie prawie bezgłośnie, tylko krąg fal rozszedł się szeroko po zatoce. Łódź stanęła pewnie, lekko kołysząc się na miejscu.

Dirk już trzymał gotową beczkę z sucharami, czekając, aż siatka dotknie pokładu. Pieter bez słowa uczynił to samo. Chwycił drugą beczkę i napiął ramiona.

— Tylko nie próbuj wskakiwać na siatkę — rzucił piekarz, nie patrząc na niego. — Wrócisz szybciej, niż pomyślisz. Prosto do wody. Wielu już próbowało.

Spojrzał na chłopca z ukosa.

— Nie żartuję.

Z góry dobiegły komendy:

— Niżej!

— Jeszcze łokieć!

— Trzymaj równo!

— Nie tłucz o burtę!

Siatka opadła, uderzyła lekko o pokład i rozłożyła się między beczkami.

Dirk z wprawą wtoczył pierwszą do środka. Pieter zaraz podał drugą. Potem trzecią. Ręce pracowały szybciej niż myśli.

Piekarz milczał przez chwilę, jakby coś rozważał. Wreszcie chrząknął.

— Dobrze. Porozmawiam.

Pieter spojrzał na niego tak gwałtownie, że omal nie wypuścił beczki.

— Z kapitanem?

— A z kimże? — mruknął Dirk. — Kapitan to moja daleka… naprawdę daleka rodzina. Taki krewny, którego widzi się rzadziej niż kometę.

Uśmiechnął się pod wąsem.

— Kapitan Hendrick van der Velde. To właściwie jemu zawdzięczam piekarnię i swoją pozycję. Gdy wrócił kiedyś z Indii z pełną kiesą, pożyczył mi pieniądz na piec, mąkę i tę łódź. Bez niego dalej mieszałbym cudze ciasto.

Pieter słuchał, nie przestając pracować.

Nad nimi lina napięła się z jękiem, siatka drgnęła i zaczęła wznosić się ku górze, dźwigając beczki ku pokładowi wielkiego statku, a pośród nich stał także Dirk, trzymając się lin obiema rękami.

Chłopiec podniósł wzrok. Wraz z beczkami unosiła się jego nadzieja.

Gdy załadowali jeszcze trzy takie transporty, czuł, jak opada z sił. Posłuchał — nie próbował wskakiwać na siatkę.

Przy ostatnim opuszczeniu siatki wrócił piekarz.

— Szybko wyciągaj kotwicę. Teraz do trapu i do kapitana. Musimy zdążyć.


Dirk pierwszy wskoczył na trap i odwrócił się przez ramię.

— No, Pieter. Teraz albo nigdy.

Chłopiec spojrzał w górę. Trap kołysał się lekko między nabrzeżem a wysoką burtą statku. Deski były mokre, starte tysiącem butów, z poprzecznymi listwami, by noga nie zjechała w deszczu.

Statek górował nad nim jak dom zbudowany na wodzie.

Pieter przełknął ślinę.

Nie stchórzę. Nie ośmieszę piekarza.

Ruszył.

Jeszcze rano spał w sianie jak zbity pies. Teraz miał wejść tam, skąd ludzie płynęli za koniec świata.

Postawił stopę na pierwszej desce.

Trap drgnął.

Za plecami usłyszał śmiech któregoś z marynarzy.

— Patrzcie go! Pisklę chce latać!

— Zobaczcie, mamy pirata z opaską!

— Tylko jakaś za biała!

— Zaraz będzie czarna, jeśli dostanę go w łapy! — ryknął bosman.

Nie obejrzał się.

Wszedł wyżej.

Każdy krok oddalał go od brzegu, od ojca, od braci i od wszystkiego, co znał. Każdy przybliżał do czegoś, czego jeszcze nie umiał nazwać.

Na szczycie czekał Dirk.

Podał mu rękę.

Pieter zawahał się tylko chwilę, po czym chwycił ją mocno i stanął na pokładzie.

Deski pod nogami były twarde, szerokie i pachniały smołą.

Wokół rosły maszty, liny zwisały jak pajęczyny, a ludzie poruszali się szybko i pewnie, jakby należeli do innego gatunku.

Przed nim stał mężczyzna w ciemnym kubraku, z siwą brodą przyciętą równo i oczami chłodnymi jak stal.

— To on? — spytał.

— On — odparł Dirk.

Kapitan spojrzał na Pietera od stóp do głów.

— Umiesz pracować?

Pieter podniósł głowę.

— Nauczę się szybciej niż inni.

Kapitan uniósł brew.

— To zobaczymy. Worek na dziób. Biegiem.

Pieter schylił się, objął worek i ledwie go uniósł. Marynarze roześmiali się.

— Za duży na niego!

— Zaraz pęknie!

Chłopiec zachwiał się, lecz ruszył.

Pokład chwiał się pod nogami. Lina uderzyła go w ramię. Ktoś nie ustąpił drogi. Ktoś specjalnie podstawił nogę.

Nie upadł.

Dotarł na dziób, rzucił worek i wrócił zdyszany.

Kapitan nawet na niego nie spojrzał.

— Jest za chudy.

— Jest głodny — odparł Dirk.

— Tym lepiej. Głodni szybciej się uczą.

Dopiero teraz kapitan spojrzał na kuzyna.

— Dobrze się z tobą robi interesy, Dirk. Suchary zawsze dobre.

Przybliżył się o krok.

— A twoja żona? Widziałem ją raz, na weselu. Piękna kobieta.

Dirk wzruszył ramionami.

— Piękna. Lecz Stwórca poskąpił mi syna. Mam dwie córki i nimi się cieszę.

Kapitan skinął głową.

— Będę cię jeszcze potrzebował. Ale nie o tym tutaj.

Dirk zawahał się.

— A chłopiec?

Kapitan odwrócił wzrok ku Pieterowi.

— Zostaje. Ten sprawdzian był dla pozoru. Hendrick van der Velde jest tu kapitanem i wszyscy muszą to widzieć.

Dirk podszedł do chłopca.

— Pieter Meer… zostajesz.

Serce uderzyło mu mocniej.

Piekarz podał mu rękę na pożegnanie, po czym ruszył trapem ku swojej łodzi, do pieca, chleba i sucharów.

A dla Pietera właśnie zaczęło się nowe życie.

— Bosmanie, spójrz no na tego nieszczęśnika. Znajdź mu buty… może po tamtym zmarłym z poprzedniego rejsu. W tych chodakach przy pierwszej większej fali wypadnie za burtę.

— Tak jest, kapitanie, już się robi. Aaa… jeszcze jedno?

Kapitan uniósł brew.

— Chcę mieć go blisko siebie. Niech cieśla skleci mu jakąś budę pod schodami prowadzącymi na rufowy pokład.

Kapitan Hendrick van der Velde był człowiekiem osobliwym, jakich morze rodzi niewielu. Jedni dowódcy kochali porządek, inni zysk, jeszcze inni samą władzę. On nade wszystko cenił przestrzeń i użytek z rozumu. Nie znosił ścisku, zaduchu ani niskich pokładów, gdzie człowiek musiał schylać kark przed belkami i chodzić w półmroku między beczkami.

Dlatego podczas remontu „Złotej Mewy” nakazał zmiany, których inni kapitanowie uznaliby za dziwactwo. Nie była to jednak fanaberia, lecz rachuba człowieka, który wolał myśleć wcześniej niż żałować później. Nadbudówkę rufową obniżono, by grotżagiel mógł brać pełniejszy wiatr i swobodniej pracować przy zwrotach. Hendrick mawiał, że wysoka rufa bardziej służy próżności właściciela niż żegludze.

Jeszcze większe szemranie wzbudził dziób. Tam właśnie kazał wznieść wysuniętą naprzód platformę, osłoniętą burtami od bryzgów. Na niej osadzono koło sterowe połączone systemem bloczków, rolek i lin z rumplem przy sterze. Dzięki temu sternik widział wodę przed sobą, płycizny, mielizny, dryfujące kłody i ruch innych jednostek, zanim dostrzegłby je człowiek stojący na rufie. W ciasnych kanałach i portowych przesmykach dawało to przewagę kilku uderzeń serca — a czasem całego statku.

Starzy marynarze kręcili głowami. Mówili, że ster jest na rufie, więc i ręka sternika powinna być przy rufie. Hendrick tylko się uśmiechał.

— A rozum gdzie macie? W piętach? — odpowiadał. — Oczy patrzą naprzód, nie wstecz.

Nie ufał jednak żadnemu wynalazkowi bez zapasu. Zachował także rufowe stanowisko sterowe pod nadbudówką: krótki rumpel, zapasowe cięgna i możliwość bezpośredniego przejęcia steru z rufy. Wiedział, że lina gnije, bloczek pęka, a szczur potrafi przegryźć więcej niż jeden człowiek zdoła naprawić.

— Morze lubi nowości tylko do chwili, gdy je sprawdzi — mawiał. — Dlatego każda nowość musi mieć starego brata w odwodzie.

Pod dziobową platformą urządzono ciasne izby dla pierwszego oficera, oficera nawigacyjnego i sternika wachtowego. Kapitan sam zaglądał tam rzadko. Stawał zwykle na pokładzie, twarzą ku wiatrowi, jakby każde wyjście z portu było dla niego pierwszym dniem życia.

— Tu jest zbyt ciasno — mawiał do pierwszego oficera, wskazując zejście pod pokład. — Nie po to człowiek dostał niebo nad głową, by gnić w ciemnicy.

Dlatego, ledwie tylko opuścili nabrzeże, rozkazał wyprowadzić statek na głębszą wodę, nim zapadnie zmrok. Port za plecami ciemniał już od wilgoci i dymu kominów, a nad kanałami wisiała ciężka woń smoły, śledzi i mokrych lin.

„Złota Mewa” odpowiedziała posłusznie, jak koń znający rękę pana.

Na komendę bosmana marynarze rzucili się do fałów. Bloki zaskrzypiały, liny napięły się jak ścięgna. Najpierw podniósł się żagiel na fokmaszcie — ciężki, jasny płat płótna, który przez chwilę trzepotał gwałtownie, nim złapał wiatr i nabrzmiał od środka jak pierś nabierająca tchu. Zaraz potem na grotmaszcie rozwinięto większy żagiel; wspinał się powoli ku rei, szeleszcząc i bijąc o maszt, aż nagle rozpostarł się szeroko, napięty i dumny. Na dziobie zaś trójkątny kliwer wysunął się naprzód niczym dziób ptaka chwytający powietrze. Gdy i on wypełnił się wiatrem, statek lekko przechylił się na burtę, jakby skłonił głowę morzu na powitanie.

Drewno jęknęło, wanty zadźwięczały, a kadłub ruszył pewniej, tnąc ciemniejącą wodę długą białą smugą.

Była to jednostka kupiona tanio po bankrucie — okazja, której rozsądny człowiek by nie dotknął, a Hendrick przyjął ją z uśmiechem. Statek nosił ślady wielu lat służby: starte pokłady, nadgryzione solą relingi, poszarzałe liny i deski proszące się o remont. Lecz kadłub wciąż był mocny, a maszty trzymały pion. To kapitanowi wystarczało.

— Każdy z nas jest trochę wysłużony — mawiał. — Ważne, czy jeszcze potrafi płynąć.

Teraz na przekór losowi „Złota Mewa” wiozła innych bankrutów.

W rufowych kajutach siedziała rodzina, która sowicie opłaciła własną wolność, nim wierzyciele rozszarpią resztki majątku. Zabrali skrzynie, srebra, trochę ubrań i więcej lęku niż dobytku. Za cienkimi ścianami kajut słychać było stłumione szepty kobiety, płacz dziecka i nerwowe kroki mężczyzny, który jeszcze niedawno wydawał rozkazy służbie, a teraz drżał przy każdym trzasku drewna.

Na pokładzie rósł wiatr.

Kapitan Hendrick stał z przodu przy kole sterowym z twarzą zwróconą ku otwartemu morzu i oddychał tak głęboko, jakby dopiero teraz zaczynał dzień.

Pieter stał jeszcze przy burcie w za dużych butach, które bosman kazał mu włożyć. Jedna pięta wysuwała się przy każdym kroku, druga obcierała kostkę, lecz chłopiec nie śmiał narzekać. Wszystko, co miał na sobie, pachniało teraz cudzym życiem — starym skórzanym obuwiem, wilgotnym kubrakiem i smołą, która zdawała się przenikać każdą szparę statku.

Wokół niego ludzie biegali z linami, wołali do siebie, przeklinali wiatr i drewno. Nikt nie miał czasu spojrzeć na chłopca, który jeszcze rano stał na nabrzeżu w chodakach i nie wiedział, dokąd zaprowadzi go dzień.

Za jego plecami, w rufowych kajutach, trwał inny świat. Tam słychać było trzask zamykanych skrzyń, płacz dziecka, gniewne szepty kobiety i urywane rozkazy mężczyzny, który usiłował mówić tonem pana domu, choć dom został już za nim, na lądzie. Zabrali srebra, pierścienie, kosztowne suknie i księgi rachunkowe, jakby to wszystko mogło przekupić morze.

Na pokładzie nikt się tym nie przejmował. Marynarzom jednakowo ciążyła beczka mąki i skrzynia pełna srebra. Lina rwała dłonie tak samo, nieważne, co było na drugim końcu.

Pieter podniósł wzrok.

Przed nim nie było rowu z wodą, płotu ani domu. Nie było wieży kościelnej, dymu z komina sąsiada ani gołębi na dachu. Była tylko woda. Inna. Szeroka, ciemniejąca, poruszona wiatrem, bez końca i bez granicy. Fale unosiły statek miękko, a zarazem z siłą, jakiej nie znała ziemia.

Chłopiec zrobił krok bliżej burty. Potem drugi.

Serce biło mu szybko, lecz nie ze strachu. Czuł coś, czego nie umiał nazwać. Jakby świat, dotąd ciasny i niski, nagle otworzył przed nim drzwi.

Na dziobie statku kapitan Hendrick stał przy kole sterowym i patrzył w dal. Nie odwrócił głowy, a jednak powiedział:

— Nie wychylaj się tak, Pieter. Morze najpierw kusi, a dopiero potem pyta o imię.

Chłopiec drgnął.

— Skąd pan wie, jak się nazywam?

— Sam powiedziałeś. Nie pamiętasz?

Kapitan uśmiechnął się pod nosem.

— Na moim statku dobrze jest wiedzieć, kogo się wiezie. Jeszcze lepiej wiedzieć, kto patrzy przed siebie.

Pieter spojrzał znów na wodę.

Po raz pierwszy w życiu poczuł, że nic za nim nie woła.

Wieczór zapadł szybciej, niż Pieter się spodziewał. Na wodzie zmrok nie schodził z lasu ani zza stodół, lecz spływał z nieba i podnosił się z fal jednocześnie. Ostatnie brzegi rozpłynęły się w szarości, a „Złota Mewa” została sama pośród ciemniejącej przestrzeni.

Bosman wskazał mu miejsce pod schodami prowadzącymi na rufowy pokład. Była tam zbita naprędce buda z kilku desek, tak niska, że dorosły musiałby wpełzać do środka na kolanach. Dla Pietera wydawała się niemal izbą. Najważniejsze, że nawet wiatr tu nie docierał.

Stał jeszcze niepewnie przed wejściem, gdy z mroku wyłoniło się dwóch chłopców niewiele starszych od niego. Jeden piegowaty, z włosami jak len po deszczu, drugi ciemniejszy, chudy jak tyka masztowa. Taszczyli między sobą siennik, krzywy i przewiązany sznurem.

— To dla ciebie — mruknął piegowaty, rzucając go pod ścianę.

Siennik był wypchany sianem tak świeżym, że wciąż pachniało łąką. Z jednego końca sterczały źdźbła i oset.

— Skąd to wzięliście? — spytał Pieter.

Chudy parsknął śmiechem.

— Kozom zabraliśmy. I tak więcej żrą niż dają mleka.

— Jak która beczy, to patrz na nas — dodał piegowaty. — Powiedz, że morze ją woła.

Obaj roześmiali się cicho, zerkając, czy nikt nie słyszy. Potem przykucnęli przy wejściu do budy, jakby od dawna tu mieszkali. Ale ich miejsce było gdzie indziej. Musieli opiekować się zwierzętami.

— Ja jestem Jan. To Willem. Będziesz spał tu?

Pieter skinął głową.

— Lepiej niż pod płotem — uznał Willem. — A jak fale mocniej ruszą i schody zaskrzypią, to nie myśl, że duchy chodzą. Tak już jest, człowiek tak sobie myśli.

— Nie słuchaj go — mruknął Jan. — To tylko kapitan nocą sprawdza, kto chrapie.

Chłopcy znów się roześmiali. Pieter pierwszy raz tego dnia uśmiechnął się bez przymusu.

Wcisnął dłonie w siennik. Nie był ugnieciony, pełen łodyg siana, ale wydawał mu się bogactwem. Jeszcze rano nie wiedział, gdzie będzie nocował. Teraz miał dach z desek, miejsce dla siebie i dwóch obcych, którzy mówili do niego jak do swojego.

Nad głową zaszumiały kroki wachtowych. Statek jęczał cicho w wiązaniach, liny stukały o maszt, a gdzieś daleko chlupotała woda o burtę.

Pieter położył się ostrożnie. Siennik zaszeleścił jak łąka na wietrze.

Zamknął oczy i pomyślał, że nawet kozy, którym zabrano jedzenie, nie wiedzą jeszcze, iż tej nocy pomogły komuś zacząć nowe życie.

Ranek nastał niespodziewanie. Nie przyszedł świtem sączącym się przez okno ani pianiem koguta, jak bywało na lądzie. Wdarł się na statek tupotem bosych stóp, trzaskiem lin, skrzypieniem drewna i krzykiem mew krążących nad masztem. Pieter otworzył oczy, nie wiedząc przez chwilę, gdzie jest. Nad głową miał deski schodów, pod bokiem pachnący sianem siennik, a pod sobą kołyszący się świat.

— Pieter! Śniadanie!

To był głos kapitana — krótki, twardy, nieznoszący nawet jednej sekundy zwłoki.

Chłopiec poderwał się tak gwałtownie, że uderzył głową w deskę nad sobą. Syknął, ale nie zatrzymał się ani na chwilę. Wyskoczył z posłania, wsunął stopy w za duże buty i wybiegł spod schodów.

— Panie marynarzu, którędy do kuchni?

Mężczyzna niosący zwój mokrej liny nawet nie spojrzał. Minął go jak słup przy nabrzeżu. Dopiero jeden z młodszych chłopaków, zajęty skrobaniem pokładu, uniósł na moment oczy i ukradkiem wskazał palcem zejście przy środkowym maszcie.

Pieter ruszył biegiem.

Pokład był śliski od rosy i słonej wody. Musiał przeskoczyć zwiniętą cumę, ominąć beczkę przywiązaną do relingu i schylić głowę pod rozwieszoną liną, która smagnęła go po włosach. Nad nim trzepotały żagle, liny jęczały w bloczkach, a statek oddychał ciężko jak wielkie zwierzę budzące się do pracy.

Przy zejściu pod pokład uderzył go inny zapach — gęsty, ciepły, tłusty. Nie była to smoła ani mokre drewno. Pachniało cebulą, gotowaną kaszą, pieprzem i dymem.

Zbiegł po stromych schodkach. Pod pokładem było niżej, ciaśniej i ciemniej. Belki zmuszały do schylania karku, a światło wpadało tylko przez otwarty właz i małą lampę zawieszoną na haku. Na końcu wąskiego przejścia znajdowała się kuchnia okrętowa — kambuz.

Było to pomieszczenie niewielkie, lecz pełne rzeczy. Pośrodku stał żelazny piec obmurowany cegłą, spiętą żelaznymi obręczami. Stał na skrzyni wypełnionej piaskiem, osadzony w drewnianej ramie i okutym blachą podeście, aby ogień nie dobrał się do statku. Na piecyku dymił wielki garnek z pokrywą podskakującą od wrzenia. Obok wisiały mniejsze rondle, czarne od sadzy. Pod ścianami umocowano półki z glinianymi miskami, cynowymi kubkami i drewnianymi łyżkami. W siatkach pod sufitem kołysały się cebule, czosnek i pęta suszonych ryb. W beczułkach stała solona wołowina, groch, mąka i suchary twarde jak kamień. Na haku wisiał tasak, a obok nóż tak szeroki, że mógłby służyć i do krojenia, i do obrony.

W samym środku tego królestwa stał kucharz.

Był to mężczyzna szeroki jak beczka, niski, o ramionach potężnych od dźwigania kotłów. Twarz miał czerwoną od gorąca pieca, policzki poorane dawnymi bliznami, a nos spłaszczony, jakby kiedyś pokłócił się z cudzą pięścią. Siwa broda rosła mu nierówno, spod czapki wystawały tłuste kosmyki włosów. Jedno oko mrużył bez przerwy, drugie patrzyło bystro i podejrzliwie. Na brzuchu miał fartuch poplamiony tłuszczem, mąką i wszystkim, co przez lata kapało z garnków.

Nie odwracając się nawet, warknął:

— Jak biegniesz tak głośno, to albo pożar, albo nowy chłopak.

Pieter stanął jak wryty.

Kucharz odwrócił się powoli, zmierzył go od stóp do głów i zachichotał.

— Aha. To to drugie. Pies gończy kapitana.

Złapał drewnianą chochlę i nalał gęstej owsianki do glinianej miski stojącej z boku. Postawił ją w małym okienku z drzwiczkami obok wejścia, skąd wachtowy odbierał posiłki. Potem otworzył małą skrzynię stojącą pod półką, wyjął z niej lepszy bochenek chleba zawinięty w płótno i odciął gruby, jeszcze miękki kawał.

Z żelaznej patelni zgarnął dwa jajka smażone na sadle, dołożył plaster ciepłej solonej wołowiny i kawał twardego sera. Na koniec postawił obok cynowy kubek z gorącym piwem zaprawionym odrobiną korzeni, od którego uniósł się słodkawy zapach.

— To dla kapitana — burknął. — I nie rozlej, bo będziesz zlizywał z desek.

— Takie jajka z desek zlizywałbym codziennie.

W kambuzie buchnęło śmiechem dwóch pomocników obierających cebulę w kącie.

Pieter chwycił tacę oburącz. Nigdy nie widział, by śniadanie wyglądało jak uczta. Zapach jadła aż skręcał kiszki z głodu.

Wytrzymam — pomyślał.

— A jak cię spyta, czemu długo szedłeś, powiedz prawdę — burknął kucharz. — Że kuchnia nie leży bliżej tylko dlatego, że kapitan tak chciał.

Pieter odwrócił się i ruszył z powrotem, niosąc śniadanie ostrożniej niż skarb.

Statek kołysał się pod nogami, a on wiedział już jedno — na „Złotej Mewie” każdy poranek zaczynał się biegiem.

Pieter wspinał się po schodkach ostrożniej niż stary człowiek schodzi zimą do studni, po której ktoś wcześniej porozlewał wodę. Taca drżała mu w dłoniach, a cynowy kubek z gorącym piwem dzwonił cicho przy każdym bujnięciu statkiem. Zapach chleba, sadła i ciepłego mięsa szedł tuż pod nosem, męcząc bardziej niż głód.

Wiatr na pokładzie był już ostrzejszy niż o świcie. „Złota Mewa” wyszła dalej na otwarte wody i teraz pracowała pełnym kadłubem, unosząc się i opadając na długiej fali. Żagle nad głową dudniły głucho, wanty jęczały, a pokład co chwilę uciekał spod nóg.

Kapitan Hendrick stał na dziobowej platformie przy kole sterowym. Jedną ręką trzymał szprychę, drugą opierał o biodro. Nie patrzył na Pietera, lecz przed siebie, jakby czytał coś zapisanego daleko na wodzie.

Chłopiec zrobił kilka kroków. Wtem statek wszedł bokiem na falę. Pokład przechylił się nagle. Taca szarpnęła mu ręce, kubek poderwał się z blatu, aż gorące piwo przeskoczyło brzeg naczynia.

Pieter wsparł tacę na kolanie, przytrzymał naczynia łokciem i wolną dłonią złapał kubek, nim spadł. Kropla piwa syknęła mu na skórę. Chleb ocalał. Jajka przesunęły się tylko na bok.

Kilku marynarzy parsknęło śmiechem.

Kapitan dopiero wtedy odwrócił głowę. Spojrzał najpierw na chłopca klęczącego z tacą, potem na kubek, potem znów na morze.

— Nieźle — powiedział spokojnie. — Większość dorosłych najpierw ratuje siebie. Ty ratowałeś śniadanie.

Pieter podniósł się powoli. Kolana drżały mu bardziej niż ręce.

— Siebie łatwiej podnieść niż jajka, panie kapitanie.

Na pokładzie zapadła cisza, po której ktoś prychnął zduszonym śmiechem. Bosman odwrócił twarz, udając kaszel.

Hendrick zmrużył oczy.

— A więc umiesz odpowiadać. To dobrze. Głupiec milczy ze strachu, a drugi głupiec gada bez myśli. Trzeba wiedzieć, kiedy co robić.

Wskazał brodą skrzynię przy relingu.

— Postaw.

Pieter ustawił tacę ostrożnie. Kapitan wziął kawał chleba, odłamał połowę i podał chłopcu.

— Jedz. Człowiek głodny słyszy tylko własny brzuch. Taki do niczego się nie nadaje.

Pieter zawahał się.

— To pańskie.

— Na moim statku to ja decyduję, co jest czyje. Jedz.

Chłopiec chwycił chleb i wgryzł się tak łapczywie, że aż poczerwieniał ze wstydu. Hendrick udawał, że nie widzi.

Przez chwilę jedli w milczeniu. Wiatr niósł słoną wilgoć, a przed dziobem rozstępowała się ciemna woda.

— Umiesz liczyć? — spytał nagle kapitan.

— Do pięciu worków zboża umiałem.

— To znaczy?

— Jak było pięć worków i jeden zabrali, wiedziałem, że ojciec będzie zły.

Hendrick parsknął krótkim śmiechem.

— Dobre. Czytać umiesz?

Pieter pokręcił głową.

— Pływać?

— Nie.

— To już coś mamy do roboty.

Kapitan dopił piwo, oddał kubek chłopcu i znów położył dłoń na kole sterowym.

— Od dziś będziesz nosił śniadanie bez rozlewania, patrzył, słuchał i nie plątał się pod nogami. Jeśli starczy ci rozumu, nauczysz się reszty.

Możesz kręcić się po pokładzie. Zaglądaj do pierwszego oficera, do nawigatora, do bosmana. Ucz się.

Ale do gości nie wolno ci nawet zajrzeć. Jeśli się dowiem — wyrzucę cię za burtę.

A do mnie przychodzisz tylko wtedy, gdy cię wołam. Gdy śpię — nie istniejesz.

Pieter ścisnął kubek tak mocno, że pobielały mu knykcie.

Nie wiedział, czy bardziej się boi, czy bardziej chce zostać.

— A jeśli nie starczy?

Kapitan Hendrick van der Velde spojrzał w dal.

— Wtedy zostaniesz jak większość ludzi.

Statek przeciął kolejną falę, a chłopiec po raz pierwszy poczuł, że los może skręcić szybciej niż ster.

Pieter — chłopiec od szczególnych posług kapitana Hendricka — wracał do kambuza już znacznie wolniej, niż z niego wybiegł. Taca była lżejsza, lecz głowa cięższa od myśli.

Czy dam radę? — pytał sam siebie.

Schodził ostrożnie po schodkach, powtarzając w myślach słowa kapitana, jakby były modlitwą albo zaklęciem, którego nie wolno pomylić.

Nie zaglądać do gości.

Gdy śpię — nie istniejesz.

Wyrzucę za burtę.

Każde zdanie miało wagę kamienia.

A jak się pomylę? A jak zapomnę?

Zatrzymał się na chwilę w pół drogi. Statek zakołysał się pod nim, lecz teraz to nie morze nim chwiało.

Muszę trzymać się dziobu — pomyślał. — Tam są ci, którzy wiedzą więcej. Oficerowie. Nawigator. Sternik. Tam na pewno umieją pisać. Tak… najpierw pisać. Muszę się nauczyć pisać.

Ta myśl dodała mu sił. Ruszył dalej.

W kambuzie było gorąco jak w piecu piekarskim. Para buchała spod pokrywki kotła, tłuszcz syczał na patelni, a w powietrzu mieszały się zapachy cebuli, sadzy i mokrego drewna. Pieter ledwie zdążył podejść do małego okienka, przez które oddawano naczynia, gdy dopadł go głos kucharza.

— Jak myślisz, chłopcze! Kto to pozmywa? Może ja?!

Kucharz wyrósł zza pieca jak rozwścieczony niedźwiedź. Fartuch miał jeszcze brudniejszy niż rano, a broda była osypana mąką i piórami, jakby walczył z kurą i wygrał dopiero po ciężkim boju.

— Do roboty! Chyba to umiesz robić, bo jakoś nie wierzę, żeby za ciebie matka zmywała. Nie tylko ta taca. Tam masz całą stertę naczyń. Wody dość wokół, jakbyś nie zauważył.

Machnął ręką ku beczce stojącej pod ścianą. Obok piętrzyły się misy, kubki, garnki i łyżki umazane tłuszczem.

Pieter już chciał chwycić pierwszą miskę, gdy kucharz cmoknął i przywołał go palcem.

— A teraz siadaj tu. Zobaczymy twoją opaskę.

Chłopiec usiadł niepewnie na odwróconym wiadrze. Kucharz nachylił się nad nim tak blisko, że fartuch niemal dotknął mu twarzy. Pachniał sadłem, dymem, ziołami i czymś jeszcze, co mogło być rybą sprzed trzech dni.

— No widzisz — mruknął, rozwiązując bandaż grubymi, zaskakująco zręcznymi palcami. — Bosman dobrze gadał. Już nie jest biała.

Roześmiał się krótko.

Pod zaschniętym mazidłem skóra była zaczerwieniona, ale rana wyglądała lepiej. Kucharz pochylił się niżej, powąchał ostrożnie i skinął głową z uznaniem.

— Dobra recepta. Nie gnije. To już połowa zwycięstwa. Zmienimy opatrunek.

Sięgnął po gliniany słoiczek, nabrał trochę zielonkawej maści i rozsmarował ją pewnym ruchem. Potem owinął głowę pilnując, aby czystszy kawałek płótna był przy samej ranie. Zrobił to z większą wprawą, niż można by się po nim spodziewać.

— Jak na młodego… twardy jesteś. Nawet nie syknąłeś.

Zawiązał węzeł, klepnął Pietera lekko w ramię i uśmiechnął się krzywo.

— Chyba zawsze miałeś pod górę, co? He.

Pieter nie odpowiedział.

Spojrzał tylko na stertę naczyń, potem na swoją świeżo obwiązaną dłoń i po raz pierwszy pomyślał, że może na tym statku człowiek dostaje więcej roboty, niż prosił — ale czasem także więcej życzliwości, niż się spodziewał.

Pieter klęczał przy beczce z wodą, z rękawami podwiniętymi nierówno, ale po łokcie. Jedną ręką trzymał glinianą miskę, drugą szorował ją wiązką słomy tak zawzięcie, jakby chciał zetrzeć z niej nie tłuszcz, lecz całe swoje dawne życie. Woda była zimna, mętna od popłuczyn i pachniała drewnem, mydlinami z popiołu oraz morzem.

Stos naczyń obok wcale nie malał. Gdy odkładał jedną miskę, zdawało mu się, że dwie następne wyrastają spod stołu. Kucharz kręcił się po kambuzie, warczał na pomocników, stukał nożem o deskę i co chwilę zaglądał do garnka, jakby tam ukrywał się wróg.

— Nie głaszcz ich, tylko myj! — rzucił bez patrzenia. — Miska nie panna młoda.

Pieter zacisnął zęby i szorował szybciej.

A, do diabla, a może wieloryba, zapomniałem.

Nagle chwycił cynowy kubek, nalał do niego ciemnego naparu pachnącego palonym ziarnem i korzeniami, położył na tacy kawał chleba, ćwierć osełki masła i kilka cienkich plasterów sera.

— Dosyć chlapania — rzucił. — To zanieś pierwszemu oficerowi. Gorące. Jak rozlejesz, to sam będziesz lizał deski.

Pieter poderwał głowę.

— Gdzie go znajdę?

Kucharz prychnął.

— Jeśli nie przy dziobie, to tam, gdzie człowiek pracuje, a nie gada. Idź.

Chłopiec chwycił tacę oburącz i ruszył.

Statek kołysał się łagodnie, lecz dla niego każdy krok był próbą.

Jak oni chodzą? Tak gładko i tak pewnie jakby chodzili po grobli.

Mijał marynarzy ciągnących liny, chłopaków niosących wiadra, bosmana, który darł się na kogoś przy fokmaszcie. Wiatr był ostrzejszy niż rano i niósł smak soli. Nad głową żagle dudniły głucho, pełne wiatru jak napięte piersi olbrzyma.

Na dziobowej platformie stał pierwszy oficer.

Był wysoki, szczupły i prosty jak maszt. Miał ciemny kubrak zapięty pod szyję, włosy gładko zaczesane do tyłu i twarz tak spokojną, jakby sztormy istniały tylko dla innych ludzi. Jedną ręką trzymał złożoną lunetę, drugą opierał o poręcz.

Pieter zatrzymał się o krok za daleko, niepewny, czy wolno mu podejść bliżej.

— Panie… śniadanie.

Oficer odwrócił głowę. Spojrzenie miał jasne i przenikliwe, ale nie surowe.

— Dla mnie?

— Tak, panie. Od kucharza.

— W takim razie kucharz jeszcze nie zwariował. Chodź za mną.

Wszedł do kajuty, a Pieter za nim.

Cornelis De Witt odsunął księgę na bok stołu przymocowanego do ściany i podłogi.

— Postaw tutaj. Powtórzył jeszcze raz. — Nie na mapie.

Pieter drgnął i szybko przesunął tacę na wolny skrawek blatu.

Stał jeszcze chwilę, niepewny, czy wolno mu odejść. Oczy same biegały po kajucie. Wszystko miało tu swoje miejsce. Nawet cisza zdawała się ustawiona równo pod ścianą.

Przez przednie okno nagle błysnęła fala i rozprysła się bielą piany. Światło zatańczyło po suficie. Pieter wstrzymał oddech. Nigdy jeszcze nie widział, by człowiek mieszkał tak blisko morza, a zarazem jakby miał je zamknięte w ryzach między deskami i szkłem.

Pierwszy oficer zauważył jego spojrzenie.

— Ładnie tu, co?

Pieter skinął głową.

— To nie ład. To porządek — odparł tamten spokojnie. — Morze go nie ma. Dlatego człowiek musi mieć swój.

A ty to ten nowy?

Chłopiec szybko spuścił wzrok ku leżącym leżącym księgom. Oficer zauważył to natychmiast.

— Ten sam. Kapitański ogon. He.

— Imię?

Pieter przełknął ślinę.

— Pieter, panie.

— Umiesz czytać?

Pieter spuścił oczy.

— Nie, panie.

— Pisać?

— Nie.

Oficer usiadł na skrzyni, wziął kubek i napił się spokojnie.

— A liczyć?

Pieter zawahał się.

— Do pięciu worków umiem. Jak było pięć i zabrali jeden, wiedziałem, że ojciec będzie zły. Już mówiłem kapitanowi.

Kącik ust oficera drgnął ledwie dostrzegalnie.

— To więcej niż niejeden kupiec.

Odstawił kubek, sięgnął po pióro i odwrócił jedną kartę księgi na pustą stronę.

— Podejdź.

Pieter podszedł ostrożnie, jak do ognia.

Oficer zanurzył pióro w kałamarzu i nakreślił jeden znak. Dwie pionowe kreski połączone trzecią pośrodku.

— To jest H. Jak Hendrick. Imię kapitana warto znać.

Pieter wpatrywał się w znak tak, jakby mógł zaraz zniknąć.

— H — powtórzył cicho.

— Dobrze.

Oficer podał mu pióro.

— Teraz ty.

Chłopiec cofnął rękę.

— Ja?

— Jeśli ręka umie nosić tacę, może też nauczyć się kreski.

Pieter ujął pióro niezgrabnie. Dłoń drżała mu bardziej niż podczas sztormowego przechyłu. Ostrożnie dotknął papieru. Pierwsza kreska wyszła krzywa, druga za krótka, trzecia zbyt nisko.

Spojrzał zawstydzony.

Oficer przyjrzał się uważnie.

— Brzydkie. Ale żywe. To dobry początek.

Pieter uniósł głowę.

— Naprawdę?

— Naprawdę. Martwa kreska jest prosta i nic nie znaczy. Żywa uczy się i poprawia.

Wiatr szarpnął żaglami nad nimi. Statek zanurzył dziób w falę i znów się podniósł.

— Będziesz tu wracał, kiedy skończysz robotę — powiedział pierwszy oficer. — Po trochu nauczysz się liter. Jeśli kapitan nie znajdzie ci wcześniej innego zajęcia.

— Dziękuję, panie.

— Nie dziękuj. Nauka to nie łaska. To narzędzie. Człowiek bez liter jest jak statek bez steru — płynie tam, gdzie go pchną.

Pieter spojrzał znów na znak na papierze.

H.

Jedna litera, a zdawała się większa niż całe morze.

— Jak się pan nazywa? — spytał nagle.

Oficer dopił napar i zamknął księgę.

— Cornelis De Witt. Zapamiętaj najpierw H. Na moje imię przyjdzie czas.

Pieter skinął głową, jakby otrzymał rozkaz największej wagi.

Schodząc z dziobu, powtarzał w myślach jedną literę, by nie uciekła.

H.

I po raz pierwszy wydawało mu się, że świat może mieć ukryte drzwi — a on właśnie dotknął klamki.

Wieczór schodził na „Złotą Mewę” powoli, jakby nie chciał uronić nic z tego dnia. Wiatr osłabł, lecz morze wciąż kołysało statkiem długim, cierpliwym ruchem. Na pokładzie kończono ostatnie roboty: zwijano liny, sprawdzano mocowania beczek, zamiatano resztki słomy i trocin. Zmęczeni ludzie mówili mniej, a splunięcia i stukot drewna niosły się dalej niż za dnia.

Pieter klęczał przy burcie z wiadrem i szczotką, szorując deskę, która już dawno była czysta. Gdy nikt nie patrzył, odstawiał wiadro, pochylał się i palcem kreślił na wilgotnym pokładzie jedną literę.

H.

Dwie kreski. Trzecia pośrodku.

Za pierwszym razem wyszła krzywo. Za drugim za szeroko. Za trzecim fala przechyliła statek i linia uciekła. Pieter zacisnął zęby i próbował znów.

H.

Starł znak dłonią, obejrzał się i napisał jeszcze raz.

— A cóż to za czary?

Głos spadł na niego jak wiadro zimnej wody. Chłopiec drgnął tak mocno, że niemal przewrócił wiadro.

Za nim stał bosman. Szeroki w barach, z rękami jak korzenie starego dębu i brodą szorstką od soli. Trzymał zwój liny przewieszony przez ramię i patrzył w dół na mokrą deskę.

— Nic… ja tylko…

Bosman prychnął.

— Jak człowiek mówi „tylko”, to znaczy, że coś kombinuje.

Pochylił się, zmrużył oczy i popatrzył na literę.

— H.

Pieter zamarł.

— Pan Cornelis… pokazał mi dziś.

Bosman chrząknął, jakby połknął gwóźdź. Potem usiadł ciężko na zwoju liny obok relingu.

— Aha. Znowu zaczyna.

Przez chwilę milczał, patrząc gdzieś ponad fale.

— Widziałem już takich jak ty. Chudych, wystraszonych, z rękami bardziej do proszenia niż do roboty. Trafiali tu przypadkiem albo z biedy. Pan Cornelis uczył ich czasem wieczorami. Litery, liczby, kreski na mapie… różne takie. Chyba nie umiał siedzieć bez pożytku.

Pieter słuchał w bezruchu.

Bosman wskazał brodą ku pokładowi.

— Widzisz tamtego rudego przy wantach? To Klaas. Kiedyś nie umiał policzyć własnych palców w rękawicach. Teraz liczy beczki szybciej niż kupiec w porcie. A tamten z blizną na szyi, co układa cumę? Jan Roelof. Był pastuchem. Dziś prowadzi wachtę lepiej niż niejeden stary wilk.

Splunął za burtę.

Jednemu zostają księgi, drugiemu pieniądze. A mnie zostają ludzie. To większa sztuka.

Pieter spojrzał na marynarzy inaczej niż dotąd. Nie jak na ludzi zrodzonych ze statku, lecz takich, którzy kiedyś też byli nowi.

Bosman westchnął, podniósł się i szturchnął chłopca butem.

— No, pokaż jeszcze raz.

Pieter uklęknął i drżącym palcem napisał H.

Bosman skrzywił się.

— Krzywe jak nogi kozy na lodzie. Jeszcze raz.

Chłopiec starł i napisał drugie.

— Lepsze. Jeszcze raz.

Trzecie. Czwarte. Piąte.

Na mokrym pokładzie pojawił się cały rząd liter, chwiejnych jak młode maszty.

Bosman patrzył surowo, lecz w oczach błyszczało mu coś na kształt zadowolenia.

— Dobrze słuchaj. Jak cię pan Cornelis uczy głową, to ja cię będę uczył ręką. Litera ma stać prosto, jak marynarz na wachcie. Kreska ma być pewna, nie tchórzliwa. Rozumiesz?

— Tak.

— Głośniej.

— Tak!

— No. To zaczynamy.

Wziął koniec liny i narysował nim na mokrej desce wielkie H, równe jak kratownica.

— Tak wygląda litera człowieka, który nie marudzi.

Pieter roześmiał się pierwszy raz przy bosmanie.

Nad nimi zapalały się gwiazdy. Morze ciemniało, a na pokładzie „Złotej Mewy” chłopiec pisał swoją pierwszą literę raz po raz, aż przestała być znakiem, a zaczęła być obietnicą lepszego życia.

Wieczór przed nocą przyniósł burzę nie z hukiem, lecz z milczeniem. Najpierw morze zmatowiało, jakby ktoś zgasił na nim światło. Potem wiatr ucichł tak nagle, że żagle oklapły i zawisły bez życia. Marynarze spojrzeli po sobie krótkim wzrokiem ludzi, którzy zły znak poznają szybciej niż modlitwę.

„Złota Mewa” minęła już kanał La Manche i wyszła na szersze, cięższe wody. Tam morze nie było już oswojonym gościem portów i wybrzeży. Tam stawało się panem.

Niebo od zachodu pociemniało nisko, warstwami, jak dym z ogromnego pożaru. Chmury sunęły jedna nad drugą — sine, spuchnięte, z brzuchami pełnymi deszczu. Daleko błysnęło światło, bez grzmotu, jakby sam horyzont pękł na chwilę.

Pieter stał przy relingu i patrzył. Jeszcze rano woda wydawała mu się szeroka i piękna. Teraz wyglądała jak czarne, zaorane pole, poruszane niewidzialnym pługiem. Powierzchnia marszczyła się w tysiące drobnych drżeń, a każde niosło groźbę.

— Refować! Żywo! — ryknął bosman.

Pokład nagle ożył. Ludzie biegli do lin, chwytali fały, wspinali się na wanty, jakby burza była ogniem, który trzeba gasić rękami. Nad głową Pietera marynarze pełzli po rejach wysoko nad pokładem, zwijając żagle, które zaczęły już szarpać się w pierwszych podmuchach. Liny świstały, bloczki jęczały, drewno odpowiadało głuchym trzeszczeniem.

Kapitan Hendrick stał przy przednim kole sterowym, z szeroko rozstawionymi nogami, spokojny jak kamień wbity w nurt rzeki. Co chwila oblewała go woda, lecz nawet nie drgnął. Ustawiał „Złotą Mewę” dziobem do fal, jak mewa stawiająca pierś pod wiatr. Nie podnosił głosu. Nie musiał.

Pierwsza fala uderzyła jeszcze w burtę bez ostrzeżenia.

Statek przechylił się tak gwałtownie, że Pieter runął na kolana. Woda przelała się przez pokład lodowatym strumieniem, porwała wiadro, skrzynkę i czyjś kapelusz. Chłopiec chwycił reling obiema rękami tak mocno, aż zabolały go palce.

Serce tłukło mu się w piersi.

To nie była rzeka. To nie był staw za wsią. To nie była nawet woda. To było coś, co chce pożreć cały świat.

Wiatr zawył nagle z całą siłą, jakby dotąd tylko nabierał tchu. Uderzył w maszt, w zwinięte żagle, w twarze ludzi. Deszcz spadł ukośnie, twardy i zimny, siekąc skórę jak od rzuconych garści drobnych kamieni. Niebo i morze zmieszały się w jedną szarą wściekłość.

Pieter nie widział już końca pokładu. Tylko plecy marynarzy pochylonych do roboty, liny wijące się pod nogami i pianę wpadającą wszędzie.

Ktoś krzyknął. Ktoś się śmiał.

Bosman minął go w biegu, wbił mu dłoń w kark i ryknął prosto do ucha:

— Jak chcesz umrzeć, to puść się poręczy! Jak chcesz żyć, trzymaj i patrz!

Patrz.

Pieter patrzył więc.

Widział człowieka na rei, wysoko nad wodą, wiszącego jedną ręką nad przepaścią. Widział kapitana, który ani razu nie spojrzał za siebie. Widział fale wyższe niż dach rodzinnej stodoły, biegnące jedna za drugą jak stado czarnych byków.

I po raz pierwszy zrozumiał, że świat jest większy, groźniejszy i wspanialszy, niż ktokolwiek mówił mu na lądzie.

Strach miał smak soli.

Lecz pod nim, głęboko, rodziło się coś jeszcze.

Zachwyt.

Jestem. Żyję.

Noc przyszła zaraz po burzy, jakby dzień nie miał już sił trwać dłużej.

Przez trzy godziny morze miotało „Złotą Mewą” jak zabawką rzuconą psu. Fale waliły w burtę z głuchym łomotem, wiatr darł się w wantach, a deszcz siekł pokład tak gęsto, że człowiek widział ledwie na kilka kroków. Potem nagle, niemal bez ostrzeżenia, wszystko zaczęło słabnąć. Najpierw deszcz przeszedł w ciężkie krople, potem w mżawkę, aż wreszcie zgasł zupełnie. Wiatr nadal szarpał żagle, lecz już nie z wściekłością, raczej z ponurym uporem.

Morze wciąż było wysokie, lecz fale straciły zęby.

Na pokładzie ludzie oddychali jak po bójce. Nie cieszyli się głośno. Sapali z wysiłku. Nikt nie wiwatował. Starzy marynarze wiedzieli, że po burzy nie należy drażnić morza radością. Spluwali więc przez burtę, poprawiali przemoczone kubraki, sprawdzali liny i patrzyli po sobie krótkim wzrokiem ludzi, którzy znów zostali policzeni między żywymi.

Jeden usiadł pod masztem i śmiał się bez powodu, aż trzęsły mu się ramiona. Drugi klęknął przy relingu i wymiotował wodą i strachem. Trzeci wyjął z kieszeni mały drewniany krzyżyk, pocałował go szybko i schował, nim ktoś zauważy.

Bosman chodził po pokładzie z latarnią osłoniętą blachą i warczał:

— Ruszać się. Kto stoi, ten gnije.

Kapitan Hendrick nadal stał przy kole sterowym, mokry do nitki, jakby burza go nie dotyczyła. Tylko włosy przykleiły mu się do skroni, a z rękawów kapała woda. Wydał kilka krótkich rozkazów, po czym oddał ster wachtowemu i zszedł dopiero wtedy, gdy nawigator wszystko sprawdził.

— Jest dobrze. Statek znosiło na otwarte morze, nie na ląd. Zaraz dam nowy kurs — dodał, odchodząc do swojej kajuty.

Pieter siedział skulony pod schodami w swojej budzie, owinięty mokrym kocem, który ktoś mu rzucił bez słowa. Trząsł się jeszcze długo, choć zimno było już mniejsze niż strach. W uszach nadal słyszał huk fal. Gdy zamykał oczy, czuł, że podłoga znów ucieka spod nóg.

Nie spał prawie wcale. Tak jak i wszyscy.

Co pewien czas wychylał głowę i patrzył na pokład. Marynarze w półmroku wydawali mu się innym gatunkiem ludzi — zmęczeni, obici, lecz spokojni. Jakby właśnie zrobili coś zwyczajnego.

Nad ranem niebo zaczęło jaśnieć bladym popiołem. Szarością nie widzianą gdzie indziej. Chmury rozdarły się na strzępy, między którymi pokazał się chłodny pas światła. Morze wciąż oddychało ciężko, ale już nie ryczało.

— Wstawać! Liczyć szkody! — huknął bosman, zanim słońce wyszło zza horyzontu.

Pokład ożył natychmiast.

Marynarze zbierali zerwane liny, stawiali przewrócone beczki, wyciągali spod relingu połamane drągi. Jednej kury brakowało. Podziała się nie wiadomo gdzie. Może zabrała ją burza, bo uznała, że musi być jakaś ofiara. Koza beczała obrażona, zaplątana w sieć. Inne chodziły wokół niej, jakby chciały jej pomóc, ale nie potrafiły. Szalupa wisząca przy burcie straciła jedno mocowanie. Pękły dwa wiadra, zginęły trzy czapki i jeden but, którego właściciel przysięgał potem, że morze ukradło go umyślnie.

Pieter także został zapędzony do roboty. Nosił zwinięte liny, zbierał gwoździe wysypane ze skrzynki cieśli, wylewał wodę z zakamarków pokładu i biegał tam, gdzie krzyknięto jego imię. Zmęczenie trzymało go za kark, ale coś nowego pchało go naprzód.

Przetrwał.

Najgłośniej pracował cieśla okrętowy — człowiek kościsty, z brodą jak szczotka i dłoniami twardymi jak dębina. Już o świcie klęczał przy pękniętej nadburcie, stukając młotem tak równo, jakby wybijał takt nowemu dniu. Z pasa zwisały mu dłuta, kliny i drewniany młotek. Między deski wbijał pakuły nasączone smołą, potem dobijał listwy i zalewał szczeliny gorącą żywicą.

— Statek to jak człowiek — mruknął do Pietera, nie przerywając pracy. — Jak go zaraz po bójce nie pozszywasz, zacznie gnić.

Pieter podał mu garść gwoździ i odruchowo pomacał swoją obolałą głowę. Płócienny bandaż trzymał się dobrze, a głowy nikt nie zszywał — zastanowił się chwilę nad tym słowem.

Spojrzał na morze. Jeszcze w nocy chciało pożreć świat. Teraz błyszczało spokojnie w porannym świetle, jakby nic się nie stało.

I to przeraziło go bardziej niż burza. Gdzie ja jestem? Gdzie my jesteśmy?

Każda wolna chwila była dla Pietera łupem, który należało natychmiast wykorzystać. Gdy inni siadali na beczkach, żuli suchary, rzucali kośćmi albo łatali odzież, on szukał kawałka suchej deski, węgla z piecyka, tępego gwoździa lub czegokolwiek, czym dało się kreślić znaki. Pisał litery na pokładzie, na skrzyniach, a kiedy niczego nie znalazł — palcem po kurzu.

H, A, E.

Krzywe, chwiejne, nierówne.

Cornelis De Witt patrzył na to bez pochwał. Zaraz po śniadaniu sprawdzał, jakie litery chłopiec zapamiętał, i kazał zaczynać od nowa. Twierdził, że ręka musi nauczyć się posłuszeństwa szybciej niż głowa.

Lecz pisanie liter nie było końcem nauki. Było tylko początkiem. Z czasem Pieter musiał zapisywać każde słowo, które wypowiedział. Zaczynał już bać się mówić, ale nie przestawał.

Błędy nie uchodziły bez kary. Na początku były to rzeczy prawie proste — pompki, przysiady, bieg tam i z powrotem po pokładzie. Z czasem jednak kary stawały się cięższe, jakby miały nie tylko poprawiać, ale i hartować.

Pieter z chłopca drobnego i słabego zmieniał się powoli. Nogi twardniały od biegania po pokładzie, oddech przestawał się rwać po kilku krokach. Wkrótce potrafił już przebiec cały statek bez zatrzymania, a nawet próbował wspinać się po rejach razem z marynarzami, choć wciąż bez ich pewności i lekkości.

Codziennie jednak Cornelis narzekał na jedno.

— Znów jestem ostatni — mówił, gdy Pieter wnosił tacę do jego kajuty. — Jeśli tak dalej pójdzie, umrę z głodu jako człowiek uczony.

Pieter stawiał na stole kubek z kawą, a czasem miskę rosołu, i odpowiadał zawsze tak samo:

— Ale za to najlepsze, panie. Mam chody u kucharza.

Cornelis marszczył twarz, jakby chciał się oburzyć, lecz zwykle kończyło się to ledwie dostrzegalnym uśmiechem.

Zanim pierwszy oficer zdążył zjeść połowę chleba, w drzwiach pojawiał się niemal codziennie ten sam człowiek — lokator środkowego pomieszczenia nadbudówki dziobowej, czyli zabudowanej części statku stojącej na pokładzie przy dziobie.

Nazywał się Adriaen van Loos.

Mieszkał między kajutą oficera a małą izbą sternika wachtowego, czyli marynarza prowadzącego ster podczas swojej zmiany. Jego komora była najdziwniejsza ze wszystkich, bo miała dwa wysunięte ku przodowi okna w kształcie trójkątów, osadzone pod kątem w grubych ramach. Dzięki nim widział niemal cały dziób, lewą i prawą stronę statku oraz linię fal rozcinanych dziobnicą, czyli przednią częścią kadłuba przecinającą wodę.

Był człowiekiem suchym i wysokim, o barkach zgarbionych od lat pochylania się nad mapami. Twarz miał wąską, pooraną drobnymi zmarszczkami, nos ostry jak dziób mewy, brodę przystrzyżoną krótko i starannie. Włosy, kiedyś jasne, poszarzały od soli i czasu. Jedno oko mrużył częściej niż drugie, jakby nie ufał światłu. Palce miał długie, żylaste, wiecznie poplamione atramentem, sadzą lub kredą.

Poruszał się szybko, lecz bez pośpiechu człowieka, który nie marnuje ruchów.

Wpadał do kajuty Cornelisa, ledwie skinąwszy głową.

— Która godzina?

Nigdy nie pytał „czy wiesz”, tylko od razu „która godzina”, jakby czas był rzeczą, którą należało łapać za kark, nim ucieknie.

Cornelis bez słowa spoglądał na małą klepsydrę stojącą przy księdze, obracał ją zręcznie i podawał odpowiedź.

— Trzecia część ósmej szklanki.

W jego głosie nie było potrzeby tłumaczenia, ale Pieter i tak już wiedział, że „szklanka” to nie naczynie, lecz klepsydra odmierzająca czas na morzu, zwykle pół godziny. Oznaczało to więc, że minęła trzecia część ósmej półgodziny wachty — marynarze dokładnie wiedzieli, ile czasu zostało do zmiany służby.

— Za późno — mruczał Adriaen. Albo: — Dobrze. Jeszcze zdążymy.

Potem znikał tak nagle, jak się pojawił.

Pieter długo nie rozumiał, dokąd ten człowiek się śpieszy, skoro wokół była tylko woda.

Zrozumiał dopiero później.

Adriaen van Loos nie śpieszył się nigdzie. On śpieszył się przed błędem.

Stał godzinami przy swoich trójkątnych oknach, patrząc na fale rozchodzące się od dziobu. Z ich układu czytał więcej niż inni z ksiąg. Po tym, jak woda schodziła z lewej burty, wiedział, że trzeba brasować, czyli obracać reje i ustawiać żagle bokiem do lepszego złapania wiatru, o kilka dłoni. Po drżeniu cięgien sterowych — lin i drążków przenoszących ruch steru — rozpoznawał, czy rumpel, czyli drewniany drąg poruszający sterem, trzymany jest zbyt twardo. Po dźwięku want, czyli grubych lin podtrzymujących maszty, poznawał, czy statek idzie pełnym halsem, to znaczy najlepszym kursem względem wiatru, czy marnuje jego siłę.

— Morze mówi bez ust — rzucił kiedyś do Pietera, przyłapawszy go w drzwiach. — Trzeba tylko wiedzieć, czego słuchać.

Potem zamknął okiennicę i wrócił do swoich liczb.

Od tego dnia chłopiec zaglądał do kajuty nawigatora jeszcze częściej. Wydawało mu się, że na „Złotej Mewie” są dwie odmiany mądrości.

Jedna pisała litery.

Druga czytała fale i gwiazdy.

Świeża woda właśnie się kończyła. Ostatnie pełne beczki stały przykryte zapasowymi żaglami, lecz każdy na statku wiedział, że ich dni są policzone. Od tej chwili wydzielano już wodę mieszaną z winem, aby dłużej wytrzymała, a resztę dawano tylko po zagotowaniu.

Kapitan Hendrick sam wydał taki rozkaz. Nikt nie pytał dlaczego. Ci starsi wiedzieli, że w młodości poznał smak zgniłej wody — tej, która cuchnie beczką, błotem i czymś martwym, a po której człowiek wymiotuje, słabnie i modli się o deszcz.

Słowo „zgniłe” tak przylgnęło do kapitana, że używał go do dziś wobec wszystkiego, czego nie szanował. Lina mogła być zgniła. Rozkaz zgniły. Charakter zgniły. Albo rzecz była dobra, albo zgniła — trzeciej drogi nie uznawał.

Od tego dnia chłopcy doglądający zwierząt stracili uśmiechy. Jeszcze rano głaskali kozy, karmili świnie odpadkami, śmiali się z kłótliwych gęsi. Teraz wiedzieli już, co nadchodzi. Ptaki piły mało i byle co, więc mogły przeżyć najdłużej — kury znosiły jaja i zajmowały mało miejsca. Reszta czekała na nóż, sól i beczki.

Pieter patrzył na to ze ściśniętym gardłem. Wtedy przypomniały mu się jesienne dni we wsi, gdy szykowano kapustę na zimę. Wielkie beczki, posiekane liście, sól, drewniane ubijaki… i kamienie rozgrzewane w ogniu do czerwoności, wrzucane do wody, która syczała i parowała. Jako dziecko nie rozumiał po co ten cały obrzęd. Teraz pomyślał, że może właśnie po to, by nic nie zgniło.

Postanowił powiedzieć o tym Adriaenowi van Loosowi.

Znalazł nawigatora w jego kajucie, która była zarazem miejscem pracy z trójkątnymi oknami wychodzącymi ku dziobowi. Adriaen stał pochylony nad mapą.

— Czego? — spytał, nie podnosząc głowy.

— Panie… o wodę chodzi. Żeby nie zgniła.

To sprawiło, że nawigator spojrzał.

— A więc mów. Tylko krótko.

Pieter opowiedział o gorących kamieniach. Adriaen słuchał w milczeniu.

— Hm. Nie głupie — mruknął w końcu. — Ogień zabija wiele rzeczy, których nie widać.

Pieter rozjaśnił twarz.

— To da się uratować?

Adriaen spojrzał przez okno na stojące beczki.

— Całości nie. Za późno. Ale część może. Gdyby opróżnić jedną beczkę, osuszyć ją i wypalić ogniem od środka, a potem nalać świeżej, przegotowanej wody… mogłoby pomóc.

Pieter aż klasnął dłonią.

— To właśnie! Ogień w beczce!

— Ogień krótki, nie głupi — odparł chłodno Adriaen. — Chcesz wodę ratować, a możesz statek spalić.

— Powie pan kapitanowi?

— Nie. Ty powiesz. Jeśli wierzysz w swój pomysł, mów sam. Człowiek rośnie wtedy, gdy sam zanosi słowa wyżej od siebie.

Chłopiec pobladł.

— On mnie nazwie głupcem.

— Możliwe. Ale jeśli masz rację, nazwie cię głupcem i zrobi po twojemu. To najlepszy rodzaj zwycięstwa.

Kapitan zgodził się, lecz tylko na próbę z jedną beczką.

— Jeśli zmarnujesz wodę, będziesz ją potem pił z własnych łez — burknął.

— Sam będę pił tę wodę — wypalił Pieter. — Na pewno lepsza niż zatruta winem.

To słowo o zatrutym winie rozbawiło wszystkich wokół.

— Dobrze — rzekł Hendrick. — Jeśli przeżyjesz tydzień, ja też będę pił taką wodę.

Marynarzom od razu zrzedły miny. Już domyślali się, co stanie się z winem na przyszłych rejsach, jeśli próba Pietera się powiedzie.

Wieczorem na pokładzie opróżniono jedną beczkę, a potem wrzucono do niej żar wyjęty z pieca w kambuzie. Dym buchnął z wnętrza, klepki zatrzeszczały, a drewno poczerniało od środka. Gdy Pieter uznał, że starczy, zamknięto wieko i zduszono ogień.

Patrzył na beczkę z bijącym sercem.

Bo czasem wiedza przychodzi nie z ksiąg ani z gwiazd, lecz z beczki kapusty stojącej pod wiejską stodołą.

Pieter coraz częściej kręcił się przy drzwiach kajuty Adriaena van Loosa. Nie wchodził od razu. Najpierw stawał z boku, niby przypadkiem, niby tylko po to, by odebrać kubek po kawie zbożowej albo przynieść świecę. Lecz oczy miał zawsze szeroko otwarte.

Kajuta nawigatora pachniała woskiem, atramentem, wilgotnym drewnem i czymś jeszcze — suchym kurzem dalekich lądów, choć przecież żadnego lądu tam nie było. Na stole leżały rozwinięte mapy, przyciśnięte ołowianymi ciężarkami. To właśnie były lądy nawigatora. Linie biegły po nich jak pajęczyna, krzyżowały się, skręcały, urywały przy brzegach. Obok stały księgi, rulony pergaminu, pióra, kałamarz i drobne narzędzia z drewna, mosiądzu oraz kości.

Pieter nie wytrzymał w końcu.

— Panie Adriaenie… a to co?

Wskazał półokrągły przedmiot z podziałką i ruchomą listewką.

Nawigator nawet nie podniósł głowy.

— To kwadrant.

— Do czego?

— Do mierzenia wysokości słońca albo gwiazdy nad morzem. Im wyżej stoi na niebie, tym więcej mówi o tym, gdzie jesteśmy.

Pieter zmarszczył czoło.

Adriaen westchnął ciężko.

— Gdy patrzysz na drzewo z bliska, wydaje się wysokie. Gdy odejdziesz daleko — maleje. Niebo też ma swoje miary. Słońce nad głową mówi coś innego niż słońce nisko przy wodzie.

Chłopiec pokiwał głową, choć rozumiał tylko połowę.

Zaraz wskazał drugi przedmiot — drewnianą tarczę z igłą pod szkłem.

— A to?

— Kompas. Najwierniejszy sługa człowieka i największy wstyd dla głupca.

— Czemu?

— Bo zawsze pokazuje północ, a mimo to wielu umie się zgubić.

Pieter parsknął śmiechem.

Adriaen spojrzał na niego z ukosa.

— Igła w środku szuka jednej strony świata. Gdziekolwiek jesteś, pokaże kierunek. Dzięki temu wiemy, czy płyniemy na zachód, południe czy prosto ku nieszczęściu.

Na stole leżał też zwój cienkiej linki z węzłami.

— A to sznur do prania?

— To log.

— Kłoda?

— Dawniej kłoda. Teraz deseczka na linie. Rzuca się ją za rufę. Statek płynie naprzód, lina ucieka przez ręce, a człowiek liczy węzły, zanim przesypie się piasek w małej klepsydrze. Po tym wiemy, jak szybko płyniemy.

— Węzły?

— Supły na linie. Od nich bierze się miara prędkości.

Pieter otworzył usta ze zdumienia.

— To dlatego marynarze ciągle wszystko wiążą?

— Nie. To dlatego, że bez wiązania by potonęli.

Chłopiec wskazał mapę.

— A te kreski?

Adriaen wreszcie odsunął pióro i spojrzał na niego uważniej.

— To wybrzeża. To mielizny, gdzie dno czyha na statek. To głębokości. To porty. To kierunki wiatrów. A to miejsca, gdzie inni już popełnili błędy, abyśmy my nie musieli.

Pieter przesunął palcem nad pustą plamą oceanu.

— A tu nic nie ma.

— Tu właśnie jest najwięcej.

— Nic?

— Woda, prądy, burze, mgły, cisza bez wiatru, śmierć z pragnienia i droga do bogactwa. Na mapach pustka często znaczy więcej niż rysunek.

Na brzegu stołu leżała gruba księga pełna cyfr i krótkich zdań.

— A to?

— Dziennik okrętowy.

— Co się w nim pisze?

— Wszystko, czego człowiek zapomnieć nie może. Kurs, wiatr, pogodę, szybkość statku, uszkodzenia, kłótnie, zgubione beczki, dostrzeżone lądy. Pamięć jednego człowieka jest słaba. Księga pamięta lepiej.

Pieter milczał chwilę, patrząc na znaki gęste jak mrówki.

— Panie Adriaenie… nauczy mnie pan tego?

Nawigator zmrużył oczy.

— Nie.

Chłopcu opadły ramiona.

— Jeszcze nie.

Podszedł bliżej i stuknął go palcem w czoło.

— Ciekawość masz dobrą. Lecz ciekawość bez pracy jest jak żagiel bez wiatru.

Wskazał drzwi.

— Jeśli chcesz słuchać moich nauk, przysięgnij jedno.

— Co?

— Że codziennie, bez marudzenia, będziesz uczył się nawigacji. Liter, liczb, gwiazd, wiatrów i cierpliwości. Nawet wtedy, gdy głowa rozboli cię bardziej niż po uderzeniu w maszt.

Pieter wyprostował się natychmiast.

— Przysięgam.

— Głośniej.

— Przysięgam!

Adriaen skinął głową.

— Dobrze. To zaczniemy od rzeczy najtrudniejszej.

Pieter przełknął ślinę.

— Od gwiazd?

— Nie. Od liczenia bez pomyłki.

Chłopiec jęknął cicho.

Nawigator pierwszy raz uśmiechnął się naprawdę.

— Właśnie dlatego większość ludzi nigdy nie dopływa daleko.

„Złota Mewa” szła dalej na południowy zachód, ku wodom cieplejszym i spokojniejszym, gdzie po wielu dniach miała wypatrzyć brzegi Madery. Tę nazwę Pieter ujrzał wcześniej na mapie. Dla chłopca sama nazwa wyspy brzmiała jak zaklęcie. Mówiono o niej: góry wyrastające z oceanu, lasy pachnące żywicą, wino słodkie jak miód i port, gdzie statki z całego świata stoją burta przy burcie.

Teraz jednak widział tylko morze i pracę.

Statek handlowy nie płynął jak ryba ani jak łabędź, lecz jak drewniane miasto zmuszone do ruchu. Każdy żagiel miał swoje zadanie, każda lina swój sens. Na głównym maszcie rozwijano wielki żagiel rejowy — szerokie płótno zawieszone na poziomej belce zwanej reją. Na przednim maszcie stawiano mniejszy, by lepiej łapał wiatr z boku. Na rufie, przy bezanie, czyli tylnym maszcie, wisiał żagiel skośny, którym sternik pomagał sobie trzymać kurs. A z bukszprytu — długiego drzewca wysuniętego z dziobu nad wodę — napinano trójkątny żagiel, ostry jak grot włóczni. To on pierwszy chwytał podmuchy i pomagał dziobowi obracać się tam, gdzie chciał kapitan.

Pieter patrzył, jak ludzie pracują przy linach. Bosman nie krzyczał bez potrzeby. Jedno słowo znaczyło tyle, co dziesięć u innych.

— Brasować reję! — czyli obracać poziomą belkę z żaglem, by ustawić ją lepiej do wiatru.

— Luzować szot! — poluzować linę trzymającą dolny róg żagla.

— Trzymać fał! — utrzymać napiętą linę, którą podnosi się żagiel.

Marynarze biegli, ciągnęli, oplatali knagi — drewniane lub żelazne zaczepy do mocowania lin — zapierali się nogami o mokre deski. Płótna trzepotały, drewno jęczało, bloczki terkotały nad głową. Statek odpowiadał na to wszystko powolnym zwrotem, jak ciężki koń słuchający doświadczonej ręki.

Trójkątny żagiel fascynował Pietera najbardziej. Był mniejszy od wielkich płacht na masztach, lecz zdawał się żywszy od nich wszystkich. Szarpał się na wietrze, wyginał, napinał i drżał, jakby chciał pierwszy pobiec naprzód.

Cornelis De Witt splunął przez burtę jak stary marynarz i rzekł:

— Nie patrz na wielkie żagle, chłopcze. One dają siłę. Patrz na małe. One dają rozum.

Pieter nie pojął wtedy, lecz zapamiętał.

Przez kilka dni wiatr trzymał się równy i mocny. „Złota Mewa” sunęła dobrze, zostawiając za rufą długą pianę. Trzeciego dnia niebo stało się mleczne, morze wygładziło się jak tafla ołowiu, a żagle oklapły i łopotały bez życia.

Flauta — cisza morska, gdy wiatr niemal całkiem ustaje.

Najpierw cieszyli się ci, których bolały ręce i plecy. Potem zaczęło ich drażnić skrzypienie bez ruchu, bezczynność, żar słońca i cisza tak wielka, że słychać było kapanie wody z lin. Statek kołysał się leniwie, obracając powoli bokiem do ledwie wyczuwalnej fali. Płótna zwisały smutno. Morze nie miało zmarszczki.

Kapitan chodził po pokładzie częściej niż zwykle. Człowiek morza bardziej ufał sztormowi niż ciszy.

Pieter pierwszy raz zobaczył wtedy, jak nudę zabija się pracą. Szorowano pokład piaskiem. Naprawiano liny. Smarowano bloczki łojem. Cieśla naprawiał pęknięte skrzynie. Kucharz łajał chłopca za rozlaną polewkę. Ktoś cerował koszulę. Ktoś inny ostrzył nóż tak długo, jakby miał nim przeciąć sam horyzont.

Pod wieczór pojawił się wreszcie podmuch. Najpierw lekki, potem mocniejszy. Marynarze ruszyli do lin jak psy spuszczone ze smyczy.

— Stawiać fok! — przedni główny żagiel na fokmaszcie.

— Brać bezan! — ustawić lub podciągnąć tylny żagiel na bezanmaszcie.

— Napinać kliwer! — naprężyć trójkątny żagiel rozpięty przy bukszprycie.

Trójkątny żagiel na bukszprycie szarpnął się gwałtownie, nabrzmiał i nagle rozdarł z suchym trzaskiem od góry do połowy. Płótno zatańczyło w powietrzu jak ranna mewa. Lina smagnęła jednego z ludzi po ramieniu. Inny rzucił się szczupakiem, by chwycić luźny koniec.

Bosman zaklął tak głośno, że nawet Pieter zrozumiał połowę.

— Na dół z tym! Szybko!

Ludzie zwijali poszarpany żagiel, szarpiąc się z nim jak z żywym stworzeniem. Statek od razu stracił ochotę do skrętu i zaczął ociężale znosić dziób, czyli odchodzić z kursu pod naporem wody i wiatru.

— Widzisz teraz? — mruknął Cornelis, nie patrząc na chłopca. — Mały żagiel. Wielka robota.

Wieczorem żaglomistrz siedział przy lampie i zszywał rozdarte płótno grubą igłą, pchając ją przez warstwy parcianym naparstkiem. Każdy ścieg był powolny i mocny jak ruch szewca.

Nazajutrz, gdy morze było łagodne, Pieter dostał nowe zajęcie.

— Umiesz pływać? — spytał Cornelis.

Chłopiec pokręcił głową.

— To nauczysz się, zanim ocean sam cię nauczy.

Przywiązali mu pod pachami pustą beczułkę po winie i spuszczono go na linie za rufę, tam gdzie statek szedł wolno. Pieter wrzasnął, gdy zimna woda objęła go po szyję. Sól weszła do nosa i ust. Machał rękami jak opętany, wzbijając pianę ku śmiechom załogi.

— Nie bij morza! — ryknął bosman. — Ono zawsze odda mocniej!

Cornelis pokazał mu spokojny ruch ramion. Jak kłaść się na wodzie. Jak nabierać oddech. Jak nie walczyć z falą, tylko iść z nią.

Za pierwszym razem Pieter zachłysnął się trzy razy. Za drugim dwa. Za trzecim tylko raz.

Nauka Pietera była rozrywką całej załogi. Po tygodniu już umiał utrzymać się sam przy linie ciągnącej się za rufą. Po dwóch tygodniach zanurzał twarz bez lęku. A gdy któregoś ranka spojrzał na wodę, nie widział już potwora.

Skróciły się też głupie uśmieszki przy zejściu do wody.

Widział siebie na nowej drodze. Jednak nie wszystko było tak łatwe. Dopadała go też tęsknota. Tęsknota młodego chłopca.

Na początku sam tego nie zauważył.

To przychodziło cicho — nie jak ból, który uderza nagle i jasno, ale jak coś, co sączy się powoli, kropla po kropli. Pieter pracował jak zawsze: ciągnął liny, czyścił pokład, nosił wodę, uczył się patrzeć na wiatr i słuchać komend. Uczył się czytać i coraz częściej zastanawiał się, skąd Adriaen van Loos wie, w którą stronę płynąć. Ręce miał zajęte, ciało zmęczone, a jednak myśli… myśli o domu rodzinnym zaczęły wracać.

Nie do krzywd.

Nie do niesprawiedliwej, ciężkiej dłoni ojca ani do ćwierci cegłówki rzuconej ręką brata.

Tylko do rzeczy drobnych.

Do dźwięku kroków na drewnianej podłodze. Do skrzypienia drzwi, które zawsze otwierały się tak samo. Do zapachu wilgotnej ziemi po deszczu i ciepła, które zostawało w ścianach domu, gdy ogień dogasał. Do światła wpadającego przez małe okno — nie tak ostrego jak tutaj, na morzu, lecz miękkiego, rozlanego.

I to właśnie było najgorsze.

Bo nie tęsknił za tym, co go złamało. Tęsknił za tym, co było obok.

Za czymś, co istniało mimo wszystko.

Coraz częściej zdarzało się, że zatrzymywał się na chwilę dłużej, niż trzeba. Patrzył w morze, ale nie widział fal — tylko postać córki Dirka van Rijna, dzięki któremu jest tu, gdzie jest. Ktoś musiał go szturchnąć, zawołać, przypomnieć, gdzie jest. Innym razem wykonywał polecenia poprawnie, lecz jakby bez obecności — ręce robiły swoje, a on był gdzieś indziej.

Rówieśnicy zaczęli to widzieć.

— Zgubiłeś coś w tej wodzie? — rzucił raz jeden z chłopaków, pół żartem. Wiedział, co gnębi takich jak oni.

Pieter wzruszył ramionami, ale nie odpowiedział.

Inni patrzyli dłużej. Wiedzieli, jak wygląda ktoś, kto myślami odpływa za daleko. Na statku to było niebezpieczne — nie tylko dla niego, ale i dla wszystkich.

Najszybciej dostrzegł to bosman.

Stary, o twarzy pociętej zmarszczkami i oczach, które widziały więcej, niż mówiły. Przez kilka dni nic nie mówił. Obserwował tylko, jak Pieter pracuje, jak się zatrzymuje, jak patrzy w dal z tym samym wyrazem twarzy — nie smutkiem, nie złością, ale czymś bardziej pustym.

W końcu podszedł do niego bez ostrzeżenia.

— Za dużo czasu na myślenie — mruknął, jakby stwierdzał oczywistość.

Pieter drgnął.

— Ja…

— Nie tłumacz się — uciął bosman. — Morze nie lubi takich, co myślą zamiast robić.

Nie było w tym gniewu. Tylko twarda pewność.

Jeszcze tego samego dnia Pieter dostał więcej roboty niż zwykle. Cięższej. Szybszej. Bez chwili wytchnienia. Liny do zwijania, żagle do poprawiania, wiadra do noszenia, pokład do szorowania tam, gdzie inni już dawno skończyli.

Na początku ciało protestowało, ręce drżały, oddech rwał się w piersi.

Ale myśli… zaczęły cichnąć. Siła zaczęła rosnąć.

Zmęczenie miało swoją łaskę — nie zostawiało miejsca na obrazy, na wspomnienia, na to ciche wołanie czegoś utraconego.

Wieczorem, kiedy w końcu mógł usiąść, Pieter czuł tylko ciężar w mięśniach i sól na skórze. Tęsknota nie znikała całkiem — była gdzieś głęboko, jak kamień na dnie — ale przestawała go zalewać.

— Na tym statku lekarstwem jest praca. Tu nikt cię nie przytuli.

— Czuć już ląd — dodał po chwili. — Jeszcze go nie widać, ale zapach niesie.

— A czas… — splunął przez burtę. — czas albo łamie człowieka, albo hartuje tak, że i własnych wspomnień się nie boi.

— Co? — nieśmiało mruknął Pieter.

Dni mijały bez ciekawszych chwil — aż do teraz.

Słońce stało już wysoko, ostre i czyste, jakby całe niebo zostało wypolerowane przez wiatr. Pieter mrużył oczy, stojąc przy burcie, jedną ręką ściskając nagrzane drewno, które pachniało smołą i solą. Morze, jeszcze kilka dni temu ciężkie i szare, teraz rozlewało się wokół statku spokojne, głębokie i niemal nieprawdopodobnie błękitne — jakby ktoś rozciągnął pod nimi ogromną taflę szkła, w której odbijało się niebo.

„Złota Mewa” sunęła łagodnie, żagle napięte równym wiatrem, a w ich cieniu pokład wydawał się niemal nieruchomy. Tylko ciche skrzypienie lin i rytmiczne uderzenia fal o burtę przypominały, że wciąż są w drodze.

Najpierw zobaczył cień.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 66.22