E-book
6.83
drukowana A5
62.53
Elżunia

Bezpłatny fragment - Elżunia

Odgrzewane wspomnienia i niesforne refleksje


Objętość:
498 str.
ISBN:
978-83-8155-641-5
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 62.53

Przedmowa

Do Myszaczka

Chciałabym tu pobieżnie naszkicować, dlaczego w ogóle tę RZECZ piszę, wytłumaczyć się, a także usprawiedliwić chaos, jaki ta RZECZ reprezentuje. Nazywam moją pisaninę RZECZą, bo po prostu nie umiem jej zaszeregować, górnolotnie okreslić ogólnie przyjętym mianem i wpakować w ramy istniejących konwencji pisarskich.

Nie jest to powieść-rzeka, bo RZECZ nie jest powieścią, choć ma dużo wspólnego z rzeką; nie jest to zbiór wspomnień, bo za dużo w niej jest rzeczy zbędnych lub nieistotnych, dygresji nie na temat, cytatów, zwykłej paplaniny i pourywanych ciągów myślowych; nie jest to traktat filozoficzny, bo drżę z obawy zaliczenia mnie do domorosłych filozofów; nie jest to w końcu pot pourri, a w domyśle śmietnik, do którego wrzuciłam wszystkie produkty mojej nadaktywnej wyobraźni — bo w miarę pisania zaczełam nabierać respektu dla samej siebie i wiem, że RZECZ nie zasługuje na to, by zaliczyc ją do tej kategorii.

Kiedy wielokrotnie rozmawiałysmy na temat mojej potrzeby pisania, a Ty gorąco mnie do tego zachęcałaś, ogarniała mnie zawsze trwoga i przerażenie. Wielokrotnie zabierałam się do dzieła, ale szło to jak po grudzie; paraliżowała mnie myśl, że cokolwiek napiszę, będzie to niezrozumiałe, wręcz śmieszne, a w najlepszym razie popłuczyny po kimś innym. Te wszystkie kursy pisania, rady uznanych pisarzy, porady skribentow i ludzi zajmujacych się profesjonalnie sztuką tworzenia piórem, napawały mnie niesmakiem i zniechęceniem. Były być może dobre dla całej rzeszy maluczkich, chcących pisać kryminały i powieści detektywistyczne, pisać dużo, szybko i zarabiać na nich pieniądze.

Ja nie byłam wychowana na takich wzorcach — mierziło mnie to i przygnębiało. No, bo jakże tak? Będąc niezdolną wcisnąć się w te gotowe szablony, myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, bozia nie dała talentu, jestem wykopaliskiem z innej epoki i nigdy nie stworzę czegoś, co będzie zrozumiałe dla współczesnych. Czyżby nie było dla mnie ratunku?

Próbowałam, naprawdę próbowałam. Według schematu — pomysł, akcja, osoby, środowisko i katharsis. Nie wychodziło. Za duża presja, za wysoka poprzeczka — a może po prostu za mało samodyscypliny i zero talentu.

RZECZ zaczęłam pisać przez zaniechanie i zanegowanie. Krótkie zapiski wydarzeń, a nawet snów, jakieś użyteczne cytaty, rożne recenzje książek czy programów telewizyjnych, a nawet ad hoc spisywane żale i nastroje. To wszystko było naiwne i chaotyczne, ale spełniło swoje zadanie, a mianowicie stworzyło regularną potrzebę chwytania za pióro. Nadal jednak męczyła mnie bezcelowość tego, co robię. Wyzwolenie przyszło, kiedy napisałam za Twoją poradą, moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Tym samym, za jednym zamachem pozbyłam sie jednego z najbardziej ciążących mi problemów.

Żeby pisarz mógł wiarygodnie opisać środowisko i postacie, to powinien najpierw je dogłębnie poznać, czuć z nimi, widzieć je na własne oczy — a potem, hulaj dusza — dowolnie je przekształcać, transformować, zmieniać i robić najróżniejsze fikołki.

A ja? — co ja takiego przeżyłam albo widziałam, bym mogła umiescić akcję swojego dzieła w wiarygodnym środowisku? Czy to nie byłaby megalomania? Morderstwo w piekarni, w małym szwedzkim miasteczku?

Tak, oczywiście, mogłabym pomyśleć o powieści sci-fi albo fantasy. Problem wiarygodności by wtedy odpadł. Tylko, że wtedy czułabym, że robię to dla zabawy, a jeszcze nie mam na razie na tyle wyzwolonej przestrzeni psychicznej, żebym mogła się całkowicie wyalienować i przenieść w wyimaginowany świat.

Natomiast wspomnienia — tak. Tu mam „mięso na kościach”, jak to soczyście określają Szwedzi. Nikt lepiej ode mnie nie mógłby przecież opisać środowisk, w których wyrosłam, ludzi, którymi byłam otoczona, czy zdarzeń, w których uczestniczyłam. I jaki zbożny cel! Cokolwiek opiszę, będzie to z pociechą dla moich potomnych. Wystarczy samemu wobrazić sobie, że znajduję nagle gruby tom wspomnień mojej mamy czy ojca, a już nie mówiąc o dziadkach.

Oczywiście, ambicją jest opisać dawne wydarzenia zgodnie z prawdą, ale też subiektywnie, z mojego punktu widzenia. Środowiska i krajobrazy, których już nie ma, ludzi, dawno temu pogrzebanych i zapomnianych. Nie potrafię się jednak, z dawnych nawyków, powstrzymać przed przeplataniem tego ciągu wspomnień różnymi dywagacjami, czasami wymądrzaniem się, a czasami urywkami wspólcześnie dziejących się zdarzeń. Daje to odetchnąć i mnie, i czytelnikowi, a poza tym nie wiąże mnie jakaś absurdalna wydumana ramówka, do której muszę wszystko dopasować, żeby, broń boże, nie wystawało i psuło szyki redaktorom.

Cudowne uczucie! Nikt oprócz moich wnuków nie będzie mnie cenzurował, bo ich na szczęście będą obchodzić głównie fakty, a nie, że składnia gdzieś się załamuje, metafora jest płaska, a rozumowanie głupawe. Najwyżej bedą się śmiać z tego dziwacznego przodka, który wygłupiał się z tym pisaniem, ale w głębi ducha czuję, że bedą mi wdzięczni. Nareszcie też znalazłam się w tej błogosławionej sytuacji, że wręcz nie mogę się doczekać, kiedy znowu przystapię do pisania, że cieszy mnie ta perspektywa, że nie szukam wymówek i odkładam tego na pózniej — bo sprawia mi to ogromną frajdę, odpręża i nadaje sens mojemu życiu.

I tak właśnie, po ciężkim podejściu, zupełnie nieświadomie zaczęłam stosować radę amerykańskiej pisarki Anny Lamott, o której tak pisze Regina Bratt, w swoim poradniku „Bóg nigdy nie mruga”:


„Pierwszy raz zetknęłam sie z jej twórczością w książce „Bird by Bird: Some Instructions on Writing and Life”. /… / Czytała ją większość pisarzy. To już klasyka. Pomysł na tytuł pojawił się pewnego dnia, kiedy brat Anne, wówczas dziesięcioletni, męczył się nad referatem o ptakach do szkoły. Miał trzy miesiące, żeby go napisać, ale zabrał się za to w ostatniej chwili. Bliski łez, usiadł za biurkiem, obłożony książkami o ptactwie, których dotąd nawet nie otworzyl. Jego tata pocieszył go tymi słowami: — „Ptak po ptaku, kolego. Po prostu opisz je po kolei, ptak po ptaku. Oto cała filozofia pisania.”


Tak to wygląda, Myszaku, na dzień dzisiejszy, dokładam tego ptaka po ptaku i buduję tę moją RZECZ, ku chwale przodków i dla pamięci potomnych.

Chcę, żebyś wiedziała, bo trudno jest mi to przedstawić werbalnie — nie jestem w tym dobra, a już szczególnie nie przez telefon.

Bengtsfors, wrzesień 2011

Wstęp

czyli ogary poszły w las

Najtrudniej jest zawsze napisać pierwsze zdanie. To prawda tak oczywista, jak to, że niektóre żaby są zielone. Zdanie otwierające dzieło jest jego wizytówką, nadaje kierunek, zaciekawia i zachęca. Napisanie takiego pierwszego zdania przyprawia zazwyczaj nieszczęsnego pisarza o palpitacje, rwanie włosów z głowy i bezsenność. Ci, którzy już to mają za sobą, a nawet, między innymi, dzięki temu przeszli do historii literatury, zazwyczaj nigdy nie robili z tego problemu, ciach — mach i ruszali z kopyta. Natomiast wszelkiej maści krytycy literaccy, a już szczególnie nauczyciele polonisci, byli na tę kwestię nadzwyczaj wyczuleni.

Pamiętam, jak moja nauczycielka języka polskiego w liceum podkreślała z emfazą znaczenie tej umiejętności przy pisaniu szkolnych wypracowań. Cytowała nam często różne zdania rozpoczynające sławne powieści w klasycznym kanonie literatury polskiej i światowej — ale najbardziej zachwycała się zdaniem rozpoczynającym „Popioły” Żeromskiego — „Ogary poszły w las”.

Napisałam więc ten mały, niewymyślny wstęp właściwie tylko w jednym celu — by się w nim cichutko przyznać, że moje ogary były z początku zdziczałe, leniwe, a przy tym zupełnie niewytresowne. Wypuszczałam je po troszku co kilka dni, a nawet miesięcy, by je trochę obłaskawić, poznać ich usposobienie, przymierzyć się do nieco poważniejszej tresury. Sami zobaczycie, że były bardzo rozbrykane — szarpały się tu i tam, nie wiedząc, w którą stronę tak naprawdę chcą pobiec.

A echo nawoływało — do mnie, do mnie — w zieloną gestwinę pamiętników; tu, tu — w kręte scieżki esejow; tam, tam — w trzęsawisko rozważań filozoficznych; tutaj, tutaj znajdziecie zapomnienie w sadzawce odległych wspomnień.

Posłużyłam się tu metaforą ogarów, by wytłumaczyć się z początkowej chaotyczności i migawkowości mojego dzieła. Mogłam oczywiście niektóre fragmenty wyrzucić (wszystkie podręczniki pisania książek nakazują stanowczo wyrzucać jak najwięcej, okrajać, skrócać i odchudzać, by zapewnić utworowi przejrzystość i zwięzłość), ale zdecydowałam się je zachować. Powodowały mną czysto altruistyczne pobudki. Otóż chciałam się podzielić z czytelnikami moimi koślawymi początkami, by wzbudzić w nich miłe poczucie wyższości, które zwykle prowadzi do dobrodusznej pobłażliwości, a to z kolei zaspokoiłoby moją egoistyczną potrzebę akceptacji.

Oczywiście, pod warunkiem, że przez to przebrną.

Oczywiście, dlatego piszę ten wstęp, żeby zachęcić ich do przebrnięcia.

Oczywiście, że w końcu wytresuję moje ogary, by poszły w las!

Elżunia

Odgrzewane wspomnienia i niesforne refleksje

***

„Jak miło jest znać Pana Leara, co tyle nabazgrał bazgranin.

Niektórzy go cenią nad wyraz, niektórzy zaś mają go za nic.”


Marzec 2010


Kiedy przysiadłam poły, żeby wreszcie zacząć pisać, cokolwiek, by dać ujście tej wzmagającej się z każdym dniem potrzebie wypowiedzenia się, to odkryłam tę małą notatkę o Kontrolancie, napisaną kiedyś, dawno temu, pod wpływem impulsu. Dopisałam do niej historyczne tło wydarzeń.


Od sześciu miesięcy prowadzę samodzielnie (instruowana przez męża, zwanego przez współpracowników Kontrolantem) piekarnio-cukiernię, usytuowaną centralnie w malutkiej miejscowości położonej w malowniczej krainie jezior w zachodniej Szwecji. Moje przedsiębiorstwo korzeniami swymi sięga czasów, gdy w Europie szalała druga wojna światowa, a w Polsce, na Mazowszu, moja dziesięcioletnia mama chowała się przed nalotami bombowymi w maleńkiej ziemiance wykopanej w ogródku przez jej ojca.

W tym czasie życie na prowincji w Szwecji płynęło leniwie, dosyć biednie, co prawda, ale bez obaw, że następnego dnia nie będzie co włożyć do garnka. Mleko z pobliskich gospodarstw było dostarczane regularnie do sklepów, rzeźnik miał pełne ręce roboty, a małe zakłady przemysłowe zapewniały prace mieszkańcom.

Założycielka piekarniczego interesu, Svea, pracowita wdowa, od rana do późnego wieczora wyrabiała ręcznie ciasto, piekła chleby i bułki w niewymyślnym piecu, czasami proste wyroby cukiernicze. Z biegiem czasu rozszerzyła działalność na branżę restauracyjną i z pomocą dorosłego już syna serwowała domowe obiady mieszkańcom miasteczka.

Firma szła coraz lepiej, jej okres świetności przypadł na lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, aż do czasu, kiedy interes przejął syn, a jego starsza już wiekiem matka wycofała się z aktywnej działalności. Syn wrócił do konceptu piekarniczo-cukierniczego, unowocześnił nieco park maszynowy i nastawił się głównie na wyrób tortów i konfekcji cukierniczej. Zaaranżował również w lokalu maleńką kawiarenkę.

Kiedy w kilka lat po wyjściu za mąż i przyjeździe do Szwecji zaczęłam pracować tam jako ekspedientka, ze zdziwieniem skonstatowałam, że prawie z dnia na dzień stałam się miejscową celebrytką. Powodem tego był prawdopodobnie respekt jaki rodzina mojego chlebodawcy wypracowała sobie przez lata cieżkiej pracy i solidności kupieckiej. Zaufanie, jakim obdarzono nieznaną nikomu imigrantkę, było gwarantem jej prawości.

Czas płynał, pracowałam, doskonaliłam język, polubiliśmy się wzajemnie z mieszkańcami miasteczka. Aż nadszedł czas, kiedy postawiono mi pytanie, czy chcę przejąć i poprowadzić firmę…

Ja! Miłośniczka książek z głową w chmurach, nieśmiała marzycielka, jednocześnie lubiąca ludzi na tyle, by wzdragać się na samą myśl o komenderowaniu nimi… Zostać kupcem, sklepikarzem… Całe moje snobistyczne wychowanie z przedwojennymi ideałami mojego ojca… szlachcic nie ima się geszeftu! A w poźniejszych latach cała ta komunistyczna nagonka na sklepikarzy, badylarzy, prywatną inicjatywę… Całe moje dzieciństwo i młodość wpajano mi do głowy, że wszyscy kupcy, handlarze, przedsiębiorcy — to zgnili kapitaliści, krwiopijcy wyzyskujący innych i liczący pieniądze; bez duszy, bez wzniosłych ideałów, gardzący sztuką, wiedzą, nauką.

A tu nagle, po przeciwnej stronie Bałtyku, wręcz przeciwnie. Liczą się ci, którzy mają swój biznes, zapewniają pracę innym ludziom, bogacą się. Inni natomiast, urzędnicy, pracownicy wolnych zawodów etc. to, przynajmniej tu, na prowincji, podejrzane elementy, które wymigują się od pracy.

A więc, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma; równie zaszczycona propozycją, co zszokowana, podjęłam wyzwanie i w ten sposób stałam się bizneswoman. Tonęłam w gratulacjach i kwiatach od moich klientów i okolicznych kupców. Miesiąc poźniej już wiedziałam — popełniłam największą pomyłkę w swoim życiu.

Nie da się wtłoczyć motyla w pancerz żuka gnojownika.

***

Notatka z lutego 2010, która zapoczątkowała cały ten zgiełk


„Esse, non videri” — istnieć, nie będąc widzianym


Z komory fermentacji ciasta znowu wyskoczył wentyl — cały gaz wyleciał. Kontrolant był w nocy, wietrzył i mówił, że pewnie będzie przez to chory. Ja się tej maszyny boję — co by było, gdybym to ja zmuszona była pilnować jej po nocach, albo w środku dnia, podczas pracy — narażać pracowników? Czyli w punkcie wyjścia: zdezelowana maszyna, naprawiana cały czas przez dyletanta Janne. Trzeba zadzwonić do firmy z tymi urządzeniami, zapytać o nową, jej cenę, kiedy dostarczą, czy biorą na siebie odpowiedzialność.

Jestem właścicielką firmy toteż wszystkie negocjacje muszę prowadzić sama, w moim niedawno wyuczonym, jeszcze niezbyt doszlifowanym, szwedzkim języku. Ale, jeśli maszyny nie można rozebrać na części, to trzeba czekać aż śniegi stopnieją — bo nikt jej tu nie przewiezie i zainstaluje.

Kontrolant twierdzi, że musi tę maszynę ładować w nocy o dwunastej, bo chłodzenie nie funkcjonuje. Pytam się, jak to było przy tych starych właścicielach (kiedy pracowałam tu jako ekspedientka, nigdy nie interesowałam się zapleczem produkcyjnym).

Mówi, że wszystko było opóźnione — najpierw trzeba nastawić komorę na grzanie, temperatura musi wzrosnąć do 40 stopni; to zajmuje godzinę, należy więc zacząć o trzeciej w nocy, i wtedy, o czwartej rano, jak piekarz przychodzi do pracy, wszystkie wypieki powinny być gotowe, wyrośnięte, tylko do wstawienia do pieca. Tak jak było zawsze przed tym. To znaczy wszystkie ciasta były upieczone o godzinie czwartej i wtedy zaczynali robić ciasto na bułki i chleby, wyrastać je i piec. Bo jest dostawa do szkoły, musi tam być przed ósmą. A tu okazuje się, twierdzi Kontrolant, że musi ją dostarczać na szóstą, bo po pierwsze jest rannym ptaszkiem, a po drugie panicznie boi się, że nie zdąży. Zaczyna więc pracę ambitnie o dwunastej w nocy.

Czyli: Kontrolant nie śpi po nocach, tylko pilnuje i ładuje maszyny, a w ciągu dnia, zmęczony i niewyspany, o wszystko się piekli. Ja: od rana do wieczora sprzedaję wypieki. Personel się obija albo z nudów robi na drutach. Wieczorami piszemy z Kontrolantem faktury i porządkujemy rachunki.

Mamy problem z aparatem płatniczym. Kiedy pytam, kiedy wymienimy (urząd podatkowy grozi karami), to Kontrolant wybucha, że nie ma na nic czasu, że nie nadąża, że musi odśnieżac.

Moja mama, mieszkająca z nami na próbę, pyta życzliwie, dlaczego nie zaprosił swojej mamy do nas na obiad, i że szkoda, że o tym nie pomyśleliśmy, (ona mówi oczywiście do wszystkich w swoim języku, bo ludzie jej generacji nie przyjmują do wiadomości, że ktoś może nie rozumieć ich języka, uważają, że im głośniej, tym bardziej zrozumiale). Kontrolant się denerwuje, że mama podnosi na niego głos i że on tak nie może funkcjonować.

A nade mną wisi ciężka i mroczna chmura panicznego strachu o przyszłość. Przygniata mnie i przesyca każdą moją przytomną myśl, zarówno w dzień jak i w nocy. Co będzie, jeśli urząd podatkowy ukarze mnie grzywną? Kto spłaci pożyczkę bankową na kupno firmy? Jeśli stare maszyny wysiądą i produkcja stanie w miejscu? Jeśli piekarz, w podeszłym wieku i z nadwagą, złamie nogę na stromych schodach wiodących do spiżarni? Ja przecież nigdy w życiu nie upiekłam chleba, nie mówiąc już o konfekcji cukierniczej czy tortach! Mnie wychowała Polska Ludowa na przaśnych bochenkach produkowanych taśmowo w zakładzie produkcyjnym, kupowanych za stałą państwową pensję, wypłacaną co miesiąc, czy się stoi, czy się leży…

Co się ze mną stanie, gdy firma splajtuje? Co będzie z moją emeryturą na stare lata? Dochody są za małe, by pokryć wszystkie ubezpieczenia. Co stanie się, gdy zachoruję? Kto stanie za ladą i sprzeda wypieki? Co będzie, jeśli władze sanitarne zakwestionują warunki pracy?

Co stanie się z moją rodziną? Mamą staruszką, miotającą się między tymi dwoma światami — nowomodną, niezrozumiałą Warszawą, przypominajacą Hongkong, samotnością w zgiełku milionowego miasta — a samotnością na tej cichej, obcej szwedzkiej prowincji, z bliskimi mówiacymi obcym językiem, z jedyną córką zagubioną, zestresowaną, niezdolną wyplątać się z tej zagmatwanej sytuacji. Która matka potrafi to znieść ze stoickim spokojem?

***

Październik 2011


Przysłowie mówiące o tym, że starych drzew się nie przesadza, ilustruje proces adaptacji mojej blisko osiemdziesięcioletniej mamy do życia na szwedzkiej prowincji.

Jej duchowe cierpienia wielokrotnie się zwiększyły, jej życie wyrwane z kontekstu stało sie chaotyczne i niepewne.

Ta piękna, silna, samodzielna kobieta, na moich oczach zaczeła przekształcac się w zastraszoną staruszkę, niepewną co do do swoich zachowań, relacji z cudzoziemską rodziną zięcia, swojego światopoglądu, swojej przyszłości. Uczepiła się kurczowo katolickiej wiary, która wzmocniona przez wyobcowanie, zaczęła przekształcać się w dewocję i mistyczne uniesienia. Jej rygoryzm moralny w stosunku do otoczenia się zwiekszył, a zachowania rytualne zaczeły występować ze wzmożoną częstotliwością.

Ja rownież cierpiałam katusze. Zajęta przez dwadzieścia cztery godziny na dobę prowadzeniem swojej, pożal sie boże, „firmy”, niewyspana, zestresowana i ciągle poirytowana, nie mogłam zapewnić mamie tego komfortu psychicznego, którego właśnie wtedy najbardziej potrzebowała.

To ona, dzielna jak zawsze, wzięła ostatkiem sił sprawy w swoje ręce i telefonicznie nawiązała kontakt z katolickim zakonem, który miał pod opieką rodzinną parafię mamy w Warszawie. Księża prowadzili też cieszący się bardzo dobrą opinią Dom Seniora w małej miejscowości pod Warszawą.

Mama zdecydowała się na powrót do Polski — do swoich współplemieńców, ojczystego języka, ukochanego mazowieckiego pejzażu, religii i wszystkich swiętych. Nareszcie znów była sobą, energiczna i wesoła; widać było, jak wielki ciężar spadł jej z serca.

Mną natomiast targały sprzeczne uczucia. Cieszyłam się jej radością, ale jednocześnie przytłaczało mnie ogromne poczucie winy. Nie umiałam i nie mogłam zapewnić mojej matce szcześliwej starości, wziąć jej pod swoje skrzydła (które nawiasem mówiąc, były dawno temu przycięte i nadpalone), nie umiałam nawet w tych niesprzyjajacych okolicznościach karnie pochylić glowę i podporządkować się jej wymaganiom dotyczącym mojego światopoglądu, religijności, sposobu zachowania.

Widziałam w jej oczach, kiedy patrzyła na mnie, jak cierpi, że jej jedyne dziecko zaprzepaściło na wieki swoją szansę na zbawienie, na życie wieczne, na nasze wspólne ponowne zjednoczenie po śmierci.

To jedna strona medalu. Druga jest przykra i żenujaca. Zostałam wychowana w społeczeństwie, gdzie normą było zaopiekować się swoimi leciwymi rodzicami. To był jeden z najświętszych obowiazków moralnych człowieka. Tak nauczała religia, tak polecali księża z ambony, tego wymagało środowisko i rodzina. Przez całe dzieciństwo i młodość naocznie doświadczałam tej reguły — mamy starsza siostra, Andzia, zaprzepaściła przecież wszystkie szanse na założenie rodziny, by do końca życia opiekować się swoją mamą — moją babcią Elżbietą. Była przez to ogromnie ceniona w swoim środowisku, otoczona szacunkiem i estymą, jako strażniczka wyższych moralnych racji.

Oddanie swoich rodziców do domu opieki społecznej graniczyło ze zbrodnią najwyższego kalibru. To się po prostu nie mieściło w głowie. Tylko ludzie wyzzuci z honoru i przyzwoitości mogli w ten sposob postępować. To nastawienie miało być może swoje podstawy w fakcie, że takie domy, zarówno przed wojną, jak i w czasach komunizmu, cieszyły się bardzo złą opinią i nazywane były przez ogół Domami Starców.

Pamiętam, że kiedy na początku lat siedemdziesiątych rodzina mojej przyjaciółki z dzieciństwa Martusi zadecydowała, by oddać jej przybraną ukochaną babunię do takiego domu, w rozmowach moich rodziców powiało grozą. I nie pomógl fakt, że Dom Kombatanta w Warszawie był najbardziej luksusowym w tamtych czasach. Trafiali do niego tylko zasłużeni bojownicy o wolność (w rzeczywistości, w wiekszości ci, którzy mieli odpowiednie koneksje).

Podobnie wyglądało to w Szwecji. To był przedsionek piekła, ostatni etap, na którym oczekiwano od ludzi, że jak najszybciej opuszczą ten ziemski padół. Do tej pory istnieje w świadomości Szwedów pojęcie „ättestupa”, nawiązujące do tradycji, albo, jak chcą niektórzy legendy, mówiącej o tym, że w dawnych czasach, w krajach skandynawskich, społeczeństwo pozbywało się swoich zniedołężniałych starców zrzucajac ich na pewną śmierć z wysokiej i stromej skały. Podobno postępowano tak, kiedy starzec stawał się niezdolny, by sam się utrzymać lub przyłożyć do wspólnej pracy w gospodarstwie. Obecnie pojęcie to jest używane w politycznym kontekście, jako pejoratywna metafora niewystarczającej opieki społecznej.

Teraz wszystkie domy opieki nad starszymi ludźmi, zarówno w Polsce jak i Szwecji, nosza dumne nazwy — Dom Seniora, czy Dom Spokojnej Starosci, sa wygodne, często wręcz luksusowe, zapewniają opiekę medyczną i wartościowe pożywienie, stymulują dusze i ciała swoich podopiecznych.

W takim właśnie domu postanowiła zamieszkać moja mama. Pożegnała się ze Szwecją, pożegnała się z ukochanym mieszkaniem w Warszawie, złożyla swoje życie w ręce Boga i jego kapłanów, nareszcie zyskała kontrolę nad swoim życiem i osiągnęła harmonię i równowagę.

Co we mnie potwierdziło przekonanie, że jestem życiowym nieudacznikiem. Co, jednocześnie, przyniosło mi ogromną ulgę i uspokojenie. Co, również, złożyło na moje barki ogromne poczucie winy, którego się prawdopodobnie nie pozbędę do końca życia. Amen.

***

Listopad 2011


Mama śni mi się bardzo często. Czy to ze względu na odległość, jaka nas dzieli, czy też ze względu na moje poczucie winy. Dziś w nocy znowu mi się śniła; patrzyłam z góry, kiedy ubrana w czerwoną, frywolną sukienkę, grała w karty (chyba brydża), siedząc przy czworokątnym stoliku w otoczeniu innych pań i panów. Była lekko podchmielona i upierała się, by kontynuuowac grę i zabawę.

Musiałam ją nieść. Była długa i wiotka w tej swojej czerwonej sukni i wymykała mi się cały czas z rąk. W pewnym momencie wymknęła się i wpadła do głębokiego, przepastnego dołu. Była teraz ubrana w długą białą suknię i zaczęła mnie też tam wciągać, siłą ciężkości. Z trudem uczepiłam się jej białego welonu, (a może szala) i wciągnęłam ją do góry. Potem znów ją niosłam przez pola i bezdroża — a potem nie pamiętam.

Wieczorem rozmawiałam z nią przez telefon. Jak zawsze przypomniała mi, że co miesiąc daje na mszę za — jak to określiła — „Elżunię i jej rodzinę w Szwecji”. I dzisiaj szczerze jej za to podziękowałam.

Zagubiłam się. Przecież, jeżeli ktoś spytałby mnie o mój światopogląd, to z najszczerszym i najuczciwszym przekonaniem odpowiedziałabym, że jestem ateistką, w najlepszym razie agnostykiem. Teraz natomiast coś zaczyna mnie gryźć i niepokoić.

Dużo ostatnio naczytałam się czysto naukowych tłumaczeń dotyczących natury wszechświata, przyrody i fizyki, przedstawiających niezbite dowody, że wszystkim rządzi przypadek. Nigdy mi to nie przeszkadzało — mam przecież swoją teorię nieprzerwanej ciągłości odczuwania życia. Ale teraz zrobiło mi się jakoś zimno i pusto. Po głowie gdzieś krąży mi pieśń kościelna z dzieciństwa:


“My chcemy Boga, Panno Swięta, o, usłysz naszych wołań głos,

Miłości Bożej dźwigać pęta, to nasza chluba, to nasz los…”


Pytam się siebie, czy to starość? Przecież to tak typowe — wszyscy niemal buntownicy, ateiści, rewolucjoniści, na starość zwracają się ku Bogu i po prostu, badźmy szczerzy, dewocieją, (vide mama — nie była buntowniczką, ale przez całe życie miała swoje zdrowo-rozsądkowe poglądy). Właściwie, to zaczynam uświadamiać sobie, że nigdy nie byłam i chyba nie jestem a-teistką. Cały czas przecież szukam tych tłumaczeń, które, uwzględniając całą dostępną naukę, dopuszczają istnienie pierwszej przyczyny i celu we Wszechświecie. Doceniam i podziwiam Dawkinsa ale Lee Strobel też kusi swoją bezpretensjonalną demagogią…

***

Czytam właśnie książkę Simona Critchley ”Księga zmarłych filozofów”. Taki niesamowicie zachęcajacy tytuł! Ale w środku — co za bisarr idé?! On rzeczywiście opisuje w jaki sposób ci biedacy umierali. Staram się zrozumieć, co chciał uwydatnić — to, czego nauczali — w kontekście ich banalnej i pospolitej śmierci?

Fenomen śmierci zawsze mnie pociągał. A ponieważ, jak pisze Critchley, filozofia uczy nas właściwego stosunku do śmierci i umierania, pociągała mnie również zawsze filozofia. Zakładam, cytując Critchleya, że „…ucząc się umierać, zdołamy się także nauczyć żyć”. Niepozorna książeczka, a jednak można było się z niej wiele dowiedzieć. Np. Johann Gottlieb Fichte (1762 -1814) pisze:


“W naturze każda śmierć oznacza narodziny, a w umieraniu od razu widzialna staje się intensyfikacja życia. Śmierć nie zabija. Przeciwnie, za starymi mrokami zaczyna się rozwijać ożywcze życie. Śmierć i narodziny to tylko przejaw wewnętrznych zmagań samego życia, które dąży do tego, by zawsze ukazywać się w przeobrażeniu.”


Aha! Aha! A nie mówiłam! Jak w tym napisie na nagrobku ”A nie mówiłem, że jestem chory!!” (znalazł Gustaw Holoubek, cytuję za Magdaleną Zawadzką)

Kłania się moja teoria nieprzerwanej ciągłości odczuwania życia, którą sobie cichutko pielegnuję, a czasami nawet probuję tłumaczyć maluczkim (moja starsza corka zwana Myszaczkiem, otrząsa się z niesmakiem).

Lecz jeśli miałabym wybierać: z jednej strony — czysty materializm i przypadek: umrzeć, nie istnieć, nie ma Boga, nie ma nic, nie ma celu i znaczenia; z drugiej strony — jest Bóg, jest cel i znaczenie, jest nagroda i kara, niebo i piekło (nawet w stricto katolickim znaczeniu) — to wybrałabym tę drugą alternatywę ryzykując, że resztę wieczności spędzę w piekle, ale ze świadomoscią, że to ma znaczenie.

***

Grudzień 2011


Oglądam „Skavlan Show”. Gość — profesor Hans Rosling, zwany przez szwedzkie media „rozrywkowym statystykiem”, wyjaśnia, dlaczego uważa, że automatyczna pralka była najbardziej znaczącym wynalazkiem w dziejach ludzkości; w programie — korelacja z grupą ”Florence and The Maskine”, która odpowiada za muzyczną oprawę programu.

Tylko Skavlan tak dowcipnie, zabawnie i z wysublimowanym humorem dobiera swoich rozmówców i pasujących do tematu artystow. Zdarza się rownież, nieoczekiwanie, jak właśnie w tym programie, że osoby z różnych światów nagle przypadają sobie bardzo do gustu i dzielą się ze sobą i publiką zaskakującymi spostrzeżeniami, zrodzonymi właśnie na krawędzi zetknięcia ich odmiennych zainteresowań.

Wywiady Skavlana są inteligentne, dające dużo do myślenia i zabawne. Jeśli ogladać telewizję — to właśnie taką: sprawy ważne i bieżące, wydarzenia i osoby o których się mówi; nietypowe życiorysy, etyczne łamigłówki i nagle banalny temat zostaje postawiony na głowie i jest naświetlony z nieoczekiwanego punktu widzenia.

***

Oglądam program literacki „Babel”. Czytam na bieżąco (chociaż przecież w ogóle nie mam kiedy), po troszku, ale systematycznie, „Filosofi 100 stora tänkare” („100 wielkich myślicieli filozofii” /tlum.moje/) Philipa Stokes’a.

Jest bardzo logicznie zorganizowana. Dla mnie, wiekowej — doskonały podręcznik; przecież nie zdążę już zapoznać się dogłębnie z tymi wszystkimi ideami filozoficznymi. Trzeba to bylo robić, kiedy mój chłopak i jego koledzy ze studiów dyskutowali Hegla, a ja myślałam o jak najszybszym zamążpójściu.

Właściwie to straszne — ta powierzchowna wiedza; wiem, że dzwonią, lecz nie wiem, w którym kościele. To wstyd, ale trzeba było zagłębiać się w to w młodości, nie teraz, kiedy czasu tak mało, a tak dużo jest do nadrobienia i ciągle przybywa…

Co tydzień, w każdym nowym programie literackim „Babel” w szwedzkiej telewizji, prowadząca Jessika Gardin rekomenduje masę smakowitych nowych książek, młodych, zdolnych powieściopisarzy, poetów i artystów.

Co się tyczy „moich” filozofów — jestem już przy tak zwanym „zwrocie językowym”. To znaczy że wszystkie ontologiczne i metafizyczne przemyślenia muszą być poprzedzone analizą faktu ich zaistnienia w języku. Hmm, interesujące…

***

Filozof Gilbert Ryle (1900 — 1976) uważa, że tzw. dualizm kartezjański (wyobrażenie o duchu w maszynie) opiera sie na błędzie kategorialnym.

Jako przykład opisuje studenta, który oprowadza swoich rodziców po uniwersytecie. Student pokazuje im bibliotekę, budynki różnych fakultetów, sale wykładowe, cały studencki campus. Załóżmy, że rodzice wtedy pytają: no tak, widzieliśmy wszystkie te budynki, ale gdzie możemy zobaczyć uniwersytet?

Ryle tlumaczy, że rodzice nie zrozumieli slowa ”uniwersytet”, gdyż mimo iż wydaje się należeć do kategorii jednostek, gdzie inne jednostki (jak np. budynki) są członkami grupy — jest wszelako jednocześnie słowem opisującym, w jaki sposób widziane przez rodzicow formacje sa zorganizowane w wyższym wymiarze świadomości.

Nareszcie przejrzyste rozumowanie wśród tych filozofów języka!

***

Styczeń 2012


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 62.53