E-book
6.83
drukowana A5
50.06
Egzekutor: na drugą stronę muru

Bezpłatny fragment - Egzekutor: na drugą stronę muru


Objętość:
278 str.
ISBN:
978-83-8245-054-5
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 50.06

Rozdział I

Pewność. To była jedna z tych cech, która zawsze mnie charakteryzowała. Działałem bez zawahania w czasie każdej misji i walki. Może dlatego mówią, że jestem bezlitosny. Nie zastanowię się, a już atakuję. Dzięki swojemu zdecydowaniu zawdzięczam pewnie wiele wygranych pojedynków. Jestem również pewny swoich decyzji i poglądów, choć życie różnie to później weryfikuje. Może to kwestia korzeni, a może mojego własnego postrzegania świata, ale zawierzyłem żywiołom w stu procentach. Jestem pewien, że kierują mnie właściwymi ścieżkami w życiu, a każdy cięższy okres ma mnie czegoś nauczyć. Nie jestem nieomylny i czasami mam swoją pewność, a później okazuje się, że się pomyliłem. Traktuję to jako porażkę, ale też kolejną lekcję od losu. Pewność mam również w stosunku do swoich przyjaciół. Nie tylko z powodu ich małej liczebności, ale i wielu lat przyjaźni, a także pewnego rodzaju oddania. Nie da się ukryć, że dla nich jestem w stanie walczyć do ostatniej kropli krwi, a ułatwia mi to zapewne świadomość, iż oni zrobiliby dla mnie to samo.

Z Nathanielem przebywam prawie codziennie, więc nasza przyjaźń w sumie nikogo nie dziwi. Justin to już zupełnie co innego. Widujemy się sporadycznie, ale nazwałbym go swoim przyjacielem, chociażby dlatego, że rozumiemy się bez słów. Nathanielowi się zwierzam jakoś automatycznie, ma coś w sobie, że łatwo wyciąga informacje, a mi chce się go niemal nimi zasypywać. Z Justinem jest inaczej, on mnie obserwuje, a ja nie muszę nic mówić, by wiedział wszystko. Może to ułatwiało nam zaliczanie testów sprawnościowych na szkoleniu. Zawsze nasza dwójka wychodziła na nich najlepiej, bo nie potrzebowaliśmy rozbudowanej komunikacji. Wiedzieliśmy, co, który zrobi. No i Luna, trzecia osoba, którą mogę nazwać przyjacielem. Znałem ją w dzieciństwie, często się widywaliśmy, zresztą Nathaniel też był w tej paczce i jeszcze jeden nieżyjący już przyjaciel, Garrett, który zginął w wypadku ponad dziesięć lat temu.

Z nikim tak nie rywalizowałem jak z nim, może dlatego że często chcieliśmy udowadniać, który jest lepszy. Byliśmy równie uparci, on był starszy ode mnie o trzy lata, a ja go podziwiałem. Poza tym traktowałem go jak brata, któremu chciałem dorównać. Nie umiałem się wtedy bić, ale on umiał mnie sprowokować, więc często pojedynkowaliśmy się. Temat Garretta jest dla mnie zbyt trudny, by się nad nim rozwodzić, więc wróćmy do Luny…

Zawsze była bardzo delikatna i przyjacielska, zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia, czemu kilkuletni chłopcy chcieli mieć w swojej paczce dziewczynę i czemu czterolatka chciała do niej należeć. Bądź, co bądź traktowaliśmy ją jak równą sobie i nigdy nie śmialiśmy się z niej za jej większą od naszej wrażliwość, ba, nawet czasami bywaliśmy dżentelmenami, pomagając jej przełazić przez ogrodzenia lub wspinać się po drzewach. Nasza przyjaźń ma podłoże w dzieciństwie, choć zaniechaliśmy kontaktów, gdy zaczęły kształtować się ruchy buntownicze przeciwko Radzie. Jej rodzice od początku byli zaangażowani w tworzenie tzw. buntowników, a mój ojciec był oczywiście za obroną systemu i raczej głupio wyglądałyby nasze spotkania, dlatego przestaliśmy się spotykać. Trochę żałowałem, że tak się wszystko potoczyło, ale reguły naszego świata są bezlitosne, albo jesteś z Radą, albo przeciwko, czarne, białe, nie ma miejsca na szarość. Pewnie przez to nasza przyjaźń zostałaby uśmiercona, ale po dwunastu latach znajomości Nathaniel się obudził, że w sumie to z Luną mógłby kręcić. Zaczęli się spotykać i szybko okazało się, iż to nie żaden młodzieńczy, przelotny romans, tylko miłość na całe życie. Miałem dwa wyjścia, pierwsze to zgodnie z zasadami przestać zadawać się z Nathem, bo przez związek z Luną był z tzw. szarej strefy(ci co nie bardzo są za systemem, ale też i nie przeciwko), po drugie odnowić relacje z Luną, przymykając oko na to, że jej rodzinę uznano za zdrajców. Zrozumcie, straciłem Garretta, urwałem kontakt z Luną, nie mógłbym stracić jeszcze Nathaniela. Moje relacje z Luną zacieśniły się jeszcze bardziej, gdy stałem się posłańcem doręczającym korespondencję i obrońcą ich tajemnego związku. Justin, Luna i Nathaniel to ta trójka, do której miałem pewność. Ostatnio jednak poznałem zupełnie inny jej rodzaj. Powinienem zacząć od tego, że po paru mocnych rozczarowaniach, wyrobiłem w samym sobie nieufność wobec kobiet. Miałem idealnie sprawdzający się schemat. Dziewczyny dostawały to czego chciały, nie wchodziły mi w drogę, udawaliśmy, że jest zajebiście, później one się wynosiły. Niewielkie przejawy żalu się pojawiały, ale nic czym warto się na dłuższą metę przejmować. Wiem, że wiecie do czego zmierzam.

Tak, zmieniłem swoje nastawienie, gdy poznałem Leylę. Oczywiście, wściekłem się, bo mnie wykorzystała tak samo jak każda poprzednia, tyle że ona nie była jak każda. Robiła głupoty, irytowała mnie, ale to co mi dawała od siebie nie było udawane, a przecież do tego byłem przyzwyczajony przez każdą poprzednią. Potrafiła mnie też szczerze kochać, a to dopiero była dla mnie nowość. To że ja się zakochiwałem w różnych dziewczynach, to w sumie jakaś tam norma, jakby to powiedział Nathaniel (dopóki nie stwierdziłem, że tylko ja się angażuję). Przywożąc Leylę do mnie bałem się, że trochę mi zajmie przyzwyczajenie się do wspólnego mieszkania z nią, a jej do mnie i całej reszty. Obawy jednak szybko zniknęły. Leyla była tym, czego nie tylko ja potrzebowałem, ale też mój dom. Nigdy nie widziałem radośniejszej służby. Wszyscy uśmiechali się do niej, gawędzili, nawet ja nauczyłem się mówić służącym „dzień dobry”, co z początku przyjmowali z wielkim zdziwieniem. Tchnęła życie nie tylko we mnie. Teraz już wiedziałem, to ona. Nathaniel miał rację, że to jej szukałem. Może to trochę zbyt pochopne, bo jestem typem żyjącym chwilą, za każdym razem mogę wyjechać na misję, po której nie wrócę. Czuję jednak, że to ta dziewczyna, mimo iż do końca jej jeszcze nie znam. Chcę mieć ją przy sobie, dzielić z nią moje życie. Z każdym dniem bowiem uświadamiam sobie, że coraz trudniej przyszłoby mi pozwolić jej odejść. Byłem lodowatym draniem, niejednokrotnie zbyt chłodnym dla niej, ale kochałem ją, choć chyba nigdy nie będę w stanie jej tego udowodnić.

— Dorianie. — Weszła do mojego gabinetu Cynthia.

— Piszę. — Spojrzałem na nią przelotnie, kończąc zdanie w swoim dzienniku.

— Znalazłeś dziennik — rzuciła entuzjastycznie.

Leyla oddała mi go. Nawet nie wiecie jak bardzo się przestraszyłem, gdy mi go oddawała. Bałem się, że o coś zapyta lub skomentuje, ale nie zrobiła tego. Prawdziwą jednak ulgę poczułem, gdy przyznała, iż go nie czytała, bo w końcu przeżyłem, więc nie miała prawa. Chciałem się jej pokazać chyba od lepszej strony niżeli mogłem zaoferować to w tym dzienniku i po prostu go od niej odebrałem.

— Dalej to nie zmienia faktu, że przeszkadzasz. — Zamknąłem pióro w skórzanym etui.

— Już ci nie przeszkadzam. Chcę tylko poinformować, że jakiś kocmołuch chodzi po naszym ogrodzie. Rozleniwiłeś służbę, jeżeli pozwolili tu komuś wejść. — Wstała z fotela, kierując się do drzwi. — Wróciłam i się tym zajmę, zaraz ją wyrzucę.

— Nie — rzuciłem, zamykając dziennik i opasając go skórzanym paskiem z klamerką.

— Sam to zrobisz? — spytała wesoło.

— Nie, ona tu zostaje. — Otworzyłem szufladę, wrzucając do niej notatnik.

— Och, znowu kogoś zwolniłeś i musiałeś zatrudnić nową sprzątaczkę — mruknęła nagle. — Nie musi jednak łazić wszędzie…

— Nie jest nową sprzątaczką. — Spojrzałem na nią pewnie, wstając zza biurka i biorąc do ręki bluzę.

— To w jakim charakterze tu jest? Jej przeznaczenie tutaj jest tajemnicą? — wypytywała mnie zniecierpliwiona.

— Jest tu dla mnie — powiedziałem pewnie, zakładając bluzę.

— Och, rozumiem — przytaknęła zaskoczona. — Trochę odbiega od kanonu twoich utrzymanek, dlatego się zdziwiłam.

— Nie jest nią i nie wolno ci jej traktować jak tamtych — wyrzuciłem surowo.

Nie ukrywałem nigdy przed Cynthią, że poprzednie dziewczyny tu mieszkające, to nic poważnego. Nie przywiązywała się do nich i traktowała je raczej z wyższością, do czego miała prawo. Była od nich dużo mi bliższa i ważniejsza, ale Leyla już nie jest mi tak obojętna.

— Co to znaczy? Spotykasz się z nią na poważnie? — Zdziwienie mojej siostry nie miało granic.

— Oczywiście, a ty masz być miła — ostrzegłem ją. — Żadnego poniżania jej.

— Czy można poniżyć Nieczystą bardziej niż sama się poniża nią będąc? — burknęła niezadowolona.

Spodziewałem się tego. Sam wpajałem te głupoty Cynthii to teraz mam za swoje. Skąd jednak miałem wiedzieć, że mi to przejdzie? Dalej uznaję wyższość Czystych, ale nie do końca Nieczyści są dalej dla mnie podkategorią Wybrańców.

— Cynthia! — skarciłem ją gniewnie. Spokorniała w jednej chwili. — Jeżeli coś ci nie pasuje, pokaż mi swojego wybranka, a dam ci pozwolenie na ślub i zamieszkanie z nim.

— Na pewno się polubimy — powiedziała ironicznie. — Ma ona jakieś imię?

— Co ja mówię?! — warknąłem na nią. — Nie ma tu statusu niewolnika, nie służy nam i nikt nie będzie jej tutaj wyrzucał tego, że jest Nieczystą, jasne? Leyla jest ze mną i lepiej dla ciebie, jak się do tego przyzwyczaisz…

— W porządku, ale nie oczekuj, że staniemy się od razu przyjaciółkami. — Wyprostowała się wyniośle.

— Masz ją szanować, a pod moją nieobecność weź ją na zakupy, niech pokupuje sobie jakieś suknie — oświadczyłem, wychodząc z gabinetu.

— Zamierzasz ją gdzieś zabierać?! — niemal się oburzyła. Spojrzałem na nią chłodno. — Nic nie mówiłam. Uważaj na siebie i o nic się nie martw. — Uśmiechnęła się przeuroczo, by mnie bardziej nie irytować.

Obawiałem się o moją małą, co będzie, gdy zostanie tu sama z moją siostrą. Cynthii na pewno szybko nie przejdzie ta niechęć, poza tym wiem, że się boi. Nie chce stąd odchodzić, a obawia się, że nowa dziewczyna może do tego doprowadzić. Nie zamierzałem jednak jej nigdzie odsyłać lub nagle wydawać za mąż, ma się dogadać z Leylą i koniec. Moja… dziewczyna (dziwnie to brzmi) jest raczej otwartą istotą i nie mogła się przez te tygodnie doczekać aż pozna moją siostrę. Teraz gdy wiem, że dziś wyjeżdżam, boję się o te ich docieranie się ze względu na Cynthię i jej nastawienie. Nie chcę przecież, by Leyla czuła powinność latania i na siłę dogadzania mojej siostrze, bo nie pozwolę jej się w żaden sposób uniżać przed nią.

— Już jedziesz? — spytała mnie Leyla, gdy wyszedłem do ogrodu.

— Tak, ale chcę jeszcze z tobą o czymś pogadać. — Spojrzałem na nią z lekkim uśmiechem. — Wiem, że nie chcesz o tym słuchać, ale musisz wiedzieć…

— Wiem, mam się nie zabić — mruknęła w odpowiedzi, sama siląc się na uśmiech.

— To jest najważniejsze — przyznałem poważnie. — Gdybym nie wrócił, musisz wyjechać ze Stolicy. W trzeciej szufladzie mojego biurka są pieniądze. Masz je wziąć i nie chcę słyszeć sprzeciwu, bo mnie i tak się już nie przydadzą.

— Bardzo śmieszne. — Skwasiła się na moje słowa.

— Wiem, mam wybitne poczucie humoru — rzuciłem z łobuzerskim uśmiechem. — Weźmiesz pieniądze, pojedziesz na bramę trzecią, to bardzo ważne… Zażądaj spotkania z Justinem…

— Justinem? — Przyjrzała mi się jakoś dziwnie.

— Komendant wojska — wyrzuciłem zaciekawiony.

— Znam go, a raczej nie znam go, słyszałam tylko jego głos — zaczęła się tłumaczyć. — Po moim nienajlepszym występie na nielegalnych walkach, Nathaniel z nim rozmawiał, nie chciał mnie wtedy puścić.

— Świetnie, to go rozpoznasz — powiedziałem spokojnie. — Teraz cię puści, powołaj się na mnie. Uwierzy ci, nikt o zdrowych zmysłach, by tego nie robił. Leyla, to ważne. Musisz stąd wyjechać, gdy dowiesz się, że nie żyję…

— Rozumiem, to nie jest miejsce dla mnie. — Westchnęła smutno.

— Jest, tyle że niezbyt bezpieczne, gdy mnie zabraknie. — Dotknąłem jej policzka wierzchem dłoni. — Powiedź, że wszystko jest jasne, a już nigdy nie wrócimy do tego tematu.

— Poradzę sobie. — Uśmiechnęła się blado. — Ale nie żegnaj się ze mną…

— W takim razie, idę do Nathaniela, może mi się trochę zejść. — Znów zażartowałem, ale tym razem zaśmiała się.

Sukces, udało mi się ją rozbawić. Musi się do tego jakoś przyzwyczaić, rozumiem, nie jest jej łatwo. Ja mówię, że to jej dom, ale ona czuje się tu jeszcze obco, a zostaje tu w sumie całkiem sama. Chciałem jednak, by kiedyś przychodziły jej z większą łatwością te nasze rozstania. Wiem, będzie za mną tęskniła i martwiła się, ale pragnę, aby ta rozłąka była dla niej znośna. Nie chciałbym, aby spędzała całe dnie na rozmyślaniu o tym, że chłopak, którego kocha, właśnie ryzykuje swoje życie.

— Dobre, dziękuję — odpowiedziała łagodnie. — Dorian — zawołała mnie, gdy już kierowałem się w stronę głównej bramy.

— Tak? — Odwróciłem się do niej.

— Gdzie mogę chodzić? To wielka posiadłość, może są jakieś jej zakątki, których nie chcesz bym poznała — powiedziała, uroczo się pesząc.

— Możesz chodzić wszędzie — zapewniłem ją. — Unikaj parteru za kuchnią, tam jest Marika, nie lubi odwiedzin. Jeżeli moja siostra da ci za bardzo popalić i nie będziesz chciała jej widzieć to prawe skrzydło na drugim piętrze jest jej, zwykle z niego nie wychodzi.

— Dzięki za ściągawkę — odrzekła delikatnie.

— Dasz sobie radę, prawda? — spytałem ją spokojnie, choć bardzo się bałem.

Cynthia może być na tyle nieznośna, że Leyla, no nie wiem, na przykład nie będzie chciała tu mieszkać. Tak bardzo nie chciałem jej stracić, a już na pewno nie przez głupoty, które kładłem Cynthii do głowy przez tyle lat. Te rozstania i tak są dla niej ciężkie z mojego powodu, nie chcę, by jeszcze bała się ze względu na to, że musi zostać z moją siostrą.

— A ty? — odpowiedziała pytaniem.

— Znasz mnie — rzuciłem z nonszalancją, zostawiając ją w ogrodzie.

Dwa tygodnie to nie jest znowu tak długo, bo w końcu czasami nie widywaliśmy się dłużej, już nie mówiąc o trzymiesięcznym rozstaniu. Pewnie gdyby nie to, że pięciu skazańców jest na różnych kontynentach, to udałoby nam się to załatwić o wiele szybciej.

Zawitałem na bramę trzecią, gdzie umówiłem się z Czarnymi Krukami.

— Jak my damy radę, gdy wyjedziesz, gwiazdo? — spytał ironicznie Justin.

— Zastanawiam się nad tym zawsze, gdy wyjeżdżam — odparłem mu, podając jednocześnie rękę na przywitanie. — Pewnie byłbym spokojniejszy, gdyby komendant był bardziej kompetentny.

— To nie ja dałem się zasztyletować smarkaczowi ze szkoły — przypomniał mi okrutnie.

— Blizny mają tylko ci, co coś robią, a nie siedzą u siebie w ciepłym gabineciku — mruknąłem złośliwie.

— Niech cię diabli tam pochłoną — rzucił chłodno.

— Dogadałem się z nimi przed tobą — zacząłem, widząc Nathaniela i resztę mojej paczki. — W zamian za gnębienie ciebie, pozwalają mi tu za każdym razem wracać.

— Żywioły wynagrodzą mi jakoś to cierpienie, jeszcze zobaczysz — burknął. — Gotowi, panienki? — Spojrzał na moją ekipę.

— Widzę, że wprawiłeś w dobry humor Justina — mruknął do mnie Nathaniel.

— Wyszedł z wprawy, albo zrobił się obrażalski — mruknąłem do przyjaciela.

— Nie przeginaj, to ja otwieram bramę nie tylko przy wyjściu ale i przy wejściu — oznajmił Justin, gdy wyszliśmy poza mury Stolicy.

— Za bardzo byś za nim tęsknił — odezwała się Clara.

— Za tobą tęsknię, księżniczko, nie za tym łachudrą. — Uśmiechnął się do niej promiennie. Chyba naprawdę wierzył, że kiedyś mu ulegnie. Niezłomna wiara, godne podziwu, pomyślałem.

— Przykro mi, jestem w pakiecie z nim i całą resztą. — Wzruszyła ramionami.

Wszyscy mieli jakoś dobre humory, a to nie zdarzało się zbyt często. Przed bramą czekał na nas samochód, do którego wszyscy się załadowaliśmy. Teo jak zwykle prowadził, chyba lubił to najbardziej z nas wszystkich. Zapieprzanie to mnie nawet czasami i cieszyło, ale tłuczenie się w piątkę przez wiele godzin nie było szczytem moich marzeń. Ja z Jackiem i Nathanielem zawsze zajmowaliśmy tył, by móc normalnie rozmawiać.

— Dobra, w puli mamy trzysta flodów — mruknął Nathaniel, po tym jak przeliczył kasę, którą miał w ręku.

— Mamy znów jakiś zakład? — spytałem zaciekawiony.

Hazard. Czasami nam się zdarzało. Zakładaliśmy się, ale zazwyczaj tak, by jedna osoba zbierała wszystko, tak było znacznie ciekawiej.

— Tak, a chcesz się dorzucić? — spytała Clara, dziwnie się uśmiechając.

— Przedmiot zakładu? — Przyjrzałem się jej uważnie, ale ona spojrzała na Nathaniela, po czym odwróciła się przodem do kierunku jazdy.

— Ile twojej siostrze zajmie zmuszenie Leyli do wyprowadzenia się do Luny? — odpowiedział na moje pytanie Nath.

— Co?! — warknąłem na nich.

Moje życie osobiste nigdy nie było przedmiotem zakładów, a nawet plotek! To nie do pomyślenia! Lepiej było, gdy nie znali moich dziewczyn, przynajmniej nie interesowali się tym, co się u mnie dzieje.

— Stawiam na tydzień — rzuciła Clara.

— Ja pięć dni — burknął Nath, więc spojrzałem na niego oburzony. — No co? Lubię Leylę, ale znam twoją siostrę.

— Dziesięć dni — wtrącił Jack. — Ale dałem tylko trzydzieści flodów, bo to zbyt duże ryzyko, by więcej stawiać — dodał, patrząc na mnie ze współczuciem.

Niech ich szlag trafi, pomyślałem.

— Daję dwieście, że sobie poradzi — dodałem, podając banknoty Nathanielowi.

Clara zagwizdała na palcach.

— Podzielimy się, jeżeli jej się uda. Widziałem ją, wtedy pod szpitalem… niezłomna. — Zaśmiał się Teo.

— Przegracie po całej linii… — oznajmił Nathaniel. — Jest niedoświadczona, a Cynthia to hetera, broniąca swojej niezależności i bezwzględnej władzy… Leyla polegnie — zapowiedział.

Twoje niedoczekanie, pomyślałem sobie. Znałem swoją małą. Jest uparta i wytrwała, choćby miała zaciskać zęby całe dwa tygodnie, to nie da się stłamsić mojej siostrze. Była wrażliwa, ale waleczna też potrafiła być. Jest moją dziewczyną i nie odpuszcza, tym się chociaż od siebie nie różniliśmy, walczyła do końca jak ja, dlatego to ja po powrocie będę się śmiał tak jak oni teraz.

*

— Iris… — Zaczepiłam kobietę, gdy schodziłam po schodach do ogrodu. Lubiłam tam spędzać czas. Był bardzo bogato ukwiecony, a dzięki drzewom zasłaniającym altankę, można było odnieść wrażenie, że świat poza tym miejscem nie istnieje. Mogłam godzinami czytać książki, które brałam od Doriana z regałów.

— Tak, proszę pani? — Uśmiechnęła się do mnie serdecznie, odstawiając na komodę wazon świeżych lilii, które właśnie układała.

— Dzisiaj piecze się ciasta, prawda? — spytałam ją.

W każdy piątek pieczono tu przynajmniej kilka ciast, tak żeby cały weekend można było się nimi raczyć. Borys mówił, że to ze względu na rachunek prawdopodobieństwa, bo tak zazwyczaj wracał Dorian. Henry natomiast mówił, iż to totalne bzdury, po prostu czasami Cynthia robiła weekendowe przyjęcia ze swoimi przyjaciółkami i bardzo się złościła jak nie było, co im dobrego podać. Miałam nadzieję, że w każdej z tych teorii jest trochę prawdy, bo już nie mogłam się doczekać jego powrotu.

— Oczywiście, ma pani jakieś szczególne życzenia? — mruknęła przyjaźnie.

Wszyscy byli tu mili, oprócz Cynthii, która albo mi docinała, albo traktowała jak powietrze. Próbowałam z nią rozmawiać, ale najlepszym wyjściem okazało się unikanie jej.

— Nie, chciałabym się nauczyć przygotowywania jakiegoś ciasta, jeżeli to nie kłopot — oznajmiłam pewnie.

— Jeżeli tylko ma pani na to ochotę. — Zdziwił ją mój pomysł, ale nie była z niego niezadowolona. — Jinny — zawołała jedną z dziewczyn, które odkurzały podłogę na dole.

— Dzień dobry, pani… — Skinęła młodziutka dziewczyna, miała może z szesnaście lat.

— Dzień dobry — rzuciłam radośnie.

— Dziś pani będzie piec ciasta z naszymi kucharzami, poinformuj ich — odrzekła, gdy na schodach pojawiła się Cynthia.

Musiałam przyznać, że jej suknie robiły wrażenie. Może były nieco przesadzone, biorąc pod uwagę, iż nieczęsto wychodziła z domu, ale nie dało się nie podziwiać jej strojów. Dziś miała na sobie koktajlową sukienkę nad kolano w kolorze beżowym. Kończyła się czarnym kołnierzykiem pod szyją, a na wysokości biustu znajdowało się wycięcie w kształcie łezki. Fantastyczny strój, zwłaszcza jak się porówna z moimi trampkami, jeansami i zwiewną kwiecistą bluzką.

— Ja już nie zasługuję na przywitanie? — powiedziała wyniośle spoglądając na Iris i Jinny.

— Zawsze panią to denerwowało — mruknęła w odpowiedzi Iris.

— Teraz rozkazuję mnie witać. Przekaż to służbie, albo będą konsekwencje — oświadczyła lodowato.

Rządziła tu w pełnym znaczeniu tego słowa. Przebywałam tutaj z Dorianem tyle czasu i wydawał każdemu polecenia. Bali się go, ale nie używał tak wyniosłego i pogardliwego tonu głosu przy zwracaniu się do służby. Był obojętny jak to on, ale jakoś tak psychicznie nie gnębił służących, jak potrafiła robić to Cynthia.

— A ty się zbieraj, mam zabrać cię do sklepów, żebyś pozbyła się tych łachów.

— Zapewne nie stać mnie na tak piękne ubrania — rzuciłam całkiem sympatycznie. Nie mogłam wchodzić z nią w zatargi, bo w końcu była siostrą Doriana. Będzie mu przykro jak będziemy darły koty, to już lepiej się unikać, byle tylko nasze stosunku wyglądały przy Dorianie na poprawne.

— Da się zauważyć — rzekła krótko i z drwiącym uśmiechem. — Mój brat kazał ci kupić coś bardziej stosownego…

— Nie chcę, dziękuję — odrzekłam cicho. Wystarczająco mi źle z tym, że tu mieszkałam, nie mając swoich pieniędzy, a jeszcze brać od niego na jakieś ciuchy to już w ogóle byłby szczyt bezczelności.

— To nie była propozycja, Dorian rozkazał — zaostrzyła głos.

— Nie wiem jak to wygląda między wami — zaczęłam spokojnie. — Ale mi Dorian nie rozkazuje i nie będę robiła czegoś, na co nie mam ochoty. Poza tym mam już plany na dzisiaj.

— Ty?! Plany?! Jakie? — Spojrzała na mnie oburzona. — Będziesz znów czytała w ogrodzie do wieczora?!

— Właściwe jest poinformowanie cię, że przyjdzie Luna i będziemy piekły dzisiaj ciasta — odpowiedziałam lekko. — Chcesz się przyłączyć? — spytałam ją, choć dobrze znalazłam odpowiedź.

— Tydzień temu sprzątanie kurzy, trzy dni temu pielenie ogrodu, wczoraj mycie okien, a dzisiaj pouchwalanie się z kuchnią — prychnęła kpiarsko. — Ten Dorian to na głowę upadł! Dziewczyna nieróżniąca się od służącej, a w dodatku zapraszająca zdrajczynię… Wszystko do niego dojdzie, bądź pewna.

— Nie mam nic do ukrycia. — Westchnęłam, gdy zaczęła schodzić na sam dół, chyba gdzieś się wybierała.

— Dzień dobry, pani. — Ukłonił się Henry.

— Żadna z niej pani! — warknęła na niego. — Jest tu tylko gościem i to chwilowym!

— Pan Dorian nakazał panienkę Leylę traktować… — zaczął nieśmiało.

— Dorian to chyba powiedział, że jak go nie ma, to ja tu rządzę! — oświadczyła lodowato. — I jak mówię, że nie jest panią, to nią nie jest! Jedyną panią tej posiadłości jestem ja!

— Oczywiście — przyznał jej rację, a ona oburzona wyszła zatrzaskując drzwi.

— Och, Cynthia ma chyba zły dzień. — Próbowałam rozluźnić atmosferę. — Zazwyczaj jest taka urocza i miła — dodałam, na co Iris zaśmiała się cicho.

— Przepraszam, nie powinnam. — Kobieta spojrzała na mnie przepraszająco. Nie miała za co przepraszać, każdemu tu się przyda trochę uśmiechu, nawet jeżeli ma się śmiać z kogoś tak majestatycznego jak pani tej prowincji.

Nagle rozległ się dzwonek, więc Henry chciał podejść i otworzyć drzwi.

— Ja to zrobię, ja… — Zbiegłam na dół po schodach. — Jestem młodsza, a to mój gość.

— Jestem tu od tego, by przyjmować gości. — Uśmiechnął się poczciwie.

— Robisz to już pewnie od ponad dwudziestu lat, odpocznij sobie. — Poklepałam go po ramieniu. — A ja zajmę się resztą — dodałam z uśmiechem.

— Dziewczyna skarb, co? — Borys przechodził górnym korytarzem. Dzięki temu, że schody znajdowały się na środku, część korytarzy wychodziła na hol główny, tuż przy drzwiach.

— Nie zawstydzaj mnie. — Uśmiechnęłam się do niego, po czym wpuściłam do środka Lunę.

— Jaka radosna. — Pocałowała mnie w policzek. — Zadomowiłaś się, co?

— Zadomowiłam tak, dogadałam się z Cynthią nie. — Zamknęłam za nią drzwi, a ona podała mi torebkę ozdobną.

— Prezent — odpowiedziała na moje nieme pytanie, po czym nachyliła się do mojego ucha. — Na powrót Doriana — wyszeptała, figlarnie przewracając oczami.

— Zaniosę do sypialni. — Podszedł do mnie Henry. — W końcu się pani do czegoś przydam — dodał uprzejmie, a ja mu oddałam prezent.

— W końcu? — Zdziwiła się Luna.

— Pani Leyla jest bardzo zaradna, gdyby nie pani Cynthia i jej potrzeby, balibyśmy się o swoje posady — wyjaśniła jej przyjaźnie Iris. — Nie będziemy paniom przeszkadzać. — Kobieta wraz z Jinny zniknęła za drzwiami, które prowadziły do części dworu należącego do naszego personelu. Mieli oni tam nie tylko sypialnie(oprócz Borysa, ten miał swój pokój na pierwszym piętrze na prawo), ale znajdowała się tam również kuchnia, pralnia, suszarnia i jeszcze wiele innych gospodarczych pomieszczeń.

— Cynthia bardzo daje ci popalić? — spytała mnie przyjaciółka. — Jejku, taka jesteś rozpromieniona… A już się bałam, że zastanę cię kompletnie załamaną. Przeżyłaś nie tylko trzy tygodnie z Dorianem, ale prawie dwa z Cynthią. Dziewczyno, gratulacje!

— Cynthia mnie nienawidzi — przyznałam szczerze. — A z Dorianem było jak zwykle, trochę się kłóciliśmy, trochę on się ze mnie śmiał… Tak normalnie.

— To bardzo dobrze. — Uśmiechnęła się delikatnie. — A Cynthią się nie przejmuj, boi się stracić swojego ukochanego braciszka i swoją wolność.

— Jak ja niby wpływam na jej wolność? — spytałam obojętnie, kierując nas do kuchni.

— Skończyła już dwudziestkę, a tu dziewczyna w tym wieku powinna być dawno zamężna. — Pokazała z kpiarskim uśmiechem na siebie. — Dorian jej jednak do niczego nie zmusza, nie szuka dla niej męża i pozwala jej dalej na wszystko w zamian za opiekę nad posiadłością i prowincją pod jego nieobecność. Cynthia teraz się boi, że jak będzie miał ciebie, to ona będzie mu zawadzać i ją w końcu zmusi do małżeństwa.

— Wiem, jaki jest Dorian, ale czy on mógłby tak? — Zdziwiłam się. — Kobiety nie mają praw w Stolicy?

— Mężatki mają, a za młódki odpowiedzialny jest ojciec lub gdy go brak to brat — odpowiedziała spokojnie. — Ale w głównej mierze chodzi tu o obyczaj, a nie o jakieś tam prawo. Na samotną kobietę patrzy się tu gorzej niż na mężatkę. Nieczyści mają łatwiej w tej kwestii, bo im nikt nie da ślubu.

— Nie mamy tu praw, wiem, rozumiem reguły — burknęłam cicho. — A jak jest para mieszana?

— Co? — Zdziwiła się nagle Luna. — Nie ma czegoś takiego…

— Jak to? — Spojrzałam na nią zaskoczona. — Nieczyści nie mogą wziąć ślubu z Czystymi?

— To karalne — spoważniała momentalnie. — W sensie prawnym nie jest to usankcjonowane, bo w końcu Czysty jest odpowiedzialny za Nieczystego, a w małżeństwie to się po prostu dalej uznaje. Problem pojawia się w dekrecie Rady, która to musi wydać zezwolenie na taki ślub, a jeszcze nigdy tego nie zrobiła, a próśb było trochę z tego, co wiem…

— Rada nie chce, by mieszać brudną krew z czystą — prychnęłam niezadowolona.

Budynek to oni mają chyba najpiękniejszy na świecie, ale nigdy nie chciałabym przekroczyć jego progu. Ludzie tam rządzący są tak zamknięci na poznawanie nowych horyzontów, że aż strach pomyśleć. Nie mają zapewne żadnej styczności z Nieczystymi, ale już nas ocenili i wyrobili sobie zdanie. Jak można rządzić Stolicą nie mając pojęcia o wielu aspektach życia? Zawsze zdawało mi się, że do władzy dochodzą ludzie wszechstronnie uzdolnieni i gotowi zdobywać coraz więcej wiedzy. Najwyraźniej się myliłam, choć w książkach Doriana jest to niejednokrotnie powielane zdanie.

— Nie przejmuj się tym. — Potarła pocieszycielsko moje ramię. — To co dziś zaplanowałaś?

— Będziemy uczyły się piec ciasto, chyba że potrafisz? — Uśmiechnęłam się do niej blado.

— Nie, też mam służbę u siebie, więc mam dwie lewe ręce — odpowiedziała radośnie i weszłyśmy do kuchni.

Dobrze się bawiłam z Luną cały dzień. Upiekłyśmy ciasta, ubrałyśmy je w piękne ozdoby, mając przy tym niezły ubaw. Kucharze też się z nas śmiali, gdy potwierdziły się ich obawy, że nie mamy bladego pojęcia o jakimkolwiek gotowaniu, a co dopiero pieczeniu. Później podano jak zwykle zbyt wystawny obiad, po którym myślałyśmy, że umrzemy z przejedzenia. Luna również zafascynowała się ogrodem, gdy pokazałam jej, gdzie najchętniej spędzam czas. Późnym wieczorem Borys odwiózł Lunę do domu i zrobiło mi się pierwszy raz naprawdę smutno. Dziś bardzo chciałam go już zobaczyć. Tęskniłam za nim i miałam nadzieję, że on za mną chociaż trochę też. Wiem, nie ma na takie rzeczy czasu, w końcu jest tam jakby w „pracy”, ale może zdarza mu się o mnie pomyśleć. W końcu nikt częściej nie słyszy „zabiję cię” jak ja, więc muszę być jego ulubioną ofiarą. Szkoda że nie mogę się w żaden sposób z nim komunikować. Chciałabym wiedzieć co tam u niego i czy wszystko jest w porządku. No cóż, zostaje mi jednak wierzyć, że wraz z Nathanielem dbają o siebie nawzajem. Zabawne, martwić się o być może najlepszego zabójcę na świecie… Miłość chyba naprawdę nie ma granic, skoro pozwala nam się zakochiwać w ludziach, którzy są dla nas zagrożeniem.

Rozdział II

Czwarta rano. Spodziewałem się, że podróż zajmie nam trochę dłużej, ale poszło nam o dziwo sprawniej niż założyłem. Dziś nie zapowiadało się na słoneczny dzień, jednak nie przeszkadzało mi to, bo lubiłem pochmurne niebo. Nie to że miałem jakiś światłowstręt, po prostu słońce przez cały dzień mnie strasznie męczyło.

Wszedłem do środka, gdzie czekał Henry jeszcze w szlafroku i piżamie.

— Dzień dobry — przywitałem się. — Nie musiałeś wstawać — mruknąłem, gdy brał ode mnie torbę z ciuchami.

— Dokładałem do pieca, gdy dostrzegłem pana przez okno — odrzekł nieco zaspany. — Ma pan jakieś życzenia?

— Nie, możesz odejść — rzuciłem krótko, skinął, idąc w swoją stronę. — Było… spokojnie pod moją nieobecność? — spytałem niby od niechcenia, gdy wchodziłem na górę po schodach.

Tak naprawdę o niczym innym nie myślałem przez cały ten wyjazd. Olać ten zakład, po prostu bałem się, że Leyla się rozmyśli i odejdzie. Ten mój wyjazd był pierwszym poważnym testem.

— Nie powiedziałbym. Pani Leyla jest bardzo żywiołowa, trudno za nią nadążyć — odpowiedział, a ja machnąłem tylko ręką.

Uff, wciąż tu była i mogłem przypuszczać, że nie załamał ją pobyt tutaj. Dzięki jej energii te kilkuwieczne mury zaczynają tętnić życiem. To dobrze, nie chciałem żeby ten dom był grobowcem, gdzie każdy snuje się po kątach. Jestem za chłodny i za mało towarzyski, by tworzyć tu poprawną atmosferę, ale gdybym umiał, na pewno bym do tego dążyć. Cieszyłem się, że Leyli to wychodziło.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 50.06