E-book
6.87
Egzekutor

Bezpłatny fragment - Egzekutor

Objętość:
516 str.
ISBN:
978-83-8126-450-1

Egzekutor

Rozdział I

Biegł. Na nic nie patrzył. Przebiegł ulicę, minął szary samochód, nawet na chwilę się nie zatrzymując. Nie bał się śmierci na jezdni, bo ona sama go goniła. Chłopak przebiegł drogę dzielącą olbrzymią połać lasu. Słychać było jego ciężki oddech, brakowało mu siły, ale słyszał ich za sobą. Świst powietrza przecinał idealnie harmonijną muzykę lasu. Miał zaledwie trzynaście lat, ale strach, który go napędzał, pozwalał mu bić wszelkie rekordy. Przewrócił się, nie rozglądał się, wstał pośpiesznie, puszczając się w dalszą ucieczkę. Ziemia pod jego nogami drżała, wiedział, że są blisko, idą po niego. Gleba przyjmowała każdy potężny krok jego oprawców na siebie. Trzy osoby miały tylko jeden cel: zatrzymać go. Gałęzie utrudniały mu przedzieranie się przez ścianę lasu, ale nie tylko jemu. Blond kosmyki włosów dziewczyny zostawały za nią, wyrywane co rusz, gdy szarpiąc uwalniała się z kolejnych chaszczy. Wilgoć mchu powodowała, że wielokrotnie się poślizgnął, ale nie tracił równowagi, gdyby teraz się przewrócił, dogoniliby go. Najmłodszy z jego oprawców, co chwilę lądował na kolanach, dzielnie się jednak podnosił i doganiał resztę. Zapewne gdyby nie te upadki już dawno złapałby chłopaka, a tak wciąż mieli do niego przynajmniej sto pięćdziesiąt metrów. On jednak zaczynał widzieć wyjście z tej sytuacji, znał te tereny i powtarzał sobie w kółko, że da radę. Miał do przebiegnięcia jeszcze z pięć kilometrów i dojdzie na skraj lasu, a stamtąd widać już pierwsze domy. Ratunek był tak blisko, ale wciąż nieosiągalnie daleko. Pochmurne niebo, brak promieni słońca i ten przeraźliwy dźwięk obijających się koron drzew, nie napawały go optymizmem. Wiedział, że jeden z oprawców jest wielki i potężny, jeżeli go złapie, to nic mu nie pomoże. Wąwóz. Dwie lite ściany granitu, można byłoby stwierdzić, że to błąd zmęczonego człowieka, on jednak wiedział, co robi, bo znał wyjście z tego naturalnego labiryntu. Wierzył w niewiedzę swoich oprawców i miał zapewne rację, nie znali terenu, myśleli, że złapią go bez problemu, ale on chciał walczyć. I walczył. Teraz odgłosy gonitwy były znacznie głośniejsze, niosły się po skałach na samą górę. Doszedł prawie do końca, wspinał się po skalnych blokach, bo tam za nimi było wyjście. Stojąc prawie u szczytu spojrzał w dół. Byli za nim, wspinali się i wydawali się być w to wprawieni, jakby wspinaczka była dla nich rozrywką. Nie dało się jednak nie dostrzec u nich zmęczenia. Chłopak zszedł ze skał i zamarł. Zamiast wyjścia z tego labiryntu znalazł się przy wysokiej lodowej ścianie, którą chciał przejść resztkami desperackiego instynktu samozachowawczego.

Nagle usłyszał trzy głuche odgłosy, które spowodowały lekkie drżenie ziemi. Stali kilkanaście metrów od niego, patrzyli się po sobie. Chłopak rozdzielił ich od siebie wysokim płomieniem ognia. Woda skapująca ze skalnych zboczy szybko go jednak ugasiła. Wydawało mu się, że patrzą teraz tylko na niego. Myślał, czy odezwać się do nich. Chciał może błagać o to, by go zostawili? Może też miał nadzieję, że zmienią zdanie i go puszczą wolno? Absurdalnie nawet tłumaczył sobie, iż może to pomyłka. Szukał w ich oczach zrozumienia, odpowiedzi na swoje pytania, które kłębiły się w jego głowie. Oni jednak nie patrzyli na niego, a na postać stojącą tuż za nim. Nie zauważył jej, mierzył ciągle wzrokiem swoich oprawców, którzy go pobili, a jemu udało się uciec, teraz też chciał znaleźć taką możliwość. Nie spodziewał się jednak, że śmierć zajdzie go z tyłu. Jednym szybkich ruchem ukróciła jego nadzieje na ocalenie. Chłopak złapał się za gardło w absurdalny sposób, chcąc wszystko powstrzymać, ale to był koniec. Kilka sekund później jego ciało leżało na zimnej ziemi obok skał wąwozu, który miał mu zapewnić ocalenie. Teraz jednak był jego grobem. Wyjąłem szmatę, wycierając jego krew ze swojego sztyletu, po czym schowałem go pod płaszcz.

— Co tu robisz, Dorianie? — spytała mnie blondynka.

Wysoka, szczupła, piękna dziewczyna, która wygląda wspaniale nawet po tak morderczym biegu. Te wszystkie cechy to jednak tylko tło, które ma walory estetyczne, ale dla mnie niewiele znaczyły. Podnosiła się za każdym razem, gdy upadała, była porywcza, ale również wierna i lojalna jak nikt inny, przed taką wiernością każdy się ugnie, nawet ja.

— O to samo mógłbym spytać was, bo na pewno nie to, co wam kazałem — prychnąłem na nich chłodno. — Gdy każę wam zabić, to macie to zrobić szybko, a nie katować ofiarę…

— To była nasza metoda — burknęła dziewczyna, a ja ją złapałem, przypierając do lodowatej skalnej ściany.

— To były tortury, gdy dostaniesz taki rozkaz, to wtedy tak go wykonasz, a na razie dostałaś inny i go nie wykonałaś. — Puściłem ją, spoglądając na resztę. — Szczeniak miał trzynaście lat, a wy, trójka z elitarnej jednostki egzekucyjnej nie potrafiła go zabić…

— On był moim rówieśnikiem — odezwał się chłopiec o urodzie latynoskiej. Był najmłodszy z moich ludzi, ale panował nad swoim darem bardzo dobrze jak na swój wiek, kiedyś może z niego być wybitny Wybraniec, a nawet ulubieniec swojego żywiołu.

— Nie zamierzam tego słuchać, Jack — warknąłem na niego, więc spuścił głowę.

Spojrzałem na dobrze zbudowanego blondyna, ściętego na jeżyka. Teo jednak się nie odezwał, tylko patrzył na mnie jak zbity pies. Nienawidziłem ich braku pewności, nie jesteśmy od osądzania, a od wykonywania wyroków, każdych i na każdym, kto na to zasłużył, niezależnie od wieku.

Żywioły nas wybrały, byśmy służyli ludziom i to robimy od wielu wieków. Z nieznanych nam jednak powodów nasze Bóstwa zaczęły rozdawać swoje dary osobom spoza naszych kręgów, które nie znają zasad i z chęcią wykorzystują to, co im dano przeciwko zwykłym śmiertelnikom. Musimy ich za to karać, bo to wbrew misji, którą przydzieliły nam żywioły. Mogliśmy uważać ludzi za słabych, niewdzięcznych i okrutnych, ale musieliśmy się nimi opiekować. Nie wiedzieli o naszym istnieniu, nie mogli nam dziękować, choć wątpię, by to robili, raczej pozamykaliby nas w klatkach i prowadzili swoje eksperymenty, tacy już byli. Sami walczą przeciwko sobie, który bóg jest lepszy, zapominając oddawać cześć każdemu z nich w zależności od wiary. Wiem, że to może być głupie, bo w końcu to żywioły rządzą naszym losem, ale może każdy z ich bogów to tak naprawdę wcielenie jednego z naszych czterech Bóstw, a może tylko ich wymysłem, by nie czuli się samotni. Nieważne jest jednak to, jacy ludzie są, w co wierzą i co robią, naszą misją jest ich ochrona i to wszystko.

— Co teraz? — odezwała się znów Clara.

— Posprzątajcie tu i wracajcie do Stolicy. — Westchnąłem niezadowolony. — Są wiadomości? — spytałem Teo, gdy odchodziłem. To niezbyt uzdolniony Wybraniec, ale był wysłannikiem Rady i to on dostawał bezpośrednie rozkazy, które następnie mi przekazywał. Dzięki temu pomagał nam w znalezieniu osób, na których mieliśmy wykonać wyrok. W mojej ekipie jest ze względu na swoją siłę fizyczną, niejednokrotnie wykorzystywaną na misjach oraz jak sądził mój przyjaciel Nathaniel: „…po to by nas pilnować”. Tak czy siak wszyscy moi ludzie będą tworzyli doskonałą ekipę, kiedyś, nie teraz… i to mnie najbardziej irytowało, fakt, że muszę jeszcze zaczekać, zanim będę mógł nazywać ich najlepszym oddziałem w Stolicy…

Wróciłem do swojego samochodu stojącego na ulicy, to jego mijał z godzinę temu chłopak, który teraz leżał w wąwozie. Droga do Stolicy zajęła mi ponad trzy godziny. Był to teren w środkowej części Walii, który od ponad tysiąca lat należy oficjalnie do prywatnego właściciela, a w rzeczywistości znajdowała się tu przepiękna Stolica Wybrańców. Przy bramie pokazałem dokument i zostałem wpuszczony do środka. Ostatni raz byłem tutaj ze dwa miesiące temu. Nie mogłem przewodzić swojej grupie, bo musiałem załatwić parę spraw ściśle tajnych, o których nawet oni nie mogli mieć pojęcia.

Zaparkowałem pod niewielkim, choć bogato zdobionym domem. Wszedłem bez pukania do środka i od razu usłyszałem dźwięk skrzypiec. Nieszczególnie za nimi przepadałem, ale już za muzykiem znacznie bardziej. Wszedłem na drugie piętro i do największego z pokoi. Nikogo jednak nie zastałem, więc wyszedłem na spory taras, gdzie od razu usiadłem na sofie.

— Gdzieś ty się podziewał? — Uśmiechnął się Nathaniel, przerywając grę.

Znaliśmy się od dwudziestu lat i choć kiedyś ścięliśmy się o jego krytyczne podejście do systemu naszego państwa, to jednak nie przekreśliliśmy naszej przyjaźni, choć pojawił się jeden temat tabu. Nathaniel był wysokim chuderlakiem o brązowych włosach, po bokach i z tyłu ściętych na jeżyka, a dłuższe włosy zawsze nosił związane w mały kucyk z tyłu głowy.

— Miałem kilka spotkań ze zdrajcami. — Wzruszyłem ramionami. — Jak to możliwe, że to twoje rzępolenie da się słuchać?

— Jestem mistrzem wirtuozem — powiedział ironicznie. — Nie zapytasz o resztę Czarnych Kruków? — spytał, odkładając skrzypce do futerału. Nie lubiłem tej nazwy, ale Rada tak nazywała naszą jednostkę egzekucyjną, którą zresztą sam na ich polecenie utworzyłem.

— Widziałem się z nimi — prychnąłem niezadowolony. — Nie powinieneś być z nimi?

— Miałem misję w innym rejonie świata, a co? Nie dali sobie rady? — Oparł się o barierkę.

— Nie siedziałbym tutaj spokojnie, gdyby coś było nie tak — odpowiedziałem chłodno. — Sam skończyłem sprawę i wolałbym, by robili to równie szybko, co my… Czas gra na ich niekorzyść, wiesz… ofiara walczy.

— Nie wymagaj od trzynastoletniego Jacka bycia idealnym zabójcą. — Uśmiechnął się blado. — Może zawitasz do domu? Wyglądasz jak lump, a takiej gwieździe w R8 nie wypada. — Roześmiał się.

Spojrzałem na siebie i faktycznie miał rację. Powycierane brudne spodnie, czarna podziurawiona bluza, płaszcz, który o dziwo był w porządku, rękawiczki bez palców i bawełniana szara czapka. Wyglądałem mało reprezentatywnie jak na członka Rady.

— Nie miałem czasu, by się ogarnąć — rzuciłem w odpowiedzi. Ciuchy to jeszcze nic, najgorsze były zabrudzone rany, którymi nie miałem czasu się zająć, a zaraz z całą pewnością zostanę wezwany przed oblicze Rady i należałoby się na to przygotować.

— Masz dwadzieścia pięć lat, bezwzględne prawo zabijania każdego, kto według ciebie łamie prawo, jesteś najmłodszym członkiem Rady…. Tak się zastanawiam, że za piętnaście lat to ty zostaniesz Guru. — Znów się zaśmiał.

— Nie aspiruję na to stanowisko, wolę działać — mruknąłem, wstając. — Dlatego dostanę uczelnię.

— Rada się zgodziła, by oddać pod twoje rządy uczelnię? — spytał zaskoczony.

— Nie, ale się zgodzi, wiem to. — Uśmiechnąłem się łobuzersko. — A co u Luny? — ściszyłem głos, jakby mieli nas podsłuchiwać.

W sumie nie ma co ukrywać, to bardzo delikatny temat. Lubię tą dziewczynę, ale przez fakt, że jej rodzice stali się rebeliantami, którzy chcą zniszczyć nasz system, jest na cenzurowanym. Rada jednak pozwala jej żyć i pewnie nie byłoby w tym problemu, gdyby nie jej związek z Nathanielem. Spotykają się od ośmiu lat i są naprawdę szczęśliwi, tyle że on jako Kruk musi być nieskazitelny, ma wykonywać wyroki na nieposłusznych i łamiących prawo Wybrańcach. Związek z Luną jest gwoździem do jego kariery, a także mojej, bo przy zaprzysięganiu Nathaniela, powiedziałem, że Nath nie ma żadnych powiązań z buntownikami. Pytali również o Lunę, ale kategorycznie zaprzeczyłem, by rzekomy związek istniał. To było jedyne kłamstwo w stosunku do Rady. Nie miałem jednak wyboru, potrzebowałem u siebie w zespole kogoś, komu ufałem bezgranicznie, a Nathanielowi powierzyłbym własne życie bez cienia wątpliwości.

— W porządku, zaczyna przedostatni rok na uczelni — odpowiedział spokojnie.

— Ma dwadzieścia dwa lata i już przedostatni rok. — Pokręciłem lekko głową.

— Dorian, tą uczelnię Nieczyści kończą w wieku osiemnastu lat. — Uśmiechnął się pobłażliwie.

Nieczyści to osoby spoza naszych kręgów, które również dostały dar od żywiołów. Jeżeli do dwunastego roku życia ujawnią się, to wyrokiem za to nie jest śmierć, a przymusowa nauka w akademii, gdzie mają obowiązek się uczyć zasad. Czyści, pełnoprawni Wybrańcy mogą z własnej woli uczęszczać na uczelnię, ale nie muszą, gdyż najczęściej ich edukacją zajmują się rodzice. Jest jeszcze jeden plus, można zacząć naukę w akademii, kiedy tylko się chce, przechodzi się testy, przypisują wtedy kandydata zgodnie z umiejętnościami na odpowiedni rok, dlatego jest takie zróżnicowanie wiekowe. Luna mimo, iż jest starsza, musi chodzić na uczelnię z jakimiś szczeniakami, co jest uwłaczające.

— To się niedługo zmieni — burknąłem.

Postanowiłem przejąć uczelnię i wysprzątać ją z Nieczystych. Oni są bezużyteczni, są gorszymi wojownikami, a przez nich uczelnia musi zniżać poziom do ich umiejętności, na czym tracą tylko Czyści. Zanim przyjęto mnie do Rady, odpowiadałem za szkolenia strażników pałacowych samego Guru, ale także egzekutorów, którzy od zdrajców wyciągali informacje. Dzisiaj już tego nie robię, bo Rada postawiła na mnie i na mój zespół, nie zmieniło to jednak moich aspiracji. Przejmując uczelnię, mógłbym jednocześnie uczyć ich wiedzy merytorycznej jak i praktycznej, robiąc z nich prawdziwych wojowników, którzy byliby w stanie chronić naszą Stolicę przed atakami rebeliantów.

— Kolejna rzecz, którą bierzesz sobie na barki — mruknął nagle. — Musisz znaleźć sobie dziewczynę, by zajmowała się twoimi podopiecznymi, bo kiedy ty znajdziesz dla nich czas, co?

— Bez obaw. — Wstałem z sofy. — Poza tym moja dziewczyna byłaby ostra jak brzytwa i zapewne dzień w dzień planowalibyśmy morderstwa siebie nawzajem.

— A nie przewidujesz, że mógłbyś mieć miłą dziewczynę? — spytał, odprowadzając mnie do drzwi.

— Jak Luna? — Uśmiechnąłem się złośliwie. — Wątpię, by jakaś miła ze mną wytrzymała, zresztą sam też bym z taką nie wytrzymał.

— Ty nie umiesz wytrzymać z żadną. — Spojrzał na mnie z dezaprobatą.

— To one boją się mnie, nie ja ich — rzuciłem pewnym siebie głosem.

— Jakbyś złagodniał, to z pewnością byłoby lepiej. — Oparł się o ścianę, wyglądając przez okno. — Ale ubrudziłeś to Audi, gdzie ty nim jeździsz?

— Wszędzie — odparłem, klepiąc go po ramieniu i ruszając do samochodu.

Do domu miałem kilka kilometrów, może ze dwadzieścia minut drogi. Nieskromnie, aczkolwiek szczerze musiałem przyznać, że mój dwór robił niemałe wrażenie. Razem z siostrą byliśmy czwartym pokoleniem, które tu mieszkało i wierzyłem, że już zawsze będzie w rękach mojej rodziny. Wszedłem do domu, gdzie momentalnie przywitała mnie Iris, moja zarządczyni domu i Henry, lokaj.

— Uprać ciuchy, umyć samochód — oznajmiłem stanowczo, podając jej płaszcz i bluzę.

— Oczywiście — skinęła, znikając w korytarzu.

— Gdzie jest Cynthia? — rzuciłem do Henriego, patrząc na niego chłodno.

— Jestem, jestem.

Blondynka wyszła z salonu. Ubrana była w ciemnozieloną, długą sukienkę z dużym dekoltem. Takiej niepokornej dziewczyny nigdy nie spotkałem i choć była młodszą siostrą, pozwalałem jej na wszystko, dopóki nie przeginała, a robiła to wystarczająco często, bym musiał ją pilnować. Wszedłem do salonu, Cynthia zrobiła to samo. W środku siedział Borys, wysoki, umięśniony blondyn, który miał obowiązek ją chronić za cenę własnego życia. Posiadał do tego zadania jeszcze czwórkę ludzi i dlatego byłem niepocieszony, widząc siniak pod jej okiem.

— Nie umiesz się obronić? To może wydam cię za mąż, co? — warknąłem na nią. Miała dwadzieścia lat i w sumie zgodnie z panującymi tradycjami od przynajmniej dwóch lat powinna być mężatką, ale ja lubiłem jej frywolność, robiła co chciała, spotykała się z kim chciała, a mi to nie przeszkadzało.

— Załatwiłam sprawę — odpowiedziała spanikowana.

Straszenie jej małżeństwem to najlepsza kara i motywacja jednocześnie, bo niczego bardziej nie pragnie jak posiadać niezależność. Nie jest jednak tak różowo, spotyka się z różnymi facetami, co powoduje, że ludzie uważają ją za puszczalską. Walczę z tymi opiniami bardzo skutecznie, moja siostra będzie robiła to, na co ja będę jej pozwalał i nikt nie ma prawa się do tego wtrącać, zwłaszcza poddani z prowincji, nad którą sprawuję pieczę. Moja posiadłość i powiedźmy gmina znajduje się na obrzeżach Stolicy, więc nie dosięga tu jurysdykcja sądu. Powierzono mi wydawanie wyroków i niesienie sprawiedliwości na tych terenach, co robię również za pośrednictwem Cynthii, która o dziwo bardzo się do tego przykłada.

— Borys? — Spojrzałem na mężczyznę.

— Człowiek ten sprawił problem pierwszy i ostatni raz, pożegnałem go definitywnie — odpowiedział spokojnie.

— Doskonale — przytaknąłem. — Gdzie Sento? — Spojrzałem na nią, a na jej twarzy pojawiło się zakłopotanie.

Wyszedłem pośpiesznie na zewnątrz, idąc w stronę ogrodu, zdając sobie sprawę, że moja siostra znowu go zgubiła.

— Dorian. — Goniła mnie, ale się nie zatrzymałem. — Ja naprawdę nie wiem, co robię źle. Głaszczę go, karmię go, a gdy wypuszczam na wolność, to ten głupi ptak nie wraca!

— Nie jest głupi. — Zatrzymałem się, patrząc na nią surowo. Założyłem skórzaną rękawiczkę. — Jest wierny. — Zagwizdałem.

— Nie przyleci, gapi się czasami z czubka klatki na mnie jak na idiotkę — wyznała skruszona.

— Bo uważasz, że jak wrzucisz do środka mięso, to on będzie na tyle głupi, by tam wlecieć i dać się zamknąć — odpowiedziałem jej, a w tym samym momencie dostrzegłem mojego pięknego, brązowego orła, który leciał w naszą stronę. Wystawiłem rękę, na której olbrzymi ptak z gracją wylądował. Pogłaskałem go po grzbiecie i klatce piersiowej.

— Kiedyś zrobię z niego obiad — burknęła niezadowolona.

Wszedłem do klatki, biorąc kawałek mięsa leżącego na skalnej półce. Ptak zjadł, a ja gestem ręki nakazałem mu zejść, więc zeskoczył na kamień. Zamknąłem klatkę, podchodząc do Cynthii.

— Lepiej, byś się z nim zaprzyjaźniła, bo jeżeli on stąd zniknie, to ty również — powiedziałem lodowato, wracając do środka.

— Wiedziałam, że wrócisz, deszcz cię zapowiedział… — odezwała się Marika, gdy wszedłem do części mojej posiadłości, którą zajmowała. Była moją znachorką, jedną z najlepszych i najbardziej cenionych w całym naszym świecie.

Bez słowa zdjąłem koszulkę. Podeszła pośpiesznie, choć to dziwne, biorąc pod uwagę jej ponad osiemdziesięcioletni wiek, ale może dzięki tylu latom doświadczenia, nie było jej równych.

— Trochę bolą — wymamrotałem, gdy oglądała moje rany.

— Trochę? — Spojrzała na mnie spod swoich okularów w dużych czarnych oprawkach. Na głowie miała granatową chustkę, która ugładzała jej wiecznie splątane włosy. — Znów bierzesz amfetaminę?

— To nie twój interes — prychnąłem na nią niezadowolony, że się wtrąca w moje sprawy. — Dla twojej jednak wiadomości, to nie, nic nie biorę, przyzwyczaiłem się do bólu — dodałem chłodno.

Kiedyś brałem i to sporo, ale to było ponad siedem lat temu, obcowanie z nieustającym cierpieniem, a jednocześnie wieczna gotowość, wydawała się być nierealna. Udało mi się jednak zaprzyjaźnić z bólem i teraz, gdy go nie czuję, łapię się na zastanawianiu się, czy jeszcze żyję. Nie potrzebuję go już uśmierzać żadnymi środkami odurzającymi, umiem go pokonać w głowie.

— Czekają cię duże zmiany. — Zacmokała, nakładając jakieś specyfiki na moje rany. — Twoje Bóstwo ma w stosunku do ciebie jakieś plany… Czuję to.

— Wypełnię każdą jego wolę, nawet jeżeli to misja samobójcza, Mariko — zapewniłem ją, gdy bandażowała rany.

Byłem religijny, często oddawałem się wielogodzinnym modłom, wznosząc je do wszystkich żywiołów, ale przede wszystkim do Bóstwa Wody. Dziękowałem im i wyznawałem gotowość do kolejnych prób, którymi mnie zechcą doświadczyć. Nigdy ich o nic nie prosiłem i nie zamierzałem tego zmieniać. Miałem taki los, na jaki skazały mnie żywioły.

— Ono to wie i ceni twoją lojalność…

Odeszła ode mnie. Otworzyła drzwi, wchodząc do swojej szklarni, gdzie uprawiała niezbędne rośliny do swoich uzdrawiających eliksirów. Poza ziołami, na środku rosło spore drzewo, które miało przynajmniej dwadzieścia lat. Dookoła niego znajdowały się dwa okręgi jeden z wody, drugi z niewielkiego płomienia ognia. Przeszła przez nie bez większego zastanowienia, zawsze tak robiła i jeszcze nigdy nie przypaliła sobie ubrania. Sięgnęła do jednej z gałęzi, wyciągając niebieską wstążkę. Zanurzyła ją w wodzie, po czym podeszła do mnie. Wyrzucała ją w powietrze, trzymając za jeden z końców, po czym zaczęła przeplatać ją swobodnie między swoimi palcami.

— Twoje marzenie jest bliskie spełnienia — rzuciła wstążkę z powrotem w stronę drzewa, zahaczając o jedną z gałęzi.

Uśmiechnąłem się zadowolony z tej wróżby. Uczelnia niebawem będzie moja, pomyślałem dumny z siebie.

*

Kolejny rok. Szósty raz tutaj przychodzę i w sumie zastanawiam się, czy bardziej moim światem jest rzeczywistość poza murami tego miasta, czy w samym jego sercu. Z jednej strony cieszyłam się, że dostałam ten cały dar. Siedmioletnie dziecko w sierocińcu nie ma wielu perspektyw na życie. Zbieg okoliczności jednak sprawił, że ktoś zobaczył, co potrafię robić z wiatrem. Ten mężczyzna wysiadający z całkiem drogiego samochodu przerażał mnie, ale odmienił moje życie. Zabrał mnie z sierocińca, zaprowadził do pary ludzi, którzy mieli się mną opiekować, ale nigdy nie mogli nazywać się moimi rodzicami. Ten mężczyzna odwiedzał mnie przynajmniej raz w miesiącu przez wiele lat. Później okazało się, że jest dyrektorem uczelni takich samych dziwaków jak ja. Tak więc od dwunastego roku życia chodzę do akademii, gdzie uczymy się o świecie Wybrańców. Dla mnie wiedza to jednak za mało, chcę nauczyć się walczyć, by móc się chronić samej. W tym roku mi się to uda, bo główny pretendent do bycia przewodniczącym jest tego samego zdania co ja.

— Leyla! — Rzuciła mi się na szyję Emma, moja przyjaciółka, z którą od sześciu lat dzielę pokój..

— Cześć. — Roześmiałam się.

Zawsze przyjeżdżałam tutaj wcześniej, by trochę pospędzać czasu z Martinem, dyrektorem szkoły i jednocześnie niejako jedynym mężczyzną w moim życiu, który zasłużył na określanie go ojcem. Nigdy tak się do niego nie odezwałam, ale bardzo go szanowałam, a i on wiedział, ile dla mnie znaczył.

— Nie ma jeszcze Luny? Mieszka w tym upiornym mieście, a zawsze ostatnia przyjeżdża do akademika — powiedziała niezadowolona. — Olać ją, widziałaś się już z Vincentem?

— Jeszcze nie — odpowiedziałam, zagryzając dolną wargę. Chłopak podobał mi się od dłuższego czasu, ale w zeszłym roku chodził jeszcze z taką Walerią. Na moje szczęście się rozstali, co umożliwiło mi zbliżenie się do niego. On chyba też coś do mnie czuł i liczyłam na to, że będziemy parą.

— Dobrze, bierzesz go na przetrzymanie. — Puściła do mnie oko. — Cudny rok się szykuje. Vin zostanie przewodniczącym, a ty jak zwykle zastępcą, masz to w kieszeni — dodała pewnie.

Przewodniczącego wyłania się poprzez konkurs, w którym nie tylko sprawdza się wiedzę na temat Wybrańców i żywiołów, ale również predyspozycje fizyczne i panowanie nad umiejętnościami. Nie nadawałam się, by chociażby stanąć w takiej konkurencji, ale zastępcę wybierali uczniowie poprzez głosowanie, które wygrywałam od wielu lat i tym razem nie spodziewałam się, by było inaczej.

— Najważniejsze, że Vin podpisze rozporządzenie o umożliwieniu nam uczestnictwa w lekcjach walk — niemal zaszczebiotałam z radości. — Będziemy pierwszą grupą, której pozwoli się uczestniczyć w tych zajęciach, w końcu będziemy na równi z rasowymi — powiedziałam drwiąco.

Tutaj w akademii prawo niby nas nie dyskryminuje, a jednak na każdym kroku dopadają nas konsekwencje bycia spoza znanych rodów. Do tej pory każdy z przewodniczących był Czystym i nie zgadzał się na wyrównanie naszych praw z ich. W tym roku to jednak się zmieni, bo Vincent nie ma sobie równych. W końcu przyszedł czas, byśmy i my mieli władzę w swoich rękach. Nie chcemy gnębić Czystych, a jedynie wywalczyć równouprawnienie.

— Najważniejsze jest to, że praktycznie cała władza będzie w twoich rękach. Zrobisz słodziutkie oczka i Vin rzuci ci do stóp cały świat — wyznała z uśmiechem Emma. — Już wyobrażam sobie jak tęsknił za tobą przez wakacje… Poza tym dyrektor jest w ciebie zapatrzony, więc też niczego ci nie odmówi. Dziewczyno, masz władzę!

— Przypominam ci, że nie jesteśmy parą — wtrąciłam pośpiesznie. — Jestem tylko jego przyjaciółką, a dyrektora bardzo cenię i go nie wykorzystuję do swoich celów.

— Przyjaciółka, która na niego leci, a on na nią… Błagam cię, za miesiąc będziecie już najpopularniejszą i najsilniejszą parą na uczelni — oznajmiła zadowolona.

— Oh, Emma… — Przytuliłam ją do siebie.

— Leyla. — Weszła do środka pani Mitchen, która wykładała historię i była prawą ręką Martina. — Pan dyrektor cię prosi.

— Oczywiście. — Podniosłam się i poszłam za kobietą.

— Witaj, Leylo. — Uśmiechnął się, gdy mnie zobaczył.

Martin miał swój gabinet w jednej z trzech wież, które wznosiły się nad budynek szkoły. Uwielbiałam to pomieszczenie, było bardzo przytulne i czułam się tutaj bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej. Może to kwestia świetnych zdolności Martina, a może po prostu był jedyną rodziną, jaką znałam i te kilka chwil tutaj sprawiały, że nie czułam się tak samotnie.

— Witam, panie dyrektorze. — Skinęłam, siadając w miękkim fotelu naprzeciwko niego. — Coś się stało?

— Próbuję coś ugrać, ale może to tylko przyśpieszyć mój upadek — odpowiedział nieco wymijająco. — Musisz być gotowa na moje odejście stąd jeszcze tego roku…

— Słucham? Nie zgadzam się! Miał pan odejść, gdy skończę uczelnię! — krzyczałam spanikowana.

Martin był jedynym gwarantem bezpieczeństwa Wybrańców mojego pokroju. Każdy inny dyrektor szybko się stąd nas pozbędzie. Cała ta Rada nas nie szanuje i tylko myśli jak nas unicestwić.

— Spokojnie, nie pozwolę cię skrzywdzić — powiedział łagodnie. — Jeżeli pozwolą uczniom z ostatniego roku skończyć szkołę, to ją skończysz, a jak nie,, to od razu przygarnę cię do siebie. Nie zostawię cię samej.

— Staramy się niemniej niż Czyści, nic złego nie zrobiliśmy, to nie nasza wina, że urodziliśmy się poza tą społecznością. — Łzy stanęły mi w oczach. — Mamy prawo domagać się jednak równego traktowania… Te żywioły dały nam taki sam dar jak im, więc powinniśmy być tak samo traktowani!

— Zgadzam się z tobą, ale musisz wiedzieć, że Czyści żyją z piętnem daru od urodzenia i nie podobacie się im, bo jesteście według nich lekkoduchami, które niepoważnie podchodzą do kwestii wiary — oznajmił łagodnie swoim doświadczonym tonem.

— Nie każdy musi wierzyć, że sadzawka przed szkołą to dar od żywiołu wody, a słońce świeci, bo tak chce Bóstwo Ognia… — Wzruszyłam ramionami.

Sama nie wierzyłam w ten bełkot, dar to dar, to jak umiejętności manualne czy predyspozycje do nauk ścisłych. Nie zrozumiem, jak można swoje życie podporządkować wierze w cztery Bóstwa, determinujące nasze całe jestestwo.

— Jeszcze uwierzysz, gdy poczujesz obecność swojego Bóstwa. — Uśmiechnął się czule.

— Żeby poczuć trzeba uwierzyć, koło się zamyka — burknęłam w odpowiedzi.

— Zrozumiesz jeszcze. — Puścił do mnie oko. — Na razie nie ma co rozpaczać, Leylo. Może bogowie są po mojej stronie i nie opuszczę tego gabinetu.

— Bóstwo Ziemi bywa stronnicze? — spytałam go z nadzieją.

— Nie, ale zawsze sprawiedliwe. Wierzę, że tym razem racja jest po mojej stronie — odpowiedział spokojnie.

— Ja jestem tego pewna! Ci wszyscy uczniowie nie mogą zostać rzuceni na pastwę losu nowego dyrektora… Tworzysz z różnych uczniów harmonijną całość, dzięki czemu oprócz niewielkich incydentów Czyści i Nieczyści żyją w zgodzie… Jesteś tu potrzebny — powiedziałam z naciskiem. — Walcz z tym gościem, który chce cię stąd wygnać!

— Nie mogę — przyznał spokojnie.

— Czemu?! Boisz się go? — dopytywałam go. Nie mógł nas oddać ot tak! — Pokaż Radzie, że jesteś lepszy od niego!

— Nie chodzi o strach, to zupełnie coś innego. — Pokręcił lekko głową — Nie ma co się przejmować, zobaczymy, co przyniesie kolejny dzień. — Uśmiechnął się do mnie, szybko się jednak zamyślając.

Obawiał się decyzji, jaka przyjdzie z Rady, ale ja jeszcze bardziej… Wiem, że Martin się mną zajmie, ale co z całą resztą? Jest tu mnóstwo uczniów, którzy mi ufają i wierzą, że nikt ich stąd nie wyrzuci. Oni chcą się uczyć, poznawać tajemnice tego świata i udowodnić, iż są godni poświęcanych przez profesorów godzin. Potrzebują jednak dyrektora, który w nich uwierzy i da im szansę… Takiego jak Martin.

Rozdział II

— Marika mówi, że nie powinieneś się przemęczać jeszcze jakiś czas.

W drzwiach do mojego pokoju stanęła moja siostra.

— A ja ci mówiłem wiele razy, że to nie twoja sprawa — burknąłem, wkładając sztylet za pasek.

— Chcesz czy nie, jestem twoją siostrą, Dorianie — odpowiedziała wyniośle, gdy wsadzałem gwiazdki shuriken do lewej, wewnętrznej kieszeni płaszcza, a cztery noże do podzielonej na oddzielne komory kieszeni po prawej stronie.

— Nigdy się ciebie nie wyrzekłem, więc po co te ckliwe teksty? — Spojrzałem na nią przelotnie, zapinając czerwoną koszulę pod szyję.

Dziwnie się czułem tak odwalony po tylu miesiącach chodzenia jak łachmyta. Poza domem nie dbam szczególnie o to jak wyglądam, ale teraz czułem, że wróciłem do Stolicy na dłużej i czas wyglądać na osobę godną miana członka Rady.

— Nie zabronię ci walczyć, ale mógłbyś to robić w bardziej bezpieczny sposób — zaproponowała nieśmiało.

— W bardziej bezpieczny? — Roześmiałem się, sznurując wysokie czarne buty. — Wykorzystując żywioł…

— Nie wiem, czemu widzisz w tym coś złego. — Wzruszyła ramionami.

— Wręcz przeciwnie, ale lubię sobie udowadniać, że jestem po prostu dobry, bez pomocy mojego Bóstwa — odparłem, wstając z krzesła. — Chcę pokazać, że żywioł się nie pomylił dając mi dar, bo jestem go godzien…

— Nie musisz tego udowadniać, Dorianie — wyznała, gdy wyszedłem z pokoju. — Używasz mocy, gdy uważasz, że nie poradzisz sobie sam?

— Nie — warknąłem krótko, widziałem jak sztywnieje. Patrzyła na mnie nerwowo. — Czasami sytuacja nie jest godna użycia tak wspaniałego daru… Czekaj, ty mnie wypytujesz?

— Wcale nie, po prostu chcę wiedzieć. — Uśmiechnęła się blado.

— Ludzie kwestionują moje umiejętności? — Podszedłem do niej, a ona wzięła głęboki wdech. — Mów, Cynthio.

— Twoje umiejętności walki są zauważalne i godne podziwu — wyszeptała.

— Ale nie każdy wierzy w moje władanie darem — dokończyłem za nią. — Popisywać się swoim darem to nic wielkiego, a nauczyć się coś ponad, to jest sztuka. Ludzie boją się mnie przez to jak umiem walczyć? To dobrze, bo gdyby znali moje możliwości związane z żywiołem, schodziliby mi z drogi na każdym kroku — dodałem chłodno.

— Nigdy nie wątpiłam w twoje umiejętności — wykrztusiła cicho.

— I dobrze. — Odwróciłem się od niej, schodząc na dół.

Przyzwyczaiłem się, że ludzie zaczęli wieszać na mnie psy, gdy osiągałem kolejne szczeble swojej kariery. Najpierw umniejszali moim dokonaniom, a teraz kiedy zostałem doceniony przez samą Radę, wątpią w moje umiejętności. Oczywiście stronię od używania mocy, ale tylko dlatego, iż większość spraw jest zbyt błaha, by niepokoić Bóstwo Wody. Poza tym chodziło też o moją ambicję. Osiągnąłem najwyższy poziom kontroli nad swoim żywiołem, więc chciałem też potrafić coś innego przynajmniej w połowie tak dobrze. Udało mi się to osiągnąć. W walce wręcz może nie jestem wybitnie dobry, ale mogę pochwalić się niebywałą celnością, co niejednokrotnie udowadniam swoim wrogom.

— Dorianie — przywitał mnie Nathaniel, gdy wszedłem do marmurowego budynku, w którym urzędowała Rada. — Jesteś jak kameleon, z trudem można cię poznać.

— Nie sądziłeś chyba, że przyjdę tutaj w łachach. — Uśmiechnąłem się złośliwie.

— Panie, członkowie Rady na ciebie czekają. — Podszedł do mnie jeden ze strażników. Idąc za nim, skinąłem na resztę swojej ekipy, która przypałętała się tutaj razem z Nathanielem.

— Szanowna Rado. — Ukłoniłem się lekko, gdy strażnik zostawił mnie samego z Radą.

— Dorianie, jesteś jednym z nas. — Uśmiechnął się Aaron. To przewodniczący Rady od prawie ćwierć wieku, nie ma takiej kadencji, by ktoś z jego rodziny nie zasiadał w jej szeregach. Każdy się z nim liczył i tylko on rozmawiał z zapraszanymi osobami, nie sądziłem, aby tym razem było inaczej.

— Witaj, Aaronie — przywitałem się z nim.

Siedział na podwyższeniu tam, gdzie pozostała trzynastka. Po prawej stronie, z samego brzegu było puste miejsce, na którym siadałem bardzo rzadko. Rada liczyła się z tym, gdy zapraszali mnie do swojego grana. Nie mieli też obiekcji na temat mojego dość wędrownego trybu życia i nie żądali ode mnie rezygnacji z pozycji lidera Czarnych Kruków.

— Jesteśmy dumni z twoich osiągnięć, jak zwykle przysłużyłeś się Radzie, państwu oraz samemu Guru i żywiołom — zaczął swobodnie. — Dziękujemy codziennie Bóstwom za to, że nam cię zesłały.

— Wasze zadowolenie i duma żywiołów jest dla mnie najwyższym odznaczeniem — odpowiedziałem delikatnie.

— Twoja skromność jest imponująca. — Uśmiechnął się zadowolony. — Dlatego w nagrodę za twoje zasługi, zamierzamy oddać ci zwierzchnictwo nad uczelnią.

— Mam nadzieję, że was nie zawiodę — przyznałem lekko.

— Nie wątpimy w to — rzucił pośpiesznie. — Martin, obecny dyrektor wniósł jednak skargę, do której nie mogliśmy się nie przychylić.

— Rozumiem, że muszę jeszcze udowodnić swoją lojalność i siłę — oznajmiłem spokojnie, choć tak naprawdę byłem wściekły. Martin chciał ze mną pogrywać, a ja nie miałem na to najmniejszej ochoty. Ciężko pracowałem przynajmniej od dziesięciu lat, by kiedyś tak jak ojciec przejąć uczelnię i on mi tego nie odbierze.

— Ależ nie — powiedział donośnie. — Jesteśmy pewni, co do tejże decyzji. Będziesz świetnym dyrektorem, ale niewątpliwie zgodnie z tradycją, dyrektor musi posiadać dyplom ukończenia akademii.

— Chodzi o świstek papieru? — spytałem z lekkim rozżaleniem, bo w końcu, czym jest nauka w szkole z moim doświadczeniem i sukcesami?

— To jedynie formalność — odpowiedział mi. — Sądzę, że kilkoro nauczycieli z kadry mogłoby się od ciebie wiele nauczyć — dopowiedział, co wywołało uśmiech na twarzach członków Rady.

— Jeżeli zdobędę ten dyplom… — urwałem, czekając aż Aaron powie jak to ma wyglądać.

— Martin sam zrezygnuje ze stanowiska — dokończył, czym mnie niewątpliwie zaskoczył. Nie rozumiałem, czemu Martin robił mi teraz problemy, skoro wcale nie zamierzał ze mną walczyć o to stanowisko. Może czegoś nie widziałem, ale dzisiaj wszystko się wyjaśni, bo nie omieszkam do niego zajść.

— W porządku — oznajmiłem obojętnie. — Czy macie jakieś jeszcze życzenia?

— Nie, Dorianie, do widzenia — pożegnał się, a ja wyszedłem z sali.

— Jesteś niezadowolony — skwitował pośpiesznie Nathaniel.

— Jak zwykle ktoś mi robi problemy. — Ruszyłem przed siebie.

Wsiadłem do swojego auta wraz z Nathanielem, a reszta pewnie pojechała za nami z Teo. Martin nie był głupi, na pewno w coś grał. Nie podobało mi się, że nie wiedziałem, w co próbuje mnie wciągnąć.

— Co robimy na uczelni? Chcesz nas odprowadzić na zajęcia? — spytał rozbawiony Nath, a ja wysiadłem bez słowa z samochodu. — Co tu do diabła robimy? Zapisujesz Teo na zajęcia?

— Muszę pogadać z Martinem — burknąłem w odpowiedzi.

— Mamy tu czekać? — rzuciła Clara, stając obok Jeepa Teo.

— Ja tu nawet nie chodzę, więc nie wiem, czy mogę przekroczyć próg tej uczelni — rzucił nagle Teodor.

— Ja decyduję, gdzie możecie i będziecie wchodzić! — warknąłem na nich. — Za mną — nakazałem, wchodząc do środka.

Żaden ze strażników przy bramie nie odważył się zatrzymać ani mnie, ani nikogo z moich ludzi. Znałem ten budynek na pamięć mimo, że nie byłem na żadnej lekcji tutaj prowadzonej. Ta uczelnia należy do mnie tak samo jak wcześniej do mojego ojca i dziadka, nikt nie miał prawa odbierać mi zaszczytu bycia dyrektorem.

— Wszyscy się na nas gapią. — Jack rozglądał się tak, jakby zaraz głowa miała mu się urwać.

— Ty się nie gap, nie są godni żadnego twojego spojrzenia. — Zdzieliłem go w głowę. — Jesteś Czarnym Krukiem, a to Nieczyści… Niech się gapią, bo jesteś tym, kim oni nigdy nie będą — dodałem chłodno, wchodząc po schodach na samą górę jednej z wież. Spojrzałem na Nathaniela, który zatrzymał resztę kilka kroków przed drzwiami do gabinetu. Nie zamierzałem się cackać, wszedłem bez pukania.

— Miło cię widzieć, Dorianie. — Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, gdy rozwaliłem się tuż przed nim na fotelu.

— Pomysłowy jesteś, Martin. — Rozejrzałem się dookoła. — Udało ci się mnie zwabić na spotkanie, stryju — wycedziłem jadowicie.

— Twój gniew jest absurdalny i trwa prawie dziesięć lat. Nie uważasz, że to przesada? — Pokręcił z dezaprobatą głową.

— Hańbiąc imię mojego ojca, zrobiłeś tutaj szkołę dla Brudasów, po czym zwabiłeś tu ponownie Czystych, by ukryli twoje prawdziwe intencje — zacząłem lodowato. — Tworzysz sobie armię, czy szkolisz ludzi dla rebeliantów?

— Twoje oskarżenia są niedorzeczne — mruknął łagodnie. — To Wybrańcy tacy jak ty…

— Obrażasz mnie, Martin — syknąłem jadowicie. — To pomyłka żywiołów, której genezy jeszcze nie pozwolono mi poznać.

— Miałeś ciężkie dzieciństwo, ale to, że oni takiego nie mieli, nie znaczy, iż teraz mają za to cierpieć — wyznał ponuro.

— Po co to użalanie się nade mną? Każdy prawdziwy Wybraniec przeszedł piekło, gdy rodzice doświadczali go siłą żywiołów, by odnalazł swoją drogę. Po co robisz z tego dramat? — Spojrzałem na niego surowo.

— Torturowanie dzieci prawie od urodzenia jest błędem, chorą tradycją, która odebrała ci empatię i uczucia — ciągnął dalej swój ckliwy bełkot.

— Pieprzysz, Martin, nie chce mi się tego słuchać. Każdy w swojej biografii ma jakieś traumatyczne przeżycie, a nie każdy może stać się nieczułym mordercą. Jedni kończą jako samobójcy, inni nieudacznicy, to w sumie mi poszło całkiem nieźle — burknąłem ze złośliwym uśmiechem. — Zresztą nie przyszedłem spierać się o twoją idiotyczną ideologię.

— Oczywiście, że nie — przyznał cicho. — Gratuluję awansu na dyrektora akademii.

— Jaja sobie ze mnie robisz?! Przez ciebie mam problemy, a dobrze wiemy, że z nas dwóch to mi się najbardziej należy to stanowisko! — Wsparłem się ramionami o jego biurko. — A ty wysyłasz na mnie bzdurne skargi? Ja mam niby skończyć tutaj edukację, by być godnym tej szkoły?! Przeszedłbym wszystkie klasy w jedną godzinę! Nie jesteś w stanie pozbawić mnie tego dyplomu.

— Nie zamierzam — odpowiedział pośpiesznie, więc się odsunąłem.

— Świetnie, to wystaw mi teraz ten papier, bym mógł tu zacząć rządzić — oświadczyłem wyniośle.

— Nie tak szybko — odparł z uśmiechem.

— Co to za sztuczki?! Powiedziałem ci, że będę miał ten dyplom i nie jesteś w stanie mi tego odebrać — wycedziłem lodowato.

— Skończysz szkołę, dostaniesz dyplom. Na razie mogę ci zaoferować stanowisko przewodniczącego — oznajmił, wracając do przeglądania papierów. Zrzuciłem mu je wszystkie z biurka, bo nie pozwolę się tak lekceważyć.

— Co ty pieprzysz?! — warknąłem na niego. — Ty słyszysz, co ty mówisz?! Ja?! Jestem członkiem Rady i liderem elitarnej jednostki! Ulubieńcem żywiołu Wody! A ty mi każesz chodzić tutaj na zajęcia?! Żaden z twoich nauczycieli nie jest w stanie mnie niczym zaskoczyć!

— Skończysz ostatnią klasę, dostaniesz dyplom i moje stanowisko. To ostateczna decyzja, na którą przystała Rada. Żałuję, że nie poinformowała cię o tym osobiście — powiedział już znacznie ostrzej.

— Chcesz ze mną walczyć dalej? — syknąłem, znów się nad nim nachylając.

Byłem wściekły! Udało mi się siedem lat temu wypieprzyć go z mojego domu, wygrałem z nim po wielu miesiącach wojny, a teraz znów mi wytaczał nową. Szkoda, że brat mojego ojca stoi po przeciwnej stronie barykady.

— Nie walczę z tobą, Dorianie — przyznał cicho, ale dla mnie łgał jak pies! Chce mieć pewnie okazję, by móc sprowokować mnie do zrobienia czegoś, co mogłoby świadczyć o mojej zmianie poglądów na obecny system lub co gorsza o zdradzie Rady. Jego niedoczekanie, nie uda mu się, nawet jeżeli trzymałby mnie tu i pięć lat.

— Jeden rok i znikniesz stąd? — spytałem lodowato, a on przytaknął. — W porządku, ale jestem tu przewodniczącym i mój człowiek, Teodor będzie tu się uczył…

— Każdy Czysty ma prawo dołączyć do społeczności tejże uczelni — odpowiedział mi.

— To jest cyrk, a nie szkoła… Chcesz mnie tu, spoko, ale będziesz jeszcze tego żałował — zagroziłem mu. — Twoje Brudasy będą błagały cię, byś mnie stąd zabrał, a wtedy ja ci odmówię… — dodałem, otwierając drzwi.

— Masz zostawiać broń poza murami tej uczelni — powiedział za mną. Spojrzałem na Nathaniela, który czekał na mnie na korytarzu. Uśmiechnąłem się złośliwie, po czym nie zamykając drzwi, wróciłem do środka.

— Zmuś mnie, stryjku. — Nachyliłem się nad nim, patrząc na niego prowokacyjnie.

Nie odezwał się, więc wyszedłem z triumfalnym uśmiechem, ale szybko dobry humor mnie opuścić. Spieprzony cały rok, bo ten chce jeszcze trochę pogrzać dupę na stołku dyrektora. Na szczęście przewodniczący ma wystarczająco dużo władzy, by te robaki zrozumiały jak mało znaczą w naszym świecie. Nie mogę zemścić się na Martinie, to zemszczę się na jego Brudasach, nie ma sprawy.

— Załatwiłeś? — spytała mnie Clara.

— Zostajemy tu na rok, ty Teo też — burknąłem, schodząc na dół.

— Każe ci tu chodzić? — Dogonił mnie Nathaniel. — Przecież to głupota… co ty masz tu niby ten rok robić? Ja tu się już nudzę, a ty?

— Tu chodzi o to, by mnie złamać… Bym zrezygnował z przejęcia rządów, ale umiem być cierpliwy, a on pożałuje jeszcze swojej decyzji. — Spojrzałem na niego lodowato.

Wyszliśmy z budynku, gdy doszły nas odgłosy jakieś imprezy, bo słychać było śmiech.

— Co jest? — mruknął Teo, gdy się zatrzymałem.

— Co to za zbiegowisko?! — syknąłem, patrząc w stronę dziedzińca, gdzie było mnóstwo ludzi.

— Wybierają przewodniczącego… — Wzruszył ramionami Nathaniel.

— Ja nim jestem! — powiedziałem dobitnie. — Nie ma tu takiego, który mógłby chociażby stanąć ze mną do tego konkursu.

— Pewnie, jutro to załatwimy… — Nath ruszył przed siebie.

— Dzisiaj… — warknąłem, idąc na dziedziniec. Musiałem odreagować rozmowę z Martinem i nadarzyła się świetna ku temu okazja.

— Dorian…

Usłyszałem za sobą zrezygnowanego Nathaniela. Wiedział, że już mnie nie zatrzyma. Niech te Brudasy wiedzą, z kim mają do czynienia. Te wszystkie imprezki też się skończą. Bycie Wybrańcem to nie zabawa!

*

Konkurs na przewodniczącego dawno się już zaczął, ale postanowiłam się przygotować, by dobrze wypaść przed Vincentem. Dzisiaj rano zgodnie z moimi przypuszczeniami zostałam drugą najważniejszą osobą w samorządzie i to ja oficjalnie będę gratulowała nowemu przewodniczącemu. Pewnie nie szykowałabym się tak, gdyby nie przekonanie, że to właśnie Vin wygra. Miałam już wychodzić, gdy do środka wpadła Emma z Nicolą, znajomą z czwartej klasy.

— Jacyś ważniacy z góry przyszli — zaczęła bez przywitania Nicola. — Ten jeden to nawet niezły przystojniak, pomijając oczywiście Nathaniela.

— Zachowujesz się tak, jakby to pierwszy raz ktoś tu przyszedł. — Skrzywiłam się, widząc jej entuzjazm.

— Nie bądź taka — skarciła mnie Emma. — Wszystkie się nimi jarają. Plotkowali, że Martina przyszli zabrać, ale wyszli podobno bez niego… Wściekli byli — dodała.

— Doskonale. — Uśmiechnęłam się szeroko. Oznaczała to tylko tyle, że Martin odparł kolejny cios Rady, to najlepsza wiadomość, jaką mogłam dostać.

— Był boski, taki straszny, a jednak boski. — Rozmarzyła się Nicola.

— Uspokój się! — warknęłam na nią. Za każdym razem, gdy jakiś ważniak przychodził „z góry”, to wszystkie piały mimo, że na większość nawet nie dało się patrzeć.

— Nie każdy może mieć szansę na bycie dziewczyną przewodniczącego — powiedziała z wyrzutem.

— Nie kłóćcie się, tylko chodźmy, bo się spóźnimy na ogłoszenie wyników. — Zażegnała spór Emma.

Wyszłyśmy na zewnątrz, gdy nagle dopadła nas Luna.

— Pośpieszcie się, jest zadyma — wydyszała, po czym puściła się biegiem z powrotem, a my za nią, choć na tych wysokich obcasach było to trudne. Przedzierałyśmy się przez tłum, by dojrzeć centrum zdarzenia.

— Jakiś koleś przyszedł i powiedzieli, że on będzie przewodniczącym, więc możemy wracać do domów — zaczął relacjonować Carol, kolega z tej samej klasy, w którym od dawna bujała się Emma, tylko nie miała odwagi nic z tym zrobić.

— Co za absurd. — Pokręciłam głową, a chłopak pomógł nam przejść tak, byśmy były bliżej. Wylądowałam obok Vina, który stał z dwoma innymi kandydatami na przewodniczącego.

— Konkurs jest od wyboru przewodniczącego — burknął Vincent.

— Te dzieci nic nie rozumieją. — Zaśmiał się osiłek, którego widziałam pierwszy raz.

Byli też wśród tej ekipy Clara, Jack i Nathaniel, uczniowie naszej szkoły, a z Nathem to mimo, że nie rozmawiałam za bardzo, chodziłam do jednej klasy. Chłopaka obok niego jednak w ogóle nie znałam. Wysoki brunet, którego niektóre pasemka i końcówki włosów miały jaśniejszą barwę, zimnego blondu. Jego lodowato błękitne, niemal białe tęczówki wywoływały ciarki na plecach. Ubrany był w koszulę, ciemne spodnie, ale w połączeniu z płaszczem przed kolana, wyglądał jakoś upiornie. Nie wiem jednak, jak Nicola mogła uznać go za przystojnego, bo dla mnie to było wielu dużo przystojniejszych facetów nawet wśród uczniów, a co dopiero poza murami uczelni.

— Decyzja została zatwierdzona przez dyrektora, koniec zabawy — wtrąciła się Clara.

— To wbrew zasadom! — krzyknęła Emma.

— Zabierajmy się z tego placu zabaw — mruknął nagle ten osiłek.

— Jestem za — poparł go Jack.

„Upiorny chłopak” jednak przyglądał się wszystkim z lekkim rozbawieniem, ale w końcu wzruszył tylko ramionami, szepcząc coś do Nathaniela.

— Odpuście sobie — wyszeptała do nas Luna. — To Dorian. Nie wchodźcie mu w drogę — dodała przejęta.

— Dorian? — wtrącił się Olaf, jeden z Czystych.

Nie przepadaliśmy za sobą, ale w drogę też sobie nie wchodziliśmy, choć niejednokrotnie obrzucił mnie chamskim spojrzeniem lub jakimiś rasistowskimi tekstami o „Brudasach”(tak nazywali nas Czyści).

— To macie przerąbane, jeżeli został przewodniczącym… Wasze życie stanie się piekłem, panienki. — Roześmiał się gromkim śmiechem, po czym zaczął informować innych swoich pobratymców, którzy zaczynali milknąć, choć jeszcze przed chwilą byli niezadowoleni z potajemnych wyborów przewodniczącego.

Sam Dorian wydał się znudzony całą sytuacją, więc odwrócił się, idąc w swoją stronę. Bawiący się butelką wody osiłek poszedł za nim.

— Tylko tchórze tak wygrywają!! — krzyknęła za nimi Emma i byłam bardzo dumna z przyjaciółki. Powiedziała to, co myśleli wszyscy. Uczniowie poświęcili mnóstwo godzin na przygotowania do tego dnia. Kandydaci trenowali cały rok, a ten przyszedł nie wiadomo stąd i chce się rządzić.

— Dorian! — Nathaniel położył mu rękę na klatce piersiowej, ale chłopak spojrzał na niego obojętnie, po czym wrócił się do nas. Stał może z dziesięć metrów ode mnie i reszty naszej paczki.

— Ja się was boję? — spytał złowieszczo, aż ciarki przeszły mi po plecach. Nie wiedziałam, stąd ten idiotyczny strach, w końcu tylu silnych Wybrańców było dookoła mnie. — Myślicie, że mnie w którejkolwiek konkurencji pokonacie?

— Odpuście — błagała przerażona Luna.

— Możesz mieć sporą wiedzę i nieprzeciętne umiejętności, ale my się tu o siebie troszczymy. Przewodniczący musi dbać o resztę… — odpowiedziałam na jego pytania. — Poza tym musisz się bać, skoro nie stanąłeś do konkursu…

— Nathaniel. — Chłopak zdjął swój płaszcz, podając go chyba swojemu przyjacielowi, a przynajmniej wyglądali na przyjaciół. Jednocześnie dostrzegłam błyszczący metal w jednej z kieszeni, ale nie byłam w stanie stwierdzić, co to dokładnie jest.

— Dorian, nie mają szans… — mruknął do niego Nath, czym uraził Vincenta, który zacisnął ręce w pięści.

— Wiem. — Dorian uśmiechnął się do swoich ludzi.

— To po co to wszystko? — spytał go Nathaniel, gdy chłopak wyjął zza paska sztylet ze zdobioną rękojeścią i zamkniętą brzytwę, po czym schylił się, odpinając pasek na łydce, na którym znajdował się niewielki nożyk. Podał wszystko Clarze, która patrzyła na niego z fascynacją w oczach.

— Nikt nie będzie mnie nazywał tchórzem. — Dorian spojrzał pewnie na swojego kumpla. — Zejdź mi z drogi, Nathanielu — dodał chłodno i po chwili chłopak naprawdę odpuścił, schodząc na bok.

— Zobaczymy, co ten ważniak potrafi — rzucił do mnie Vincent.

Byłam pewna, że dadzą sobie z nim radę, jest ich trzech, a on jeden. Może i być synem samego Guru, ale tutaj obnażymy wszystkie jego wady. Musiał jakieś mieć, czyż nie?

— Troszczycie się o siebie, tak? — Dorian przeciął cały dziedziniec na wskroś, wszyscy schodzili mu z drogi, gdy zmierzał na środek naszej areny, która powstała na potrzeby tego konkursu. Panoszył się tutaj jak król, jakby to wszystko należało do niego. Poza tym roztaczał wokół siebie dziwną aurę, wszyscy poczuwali się, by mu ustępować, a ja tego nie rozumiałam.

— To będzie dopiero pokaz. — Zatarł ręce Olaf. Spojrzałam na niego gniewnie, a on dodał: — Pożałujecie, że nie trzymaliście mordy w kuble…

— Jednodniowa gwiazdka — prychnęła Emma, gdy Vin z resztą kandydatów podszedł do niego bliżej bez cienia zawahania czy strachu.

— Troska, altruizm kończy się tam, gdzie zaczyna się instynkt i chęć przetrwania — oznajmił Dorian.

Zaczęłam się zastanawiać, jaką Dorian posiada umiejętność, ale szybko zaspokoił moją ciekawość, gdy cała woda z sadzawki zniknęła w mgnieniu oka. Pomyślałam sobie, że dobra nasza, bo Vincent bardzo dobrze panował nad ogniem.

— Chcesz walczyć? Zgoda — odezwał się Chris, który był głównym rywalem Vincenta.

— Ja? Dyrektor nie chciałby tutaj trupów pierwszego dnia. — Zaśmiał się, a wraz z nim jego cała ekipa, z wyjątkiem Nathaniela, który nie był zadowolony z całej sytuacji. — Wy będziecie walczyć między sobą…

— Ciekawe, jak zamierzasz nas do tego zmusić? — Vin skrzyżował ręce na wysokości klatki piersiowej.

— Teo — Dorian krzyknął do swojego pomagiera, który rzucił w jego stronę butelkę wody.

— Co on zamierza zrobić? — spytała zdziwiona Nicola.

— Nieważne, nasi chłopcy dadzą sobie z nim radę — mruknęła stanowczo Emma.

— Ale wy jesteście ograniczone — burknął Olaf, który siedział na wysokim murku, obserwując wszystko z góry. — To najmłodszy członek Rady, na piękne oczy tam się nie dostał. O nim chodzą takie legendy, że nawet jakby jeden procent miał być prawdą, to powinniście się obawiać o życie waszych chłopców…

— Zamknij się już. — Spojrzałam na niego gniewnie, po czym przeniosłam wzrok na Doriana.

Podrzucał butelkę do góry, wolnym krokiem zmierzając z powrotem do swoich znajomych. Wszyscy przyglądali mu się uważnie i nikt się nie odzywał, można było usłyszeć bicie poszczególnych serc. Nim jednak doszedł do przyjaciół, Vin i reszta chłopaków upadła na kolana. Przyglądałam się im przerażona i zdezorientowana. Dopiero po chwili zobaczyłam na ich twarzach strugi potu. Momentalnie wytracali całą wodę z organizmów. To było nieprawdopodobne. Wszyscy profesorowie przeczyli teorii, że można zawładnąć tym żywiołem w taki sposób, by wpływać na płyny w organizmie. Uważali, iż w historii zdarzał się taki talent bardzo rzadko, mniej więcej jeden na pięćdziesiąt tysięcy Wybrańców.

— Igrzyska czas zacząć — Dorian mruknął ze złośliwym uśmiechem, rzucając butelkę wody w stronę chłopaków.

Wszyscy trzej rzucili się na nią, bijąc się i szarpiąc. Może nie byłoby to nic tak groźnego, gdyby nie zaczęli używać wobec siebie darów tylko po to, by dostać się do tej butelki. Na co dzień znali się i szanowali, teraz zachowywali się jak zwierzęta walczące o jedzenie po tygodniowej głodówce.

— Dość tego! — Nie wytrzymałam, ruszając w stronę Doriana. — Stój — warknęłam, gdy odchodził. Szybko jednak znalazłam się na ziemi. Clara podstawiła mi niespodziewanie nogę i jak długa leżałam na ziemi z pozdzieraną skórą na dłoniach.

— Co to?

Usłyszałam głos Doriana, gdy starałam wstać.

— Twoja zastępczyni — odpowiedział jej Nathaniel.

— Rozumiem — prychnął kpiarsko.

Podniosłam na niego wrogie spojrzenie. Nie przejął się, podszedł do mnie, nachylając się. Nim cokolwiek powiedział, usłyszeliśmy krzyk Chrisa, więc szybko się odwróciłam w tamtą stronę. Vin stał mu na nodze, nie trudno było się domyślić, że właśnie ją złamał.

— To potworne — wyszeptałam cicho.

— Tyle znaczy troska — powiedział wyniośle Dorian. — A wy jak przestaniecie piszczeć jak szczeniaki, a zaczniecie szczekać jak dorosłe psy, to wtedy się do mnie odezwijcie — dodał, odchodząc.

— Co z nimi? — spytałam, podnosząc się.

Niech już skończy ten morderczy pojedynek między chłopakami, bo nie mogłam na to patrzeć. Spojrzał na mnie przez ramię, gdy klęczałam, strzepując ziemię z rąk. Wzruszył ramionami, idąc dalej. Po kilku krokach pstryknął palcami, nie zatrzymując się jednak. W tej samej chwili wodą napełniła się sadzawka, do której trzech chłopaków momentalnie wpadło, pochłaniając zbawienne krople płynu.

— Nic ci nie jest? — spytała mnie Emma, gdy wraz z Nicolą podniosły mnie z ziemi.

— Dalej jest taki cudowny?! — prychnęłam na Nicolę, która spuściła głowę.

— Mówiłem? — Przechodził obok nas Olaf. — Dorian już cię nauczy pokory, piękne marzenia o rządzeniu możesz zakopać głęboko pod ziemię. — Roześmiał się, znikając we wnętrzu budynku.

— Co teraz? — wyszeptała zrezygnowana Emma.

— Nic, przecież nie będzie walczył z całą szkołą, będzie musiał odpuścić — burknęłam nieśmiało. Okej, poczuł się urażony, ale przecież nie może z nami wszystkimi walczyć. Jest nas więcej i będzie musiał nasze zdanie brać pod uwagę, nie ma innej opcji.

— Niepotrzebnie rozpoczęłaś z nim wojnę — powiedziała cichutko Luna.

— Nie bój się, nie może wprowadzić tutaj dyktatury! — wyznałam pewnie.

— Może i skorzysta z tego prawa, zaufaj mi. Im bardziej będziesz z nim walczyła, tym gorzej — oznajmiła Luna, po czym nie czekając na moją odpowiedź, odeszła.

Rozdział III

Nie powiem, ale mroźne krańce terytorium Federacji Rosyjskiej były naprawdę trudnym terenem do poszukiwań. Nathanielowi z dużo większą łatwością przychodziło lokalizowanie skazańców, gdy ziemia nie była tak zmrożona. Stanęliśmy na jakiś polu, gdzie koszmarnie wiał wiatr. Potarłem rękę o rękę, patrząc z grymasem na Clarę.

— Staram się to ogarnąć — mruknęła przepraszająco.

— Łby nam pourywa ten wiatr, zanim się zbierzesz — prychnąłem rozczarowany. — Nie zamierzam tu spędzić całego miesiąca, Nath.

— Zdaje mi się, że to będzie tamta rudera. — Wskazał na rozwalający się drewniany dom.

— To samo słyszałem ostatnio — burknąłem, idąc we wskazanym kierunku.

Wsadziłem ręce do kieszeni, bo całe mi już skostniały od tego mrozu. Jack bez słowa szedł obok mnie. Widziałem strach w jego oczach. Musiałem to zmienić, Jack nie mógł się bać wykonywania wyroków. Rozumiem, że jest wrażliwy, ale przyjmując go pytałem, czy jest pewien. Był, to teraz nie ma już odwrotu.

Ktoś biegał po domu, więc przycisnąłem Jacka do jednej ze ścian budynku. Chciał coś powiedzieć, ale pokręciłem głową, więc czekał w milczeniu. Po chwili z torbą wybiegła dziewczyna, którą złapałem, ciągnąc znów do domu. Wyszarpnęła się, ale w drzwiach stała już Clara z Teo, a Nathaniel wskoczył przez jedyne okno. Dziewczyna chciała wbiec na górne piętro, ale Jack szybko schody zamienił w kontrolowany pożar. Spadła z nich przestraszona. Próbowała walczyć, wykorzystując swój dar, ale była zbyt przerażona i słaba, by mogło zrobić to na nas wrażenie.

— Zgodnie z prawem Wybrańców zostałaś skazana na śmierć za wykorzystanie daru danego od żywiołów w celu skrzywdzenia ludzi — odezwał się Teo.

— Nie miałam o tym pojęcia. — Pokręciła głową. — Oni tyle lat się ze mnie śmiali, chciałam sprawiedliwości.

— Misją naszą jest chronienie ludzi, tak nakazały nam żywioły. Jest to prawo, które bezwzględnie należy przestrzegać — odpowiedziałem jej stanowczo, podchodząc do Nathaniela. — Nie ma usprawiedliwienia dla takiego czynu, a ja nie dopatrzyłem się żadnych łagodzących okoliczności.

— Błagam. — Rozpłakała się, gdy Teo związał jej ręce. Stała pod ścianą w bezruchu.

— Kończmy to. — Nathaniel wyciągnął z kabury swój pistolet, choć może raczej rewolwer, chyba miał słabość do starej, zabytkowej broni palnej. Ja wolałem bezpośredni kontakt i moje zabawki mi w zupełności wystarczały.

— Czekaj. — Opuściłem jego broń. — Jack, twoja kolej. — Spojrzałem na chłopaka. Widziałem jak patrzy na tą czternastoletnią dziewczynę i musiałem to skończyć, nie mógł się litować nad skazańcami, tylko dlatego że są młodzi. Złamali najważniejsze nasze prawo i niestety nie było innego wyjścia jak odebrać im życie.

— Nie dam sobie rady swoją mocą… — Pokręcił nerwowo głową.

Nathaniel chciał mu podać broń, więc młody podszedł do nas.

— Masz. — Wyciągnąłem swój sztylet, niemal wkładając mu w rękę. — Do roboty — dodałem rozkazująco. Wziął głęboki wdech i ruszył w jej stronę.

— Znęcasz się nad nim — wyszeptał do mnie Nathaniel.

— A chcesz opłakiwać go, gdy kiedyś zabije go jakiś nastolatek tylko dlatego, że nie nauczyliśmy go zabijać? Albo zaatakuje pierwszy, albo zginie. — Przeniosłem na niego wzrok.

— On ma trzynaście lat. — Zacisnął mocniej szczękę.

— A ja chcę, by dożył naszego wieku — burknąłem cicho.

— Nie mogę — wykrztusił Jack, stojąc przy dziewczynie.

— Ja to zrobię — powiedziała nagle Clara.

— Stój, gdzie stoisz — warknąłem na nią, obrzucając ją lodowatym spojrzeniem. Wziąłem od Nathaniela broń i podszedłem do Jacka. — Nie możesz jej zabić? — spytałem go jadowicie, wymierzając w dziewczynę.

— Nie potrafię. — Pokręcił głową.

— Spójrz mi w oczy jak do mnie mówisz! — syknąłem, a on podniósł na mnie spojrzenie. Dziewczyna chciała uciec, ale pchnąłem ją znów pod ścianę. — Nie możesz?

— Ja… — Spojrzał na mnie jak ofiara błagająca o litość. — Nie potrafię. — Westchnął ciężko.

— W takim razie nie jesteś mi do niczego potrzebny — Wymierzyłem teraz w niego.

— Dorian! — krzyknęła Clara.

— Zamknij się. — Nawet nie zaszczyciłem jej spojrzeniem. Wystrzeliłem pierwszy nabój w ścianę, zarówno on jak i dziewczyna wzdrygnęli się. — Liczę do trzech, albo ją zabijesz, albo ja zabiję ciebie. Wybór jest prosty.

— Ale… — Spojrzał na mnie przerażony.

— Nie możesz mieć wątpliwości — odpowiedziałem mu okrutnie. — Raz…

— Dorian to nie jest metoda — wtrącił się Teo.

— Dwa — powiedziałem, nie przejmując się komentarzami, wciąż celowałem w Jacka. — Decyduj się, Jack, bo ja się nie zawaham — dodałem stanowczo.

— To nie ma sensu… — rzuciła zrozpaczona Clara.

Ja jednak patrzyłem bez mrugnięcia okiem na Jacka.

— Trzy — podniosłem ton głosu, a w tym samym momencie Jack wbił sztylet w jej klatkę piersiową, idealnie w serce. Nie wiem jak to zrobił, bo zupełnie na nią na patrzył.

Podniosłem rewolwer tak, że lufa była skierowana do góry. Byłem z niego dumny mimo, że teraz ryczał jak małe dziecko. Podałem broń Nathanielowi, który z całą pewnością nie popierał moich metod. Wróciłem do Jacka, wyciągając ostrze z ciała dziewczyny.

— Idziemy — zadecydowałem, wychodząc z rudery.

Wszyscy milczeli całą drogę na dworzec, z którego przez Polskę mieliśmy dostać się do Niemiec, a później do Wielkiej Brytanii. Oczywiście moglibyśmy polecieć samolotem, tylko utrudnienie stanowiła broń, więc wybieraliśmy głównie drogi lądowe.

— Dorian — mruknęła do mnie Clara, gdy zostaliśmy sami w przedziale pociągu.

— Nie wolno ci kwestionować moich rozkazów. — Podniosłem na nią spojrzenie.

— Wiem, przepraszam — skinęła nieśmiało. — Jack jest jednym z nas… Nie mogę uwierzyć, że byłeś gotowy go zabić.

— Nie wybrałem za was, każde miało wolną wolę i sami podjęliście decyzję o takim życiu — oznajmiłem spokojnie. — Jack musiał się odważyć, by nie być dla was ciężarem.

— Skąd wiedziałeś? — spytała nagle. — Mógł się nie przełamać.

— Mógł, ale Jack nie ma niczego poza Czarnymi Krukami, dlatego bardzo wierzyłem, że da radę. — Wzruszyłem ramionami. Nie chciałem więcej jej opowiadać i na szczęście o nic nie pytała.

Jack po każdym zakończeniu kolejnego roku na uczelni wraca na okres wakacyjny do sierocińca. Nie użalam się nad nim. Zarówno ja jak i Nathaniel nie mamy już rodziców, ale znaliśmy ich, wiemy kim byli, jak wyglądali… Jack nie ma pojęcia, stąd pochodzi, całe życie spędził za murami sierocińca w Stolicy i nikt nie umie udzielić mu jakichkolwiek informacji o jego rodzinie. Nie wiadomo, czy jest Czystym, ale tak się zakłada, biorąc pod uwagę, iż od noworodka się tutaj wychowuje. Żadne Brudasy nie miały wstępu tutaj trzynaście lat temu, więc prawdopodobieństwo, że jest jednym z nich, jest znikome. Świetnie włada też żywiołem, a to również cecha Czystych. Może mógłbym być dla niego miły i przygarnąć go pod swój dach, zamiast pozwalać na jego powroty do sierocińca, ale nie chciałem, by się do mnie przyzwyczajał. Byłem jego dowódcą i tak powinno zostać. Za kilka lat załatwi mu się jakiś dom, ale teraz musiał się ktoś nim opiekować.

— Kto dzwoni? — spytała mnie, gdy oboje usłyszeliśmy dzwonek mojego telefonu.

— Czego? — Odebrałem niechętnie, nie odpowiadając jej na pytanie.

— Może będziesz grzeczniejszy? Jestem twoim dyrektorem — Odchrząknął Martin.

— Jesteś dyrektorem mojej szkoły, ale winien szacunku ci nie jestem — odrzekłem lodowato. — Czego chcesz?

— Jeżeli nie znajdziesz się w przyszłym tygodniu na uczelni, to cię wyrzucę, mam takie prawo — oznajmił stanowczo.

— Żarty sobie ze mnie robisz?! Nie jestem na wakacjach! Ciężko pracuję na rzecz państwa! — warknąłem do telefonu.

— Twoja obecność na uczelni to twój dyplom, sam zadecyduj — odparł i mogłem przysiąc, że bawiła go ta sytuacja. Nathaniel czasami i miesiąc nie pokazuje się na uczelni, a nie słyszałem, by miał jakiekolwiek z tego tytułu konsekwencje. Martin po prostu wykorzystuje okazję, że ma nade mną władzę.

— Posłuchaj mnie… Wiesz, czym się zajmuję… Twoja niedzielna szkółka to przy tym nic — wycedziłem lodowato.

— Nikt ci nie każe ubiegać się o fotel dyrektora, wciąż możesz zajmować się swoimi sprawami i nie zawracać sobie głowy zajęciami — oświadczył wyniośle, a ja się rozłączyłem.

— Niech go szlag trafi — warknąłem, chowając telefon do kieszeni. — Ani jednego pieprzonego słowa. — Spojrzałem surowo na Clarę, która z trudem powstrzymywała uśmiech.

*

Szłam na zajęcia, zastanawiając się, czy w ogóle strach przed Dorianem nie był przesadą. Minął miesiąc od zajścia na dziedzińcu, a chłopak nawet się nie pokazał. W sumie niczego nie mogłam bez niego zmienić w regulaminie uczelni, ale jest to lepsze niż gdyby on miał sam coś zarządzać. Weszłam do sporej sali sportowej, gdzie mieliśmy różne zajęcia ze sprawności fizycznej. Emma z Carolem stali i rozmawiali, więc nie chciałam im przeszkadzać, bo rzadko się odważali na przebywanie sam na sam.

— Ładna z nich parka, co? — Zaszedł mnie od tyłu Vin.

— Też tak myślę — odpowiedziałam, po tym jak pocałował mnie w policzek na przywitanie. — Gotowa na ćwiczenia?

— Wiesz, że to nieliczne zajęcia, na których mogę się wykazać. Udawaj dziś niedysponowanie, a będę najlepsza — oznajmiłam wesoło.

— Nie wątpię w to, ale nie może ci zwycięstwo przyjść za łatwo, bo nie będzie cię cieszyło. — Przypomniał mi moje słowa.

— Pamiętasz. — Uśmiechnęłam się promiennie. Boże, jak on mi się podobał. Piękne kasztanowe loczki, wysoki, dobrze zbudowany i miał taką żywiołowość w swoich czarnych oczach. Jeżeli do tej pory nie przekonał was ten opis, to dodam, że ma wspaniały uśmiech, który rozchmurzy mnie nawet w najgorszym dniu życia.

— Moim hobby jest zapamiętywanie tego, co mówisz — odpowiedział, na co zarumieniłam się lekko.

— Cześć, panienki. — Wszedł na salę Olaf, psując romantyczną atmosferę. — Witam, niedoszły przywódco. — Spojrzał lekceważąco na Vincenta.

— Masz do mnie jakiś problem, kruszyno? — Vin od razu podszedł do niego bojowo nastawiony. Chłopak stał jednak niezbyt wzruszony. Olafa naprawdę trudno było przestraszyć, mimo że był dwa razy mniej umięśniony niż Vincent.

— Trzymaj łapy z dala od Czystych, Brudasie.

W drzwiach stał Dorian z Nathanielem. Obaj wyglądali jak po całonocnej imprezie. Ubrani byli w ciemne bluzy, Dorian miał kaptur naciągnięty na głowę, więc widać było tylko jego przeraźliwe oczy. Vincent przeniósł na niego spojrzenie, ale chłopak niewzruszony poszedł z przyjacielem w przeciwległy kąt sali. Jego pojawienie się wywołało niemałe poruszenie, jedni się nim zachwycali, drudzy klęli pod nosem.

— Witam, wszystkich. — pan Tomson energicznie zamknął drzwi od sali, przesuwając zasuwę zamka, by nikt więcej nie mógł już wejść. Zawołał nas bliżej do siebie i oczywiście wszyscy wykonali polecenie oprócz Doriana, który dalej gadał z Nathanielem. Nauczyciel szybko przeszedł do autoprezentacji własnej osoby i krótkiej charakterystyki przedmiotu, nie przejmując się ich niesubordynacją.

— Wiesz, co mówią o Dorianie? — zagadał do mnie Olaf, co nie spodobało się Vincentowi, ale nie odezwał się. — Podobno usłał świat większą ilością trupów niż uczelnia liczy uczniów.

— Wierz w plotki, daleko zajedziesz — burknął Vin.

— Mówią też, że jest najemcą samej Rady, która się go boi, więc może robić, co mu się żywnie podoba — wtrącił Carol.

Spojrzałam na niego oburzona, bo rozgłaszał straszne głupoty. Ten chłopak miał ze dwadzieścia kilka lat i z całą pewnością połowa tych historii jak nie wszystkie, to stek bzdur, w które wszyscy chcieli najwidoczniej wierzyć.

— Czemu nie. — Wzruszył ramionami Olaf. — W końcu jakoś się wkupił i został członkiem Rady.

— Mówią, że jest ulubieńcem Bóstwa Wody — odezwał się kumpel Olafa, Frederick. — Woda nie miała ulubieńca od pół wieku, a ostatnim był dziadek Doriana.

— Zamkniecie się w końcu?! — syknął na nich Vincent.

— Może ty już wiesz, jakie są zasady zaliczenia tego przedmiotu? — spytał go nagle nauczyciel.

— Przepraszam. — Odchrząknął Vin. — Nie, nie wiem.

— To posłuchaj. — pan Tomson pokręcił niezadowolony głową. — Wiem, że macie serdecznie gdzieś mój przedmiot, dlatego z panią Field ustaliłem nowe zasady, tak, to pani od religioznawstwa.

— O kurde, podobno nie da się u niej zaliczyć egzaminu na farcie. Ciężko jest nawet zdać za trzecim i czwartym razem… Kobieta brzytwa, a i przedmiot nudny — wyszeptała do mnie Emma.

— Pewnie wiecie, że to najtrudniejszy przedmiot w tym semestrze, dlatego mam dla was świetną motywację, by udzielać się na moich zajęciach… Są trzy testy, a każdy zwycięzca danej konkurencji będzie zwolniony z egzaminu z religioznawstwa — zaczął Tomson, a wszyscy zaczęli spoglądać po sobie z uśmiechami na twarzach. Dorian z Nathanielem oczywiście nie zaliczali się do „wszystkich”, oni w ogóle wyglądali, jakby nie byli zainteresowani zajęciami. –Wytrzymałościowy, bieg na dwadzieścia kilometrów, niezależnie od płci. Wybaczcie, drogie panie.

— Mimo wszystko to może być twój konik. — Spojrzał na mnie z uśmiechem Vincent.

— Drugi test to szybkość, sto metrów w jak najkrótszym czasie, W ten sposób mamy już dwie osoby zwolnione z egzaminu z religioznawstwa, brzmi nieźle, prawda? — Uśmiechnął się do nas, a każdy pokiwał z zadowoleniem głową.

— A ostatni test? — spytał Carol. Mężczyzna poszedł w głąb sali, a my za nim.

— Celność… jeden strzał może wam zagwarantować… — zaczął, ale nie udało mu się dokończyć myśli. Nim zdążył wskazać na tarcze, już tkwił w niej nóż. Wszyscy zamilkli, nawet sam pan Tomson. — Trzeba z odpowiedniej odległości wcelować najlepiej w środek… — dokończył cicho.

Każdy patrzył się po sobie, ale szybko doszło do nas, kto jest autorem tego pięknego rzutu. Spojrzeliśmy na niego, ale on całą grupę obrzucił obojętnym spojrzeniem i znów wrócił do rozmowy z Nathanielem.

— Widzieliście to? — tym razem nawet Emma nie ukryła podziwu w głosie.

Fenomenalne. To było ponad dwadzieścia metrów od tarczy, a wcelował centralnie w środek, sam Tomson podszedł, by wyciągnąć nóż, bo nie mógł w to uwierzyć. Całe zajęcia zachowywał się, jakby miał wszystko gdzieś i bez najmniejszego przygotowania udało mu się coś takiego… Zaczynałam wierzyć w plotki o najemniku, zresztą czemu ten chłopak ciągle w szkole ma przy sobie broń?!

— Kto to rzucił? — spytał nagle Tomson, wracając do nas z błyszczącym nożem.

— Ja — odezwał się, nie ściągając kaptura z głowy. — Powtórzę to setki razy, jeżeli pan nie wierzy…

— Ciebie nie kojarzę — oznajmił mężczyzna. — Z całą pewnością jesteś nowy, bo nikt nie wykazuje tu zaangażowania.

— Na uczelni ogólnie nikt nie wykazuje zaangażowania, dlatego obecność tutaj mnie mocno irytuje, jeżeli miałbym być szczery. — Odepchnął się od ściany, odsłaniając twarz.

— Och, to ty. — Zdziwił się nauczyciel, podchodząc do niego i oddając mu nóż. — Miło cię tu gościć.

— Zabawnie to brzmi, zważywszy na okoliczności… Kim jesteś, by mówić do mnie takie rzeczy, co? — odpowiedział mu lodowato.

Nie bardzo wiedziałam, o co mu chodzi, ale nie zamierzałam się odzywać. Zdenerwowało mnie jednak jego zachowanie, jeżeli jest taki niezadowolony z egzystencji tu, to nikt mu nie każe tu być. Może jeszcze dzisiaj wrócić tam, skąd przyszedł.

— Jesteś zwolniony jednocześnie z tego przedmiotu jak i z religioznawstwa — przyznał nagle Tomson, nie komentując jego słów, co wydawało mi się niezrozumiałe. Mężczyzna nie był skory do popuszczania ludziom, a co dopiero uczniom, którzy wykazywali brak szacunku do jego osoby. — Chyba że ktoś okaże się równy tobie, wtedy będzie dogrywka.

— Bez obaw, nie stanie się to. — Schował nóż za pasek od spodni i wyszedł z sali.

— Wy też możecie już iść — zwrócił się do nas Tomson i nie dało się nie zauważyć jego rozkojarzenia. Spotkanie z Dorianem najwyraźniej i na kadrze nauczycielskiej pozostawiało piętno. Był jak bluszcz, który niszczył wszystko, na co się natknął i coś czułam, że to dopiero początek problemów.

— Leyla… — zaczął nagle Vincent.

— Zaraz — burknęłam, wybiegając za Dorianem. — Poczekaj…

— Nie mam czasu. — Nawet nie spojrzał w moją stronę.

— Ej! — Złapałam go za rękę, wyszarpnął się momentalnie, patrząc na mnie w taki sposób, jakby miał mnie zabić wzrokiem. Spięłam się w sobie, czekając niemal na atak z jego strony. Ten chłopak z całą pewnością budził lęk i teraz to w pełni dostrzegłam. Czułam się przy nim jak ofiara, która musi walczyć o przetrwanie.

— Nigdy więcej tego nie rób — syknął na mnie lodowato.

— Nie było cię cały miesiąc, więc rozumiem, że nie masz pojęcia o zasadach tu panujących — zaczęłam pewnie.

— Nie i szczerze mam to gdzieś… — powiedział szorstko. — Jeżeli to wszystko, to możesz spadać…

— Ta szkoła nie jest obowiązkowa dla takich jak ty. Nie musisz tu przychodzić, wyśmiewać nas, poniżać naszych nauczycieli… Możesz imprezować całe życie, w końcu tobie stąd wolno wychodzić, a nam nie… — oznajmiłam stanowczo.

— Będę robił tu, co mi się żywnie podoba. Będę przychodził tu skacowany i totalnie pijany, panienko — zaczął, podchodząc do mnie śmiało. — Nie zabroni mi tego Martin, a co dopiero taka karykatura Wybrańca jak ty…

— Jesteś tu, by się nad nami pastwić? — spytałam, przełykając głośno ślinę.

— Nie, jestem tu, bo ta szkoła należy do mnie, a przez koszmarną pomyłkę trafiła w ręce takiego idioty jak Martin i straciła całą renomę. Na szczęście odzyska ją wkrótce pod moim przywództwem… — wycedził lodowato. Rozumiałam, że „odzyskanie renomy” oznaczało tyle, co wyrzucenie stąd Nieczystych.

— Nie masz prawa tak mówić o Martinie… — Spojrzałam na niego gniewnie.

— Co ci do niego? — Zmrużył groźnie oczy.

— Jest jego pupilkiem — odpowiedział za mnie Nathaniel. — Spadamy? — spytał przyjaciela.

— Jasne. — Odwrócił się i poszedł w swoją stronę.

Chwilę stałam w bezruchu, zastanawiając się, czemu sądził, że należy mu się władza w tej szkole.

— Kto był dyrektorem przed Martinem? — spytałam beznamiętnie Emmę, gdy do mnie podeszła.

— Skąd to pytanie? — Zdziwiła się. — Wszystko w porządku?

— Wiesz, kto był poprzednim dyrektorem? — Przeniosłam na nią spojrzenie.

— Ludwik. — Nachylił się nad nią Olaf. — Brat obecnego dyrektora. — Uśmiechał się szyderczo.

— Twój znajomy, że się tak szczerzysz? — prychnęła niezadowolona Emma.

— Chciałbym, nie powiem. — Pokręcił lekko głową, splatając ręce z tyłu. — Niestety, nie spotkałem go, zginął wiele lat temu…

— Ciekawe, skąd ty to wiesz? — Przyjrzałam mu się uważnie.

— Dużo czytam, słucham i łapię informacje, bo mam ciekawsze rzeczy do roboty niż marnowanie czasu na zdobywanie serca przyszłego przewodniczącego, który w końcu nim nie został… — Roześmiał się, idąc przed siebie.

— Dupek z ciebie, Olaf! — warknęła Emma. — O co chodzi z tym byłym dyrektorem? — Spojrzała na mnie.

— Nie wiem, Dorian powiedział, że ta szkoła należy do niego. — Wzruszyłam ramionami.

— Gada trzy po trzy. Trzymaj się od niego z daleka. Ten świr ma ze sobą zestaw noży. — Pokręciła niedowierzając głową.

— Nie da mi spokoju ten były dyrektor. — Ruszyłyśmy przed siebie, ale nagle na naszych ramionach uwiesił się Carol.

— Co was tak zasmuciło? Pokaz Doriana? — spytał z uśmiechem.

— Nie jesteśmy smutne, tylko myślimy, kto był dyrektorem przed Martinem — burknęła zamyślona Emma.

— Ludwik, brat Martina i ojciec Doriana — odpowiedział lekko, więc zatrzymałyśmy się, jakby nagle strzelił nas piorun. — No co? Każdy to wie… — Roześmiał się.

Co ja robiłam przez te wszystkie semestry na uczelni, skoro o niczym nie mam pojęcia?! Znałam się z Martinem tyle lat i wydawało mi się, iż wiem o nim wszystko. Teraz już rozumiałam, czemu nie chciał walczyć ze swoim konkurentem o stanowisko dyrektora… Nie umiał stanąć w walce przeciwko własnemu bratankowi. Zastanawiałam się tylko, czemu Martin nigdy nie wspomniał o Dorianie, zwłaszcza że wielokrotnie rozmawialiśmy o jego nieżyjącym bracie. Miałam złe przeczucia… Skoro Dorian uważał, iż ta uczelnia mu się należy, to na pewno będzie chciał to zaznaczać na każdym kroku. Zaczynałam naprawdę bać się tego ostatniego roku…

Rozdział IV

Wpadłem z Teo na te pseudo obrady samorządu. Szczerze to nie miałem na tą zabawę zbytnio ochoty, ale przez ten tydzień zdążyło mnie już mnóstwo rzeczy zirytować, więc trzeba było je pozmieniać. Usiadłem za ręcznie rzeźbionym mahoniowym biurkiem na podwyższeniu. Teo stanął za mną. Wszyscy gapili się z niezbyt zadowolonymi minami, ale spodziewałem się, że zaraz popsuję im humor jeszcze bardziej. Ten bordowy pudel siedział i rozmawiał z resztą tego zajebistego samorządu, który liczył całe pięć osób, w tym tego chłopaka z mojego roku, Olafa, ale nie byłem pewien czy tak się nazywał.

— Kim jest ten koleś? — odezwał się blondyn z tej grupki kurcząt, które siedziały w kupie, jakbym miał do nich zaraz zacząć strzelać. Nie mieli czego się bać, szkoda byłoby mi amunicji na te beztalencia.

— Jest twoim następcą w składzie tegorocznego samorządu. — Przeniosłem na niego niedbale spojrzenie, bawiąc się zapalniczką, którą dostałem od Luny. — Teo, wyjaśnij, bo najwyraźniej mówią zbyt dyplomatycznie — wyszeptałem do chłopaka.

— Wypieprzył cię i teraz ja jestem za ciebie — powiedział donośnie.

Chłopak wstał oburzony i trzaskając drzwiami, wyszedł. Bardziej przypominało mi to wyjście obrażonej panny niż osiemnastoletniego faceta, ale tutaj wszystko było na granicy komedii.

— Świetnie, że załatwiliśmy pierwszą sprawę — burknąłem do nich. — Czy ktoś ma jeszcze jakieś zażalenia? — spytałem retorycznie, niestety, to również nie zostało odebrane tak jak bym chciał.

Ten bordowy pudel, zwany zastępcą przewodniczącego, podszedł do mnie z jakimiś kartkami. Nie wiem, kto ją wybrał i jak to możliwe, że nikt nie chce jej zmienić od wielu lat. Mała, wystraszona dziewczynka, która uważa, iż może sobie rządzić, nie mając do tego żadnych predyspozycji.

— Nasze propozycje na ten rok — powiedziała wyniośle, podając mi kartki.

Przeglądałem je z coraz większym rozbawieniem, bo właśnie przekroczyliśmy granicę między powagą a parodią rzeczywistości. Żądali możliwości wychodzenia do Stolicy, przynajmniej dwa razy w miesiącu… Po cholerę niby Brudasy miały się plątać po ulicach? W sumie to nie byłoby takie głupie, pewnie mało by ich tu wróciło, bo Czyści już, by się nimi zajęli. Po drugie chcieli móc uczestniczyć w zajęciach z walk… No naprawdę, nic śmieszniejszego w życiu nie słyszałem. Oni ledwo, gdzieś w dwóch procentach, panowali nad swoimi umiejętnościami, a chcieli móc uczyć się wykorzystywania ich do walki?! Przeciętny, trenujący Czysty rozgromiłby ich w kilka minut, tak maksymalnie w pięć. No i ostatnie, najlepsze. Chcą mieć dostęp do ksiąg nieocenzurowanych, by „lepiej poznać historię i prawo”. Po moim trupie. To im w ogóle nie jest potrzebne, tam są też strategiczne informacje o naszej armii, systemie oraz kulturze, które nie powinny ich w ogóle interesować. Jeszcze wpadnie im do głowy dołączyć do rebeliantów, choć zapewne nawet i oni nie mieliby z nich pożytku.

— To wszystko? — Spojrzałem na nią rozbawiony, a ona przytaknęła głową. Zebrałem wszystkie te papiery i podpaliłem swoją zapalniczką. Pod koniec tego pięknego procesu spalania, zrzuciłem to na podłogę, gdzie Teo zgasił zgliszcza ich górnolotnych marzeń.

— Nie możesz tak. — Oburzyła się na mnie.

— Siadaj!! — burknąłem na nią, ale ta dalej stała przede mną jak kretynka. — Powiedziałem ci coś? — warknąłem na nią, wstając. Uparta jak krowa, ale najwyraźniej mój uroczy ton głosu ją zmotywował i poszła do reszty, która już nie siedziała, a stała, zabijając mnie wzrokiem, co mnie szczerze bawiło.

— Spokojnie — mruknął Teo, więc obrzuciłem go wrogim spojrzeniem. Przeniósł wzrok na grupę.

— Nie będzie żadnego dostępu do ksiąg, nie będzie żadnych walk i nie wyjdziecie na ulice Stolicy — powiedziałem dobitnie. — Dodatkowo zakazuję cotygodniowych imprez, dyskotek czy jak to kto nazywa dla wszystkich. To jest szkoła, a nie bar czy klub taneczny. Ponadto Czyści jak chcą się bawić, to wychodzą na miasto, cała… reszta siedzi od dziesiątej wieczorem w swoich pokojach, jak kogoś złapią moi protegowani, będzie miał nieprzyjemne konsekwencje… Poza tym nigdzie nikt nie napisał, że nadaje się Nieczystym status ucznia tej uczelni, jesteście niejako więźniami, bo za złamanie prawa zostaliście tu skierowani, więc praktycznie nic wam się tu nie należy. Macie szczęście, że nie każę wam nosić jakiś przepasek, by łatwiej było was odróżniać od prawdziwych uczniów.

— Do tej pory wszystko tu wyglądało inaczej — burknął jakiś brunet.

— Do tej pory wszystko tu zostało spieprzone — warknąłem. — Ten rok jest ostatnim, w którym Czyści będą obrażani obecnością Nieczystych na tej uczelni… Od przyszłego roku akademia znów stanie się źródłem wiedzy dla Wybrańców.

— Czas naprawić błędy — odezwał się Olaf. — Zaszczytem będzie pracować dla takiego przewodniczącego jak ty.

— To zamach na naszą wolność. — Oburzył się ten bordowy pudel.

— Nigdy jej nie mieliście — odpowiedziałem jej. — Jak ona się nazywa? — mruknąłem do Teo.

— Leyla — wyszeptał mi w odpowiedzi.

— Nie nadajesz się na tą funkcję! — Dalej tam płakała nad swoim losem bycia Brudaską. — Ja nie złamałam prawa, przyjechałam tu z własnej woli i uczę się, bo chcę…

— Gratuluję odegrania dramatycznej postaci. — Zaklaskałem ironicznie. — Tak naprawdę nie jesteś wspaniałą wyznawczynią naszej religii, a sierotą, którą przygarnął mój upośledzony wuj…

— Nie wolno ci… — wycedziła lodowato.

— Wolno mi tutaj wszystko — przerwałem jej brutalnie. — Mam naprawdę gdzieś, co wy sobie myśleliście, dołączając do samorządu. Poza tym to nie mam pojęcia, jak takie niewydarzone dziecko mogło zostać zastępcą przewodniczącego. Prawda jest taka, że dawno bym usunął cię stąd, gdyby pozwalał mi na to regulamin. Wierz mi jednak, masz się zamknąć i przestać wchodzić mi w drogę, albo bardzo skutecznie utrudnię ci tutaj życie.

— Na mnie twoje groźny nie robią wrażenia — rzuciła bojowo, ale pewnie dlatego, że wokół niej byli jej wierni obrońcy, którzy za swoją królową mogliby oddać życie. Mógłbym posłać ich wszystkich do piachu, ale zapewne nie umiałbym tego w logiczny sposób wyjaśnić, więc tylko dlatego zaniechałem wykonanie tego pomysłu.

— Zaczną — burknąłem, wstając. Mimo całej obstawy, cofnęła się o jeden krok, co przyjąłem z satysfakcją. — Wprowadźcie to, co zarządziłem, albo usunę was z samorządu i znajdę kogoś innego. — Wyszedłem z sali zadowolony z siebie, a za mną podążył Teo.

— Dorian…

Usłyszałem miękki kobiecy głos, gdy szedłem do Nathaniela. Odwróciłem się. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu przede mną stała Marta. Spotykaliśmy się kiedyś, ale mój tryb życia utrudnił całą resztę. Przyzwyczaiłem się, że babki po prostu ze mną nie wytrzymują i chyba nie znajdzie się taka, która będzie w stanie mnie znieść.

— Możesz zająć się swoimi sprawami — burknąłem do Teo, który wzruszając ramionami, odszedł. — Co tu robisz?

— Będę tu pracowała od przyszłego roku. Wykładać będę elementarną wiedzę o naszej nacji — odpowiedziała. — A ty co tu robisz? Byłam u ciebie, ale siostra skierowała mnie tutaj.

— Załatwiam formalności, które mają umożliwić mi przejęcie tej szkoły — oznajmiłem, podchodząc do niej. Zawsze podobały mi się jej piękne, zielone oczy i ta wyniosła mina.

— Ooo, przejmiesz szkołę od Martina. — Uśmiechnęła się zadowolona.

— Formalnie już przejąłem, praktycznie jeszcze nie — sprostowałem. — Czemu mnie szukałaś?

— Pamiętasz mojego brata? — zaczęła, a ja skinąłem lekko. — Strasznie mu zależy, by dostać się do straży przy Radzie… Jest bardzo zdolny i naprawdę się na nim nie zawiodą.

— W porządku — przytaknąłem.

Ze swoimi byłymi żyłem naprawdę dobrze i często dla któreś robiłem przysługę. Nie wiem, czy to kwestia rekompensowania im nieudanego związku ze mną, czy po prostu nie były mi obce. Nie prosiły nigdy o nic wielkiego, więc mogłem im pomóc.

— Tylko tyle? — Zdziwiła się.

— Jasne, powiem komu trzeba, więc nie musisz się o to martwić — odrzekłem spokojnie.

— Dziękuję — powiedziała z wdzięcznością. — Nie będę ci już przeszkadzała, do zobaczenia. — Uśmiechnęła się lekko, odchodząc.

— Ej, nie przeszkadzam ci? — Odchrząknął Nathaniel, przyłapując mnie jak się gapię na odchodzącą Martę.

— Ty? Nigdy — mruknąłem kpiarsko, wchodząc do środka. — Ten samorząd to jakaś porażka. Wiesz, że ona ma czelność mi coś nakazywać?!

— Leyla już taka jest, rządzi tu od dłuższego czasu, tylko różnymi rękoma. — Wzruszył ramionami.

— Bordowy pudel i nic więcej, więc jak to możliwe, że ją ciągle wybierają? — Rozwaliłem się na jego sofie.

— Leyla nie tylko walczy o prawa Nieczystych, ale też jest główną inicjatorką integracji między nimi, a Czystymi… Ona naprawdę łączy te dwa obozy, co skutecznie utrudnia jej Olaf. — Usiadł znów przy biurku, coś bazgrząc.

— Ale ona jest taka irytująca i ten jej piszczący głos, łeb mi pęka — rzuciłem oschle.

— Łeb cię boli, bo walimy wódę codziennie od paru dni — skwitował złośliwie. — Jest irytująca, ale to kwestia przyzwyczajenia.

— To nie ja mam się przyzwyczajać, tylko ona — prychnąłem. — Mam sojusznika chociaż w postaci tego Olafa. Znasz go?

— Widuję go, ale nie nazwałbym go kumplem. — Dalej coś pisał, domyślałem się, że to liścik do Luny, ale nic teraz nie mówiłem. Chciałem wyciągnąć od niego jak najwięcej informacji, więc lepiej go nie irytować złośliwymi komentarzami.

— Czemu? — Wyjąłem zapalniczkę, po czym bawiąc się nią, zacząłem ją otwierać i zamykać.

— To kocur jak ty. — Oderwał się od pisania, patrząc na mnie pewnie, więc zaprzestałem swojej zabawy. — Nie wiesz, czy jest po twojej stronie, czy tylko udaje, by osiągnąć swoje cele. Jest nie do przejrzenia.

— Masz ze mną takie problemy? — spytałem go zdziwiony. Wydawało mi się, że nie mam przed Nathanielem żadnych tajemnic, a on potrafi rozszyfrować moje zachowanie bezbłędnie.

— Chodziło mi raczej o typ człowieka niżeli o moje problemy z przejrzeniem ciebie. — Wrócił do pisania. — Po prostu uważaj na niego. Jeżeli dojrzy szansę ugrania czegoś na twoim potknięciu, to sam podłoży ci nogę.

— Używając twojej terminologii, powiem, że nie ma tu większego kocura ode mnie, bez obaw — oświadczyłem pewnie, a Nathaniel zapakował swój liścik do koperty, zaklejając ją. Wstał lekko, podając mi ją do ręki. — Gdybym chciał, to przeczytałbym to i nikt, by się nie zorientował.

— Gdybym chciał, zabiłbym cię i wszyscy, by o tym usłyszeli — odpowiedział lekko na moją złośliwość.

— Marzyć dobra rzecz. — Podniosłem się z sofy.

Bycie kurierem może nie jest szczytem moich marzeń, ale to znacząco zmniejsza szansę ujawnienia ich związku. Poza tym naprawdę mają przerąbane jako para, bo nawet na uczelni udają, że się nie znają, więc korespondencja listowna jest dla nich niekiedy jedyną formą bycia ze sobą. Pewnie gdybym nie poprosił Nathaniela, by dołączył do mojej grupy, mogliby normalnie się spotykać ze sobą, a tak oboje na pewno cierpią. Ułatwiając im rozmowę i spotkania, niejako odwdzięczam się za ich poświęcenie, zarówno Nathaniela jak i samej Luny.

— Poczekaj jeszcze, bo muszę ci pokazać twoje nowe lokum — odezwał się nagle Nath, gdy już wychodziłem od niego.

— Martin załatwił mi chatę bliżej szkoły? — spytałem rozbawiony, ale mój przyjaciel się nie odezwał, więc szybko załapałem, że prawda wcale mnie nie zadowoli. — Absolutnie…

— Musisz tu przebywać, nie ma innej opcji — zaczął spokojnie.

— Nie będę tutaj mieszkał… — Skrzywiłem się. — Jeden pokoik i wspólna łazienka mnie nie urządza, no nie wspominając o wspaniałych, wspólnych posiłkach na olbrzymiej jadalni…

— Niestety, nie masz takiego szczęścia jak ja. — Wyszedł na korytarz, więc chcąc, nie chcąc, poszedłem za nim. Miałem już dzisiaj dosyć tych spacerów, ale niech mu będzie. — Dostałeś jeden z większych apartamentów nauczycielskich.

Doszliśmy do zupełnie innego holu, który wyglądał nawet przystępnie, a nie jak akademikowe slumsy. Otworzył pierwsze drzwi z prawej, teatralnie zapraszając mnie do środka. Uśmiechnąłem się sztucznie, zaglądając do mieszkania.

— Salon, prywatna łazienka i sypialnia ma mnie przekonać do zostania tutaj? Martin to pieprzony marzyciel — warknąłem. — U siebie mam służbę i dwadzieścia dwa pomieszczenia…

— Będąc tutaj, nic cię nie ominie, a powinieneś być rozeznany w sytuacji w szkole — mruknął.

— Po to mam ciebie… Sam sobie wymyśliłeś, że chcesz tu mieszkać. Mógłbyś wracać do domu jak ja. — Westchnąłem, bo nie podobał mi się ten pomysł.

— Jesteś niepoważny, skoro uważasz, że sam będę dbał o twoje interesy — prychnął urażony. — Albo jesteśmy w tym we dwójkę, albo jesteś sam… Wystarczy, że pilnuję twoich podwładnych, nie jestem w stanie jednocześnie całodobowo szpiegować twojego samorządu.

— Zgoda, poddaję się — przyznałem pośpiesznie. — W sumie nie jest tu tak źle, pod warunkiem, że zniesie się tu parę flaszek. — Uśmiechnąłem się łobuzersko, na co Nathaniel wybuchł śmiechem.

Dobra, przyzwyczaję się. Na misjach nie w takich warunkach spałem. Poza tym dobrze trzymać się blisko wrogów, wiedząc o mojej stałej obecności, nie będą próbowali śmiałych zagrywek. Szybciej przyzwyczają się do nowej rzeczywistości, gdy wciąż im będę o mnie przypominał. Nathaniel to jednak miał głowę na karku.

— Rozgość się, a później zanieś list — mruknął, wychodząc.

Zadzwoniłem do Borysa, by przywiózł mi parę moich rzeczy, bo przecież nie ma potrzeby, bym teraz tam ciągle jeździł, Cynthia z całą pewnością da sobie radę pod moją nieobecność.

*

— To nie może tak wyglądać! — syknął na mnie Diego, jeden z członków samorządu. Na szczęście Olaf już wyszedł i nie doniesie uprzejmie szanownemu przewodniczącemu o naszym niezadowoleniu.

— Słyszeliśmy, co się stało? — mruknęła Emma, która przyprowadziła ze sobą Nicolę, Vincenta i Carola. Jasnowłosa Luna nie chciała uczestniczyć w tym spotkaniu i zaczęłam się zastanawiać, czy popierała ona Doriana, czy po prostu się go tak bardzo bała.

— Jak on śmiał coś takiego zrobić?! — warknął Vin, głaszcząc mnie po ramieniu. Siedziałam załamując ręce i szczerze to nie umiałam znaleźć z tej sytuacji wyjścia.

— Trzeba coś z tym zrobić! Całe dziesięć miesięcy spędzimy zamknięci tutaj, a on jeszcze odmawia nam organizowania imprez?! Godzina policyjna? — Emocjonował się Carol. — Musisz coś zrobić, Leyla — zwrócił się do mnie.

— Jestem tego samego zdania! Jesteśmy dyskryminowani jak nigdy wcześniej! — poparł go Diego.

— Zejdźcie z niej, co ona może? — zaczął mnie bronić Vincent.

— Mogę porozmawiać z dyrektorem — wyszeptałam cicho. — Nigdy nie pozwolił nas skrzywdzić. Wezmę te rozkazy Doriana i zobaczę, co na nie powie…

— To jego stryj… Może wcześniej coś dla niego znaczyliśmy, ale przy tym psycholu to nas już nie wybierze — oświadczyła Emma i zezłościłam się na nią za tak krytyczny osąd Martina. Okej, to jego bratanek, ale nie skaże nas na zagładę z powodu więzów krwi.

— Nie zrobi tego. — Westchnęłam, zbierając papiery do teczki. — Nie pozwoli na tą dyktaturę… Dwa lata temu wywalczyliśmy swoistą demokrację, nie odbierze nam jej jeden ważniak. — Wstałam.

— Pójdę z tobą — zaproponował Vincent i byłam mu bardzo wdzięczna za wsparcie, ale jeżeli miałam coś osiągnąć, to musiałam porozmawiać z Martinem w cztery oczy.

— Dam sobie radę. — Uśmiechnęłam się do nich, wychodząc.

Im bliżej byłam gabinetu dyrektora, tym więcej miałam odwagi. Martin zawsze stoi po stronie sprawiedliwości i nie pozwoli na nasze zniewolenie. Nie po to walczy o nasze prawa w Radzie, by dać nas terroryzować Dorianowi.

— Proszę. — Usłyszałam zaproszenie, gdy zapukałam do drzwi. — Witaj, Leylo. — Ucieszył się na mój widok.

Usiadłam bez słowa, podając mu teczkę. Ze zdumieniem przeglądał kartkę po kartce, zupełnie nic nie komentując. Później zrobił coś, co zupełnie mnie zbiło z tropu. Po prostu podpisał te rozporządzenia.

— Nie mogę uwierzyć! — podniosłam na niego głos, choć nigdy tego wcześniej nie robiłam. — Jak możesz?

— Nie pogwałca to regulaminu akademii — powiedział łagodnie. — Ma rację, nie macie statusu uczniów.

— To oznacza tyle, że jak będą chcieli po nas przyjść, to nikt nas tu nie obroni — zaczęłam rozżalona. — Wejdzie sobie jakiś Czysty i powie, że od dziś ktoś tam pracuje u niego jako służba…

— A mi zostanie na to przystać. — Westchnął ciężko. — Chciałbym ci pomóc, ale nie jestem w stanie…

— Po co nas tyle lat chroniłeś, skoro teraz oddajesz nas w ręce tego psychola?! — spytałam go. Byłam wściekła i zawiedziona jego postawą. Traktowałam go jak ojca, a on wbił mi nóż w plecy.

— Mam plan, ale musicie mi zaufać — odpowiedział mi wymijająco, co ani trochę mi nie wystarczało.

— Jak mam ci ufać?! Mianowałeś go przewodniczącym, pogwałcając procedury… — urwałam, bo próbowałam powstrzymać łzy.

— Uratowałem resztę kandydatów, gdybym tego nie zrobił, skończyłoby się to gorzej niż złamaną nogą i urażoną dumą — powiedział stanowczo.

— Zabiłby ich?! Kim on jest?! Czemu się go boisz?

Nie przebierałam w słowach. Musiał mi to wyjaśnić. Mydlił mi oczy, że stara się poprawić naszą sytuację, a tu sprowadził nam kata, który nas gnębi i chce w przyszłym roku pozbyć się wszystkich Nieczystych z uczelni. W czym ma to nam pomóc?!

— Jesteś zła. Rozumiem, ale musisz zrozumieć, że Dorian nie jest jednym z was — mówił spokojnie. — Zrobiłby im krzywdę bez mrugnięcia okiem…

— Boisz się go? — rzuciłam nagle.

— Ja się go nie boję — odpowiedział pewnie. — Jest jednak członkiem Rady, co wiąże mi niejednokrotnie ręce.

— Po co go tu ściągnąłeś? — Łzy spłynęły mi po policzkach. Czułam się odpowiedzialna za wszystkich Nieczystych, walczyłam o ich równouprawnienie i wiele miesięcy zajęła mi integracja ich z Czystymi, a ten chłopak chciał wszystkie moje starania przekreślić w jeden rok.

— Wysłała go tu Rada. Musi dostać dyplom, by przejąć szkołę — oznajmił łagodnie.

— Rozumiem, nie chciałeś, by nas wywalił z uczelni, więc przedłużyłeś naszą obecność tutaj o rok, jednocześnie skazując nas na katusze… Dzięki. — Odwróciłam wzrok. — Tak bardzo cię broniłam przed uczniami, ufałam ci — dodałam, podnosząc się z fotela.

— Ufaj mi dalej… Wiem, co robię, Leyla — wyszeptał cicho.

Spojrzałam w jego smutne brązowe oczy, ale nie potrafiłam znów mu zaufać. Wszyscy Czyści są tacy sami, myślą tylko o sobie.

— Nie, wymieniłeś mnie na niego…

Wyszłam z jego gabinetu i czułam się, jakby ktoś wyrwał mi serce. Z ludźmi, którzy się mną opiekowali nie miałam rodzinnych relacji. Bali się Martina na tyle, że bardziej traktowali mnie jak kogoś, komu mają usługiwać i dbać o jego bezpieczeństwo niżeli kochać. Miałam więc tylko jego… Całą moją rodziną był on, przywiązałam się do niego i ufałam mu bezgranicznie, a on potraktował mnie w tak okrutny sposób. Nigdy nie prosiłam go o nic, teraz potrzebowałam jego pomocy, ale odmówił mi…

Byłam dopiero w połowie drogi, gdy zza rogu korytarza wyszedł nie kto inny tylko mój ciemiężyciel. Pierwsza i jedyna myśl, która wpadła mi do głowy to po prostu — wiać. Tak też zrobiłam, odwracając się na pięcie. Niestety, nie uszłam nawet pięciu kroków, gdy dopadł mnie, przyciskając do ściany. Przełknęłam głośno ślinę, co niewątpliwie nie uszło jego uwadze, bo trzymał mi dłoń na gardle. Miałam idiotyczny przypływ optymizmu, ciesząc się z tego, bo w końcu mógłby użyć do tego noża a nie ręki.

— Bez znajomych nie jesteś już taka odważna — powiedział lodowato, a jego upiorny kolor tęczówek sprawiał, że nie mogłam na niego spojrzeć. Nie trzymał mnie mocno, a ja czułam, jakby zaciskając dłoń na mojej szyi, utrudniał mi oddychanie. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to strach.

— Będę krzyczeć — zapowiedziałam niepewnie.

— Jak ci pozwolę — odpowiedział mi. Spod jego granatowe płaszcza wystawała zamknięta brzytwa i naprawdę byłam przerażona. To idiotyczne, ale czułam, że mógłby mnie zabić bez najmniejszego problemu. Wiem, jestem w szkole i to irracjonalna myśl, ale nie potrafiłam się jej pozbyć z głowy. — Martin ci nie pomoże…

— Skąd wiesz, że u niego byłam? — wydukałam załamana.

Miał bardzo intensywne perfumy, które były ładne, ale z powodu mojego przerażenia niemal piekły mnie w płucach. Przelotnie spojrzałam na jego twarz, był niezadowolony, bo miał zaciśniętą szczękę. Jego ostre rysy twarzy idealnie pasowały do jego upiornego wizerunku. On mnie najzwyczajniej w świecie przerażał. Mój mózg jednak nie pracował zbyt dobrze, bo z jednej strony wynajdował w jego zachowaniu, ubiorze i wyglądzie cechy wywołujące we mnie jeszcze większe poczucie zagrożenia, a z drugiej, rzeczy, które mnie fascynowały, chociażby te perfumy. Miałam totalnie irracjonalne myśli.

— Pierwszy błąd, który popełniasz, to zakładasz, że jestem idiotą — rzucił szorstko, a ja głośno przełknęłam ślinę. Czując jego dłoń na swojej szyi, robiło mi się gorąco. Nigdy nie przypuszczałam, że bycie ofiarą będzie takie… podniecające.

— Chcesz się mnie pozbyć? — spytałam załamana.

— A jesteś dla mnie zagrożeniem? — prychnął rozbawiony. — Jesteś tylko jedną z kilkorga szczęściarzy, którym uda się skończyć tą uczelnię, żadne z ciebie zagrożenie…

— Jestem opozycją do twoich rządów — wydukałam.

— Tu jest dyktatura, panienko, opozycja może piszczeć, ale dopóki władzę sprawuje silna osoba, to nikt nie zburzy fundamentów — odrzekł spokojnie. — Jeżeli będziesz mnie irytować, to nie będę już taki spokojny.

— Jeżeli mnie zabijesz, to wszyscy będą wiedzieli, że to ty — oznajmiłam cicho.

— I co dalej? — Uśmiechnął się szyderczo. — Odpowiadam przed Radą, Guru i żywiołami… Jak myślisz, czyje życie cenią bardziej, moje czy twoje?

— To nie jest ważne. Nie odpuszczę, zasługujemy na dobre traktowanie — wyznałam sama zaskoczona swoją odwagą.

Nagle uderzył ręką tuż obok mojej głowy. Zesztywniałam.

— Jesteś szurnięta — burknął, kręcąc głową. — Mówisz takie odważne rzeczy, a nie potrafisz spojrzeć mi w oczy… Nie patrząc na wroga, nie zauważysz nawet jak i kiedy cię pokonał.

— Daję sobie radę — wymamrotałam.

— Jak? — Złapał mnie za szczękę, podnosząc mi głowę. Trzymał mnie dopóki na niego nie spojrzałam. — Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia… Uwielbiasz tak swoich pobratymców? Okej, to słuchaj. Wprowadzisz grzecznie moje zarządzenie, a ja niczego więcej nie wymyślę… Będziesz buntowała resztę, będzie gorzej.

— To jest szantaż. — Zmrużyłam groźnie oczy.

— Grając fair, nic wartościowego nie wygrasz. — Uśmiechnął się lekko. — Dogadaliśmy się? — spytał mnie chłodno.

— A jak powiem, że nie i będę główną prowodyrką buntu przeciwko tobie? — Wciąż na niego patrzyłam.

— Zabiję cię tu od razu, bo nie jesteś mi do niczego potrzebna. — Wzruszył lekko ramionami. Nie odezwałam się do niego, ale również nie odpuściłam. — Skąd u ciebie ta absurdalna odwaga? To idiotyzm…

— Albo po prostu nie wierzę w plotki o twoich morderczych skłonnościach — wykrztusiłam.

— Nie kuś mnie — powiedział złowieszczo aż przeszły mnie ciarki, na pewno to zauważył. Czułam jego oddech na swojej twarzy i nie mogłam powstrzymać swojego łopoczącego serca i przyśpieszonego oddechu.

— Zostaw ją!

Usłyszałam rozgniewany głos Vincenta. Dorian puścił moją twarz, więc mogłam na niego spojrzeć.

— A co? Uratujesz ją z moich rąk? — powiedział kpiarsko, odwracając się w jego stronę. Chciałam odejść, ale Dorian zagrodził mi ręką drogę, opierając ją o ścianę.

— Byłby to niezły rewanż za ostatnie — odpowiedział mu hardo chłopak.

— Rewanżem nie nazywa się kolejnej okazji, by przegrać. — Roześmiał się.

— Nie różnimy się za wiele — odrzekł mu Vin.

— Nawet się do mnie nie porównuj. — Zdenerwował tym Doriana. — Ja pochodzę z rodziny z długimi tradycjami, wiernie służącej żywiołom i Stolicy. Ty natomiast jesteś zwykłym Brudasem.

— A ciebie za co lubi tak Rada? — spytał go obojętnie. Dorian odsunął się ode mnie, idąc w stronę Vincenta.

— Stój, proszę — wyszeptałam sama do siebie, ale wiedziałam, że to usłyszał, bo spojrzał na mnie przelotnie. Był zdziwiony moimi słowami, podszedł jednak do Vina.

— To wie tylko Rada i nasze Bóstwa — wyznał Dorian. Ciągle gadał tylko o tych żywiołach, chyba bardzo wierzył w tą całą religię, do której ja podchodziłam jak do bajek.

— Może odczepiłbyś się od Leyli i zajął się swoją siostrą? — spytał go Vincent, gdy ten już odchodził. — To jej trzeba pilnować… — dodał. Nie znałam tematu, więc przysłuchiwałam się temu bardzo uważnie. Dorian stał chwilę odwrócony plecami do nas, po czym spojrzał obojętnie na chłopaka.

— Moja siostra umie się upilnować sama, a twoja dziewczyna stąpa po bardzo cienkim lodzie, nie potrafiąc pływać… Pilnuj jej albo utonie. — Przeniósł tym razem spojrzenie na mnie.

Znów poczułam ten dreszczyk podniecenia. Musiałam odpocząć, bo przez ten cały strach naprawdę coś mi się poprzewracało. On mnie tak bardzo przerażał, że odchodziłam przy nim od zdrowych zmysłów. Jawnie mi groził, a mnie to jarało… Leyla, bój się Boga!

Rozdział V

Wszedłem do siebie do domu, bo musiałem wziąć ze sobą mój notes, na którego kartkach wylewałem wszystkie swoje żale oraz zapisywałem refleksje, by nie katować nimi Nathaniela. Poza tym potrzebowałem trochę książek, bo inaczej zwariowałbym tam. Nie dość, że ten pieprzony Vincent wchodził mi ciągle w drogę, to jeszcze śmiał poruszać temat mojej siostry. Powinienem mu za to przywalić, ale wtedy można by było stwierdzić, że zachowanie Cynthii jest czymś wstydliwym i dla mnie samego. Uważałem, że to niesprawiedliwe, mężczyzna może spotykać się z mnóstwem kobiet, aż w końcu trafi na tą, z którą chciałby spędzić życie. Dziewczyny nie mają takiego wyboru, ojcowie, albo jak w tym przypadku brat, powinien wydać ją do dwudziestego roku życia… Wygląda to trochę jak łapanie byle kogo, by tylko był. Nie unieszczęśliwię jej tylko dlatego, że tak należy. Nie jest to prawnie uregulowane, więc nie łamałem prawa, pozwalając jej na własne poszukiwania. Ludzie wyzywają ją od najgorszych, ale przecież nie jest żadną dziwką, nie sypia z byle kim, po prostu drażni wszystkich to, że ma swobodę, której inne kobiety nie mają. Ona spotyka się z jakimś facetem, nie układa im się, więc z nim zrywa. Tak to powinno wyglądać i to nie jej wina, że wyznaję takie zasady, jeżeli zacznie robić mi większe problemy, wydam ją za kogo popadnie, jeżeli będzie dbała o prowincję jak do tej pory, nie będzie pakowała się w kłopoty, to ma wolną rękę w szukaniu swojego męża.

— Przestałeś w końcu włóczyć się po jakiś przytułkach? — spytała mnie odważnie.

— Przestała ci się podobać wolna chata? — Wszedłem po schodach do swojej części posiadłości.

— Byłam dzisiaj w parku na spacerze — wyznała, stając w progu mojej biblioteki.

— Czy naprawdę muszę słuchać o twoich randkach? — Skrzywiłem się. — Jak zaczną mnie interesować twoje romanse, to się odezwę — dodałem, pakując do torby wybrane książki.

— Mógłbyś mi podziękować, bo pilnuję twoich spraw — burknęła niezadowolona.

— Umawiając się z jakimś facetem w parku? — Spojrzałem na nią kpiarsko. — Wolałbym, by twoi adoratorzy nie uczestniczyli w moich sprawach…

— Mam dla ciebie dziewczyny — przerwała mi nagle.

— Jeżeli zaraz usłyszę, że mnie swatasz, to się wścieknę wystarczająco bardzo, by wydać cię za mąż już dzisiaj — oznajmiłem, podchodząc do niej, ale odsunęła się ode mnie.

— Co zrobić z tymi dziewczynami? — Do środka wszedł Borys, którego moja obecność przestraszyła.

— Przetrzymujesz jakieś dziewczyny tutaj? — Złapałem ją mocno za ramię, przyciągając do siebie.

— Puść! To boli! — syknęła na mnie.

— Ma boleć! — warknąłem na nią. — Co to za scena?! Nie ma mnie od tygodnia, a ty coś odpieprzasz!

— Ta dziewczyna narobiłaby ci mnóstwo problemów! Puszczaj albo nic więcej nie powiem! — Spojrzała na mnie gniewnie.

— Gadaj! — Rozluźniłem uścisk, ale dalej trzymałem ją blisko siebie.

— Byłam w tym parku i czekając na… kogoś, usłyszałam jak jakaś dziewczyna opowiada przyjaciółce o swoim chłopaku, który jest w elitarnej jednostce… Młoda nastolatka mówi takie rzeczy, to od razu mnie to zaniepokoiło. Czy to nie jest twój problem, bracie? — oznajmiła, a ja ją puściłem.

Byłem prawie pewien, że to przez Jacka mieliśmy przerąbane! Rada jakby się o tym dowiedziała, to wszystko poszłoby na mnie. Mówiliby, że nie umiem nauczyć swoich ludzi dyskrecji! Rozumiem, zabujał się, jest młody, ale przez jego nieodpowiedzialność będę musiał pozbyć się dwóch, w gruncie rzeczy, niewinnych dziewcząt.

— Gdzie one są? — Spojrzałem na Borysa.

— W piwnicy — odpowiedział bez ogródek.

— Słucham?! — warknąłem na nich. — Czy wy jesteście nienormalni?! Po jaką cholerę je tutaj przywieźliście?!

— Musiałam je gdzieś przetrzymywać, dopóki ty nie przyjedziesz — odpowiedziała.

— Porwałaś dwie dziewczyny i przywiozłaś je do mojego dworu, czy ty na głowę upadłaś?! A jakby ktoś cię zobaczył?! Trzeba było je wywieźć do wiejskiego domku! Jesteś idiotką — wycedziłem lodowato. — Ty też jesteś kretynem, Borys! Miałeś pilnować jej, a sam odwaliłeś taką głupotę! Jeżeli ktoś was widział, to jestem skończony, rozumiecie?!

— Byliśmy bardzo ostrożni — usprawiedliwiała się Cynthia. — Może nie do końca to przemyślałam, ale nie miałam czasu…

— Zejdź mi z oczu. — Odepchnąłem ją, wychodząc z biblioteki.

— Zabijesz je? — Wyszła za mną.

— Nie, puszczę je wolno, wierząc że się nie wygadają — powiedziałem ironicznie. — A czy ja według ciebie mam wybór? Jeżeli ktokolwiek cię widział z nimi, to ciebie też zabiję i wszystkiego się wyprę…

— Nikt mnie nie widział — wyznała bardzo powoli, ale nieszczególnie jej wierzyłem.

Poszedłem do Mariki, bo zarżnięcie niewinnych dziewcząt nie wchodziło w grę. Mordować w taki sposób to ja mogę skazańców, a one po prostu są błędem młodego.

— Żywioły dajcie mi siłę, bo już z tymi ludźmi nie wytrzymuję. — Westchnąłem ciężko, wchodząc do jej pokoju.

— Masz dzisiaj nienajlepszy humor — odezwała się do mnie, gdy znalazłem ją w ogrodzie, gdzie podlewała rośliny.

— Szczeniak narobił mi problemów, a Cynthia jeszcze doprawiła. — Oparłem się o jedno z drzew.

— I niesienie przez ciebie śmierci jest najlepszym wyjściem. — Odłożyła konewkę. — Nie wierzę w wyrzuty sumienia, ale coś cię jednak trapi. — Podeszła do mnie, przyglądając mi się uważnie.

— Utrzymanie tej tajemnicy wiąże się też z przypadkowymi ofiarami — odpowiedziałem spokojnie.

— Wiem, dlatego mam coś dla ciebie. — Weszła z powrotem do pokoju, a ja podążyłem za nią. Przeszukiwała szafki regału, aż w końcu wyjęła ciemnozielone pudełko. Zawołała mnie gestem dłoni, gdy postawiła je na stole.

— Strzykawka — mruknąłem, gdy podniosła wieczko. Delikatnie wyciągnęła ją, podnosząc w ręku do góry.

— Kiedy śmierć ma być przypadkowa, a ciało nie może zaginąć, to jest to świetne rozwiązanie, które ty już znasz. — Przeniosła powoli spojrzenie na mnie.

— To nie trutka, to narkotyk — wyrzuciłem zaskoczony.

— Najczystsza forma heroiny w wystarczającej dawce, by doprowadzić do śmierci, nie wywołując przy tym strachu — oznajmiła.

— Skąd wiesz? — spytałem ją zaciekawiony.

— Twój problem rozwiązałam godzinę temu, jednocześnie testując tą metodę za ciebie. — Zakryła igłę plastikową nasadką i podała mi do ręki.

— Tobie też nie wolno działać za moimi plecami — wyrzuciłem chłodno.

— Wiem, ale z całą pewnością nie wystraszyłam ich, a ty na pewno byś je przeraził — odpowiedziała mi. — Ta dawka zabije i ciebie, więc nie próbuj nawet…

— Bez obaw, nie jestem takim typem. — Uśmiechnąłem się blado, chowając strzykawkę do zasuwanej kieszeni w bluzie. Wróciłem po swoje rzeczy do biblioteki, gdzie nadal czekała na mnie Cynthia z Borysem.

— I co? — spytała mnie nieśmiało, gdy zasuwałem torbę.

— Macie je zanieść do parku — odpowiedziałem beznamiętnie. — Chciały spróbować drugów, przesadziły i tyle…

— To jest oficjalna wersja? — mruknął Borys.

— Tak, załatw to. — Minąłem go, wychodząc.

Chronimy Stolicę przed rebeliantami, zabijamy Brudasów, którzy używają swojej mocy przeciwko ludziom, to nie jest łatwa robota i zdaję sobie sprawę, że trzynastolatka to przytłacza, ale to go w żadnych wypadku nie usprawiedliwiało. To nasza misja, którą nie możemy się popisywać przed dziewczynami… To takie dziecinne zachowanie, tym razem jednak prowadzące do śmierci dwóch młodych osób. Musimy nasze działania trzymać w tajemnicy. Po pierwsze, by Czyści nie rozpoczęli wojny z Brudasami, bo to mogłoby się skończyć prawdziwą tragedią. Prawdziwi Wybrańcy nie darowaliby Nieczystym tego, że pogwałcają najważniejsze prawo, jakim jest opieka nad ludźmi. Po drugie Brudasy mogłyby się zbuntować, gdyby dowiedziały się, iż ich pobratymcy kończą w taki, a nie w inny sposób. Nasze potajemne działania sprawiają, że nie powstają żadne poważne konflikty między Czystymi i Nieczystymi, a jednocześnie wypełniamy wolę żywiołów, które nakazują karać za łamanie prawa. Teraz Jack jest na misji z całą resztą, ale jak tylko wrócą za kilka dni, to będę musiał mu przemówić do rozumu… Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, a już na pewno nie pozwolę, by się powtórzyła. Wiem, można mi zarzucić, że wie o tym moja siostra, wuj albo Luna, ale uwierzcie, to zupełnie, co innego. Cynthia to moja rodzina, nigdy by mnie nie zdradziła, poza tym setki razy wracałem poturbowany, a kilka razy w naprawdę kiepskim stanie, wiedziała, że to rany po walkach… Widziała moją broń i podejrzewała, co robię, więc trochę jej powiedziałem, ale resztę podświadomie wiedziała. Mój wuj był kiedyś mnichem i w końcu bratem mojego ojca, który zajmował się tym samym, co ja. Wiedział więc o wszystkim wcześniej ode mnie, szybko zorientował się, że poszedłem w ślady ojca. Luna… Dobra, tu nie mam argumentu, który was w pełni przekona. Lunie jednak ufam, niemal tak samo jak Nathanielowi. Może dlatego, że znam ją tyle samo co jego, jesteśmy trójką przyjaciół, która nigdy nie miała przed sobą tajemnic. Nawet jeżeli to głupie tłumaczenie, to jednak jest znaczna różnica między Luną, a jakąś panienką Jacka, którą zna kilka miesięcy… Zresztą ona już wygadała się przyjaciółce, dlatego musiały zginąć obie. Mógłby zdradzić taką tajemnicę dziewczynie, z którą spotyka się od wielu lat, a nie przypadkowej nastolatce, która zawróciła mu w głowie. Tak czy siak, stało się, a ja obawiałem się, że to nie koniec sprawy… Żywioły widzą wszystko i z całą pewnością, wiedzą, iż tajemnica prawie została ujawniona. Mogą zawsze poinformować o tym Guru, a ten natomiast Radę. Będę żył w niepewności przez jakiś tydzień, bo mogą mnie wezwać w celu złożenia wyjaśnień. Muszę więc zacząć tworzyć jakąś bajeczkę już teraz…

*

Urodziny Nicoli oczywiście łamały zasady Doriana o absolutnym braku imprez pod dachem szkoły, ale jakoś udało nam się je zorganizować. Jego rządy utrudniały nam normalne życie, do którego się przyzwyczailiśmy, nie mogłam jednak ze strachu przed nim, odpuścić sobie tak ważnego dnia. Niejednokrotnie, gdy widywałam go w tym tygodniu, za każdym razem czułam dotyk jego dłoni na swojej szyi. Wcześniej nie zwracałam nawet na niego większej uwagi, ale teraz wyczuwałam go po perfumach, które dziwnie przebiłaby się przez wszystkie inne zapachy. Wszyscy wierzyli, że ten tydzień będzie spokojniejszy, bo w końcu Nathaniel gdzieś zniknął wraz z resztą jego ekipy. Oczywiście szybko wyprowadził nas z błędu. Sądziłam nawet, że był bardziej poirytowany, gdy ich zabrakło niż dotychczas. Jakiegoś chłopaka złapał na włóczeniu się po korytarzu po dziesiątej wieczorem, to już piąty dzień sprząta korytarze zarówno rano, w południe jak i wieczorem. W sumie patrząc na Doriana, to mógł zawsze dostać jakąś chłostę czy coś. Wiem, może to bawić, ale gdybyście go widzieli, jego przerażające spojrzenie, to zrozumielibyście mój strach.

— Jesteś dzisiaj bardziej nieobecna niż zwykle. — Podszedł do mnie Vincent, gdy cała reszta tańczyła, świetnie się bawiąc. Cieszyłam się, że Nicola ma tak daleko pokój od pokoi nauczycielskich, dzięki czemu muzyka tam z całą pewnością nie docierała.

— Skądże, może jestem już po prostu zmęczona — odpowiedziałam.

— Nie musisz się nim martwić, jakoś obejdziemy jego zasady, już nam się to udaje. — Spojrzał na bawiących się znajomych.

— To dobrze, bo to kolejna okazja, by Emma i Carol się spiknęli. — Uśmiechnęłam się lekko.

— Wszyscy widzą, że mają się ku sobie, a oni się tak czają. — Zaśmiał się lekko. Uwielbiałam jego głos, a jego śmiech to w ogóle anielska muzyka dla moich uszu.

— Emma jest bardzo nieśmiała, w tym jest problem — mruknęłam. Podkochiwała się w Carolu tak długo jak ja w Vincencie i o ile ja miałam przeszkodę w postaci Walerii, o tyle ona miała dużo prostsze zadanie.

— Nie, problem polega na tym, że Carol również jest nieśmiały — skwitował.

— A nie wygląda. — Pokręciłam przecząco głową, bo chłopak był duszą towarzystwa.

— Oczywiście, bo jak mu nie zależy to dla żartów do każdej dziewczyny zarywa, a tak, boi się każdego ruchu. — Spojrzał na Emmę i Carola, którzy tańczyli ze sobą już kolejny taniec.

Dziś musieli się przełamać, nie było innego wyjścia. Emma nigdy nie olała mnie na całą imprezę, aż do teraz. W ogóle tego wieczoru oboje byli wpatrzeni tylko w siebie nawzajem, zapominając w ogóle po co tu są i kto jest gwiazdą tego wieczora.

— Mam jednak dobre przeczucia. — Podążyłam za jego wzrokiem. Sama pewnie tańczyłabym wśród reszty par, gdyby nogi mi się tak nie plątały od nadmiaru piwa.

— Nie pozostaje mi nic innego jak w nie wierzyć. — Przeniósł na mnie spojrzenie. — Wiem, że marzyłaś o polepszeniu wszystkim uczniom życia tutaj…

— Dalej w to wierzę — spoważniałam. — Załatwię to… Nie wiem jak, ale w tym roku nauczymy się walczyć.

— Uparta jesteś. — Przysunął się do mnie, obejmując mnie lekko. — I waleczna.

— Musimy umieć się bronić, bo inaczej ta cała nauka tutaj nie ma sensu. — Wzruszyłam ramionami. — Ale zmieńmy temat… Dzisiaj nie mam siły na trudne tematy.

— W porządku — skinął. — Zostawiam ci wolną rękę przy wyborze tematu — dodał entuzjastycznie.

— Nie wiem, czy słyszałeś, ale plotkują też o innej parze. — Spojrzałam na niego niepewnie.

— Też to słyszałem. — Uśmiechnął się szelmowsko. — Coś trzeba będzie zrobić w tym temacie…

— Tak? A co? — Zagryzłam dolną wargę, uśmiechając się swobodnie.

— Pierwszą opcją jest zdementowanie plotki. — Udawał poważne. — Druga to jej potwierdzenie, innych opcji brak.

— Ta decyzja wymaga trzeźwości, której dziś mi brakuje — odrzekłam, wstając.

— Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jestem pewny swojej odpowiedzi już teraz.

Podniosłam głowę, by na niego spojrzeć. Jego ciemne oczy wpatrywały się we mnie z czułością. Pamiętam, gdy patrzył tak na Walerię, a ja żałowałam, że to nie mnie obdarza tym spojrzeniem. Teraz ja zajmowałam jej miejsce i byłam z tego powodu przeszczęśliwa. Chciałabym jednak tą rozmowę przeprowadzić na trzeźwo, by zapamiętać z niej wszystko.

— Jaka jest? — wyszeptałam cicho.

Uśmiechnął się, całując mnie intensywnie. Zabrakło mi powietrza, ale w tamtym momencie się to nie liczyło. Spełniło się moje marzenie, które nosiłam w sobie od ponad trzech lat. Emma tyle razy mówiła, żebym sobie odpuściła, ale nie zrobiłam tego. Teraz byłam z siebie dumna. Cierpliwość popłaciła. Jego język niemal parzył mój, rozpalając mnie całą, dlatego byłam rozczarowana, gdy pocałunek się skończył. Odetchnęłam głęboko z lekkim rozczarowaniem, co przyjął z szelmowskim uśmiechem.

— Odprowadzę cię — zaproponował nagle. Bardzo chętnie pewnie bym się zgodziła, ale bałam się, że za mało dzisiaj już nad sobą panuje, by móc z nim pójść sama do pokoju.

— Nie, nie, nie. — Potrząsnęłam energicznie głową. — Po pierwsze idę w innym kierunku niż ty, po drugie przyda się tu obstawa, gdy nasz ciemiężyciel zorientuje się, że balujemy.

— Pierwsze mnie nie przekonało, ale drugie już tak — przyznał z niechęcią. — Widzimy się jutro? — spytał, odprowadzając mnie do drzwi.

— Jak najbardziej — przytaknęłam, nie kryjąc uśmiechu. Pocałował mnie w policzek, a ja wyszłam.

Na korytarzu było bardzo chłodno ze względu na pootwierane okna. Ucieszył mnie ten fakt, bo potrzebowałam trochę ochłonąć. Przemierzałam spokojnie puste korytarze, bo nie spodziewałam się kogokolwiek spotkać. Sam Dorian nie zniża się do poziomu strażnika, a ze względu na to, iż Nathaniela z resztą bandy nie było, to nikt nie pilnował korytarzy. Szłam więc bez strachu ( a od ostatniego incydentu obawiałam się samotnych spacerów po szkole) i z każdym krokiem, czułam jak trzeźwieję. Moja euforia jednak nie znikała. Miałam chłopaka, o którym marzyłam od tylu lat! Ba, niejedna dałaby się za niego pociąć. Nie było co się dziwić. To nie tylko jeden z najprzystojniejszych chłopaków w szkole, ale także wspaniały facet. Ciepły człowiek, który zawsze służy pomocą, poza tym niezwykle utalentowany Wybraniec. Nigdy z nikim sam konfliktu nie zaczynał, a jednak potrafił obronić siebie i słabszych. Kiedyś zazdrościłam Walerii, a teraz to inne dziewczyny będą zazdrościły mi, nie mogłam tego jeszcze pojąć!

Przechodząc przy sali ćwiczeń, pomyślałam, że ktoś nie zgasił światła, co często się zdarzało. Zajrzałam do środka. Ku mojemu zdziwieniu sala wcale nie była pusta. Na samym jej końcu jakiś chłopak uderzał w jednym rytmie w worek treningowy. Z tej odległości jednak nie mogłam dojrzeć, kim ten ktoś jest. W sumie to nie wiem, co mnie podkusiło. Powinnam olać to i grzecznie pójść do siebie, w końcu już za zakrętem w lewo był mój pokój. Skierowałam jednak swoje kroki w prawo. Na korytarzu nie paliło się światło. Szłam nim wzdłuż okien, które wychodziły na salę ćwiczeń. W połowie długości, mogłam dostrzec, kim był tajemniczy chłopak. Dorian. Pewnie gdybym była trzeźwa wpadłabym na to od razu. Kto inny może być na tyle świrnięty, by o drugiej w nocy trenować? Mimo jednak całej niechęci do niego, coś nie pozwalało mi oderwać od niego oczu. Bił ten worek z taką determinacją na twarzy, a jednocześnie z taką lekkością, jakby robił to od zawsze. Pierwszy raz, gdy go zobaczyłam wydawało mi się, że jest dość „pulchny”, ale zapewne błąd ten wynikał z tego, iż obok niego stał bardzo szczupły Nathaniel. Dziś widziałam go jednak bez koszulki i mogłam z czystym sumieniem powiedzieć, że nie był pulchny, a umięśniony. Oczywiście nie tak jak jego kumpel(choć bardziej można byłoby go określić jako pomagiera), bo ten to był osiłkiem na sterydach. Dorian nie miał super imponującej masy mięśniowej, ale miał mięśnie i to jeszcze dobrze wyćwiczone. Z każdym uderzeniem widać było jak poszczególny mięsień pracuje. Wyglądał na bardzo zmęczonego, pot się niemal z niego lał, ale nie przerywał. Rytmiczne uderzenia niosły się echem po olbrzymiej sali. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że siła bijąca od Doriana nie robi wrażenia, bo robiła, i to ogromne. Jego wymierzane ciosy w worek, ale także celny rzut na zajęciach, to było coś imponującego.

Nagle zrobiło mi się głupio. Czułam się zażenowała i zawstydzona, bo patrzyłam na niego pożądliwie! Właśnie zdobyłam wymarzonego chłopaka, a tak nieprzyzwoicie gapiłam się na największego świra, jakiego znałam. Serce mi biło jak oszalałe, a przecież na niego nie leciałam. Skarciłam się w myślach, choć nie na wiele się to zdało. Miałam nadzieję, że równie lubieżnie nie patrzyłam się na niego, gdy dusił mnie na korytarzu. Postanowiłam pójść do siebie i przestać się ślinić na widok mojego arcywroga. Szłam w stronę swojego pokoju, skupiana na swoim żenującym zachowaniu nawet nie zauważyłam, kiedy wpadłam na Nathaniela. Boże, on mógł widzieć mnie śliniącą się na widok jego kumpla! Jezu, może być jeszcze gorzej, jeżeli to widział, to może mu to powiedzieć! Tylko o tym myślałam, gdy Nathaniel patrzył na mnie pytająco.

— Leyla. — Pokręcił głową w końcu lekko głową. — Godzina. — Wskazał teatralnie na zegarek na swoim nadgarstku.

— Nie ma mnie. — Podbiegłam do swoich drzwi, otwierając je o dziwo za pierwszym razem, mimo ciemności i mojego stanu nietrzeźwości. Wślizgnęłam się do środka, modląc się aby niczego się nie domyślił, bo umarłabym ze wstydu! Już nie mówiąc o tym, co może pomyśleć sobie o mnie Vincent. Jeszcze wywnioskuje sobie, że nie traktuję go poważnie i sobie mnie odpuści. To oczywiście byłaby adekwatna kara do mojego durnego zachowania, ale nie mogło do tego dojść. Chciałam być jeszcze lepszą parą z nim niż gdy spotykał się z Walerią. Moje wybryki nie mogły tego wszystkie przekreślić, bo zapłakałabym się na śmierć. To tylko pijacki eksces, o którym chcę zapomnieć. Każdy robi jakąś głupotę, więc i mi się musiało to zdarzyć. Jutro wytrzeźwieję i wszystko wróci do normy.

Rozdział VI

Dziś jestem niemal prawą ręką Rady, a już na pewno tą która ma nieść sprawiedliwość. Nigdy chyba tak naprawdę nie będę jej członkiem, ale niewiele mnie to interesowało. Ja chcę służyć żywiołom, a oni mnie potrzebują, by ktoś wypełniał ich wolę. Wiedziałem, że poświęcę się Bóstwom, ale nigdy nie myślałem, że w taki sposób. Nie marzyłem o byciu wojownikiem. Niezły paradoks, bo w końcu jestem w tym naprawdę dobry. W dzieciństwie jednak wielokrotnie zastanawiałem się nad byciem mnichem. Od zawsze byłem bardzo gorliwym wyznawcą i sądziłem, iż droga takiego uduchowienia jest tym, czego chcą ode mnie żywioły. Poza tym nigdy nie nadawałem się na żołnierza, za mało we mnie było uległości, jedyna oznaka pokory, która u mnie występowała, była swoistą formą oddania Bóstwom. Śmierć ojca jednak wiele rzeczy skomplikowała. Umarł służąc Radzie, wypełniając wolę żywiołów. Miało to ogromne znaczenia i właśnie to sprawiło, że przemianowałem swoje priorytety. Modlić się, czcić można zawsze, ale do działania są stworzone nieliczne jednostki. Chciałem, by było widać moją pracę i dlatego postanowiłem pójść w jego ślady. Nie była to prosta droga i wymagała znacznie więcej poświęcenia. Tu nie wystarczyło samo oddanie i wiara, trzeba było być gotowym na obcowanie ze śmiercią i bólem w każdej postaci. Miałem tą istotną cechę, jaką była niezłomność. To ona pozwalała mi za każdym razem wstawać. Poza tym Bóstwo Wody było po mojej stronie, z łatwością od dzieciństwa zdobywałem kolejne poziomy kontroli. Dziś jak każdy patrzył na moje osiągnięcia mówił, że urodziłem się do bycia wojownikiem. Może tak było, nie są nam znane wszystkie zamiary Bóstw, ale nie wykluczałem, że tą rolę przypisano mi już w dzieciństwie. Chodzi mi jedynie o to, iż sam nigdy o tym nie marzyłem. Zawsze miałem jedno życzenie, by być dyrektorem szkoły jak mój ojciec i dlatego wciąż do tego dążę. Wymaga to ode mnie dużo cierpliwości, ale może to i dobrze, w końcu to ona pozwala mi nie pozabijać moich podwładnych, gdy znów mnie zawodzą.

— Przestań już bazgrać. — Wyrwał mnie z zamyślenia Nathaniel, który stał na balkonie, wyjmując paczkę papierosów. Przeniosłem na niego niezadowolone spojrzenie, ale odłożyłem pióro, zamykając jednocześnie notes. Zapiąłem skórzaną klamrę i włożyłem go do biurka.

— Muszę, to silniejsze ode mnie. — Wyszedłem na balkon, wyjmując z paczki jednego fajka. Rozpaliłem go swoją zapalniczką, a później podałem ją Nathowi. Kolejny trudny temat bez uspokajającej nikotyny, by nie przeszedł.

— Spróbuj go nie zabić — zaczął nagle, gdy wypuścił pierwszy kłąb dymu z ust.

— Na co byłby mi on martwy? — spytałem go beznamiętnie, choć naprawdę miałem ochotę rozerwać Jacka na małe strzępy.

Rada jeszcze mnie nie wezwała, mimo iż minął jakiś czas, ale wciąż się obawiałem. Taka głupota może narobić problemów nie tylko jemu, ale także mi. Powinienem mieć w ekipie nie najzdolniejszych, tylko najcichszych, wtedy miałbym pewność, że żaden mieszkaniec Stolicy nie będzie gadał o tajemnej elitarnej jednostce, o której nic nie powinien wiedzieć…

— Dla pewności oddaj sztylet. — Przyjrzał mi się uważnie, a ja jemu, czekając na jakiś uśmiech, śmiech lub cokolwiek innego, co wskazywałoby na to, że żartował. Ku mojemu zdziwieniu nie dostrzegłem żadnego pożądanego przeze mnie zachowania.

— Chyba żartujesz? — prychnąłem, zaciągając się dymem, czułem niemal jak rozpiera moje płuca.

— Jestem cholernie poważny. — Tym razem się już uśmiechnął. — Znam cię, żałowałbyś tego.

— Wcale nie — syknąłem na niego. — Gówniarz narobił syfu i to jeszcze z takiego durnego powodu…

— Nie jest aż tak głupi. Pomyśl, hipotetycznie wygadujesz się swojej dziewczynie… Zabiłbyś ją tak po prostu? — zapytał znienacka.

— Nigdy bym się nie wygadał, bo wiem, co to znaczy szczególnie ważna tajemnica — rzuciłem w odpowiedzi.

— Ale gdyby się dowiedziała od ciebie, albo przypadkiem… Spotykacie się długo, kochasz ją. Umiałbyś zabić? — drążył temat dalej.

— Państwo jest ważniejsze niż miłostki — wyznałem pewnie. — Zabiłbym.

— Nie wierzę ci. Jesteś lodowatym draniem, ale twoje lodowe serce żyje, bije i ma się dobrze. — Uśmiechnął się kpiarsko.

— Jeżeli liczysz, że przez twoją paplaninę będę wyrozumiały, to jesteś w błędzie. — Zgasiłem fajka, słysząc pukanie do drzwi.

— Bywam optymistą, ale nie idiotą — burknął, wchodząc do pokoju razem ze mną. Naprawdę chciałem zachować spokój, chociażby na wstępie, ale gdy tylko zobaczyłem go z miną zbitego psa, szlag mnie znów trafił.

— Mi naprawdę jest przykro — odezwał się. Jeszcze ten cholernie nic niewnoszący, wkurzający tekst. — Lubiłem ją i ręczyłem za nią, nie musiałeś… — zaczął, ale nim skończył, uderzyłem go wierzchem dłoni w twarz.

— Dlaczego miałeś czelność podważyć słuszność moich działań?! — syknąłem na niego wściekły. — Wygadała się jakiejś koleżance, a jakby tego było mało, to gdzie rozmawiały? W parku!! I ty za nią ręczysz?!

— Nie wiedziałem… — mruknął pokornie.

— A wiedziałeś, że nie wolno ci mówić o tym komukolwiek?! — spytałem jadowicie. — Ile razy powtarzałem, że to tajemnica strzeżona pod groźbą śmierci dla samego zainteresowanego jak i słuchacza? Ile razy ja mogę wam w kółko powtarzać tą samą rzecz?

— Polubiłem ją — wyznał cicho.

— Gówno mnie to obchodzi… — warknąłem na niego. — Interesuje mnie tylko tyle, że mogę mieć przez twoje romanse problemy, rozumiesz?! Jeżeli Rada się dowie, to nie ręczę za siebie…

— Dorian… — Do środka wszedł Teo.

— Czego?! Mówiłem, że macie mi dzisiaj dać wszyscy spokój. — Spojrzałem na niego wrogo. — Jeżeli któryś Brudas coś zrobił, to go zabij, a nie przychodzicie do mnie z każdą pierdołą.

— Rada cię wzywa — odpowiedział mi krótko, po czym spuścił wzrok.

— Zajebiście — wycedziłem, patrząc na Jacka, ale nie miał odwagi podnieść na mnie spojrzenia. — Po prostu zajebiście… Ciekawe, co teraz mam zrobić… Otaczają mnie sami idioci — burknąłem, mijając jednego i drugiego, po czym wyszedłem z pokoju.

Do cholery jasnej, zachciało mi się brać nieoszlifowane diamenty! Trzeba było wziąć jakiś zarozumiałych dupków, którzy mają większe ego niż wielkość pałacu Guru, a przy okazji są super wyszkoleni i umieją podrywać panienki na coś więcej niż: „A wiesz, że stoi przed tobą członek elitarnej grupy?”. Nie, ale mi się zachciało czegoś ambitniejszego… wyszkolę ich, bla, bla… Teraz miałem przejebane i musiałem się z tego jakoś wyplątać.

Całą drogę zastanawiałem się jak mam to wytłumaczyć wystarczająco logicznie, by nie kazali mi zabić Jacka. Ba, myślałem też, co mam zrobić, gdy okaże się, że wiedzą o mojej równie mało inteligentnej siostrze, która próbowała na własną rękę zająć sprawą. Wlokłem się tą R8 najwolniej jak się tylko nią dało, ale nic przez ten czas nie wymyśliłem. Trudno, jeżeli Bóstwa podzieliły się przebiegiem zdarzeń z Radą, to znaczy że chcą mnie za to ukarać i nie zostaje mi nic, jak się ich woli poddać.

Wszedłem do wielkiego pałacu, z którego ścian niemal ściekało całe bogactwo tego świata, pełno złota, kamieni szlachetnych, można niemal się tym zachłysnąć. Na mnie też robiło to wrażenie, ale byłem tutaj już pewnie po raz setny i przywykłem do tego. Strażnik skinął na mnie, jednocześnie otwierając przede mną drzwi. Wziąłem głęboki wdech i podnosząc głowę, wszedłem do środka. Swobodnym krokiem podszedłem do kontuaru, za którym siedziała szanowna Rada. Po lewej stronie stał Joshua, pilnujący biednej Luny. Spojrzałem na nią tylko raz, gdy przekroczyłem próg tego pomieszczenia, ale nie wyglądała za dobrze. Musieli ją tutaj trzymać przynajmniej od trzech dni. Jak mogłem nie zauważyć jej zniknięcia? Była bardzo pobita, ale stała o własnych siłach. Dobrze, że trafiła na tego idiotę, Joshuę, bo każdy inny nie wykazałby się najmniejszą formą współczucia. Wcześniej, gdy służyłem Radzie jako powiedźmy „zdobywca informacji” o ewentualnych zdrajcach systemu, to chodziła plotka o tym, że nie jest on w stanie długo znęcać się nad kobietami. Można powiedzieć, iż był zbyt wrażliwy na to.

— Witaj, Dorianie — przywitał mnie Aaron. — Znacie się? — spytał mnie nagle, wskazując na Lunę. Przeniosłem na nią przelotnie spojrzenie, ale ona patrzyła na mnie, tak jakbyśmy się w ogóle nie znali. Mądra dziewczynka, pomyślałem. Cholera, wiem, że wiedziała, na co się pisze, ale widok jej takiej pobitej zasmucał mnie.

— Z dzieciństwa trochę, a teraz widuję ją w szkole — odpowiedziałem obojętnie, byłem mistrzem udawania. — A powinienem ją kojarzyć jeszcze skądś? — spytałem swobodnie.

— Nie, to było tylko takie luźne pytanie. — Uśmiechnął się blado. — Ona wydaje się ciebie w ogóle nie kojarzyć.

— Ona wygląda, jakby miała już dosyć — skwitowałem rzeczowo. — Z ciekawości, w czym rzecz?

— Tylko podejrzenia — odpowiedział lekko. — Bardzo nam cię brakuje w tych zastępach…

— Wyciągnięcie informacji od kobiet nie jest arcytrudnym zadaniem. — Skrzywiłem się, udając urażonego sugestią, że potrzebują mnie do tak błahych spraw.

— Ależ oczywiście. — Machnął ręką. — Dwie nastolatki znaleziono w parku…

— Zamordowano w Stolicy dziewczęta?! Jak to możliwe? — Dalej grałem, a tak naprawdę chciałem dostrzec w jego oczach odpowiedź na moje pytanie: „Czy wie o wszystkim?”.

— To nie morderstwo, tylko przypadek… przedawkowały narkotyk. — Wzruszył ramionami, jednocześnie uświadamiając mnie, że o niczym nie ma pojęcia.

— Co w tym takie dziwnego? Nie są to środki zabronione — rzuciłem beznamiętnie.

Stolica to bardzo dziwne miejsce. Sprawa narkotyków też nie jest do końca wyjaśniona. Z jednej strony są złe, niszczą psychikę, jest się nieobliczalnym, a z drugiej to dobry środek na wizję i agoniczny ból… Wybrańcy, którzy chcą być jasnowidzami, mogą się odurzać, tylko nie ma określonego nigdzie jak odróżniać tych, co wymyślili sobie, że są jasnowidzami od tych, którzy biorą, bo są ćpunami… Po drugie kiedy odczuwa się ból wystarczająco silny, by móc zażyć środki odurzające? Poza tym kto miałby to sprawdzać i kontrolować?

— Dziwne jest to, że miały trzynaście lat — odpowiedział mi Aaron.

— Lewe źródło — zbyłem temat, wzruszając ramionami. — Czemu zostałem wezwany, bo chyba nie do pomocy Joshua?

— Oczywiście, że nie. To chyba jedynie niesłuszne podejrzenia, negocjujemy warunki odzyskania wolności — wyjaśnił mi.

W języku Rady oznacza to tyle co: „w sumie moglibyśmy dać ci żyć dalej, ale o naszym błędzie nie wolno ci nikomu powiedzieć”. Luna przystanie na to i ją wypuszczą, choć będą na pewno ją przez kilka dni obserwować, więc muszę uprzedzić Nathaniela.

— W takim razie zapewne chcecie wiedzieć, jak wygląda sytuacja w szkole — zasugerowałem, na co Aaron automatycznie przytaknął.

Wiedziałem więc, że to nie jest powód mojej obecności tutaj. Sprawdzali mnie. Chcieli zobaczyć jak zareaguję na obecność Luny, a ona na moją. Bóstwa muszą mieć nas w opiece, biorąc pod uwagę fakt, że mogli wpaść na pomysł przywołania Nathaniela, a on na pewno, by się wysypał. Wierzę w niego, ale który facet umiałby zachować kamienną twarz, kiedy widzi pobitą ukochaną?

— Wszystko zmierza we właściwym kierunku… Martin pogodził się ze swoim odejściem.

— Doskonale — przyznał Aaron z uśmiechem, choć widziałem, że to go w ogóle nie interesowało, więc pogadałem jeszcze chwilę i szybko się ulotniłem. Po wyjściu z Kapitolu czułem się rozdarty. Z jednej strony pobita Luna, przygnębiające, ale z drugiej Rada nie ma pojęcia o incydencie w związku z Jackiem i moją siostrą. Nie wiedziałem jednak, czy powinienem się cieszyć, dlatego chyba po prostu czułem ulgę. Pozostawała przede mną jednak trudna rozmowa.

— Odesłałem go. Zrozumiał, zaufaj mi — zaczął Nath, gdy wszedłem do swojego salonu, choć bardziej saloniku, bo jest kilkukrotnie mniejszy niż ten u mnie w domu.

— Nieważne — rzuciłem zamyślony.

— Wiedzą? — Przyjrzał mi się uważnie.

— Nie, wszystko jest dobrze — odpowiedziałem mu. Zastanawiałem się jak mu to powiedzieć, ale chyba nie było właściwego sposobu.

— Świetnie, to idę — mruknął.

— Czekaj. — Wyciągnąłem z kieszeni zapalniczkę i wyszedłem na balkon. Wiem, mogłem palić w pokoju, bo w końcu była już prawie zima. Ja jednak uwielbiałem to mroźne powietrze. — Na Kapitolu spotkałem Lunę — wyznałem, gdy rozpalałem fajka.

— Jak to? — spytał mnie zszokowany. — Wiedzą o nas?

— Nie, ale chyba chcieli to sprawdzić — oznajmiłem cicho. — Wiesz, oni mnie obserwowali, gdy wchodziłem do auli… I ją też. Spodziewali się reakcji mojej albo jej.

— Jesteś tu, więc udało ci się — powiedział spokojnie. — Nic jej nie jest?

— Wyliże się — odrzekłem, co mu się nie spodobało. Jasne, ja też wolałbym, by nie spadł jej włos z głowy, ale i tak nie jest źle, a mogłoby być. Znam resztę „zdobywców informacji” i naprawdę miała szczęście w nieszczęściu. Podejrzewałem, że to zasługa Justina, komendanta wojsk.

— Skurwiele — zaklął wściekle, zaciągając się kilka razy mocno papierosem, po czym opierając ramiona na barierkach, zwiesił głowę.

Było mi go żal, w końcu przyjaźniliśmy się tyle lat. Znałem Lunę i wiem jak mnie zabolało to, co z nią zrobili, a co dopiero jego. Poza tym to uczucie bezsilności potrafi dobić podwójnie. Masz możliwości by kogoś ochronić, a nie możesz z nich skorzystać… Najgorsze uczucie na świecie.

— To bardziej moja wina niż twoja — oznajmiłem pewnie. — Ja cię w to wciągnąłem, a jednocześnie i ją.

— Nieprawda — warknął niezadowolony. — Sukinsyny przyczepili się do niej, bo chcą mieć coś na mnie… Łapią się czego mogą, by się mnie pozbyć.

— Czemu? — spytałem zdziwiony, bo naprawdę nie rozumiałem skąd ten wniosek.

— Nie chodzi o to, że powiedźmy pracujemy razem. — Przyjrzał mi się badawczo. — Chodzi o to, że się przyjaźnimy… To nie żadna nowość, że moje poglądy znacznie różnią się od poglądów Aarona…

— Twoim żywiołem jest Ziemia, masz więc pełne prawo do zdobywania wiedzy, poznawania szczegółów istnienia świata, a co dopiero naszego państwa — odpowiedziałem mu.

Teraz rozumiałem skąd to badawcze spojrzenie. Poglądy to nasz temat tabu, którego nie poruszamy, więc chciał wiedzieć, czy może. Nie zgadzałem się z jego krytycznym podejściem do systemu, ale nie robił nic takiego, bym miał go za co potępiać. Dążył do pełnego obrazu świata, a tym samym naszego państwa, nie można było mu tego zabronić. Inteligencja, analityczne myślenie, chęć zdobywania doświadczenia, wiedzy, interesowanie się nauką, to cechy wpisane w dziedziców Bóstwa Ziemi i nie wolno im tego zakazywać, bo to byłoby działanie przeciwko żywiołom.

— Zdobywanie wiedzy martwi jednak tych, o których chcemy się dowiedzieć wszystkiego — oznajmił i zostawił mnie samego.

Był wściekły, mogłem go zrozumieć, ale nie uwierzę, by Rada miała powody cokolwiek ukrywać. Luna jest na cenzurowanym, od kiedy jej rodzice przeszli na stronę rebeliantów. Może Rada chciała wiedzieć, czy jej najbardziej zaufana jednostka nie ma nic wspólnego z buntownikami. Wiem, Luna wybrała inną drogę niż rodzice, ale Aaron obawiał się jej. Podejrzewał, iż werbuje porządnych Wybrańców na złą stronę, dlatego chce mieć pewność, że nikt z nas nie ma z tym procederem nic wspólnego. Naprawdę wątpiłem, by chodziło po prostu o Nathaniela poglądy i naszą przyjaźń.

*

Kolejne bezowocne zebranie. Przyszedł, podpisał, przystawił pieczęć, powiedział, że dwie uczennice nie będą chodziły już do nas do szkoły i poszedł. W ogóle mówi tak, jakbyśmy od razu mieli na to przystawać, nie próbował nawet wprowadzać elementów demokratycznych. Wiedziałam jedynie, że potrzebowałam tej pieprzonej pieczątki, by móc zrealizować swój plan. Trudno było tylko ją zdobyć, bo ciągle nosił ją na rzemyku na szyi. Mam jeszcze trochę czasu, by załatwić te lekcje walki, nawet kilka miesięcy będzie lepsze niż nic.

Szłam do Luny, aby oddać jej zeszyt, który zostawiła u mnie i u Emmy w pokoju, gdy pomagałyśmy jej z zadaniami z fizyki (to był jeden z nielicznych przedmiotów z normalnej szkoły).

— Zostawiłaś u nas zeszyt… — zaczęłam, otwierając drzwi od jej pokoju. Blondynka siedziała na łóżku zalewając się łzami, ale nie to mnie tak bardzo zszokowało. Miała na buzi dwa olbrzymie siniaki.

— O Boże, Luna co ci się stało? — Niemal wskoczyłam do niej na łóżko. Wtuliła się we mnie, jeszcze bardziej się rozklejając.

— Jest mi tak bardzo smutno — wychrypiała, trzymając głowę na wysokości mojej klatki piersiowej.

— Powiedź mi, to spróbuję ci pomóc — powiedziałam łagodnie. Nie znałyśmy się jakoś szczególnie dobrze, ale nie mogłam patrzeć na nią w takim stanie.

— Nie. — Podniosła się od razu, wpatrując we mnie swoje zapłakane oczy. — Obiecaj, że nie będziesz węszyła…

— Kto cię pobił? Tak nie można, ten ktoś musi za to zapłacić — rzuciłam pewnie. Ta szkoła była bezpieczna, dopóki Dorian i ten osiłek nie dołączyli do naszej społeczności. Podejrzewałam, że to co spotkało Lunę, może być ich sprawką.

— I tak to nic nie da. — Westchnęła ponuro. — Jest władza, pod którą trzeba się ugiąć — dodała zrezygnowana.

Nie zgadzałam się z tym. Musiała mówić o Dorianie! Nawiązała do zwierzchnictwa, a to przecież on pokazuje nam, że tutaj rządzi! Jak on w ogóle śmiał ją tak pobić? Boże, gdyby nie Vincent to może pierwsza bym w takim stanie skończyła? Dusił mnie, to bez obaw mógłby i mnie pobić, gdybym się jeszcze bardziej buntowała. Potrzebowałam ochrony, Vin miał rację. Nigdy nie wiadomo, co temu świrowi odwali. Nie mogłam jednak uwierzyć, że podniósł rękę na Lunę. Ona ani razu nic złego nie powiedziała na niego, a nawet można byłoby oskarżyć ją o bronienie go. To spokojna dziewczyna, która nikomu nigdy nie weszła w drogę. To on musiał mieć pewnie zły dzień i chciał się na kimś wyżyć. Nie zostawię tego tak. Luna się go boi, ale ja pójdę i powiem wszystko Martinowi. Ten terror musi się skończyć.

Czekałam na niego przed jego pokojem, choć bardziej odpowiednie będzie nazwanie go mieszkaniem. Nie wiem, ile musiałam stać pod tą ścianą, ale z każdą minutą byłam coraz bardziej nakręcona. W ogóle on nie ma honoru! Bić dziewczynę?! Tym razem nawet dobrotliwy Martin nie będzie mógł przejść obok czegoś takiego obojętnie. Miałam nadzieję, że go jak najszybciej usunie ze szkoły, a co za tym idzie, powróci dawno upragniony spokój.

— Czekam! — powiedziałam stanowczo, gdy widziałam jak szedł korytarzem z Clarą.

— Na co? — spytał mnie obojętnie. Patrzyłam na niego spode łba, skrzywił się, po czym pożegnał się z dziewczyną, która z uniesioną głową poszła w swoją stronę.

— Raczej na kogo — odpowiedziałam mu, ale nie podeszłam do niego.

— Będziemy dalej bawili się w tą zabawę, bo jak tak, to nie mam czasu. — Otworzył drzwi od swojego mieszkania. Myślałam, że już mnie oleje, ale nie zrobił tego, wziął coś z pokoju i znów wyszedł. — Zatkało cię? Mów, bo nie mam czasu na podchody. — Tym razem był już zirytowany. Zadziwiająco łatwo było go wyprowadzić z równowagi.

— Na ciebie czekam! — syknęłam niezadowolona, gdy zamykał pokój na klucz.

— Słucham? — prychnął rozbawiony. — A to nie mam czasu na pogawędkę. — Ruszył schodami na górę.

— Myślisz, że jesteś tutaj panem i wszystko ci wolno? — spytałam go chłodno, idąc za nim.

— Generalnie, to tak jest, ale to już dawno ustaliliśmy — burknął do mnie, nie zatrzymując się.

— Wszyscy się ciebie tutaj boją! — oznajmiłam niezadowolona.

— Bardzo mi z tego powodu przykro — odrzekł ironicznie.

— Niegrzecznie sobie iść, gdy ktoś do ciebie mówi! — skarciłam go.

— Chyba, że nie chce się rozmawiać. — Wzruszył ramionami.

— Jesteś potworem! Jak mogłeś to zrobić?! — warknęłam na niego. Nie pozwolę się spławić, gdy ten bydlak pozwala sobie na bicie kogo popadnie, a już na pewno nie będę się przyglądała temu jak traktuje niewinne dziewczyny.

— Czyli co? — Stanął dwa schodki nade mną, przez co górował jeszcze bardziej niż zwykle. Patrzył na mnie tymi swoimi lodowato błękitnymi oczami, a ze mnie odpłynęła cała odwaga.

— Jak mogłeś ją pobić? — wydukałam niepewnie, wyglądał, jakby odetchnął słysząc moje pytanie, co było dość niezrozumiałą dla mnie reakcją, ale wątpię, by ktokolwiek mógł go zrozumieć.

— Nie wiem, o czym mówisz. — Odwrócił się, wspinając się dalej po schodach. Stałam chwilę, zbierając w sobie odwagę, po czym ruszyłam za nim. — Daj sobie na wstrzymanie, idź do znajomych, czy coś… — Zagrodził mi drogę ręką.

— Pobiłeś Lunę! — rzuciłam oskarżycielsko. Zdziwiłam go tym.

— Większej głupoty w życiu nie słyszałem — wyznał, znikając za rogiem.

Tym razem to on zaskoczył mnie. Wydawało się, że wie, o kim mówiłam. Ja niby zdawałam sobie sprawę, iż Czyści to super szczęśliwa rodzinka, ale Dorian nikogo szczególnie nie kojarzył, a tutaj nie zapytał, kim ona jest… To trochę dziwne, biorąc pod uwagę, że Luna naprawdę nie rzucała się w oczy w szkole, mało kto wiedział o jej istnieniu.

— Powiem Martinowi! — krzyknęłam za nim, po czym zaczęłam schodzić po schodach.

Nie chciał ze mną gadać, to porozmawiam z kimś, kto na pewno mnie wysłucha, pomyślałam. Nagle jednak poczułam szarpnięcie do tyłu. Dorian pociągnął mnie za mojego kucyka tak mocno, że prawie się wywróciłam, gdyby nie złapał mnie mocno za ramię.

— Czy ja ci nie mówiłem, że stąpasz po cienkim lodzie? — warknął na mnie, ustawiając mnie pod ścianą.

— Mnie teraz też pobijesz jak ktoś zaraz mnie nie uratuje? — spytałam go. Próbowałam brzmieć normalnie, ale głos mi zadrżał.

— Ciebie to trzeba byłoby od razu zabić, żeby mieć pewność, że w nic więcej się wtrącać nie będziesz… — burknął, opierając się plecami o barierki i mimo, iż się odsunął, wciąż się bałam.

Spojrzałam na brzytwę, którą miał zaczepioną o pasek i przeszły mnie ciarki. Szybko się zorientował, że się gapiłam, bo zakrył ją płaszczem. Skrzyżował ręce na wysokości klatki piersiowej.

— Czyli… — odchrząknęłam, bo zaschło mi w gardle. — Przyznajesz się, że pobiłeś Lunę?

— Gówno prawda — huknął na mnie, aż podskoczyłam przerażona. Chciałam sobie zbiec na dół, ale przytwierdził mnie za oba nadgarstki na wysokości moich bioder. Wstrzymałam powietrze, patrząc na niego ze strachem wymalowanym na twarzy. Widziałam w jego oczach swoją śmierć. Nie umiałam się jednak pozbyć nutki podniecenia, ja naprawdę reagowałam na niego zupełnie inaczej niż powinnam.

— Co… ona… takiego zrobiła? — wydukałam przez zaciśnięte gardło.

— Nic — wycedził przeraźliwie. — Nigdy nie tknąłbym Luny — powiedział z naciskiem.

— Czemu? — dopytywałam go, bo szczerze to nie chciało mi się wierzyć w tą bajeczkę.

— A to akurat nie twoja sprawa. — Puścił mnie, więc mogłam odetchnąć. — Nie jesteśmy znajomymi, współpracownikami, czy kimkolwiek kogo sobie wymyśliłaś. Nie masz prawa wnikać w żadne sprawy, które mnie dotyczą.

Poszedł sobie. Stałam tak w miejscu, aż nie usłyszałam trzaśnięcia drzwiami. Teraz już byłam praktycznie pewna, czemu tak się zdenerwował, gdy mówiłam w kółko o pobiciu Luny. Oni się spotykali, dlatego nigdy nie powiedziała na niego złego słowa. Nie chciała uczestniczyć w konspiracji, a on tak się wściekł, gdy oskarżyłam go o jej pobicie. Wracając do Luny, zastanawiałam się tylko jak tak sympatyczna dziewczyna mogła umawiać się, z kimś takim jak Dorian. W sumie to nie moja sprawa, ale czy mając takiego chłopaka, nie powinna być absolutnie bezpieczna? No wiecie, ten psychol jest taki skory do bójek, a nie ochronił swojej dziewczyny, to trochę dziwne… Musiało istnieć jakieś logiczne wyjaśnienie. Boże, czy ja się właśnie zastanawiałam nad postępowaniem Doriana? Potrząsnęłam głową, zanim weszłam z powrotem do pokoju Luny.

— Już wszystko wiem. — Usiadłam na skraju łóżka. Czytała jakąś książkę, którą momentalnie odłożyła, gdy się odezwałam.

— Jak to? — Patrzyła na mnie przerażona. — Prosiłam, byś nie węszyła — dodała gniewnie.

— Spokojnie, nikomu nic nie powiem. — Podniosłam do góry prawą dłoń.

— Jak się dowiedziałaś? — spytała niezadowolona.

— Rozmawiałam z Dorianem — przyznałam pośpiesznie. Spojrzała na mnie jakoś dziwnie, jakby czekała na zupełnie inną odpowiedź.

— Dorian ci powiedział? — wyrzuciła powoli. Wyglądała, jakbym powiedziała jej coś cholernie abstrakcyjnego. — Nie wierzę.

— Nie powiedział wprost, ale zasugerował, a ja już wywnioskowałam, że się spotykacie — oznajmiłam łagodnie, a w tym samym momencie Luna wybuchła niepohamowanym śmiechem. Czułam się głupio, ale w sumie cieszyłam się, że poprawiłam jej humor chociaż na trochę.

— Wybacz, Leyla, ale to naprawdę zabawne. — Ocierała z policzków łzy, bo aż tak ją rozbawiło to, co powiedziałam. — Nie wiem, jak mogłaś wywnioskować, że jesteśmy razem… To najbardziej niedorzeczna teoria, jaką kiedykolwiek słyszałam.

— Bardzo się zdenerwował, gdy zasugerowałam, że to on cię pobił — zaczęłam się tłumaczyć, ale w sumie brnęłam w swoją teorię dalej.

— Mówiłam ci, byś nie szła z nim na wojnę — skarciła mnie. — Każdy, by się zdenerwował za fałszywe oskarżenia, niezależnie czy tego kogoś, by coś ze mną łączyło, czy nie…

— Wygłupiłam się, ale chciałam ci pomóc. — Zwiesiłam głowę.

— Pocieszę cię. Jesteś pierwszą osobą, która mnie naprawdę rozbawiła — powiedziała uroczo.

— Tak, to dobre pocieszenie. — Uśmiechnęłam się do niej kwaśno.

Tym razem się wygłupiłam, oskarżając Doriana, ale jak wszystkie złe rzeczy, które dotykały mnie lub znajomych z mojego otoczenia to jego sprawka, to ciężko wierzyć w jego niewinność w innych sytuacjach. Może faktycznie nie byłby w stanie pobić dziewczyny, ale wcale mnie to nie uspokajało.

Rozdział VII

Tonąłem w tych papierach. Nie spodziewałem się, że przewodniczący musi tyle robić. Jakieś pieprzone raporty, jak każdy uczeń sobie radzi w szkole, które trzeba posegregować, zsumować ze wszystkich przedmiotów i gotową kartę oddać dyrektorowi. To powinna robić jakaś sekretarka, a nie ja.

— Będziemy się zbierać. — Wszedł do mnie Nathaniel.

— Ja to do przyszłego roku się nie pozbieram. — Rozparłem się na krześle przy biurku, masując sobie kark. — Tego jest setki stron…

— Mamy dwudziestu chętnych na spotkanie z naszą sprawiedliwością, znikamy na dwa tygodnie i tym razem z tobą, tak zadecydowała Rada — oznajmił, siadając na fotelu.

— Ja muszę to oddać za dwa tygodnie Martinowi… — Wypuściłem całe powietrze z płuc. — Wiedziałeś, że w szkole uczy się… siedemdziesięciu trzech uczniów?

— Nie, bo nigdy nie pchałem się do ważnych funkcji. — Uśmiechnął się łobuzersko. — Po cholerę się za to wziąłeś?

— Bo żaden farbowany Czysty nie będzie mną rządził, ani szkołą którą zamierzam przejąć — burknąłem.

Vincent to tak się nadawał do rządzenia jak Jack do bycia okrutnym mordercą, co oczywiście nie umniejsza jego umiejętnościom. Farbowanemu lisowi udało się przekupić jednym dobrym czynem całą Radę. Spoko, ale dla mnie to on dalej jest Brudasem. Jedno uratowane życie nawet szanowanego członka Rady to za mało, by być pełnoprawnym Wybrańcem, dlatego nie wiem, czemu się na to zgodzono. Co ma jeden czyn do wieloletnich, jak nie wielowiekowych tradycji rodzinnych i genów?

— Poza tym, pierwsze co zrobię jako dyrektor, to zatrudnię sekretarkę.

— Na misję nie wyślesz nikogo, ale robotę możesz zrzucić na kogoś innego — zaczął się bawić ciężką metalową kulą, nie wiem skąd to miałem, ale chyba Cynthia kiedyś mi kupiła. Wygrawerowane tam były wszystkie symbole żywiołów.

— Tobie? — rzuciłem złośliwie. Prychnął rozbawiony, po czym zaczął podrzucać kulę do góry.

— Dogadaj się z Leylą, jest zastępczynią, to niech się bierze do roboty — zaproponował.

— Na pewno nie, będzie chciała coś w zamian. — Oburzyłem się. — Nie będę ustępował tylko dlatego…

— Że masz ważniejsze zadania niż chandryczenie się z bachorami w szkole? — dokończył za mnie.

— Nie będę tu robił raju dla Brudasów — powiedziałem wyniośle.

— Nie unoś się dumą. — Zabrzmiało to jak karcenie. — Za jakieś pół roku będziesz tu robił, co ci się tylko żywnie podoba… Przestań z tym pilnowaniem korytarzy i daj im obejrzeć trochę Stolicy, wielkie mi rzeczy… Będą ją pewnie widzieli pierwszy i ostatni raz, bo po skończonej szkole jak nigdzie jako służba się nie zaczepią, będą musieli opuścić nasze miasto… Nikt im nie dał nigdy nic, a tu wykażesz się dobrą wolą, więc będzie ci jadła z ręki już do końca.

— Będzie chciała lekcji walki. — Przypomniało mi się, o co tak naprawdę walczyła ciągle Leyla.

— Weźmie tyle, ile jej dasz… Dzięki temu załatwi za ciebie papiery, a ty będziesz mógł się skupić na naszej misji — oznajmił spokojnie.

Nie byłem do tego przekonany. Wchodzenie z nią w układy jest niepewne, bo ona jest trochę nienormalna. Najpierw sama zaczynała, a później trzęsła się jak galaretka, gdy się naprawdę zdenerwowałem. Poza tym może się zgodzić na warunki, a później wywinąć mi jakiś numer. Wrócę, a tu papiery będą nieogarnięte. Chowa się za tymi swoimi bordowymi puklami długich włosów i nie dowiesz się, co tak naprawdę kombinuje.

— Zgoda — przyznałem, zbierając dokumenty. Nie byłem do tego przekonany, ale Nathaniel miał rację. Żywioły i Rada powierzyli nam kolejne zadania i nie mogłem ich zawieść z powodu jakiś szkolnych spraw. Wszystkim zajmowałem się sam przez wiele miesięcy, jak raz coś zrobi Leyla to przecież nic jej się nie stanie, a jeszcze oferuję odwdzięczenie się. Nic nie mogło pójść źle. Z tą optymistyczną myślą zapukałem do drzwi jej pokoju. Czułem się jakoś idiotycznie, bo to zazwyczaj wszyscy przyłazili do mnie, a nie ja do kogoś, ale no niech będzie.

— Co zrobiłyśmy? — powitała mnie pytaniem ta brunetka, co mieszkała z Leyla, ale teraz jakoś nie mogłem sobie przypomnieć jej imienia.

— Jest Leyla? — spytałem ją, a ona niepewnie przytaknęła. — Świetnie, to poczekaj na zewnątrz. — Wyciągnąłem ją na korytarz, sam wchodząc do środka i zamykając drzwi na zasuwę.

— Ucieknę — zapowiedziała Leyla, podnosząc się z łóżka.

— Ciekawe, tu nawet nie ma okna. — Skrzywiłem się sceptycznie.

Nie wiem jak można żyć w takiej klitce jak ta. Nie dość, że na powierzchni jakiś piętnastu metrów ma się dwuosobową sypialnię, gabinet i salon, to jeszcze łazienkę trzeba dzielić z kilkoma innymi osobami. Tragedia jakaś. Pozbędę się stąd Brudasów jako dyrektor, to Czyści będą mieli znacznie większe przestrzenie, podobne do tych, w których sam obecnie mieszkam.

— Wyjeżdżam na dwa tygodnie…

— Tak… — Patrzyła na mnie, jakbym miał zaraz ogłosić jakąś traumatyczną informację. Ona normalnie się mnie bała i chyba zaczynało mi się to podobać. Dziewczyny zawsze były ostrożne przy mnie, ale jej strach był aż nadto widoczny.

— Trzeba zająć się papierami dla Martina — zacząłem swobodnie, kładąc je na biurku, po czym podszedłem do niej z dwoma, oddzielnymi grubszymi kartkami. Cofnęła się niepewnie. — Weź. — Przewróciłem oczami, a ona nieśmiało je ujęła dłonią. Zaczęła czytać i widziałem coraz większe zdziwienie na jej twarzy.

— To są nowe zarządzenia — wymamrotała.

No bystra to ona była niesłychanie. Nathaniel określał ją zawsze jako bardzo inteligentną, mało uzdolnioną w kontrolowaniu żywiołów i zbyt narwaną, ale jakoś nie mogłem dojrzeć tej jej inteligencji. Zachowywała się tak głupio, że dziwię się, iż przypadkiem się nigdy nie zabiła.

— Jeżeli zajmiesz się dokumentami, ja pozwolę dwóm najstarszym rocznikom wyjść na miasto i dla wszystkich zniosę powiedźmy… ciszę nocną — zaproponowałem.

— Zajęłabym się nimi i bez tego, ale dziękuję — powiedziała łagodnie. Musiałem jej coś zaoferować, gdybym dał jej zrobić coś ot tak, to miałbym u niej dług, a ja nie zaciągałem długów. Każda moja misja mogła być ostatnią, dlatego zawsze chciałem mieć ze wszystkimi czysty rachunek.

— Jesteśmy umówieni. — Zabrałem od niej dokumenty, wyciągnąłem wisiorek z pieczątką i przybiłem na obu stronach.

— Ufasz mi. — Zajrzała mi przez ramię, by spojrzeć jak podpisywałem dokumenty.

— Nie, po prostu wierzę, że nie jesteś głupia — burknąłem w odpowiedzi. — Trzymaj. — Chciałem podać jej dokumenty, ale odskoczyła jak oparzona.

— Przepraszam. — Speszyła się momentalnie.

— Czy ty przypadkiem nie powinnaś być pod jakąś stałą opieką medyczną? — spytałem ją rozbawiony. Zacząłbym podejrzewać, że ją onieśmielam, bo te jej głupie zachowania można byłoby wtedy jakoś logicznie wyjaśnić. Ma jednak tego swojego chłopaka, Vincenta i już naprawdę nie wiedziałem, z czego wynika to jej roztrzepanie.

— Strach przed człowiekiem, który ciągle ma przy sobie broń jest naturalnym odruchem — odchrząknęła, mówiąc nieco mniej piskliwie, co się nie zdarzało zbyt często.

— Czy kiedykolwiek jej użyłem w szkole? — rzuciłem spokojnie, podnosząc na nią wzrok. Przełknęła ślinę, jednocześnie biorąc głęboki oddech.

— Gdybyś nigdy nie chciał jej użyć, to byś jej przy sobie nie nosił — skwitowała i chyba zaczęła trochę myśleć, bo w końcu mówiła coś z sensem. Można było z nią w końcu nawiązać jakiś normalny dialog. Do tej pory zbywałem ją z powodu głupot, jakimi mnie zasypywała.

— Od samego posiadania jej do użycia jest bardzo daleko — mruknąłem, odwracając się w stronę drzwi.

— Ty przynajmniej dzięki temu czujesz się tu bezpiecznie. — Spochmurniała.

— Akurat to w tym miejscu nie jest mi potrzebne, by czuć się bezpiecznym — odrzekłem ostrożnie. — Jeżeli chcesz mnie podejść i wymusić lekcje walki, to ci się to nie uda… Nie irytuj mnie, bo zaraz cofnę te nowe decyzje.

— Chodziło mi o to zaginięcie dwóch dziewczyn. Mówią, że zginęły w parku… później jeszcze to pobicie Luny… — Ewidentnie się martwiła i choć sama nie znała prawdy, to jednak jej strach wciąż wiązał się ze mną. Nie widziałbym w tym powodów do zamartwiania się, ale może dlatego że częściej to ja niosłem śmierć niż ona sama do mnie przychodziła. Leyla nie przywykła do świata przemocy i te plotki o możliwym morderstwie chyba ją przytłoczyły.

— Nic nikomu nie grozi w tej szkole — oświadczyłem stanowczo. — Może ci się to wydać absurdalne, ale na razie jestem źródłem waszego bezpieczeństwa, jednak gdy spróbujecie grać za moimi plecami, będę waszym największym zagrożeniem.

— Zawarliśmy dziś niejako rozejm. — Uśmiechnęła się blado. — Ty wycofałeś ograniczenia dla nas, dałeś nam niejako swobodę, a ja będę pomagała w papierach. Nie będę spiskować, a ty będziesz dbał o bezpieczeństwo wszystkich jak na przewodniczącego przystało. — Wyciągnęła w moją stronę dłoń.

— Niech będzie. — Uścisnąłem ją. — Jeden fałszywy ruch, a zrywam rozejm.

— Zgoda — przytaknęła, a ja zabrałem rękę. — Do zobaczenia za dwa tygodnie — powiedziała, gdy miałem już wpuścić tu jej przyjaciółkę.

Spojrzałem na nią, zastanawiając się, co teraz sobie myślała. Nie tylko dlatego, iż sam nawet nie wiedziałem, czy tu jeszcze wrócę. Nie to, że zakładałem porażkę za każdym razem, gdy wyjeżdżałem na misję, ale byłem świadomy śmierci i kruchości życia. Moje jestestwo było w rękach Bóstwa Wody i tylko ono mogło zadecydować, czy mam kolejne starcia przeżyć czy nie. Zastanawiałem się po prostu, czemu to powiedziała. Być może po prostu wypadało tak się pożegnać i jest to dla mnie dziwne, bo nasze rozmowy nigdy nie kończyły się kurtuazyjnym pożegnaniem. Jest też druga opcja. Ten cały rozejm coś dla niej znaczył i już moje zniknięcia nie będą powodem do wznoszenia modlitw, bym tym razem nie wrócił. Oczywiście nie wiedziała, że idę kolejny raz zaryzykować życie, ale często pewnie miała nadzieję, iż się już więcej nie pokażę. Uprzejmość to z całą pewnością nie jest coś, do czego mnie przyzwyczaiły obowiązkowe znajomości tutaj. Chyba w tym momencie nie widziałem w niej zbuntowanej Brudaski, a zwykłą dziewczynę. Może dlatego to błahe pożegnanie wywołało we mnie takie zdziwienie. Nie mogłem być niczego pewien, ale też nie miałem czasu się nad tym dłużej zastanawiać. Skinąłem tylko, otwierając drzwi. Jej kumpela również się spięła na mój widok, ale dużo mniej niż sama Leyla. Musiało coś być w jej strachu, bo był naprawdę nienaturalny, nawet jeżeli brać pod uwagę, że z trudem przy niej panowałem nad sobą ze względu na jej irytujące usposobienie.

*

Miałam serdecznie dość. Ryczałam po kątach od wielu dni. Nigdy nie sądziłam, że będę każdego dnia rano wstawała, modląc się, by Dorian wrócił na uczelnię. Wprowadzone przez niego zarządzenia ucieszyły nas, Nieczystych, wiele osób z chęcią wychodziło na miasto i zachwycało się nim. Stolica to podobno najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widzieli. Żaden z uczniów nie spotkał się również z żadną agresją ze strony jej mieszkańców. Byłam zadowolona z tego, bo Dorian dał nam więcej niż wszyscy poprzedni przewodniczący, choć był naszym największym wrogiem. Niestety po jego wyjeździe powstał ruch niezadowolenia, na którego czele stanął Olaf. Trzy dni temu zdemolowano mój i Emmy pokój, sprzątałyśmy go trzy godziny. Olaf wbił sobie do głowy, że były to sfingowane zarządzenia i nie zamierzał słuchać moich wyjaśnień.

— To ja spadam z chłopakami na miasto — mruknął Vin, gdy wróciliśmy z obiadu.

— Teraz? Nie mógłbyś mnie odprowadzić? — Spojrzałam na niego niepewnie.

Wiem, największy świr wyjechał i wszyscy poczuli ulgę, ale ja czułam, że jestem w niebezpieczeństwie. Ludzie też mają instynkty odzwierzęce i są w stanie wyczuć nadchodzące zagrożenie. Przy Vincencie mi nic nie groziło, a naprawdę było coraz mniej takich chwil, gdy serce mi biło w normalnym rytmie. Widząc szepczącego Olafa ze swoimi kumplami, którzy patrzyli na mnie z nienawiścią, wiedziałam, że coś się szykuje. Potrzebowałam teraz oparcia w Vincencie. Oczywiście, doceniałam Emmę, ale ona nie mogła mi w żaden sposób pomóc, sama przebywając ze mną, narażała swoje bezpieczeństwo, a na to nie mogłam pozwolić. Zawsze mogłabym pójść do Martina, ale to niewiele by pomogło. Skarciłby go, co tylko pogorszyłoby moją i tak kiepską sytuację. Jedynym ratunkiem był powrót Doriana, jego bali się wszyscy, nikt nie odważyłby się szykować czegokolwiek bez jego wiedzy. W tym jednym przypadku jego autokratyczne rządy miały pozytywy, jedynym źródłem zagrożenia był on sam, żyjąc dobrze z nim, nie trzeba było się obawiać niczego innego. Dwa tygodnie jednak minęły już kilka dni temu i szczerze zaczynałam tracić nadzieję na jego powrót. Teraz dopiero czułam konsekwencje swojego stanowiska i poglądów… Chcąc polepszyć życie Nieczystym, powinnam wiedzieć, że to sprowadzi gniew tych, którzy są przeciwko nam…

— Znów się przejmujesz tym Olafem? — Westchnął załamany. — Leyla, przecież on by muchy nie skrzywdził, to sierota…

— Nie widzisz jak on mnie traktuje? Zdemolował mi pokój, ciągle mnie ktoś szturcha, albo mnie wyklina — burknęłam gorzko. — Boję się.

— Nie masz czego, znudzi mu się. — Dotknął mojego policzka. — Najważniejsze jest to, że udało ci się coś od tego dyktatora wywalczyć, jesteś wielka.

— Tak, jasne — wyszeptałam.

Nie rozumiałam go. Jestem jego dziewczyną, tłumaczyłam mu, że czuję się szykanowana z każdej strony, a on to tak bezczelnie bagatelizował. Nawet jeżeli wydawało mu się to głupie, to powinien próbować mnie chociaż trochę zrozumieć. On może się nie bał kogoś takiego jak Olaf, ale ja z nim i jego kumplami nie miałabym szans… Przed Dorianem mnie chronił od początku, a teraz w ogóle nie reagował. Olaf zaczął od wyzwisk, później przewrócił mój pokój do góry nogami, teraz jakieś nocne wizyty, walenie w drzwi, szturchanie i popychanie mnie… Co będzie dalej? Bałam się, bałam się jak cholera, a mój chłopak uważał, że to nic takiego.

— Dobra, mogę odwołać to spotkanie z kumplami — odpowiedział mi. Zacietrzewił mnie jeszcze bardziej… Z wielkim trudem przychodziło mu odwołać taką głupotę?! To ja mu załatwiłam możliwość wychodzenia poza mury tego budynku i nie byłam godna, aby raz z tego prawa zrezygnował? Okey, nie potrzebowałam łaski z jego strony.

— Dam sobie radę — mruknęłam, odchodząc.

— Jeżeli myślisz, że będę teraz za tobą ganiał, to jesteś w błędzie — rzucił za mną. — Wpadasz w paranoje, nie wszyscy są jak Dorian, a już na pewno nie Olaf.

— Nie musisz mnie ganiać. — Spojrzałam na niego obrażona. — Dam sobie radę sama jak zwykle, przecież to tylko parę metrów, a ja jestem w szkole… Co może mi grozić? — rzuciłam ironicznie.

— Właśnie — przytaknął, idąc w swoją stronę. Idiota nawet nie załapał mojej ironii, skwitowałam w myślach.

— Ja z tobą posiedzę, mała. — Podeszła do mnie Emma. Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością, ale nie mogłam na to przystać. Pierwszy raz wybierała się na spacer po Stolicy i w dodatku ma iść z Carolem do kina, nie mogłam jej zepsuć randki.

— Absolutnie. — Pokręciłam energicznie głową.

— To ciężki dla ciebie czas. Potrzebujesz mnie, a z Carolem jeszcze nieraz gdzieś pójdziemy — oznajmiła spokojnie i widziałam w jej oczach, że naprawdę jest gotowa zrezygnować z tej randki, ale nie mogłam jej na to pozwolić.

— Wszystko gra, chciałam tylko, by mój chłopak zrezygnował z czegoś dla mnie. Nie udało się, trudno — odparłam. — Idź i baw się dobrze…

— Ja dziś się nudzę — wtrąciła nagle Luna. — Jeżeli chcesz, to możemy pomęczyć się nawzajem swoim towarzystwem — powiedziała uroczo.

— Widzisz, już mam towarzyszkę. Baw się dobrze, Emma — pożegnałam się z nią, po czym z Luną poszłyśmy przed siebie korytarzem. — Dziękuję — wyszeptałam cicho.

— Się porobiło, co? — mruknęła łagodnie. — Wróci twój kat, to porozstawia wszystkich po kątach.

— Mam taką nadzieję, choć nie wiem, czemu miałby mi pomóc. — Wzruszyłam lekko ramionami. Może tylko sobie wmawiałam, że Dorian nie pozwoli na ten bunt, ale chyba chwytałam się brzytwy. Po prostu wierzyłam, iż nie pozwoli panoszyć się nikomu poza nim i jego bandą, nawet jeżeli mieliby to być Czyści.

— Bo jest dumny — odpowiedziała pośpiesznie, przyjrzałam jej się pytająco, bo naprawdę wydawało mi się, że go doskonale znała. Nie rozmawiali ze sobą w szkole ani razu, a przynajmniej ja tego nie widziałam, ale mówiła o nim bardzo swobodnie, jakby był jej bliski. — On nie będzie widział w tym gnębienia ciebie, a sprzeciw wobec jego woli.

— Obyś miała rację. — Łzy stanęły mi w oczach. — Myślałam, że najgorsze co mogło mi się przydarzyć, to jego pojawienie się tutaj. Teraz chciałabym, by tu był, niczego bardziej nie pragnę. — Rozpłakałam się.

— Spokojnie. — Przytuliła mnie do siebie. — Olaf próbuje cię psychicznie zniszczyć, ale z ciebie jest twarda dziewczynka, dasz radę. Najgorsze jest to, że jesteś w tym sama… Vincent powinien być obok ciebie.

— Uważa, że to głupota bać się Olafa, pewnie ma rację. — Nie wiedziałam czemu, zaczęłam go bronić.

— Jeżeli pozwala ci się bać, to żaden z niego chłopak — powiedziała wrogo. — Nawet jeżeli go sobie wymarzyłaś.

— Ale mi z nim naprawdę jest dobrze, tylko w tym jednym temacie nie możemy się dogadać — oznajmiłam pewnie.

— Jak uważasz. — Westchnęła ciężko, bo najwyraźniej wcale mi nie wierzyła.

— A ty, Luna, spotykasz się z kimś? — spytałam, a ona powoli przytaknęła. — I nigdy się nie kłócicie?

— Jeśli już to bardzo rzadko — odpowiedziała po chwili. — Z jednej strony mamy mało dla siebie czasu, dużo pracuje i jest nieosiągalny, a z drugiej ma bardzo spokojne usposobienie…

— Nie wiedział, że cię pobili? — spytałam, po czym momentalnie spojrzałam na nią nerwowo. Głupio wypaliłam z takim pytaniem, ale nie wyglądała na zasmuconą lub zagniewaną tym, więc poczułam lekką ulgę.

— Nigdy nie pozwoliłby mi zrobić krzywdy. — Uśmiechnęła się lekko i widać było po niej, że naprawdę kochała tego swojego chłopaka. — Jak jest w pobliżu mnie, to niczego się nie boję. Przy nim czuję się naprawdę bezpieczna.

— Teraz też się wydajesz pewna siebie — przyznałam szczerze.

— Tak działa na kobietę miłość mężczyzny — wyznała zamyślona. — Mój chłopak wyznaje pewną zasadę: jak ja czuję się dobrze, to znaczy, że on odwala kawał dobrej roboty.

— Fajny musi być ten twój chłopak — rzuciłam uśmiechnięta. Jednocześnie w końcu uwierzyłam, że tym kimś nie może być Dorian.

Nie wydawało mi się, by był taki oddany i dążący w kółko do uszczęśliwiania dziewczyny. Poza tym Luna mówi, że rzadko się z nim widuje, a gdy ten jest w szkole, to raczej nie mieliby problemu się widywać nawet codziennie. Myślałam też, że bez problemu zauważyłabym, gdyby coś ich poważnego łączyło. Faceci zawsze patrzą w specyficzny sposób na dziewczyny, które im się podobają. Nie umiałam tego zdefiniować, bo każdy robił to w inny sposób, ale zawsze łatwy do zauważenia. Tak wiem, powiecie, że musiałam się ciągle na niego gapić, by móc wysnuć takie stwierdzenie. Nie będę się bronić, na początku nie przyjęłam do wiadomości zaprzeczeń Luny i chciałam mieć pewność, więc trochę obserwowałam jak się zachowują, gdy znajdują się w jednym pomieszczeniu lub gdy się mijają na korytarzach. Im dłużej jednak prowadziłam obserwację, tym bardziej wierzyłam jej słowom. Może byłam trochę dziwna, ale czasami jak coś sobie wbiłam do głowy, to musiałam mieć pewność.

— Jest, zniosłabym dla niego wszystko — powiedziała to z taką czułością, że sama poczułam szybsze bicie serca. Zastanowiło mnie tylko jedno… Zamiast powiedzieć „zrobiłabym”, użyła słowa „zniosłabym”. Może to nic wielkiego, ale dało mi do myślenia, zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę to jej dziwne pobicie, o którym nie chciała mówić.

— Dwie papużki. — Usłyszałam rozbawiony głos Olafa, który wyjrzał z sali ćwiczeń.

— Daruj sobie — burknęła Luna, mijając go obojętnie.

— Ooo, Luna — mruknął Frederick, a za nim wyszło przed salę jeszcze czterech kolesi. — Dziwię się, że zadajesz się z takim zerem. Masz bardzo dobre geny w sobie… rodowita nasza.

— Dziwię się, że takie zera przyjmują tu do szkoły — odpowiedziała mu bojowo. — Chodź. — Złapała mnie za rękę, ciągnąc za sobą. Od mojego pokoju dzieliło nas ze dwadzieścia kroków.

— Ale gdzie się śpieszycie? — Jeden z kolesi Olafa oparł się o drzwi mojego pokoju.

— Potrzebujesz strażniczki? — spytał mnie Frederick. — I do Czystej się zwracasz? Twoim Brudasom porozdawałaś przywileje i cię zostawili? — Podszedł do mnie swobodnie.

— Przywileje… — Stanęła między nami Luna i byłam pod wielkim wrażeniem jej odwagi. — Rozdaje przewodniczący, więc jak masz jakiś problem, to poinformuję go o tym, gdy wróci. — Uśmiechnęła się do niego urokliwie.

— Nie popisuj się, Luna — tym razem odezwał się Olaf, a ona obcięła go lekceważącym spojrzeniem. — Dorian nie miał z tym gównem nic wspólnego.

— Zastępczyni wypełnia jego wolę, wiesz to dobrze… Poza tym Leyla nie miałaby odwagi z nim tak zadrzeć. Wystarczy trochę ruszyć głową, by na to wpaść — odrzekła mu i szczerze to ani trochę mnie nie uraziło to, co powiedziała. Nigdy do głowy, by mi taka głupota nie przyszła.

— Luna, zejdź nam z drogi, nie chcemy zrobić ci krzywdy — znów wtrącił się Frederick. — Mamy sprawę do Leyli.

— Możesz z nią gadać przy mnie, nie mamy między sobą tajemnic. — Wyciągnęła z kieszeni czarną matową zapalniczkę ze złotym wzorem.

— Naprawdę znamy twoje możliwości związane z kontrolą ognia — rzucił jeden z dryblasów Olafa.

— Świetnie, więc się odwalcie… Dziewczyna nie jest za nic odpowiedzialna — wycedziła groźnie.

Dziwne, że tak o mnie walczyła. Nie byłyśmy przyjaciółkami, a jednak zależało jej na mnie bardziej niż komukolwiek innemu. Czułam się z jednej strony doceniona, a z drugiej niestety rozczarowana wszystkimi przyjaźniami, które do tej pory zawarłam, najbardziej jednak zawiódł mnie Vincent.

— Jesteś Czystą, ale to nie znaczy, że wolno ci się tak rządzić — burknął Olaf.

— Atakując mnie, sprowadzicie na siebie gniew Doriana — powiedziała stanowczo. — Jestem z rodu znacznie starszego niż twój. Tknij mnie tylko, a naruszysz dobre obyczaje… Ktoś tak wysoko postawiony jak Dorian nie puści tego płazem, nawet jeżeli jestem dla niego nic nieznaczącą uczennicą — dodała wrogo.

Znali się. Cholera, nie umiałam tego wyjaśnić, ale czułam, że Luna zna Doriana. Sposób w jaki o nim mówiła, nie był przypadkowy, a jego gniew wtedy na schodach też musiał być czymś umotywowany. Okej, nie spotykali się ze sobą, ale musieli się przynajmniej lubić. Za dobrze go znała… To nie mogła być jedynie intuicja.

— Luna! — Zacmokał z podziwem Frederick.

Dziewczyna zapaliła zapalniczkę, zamykając na chwilę oczy. Swobodnie dotknęła płomienia, przenosząc na swoją rękę. Patrzyłam na to oniemiała, pierwszy raz coś takie widziałam. Bez żadnego przygotowania była w stanie użyć swojej umiejętności. Nagle Frederick machnął mocno ręką, a płomień w jej ręku zgasł.

— Możemy tak się bawić bez końca. — Zmrużyła groźnie oczy, znów łapiąc kolejny płomyk. Cofała się przy tym do tyłu, a ja razem z nią.

— Będziemy się ganiać? — Zaśmiał się Olaf.

Nagle wpadłam na kogoś, nim się zorientowałam, trzymał mnie mocno w objęciach.

— Luna — wydyszałam.

Spojrzała na mnie, ale w tym samym momencie złapał ją Frederick.

— Puść! — Wierciła się, ale nie mogła się wyswobodzić. Ja sama tkwiłam w potężnym uścisku jednego z kolegów Olafa. Starając się uwolnić, z całej siły stanęłam mu na stopę. Momentalnie mnie puścił, więc ruszyłam w stronę Luny. Minęłam dwóch chłopaków, prawie dobiegając do szarpiącej się blondynki. Silne uderzenie w twarz spowodowało jednak, że upadłam na podłogę, jednocześnie uderzając głową o kamienną ścianę.

— Zaraz przyjdzie na ciebie kolej, małpo — rzucił do mnie Olaf, bo to on mnie uderzył. Zamknęli Lunę na sali. Zostałam sama na polu bitwy. Nie wiedziałam, czy bardziej płakałam ze strachu, czy z bólu.

— Nie czas na płacz, jeszcze nawet nie zaczęliśmy. — Zaśmiał się któryś z jego kolegów. — Wstawaj… — Pociągnął mnie do góry za mój długi warkocz. Ciągnął mnie tak mocno za włosy, więc podniosłam się z podłogi. Nagle jednak znów na nią przysiadłam, a obok mnie wylądował mój gruby warkocz włosów.

— Wstawaj! — Podniósł mnie Olaf, patrząc na mnie lodowato. — I co teraz, księżniczko? Myślałaś, że to tak lekko przejdzie?

— Nic nie zrobiłam. — Zacisnęłam szczękę, która mnie bardzo bolała od jego uderzenia.

— Mam uwierzyć, że największy przeciwnik Brudasów zniósł obostrzenia i dał wam jakiekolwiek prawo? — Roześmiał się Olaf. — Czy ty masz mnie za debila?

— Dogadałam się z nim… — wydukałam, przełykając ślinę.

— A może załatwiłaś to inaczej? — spytał Frederick, opierając się jedną ręką o ścianę. Spojrzałam na niego pytająco. — Wiesz, o czym mówię… Dorian słynie z pomagania swoim panienkom…

— To absurd — prychnęłam.

— Grzeczniej. — Złapał mnie za podbródek Olaf, ściskając tak mocno, że skrzywiłam się z bólu. — Dorian, by nie dotknął takiego ścierwa… — Spojrzał na mnie z pogardą.

Nie widziałam drogi ucieczki. Chciałam już się poddać, gdy nagle jedno z okien wychodzących z sali na korytarz pękło. Za chwilę Luna stała kilka kroków ode mnie i była naprawdę wściekła.

— Złapcie ją — syknął obojętnie Olaf.

Kilkoma bolesnymi ciosami rozłożyła trzech rosłych chłopaków na łopatki. Łatwość tego wynikała pewnie nie tylko z jej zadziwiających, niepodważalnych umiejętności, ale i ich kompletnego nieprzygotowania. W końcu który facet spodziewałby się, że dziewczyna położy go na deski kilkoma chwytami? Tym nie tylko mi zaimponowała, ale potwierdziła moje przypuszczenia, znała Doriana, musiała się od kogoś tego przecież nauczyć.

— Idioci — prychnął Olaf, idąc w jej stronę, ale uciekła mu, więc zaczął ją gonić.

Frederick pobiegł za nimi i to był ich błąd, a moja szansa. Zorientowali się jednak zbyt późno, zdążyłam otworzyć drzwi i wślizgnąć się do pokoju. Zamknęłam się tam, opierając się plecami o ścianę. Rozpłakałam się. Najpierw słyszałam jak walił w drzwi Olaf ze swoją bandą, później Luna prosiła, bym ją wpuściła, a na koniec nawet Vincent z Emmą. Nie chciałam jednak nikogo widzieć, pragnęłam obudzić się z tego koszmaru. Pierwszy raz ktoś podniósł na mnie rękę i to jeszcze z taką wściekłością. Chciał, by bolało mnie jak najbardziej, gdyby nie Luna pastwiłby się nade mną znacznie dłużej, zadając mi coraz więcej bólu, na który nie byłam gotowa. Szkoła która była zawsze moim azylem, stała się więzieniem…

Rozdział VIII

Dwa tygodnie uganiania się od gorących klimatów po mroźną Kanadę. Te zmiany termiczne zawsze najbardziej mi doskwierały. Byłem cholernie zmęczony, ale ten wyjazd pozwolił mi znów odzyskać wiarę w moją świetną ekipę. Współpracowali ze sobą genialnie. Nie dało się nie pochwalić Jacka, który wziął się za siebie i naprawdę zespół mógł na niego liczyć. Nie stał jak zwykle przyglądając się temu, co robili, a sam podejmował różne próby zatrzymania skazańca, kilkukrotnie bardzo skutecznie. Pewnie bym wyraził swoje zadowolenie z ich działań, gdyby nie fakt, że wszyscy nie spaliśmy od kilkudziesięciu godzin i każdy marzył tylko o śnie. Nikomu się nie chciało odezwać, nawet gdy dojechaliśmy już do szkoły.

— Do mnie! — warknął na przywitanie Martin, więc machnąłem ręką do reszty, idąc za nim po tych cholernie wysokich schodach.

— Przedłużyło się, ale czasu mordowania Brudasów nie da się szczegółowo określić, więc błagam cię, odpuść sobie gorzkie żale — wyrzuciłem, opierając się rękoma o oparcie fotela.

— Miałem dostać swoje papiery. Mówiłem ci, że jak nie masz czasu na uczelnię, to sobie to odpuść — syknął na mnie, czym mnie trochę rozbudził.

— Leyla miała ci je dać — odpowiedziałem mu.

— Nie wiem, co sobie wymyśliłeś, ale nic nie dostałem — odrzekł chłodno. — Poza tym, co jej jest?

— Mnie pytasz? — prychnąłem zirytowany jego tonem. — Nie było mnie tu…

— Od wczoraj nikogo nie chce widzieć! Od dwóch tygodni chodzi załamana… Miałeś się trzymać od niej z daleka! — warknął na mnie wściekle.

— Posłuchaj mnie — podniosłem głos. — Nie wiem, co jej się uroiło w tej bordowej głowie, ale nic jej nie zrobiłem…

— Zmusiłeś ją do zajęcia się tymi papierami? — dalej na mnie warczał.

— Nie będę wysłuchiwał tych głupot… — wycedziłem, otwierając drzwi.

— Wyrzucam cię z uczelni… — rzucił stanowczo, więc pieprznąłem drzwiami, zamykając je z hukiem.

— Popieprzyło cię coś?! — tym razem to ja na niego huknąłem. — Miała zająć się papierami, a w zamian zniosłem kontrolowanie Brudasów i pozwoliłem dwóm najstarszym rocznikom wychodzić na miasto… Gdy ostatni raz ją widziałem, była stosunkowo normalna jak na nią… Nic jej do cholery nie zrobiłem, więc pieprz się… — dodałem, wychodząc.

Wściekły skierowałem swoje kroki prosto do niej. Jeżeli wpadła na pomysł wystawienia mnie z tymi papierami, to rozszarpię ją na miejscu, nawet jakbym miał rozpieprzyć drzwi, za którymi się chowała. Co to za scena, że dyrektor nie umie jednej głupiej małolaty wyciągnąć z pokoju?! Do cholery, czy ja muszę się tu wszystkim zajmować?! To jest jakiś dom wariatów, a nie poważna uczelnia.

— Dorian… — Zdziwiła się na mój widok Emma.

— Czego tu szukasz? — burknął na mnie Vincent.

— Spieprzaj stąd. — Odepchnąłem go, więc złapał mnie za ramię. — Zastanów się, co zamierzasz zrobić i komu… — Obciąłem go wzrokiem.

— Ona nie chce z nikim rozmawiać… — poinformowała mnie Emma, a w międzyczasie podszedł do mnie Teo i Clara zapewne poinformowani już o sytuacji.

— Nic mnie nie obchodzi, czego ona chce… Będzie ze mną gadała albo rozpierdolę te drzwi — warknąłem na nich. — Do siebie…

— Nie odzywa się od wielu godzin… — ciągnęła dalej dziewczyna.

— Już! Do siebie… — warknąłem, po czym skinąłem na Clarę i Teo, którzy wymusili na nich, by stąd spieprzali. Jeżeli się nie odzywa, to może się pocięła i nie ma co się użalać. — Otwieraj te pieprzone drzwi!

— Nie będę z tobą gadała — odezwała się. Cholera, podobno nie odzywała się od wielu godzin. Czyżby moja obecność spowodowała cud, czy po prostu otaczają mnie sami idioci?

— Gówno prawda, będziesz robiła to, co ja ci rozkażę! — warknąłem na nią. — Wydymałaś mnie z tymi papierami, a teraz się chowasz, żmijo jedna?!

— To nie tak… — rzuciła po chwili.

— Nie zaniosłaś papierów Martinowi, więc rozejm jest zerwany! — wycedziłem lodowato. — Teraz otwieraj te cholerne drzwi.

— Oddam mu te dokumenty jeszcze dzisiaj, ale idź sobie — wyrzuciła cicho.

— Nie rozkazuj mi! — fuknąłem na nią. — Otwieraj albo naprawdę za siebie nie ręczę… Robisz pieprzone sceny, a ja poważnie mam już cholernie dość tego dnia…

— Tym bardziej sobie idź — powtórzyła nieco głośniej. — Żyję, więc zostaw mnie w spokoju!

— Nie interesuje mnie, czy żyjesz, czy tam zdychasz… Masz otworzyć te drzwi, a nie robisz jakieś fochy, za które dostaję opieprz od twojego wiernego obrońcy, Martina! — dodałem wrogo.

Chowanie się po pokojach to zabawa dla jakiś przedszkolaków! Wszyscy się nad nią użalali, zamiast nią porządnie potrząsnąć! Małolatka zamknęła się w pokoju, a każdy chodził na palcach, zamiast zmusić ją do otwarcia tych cholernych drzwi.

— Błagam cię… — jęknęła żałośnie, czym tylko mnie bardziej rozeźliła.

— Nie będę się z tobą cackał. Albo otwierasz te pieprzone drzwi, albo jutro każę cię nie tylko wypieprzyć z tej szkoły, ale też z terenu Stolicy za obrazę członka Rady… Koniec zabawy — zagroziłem jej.

— Nie możesz tak… — mruknęła niepewnie.

— Przekonajmy się. — Odsunąłem się od drzwi, a w tym samym momencie usłyszałem dźwięk otwieranego zamka. Groźba, uwielbiam tą metodę osiągania własnych celów. Każdy ci powie, że nie zrobisz tego, ale nikt nie będzie chciał się przekonać, czy ma na pewno rację. — Czy ciebie już do końca coś popieprzyło? — Wszedłem do środka.

— Zajmę się papierami, ogarnę się i wyjaśnię wszystko Martinowi… Zapomniałam o nich, bardzo przepraszam — odrzekła skruszona.

Chyba dużo mnie ominęło, pomyślałem, patrząc na nią zaskoczony. Miała rozciętą wargę, siniak na linii szczęki po prawej stronie twarzy, rozmazaną krew na policzku, spuchnięte i czerwone oczy, zapewne od płaczu i ścięte niedbale włosy. Wyglądała koszmarnie, ale mimo wszystko… była piękna, jakby to co jej się stało, nie odebrało jej ani trochę urody.

— Kto ci to zrobił? — spytałem ją stanowczo. Zaczęła wycierać łzy z policzków, jakby to miało jej w czymkolwiek pomóc.

— Nic mi nie jest… To był wypadek — wyrzuciła ze spuszczoną głową. Nie byłem idiotą, a już na pewno znałem się na wszelakich obrażeniach. Ktoś ją nieźle strzelił i chciałem wiedzieć, kto i za co.

— Co ci się stało? — zapytałem dalej pewnym siebie głosem.

— Nic ci nie powiem.

Pierwszy raz na mnie warknęła, zaskoczyła mnie tym i pewnie, gdyby spojrzała na mnie, bez większych problemów zobaczyłaby zdziwienie na mojej twarzy. Podszedłem do niej, a ona cała zesztywniała. Złapałem ją lekko za podbródek, podnosząc jej głowę do góry.

— Kto ci to zrobił? — rzuciłem najłagodniej jak tylko mogłem.

— To nie twoja sprawa. — Wyszarpnęła się, odchodząc. Złapałem ją za ramię tak, by już się nie wyrwała. Chciej tutaj człowieku jej pomóc, a ona pokaże ci jak bardzo ma to w dupie…

— Masz mi powiedzieć, bo ja nigdzie się stąd nie ruszę — znów przybrałem stanowczy ton, bo innego chyba nie rozumiała.

— Nic ci nie powiem! — znów podniosła na mnie głos. Jej to się chyba w głowie coś przewróciło po tym uderzeniu, bo zachowywała się zupełnie inaczej niż dwa tygodnie temu.

— Powiesz mi i dobrze to wiesz… — warknąłem na nią. — Kto? — spytałem ją.

— Chcesz, by te papiery dzisiaj skończyły na biurku u Martina? — Spojrzała na mnie z zaciętą miną, ale w oczach widziałem rozpacz. Krzyczała na mnie, bo wydawało jej się, że nic gorszego nie może jej spotkać.

— Pieprzę papiery i Martina, choć jego znacznie bardziej niż te dokumenty — syknąłem. — Kto ci to do cholery zrobił?

— Co ci do tego?! — burknęła.

— Bo to moja szkoła i mam o niej wiedzieć wszystko… — Wciąż ją trzymałem, choć widać było, że chce, bym ją puścił. Patrzyła na mnie gniewnie, tak jakby miało mnie to przekonać do zostawienia jej.

— I tak nic nie zrobisz… — Odwróciła nagle wzrok. — Jeszcze przyklaśniesz…

— Nie udawaj, że mnie znasz… — mruknąłem. — Zgodnie z cholernym regulaminem, zastępujesz mnie, gdy mnie nie ma. Czy mi się to podoba, czy nie, takie są reguły. Jeżeli ktoś miał czelność podnieść na ciebie rękę, to chcę wiedzieć kto i za co…

— Nie jestem tobą, więc bez obaw to nie podniesienie ręki na ciebie — oświadczyła.

— Skończ te pieprzenie! — Przyciągnąłem ją do siebie, patrząc na nią gniewnie. — Kto ci to zrobił?! Pytam naprawdę ostatni raz… — dodałem lodowato. Przestraszyłem ją tym i dobrze, bo jak ta dziewczyna się nie bała, to grała w jakieś gierki, na które nie miałem ochoty.

— Olaf… Zadowolony jesteś?! — wykrzyczała mi.

— Zajebiście. — Puściłem ją. — Zanieś dokumenty do Martina. — Wyszedłem z jej pokoju.

Nie musiałem wiedzieć, za co oberwała, bo podejrzewałem, że wystarczyło mu to, iż była Brudaską. Kolejny któremu popieprzyło się coś we łbie! Nigdy nie pozwoliłem żadnemu Czystemu na znęcanie się nad Brudasami, a już na pewno nie na kimś, kto mnie tutaj zastępował! Idąc przez korytarz, zauważyłem stojącą pod ścianą Lunę, która wyglądała tak, jakby na mnie czekała. Złapałem ją pod rękę, zamykając się z nią w jednej z sal, w końcu wszystko tu zawsze jest pootwierane, z wyjątkiem sypialni nauczycielskich i uczniowskich. Nie mogłem pozwolić sobie, by byli jacyś świadkowie naszej rozmowy. Ktoś mógłby kiedyś wygadać się, że jednak ją znam i wpadłbym po uszy w problemy.

— Dobrze, że wróciliście. — Uścisnęła mnie. — Próbowałam ją uratować, ale ten śmieć miał czelność mnie dotknąć! Nasłał na mnie swoich pomagierów.

— Ciebie też złapał? — spytałem ją zszokowany.

Nikt nie miał prawa dotykać dziewczyny mojego przyjaciela, gdy ona na to nie zezwoliła.

— Kiedy to było?

— Wczoraj, tak popołudniu, no niecałą dobę temu — sprecyzowała. — Ale tu nie chodzi o mnie, nic mi nie zrobili…

— Jakby zrobili, dzisiaj usłałbym z Nathanielem ich truchłami dziedziniec — zapewniłem ją.

Nath nie mógł przełknąć tego jak ją potraktowała Rada, więc gdyby ktoś tak niewarty zachodu jak Olaf coś jej zrobił, to nie zastanawiałby się i każdemu, kto brałby w tym udział, władowałby kulkę.

— Ona jest w kiepskiej formie — wyznała smutno.

— Wiem, widziałem się z nią — rzuciłem, na co spojrzała na mnie pytająco. — No co? Ja się nie cackam w jakieś prośby, z nią to albo konkretnie, albo można zapomnieć o dogadaniu się.

— Ona jest bardzo załamana, mógłbyś się wykazać empatią — skarciła mnie.

— Nie mam na to czasu, o co poszło? — spytałem ją obojętnie. — Pokłóciła się z nim?

— Nie, to poszło o ciebie — odrzekła, a ja prychnąłem, nie chcąc w to wierzyć. — No naprawdę. Olaf wkurzył się na nią za te twoje zarządzenia…

— Za to ją pobił? Czemu teraz? — warknąłem. Ten skurwiel miał czelność nie tylko wyżyć się na Leyli, ale też podważyć moje decyzje. Zabiję go.

— On się nad nią pastwił od dwóch tygodni. Zdemolował jej pokój, wyzywał ją od szmat, ciągle ktoś ją szturchał albo popychał — mówiła, a ja coraz bardziej nie mogłem w to uwierzyć.

— A gdzie był ten jej chłopak, co? — wtrąciłem gniewnie.

— Przestań — prychnęła równie niezadowolona. — Uważał, że Olaf nie jest żadnym zagrożeniem…

— Z tego wVincenta jest ciota, a nie facet… — wycedziłem lodowato. Znęcali się nad jego dziewczyną dwa tygodnie, a ten udawał, że nie ma problemu. Powinien strzelić jednego, drugiego ku przestrodze dla reszty i temat byłby skończony, a nie dziewczyna jest teraz cała poobijana. Ten frajer miał być przewodniczącym zamiast mnie? Błagam, to byłaby największa porażka tej szkoły, przebiłby nawet nieudolnego dyrektora.

— Musisz coś zrobić… Ogłoś wszem i wobec, że to twoje zarządzenia, bo ta dziewczyna tego nie zniesie dłużej… — Posmutniała.

— O nie, ja zrobię znacznie więcej. Idiota myślał, że może się tutaj panoszyć, gdy mnie nie było. Ba, miał czelność sprzeciwić się mojej woli… Ja spodziewałem się, że to Brudasy mi wywiną jakiś numer, a tu taka niemiła niespodzianka… — oznajmiłem lodowato. — To jest moja szkoła i ja tu mam absolutne prawo do wymierzania kar, nikt więcej… Nie podobało mu się moje zarządzenie, to ja mu teraz pokażę, gdzie mam to jego niezadowolenie — dodałem, otwierając drzwi.

— Dorian — wyszeptała cicho, a ja spojrzałem na nią pośpiesznie. — Powiedź mu, że… tęskniłam.

— Jasne — przytaknąłem z lekkim uśmiechem, po czym wyszedłem.

Zatłukę gnoja, przysięgam. Jeżeli coś mu się nie podobało, to mógł poczekać i powiedzieć mi to w twarz, a nie mścić się na Leyli, której to w ogóle nie dotyczyło. Ja tu rozdawałem i zabierałem prawa, a uczniowie mają obowiązek dostosowywać się do moich decyzji, żadnego buntu nie będę tolerować. Tym bardziej znęcania się nad małolatką. Jak on w ogóle śmiał podnieść rękę na mojego zastępcę? Zaraz po mnie była najważniejszą osobą wśród uczniów i nikt nie miał prawa jej tknąć pod moją nieobecność! Poza tym brać się w kilku chłopaków i gnębić jedną słabą dziewczynę? To się nazywa pieprzone tchórzostwo.

Zauważyłem Nathaniela gadającego z Teo. Ten drugi podbiegł do mnie, więc rzuciłem mu swój płaszcz, bo za nimi dostrzegłem nie kogo innego jak Olafa.

— Dorian… — zagadał do mnie Nath, a ja wyjąłem zza paska sztylet i mu go oddałem do ręki.

— Nie wtrącaj się — zapowiedziałem mu, podchodząc i bez uprzedzenia wymierzając cios w twarz Olafa.

Cholera, zabolało, ale musiałem się przygotować na więcej, bo chłopak wcale nie zamierzał odpuścić. Rzucił się na mnie. Strzelił mnie kilka razy, ale udało mi się go przewrócić, więc zostało mu zasłaniać się, gdy okładałem go pięściami. Nie bardzo powalczyłem sobie przez te dwa tygodnie, to trzeba było wyrównać rachunek. Taka karma. Nie byłem mistrzem walki w ręcz i chętnie złapałbym za swój sztylet, ale szanse musiały być równe. Nagle Olaf zrzucił mnie z siebie. Byłem zmęczony i powolny, więc udało mu się pierwszemu wstać i kopnąć mnie w brzuch. Teraz oddychanie stało się dużo trudniejsze i boleśniejsze. Z sukinsyna nic nie zostanie, przysięgam. Słaniając się, wstałem na równe nogi, ale pchnął mnie na ścianę. Zaparłem się jednak rękoma, co pozwoliło mojej twarzy uniknąć bliskiego spotkania ze ścianą. Nie tak szybko, chłopczyku, pomyślałem sobie. Odepchnąłem się od ściany, jednocześnie i jego od siebie. Otarłem wierzchem dłoni twarz, czekając aż się znów na mnie rzuci. Zrobił to, a ja uderzyłem go z całej siły w brzuch, aż się zgiął. Zrobiłem to samo, co jemu nie wyszło. Pieprznąłem go o ścianę, w przeciwieństwie do mnie nieźle zarył, po czym osunął się na ziemię. Sądziłem, że sprawa załatwiona, więc ruszyłem w stronę Nathaniela.

— Uważaj! — krzyknął nagle Teo, więc automatycznie odwróciłem się, zasłaniając rękoma.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.